Blogi

Polecane wpisy

  • CorniC

    Różne oblicza Geralta

    Przez CorniC

    Świat wykreowany przez Andrzeja Sapkowskiego to diament literatury. Wiem, że stwierdzenie to zakrawa na, bezpodstawny osąd wynikający w dużym stopniu z tego, że Wiedźmin został wykreowany w naszym kraju i przemawia przeze mnie patriotyzm, przysłaniające inne za i przeciw. Ja jednak zawsze będę uważał, że największą wadą tego uniwersum jest to że nie powstało w USA, przez co nigdy nie wybije się w takim stopniu jak inne marki tego nurtu. Nie lubię Władcy Pierścieni (choć serię doceniam), nie trawię również gry o tron. Są to mimo swej ,,brutalności" światy dosyć ugrzecznione i w zasadzie ukazują to co dzieje się na szczytach władzy. Saga Sapkowskiego zawsze miała szerszy ogląd na sytuacje, ukazując zarówno komnaty królów, jak i zapadłe wioski, ukazywała brud, zepsucie i specyficzną mozaikę kulturową królestw północy. Jestem fanem świata Wiedźminskiego, nie tylko w rozumieniu kolejnych komputerowych inkarnacji Geralta, ale wszystkiego co czerpie z tego świata. Świat wiedźmina doczekał się już wielu prób przeniesienia go na płaszczyznę wizualną. Mieliśmy komiksy, film, czy wreszcie serię gier CDP Red. Każdorazowo świat królestw północy starano się przedstawić w inny sposób, różnie to bywało z poszanowaniem materiału źródłowego. Z resztą sam Sapkowski nie jest postacią z którą współpracuje się łatwo, a od paru lat kwestia wiedźminskiego świata jest dla niego sprawą drażliwą. Niemniej cechą wspólną większości adaptacji opowiadań i sagi jest bardzo swojski humor w nich zawarty. Czasem ,,dzieła" te były wątpliwej jakości, innym razem nie były złe, ale nie spotkały się ze zrozumieniem fanów, ale zdarzył się w tym gronie jeden sukces na skale światową... na prawdę muszę mówić o czym mowa? Pierwszą próbą ukazania jak wygląda świat Geralta z Rivii były komiksy ilustrowane przez Bogusława Polocha i ze scenariuszem Macieja Parandowskiego, ten ostatni ponoć konsultował się w trakcie tworzenia historii. Nie do końca można zauważyć wskazówki autora sagi, bo obaj twórcy komiksu dorzucili od siebie naprawdę dużo i nie spotkało się to ze zbytnim aplauzem fanów, a i sam Sapkowski odciął się od komiksu (jak chyba od wszystkiego co opierało się na sadze). Komiksy koncentrowały się na opowiadaniach ze zbiorów Ostatnie Życzenie i Miecz Przeznaczenia, a także spin offu Droga z Której Się nie Wraca, ponadto duet jeden z albumów oparł na autorskim pomyśle.. Świat wykreowany w komiksach Polocha i Parandowskiego, był światem pełnym baaardzo polskiego humoru, ale też pozwalającym wyobrazić sobie jak wygląda Wyzmia, czy Blaviken. Co istotne autorzy rozwinęli losy znanych z kart opowiadań postaci, wplatając je w tło opowiadanych historii, jak również rozwinęli kwestię o których Sapkowski tylko napominał, jak choćby Bobrołaki i Varany, początek segregacji rasowej elfów, czy wiedźmińskiego szkolenia. Chwała im za odwagę, choć nie zawsze spotykało się to z aprobatą czytelników to uważam, że ten komiks był kamieniem milowym, wszak pokazał ile w samych opowiadaniach jest drzemiącego potencjału, a były to jeszcze czasy przed sagą. Osobną kwestia jest strona wizualna, bo Poloch w bardzo kontrowersyjny sposób ukazał samego Geralta, Jaskra (któremu bliżej do Zamachowskiego, niż do książkowego odpowiednika), czy choćby w bardzo specyficzny sposób ukazywał anatomię elfów. Rysunki zdecydowanie nie były najmocniejszą stroną tego komiksu pod kątem warsztatu, ale dołożyły swoja cegiełkę do budowania świata Wiedźmina. Po komiksie przyszła kolej na kolejne uderzenie wiedźmińskiego miecza, a przyznać trzeba, że do najostrzejszych on nie należał. Oto defilada marnych efektów specjalnych: gumowe potwory, smoki rysowane w paincie, czy choćby kadrowanie w taki sposób by nie pokazać z czym Geralt walczy. Do tego dodać trzeba dosyć kontrowersyjny dobór aktorów; choć w kilku przypadkach nalezy oddać sprawiedliwość, że te nieoczywiste wybory całkiem zgrabnie kreowały postacie. Gwoździem do trumny filmowego Wiedźmina, był jednak scenariusz dziurawy jak ser szwajcarski, niemal olewający książkowy dorobek i po prostu głupi. Ja osobiście lubie pulpowe historie, nakręcone czasem tanim kosztem, ale to co prezentował sobą ten gniot było naprawdę ciężkie do oglądania. Calikiem dobrzy aktorzy musieli wygłaszać drewniane dialogi, ubrani w rosyjski cosplay. Nie zawiodła tu tylko muzyka Krzesimira Dębskiego, no i może jeszcze duet Żebrowski-Zamachowski, Geralt mimo katany na plecach wyglądał i zachowywał się całkiem nieźle, a Zamachowski dodawał tej siermiężnej produkcji nieco uroku i lekkości. Najbardziej bolał jednak w tym filmie brak jakiejkolwiek chemii w kontaktach Yenn z Geraltem. Film i serial, bynajmniej nie sprawił że koniunktura na Wiedźmiński świat się poprawiła. Mimo to pojawiła się grupa ludzi którzy jeszcze pod koniec lat 90 postanowili stworzyć grę wideo. Samo powstanie gry zasługuje na osobny artykuł. Ale bezapelacyjnie, trzy części wiedźmińskiej sagi zredefiniowała ,,wygląd" tego uniwersum. Dostaliśmy królestwa północy, bohaterów z kart powieści i zupełnie nowe równie charyzmatyczne persony. Projektanci CDP Red stworzyli świat idealnie wpasowujący się w książkowy klimat, dostaliśmy specyficzny obraz końca średniowiecza z fantastycznym szlifem. Czy ktoś dzisiaj mówiąc Geralt widzi twór Polocha, albo twarz Żebrowskiego? Nie, bynajmniej, a grze udało się nawet przyćmić oryginał i wywołać zazdrość ojca Geralta... Sukces gry doprowadził do powstania dwóch nowych komiksów Racjii Stanu i Domu ze Szkła. Nie wykreowały one jednak nowej wizji wiedźmińskiego świata, ale czerpały z dorobku projektantów gry. O ile pierwszy Wiedźmin nie wciągnął mnie aż tak bardzo, o tyle w kolejnej części ukazany skrawek północy wciągnął mnie, zachwycając od czubka ciżmy, do głowni miecza. Czy więc ewolucja wizerunku świata wiedźmina zakończyła swoją ewolucje? Cóż nie do końca, może teraz trudno wyobrazić nam sobie inny design tego uniwersum, niemniej może pojawi się przełomowy komiks, lub... dobry film? No cóż, pomarzyć można. Ważne by pamiętać, że mimo całokształt dzieła CDP Red jest monumentalny, to nie był jedyny. Zerknijcie na to co było przed Wiedźminem na kompie, nawet jeśli było to nie najwyższych lotów, warto to znać. Przede wszystkim zapraszam do przeczytania Wiedźminskiej sagi, bo wierzcie mi że warto, a i wstyd nie znać, tak ważnej dla polskiego gameingu książki.
    • 4 komentarzy
    • 1724 wyświetleń
  • 9kier

    J.K. Rowling, J. Tiffany, J. Thorne, Harry Potter i przeklęte dziecko. Część pierwsza i druga

    Przez 9kier

     
      Długo przymierzałam się do napisania tej recenzji, bo też najlepsze, co można zrobić po przeczytaniu Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka, to wyrzucenie go z pamięci.   Siedmiotomowa saga o Harrym Potterze to rzecz fantastyczna i dobrze napisana. Scenariusz stanowi układankę pełną zwrotów akcji i wyrazistych bohaterów, a co najważniejsze – początkowo naiwna fabuła oraz warsztat dojrzewają wraz z uczniami Hogwartu. Przeklęte dziecko to bękart zrodzony ze współpracy Rowling z Johnem Tiffanym i Jackiem Thorne'em. Czarna owca w rodzinnie Potterów. Skok na kasę. Dramat w obu znaczeniach. Harry Potter i przeklęte dziecko nie jest bowiem, w przeciwieństwie do sagi, tradycyjną powieścią, lecz scenariuszem sztuki rzeczonego Thorne'a wystawionej latem na deskach londyńskiego West Endu. W dodatku osadzonym dwie dekady po finale Insygniów śmierci – w czasie, gdy znani z serii bohaterowie połączyli się w pary i zdążyli wyprodukować potomstwo.   Przelatuje się przez to szybko, bo też jest to danie wyjątkowo mało treściwe. Czytanie nie powoduje wypieków na twarzy, a zainteresowanie wywołuje w najlepszym razie dostateczne – gdyby nie słabość do uniwersum, odłożyłabym ją w połowie. Różnica między Przeklętym dzieckiem a oryginalną sagą jest większa niż bogactwo galeonów skrytych w skarbcu Harr'yego w banku Gringotta, większa niż smoki, które studiuje Charlie Weasley, większa niż widmo powrotu Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. To upadek z najwyższego konia w stadninie. Prawdopodobnie wszystko dlatego, że Rowling nie pisała Przeklętego dziecka samodzielnie, a jej talent został rozmyty między pomysłami pozostałej dwójki a koniecznością podporządkowania scenariusza do tej jakże specyficznej formy, jaką jest sztuka teatralna. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego bohaterowie męczą, dlaczego fabuła nie dorasta oryginalnej serii do pięt i dlaczego gdybym przysiadła do całości z solidnymi nożycami, niewiele by z niej zostało.   Postacie można opisać jedną, dwiema cechami. Harry stara się być dobrym ojcem, ale średnio mu to wychodzi. Albus to cierpiący, wkraczający w okres buntu nastolatek, który nie chce być porównywany do swojego taty. Również Draco kiepsko radzi sobie z wychowywaniem Scorpiusa. Ron (na wpół bezpłciowy, na wpół irytujący śmieszek) jest przede wszystkim mężem Hermiony, która w międzyczasie została Ministrem Magii. Mają córkę Rose, która nie ma czytelnika obchodzić, podobnie jak Lily, córka Harry'ego i Ginny. Żadna z postaci nie wydaje się pełnokrwista. Większość to, mimo tak bogatej historii, bardziej nijakie dwuwymiarowe szkice. Nawet Voldemort, który pojawia się w paru momentach na kartach książki, wywołuje raczej śmiech i litość niż negatywne emocje pojawiające się w oryginalnej serii. Wszystko jest tu na opak. Zamiast budować scenariusz na interesujących, tryskających magią zdarzeniach próbuje się go opierać właśnie na nieudolnie skonstruowanych bohaterach, a w efekcie fabuła – w założeniach dojrzalsza – sprawia wrażenie quasi-dorosłości widzianej oczyma nastolatków. (Z otoczką jest podobnie. Naturalnie scena, w której stara gwardia odkrywa prawdę na temat zagrożenia, musi wyglądać tak: „Pokój się przeobraża, ciemnieje, wygląda mroczniej. Na ścianach objawia się kłębowisko namalowanych węży. Na ich tle widać spisane fluorescencyjną farbą proroctwo”, a potem „Na wszystkich ścianach wokół widowni pojawiają się słowa, złowieszcze i okropne: Odrodzę Ciemność. Sprowadzę swego ojca”). Niby pojawia się tu zaledwie garść młodzieniaszków, a ma się wrażenie, że nawet Harry i jego rówieśnicy niespecjalnie zmądrzeli, co najwyżej zgorzknieli. Gwoździem programu planowano uczynić podróże w czasie, ale nie są to – uwaga, będzie spoiler – subtelne, ale robiące wrażenie zabawy znane z Więźnia Azkabanu, tylko nudne sekwencje, w którym bohaterom towarzyszy pozbawiony charyzmy i jakiegokolwiek wyrazu czarny charakter i które ratują tylko fragmenty żywcem wzięte z Czary ognia.   Chciałabym móc powiedzieć, że fabularna miałkość i brak napięcia to jedyne aspekty, jaki nie spodobał mi się podczas lektury, ale nie poleciłabym Przeklętemu dziecka nikomu, kto chciałby uczyć się sztuki pisania tekstów dramatycznych – co najwyżej jako przykład tego, czego robić się nie powinno. Przede wszystkim wydawca powinien był przysiąść nad rękopisem z czerwonym flamastrem i pozbyć się połowy dialogów i opisów. Twórcy nazbyt często mówią to, co w teatrze winno się pokazać lub odegrać, przez co nieraz miałam wrażenie, że tłuką mnie ciężką fabułą po głowie, kilkakrotnie powtarzając te same informacje albo wkładając bohaterom w usta nienaturalne kwestie. Didaskalia bywają mało konkretne, mimo że ich celem jest przecież pomoc w wyreżyserowaniu i odegraniu sceny („Wiatr wieje ze wszystkich stron, na dodatek ostry wiatr”, „wokół krąży czarna magia...”?!), a dialogi mające tyle sensu co „– Voldemort. – Voldemort? – Tak, Voldemort” powinno się wyrwać z korzeniami i polać kwasem. Jestem w stanie przymknąć oko na kiepski, kanciasty warsztat (z bólem), który mógł być efektem pospiesznego lub zbyt dosłownego tłumaczenia, ale Harry Potter i przeklęte dziecko to przegadana quasi-powieść pełna nienaturalnych ludzi i kłótni, wylewania emocji bez powodu oraz nieciekawych, męczących rozmów o głupotach. Szczytem absurdu jest fragment snu, w którym Voldemort czai się za nagrobkiem („nie widzimy jego twarzy, ale okryta szatą sylwetka budzi przerażenie”) i deklamuje „Dobiega mnie woń wyrzutów sumienia, w powietrzu wisi smród poczucia winy...”. Paradoksalnie mimo tego całego przegadania czuć w Przeklętym dziecku pewien pośpiech autorów – być może dobrze się stało, bo inaczej każda kiepska rozmowa byłaby czterokrotnie dłuższa. Szkoda tylko, że przy okazji powrócono do kluczowych postaci, takich jak Dumbledore (tu przemawiający z obrazu), i potraktowano je po macoszemu lub przesadnie rozemocjonowano.   Podobały mi się zaledwie dwa elementy – ujawnienie, kim naprawdę jest sympatyczna kobieta sprzedająca słodycze w pociągu do Hogwartu, a także rzeczone fragmenty z przeszłości żywcem zerżnięte z oryginalnej serii, zwłaszcza napisane z polotem, niespieszne monologi Ludo Bagmana komentującego Turniej Trójmagiczny. Czuć w nich iskrę, której w Przeklętym dziecku nie ma. Całej reszcie mówię bez żalu – Avada Kedavra!

    2 maja 2017  
    • 4 komentarzy
    • 683 wyświetleń
  • 9kier

    E.A. Poe, Opowieści tajemnicze i szalone

    Przez 9kier



     
    Do opisu stylu Poego bardziej niż gdziekolwiek indziej pasują słowa Jeffreya Forda: „moje zdania czasami przypominają arabskie pismo, pełne zawijasów i zapętlone, suficki tekst, który ma za zadanie opisać jedno z imion Boga, żeby nie trzeba było używać jego prawdziwego miana”.   Tak się składa, że od niemal dwóch lat „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” zajmują należne im miejsce w mojej sypialni. Przez to olbrzymie, prawie 800-stronicowe, wydane przez Vesper tomiszcze nie sposób przebrnąć w ciągu jednego wieczoru i choć zazwyczaj czytam książki w długich, kilkugodzinnych sesjach, w zawiłym stylu Poego jest pewien ciężar, który wymaga ciągłego skupienia i sprawia, że po godzinie-dwóch potrzebuję zrobić sobie przerwę. Jak nic innego nadaje się do robienia pauz na komentowanie akapitów na bieżąco, jak gdyby umysł naturalnie uciekał od lektury, przytłoczony archaicznymi przymiotnikami, kilkuwersowymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, licznymi powtórzeniami, rozbudowanymi metaforami i rozległymi opisami przeżyć wewnętrznych bohaterów. I jak zwykle kręcę nosem na kwiecisty język, wynikający zbyt często z kiepskiego warsztatu i leniwej redakcji, tak sposób pisania Poego nieodmiennie wywołuje we mnie w najlepszym razie zachwyt, a w najgorszym pobłażliwy uśmiech. Ach, drogi Poe, myślę sobie po ponownym przeczytaniu jakiegoś długiego zdania pełnego „cudacznej, oschłej rozwlekłości”, „śpiesznego i natarczywego porażenia” „dziwnego niedomagania” lub „niewymownej, lecz błahej przykrości”, czy zdajesz sobie sprawę, że w tym akapicie nie napisałeś niczego konkretnego? Wtedy autor podaje mi, jakby na udobruchanie, jakieś mięso, ale tylko odrobinę – tyle, bym pragnęła kluczyć dalej przez meandry – a na końcu, gdy napięcie osiąga apogeum, serwuje całą świnię, nie, trzy świnie naraz i stawia kropkę.   Nie każdy może mieć cierpliwość i ochotę, by przedzierać się przez niewątpliwie bogate, ale nieraz dosyć puste, budujące tylko atmosferę zdania oferowane przez tłumaczenia Bolesława Leśmiana, Stanisława Wyrzykowskiego i innych, którzy poświęcili swój czas na przekład tych, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości, trudnych dzieł. Dla takiego czytelnika, przerażonego ciężarem i objętością kompletnego zbioru, powstały „Opowieści tajemnicze i szalone”. Na tę okoliczność wybrano – zresztą już lata temu, bo anglojęzyczny oryginał zadebiutował na Zachodzie w 2004 roku, a rodzima wersja pojawiła się w Polsce w 2006 – cztery flagowe opowiadania: „Czarnego kota”, „Maskę Czerwonej Śmierci” (to zdecydowanie mój faworyt), „Żaboskoczka” (najsłabszy element zbioru) i „Upadek Domu Usherów”. Mamy więc historię zbrodni, opis upadku króla, który wraz z tysiącem poddanych zamknął się w twierdzy ze strachu przed dżumą, a także opowieści o zemście pewnego błazna oraz stopniowym popadaniu w szaleństwo.   Redakcji i przekładowi przyświecać musiała idea przystępności. Dokonano licznych i obszernych skrótów (bez pardonu pomijając całe akapity!), wybierając przede wszystkim to, co konkretne, a także upraszczając język w taki sposób, że nowelki przypominają teraz bajki na dobranoc. Przykładowo tam, gdzie u Leśmiana czytamy „Atoli książę Prospero – szczęśliwą miał gwiazdę, nieustraszone serce i umysł przenikliwy”, u Jolanty Kozak, która przełożyła wszystkie cztery nowele, ten sam fragment brzmi „Ale Książę Prospero był szczęśliwy, zdrowy i mądry”. Gdzie u Wyrzykowskiego „W epoce mojego opowiadania sowizdrzali zawodowi nie zniknęli jeszcze w zupełności z dworów monarszych. Kilka wielkich lądowych mocarstw zachowało swych błaznów w pstrych przyodziewkach i w czapkach z dzwonkami. W zamian za okruszyny ze stołów królewskich musieli oni być zawsze gotowi do ostrego i przystosowanego do okoliczności kpiarstwa”, tam u Kozak „W czasach, w których rozgrywa się moja opowieść, instytucja dworskiego błazna nie wyszła jeszcze całkiem z mody. Kilka wielkich mocarstw europejskich szczyciło się posiadaniem błaznów, którzy paradowali w kolorowych strojach i czapkach z dzwoneczkami, zawsze skorzy do wygłoszenia ciętego dowcipu”.   Uproszczenia w połączeniu z groteskowymi, niepoważnymi ilustracjami Grisa Grimly’ego, a także faktem, że anglojęzyczny oryginał został wydany nakładem Atheneum Books for Young Readers, sugerowałyby, że zbiór przeznaczony jest dla dzieci, ale zdecydowanie nie jest to dobry prezent na pierwszą komunię. To opowieści grozy, w których nie brakuje makabrycznych, szczegółowo opisanych aktów nieuzasadnionej przemocy. Tym, którzy z prozą Poego nigdy nie mieli styczności, powiem tylko, że choć do stylistyki gore autorowi daleko, na porządku dziennym są tu detale pokroju wyłupywania oczu niewinnym istotom. Towarzyszące temu wszystkiemu komiksowe obrazki (tak różne od opublikowanych w „Opowieściach miłosnych, śmiertelnych i tajemniczych” mrocznych ilustracji Harry’ego Clarke’a, bliższych zresztą memu sercu) miały zapewne na celu wywołanie kontrastu, ale w połączeniu z rzeczonymi skrótami osłabiają napięcie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie wiem, do kogo skierowane jest to lekkie dziełko, a także że przy okazji redakcji i tłumaczenia ograbiono Poego z „tego czegoś”, przez co ci, którzy mają tu z nim do czynienia po raz pierwszy, nie zrozumieją, dlaczego styl autora do dziś zachwyca. Ducha pierwowzoru oddaje najbardziej – tak mi się przynajmniej wydaje – „Zagłada Domu Usherów”, która nawet pod skrótach i uproszczeniach pozostała bogata, pełna charakteru i nader często błyska charakterystyczną dla autora literacką sprawnością. Mimo całej sympatii, jaką darzę komiksowość „Opowieści tajemniczych i szalonych”, zdecydowanie skłaniałabym czytelnika do tego, by nie szedł w tym przypadku na łatwiznę i jeśli nie miał styczności z żadnym dziełem Poego, sięgnął po wierniejszy, bardziej satysfakcjonujący przekład. Ta wersja to rzecz dla kolekcjonerów i fanów Grimly’ego, a nie dla tych, którzy mają potrzebę obcowania ze słowem.

    11 lipca 2017 @@recenzja w Z Kamerą Wśród Książek @@@
    • 2 komentarze
    • 657 wyświetleń

Nasze blogi

  1. Powiedziało się A, potem B, potem C, więc wypada skończyć ten alfabet. Na D. Zasadniczo z wydawnictw Tesseract mógłbym poruszyć jeszcze temat Odyssey/Scala, ale powiedzieć o nim można zasadniczo tyle, że zawiera w sobie zbiór wersji live niektórych utworów grupy z ich tourze po Europie, a także DVD z zapisem koncertu o tajemniczej nazwie "Scala" z Londynu. Ogląda i słucha się tego przyjemnie, szczególnie, że na wokalu ponownie mamy Dana Tompkinsa, więc znane już utwory z Altered State mamy okazję posłuchać w nieco odświeżonej wersji. Na Odyssey/Scala generalnie jestem trochę zły, bo po raz pierwszy słysząc o tym "nowym" albumie, zapaliłem się momentalnie niczym Most Łazienkowski (już odnowili, można się z tego śmiać), a okazało się, że to starocie pozbierane do kupy, i ekscytacja siadła. Wierni fani mogą to sobie sprawić i spędzić nawet miło czas.

    Ej dobra, ale nie o tym miała być mowa. Tematem głównym tego artykułu jest najnowszy album kwartetu z Wielkiej Brytanii o tytule przywodzącym na myśl jeden ze starych hitów Megadeth - "Polaris". Z napisaniem recenzji żem się jak widać nie spieszył, bo premiera miała miejsce we wrześniu (!) już minionego roku, co nie zmienia faktu, że nawet po tych - nastu przesłuchaniach krążek nadal wydaje się świeży i daje kopa tak samo mocno.

    tesseract-polaris-cover2015.jpg

    Nowy album zamyka się w trochę ponad trzech kwadransach i zawiera 9 utworów. Wydaje się to trochę słabym wynikiem, szczególnie mając w pamięci o ponad dziesięć minut dłuższe i ogólnie bardziej "epickie" Altered State, choć należy chyba przyjąć, że wynika to z decyzji artystycznej, a nie braku materiału - chłopaki zdali się tu przyjąć nastawienie na bardziej zwarte, konkretne kawałki, zamiast długaśnych segmentów znanych z wcześniejszych dokonań. Największą zmianą w stosunku do płyty poprzedniej jest jednak wspomniany już wcześniej powrót Daniela Tompkinsa. Ashe O' Hara i reszta zespołu rozdzielili w pewnym momencie swe drogi ze względu na różnice w wizjach tego, jak zespół miał się dalej rozwinąć, Dan natomiast zakończył współpracę ze świetnym skądinąd Skyharbor i tak oto Tesseract powrócił do oryginalnego składu.

    tesseract-07102014-3.jpg

    I to słychać w muzyce - to, co serwują nam tym razem muzycy, brzmi jak coś pomiędzy "One" i "Altered State", z kilkoma niestety aż nazbyt znajomymi pomysłami, ale też paroma niesamowicie świeżymi i zaskakującymi kawałkami. Album otwiera przyjemnie mruczące i jednocześnie trzęsące w posadach "Dystopia", przechodzące płynnie w "Hexes". Te dwa pierwsze kawałki pełnią nieco podobną funkcję wprowadzającego aktu, tak jak "Proxy", "Retrospect", i "Resist" na poprzednim krążku. Nie będzie tu nic, co by słuchacza jakoś wybitnie zaskoczyło, ale należy docenić dopracowane i dopieszczone brzmienie (serio, to jak przyjemny masaż dla mózgu aplikowany przez uszy) i nadal nieustający talent Dana, choć muszę też zauważyć, że brzmi tym razem jakby łagodniej, wokal nie wybija się nigdy na pierwszy plan - zabrakło nałożonych na siebie warstw wokalnych imitujących chórki tudzież vocoder z poprzedniej płyty, ale także, co nieco rozczarowujące, nie ma także charakterystycznych dla Dana przeciągłych, rozdzierających screamów (pamiętacie "Eden" na "One"?). W efekcie wokal brzmi miejscami po prostu płasko i nie wywołuje ciarek na plecach jak ongiś. Widać to ze Skyharbor mu jednak pozostało, tam też jego obecność nie odznaczał się jakoś bardzo mocno.

    Następujący po energetycznym wprowadzeniu "Survival" delikatnie sugeruje bardziej skoncentrowany, zwarty kierunek, w jakim poszli na omawianej płycie muzycy, gdyż mamy bardzo singlowo, niemal rockowo brzmiący kawałek, z ciekawą tym niemniej linią rytmiczno - melodyczną. Potem nastrój zmienia się w bodaj najbardziej jak dotąd w karierze zespołu liryczny przy okazji "Tourniquet" - tutaj delikatniejszy wokal Dana i wycofana, nieco senna instrumentalistyka akurat lśnią, niestety pod koniec utworu każdy fan będzie miał poczucie lekkiego deja vu, bo finał piosenki przypomina, a właściwie jest niemal tym samym, co wcześniejsze "Exile". Nie spodobało mi się takie cytowanie samego siebie, szczególnie, że całość płyty naprawdę nie jest zbyt długa, a zabieg ten w późniejszych utworach można zauważyć jeszcze kilka razy. Z drugiej strony być może narzekam trochę na wyrost, w końcu każdego kawałka słuchałem więcej razy, niż ustawa przewiduje...

    tesseract-2014.jpg

    Po tej miłej, choć miejscami nazbyt znajomo brzmiącej balladzie następuje pierwsze pozytywne zaskoczenie i jeden z jaśniejszyc punktów nagrania - "Utopia" - rzecz brzmiąca przede wszystkim bardzo niepokojąco, ale też po klimatycznym intro przeradzające się w coś, co na myśl przywiodło mi... Michaela Jacksona, tylko w wersji DJONT naturalnie. Pourywane, rytmiczne dźwięki gitary, nieoczywista perkusja, i niemal wypluwane bardziej, niż śpiewane wersy Tompkinsa - super, właśnie więcej nowych pomysłów takich, jak ten bym chciał! Niestety moje oczekiwania nie znajdują spełnienia w kolejnym utworze pt. "Phoenix", do którego jakoś nadal nie mogę się dostroić - brzmi mi raczej na coś, co mogłoby się znaleźć na płytce pt. "Previously unreleased songs". Ale to moje zdanie.

    Poziom trzyma za to "Messenger", który od pierwszych sekund atakuje nas połamanym riffem i nie odpuszcza aż do samego końca nieco ponad trzech minut trwania. Skutecznie do machania głową nastraja także rozwijające się przed słuchaczem z każdą sekundą "Cages", które w samym finale zaskakuje chwilowym screamem Dana - tego się nie spodziewałem, aczkolwiek trwa może ze trzy sekundy, więc uznałem ten wybryk za wyjątek potwierdzający regułę.

    Album kończy rzecz, podczas słuchania której nie ma szans, żeby nie pojawiła się gęsia skórka - piękna ballada w metrum 3/4, z refrenem godnym wielkiego finału. W ostatniej minucie natomiast album się rozpływa w powietrzu i ginie gdzieś w odmętach eteru.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo

    Całość pozostawia ogólnie miłe wrażenie. Jest kilka nowych, naprawdę pozytywnie zaskakujących pomysłów, jest kilka chwil emanujących wręcz emocjami, są dla odmiany niezależne, nie dłuższe niż 4 - 5 minut singlowe kawałki, od strony technicznej brzmiące lepiej niż kiedykolwiek. Balans przesterowanych gitar, wytłuszczonego basu i perkusji został wyważony perfekcyjnie. Niestety, jest też kilka "zrecyklingowanych" zagrywek, wokal Dana nie zawsze jest wybitnie interesujący, i ogólnie nie wydaje się, jakoby muzycy tworzyli tutaj nową jakość - i być może nikt by od nich tego nie oczekiwał, gdyby nie przecież przełomowe poprzednie płytki. Ale w zasadzie nie wiem, co mogliby zrobić, żeby znowu całkiem zaskoczyć słuchacza - chyba że całkowicie zmieniliby gatunek muzyczny np. na country, albo indie pop. Nie wiem.

    Co oczywiśćie nie zmienia faktu, że naturalnie gorąco polecam i to wydawnictwo. O ile jednak Altered State w systemie liczbowym dałbym coś w okolicach 9+/10, tutaj przyznaję takie 7+, albo w porywach 8.Tym samym wreszcie kończę natenczas temat grupy Tesseract i mogę zacząć pisać o czymś innym (tak, bo do tej pory nie mogłem, rzecz jasna).

  2. I jestem zafascynowany! Tak, to nie był tak dobry film jak Oryginalna Trylogia, ale też mogę to nazwać Gwiezdnymi Wojnami, a nie porażką w stylu Prequel Trylogii. Aby ocenić ten film trzeba się dobrze zastanowić po której stronie jesteśmy ? czy to fanami, których Gwiezdne Wojny wychowały, czy może zwykłymi odbiorcami, którzy lubią sagę, ale w sumie raz obejrzeli i tyle. Ja tutaj jestem po tej pierwszej stronie, łzy szczęścia jak zobaczyłem napis "Episode VII" oczywiście poleciały, więc już czułem, że jest dobrze.

    J.J.Abrams wiedział czego chcą fani. Po niezbyt dobrej Prequel Trylogii otrzymaliśmy hołd w stronę Oryginalnej Trylogii. Problemem może być to, że w sumie można by to nazwać remake'm Nowej Nadziei, że mało jest nowości, że wiele elementów się powtarza. Gwiazda Śmierci? Jest. Poszukiwanie droida po pustyni? Jest. Osoba nie znająca swoich rodziców, wychowująca się na pustyni obdarzona wielką mocą? Jest. Śmierć postaci bardzo ważnej dla fabuły i dla głównych bohaterów? Jest. Tylko czy to źle? Nie wiem jak Wy, ale jeśli miałbym dostać taki eksperyment jak Mroczne Widmo to już wolę coś takiego. Tylko oby następny epizod już nie był Kontratakiem Mocy. Na szczęście przed nami jest jeszcze Rogue One, który jako tako wzoru nie będzie posiadał, więc tutaj będziemy mogli określić kreatywność twórców.

    Wracając do fabuły ? tak trochę dziwne jest to powstanie Ruchu Oporu. Po co? Ruch oporu miałby sens 30 lat wcześniej kiedy to Imperium rządziło galaktyką, a nie teraz, gdy siły były mniej więcej wyrównane. Republika nie ma armii czy co? Kolejny mankament filmu, czyli Najwyższy Porządek. Tak jak sama koncepcja wygląda ciekawie, tak zastanawiam się skąd to powstało. Pewnie dostaniemy jakieś książki, które to wyjaśnią, ale oceniam tutaj film, a nie całe uniwersum. Fabuła trzyma się kupy i mogę przymknąć oko na te zbiegi okoliczności. Jedyne co mogę zarzucić to ten brak oryginalności i walkę Finna z Kylo Renem. O ile w przypadku Rey jest to jako tako uzasadnione, bo już było wiadomym, że jest w posiadaniu wielkiej Mocy, tak Finn był przecież zwykłym szturmowcem, który jeszcze nie tak dawno zostałby pokonany w zwykłym pojedynku z innym szturmowcem. Co z tego, że Kylo był ranny, skoro powinien sobie z nim spokojnie poradzić? Natomiast walka z Rey była świetnie zrealizowana. Ona, odkrywająca swój potencjał, swoje możliwości, a także Ren, który jak dobrze wiemy nie ukończył jeszcze szkolenia. Ten wariant mogę przyjąć.

    No i Luke, a raczej jego brak. Tak, odejście miało sens, ba, było przewidywane już w Powrocie Jedi, kiedy to Lawrence Kasdan proponował Lucasowi alternatywne zakończenie, w którym właśnie Luke udał się na wygnanie, a śmierć poniósł Han Solo. Mogliby jednak dać jeszcze kilka minut, na rozwiązanie tego kim jest Rey, a tak to będziemy musieli czekać jeszcze 2 lata.

    Oceńmy więc postacie. Na pierwszy rzut oczywiście Rey, w którą wciela się Daisy Ridley. Postać ta jest świetna, charyzmatyczna i wzbudza sympatię widza. Nie wiemy kim ona jest, więc internety mają duże pole do popisu, a pewnie rozwiązanie poznamy przy premierze ósmego epizodu. Brakowało mi dobrych postaci żeńskich w sadze i poza Leią nikogo takiego według mnie nie było. A skoro już jesteśmy przy Lei, to niestety trochę trzeba ponarzekać. Nie dostała dużo do zagrania, ale jednak stała się nudnawa, nic ciekawego do fabuły nie wprowadzała. Carrie Fisher w Oryginalnej Trylogii wykreowała świetną postać, natomiast tutaj jest to po prostu nijaka osoba. Dużo lepiej przy niej wypada Harrison Ford i jego Han Solo. On tutaj znowu wypada świetnie i po raz kolejny wykazuje się swoim kunsztem aktorskim. Chewie, we're home, albo propozycja zrzucenia tamtej dowódczyni do zsypu śmieci (co oczywiście jest nawiązaniem do Nowej Nadziei) były fenomenalne. Szkoda, że już go nie zobaczymy, no ale tak bywa, nie? Starsi muszą odejść by ustąpić nowym. Kolejną postacią do ocenienia jest Finn, w którego wciela się John Boyega. Niestety, ale jest to w mojej opinii najsłabszy element całego filmu. Nie jest źle, jest poprawnie, ale zdecydowanie mogłoby być lepiej. Miał bardzo dużo do zagrania, ale coś mu to nie wychodziło.

    Przejdźmy więc na Ciemną Stronę Mocy. Kylo Ren, w którego wcielał się Adam Driver to postać trudna do oceny. Z jednej strony w masce prezentował się świetnie, wzbudzał swego rodzaju grozę, ale jednak bez niej tracił bardzo wiele. Wyglądał na chłopczyka, który chce być tym złym, ale jednak jest zbyt dobrym. Może taki był zabieg scenarzystów, ale wiecie no, troszkę przesadzono. Zastanawiają mnie motywacje, które przeciągnęły go na Ciemną Stronę Mocy i pewnie również i to wyjaśnione będzie w książkach. Dużo lepiej prezentował się Snoke, aczkolwiek jest to kolejna postać, którą trzeba wyjaśnić, bo o ile jednak władanie mocą u Rena jest wyjaśnione, tak u niego jest zagadką. Może jest jakimś dawnym uczniem Imperatora, który uznawał, że skoro Imperium rządzi to można mieć więcej uczniów i złamać zasadę dwóch? Pożyjemy, zobaczymy. Mało kto pewnie zwrócił na to uwagę, ale wcielał się w niego jak zwykle genialny Andy Serkis. Kiepsko wypadł Generał Hux, który ani nie wzbudzał strachu, ani sympatii. Miałem nadzieję, że w końcu Ren go zabije, tak jak Vader pewnie dawno by to już zrobił.

    Humor filmowi dopisywał. BB-8 jest świetny, a scena z zapalniczką była wyborna, podobnie jak moment gdy Finn bandażował Chewbaccę. Cieszy, że nie zdecydowali się na "humor" z Prequel Trylogii i postać w stylu Jar-Jar-Binksa.

    Od strony audiowizualnej było dobrze. Muzyka była przyzwoita, aczkolwiek nie ma tutaj utworów, które będę sobie z nudów w domu uruchamiać do posłuchania. Na szczęście efekty wyglądają świetnie i od strony wizualnej nie ma się czego wstydzić. Bitwy robią wrażenie i ogółem było bardzo dobrze. Widać, że było to bardzo ważnym elementem w procesie tworzenia, więc za to należą się twórcom gromkie brawa.

    Solidne 8/10, można i się doszukiwać tutaj oceny 8+. Przebudzenie Mocy jest nowym otwarciem dla młodszych fanów, a także hołdem dla starszych. Film ten bada rynek, daje fanom to, czego chcieli. Bawiłem się świetnie.

  3. Idorustorm

    • 2
      wpisy
    • 5
      komentarzy
    • 2154
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    5tSx03u.jpg

    Vitam, dzień dobry.

    Kolejny rok zleciał, więc nadszedł czas na obligatoryjne podsumowania mijającego roku na tematykę z różnego spektrum od hodowli alpak do growych przeżyć i osiągnięć. W kwestii 3DSowej udało się mi trochę założonych do zaliczenia tytułów zaliczyć, trochę niespodziewanych tytułów wpadło, a od niektórych ponownie się odbiłem. Do tego wielkie N średnio rozpieszczało w tym roku w kwestii tytułów na kieszonkonsolkę, więc głównie na tapecie było nadrabianie (rosnącej) górki wstydu. Godzinowo może nie jest hardkorowo (pewnie przez niezłapanie się na MonHunową jazdę), ale i tak co spędziłem z handheldem to spędziłem i napisać wrażenia o tym można.

    Honorable Mention #2

    Kid Icarus Uprising

    11:14

    44OhqfFs.jpg

    Gdyby Uprising miałby być przeniesiony do formy filmowej, to nie mogę go sobie wyobrazić inaczej niż w formie takiej klasycznej rysowanej animacji Disneya z lat 90. Banda zróżnicowanych i fajnych bohaterów, akcja lecąca do przodu z rollercoasterem emocji, świetna muzyka i animacja. Przygody Pita właśnie takie dla mnie były. Miałem ucieszoną gębę słuchając wesołych komentarzy ze strony Paluteny czy Viridi, wytrzeszczałem oczy przy pierwszych chwilach pojawienia się Aurumów, czy z podniesioną konsolą zmierzałem do epickiej walki z kolejnym ciekawym bossem. Świetna intensywna opowieść na parę wieczorów.

    Rysą, taką z rodzaju tych depresji geologicznych, był myk z Circle Padem Pro i sterowanie jako takie. Wsparcie dla CPP w MGS3D, czy MonHunie 3 to przybliżenie do sterowania z dużych konsol, alternatywa do normalnego bez dodatkowych przycisków i grzyba. A przy przygodach Pita mogłem sobie poużywać grzybka z CPP zamiast grzybka z konsolki. I tyle, całe mazianie po ekranie zostawało. Po paru misjach się przyzwyczaiłem się do sterowania stylusem, ale trochę soli pozostało z braku alternatywy.

    Honorable Mention #1

    Hatsune Miku Project Mirai DX

    15:33

    NRjmL0qs.jpg

    Weaboo sheet. Japoński/animcowy pop nie jest mi obcy, ale nigdy jakiegoś większego zachwytu nad Hatsune Miku nie miałem. Ot znałem parę sensownych kawałków, gdzie vocaloidowa panna od pora nie brzmi wnerwiająco piskliwie. Dlaczego więc ten tytuł w topce? Grę kupiłem po tym, jak pewien tytuł z pozycji numer 4, nakręcił mnie na gry muzyczno-rytmiczne. Project Mirai, troszeczkę lżejsza odnoga Project Diva z załączoną reklamą Nendoroidów, to kawał świetnie dobranej rozrywki. Większość utworów jest bardzo fajna (może z 5 "piskliwych" mogę naliczyć) i zróżnicowana pod względem stylistycznym. Ja, jako raczej cep w grach rytmicznych, mogłem spokojnie wejść w rozgrywkę przy dobrze wyważonych poziomach trudności. Szczególnie mnie zdziwiło, jak dobrze mi się grało pacając stylusem po dolnym ekranie, gdy zwykle wolę fizyczne przyciski do wszystkiego co się da. Do tego normalnie wydana u nas wersja PuyoPuyo (jakie to dobre), no i można się pobawić takim prostym muzycznym edytorem. Lub podkładać wesołe rzeczy pod jego animacje.

    10. The Legend of Zelda: Ocarina of Time 3D

    26:30

    DkQ25Eas.jpg

    Tego tytułu chyba nie trzeba przedstawiać. Oryginał z N64 to gra legenda, grzejąca pierwsze miejsce w większości rankingów wszechczasów (no chociaż ostatnio >Undertale na Gamesfaqs). Tymczasem, w mijającym roku, pierwszy raz miałem okazję zapoznać się z tym tytułem. Dotąd Zeldy były dla mnie znane przez te dwuwymiarowe odsłony z Gameboya, jak Minish Cap dla przykładu. Pewne obawy były z tego powodu, ale odświeżona Ocarina i przy okazji sam koncept trójwymiarowych Zeld przypadły mi do gustu. Raczej nie czuć tu wieku oryginalnego materiału - szczególnie, gdy sterowanie na kieszonkonsolce jest wygodne, ulepszona grafika cieszy oko, co wywołuje megafrajdę pod względem gameplayu. Trochę można psioczyć na pewne elementy historii (>pomocność Zeldy w OoT), ale samo uczucie przygody towarzyszyło mi od pierwszych chwil w środku Deku Tree. Wiele labiryntów ma bardzo fajne myki, z moim ulubionym Water Temple i ganianiem za poziomem wody na czele. Co do bossów - chyba najbardziej zapamiętałem Bongo Bongo ("daj noże wcelować skurczybyku") i Twinrova. Ogólnie polecam, a sam będę musiał wreszcie znaleźć czas na przejście Majory. No i czekam, aż pewien znany letsplejer skończy lp Wind Wakera, to i Phantom Hourglass wpadnie na tapetę.

    9. Fire Emblem Awakening

    27:02

    KU6IYmgs.jpg

    Iii jedyna pozycja na tej liście, która wróciła na kupkę wstydu pomimo rozpoczęcia w tym roku. Grę ruszyłem tak przy okazji pierwszej zapowiedzi nowych odsłon serii, później znanych jako if/Fates, bo "wypadałoby poznać przed premierą następnej części". No i Lucina to jedna z moich dwóch ulubionych postaci w Smashu, więc też tak trochę głupio nie znać. Tytuł okazał się całkiem fajny pod względem taktycznego rpga, jak i tych quasipersonowatego rozwijania związków między bohaterami. W pierwszej kwestii gra okazała się całkiem przyjazna i problemy właściwie sprawiała tylko przy tym wieśniaku na jednej z misji pobocznych (perma death on spowodował parę resetów przy nim), reszta głównych już szła bez problemów i zbytniego wykorzystywania Freda (przed czym mnie większość znajomych ostrzegała). Pewna zasługa w tym dlcków od grindu, gdzie swoją drogą Nintendo pozwoliło sobie przy FE:A spamować dodatkami niczym dobry zachodni wydawca przy tytule AAA. Z drugiej kabany o której wspomniałem, całkiem zacnie zrobione interakcje między postaciami wyjaśniają popularność gry - Nowi, Tharja, Sumia czy Anna zapadają swoimi akcjami na dłuższy czas w pamięci i chce się rozwijać kolejne związki/przyjaźnie jeszcze szybciej. No i female Marth a cutie, dziękuje Sakurai za twoje fanbojstwo i wrzucenie jej do Smasha.

    Późną wiosną udało mi się doczłapać do końca pierwszej części gry (aka skończyłem misję przed time skipem) i jakieś inne rzeczy plus lekkie znużenie dość długimi partiami, odepchnęły mnie od FEA. Zapewne za jakiś czas, zapewne jak hajp związany z wydaniem Fates czy Corrina w Smashu narośnie na internetach, to i wrócę do tego tytułu. Bądź co bądź, best daughteru czeka.

    8. Etrian Mystery Dungeon

    28:28

    zDdyELIs.jpg

    Eksplorowanie labiryntów intensyfikujące. EMD pod względem założeń gameplayowych to głównie całkiem przyjemna rogalizna z nurtu "tajemniczych podziemi" od Spike Chunsoft, zmieszana z kolejną grową marką. Tym razem chociaż pasującą pod względem tematyki łażenia po labiryntach. Klimatycznie Etriana jest tu na tony, co mi się mocno spodobało - na start mogłem spokojnie zrobić prawie ten sam skład co w EOIV, wiedziałem jak konkretnie rzucać skillami, pewne podstawowe założenia co do mobków i FOE (jeleń :* ) zostały takie same. Do tego, mimo braku rysowania map, cały czas czuć tu pociąg do odkrywania kolejnych poziomów zagadki bursztynowego drzewa - człapania przez przepiękne lasy, zaśnieżone kotliny, czy ruiny. I do tego dodatkowe bajery jak na przykład rozbudowa miasta. Bueno. Trochę jedynie brakuje jakiej większej interakcji lore/historii podczas łażenia po normalnych poziomach labiryntu (acz to głównie przez losowo generowane podziemia), no i braku linek ariadne w sklepie. Upierdliwość straszna.

    7. Pokemon Alpha Sapphire

    36:01

    S4ShiXes.jpg

    Hoenn confirmed, podejście too much water. Dopiero w tym roku udało mi się przysiąść do najnowszych remaków i je spokojnie skończyć. Wrażenia zacznę od tego, że jest badziewnie, wręcz banalnie, prosto. Gra jest megakażualowa. Tak, tu oczywiście może włączyć się u niektórych pewne zdanie, lecące mniej więcej w sposób: "mogłeś wyłączyć Exp Share?a". Ok, w porządku. Ale czemu w przypadku XY, Gamefreak jeszcze potrafił zbalansować tak grę, że nie stanowiła linii prostej bez wyzwań. Były miejsca, w których trzeba było się pobawić w wykorzystywanie słabości danych poków, czy użycie tego lub innego megasa w danej chwili. W ORASie nawet tego brakuje i po prostu prze się do przodu i po tych trzydziestukilku godzinach miałem zmaxowane poki i praktycznie nic do roboty w singlu. Brakuje sensownego postgame, który tak przecież błyszczał przy odniowionej drugiej generacji, czy Black2/White2. Usunięto nawet tak przyjemne pierdoły jak zbieranie ciuszków, nie ma walki o jakieś mało znaczące tytuły. No i w dalszym ciągu GF nie potrafi zoptymalizować silnika, by nie dostawał czkawek przy niektórych animacjach bitewnych poków na starym 3DSie. Nic, schluss, basta.

    Narzekania kończą się tutaj. Swoje jednak w tę grę obgrałem mimo wszystko, ten wciągający pokemoniasty myk w tej grze ciągle jest. Z nowości na pewno najfajniej wypadało latanie pokami w przestworzach. Świetnie to wyszło i mam nadzieję, że GF nie odwali tutaj "ubrania są tylko dla Kalos" i rozwinie tę opcję w kolejnych odsłonach. Kolejny ficzer, który powinien zostać na stałe, to genialny radar i kompletowanie mapek. "Złap je wszystkie" staje się przyjemniejsze dla graczy, którzy nie tylko skupiają się na kieszonkowych stworach. Do tego fajne jest łapanie legend po zakończeniu fabuły - może trochę umniejsza respekt na dzielni z posiadania tego "mitycznego poka numer 5", ale trochę przybliża stare legendy dla nowych/mających przerwę graczy. Ogólnie jest średnio dobrze, acz grywalnie, czekam na Z-kę.

    6. Senran Kagura 2: Deep Crimson

    37:06

    VMBeLPxs.jpg

    Jakby to powiedział pewien znany letsplayowiec i streamer: witam witam, cycki.

    Wesołe przygody hojnie obdarzonych dziewoj ninja, odsłona druga. Na pierwszą część napatoczyłem się trochę przypadkiem i żartem, a skończyło się na ponad czterdziestu godzinach przedniej beat?em upowej zabawy polanej fanserwisem. Druga część, gdy została zapowiedziana na zachodzie, stała się więc jednym z ważniejszych tytułów do zagrania w roku 2015. I nie zawiodłem się, bo Deep Crimson to więcej i lepiej starego mięsa, jak i sporo nowości. Wesoła intensywna historia, fanserwis który imo nie przegina jak w odsłonach na Vitę, wciągający gameplay machający się od 2.5d beat?em upa do sieczki przypominającej gry z serii Musou. Cały miks w podstawce świetnie mi się ograło, do tego część postaci wnerwiających mnie w jedynce, sporo zaplusowała i rozwinęła się w drugiej odsłonie (chociażby Hibari). Do tego dlcki, które są klasą samą w sobie - jeden nawet zamienia grę w całkiem fajnego shoot?em upa. Jeśli chodzi o minusy - imo jest trochę prościej z przejściem fabuły niż w jedynce, bo druga postać potrafi ładnie uratować tyłek w razie potrzeby. No i trochę krótko mimo wszystko.

    Ps.: europejska limitka z soundtrackiem jest bardzo spoko.

    5. Pokemon Platinum

    37:14

    Z6wNbSws.png

    Eine kolejne Pokemony na liście. Moje pierwsze spotkanie z czwartą generację ogólnie i całkiem na plus. Mile było zagrać w coś, co samo nie pcha gracza do przodu i wymaga trochę odpowiedniego ustawienia składu stworków i ich wystawiania pod kolejnych trenerów. Oczywiście dochodzi tutaj lekka grindówa w pewnych momentach, ale po ORASie było to wręcz odświeżające przeżycie dla kogoś zagrywającego się kiedyś godzinami w pierwszą i drugą generację. Z drugiej strony, pewne rzeczy mogłem docenić w nowszych odsłonach - odsłony sinnohowe mają straszliwie ślamazarny silnik walki. Gamefreak, Gamefreak nigdy się nie zmienia i coś zawsze pod względem technicznym skopać powinien. Ot taka wesoła tradycja. Do tego startery z Platinum są imo nijakie klimatycznie i pod względem umiejek, w porównaniu do tych z innych części. Są z rodzaju tych mocno obojętnych graczowi. Ogólnie jednak platynowa jazda była raczej bardzo wesoła.

    4. Theatrythm Final Fantasy: Curtain Call

    39:40

    CUDDs0ss.jpg

    Moja znajomość z serią Final Fantasy można określić bardziej jako "znam i kojarzę", niż "ograłem". A z rzeczy które się "zna/kojarzy" z tego multiwersum, muzyka jest na jednym z czołowych miejsc. To jeden z głównych powodów zainteresowania TFFem, acz poza tym, mam takie lekkie pozytywne uczucie do gier muzycznych. Mimo swojego mocno średniego skilla w nich, szczegół. Zakup został dokonany i szybko okazało się, że zaserwowano mi "jakie to dobre" danie 3DSowe do którego będę wracał wielokrotnie. TONY muzyki z niemal każdej odsłony Fajnala, połączona z naprawdę genialnym i wciągającym pacaniem po ekranie/naciskaniem przycisków. Właśnie, naciskaniem, które w tym przypadku sprawdziło się u mnie dużo lepiej, niż we wcześniej wymienionym Project Mirai. Rysikiem idzie mi gorzej z wyczuciem rytmu, ogólnym wejściem w dane utwory. Sama gra proponuje szybko urozmaicenie w obgrywaniu muzyki. Questy są świetnym sposobem obgrywania kolejnych kawałków, będąc swoistymi playlistami. Zaliczałem je dość często i nawet przelazłem na średni poziom trudności przy większości kawałków. Następne multi, które mimo aktualnie już trochę średniej popularności, zostało bardzo fajnie zrobione ze wszystkimi power-upami i przeszkadzajkami. Trzymanie się blisko punktowo jakiegoś mieszkańca KWW to bardzo satysfakcjonujące uczucie. Są też singlowe wyzwania zrobione na modłę tych przeciw graczom i można pobawić się solo w zdobywaniu coraz to lepszych pozycji. No i jeszcze jest masa bonusów do odblokowania, a dla spragnionych więcej kawałków w dlckach. TONY kawałków z Fajnali, jak i innych gier Square (Enix) - od Chrono Trigger do Bravely Default.

    Teoretycznie i pewnie praktycznie TFF:CC najlepiej smakuje ze znajomością kolejnych odsłon tej ikonicznej serii. Ale jeśli nawet nie zna się zbyt dobrze Fajnali, to imo Curtain Call jest pozycją obowiązkową na 3DSa. Świetny zestaw muzyki plus świetny gameplay.

    3. Project X Zone

    58:24

    1yelsBos.jpg

    Lubię crossovery. Zwykle takie miksy filmowe, animowane, czy growe podchodzą do najróżniejszych składów w lżejszy i bardziej wesoły sposób, nie tracąc przy tym masy akcji przy okazji. Tak jest i przy PxZ, gdzie banda postaci z japońskich tworów, robi sobie masową wycieczkę międzywymiarową połączoną z ganianiem "za tymi złymi", tworząc zabawne interakcje przy okazji. Przypomniałem sobie paru starych znajomych (Zengar i jego fetysz mieczowy), jak i parę produkcji doszło na "kiedyś bliżej się zainteresować" (najbardziej Sakura Taisen i Resonance of Fate, jak kiedyś będę miał odpowiednie konsole). Sam gameplay, który wcześniej już przez demo poznałem, można określić jako rzemieślniczy poziom. Są pewne rzeczy do których trzeba się było chwilę przyzwyczaić (trochę zręcznościowy system tur), do tego każda nowa parka i solo jednostki wprowadzały trochę świeżości. Niestety po odkryciu większości kompanii, zabawa zaczyna trochę przynużać, a w końcówce odwala lekki bullshit spamując jednostkami bossowymi. Jeśli ktoś jednak lubi srpgi i siedzi w japońszczyźnie - takie rzeczy już pewnie widział, a dla fanserwisu warto.

    2. Pokemon Shuffle

    62:07

    vIoHVths.png

    Oh boy, here we go. Z trzech tytułów pokemoniastych, które najwięcej czasu mi zżarły w 2015 roku, najwyżej znalazł się tytuł f2p z mikrotranzakcjami i ograniczeniami. Sam osobiście wydałem na produkcje równe zero złociszy i należę do osób, które raczej świetnie się bawiły tym tytułem. Przelazłem podstawową kolejkę poków z premierowego wydania, złapałem parę stworków z EX-Stage czy megasów. Ludzie narzekali przy tej produkcji na ograniczenia, ale filozofia stojąca za Shufflem jest dość typowa dla mobilek - krótkie partyjki pomiędzy innymi czynnościami/grami i człowiek spokojnie olewa limit serduch, a ilość złota jest wystarczająca.

    No i patrząc pod względem ogólnym, to Shuffle jest jednym z tych kroczków Nintendo do uwspółcześnienia. Czy ktoś pod koniec 2014 roku powiedziałby, że doczekamy się tytułów od N na komórki? Trochę z ciekawością, trochę z obawami, czekam na to co nam Marianowa firma przyniesie podczas następnych 12 miesięcy i to nie tylko pod względem NXa.

    1. Etrian Odyssey IV: Legends of the Titan

    96:47

    0KmrP2Q.png

    Jestem z natury leniwym człowiekiem wolącym domowe zacisze, ale czasami udaje mi się wyczłapać z domu na przysłowiowe łono natury. Trudnym to nie jest, bo mieszkam w raczej małej miejscowości, lasy niedaleko, pola jeszcze bliżej. Lubię wtedy rowerem czy z buta, przemierzać swoje okolice i oglądać najróżniejsze lokalne krajobrazy, słuchając jakichś spokojnych instrumentalnych kawałków. Taki eksplorator dla własnej wiedzy i odczuć. Jesienne lasy, letnie łąki, wiosenny park i muzyka, dajmy na to, Jeremiego Soulsa. Bueno. A w tym roku dołączyć jeszcze jeden kompozytor do ewentualnej playlisty - tak, Yuzo Koshiro.

    Wcześniej z dungeon crawlerami miałem chwilowe spotkania - czy to kiedyś z Wizardrami 7 (kiedyś wreszcie dobrze zajmę się tym tytułem), którąś częścią Might and Magic, czy to bliżej naszych czasów z Labyrinth of Touhou (hijack lol) i Personą Q. Zwykle od takich tytułów odchodziłem, mimo że były dobre, z powodów ich złożoności, długości, czy po prostu innych pilniejszych rzeczy na liście. Etrian IV jednak kupił mnie na dłużej z powodu odczucia całej gry. Czujesz się jak odkrywca, który łazi po dzikich terenach i za każdym zakrętem może spotkać coś nowego i ciekawego. Do tego dochodzi rysowanie map, genialnie zrobione, gdzie twoje odkrycia zostają na dłużej i niczym za czasów nieinternetowych człowiek musiał ważniejsze rzeczy sobie zanotować gdzieś na boku. Osobiście też stroniłem, przy przechodzeniu tej gry, od wszelakich pomocy. Szukanie przejścia we mgle, aktywowania danych przełączników, czy sprawdzanie niewidocznej podłogi. Wszystko chciałem zbadać i rozrysować sam, poświęcić temu czas. Podobnie było z ustawieniem ekipy, ich umiejętności czy ekwipunku - gra po prostu była warta każdej poświęconej minuty i warto było też ominąć większość możliwych poradników.

    Tym sposobem zakochałem się w tym stylu rozgrywki. Trochę się boję, że z nadejściem kolejnego handhelda wielkiego N może skończyć się era drugiego ekranu i rysowania map po nim, ale z drugiej strony magicy z Atlusa swoje potrafią już od wielu lat. A nawet jeśli czeka nas dłuższa przerwa od eksploracji Yggdrasilów, to ciągle czeka na mnie dokończenie EMD, ruszenie innych odsłon serii, lub powrót do Persony Q z większą ochotą. F.O.E. i do przodu.

    Post game, czyli rok następny

    Co w następnym roku w kwestiach 3DSowych? Z pewnością dokończenie rozpoczętych tytułów, jak EMD, Fire Emblem, czy niewymienione tutaj Rune Factory 4 i Samurai Warriors Chronicles 3. Do tego dojdzie od groma jrpgów, które muszę zaliczyć prędzej niż później, z naciskiem na Bravely Second i Etrian Odyssey Untold 2. No i kupka wstydu, acz tutaj sporo pewnie namieszają tytuły piecowe (Nep!), ewentualnie inne konsole. Ewentualnie, bo od jakiegoś czasu mam cichą chcicę na Wii U ze względu na Xenoblade X i Mario Karta, a zbliżający się Fire Emblem x Atlus (aka Persona U) może mnie kompletnie złamać.

    Ewentualnie, ewentualnie NX. Właśnie w tej kwestii pozostaje największa niewiadoma roku następnego. Stacjonarka, handheld czy hybryda. To ostatnie chyba by mnie najbardziej zadowoliło, bo Nintendo growo skupiłoby się na jednej platformie - ostatnie parę lat z mieszaniem produkcji to na 3DSa, to na Wju, zwykle kończyło się szczuplejszym okresem na którejś konsoli. Co z tego ostatecznie wyjdzie, to się pewnie okaże wcześniej (nagła zapowiedź) lub później (E3), ale czekam z lekką niecierpliwością.

    Wracając jeszcze do rzeczy 3DSowych - osobiście bym się nie obraził jeszcze na zdjęcie tego nieszczęsnego region locka. W innym wypadku, chętnie bym zobaczył pewnie zapowiedzi lokalizacji paru wesołych tytułów, z Rhythm Tengoku Best Plus na czele. Na szybkie przeniesienie MonHun Stories, SMT IV Final, czy 7th Dragon III Code: VFO też się nie obrażę.

    No i pewnie kupię kolejne amiibosy. Ale to szczegół.

    Dziękuje za uwagę i do następnego przeczytania.

    vIvEgx2.gif

  4. Okiem Szuka

    • 1
      wpis
    • 6
      komentarzy
    • 607
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    League of legends jest chyba najbardziej popularną MOB-ą tego jak i zarazem zeszłego roku zaprojektowaną przez Riot Games. Gra bije rekordy logowań (w styczniu 2014 roku było to aż 67 milionów). Początkowo ciężko jest ogarnąć umiejętności wszystkich 128 postaci, ale prosty samouczek próbuje wyjaśnić nowicjuszom przepychanie linii, zdobywanie buffów, zarabianie na minionach (farmienie) i zbrojenie się na swoich oponentów w sklepie. Dużym plusem jest to, że mikro płatności nie wpływają na balans rozgrywki (poprawiają nam tylko i wyłącznie wygląd wizualny). Największym konkurentem Lol-a jest uznawana przez wielu za lepszą, Dota2. Oczywiście ja nie podzielam tej opinii, ponieważ jestem fanem Lol-a, ale przecież każdy ma prawo do grania w to co lubi.

    SZUK

    • 1
      wpis
    • 5
      komentarzy
    • 745
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    Ok. Zacznijmy recenzję (tak, to będzie recenzja wink_prosty.gif ) od przypomnienia sobie starej, znanej wszystkim prawdy "zwycięskiej taktyki się nie zmienia". No pewnie tak. Jednak mam pewne wątpliwości, które postaram się tu przedstawić.

    Nie będę we wstępie zanudzał Was oczywistościami typu 'ile to na ten film nie czekałem', tudzież 'wreszcie wracają nowe stare Gwiezdne Wojny', itp, itd. Zachwytów u mnie z powodu zatrudnienia aktorów z oryginalnej trylogii też nie uświadczysz. Wiem, być może jestem dziwny, ale oczekuję od sequela/prequela czegoś nowego, lub chociaż ubranego w nowe barwy, a nie ciągle tych samych odgrzewanych kotletów. Czy tak jest w przypadku epizodu 7? Niestety dokładnie tak. Ale po kolej.

    Pierwsza rzecz, smutna dla każdego fana, to oświadczenie Disneya, że całe tzw. 'Expanded Universe' (czyli wszystkie wydarzenia dotyczące sagi umieszczone w książkach, grach, komiksach) zostały omianowane tagiem 'Legends', czyli jak powiedziałby każdy programista - deprecated! ;D I jest to już powód, żeby trochę się pofrustrować. No bo przecież nie po to fan wydawał przez lata grubą mamonę tylko po to, żeby po latach dowiedzieć się, że to wszystko jest warte tyle co piasek na Tatooine. Ponad to należy się zastanowić, czy w ten sposób Disney nie podważa sam siebie, no bo inteligentna osoba zada sobie pytanie: ej, to po co mam wydawać kasę na cały około gwiezdno-wojenny stuff, skoro ponownie może się okazać deprecated. wink_prosty.gif Podważa to sens wszystko co wyprodukowane zostanie pod szyldem 'Lucas' i w gruncie rzeczy może być warte tyle co amatorska twórczość fanów.

    Przejdźmy jednak do samego filmu, bo narzekać jest nad czym. Przede wszystkim należy patrzeć na epizod 7 w kontekście epizodów poprzednich. I co dostajemy? Otóż epizod 7 to nic innego jak przerobiona 'Nowa Nadzieja'. I to jest największa wada (a może zaleta?) filmu, bo nawet najgorsza część sagi - Mroczne Widmo, wkroczyła do kin z nową jakością: świetną oprawą audiowizualną, nowymi światami, robotami, potworami, itp, itd. Tutaj wszystko jest takie jak w epizodach 4-6, żaden powiew świeżości. Naprawdę nie wiele jest rzeczy nowych. Niby jest nowy miecz świetlny, trochę zmodyfikowane zbroje szturmowców, itp, itd., ale to wszystko jak dla mnie za mało. No i kolejny raz pojawia się Gwiazda Śmierci. To już zaczyna robić się komiczne.

    Właśnie to jest największy zarzut dla całego filmu. Schematyczność. Scena po scenie jakby wyjęta z Nowej nadzieji. Samotna dziewczyna, sama twierdziaca o sobie, że jest 'nikim', która nagle (bez szkolenia) odkrywa w sobie Moc; pustynna planeta; nowa wersja R2-D2, który ma w sobie ukrytą jakąś mapę.. Czy ja to już gdzieś nie widziałem?! Może w epizodzie 4? No patrz. wink_prosty.gif Tak, niestety ten film to nic innego jak nakręcony przez fana remake (i tak powinien być przedstawiony w mediach) Nowej Nadzieji.

    Co natomiast mi się podoba. Uważam, że nowe postacie, które zostały wprowadzone do sagi, zostały odegrane pierwszorzędnie. Należy przede wszystkim pochwalić Daisy Ridley, odwtórczynię głównej roli, która znakomicie zagrała postać tzw. 'od zera do bohatera'. Zdecydowanie jej energia, towarzysząca nam przez cały film, nakręca fabułę. Ogólnie widać, że chemia między bohaterami jest bardzo dobra, co poniekąd też jest zasługą reżysera. Także praca kamery poprawiła się w porównaniu do epizdoów 1-3. Film ogląda się przyjemnie, mało jest w nim niepotrzebnych przestojów oraz rwanych scen i skoków między scenami (klasyk jeśli chodzi o zdolności reżyserskie Lucasa). Co do scenariusza, też nie mam wielkich zastrzeżeń, chociaż brakuje mi tu kilku zapadających w pamięć kwestii dialogowych, które pojawiały się nawet w prequelach. Brakuje też jakichkolwiek kwestii filozoficznych czy politycznych, które dominowały wręcz w poprzednich epizodach. Postronny widz powie: 'to dobrze, w końcu do kina przyszedłem się rozerwać'. Poniekąd tak, jednak kiedyś Gwiezdne Wojny miały nie tylko bawić, dziś widocznie najważniejsza jest kasa.

    Na koniec, co w filmie mnie naprawdę zawiodło. Przede wszystkim słaba ścieżka muzyczna. Być może na jej jakość zaważył stan zdrowia Williamsa (twórcy ścieżki wszystkich epizodów). Trudno mi wytłumaczyć dlaczego tak się stało, bo przecież nawet w Mrocznym Widmie otrzymaliśmy tak znakomite kawałki jak choćby "Duel of the Fates". Kolejna wada, to słabiutkie walki na miecze. Trudno tu odnaleźć klimat z pojedynku Luka z Vaderem z Imperium Kontratakuje czy dynamik z walki między Obi-Wanem a Darthem Maulem. Już nie będę się pastwił nad absurdem jakim jest samo starcie trzymającej pierwszy raz w życiu miecz Rey z (głowny zły w nowym filmie).

    Ogólnie jaki jest mój wniosek. Bez ręki Lucasa możemy się spodziewać kolejnych kopii znanych nam epizodów. Nie zobaczymy prawdopodobnie nic nowego, a czasami wręcz będziemy się nudzić. Nie mówię, że George powinien dalej brać się za reżyserię czy scenariusz, bo to co zrobił J.J. Abrams to kawał dobrej roboty. Jednak George powinien wymyślać i nakreślać styl nowej trylogii. Tak jak to robił chociaż w najlepszym epizodzie - Imperium Kontratakuje.

    To tyle jeśli chodzi o mnie. Poniżej zamieszczam małe podsumowanie recenzji. Niech Moc będzie z Wami!

    Minusy:

    - plagiat Nowej Nadzieji

    - najsłabsze walki na miecze w historii

    - ile razy jeszcze będziemy niszczyć Gwiazdę Śmierci?

    - Daisy posługuje się Mocą i Mieczem Świetlnym niczym Yoda bez ŻADNEGO szkolenia? ocb?

    - brak wyrazistego złego bohatera (jakiś sfrustrowany Harry Potter? Brakowało mu tylko pryszczy na czole)

    - naprawdę słaba muzyka

    - ogólnie historia z d.. Skąd się wziął ten Nowy Porządek? Czy naprawdę Luke okazał się takim nieudacznikiem,

    żeby nie wyszkolić żadnych Jedi przez kilkadziesiąt lat, a Leia nie potrafiła odbudować silną republikę?

    - dialogi niemrawe. Żaden z tekstów nie zapadł mi w pamięć, który mógłby kandydować jako kultowy.

    - trochę krótki (ewidetnie nastawiony na kolejne części, czyli kasę)

    Plusy

    - Świetne 3D, najlepsze jakie widziałem poza Avatarem

    - dobry casting, nawet dziadek Ford dawał radę

    - znakomity montaż i duża lepsza praca kamerą (widać, że to nie Lucas)

    - dobrze wyreżyserowany

    - wreszcie mniej skupienia się na nudnych Jedi. Więcej walk myśliwców, strzelanin.

    - w końcu to Gwiezdne Wojny smile_prosty.gif

    Podsumowując: to niestety tylko i wyłącznie ładnie przybrany, nowo opakowany stary, odgrzewany kotlet. Wolę Nową Nadzieję.

  5. Ciepłe zimowe popołudnie za oknem.

    Nie ma mrozu, który pokryłby całą okolicę, otulając białą szadzią każdą z igieł świerku na moim podwórku. Nie ma nawet zera.

    Niestety, ale nie nadeszła pełnoprawna zima.

    Ale gdyby rzeczywiście była to czy cieszylibyśmy się z tego?

    Chyba każdy z nas ma tak, że nienawidzi i kocha ją jednocześnie.

    Zakładanie piętnastu tysięcy warstw ubrań na cebulkę, łażenie w zaspach, odśnieżanie przed domem czy codzienny rytuał rozpalania w piecu nie należą do rzeczy, które sprawiają, że miło wspominamy tę porę roku. Jednak na święta coś nie coś by się przydało, nieprawdaż?

    Zima ma w sobie coś niezwykłego i chyba wszyscy to czują. Gdy braknie jej za oknem udajemy się do takich źródeł gdzie ona występuje i odda nam chociaż namiastkę swego klimatu.

    Zaprzęgając siły chłodnej natury do jakichś cudownych opowieści sprawiamy, że dzieją się rzeczy niezwykłe, wręcz magiczne.

    Poczynając od kultowych, książkowych powieści takich jak: Łowca Snów czy Lśnienie Stephena Kinga, Góry Szaleństwa Lovecrafta, Zimowy Księżyc, Deana Koontza, po gry takie jak Skyrim i jego wspaniałe zorze czy Penumbra lub ostatnie Until Dawn. Gdyby wspomnieć filmy to nie mogło by zabraknąć Coś, Carpentera, Fargo braci Cohen czy też Stacji Arktycznej Zebra.

    Wszystkie te dzieła łączy wspólny mianownik zimowych opowieści, których klimat tnie naszą wyobraźnie, ostrym jak siarczysty mróz nożem wchłaniając nas w przedstawiane historie.

    Jednak jest to punkt widzenia osoby jaką jestem teraz.

    Trochę lat się zebrało i wiele różnych opowieści wyparło inne.

    Przestałem się zachwycać bajkami, bo w końcu przecież wyrosłem z tego (podkreślam, nie dorosłem, na razie mi się nie chce smile_prosty.gif ) i gdy mam wybór czy sięgnąć po 101 Dalmatyńczyków czy Podziemny Krąg nie zastanawiam się (wiadomo, że 101 Dalmatyńczyków tongue_prosty.gif )

    Jednak istnieje jedna bajka, którą bardzo dobrze zapamiętałem będąc małym- Królowa Śniegu, Andersena. Nie była to zwykła bajeczka którą można poczytać, ale jakby się głębiej przyjrzeć, mroczna opowieść o mroku jaki może zapanować w ludzkich sercach, tu za pomocą mocy tytułowej Królowej Śniegu jak i diabelskiego kawałka rozbitego zwierciadła. To również opowieść o wspaniałej przyjaźni Kaia i Gerdy, która została wystawiona na próbę. Dzieło Hansa Christiana Andersena z roku 1844, zostało wydane 21 grudnia, co idealnie podkreślało surowy, zimowy okres jaki wówczas panował w Danii na dzień przed ogłoszeniem astronomicznej zimy.

    Zainspirowany tą bajką postanowiłem stworzyć utwór do niej nawiązujący (wiem, że szaleństwo bo powstały już przepiękne wariacje muzyczne na ten temat, ale kilka uderzeń w klawisze dało mi poczucie tego, że to właśnie tą opowieść chce zawrzeć w moim nowym motywie muzycznym) i bazujący na klimatach zimowych, które teraz w końcu nadeszły do naszego przepięknego i wspaniałego kraju (jak kto chce może podciągnąć to pod sarkazm wink_prosty.gif ).

    Tak powstał 15 minutowy moloch, mój najdłuższy utwór- The Snow Queen.

    Trochę trwało obrobienie go w różnych programach, ale po dwóch i pół tygodnia pracy w końcu go skończyłem i prawdę mówiąc sam jestem z niego dumny.

    Nie wiem jak wam się spodoba i to mnie trochę denerwuję, ale chcę się dzielić tym co tworzę.

    Także o to jest- Królowa Śniegu.

    Jak wam się podoba, jak oceniacie? Jakie są wasz ulubione książki / filmy / gry dziejące się zimą?

    Piszcie, komentujcie.

    Pozdrawiam, CaliforniaRepublican.

  6. SW4.jpg

    CDA opublikowało swoją recenzję, więc uważam, że mogę już wyrazić swoje zdanie odnośnie najnowszej część Gwiezdnych Wojen.

    Ostrzegam, spoilery, hate i wielki ból [beeep] przed wami.

    Zostaliście ostrzeżeni.

    DAWNO DAWNO TEMU, W ODLEGŁYM KRAJU AMERYCE...

    Jeden człowiek wpadł na pomysł stworzenie filmu. Nazwijmy to przebłyskiem geniuszu, łutem szczęścia, wykorzystaną okazją, jak chcecie. W każdym razie facet wpadł na pomysł i pomimo sporych trudności ( nikt nie chciał w niego inwestować...) go zrealizował.

    Czym powołał do życia kilka rzeczy:

    - Jednego z największych badassów w historii kina

    - Markę, wartą więcej miliardów, niż ma były minister finansów Rzeczypospolitej na swoim koncie emerytalnym w UK ( albo Szwajcarii, nie pamiętam dokładnie do którego kraju się przyznał )

    - Nową religię

    - Wiele powodów do cospleyu smile_prosty.gif

    - Całkowicie zmienił dzieciństwo całej rzeszy dzieci

    - Muzykę, którą zna większość ludzkości

    I zrobił to jednym filmem, do które zresztą dodał szybko następne dwa, tworząc na wiele lat trylogię znaną na cały świecie. Po dwóch dekadach, stworzył następne trzy części, które może już nie były takie magiczne, ale też dodawały swoje rzeczy:

    - Najbardziej wku......... postać w historii kina ( Misa is JAr'JAr ).....

    - Pokazał, że mały i zielony potrafi przywalić jak buldożer

    - Emo nastolatki zdarzają się wszędzie i w każdej galaktyce. Nasze przynajmniej nie władają Mocą smile_prosty.gif

    - Dodał kolejną naprawdę wielką muzykę, którą również, prawdopodobnie, zna większość ludzkości.

    Po cholerę o tym piszę, skoro mam mówić o tym kinowym... czymś ? Taki wstęp pozwala się skoncentrować i wyjaśnić pewne kwestie.

    Lucas zarzekał się, że nie wyda więcej części STAR WARS, z kolei nie miał nic przeciwko, aby cała rzesza ludzi dorabiała historię do wykreowanego przez niego świata. Dzięki temu poznaliśmy takie wspaniałe rzeczy, jak serię Jedi Knight, Knights of the Old Republic oraz wiele, bardzo wiele książek, niektóre słabsze, niektóre lepsze, ale każda z nich dodawała cegiełkę do historii uniwersum.

    Kiedy Disney wykupił markę miałem mieszane uczucia. Z jednej strony, lubię ich filmy. Wychowałem się na nich, zresztą podobnie jak wielu z was. Z drugiej strony, Gwiezdne Wojny to nie nowy projekt, z który możesz robić co chcesz, Gwiezdne Wojny to gigantyczne, żywe dzieło, którego odbiorcy mają pewnego rodzaju oczekiwania. I tutaj zaczął się pierwszy zgrzyt: Disney uznał całą dotychczasową historię stworzoną przez bardzo wielu utalentowanych ludzi za niekanoniczną, tak więc Disney zrobi co zechce. I znowu, uczucia są podzielone: wkurza taka decyzja niemiłosiernie, ale może mają racje ? W końcu w ten sposób uwalniają się od sporego brzemienia, są wolni do tworzenia własnej wizji....

    Moving on.

    Następnym zgrzytem było oznajmienie nazwiska reżysera: J.J. Abrams. Ten facet jest osobiście odpowiedzialny za spieprzenie dwóch filmów z uniwersum STAR TREKA. Porównując je do poprzednich nasuwa się porównanie dobrych gier RPG zmienionych w CELOWNICZKI.

    NA SZYNACH....

    Jego nazwisko właściwie gwarantowało, że film będzie mi się nie podobał, że będzie płytki. Ale wciąż miałem nadzieję, proszę nabijajcie się ze mnie ! Miałem nadzieję, wszak ona umiera ostania.

    I wczoraj, na seansie o 22.00 w Multikinie u mnie w mieście, nadzieja umarła...

    EPISODE VII - ZRÓBMY CRAPA DLA NASTOLATKÓW

    Od czego zacząć ? Od początku, jak powiedziałby Geralt. Zaczyna się znaną muzyką i znanymi żółtymi napisami. Na ustach pojawia się banan, kiedy ośrodki mózgowe odpowiedzialne za nostalgię zaczynają pracować. Co prawda tekst tychże liter więcej generuje pytań, niż odpowiedzi, ale może tak miało być.

    Pierwsze sceny: desant szturmowców na Jakku, ściślej na małą wioskę. Czemu facet w tej wiosce miał część mapy do kryjówki Luka Skywalkera, kim on w ogóle jest, tego się nie dowiadujemy. Mamy się zachwycać blasterami robiącymi ziuum, nowym R2-D2 ( bo oryginalny, jak się dowiadujemy później, jest w "śpiączce" ).

    Przy okazji, @Tesu widzisz, jednak dostaliśmy blastery strzelające innymi kolorami smile_prosty.gif Teraz tylko czekać aktualizacji do Battlefronta.

    Rzecz jasna, bohater drugoplanowy zostaje złapany przez COŚ, co aspiruje do bycia Mrocznym Lordem Sith.... Ma na to takie szanse, jak Ciułała w starciu z Pitbullterierem. Jego strój, który miał być chyba oryginalny, śmierdzi na odległość zrzynkom z Revana, na miejscu Biower wytoczyłbym Disneyowi proces o plagiat. Jego miecz świetlny, który chyba też miał być oryginalny... No dobra, oryginalny to on jest:

    SW3.jpg

    Do tego nie raz, ale dwa razy widzimy jak nie panuje on nad gniewem i wyżywa się tymże mieczem na biednych maszynach, czym tylko utwierdza nas przekonaniu, że to idiota...

    Co więcej ostrze ma jakiś defekt, bo wiązka zamiast być skupiona cały czas fluktuuje. Eh, ale dobra. Może będzie lepiej. Tutaj poznajemy również pewnego czarnoskórego aktora, co do którego muszę się uderzyć w pierś. Pan Boyega na plakat i trailerach wyglądał jak jakieś totalne nieporozumienie, w praniu okazał się naprawdę dobrym aktorem, z dobrą mimiką i z jeszcze lepszym feelingiem. To znaczy świetnie grał swoją rolę, był drugą najlepszą postacią w filmie zaraz za...

    CHEWIE, WE'RE BACK

    Harrisonem Fordem, który bezbłędnie zagrał starego Hana Solo. Co prawda jego pojawienie się nasuwa kolejne pytania, takie jak na przykład: w jaki sposób dał sobie ukraść Millenium Falcona ? Serio, nie mogli nic lepszego wymyślić ? Ukraść Falcona jednemu z najlepszych szmuglerów w Galaktyce ? Kto to zatwierdził ? Pomijam już fakt, że w cudowny sposób odzyskał on statek jak tylko odleciał on z Jakku, na którym kurzył się od lat...

    Ale uprzedzam fakty, w końcu widzimy scenę, w której Boyega ratuje drugoplanowego pilota z więzienia i wspólnie kradną Tie Fightera, która to zresztą generuje nowe pytania, bo z tego co wiem dopiero Tie Defendery miały fabrycznie montowane hipernapędy, Tie Interceptory mogły mieć je montowane, w drodze wyjątku, ale Tie Fightery nigdy takiego nie miały takowego. Jak więc oni chcieli wykonać skok w nadprzestrzeń ? Do tego Tie fightery nie miały sytemu podtrzymania życia, przez co ich piloci mieli charakterystyczne czarne hełmy z wyposażone w takowy. Powiedzie, że się czepiam, że u Dineya Tie Fightery mają te wszystkie cechy... Ale w taki razie dlaczego widoczni przez chwilę piloci TIE mają dokładnie takie same hełmy, sugerujące, że posiadają system podtrzymywania życia, podczas kiedy nasi dwaj bohaterowie latają sobie radośnie bez niego ?

    Ale dobra, skupmy się teraz na nowej bohaterce. W sumie, miła dziewczyna. Nie przeszkadza mi, ale wiemy o niej o wiele za mało. Rodzice zostawili ją na planecie, gdzie jest mnie wody niż śniegu w Polsce w grudniu. Czemu, dlaczego ? J.J. Abrams nie raczy odpowiedzieć. Za to raczy nas po raz kolejny sceną walki, wybuchów i szalonych pościgów. Serio, miałem wrażenie, że oglądam Transformersy, z tym, że Micheal Bay umie, jeśli chce, nakreśli swoje postacie. Po prostu za bardzo kocha wybuchy.

    I tutaj kolejna rzecz, która wskazuje, do jakiej widowni adresowany jest film. Główni bohaterowie sobie skaczą naokoło siebie jak dwa najarane zające... Od razu widać, że targetem jest ta sam widownia, która ogląda W pierścieniu ognia, Więzień Labiryntu i inne filmu, w której to nastolatkowie, ewentualnie bardzo młodzi dorośli przeżywają przygody... Ludzie, którzy oglądali Gwiezdne Wojny lata temu, bądź w kinie, bądź na VHS-ie od razu się zorientują, o co mi chodzi.

    Po czym poznajemy w/w Hana Solo, przeżywamy kolejną porcję blasterów i szalonej ucieczki...

    Lądujemy na planecie bliżej nie sprecyzowanej, ale architektonicznie przypomina ona Yavin IV. Poznajemy jakąś tam babkę, co to żyje dłużej od Yody, co więcej, zbiegiem okoliczności ma ona miecz świetlny Skywalkerów... Niech mi się nikt nie waży w komentarzach twierdzić, że to wszystko sprawka MOCY ! Pamiętacie opowieść Jollego Bindo ? Tej, na temat mocy i przeznaczenia ? W tym wypadku mamy do czynienia wyjątkowym nieróbstwem scenarzystów i reżysera, który to zatwierdził...

    I znowu scena walki, zium, zium, tym razem dostajemy do pooglądania X-wingi, co ciekawe, minęło tyle lat, a piloci Rebelii Ruchu Oporu wciąż latają X-wingami ? Oczywiście, głowna bohaterka zostaje porwana, Boyega razem z Hanem Solo i Chewiem lecą ją odbić. W tak zwanym międzyczasie widzimy Leię Organę, która całkiem ładnie się zestarzała, poznajemy plan ataku an Gwiazdę Śmierci Planetę Śmierci, waląca wizualnie pięknym promieniem, który niszczy na raz 5 planet.

    I kolejne pytanie: skoro ten promień ładuje się wysysając energię słońca do cna, zostawiając je martwe, to co wtedy z planetą, a której zbudowana jest broń ? Może to Unicron i planeta się przemieszcza szukając odpowiedniego miejsca do ataku ? Ponadto, nie jestem pewien, ale słońce, po śmieci, powinno się zapaść, czy coś takiego ?

    Ehh, trzeba kończyć, więc postaram się streszczać. Han robi to co robi najlepiej, czyli wychodzi z nadprzestrzeni tuż nad powierzchnią planety smile_prosty.gif Przebijają się do oscylatora, po drodze szukając głównej bohaterki, która nie dość, że mocą przewyższa tą pokrakę w masce, to jeszcze potrafi robić tą fajną sztuczkę Obi wana smile_prosty.gif Co do tego jegomościa w masce, to powinien ją trzymać na pysku cały czas, bo jak ją zdjął, to suprise, kolejny emo nastolatek... W tym momencie zacząłem cicho płakać, ale nie przejmujcie się moim bólem.

    Czyniąc kolejny skok fabularny, piloci x-wingów, w [beeep] wielkiej liczbie coś koło 12, lecą rozwalić oscylator. Skądś to znamy ? Ale o tym na koniec. nasi bohaterowie zdejmują pole siłowe, biorąc do niewoli babkę, co to za bardzo zapatrzyła się na Bobę Feta. Co więcej, jest słaba jak kociak, wręcz tragiczna.... Zmarnowany potencjał, ale taki jest cały film, więc co mi tam.

    W końcu ostanie sceny, Han zakłada detonatory termiczne, po czym widzi swego syna, owego emo nastolatka, z fryzem a'la Hayden. Ten, rzecz jasna, jest oburzonym na cały świat emo, więc zabija staruszka. W tym momecie już nie płakałem cicho, ryczałem w głos, inni z kolei ludzie w kinie używali słów zgoła niecenzuralnych. Powiedzmy, że w tym momencie scenarzyści powinni popełnić seppuku. A reżysera sam bym odstrzelił. Jak psa.

    Dobra, emo triumfuje, dostej z kuszy od Chewiego, kompleks eksploduje ( znowu wybuchy, nie męczy was to ? ). Po czym zaczyna się ostania walka, gdzie emuś walczy z na początek z Boyegą, po czym z dziewczyną. Rzecz jasna, laska wygrywa, bo nie dość, ze jest silna w mocy, to jeszcze nie użala się nad sobą.

    Planeta eksploduje, bohaterowie, poza Hanem , ratują się na pokładzie Falcona. Celebrację przerywa wybudzenie R2-d2 ze śpiączki, po czym wyświetla mapę do Luka, zaś ten mały dodaje swój kawałek i jupi, Bob jest twoim wujkiem.

    Na sam koniec widzimy samego rycerza Jedi, który wygląda jak menel po przejsciach...

    I napisy końcowe.

    Jak już powiedziałem, film nie wyjaśnia nic. Czemu Luke się załamał, po stracie swoich uczniów? Powinien wziąć się w garść i dalej walczyć. Czemu główny zły, jakiś tam wielki wódz, ma imię jak dzwięk wydawany przez tylną część ciała w penych okolicznościach ?

    Czemu Han rozszedł się z Leią, skoro oboje chcieli odzyskać syna ? Czemu Republika nie stoi po stronie Lei, kóra musi dowodzić Ruchem Oporu ? Wyjaśnienie, że próbuje zachować neutralność, jest tak naciągane, jak guma moich majtek, a jestem baaaardzo gruby. Gdzie duchy Yody i Obi-wana ? Że od Anakinie nie wspomnę.

    Czemu nie zgrali pamięci R2-D2 wyciągnęli z niej mapy ? Po co czekali, aż się przebudzi ?

    Eh, przynajmniej łyżką miodu w beczce dziegciu są walki na miecze świetlne. Są dobre, dynamiczne, ale nie przegięte. To im wyszło, podobnie jak sceny humorystyczne. Tyle tylko, że tych scen było o wiele za wiele. Co chwila ludzie rżeli ze śmiechu, Kosmiczne Jaja nie generowały tyle humoru...

    Kolejny zarzut: na poczaku wpisu wspomniałęm o muzyce, pierwsza trylogia przyniosła główny motyw i marsz imperialny, druga trylogia Duel of the fates. Częśc siódma nie przyniosła niczego, tylko wariacje na powyższe. Nic, co by zapadło w pamięć.

    I najważniejszy zarzut: film to totalna zrzynka z części czwartej, zgadzam się z crossem, że to był pomysł księgowych, ale nie Lucasa, ale Disneya bezpośrednio. Zrobili prawie ten sam film, z lekko zmienioną fabułą, ale z głównymi motywami na miejscu: droid na pustyni, odlot Falconem, lądowanie w bazie rebelii, zniszcenie planet przez planetę śmierci, planowanie ataku na planetę śmierci, atak na planetę śmierci, wybuch tejże, celebracja. Z tym, że część czwarta zrobiła do lepiej, dokładniej i bardziej, bo ja wiem, logicznie ? Do tego tam bohaterowie byli o wiele lepiej nakreśleni, a tutaj... Brak słów.

    Jeśli druga część nie zmieni reżysera, to na nią nie idę, nie warto. Jest cała masa o wiele lepszych filmów.

  7. mordheim.jpg

    RockPaperShotgun (RPS) podoba mi się z kilku względów. Między innymi dlatego, że tam recenzje nie mają punktów. Żeby dowiedzieć się czegoś o grze trzeba zatem przeczytać tekst. Mocno zdziwił mnie konkretny tekst, dotyczący "Mordheim - City of the Damned".

    "Mordheim: City of the Damned" jest komputerową adaptacją gry stołowej "Mordheim", za którą odpowiada Games Workshop (tzn. za wersję stołową. Za wersją komputerową stoją Rogue Factor oraz Focus Home Interactive) . Rozgrywka toczy się w realiach Warhammerowskiego Starego Świata (czyli Warhammer Dark Fantasy). Gra jest turówką i polega na walce oraz zarządzaniu drużyną, która przeszukuje miasto w poszukiwaniu cennego zielonego kruszcu zwanego po angielsku "Wyrdstone".

    Co jest nie tak z recenzją RPSu? Każdy ma prawo przedstawiać swoją opinię w sposób jaki uważa za słuszny. Jednak jako posiadacz "Mordheim - City of the Damned" bardzo zaskoczył mnie sposób, w jaki owa opinia została przedstawiona oraz sama ocena końcowa gry. Do tego stopnia, że zdecydowałem się zamiast pierwotnie planowanego tekstu o grach turowych i RNG opowiedzieć właśnie o tym.

    Przede wszystkim gra ma błędy i pod wieloma z nich mogę się podpisać. Jednak nie pod wszystkimi. Ponadto gra ma zalety, o których recenzent z jakichś powodów nie wspomniał, a profesjonalny recenzent powinien to zrobić. Nawet wtedy, gdy deklaruje już na wstępie, że gry nienawidzi. Będę zatem omawiał większość zarzutów (tekst składa się głównie z nich, ale niektóre są bardziej chybione niż inne) dotyczących Mordheima, z którymi się z autorem tekstu nie zgadzam.

    1) Walka to wet za wet:

    Jedna jednostka atakuje, potem druga jednostka atakuje. W grze turowej jednostki będą wykonywały zadania w turach. W przeciwnym wypadku nie byłaby to turówka. Nie rozumiem dlaczego jest to problem?

    2) Brak wyborów:

    To prawda, że na niskim poziomie gracz jest dosyć mocno ograniczony w tym co może zrobić, ale taki zarzut można postawić większości gier tego typu, które otwierają kolejne opcje wraz z rozwojem postaci. Wtedy możliwości znacząco się poszerzają (samych statystyk i umiejętności jest od groma, jakby to był pełnokrwisty RPG). Odnoszę wrażenie, że autor tekstu nie doszedł po prostu do tego poziomu i stąd ta niesłuszna ocena.

    3) Bronie zdają się zadawać zbyt małe obrażenia:

    To nieprawda. Owszem, początkowo można odnieść takie wrażenie (jest to kolejne twierdzenie, które wskazuje, że autor potraktował grę po macoszemu), ale potem - gdy ma się więcej punktów ataku - "małe" obrażenia się kumulują, wchodzą krytyki, a wielkie (dwuręczne) bronie potrafią naprawdę mocno dosolić. Może nie wygląda to specjalnie efektownie, ale też nie wygląda źle. Ot, funkcjonalnie.

    4) Małe poczucie, że coś zależy od taktyki:

    Nie wiem jak autor, ale grając Chaosem z silnym nastawieniem na łuczników odkryłem, że bardzo ważne jest gdzie i jak zacznie się walkę. Czasem obsadzenie budynku czy umiejętności wspinaczkowe okazywały się kluczem do zyskania taktycznej przewagi. Ważną decyzją taktyczną jest też odebranie przeciwnikowi kontroli nad strefą (choćby poprzez postawienie tam swojego człowieka i np. zablokowanie drzwi) czy wysłaniem kogoś do wozu przeciwnika, żeby osłabić jego morale.

    5) Schematyczność starć - sam autor zauważa, że potyczki mają różne "preteksty" startowe. Opowiem zatem pewną historię:

    Była sobie banda Chaosu. Wybrałem misję, w której obie drużyny są rozproszone. W końcu nie może być tak źle, prawda?

    Annojasz - łucznik - został od razu otoczony przez cztery wściekłe Sigmarytki, które spałowały go już na początku drugiej tury (tzn. dopadły go w pierwszej, a skonał na początku drugiej). Los chciał, że Annojasz był przewodnikiem głupiego Barnabasa (autentycznie głupiego. To rana odniesiona w bitwie, która sprawia, że bez pomocy "przewodnika" - postaci ze specjalną umiejętnością - "głupia" jednostka musi wykonać na początku swojej tury rzut na inteligencję lub jej tura przepada).

    Barnabas przez dwie tury zastanawiał gdzie właściwie jest i do walki doczłapał się gdzieś w połowie bitwy, bo został umieszczony gdzieś po drugiej stronie pola walki. W sumie i tak dobrze, że się obudził. Liczyłem się z tym, że cała batalię prześpi w tym domu.

    W pokoju obok Barnabasa trzech Darksoulsów miało potężne problemy z ubiciem jednej ślepej Siostry. Jeden z nich poległ, zanim się z nią uporali.

    Ponad powalonym Annojaszem, na dachu, krył się Magister (świeży, zastępczy przywódca bandy). Niestety został szybko znaleziony i zmłócony zaraz po nieszczęsnym łuczniku. Został ograbiony z cennych przedmiotów, a po bitwie dodatkowo stracił rękę.

    Na tym etapie myślałem, że porażka to tylko kwestia czasu. Szczęśliwie łucznicy zajęli pozycje obronne, a zakuta w stal ciężkozbrojna piechota zdążyła odciąć Siostry zanim do nich dobiegły. Wywiązała się długa i zażarta walka. Padł Barnabas. Prawie położono Izmaela, ale zwyciężyliśmy i nawet zgarnęliśmy nieco dobrego łupu z pokonanych oraz z pola bitwy.

    A miało być mało, prosto, przyjemnie i schematycznie, prawda?

    Dodam, że budynki są generowane losowo, więc nawet ta sama mapa oferuje inne warunki do walki, co ma istotne przełożenie na możliwości taktyczne (jak podejść do przeciwnika, gdzie można umieścić łuczników, itp.).

    6) Zadania poboczne oraz schowki nie oferują szczególnie dobrych nagród, żeby warto było się o nie starać:

    Nieprawda. Nagrody oraz potęga przedmiotów w schowkach zależą od poziomu drużyny oraz od ustawień mapy (loot). Im dalej w grę, tym mocniejsze one są, więc opłaca się je zbierać, gdyż dają dodatkowe korzyści posiadającym je jednostkom.

    7) Mordheim nie oferuje gry zespołowej z finezją X-COMa, ani wielu taktycznych wyborów Jagged Alliance 2. Mordheim jest głupie i wadliwe:

    Nie bardzo wiem na czym ma polegać finezja X-COMa i w ogóle całe porównanie X-COMa do Mordheim. Na samym początku X-COM również nie daje zbyt wielu opcji, więc powiedziałbym wręcz, że nie jest to uczciwy zarzut. Być może chodzi o ładne animacje walki? Cóż, jestem doświadczonym graczem turowym, więc nie przeszkadza mi, gdy walka turowa jest turowa i przedstawiona w sposób, który dla autora tekstu był najwyraźniej zbyt mało dynamiczny.

    Gra oferuje wybory taktyczne, zarówno na poziomie mapy, jak i kształtowania postaci w taki sposób, że mają większy wpływ na to, co dzieje się na polu walki. Być może autor nie zadał sobie trudu, żeby dojść do tego poziomu, ale w takiej sytuacji jego osąd jest obarczony sporą wadą, gdyż Mordheim (czy w ogóle gry turowe) nie jest grą szybką. Wręcz przeciwnie. Dla niektórych może to być defekt, ale w takiej sytuacji należałoby spytać, czy na pewno powinni grać w gry turowe.

    Podsumowując: opinia opinią, ale taki poziom stronniczości każe mi pokazać ten tekst jako przykład "jak nie pisać recenzji". Oczywiście jest to moja opinia na temat opinii i można z nią polemizować. W końcu od tego jest wolność słowa.

    • 1
      wpis
    • 31
      komentarzy
    • 1045
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    Czy naprawdę piractwo jest tak złe jak go malują?

    Zalety:

    1. Twórcy gier wcale lub prawie wcale już dem gier nie robią. Więc użytkownik może za darmo przetestować grę, czy jest taka jaką pokazują trailery. Czy warto na nią dać pieniądze.

    I to bez wychodzenia z domu.

    2. Złośliwe oprogramowanie secu-rom, które pozwala na instalację 4-10 razy danej gry. Ja się pytam? Wypożyczamy grę za 150zł, czy ją kurde kupujemy aby instalować dowoli? Czasami twórcy gier jakby błagali "Błagamy was gracze, piraćcie naszą grę, bo jak nie spiracicie to będziecie żałować."

    3. Nie rzadko też twórcy gier kopią w dupcie legalnych użytkowników, błędami, pathami po 2-3gb i innymi rzeczami. Przykładowo gra X ma tyle błędów że jest nie grywalna do wypuszczenia łatki, a jest ta sklejanina błędów wyceniona na 120zł. To ok, napisze gówniany programik który będzie zawieszał komputer, wmówię ludziom że jest warty 120zł, powiem że za ileś tam dni czy tygodni wypuszczę łatkę do tego i na tym zarobię. Ok? Nie ok! Wydajemy pieniądze na gotowy produkt, który nie rzadko pojawia się lepiej działający na różnego rodzaju torrentach, niż płyt płyty z prawie nie grywalną grą za 120zł.

    4. Zamiast pójść na rękę legalnym graczom, to dają mikro transakcje i inne pierdoły. 4$ za konia, 10$ za spódniczkę, 30$ za majteczki których cenzura nie przepuści. a tymczasem gracze nie legalni cieszą się tymi rzeczami za darmo mając nie rzadko 100% gry bez błędów. (są wyjątki).

    Wady:

    1. Okradanie twórców gier

    2. Konflikt z prawem bo to nielegalne

    ---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Teraz proszę was abyście się wypowiedzieli na ten temat

  8. W dzisiejszym wpisie chciałbym się pochwalić mapą z pierwszego Modern Warfare, którą odtworzyłem na silniku CryEngine 3. Nie jest to kopia 1:1, lecz bardziej moja wizja tej mapy.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo
  9. 12376499_1688971877983535_960715733940319809_n.png?oh=541fa1c35d3e18aac681a1a578925d0d&oe=56D7E195

    Hejka Wam. Dawno nic tutaj nie pisałem, a szkoda bo trochę ludziów moje gamedevowe wpisy lubiło i śledziło blog, i stwierdziłem, że zrobię drobny ukłon w stronę cdactionowej blogosfery. Mam nadzieję, że moderatornia mi wybaczy smile_prosty.gif

    Otóż kiedyś Wam spamowałem o grze "Phantaruk", którą robiliśmy z Draco po godzinach. Dalej ją robimy: ale już w pełnym wymiarze czasowym. Mamy fajne biuro i w ogóle.

    W każdym razie poniżej podrzucam treść ogłoszenia, bo szukamy kreatywnego "kogoś" na staż 3D / Projektowanie Poziomów (z naciskiem na to pierwsze, ale z możliwością rozwoju w różnym kierunku). Wystarczy trochę chęci, umiejętność zlepienia CV (niezależnie z czym, rly) i umiejętność szybkiego chłonięcia wiedzy. Kasy dużej nie oferujemy, bo to staż, ale jakieś wynagrodzenie jest.

    http://phantaruk.com/

    http://polyslash.com

    Treść ogłoszenia:

    Polyslash poszukuje gotowej i chętnej do rozwijania się osoby, zainteresowanej produkcją gier wideo do płatnego, zdalnego stażu na stanowisku 3D Artist. Jest to szansa na wejście do branży elektronicznej rozrywki i zobaczenie jak wszystko funkcjonuje od środka.

    Od kandydata oczekujemy:

    - dobrych umiejętności komunikacyjnych;

    - dostępu do internetu;

    - możliwości odwiedzenia biura w Krakowie, przynajmniej raz na dwa tygodnie;

    - znajomości programów do obróbki grafiki 3D/2D, opartych o darmową licencję (np. GIMP, Blender) lub posiadanie licencji na inne, dowolne programy;

    - dużego zapału i chęci do rozwoju;

    - posiadanie kilku godzin, od poniedziałku do piątku, wolnych na współpracę z nami;

    Oferujemy:

    - wdrożenie do branży tworzenia gier komputerowych;

    - pomoc w nauce pracy z repozytorium plików, Unity5 i innymi systemami;

    - drobne wynagrodzenie pieniężne;

    - współpracę przy ciekawym projekcie (horror sci-fi);

    - możliwość dalszej współpracy;

    Przykładowy zakres obowiązków:

    - przygotowywanie modeli 3D, bazując na istniejących teksturach;

    - przygotowywanie siatek UV dla lightmap;

    - składanie obiektów z gotowych modeli dla level designerów;

    - wykazywanie chęci do uczenia się powyższych smile_prosty.gif

    Zainteresowanych prosimy o przesłanie CV / kilka słów o sobie na adres contact@polyslash.com (z tytułem: Staż 3D, Imie / Nazwisko ) oraz zawarcie klauzuli: Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w mojej ofercie pracy dla potrzeb niezbędnych do realizacji procesu rekrutacji (zgodnie z Ustawą z dn. 29.08.97 o Ochronie danych Osobowych Dz. U. nr 133 poz.883 z póżn. zm.).

  10. Witam w trzecim odcinku mojej powieści w świecie The Elder Scrolls. Zapraszam serdecznie do czytania i komentowania smile_prosty.gif

    -----------------------------------------------------------------------------------------

    THE ELDER SCROLLS

    "TAKI LOS"

    ODCINEK III

    PROBLEMY

    I

    Stół był jakiś niewyraźny, krzywy. Kolejny kufel cesarskiego piwa smakował wybornie, tak samo jak poprzednie cztery. Oparty o ladę długouchy o rdzawych włosach do ramion pił, nie znając umiaru. Wyglądał biednie; brudne spodnie ze zwierzęcej skóry, cienka szarawa koszulka, kilkudniowy zarost na brodzie i policzkach. Nie szukał zaczepki, ale po takiej ilości alkoholu zachowywał się na tyle głośno, że inni bywalcy karczmy mieli go autentycznie dość. Zresztą niewiele było im trzeba, w końcu obcy był nieznajomym elfem, a i oni nie przyszli do szynku, aby rozmawiać o filozofii. W końcu podszedł do niego chudy, przygarbiony wąsacz w brudnych łachmanach.

    - Te, kolego - powiedział, spoglądając na elfa spode łba. - Jak się nie umie pić, to się nie pije.

    Elf nie odpowiedział. Popatrzył się szeroko otwartymi oczami na sumiaste wąsy człowieka i czknął mimowolnie, po czym uniósł ponownie kufel z piwem. Garbaty nie wytrzymał i szybkim ruchem wytrącił naczynie z ręki Bosmera. Gliniana konstrukcja uderzyła w ścianę, rozbijając się na kawałki. Obok stało już dwóch groźnie wyglądających osiłków. Karczmarz tylko się uśmiechnął, wycierając kurz z butelki najdroższego wina; widocznie dawno nie było tu żadnej atrakcji.

    - Elfie - powiedział cicho jeden z drabów, stojąc tuż za siedzącym na taborecie Bosmerem - jak się obywatel cesarski pyta, odpowiadasz, rozumiesz? Tu nie puszcze, tu Cesarstwo, rozumiesz?

    Endoriil patrzył na swoją dłoń; nie rozumiał jeszcze, jakim cudem nie ma już w niej kufla, a co dopiero tego, co mówili garbaty i drab. W tym momencie z obskurnej toalety wyszedł jego towarzysz w wyblakłej fioletowej szacie.

    - Pytam się, draniu, czy rozumiesz - drab prężył się, unosząc głos. Kątem oka dostrzegł Khajiita i odezwał się do niego, mimo że ten zgrabnym ruchem skierował się do wyjścia z karczmy. - Ejże, gdzie to się wybieracie? A kto zapłaci za tego elfa? Zdaje się, że razem przyszliście.

    - Panowie, on o spokój prosi. Nie szuka zaczepki - Ri próbował się wyłgać. - Pieniędzy nie ma, żeby opłacić elfa, ale my podróżnicy, a podróżnika na szlaku bić to grzech. Pomagać należy. Dogadamy się jakoś, on wierzy.

    Karczmarz spojrzał na dwóch drabów, najwidoczniej dobrze mu znanych, i wyszedł bez słowa na zaplecze, uśmiechając się pod nosem. Zanim Khajiit się zorientował, dostał dwa ciosy w brzuch, kopniaka z kolana w nos, po czym poleciał do tyłu, wpadając z impetem na stół, który w wyniku tego zdarzenia rozleciał się w drobny mak. Pijany elf zaśmiał się radośnie, ale chwilę potem dwóch osiłków chwyciło go, a garbaty wąsacz uderzał, to prawą, to lewą pięścią w brzuch Bosmera, wtedy przestał się śmiać. Kilka sekund później dwaj podróżnicy wylądowali twarzami w błocie przed karczmą z szyldem: "Pod Podmokłym Prosiakiem". Teraz Ri' Baadar zrozumiał znaczenie tej nazwy. W mieście cały czas padało, a do jego towarzysza, Endoriila, podbiegł właśnie nieduży wieprzek, obwą[beeep]ąc z pewnością nie pierwszego już pijaka w swoim życiu.

    Adan i Wesley przechodzili obok, przeliczając monety, które dostali za sprzedaż ziemniaków na rynku miasteczka Septimia, w którym się znajdowali. Dostrzegli swojego szefa siedzącego w kałuży błota i sprawdzającego stan uzębienia. Nie miał już prawego górnego kła, teraz poczuł, że lewy mocno się rusza. Spojrzał z wyrzutem w stronę elfa, który wpakował go w tarapaty; ten leżał na plecach i chrapał głośno i przeciągle. Wydawało się, że smacznie spał. Bracia podeszli.

    - Ryba... - powiedział Adan, machając głową ze zrezygnowaniem. - Znowu cię w coś wkopał?

    Wesley pomógł szefowi wstać i starał się obudzić elfa - bez skutku.

    - Ryba... - Adan czekał na odpowiedź.

    - Co chcesz, żeby on powiedział? - Ri wstał już i dotykał swojej bolącej szczęki. - Druga bójka, od kiedyśmy przybyli tutaj. A trzy dni w Septimii jesteśmy. Zawsze on dostaje i to on czuje potem, bo elf się znieczula alkoholem. On musi z nim porozmawiać...

    - Jak dla mnie - zripostował Adan - na rozmowy już za późno. Imię swoje podał dopiero po pijaku pierwszego dnia tutaj. Nic więcej o nim nie wiemy, a pić lubi. A my płacić za to mamy? Ryba, ja i brat mój mamy go dość. Kto nam zapłaci za robotę, jak ciebie, szefulciu, ubiją nam w jakimś szynku?

    - Pogada on z nim, jak się przebudzi. Wesley - krzyknął w stronę drugiego z braci - zanieś go do obozu.

    Wesley skrzywił się, ale przerzucił ubrudzonego błotem elfa przez ramię i z wielkim wysiłkiem zaczął iść po kałużach w kierunku rogatek miasta.

    II

    Osada Septimia, nazwana tak na cześć cesarskiej dynastii - Septimów - była niewielką, zapadłą dziurą, która według Siwego powinna się zwać co najwyżej Błotnymgrodem. Miasteczko leżało na zachodzie Cyrodiil, z dala od wszelkich istotnych szlaków handlowych. Byli tu od trzech dni, podczas których cały czas padało, a promienie słońca nie pojawiły się nawet na chwilę. Mała karawana Ri' Baadara rozbiła obóz przed miastem, nie chcąc słyszeć zbyt wielu niewygodnych pytań. Na szczęście dla Ri i jego ładunku, armia cesarska zdawała się nie mieć w okolicy nawet skromnego posterunku. Widocznie sytuacja w kraju wciąż sprawiała, że mniejsze osady pozostawały bez ochrony. Bracia podłożyli kamienie pod koła wozów, unieruchamiając je, a ich ojciec i Ri rozciągnęli nad oboma wozami materiał, który chronił ich od nieustannie padającego deszczu. Nocowali w środku, drżąc z zimna, ale Ri nie widział innej możliwości. Poza tym na nocleg w gospodach nie było ich stać. Mieli się tu tylko zaopatrzyć w jedzenie, trochę wina na drogę oraz parę innych drobiazgów, takich jak nowe bandaże, bo poprzednie wykorzystali, by opatrzyć Endoriila.

    Już od pierwszego dnia nowy towarzysz był dla nich utrapieniem. Niewiele z nimi rozmawiał, a kiedy chcieli nieco lepiej go poznać, wpadli na pomysł, by pójść do jednej z karczm i wypić po kilka piw. Od dwóch dni żałowali tego pomysłu. Elf szybko się upijał; co prawda przedstawił się, powiedział, że pochodzi z Woodmer, jednego z klanów z puszcz Valenwood, ale potem już tylko bełkotał bez sensu. Poważny problem zaczął się drugiego dnia, kiedy Ri obudził się bez sakiewki przy boku. Bracia i ich ojciec byli na miejscu, nie było wśród nich tylko jednej osoby. Po godzinie poszukiwań odnaleźli Endoriila w tej samej karczmie, pijanego i śpiącego na ławce. Sakiewka była pusta, a były to ich ostatnie pieniądze. Tym samym nie było już za co kupić zapasów, a żaden sposób na szybki zarobek nie przychodził im do głowy.

    W końcu, po ubiegło nocnym przedstawieniu w karczmie "Pod Podmokłym Prosiakiem", załoga karawany miała dość. Kiedy Endoriil wytrzeźwiał, Ri' Baadar czekał już w tym samym wozie, siedząc obok w krótkiej szarej koszuli. Jego długa fioletowa szata suszyła się tuż obok. Podróżnikowi z Elsweyr wydawało się, że znalazł sposób na swego rozmówcę.

    - Hej, Ri - powiedział Endoriil, mrużąc oczy i wycierając dłonią wilgotny nos - co słychać?

    - Elfie, czy ty wiesz, coś zrobił?

    - Piłem. - Przystawił sobie prawą dłoń do czoła, jakby mierząc gorączkę. - Trochę za dużo, zdaje się. Dobre te cesarskie trunki. Pomyśleć, że wcześniej ich nie próbowałem. Miasto też piękne, naprawdę.

    Khajiit skrzywił się. Ta dziura mogła się wydawać piękna tylko i wyłącznie komuś, kto całe życie spędził w lesie, dokładnie komuś takiemu jak Endoriil.

    - Wprost on powie. Tyś ostatnie pieniądze przepił. Nie ruszym dalej, póki zaopatrzenia nie będzie. Mięso, sól, wino. Soki jakieś, a najważniejsze - Ri spojrzał na elfa swymi głęboko zielonymi oczami - futra, grube, zwierzęce futra. Tutaj drogie są strasznie, ale wy, Bosmerowie, mistrzami polowań jesteście, wie on to. Wczoraj, minut parę zanim on w swą kocią mordę dostał, on słyszał, że ty myśliwy. Droga do Skyrim długa, zima tamtejsza sroga. Pieniędzy nam trzeba, zapasów też, ale skóry zwierzęce, ciepło dające, to sprawa najważniejsza. Mógłbyś?

    Elf zmienił pozycję leżącą na siedzącą. Już teraz, ledwie kilkadziesiąt mil na północ od swoich lasów, odczuwał mocno mroźne noce. Jeśli to, co słyszał w karczmie o Skyrim jest prawdą, to futra są pierwszą rzeczą, w którą muszą się zaopatrzyć. Odpowiedział:

    - Łuku i strzał mi trzeba.

    - On cieszy się, że do konkretów elf przechodzi - Ri uśmiechnął się. Jego kieł delikatnie odchylał się od dziąsła.

    - Uuu... - Endoriil zobaczył to. Nieco się speszył. - To z wczoraj?

    - Tak, tak, on dostał za twoje grzechy, długouchy. Teraz ty mu nie tylko za wyleczenie winnyś przysługę, ale i za kła. Za kła niech będą futra. On wymyśli zapłatę za wyleczenie jeszcze.

    Ri wyciągnął swoją posrebrzaną skrzynkę i otworzył ją małym kluczykiem, który zmaterializował się w jego kociej dłoni w mgnieniu oka. Albo Khajiit miał niesamowicie szybkie ruchy, albo kluczyk i pojemnik były magiczne. Po delikatnym uchyleniu skrzynki wyciągnął małą sakiewkę wypełnioną pieniędzmi.

    - A więc jednak coś jeszcze masz - zdziwił się Endoriil. - Podobno wydałem ostat...

    - To - przerwał nagle Ri, ostro jak nigdy - są ostatnie. Pójdziesz na rynek z Wesleyem, tam targowisko, łuk kupisz i na polowanie pójdziecie. O zmierzchu bądźcie. - Głos mu złagodniał. - Ri' Baadar ogórkową przyrządzi.

    - A więc tam faktycznie jest przepis na ogórkową? - odrzekł zdumiony Endoriil, szeroko się uśmiechając.

    - Idź już, Wesley czeka - powiedział Ri i wygonił elfa z wozu, rzucając mu wysuszoną szarawą koszulę, zasznurowaną na wysokości szyi, po czym zasłonił wejście cienką zasłoną.

    III

    Wesley, otyły brunet z przetłuszczonymi włosami, miał na sobie długi, znoszony płaszcz. Na pierwszy rzut oka widać było, że to ubranie sporo przeszło.

    - Co się tak patrzysz? - skrzywił się, patrząc na idącego obok niego elfa. - Płaszcz do taty należy.

    - A nie przypadkiem do taty jego taty? - odrzekł mu z przekąsem Endoriil.

    Wchodzili na rynek Septimii. Był niewielki, obudowany z czterech stron budynkami wysokości młodych drzew z valenwoodzkich puszcz. Endoriil był oszołomiony. Słyszał, że w innych krajach domy stawia się z drewna i kamienia, że mają kilka pięter i nieprzemakające dachy i Y'ffre wie, co jeszcze, ale teraz zdał sobie sprawę, że słuchać o tym, a widzieć, to dwie różne sprawy. Ilość dóbr rozstawionych na targowiskowych stołach pokrytych baldachimami przytłaczała leśnego elfa. Ozdobne szaty przystrojone przeróżnymi kamieniami szlachetnymi, stoiska z biżuterią, naszyjniki, korale, a wokoło dziesiątki kobiet, pięknych i brzydkich, a także średnich, które aspirowały do pięknych. Wszystkie przyglądały się i z pasją w oczach przymierzały błyskotki. Pasja znikała, kiedy mężowie pytali się o cenę świecidełek. Większość kobiet kończyła więc zapoznawanie się z biżuterią na patrzeniu. Na przeciwległym końcu rynku było miejsca rzeźnika, gdzie na kilku ustawionych jeden obok drugiego stołach leżało mięso przeróżnych zwierząt. Endoriil podszedł, schylił się nad kawałkiem jakiegoś zwierzęcia i pociągnął nosem.

    - Ej, ej. Długouchy! - przyuważył go rzeźnik, starszy mężczyzna z brzuszkiem i bujną, kasztanową brodą. - Co to za obwąchiwanie? Kupujesz pan?

    - W życiu - odrzekł Endoriil, krzywiąc usta pod nosem, wciąż czując zapach mięsa. - To mięso jest stare, nie wziąłbym tego do ust.

    - A idź ty w te swoje puszcze, Bosmerze przeklęty. - Rzeźnik zdenerwował się. - To najlepsza rzeźnia w okolicy i żaden długouchy przybłęda nie będzie mi opinii szargał. Idźże, bo psami poszczuję.

    Endoriil chciał się wdać w dłuższą dyskusję, ale usłyszał wołanie Wesleya. Zgubił go już przy wejściu na targowisko, ale teraz dojrzał, że jego towarzysz znalazł stanowisko z bronią. Wesley, w przeciwieństwie do elfa, często bywał w takich wioskach i ani rozmiar targowiska, ani towary nie dziwiły go, więc od razu zabrał się za szukanie miejsca, gdzie mogliby znaleźć potrzebny ekwipunek. W końcu udało mu się, a teraz nawoływał swojego kompana.

    - No proszę, łuki - powiedział Endoriil, wchodząc do niewielkiego namiotu, którego ściany wzmocnione były drewnianymi balami podtrzymującymi broń; stare, zardzewiałe miecze, kilka sztyletów, jeden dwuręczny topór, kilka toporów jednoręcznych oraz parę łuków. Wesley stał w wejściu z uśmiechem i czekał, aż elf coś sobie wybierze. Ten zatrzymał się w wejściu i przyglądał się pięciu łukom.

    - Wesley - powiedział szeptem, nachylając się do niższego bruneta - te łuki to chłam. Nawet nie mogą się równać z naszymi, bosmerskimi.

    - Endoriil. - Brwi Wesleya zeszły w dół, bardzo blisko oczu, sygnalizując narastające zdenerwowanie. - Nikt ci cudów żadnych nie obiecywał. Najlepszy bierz, albo najmniej gówniany i idziemy na to polowanie, bo w brzuchu burczy, a i coraz zimniej się robi. Bez futer na północ nie ma się co pchać. Dłużny nam jesteś chociaż to, bo żeśmy cię z rowu wyciągnęli pół żywego, nakarmili i odwieźli z dala od Altmerów. A oni zarżnęli by cię na miejscu, jakby tylko znaleźli. Widziałem ja to, uwierz. Do przyjemnych to nie należy. Mnie nie obchodzi nic a nic, co zrobisz potem. Jak dla mnie, to po polowaniu możesz iść w swoją stronę, to zależy od szefa.

    Elf zrozumiał swoje położenie. Do tej pory nawet nie zdążył pomyśleć, co powinien zrobić. Najpierw był otumaniony strasznym losem swojego klanu, potem pił, tracąc kontakt z rzeczywistością. Nie myślał, gdzie iść, co zrobić. Przez tych kilka dni żył w swego rodzaju zawieszeniu. Miał szczęście, że uczepił się tej karawany, ale teraz stał się dla niej ciężarem, a słowa Wesleya właśnie to udowodniły. Bracia mieli go dość, ich ojciec nawet z nim nie rozmawiał, a Ri na każdym kroku obrywał, jeśli tylko ujmował się za Endoriilem. W takiej sytuacji elf zrozumiał, że warto byłoby dać grupie coś od siebie. Futra na początek mogłyby być - myślał. A kierunek? Skyrim? W tej chwili był równie dobry jak każdy inny, poza Dominium, rzecz jasna. Dostrzegł, że jeden fałszywy ruch, a nowi towarzysze mogą go zostawić bez mrugnięcia okiem. Nie wiedziałby wtedy, co począć.

    - Ten - powiedział Endoriil, wskazując na najmniejszy z łuków.

    *

    Okazało się, że wybrał najtańszy z pięciu dostępnych. Był na tyle tani, że pieniędzy z sakiewki wystarczyło też na jednoręczny topór wojenny oraz małą przekąskę u rzeźnika. Na to drugie zdecydował się tylko Wesley. Kiedy wychodzili z miasta, człowiek zadał pytanie.

    - Może nie jesteś taki bezużyteczny. Widziałeś, że jestem głodny, tak? - powiedział, wycierając dłonią usta po ostatnim kęsie. - Dlatego wziąłeś najgorszy łuk, żeby kasy starczyło na jedzonko, hm?

    - Nie - Endoriil odpowiedział szczerze. - Wziąłem najlepszy, chociaż i tak daleko mu do bosmerskich. Ten kupiec nic nie wiedział o broni, a już na pewno nie o łukach. Dwa większe były typowo wojskowe, służą do ostrzeliwania wroga na długi dystans. W życiu z takiego nie korzystałem, ale wiem, że wy, ludzie, używacie ich w bitwach. Są zupełnie nieprzydatne w lesie. Strzela się parabolą, która...

    - Ooo, chyba faktycznie znasz się na rzeczy - przerwał Wesley, niezainteresowany parabolami, poprawiając topór przy pasie. - A dwa pozostałe? Czemu nie one?

    - Drewno. Beznadziejne. Może na dalekim południu na coś by się nadały, ale tutaj jest taka wilgoć, że strzelanie z nich byłoby udręką, o ile nie rozpadłyby się przy pierwszym naciągnięciu cięciwy.

    Kiedy kończyli rozmowę, byli już na skraju puszczy, w którą zaczęli się zagłębiać.

    IV

    Wiatr delikatnie kołysał korony drzew, sprawiając, że po lesie roznosił się przyjemny, kojący szum. Krople wody zgrabnie gromadziły się na końcach liści, skupiały się w małe wodne oczka, ich ciężar w końcu przeciążał listki, po czym formowały się w niewielkie krople i spadały w dół, na ziemię. Dorodny jeleń w spokoju spożywał codzienną porcję świeżej trawy, nachylając swą dumną szyję. Nie wiedział, że prezentuje się w całej okazałości elfiemu myśliwemu, który właśnie szedł w jego stronę. Zwierzę nieco spłoszyło się, kiedy usłyszało niewyraźny dźwięk za sobą; uniosło głowę, przyjrzało się okolicy i uspokojone wróciło do obgryzania trawy. Nie zobaczyło nic, bo nie mogło - elf nie był na ziemi. Przechodził z drzewa na drzewo, skacząc po gałęziach. Las był jednak zupełnie inny niż ten w Woodmer. Tutaj wszystko było na większej przestrzeni, mniejsze zagęszczenie roślinności nie pozwalało mu płynnie biegać po koronach drzew. Dodatkowo dokuczało mu wciąż lekko opuchnięte kolano, które przy każdym kroku sprawiało niewielki ból. Musiał więcej myśleć, kombinować, a przede wszystkim uważać na śliskie od deszczu gałęzie. W końcu zajął miejsce na drzewie niemal centralnie nad swoją ofiarą. Był pewny siebie. Podczas swojej kariery woodmerskiego myśliwego był jednym z lepszych tropicieli. Jednak podczas tego polowania, towarzyszył mu Wesley i to o niego martwił się elf. Okazało się, że słusznie.

    Długi płaszcz człowieka zahaczył o korzeń jednego z drzew, powodując, że Wesley upadł na ziemię z hukiem, około pięćdziesiąt metrów od jelenia. Zwierzę, z natury płochliwe, usłyszało to i już skakało do biegu, ale Endoriil w mgnieniu oka wyciągnął zza paska strzałę i naciągnął cięciwę, przyklękając w tym czasie na jedno kolano. Przymknął lewe oko i wycelował. Jeleń ruszył nagle, szybko i zwinnie, ale nie mierzył się dziś z byle jakim myśliwym, jakim wielu zapewne już się wyrwał. Elf wypuścił strzałę, ta zagłębiła się w prawe udo zwierza, które mimo tego nie przestawało biec. Endoriil zeskoczył z drzewa i podszedł do Wesleya, który szarpał ojcowski płaszcz, w końcu uwalniając się.

    - No na co czekasz! - krzyknął człowiek. - Przecież on ucieka, ledwieś go drasnął.

    - Uspokój się, Wesley. Trafiłem, gdzie miałem trafić. Teraz wystarczy za nim iść.

    - Aha... - młody człowiek podrapał się po głowie. - Ile to może potrwać?

    - Może pół godziny, może dłużej, trudno powiedzieć.

    Ruszyli spokojnym marszem w stronę, w którą pobiegł ranny jeleń. Endoriil co parę chwil przyklękał, przyglądał się liściom, dotykał ich. Wesley dziwił się.

    - Co robisz?

    - Tropię. Widzę, że tam, skąd jesteś, nie macie o tym pojęcia - odrzekł elf z wyższością.

    - Za to tam, skąd ty jesteś, nawet taka dziura jak Septimia robi wrażenie - odrzekł zaskakująco Wesley, czym wpędził rozmówcę w zakłopotanie.

    Jeśli miasteczko, w którym się zatrzymali faktycznie jest zapadłą dziurą, to Endoriil mógł sobie tylko wyobrażać, jak wyglądają duże miasta. Postanowił zmienić ton:

    - Badam ślady. Tutaj widać krew. Dostrzegam ją co kilka metrów od kilku minut, jest jej coraz więcej. Zwierzę powłóczy prawą tylną nogą, ledwo idzie. Znajdziemy je za kilka chwil.

    Elf miał rację. Po paru minutach dojrzeli w krzakach ciężko oddychającego jelenia, który wykrwawiał się z tętnicy udowej. Schował się w gęste zarośla, aby pozostać niezauważonym, ale tropiciel nie był żółtodziobem.

    - No proszę. Całkiem sporo mięska będzie. I skóra też niczego sobie - powiedział Wesley i wyciągnął zza pasa topór. Od razu podszedł do zdychającego zwierzęcia i zamierzył się w brzuch. Endoriil powstrzymał go w ostatniej chwili, łapiąc za dłoń i wyrywając broń.

    - Stój! - krzyknął. - Nie tak, człowieku... Nie tak! Odsuń się, proszę.

    Zaskoczony brunet posłusznie usunął się na bok. Elf uklęknął za jeleniem z toporem w ręku, chwycił jego głowę, oparł ją sobie na kolanach i mówił coś półszeptem w języku, którego Wesley nie znał. Chwilę potem płynnym ruchem topora przeciął tętnicę szyjną swej ofiary.

    - Co mówiłeś? - pucołowaty człowiek nie mógł powstrzymać zainteresowania.

    - To była krótka modlitwa do Y'ffre - spojrzał na rozmówcę i widząc, że ten nie wie, o co chodzi, wyjaśnił: - Bosmerski bóg lasu. Od najmłodszych lat uczy się nas, że każdemu stworzeniu należy się szacunek i godna śmierć.

    - Nawet, jeśli za chwilę wyląduje na naszym stole? - zdziwił się Wesley.

    - Szczególnie wtedy.

    V

    Ri' Baadar rozpalał właśnie ognisko obok malutkiego obozowiska swej karawany. Nad środkiem paleniska była ustawiona improwizowana konstrukcja z kociołkiem. Siwy i Adan przeliczali towar, jaki im pozostał na wozach, a było tego niewiele. Zastanawiali się, skąd szef będzie miał pieniądze, aby ich spłacić, kiedy dotrą już do Skyrim. Niby wiezie coś nielegalnego, być może cennego, ale myśleli, że to nieprawda. W końcu z pewnością wiedzieliby, o co chodzi, a nie mieli bladego pojęcia. Cała trójka uśmiechnęła się, kiedy nadeszli Wesley i Endoriil. Targali ze sobą dorodnego jelenia. Taki zapas mięsa powinien wystarczyć im na parę dni, a skóra z pewnością się przyda. W drodze powrotnej upolowali jeszcze kilka królików, które teraz rzucili na ziemię tuż przy Ri.

    - Czaruj, kucharzu - powiedział z uśmiechem Endoriil.

    - Hmm, bądź pewny, że on coś z tego wyczaruje - rzekł Khajiit, chwytając króliki. - Zupa w kociołku niedługo gotowa, jeść można. On w tym czasie dużym zwierzem się zajmie.

    Kiedy Siwy i jego synowie doskoczyli do kociołka, a Ri wyjmował nóż, stojąc nad jeleniem, Endoriil wyprostował się i przemówił, chcąc brzmieć jak najoficjalniej:

    - Towarzysze, koledzy - zaczął. - Wiem, że odkąd mnie znaleźliście byłem dla was bardziej utrapieniem, niźli pomocą. Postaram się to zmienić, zaczynając dziś, tym jeleniem. - Cała czwórka patrzyła na niego poważnie. - Obiecuję już nigdy nie pić tego świństwa, które sprawia, że mój umysł staje się tępy, a ja nieświadomy tego, co robię. Postaram się, żeby to się już nie powtórzyło.

    Po chwili uroczystej ciszy Adan i Wesley zaczęli chichotać jak małe dzieci. Siwy kiwał głową z uśmiechem, a Ri zwrócił się do elfa:

    - Skończyłeś? - on również się uśmiechnął.

    - Tak, Ri - odrzekł zdezorientowany elf.

    - Dobrze. To teraz do wozu drugiego idź i wyciągnij skrzynkę wina, które tam znajdziesz. On napiłby się, tobie też przyda się.

    - Ale ja właśnie mówiłem... Przecież przez to moje picie problemy same mieliśmy. Ząb ci uszkodzili przeze mnie, pobili. Nie rozumiem.

    - A ty myślisz - Siwy po raz pierwszy od dawna odezwał się do Endorilla - że jak stało się to, że Rybka pierwszego kiełka stracił? Adan, synalek mój, zabawiał się z panienką, córeczką lokalnego władyki. Pal licho już, co tam się działo, ale jak Adan powiedział, z jakiej karawany jest, to Ri po gębie dostał i kła stracił. Potem wszyscyśmy, Ryba też, przesiedzieli dwa dni i noce w lochu, bośmy po pijaku pobili się z marynarzami w porcie na południu Elsweyr. Tam ja straciłem parę zębów i mi nadgarstek zwichnęli, chamy.

    W tym momencie elf coś zrozumiał. Trzej najemnicy i Ri znali się od dłuższego czasu i ich relacje nie polegały na zwykłym zleceniu i jego wykonaniu. Teraz dotarło do niego, że Siwy i jego synowie nie są może przyjaciółmi Ri' Baadara, ale z pewnością nie są też dla niego zwykła siłą roboczą. Często mu dogryzali, on się naburmuszał, ale odpłacał się tym samym, złośliwie, ironicznie, ale bez złości czy agresji. Elf miał wrażenie, że podczas podróży usłyszy jeszcze dużo historyjek ze wspólnej przeszłości członków tej karawany. W końcu musi być jakieś uzasadnienie faktu, że mężczyźni nie buntują się, chociaż nie otrzymują zapłaty już drugi tydzień.

    Endoriil postawił na ziemi skrzynkę z winem i dał każdemu po butelce. Sam stał z pustymi rękami.

    - No dobrze... Ale skąd mamy wino? - spytał zaskoczony. - Przecież go wcześniej nie było.

    - On poszedł do karczmy "Pod Podmokłym Prosiakiem", co by dogadać się z oprychami i karczmarzem - zaczął Ri' Baadar. - Byli wszyscy tam, co i wczoraj byli i on się spytał, co tu zrobić można, by dług wyrównać. A oni rzekli, że wóz im jeden oddać.

    - I co się stało? - odrzekł zdezorientowany Endoriil. - Wozy oba są i skrzynka wina. Jak to możliwe?

    Adan chwycił drewnianą miskę i podszedł do kociołka, nalewając sobie zupy. Siadając na konarze drzewa, powiedział:

    - Głupi oni byli, bo Ri powiedział, że wozu oddać nie może, ale mogą zagrać w kości o niego i o drugi także.

    - Ha, ha - zaśmiał się Siwy. - Oj, głupi oni, głupi. Rybka niejednego orżnął już w kości i to jak!

    - Dobra, tatko, daj skończyć - Adan przełknął zupę i mówił dalej: - No to karczmarz, jak to karczmarz, pewny się poczuł, bo i on nie raz grywał pewnikiem. I zagrał z Rybą. I jak go Ryba ograł, ojoj, aż myślałem, że pęknie ze złości, ale w końcu Ri wóz własny wygrał. Potem karczmarz, jak to karczmarz, zrewanżować się chciał, nie? To Rybka się zgodził i co? I długu już nie mamy w tejże karczmie. To potem draby zobaczyły, że niezły gracz się trafił i też chciały zagrać. Rybulek rach, ciach i tamtych też oskubał. Skrzynkę tego winka nam wygrał. Ot i cała historyja.

    Wszyscy się uśmiechnęli. Wesley podszedł do skrzynki z winem i podał butelkę Endoriilowi, ten chwycił ją i otworzył, siadając wśród nich. Chwilę potem podszedł do niego Ri' Baadar, podając mu w dłonie talerz ciepłej zupy prosto z kociołka.

    - Bo widzi elf - powiedział Ri - podróżnik podróżnikowi pomagać musi, on to już w karczmie mówił. Raz na wozie, a raz pod. Jak jest praca, to jest praca. Jak pijemy, to pijemy. Elf to zapamięta, a z nami podróżować będzie. Wtedy i elf z karawany, i karawana z elfa pożytek mieć będzie. Spróbuj - skończył, wskazując skinieniem głowy na talerz zupy w rękach Endoriila.

    Spróbował, zdziwił się. Przepyszna ogórkowa - pomyślał.

    ------------------------------------------------------------------

    Dodam tylko, że postać Khajiita Ri'Baadara jest pierwszą postacią w powieści, którą stworzył ktoś inny. Wpadłem na pomysł, żeby forumowicze z jednego forum przesyłali mi swoje propozycje postaci, które w miarę możliwości spróbuję wrzucić do historii. Do odcinka XXVIII, przy którym teraz jestem, mam takich postaci chyba osiem jakoś smile_prosty.gif

    Jeszcze raz zachęcam do komentowania smile_prosty.gif

  11. Ahoj kamraci!

    Nowy odcinek W 33 sekundy już jest. Tym razem przyjrzałem się grze Just Cause 3. Zapraszam do obejrzenia i podzielenia się w komentarzu Waszymi wrażeniami z rozgrywki!

  12. Wiele osób twierdzi, że to świetna komedia (patrząc po komentach na Filmweb). Ja raczej zgadzam się z tymi, którzy widzą niewykorzystany potencjał i masę sucharów. Film zapewne wkrótce znów na Polsacie, a jak mają się gry na jego podstawie???

    • 4
      wpisy
    • 26
      komentarzy
    • 1718
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    FioletowyPandamaster
    Ostatni wpis

    Co tam u was? U mnie niestety dzisiaj nic ciekawego się nie zadziało:(. Dzięki za ostatnie komentarze i rady. Takie rzeczy naprawdę człowiekowi pomagająsmile_prosty.gif. Nawet jeśli na jeden pozytywny komentarz będzie przypadać kilka negatywnych to i tak jest dobrze. Jest dobrze, bo widzę, że ktoś miło spędził czas... A to, że innym się nie podoba to trudno... Niech nie czytająbiggrin_prosty.gif. Jeżeli chcecie jakąś gierkę do autobusu po to żeby nie zasnąć to polecam "Pixel Dungeon". Praktycznie nigdy się nie nudzi, a jak zginiesz to chcesz wrócić do gry, bo wiesz, że to była twoja wina. A i jeszcze jedno:). Pamiętajcie żeby zawsze wspierać swoich przyjaciół i znajomych. Rzucić jakiś komplement, pomóc kiedy nie mogą czegoś wykonać. Niby takie małe rzeczy, a potrafią poprawić człowiekowi humor na cały dzieńsmile_prosty.gif.

    Miłego wieczoru, życzy Mikołaj:).

  13. No hej ;*

    Komentarz ten

    blogentry-64930-0-46205800-1448896145_th

    mnie zainspirował do stworzenia składowiska memów dotyczących naszej kochanej blogerni. Bierzcie i ctrl+c ctrl+v z tego wszyscy. Wpis będzie uzupełniany. W komentarzach wrzucajcie od siebie memy tak żeby było na każdą okoliczność.

    blogery%2Bhejtujo.jpg

    CYCKI%2Bse%2Bprzywitaj.jpg

    gleboka%2Bmysl.jpg

    miniatura%2Bnie%2Bdziala%2Blel.jpg

    nie%2Bzawsze.jpg

    NOWY%2BW%2BINTERNECIE%2BNAPISZE%2BO%2BCZYM%2BBEDE%2B%2BPISAL.jpg

    oni%2Bmnie%2Bwysmieli.jpg

    poczatkujacy%2Bbloger.jpg

    starter%2Bpack.jpg

    test%2Bkanekiego.jpg

    to%2Bpo%2Bco%2Bczytasz.jpg

    witamy%2Bw%2Bkolonii.jpg

    wypada%2Bsie%2Bprzywitac.jpg

    zawsze%2Bsi%25C4%2599%2Btroch%25C4%2599%2Bpisze%2Bo%2Bwszystkim%2Bi%2Bo%2Bniczym.jpg

    Youtube Video -> Oryginalne wideo
  14. Trzeba przyznać, że na album osobiście czekałem z wielką nadzieją na rewolucje w polskim rapie i choć może nie była ona taka, jak moje wyobrażenie po pierwszych zapowiedziach, to już w pierwszych słowach tej recenzji mogę spokojnie nazwać album #kurt_rolson jakimś nieoficjalnym początkiem w polskim hiphopie.

    W zapowiedziach mawiano, że będzie to płyta 200% trapowa, że słowo SWAG będzie w co drugim kawałku, i spełniło się to połowicznie - swag rzeczywiście występuje, chociaż nie wszystkie bity są trapowe, ale to może i dobrze, że znalazły się też kawałki dla wielbicieli bardziej klasycznego brzmienia. Na płycie wbrew wcześniejszym przewidywaniom nie ma jednak jasnego podziału na ,,bangery" i kawałki z ,,przekazem". Tede nie jest dzieckiem i nie zamierzał odwalić roboty tak, jak większość polskiego newschoolowego podziemia. Gdyby ktoś nie wiedział jak często wygląda ich schemat: robimy kawałek zupełnie imprezowy, którego się świetnie słucha, ale w każdej nucie prezentujemy zupełnie to samo, czyli nawiązując do klasyka: Kodeina, słak, hajs, dziwki.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo

    Oczywiście są tu też kawałki w których jedyną liryczną atrakcją jest zabawa słowem, np. taki J23 został nazwany przez samego autora jednym z dwóch najdebilniejszych kawałków na płycie. Jak dla mnie to podejście jest świetne, Tede nie ukrywa, że niektóre kawałki, które robi, nie mają głębszego sensu, ale to nie przeszkadza przecież. żeby się nimi cieszyć. Świetne jest też to, że nie zatracił się w moralnym przyzwoleniu na robienie muzyki bez przekazu, bo można tutaj znaleźć naprawdę dużo porządnych mądrości, które swojej młodej publiczności może przekazać 38 letni raper. Idealnym przykładem kawałka z takim przekazem jest Słak, Kogz, Dzifki; który ma swój zabawny tytuł, ale w samej warstwie lirycznej zaadresowano go właśnie do młodych fanów Tedego. Są tu powiedziane rzeczy, w których świetnie określił to, jaki ma stosunek do ,,gimbów". Ten kawałek dowodzi też, że wiara Tasa w inteligencje jego słuchaczy nie słabnie, ponieważ rzeczy, które w tekście przekazał słuchaczom to nie są zupełnie proste zdania, które mógłby zrozumieć przysłowiowy gimb z 80 IQ. Tak swoją drogą, tak, jestem świadom braku żadnego przysłowia z jakimś gimbem, ale nie jestem przeciwnikiem lekkich nieścisłości dla lepszego zrozumienia tekstu. Oczywiście to jedyny kawałek, w którym zwraca się konkretnie do młodych słuchaczy, reszta ma uniwersalny przekaz, który wziąć do siebie (oczywiście przy użyciu mózgu podczas dekodowania tekstu) każdy słuchacz.

    [yt]tq4-XfxGICc[/yt]

    Ważnym zagadnieniem, które powinno się poruszyć podczas omawiania #kurta_rolsona jest to, że płytę tę oparto w dużym stopniu na wszelkich smaczkach z hiphopowej, ale też internetowej kultury. Najlepszym przykładem na to jest kawałek Najaraj Się Marią:

    Youtube Video -> Oryginalne wideo

    Nawiązuje on do jednego z heheśmiesznych minihitów youtube'a. Akurat dopiero podczas pisania recenzji zauważyłem, że to mało znana produkcja, a okazała się warta obejrzenia wink_prosty.gif :

    Youtube Video -> Oryginalne wideo

    Zanim przejdę do mniej ważnych kwestii niż omówienie kawałków, które raczej jest główną częścią tego tekstu, chciałbym wskazać temat przewodni płyty. Jak dla mnie są nim zaczepki przede wszystkim do dużej części raperów naszej sceny. Nie są to nawet personalne wskazania bez ksywek, ale ogólne potępianie tego co robi masa raperów i jak pierwsze reakcje na zaczepki (lub jak kto woli: mówienie prawdy) tdf'a pojawiły się krótko po premierze, przytoczę tu chociażby już kultowego ,,ch*ja w dziąsło". wink_prosty.gif

    • 1
      wpis
    • 1
      komentarz
    • 581
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    Wpis na wstęp. Blog będzie o grach, filmach, książkach, muzyce, świecie, polityce, życiu i wszystkim co mnie zaciekawi albo w jakiś sposób zmusi do napisania czegokolwiek. Od razu zapowiem wpisy o znanej turówce 3DO, "Dziewczętach z Villete" i jednej z płyt znanego norweskiego podpalacza.

    Napisałbym też coś o tym co się działo w Paryżu. Tyle że internet już powiedział wszystko i nic nowego raczej nie dopowiem w samej kwestii zamachów. Znacznie ciekawszy wydaję się temat samej ekspansji islamu i podobieństwa do chrześcijaństwa sprzed wielu lat. Pewnie każdy wie ile wspólnego mają święta z dzisiejszego kalendarza katolickiego ze świętami pogan, ale to temat na oddzielny wpis. Dużo na ten temat wypowiadał się (nieco szurnięty), wspomniany wyżej podpalacz, Varg Vikernes, którego filmy są naprawdę warte uwagi i zobaczenia (już nie podpala kościołów i nie morduje, teraz doradza w sprawach sercowych). Od siebie dodam jedynie że jestem szczerze zdziwiony jak mało osób na Zachodzie jest świadomych zagrożenia ze strony imigrantów.

    Zmieniając temat, wspomnę o Heroes of MaM 2. Każdy grał w 3, mniej osób w 2. Gra dostanie oczywiście oddzielny wpis i recenzję, ale teraz dodam jeszcze że postaram się wstawić linki do paru fajniejszych mapek. Napiszę też charakterystykę samej gry, ale to plany na dalszą przyszłość.

    Szybko się uwinąłem. Wpis powinno się traktować jako wstęp do większej ilości wpisów.

  15. Tekst napisany trochę "po staremu". Jeśli nie wiesz jak było "po staremu" w moim przypadku, to podpowiedzią niech będzie link do zewnętrznego blogaska, skąd pochodzi ten tekst (KLIK). But nobody cares...

    zUqgHkN.png

     

    Elo ziomy! Życie skejtów, zwłaszcza tych wirtualnych, nie jest ostatnio usłane cukierkami i galaretką. Ostatnio jakieś palanty z AktyWizji chciały zagrać na naszej nostalgii i wydały starego, ale uśrednionego Antoniego Jastrzębia w HaDE i zbadziewionego numer pięć. Zaś ten drugi moloch z czymś z Elektroniks w nazwie przed 2010 rokiem wydał trzy gry z serii "Skejt" na konsole i to dobre gry ponoć są. Jeszcze w 2010 w nasze gusta chciał trafić trzeci moloch. UbiCroft czy jakoś tak. I tak oni to sobie wymyślili Skejtbording według Szona Białego. Jak im wyszło sprawdziłem płaszcząc tyłek przed laptopem.

    POCZĄTKOWO
    Słuchajcie. Jesteśmy sobie w takim mieście New Harmony, nad którym sprawuje władzę Ministerstwo. I to nie byle jakie, bo przez duże "M"! Dzięki niemu całe miasto jest smutno-szaro-niebieskie, a ludzie łażą w garniakach i kombinezonach robotniczych i w ogóle nie używają wyobraźni. Kto się wyróżnia - ten od razu pablik enemi. Zupełnie jak w Żorach, Sosnowcu i Wejherowie. A tu taki Szon Biały (chociaż rudy) jeździ na desce i zmienia otoczenie na kolorowe. Normalnie ratuje te Żory. No, ale po chwili go zgarniają jakieś kolesie z Ministerstwa. Potem jest katscenka, gdzie idziemy w widoku fyrst-person-szuterowym, a tam Szon przekazuje nam swoje rzeczy. Jak nasz bohater łapie za deskorolkę, da się na niej zobaczyć wysmarowane: "kim żeś je?". I SRU! Przechodzi się do ekranu, gdzie trza ustawić swój wygląd. Wybieramy czy mamy być babą, czy chłopem, potem jakąś facjatę, a jeszcze potem włosy, albo jakąś czapkie, gdy nie chcemy włosów.

    No i zaczynamy grę i powoli uczymy się podstaw. System jazdy łączy ze sobą ten z Antoniego i Skejtów od EA... jeśli gracie na padzie. Ja gupi tego żem nie zrobił i grałem na klawirze. Wybrałem se jakieś sterowanie alternatywne (bo osobiście obłożyć się nie da) i prawą gałkę pada zastąpiły mi Q, W, E, A, D, Z, X, C. Strzałki to jazda, spacja jakiś randomowy trik. Za to z lewym shiftem robimy bardziej zaawansowane sztuczki, a z CTRL  wyrabiamy manuala. Dzięki temu w ogóle nie poczułem tej unikatowości Skejta, a te czasy, gdy na starym purcie grałem w Antoniego waląc w przyciski. NAPRAWDĘ PODŁĄCZCIE SE PADA! Jednakowoż, gdy jak już się złapie wczuwkę, to nawet za pomocą klawikordu idzie takie kąbo czesać, że głowa mała! Naprawdę swobodnie przerabiałem swoje kick flipy w manual, by potem zrobić innego hell flipa i po lądowaniu znowu przejść w manual! Bąba! I właściwie w ogóle nie zaliczysz gleby... bo tak chcieli twórcy. Ino po złym body flipie na vercie, albo po spadnięciu z bardzo wysoka, nasz karakter zmienia się w stos kulek. Można rzec, że system jazdy jest wtedy prosty, ale - kurde - dość przyjemny.

    R79hkKC.jpg
    Kształtuję strzałki

    WYBAJERZONIE
    Gadam wam, że jak robimy te triki, dostajemy Flow, czyli tutejsze punkty. Odpowiednia ilość ładuje trzypoziomowy pasek, a im większy lewl, tym większy wpływ na otaczający nas świat. Zatem robiąc triki, przerabiamy szare miasto i szarych ludzi na normalne i kolorowe. A i jeszcze tu i ówdzie pojawia się graffiti, a ze ziemi i ścian wyrastają verty i inne bajery ze skejtparku. Jazdę jeszcze urozmaica zabawa w kształtowanie - jak wskoczymy na taką zieloną strzałkę, to można na niej serfować parę metrów kaj tylko chcesz! W ten sposób możemy też zrobić verty i niby-mosty nad przepaściami. Dzięki tym bajerom dostaniemy się do trudno dostępnych miejscówek z jakimś czalendżem, lub zdobędziemy poukrywane znajdźki. A za to dostaniemy XPki i inne fatałaszki pozwalające zmienić nasz luk. XPki zaś są po to by kupić za nie we sklepie nowe tryky, ziom!

    Same czelendże to raczej nic specjalnego. Zawsze na czas musisz się - graczu - popisać np. ilością obrotów, długością grindu, ilością Flowu. Questy fabularne są odrobinę lepsze, bo jakieś limity rzadko ściskają nas za jaja (czy co tam macie czułego), no ale wśród fajnych questów (np. rozwalanie kamer Ministerstwa) zdarzają się upierdliwe (np. rozwalanie dronów) i po prostu nijakie (zrób w tym miejscu ileś tego i owego).

    Gdzieś tam się wala tryb multi, ale jest pusty jak Kardaszianki. Serwery jednak stoją i udało mi się pograć z dziewczyną w parę trybów (do ośmiu graczy). Oprócz jazdy swobodnej (na PC trza najpierw kupić za Upoints w Uplayu) wszystkie to rywalizacje. Trza zatem na czas zdobywać Flow, albo przerobić jak najwięcej miejscówek na kolorowe. Idzie jeszcze zbierać power-upy i przeszkadzajki na wrogów (np. spowalnianie jazdy). I wsio, a szkoda, bo tryby kooperacyjne mogłyby być bąbowe.
     

    twhmZZB.jpg

    Tak naprawdę to tylko majtam nogami bez ładu i składu

    CHARAKTEROWO
    Mam problem z postaciami od fabuły. Te ludki są tak niewiarygodnie niewiarygodni, sztampowi i w ogóle tak płascy jak... deska? Ni, bo to obraza dla deskorolek. Po prostu nie mogłem w to uwierzyć. Wielu cierpi na syndrom T-Doga z serialu The Walking Dead, bo pojawiają się na minutę, by powiedzieć dwa nieistotne zdania. I znikają na dłuższą chwilę.
    Cała fabuła z nimi próbuje być śmieszkowa, ale tak źle napisanych postaciów nie mogłem polubić, ani nawet zapamiętać ich imion, a co dopiero się uśmiechnąć przy "zabawnych" dialogach.

    W parze pod rękę idzie polandzkie tłumaczenie. Pierwszym i największym problemem są napisy nie wyświetlające całej wypowiedzi, tylko fragmenty. W angielskiej wersji miało to sens i wygląda okej, ale

    w naszej idzie się zgubić, zwłaszcza, gdy

    słuchamy tego co mówią ci nudziarze, a

    tekst jest rozbity jak szkło po bójce w barze.

    Scenarzyści są też piewcami moralności, bo ocenzurowali pipczeniem "cycki", a szity już występują normalnie (lol). Wszak seksy to grzech śmiertelny, a za przekleństwa, to jedynie zostaniemy pogłaszczeni po główce.
    A tłumacze też czasem poszaleli. Dla nich "crap" to "g... kupa" (PEGI-12 lol), a "Flow" stało się "Charyzmą" (lol x3).


    imJvhiS.jpg
     

    AUDIOWIZUALNIE
    Spójrzmy se teraz na grafikę. Tak trochę w okolicy Prince of Persia z 2008, z tym warunkiem, że na średnich detalach w rozdzielczości 1366x768 chodzi płynniej (PCtowy port ni ma zły, rly!). Miejscówki wyglądają naprawdę dobrze. Serio! To animowane graffiti, masa szczegółów, przemiana miasta na naszych oczach - to może robić wrażenie. Zaś pacząc po postaciach da się wypaczeć lekko komiksowe wymodelowanie i oteksturowanie. Kurde, ciekawie to nawet kontrastuje. Wśród tych szaroburych szczelanek cieszy duża paleta barw, dodatkowe błyskające efekty i komiksowe elementy hudu. Tak mało takich szaleństw w tej dzisiejszej erze gejmingu.

    Przejdźmy teraz do dźwięku... Voice Acting jest dobry, ale nic ponadto. Jedynie taki jeden maczo (chociaż gej po głosie) wkurza jak cholera. Miodem dla mych uszu były dźwięki wydawane przez deskę. To skrzypienie, szuranie, to jak kółka brzmią na różnym podłożu. Pikne po prostu. Aż łezka się kręci w dołu oczodołu.

    I na koniec coś jeszcze o soundtracku. Jak nas przyzwyczaiła seria od Antoniego, dostajemy licencjonowane kawałki. Z tych bardziej znanych artystów usłyszymy coś od Kiss, Green Day, czy Franz Ferdinand. Reszta to wszystko takie jakieś łagodne, emowate pop-roki i pop-panki, by nie deprawować młodzieży. Jest jeden raps, ale też ma klimat bardziej rockowaty. Grunt, że nie ma żadnego Radio Eskowego pitu-pitu. W sumie jakieś 50 songów. Jednak algorytm odpowiedzialny za randomizację puszczania muzy działa tak se...
    No bo było tak, że przy moich trójgodzinnych posiedzeniach jeden track słyszałem z pięć razy, a innego wcale. A w takim Podziemiu Antoniego 2, szło przerabiać wewnętrzną playlistę po swojemu. Jak się coś nie podobało - wyłączałeś to w menu. Przy Szonie po jakimś czasie wyłączyłem mjuzik i zapuściłem własny z telefonu.

    NA SAM KONIEC TYPOWY BRAK PŁENTY
    Nie umiem podsumowania porządnie ubrać w słowa. SWSB to gra z ogromnym potencjałem, który zmarnowano przez średnie wykonanie całości. Widać gra nie była priorytetem dla Ubi. Ba, mam wrażenie, że twórcy nawet nie pamiętają o tym tytule. Grać się da, ale czy warto zależy od gustu i punktu siedzenia.

     

     

    ---

    Nie ogarniam tych nowych forumów...

     

     

  16. Demonir
    Ostatni wpis

    Page-Mad-Max.png?itok=C3fcFT5y

    Chyba nie będzie stwierdzeniem na wyrost, gdy powiemy sobie, że rok 2015 jest rokiem Mad Maxa. Najpierw swoją premierę miał film Na Drodze Gniewu, z polskiego Fury Road. Niedawno na rynek wyszła gra o niewiele mówiącym tytule Mad Max, a już za chwilę ma się ukazać mała, niezależna perełka, na którą nikt prawdopodobnie nie czeka, czyli Fallout 4*. A to co wyżej w mniejszym lub większym stopniu jest pokłosiem pewnej, małej australijskiej produkcji filmowej z 1979.

    Akcja tej postapokaliptycznej opowieści została osadzona w przyszłości, gdzie ludzkość ma się jeszcze stosunkowo dobrze. Funkcjonują bary i wymiar bezpieczeństwa. Główny, tytułowy bohater to glina. Już na początku seansu doprowadza on podczas pościgu, do śmierci członka gangu motocyklowego, Nocnego Jeźdźca. Za zgonem swojego przyjaciela, przybywa jego motorowa gromada, która za stratę swojego człowieka wytacza wojnę policji. Protagonista w wyniku porachunków traci żonę i dziecko i wsiada do kozacko wyglądającego czarnego auta, wyposażonego w ostatni silnik V8, aby dokonać zemsty.

    Ojcowie Mad Maxa pochodzili z takiego pięknego kraju-kontynentu, w którym prawie wszystko chce cię zabić, tzw. Australii, a byli to późniejszy producent, Byron Kennedy i reżyser, George Miller, którzy wcześniej próbowali swoich sił w produkcjach krótkometrażowych, ale ich marzeniem zawsze było stworzenie czegoś dużego. Nie byli oni jednak z wykształcenia filmowcami. Miller był lekarzem i to właśnie od jego pracy wyszła jedna z ważniejszych inspiracji stojących za ich pierwszym pełnometrażowym filmem.

    george-miller-portrait-mad-max-2.jpg

    W latach siedemdziesiątych w Australii wypadki na drogach były bardziej niż częste, stały się codziennością, a wokół nich wyrosła pewna społeczna znieczulica. Miller jeździł do wypadków jako ratownik i widział to wszystko na własne oczy, stąd też pomysł na film dziejący się na drodze pełnej kraks. Duet twórców umieścił swoją opowieść w niedalekiej przyszłości, zapewne za tą decyzją stało wiele czynników, sam obstawiałbym choćby usprawiedliwianie tym samym, użycia małej ilości statystów, wielu kwestii związanych ze scenografią, ale najbardziej interesującym argumentem był fakt, że ówczesne mundury policjantów z Melbourne oraz ich pojazdy, wyglądały tak... mało fajnie.

    Ich pomysł nie zyskał jednak aprobaty dystrybutorów. Była to połowa lat siedemdziesiątych, a australijska kinematografia nastawiała się głównie na produkcje historyczne, tym samym ludzie z pieniędzmi z firm dystrybucyjnych uznali, że Millera i Kennedy'ego musiało coś solidnie uderzyć w głowę i na ich będący w powijakach pomysł nie dali pachnących dobrobytem dolarów.

    Jednego nie można było odmówić parze pomysłodawców Mad Maxa, a mianowicie uporu, większego niż ten towarzyszący Polakowi na imprezie, gdy ktoś stwierdzi, że nie wypije pięćdziesiątki wódki przez słomkę. Skoro branża filmowa nie chciała dać pieniędzy, trzeba je było zdobyć w inny sposób. I klasyczny film powstał ze środków prywatnych, pochodzących od znajomych i przyjaciół. Uzbierano w ten sposób 400 tys. dolarów.

    movies-mad-max.jpg

    Z jednej strony ta kwota brzmi dość solidnie, ale tylko dla jednej osoby. Jednak jeśli chodzi o produkcję dużego filmu była to liczba śmiesznie mała. Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo, który miał swoją premierę w tym samym roku co MM, posiadał budżet na poziomie 11 milionów. Pieniądze miały tym samym ogromny wpływ na realizację i gdyby nie ich niewielka ilość Mad Max nie byłby taki jaki ostatecznie się ukazał. Niedobory finansowe miały swój wydźwięk m.in. w obsadzie, do której nie zaangażowano żadnych znanych twarzy. Do zagrania głównej roli brani byli pod uwagę świeżo upieczeni absolwenci szkoły aktorskiej Steve Bisley i Mel Gibson. Ostatecznie protagonistę zagrał ten drugi, co było dla niego pomostem do wielkiej kariery i zdobycia dwóch Oskarów za Braveheart. Natomiast Bisley dostał rolę Goose'a.

    Ciekawie wyglądała także sprawa z czarnymi charakterami, czyli gangiem motocyklowym, w którego przywódcę wcielił się Hugh Keays-Byrne**. Na planie zdjęciowym i poza nim aktorzy stosowali tzw. metodę Stanisławskiego, przez co cały czas żyli swoją rolą. Nawet gdy nie kręcono ujęć, odtwórcy członków gangu odnosili się wrogo do odtwórców ról policjantów, a jako, że aktorzy mieszkali w tych samych miejscach, dochodziło do groteskowych ekscesów, jak pisanie sztuczną, czy też prawdziwą krwią na ścianach napisów pokroju ?dorwę cię, glino?. I także dzięki temu relacje między postaciami w filmie są tak sugestywne.

    mad-max-toecutter.jpg

    Budżetowość projektu było już widać na podstawie scenariusza, za który odpowiadali Miller i James McCaulasndy. Standardem w tych latach był 90 stronicowy skrypt, natomiast ten do Mad Maxa miał 214 stron i to nie ze względu na niezwykłą rozbudowę dialogów, a dlatego, że George Miller zawarł w nim techniczną stronę prawie każdego ujęcia, by zaoszczędzić środków i czasu, tym samym jego dzieło było pod względem realizacji niezwykle skrupulatnie zaplanowane.

    Co ciekawsze, gdy w 1977 roku prace na planie zostały w końcu rozpoczęte, były one wykonywane z kompletnym pogwałceniem zasad bezpieczeństwa i higieny pracy, w stopniu, który według dzisiejszych standardów, nie miałby najmniejszych racji bytu.

    Podczas pierwszego dnia zdjęciowego nakręcono scenę w której to jeden z bohaterów, Johny The Boy, wykonuje telefon na autostradzie. Gdyby ktokolwiek z nas wpadłby na taki pomysł, rozsądnym wyjściem byłoby zdobycie zgody władz na zrobienie takiego ujęcia na ruchliwej drodze. Jednak ekipa po prostu przyjechała na wybrane miejsce i bez żadnej zgody, chałupniczo zablokowano drogę i wyznaczono osobę, która stała ze znakiem stop i zatrzymywała kolejne pojazdy. Zrobiono, co mieli zrobić i się zwyczajnie zwinęli.

    Ci, którzy widzieli Mad Maxa kojarzą ujęcia, w których samochody poruszały się z dużą prędkością. Do kręcenia tych scen zwykle nie używano klasycznych metod jak przyśpieszenie filmu. Standardem były samochody i motocykle jeżące więcej niż 100 km/h i operatorów, którzy umieszczeni byli z obiektywami przy samym zderzaku czy też na siedzeniu za kierowcą motocykla. Jedna ze scen została nakręcona, gdy kamerzysta leżał na masce pędzącego samochodu, trzymany za nogi przez Georga Millera.

    Natomiast w sekwencji, w której jeden z bohaterów ulega wypadkowi motocyklowemu, miejsce lądowania kaskadera było obliczane według metody ?a gdzieś tam wyląduje?. Rozłożono kartony, materace i trzymano kciuki, że tak właśnie będzie. I w tym całym szaleństwie najdziwniejsze było, że podczas kręcenia nikt poważnie nie ucierpiał.

    rexfeatures_1010016a.jpg

    Ostatecznie praca na planie, mimo wielu sprzeczek z osobami z telewizji, które brały udział przy całej pracy operatorskiej, a Millerem mającym swoją, jedyną właściwą wizję, dobiegła końca. Następnie przyszedł długo trwający montaż, podczas którego także dochodziło do wielu niezgodności tym razem między Kennedym, a ponownie Millerem. W końcu po dwóch latach, które minęły od rozpoczęcia zdjęć w 1977 roku, nastąpiła australijska premiera.

    Sukces jaki osiągnął Mad Max sprowokował wypuszczenie go w kinach na całym świecie. Początkowo szło opornie, ale kolejna kasowa wiktoria, w Japonii, spowodowała wypuszczenie filmu także na amerykańskim rynku. Doszło przy tym do zabawnej sytuacji, ponieważ oryginalna wersja została w USA zdubbingowana, co było o tyle dziwne, że jeden obywatel Stanów Zjednoczonych podkładał głos innemu aktorowi pochodzącemu z tego samego kraju, czyli Melowi Gibsonowi.

    Cała ta wielka walka z wiatrakami zakończyła się wielkim komercyjnym sukcesem. Dziś Mad Max jest dla wielu klasyką filmowego science fiction, a już na pewno, produkcji w klimatach post apokaliptycznych. Koszta produkcji zwróciły się wielokrotnie, a następnie przyszły kontynuacje- druga część, przez wielu uważana, za minimum równie dobrą co jedynka; później nadszedł kolejny, trzeba przyznać, słaby sequel, a po nim Max ucichł, by w tym roku do nas wrócić w pełnej chwale. Ale to, jakby powiedziałby klasyk, zupełnie inna historia.

    *- Konotacje między tą klasyczną serią gier, a Mad Maxem, są dość widoczne, ale zostawimy je sobie może na inny tekst, skupiający się na drugiej części filmowej sagi. Zważywszy jednak na moją regularność w publikowaniu wpisów, można oczekiwać, że owy tekst ukaże się prawdopodobnie za jakieś od ośmiu do dziesięciu lat.

    **- Ciekawostka: ten sam aktor zagrał antagonistę w Mad Max: Fury Road

    Podziękowania dla Ottona za pomoc przy tekście

  17. 8520.jpg

    Niewiele jest w moim życiu anime, które oglądałem. Bez ogródek powiem, że zazwyczaj traktuję ten gatunek jako festyn ładnie narysowanych pup i cycków, a zwłaszcza upust dziwnego zwyczaju Japończyków ukazywania majtek młodych dziewcząt. Po silnej rekomendacji od paru najlepszych przyjaciół postanowiłem dać "GTO" szansę. Nie zawiodłem się.

    G.T.O.png

    Tytułowym bohaterem jest właśnie Eikichi Onizuka. Ma za sobą kilka lat gangsterki, a dokładniej bycia szefem gangu motocyklowego. Znany jest przez Yakuzę w paru obszarach Japonii i traktowany przez obeznanych kryminalistów z najwyższym szacunkiem. Znudziło mu się jednak życie pełne niebezpieczeństw i poszukuje nowej roboty. Wpada na genialny pomysł: Jak zarabiać nie robiąc zbyt wiele, móc podglądać młode kobiety i świetnie się bawić? Odpowiedzią Eikichiego na te pytania jest zawód nauczyciela, o którego posadę zaczyna się starać w szkole Świętego Lasu.

    2083.jpg

    Najpierw byłem zniesmaczony. Pierwsze minuty zaczynają się standardowo, tak jak myślałem: nieźle narysowane pupy licealistek i ich białe majtki bohaterem pierwszoplanowym. Zaraz potem facet, który na widok tych dostaje krwotoku z nosa lub robi dziwne miny. Przewracam oczami, spodziewam się stereotypowej "chińskiej bajki" z trywialnymi dowcipami i zabarwieniem erotycznym. Jednak dzięki dalszym namowom przyjaciół nie dałem się zwieść początkowi i obejrzałem kolejne odcinki pełne przygód Wielkiego Nauczyciela Onizuki, w których sprawia, że uczniowie zaczynają kochać szkołę.

    2717d1300052215-great-teacher-onizuka-review-gto_02.jpg

    Oznaczony jest jako komedia, dramat i romans oczywiście nie bez przyczyny. Zawiera każdy z tych elementów i radzi sobie z nimi całkiem nieźle. Żarty bywają niewybredne, ale również jako osoba rzadko się śmiejąca, muszę przyznać się do wielokrotnego budzenia współlokatorów śmiechem. Onizuka cokolwiek powie, praktycznie zawsze daje sobie radę z rozśmieszaniem widza, jednocześnie zaskakując swoimi metodami. Nie brakuje sytuacji, w których twórcy perfekcyjnie zamieniają głupawy slap-stick humor na scenę wyciskającą łzy, zwłaszcza pod sam koniec serialu. O ostatnim z gatunków do którego produkcja się zalicza nie mogę niestety powiedzieć wiele, by nie zdradzać elementów historii ale również większość wątków romantycznych poprowadzonych jest mistrzowsko, bez zbędnych wybuchów rodem z Hollywood.

    Great-Teacher-Onizuka.jpg

    Przede wszystkim bawi wszechobecny humor Japończyków, dających nam masę łatwych (lecz cieszących oko) nawiązań do popkultury anime jak i... amerykańskiej. Moim ulubieńcem był Azjata, nauczyciel angielskiego starający się zaszpanować swoimi umiejętnościami w każdej konwersacji. Do swoich zdań wrzucał z tragicznym akcentem poprzekręcane angielskie frazy i słowa. Zabawny też był wychowawca fizyczny - dwumetrowy paker, zboczeniec dający klapsy swoim uczennicom, cel wielu z żartów klasy Onizuki.

    2hhzwp3.png

    Kolejnym plusem jest świetne nagranie dialogów. Doprawdy, dawno temu nie było serialu animowanego, przy którym nie myślałbym z pobłażaniem o tym jak wyglądał dany aktor w trakcie nagrywania. Japońscy lektorzy sprostali swoim zdaniom z niesamowitym efektem, przez wszystkie 43 odcinki zdarzyła się może jedna, dwie postacie, których głosy słuchałem z brakiem poważania dla aktora. Zwłaszcza Tomokazu Seki, głos Onizuki nigdy nie przestaje bawić. Ani razu nie wyszedł ze swojej roli, stał się jednością z postacią. Kudosy dla tego pana razy wiele.

    Teraz czas na ocenę ścieżki dźwiękowej. Jak wiedzą (całe dwie) osoby czytające moje recenzje, jest ona dla mnie ważna. Tak i ten punkt zalicza wysoką notę. Muzyka spełnia swoją rolę doskonale. Nie jest nadużywana, nie wychodzi głośnością po za dialogi, nie narzuca się, jednak udaje się jej zawsze wprowadzić idealny klimat i dopasować do akcji. Kilka utworów naprawdę zachodzi w pamięć i jest niezwykle rozpoznawalnych. Odsłuchiwanie jej sobie po skończeniu serialu przywołuje mi w pamięci najlepsze fragmenty różnych odcinków.

    Great-Teacher-Onizuka---Recenzja-anime%5B1%5D_1920x1080.jpg

    Dla kogo jest "Great Teacher Onizuka"? Szczerze, myślę że... dla każdego, kto nie skręca się na widok wielkich oczu anime. Czasem rzeczywiście razi głupkowatym humorem, czy niepotrzebnymi momentami o lekkim zabarwieniu erotycznym. Ale praktycznie każdy odcinek przynosi ważne przesłanie, jakąś naukę. Uczy między innymi, żeby nie osądzać innych, gniew u każdego ma jakąś podstawę i co najważniejsze, w każdym człowieku siedzi dobro. Trzeba tylko umieć je wykrzesać.

    Kokonytnkaappaus1672012150658.jpg

  18. Ten tekst to polemika z felietonem Crossa z aktualnego numeru CD-Action.

    Pokrótce go streszczę: ww. redaktor napisał, że twierdzenie "gry to sztuka" jest o tyle kulawe, że sztuka powinna mieć autora - a takowego zwyczajnie w przypadku gier poza wyjątkami nie ma, i ubolewał nad tym. Pytam jednak - czy powinniśmy się dziwić temu stanowi rzeczy?

    Owszem, drzewiej bywało inaczej, o czym każdy najstarszy góral wam powie. Dwie dekady temu fakt, że grę robi taki John Carmack czy Lord British miał znaczenie, czego z kolei nie obserwujemy dzisiaj - i tu Crossowi przyznaję rację.

    Ale zawsze jest jakieś ale.

    Jest ono takie, że zaszła zmiana proporcji pomiędzy gościem od konceptu a ilością podwykonawców, która siłą rzeczy zabiła instytucję owego gościa od konceptu zastępując go całym sztabem gości od konceptu dla zachowania łańcucha dowodzenia. Mówiąc jaśniej: żeby tworzyć nowatorskie projekty, studia branżowe musiały zwiększyć ilość pracowników, by wyrobić się w czasie (wyznaczanym przez wydawców i ich potrzeby finansowe) z dostarczaniem tych projektów graczom. Więc o ile jedna-dwie osoby odpowiedzialne za kreatywność ogarniały jako tako pracę trzydziestoosobowego studia, to już pracy całej centurii nie otoczą właściwą atencją. Rada? Powiększenie również działu zajmującego się kreatywnością. Mówiąc jeszcze prościej: żniwo wielkie, robotników mało, czas płynie nieubłaganie i gospodarz tylko jeden, więc by robotników było więcej, więcej musi być też gospodarzy. Więc taki Carmack nagle odkrywa, że oprócz niego nad deską kreślarską z projektem nowego Quake'a stoi cała drużyna takich jak on, i każdy z osobna ma inną koncepcję gry. To się nie mogło skończyć dobrze, i faktycznie, od pewnego momentu gry naprawdę nowatorskie robią się coraz rzadsze. Ale jak któraś się już pojawi, to robi wrażenie jeszcze większe niż robiłaby, gdyby taki stan w branży nie nastąpił.

    Ale czy jednak musiał? No cóż, można teoretycznie tego uniknąć i dać stuosobową ekipę pod zarząd jednej, lecz w praktyce ciężko trafić na osobę odpowiednią do takiego zadania, a jak się nie znajdzie takowej, kończy się to marnie. Przykład z brzegu - nowa Castlevania, gdzie pewien dyletant (na nazwisko spuścmy kutrynę milczenia) wcinał się w produkcję na każdym jej etapie, można by powiedzieć jak rasowy reżyser. Wyszło wiadomo co, więc mamy konkluzję - w grach AAA nie ma miejsca na tworzenie gry pod dyktando jednej osoby, gdyż niezwykle rzadko znajdujemy geniusza twórczego pokroju Kojimy Hideo, a jeśli takowego niet, produkcja okazuje się porażką.

    Herezja? Spójrzmy chociażby na branże indie: tam wartościowe projekty tworzone przez jedną osobę trafiają się może jeden raz na sto przypadków, lecz na szczęście pozostałe 99 upadają na tyle cicho, byśmy o nich nie słyszeli. Na podobną proporcję nie ma miejsca w branży AAA, więc tam sztab konceptorów jest bezpieczniejszym rozwiązaniem dla twórców.

    Żeby było śmieszniej, w branży filmowej podobne zjawisko zaszło dawno temu - kiedy tylko powstał Hollywood, swoje do powiedzenia mieli oprócz reżysera scenarzysta, scenograf, montażysta, operator, człowiek od efektów specjalnych, kostiumolog... W efekcie prędko reżyserem zostawał ten, który miał na siebie przyjąć odpowiedzialność za fiasko produkcji. Współpracę z indywidualistami pokroju Kubricka filmowcy uważali za koszmar.

    Do czego zmierzam? Do tego, że żeby powstała gra AAA godna uwagi, musi nad jej warstwą koncepcyjną pracować wiele osób, co siłą rzeczy zabija instytucję autora. Wyjątki pokroju Kojimy są, no właśnie, wyjątkami. A indywidualizm autora zostawmy indykom, gdyż one mogą sobie na to pozwolić. A to, że powstaje tak mało (na tle całości) dobrych produkcji z segmentu indie, pozostawiam bez komentarza.

  19. Legenda głosi, że Jesse James zatrzymywał pociągi samym spojrzeniem. Bracia Sisters, tytułowi bohaterowie książki Patricka deWitta, której akcja ma miejsce na Dzikim Zachodzie, nie mają takiej zdolności, nie przeszkadza to im cieszyć się naprawdę złą sławą.

    Narratorem powieści ?Bracia Sisters? jest Eli, grubszy i bardziej wrażliwy od Charliego, ale przynajmniej nie tak agresywnym pijaczyną. Eli i Charlie są ludźmi Komandora, dla niego wykonują zlecenia zabójstw. Obaj są świetnymi rewolwerowcami, wzbudzającymi strach wśród ludzi. Tym razem Komandor wysyła braci do San Francisco, aby tam spotkali się z niejakim Morrisem, który wskaże im miejsce pobytu kolejnej ofiary ? Hermana Kermita Warma. Podróż nie obywa się bez przygód m.in. ataku niedźwiedzia czy polowania. Nie brak elementów związanych z westernem ? wizyt w saloonie, popijawy, hazardu, pięknych kobiet i poszukiwania złota. Jednak wyróżnikiem powieści de Witta jest czarny humor. Przykładem jest sytuacja, kiedy Charlie wstrzykuje sobie w polik środek znieczulający (kradziony), żeby sprawdzić jego działanie. Prosi Eliego, by uderzył go w twarz. Wtedy wywiązuje się taki dialog:

    ? Mądry człowiek mógłby mieć z tego jakiś pożytek.

    ? Może mógłbyś jeździć od miasta do miasta, proponując sfrustrowanym obywatelom, żeby cię za odpowiednią opłatą walili po pysku.

    Jak widać bracia nieszczególnie dażą się sympatią. Mimo dzielących ich różnic charakterów trzymają się razem. Mogą na siebie liczyć, choć nie do końca tak jakby chcieli. Charlie pomaga bratu wykaraskać się z opałów, jednak kończy się to zbędnymi ofiarami w ludziach. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

    Mocnym punktem powieści jest dynamika akcji. W każdym rozdziale dzieje się coś godnego uwagi. Nie ma tu miejsca na długie opisy, dominuje głównie dialog między postaciami, a zwłaszcza braćmi. Mimo, iż są zabójcami i tak ich lubimy. Eliego za jego poczciwość (chciał schudnąć dla kobiety i pomóc dzieciakowi), Charliego za racjonalne podejście do rzeczywistości i porywczość.

    Ważne jest to, że każda pojawiająca się w powieści postać jest godna zapamiętania. Osobnicy napotykani przez braci w trakcie podróży są bohaterami wyrazistymi i pełnokrwistymi. Nawet epizodyczne charaktery, które po paru stronach kończą ciężsi o wagę kulki w klatce!

    Jeśli brakuje wam dobrego westernu, ?Bracia Sisters? znakomicie wypełnią tę lukę, zwłaszcza że lektura oddaje klimat Dzikiego Zachodu. Co prawda Indian i napadów nie uświadczysz, ale bracia zrekompensują to z nawiązką swoim czarnym humorem.

  20. Gram we wszystko

    • 2
      wpisy
    • 0
      komentarzy
    • 951
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    Siemka! Witam ponownie w kolejnej recenzji kolejnej gry, a jest to Euro Truck Simulator 2.blogentry-1145865-0-23232500-1445062415_ Fani wielkich ciężarówek i długich tras mają szczęście bo ta gra da im wszystko czego potrzebują! Jak sama nazwa wskazuje "Euro" bo jeździmy po Europie wink_prosty.gif, "Truck" od jazdy ciężarówkami i "Simulator" no wiadomo, bo to symulator. Gra posiada wiele licencjonowanych ciężarówek takich jak Scania, Volvo, Renault i Mercedes. Jak widać w załącznikach mam amerykańskiego trucka. Jest to modyfikacja, których jest naprawde DUUŻŻOO. Twórcy gry bardzo postarali się o realistyczność gry. Mamy w niej nawet opcje zmieniania lakieru, dodawania LED'ówek oraz zmiany felg. Mamy również wiele dodatków np. dodatek dający nam całą mapę Polski (bo w podstawówce jest tylko część) lub różne nowe malowania truck'ów.

    blogentry-1145865-0-23232500-1445062415_

    blogentry-1145865-0-75981800-1445062416_

    Na tych zdjęciach macie moje pomalowane trucki nie są jakieś niesamowite, ponieważ jeszcze nie mam zbyt dużego poziomu wallbash.gif. I tak gra się świetnie. Polecam wszystkim tą grę.

    (sam robiłem screen'y) Dzięki za przeczytanie tego posta

    zapraszam do poprzedniego. ELLO!