Blogi

Polecane wpisy

  • CorniC

    Różne oblicza Geralta

    Przez CorniC

    Świat wykreowany przez Andrzeja Sapkowskiego to diament literatury. Wiem, że stwierdzenie to zakrawa na, bezpodstawny osąd wynikający w dużym stopniu z tego, że Wiedźmin został wykreowany w naszym kraju i przemawia przeze mnie patriotyzm, przysłaniające inne za i przeciw. Ja jednak zawsze będę uważał, że największą wadą tego uniwersum jest to że nie powstało w USA, przez co nigdy nie wybije się w takim stopniu jak inne marki tego nurtu. Nie lubię Władcy Pierścieni (choć serię doceniam), nie trawię również gry o tron. Są to mimo swej ,,brutalności" światy dosyć ugrzecznione i w zasadzie ukazują to co dzieje się na szczytach władzy. Saga Sapkowskiego zawsze miała szerszy ogląd na sytuacje, ukazując zarówno komnaty królów, jak i zapadłe wioski, ukazywała brud, zepsucie i specyficzną mozaikę kulturową królestw północy. Jestem fanem świata Wiedźminskiego, nie tylko w rozumieniu kolejnych komputerowych inkarnacji Geralta, ale wszystkiego co czerpie z tego świata. Świat wiedźmina doczekał się już wielu prób przeniesienia go na płaszczyznę wizualną. Mieliśmy komiksy, film, czy wreszcie serię gier CDP Red. Każdorazowo świat królestw północy starano się przedstawić w inny sposób, różnie to bywało z poszanowaniem materiału źródłowego. Z resztą sam Sapkowski nie jest postacią z którą współpracuje się łatwo, a od paru lat kwestia wiedźminskiego świata jest dla niego sprawą drażliwą. Niemniej cechą wspólną większości adaptacji opowiadań i sagi jest bardzo swojski humor w nich zawarty. Czasem ,,dzieła" te były wątpliwej jakości, innym razem nie były złe, ale nie spotkały się ze zrozumieniem fanów, ale zdarzył się w tym gronie jeden sukces na skale światową... na prawdę muszę mówić o czym mowa? Pierwszą próbą ukazania jak wygląda świat Geralta z Rivii były komiksy ilustrowane przez Bogusława Polocha i ze scenariuszem Macieja Parandowskiego, ten ostatni ponoć konsultował się w trakcie tworzenia historii. Nie do końca można zauważyć wskazówki autora sagi, bo obaj twórcy komiksu dorzucili od siebie naprawdę dużo i nie spotkało się to ze zbytnim aplauzem fanów, a i sam Sapkowski odciął się od komiksu (jak chyba od wszystkiego co opierało się na sadze). Komiksy koncentrowały się na opowiadaniach ze zbiorów Ostatnie Życzenie i Miecz Przeznaczenia, a także spin offu Droga z Której Się nie Wraca, ponadto duet jeden z albumów oparł na autorskim pomyśle.. Świat wykreowany w komiksach Polocha i Parandowskiego, był światem pełnym baaardzo polskiego humoru, ale też pozwalającym wyobrazić sobie jak wygląda Wyzmia, czy Blaviken. Co istotne autorzy rozwinęli losy znanych z kart opowiadań postaci, wplatając je w tło opowiadanych historii, jak również rozwinęli kwestię o których Sapkowski tylko napominał, jak choćby Bobrołaki i Varany, początek segregacji rasowej elfów, czy wiedźmińskiego szkolenia. Chwała im za odwagę, choć nie zawsze spotykało się to z aprobatą czytelników to uważam, że ten komiks był kamieniem milowym, wszak pokazał ile w samych opowiadaniach jest drzemiącego potencjału, a były to jeszcze czasy przed sagą. Osobną kwestia jest strona wizualna, bo Poloch w bardzo kontrowersyjny sposób ukazał samego Geralta, Jaskra (któremu bliżej do Zamachowskiego, niż do książkowego odpowiednika), czy choćby w bardzo specyficzny sposób ukazywał anatomię elfów. Rysunki zdecydowanie nie były najmocniejszą stroną tego komiksu pod kątem warsztatu, ale dołożyły swoja cegiełkę do budowania świata Wiedźmina. Po komiksie przyszła kolej na kolejne uderzenie wiedźmińskiego miecza, a przyznać trzeba, że do najostrzejszych on nie należał. Oto defilada marnych efektów specjalnych: gumowe potwory, smoki rysowane w paincie, czy choćby kadrowanie w taki sposób by nie pokazać z czym Geralt walczy. Do tego dodać trzeba dosyć kontrowersyjny dobór aktorów; choć w kilku przypadkach nalezy oddać sprawiedliwość, że te nieoczywiste wybory całkiem zgrabnie kreowały postacie. Gwoździem do trumny filmowego Wiedźmina, był jednak scenariusz dziurawy jak ser szwajcarski, niemal olewający książkowy dorobek i po prostu głupi. Ja osobiście lubie pulpowe historie, nakręcone czasem tanim kosztem, ale to co prezentował sobą ten gniot było naprawdę ciężkie do oglądania. Calikiem dobrzy aktorzy musieli wygłaszać drewniane dialogi, ubrani w rosyjski cosplay. Nie zawiodła tu tylko muzyka Krzesimira Dębskiego, no i może jeszcze duet Żebrowski-Zamachowski, Geralt mimo katany na plecach wyglądał i zachowywał się całkiem nieźle, a Zamachowski dodawał tej siermiężnej produkcji nieco uroku i lekkości. Najbardziej bolał jednak w tym filmie brak jakiejkolwiek chemii w kontaktach Yenn z Geraltem. Film i serial, bynajmniej nie sprawił że koniunktura na Wiedźmiński świat się poprawiła. Mimo to pojawiła się grupa ludzi którzy jeszcze pod koniec lat 90 postanowili stworzyć grę wideo. Samo powstanie gry zasługuje na osobny artykuł. Ale bezapelacyjnie, trzy części wiedźmińskiej sagi zredefiniowała ,,wygląd" tego uniwersum. Dostaliśmy królestwa północy, bohaterów z kart powieści i zupełnie nowe równie charyzmatyczne persony. Projektanci CDP Red stworzyli świat idealnie wpasowujący się w książkowy klimat, dostaliśmy specyficzny obraz końca średniowiecza z fantastycznym szlifem. Czy ktoś dzisiaj mówiąc Geralt widzi twór Polocha, albo twarz Żebrowskiego? Nie, bynajmniej, a grze udało się nawet przyćmić oryginał i wywołać zazdrość ojca Geralta... Sukces gry doprowadził do powstania dwóch nowych komiksów Racjii Stanu i Domu ze Szkła. Nie wykreowały one jednak nowej wizji wiedźmińskiego świata, ale czerpały z dorobku projektantów gry. O ile pierwszy Wiedźmin nie wciągnął mnie aż tak bardzo, o tyle w kolejnej części ukazany skrawek północy wciągnął mnie, zachwycając od czubka ciżmy, do głowni miecza. Czy więc ewolucja wizerunku świata wiedźmina zakończyła swoją ewolucje? Cóż nie do końca, może teraz trudno wyobrazić nam sobie inny design tego uniwersum, niemniej może pojawi się przełomowy komiks, lub... dobry film? No cóż, pomarzyć można. Ważne by pamiętać, że mimo całokształt dzieła CDP Red jest monumentalny, to nie był jedyny. Zerknijcie na to co było przed Wiedźminem na kompie, nawet jeśli było to nie najwyższych lotów, warto to znać. Przede wszystkim zapraszam do przeczytania Wiedźminskiej sagi, bo wierzcie mi że warto, a i wstyd nie znać, tak ważnej dla polskiego gameingu książki.
    • 4 komentarzy
    • 1598 wyświetleń

Nasze blogi

  1. Powiedzieć, że polskie kino staje się coraz lepsze to tak jakby nic nie powiedzieć. Powiedzieć, że powoli powstaje z kolan to z drugiej strony skłamać, ponieważ nigdy tak do końca na nich nie klęczało. Jednak jakoś zacząć trzeba. Słowem wstępu mogę powiedzieć, że nigdy fanem rodzimej kinematografii, z drobnymi wyjątkami, nie byłem. Oczywiście, pewnie jak większość z Was ceniłem produkcje Pasikowskiego czy Koterskiego, może zdarzyło mi się obejrzeć coś Wajdy (Choć dla mojego pokolenia pewnie bardziej kojarzył się z Panem Tadeuszem a nie z Popiołem i Diamentem) ale nie była to nieokiełznana racjonalnymi argumentami miłość. A to dlatego, że argumentów racjonalnych polskie kino dostarczało mi co roku aż za nadto. Co i raz w telewizji dostawałem dowód na to, że Polskie kino pomimo kilku diamentów raczej usypane jest popiołem. Wszystkie te komedie obyczajowo, romantyczno, tragiczne to zlepek dickowskiego chłamu, któremu nie warto poświęcić ani jednej strofy tego wpisu. Na szczęście od jakiegoś czasu można bez zgrzytu zębów pójść do kina na polski film. Powiem więcej, można to zrobić więcej razy niż raz na rok a to już w moich oczach pełen sukces. Dlatego 2016 r. uważam za nader udany pod tym względem, na polskich produkcjach byłem w kinie już 2 razy a w planach jeszcze Powidoki Wajdy więc jak dla mnie można odtrąbić zwycięstwo. 

    Niniejszy wpis będzie dotyczył pierwszego z obejrzanych w tym roku w kinie polskich filmów. Nie będę trzymał nikogo w niepewności, Ostatnia Rodzina to film świetny, zmierzający w stronę filmu o codzienności, normalności a jednocześnie zatrzymujący się cały czas na granicy i pozostający wyjątkowy. Nie jest to film tak popularny jak poprzedni opisywany obraz ale i sami jego bohaterowie to postacie nietypowe, rodzina Beksińskich, Zdzisław, Tomasz i Zofia to ludzie z jednej strony zgoła normalni z drugiej postaci wyjęte nie z tego świata. Zdzisław, malarz, artysta, autor bardzo niepokojących dzieł, lubujący się w symbolice kości, krzyży, surrealistycznemu niepokojowi, co dostrzec można jednak w dużej mierze zapoznając się z samymi pracami Mistrza, w filmie stanowią one wyłącznie tło – dosłownie i w przenośni do opisania jego i jego rodziny. Tomasz, postać i kreacja chyba najbardziej kontrowersyjna w całym filmie – osobiście uważam, że Dawid Ogrodnik obdarł śp. Tomasza z mitu, kultu jakim darzyli go słuchacze radiowej trójki, z drugiej strony został on ujęty wyłącznie pejoratywnie co też nie jest względem niego całkowicie uczciwe. W końcu Zofia, powiem kontrowersyjnie ale jak dla mnie to rola symbolicznej polki tamtych czasów - matka, żona, cień mężczyzn swojej rodziny.

    Bardzo dużo miejsca poświęciłem postaciom tego filmu ale to dlatego, że kreacje aktorskie to jego w złym i dobrym sensie najmocniejszy punkt. Sam film stanowi, jak ktoś już to ujął: „The Best of Beksińscy”, są to ekspozycje kolejnych lat w rodzinie, kolejnych lat i, należy podkreślić, kolejnych śmierci. Ten film wbrew pozorom nie przedstawia obrazu budowania tragedii, kolejnych ran i zmartwień, które doprowadzają do fatalnych zdarzeń. Według mnie to kwintesencja społecznego, a nawet bardziej - egzystencjalnego niedopasowania, nie tylko Zdzisława a może i przede wszystkim Tomasza. Zdzisław przepełniony zboczeniami – nie bójmy się tego tak nazwać, nagrywanie innych nawet bez ich wiedzy stanowi tego przykład, jednak poczciwy, na swój sposób optymistyczny, radosny i akceptujący konieczność istnienia w pewnego rodzaju umowie społecznej oraz Tomasz, niepotrafiący jej zaakceptować, nie potrafiący zaakceptować swojego istnienia. Obaj nieskończeni różni ale z drugiej strony tworzący mikroświat wzajemnego zrozumienia.

    Film jako całość, oglądałem spokojnie ale z przejęciem, to pewien rodzaj okna przez które zaglądamy do świata tej specyficznej rodziny. Przyznać należy, że od strony technicznej to bardzo wysoka półka, nagłe zmiany czasu nie wpływają negatywnie na odbiór, cięcia robione są mądrze i z wyczuciem a elementy takie jak ścieżka dźwiękowa robią naprawdę pozytywne wrażenie. Co ciekawe to film, który pomimo swojego formatu nie stroni od efektów specjalnych, ale są one użyte w dobrych momentach i bez przesady.

    Może film nie był potrzebny Beksińskim, może jednak stanie się zaczątkiem do docenienia Zdzisława i jego prac. Na pewno jest to film świetny i potrzebny rodzimej kinematografii. Będę śledził dalsze poczynania reżysera, którego był to debiut.

    9/10

     

     

  2. Komu markę, komu?

    Gry komputerowe to żyła złota, nie jest to może stwierdzenie zbyt odkrywcze, ale w przypadku tej gry należny przywołać ten wyświechtany frazes. Zew gotówki poczuli również włodarze brytyjskiej firmy Games Workshop, czyli producenci strategicznych gier bitewnych. Ich flagową i najlepiej zarabiającą marką jest uniwersum Warhammera 40k, którą to gracze mieli okazję poznać przez wyśmienitą serię Dawn  of War (z nieco słabszą dwójką), czy też przyjemnym i lekkim tpp Space Marine. Zarząd GW zdecydował, że będzie rozdawał prawa do marki każdej firmie, która podzieli się z nią połową zysków, dzięki czemu mucząca 40-kowa krowa, będzie mogła być dojona jeszcze efektywniej. Po zmianie zarządu firma wycofuje się powoli z takiej polityki, ale proces ten jeszcze trochę potrwa, a reperkusje głupich decyzji będą jeszcze przez jakiś czas widoczne na growym rynku... Gra o której dzisiaj mowa, należy do gatunku licencyjnych potworków. Nie jest to jednak sytuacja, gdy twórcy próbują ucinać kupony od marki (jak to miało miejsce w mobilnym Space Wolf, czy też multiplatformowym Kill Team), a raczej przerost ambicji i chęci stworzenia czegoś wielkiego, bez koniecznych środków i doświadczenia.

    Znalezione obrazy dla zapytania eisenhorn xenos
     
    Moves like Groot
    Eshenhorn: Xenos bo o tej grze mowa, pojawił się na Steamie w sierpniu po udanej kickstarterowej kampanii. W domyśle miał być epicką sagą opartą na motywach serii książek Dana Abdeta o takim samym tytule, ale cóż od oryginału Eisenhornowi daleko... Zanim jednak zacznę mieszać z błotem ten produkt, to napomnę że zaliczam się do fanów tworu GW i to fanów zajadłych, chłonących każdy okruch tego wykreowanego świata; w domyśle jestem więc idealną maszynką do wydawania pieniędzy. Produktom z logiem Wh40 jestem w stanie wiele wybaczyć, nawet teraz pisząc te słowa z półki zerkają na mnie trzy figurkowe armie, masa książek i podręczników, w zasadzie mały majątek w plastiku i żywicy. Dawn of War wzbudził we mnie miłość do tego świata, miłość która trwa do dziś, a jeśli się kogoś darzy uczuciem to należy go czasami również strofować... Eisenhorn jest ku temu świetną okazją, od czasu pierwszych zajawek i trailerów ja, jak i wiele innych znanych mi osób liczyło na epicką przygodę, ze sprawnym systemem walki (gotowy wzór w Space Marine), świetną historią (książkowy pierwowzór) i ukazaniem nowego świeżego kawałka galaktyki. Widać, że gdyby twórcy mieli nieco więcej zielonych papierków i kilku doświadczonych twórców, to moglibyśmy mieć grę pierwszoligową, a tak wyszło małe źle reklamowane (to akurat może i dobrze), pozbawione duszy ,,arcydziełko". Ja rozumiem, że tworzenie gry to żmudny i czasochłonny proces, rozumiem że pierwsze projekty danego studia są najeżone błędami i brzydkie, ale Gothic to najlepszy przykład, że jeśli gra ma ikrę, to jakoś się z tego wybroni, tym razem Imperator niestety nie posłał swego tchnienia na ambitny projekt i zwyczajnie brak mu przysłowiowego ,,czegoś".
    Znalezione obrazy dla zapytania eisenhorn xenos
     
    Szaro, buro i ziarniście
    Jak sugeruje sama nazwa gry, fabułę poznajemy z perspektywy Gregora Eisenhorna młodego Inkwizytora Ordo Xenos (odłam inkwizycji, zajmujący się zwalczaniem obcych i ich technologii), który w miarę rozwoju fabuły pnie się po szczeblach kariery, rozwiązując problemy z heretykami. Brzmi dobrze, bo mógł z tego wyjść nowy lepszy i bardziej futurystyczny Batman. Niestety twórcy nie poszli w tą stronę i Eisenhorn głównie wymachuje bronią, a jedyny moment w jakim angażujemy się w fabułę, to przerywniki filmowe. O niej samej nie będę może wspominał, głownie by nie psuć zabawy tym, którzy chcieli by sięgnąć po książkową wersję przygód Gregora. Od razu nadmienię jednak, że sama historia, nie jest wybitna ani przełomowa. Mamy tu sprawnie napisaną intrygę, nieco przewidywalną i charakterystyczną dla tego uniwersum, problem w tym, że przyjemniej śledzi się ją, oglądając skrót przerywników filmowych z YT, niż grając w samą grę. To w zasadzie prosty, topornie wykonany slasher, w który cierpi na najgorszy grzech jaki może dotknąć ten gatunek; walka jest zwyczajnie nudna. Gregor może walczyć mieczami, piłomieczami, rapierami czy młotami, strzelać do wrogów z broni palnej i pacyfikować ich mocami psionicznymi. Sęk w tym, że nie czuć tutaj siły broni, brak mi miodności ze Space Marines, gdzie Kapitan Titus masakrował orki, a nam cieszyła się micha. Tutaj przeciwnicy są głupsi niż zielonoskórzy, karwią na fioletowo, a walka z nimi to żadne wyzwanie. Sam Inkwizytor porusza się jak kloc drewna, animacja leży i kwiczy. Zwinny inaczej Eisenhorn walczący Rapierem, nawet nie zbliża się do poziomu gracji z jakim fechtowali Space Marines w pierwszym Down of War, a przypominam, że była to strategia... Nasz bohater jest wspierany przez towarzyszy, czy raczej takie same kloce drewna, jak on, tylko głupsze (nawet od przeciwników, a to już wyczyn). Możemy tu oczywiście żonglować uzbrojeniem, lewelować etc, ale nie ma to większego sensu. Ta gra jest pozbawiona poczucia celu; gonimy korytarzem, wpadamy do sali, wycinamy wrogów i tak non stop. Segmenty logiczne, czy skradankowe to śmiech na sali (zwłaszcza biorąc pod uwagę IQ przeciwników, których zarzynamy jak bezradne prosięta). Gra mnie po prostu męczyła, rzucałem pada nie dla tego, że była zbyt trudna, ale miałem jej zwyczajnie dość.
     
    Znalezione obrazy dla zapytania eisenhorn xenos
     
    Idę do Tytusa...
    Co mi się w Eisenhornie podobało to ukazane w oddali Imperialne Miasta Kopce, widać w nich potencjał i ma się wrażenie, że z pierwotnego zamysłu zostały tylko one. Przy całej swej miernocie, gra przestrzeliwuje sobie drugie kolano grafiką. Niewyraźne tekstury, monotonne pomieszczenia i paskudny ziarnisty filtr doprowadzą was do szewskiej pasji. Starszy Space Marine wygląda po prostu lepiej. Gregor lubi tez klinować się na drabinach, przenikać przez ściany i zapadać w podłogi. Irytowało mnie też to, że miecz trzymał... pozostaje się domyślać gdzie, bo materializuje się on magicznie w jego dłoni gdy pojawią się wrogowie. O tragicznej animacji już pisałem, jest ona o tyle boleśniejsza, że same projekty postaci to jeden z niewielu mocnych punktów gry. Załoganci Gregora przynajmniej wyglądem nie straszą, gorzej gdy muszą przejść z miejsca na miejsce... Nie ma co kopać leżącego, technikalia w grze to kpina, już lepiej skopiowali by koncept z przywoływanego wielokrotnie Space Marines, a tutaj ktoś dumał, dumał i na tym się skończyło. Gra jest po prostu brzydka, drewniana, nieciekawa i źle zaprojektowana, czasem fanów Wh40 połechta jakiś detal, ale to tylko perły zatopione w szambie... w dodatku plastikowe...
     
    Znalezione obrazy dla zapytania eisenhorn xenos
     
    Kończ waść...
    Przy całej sympatii jaką mam do tego uniwersum, Eisenhorna po prostu nie obronie. To zła i zwyczajnie nudna gra, czasem tytuł może wybić się na własnych bugach, ale temu nie grozi nawet to. Wszystko jest przerażająco nijakie, bez polotu, bez wyczucia estetyki. Szkoda waszych 19,99 Juro na takiego gniota. Żal to powiedzieć, ale zamiast Batmana w czterdziestym milenium, dostaliśmy pierdołę która rusza się jak klocek, książkę polecam, ale grę omijajcie z daleka. Na  horyzoncie szykuje się strzelanka Deadwing Space Hulk i kolejna część DoW, oby zmyły niesmak po tym co zrobiono z Gregorem. Tymczasem raz jeszcze nie polecam, odpalcie sobie lepiej Space Marine i z radością pacyfikujcie hordy zielonoskórych, co i ja z radością czynić będę....
  3. Pokken robi to, co Nintendo powinno było zrobić z Pokemonami dawno temu, czyli umożliwia nam walkę na arenie jako jeden z tytułowych stworków. I robi to co najmniej dobrze, czego po twórcach serii Tekken można się było spodziewać. Ale na Wii U nie ma gier i wszyscy i tak będą grali w GO. 
    Dorzucam też kilka słow na temat Pokken Tournament Pro Pad.

     

  4. 300?cb=20161106014621

    Dragon Ball był jednym z tych anime, które bardziej lubiłem. Nie był moim ulubionym tytułem z gatunku shonen, ponieważ to miejsce zajmuje One Piece ze względu na o wiele ciekawszy świat oraz bohaterów, Dragon Ball po prosto cechował się przyjemną prostotą, przesadną męskością oraz takim nostalgicznym klimatem, który aktywował się, gdy tylko zaczynał grać opening każdego odcinka.

    Wielu brodatych znawców japońskiej sztuki animacji uważa, że oryginalny Dragon Ball był lepszy od kontynuacji sygnowanej literą "Z", większość fanów serii kojarzy jednak to anime właśnie z tą ostatnią literą cywilizowanych alfabetów w tytule. Samemu też uważam, że Dragon Ball Z to najlepsza część Smoczych Kul, ponieważ to właśnie tutaj wyjaśniono wiele kwestii – między innymi to, kim do cholery jest w ogóle główny bohater – Son Goku. W Dragon Ball Z pojawili się najbardziej znani złoczyńcy, techniki, stroje czy też wprowadzono znane poziomy mocy pozwalające określić siłę wojownika, których mutacje zostały użyte (lub też sparodiowane) w różnych innych anime.

    Nie ukrywam, bardzo się ucieszyłem, gdy dotarła do mnie informacja, że powstaje oficjalna, trzecia część Dragon Balla (przypominam: GT nie jest kontynuacją którą robił sam Toriyama). Wiem, że sam twórca był już otwarcie trochę zmęczony tą serią i planował ją zakończyć mniej więcej po walce z Cellem w Dragon Ball Z. To byłby idealny koniec – Son Goku żegna się ze wszystkimi, jego syn Gohan staje się najpotężniejszym wojownikiem w galaktyce, a dumny Vegeta porzuca walkę i zajmuje się rodziną. Historię jednak kontynuowano pod postacią walki z groźnym, ale trochę, no... głupim Buu. Wprowadzono absurdalne techniki (taniec fuzji) i jeszcze kolejną przemianę – czyli formę, która jest poza formą super saiyana, która jest jeszcze bardziej poza formą domyślnego super saiyana (wtedy też już dla wygody wprowadzono po prostu liczby i nazwano to Super Saiyan 3).

    Pragnę tutaj zaznaczyć, że NIE oglądałem filmów, które powstały przed premierą Super, z czego się później bardzo cieszyłem – miałem okazję obejrzeć historię, której jeszcze nie znam, ponieważ pierwsze odcinki miały być po prostu przedłużoną wersję kinówek.

    No dobra, teraz mamy już przeszło 100 odcinków tej nowej serii. Obejrzałem je wszystkie, gdy tylko były możliwe do obejrzenia. I co sądzę?

    Jak myślicie?

    Jest źle... naprawdę źle.

    Naprawdę, chciałbym pokochać tę nową serię, ale... nie umiem. Najgorsze jest to, że przed oglądaniem nowego Dragon Balla, dawno nie oglądałem żadnego świeżego anime. Gdzieś w połowie zainteresowałem się JoJo's Bizarre Adventure i kilkoma innymi tytułami (obecnie Hero Academia), i wszystkie nowe serie po prostu miażdżą nowe Smocze Kule nie tylko pod względem jakości animacji, ale i scenariusza.

    Przed czytaniem ostrzegam - poniższy tekst zawiera POTĘŻNE SPOILERY. Został również napisany PRZED zakończeniem sagi drugiego turnieju, nie będę więc jej oceniał (chociaż już na starcie pojawiło się kilka problemów z tą sagą...).

    latest?cb=20150615164219

    Sagi

    Nie chcę jednak robić ogólnej recenzji i wystawić ocenę, zamiast tego zajmiemy się analizą każdej tzw. „sagi”, ponieważ jestem brudnym, spoconym nerdem i mam na to czas. By było jasno: sagą określa się zbiór odcinków, które opowiadają o walce Goku i reszty ekipy z jakimś konkretnym, dużym złem lub dotyczą jakiegoś wydarzenia. Oryginał oficjalnie składał się z 19 sag, najważniejsze to  jednak saga saiyanów, Freezera, Cell oraz Buu.

    Beerus Niszczyciel (Beerus the Destroyer)

    Początek serii Dragon Ball zaczyna się od pokazania, co się wydarzyło po walce z Buu w Dragon Ball Z. Goku pracuje na polu, a Gotenks i Gohan poświęcili swoje życie nauce, PONIEWAŻ CHI-CHI JEST KOMPLETNĄ KRETYNKĄ I NIE ZDAJE SOBIE SPRAWY ŻE SYNOWIE SON GOKU SĄ ABSURDALNIE POTĘŻNI I MOGĄ 100X WIĘCEJ OSIĄGNĄĆ BRONIĄĆ PLANETĘ PRZED NAJGORSZYMI ZAGROŻENIAMI WE WSZECHŚWIECIE... ufff... wybaczcie, problem z Chi-Chi, żoną Son Goku, opiszę później, na razie wróćmy do fabuły.

    W każdym razie, Son Goku otrzymuje od Mr. Satana walizkę pieniędzy w podziękowaniu za uratowanie ziemi przed Cellem oraz Buu. Pieniądze oczywiście marnują się na naukę Gohana i Gotenksa, ale dzięki temu przynajmniej Goku może wrócić do treningu z King Kai, na wszelki wypadek, gdyby pojawiło się znowu jakieś zagrożenie.

    No i się pojawia – nowym przeciwnikiem okazuje się być Beerus, bóg zniszczenia uniwersum w którym żyje nasza ekipa. W dużym skrócie – bogowie zniszczenia w Dragon Ballu zajmują się usuwaniem niepotrzebnych planet, tak by rozrost wszechświata był bardziej kontrolowany... czy jakoś tak. W każdym razie bogowie zniszczenia są absurdalnie potężni i znają specjalne techniki, które umożliwiają im wymazanie ze wszechświata osoby, obiektu czy nawet całej planety... szkoda tylko, że anime w ogóle nie tłumaczy jak oni to robią i kto ich tego nauczył. Jak w ogóle wybierani są bogowie zniszczenia? I dlaczego pochodzą z różnych ras, mimo iż jest podane że są jednej i tej samej rasy?

    Anyway, bogom zniszczenia służą aniołowie, każdy z nich ma jednego. Aniołowie są sługami i zarazem mentorami bogów zniszczenia, ponieważ są o wiele potężniejsi nawet od nich (w sumie... czemu oni nie zajmują się kontrolowaniem wszechświata? Są o wiele bardziej rozsądni, silniejsi i neutralni).

    Beerus jest starym, łysym i znudzonym kotem. Jest strasznie znudzony oraz głodny i jedyne co może zaspokoić jego głód, to walka z tajemniczym wojownikiem, który pojawia się w jego snach – jakiś „Bóg Super Saiyanów”. Oczywiście jak się możecie domyśleć, bogiem tym jest Son Goku (ale nie tylko... o tym później)..

    dragon_ball_super_beerus_03_by_giusepped

    Po pewnym czasie Beerus odnajduje planetę ziemię i na niej starego znajomego... Vegetę. TAK. VEGETA CAŁY CZAS WIEDZIAŁ O ISTNIENIU BEERUSA I NIGDY W CAŁEJ SERII DRAGON BALL O TYM NIE WSPOMNIAŁ. Beerus kiedyś odwiedził planetę Vegety... to znaczy planetę Vegeta.... no i jego ojca... Vegetę (ja pierdzielę... wiecie o co chodzi). Jak się okazuje, Beerus już w sumie był dawno temu na ziemi i przez niego wyginęły dinozaury. Freeza też o nim wiedział. Znał też Buu.

    Tak, cokolwiek się zdarzyło w Dragon Ballu, to wiedział o tym Beerus i/albo miał coś z tym wspólnego. Czemu go jednak nie obchodziło to, że Freeza podbijał jego wszechświat? Albo że Cell mógł go zniszczyć? Tak samo Buu? Nie mam pojęcia, twórca Dragon Balla też tego nigdy nie wyjaśnia.

    W każdym razie, Beerus z początku udaje przyjaznego dawnego znajomego Vegety, ale książę wie, jak bardzo jest on rzeczywistości niebezpieczny i niecierpliwy. Dochodzi do walki pomiędzy Son Goku i Beerusem. Pamiętacie formę Super Saiyan 3? Wiecie, tą formę która nam za młodu rozerwała portki gdy pojawiła się w TV, bo była tak absurdalnie potężna i przemianę w nią poświęcono kilka minut odcinka? No... w porównaniu do potęgi bogów zniszczenia, ta forma nie jest w stanie nawet kogoś zadrapać. Yep, cała ta legenda o super saiyanach w tej chwili okazała się być żałosnym żartem, Super Saiyan 3 to nic specjalnego.

    W każdym razie, ekipa się zastanawia, jak odblokować formę Super Saiyan God, o której mówi Beerus. W końcu postanawia odezwać się jego anioł Whis (przepotężny metroseksualista) i tłumaczy on, że żeby zamienić się w Boga Saiyanów, kilku saiyanów musi położyć rękę na jednym wojowniku i przekazać mu swoją energię, wszyscy jednak muszą być o czystym sercu. Legenda ta krążyła od dawna wśród rasy saiyanów.

    Ok, teraz zauważacie zapewne jaki to bullshit -

    1. By uzyskać potęgę równą bogom, trzeba po prostu ustawić się w kręgu i mieć dobre serce

    2. Saiyanie o tym wiedzieli. Ale Vegeta nie potrafi wytłumaczyć dlaczego o tym zapomniał

    Teraz pytania z mojej strony -

    1. Dlaczego saiyanie po prostu nie pozamieniali swoich najlepszych wojowników w bogów i nie zabili Freezę jednym szlagiem, zanim ten zniszczył ich świat? Nie mówcie mi tylko, że tam nie było żadnych dobrych wojowników, którzy mogli by się przemienić. Nie wiem no... BARDOCK???

    2. … nie, serio, dlaczego Vegeta o tym nie wiedział? Jest księciem, zna swoją rasę najlepiej. On z Goku mogliby się zamienić w dowolnym momencie w bogów i rozwalić Cella oraz Buu jednym palcem w czasie fabuły Dragon Ball Z.

    3. Dlaczego saiyanie coś takiego potrafią? Czy inne rasy też mają swoje boskie formy? Czy ludzie również mogą zamienić się jakoś w bogów za pomocą jakiejś dziwnej techniki? Czy Jezus i Budda ją opanowali?

    W każdym razie, dochodzi walki Beerus kontra Son Goku i... Son Goku przegrywa. Pierwszy raz chyba w Dragon Ballu saga kończy się przegraną naszych bohaterów. Beerus udaje, że za karę teraz zniszczy ziemię, ale udawał że zasnął w czasie przygotowania ataku. Tak naprawdę nie chce niszczyć ziemi, ponieważ jest tutaj wiele obiecujących wojowników, którzy mogą mu zabić nudę, a poza tym jest tutaj pyszne jedzenie (co jest kolejnym problemem Dragon Ball Super – o tym znowu później).

    A, co do tego boga saiyanów - Vegeta też potrafi się w niego przemienić, ale uczy się tego samemu później. Czyli no... ten cały rytuał też był w sumie niepotrzebny. What!?

    Złoty Freeza (Golden Freeza)

    Freeza jest bez wątpienia najbardziej ikonicznym i lubianym złym w Dragon Ballu i ogólnie bardzo znaną postacią w seriach shonen. Dlatego no przyznam, że trochę fajnie, że wrócił na naprawdę ostateczną* bitwę, ponieważ Trunks w sadze Cell w Dragon Ball Z zrobił mu niezłego cock-blockera na ziemi.

    W każdym razie – jak się dowiadujemy z tej sagi, imperium handlowe założone przez ojca Freezera mocno podupadło, większość planet się wyzwoliło od rządów złych wojowników, po tym jak Son Goku pokonał Freezę. Pałeczkę po głównym złym przejął niejaki Sorbet, zły kurdupel zafascynowany osiągnięciami Freezera. Postanawia on udać się na ziemię i zdobyć Dragon Balle, by życzyć sobie ożywienie swojego mistrza. A jako że bohaterowie DBS stali się nagle debilami – udaje mu się to.

    Freezer na (nie)szczęście nie jest głupi i nie chce walczyć z Son Goku i Vegetą już teraz, zamiast tego chce zrobić coś, czego nigdy nie robił – chce potrenować by zwiększyć swoją siłę.

    Tak, dobrze przeczytaliście – Freezer przyznał się, że nigdy w życiu nie trenował, od urodzenia był tak potężny. Co jest kompletnym idiotyzmem, ponieważ:

    1. W Dragon Ball Z wspomniał, że trenował ze swoim ojcem – King Cold

    2. Gdyby nigdy nie trenował, to jego ogromna siła by nic nie znaczyła – nie znałby żadnych technik ani stylów walki, więc Son Goku byłby od początku od niego silniejszy! Nawet bez formy Super Saiyan! Ponieważ zna masę technik, stylów walki no i w ogóle wie jak powinno się wyprowadzać ciosy. Freezer nie miałby o tym pojęcia, mógłby jedynie machać rękoma i liczyć, że trafi!

    No ale dobra, Freezer chwilę poćwiczył i odblokował swoją kolejną, piątą formę, którą nazwał Golden Freeza (jak sam przyznał – nie miał pomysłu na lepszą nazwę).

    W2EaOy2.jpg

    Vegeta i Goku postanowili zostać uczniami anioła Whisa. Dzięki temu udało im się odblokować jeszcze potężniejszą boską formę – Super Saiyan Saiyan God (czy też Super Saiyan God Blue, jak chcecie). Ma niebieskie włosy i ogólnie jest wypasiona, ale... jak się pomimo tego okazuje, jest nadal słabsza od Golden Freezy. Niestety, (na szczęście?) Freezer okazał się być jednak też trochę idiotą i postanowił ruszyć na walkę z Goku/Vegetą jak najszybciej... zanim w ogóle zdążył opanować nową formę. Więc zamiast stawać się silniejszym – forma z czasem go osłabiała i Vegeta go pokonał. Niestety, Freezer ostatnim ruchem ręki rozwalił planetę ziemię, ale do akcji wkroczył Whis, ponieważ jak się okazało – zna on technikę, która pozwala cofać czas o kilka sekund.

    Whis cofnął czas do tyłu, Son Goku szybko zareagował i przerwał atak Freezera za pomocą Kamehameha i... no w sumie to Son Goku tak naprawdę znowu zabił Freezera, a nie Vegeta. Więc wszyscy fani księcia po obejrzeniu ostatniego odcinka tej sagi zaczęli ryczeć z bólu, ponieważ ich ulubiony bohater został ZNOWU ośmieszony.

    Saga ta miała jeden plus – stara Drużyna Z znowu wkroczyła do akcji i pokonała elitarnych wojowników Freezera. Nawet Roshi (Genialny Żółw) dał im radę. Niestety, Gohan absurdalnie osłabł. Tak mocno, że NIE POTRAFI PRZEMIENIĆ SIĘ NA WYŻSZĄ FORMĘ SUPER SAIYANA. Możemy podziękować Chi-Chi, że tak wychowała syna. Po wydarzeniach z tej sagi jednak zdał sobie sprawę, że jego rodzina jak i reszta ludzi może go kiedyś potrzebować, postanowił więc wrócić do starego, dobrego treningu z Piccolo, by nadrobić zaległości.

    Uniwersum 6 (Universe 6)

    Dobra, to byłaby BARDZO dobra saga, gdyby nie kilka upierdliwych problemów, które omówimy na końcu.

    Saga Uniwersum 6 bardzo mocno namieszała w całym świecie Dragon Balla – otóż do świata Son Goku przybywa Champa, czyli bóg zniszczenia z szóstego uniwersum, które sąsiaduje z uniwersum naszych bohaterów. Whis tłumaczy Goku oraz Vegecie (oraz przede wszystkim widzom), że świat jest zbudowany w ten sposób, że istnieje 12 uniwersów i każdy ma swojego sąsiada, tak by suma obu wynosiła 13. Mówiąc prościej – uniwersum 7 to świat który znamy z Dragon Balla, tutaj mieszka Son Goku i reszta wojowników, sąsiadem jest uniwersum 6. Jest to całkiem podobny świat – również są na nim Saiyanie, Namekianie, Zmiennokształtni (rasa od Freezy) i tak dalej, uniwersum te jednak rozwinęło się w trochę inny sposób. W uniwersum 6 Saiyanie nie posiadają ogonów i nie są oszalałymi wojownikami, wręcz przeciwnie, są praworządną policją która utrzymuje porządek we wszechświecie (niestety jak się później dowiadujemy – są trochę słabsi i nie mają pojęcia o legendzie super saiyanów).

    dragon-ball-super-041-12-universe-6-part

    Od boga Champy dowiadujemy się również o istnieniu tzw. Super Smoczych Kul, czyli tych PRAWDZIWYCH Smoczych Kul, na podstawie których Namekianie stworzyli swoje, które znamy z serialu. Super Smocze Kule są wielkości planet i mogą spełnić absolutnie każde życzenie, bez żadnych limitów. Problemem jest niestety ich odnalezienie, ponieważ wymaga to wysadzania niezamieszkałych planet czy asteroid z nadzieją, że znajdują się pod powierzchnią. Champa jednak znalazł te kule i ostatnia z nich okazała się być w uniwersum, gdzie są nasi bohaterowie. Kolejnym problemem jest to, że Champa i Beerus bardzo się nie znoszą, mimo iż są bratami-bliźniakami.

    Po poznaniu Son Goku i Vegety, Champa postanawia zorganizować turniej pomiędzy dwoma uniwersami, uczestnikami mają być najsilniejsi wojownicy po obu stronach. Jeśli unwiersum 7 wygra – mogą użyć Super Smoczych Kul, by poprosić smoka o cokolwiek. Jeśli jednak Champa i jego drużyna wygra – chce by ziemia gdzie mieszka Son Goku należała do niego, ponieważ w jego uniwersum nie ma tak dobrego jedzenia (ziemia uniwersum 6 została zniszczona w czasie jakiejś bezsensownej wojny – nawiązanie do Red Ribbon Army z oryginalnego Dragon Balla?).

    Jak można się spodziewać – Son Goku z radością zgadza się na turniej i rozpoczyna zbieranie najlepszych wojowników. Do drużyny dołącza oczywiście Vegeta, Piccolo oraz Buu (co jest dosyć logicznym wyborem, ponieważ jest jedną z najsilniejszych istot w świecie naszych bohaterów). Poza nimi Beerus sprowadził z innej planety wojownika o nazwie Monaka, który jest ponoć o wiele silniejszy od od Son Goku. Niestety Buu jest bezużyteczną kupą smrodu i zasypia przed rozpoczęciem turnieju, przez co nie może wziąć w nim udziału i drużyna Son Goku jest osłabiona. Gohan nie bierze udziału, ponieważ ma wykład na swojej uczelni (SERIO!!??).

    Sam turniej był bardzo emocjonujący. Bez wątpienia najciekawszymi wojownikami z drugiego uniwersum są Cabba oraz Hit. Cabba jest młodym, ale bardzo silnym saiyaninem, który walczy z Vegetą. W czasie tej walki poznajemy też Vegetę z innej strony, jest co prawda niemiły dla Goku, lecz dla innych swoich braci-saiyanów jest bardzo opiekuńczy i stara się im pomóc na swój sposób. W czasie walki uczy on Cabby, jak przemienić się w formę SS1, po czym pokazuje mu formę SSSG, z którą Cabba nie ma szans. Młody mówi „Mam nadzieję, że kiedyś będę tak potężny jak ty”, na co Vegeta odpowiada „Nie... chcę, byś był jeszcze potężniejszy”. Bardzo fajna scena, która powinna wreszcie zadowolić fanów księcia.

    Hit za to jest asasynem, który poluje na ofiary nawet z innych uniwersów. Jest przerażająco silny i pokonał Vegetę bez najmniejszego trudu, nawet gdy ten się przemienił w najlepszą boską formę. Son Goku jednak rozgryzł z jakiej techniki korzysta Hit – potrafi zatrzymywać czas na kilka sekund i wyprowadza serię ciosów w słabe punkty przeciwnika, by go natychmiast znokautować.

    W czasie walki z Hitem, Son Goku przedstawia też swoją nową formę... która tak naprawdę nie pojawiła się w mandze SSSG połączony z techniką Kaioken x10. Mówiąc prościej – podbił sobie moc, tak by był dziesięciokrotnie silniejszym od bogów. Mimo tego niestety – Goku przegrał z Hitem, który jest po prostu o wiele bardziej doświadczonym wojownikiem. Hit nawet nie używał swojej pełnej mocy w czasie turnieju, ponieważ jego prawdziwy styl walki zabija ofiarę jednym ciosem, a na turniejach nie wolno nikogo zabić. Son Goku powiedział mu, że kiedyś musi z nim stoczyć walkę na serio, z pełną mocą, po czym zszedł z areny.

    015329a6cc08f031aa0084a93d36db6dce41cdac

    Ostatnia walka tej sagi to Monaka kontra Hit. Był największy zawód tej sagi, praktycznie robienie sobie żartów z widza - okazało się, że Monaka tak naprawdę nie potrafi walczyć, jest słabeuszem i Beerus go wybrał tylko dlatego, by nabrać Goku i zachęcić go do dalszego treningu, wmawiając mu, że Monaka jest silniejszy. Plan ten jest kompletnie bezsensowny - dlaczego wybrał akurat go, skoro Monaka nie potrafi nawet udawać, że jest silny? I po co taka zachęta? Przecież Son Goku WIE że są od niego silniejsi wojownicy, przecież stoją przed nim cały czas - Beerus oraz Whis!

    Po turnieju pojawiła się nowa postać – Zeno. W tym momencie poznaliśmy najpotężniejszą istotę w świecie Dragon Balla... i jest nim kurdupel z mózgiem kilkulatka. Zeno jest najwyższym bogiem wszystkich uniwersów. Służą mu wszyscy aniołowie oraz bogowie zniszczenia. Wygląda żałośnie, jednak jego moc jest zniszczenia jest nieograniczona, potrafi jednym ruchem palca usunąć cały wszechświat, co już niejednokrotnie zrobił. Ale i tak... postać ta jest naprawdę fatalna. Seria przyzwyczaiła nas do mięśniaków i złych zmieniających swoje formy w coś o wiele bardziej przerażającego, a dostaliśmy od twórcy jakąś pstrokatą kulkę i "proszę, to jest najpotężniejsza istota w Dragon Ballu! Ha! Tego żeście się nie spodziewali, co?". Nie, to nie tak działa panie Toriyama. Gdyby najpotężniejszym madafaką była jakaś kobieta, zamiast spoconego mężczyzny, albo jakiś dziwny, stary kosmita, to byłoby fajnie. Zamiast tego mamy kolejną postać komediową po Monace, i to wszystko w jednej sadze!

    W każdym razie - Zeno wita się z Goku i mówi mu, że był pod wielkim wrażeniem turnieju i nigdy się tak dobrze nie bawił. Chce zorganizować osobiście kolejny turniej, ale tym razem udział wezmą też i inne uniwersa.

    Trunks z "Przyszłości" ("Future" Trunks Saga)

    Była to jedna z najbardziej hajpowanych sag, niektóre odcinki biły tutaj rekordy oglądalności, pojawiło się masę fanowskich teorii, niektóre z nich brzmiały naprawdę niesamowicie... i niestety moich zdaniem jest to na razie najgorsza saga z tej serii. Co tutaj zawiniło?

    Jak możecie domyśleć się po tytule, jednym z głównych bohaterów tutaj jest znowu Trunks, ale nie ten z teraźniejszości, tylko z przyszłości, który pomagał w DBZ w walce z Cellem. Po pokonaniu tego potwora, świat Trunksa żył miarę spokojnie, dopóki nie pojawiło się nowe, jeszcze gorsze zło - "zły" Son Goku! Albo przynajmniej ktoś, kto wygląda identycznie jak Son Goku.

    Goku Black (jak mianował go Trunks) jest niesamowicie potężny i udało mu się zniszczyć niemal całą ziemię. Bulma zdążyła zbudować nowy wehikuł czasu, pozwalający Trunksowi przenieść się do realiów w których żyje Son Goku, by poprosić go i resztę o pomoc w walce z tajemniczym saiyanem. Jedną z głównych bohaterek tutaj jest również dorosła Mai (gdyby ktoś nie kojarzył, to ta dziewczyna towarzysząca Pilafowi), która pełni rolę drugiej połówki Trunksa. Jak się możecie domyślić, robi to trochę zamieszania w świecie Son Goku, gdzie młody Trunks i Mai ledwo się znają.

    Tak jak wspomniałem wcześniej, saga ta zrodziła wiele fanowskich teorii oraz domysłów. Przede wszystkim Goku Black był katalizatorem wielu zarąbistych fan-spoilerów. Niektórzy pisali, że jest to Gotenks, który z jakiegoś powodu stał się zły, inni mówili że to sam Bardock powrócił, jeszcze inni że to Son Goku z sąsiadującego uniwersum, gdzie historia potoczyła się inaczej i nie upadł w młodości na głowę, zamiast tego zniszczył ziemię i stał się najpotężniejszym wojownikiem i niszczycielem światów. Wszystkie te teorie były zarąbiste...

    ... ale autorzy postanowili opowiedzieć tę historię w najgorszy możliwy sposób.

    Goku Black naprawdę miał na imię Zamasu i był uczniem wielkiego kai z uniwersum 10. Anime starało się udawać, że historia i motywy Zamasu są jakieś głębokie i pełne ideałów, prawda jest jednak taka, że to najbardziej bezsensowny główny zły historii Smoczych Kul. Zamasu po prostu widział zło, jakie potrafią wyrządzić żywe istoty i stwierdził, że powinny być usunięte, ponieważ tylko bogowie oraz aniołowie zasługują być żyć i cieszyć się światem. Zabił on więc swojego mistrza, ukradł jego pierścień pozwalający się przenosić w czasie, cofnął się do przeszłości gdzie jeszcze raz zabił swojego mistrza i poprosił samego siebie o pomoc, przeniósł się w dwójkę do przyszłości i użył Super Smoczych Kul by dokonać dwóch życzeń (skrócił sobie czas oczekiwania na pojawienie się kul za pomocą pierścienia czasu). Jeden Zamasu życzył sobie nieśmiertelności, drugi poprosił o ciało od Son Goku, czyli jedynego śmiertelnego wojownika który go ośmieszył (poznali się w czasie tej sagi i doszło do sparringu).

    dragonballsuper_zamasu_black_by_kroz7_by

    Mówiąc prościej - w sadze tej pojawiają się dwaj Zamasu. Jeden ma normalne ciało i jest nieśmiertelny, drugi ma ciało Goku i jego potęga rośnie w nieskończoność. Problem jest teraz taki, że plan obu Zamasu jest bezsensowny. Z początku rozumiałem o co chodzi, chcą wybić inteligentne istoty (w anime i mandze ciągle mówią "ludzie", co jest trochę mylące - chodzi im o wszystkie cywilizacje na wszystkich planetach), ponieważ tylko bogowie i aniołowie są fajni. Tylko że... ON ZABIŁ RÓWNIEŻ WSZYSTKICH BOGÓW W UNIWERSUM TRUNKSA. Jego plan usunięcia ludzkości jest więc bezsensowny, ponieważ zabił również bogów, więc NIKT nie zostaje przy życiu! Już nie wspomnę o tym, że Zamasu który nie chciał nieśmiertelności postąpił wyjątkowo głupio. Co z tego, że ma ciało Son Goku i jest super potężny? Przez niego właśnie obaj zostali pokonani - Zamasu nie mógł sobie poradzić z Vegetą, Son Goku oraz Trunksem który dostał ogromnego przypływu siły ze wściekłości (to on pokonał obu jednym cięciem miecza), więc postanowił przeprowadzić fuzję (Zamasu+Zamasu) zapominając o tym, że jedna część jest nadal śmiertelna i tym samym podatna na ataki.

    Mimo tego, w czasie tej sagi zniszczony został cały wszechświat Trunksa, ponieważ Zamasu powrócił pod postacią niematerialnego, kosmicznego demona i Son Goku musiał wezwać Zeno, by ten usunął cały świat i tym samym Zamasu na zawsze. To niestety rodzi jeszcze więcej pytań - skoro Zeno żył, to znaczy że jego aniołowie również żyli i widzieli, że Zamasu skacze pomiędzy wszechświatami i wszystkich usuwa. NIKT nie zadawał sobie pytań, dlaczego nagle wszyscy bogowie znikli? Nikt nie próbował interweniować?

    No i dalej - ta saga to był paskudny bad ending. Co z tego że Trunks i Mai przeżyli i postanowili się przenieść do innego świata za pomocą wehikułu zbudowanego przez Bulmę z uniwersum Goku? Wszyscy jego przyjaciele, dla których walczył od samego początku tej sagi, zginęli! Wszyscy to jednak nagle mieli z jakiegoś powodu gdzieś.

    Inne problemy

    Nieśmieszne i absurdalne obżarstwo

    Fani anime oraz mangi na pewno znają określenie "foodgasm". To są sceny, w której bohater przesadnie podnieca się tym, jak dobre jest przygotowane dla niego jedzenie i wcina je niczym niszczarka szwedzkich polityków wcinająca dokumenty z problematycznymi danymi. Sceny takie pojawiają się w DBS tak często, że nawet zatwardziali fani się zastanawiają o co chodzi i próbują wymyślić jakieś teorie, że jedzenie będzie grało jakąś ważną rolę w tej serii i Toriyama się po prostu na to przygotowuje. Prawda jest jednak taka, że są to męczące żarty, sceny z foodgasmem pojawiają się czasem kilka razy w trakcie jednego odcinka, przeciągając sztucznie jego długość i zmuszając aktorów głosowych do ciągłego jęczenia na cały głos przed mikrofonem "O MÓJ BOŻE JAKIE TE RAMEN JEST DOBRE". Czasem nawet ważne dialogi, dotyczące walki z głównym złym i świata Dragon Balla są przerywane tym, że ktoś masturbuje się do talerza z mięsem ponieważ "O MÓJ BOŻE JEST TAKIE DOBRE". 

    1280x720-9py.jpg

    Poziomy mocy nie mają już sensu!

    W Dragon Ball Z, za pomocą poziomów mocy można było określić jak silny jest wojownik. Każdemu można było przypisać jakąś liczbę, kalkulacje robiły się trochę absurdalne w czasie walki z Freezerem, były jednak możliwe do przeprowadzenia, w swojej drugiej formie Freezer miał poziom mocy równy 1 000 000 i każda kolejna forma podbijała moc dwukrotnie, więc w swojej najlepszej formie miał poziom mocy gdzieś około 4 000 000+

    W Dragon Ball Super poziomy mocy jednak kompletnie straciły na znaczeniu. Son Goku w pierwszej formie boga był w stanie zniszczyć cały wszechświat uderzeniem pięści (!!!!!), później jednak osiągnął formę Blue i do tego użył techniki kaioken, by podbić sobie energię jeszcze o 10x. Spróbujcie to sobie teraz wyobrazić - podnieście moc zniszczenia pięści, która niszczy cały wszechświat, dziesięciokrotnie! Oczywiście Goku dał wymówkę, że potrafi teraz lepiej kontrolować swoją siłę. Ale i tak - jest to absurdalne na maksa, ponieważ pojawiają się postacie równe sile Goku i bogowie zniszczenia z jakiegoś powodu nadal są silniejsi, mimo iż NIE WIDAĆ TEGO po ich sposobie walki. Gdzieś w okolicach sagi Trunksa, Beerus i reszta jego ekipy wydawała się być już znacznie słabsza od Goku oraz Vegety, mimo tego obaj mówią, że "kiedyś dorównają tym bogom zniszczenia".

    Mało tego, później pojawia się nasz stary znajomy - Android 17, i jest on tak samo silny jak Son Goku w najlepszej formie! Dlaczego? Ponieważ... od czasów sagi Cell chronił jakąś wyspę przed łowcami.

    Powtórzę to - walczył z jakimiś ludźmi ze wsi i dlatego dorównał swoją siłą bogom... że co?

    Jednowymiarowe na maksa postacie

    Kolejnym poważnym problemem jest to, że znane postacie w DBS stały się jednowymiarowe aż do bólu.

    Chi-Chi zapomniała o wszystkim, co się wydarzyło w DBZ i stała się znowu psychodeliczną matką.

    Son Goku jest kompletnym idiotą. Stwarza nawet zagrożenie dla swoich przyjaciół, ponieważ zależy mu tylko na tym, by się naparzać po pysku. W DBZ Freezer wspomniał, że głupi uśmiech tego saiyanina jest zmyłka, w tej głowie kryje się prawdziwy geniusz, przynajmniej jeśli chodzi o walkę. W pozostałych sagach Son Goku również skleił kilka ambitnych planów, dzięki którym udało się uratować resztę. W DBS jednak nie jest w stanie nic takiego robić, zachowuje się tak, jakby był upośledzony i czasem ledwo potrafi skleić zdania do kupy.

    Vegeta jest przesadnie tsundere księciem i każdą swoją wypowiedź kończy chrząknięciem.

    Przemyślenia na koniec

    Tak jak wspomniałem na początku, naprawdę chciałbym lubić Dragon Ball Super, ale serial ten po prostu z każdym odcinkiem stara się mi kopnąć w krocze. Toriyama w wywiadach wspominał, że tworzy on przede wszystkim dla młodych, co jest bardzo dziwnym podejściem. Przecież wszyscy fani Dragon Balla są już dzisiaj dorośli, młodzi ludzie nie wychowali się na tej serii. Poza tym zdanie "to jest dla młodych" nie jest wymówką, filmy Toy Story również były kierowane dla młodych, są jednak uważane za wybitne filmy animowane, ponieważ mają świetne historie, które podobają się nawet dorosłym.

    Inne serie shonen (One Piece, Hero Academia, Naruto) są zauważalnie lepiej wykonane - mają lepszą fabułę, głębsze postacie, lepszą animację i potrafią zaskakiwać. Dragon Ball jednak nie tylko stanął w miejscu, ale i mam wrażenie, że zrobił kilka kroków do tyłu.

    * Tak to było przedstawione w tej sadze, ale znowu jest to nieprawda. Powraca w sadze, która nie jest opisana w tym tekście, ponieważ się jeszcze nie skończyła.


  5. Kiedyś dodałem test wydajności komputera za 3500 złotych i zainteresowanie było spore. Tym razem testuje komputer za 3000 złotych na którym recenzuje wszystkie gry, dlatego mogę taki zestaw polecić wszystkim początkującym Youtuberom ;). Zapraszam!

     

  6. Poeta - Wierszokleta

    • 2
      wpisy
    • 0
      komentarzy
    • 554
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    Wiersz zainspirowany grą Pathologic, rosyjskiego studia Ice-Pick Lodge. Gra pod względem rozgrywki i animacji jest okropnie toporna, lecz mimo wszystko niedoceniana - jest praktycznie idealną egranizacją ,,Dżumy" Alberta Camusa, dodając jednocześnie od siebie specyficzny rosyjski klimat i wschodnią mistykę. Gra prawdziwie artystyczna, w odróżnieniu od częstych ostatnio ,,artystowskich" tworów i idealny przykład na potwierdzenie tezy, iż gry mogą być sztuką. W końcu, gdzie można lepiej oddać ideę egzystencjalizmu niż w grze, gdzie sami decydujemy o poczynaniach bohatera?


    ... przewlekłe


    Dżuma spadła na miasto
    nasze
    na końcu świata
    jak koniec świata
    przewlekła

    Sny o nieśmiertelności
    legły
    śmierć jest pewna
    jak koniec świata
    wiesz to

    Kilkoro ważnych ludzi
    żyje
    reszta to tło
    jak koniec świata
    bliski

    Jesteś tylko naczyniem
    zawsze
    stań się dżumą
    jak koniec świata
    lub nie

    Kierując się rozumem
    albo
    wróżąc z flaków
    jak koniec świata
    przeżyć

    By nadać jakąś wartość
    chyba
    że lubisz być
    jak koniec świata
    pusty

    Umysł nie umie wybrać
    łatwo
    prostej drogi
    jak koniec świata
    pewnej

    Pracy nie uniknie ktoś
    kto nie
    chce się mieszać
    jak koniec świata
    nawet

    Najlepsza sztuka marna
    kiedy
    aktorzy źli
    jak koniec świata
    tak więc

    Pierwiastki ludzkiej duszy
    chodzą
    po ulicach
    jak koniec świata
    czyste

    Miasto leży pomiędzy
    stepem
    i stolicą
    jak koniec świata
    rozłam

    Rzeźnia i wieża cudów
    stoją
    przeszłość i przyszłość
    jak koniec świata
    przewlekłe

  7. Witam wszystkich.

    Dawno tu nic nie dodawałem ale ostatnie "ruchy" na rynku konsolowym sprawiły że postanowiłem się odezwać. Na wstępie chciałem zaznaczyć że jestem graczem konsolowym, konkretnie gram na
    najbardziej "kochanej" konsoli u nas w kraju czyli Xboxie. Przez 5 lat bawiłem się z x360 i od 2 jestem szczęśliwym posiadaczem XBO. Żeby nie wywołać jakiejś wojny na początku zaznaczam że nie mam nic po PCtowych i PSowych graczy. Sam byłem "komputerowcem" przez wiele lat ale uznałem że konsole i pad zamiast myszki i klawiatury jest dla mnie czymś o wiele lepszym, a xboxa wybrałem ze względu na najlepszy mim zdaniem pad na świecie.
    Tyle na wstępie i czas teraz przejść do sedna. Zapewne jak wszyscy nawet jako tako interesujący się światem gier i technologii słyszeli o pomyśle Microsoftu i Sony na "mocniejsze" wersje swoich konsol w środku obecnej generacji. Jeżeli jednak ktoś jakimś cudem jednak nie słyszał postaram się to opisać krótko. Otóż pod koniec tego roku Jeżeli chodzi o sony pojawi się PS4 Pro a od Microsoftu w przyszłym ,prawdopodobnie pod koniec XBO Scorpio. Obie konsole mają być na papierze co najmniej 2x szybsze od obecnych pod względem grafiki, więcej ram i podkręcone procesory , obie będą wyświetlać obraz w 4K ( choć tylko XBO Scorpio "prawdziwe"), co za tym idzie będzie o wiele lepsza jakość grafiki i więcej klatek na sekundę i do tego wszystkie przyszłe gry na te konsole mają być zgodne z obecnymi konsolami, do tego chyba najważniejszy "bajer" czyli będą obsługiwać google VR. Brzmi pięknie prawda? 
    Pewnie zastanawiacie się teraz skąd w tytule zmianka o wyciąganiu kasy? Nie chodzi o cenę samej konsoli choć do końca jeszcze nie wiadomo ile będzie nas to kosztować. Otóż ja to widzę tak, zarówno Microsoft jak i Sony testują nas. Chcą sprawdzić ile i jak często jesteśmy w stanie wydawać kasę na "trochę lepszy sprzęt" by mieć większą wygodę dla naszego zmysłu wzroku. Rozbawiło mnie tłumaczenie chyba Microsoftu że "zauważyli że w połowie generacji spora część graczy przenosi się na PC bo jakość grafiki na konsolach odstaje i z tego powodu chcieliby częściej wydawać ulepszone wersje konsol by ich utrzymać". Doprawdy? dopiero w tym roku to zauważyliście? brawa za spostrzegawczość. Tak na poważnie to dość normalna kolej rzeczy że konsole się starzeją w miarę szybko pod względem doznań wizualnych i część ludzi "powróci" do pc bo tam jest zawsze "ładniej" , ale jeżeli ktoś kupuje konsole, przynajmniej według mnie ,to nie dla grafiki bo oczywistym jest to że się w miarę szybko będzie starzeć ,lecz po to by się cieszyć z wygody grania. Nie martwić się o wymagania, sterowniki ,czy moje konkretne podzespoły nie będą się "gryźć" itp. itd.(wybacznie PCtowcy za takie wytykanie, pewnie mi się oberwie za to ;c) lecz po to że wkałdam płytkę, siadam wygodnie na kanapie z padem w rękach przed tv i gram , a grafika jest sprawą trochę drugorzędną. Może ja jestem inny i mało wymagający, może za mało zarabiam by "szastać pieniędzmi" na nowe konsole co 2-3 lata,czy części do PC, może się już starzeję, nie wiem. W każdym razie kupuje konsole by się nią cieszyć całą generację (5-6 lat średnio), jakbym chciał ja wymieniać co jakiś czas to korzystałbym z komputera do rozrywki. Pomińmy jednak te moje "konserwatywne" argumenty i uznajmy że będę chciał jednak za rok kupić Scorpio lub PS4 Pro i co się wtedy okaże? W pełni by korzystać z tej konsoli będę musiał w raz z nią zakupić google VR z własnymi kontrolerami, TV 4K obsługujący HDR , czyli jakieś parę tys dodatkowych wydatków (2 jak nie 3 krotność ceny samej konsoli zapewne). Ktoś powie po co? przecież na "full HD" i bez VR też będzie się fajnie grało. Oczywiście że tak, ale po co mam kupować sprzęt obsługujący te wszystkie fajne ficzery skoro nie będę z nich nawet korzystał? zwłaszcza że wszystko jest (przynajmniej u nas nie wiem jak to się ma dokładnie za oceanem) w standardzie HD, a jak wcześniej wspominałem gry ze Scropio mają działać na XBO, a różnić się mają tylko grafiką. Fizyzyka, sposób rozgrywki , konstrukcja poziomów ma być na tym samym poziomie , przynajmniej według zarzeczeń Microsoftu i Sony. Jedynym co może kusić to gogle VR i gry korzystające z nich. Póki co ta technologia wygląda obiecująco, ale jeżeli twórcy gier nie będą mieli pomysłu na ich wykorzystanie to obstawiam że skończy jak Kinect, a do grania w 30kl/s przyzwyczaiła mnie poprzednia generacja konsol, więc podziękuję za troskę od strony twórców sprzętu o jakość mojego odbioru ich produktu. Mogli się tym martwić 2-3 lata temu jak wypuszczali swoje sprzęty na rynek. Mogę kupić oczywiście nadchodzącę konsole by "zaszpanować", lecz jedyne co będę tak naprawdę miał to więcej fpsów w grach i trochę lepszą grafikę, bo HDR i 4k będę miał tylko na papierze bez nowego TV obsługującego to wszystko.
    Dlatego uważam właśnie że chcą od nas wyciągać pieniądze. Próbują wymusić na nas nie tylko kupno nowej konsoli (mydląc nas lepsza grafiką i płynniejszą rozgrywką) ale także dokupywanie całego "osprzętu" po to by móc naprawdę odczuć tą różnicę. Jeżeli wszystko obecnie byłoby w standardzie 4K okej, nie mam nic przeciwko, podejrzewam że nawet bym się cieszył z tego co planują Microsoft i Sony ale obecnie czuję się jakby nagle ktoś wciskał mi "DLC" do konsol obecnej generacji. Jedyne co mi pozostaje na koniec to zaapelować do was konsolowi gracze, byście nie dali się omamić i nie kupowali XBO Scorpio i PS4 Pro bo "wypada" , bo mówią że jest lepsze i że jest nam niezbędne.  nie dajmy się! pokażmy że będą z nas ciągnąć hajsów! bo boję się że w innym wypadku  nowe konsole wydawane będą co rok....ale wtedy po co nam będą konsole? ;) 

  8. W roku pańskim 2016 mamy mnóstwo narzędzi pozwalających na szybkie i wygodne tworzenie gier 3D. Jest Unreal Engine, jest Unity, są i inne rzeczy.

    Więc oczywiście zawsze znajdzie się jakiś idiota próbujący odtworzyć silnik Wolfensteina 3D w pascalu czy innym basicu.
     

    Programowanie luźno interesuje mnie od bardzo dawna, choć sukcesów w tym polu nigdy nie odnosiłem. Ot, rozległy program czy dwa w AMOS (wersja darmowa, czyli lekko okrojona i bez kompilowania), wieloletnie dłubanie w QBasic (pewnie dlatego że to jedyny język do którego mam podręcznik/obszerny kurs), oraz krótkie romanse z TurboPascalem stanowiły całość mojego doświadczenia przez pierwsze -naście lat.

    Kilka lat temu jednak, w apogeum mojego zainteresowania roguelike'ami wpadłem na rzecz zwaną Let's Build a Roguelike. Jest obszerny przewodnik z objaśnieniami tłumaczący jak stworzyć dość nieskomplikowanego przedstawiciela tego gatunku w języku FreeBasic. FreeBasic jest nowoczesnym rozwinięciem starego QBasica, a więc językiem, który w znacznej mierze już znałem, a czego nie znałem, szybko się douczyłem dzięki dostępnym materiałom typu beginner's guide. Tak uzbrojony zdecydowałem się nie odtwarzać po prostu kroków, a wykręcić własny wariant na podstawie mechanik zawartych w LBaR. Projekt ten, zwany kreatywnie ShadowSpace, osiągnął całkiem sympatyczne, grywalne stadium (brakowało jedynie więcej contentu i paru mechanik typu sklep/konstrukcja), zanim nie wpadłem na pomysł na jeszcze inny projekt RL, którego nigdy więcej nie rozwinąłem ze względów m.in. IRL. Nie, serio ._.

    16je9hu.jpg

    ShadowSpace w swoim ostatnim buildzie (download link)

    Parę lat później wpadłem na inną rzecz, FPS engine in 265 lines. Po obczajeniu rzeczy moim pierwszym instynktem było zaadaptować tę imprezę na FB i wykorzystać do napędzania nowej iteracji ShadowSpace. Wtedy jednak po paru tygodniach nieudanych prób straciłem zainteresowanie. Czyszcząc jednak HDD parę miesięcy temu wpadłem na pliki projektu, działający stary build SS i ruszony nostalgią do dłubania w dim as any ptr i innych type chara znowu podszedłem do reimplementacji javascriptowego silnika. Po kolejnych paru tygodniach prób efekt był taki, że skutecznie znienawidziłem javascript, a także nabyłem przekonania że jedynie w tak niedorobionym języku jak js dało radę wykonać taki bajzel kodu. Sama idea silnika raycastowego jednak zafascynowała mnie nawet bardziej.

    Silnik raycastowy FPP jest automobilowym odpowiednikiem komarka albo innej warszawy - jest bardzo archaiczny, ale jednocześnie prosty do zrozumienia i rozwinięcia. Operując na nieskomplikowanym gridzie doskonale lubi się z mapową strukturą typowego rogalika. Działa na takiej zasadzie że pionowy pasek po pasku rzucany jest promień (stąd ray cast), który "leci" aż trafi w ścianę. Na podstawie tego, jak daleko zdołał ulecieć obliczana jest wysokość rysowanej ściany, zgodnie z perspektywą im dalej tym ściana mniejsza. Problem zasadza się w kwestii tego, jak dokładnie liczyć promienie tak, aby nie zajęło to zbyt wiele czasu, oraz jak te obliczenia przełożyć na spójny obraz bez deformacji. Szukając materiałów online (a jakże) wpadłem na genialną rzecz: raycasting tutorial dla języka c++, który zawierał odpowiedzi na te pytania, a także mnóstwo innych, jakie nawet nie wiedziałem że mam. Ponadto c++ jest niewiarygodnie bardziej czytelny od js, no i specyfika freebasic oznaczała że w najgorszym razie mogłem bezpośrednio zainterfejsować kod, bez konwersji. Projekt FPP został wskrzeszony. Po tygodniu grzebania miałem pierwsze efekty, w natywnym kodzie FB renderowała się scena ze ścianami pokrytymi jednolitym kolorem:

    CrbkZmLXgAAQcuT.jpg

    o, tak

    Problemem jednak było dziwaczne zachowanie sterowania, generalnie silnik nie reagował na strzałki tak jak powinien, zamiast tego wykręcając dziwne tańce. W końcu okazało się że po prostu popełniłem durny błąd - literówkę. Po odkryciu i rozgnieceniu tego buga mogłem rozwinąć podstawy projektu. Z prostego random z szansą 0.3 wymieniłem generator mapy na ten z ShadowSpace (plus kilka tweaków, na dłuższą metę kulawych), dodałem strafe (którego w tutorialu nie ma), dodałem cieniowanie w funkcji odległości. Tak zakończony pierwszy etap silnika ważył po skompilowaniu 123 kilobajty i w rozdziałce 800x600 jechał z prędkością około 80 klatek na sekundę:

    https://www.youtube.com/watch?v=-JXK7tTdBYI (embedy oczywiście znowu nie działają)

    Czasy sielanki jednak szybko się kończyły, gdyż rozbestwiony dobrymi wynikami zająłem się kolejnym etapem - teksturowaniem ścian. Tu już nie było tak łatwo, musiałem znaleźć metodę na szybkie pobieranie koloru dowolnego piksela z tekstury. Okazało się, że FB ma kilka narzędzi pozwalających na takie zabawy, jednak w tym miejscu musiałem już osobiście zająć się dostępem do pamięci (Dim as UInteger Ptr, Dim as ScreenPtr i podobne). Wyniki osiągnąłem po paru ledwo dniach:

    Crnl8aOWIAA4KWc.jpg

    Mimo, że taka metoda jest cholernie szybka, nie była dostatecznie szybka. Raycasting działa wyłącznie w sofcie i polega na sile obliczeniowej procesora (jednego rdzenia!). Wolfenstein 3D działał przecież w rozdzielczości ekranu 320x200, a wewnętrznie castował może nawet w mniejszej! Dlatego został dość szybko wyparty przez nowsze, inteligentniejsze rozwiązania, które też bez kilkudziesięciu megaherców na pokładzie nie szalały. Było to impulsem (ImpulseM cha cha cha) do wprowadzenia pierwszej rundy optymalizacji. Efekt był taki, że miałem fpp.ini, który zawierał rozdzielczość ekranu, a także "rendering resolution", wskazujący z jaką dokładnością robiło się castowanie (1-co do piksela, 2-co dwa piksele itd.). Brudny hack, ale działał póki co zadowalająco. Mogłem przejść do kolejnego etapu, floor casting - renderowania podłogi i sufitu (swoją drogą dość skomplikowanego). Implementacja wyszła, ale tutaj brudny hack na szybkość okazał się być nieadekwatny i podszedłem do sprawy po raz drugi. Kilka programów testowych na szybkość działań array/pointer/bufor/Point() różnymi metodami wpadłem na pomysł z którego nieomal byłem dumny. [nerd talk] Ponieważ ScreenPtr, najszybsza w takim zastosowaniu metoda rysowania na ekranie najlepiej działała z dostępem sekwencyjnym (czyli 1,2,3,4,5,6, a nie np 1, 3, 6), zamiast powielania pikseli przy każdym indywidualnym pasku (raz dla ścian i drugi raz dla podłóg jeszcze) wprowadziłem wirtualny bufor o rozdzielczości castingu, do którego szły obliczenia raycastowe, po czym zostawał błyskawicznie mnożony przy przepisywaniu na ekran. Zamiast dłubania [3, obok też 3, poniżej też 3 i 3, 5, obok 5...] w miarę napływania wyników castowania, program leci błyskawicznie [2x 1, 2x 2, 2x 3, poniżej tak samo, kolejna linijka]. Program zaczął śmigać nawet na dość dużych rozdziałkach typu 1400x800, wyglądając tak:

    q3WwMJx.png qOuao7C.png

    (na lewo render z dokładnością 1, na prawo toż samo z dokładnością 4, kliknij aby zobaczyć pełny obraz)

    Próbując przyspieszyć sprawę jeszcze bardziej ("a może uda się skopiować od razu cały rządek?") "wynalazłem" jeszcze efekt scanlines, który przy okazji faktycznie przyspieszał biznes:

    CsFW4zMWAAAFCZC.jpg

    (klik)

    Dla jaj zrobiłem z tego efekt śnieżenia stareńkich monitorów monochromatycznych, który nie spowalniał sprawy:

    bjw13os.png

    (tyż klik)

    Efekt ten był mi chwilowo zbędny, więc go wycofałem, ale w przyszłości kto wie. "Scanlines" mają jeszcze taką przewagę, że w pewnym stopniu maskują kanciastość wynikającą z redukcji rozdzielczości castingu.

    Nadszedł wreszcie ostatni weekend. Pod kątem przyszłej integracji z różnymi programami (to już prawie silnik!) sprawiłem jeszcze, że gra zamiast czytać każdą teksturę z osobna, czyta jeden plik z teksturami podłogi, jeden ścian i jeden z sprite'ami (których jeszcze nie widać). Na tym etapie jednak wychyliły głowę bugi (yay). Przede wszystkim, jak widać na ekranach powyżej, kafelki podłogi rozjeżdżają się z gridem i ścianami. Same ściany też nieco się rozjeżdżały w bok i lekko w górę/dół. Po około półgodzinie testów i guglowania doszedłem do sedna. Okazało się że biorąc dane tekstur bezpośrednio z pamięci (ekran[x+y*szer]=tekstura[xt+yt*szert]) zapomniałem, że pierwsze 32 bajty zajmuje wewnętrzny nagłówek bitmapy, który powoduje właśnie takie rozjechanie wszystkiego. Dodając "8" (tl;dr 8x4 bajty) do wszystkich obliczeń rozwiązałem i tę kwestię, wszelkie bugi zniknęły! Następnym etapem implementacji jest ostatni fragment tutoriala, sprite'y, które też wesoło będzie się liczyło. Mając to wszystko zaimplementowane, wprowadzę już samodzielnie statyczne oświetlenie, a potem już tylko krok do faktycznego grania. Na tę chwilę silnik wygląda tak:

    RKIMFp1.png

    Całkiem chyba nieźle jak na rzecz tworzoną dla zabicia czasu?

  9. Kajko i Kokosz to bez wątpienia kultowa w Polsce seria komiksów tworzona niegdyś przez Janusza Christę. Istniejąca już od roku 1972. Przygody tych dwóch tytułowych wojów dosłownie bawią więc pokolenia. Zarówno kiedyś, jak i dzisiaj są to świetne komiksy zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Jakby ktoś nie miał jeszcze okazji ich czytać, to serdecznie do tego zachęcam.

    I chociaż twórca umarł w 2008 roku, to teraz w 2016 dostajemy kolejny, pośmiertny album. Stworzony przez innych autorów. I jak wyszło? No... wyszło. Tylko tyle mogę powiedzieć. Szału nie ma, chociaż można miło powspominać dawne czasy. I to z przymrużeniem oka.

    a.png

    Na dobrą sprawę w komiksie o Kajku i Kokoszu nie ma Kajka i Kokosza... No dobra, są. Raz. I to w wersji dziecięcej. Średniej jakościowo, warto dodać. Zamiast jednej opowieści dostajemy tu kilka krótkich opowiadań. Mieszanych jakościowo. Jedne są lepsze, drugie gorsze.

    Najsłabiej wypadł tu Tomasz Samojlik. Nie zrozumcie mnie źle. To dobry twórca, jego, chociażby Ryjówka Przeznaczenia jest świetna. Ale jego kreska nijak nie pasuje do Kajka i Kokosza. A najlepiej wypadł za to Sławomir Kiełbus. Dlaczego? Jego rysunki są przynajmniej podobne do tych od Christy. Nie chcę oceniać tutaj samej fabuły. Chociaż dopowiem, że najbardziej spodobały mi się dwie historie. Pierwsza i ostatnia.

    Czego mi tu zabrakło? Odwagi. Tak, odwagi. Dokładnie. Przynajmniej próby naśladowania stylu Christy. Przynajmniej próby dopisania nowej historii do znanego już świata. To, co dostaliśmy, nijak ma się do oryginalnego cyklu. Jest po prostu zbiorem chaotycznych opowiastek stworzonych na kanwie dzieła Janusza Christy. Jednak tytuł jawnie coś sugeruje. Są to nowe przygody. No tak. Tylko gdzie?

    Ktoś tu poleciał z reklamą. Rozumiem, jakby to był komiks inspirowany i jakoby będący hołdem dla oryginalnej serii Christy. Jednak co czytam w opisie? "Teraz pojawiają się nowe przygody mądrego Kajka i żarłocznego Kokosza. Kontynuacji kultowej serii podjęli się znani polscy scenarzyści i rysownicy: Piotr Bednarczyk, Krzysztof Janicz, Sławomir Kiełbus, Maciej Kur, Norbert Rybarczyk, Tomasz Samojlik. [...] W Nowych Przygodach znajdą wszystko to, za co kochali oryginalną serię czary, bijatyki i humor. A także wiele nowych pomysłów, zarówno rozwijających stare wątki, jak i poszerzających świat znany z niezapomnianych opowieści Janusza Christy." A co dostaję? Kilka krótkich opowiadań, które nic nie wnoszą do świata.

    Jaki jest dla mnie kierunek, którym powinna podążać ta seria? Tworzyć pełne historie, a nie serię krótkich opowiadań. O dorosłych Kajku i Kokoszu. Zachowując styl oryginału. Najlepiej oddać całość Sławomirowi Kiełbusowi. Jego styl zwyczajnie najlepiej pasuje. To, co mamy aktualnie jest... okej. Jednak nic ponadto. Jeśli jesteście fanami cyklu Christy, możecie sięgnąć po ten album. Jednak nie spodziewajcie się po nim wiele. Ja osobiście oczekuję, że kolejne albumy będą lepsze. I bardziej przemyślane.

  10. Divinity : Original Sin Enhanced Edition

    HCemEcS.png

    Gdy przeszedłem Wiedźmina 3 byłem bardzo smutny, że długo nie znajdę RPGa który wypełni pustkę w moim erpegowym serduszku. Pilarsy ograłem, klasyki ograłem, co ciekawsze RPGi ograłem, ale jakoś nigdy nie kupiłem Divinity bo dość drogo stało, a wahałem się czy mnie wciągnie, czy to gra dla mnie. Aż przyszedł Steam Summer Sale i udało się wyrwać to cudo za ~16 euro. Kupiłem, ściągnąłem, ale długo leżało na dysku zanim zdecydowałem się zagrać. Przyszedł dzień "WNieMaCoGrania" i padł wybór na Divinity. Początek gry standardowy, złe moce, zabójstwo, dwójka ludzi którzy przyszli rozwiązać zagadkę. Wydaje się znajome i może wydawać się wątkiem wałkowanym milion razy, ale nic bardziej mylnego. Im dalej brniemy w fabułę, tym bardziej jest poplątana, tym więcej zwrotów, wrogów, przyjaciół, pytań etc. Jest motyw magii, nie do końca wiemy komu ufać, nie wiemy kim są główni bohaterowie. Mimo dość normalnego początku fabuła jest majstersztykiem. Sam główny wątek strasznie mocno trzyma przy ekranie, chce się iść dalej żeby poznawać świat, głównych bohaterów oraz "Źródło". Jak na klasycznego RPGa przystało, mnóstwo ciekawostek o świecie, wyjaśnień fabuły znajdujemy w książkach które rozsiane są po całym świecie. "Klasyczność" tej gry wylewa się z ekranu. Począwszy od elementów takie jak książki, przez tonę tekstu w dialogach, aż po zwykłą, turową walkę. Dziennik, to też jedna z rzeczy które przywołują oldschool. Musimy go uważnie śledzic, nie ma wskaźników które prowadzą nas za rączkę, to co ważne zaznaczamy sobie na mapie. Nie ma co oczekiwać tutaj łatwej gry, grałem na normalnym poziomie trudności a quick save to był mój przyjaciel, sporo padałem mimo dobrze zbalansowanej drużyny. Czyli kolejna klasyczna rzecz, poziom trudności. Świetne jest też to, że wiele walk czy konfliktów można ominąć, lub sobie uławić (

     

    Motyw z upojeniem orków w Grani i ułatwienie sobie tym walki. CUDO

    , albo po prostu "przegadać". Jeżeli już jesteśmy przy "gadaniu"- jest od groma wyborów które prędzej czy później przynoszą konsekwencje, do tego wszystkiego nasze postaci mają system moralności który wpływa na ich charakter. Możemy z kimś porozmawiać żeby rozwiązać poblem, no ale możemy też z nim walczyć, na to jaką podejmiemy  decyzję muszą zgodzić się obie postaci, w innym wypadku musimy zagrać w "raz dwa trzy".  Walka jest dobra, nie ma co oczekiwać cudów po turówce, jest zrobiona dobrze. Jest jedna rzecz, która jest genialna- ŻYWIOŁY. Zmoczenie kogoś deszczem po czym użycie zamrożenia? Żaden problem. Rozlanie oleju i podpalenie go? No problem! Przypomina mi to system z Dark Messiah (ktoś pamięta? <3), zamrażasz podłogę po czym orkowie pięknie się na niej przerwacają. Dobrze zbudowany mag potrafi sam przez to wygrać walkę (nie ukrywam, mejdż był moją najmocniejszą stroną), bo nie dość że bije to jeszcze leczy i wskrzesza. Warto poświęcić kilka słów też questom pobocznym, których jest dużo a jednocześnie są rozbudowane. Trzeba być uważnym, bo są wszędzie- zaczynając od Npców, kończąc na listach czy rozmowach ze zwierzętami. Czapki z głów. Graficznie Divinity stoi na wysokim poziomie(dużo lepiej czułem się w takiej oprawie, niż w "pixelowatym" Pillars of Eternity), zdecydowanie wielkim plusem jest różnorodność lokacji. Lasy, mroźna kraina, pustynia. Nie czujemy się znudzeni przedzierając się przez kolejne etapy rozgrywki. Do tego dochodzi sporo jaskiń, piwnic, krypt do eksploracji. To wszystko razem daje pokaźną ilość cieszących oko lokacji. Muzyka jest przyjemna. Spokojna kiedy eksplorujemy, odwiedzamy neutralne miejsca i szybka kiedy zaczyna się walka. Zdecydowanie pozytywna część tej produkcji. Patrząc na całokształt tego dzieła, największe uznanie dla twórców należy się za to że nie bali się zrobić z Divinity klasycznego, trudnego, kopiącego po tyłku RPGa. Gry są teraz uproszczone, bo zmieniły się czasy, nie wiedzieć czemu ludzie boją się trudnych gier, w których trzeba uważać na każdy krok. Larian nie bał się tego, że przez to straci graczy. Zrobili z Divinity klasyka na miarę Baldura czy Icewind Dale'a i udało się. Więcej takich gier poproszę. Wielkimi krokami zbliża się druga część i oby była jeszcze lepsza.

    PLUSY:
    +OLDSCHOOL!!!!!!!!!
    +Fabuła
    +Manipulacja żywiołami
    +Wybory
    +Masa questów pobocznych
    +Żywy, różnorodny świat
    +Poziom trudności

    MINUSY:
    -ostatnia walka (

     

    Walczymy ramię w ramię z Boginią, którą musimy niańczyć bo składa się jak chiński taboret

    Ocena: 10/10
    Czas gry: 55h (Dużo rzeczy pewnie nie udało mi się odnaleźć, ale to zrobię kiedyś jak wrócę)
    Innej oceny być nie może, jeden z najlepszych RPG jakie dane mi było grać. P O L E C A M

    Niestety nie dane mi było przejść gry w coop, a słyszałem że to też jest zrobione idealnie. Może następnym razem kogoś namówię :D

  11. Strefa Wykluczenia wokół Czarnobylskiej CZAES potocznie zwana ZONĄ to dziewicze tereny objęte skutkami katastrofy w Czarnobylu. Olbrzymia radiacja umożliwiła stworzenie z tych terenów genialnego pola do popisu pisarzom, którzy skorzystali z jej dobrodziejstw. Jednak czy tak ogromne tereny, zamieszkane przez mutanty, kryjące niespotykane dotąd artefakty oraz inne skarby mogą być kontrolowane przez kogoś? Czy wypadek w elektrowni był wyłącznie błędem ludzkim, czy zamierzonym działaniem? Co tak naprawdę kryję się na terenie tego poligonu doświadczalnego, że ludzie z narażeniem życia penetrują jego wnętrze? Odpowiedzi na te oraz inne pytania  znajdziecie w najnowszym dziele Sławomira Nieściura pt. „Wedle Zasług” , od wydawnictwa Fabryka Słów.

     

    1.jpg



    Czytając ten tytuł miałem nieodparte wrażenie, że w pewnym momencie pojawi się główny bohater, jednak nie doczekałem się tego. Powieść jest na tyle złożona, że występują tutaj mniej lub bardziej ważne osoby, spośród których nie sposób znaleźć jednej najważniejszej, co osobiście bardzo przypadło mi do gustu. Autor nie starał się stworzyć kolejnego zbawiciela świata, jedynego obrońcy Zony czy też normalnego świata. Zamiast tego otrzymujemy komplet naprawdę interesujących postaci różnego pokroju. To zwykli ludzie w każdym możliwym aspekcie. Nie ukrywają swoich uczuć, lęków, na każdym kroku widać jak się boją o swoje życie. Zona nie lubi gierojów oraz postojów, dlatego życie naszych podopiecznych odbywa się w nieustannym ruchu. Warto zaznaczyć, że na łamach tej książki gościnnie wystąpił stalker Bożokorow, znany z książek Bartka Biedrzyckiego.

    Świat przedstawiony, który przyjdzie nam przemierzać, jest wykreowany w sposób idealny. Brak zbędnych opisów, widoczna plastyczność, wszystko na modłę żołnierską, czyli krótko i na temat. Pomimo tego Zona jest naprawdę barwna, dostajemy to, po co tak naprawdę przybyliśmy, bez zbędnego upiększania i kolorowania. To brutalny świat bez bohaterów, a stalkerzy i im podobni są częścią ogromnego ekosystemu, ukształtowanego wraz z awarią elektrowni w Czarnobylu. Mimo oszczędności słów sporo rzeczy i zjawisk zostało dokładnie wyjaśnionych, tak więc ciężko narzekać na nudę. W tym świecie cały czas coś się dzieje - nie jest to pusty i wyjałowiony teren.

    Historia stworzona przez autora jest bardzo interesująca i wciągająca, ciężko zarzucić jej jakieś błędy czy wpadki. Podczas lektury czułem się jak prawdziwy stalker, który odbywa własny rajd. To naprawdę niesamowite przeżycie. Jedynym minusem jest sposób przedstawienia całości. Czasami można się pogubić w fabule, lecz takich momentów nie ma zbyt wiele. Język w połączeniu ze świetną fabułą sprawia, że książkę pochłania się błyskawicznie. Sporym plusem są klimatyczne rysunki, które dla mnie osobiście trochę odbiegają stylem od samego tytułu.

    Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.

  12. No i stało się, spolszczenie do gry Psychonauts zostało ukończone.

    Ponad 400 000 znaków bez spacji, prawie 70 000 słów, ponad 4 lata, niezliczone ilości godzin tłumaczenia, korekty i testów. Tak mniej więcej kształtuje się ogół prac nad tym spolszczeniem. Dla jednych będzie to dużo, dla innych mało. Nie ma to jednak znaczenia, bo to już przeszłość, można nareszcie cieszyć się grą Psychonauts w języku polskim.

    Normalnie takie spolszczenie powinno powstać w kilka miesięcy. Nie ma co tu się oszukiwać. Dlaczego jednak powstawało tak długo? No cóż, winę biorę na siebie, bo szczerze mówiąc, zabrałem się za nie tak o, bez pomyślunku, bo szukałem projektu, a że grę miałem, to stwierdziłem, że czemu nie, chociaż nigdy wcześniej w nią nie grałem... Nie miałem pojęcia, że jest ona tak rozbudowana i że jest w niej tak dużo tekstu. Co więcej, naprawdę źle się nad nim pracowało - dialogi są rozstrzelone bez ładu i składu, dzieciaki nie posługują się jakimś wyszukanym językiem, ale trzeba przecież oddać sposób, w jaki mówią, no i oczywiście nieznajomość gry. Do tego też dochodziły różne sprawy prywatne - studia, a później praca - przechodziłem z jednej grupy do drugiej, a spolszczenie szło za mną, w międzyczasie brałem udział w innych fanowskich jak również i oficjalnych polonizacjach. To wszystko sprawiło, że prace tak bardzo się rozciągnęły, ale cieszę się, że to już (praktycznie) koniec.

    Spolszczenie jest gotowe, jedynie czego brakuje, to kilku polskich znaków przy wpisywaniu nazwy profilu gracza. Ciężko powiedzieć, dlaczego tak jest, bo same znaki zostały stworzone, ale gra ich nie wykorzystuje przy wpisywaniu. Próbowało to rozgryźć kilka osób, ale żadnej jak na razie się nie udało. Jeśli uda się tę zagadkę rozwiązać, to na pewno pojawi się aktualizacja spolszczenia. Tak jak wspomniałem na początku, gra jest bardzo duża i pomimo wielu godzin korekty i testów, na pewno znajdą się jakieś błędy, które można do mnie zgłaszać tutaj, na Facebooku lub na maila.

    Łatkę polonizacyjną opracowali:
    - Śledziks
    - LeTom
    - Tomtom
    - Irysek
    - eLgi
    - innerem
    - Bruce
    - twig

    Specjalne podziękowania dla:
    - Fabiosek
    - GreenScream
    - Johnny
    - UltimateAoshi
    - oraz całej ekipy GPP

    Spolszczenie do pobrania ze strony Graj Po Polsku:

    http://grajpopolsku.pl/download/psychonauts/

    Życzę miłej gry!

    Śledziks

  13. Cały czas targają mną emocje ponieważ właśnie dzisiaj dowiedzieliśmy się jak rozwijać będzie się seria Train Simulator, a konkretniej zapowiedziano kolejną odsłonę Train Simulator z cyferką 17, oraz coś co wbiło mnie w ziemię czyli prezentację zupełnie nowego symulatora kolei zatytułowanego Train Simulator World na Unreal Engine 4!!! Ten wpis stanowi podsumowanie tego czego się dzisiaj dowiedzieliśmy i jednocześnie pewne spojrzenie na to jak rozwinie się seria.

    Future_2017_Art.jpg

    Zacznijmy od tych mniej ekscytujących, a więc i spokojniejszych nowości. Seria Train Simulator od kilku lat jest rozwijana jako jeden produkt wiec z każdym rokiem za darmo udostępniano aktualizację do kolejnej odsłony (14-15-16...), a płatny jest zestaw tras, nowych lub będących po prostu pakietem już wydanych dodatków. Podobnie jest z Train Simulator 17, w przeciwieństwie do zeszłorocznej odsłony w której mogliśmy znaleźć całą masę nowej zawartości, teraz producenci postanowili że będzie to po prostu pakiet kilku dodatków. Trudno się dziwić bo wszystko wskazuje na to że TS 17 będzie ostatni w długiej linii dotychczasowego Train Simulator, a wiec tworzenie zupełnie nowej zawartości specjalnie na premierę było zbyt czasochłonne w stosunku do znaczenia produkcji. Dlatego w TS 17 znajdziemy zestaw 4 różnych tras, które są w miarę świeże i zostały wydane w przeciągu ostatniego roku jako osobne DLC, a więc co warto podkreślić każda z tras i dołączony do niej tabor prezentuje wysoki poziom jeśli chodzi o jakość odwzorowania. Trasy które znalazły się w edycji 2016 mają głównie charakter pasażerski i osadzone są we współczesności, więc miłośnicy "towarów" i klasyki mogą poczuć się nieco zawiedzenie. Zawartość TS 2017 prezentuje się następująco:

    -Trasa Hamburg-Lubeka czyli szczegółowe odwzorowanie niemieckiej kolei wraz z odpowiednim taborem i charakterystycznymi wagonami piętrowymi.

    -Amerykańska trasa "North Jersey Coast Line" czyli kolej dojazdowa łącząca Nowy York z wybrzeżem i miasteczkami stanu New Jersey. Główną rolę odgrywa tutaj kolej dojazdowa w amerykańskim wydaniu, czyli nie EZT jak u nas tylko potężne lokomotywy ciągnące duże wagony, a głównym daniem jest tutaj ALP-45DP unikalna lokomotywa która częściowo była produkowana w Polsce we wrocławskich zakładach Bombardiera. 

    -Trasa "South Wales Coastal" czyli odwzorowanie linii łączącej Bristol z walijskim Cardiff, najbardziej zróżnicowana trasa ze wszystkich bo mamy tutaj expressy, kolej dojazdową jak i również przewozy towarowe ciężkich składów z węglem czy kontenerów. 

    -Trasa Marsylia-Avignon czyli odcinek linii TGV która łączy Paryż z Marsylią, jedna z najszybszych tras dostępnych do serii Train Simulator ponieważ poruszamy się z prędkością 300 km/h, a w roli głównej piętrowe składy TGV Duplex i wspaniały klimat południowej Francji. 

    Obok zwykłej edycji pojawi się także "Pioneer Edition" która będzie zawierać również trasę "Semmeringbahn" osadzona w górskich rejonach Austrii i wyróżniająca się tym że była pierwszą górską linią kolejową w Europie, ta edycja zawierać też będzie bonus w postaci gwarancji dostępu do bety "Train Simulator World'. 

    ss_8c9432689836d56e20f895cca8f2e2223239f

    ss_c900ba1f7ee621975af29bb210597176cd43b

    Czas teraz na danie główne czyli właśnie Train Simulator na Unreal Engine. Producenci poinformowali o takich planach już dwa lata temu, ale teraz po raz pierwszy ujrzeliśmy konkrety i okazuje się że nie jest to odległa przyszłość, ponieważ dostęp do wersji beta zostanie otwarty już w grudniu! Pierwsze sceny które widzieliśmy podczas prezentacji ukazują że producenci chcą poprawić nie tylko grafikę która na nowym silniku prezentuje się obłędnie, ale również warstwę symulacyjną. Jeśli chodzi o grafikę to zauważalny jest wzrost ilości detali, już teraz modele są naprawdę dobrze odwzorowane ale pierwsze zajawki z nowego symulatora pokazują jeszcze lepsze podejście w tej kwestii, między innymi w kabinie pojawiło się więcej elementów, na zewnątrz nawet kanciaste amerykańskie lokomotywy nabrały lepszych "kształtów", po prostu modele wyglądają bardziej wiarygodnie niż wcześniej. Podobnie nieźle prezentuje się otoczenie, kanciaste obiekty odeszły w niepamięć, podobnie jak statyczne drzewa, no i ta gra świateł i cieni, po prostu majstersztyk! Zastanawiające jest jednak jak to wszystko będzie prezentować się w praktyce bo z optymalizacją u DTG bywa różnie, ale w każdym razie podane wymagania nie przerażają, wygląda na to iż każdy współczesny komputer do grania powinien odpalić TS World. Oprócz grafiki poprawie ulegnie także fizyka co widać między innymi po przewodach hamulcowych które ruszają się podczas jazdy, ruchu wózków oraz "bujaniu" lokomotywy. Kolejny ważny element to swobodne przemieszczanie się jako "postać", co oznacza iż nie jesteśmy przyspawani do kabiny i możemy wstać z fotela, wyjść na przód lokomotywy lub na tyły i zajrzeć do silnika, podobnie pewnie będzie wyglądać to w kwestii przyłączania wagonów. Teraz jest tak że przełączamy się na widok swobodny i "udajemy" że wychodzimy z lokomotywy, a w nowej wersji prawdopodobnie wszystko będzie tak jak w rzeczywistości, czyli wstaniemy otworzymy drzwi, przejdziemy wzdłuż lokomotywy i zejdziemy po stopniach by podpiąć wagony. Ogólnie z tego co widać po nagraniu producenci chcą bardziej ambitnie podejść do tematyki lokomotyw, a więc nie będziemy uruchamiać silnika tylko z kabiny, lecz rozpoczniemy całą procedurę od zera, czyli pobrudzenia rąk w części silnikowej lokomotywy. To dopiero pierwsze zajawki, ale już widać że wszystko idzie ku lepszemu, czy to graficznie (czegoś takiego w kolejowej symulacji jeszcze nie było) czy symulacyjnej gdzie praktycznie wcielimy się w maszynistę, ze wszystkimi jego obowiązkami. 

    Trailer Train Simulator World

    Zbyt wiele jeszcze nie wiadomo, ale z tego co zaprezentowali twórcy na pierwszy ogień w nowym symulatorze pójdzie kolej amerykańska w rozszerzeniu "CSX Heavy Haul" które odwzoruje tabor jednego z największych przewoźników na wschodnim wybrzeżu USA, wśród floty lokomotyw będzie SD40-2, GP38-2 oraz nowocześniejsze AC4400CW, każda z tych lokomotyw pojawiła się już w serii Train Simulator, ale praktycznie są to całkowicie nowe i bardziej zaawansowane modele. Póki co wiadomo tylko o amerykańskiej trasie i co ciekawe wygląda na to że jest ona mocno sponsorowana właśnie przez CSX co w sumie cieszy bo tylko przy współpracy z firmami można oddać w 100% flotę danego przewoźnika, więc BNSF powinno wyciągnąć lekcję z działań swojej konkurencji. Co do innych tras czy innych "ficzerów" nie ma na razie informacji, ale można domniemywać że z czasem dodana zostanie również trasa brytyjska i niemiecka, póki co nie wiadomo jednak w jakich epokach i scenerii osadzona, więc na ten moment wiadomo tylko o CSX. 

    Loco_01.jpg

    Koniecznie trzeba wspomnieć o tym że Train Simulator World to całkowicie osobny produkt, a więc nie będzie żadnej kompatybilności wstecznej. Osobom które chcą lamentować z powodu tej decyzji polecam zerknąć na "Trainz: New Era" by przekonać się że skok technologiczny i kompatybilność ze starą zawartością nie mogą iść w parze. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, dotychczasowy silnik graficzny ma blisko 10 lat i nie można go bez końca aktualizować, czas więc by producenci poszli do przodu, zwłaszcza że gromadzonej przez lata kolekcji nikt wam nie zabierze i nadal będzie można jeździć w starej odsłonie, ba planowane są nawet kolejne dodatki! Prawdziwy potencjał leży jednak w Train Simulator World, wyobraźcie sobie tylko ile można osiągnąć na nowym silniku, pomyślcie jak będzie wyglądać West Highland Line w takiej grafice, jak będą wyglądać parowozy i że będzie można zajrzeć do części silnikowej, swobodnie poruszać się po lokomotywie i tak dalej, przyszłość to Train Simulator World i wierzę że DTG da radę! 

    In_Cab.jpg

    Te detale! 

  14. Zgon.

    Strugając wariata, spokojnym krokiem udałem się na obiad do chińczyka. Nie darłem modry przepitym głosem na żonę i dzieci, ani też nie szukałem winnych swojego żałosnego położenia. Atmosfera zaszczucia całej familii tłoczącej się na paru metrach kwadratowych nie sprawia mi satysfakcji. Sąsiad chętnie i często tłucze głową żony o ścianę tak że trzeba poprawiać żyrandol bo obwisa. Mimo to kochają się i chętnie szczają na mój trawnik bo taki zielony i kuszący. Na co dzień śpią w nim koty, ich leża wyglądają jak kręgi w zbożu. Bo koty jak wiadomo pochodzą z innej planety.

    Czy śmierć cuchnie zastanawiałem się po drodze. Wszyscy wszak zostawiają swój jadowity ślad, na mojej drodze życia, fetor wciąż przecina mi powietrze które wciągam zbyt wielkim darem od Boga. Jedynym miejscem gdzie nos mnie nie skręca to restauracje i własne bo wynajmowane cztery kąty. I w grach wideo nie zalatuje, bo nie ma jak. Są sterylne.

    Dlatego przemoc w gamingowej rozrywce nie koduje wszystkich zmysłów, jest nawet lżejsza niźli w książkach, bo tam chociaż czuć farbę drukarską, a te z wypożyczalni zalatują piżmem. Dlatego jestem spokojny i o swoje dzieci też, że nie wbiją mi noża do krajania chabaniny w trzewia, bo jak się domyślam nie wylatuje stamtąd plik banknotów tylko śmierdzące zwoje kiszkowe.

    A tak przy okazji to jeszcze ktoś pisze blogi? Mojego po kilkunastu latach usunięto, nie zrobiłem kopii.

  15. Metal Mutant DOS Front Cover

    Tytuł: Metal Mutant

    Twórcy: Silmarils

    Rok produkcji: 1991

    Gatunek: platformowa/strzelanka

    Platformy: DOS | Amiga | Atari ST

    Pełna wersja gry: Gambler

     

    Arcymistrzowie z Silmarils wyprodukowali w 1991 roku znakomitego platformera Metal Mutant. Ta utrzymana w konwencji cyberpunka/sci-fi produkcja przenosi nas na planetę Kronox gdzie superkomputer AROD 7 zniewolił mieszkających tam ludzi. Rebelianci stworzyli jednak cyborga, którego celem jest pokonanie robota i jego sługusów. Nasz cyborg może przybrać trzy formy: humanoida, który walczy tylko wręcz ale z łatwością pokonuje przeszkody, dinozaura, który niszczy szczękami wszystko na swej drodze i zieje ogniem oraz czołg - powolny i niezbyt pokonujący przeszkody ale strzelający na odległość i we wszystkich kierunkach. 
    Gra ma śliczną oprawę graficzną, lokacje są stworzone z ogromną szczegółowością detali, dźwięk jednak już tak rady nie daje, ale trzeba przymknąć na to oko, zważając na wiek gry. Szkoda że nie ma muzyki :( Ogromną bolączką gry jest niestety sterowanie, do które nie jest intuicyjne, trzeba się go nauczyć na pamięć co czasem w czasie rozgrywki jest problematyczne gdy trzeba szybko zmienić formę. A gra także bez tego jest trudna, trzeba uważać na różnorodnych przeciwników, z którymi trzeba nauczyć się walczyć, do tego dochodzą bagna i inne przepaście :) Metal Mutant wymaga więc treningu i cierpliwości. I obawiam się że współcześni wychowani na mainstreamie gracze nie byliby w stanie docenić tej produkcji. Ja jednak polecam.

  16. Piec

    • 1
      wpis
    • 0
      komentarzy
    • 4829
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    Chciałem podzielić się z wami, krótką analizą pierwszego etapu gry Shovel Knight. Twórcy gry starali się dopracować każdy etap tak by w miarę możliwości dało się uczyć gracza nowych mechanik bez rzucania ścianą tekstu w twarz.

    https://www.youtube.com/watch?v=Ur4ugeh64N8

  17. unchartedcrycry.jpg

    Przydarzyło mi się podczas niedawnego wyjazdu wakacyjnego, że pojawiła się sposobność ukończenia szanowanej przez wielu ostatniej części serii Uncharted, dostępnej na wiadomej konsoli. Pomimo niechęci, jaką od długiego już czasu darzę szeroko pojęte giercowanie, z przyjemnością chwyciłem pada w dłoń i postanowiłem na własnej skórze przekonać się, kto w sprawie Uncharted i szeroko pojętych gier akcji na filmową modłę ma rację.

    Moje zdanie na temat gier udających filmy, choć to dwa zupełnie różne światy, już znacie. Wiecie już, że gry te psa są niegodne, a co dopiero rozumnej, zaawansowanej emocjonalnie istoty, jaką jest człowiek. I Uncharted 4 oczywiście popełnia wszystkie grzechy nowoczesnego, na wskroś „kinematograficznego” projektowania gier wideo.

    I tak sam początek - pierwsze kilka rozdziałów! – okrutnie się dłuży, rozmywany sekwencjami bardziej przypominającymi symulatory spacerowiczów i Simsy. Miast wspinać się po gzymsach, szukać legendarnych skarbów i strzelać do złych (czyżby?) typów przynosimy znudzonej żonie żarcie z kuchni, przyglądamy się szarej, nudnej codzienności Nathana Drake’a (któremu niekoniecznie się takie życie uśmiecha, ale oczywiście wie, że musi o awanturnictwie zapomnieć, by uniknąć zabójczych dla małżeństwa awantur), a jedyny „skarb”, jaki udaje nam się znaleźć to zatopiona naczepa pełna miedzianego drutu. Oczywiście dobrze, że gra promuje zdrowe wartości małżeńskie, ale przyszedłem tutaj strzelać, wysadzać i grabić, a nie do kościoła na katechezę.

    star-trek-beyond-chris-pine.jpg

    Uncharted 4 cechuje się tym, że jest większe, ładniejsze i oferuje jakby nieco więcej możliwości niż poprzedniczki, niemniej jednak wcale nie udaje się mu ukrywać, że to jest nic więcej, jak tylko iluzja. Iluzja nieco bardziej otwartego świata. Iluzja życia na krawędzi, gdy niby wszystko wali się nam na głowę lub rozlatuje w kontakcie z dłońmi naszego protagonisty, ale *jakoś* udaje mu się ujść z życiem, całe zaś zajście kwituje li tylko lekkim westchnieniem.

    Bo wiecie, w takim Jedi Knight, jak już kiedyś pisałem, nie ma zbędnych ozdobników typu rozpadających się gzymsów i wyreżyserowanych scenek udających „zagrożenie” (najczęściej jest to po prostu zakamuflowana jako część gameplayu animacja). Tam, gdy coś takiego się dzieje wiemy, że zrobiliśmy coś nie tak i nie ma już dla Kyle’a ratunku. Gdy słyszymy, że zostało nam piętnaście minut, to faktycznie mamy tyle czasu i lepiej, żebyśmy się zabrali do roboty. W U4 czas mija zgodnie z wypełnianiem wytycznych scenariusza, a nie wskazówkami zegara. Wszelkie „leaps of faith” w JK i te niemożliwe skoki (a jest w tej grze sporo rzeczy, które potrafią przyprawić o niemały zawrót głowy) zależą wyłącznie od naszych umiejętności i wyczucia momentu, żadna magiczna dłoń nie popchnie naszego bohatera w stronę ściany, co by jednak złapał tę krawędź.

    Albo takie Heart of Darkness, do którego serii Uncharted bardzo blisko. Jest w tej grze bez miara adrenalinogennych momentów, w których protagonista cudownym zrządzeniem losu uchodzi z życiem, ale pomimo fantastycznego świata, w jakim odgrywa się akcja HoD całość jest znacznie bardziej autentyczna niż przypadki i wypadki w U4, którego twórcy zdaje się postanowili przebić i tak już przekombinowanego pod względem efekciarstwa Tomb Raidera 2013. Nate, Sully czy Sam przy pierwszym lepszym wypadku, w jakim biorą udział powinni wylądować na OIOM-ie, ale trwają dalej – zapewne zgodnie z maksymą, że co cię nie zabije.... Tylko zabawnym jest, że taki Samuel potrafi bez większego draśnięcia wyjść z nazbyt bliskich kontaktów z wybuchającymi dookoła granatami, zawalającymi się na głowy wielgachnymi katedrami, potężnymi wozami bojowymi taranującymi wszystko na swojej drodze i innymi tego typu przyjemnostkami, a na jego życie dybać tak na serio będzie

    Spoiler

    dopiero belka, jaka go przygniata gdzieś pod koniec gry.

     

    13627051_881389651992881_5907624859953323593_n.jpg

    Ale, ale! Okazuje się, że Uncharted 4 bardzo mi jednak przypadło do gustu! Co by nie mówić o całej tej filmowości, nie była ona wcale upierdliwa, jedynie momentami dość komiczna. Przyjemność z zabawy gwarantowały także dość przejrzyste etapy (w poprzednich częściach narzekano na ich nieczytelność) i przede wszystkim jeszcze bardziej rozbudowana walka. W przeciwieństwie do poprzedników nie ma tutaj już wojny pozycyjnej, odpustowych strzelnic i dość klaustrofobicznych terenów walki. Teraz mniej więcej każda potyczka odbywa się na otwartym terenie zachęcającym do testowania różnych rozwiązań i większej mobilności. Tę wymusza też fakt, że nasi wrogowie nie chowają się w miejscu, a nieustannie starają się wykurzyć nas z naszej nory granatami, nacierają na nas i aktywnie szukają, a na domiar złego wiele osłon jest mało wytrzymałych, toteż szybko rozpadają się pod ostrzałem. Strzelaniny są dość emocjonujące i przynajmniej po jednej z nich czułem się mocno wymęczony psychofizycznie – znaczy się, że dobra to wymiana ognia była.

    Nie mam oczywiście porównania z poprzednimi częściami, jednakże ich bohaterów znam i lubię, bowiem chętnie oglądałem filmy z ich przygodami na YT (na co mnie konsola?). W porównaniu jednak z poprzednikami Uncharted cztery ma taki sobie scenariusz, nieciekawych antagonistów i pełno dłużyzn. Nie jest to poziom dennego StarCrafta 2, ale po prostu dość nijaka opowiastka, chociaż bardzo dobrze zagrana i jak najbardziej wciągająca. Nie ukrywam też, że tego typu produkcje widziałbym na pececie. Na padzie po prostu gra się źle w strzelanki i tradycyjne combo klawiatura + mysz są na tym polu nie do przebicia. W miarę postępów jednak opanowałem obsługę na tyle, by spokojnie posyłać kulki w łebki nieprzyjaciół z niemałą precyzją oraz skakać po skałach niczym górska kozica, a to jeszcze na średnim poziomie trudności, co jak na początkującego w te klocki jest wynikiem całkiem przyzwoitym.

    Ostatecznie Uncharted 4 nie jest wcale takie super, ot, to dobra strzelanko-platformówka pełna niepotrzebnych dłużyzn, w którą lepiej grałoby się na pececie - z pewnością celowanie byłoby bardziej precyzyjne, a i dużo łatwiej przebiegałaby orientacja na polu walki. Niemniej jednak gra wciąga, wygląda świetnie (chociaż muzyka nadal słaba) i daje satysfakcję. Co prawda nie są to takie autentyczne, a niesamowite wrażenia jak w przypadku klasycznych Thiefów, Outcasta, Heart of Darkness czy Jedi Knighta, ale... Jest całkiem nieźle! Te wszystkie 10/10, GOTY i zachwyty to oczywiście gruba przesada, ale ubawiłem się wcale setnie.

    Spoiler

    Tylko finałowy boss był wyjątkowo kretyński, ale to już mały pikuś.

    PS. Nawet osoby postronne, tylko przyglądające się jak gram, uznały, że U4 jest bardzo fajne. A widziały też Wiedźmina 3 i Beyond: Two Souls i stwierdziły, że słabe. W3 ze względów oczywistych nie nadaje się do oglądania, a Cage jezd gupi.

    13782186_904248356373653_7329321357505799759_n.jpg

     

  18. 505642.png

    Nieco ponad trzy lata temu postanowiłem pochwalić się na łamach jeszcze całkiem żywych wtedy actionowych blogów, że udało mi się przebrnąć przez moje „pierwsze” anime.

    Nie była to oczywiście całkowita prawda, bo za młodu oglądało się to i owo (Król Szamanów, Songi… to znaczy Dragon Ball, Naruto), a telewizje chętnie kilka serii emitowały. Warto tu dodać, iż do momentu zapoznania się w całości z Elfen Lied (to było właśnie to „pierwsze” anime), patrzyłem na ten nurt rozrywki z niesmakiem i lekką pogardą. Może to, dlatego, że poza tymi z Japonii nie przepadam zbytnio za kreskówkami. Po seansie mój pogląd obrócił się kilkukrotnie, wstrząsnął, zrobił susła i ogólnie rzecz biorąc – zmienił. Jakby tego było mało, forumowa brać szybko podsunęła mi kolejne dziesiątki tytułów, które w wolnej chwili mogłem sobie potem obejrzeć. Sekcja komentarzy pękała w szwach od kolejnych osób wymieniających swoje propozycje. Wsiąkałem. Zacząłem interesować się japońską kulturą, kolejne serie lądowały na liście obejrzanych, wycieczka do Japonii stałą się jednym z priorytetowych marzeń, a na półce szybko pojawiły się pierwsze mangi. Niestety, skończyła się gimbaza, pomału zaczynało na przyjemności brakować czasu. Nie żeby liceum było jakieś okrutnie trudne do przebrnięcia, ale z powodu dwóch lewych rąk do matmy i uczęszczania do klasy o profilu właśnie matematycznym, bywało trudno. Jednak i tak udawało mi się gdzieś tam być na bieżąco, po prostu skończyło się oglądanie kilka serii w tygodniu i siedzenie po nocach.

    Dziś wiele rzeczy wygląda dla mnie inaczej. Niektóre serie, które w przypływie chwilowej euforii obdarowywałem „dziesiątkami” już tak nie czarują, a człowiek staje się bardziej wybredny. Coraz częściej dochodzi do sytuacji typu, oglądasz kilka sezonów Dragon Balla po kilkaset odcinków każdy by zaraz znaleźć serię, która pomimo 12 odcinków jakoś ci się dłuży. Zapuszczasz kolejne bliźniaczo podobne anime do tego, co widziałeś już przynajmniej 10 razy, ale czujesz się jak baran, ponieważ znowu ci się podoba, znowu wsiąkasz i znowu chcesz się żenić z główną bohaterką. Damn.

    9ed.png

    W sumie sam nie wiem, co chcę tu przekazać. Nie spodziewałem się, że w trzy lata różne japońskie twory staną się tak przyjemnym i ważnym dla mnie hobby. Przecież pamiętam do dziś jak to było. Siedząc któregoś dnia na forum i przeglądając blogi przeczytałem recenzję Xerbera, w, której opisywał on jego wrażenia po obejrzeniu Elfen Lied. Pomimo niechęci do takich animacji fabuła wydała mi się na tyle ciekawa, iż w zaciszu własnego pokoju postanowiłem sam ją sprawdzić. I cóż, wzięło mnie. Po prawdzie to nawet lekko się sobie dziwię, bo patrząc na to dziś, to raczej mocno hardkorowy tytuł dla kogoś, kto chce zacząć. Nie wiem czy powinienem tutaj podziękować, co poniektórym za wdrożenie mnie w ten „świat czy raczej ich przekląć, że zamiast jakiś wybitnych dzieł kina oglądam zboczoną bajkę o dziewczynach skrzyżowanych ze zwierzętami i jeszcze mi się to podoba (Monster Musume polecam, może jak ktoś jeszcze tu zagląda to usmażę jakąś reckę). Szkoda tylko, iż dalej jest mnóstwo osób gardzących anime, mangami etc. Dla zasady, chociaż ich styczność z tym nurtem jest zerowa, a na swoim przykładzie wiem jak bardzo mogą się co do swoich gustów mylić.

    Pomyśleć, że taka przydługa refleksja mnie naszła, bo postanowiłem dziś zaktualizować MAL-a pierwszy raz o iluś miesięcy, bo zaczynałem gubić się już w tym, co oglądam i mam zamiar oglądać.

     

    Spoiler

    IMG_1708.JPGcomment_MQop6cPeAzkfSJhQzVRUrfGRaX4Fmeymlatest?cb=20160101124347Sexy-Japanese-Kimono-Fancy-Party-Lingere1530795052_1096999289.jpg

     

  19. Najnowsze jej dzieło na jej portalu jest reklamowane jako pierwszy film gdzie jest nago... Pomijając, że większa nagość występuje w reklamach Dove; a i kobiety są ta ładniejsze i nie chodzi mi wcale o zdzirowatość to wracając jak z youtuberki (bądź co bądź) kradnącej materiały czy to z Onetu czy z innych witryn można chcieć stać się dziwką? Tak w moim odczuciu jeżeli sprzedaje się swoją dupę za pieniedze to jest się dziwką. Aktorki Porno odchodza z porno branży i żyją na wysokim stopniu kultury co można zaobserwoać na gali rozdania nagród dla nich, ale youtuberzy to najgorszy sort ludzi, którzy wszystko zrobi za pieniądze.


     

    • Tajemnicze rytuały lorda Szatana

    Po śmierci nomen omen Dead'a, jak wiecie Euronymous nie był zbytnio przerażony. Za to przerażony był basista grupy Necrobutcher, który po oświadczeniu gitarzysty że: "Dead has done something really cool! He killed himself. Odszedł z zespołu. W Mayhem zostały dwie osoby, ale samobójstwo Dead'a jak i plotki rozsiane przez Euronymous'a, że wokalista popełnił samobójstwo bo black metal stał się komercyjny, skutecznie utrzymywało ludzi przy zespole. Do zespołu na krótką chwile dołączył Stian "Occultus" Johansen, który pełnił role wokalisty i basisty. Jednak długo nie zagrzał miejsca, bowiem w roku 1992 odszedł, a zespół zyskał aż trzech nowych muzyków! Był to: znany z jednoosobowego Burzum  Varg "Grishnackh" Vikernes, pełniący role basisty, drugi gitarzysta Snorre "Blackthorn" Ruch oraz Węgierski gardłowy Attila Csihar. W czerwcu 1993 r. Zespół wydał w hołdzie dla Dead'a Live in Leipzig.

     Mayhem-liveinleipzig.jpg
    Klimatu nie można odmówić

    Rozpoczęło się w końcu upragnione nagrywanie albumu. Chłopaki nie mieli większych problemów z nagrywaniem, bowiem kawałki mieli od dawna napisane i przećwiczone, także była to formalność.
    Gdy wydawało się już że wszystko idzie jak należy, śmierć ponownie odwiedziła Norwegów. W nocy z 10 na 11 sierpnia 1993 roku, gdy zespół przygotowywał się do wydania albumu, Varg wraz z Blackthornem wsiedli do samochodu, i przyjechali kilkadziesiąt kilometrów do mieszkania Euronumous'a. Varg wysiadł, Snorre został w samochodzie. Vikernes zapukał do drzwi, według jego wersji chcąc pogadać, ale podobno Euronymous od razu wdał się w bójkę. Szarpanina trochę trwała, w końcu przeniosła się na klatkę schodową. Wtedy Varg wyciągnął nóż i zadał ostateczny cios. Albo ciosy, bowiem Euronymous miał 23 rany cięte. Vikernes wsiadł do samochodu i wraz z Blackthornem(który prawdopodobnie tylko domyślał się morderstwa choć tego się nie dowiemy) odjechał.

    Death_y_Euronymous.jpg
    Od lewej: Dead, Euronymous

    Dlaczego Varg zamordował Euronymous'a? Według jego wyjaśnień, studio gitarzysty Mayhem(bowiem miał amatorskie studio które wydało tylko dziewięć albumów, w tym dwa Burzum) nie dotrzymało umowy i nie zapłaciło mu za albumy. Ponadto zarzeka się że słyszał od kilku osób że Euronymous planuje go obezwładnić, wywieść do lasu, i tam przed kamerą wykończyć. Jaka jest prawda nigdy się nie dowiemy. Premiera albumu kolejny raz się opóźniła, a Mayhem stracił swój główny filar. Vikernes został skazany za morderstwo i podpalenie sześciu kościołów(choć prawdopodobnie podpalił o wiele więcej, ale cała afera w Norwegii związana z black metalem to temat na kiedy indziej) na najwyższy wymiar kary w jego kraju, czyli 21 lat. 22 maja 2009 roku wyszedł za dobre sprawowanie.
     

    • Dalsze losy

    Blackthorn od wszystkiego się wymigał mówiąc, że pojechał tylko pokazać riffy i był "w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie", Mayhem się rozpadł a debiut ukazał się w końcu 24 maja 1994 roku. Oczywiście od razu stał się kultowy, riffy Euronymous'a zrewolucjonizowały black metal, teksty Dead'a plus wokal Atilli dodał wszystkiemu nieprawdopodobnego klimatu, no i oczywiście świadomość że to jedyny album gdzie gra koło siebie kat i ofiara tylko dodały temu albumowi kultu, czy raczej kvltu. Świetny album nawet dziś, polecam.

    Mayhem_demysteriisdomsathanas.jpg
    Po prostu kvlt

    Jednak w roku 1995 zespół postanowił wznowić działalność. Nowy Mayhem zasilili dobrze znani: Necrobutcher na basie, Hellhammer na garach, Maniac jako wokalista(mówiłem że wróci), oraz zastępujący Euronymous'a , gitarzysta Rune "Blasphemer" Eriksen. Wrócili do gry wspaniałą Epką "Wolf Lair Abyss".

    Mayhem-Wolfslairabyss.JPG
    Cudo

    Nowe tysiąclecie Norwegowie powitali średniawym albumem "Grand Declaration of War". 

    • Zakończenie

    Mayhem gra do dziś. Czasem zmieniał skład, wydawał dobre albumy(polecam "Ordo Ad Chao" z 2007), w zespole nie działo już nic złego. W tym wpisie chciałem się skupić głównie na okresie "De Mysteriis Dom Sathanas", który jak widzicie był dość ciekawy. To wszystko na dziś. Mam nadzieje że dobrze się bawiliście czytając to i dowiedzieliście się czegoś nowego. Do następnego!



    Podczas pisania pomagały mi:

    Wikipedia

    Wujek Google

    Książka "Klątwa Rock and Rolla. Gwiazdy które odeszły za wcześnie Autorstwa Michelle Primi

     

  20. Microsoft postanowił udostępnić dziesiątki swoich ebooków za darmo. Pozycje są różne: od [aplikacja] keyboard shortcuts, przez [aplikacja] start guide aż do pozycji specjalistycznych jak konfiguracja sharepointa.

    Książki można znaleźć tu FREE! That’s Right, I’m Giving Away MILLIONS of FREE Microsoft eBooks again! Including: Windows 10, Office 365, Office 2016, Power BI, Azure, Windows 8.1, Office 2013, SharePoint 2016, SharePoint 2013, Dynamics CRM, PowerShell, Exchange Server, System Center, Cloud, SQL Server and more!

    Gdyby ktoś chciał pobrać wszystkie za jednym zamachem, to na stronie jest przycisk "Download all", który nawiguje na kolejną stronę. Tam jest link do pliku z listą adresów do ebooków. Mając dodatek typu "DownThemAll" do firefoxa (albo używając wget :P) można w prosty sposób zaciągnąć całą listę.

     

    Miłego czytania ;-)

  21. Ważna notatka od autora w celu uniknięcia śmierci z nieznanych przyczyn: 

    Pamiętajcie: POWAGA ZABIJA POWOLI   

    Zróbmy sobie wyjątek i dla odmiany pomyślmy przez chwilę: jaki jest najbardziej znany symbol polskości, pierwsze, co przychodzi do głowy lwiej części ludu, gdy mają zidentyfikować swoją ojczyznę w jednym słowie? 
    Rzędy oddziałów husarskich pokazanych pod ekstremalnym kątem, przedstawianych jako wzór cnót wszelakich?(bicie Turków? Powodzenia z takim celem życiowym w dzisiejszych czasach.)


    Opasły szlachcic przepasany swoim kunsztownym pasem i z szablą przewieszoną u boku, która była jedynie na pokaz, ewentualnie do udzielania reprymendy chłopom, którzy pracowali na utrzymanie jego i całej jego rodziny jako niewolnicy?


    Dzielni powstańcy warszawscy, którzy narazili stolicę na ekstremalne represje ze strony rzeszy, tracąc przy tym 150 tysięcy cywili, niemających żadnego związku z ich patriotycznymi porywami, demolując wielowieczną stolicę po to, aby ich potomkowie mogli posłużyć za wzory na koszulkach sprzedawanych turystom za 35zł ze szczerzącym kły wilkiem i napisem "Żołnierze wyklęci - zawsze nieugięci"?


    Wybitne osobistości jak panicz Piłsudski, którego nazwiska nie potrafi poprawnie zapisać połowa społeczeństwa, a który w wielu zapamiętałych sentencjach szkalował nas jako naród?


    Kompot? Oczywiście ciepły i przez to niedobry?


    Mazurskie wzory ludowe, wyzierające zza meblościany każdego szanującego się domostwa, które miało szansę istnieć za czasów PRL-u?


    Ferdynand Kiepski? To po prawdzie byłaby całkiem dobra odpowiedź...


    Polski Hydraulik, będący istnie lustrzanym odbiciem charakteru pracy, którzy nasi rodacy podejmują za granicą?


    Papież Jan Paweł II, który parę lat po swojej śmierci otrzymał sporą dawkę "szacunku" od ludzi, o których walczył?


    Grupa młodych dżentelmenów wyglądających jak zebranie przed konkursem na sobowtóra Christiano Ronaldo, raczącym co dzień osiedle swoim wybitnym gustem muzycznym składającym się zwykle z playlisty, na której ilość piosenek była równa ilości palców roztargnionego drwala?


    Koneser trunków winopodobnych, chrapiący oparty o elewację świątyni monopolowej, z opadającym na oczy berecikiem tudzież czapką z daszkiem, pomrukujący swoje życiowe sentecje(panie pan daj pan piątkę panie daj pan piątkę panie...)?


    Odpowiedź przeleciała mi dziś przed oczami, i to całkiem dosłownie. Masywnemu kołtunowi piór z wystającym czerwonym dziobem ledwie udało się zmieścić pomiędzy dwoma przejeżdżającymi samochodami, po czym z gracją naćpanego hipopotama rzucił się na skoszoną łąkę, jakby zobaczył tam leżące samotnie pięćdziesiąt groszy. 
    Chwilka zamyślenia i moje wątpliwości zostały rozwiane: bocian to istnie boski symbol Polski i polaków. 

     

    MrUxsHn.jpg
    STORK IS LIFE
    THERE IS NOTHING BEYOND THE STORK


    Wystarczy na to popatrzeć tak: zwykle kiedy pierońskie lutowe mrozy ustaną, ludziska melancholijnie zaczynają wpatrywać się w okna, jakby miał przelatywać superman, samolot ze zrzutem ukraińskich papierosów albo paczka z allegro. Kręcić palcami w niebo zaczynają dopiero kiedy na horyzoncie ukaże się ON. Nasz symbol, wielki i potężny, wracający z ciężkiej tułaczki w północnej Afryce, gdzie korzystał z rozpasania sprzyjających dla niego warunków. 
    Nie daj pambuk jeżeli usiądzie taki na kominie! Wtedy euforia sięga zenitu: "Dzieci bedo!". Musi ktoś obowiązkowo wykrzyczeć.* Z tego co mnie uczyli, to kominem dostarcza się prezenty, a dzieci biorą się ze zgoła innego miejsca, ale o tym kiedy indziej. 


    Jeżeli Pan i Pani B. Ociek nie znajdą sobie odpowiedniego miejsca na gniazdko, państwo ochoczo dopomaga im w brakach roztropności i samowystarczalności finansowej fundując im mieszkanie dla młodych na słupach telekomunikacyjnych, wykonanymi specjalnie do tego celu metalowymi konstrukcjami.** Jeżeli drogą konsensusu państwo B. łaskawie zgodzą się skorzystać z dobroci demokracji i dofinansowań gminnych, zaczynają budować gniazdo. Zwykle cięższe i solidniejsze, niż się może wydawać. Tak więc niewielkim kosztem zatkanego przewodu kominowego mamy przywilej codziennego słuchania klekotania kilkudziesięciocentymetrowych dziobów. Śpiewać nie potrafią(może to i lepiej), ale zrobią co w swojej mocy, żeby wytworzyć naokoło siebie jak najwięcej hałasu. Takie to… swoje. 

    C. ciconia zjadają jaja ptaków i młode ptaki, ryby, mięczaki, skorupiaki i skorpiony. Polują głównie w ciągu dnia, połykając mniejszą zdobycz w całości, większą zabijają i rozdzielają przed połknięciem. - Źródło: Wikipedia


    Jeżeli miesięczna pensja wystarczy, a Panią B. nie trafi przez ten czas szlag, tanim kosztem możemy zafundować sobie wędzone bocianie jajka. Przez czas lęgu, Pan Ociek zapie**** w pocie czoła, żeby przynieść do domu 3k miesięcznie, czyli jakąś wszamę. O ile bajeczki i opowieści kochanej babuni nauczyły nas, że raczą się one tylko żabami, oczywiście podrzucając je i połykając w całości, mam ciekawy materiał do katharsis. Otóż w poszukiwaniu czegoś do wrzucenia na ruszt, Pan Ociek nie pogardzi w sumie niczym. Żaby, jeże, jeżozwierze, mięsne jeże zdrapane z asfaltu, małe ptaki, króliki, gumaki, zupki z biedronki... Byle przeżyć do pierwszego. Zawstydza nawet żaków gnieżdżących się w akademikach. 

    r0ynoeO.jpg
    Pan ociek podczas codziennego, zdrowego śniadania. 
    Jak mówił Minister Zdrowia: 5 porcji dziennie!


    Po kilku tygodniach Pani B. oświadcza, że mąż się jej nie słucha i zmienia nazwisko na panieńskie, każąc mówić na siebie B. Ocianieg mieszkając jednocześnie pod jednym dachem, bo kogo na to stać, do mamusi w Afryce za daleko. Nie mogą dokonać aborcji na nieurodzonych dzieciach, poza tym w Polsce jest to zdelegalizowane. W obawie przed tym, co ludzie powiedzą, uzgadniają między sobą, że dzielą dwa jaja między siebie, rzucając żabę i patrząc na którą stronę wywali jej wnętrzności.


    (Bociany są monogamiczne, ale nie łączą się w pary na całe życie(...) - Źródło: Wikipedia

     

    SPEQj7t.jpg
    Pan B. patrzy, jak jego żona opuszcza go na zawsze.
    W głębi siebie wie, że nigdy nie poradzi sobie sama i wróci na kolanach za jakiś tydzień.


    Po jakimś czasie życia w nowo nabytym pseudokonkubinacie, możemy doczekać się ładnej kolekcji oskubanych szkieletów nieznanego pochodzenia walających się po blachodachówce i dodających wodzie z rynny unikalnych wartości witaminowych, a znad krawędzi gniazda można raz na dzień dostrzec świeżo opierzone główki nowo wyklutego potomstwa. Ojcu trafił się pod opiekę mały B. Ociek Junior, a mamuśka troszczy się o córkę, nazywaną według tradycji B. Ocianiegówna. 


    W Zagórzu nad kawałkiem drogi od zawsze stał tajemniczy kawałek daszka, osłaniający chodnik. Z początku myślałem, że to do ochrony przed deszczem, bo stoi obok przystanku, chociaż od spodu był tak powyginany, jakby przeszedł nalot dywanowy. Olśnienie przyszło kiedy dostrzegłem pozostałości starego gniazda mieszczącego się na słupie obok. Ku mojemu przerażeniu, wcale nie był pobielany wapnem, lecz trochę mniej szlachetną substancją. Co prawda organiczną i ekologiczną, ale damn. 


    Miał ktoś kiedyś okazję siłować się z keczupem, oznakowanym jako "korek-niekapek"? Ode mnie zasłużył sobie na nazwę "korek-niedajek", i to całkiem słusznie. Wystarczy wyobrazić sobie pół kilo keczupu napierającego na ścianki kiepsko wyżłobionej gumowej membrany, aby w rezultacie zostać hojnie obdarowanym kawałkiem kanapki zanurzonej w keczupie. Mniej więcej tak to działa.

    Przez letnie gorące miesiące państwo Ociek/Ocianieg zostają obdarowywani datkami z programu "500 okruchów +" i programem unijnym "Ptasia sodomizacja w każdej gminie", będąc jednocześnie nękanymi przez zamiejscowych i trzaskami migawek.

    "Cały czas tylko te aparaty, palce wskazujące na nasze gniazdo... I jeszcze te głosy. "Patrz mamo, bocian, bocian!" Na oczach wszystkich... To było jak sztylet wbijany w serce naszej rodziny."  - Opowiada Beata O.(tożsamość do wiadomości redakcji).

    XukKeVo.jpg
    Na tym etapie sprzeczek małżeńskich doszło do niejednokrotnej przemocy.
    Miejsce pobytu dzieci pozostaje nieznane.

    Skutkiem protekcjonalnego dokarmiania przez rodziców do osiemnastego miesiąca życia, młode bocianie pokolenie zostaje zepsute do szpiku swoich lekkich, ptasich kości. Korzyści brane z programu pozwalają podbitemu B. Ociekowi na regularne wylatywanie z gniazda wieczorami i szukania wilczych jagód z kolegami dla nowych wrażeń w swoim monotonnym życiu. Jego była żona natomiast otacza natarczywą opieką swoją córkę, która coraz częściej stawia opór rodzicielskim radom.
    W niedzielny wieczór pani B. odkrywa straszliwą prawdę ukrytą pod kępką gałęzi w kącie ich gniazda. Świeżo złożone, bielutkie jajo leży tuż przed jej okrągłymi oczami. Początkowo zrozpaczona obwinia męża o zdradę, zanosi się łkaniem dopóki nie widzi swojej córki, która podchodzi do niej z opuszczonym dziobem...

    Bociany zazwyczaj osiągają dojrzałość płciową w okolicy czwartego roku życia, choć zdarzają się przypadki przystąpienia do pierwszego lęgu już po osiągnięciu drugiego roku oraz dopiero po osiągnięciu siódmego roku życia. - Źródło: Wikipedia

    Po szybkiej rozmowie z mężem, Beata podejmuje trudną dla wszystkich decyzję. Jako odpowiedzialni i wychowani na prawych normach moralnych rodzice robią to, co do nich należy: wypełniona gniewem Beata odlatuje w kierunku południowego wschodu, aby podrzucić jajo swojej matce. Podczas gdy pan Ociek wciąż uprawia swoje toksyczne hobby, rodzeństwo dalej hula po wsze czasy za nadwyżki datków. Podczas gdy młody Ociek trafia na intensywną terapię, prawdopodobnie po zażyciu dużej dawki tojadu, która została mu jako środek na usprawnienie szybkości lotu, Beata wraca, a na głowie przepasaną ma kruczoczarną, aksamitną chustę...

    Wyznawcy Islamu czczą bociany, ponieważ odbywają one według nich doroczną pielgrzymkę do Mekki podczas swojej wędrówki. - Źródło: You guessed it

    Skrzętnie rozkłada na powierzchni gniazda zagubiony fresk, który leżał w ubikacji męskiej w Izraelskim McDonaldzie przez setki lat. Podpisany przez niejakiego Carla Spitzwega, przedstawia idealnie plan na zemstę bocianiej nacji i wyeliminowanie rasy ludzkiej z powierzchni planety. Całość była zaszyfrowana tak, aby przedstawiać dzieło sztuki XVI w., ale światły umysł Beaty od razu rozkodował o co chodzi. Po szybkim sprawdzeniu w słowniku dowiedziała się, że Spitzweg znaczy "Spiczasta Droga". Młoda B. Ocianiegówna dodała też, że w średnioweczu "tajemnicza plaga" wybiła prawie połowę ludności europy. Przez niektórych nazywana też była "karą boską".

    - Jedynie połowę... - złowrogo dodała matka

    Nie trzeba było tłumaczyć nic więcej. Geniusz ruchu oporu zaprojektował zbrodnię idealną. Najpierw dzięki snajperskim zdolnościom B. Ocianiegówny przystrajają fartuchy lokalnych wieśniarek w mleczne fekaliowe wzory. Podczas gdy naiwne kobiety zajęte są suszeniem swoich tkanin, Ociek zakrada się do domostwa i wykrada pierworodnego. Kiedy nikt nie patrzy, puszcza go z dużej wysokości, skutecznie pozbawiając go żywota. Dzięki długotrwałej praktyce, nie ma dzieci, które by dorastały, więc ludzie nie mają się jak rozmnażać i po odpowiednim czasie mogą z ochotą patrzeć, jak ostatni przedstawiciel tych plugawych kreatur wije się w agonii po spękanej wieczną suszą skorupą ziemi, która kiedyś była jego domem. Biorąc kawałek kredy w swoje lewe skrzydło, szybko obrazuje swoją teorię profesjonalną symulacją sytuacji aerodynamicznej ukrytej przez Spitzwega:

     

    Spoiler

    cSWKu0D.jpg

    Jak na dłoni. Dobrze, że bocianie umysły są ponad ludzką naiwnością.

     

    Wkłada zatrutą cierń na legowisko męża, układa dzieci do snu i zasypia, niecierpliwie czekając na kolejny dzień, w którym zacznie się wielka czystka...

    Tylko że wtedy wybił 12 października i cała rodzina odleciała z powrotem do Afryki, a cała miejscowa wieś wyszła im na pożegnanie, machając chustkami, cichutko łkając, a potem układając ckliwe piosenki na ten temat.

    Powaga mode on czyli "co autor miał k%&$# na myśli?"

    Jak to jest, że pewne stworzenia tego samego gatunku są traktowane zupełnie inaczej niż inne? Że słucham? A, tradycja. Tradycja czego, dokładnie? Czczenia bocianów, bo są większość jej populacji zamieszkuje przez kilka miesięcy w Polsce? Czyli naszą tradycją jest cieszenie się z czegoś, na co mamy niewielki wpływ, ale i tak nam się należy. Jakieś 10 lat temu widziałem, jak pewna babinka leje podwórkowego czarnego kota kijem. I to nie jakimiś lekkimi pacnięciami, wrzask był nie do zniesienia. Jeszcze jako grzdyl zainterweniowałem, a usłyszałem tylko, że "I tak nic nie czuje, bo nie ma duszy."
    Coś mi się wydaje, że rzeczywiście, komuś duszy wtedy brakowało.

    Sugestia to wielka moc. Bociany zawsze przedstawiane są w bajkach i podaniach jako coś boskiego, fruwającego przez niebiańskie obłoki, niosąc w dziobie gładkiego i ślicznego potomka, najczęściej zawiniętego w pieluszki Pampers© Active Baby™. Natomiast w średniowieczu koty palono na stosie razem z czarownicami. Trochę mnie to irytuje, bo sam przeżyłem 15 lat ze swoim czarnym kotem i był to najbardziej prawilny sierściuch, jakiego miałem szansę mieć. A wystarczy rozprzestrzenianie opinii przez popkulturę i można odwrócić kota ogonem(excuse the pun).

    PwKtiYl.jpg



    Skoro już tacy jesteśmy tradycyjni, dlaczego mamy ograniczać się jedynie do natychmiastowej erekcji z ekscytacji na widok przelatującego bociana? Co stało się z tradycją nakazującą otwieranie nowych sklepów jedynie w środy lub soboty? Gdzie w menu są serca dziecka, które dają niewidzialność? Dlaczego w katalogu Diora Polska nie ma sznurków, które służyły do egzekucji wisielców, które emannują ochronną energią(jak zawsze bez konserwantów)?

    Nie mam wielkiego urazu do bocianów, poza powodami wymienionymi powyżej. Nie widzę po prostu powodu, dlaczego koniecznie musimy aż tak je gratyfikować. Bo zasługują na nalepkę "tylko u nas" czy "dobre, bo polskie"? Spoko, to znaczy, że będę je często widywał na co dzień i nie będzie to dla mnie wielki zachwyt.

    Powaga mode off

    Pewnie na zawsze została mi już przyszyta przez niektórych łatka antypolaka, a kółko różańcowe plecie już dla mnie stryczek, ale chyba wiem, dlaczego tak bardzo utożsamiamy się z tym ptaszydłem. Oczyści łąki z wszelkiego życia, napychając się przy tym po sam korek, zrobi dzieci i odleci z powrotem tam, gdzie jest mu wygodniej kiedy tylko warunki zaczną być dla niego niesprzyjające, cały czas pozostając alegorią patriotyzmu.

    Parafrazując klasyka: "W takich chwilach, wszyscy jesteśmy bocianami." Każdy jest inny, nierozerwalnie związany ze swoim krajem ojczystym, w którym się urodził i wychował. No chyba, że jest czarny. Wtedy gwarantowane jest, że entuzjaści będą podglądać go przez lornetki i robić mu setki zdjęć, "bo to rzadki okaz".


    *Te dwa zdania wyrwane z kontekstu brzmią o wiele gorzej niż planowałem. Mea Culpa, poczuciu dobrego smaku. 

    ** To akurat dobry koncept. Ale pamiętacie, co mówiłem o powadze, prawda?

  22. FAKK3Blog

    • 1
      wpis
    • 2
      komentarze
    • 3133
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    Kolekcja rozrasta się z każdym tygodniem. Zbieram głównie gry na PC i w mniejszym stopniu na ps1, snesa, famicoma, n64, gameboya i inne. W mojej kolekcji prócz gier i konsol znajduje się także pokaźna liczba magazynów o tematyce gier. Moimi ulubionymi gatunkami gier są FPSy, cRPG i strategie. W nowe gry prawie kompletnie nie gram, bo nie stanowią dla mnie rozrywki jakie serwowały tytuły z lat 90. Tylko czasami kupuje naprawdę solidne nowe tytuły, które są kontynuacjami klasyków lub stylistyką nawiązują do przeszłości. Nie jestem zwolennikiem wydań cyfrowych, bo przez to gry stają się tylko nienamacalnym strumieniem danych. Spodziewajcie się częstych aktualizacji tematu. Dla lepszego klimatu w trakcie przeglądania mojego zbioru polecam kawałek Helicalin - Space Dope, który przynajmniej mi przywołuje w myślach stare dobre czasy. Pod linkiem tytuły, które aktualnie poszukuję.

    Kolekcja Final Fantasy na PC i PSX.

    bgr71l.jpg 

    Kolekcja serii Thief na PC.
    Jedna z moich ulubionych serii gier studia Looking Glass.

    8yvrs2.jpg

    Kolekcja gier na SNES.

    s2to9z.jpg

    Kolekcja gier na Nintendo 64.

    2m50wzk.jpg

    Kolekcja Resident Evil.
    Jedna z moich ulubionych serii. Ostatnie części to kaszanka, ale jako fan łyknę wszystko. Brakuje mi jeszcze Resident Evil Zero, ale to zakup na przyszłość ;)

    105s3h3.jpg

    Wybrane gry na PSX.
    Mam jeszcze sporo innych, ale to innym razem ;)

    2isv6uu.jpg

    Kolekcja Might & Magic
    Brakuje mi jeszcze premierowych wydań kronik (pojedynczych lub antologii)

    2m4y6w0.jpg

    Kolekcja Diablo

    29bimxg.jpg

    Kolekcja Silent Hill
    Pierwsze polskie wydania w dużych boxach, wersja na psx, amerykańskie wydanie the room, SH 3 w folii, SH 2 wydanie UK i homecoming.

    97ibub.jpg

    Seria Unreal, Quake i System Shock 2.
    Na samej górze amerykańskie wydanie Unreal z pudełkiem typu "okienko". Mam jeszcze Totally Unreal w dużym boxie zafoliowany, ale zapomniałem o nim robiąc zdjęcia.

    2lsb778.jpg

    Wybrane FPSy
    Dodatek Master Levels for Doom, Polskie premierowe wydanie Descent 3 i Forsaken. Niżej Amerykańskie wydanie Deus Ex z metaliczną okładka w folii. Jeszcze niżej zafoliowany Blood Group (Blood 2 + Dodatek). 

    2cxdtvk.jpg

    Wybrane strategie
    Dune2000 i edycja kolekcjonerska Emperor: Battle for Dune, Oba polskie wydania Dungeon Keeper i dwie części Z od Bitmap Brothers (jedna zafoliowana).

    2r3w3fs.jpg

    Kolekcja Settlers
    Pierwsze polskie wydanie Settlers 3 z koszulką, Złota Edycja 3 i 4. Mam jeszcze samą 4, ale umknęła mi przy robieniu zdjęć.

    2rxwih3.jpg

    Wybrane przygodówki
    Phantasmagoria 2, Harvester i Blade Runner od IPS. Niżej Black Dahlia i Wehikuł Czasu.

    25p5n3n.jpg

    Kolekcja Tomb Raider
    Premierowe Wydania Polskie 3 i 4 oraz premierowe wydania brytyjskie 1-5. Dodatkowo polskie wydania Legend, edycja Ultimate, Angel of Darkness i kolekcjonerska wersja Anniversary. Z boku wersje na psx 1-5. 

    2zj046e.jpg

    Wybrane cRPG
    Gry od Bethesdy. Premierowe wydanie Morrowinda, Bloodmoona (brakuje mi jeszcze Tribunal...) oraz edycja kolekcjonerska serii Morrowind, Premierowy Daggerfall, Antologia i Oblivion. Mam jeszcze Goty Obliviona, ale pominąłem go. Dodatkowo The Ultimate Wizardry Archives i polska premierówka 8. Zafoliowany Demise oraz zafoliowana kolekcja Ultimy od części 0 do 8. 

    s6lu2c.jpg

    Wybrane strategie
    Pierwsze polskie wydanie Starcrafta (brakuje mi jeszcze Brood War), Dark Colony, Warhammer: Shadow of the Horned Rat od IPS. Pierwsze brytyjskie wydanie Warcraft 2 oraz rodzynek pierwsze polskie wydanie UFO: Enemy Unknown w dużym boxie na dyskietkach od IPS.

    2d7tswi.jpg

    Inne, które  akurat miałem pod ręką.
    Polskie premierowe wydania Reloaded, Die Hard Trilogy, The Thing i ciężki do zdobycia Heavy Metal F.A.K.K.2 w dużym boxie.

    wbrrz5.jpg

    Wybrane mało znane cRPG
    Zafoliowane premierowe wydanie Dink Smallwood oraz zafoliowany Silver od Infogrames. Dodatkowo pierwsze wydanie Dark Stone i Septerra Core.

    slh4e1.jpg

    Parę wybranych platformówek, które miałem pod ręką.
    Pierwsze polskie wydanie Jazz Jackrabbit 2: The Secret Files oraz 3 gry w ktorych maczał palce Éric Chahi - brytyjskie wydanie Heart of Darkness z okularami 3D, Another World: 20th Anniversary Edition i perełka - druga część Another World czyli Heart of the Alien, która została wydana tylko w USA i tylko na konsolę SegaCD.

    309k0h3.jpg

    Kolekcja gier i przenośnych konsol firmy Nintendo
    Full boxy Gameboy Pocket, Advance, DS Lite. Gameboy Color, dwa Gameboye Classic - jeden Made in Japan (szary), drugi Made in China (czarny). Gry w boxach - Wario Land 1, 2, Donkey Kong Land 2, Super Mario Bros Deluxe i Doom na Gameboy Advance. Do tego luzem Pokemony - Blue, Red, Yellow, Silver. Super Mario Land 1 i 2, Mole Mania, Donkey Kong, Donkey Kong Land 1 i 3, Wario Land 4 i 3 i 3 japońskie gry na gameboya z serii Kunio Kun.

    4udr2a.jpg
    2zsmn7p.jpg
    2qwd548.jpg

    Kolekcja Fallout
    Na samej górze perełki - pierwsze angielskie wydania Fallout 1 i 2. Poniżej reedycje 1 i 2 w języku polskim (tzw.wydania biedronkowe - niewiele warte, ale ładnie wyglądają). Z boku premierowe polskie wydanie Fallout Tactics. Na dole Saga Fallout, Fallout Game of The Year, Fallout New Vegas Complete Edition i pierwsze dwa Fallouty z Extra klasyki po raz pierwszy przetłumaczone na język polski.

    k3t26b.jpg

    Wybrane cRPG część 2
    Kolekcja gier cRPG, które trzeba znać. Na górze premierowe wydania Icewind Dale 1, Heart of Winter, Icewind Dale 2 i Planescape Torment. Niżej Złota Edycja Baldurs Gate 1 oraz Premierowe wydania Baldurs gate 2 i Tron Bhaala. Jeszcze z boku Złota Edycja Baldurs Gate 2. Na dole premierowe wydanie Throne of Darkness w dużym boxie z soundtrackiem i bandamką, premierowe wydanie Arcanum i wydanie kolekcjonerskie Arcanum. Na końcu Świątynia Pierwotnego Zła.

    2pt0vmf.jpg

    Wybrane cRPG część 3
    Premierowe wydanie Gothic 2, 3 i Zmierzch Bogów, Risen i Risen 2. Gothic 1 w dużym Boxie reedycja, Arcania Złota Edycja, Noc Kruka premierowa, Gothic Universe. Dodatkowo seria Dungeon Siege od 1 do 3 premierowe wydania, Dark Souls Edycja Specjalna, premierowe wydanie Lionheart, Two Worlds Velvet Edition i Standard. Seria Sacred od 1 do 2 z dodatkami premierowe, Antologia Divinity i Beyond. Na dole premierowy Titan Quest z dodatkiem. Na samej górze perełka premierowy Arx Fatalis - bardzo dobry klimatyczny cRPG, trochę niedoceniony moim zdaniem.

    2hnuljm.jpg

    Wybrane FPSy część 2
    Od góry premierowe angielskie wydanie Aliens vs Predator, polskie wydanie Requiem: Avenging Angel w folii, perełka pierwsze amerykańskie wydanie System Shock 2 z lakierowanym odblaskowym frontem boxa i ornamentacją twarzy Shodan (nie widać tego niestety na zdjęciu), amerykański zafoliowany dodatek Cryptic Passage do Blood. Niżej angielskie premierowe wydanie Sin, zafoliowany Doom 2 z serii replay, mało znany i zapomniany Klingon Honor Guard na silniku Unreal oraz zafoliowane polskie wydanie Totally Unreal. Na dole premierowy Kiss Psycho Circus (zawiera dyskietkę 1,44 z patchem od Take2), polskie wydanie System Shock 1 w wersji enhanced od IPS i polskie wydanie Star Wars Jedi Knight: Dark Forces II z dodatkiem Star Wars Jedi Knight: Mysteries of the Sith.

    2rrat09.jpg

    Różne wybrane tytuły
    Polskie premierowe wydanie świetnej gry Omikron z muzyką Davida Bowiego, premierowe angielskie wydanie gry Outcast, zafoliowane polskie wydanie kultowej w niektórych kręgach Original War. Niżej The X-Files: Unrestricted Access od IPS, polskie premierowe wydanie Evil Island oraz Polanie 2 w duzym premierowym boxie. Na dole zafoliowany Giants: Obywatel Kabuto oraz polskie wydanie rtsa Total Annihilation: Kingdoms.

    209sv0j.jpg

    Różne zakręcone tytuły
    Tytuły od Shiny Entertainment - polskie wydanie Sacrifice oraz MDK 2. Dodatkowo polskie premierowe wydanie Worms Armageddon i na końcu dosyć obskurny tytuł - Wyścig Wykrętów, premierowe wydanie od Manty. Gra była dobrze oceniana przez pisma i miała ciekawą oprawę graficzną, ale została szybko zapomniana.   

    a1ldf9.jpg

    Kolekcja CD-Action cały rocznik 96.
    Skompletowany pierwszy rocznik Cd-Action od 1 numeru.

    1z5mbdh.jpg

    Różne tytuły
    Od góry pierwsze angielskie wydanie Crusader: No Remorse oraz pierwsze wydanie The Settlers 1 na dyskietkach. Niżej polskie wydanie Pool of Radiance, rzadkie polskie wydanie Command & Conqueror; Renegade w dużym boxie oraz premierowe polskie wydanie Colin Mcrae Rally 2.0.

    2cbvph.jpg

    Kolekcja Pegasus
    Dwa Pegasusy IQ502. Ten na górze fabrycznie nowy, a ten niżej używany z czasów postkomunijnych. Dodatkowo pistolet i mnóstwo kartów w tym oryginalne famicomy.

    2jb2paa.jpg

    Różne tytuły
    Od góry z lewej zapomniany koreański crpg Icarus w premierowym polskim wydaniu, polskie wydanie Ultimy IX oraz Dungeon Siege w dużym boxie. Niżej kolekcjonerski zestaw The Settlers i Age of Empires. Na dole polskie wydania Neverwinter nights z dodatkami, Two Worlds Royal Edition z kartami, Spellforce Złota Edycja w folii i Saga Gniew Wikingów.

    jqly8j.jpg

    Różne tytuły
    Od góry 3 amerykańskie wydania gier. Od lewej Heretic: Shadow of the Serpent Riders w folii, Blood oraz Ultimate Doom. Niżej polskie wydania GTA 3, Złota Edycja Soldier of Fortune 2 oraz Max Payne. Na samym dole zafoliowany Jagged Alliance 2 i rzadki do zdobycia Gorky 17.

    11mc35s.jpg

    Różne tytuły

    Od góry z lewej polskie zafoliowane wydanie gry Abomination: The Nemesis Project, polski zafoliowany Alien Trilogy i pierwsze wydanie The Lost Vikings na PC. Niżej zafoliowane polskie wydanie Codename: Outbreak twórców STALKERA, a obok nie otwierany The Settlers II Gold w wersji amerykańskiej w ciekawym boxie i na końcu amerykańskie wydanie Hexena II.

    2keg5z.jpg

    Kolekcja PSX Część 2

    Od góry Mortal Kombat Mythologies: Sub-Zero, Quake 2, Diablo, Blood Omen: Legacy of Kain, Z

    29ntk0j.jpg

    Skompletowana seria Dungeon Keeper w polskich premierowych wydaniach
    9qhc48.jpg

    Różne tytuły na PC

    Od góry z lewej jedyna niemiecka gra jaką posiadam czyli "Die Siedler: Hiebe für Diebe!" Można ją było ściągnąć za darmo z internetu lub była dołączana do pism jako "The Settlers: Smack a Thief!". Wydana w wersji pudełkowej tylko w Niemczech. Dalej polskie wydanie Brood War - dodatku do Starcrafta oraz kultowe pierwsze wydanie System Shock na 9 3,5 calowych dyskietkach. Niżej świetna przygodówka Sanitarium oraz kompilacja Might and Magic Millenium Edition zawierająca 4 części serii od 4 do 6. Na końcu pierwsze amerykańskie wydanie Heroes of Might and Magic: A Strategic Quest.

    nq64i0.jpg

    Aktualna kolekcja gier z serii Kunio Kun na Famicoma.

    1fuwd3.jpg

    Kolekcja Heavy Metal

    Premierowe polskie wydanie Heavy Metal F.A.K.K.2 w dużym boxie, a niżej polskie wydania filmów Heavy Metal 2000 na DVD plus reedycja Heavy Metal F.A.K.K.2.

    igxo5k.jpg

    2 Symulatory

    Polskie wydania Wing Commander i X-Wing vs. TIE Fighter z dodatkiem Balance of Power

    2h8ai46.jpg

    Zaktualizowana kolekcja Worms w dużych boxach

    Na samej górze pierwsze wydanie Worms z 1995 roku, a niżej polskie perełki w postaci Worms Armageddon i Worms World Party.

    aakcxc.jpg

    Zaktualizowana kolekcja Neverhood

    Pierwsze amerykańskie wydanie w dużym boxie oraz wydanie OEM z certyfikatem Microsoftu. Dodatkowo dwa tytuły na PSX: Klaymen Klaymen czyli Neverhood wydany na tą konsolę tylko w Japonii oraz Skullmonkeys, czyli kontynuacja Neverhooda w formie platformówki.

    2csdt88.jpg

    3 tytuły ze świata Gwiezdnych Wojen

    Zafoliowane pierwsze polskie wydania Jedi Knight II: Jedi Outcast, Jedi Academy oraz Knights of the Old Republic

    2agrno6.jpg

    Seria Dark Colony i polski Tridonis

    Na dole pierwsze angielskie wydanie Dark Colony z dodatkiem Council Wars. Na górze polskie wydanie Dark Colony oraz zafoliowana bardzo mało znana polska strategia czasu rzeczywistego Tridonis w premierowym wydaniu specjalnym (bardzo podobna pod wieloma względami do Dark Colony).

    2wm3rqh.jpg

    Różne tytuły na PC

    Polskie wydania Serious Sam 1 i 2 oraz poniżej polskie wydanie Fighting Force, Get Medieval oraz Dreams to Reality.

    30t6fid.jpg

    FPS'y

    Od góry angielska premierówka Shadow Warrior, a obok polskie wydanie Cyber Mage od IPSu. Na dole parę fajnych mało znanych shooterów. Wydanie amerykanskie Chasm:The Rift i Powerslave (znane w europie jako Exhumed). Na końcu polskie wydanie gry Tenka. Na samym dole angielskie premierówki Hexena, Blooda oraz Terminator Future Shock z sequelem SkyNET.

    9qkx80.jpg

    Różne tytuły na PC

    Polskie wydanie Dungeon Master, Virtua Cop 2 od Marksoft, NOXa, Darkstone (folia), Lands of Lore (folia) od IPS, angielskie Rocky Horror Show, amerykański Aliens: Comic Book w folii, oraz polskie wydanie Prisoner of Ice.

    2uz3u53.jpg

    Kolekcja Blood

    Amerykańskie wydanie Blood, dodatek Cryptic Passages, dodatek Plasma Pak. Niżej europejskie wydanie Blood i zafoliowana edycja The Blood Group (Blood 2 + Nightmares Levels).

    30b2vet.jpg

    Kolekcja Kunio-Kun

    Wszystkie 11 gier z serii Kunio-Kun jakie wyszły na konsolę Famicom.

    k21bft.jpg

    Różne tytuły na PC

    Polskie wydanie Hokus Pokus Różowa Pantera, Ace Ventura, amerykańska nówka Oddworld Abe's Exodus. Niżej amerykański Jagged Alliance 1 w folii, polskie wydanie generacji Half Life z kubkiem, polskie wydanie gry Pył w dużym boxie. Jeszcze niżej amerykańskie wydanie Alice Mcgee z drugą wersją okładki, polskie wydanie gry Tzar: Ciężar Korony i na końcu amerykańskie bardzo praktyczne wydanie wszystkich staro szkolnych gier z serii M&M od części 1 do 5.

    21aebsy.jpg

    Różne tytuły na PC

    Od góry polskie wydanie Medal of Honor, amerykański Claw czyli "Kapitan Pazur", a obok polskie wydanie Croc 2. Niżej europejskie wydanie gry Exhumed, która w Ameryce nazywała się Powerslave i nawiązywała tytułem do albumu Iron Maiden. Na prawo polskie wydanie Resident Evil, Total Annihilation, Shogo z polskim dubbingiem. Na samym dole pierwsze wydanie Lwa Leona z plakatem, Gruntz, edycja specjalna Realms of the Haunting i polskie wydanie X-Files: The Game.

    wlujap.jpg

    Famiklony

    Moje dwa Pegasusy IQ-502 można zobaczyć na zdjęciach powyżej. Natomiast tutaj pozostałe klony:

    Micro Genius IQ-501 Fabrycznie nowy

    2vj1sn8.jpg

    Micro Genius IQ-1000 Fabrycznie nowy

    x56ucn.jpg

    Micro Genius Super King II

    xkzm9l.jpg

    Family Computer (Fenix)

    25p4ewp.jpg

    Mortal Kombat 3

    14l4w8g.jpg

     

    Kolejne aktualizacje będą dodawane w tym samym poście.

  23. 7724774.3.jpg

     Tytuł: Zwierzogród
    Gatunek: Animowany/Kryminał/Komedia
    Reżyseria: Byron Howard, Rich Moore
    Scenariusz: Jared Bush, Phil Johnston
    Zdjęcia: Kiko de la Rica
    Muzyka: Michael Giacchino
    Kraj/Rok produkcji: USA2016
    Czas: 108 min.

     

    Zwierzogród to animacja specyficzna. Na pierwszy rzut oka (zwłaszcza gdy się zerknie na polski tytuł i plakat) to „baja” dla dzieci. W trakcie seansu okazuje się jednak, że dzieci może niekoniecznie są głównymi adresatami filmu Disneya, zwłaszcza jeśli zna się pewne smaczki dotyczące pierwotnego scenariusza (o tym później).

    Oto mamy bowiem świat bez ludzi, w którym ssaki wyewoluowały intelektualnie do poziomu ludzi, porzucając dawne, pierwotne, dzikie instynkty. Stworzyły więc zaawansowaną cywilizację taką jak nasza. Jednak pewne rzeczy wciąż tkwią w tradycji, czy też raczej genach. Więc lisy to w głównej mierze oszuści, krętacze i złodzieje, króliki zaś zajmują się handlem warzywami i owocami, głównie marchewką :) Jednak Judy Hopps, młoda króliczka, neizbyt interesuje się handlem. Chce zostać policjantką i to pomimo tego że rodzina patrz na to z przerażeniem, gdyż żaden królik do tej pory się tym nie zajmował. Judy jest uparta i pomimo początkowych niepowidzeń dostaje się do Policji. W wyniku pewnych perypetii z początku służby, związuje swoje losy z przypadkowo napotkanym lisem, Nickiem Bajerem, drobnym cwaniaczkiem. Razem z nim musi rozwiązać kryminalną zagadkę, jeśli chce „zagrzać” miejsce w Policji na dłużej.

    maxresdefault.jpg

    Od początku widać że film garściami czerpie z klasyków gatunku kina sensacyjnego i gangsterskiego (np. „Ojciec chrzestny” czy „48 godzin”), ale robi to albo w sposób subtelny, albo całkowicie jawny, jednak w sposób arcymistrzowski. Nie obraża inteligencji widza, nie pozwalając rozwikłać zagadki nawet dorosłemu widzowi w zasadzie do samego końca filmu, biorąc miejscami co najlepsze z thrillera jak i filmów noir. Oczywiście, film ma sporo komediowych sytuacji, w wyniku czego traci dużo ze swej powagi, przypominając tu takie filmy jak wspomniane wyżej „48 godzin”. Jednak początkowy scenariusz filmu zakładał film typowo dla dorosłych (pomimo że animowany), z mroczną fabułą i zdegenerowanym, niebezpiecznym miastem w świecie anty-utopii. Z tego zrezygnowano na rzecz bardziej rodzinnej rozrywki, co uważam za ogromny minus, bo chciałbym zobaczyć ten film w wersji pierwotnej, jednak nie wszystko z początkowych założeń zniknęło. Jest kilka sytuacji, miejsc czy też postaci, które mogą wystraszyć, zwłaszcza młodszego widza (oglądanie tego filmu przez dzieci kilkuletnie uważam za nieporozumienie – jest zbyt straszny, a poza tym nic z niego nie zrozumieją).

    Można się doczepić, że w w bodajże dwóch sytuacjach bohaterowie ratują życie poprzez ogromne zbiegi okoliczności, swoiste deus ex machina, jednak w perspektywie całej historii, wypada na to przymknąć oko.

    Zwierzogród uważam za najlepszą animację jaką oglądałem od czasów Króla Lwa. Wszystkim, którzy nie oglądali gorąco polecam, bo to jest praw dziwa filmowa uczta.

    zwierzogr%C3%B3d-3.jpeg