Blogi

Polecane wpisy

  • 9kier

    E.A. Poe, Opowieści tajemnicze i szalone

    Przez 9kier



     
    Do opisu stylu Poego bardziej niż gdziekolwiek indziej pasują słowa Jeffreya Forda: „moje zdania czasami przypominają arabskie pismo, pełne zawijasów i zapętlone, suficki tekst, który ma za zadanie opisać jedno z imion Boga, żeby nie trzeba było używać jego prawdziwego miana”.   Tak się składa, że od niemal dwóch lat „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” zajmują należne im miejsce w mojej sypialni. Przez to olbrzymie, prawie 800-stronicowe, wydane przez Vesper tomiszcze nie sposób przebrnąć w ciągu jednego wieczoru i choć zazwyczaj czytam książki w długich, kilkugodzinnych sesjach, w zawiłym stylu Poego jest pewien ciężar, który wymaga ciągłego skupienia i sprawia, że po godzinie-dwóch potrzebuję zrobić sobie przerwę. Jak nic innego nadaje się do robienia pauz na komentowanie akapitów na bieżąco, jak gdyby umysł naturalnie uciekał od lektury, przytłoczony archaicznymi przymiotnikami, kilkuwersowymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, licznymi powtórzeniami, rozbudowanymi metaforami i rozległymi opisami przeżyć wewnętrznych bohaterów. I jak zwykle kręcę nosem na kwiecisty język, wynikający zbyt często z kiepskiego warsztatu i leniwej redakcji, tak sposób pisania Poego nieodmiennie wywołuje we mnie w najlepszym razie zachwyt, a w najgorszym pobłażliwy uśmiech. Ach, drogi Poe, myślę sobie po ponownym przeczytaniu jakiegoś długiego zdania pełnego „cudacznej, oschłej rozwlekłości”, „śpiesznego i natarczywego porażenia” „dziwnego niedomagania” lub „niewymownej, lecz błahej przykrości”, czy zdajesz sobie sprawę, że w tym akapicie nie napisałeś niczego konkretnego? Wtedy autor podaje mi, jakby na udobruchanie, jakieś mięso, ale tylko odrobinę – tyle, bym pragnęła kluczyć dalej przez meandry – a na końcu, gdy napięcie osiąga apogeum, serwuje całą świnię, nie, trzy świnie naraz i stawia kropkę.   Nie każdy może mieć cierpliwość i ochotę, by przedzierać się przez niewątpliwie bogate, ale nieraz dosyć puste, budujące tylko atmosferę zdania oferowane przez tłumaczenia Bolesława Leśmiana, Stanisława Wyrzykowskiego i innych, którzy poświęcili swój czas na przekład tych, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości, trudnych dzieł. Dla takiego czytelnika, przerażonego ciężarem i objętością kompletnego zbioru, powstały „Opowieści tajemnicze i szalone”. Na tę okoliczność wybrano – zresztą już lata temu, bo anglojęzyczny oryginał zadebiutował na Zachodzie w 2004 roku, a rodzima wersja pojawiła się w Polsce w 2006 – cztery flagowe opowiadania: „Czarnego kota”, „Maskę Czerwonej Śmierci” (to zdecydowanie mój faworyt), „Żaboskoczka” (najsłabszy element zbioru) i „Upadek Domu Usherów”. Mamy więc historię zbrodni, opis upadku króla, który wraz z tysiącem poddanych zamknął się w twierdzy ze strachu przed dżumą, a także opowieści o zemście pewnego błazna oraz stopniowym popadaniu w szaleństwo.   Redakcji i przekładowi przyświecać musiała idea przystępności. Dokonano licznych i obszernych skrótów (bez pardonu pomijając całe akapity!), wybierając przede wszystkim to, co konkretne, a także upraszczając język w taki sposób, że nowelki przypominają teraz bajki na dobranoc. Przykładowo tam, gdzie u Leśmiana czytamy „Atoli książę Prospero – szczęśliwą miał gwiazdę, nieustraszone serce i umysł przenikliwy”, u Jolanty Kozak, która przełożyła wszystkie cztery nowele, ten sam fragment brzmi „Ale Książę Prospero był szczęśliwy, zdrowy i mądry”. Gdzie u Wyrzykowskiego „W epoce mojego opowiadania sowizdrzali zawodowi nie zniknęli jeszcze w zupełności z dworów monarszych. Kilka wielkich lądowych mocarstw zachowało swych błaznów w pstrych przyodziewkach i w czapkach z dzwonkami. W zamian za okruszyny ze stołów królewskich musieli oni być zawsze gotowi do ostrego i przystosowanego do okoliczności kpiarstwa”, tam u Kozak „W czasach, w których rozgrywa się moja opowieść, instytucja dworskiego błazna nie wyszła jeszcze całkiem z mody. Kilka wielkich mocarstw europejskich szczyciło się posiadaniem błaznów, którzy paradowali w kolorowych strojach i czapkach z dzwoneczkami, zawsze skorzy do wygłoszenia ciętego dowcipu”.   Uproszczenia w połączeniu z groteskowymi, niepoważnymi ilustracjami Grisa Grimly’ego, a także faktem, że anglojęzyczny oryginał został wydany nakładem Atheneum Books for Young Readers, sugerowałyby, że zbiór przeznaczony jest dla dzieci, ale zdecydowanie nie jest to dobry prezent na pierwszą komunię. To opowieści grozy, w których nie brakuje makabrycznych, szczegółowo opisanych aktów nieuzasadnionej przemocy. Tym, którzy z prozą Poego nigdy nie mieli styczności, powiem tylko, że choć do stylistyki gore autorowi daleko, na porządku dziennym są tu detale pokroju wyłupywania oczu niewinnym istotom. Towarzyszące temu wszystkiemu komiksowe obrazki (tak różne od opublikowanych w „Opowieściach miłosnych, śmiertelnych i tajemniczych” mrocznych ilustracji Harry’ego Clarke’a, bliższych zresztą memu sercu) miały zapewne na celu wywołanie kontrastu, ale w połączeniu z rzeczonymi skrótami osłabiają napięcie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie wiem, do kogo skierowane jest to lekkie dziełko, a także że przy okazji redakcji i tłumaczenia ograbiono Poego z „tego czegoś”, przez co ci, którzy mają tu z nim do czynienia po raz pierwszy, nie zrozumieją, dlaczego styl autora do dziś zachwyca. Ducha pierwowzoru oddaje najbardziej – tak mi się przynajmniej wydaje – „Zagłada Domu Usherów”, która nawet pod skrótach i uproszczeniach pozostała bogata, pełna charakteru i nader często błyska charakterystyczną dla autora literacką sprawnością. Mimo całej sympatii, jaką darzę komiksowość „Opowieści tajemniczych i szalonych”, zdecydowanie skłaniałabym czytelnika do tego, by nie szedł w tym przypadku na łatwiznę i jeśli nie miał styczności z żadnym dziełem Poego, sięgnął po wierniejszy, bardziej satysfakcjonujący przekład. Ta wersja to rzecz dla kolekcjonerów i fanów Grimly’ego, a nie dla tych, którzy mają potrzebę obcowania ze słowem.

    11 lipca 2017 @@recenzja w Z Kamerą Wśród Książek @@@
    • 2 komentarze
    • 277 wyświetleń
  • CorniC

    Różne oblicza Geralta

    Przez CorniC

    Świat wykreowany przez Andrzeja Sapkowskiego to diament literatury. Wiem, że stwierdzenie to zakrawa na, bezpodstawny osąd wynikający w dużym stopniu z tego, że Wiedźmin został wykreowany w naszym kraju i przemawia przeze mnie patriotyzm, przysłaniające inne za i przeciw. Ja jednak zawsze będę uważał, że największą wadą tego uniwersum jest to że nie powstało w USA, przez co nigdy nie wybije się w takim stopniu jak inne marki tego nurtu. Nie lubię Władcy Pierścieni (choć serię doceniam), nie trawię również gry o tron. Są to mimo swej ,,brutalności" światy dosyć ugrzecznione i w zasadzie ukazują to co dzieje się na szczytach władzy. Saga Sapkowskiego zawsze miała szerszy ogląd na sytuacje, ukazując zarówno komnaty królów, jak i zapadłe wioski, ukazywała brud, zepsucie i specyficzną mozaikę kulturową królestw północy. Jestem fanem świata Wiedźminskiego, nie tylko w rozumieniu kolejnych komputerowych inkarnacji Geralta, ale wszystkiego co czerpie z tego świata. Świat wiedźmina doczekał się już wielu prób przeniesienia go na płaszczyznę wizualną. Mieliśmy komiksy, film, czy wreszcie serię gier CDP Red. Każdorazowo świat królestw północy starano się przedstawić w inny sposób, różnie to bywało z poszanowaniem materiału źródłowego. Z resztą sam Sapkowski nie jest postacią z którą współpracuje się łatwo, a od paru lat kwestia wiedźminskiego świata jest dla niego sprawą drażliwą. Niemniej cechą wspólną większości adaptacji opowiadań i sagi jest bardzo swojski humor w nich zawarty. Czasem ,,dzieła" te były wątpliwej jakości, innym razem nie były złe, ale nie spotkały się ze zrozumieniem fanów, ale zdarzył się w tym gronie jeden sukces na skale światową... na prawdę muszę mówić o czym mowa? Pierwszą próbą ukazania jak wygląda świat Geralta z Rivii były komiksy ilustrowane przez Bogusława Polocha i ze scenariuszem Macieja Parandowskiego, ten ostatni ponoć konsultował się w trakcie tworzenia historii. Nie do końca można zauważyć wskazówki autora sagi, bo obaj twórcy komiksu dorzucili od siebie naprawdę dużo i nie spotkało się to ze zbytnim aplauzem fanów, a i sam Sapkowski odciął się od komiksu (jak chyba od wszystkiego co opierało się na sadze). Komiksy koncentrowały się na opowiadaniach ze zbiorów Ostatnie Życzenie i Miecz Przeznaczenia, a także spin offu Droga z Której Się nie Wraca, ponadto duet jeden z albumów oparł na autorskim pomyśle.. Świat wykreowany w komiksach Polocha i Parandowskiego, był światem pełnym baaardzo polskiego humoru, ale też pozwalającym wyobrazić sobie jak wygląda Wyzmia, czy Blaviken. Co istotne autorzy rozwinęli losy znanych z kart opowiadań postaci, wplatając je w tło opowiadanych historii, jak również rozwinęli kwestię o których Sapkowski tylko napominał, jak choćby Bobrołaki i Varany, początek segregacji rasowej elfów, czy wiedźmińskiego szkolenia. Chwała im za odwagę, choć nie zawsze spotykało się to z aprobatą czytelników to uważam, że ten komiks był kamieniem milowym, wszak pokazał ile w samych opowiadaniach jest drzemiącego potencjału, a były to jeszcze czasy przed sagą. Osobną kwestia jest strona wizualna, bo Poloch w bardzo kontrowersyjny sposób ukazał samego Geralta, Jaskra (któremu bliżej do Zamachowskiego, niż do książkowego odpowiednika), czy choćby w bardzo specyficzny sposób ukazywał anatomię elfów. Rysunki zdecydowanie nie były najmocniejszą stroną tego komiksu pod kątem warsztatu, ale dołożyły swoja cegiełkę do budowania świata Wiedźmina. Po komiksie przyszła kolej na kolejne uderzenie wiedźmińskiego miecza, a przyznać trzeba, że do najostrzejszych on nie należał. Oto defilada marnych efektów specjalnych: gumowe potwory, smoki rysowane w paincie, czy choćby kadrowanie w taki sposób by nie pokazać z czym Geralt walczy. Do tego dodać trzeba dosyć kontrowersyjny dobór aktorów; choć w kilku przypadkach nalezy oddać sprawiedliwość, że te nieoczywiste wybory całkiem zgrabnie kreowały postacie. Gwoździem do trumny filmowego Wiedźmina, był jednak scenariusz dziurawy jak ser szwajcarski, niemal olewający książkowy dorobek i po prostu głupi. Ja osobiście lubie pulpowe historie, nakręcone czasem tanim kosztem, ale to co prezentował sobą ten gniot było naprawdę ciężkie do oglądania. Calikiem dobrzy aktorzy musieli wygłaszać drewniane dialogi, ubrani w rosyjski cosplay. Nie zawiodła tu tylko muzyka Krzesimira Dębskiego, no i może jeszcze duet Żebrowski-Zamachowski, Geralt mimo katany na plecach wyglądał i zachowywał się całkiem nieźle, a Zamachowski dodawał tej siermiężnej produkcji nieco uroku i lekkości. Najbardziej bolał jednak w tym filmie brak jakiejkolwiek chemii w kontaktach Yenn z Geraltem. Film i serial, bynajmniej nie sprawił że koniunktura na Wiedźmiński świat się poprawiła. Mimo to pojawiła się grupa ludzi którzy jeszcze pod koniec lat 90 postanowili stworzyć grę wideo. Samo powstanie gry zasługuje na osobny artykuł. Ale bezapelacyjnie, trzy części wiedźmińskiej sagi zredefiniowała ,,wygląd" tego uniwersum. Dostaliśmy królestwa północy, bohaterów z kart powieści i zupełnie nowe równie charyzmatyczne persony. Projektanci CDP Red stworzyli świat idealnie wpasowujący się w książkowy klimat, dostaliśmy specyficzny obraz końca średniowiecza z fantastycznym szlifem. Czy ktoś dzisiaj mówiąc Geralt widzi twór Polocha, albo twarz Żebrowskiego? Nie, bynajmniej, a grze udało się nawet przyćmić oryginał i wywołać zazdrość ojca Geralta... Sukces gry doprowadził do powstania dwóch nowych komiksów Racjii Stanu i Domu ze Szkła. Nie wykreowały one jednak nowej wizji wiedźmińskiego świata, ale czerpały z dorobku projektantów gry. O ile pierwszy Wiedźmin nie wciągnął mnie aż tak bardzo, o tyle w kolejnej części ukazany skrawek północy wciągnął mnie, zachwycając od czubka ciżmy, do głowni miecza. Czy więc ewolucja wizerunku świata wiedźmina zakończyła swoją ewolucje? Cóż nie do końca, może teraz trudno wyobrazić nam sobie inny design tego uniwersum, niemniej może pojawi się przełomowy komiks, lub... dobry film? No cóż, pomarzyć można. Ważne by pamiętać, że mimo całokształt dzieła CDP Red jest monumentalny, to nie był jedyny. Zerknijcie na to co było przed Wiedźminem na kompie, nawet jeśli było to nie najwyższych lotów, warto to znać. Przede wszystkim zapraszam do przeczytania Wiedźminskiej sagi, bo wierzcie mi że warto, a i wstyd nie znać, tak ważnej dla polskiego gameingu książki.
    • 4 komentarzy
    • 1675 wyświetleń
  • 9kier

    J.K. Rowling, J. Tiffany, J. Thorne, Harry Potter i przeklęte dziecko. Część pierwsza i druga

    Przez 9kier

     
      Długo przymierzałam się do napisania tej recenzji, bo też najlepsze, co można zrobić po przeczytaniu Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka, to wyrzucenie go z pamięci.   Siedmiotomowa saga o Harrym Potterze to rzecz fantastyczna i dobrze napisana. Scenariusz stanowi układankę pełną zwrotów akcji i wyrazistych bohaterów, a co najważniejsze – początkowo naiwna fabuła oraz warsztat dojrzewają wraz z uczniami Hogwartu. Przeklęte dziecko to bękart zrodzony ze współpracy Rowling z Johnem Tiffanym i Jackiem Thorne'em. Czarna owca w rodzinnie Potterów. Skok na kasę. Dramat w obu znaczeniach. Harry Potter i przeklęte dziecko nie jest bowiem, w przeciwieństwie do sagi, tradycyjną powieścią, lecz scenariuszem sztuki rzeczonego Thorne'a wystawionej latem na deskach londyńskiego West Endu. W dodatku osadzonym dwie dekady po finale Insygniów śmierci – w czasie, gdy znani z serii bohaterowie połączyli się w pary i zdążyli wyprodukować potomstwo.   Przelatuje się przez to szybko, bo też jest to danie wyjątkowo mało treściwe. Czytanie nie powoduje wypieków na twarzy, a zainteresowanie wywołuje w najlepszym razie dostateczne – gdyby nie słabość do uniwersum, odłożyłabym ją w połowie. Różnica między Przeklętym dzieckiem a oryginalną sagą jest większa niż bogactwo galeonów skrytych w skarbcu Harr'yego w banku Gringotta, większa niż smoki, które studiuje Charlie Weasley, większa niż widmo powrotu Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. To upadek z najwyższego konia w stadninie. Prawdopodobnie wszystko dlatego, że Rowling nie pisała Przeklętego dziecka samodzielnie, a jej talent został rozmyty między pomysłami pozostałej dwójki a koniecznością podporządkowania scenariusza do tej jakże specyficznej formy, jaką jest sztuka teatralna. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego bohaterowie męczą, dlaczego fabuła nie dorasta oryginalnej serii do pięt i dlaczego gdybym przysiadła do całości z solidnymi nożycami, niewiele by z niej zostało.   Postacie można opisać jedną, dwiema cechami. Harry stara się być dobrym ojcem, ale średnio mu to wychodzi. Albus to cierpiący, wkraczający w okres buntu nastolatek, który nie chce być porównywany do swojego taty. Również Draco kiepsko radzi sobie z wychowywaniem Scorpiusa. Ron (na wpół bezpłciowy, na wpół irytujący śmieszek) jest przede wszystkim mężem Hermiony, która w międzyczasie została Ministrem Magii. Mają córkę Rose, która nie ma czytelnika obchodzić, podobnie jak Lily, córka Harry'ego i Ginny. Żadna z postaci nie wydaje się pełnokrwista. Większość to, mimo tak bogatej historii, bardziej nijakie dwuwymiarowe szkice. Nawet Voldemort, który pojawia się w paru momentach na kartach książki, wywołuje raczej śmiech i litość niż negatywne emocje pojawiające się w oryginalnej serii. Wszystko jest tu na opak. Zamiast budować scenariusz na interesujących, tryskających magią zdarzeniach próbuje się go opierać właśnie na nieudolnie skonstruowanych bohaterach, a w efekcie fabuła – w założeniach dojrzalsza – sprawia wrażenie quasi-dorosłości widzianej oczyma nastolatków. (Z otoczką jest podobnie. Naturalnie scena, w której stara gwardia odkrywa prawdę na temat zagrożenia, musi wyglądać tak: „Pokój się przeobraża, ciemnieje, wygląda mroczniej. Na ścianach objawia się kłębowisko namalowanych węży. Na ich tle widać spisane fluorescencyjną farbą proroctwo”, a potem „Na wszystkich ścianach wokół widowni pojawiają się słowa, złowieszcze i okropne: Odrodzę Ciemność. Sprowadzę swego ojca”). Niby pojawia się tu zaledwie garść młodzieniaszków, a ma się wrażenie, że nawet Harry i jego rówieśnicy niespecjalnie zmądrzeli, co najwyżej zgorzknieli. Gwoździem programu planowano uczynić podróże w czasie, ale nie są to – uwaga, będzie spoiler – subtelne, ale robiące wrażenie zabawy znane z Więźnia Azkabanu, tylko nudne sekwencje, w którym bohaterom towarzyszy pozbawiony charyzmy i jakiegokolwiek wyrazu czarny charakter i które ratują tylko fragmenty żywcem wzięte z Czary ognia.   Chciałabym móc powiedzieć, że fabularna miałkość i brak napięcia to jedyne aspekty, jaki nie spodobał mi się podczas lektury, ale nie poleciłabym Przeklętemu dziecka nikomu, kto chciałby uczyć się sztuki pisania tekstów dramatycznych – co najwyżej jako przykład tego, czego robić się nie powinno. Przede wszystkim wydawca powinien był przysiąść nad rękopisem z czerwonym flamastrem i pozbyć się połowy dialogów i opisów. Twórcy nazbyt często mówią to, co w teatrze winno się pokazać lub odegrać, przez co nieraz miałam wrażenie, że tłuką mnie ciężką fabułą po głowie, kilkakrotnie powtarzając te same informacje albo wkładając bohaterom w usta nienaturalne kwestie. Didaskalia bywają mało konkretne, mimo że ich celem jest przecież pomoc w wyreżyserowaniu i odegraniu sceny („Wiatr wieje ze wszystkich stron, na dodatek ostry wiatr”, „wokół krąży czarna magia...”?!), a dialogi mające tyle sensu co „– Voldemort. – Voldemort? – Tak, Voldemort” powinno się wyrwać z korzeniami i polać kwasem. Jestem w stanie przymknąć oko na kiepski, kanciasty warsztat (z bólem), który mógł być efektem pospiesznego lub zbyt dosłownego tłumaczenia, ale Harry Potter i przeklęte dziecko to przegadana quasi-powieść pełna nienaturalnych ludzi i kłótni, wylewania emocji bez powodu oraz nieciekawych, męczących rozmów o głupotach. Szczytem absurdu jest fragment snu, w którym Voldemort czai się za nagrobkiem („nie widzimy jego twarzy, ale okryta szatą sylwetka budzi przerażenie”) i deklamuje „Dobiega mnie woń wyrzutów sumienia, w powietrzu wisi smród poczucia winy...”. Paradoksalnie mimo tego całego przegadania czuć w Przeklętym dziecku pewien pośpiech autorów – być może dobrze się stało, bo inaczej każda kiepska rozmowa byłaby czterokrotnie dłuższa. Szkoda tylko, że przy okazji powrócono do kluczowych postaci, takich jak Dumbledore (tu przemawiający z obrazu), i potraktowano je po macoszemu lub przesadnie rozemocjonowano.   Podobały mi się zaledwie dwa elementy – ujawnienie, kim naprawdę jest sympatyczna kobieta sprzedająca słodycze w pociągu do Hogwartu, a także rzeczone fragmenty z przeszłości żywcem zerżnięte z oryginalnej serii, zwłaszcza napisane z polotem, niespieszne monologi Ludo Bagmana komentującego Turniej Trójmagiczny. Czuć w nich iskrę, której w Przeklętym dziecku nie ma. Całej reszcie mówię bez żalu – Avada Kedavra!

    2 maja 2017  
    • 3 komentarzy
    • 510 wyświetleń

Nasze blogi

  1. Wpis nie będzie długi (bo czasu mało) ale pomyślałem, że kogoś może zainteresować, bo dane mi było przeczytać fragment "piszącej się" książki, jak i poznać i porozmawiać z jej Autorami. Kiedy będzie skończona? Nie wiadomo, ale po prologu, chcę więcej i z niecierpliwością czekam na ARKĘ, spod pióra (lub klawiszy) Olivii Khan i Marka Lendera.

    Mimo próśb, nie otrzymałem zgody na publikację prologu. Za to wolno mi w skrócie przedstawić bohaterów, Mateusza Krazowskiego i Krzysztofa Dracza. Dwóch polskich snajperów, wychowanków 16-tej Brygady Desantowo Szturmowej, biorących udział w misjach po za granicami naszego pięknego Kraju. Obaj Komandosi z racji zasług oraz umiejętności i wyszkolenia zostają zatrudnieni w międzynarodowej agencji Falcon Eye, która jest odpowiedzialna, między innymi, za porządek na naszej planecie... Więcej niestety zdradzić nie mogę.

    Ale to nie wszystko, bo zafascynowany prologiem mój Brat, rozpoczął prace nad komiksem, opartym na fragmencie ARKI. Pomysł ten,tak bardzo spodobał się Autorom, że zgodzili się na jego wykonanie i publikację, kiedy tylko będzie gotowy (prawdopodobnie w grudniu 2016)

    p.s. zarówno ARKA jak i Operacja Trzy-A z racji wulgaryzmów, przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich.

    blogentry-731140-0-32272600-1456785708_t

    blogentry-731140-0-87060700-1456787064_t

  2. Kontynuacja poprzedniego wpisu, tym razem prezentuję czołową piętnastkę plebiscytu.

    Nie myślałem, że stworzenie półgodzinnego filmu może mi zająć kilkadziesiąt godzin. A jednak smile_prosty.gif

    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    • 1
      wpis
    • 0
      komentarzy
    • 10592
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    Bloga założyłem dwa/trzy/cztery lata temu (nie pamiętam, nigdy nic nie publikowałem) i znalazłem tam taki wpis. O co mogło mi chodzić?

    Cześć.

    Przyjacielu.

    Wiem, dosyć odważna teza nazywać obcą osobę w internecie przyjacielem. Ale potrzebuję punktu odniesienia w rzeczywistości zwanej moim życiem, w celu doprowadzenia do łączenia się równoległych wszechświatów. Tak naprawdę to altruistyczna część mnie doprowadziła mnie do miejsca gdzie muszę się podzielić z kimś swoją mistyczną wiedzą (mój konik - trucizny), tak aby wyrzucić z siebie wszystko co złe oraz zapewnić sobie coś.

    I tak wiem, brzmi niedorzecznie, ale w czym żyjemy? Nie mam na myśli naszego położenia w galaktyce, czy matrixie, ale o system który jest tak samo prawdziwy jak i nieprawdziwy.

    Nie zrozum mnie źle, nie mam zamiaru na siłę zachęcać Cię do podążania za mną.

    Ale chcę to zrobić.

    BĘDĘ

    TWOIM

    BOGIEM

    BĘDZIESZ

    MNIE

    WIELBIŁ

    Wyjdź z pudełka i spójrz na pudełko. Jak daleko podążysz żeby mnie znaleźć 46.134.192.40

    Jestem bliżej niż myślisz.

    Potrzebuje Cię.

    //To jest przecież takie oczywiste

    To wszystko to i tak przecież żart.

    Co nie?

  3. blogentry-961083-0-60803700-1455097757_tW ostatnich latach zima w Polsce nas narciarzy nie rozpieszcza i coraz trudniej o dobre warunki narciarskie na polskich stokach. Warto więc zwrócić uwagę na alternatywne formy spędzenia wolnego czasu, poza proponowaną przez większość miejscowości wyciągów narciarskich. Okazuje się , że w przypadku złej pogody, dodatniej temperatury, deszczu w wybranej miejscowości, oprócz siedzenia na kwaterze i wpatrywania się w widok przez okno nie mamy innej możliwości na aktywne spędzenie ferii zimowych. Szczawnica jest do tego idealnym miejscem ze względu na dużą ilość atrakcji oferowaną dla tych aktywnych i mnie aktywnych gości spędzających ferie zimowe w Pieninach.

    blogentry-961083-0-81485900-1455097803_t

    Główną atrakcją Szczawnicy zimą bez wątpienia jest ośrodek narciarski na Palenicy. Na stokach Szafranówki i Palenicy mamy do dyspozycji 3600 m. tras narciarskich o zróżnicowanym stopniu trudności. Poza w/w stokami w odległości 5 km od centrum miasta jest wyciąg w Jaworkach Arena "Homole".

    blogentry-961083-0-89259500-1455097922_t

    Myślę że zachęci to Was do spędzenia ferii zimowych w Szczawnicy

  4. Ośli blog

    • 2
      wpisy
    • 5
      komentarzy
    • 1498
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    Osioł
    Ostatni wpis

    Witajcie Towarzysze i Towarzyszki!

    Tworzę sobie ten wpis aby zasygnalizować, że po wielu latach postanowiłem sprawdzić jak wygląda prowadzenie swoich dzienniczków tutaj. Przez ostatnie 9 lat siedziałem sobie na Gram.pl, korzystając z tak zwanych "Gramsajtów", rany, ale był bum wtedy na to, ilu to ludu się poznało, ile ciekawych wpisów się czytało, było po prostu...świetnie! Ale niestety, jak to bywa wśród zarządów czy innych większych korporacji, pewnego dnia dla kogoś stają się ważne tylko cyferki w słupkach, zamiast próbować trzymać pozytywnie relacje ze społecznością. Co mam na myśli? Przez pierwszy rok projekt z blogami na gram.pl funkcjonował, potem coś się stało, że został on porzucony bez słowa i zaczął umierać. Były inicjatywy ratowania tego, różne głosy ludu, aby właściciele to ogarnęli, sam brałem nawet w tym udział i nawet było zainteresowanie od "zielonych". Ale to też było jedynie złudzeniem, zmienili tylko skórkę forum od tych 9 lat, które odstraszyło większość tam osób, a blogi zlali totalnie.

    Oczywiście, dalej przesiaduję sobie tam i od czasu do czasu coś napiszę, ale stwierdziłem, że fajnie byłoby jakby ktoś zobaczył moje wypociny, a nie 2-3 osoby, które tam zostały. Dlatego postanowiłem sprawdzić teren tutaj, jeżeli mi się spodoba, nie będzie jakiegoś negatywnego wydźwięku w moją osobę to sądzę, że zostanę na dłużej. Z poprzedniej miejscówki oczywiście nie będę rezygnować, prawdopodobnie będę wrzucać w dwóch miejscach ten sam tekst.

    A o czym to będę pisać? Raz o swojej komiksowej twórczości, raz o grach, może czasem jakąś recenzje stworzę ("FAILOUT4" czeka), wyprawy na PGA, czy innego tego typu imprez, no nie jestem w stanie się sprecyzować. Na pewno regularny nie będę.

    Nie wiem tylko jak tu z rzucaniem mięsem. Tam miałem pełną swobodę wymowy, co mi się bardzo podobało, tu pewnie mogę oberwać, pomimo, że jestem zarejestrowany od 2004 roku to pojęcia nie mam jakie tu teraz zasady obowiązują.

    Myślę, że na razie tyle wystarczy.

    • 2
      wpisy
    • 1
      komentarz
    • 529
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    XXI wiek, czyli Facebook zamiast podwórka

    Kiedy w 2004 roku pewnie uwcześnie nikomu nie znany student z Harvadru postanowił napisać portal, w którym będziemy mogli spotykać się ze znajomymi tylko że na ekranie, a nie w rzeczywistości, chyba nikt nie spodziewał się że Facebook zdetronizuje komunikatory społecznościowe, a sam Mark stanie się najbogatszym młodzieńcem w historii USA? albo forbesa. Mniejsza o to.

    Tak naprawdę już od dłuższego czasu thefacebook (nazwa robocza) stał się typową globalną wioską. Oglądając współczesne paradokumentalne serialiki dla młodzieży, wypuszczane przez ? nota bene ? najpopularniejszą stację w polskiej TV (czyt: TVN) można odnieść wrażenie, że to przejaw jakiegoś hm? kultu?! O ile do samego Facebooka w stanie normalnego użytkowania nic nie mam, o tyle przenoszenie tego na ekrany publicznej TV to już lekka przesada. Ciekawe co z licencjami, bo czy to aby na pewno nie jest lokowanie produktu?

    No cóż, najwyraźniej taka moda. Większość, jak nie wszystkie, większe korporacje mają własną stronę fejsbukową, na której mogą być na bieżąco ze swoimi konsumentami. Niby nic w tym złego, lecz jeśli dalej tak pójdzie, to ogłoszenie wyników konklawe będzie udostępniane pierwsze na fejsie, transmisje nadawane tylko na Twitchu, a sam przyszły Papież będzie robił sobie fotki z wybrańcami, którzy wybrali go na papieża, bo on lajknął im kilka zdjęć na fb. Ironia losu, co nie?

    Facebook obchodzi dziś swoje 12 urodziny. Wypadało by życzyć kolejnych? 120. Ale na litość boską ? niech to nie idzie dalej w tym kierunku w którym idzie. Bo poza przykładami wymienionymi wcześniej mamy też setki pustych lasek chwalących się np. swoimi dziećmi. Poza tym, do napisania tego krótkiego artykułu natchnął mnie pewien komentarz pod zdjęcie, w którym matka prosi o nienaśmiewanie się z jej syna który jest ciężko chory. Treść komentarza brzmiała mnie więcej tak: ?trzeba było o tym myśleć chwaląc się tak wyglądającym dzieckiem. Poza tym facebook już dawno stał się stertą internetowych śmieci?. I nie sposób się z tym nie zgodzić. Zobaczymy jak to będzie wyglądało dalej. Panu Zuckerbergowi należy się szacunek, ale użytkownikom tego najpopularniejszego serwisu należy się? nie szacunek. A propos? więcej życia, mniej fejsa!

    blogentry-1168688-0-74346700-1454619697_

  5. Dawno mnie tu nie było, ale dziś w nocy miałam wenę na przerobienie znanej pasty o sportowych świrach, oryginał tutaj: http://www.wykop.pl/...-swiry-jest-6-/ więc muszę się z kimś podzielić.

    Moja wersja poniżej:

    WITAM GAMINGOWE ŚWIRY JEST 4 RANO JA WŁAŚNIE SZYKUJĘ SIĘ NA NASTĘPNY DZIEŃ ZMAGAŃ NA GUILD RAIDZIE ZA GODZINĘ WYJDĘ Z MOIM PSEM NA SPACER A POTEM WRÓCĘ ZROBIĆ DAILY QUESTA W EVENCIE ZIMOWYM NO WITAM WYPROWADZIŁAM JUŻ PSA I ROBIĘ TERAZ INSTĘ NA 6 OSÓB W TYM HEAL, TANK I DPSY I BEZUŻYTECZNY ENPIS DO ZALICZENIA STORY LAJN NA NASTĘPNE INSTY PODKREŚLAM INSTANCJE MAM KUMPLA PALADYNA 80 LVL I HEALA NA 78 LVL KTÓRY JEST TEŻ SUMMONEREM TERAZ LECĘ EXPIĆ ALE WY PRZECIEŻ BĘDZIECIE ZE MNĄ TAM NA TWITCHU WITAM ZARAZ ROBIĘ QUESTA NA CRAFTING ZARAZ IDZIEMY WYKUĆ MAGICZNY MIECZ CZYLI +12 DO SIŁY Z OBRAŻENIAMI OD RUNY OGNIA WITAM WŁAŚNIE SKOŃCZYLIŚMY EXPIĆ TERAZ ZESTAW ULEPSZEŃ DO SMOCZEGO ARMORA BIORĘ PRYSZNIC I IDZIEMY NA INSTĘ WITAM JA WŁAŚNIE WRÓCIŁAM Z TSA Z CAŁĄ GILDIĄ I ROBIĘ SWOJEGO STORY QUESTA ZA 600 GOLDA I NOWY ŁUK +6 DO CELNOŚCI LUDZIE PYTAJĄ MNIE CO ROBIĘ NA WIGILIĘ WIĘC OPOWIEM WAM EVENTA JESIENNEGO ZASTĘPUJEMY EVENTEM ŚWIĄTECZNYM Z DUŻĄ ILOŚCIĄ ŚNIEGU ŚWIĄTECZNYCH SKINÓW I MOUNTÓW DODAJEMY SMOCZY ARMOR BROŃ Z BROKATEM A ENPISÓW ZASTĘPUJEMY BAŁWANAMI I TAK DALEJ JA WŁAŚNIE SKOŃCZYŁAM SWOJEGO STORY QUESTA I ODPISUJE WAM TERAZ NA CZACIE I ZARAZ BĘDĘ SZŁA SPAĆ BO ZA 5 GODZIN KOLEJNY DZIEŃ E-ZMAGAŃ NO WITAM JA JUŻ IDĘ SPAĆ Z MOIM KOCHANYM ANIME NA TABLECIE PAMIĘTAJCIE 100% NA RAIDZIE ALBO NIC! POZDRO!

    Mam też ochotę popełnić jeden artykuł, ale to nie dziś.

  6. Minęło już dwadzieścia lat

    ciągle ubierasz się jak swat

    i przyciągasz dziewczyny

    prowadzenia i aparycji

    kostki brukowej

    korzystałeś z budki

    na połączenia między miastowe

    teraz budki?już nie ma

    butelka o butelkę dzwoni

    Selena, twa przyjaciółka

    szlachetne tylko posiada imię

    razem podpaliliście na stacji

    PKP benzynę

    bo byliście w sztos pijani.

    A za co ?

    Za to, że w sklepie dworcowym

    nie było chleba

    który przyjaciel obiecał

    już wczoraj nad ranem,

    oraz wódki..

    Cóż, sprzedawca się spalił

    A Was czeka żywot krótki

    na szafot.

    - A jak to?

    Kara śmierci nadal obowiązuje.

    Mamy w końcu 1979 rok.

  7. sztuka_wspolczesna_2013-09-25_14-48-17.jpg

    Nareszcie jest.

    Wystawa młodych, ambitnych talentów.

    Muzeum pęka w szwach. Istna wylęgarnia kultury.

    Zaś na parterze ochoczo powitała mnie Pani ubrana w nudny, żółty tiszert z jednorożcem. Ze sztuką nic wspólnego nie miała.

    Niewielka grupka osób podziwiająca płótna autorów jeszcze nieznanych.

    Eureka, w końcu odnalazłam ludzi artyzmem przesyconych.

    = Uszanowanie Państwu...

    = Jedną chwileczkę. Konsolidujemy.

    = Oczywiście. Poczekam.

    *Cisza*

    = Ach.

    *Cisza*

    = Och.

    *Cisza*

    = Cudowne przedstawienie ulotności chwili.

    = Ma Pani rację. Ta głębia. Ta gra kolorów.

    = Wybornie.

    = Ach.

    *Cisza*

    = Przepraszamy. Byliśmy w twórczym transie.

    = Zrozumiałe. A Państwo to...?

    = Ignacy Pasimordka, zaś to moja konkubina, Maria Twarzoszczęka.

    = Miło mi. Zaś ja Zofia Łucja Nielicha. A ten Pan?

    = Ten o z Tybetu. Porozumiewa się na migi. Zna Pani język migowy?

    = Nie miałam okazji.

    = Wielka szkoda. Straciliśmy okazję do konstruktywnej konwersacji.

    = Przepraszam, ale co przedstawia to dzieło?

    = To, Pani kochana, jest toaleta.

    = Mario, bądź wulgarniejsza. O to tu chodzi. Sztuka to niewypowiedziane słowa i nie puszczone w obieg myśli.

    = Dobrze. Kibel, zaś wewnątrz fekalia.

    = Mario...

    = Kupa.

    = Ojej, prawdziwa awangarda.

    = Pani złota, polecam Pani sektor teatralny. Za pół kwadransa odbędzie się tam mała inscenizacja.

    = Ignacy...

    = Racja. Za niespełna osiem minut. Ależ jestem wulgarny!

    = Ignacy ty tygrysie.

    Odeszłam.

    Doprawdy, ludzie przyszłości. Młode pokolenie geniuszy.

    Ruszyłam więc przed siebie mijając to kolejne grupki artystów. Świeżość ich umysłów onieśmielała mnie.

    Pomieszczenie wypełnione barwnie wystrojonymi gośćmi, gęstobrodych niemało.

    Jakież moje szczęście. Miejsce zajęłam w pierwszym rzędzie.

    = Serdecznie witamy na małym spektaklu. Klepnijcie wszyscy i patrzcie. Pani ze świnią też.

    Kurtyna poszła. Oklaski zabrzmiały.

    Kobiety w strojach drzew zakołysały się z wiatrem.

    *Szuuuuuuuuuuuu*

    Palce imitowały liście. Las liściasty. Cóż za pomysł!

    *Szuuuuuuuuuuuu* naśladując przy tym wiatr.

    Między brzozą a krzakiem suchym leżała nieprzytomna grzybiarka.

    Zapewne otruta muchomorem.

    Zaś z łomotem wyskakuje mężczyzna w stroju banana. Młody bananik, żółciutki jak mleczyk.

    Idąc tak przed siebie nie spostrzegł zatrutej grzybiarki.

    Nagle zaś...

    Sru!

    Banan potyka się nadepnąwszy skórki grzybiarki.

    Grzybiarka wysmarowana olejem rzepakowych, niezwykle śliska jej skórka.

    Leży tak banan, sczerniał. I koniec.

    Kurtyna w dół.

    O matulu, jakże widownia krzyczy, jakże oni płaczą!

    Klaszczę więc by w tłum się zgrać.

    Starsza pani w płaszczu z mysich ogonków sięga po telefon.

    = Synku mój, ja dzwonię by ci powiedzieć że w końcu odnalazłam sens istnienia mojego, twojego ojca i naszego kota Czyngis Chana.

    Wielkie poruszenie. Naprawdę, zagrane pierwszorzędnie.

    Kierując się do wyjścia zostałam zaczepiona przez dwójkę młodych kobiet.

    Jedna przywdziewała maskę konia ozdobioną kurzymi piórkami, druga zaś dzierżyła w dłoni gumowy miecz świetlny,

    = Przepraszamy najmocniej...

    = Słucham, nie gniewam się.

    = Razem z siostrą zachodzimy w głowę czy obraz ten ukazuje początek bądź koniec świata.

    Nadmienię, iż obraz ten przedstawiał mężczyznę malującego własnym przyrodzeniem oblicze nieznanego mi gatunku zwierzęcia.

    Byłam nieco zbita z pantałyku.

    = Sądzę, iż powinny Panie ciągnąc zapałki. To sprawa losowa.

    = A drzazgi nie ugodzą w usta?

    = Rękoma ciągnąć, Pani serdeczna.

    = Dziękujemy więc z całego serca. Doceniamy pomoc.

    Opuszczając gmach pełen kultury nie mogłam pojąc jak wiele oblicz sztuki jeszcze nie znałam.

    Doprawdy,

    muszę się jeszcze wiele nauczyć o sztuce fspułczesnej.

    Jeżeli posiadasz t-shirt z jednorożcem i uraziłam Twoje uczucia,

    moje kondolencje.

    Handluj z tym.

  8. Nagrałam wideorecenzję Everybody's Gone to the Rapture. Zachęcam do oglądania! :)

    Youtube Video -> Oryginalne wideo
  9. YblyzUZ.jpg

    Z nieukrywaną radością spoglądam na progres szwedzkiego studia Image & Form. Zaczynali od pierdółkowatego SteamWorld Tower Defense dostępnego tylko w DSiWare, potem rzucili na rynek całkiem strawne, lecz zupełnie inne SW Dig, by teraz zaskoczyć ponownie ? co prawda SteamWorld Heist nadal jest grą osadzoną w uniwersum napędzanych na parę robotów, ale gatunkowo to dość oryginalna, side-scrollowana strategia turowa. Czy i tym razem mamy do czynienia z solidnym indykiem za niewygórowaną kwotę? Nie do końca, choć mogę się z tego tylko cieszyć. Ale po kolei.

    Robot robotowi robowilkiem

    W Dig poruszaliśmy się jeszcze po wyniszczonej i bezludnej Ziemi. W Heist niebieska planeta już nie istnieje, a przynajmniej nie bardzo trzyma się kupy ? rozleciała się bowiem na dryfujące w przestrzeni kosmicznej fragmenty. Steambotom udało się z niej co prawda uciec, ale nie żyją one ze sobą w zgodzie. Pod wodzą królowej zgromadzili się fanatyczni Rojaliści, a reszta została zepchnięta na margines i zajmuje się przemytem czy napadami. Jednym z takich robotów (robocic? Bo to ewidentnie kobitka) jest Piper Faraday. Nie zamierza ona poddać się wspomnianym poddanym niezrównoważonej władczyni, ale na początku musi przebić się przez sporą armię innych podobnych sobie wyrzutków. I nie załatwia spraw gadką czy perswazją ? w ruch idą pistolety, strzelby i kupa innej broni bardziej lub mniej palnej!

    Większość misji toczy się na losowo generowanych statkach, które da się przejść wzdłuż w kilka-kilkanaście tur. Ale po drodze czekają przeciwnicy, którzy tę wędrówkę utrudniają. W jednej turze możemy albo przejść kilka kroków i wykonać jakąś akcję, albo zaniechać strzału i wykorzystać pozostałe punkty ruchu na ukrycie się za osłoną czy zajście przeciwnika od tyłu. Ale, ale ? aby trafić przeciwnika w zadek, wcale nie trzeba widzieć jego pleców. Tu wchodzi do gry odbijanie kul od ścian. Niemal każda broń pozwala na wystrzelenie pocisku, który kilkukrotnie tańczy na blaszanych okryciach statku. Niektóre posiadają nawet laserowe celowniki, dzięki czemu można mieć większą pewność co do trafienia, ale ich wadą jest mniejsza siła ognia czy brak możliwości oddania strzału po ruchu. Są też bardziej bezkompromisowe bronie ? fani wyrzutni rakiet czy minigunów też znajdą tu coś dla siebie, a i solidna piącha w głowę daje radę. Nie sposób nie wspomnieć o najróżniejszych przedmiotach wspomagających. Zaliczyć do nich można zarówno buty zwiększające liczbę punktów ruchu albo jetpacki pozwalające skakać wyżej, jak i granaty, paralizatory czy choćby kamizelki kuloodporne.

    WHOae7r.jpg

    Cele rozrzuconych po Układzie Słonecznych misji są różnorodne, choć zazwyczaj nie obędzie się bez bitki. Nawet jeśli musimy wyłączyć generatory czy zebrać skarby, po drodze będziemy musieli zezłomować kilku przeciwników. No właśnie, skarby. Co prawda nie musimy zbierać żadnych porozrzucanych po planszach sakw, ale warto to robić, bo znaleźć możemy tam kilka rzeczy. Po pierwsze wodę, która jest walutą w świecie gry (czymś chłodzić rozgrzane ciała przecież trzeba), a po drugie ekwipunek, który co prawda możemy kupić też w sklepie (znajdują się one w barach, w których przygrywa świetna muzyka będąca połączeniem steampunku i country), ale możemy się bez tego obejść, jeśli będziemy uważnie wypatrywać znajdziek. Zaoszczędzone H20 będziemy mogli wydać wtedy choćby na... o, nakrycia głowy! Są zupełnie bezużyteczne, ale fajnie wyglądają.

    Wieśniara, wilk morski i cyrkowiec

    Do Piper szybko dołącza kilku towarzyszy. Każdy z nich przynależy do jakiejś klasy, które różnią się umiejętnościami w obsłudze poszczególnych typów broni. Zawody, w których specjalizują się postacie są raczej standardowe i choć jest ich kilka, można je podzielić na dwa główne rodzaje ? jedne nastawione są na przemieszczanie się po planszy i szukanie okazji do oddania jak najcelniejszego strzału, inne oferują sporo punktów życia, okazje do starć twarzą w twarz i użycie ciężkiej broni.

    Same postacie to całkiem ciekawa menażeria. Niektóre dołączają do nas za darmo, inne musimy przekupić albo mokrą walutą, albo zdobyciem sławy. Interakcja z towarzyszami nie jest co prawda zbyt rozbudowana ? ot, można sobie pogadać z nimi między misjami ? ale budzą oni sympatię. Szkoda za to uproszczonego rozwoju bohaterów. Po wbiciu kolejnego poziomu doświadczenia (to otrzymuje się za ukończone misje i dostają je tylko postacie, które daną wyprawę przeżyły) robot dostaje jeden perk w postaci nowej umiejętności, zwiększenia liczby punktów zdrowia czy ruchu. Można było pokusić się o jakiś większy wybór, co byłoby fajne w przypadku ponownego przechodzenia gry. A tak, to nasze postacie zawsze będą takie same, co średnio współgra z generowanymi losowo miejscami potyczek.

    OrTxQJ6.jpg

    Jak jest z przeciwnikami? Również nieźle, bowiem nie brakuje różnych ich rodzajów. Początkowo walczymy głównie z podobnymi sobie robotami wyposażonymi w analogiczny do naszego ekwipunek, ale potem robi się ciekawiej. Wrogowie zaczynają wysyłać małe latający bomby, które chcą nam spaść nam na głowę, inni najpierw rozpylą łatwopalną substancję, by potem ją podpalić, a będziemy musieli poradzić sobie także z przeciwnikami, którzy teleportują się na nasze tyły, do tych Steambotów, które lepiej trzymać z dala od ognia walki. Obecni są także bossowie, którzy, chyba trochę z racji charakteru rozgrywki, nie są wielkimi, przerażającymi mechami, ale całkiem dobrze spełniają swoją rolę bardziej wytrzymałych, uciążliwych przeszkód. Może poza ostatnim, który zaskakuje negatywnie i, przynajmniej na tym poziomie doświadczenia, na którym grałem (a był to drugi z pięciu), był bardziej upierdliwy niż ciężki do ubicia.

    I jeszcze jeden, i jeszcze raz!

    Gra jest nastawiona na powtarzanie. Nie jest to jednak smutny grind znany z jrpgów. I to nie tylko dlatego, że strzelanie jest po prostu bardzo satysfakcjonujące. Wspominałem o gwiazdkach zdobywanych za wykonywanie misji. Otóż do progresu w trwającej kilkanaście godzin pojedynczej rozgrywce wymagane jest zdobycia określonej ilości tychże, co nie zawsze udaje się podczas pierwszego przejścia misji. A to przypadkowo ktoś odstrzelił nam łeb, a to generator wylosował akurat taką planszę, że tylko czekać na zjazd do bazy. Przy okazji powtórnego przechodzenia zadania możemy uzupełnić surowce (które traci się, jeśli przegrywamy bądź poddajemy misję) i podszkolić nieco naszych bohaterów.

    Co prawda Heist jest nieco dłuższy od Dig, ale to gra jeszcze bardziej nastawiona na zabawę w odblokowującym się po pierwszym ukończeniu gry New Game+. Po wskoczeniu do czarnej dziury znajdującej się po ostatnim bossie okazuje się bowiem, że dziwnym trafem całe zebrane doświadczenie zostało nam zabrane, jednak nie musimy już kompletować naszej ekipy od nowa ? wszyscy kamraci są dostępni od początku. Nic, tylko wybrać wyższy poziom trudności i tym razem korzystać z nieco innych robotów, broni czy wspomagaczy. Im trudniej, tym przeciwnicy mają więcej życia i zadają więcej obrażeń, ale jednocześnie na nasze konto wpada więcej ikspeków, więc gra warta jest świeczki.

    rCQTT47.jpg

    See you space Cowbot

    Jakość gier studia z siedzibą w Göteborgu rośnie w zastraszającym tempie, co wpływa także na cenę. Heist jest nieco droższy niż poprzednicy i, przynajmniej na 3DS-ie, które jest na razie jedyną platformą, na której się ukazał, kosztuje 80 zł (choć kilkanaście dni po premierze można go było dorwać za nieco mniej, ale promocja już się skończyła). Poza tym, jeśli akurat nie macie przenośniaka od Nintendo, na pecetach, reszcie konsol i telefonach z jabłkiem (które dostaną grę "kiedyś w 2016") tytuł będzie taniał zapewne nieco szybciej, bo powody. Ale nawet jeśli nie, to i tak warto, bo nie jest to gra na kilka godzin i odłożenie na cyfrową półkę. To kompetentny tytuł, który złożonością przewyższa sporo gierc wydanych na takim 3DS-ie za pełną kwotę. Jest zabawny, wyróżnia się mechaniką i nie jest na raz. Z niecierpliwością czekam na kolejne dziełko skandynawskiej ekipy. Nie mam pojęcia, w co celują tym razem Image & Form, ale prawdopodobnie znów pozytywnie mnie zaskoczą.

    Źródło screenshotów: strona twórców (http://imageform.se/...eamworld-heist/)

    • 1
      wpis
    • 1
      komentarz
    • 530
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    KHPdHuU.png

    16.01.16 zadebiutowała wystawa Digital Dreamers znajdująca się w Muzeum Techniki w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki, która poświęcona jest rodzimym twórcom gier.

    Część I - wystawa

    Z lakonicznych informacji prasowych dowiedziałem się tylko, że tematem przewodnim jest najogólniej rzecz ujmując polski rynek gier oraz, że na miejscu będzie można pograć w rodzime produkcje oraz przyjrzeć się jej historii. Z racji tego, że dawno nie byłem na żadnych targach ani temu takiej podobnej imprezie, wybrałem się z zaciekawieniem, ale i obawami.

    uH63GGn.png

    Zacznę więc od zupełnego początku - ceny biletów: 8zł ulgowy, 14 normalny, przy co najmniej 10 osobach - grupowy 7 zł/osoba. Mało? Dużo? Stawka taka, że zaryzykowałem.

    Cena biletu obejmuje nie tylko wystawę lecz również cały asortyment Muzeum Techniki - makiety i modele wojskowe, stare motocykle i samochody, zabytkowe komputery i prasy drukarskie, pierwsze aparaty cyfrowe. Także jeśli chce się wszystko zwiedzić trzeba zdobyć trochę czasu.

    W sali obok wystawy można znaleźć jeszcze najstarsze modele komputerów: klasyczne Commodore, ZX Spectrum - znalazłem przy nich podpisy, które zazwyczaj omijam - jednak tym razem przeczytałem je, bo były zwyczajnie ciekawe.

    UILvsCN.png

    lqCUvDg.png

    Od razu po wejściu rzucają się w oczy stanowiska do grania. Tytuły? SUPERHOT, Dying Light, Call of Juarez, Wiesiek, Painkiller, This War of Mine i kilka innych, starszych pozycji. Z racji tego, że nie było wiele osób z łatwością zagrałem w to co mnie interesowało.

    Komputery na miejscu musiały być całkiem niezłe, bo większość gier chodziła na naprawdę wySokich ustawieniach. Przyjemność z grania była spora, bo i można było odseparować się od szumu zwiedzających - na stanowiskach znalazłem całkiem wygodne i dobre słuchawki.

    XZZ09La.png

    Do minusów zaliczyłbym w tym miejscu to, że parę osób wychodziło z danej gry i buszowało po pulpicie. Na "pustym" komputerze moim oczom ukazało się otwarte konto Steam organizatorów z grami - poziom bezpieczeństwa całkiem niski smile_prosty.gif

    Pośrodku sali można było obejrzeć film przedstawiający w dużym skrócie historię polskich gier - od Puszki Pandory do teraźniejszości - fajny dodatek.

    aacpNr6.png

    Zaś na końcu sali dwie gabloty - w jednej archiwalne czasopisma o grach, w drugiej same pozycje na kasetach czy płytach w tym moje ulubione Gorky 17.

    ico2N8u.png

    2eO6zmb.png

    I jeśli miałbym być szczery - to koniec zawartości "wystawy". Może niezbyt jej wiele, ale dobrze się bawiłem. Dodatkową atrakcją był urządzony przez cdp.pl Giermasz - kupiłem Red Faction Armageddon, MotoGP '14 i Planetary Annihilation po 5 zł za sztukę i kilka innych pozycji, także narzekać jak najbardziej nie mogę.

    Wydarzenie trwa do 15 marca, zaś sam Giermasz tylko do 17.01.16r.

    Część II - Krótko o: SUPERHOT... czyli dosłownie wszystko w jednym

    7CDX3k7.png

    Do tej pory nie miałem okazji przetestować samej gry, widziałem tylko zwiastuny i inne gameplay'ie. Wiele o niej słyszałem, więc pomyślałem - czemu nie spróbować? Sama mechanika gry czyli czas stoi w miejscu gdy się nie ruszasz jest świetna i jeżeli autorzy dobrze zrealizują ideę gra będzie atrakcyjna dla potencjalnego gracza. Jednak mam odczucie, że pozycja najlepsza będzie na krótkie posiedzenia, bo może nużyć po dłuższej chwili.

    MQvKkMc.png

    Ale czy Supergorący wyróżnia się jeszcze czymś oprócz zatrzymywania czasu? Grafika - tutaj dużo nie napiszę, ona nie jest głównym celem twórców samym w sobie, ale biały z czerwonym kolorem współpracuje świetnie i to daje przyjemność podczas gry. Muzyka - dźwięki z gry i wbijający się w głowę SUPERHOT, SUPERHOT, SUPERHOT. Fabuła - ogólnie co będzie się robić podczas gry? Jakie tryby, wyzwania? Sam jestem bardzo ciekaw jak to zrobią, bo chodzenie przez korytarze i zabijanie kolejnych pikselowych przeciwników nadaje się na jakąkolwiek dobrą historię? A może niepotrzebnie doszukuję się sensu montowania tam zbioru wydarzeń?

    CfZqtnh.png

    Za dużo pytań padło podczas mojej gry i do tej pory nie umiem sobie na nie odpowiedzieć. Po ograniu mam więcej wątpliwości niż wcześniej. Z pewnością przyjrzę się produkcji w jakim kierunku pójdzie, bo możliwości jest mnóstwo. Co z tego wyniknie, nie mam pojęcia. Ale wiem jedno - teraz wszystko w rękach twórców, by ten niewątpliwy diament odpowiednio oszlifować.

    Chciałbym tylko przeprosić za jakość obrazów - są ona zgrane z nagranego filmu.

  10. Etap nominacji mamy za sobą, swoje prace zgłosiło łącznie dziewięciu autorów (dla porównania, w zeszłorocznej edycji było ich dziewiętnastu). Czas przejść do głosowania. Lista zgłoszonych wpisów prezentuje się następująco:

    MajinYoda - Mały słownik spychologiczny

    849 - Czarny charakter zepsuty do cna

    Elano - Zapraszam obcych do zniszczenia Ziemi, czyli Xenoblade Chronicles X

    voda22 - Dlaczego Isao Sasaki jest diamentem branży muzycznej

    otton - Fallout 4 - recenzja

    Rankin - TES nieznany, czyli ciekawostki i inne rzeczy The Elder Scrolls (seria)

    Iselor - Perły z lamusa (seria)

    crouschynca - The Night of the Rabbit

    Kimahri - Spider-Man Unlimited (Android)

    Zasady głosowania w żaden sposób nie zmieniły się od czasów poprzednich edycji. Każdy użytkownik Forum Actionum może zagłosować na trzy teksty/serie, przy czym zachowujemy uwagę na kolejność. Pierwszy wymieniony tekst otrzymuje trzy punkty, drugi dwa, a trzeci jeden. Głosowanie trwa do soboty (23.01.2016) włącznie. Wszystkim życzymy powodzenia!

  11. Zapraszam na pierwszą część maratonu Quentina Tarantino. Codziennie będę przypominał o kolejnym filmie tego sławnego reżysera z okazji zbliżającej się premiery H8ful Eight w polskich kinach.

    Głupio składać hołd jednemu idolowi w dniu, kiedy wszyscy dowiedzieliśmy się o śmierci innego. Tak czy siak, pomiędzy Young Americans a Low, warto poświęcić te trzy minutki na chwilę oderwania się od przykrej wiadomości dnia.

    Tak w ogóle, w moim małym kanale pojawił się pierwszy odcinek podcastu Kultura.mp3 - zapraszam serdecznie, niedługo drugi odcinek :)

  12. [+18]Podążając za? Quetninem Tarantino ? Krew na Śniegu (Nienawistna Ósemka/Hateful Eight)

    sMSZlWX.png?1

    Niemalże trzy lata temu, ze złamanym sercem i nieziemskim podnieceniem usiadłem przed komputerem. Me serce łkało, gdyż piękna kruczowłosa dziewoja nazwała mnie dziwakiem i nie wybrała się ze mną do kina. Lecz ja nie płakałem wraz z mą urażoną dumą ? byłem w zbyt wielkim szoku. Trzy lata temu, z wielkimi oczami i nieskończonym zachwytem wyszedłem z kina, by kilka dni potem opisać swe wrażenia i zyskać wartość. Trzy lata temu obejrzałem ?Django? i napisałem pierwszy wpis o filmie. Historia lubi się powtarzać.

    KurtRussellSamuelLJacksonHatefulEight.jpg

    Niewiele filmów obecnie wzbudza we mnie potrzebę powiedzenia sobie i wszystkim dookoła ? ?Ten film jest genialny?. Jestem zmęczony taśmowym Marvelem, przydługą epiką, nieskończonymi wybuchami i komputerowymi sztuczkami. Rok 2015 dał nam Mad Maxa, który znacznie odświeżył me kinowe doświadczenie tylko po to, by 6 miesięcy potem pozwolić mi wpaść w depresję po obejrzeniu najnowszego odcinka interagalaktycznej telenoweli ze stajni Disneya. Ale. OTO STAŁ SIĘ CUD. Nie spodziewałem się niczego, a otrzymałem praktycznie wszystko, o czym marzyłem od momentu, gdy Jules powiedział: ?Does he look like a bitch??.

    hateful%20eight%20samuel%20l%20jackson.jpg

    ?Nienawistna Ósemka?, znana szerzej jako ?The Hateful Eight? (albo żartobliwie ?H8ful 8?) jest ósmym filmem Quentina Tarantino i szczerze mówiąc ? oczekiwania nie były wysokie. Po nieco dłuższej przerwie od kręcenia Tarantino uderzył w publikę zaskakująco dynamicznymi ?Bękartami Wojny?, by zabrać się za nieco zakurzony gatunek westernu wyśmienitym ?Django?. Teraz zaś wychodzi na to, że ?Django? było tylko rozgrzewką ? patrząc z perspektywy czasu ów film jest hołdem dla westernów klasy B, z typowo Tarantinowską akcją, dialogami i wieloma odniesieniami do klasyków. Oglądało się to świetnie, bo i przynosił on pewien rodzaj świeżości. Nie był jednak niczym nowym. Czym zaś jest ?Hateful Eight?? Bóg mi świadkiem ? sam się nad tym zastanawiam.

    the-hateful-eight-tim-roth.jpg

    Daisy Domergue ma zawisnąć ? tak postanowił łowca nagród zwany ?the Hangman? (Kurt Russel), i w mig wprowadził swój cel w życie ? niestety w trakcie dostarczania schwytanej do najbliższego miasteczka Red Rock los nie potraktował go łaskawie, nie tylko zsyłając ogromne zaspy śniegu i potężną zamieć za plecami, lecz także stawiając na jego drodze ?Majora? (Samuel L. Jackson) ? kolegę po fachu w potrzebie. Chcąc nie chcąc dwaj łowcy dzielą powóz, by z czasem zabrać po drodze kolejnego ?przechodnia? ? nowego szeryfa miasteczka Red Rock (czy na pewno?), którego koń potknął się na zaspie i połamał kopyto. W ten sposób nasza przyjemna czwórka (wraz z woźnicą) trafia do gospody w samym środku białej pustki, by przeczekać nadciągającą wichurę. Lecz nie będą tam sami?

    the-hateful-eight-9.jpg?w=1000&h=563&crop=1

    ? bowiem czekają na nich kolejni aktorzy tej krwawej sztuki ? nowy kat Red Rock (Tim Roth), tajemniczy Meksykanin, stary generał armii południa oraz kowboj, udający się w odwiedziny do starej matki (Michel Madsen). Brakuje jednak właścicieli przybytku, a mroźny wiatr i śnieg niemal całkowicie zakrywają tą stronę góry. Cała ósemka musi przetrwać noc pośród pustki, gdzie wyjście na zewnątrz oznacza śmierć, a pozostanie w środku wcale nie jest bezpieczniejszą opcją, odkąd jeden z łowców zaczyna podejrzewać, że ktoś w tej gromadzie jest wspólnikiem Daisy. Pytanie tylko ? kto?

    The-Hateful-Eight-2015-Movie-Wallpaper-15.jpg

    Szczerze mówiąc zapowiedzi mocno mnie zmyliły ? poszedłem na film oczekując, iż stawką krwawej rozgrywki będzie nagroda za parchatą głowę Daisy Domergue, lecz gdy akcja zaczęła nabierać tempa, reżyser wrzucił do rozgrywki czysty Hitchcockowski trik, a w pewnym momencie jest nam dane oglądać najzabawniejszy gejowski seks w historii kina ? straciłem swoją pewność. I straciłem ją na dobre. Dzięki temu oglądanie reszty filmu stało się prawdziwie emocjonującą jazdą bez trzymanki, gdzie nie ufamy absolutnie nikomu, gdyż każdy z ?bohaterów? budzi w nas obrzydzenie. Wszyscy w tym filmie są obrzydliwi, pozbawieni współczucia i jakiejkolwiek etyki. I tu zaczyna się geniusz.

    KURT_EightInterview.jpg

    Widzicie ? ?Hateful Eight? przypomniało mi o czymś, co od dawna było dla mnie zapomnianą miłością. Owym czymś zaś jest ten wspaniały moment, gdy myślisz sobie ?tak być nie może?. Ale tak będzie. I tak jest. Ten moment, gdy Bruce Willis strzela przestraszony odgłosem tostera, ten moment gdy Michael Madsen odcina ucho policjantowi, ten moment gdy człowiek jest rozszarpywany przez psy. I to się dzieje. I nikt nie musi się z tego tłumaczyć.

    hateful-eight-70-mm-roadshow-video.jpg

    Ciężko jest mi wskazać jedną właściwą rzecz, którą nazwałbym powodem, dla którego powinno się ten film określić ?dziełem geniusza?. Wszystko jest doskonale złączone: wspaniałe zdjęcia, dużo spokojniejsze od wcześniejszych pokazów Tarantino, kapitalna ścieżka dźwiękowa Enio Morricone, brzmiąca bardziej jak ścieżka do horroru niż do westernu, przytłaczająca atmosfera zimna i buzującej krwi, doskonałe, wulgarne i wstrząsające aktorstwo całej ekipy, przesadzona brutalność i hektolitry krwi. To jest po prostu piękne, nie mogę przestać się zachwycać. I ten wicher, wyjący cały czas.

    the-hateful-eight-jennifer-jason-leigh.jpg

    Ten film przekroczył wszystkie moje oczekiwania, zaprezentował sceny i dialogi, o których nawet nie marzyłem. Kipiący humorem, kipiący brutalnością, kipiący wściekłością. I obrzydzeniem. Pierwszy film, w którym widok krwi sprawił, że poczułem się źle. To jest prawdziwy szczyt zdolności Tarantino. Jeżeli narzekaliście na brak nowinek w nowych Gwiezdnych Wojnach ? oto najlepsze lekarstwo. Przepiękny film, świetna historia, szok i niedowierzanie. Jestem oczarowany. Brawo. Prawdziwy ?Bad MotherFuc**r The Movie?.

    PS: Polecam oglądać w kinie typu IMAX, o ile macie tą możliwość ? film był kręcony na taśmie 70mm, przez co jest szerszy. W zwykłym kinie obraz będzie ucięty po bokach.

  13. Pewnie każdy z nas chociaż raz w życiu chciał przypomnieć sobie jak to mu się kiedyś żyło, co interesowało go kilka lat temu, albo chociaż jakiej muzyki słuchał. Ja właśnie dziś przypomniałem sobie jakim to ludzkim pomiotem byłem jeszcze kilka lat temu. Niech za przykład posłuży tego oto blog. Odwiedziłem go pierwszy raz od dobrych kilku lat, kompletnie o nim zapomniałem. Zapamiętałem go raczej jako coś dobrego i wiązałem z nim miłe wspomnienia, lecz dzisiejsza konfrontacja zatarła wszystko co było dobre. To wszystko okazało się tak złe, że postanowiłem to wszystko naprawić. Nie mam tu na myśli usunięcia bloga, a raczej w odpokutowanie zła które wyrządziłem temu portalowi.

    Niech zatem ma pokuta zacznie się od wypunktowania grzechów których dopuściłem się "pisząc" tego bloga.

    -Wpisy z wklejonymi utworami różnych zespołów.

    -Pisanie mimo bycia umysłową amebą.

    -Uważanie, że to co robię jest dobre (Na prawdę tak uważałem ;-; ).

    -Ignorowanie rad dawanych przez innych.

    -Założenie tego czegoś.

    Oczywiście znajdzie się tego znacznie więcej, ale chciałbym żebyście wy, moi drodzy czytelnicy napisali co według was było tu złe. Zapraszam do tej jakże wesołej zabawy i do następnego razu który nastąpi już nie długo. Żegnam

  14. ylrB0ID.jpg

    Mniej więcej w grudniu 2014 zacząłem ponowne przechodzenie Xenogears, z zamiarem zrozumienia wszystkiego, bo podczas pierwszego przechodzenia mi się ta sztuka nie udała. Cel uważam za zrealizowany - ponowne przechodzenie było dość żmudnym procesem, szczególnie że na drugiej płycie gra puszcza się poręczy (i winię za to głównie developerów, a nie budżetodawców). Niemniej jak już zacząłem proces opisywania, to teraz chcę go zakończyć, po ponad roku.

    KhppLzL.jpg

    Po aktywacji Gaetia Key, z dna oceanu wyłonił się fragment statku kosmicznego znanego z intra: Eldridge. Fei, pokrzepiony he he pogodzeniem się z Elly, wraz z resztą ekipy zakrada się sprawdzić, co się w tym statku kryje... [Omen starts playing] A kryje się tam bóg, Deus, Który w dodatku po dziesięciu tysiącach lat spoczywania w inkubatorze jest obecnie mocno nadgniłą skorupą. Po pokonaniu tej przeszkody ekipa dociera do głównego komputera statku, Razaela (Raziela), gdzie Citan odczytuje prawdę o Deusie, który jest tak naprawdę jest międzyplanetarną bronią stworzoną przez zaawansowaną cywilizację i jest zasilany przez Zohara, źródło energii nieskończonej. Zabawę przerywa Krelian oraz Grahf, którt swoim Alpha Weltallem rozsmarowuje nas po podłodze. Cała ekipa, oprócz Elly, zostaje spontanicznie ukrzyżowana (przy tej okazji zdarza się jedna z najgłupszych rzeczy w grach w ogóle: ukrzyżowane Chu-Chu), a nasza Elehaym rusza im na pomoc. Po dość skomplikowanych wydarzeniach Krelian nas wypuszcza, ale zagarnia Elly.

    dj76dQv.jpg

    Krelian, zadowolony z rezultatów, postanawia sam skorzystać z boskich mocy i efektywnie wyłącza komputery, w których przechowywani byli Ministrowie Gazel, tym samym zabijając ich na śmierć. Fei decyduje się w końcu odbić Elly i ekipa zakrada się do Merkavy, gdzie Krelian się zabunkrował. Tam na drodze najpierw staje nam Ramsus, który wyjaśnia, co jest powodem jego nienawiści do Feia - i okazuje się, że nasz antagonista narodził się w laboratorium Kreliana, ale gdy Karen (mama Feia), nad którą kontrolę przejęła już Miang, oznajmiła Krelianowi, że Fei-Kontakt się narodził. Efektem tego Ramsus wylądował, dosłownie, na śmietniku. Wygrzebał się stamtąd, przejął ciało jakiegoś pechowego chłopca i samodzielnie doszedł do tak wysokiej pozycji, jaką ma teraz. Ekipa i tak klepie Ramsusa, a zaraz potem walczy z Miang, bez żadnej przerwy na leczenie - i są to chyba najtrudniejsze walki w całej grze. Nagrodzeni zostajemy za to niezwykle ciekawymi scenami: bo i relikty Anima z naszych Omnigearów kompletują komputer obsługujący Deusa (taki był plan Kreliana zresztą), Ramsus się wkurza i ścina mieczem tak Miang, jak i Kreliana, Miang opanowuje Elly i strzela do Feia, a to i tak dopiero początek, bo Elhaymiang rozpoczyna infodump wyjaśniając bardzo dużo o Deusie, powstaniu cywilizacji, Zoharze, samej Miang i wielu innych sprawach kluczowych do zrozumienia fabuły. Po tym wszystkim Elhaymiang przystępuje do ostatniej fazy wskrzeszenia Deusa, Fei skacze za nią w otchłań a ekipa ucieka z Merkavy, któryż to pojazd przystępuje do systematycznego niszczenia tych resztek ludzkości, którzy nie zmienili się w organiczny materiał do odbudowy Deusa.

    0jxKd5P.jpg

    Ponieważ para naszych głównych bohaterów, Fei i Elly, jest tak jakby niedysponowana, to na fotelu narratora zasiadł Citan. Feia odnaleziono, w stanie jakiejś śpiączki czy paraliżu. Shevat, z wielkiej wdzięczności za pomoc, postanowiło go zamrozić w karbonicie, niczym Hana Solo. Citan uderza do Queen Zephyr z pytaniami dlaczego tak, a ta raczy go długą opowieścią o wojnie Shevat-Solaris, o tym jak Lacan i Krelian startowali do Sophii i że Krelian defaultowo był na straconej pozycji, jak to Shevat zdradziło swoich bojowników i w zamian za profity od Solaris zdecydowało się wydać Sophię i Sophia, z tradycyjną skłonnością do poświęceń, przeprowadza atak samobójczy na statki Solaris, by ratować Lacana i Kreliana. Chciała dobrze, ale przyniosło to skutek dokładnie odwrotny: obydwaj panowie dość mocno się wkurzyli na wszystko; Lacan odszukał Zohara i w wyniku niepełnego kontaktu z nim stał się Grahfem, a Krelian postanowił sobie stworzyć własnego boga. Część tych wspomnień obudziła się w zamrożonym Feiu i wyrwał się on ze swojego więzienia, aby samodzielnie odszukać Zohar.

    Ekipa podąża śladem Feia gdzieś do jakiejś jaskini na północy, gdzie Fei toczy wewnętrzną rozmowę z kawałkami własnej osobowości, próbując pozbierać się do kupy, a na zewnątrz jego Gear eee jest zamknięty w wielkiej macicy i inkubuje do nowej postaci, którą nadaje mu Id. Z pomocą przychodzi Wiseman, który okazuje się być, uwaga uwaga, tatą Feia.

    Fei tymczasem grzebie głęboko w swojej przeszłości i odkrywa całą paskudną prawdę: jak to jego mama Karen, opanowana przez Miang, przeprowadzała na nim okrutne eksperymenty; jak część jego osobowości wycofała się i zamknęła z dobrymi wspomnieniami, a wszystko co złe było spychane na inną osobowość: Ida, który z tego powodu jest taki wkurzony i niszczy wszystko. Głównym źródłem traumy jest to, że gdy po małego Feia przybył Grahf (czyli Lacan, który przeszedł na Ciemną Stronę Mocy), Fei uwolnił część swojej mocy, w wyniku czego Karen zginęła. Wszystkie osobowości Feia pogodziły się ostatecznie dopiero gdy ustaliły, że nie tyle "Fei zabił mamę" tylko "mama osłoniła Feia, uśmiechając się na końcu". Gdy każda część osobowości wreszcie przestała ukrywać własne wspomnienia, Fei mógł się stać na powrót jednością. Natychmiastowym skutkiem tego zdarzenia jest fakt, że Fei przypomniał sobie WSZYSTKO: czyli wszystkie wspomnienia swoich poprzednich inkarnacji: sprzed 10 000 lat, z ery Zeboim 4 000 lat temu, z czasów jak był Lacanem... I przypomniał sobie, dlaczego jest Kontaktem. W dużym skrócie Fei rozmawia z Wave Existence, czyli Bogiem uwięzionym w Zoharze. O co biega wyjaśniam w miarę kompletnie na nagraniu, ale dość powiedzieć, że uwięzione Wave Existence jest odpowiedzialne za te reinkarnacje Feia i istnienie Elly. Celem Wave Existence jest powrót do wymiaru, z którego został ściągnięty, ale w tym celu system Deus jak i Zohar muszą zostać zniszczone. Wtedy ścieżki sefirot do wyższego wymiaru zostaną otwarte i Wave Existence wróci sobie tam, skąd przyszło.

    8afUySh.png

    Po tych wszystkich rewelacjach trzeba jeszcze rozwiązać problemy obecne, czyli tata Feia to Wiseman ale równocześnie Grahf!, szczęśliwie nowy Gear Feia, niegramatycznie nazwany Xenogears, jest w stanie rozwalić Alpha Weltalla solo. Grahf znienacka poświęca się aby powstrzymać ponowną integrację Zohara z systemem Deus, dając naszej ekipie więcej czasu. W chwili refleksji Fei zabiera ekipę do miejsca, gdzie narodziła się ludzkość, czyli do komory z której wyszła pramatka, Myyah (pani z fioletowymi włosami, widziana w intrze). Koniec końców ekipa planuje atak na Merkavę, który udaje się aż za dobrze, ponieważ Deus wyrwał się spod kontroli i zaczął terraformować planetę, aby ją całą przekształcić w broń tudzież pojazd do podróży międzyplanetarnej.

    Po tych wydarzeniach ekipa znajduje się w ruinach Shevat, które zostało zestrzelone jakoś tak poza ekranem i nie wiadomo konkretnie w jakich okolicznościach. Rozmowa z Queen Zephyr wyjaśnia nieco naszą sytuację oraz dalszy los Ramsusa, który już do końca gry nie stanie nam na przeszkodzie. Ale również po raz pierwszy na CD2 wychodzimy na mapę świata, w sam raz przed końcem gry!

    fslmgff.jpg

    To idealny i w sumie jedyny czas by porobić sidequesty, co ochoczo robię. Przede wszystkim zjeżdżam tajemniczą windą do czegoś, co jest... Ruinami z ery Zeboim. Tam następuje opcjonalny flashback dotyczący Kima, czyli jednej z wcześniejszych inkarnacji Feia oraz Emeraldy. Polecam obejrzeć samodzielnie.

    Dalej odwiedzam różne opcjonalne lokacje, jak domek Taury, Duneman Island czy to, co zostało z Kislev, no i jest też powrót do domku Citana. Ponieważ nie zostało już nic innego do zrobienia, przyszedł czas na ostatni labirynt w grze: amalgamat zniszczonej Merkavy i Deusa.

    Ostatni labirynt jest niełatwy i skomplikowany, natomiast jeśli się wie jak iść, to nie jest na szczęście jakiś czasochłonny, o dziwo. Tak docieramy do ostatnich walk w grze. Po rozklepaniu czterech pomocników Deusa i z moim ekwipunkiem walka z de facto finałowym bossem jest raczej krótka i przez to może wręcz antyklimatyczna. Efektem naszej walki jest to, że Zohar i Deus, a przynajmniej jego główna postać, zostały zniszczone, a Wave Existence wraca do swojego wymiaru. Elly jakąś tam swoją cząstką mocy unosi resztki Deusa na orbitę, aby energia wyzwolona podczas powrotu Wave Existence nie zniszczyła planety. Ponieważ tylko Gear Feia może się poruszać po zniszczeniu Zohara, nasz bohater samotnie wyrusza na pomoc. Rzeczy robią się trochę dziwne, bo spotykamy Kreliana i toczymy z nim (pseudo)filozoficzną dysputę, która ma zostać rozstrzygnięta, a jakże, za pomocą ostatniej walki w grze, której znaczenie staram się wyjaśnić na nagraniu. Zakończenie przedstawia krótką scenę z Krelianem, którego ostatecznym celem był powrót do Boga i mimo tylu popełnionych okropności zrealizował swój cel, a Fei i Elly bezpiecznie wracają na planetę. Na sam koniec gigantyczne fakju od twórców gry, czyli plansza z napisem "koniec epizodu piątego", co jest bardzo irytujące, gdyż pozostałe epizody nigdy na dobrą sprawę nie powstały.

    5H5NSHV.jpg

    Jak ktoś chce jeszcze posłuchać o Xenogears to zapraszam do

    . Jak ktoś chce jeszcze poczytać o Xenogears, to zapraszam do in-depth wpisów blogowych tutaj i tutaj.

    Jeśli ktoś chce zobaczyć najnowszą grę twórcy Xenogears, to zapraszam na inną

    . Do zobaczenia i usłyszenia!
  15. Powiedziało się A, potem B, potem C, więc wypada skończyć ten alfabet. Na D. Zasadniczo z wydawnictw Tesseract mógłbym poruszyć jeszcze temat Odyssey/Scala, ale powiedzieć o nim można zasadniczo tyle, że zawiera w sobie zbiór wersji live niektórych utworów grupy z ich tourze po Europie, a także DVD z zapisem koncertu o tajemniczej nazwie "Scala" z Londynu. Ogląda i słucha się tego przyjemnie, szczególnie, że na wokalu ponownie mamy Dana Tompkinsa, więc znane już utwory z Altered State mamy okazję posłuchać w nieco odświeżonej wersji. Na Odyssey/Scala generalnie jestem trochę zły, bo po raz pierwszy słysząc o tym "nowym" albumie, zapaliłem się momentalnie niczym Most Łazienkowski (już odnowili, można się z tego śmiać), a okazało się, że to starocie pozbierane do kupy, i ekscytacja siadła. Wierni fani mogą to sobie sprawić i spędzić nawet miło czas.

    Ej dobra, ale nie o tym miała być mowa. Tematem głównym tego artykułu jest najnowszy album kwartetu z Wielkiej Brytanii o tytule przywodzącym na myśl jeden ze starych hitów Megadeth - "Polaris". Z napisaniem recenzji żem się jak widać nie spieszył, bo premiera miała miejsce we wrześniu (!) już minionego roku, co nie zmienia faktu, że nawet po tych - nastu przesłuchaniach krążek nadal wydaje się świeży i daje kopa tak samo mocno.

    tesseract-polaris-cover2015.jpg

    Nowy album zamyka się w trochę ponad trzech kwadransach i zawiera 9 utworów. Wydaje się to trochę słabym wynikiem, szczególnie mając w pamięci o ponad dziesięć minut dłuższe i ogólnie bardziej "epickie" Altered State, choć należy chyba przyjąć, że wynika to z decyzji artystycznej, a nie braku materiału - chłopaki zdali się tu przyjąć nastawienie na bardziej zwarte, konkretne kawałki, zamiast długaśnych segmentów znanych z wcześniejszych dokonań. Największą zmianą w stosunku do płyty poprzedniej jest jednak wspomniany już wcześniej powrót Daniela Tompkinsa. Ashe O' Hara i reszta zespołu rozdzielili w pewnym momencie swe drogi ze względu na różnice w wizjach tego, jak zespół miał się dalej rozwinąć, Dan natomiast zakończył współpracę ze świetnym skądinąd Skyharbor i tak oto Tesseract powrócił do oryginalnego składu.

    tesseract-07102014-3.jpg

    I to słychać w muzyce - to, co serwują nam tym razem muzycy, brzmi jak coś pomiędzy "One" i "Altered State", z kilkoma niestety aż nazbyt znajomymi pomysłami, ale też paroma niesamowicie świeżymi i zaskakującymi kawałkami. Album otwiera przyjemnie mruczące i jednocześnie trzęsące w posadach "Dystopia", przechodzące płynnie w "Hexes". Te dwa pierwsze kawałki pełnią nieco podobną funkcję wprowadzającego aktu, tak jak "Proxy", "Retrospect", i "Resist" na poprzednim krążku. Nie będzie tu nic, co by słuchacza jakoś wybitnie zaskoczyło, ale należy docenić dopracowane i dopieszczone brzmienie (serio, to jak przyjemny masaż dla mózgu aplikowany przez uszy) i nadal nieustający talent Dana, choć muszę też zauważyć, że brzmi tym razem jakby łagodniej, wokal nie wybija się nigdy na pierwszy plan - zabrakło nałożonych na siebie warstw wokalnych imitujących chórki tudzież vocoder z poprzedniej płyty, ale także, co nieco rozczarowujące, nie ma także charakterystycznych dla Dana przeciągłych, rozdzierających screamów (pamiętacie "Eden" na "One"?). W efekcie wokal brzmi miejscami po prostu płasko i nie wywołuje ciarek na plecach jak ongiś. Widać to ze Skyharbor mu jednak pozostało, tam też jego obecność nie odznaczał się jakoś bardzo mocno.

    Następujący po energetycznym wprowadzeniu "Survival" delikatnie sugeruje bardziej skoncentrowany, zwarty kierunek, w jakim poszli na omawianej płycie muzycy, gdyż mamy bardzo singlowo, niemal rockowo brzmiący kawałek, z ciekawą tym niemniej linią rytmiczno - melodyczną. Potem nastrój zmienia się w bodaj najbardziej jak dotąd w karierze zespołu liryczny przy okazji "Tourniquet" - tutaj delikatniejszy wokal Dana i wycofana, nieco senna instrumentalistyka akurat lśnią, niestety pod koniec utworu każdy fan będzie miał poczucie lekkiego deja vu, bo finał piosenki przypomina, a właściwie jest niemal tym samym, co wcześniejsze "Exile". Nie spodobało mi się takie cytowanie samego siebie, szczególnie, że całość płyty naprawdę nie jest zbyt długa, a zabieg ten w późniejszych utworach można zauważyć jeszcze kilka razy. Z drugiej strony być może narzekam trochę na wyrost, w końcu każdego kawałka słuchałem więcej razy, niż ustawa przewiduje...

    tesseract-2014.jpg

    Po tej miłej, choć miejscami nazbyt znajomo brzmiącej balladzie następuje pierwsze pozytywne zaskoczenie i jeden z jaśniejszyc punktów nagrania - "Utopia" - rzecz brzmiąca przede wszystkim bardzo niepokojąco, ale też po klimatycznym intro przeradzające się w coś, co na myśl przywiodło mi... Michaela Jacksona, tylko w wersji DJONT naturalnie. Pourywane, rytmiczne dźwięki gitary, nieoczywista perkusja, i niemal wypluwane bardziej, niż śpiewane wersy Tompkinsa - super, właśnie więcej nowych pomysłów takich, jak ten bym chciał! Niestety moje oczekiwania nie znajdują spełnienia w kolejnym utworze pt. "Phoenix", do którego jakoś nadal nie mogę się dostroić - brzmi mi raczej na coś, co mogłoby się znaleźć na płytce pt. "Previously unreleased songs". Ale to moje zdanie.

    Poziom trzyma za to "Messenger", który od pierwszych sekund atakuje nas połamanym riffem i nie odpuszcza aż do samego końca nieco ponad trzech minut trwania. Skutecznie do machania głową nastraja także rozwijające się przed słuchaczem z każdą sekundą "Cages", które w samym finale zaskakuje chwilowym screamem Dana - tego się nie spodziewałem, aczkolwiek trwa może ze trzy sekundy, więc uznałem ten wybryk za wyjątek potwierdzający regułę.

    Album kończy rzecz, podczas słuchania której nie ma szans, żeby nie pojawiła się gęsia skórka - piękna ballada w metrum 3/4, z refrenem godnym wielkiego finału. W ostatniej minucie natomiast album się rozpływa w powietrzu i ginie gdzieś w odmętach eteru.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo

    Całość pozostawia ogólnie miłe wrażenie. Jest kilka nowych, naprawdę pozytywnie zaskakujących pomysłów, jest kilka chwil emanujących wręcz emocjami, są dla odmiany niezależne, nie dłuższe niż 4 - 5 minut singlowe kawałki, od strony technicznej brzmiące lepiej niż kiedykolwiek. Balans przesterowanych gitar, wytłuszczonego basu i perkusji został wyważony perfekcyjnie. Niestety, jest też kilka "zrecyklingowanych" zagrywek, wokal Dana nie zawsze jest wybitnie interesujący, i ogólnie nie wydaje się, jakoby muzycy tworzyli tutaj nową jakość - i być może nikt by od nich tego nie oczekiwał, gdyby nie przecież przełomowe poprzednie płytki. Ale w zasadzie nie wiem, co mogliby zrobić, żeby znowu całkiem zaskoczyć słuchacza - chyba że całkowicie zmieniliby gatunek muzyczny np. na country, albo indie pop. Nie wiem.

    Co oczywiśćie nie zmienia faktu, że naturalnie gorąco polecam i to wydawnictwo. O ile jednak Altered State w systemie liczbowym dałbym coś w okolicach 9+/10, tutaj przyznaję takie 7+, albo w porywach 8.Tym samym wreszcie kończę natenczas temat grupy Tesseract i mogę zacząć pisać o czymś innym (tak, bo do tej pory nie mogłem, rzecz jasna).

  16. I jestem zafascynowany! Tak, to nie był tak dobry film jak Oryginalna Trylogia, ale też mogę to nazwać Gwiezdnymi Wojnami, a nie porażką w stylu Prequel Trylogii. Aby ocenić ten film trzeba się dobrze zastanowić po której stronie jesteśmy ? czy to fanami, których Gwiezdne Wojny wychowały, czy może zwykłymi odbiorcami, którzy lubią sagę, ale w sumie raz obejrzeli i tyle. Ja tutaj jestem po tej pierwszej stronie, łzy szczęścia jak zobaczyłem napis "Episode VII" oczywiście poleciały, więc już czułem, że jest dobrze.

    J.J.Abrams wiedział czego chcą fani. Po niezbyt dobrej Prequel Trylogii otrzymaliśmy hołd w stronę Oryginalnej Trylogii. Problemem może być to, że w sumie można by to nazwać remake'm Nowej Nadziei, że mało jest nowości, że wiele elementów się powtarza. Gwiazda Śmierci? Jest. Poszukiwanie droida po pustyni? Jest. Osoba nie znająca swoich rodziców, wychowująca się na pustyni obdarzona wielką mocą? Jest. Śmierć postaci bardzo ważnej dla fabuły i dla głównych bohaterów? Jest. Tylko czy to źle? Nie wiem jak Wy, ale jeśli miałbym dostać taki eksperyment jak Mroczne Widmo to już wolę coś takiego. Tylko oby następny epizod już nie był Kontratakiem Mocy. Na szczęście przed nami jest jeszcze Rogue One, który jako tako wzoru nie będzie posiadał, więc tutaj będziemy mogli określić kreatywność twórców.

    Wracając do fabuły ? tak trochę dziwne jest to powstanie Ruchu Oporu. Po co? Ruch oporu miałby sens 30 lat wcześniej kiedy to Imperium rządziło galaktyką, a nie teraz, gdy siły były mniej więcej wyrównane. Republika nie ma armii czy co? Kolejny mankament filmu, czyli Najwyższy Porządek. Tak jak sama koncepcja wygląda ciekawie, tak zastanawiam się skąd to powstało. Pewnie dostaniemy jakieś książki, które to wyjaśnią, ale oceniam tutaj film, a nie całe uniwersum. Fabuła trzyma się kupy i mogę przymknąć oko na te zbiegi okoliczności. Jedyne co mogę zarzucić to ten brak oryginalności i walkę Finna z Kylo Renem. O ile w przypadku Rey jest to jako tako uzasadnione, bo już było wiadomym, że jest w posiadaniu wielkiej Mocy, tak Finn był przecież zwykłym szturmowcem, który jeszcze nie tak dawno zostałby pokonany w zwykłym pojedynku z innym szturmowcem. Co z tego, że Kylo był ranny, skoro powinien sobie z nim spokojnie poradzić? Natomiast walka z Rey była świetnie zrealizowana. Ona, odkrywająca swój potencjał, swoje możliwości, a także Ren, który jak dobrze wiemy nie ukończył jeszcze szkolenia. Ten wariant mogę przyjąć.

    No i Luke, a raczej jego brak. Tak, odejście miało sens, ba, było przewidywane już w Powrocie Jedi, kiedy to Lawrence Kasdan proponował Lucasowi alternatywne zakończenie, w którym właśnie Luke udał się na wygnanie, a śmierć poniósł Han Solo. Mogliby jednak dać jeszcze kilka minut, na rozwiązanie tego kim jest Rey, a tak to będziemy musieli czekać jeszcze 2 lata.

    Oceńmy więc postacie. Na pierwszy rzut oczywiście Rey, w którą wciela się Daisy Ridley. Postać ta jest świetna, charyzmatyczna i wzbudza sympatię widza. Nie wiemy kim ona jest, więc internety mają duże pole do popisu, a pewnie rozwiązanie poznamy przy premierze ósmego epizodu. Brakowało mi dobrych postaci żeńskich w sadze i poza Leią nikogo takiego według mnie nie było. A skoro już jesteśmy przy Lei, to niestety trochę trzeba ponarzekać. Nie dostała dużo do zagrania, ale jednak stała się nudnawa, nic ciekawego do fabuły nie wprowadzała. Carrie Fisher w Oryginalnej Trylogii wykreowała świetną postać, natomiast tutaj jest to po prostu nijaka osoba. Dużo lepiej przy niej wypada Harrison Ford i jego Han Solo. On tutaj znowu wypada świetnie i po raz kolejny wykazuje się swoim kunsztem aktorskim. Chewie, we're home, albo propozycja zrzucenia tamtej dowódczyni do zsypu śmieci (co oczywiście jest nawiązaniem do Nowej Nadziei) były fenomenalne. Szkoda, że już go nie zobaczymy, no ale tak bywa, nie? Starsi muszą odejść by ustąpić nowym. Kolejną postacią do ocenienia jest Finn, w którego wciela się John Boyega. Niestety, ale jest to w mojej opinii najsłabszy element całego filmu. Nie jest źle, jest poprawnie, ale zdecydowanie mogłoby być lepiej. Miał bardzo dużo do zagrania, ale coś mu to nie wychodziło.

    Przejdźmy więc na Ciemną Stronę Mocy. Kylo Ren, w którego wcielał się Adam Driver to postać trudna do oceny. Z jednej strony w masce prezentował się świetnie, wzbudzał swego rodzaju grozę, ale jednak bez niej tracił bardzo wiele. Wyglądał na chłopczyka, który chce być tym złym, ale jednak jest zbyt dobrym. Może taki był zabieg scenarzystów, ale wiecie no, troszkę przesadzono. Zastanawiają mnie motywacje, które przeciągnęły go na Ciemną Stronę Mocy i pewnie również i to wyjaśnione będzie w książkach. Dużo lepiej prezentował się Snoke, aczkolwiek jest to kolejna postać, którą trzeba wyjaśnić, bo o ile jednak władanie mocą u Rena jest wyjaśnione, tak u niego jest zagadką. Może jest jakimś dawnym uczniem Imperatora, który uznawał, że skoro Imperium rządzi to można mieć więcej uczniów i złamać zasadę dwóch? Pożyjemy, zobaczymy. Mało kto pewnie zwrócił na to uwagę, ale wcielał się w niego jak zwykle genialny Andy Serkis. Kiepsko wypadł Generał Hux, który ani nie wzbudzał strachu, ani sympatii. Miałem nadzieję, że w końcu Ren go zabije, tak jak Vader pewnie dawno by to już zrobił.

    Humor filmowi dopisywał. BB-8 jest świetny, a scena z zapalniczką była wyborna, podobnie jak moment gdy Finn bandażował Chewbaccę. Cieszy, że nie zdecydowali się na "humor" z Prequel Trylogii i postać w stylu Jar-Jar-Binksa.

    Od strony audiowizualnej było dobrze. Muzyka była przyzwoita, aczkolwiek nie ma tutaj utworów, które będę sobie z nudów w domu uruchamiać do posłuchania. Na szczęście efekty wyglądają świetnie i od strony wizualnej nie ma się czego wstydzić. Bitwy robią wrażenie i ogółem było bardzo dobrze. Widać, że było to bardzo ważnym elementem w procesie tworzenia, więc za to należą się twórcom gromkie brawa.

    Solidne 8/10, można i się doszukiwać tutaj oceny 8+. Przebudzenie Mocy jest nowym otwarciem dla młodszych fanów, a także hołdem dla starszych. Film ten bada rynek, daje fanom to, czego chcieli. Bawiłem się świetnie.

  17. Idorustorm

    • 2
      wpisy
    • 5
      komentarzy
    • 2143
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    5tSx03u.jpg

    Vitam, dzień dobry.

    Kolejny rok zleciał, więc nadszedł czas na obligatoryjne podsumowania mijającego roku na tematykę z różnego spektrum od hodowli alpak do growych przeżyć i osiągnięć. W kwestii 3DSowej udało się mi trochę założonych do zaliczenia tytułów zaliczyć, trochę niespodziewanych tytułów wpadło, a od niektórych ponownie się odbiłem. Do tego wielkie N średnio rozpieszczało w tym roku w kwestii tytułów na kieszonkonsolkę, więc głównie na tapecie było nadrabianie (rosnącej) górki wstydu. Godzinowo może nie jest hardkorowo (pewnie przez niezłapanie się na MonHunową jazdę), ale i tak co spędziłem z handheldem to spędziłem i napisać wrażenia o tym można.

    Honorable Mention #2

    Kid Icarus Uprising

    11:14

    44OhqfFs.jpg

    Gdyby Uprising miałby być przeniesiony do formy filmowej, to nie mogę go sobie wyobrazić inaczej niż w formie takiej klasycznej rysowanej animacji Disneya z lat 90. Banda zróżnicowanych i fajnych bohaterów, akcja lecąca do przodu z rollercoasterem emocji, świetna muzyka i animacja. Przygody Pita właśnie takie dla mnie były. Miałem ucieszoną gębę słuchając wesołych komentarzy ze strony Paluteny czy Viridi, wytrzeszczałem oczy przy pierwszych chwilach pojawienia się Aurumów, czy z podniesioną konsolą zmierzałem do epickiej walki z kolejnym ciekawym bossem. Świetna intensywna opowieść na parę wieczorów.

    Rysą, taką z rodzaju tych depresji geologicznych, był myk z Circle Padem Pro i sterowanie jako takie. Wsparcie dla CPP w MGS3D, czy MonHunie 3 to przybliżenie do sterowania z dużych konsol, alternatywa do normalnego bez dodatkowych przycisków i grzyba. A przy przygodach Pita mogłem sobie poużywać grzybka z CPP zamiast grzybka z konsolki. I tyle, całe mazianie po ekranie zostawało. Po paru misjach się przyzwyczaiłem się do sterowania stylusem, ale trochę soli pozostało z braku alternatywy.

    Honorable Mention #1

    Hatsune Miku Project Mirai DX

    15:33

    NRjmL0qs.jpg

    Weaboo sheet. Japoński/animcowy pop nie jest mi obcy, ale nigdy jakiegoś większego zachwytu nad Hatsune Miku nie miałem. Ot znałem parę sensownych kawałków, gdzie vocaloidowa panna od pora nie brzmi wnerwiająco piskliwie. Dlaczego więc ten tytuł w topce? Grę kupiłem po tym, jak pewien tytuł z pozycji numer 4, nakręcił mnie na gry muzyczno-rytmiczne. Project Mirai, troszeczkę lżejsza odnoga Project Diva z załączoną reklamą Nendoroidów, to kawał świetnie dobranej rozrywki. Większość utworów jest bardzo fajna (może z 5 "piskliwych" mogę naliczyć) i zróżnicowana pod względem stylistycznym. Ja, jako raczej cep w grach rytmicznych, mogłem spokojnie wejść w rozgrywkę przy dobrze wyważonych poziomach trudności. Szczególnie mnie zdziwiło, jak dobrze mi się grało pacając stylusem po dolnym ekranie, gdy zwykle wolę fizyczne przyciski do wszystkiego co się da. Do tego normalnie wydana u nas wersja PuyoPuyo (jakie to dobre), no i można się pobawić takim prostym muzycznym edytorem. Lub podkładać wesołe rzeczy pod jego animacje.

    10. The Legend of Zelda: Ocarina of Time 3D

    26:30

    DkQ25Eas.jpg

    Tego tytułu chyba nie trzeba przedstawiać. Oryginał z N64 to gra legenda, grzejąca pierwsze miejsce w większości rankingów wszechczasów (no chociaż ostatnio >Undertale na Gamesfaqs). Tymczasem, w mijającym roku, pierwszy raz miałem okazję zapoznać się z tym tytułem. Dotąd Zeldy były dla mnie znane przez te dwuwymiarowe odsłony z Gameboya, jak Minish Cap dla przykładu. Pewne obawy były z tego powodu, ale odświeżona Ocarina i przy okazji sam koncept trójwymiarowych Zeld przypadły mi do gustu. Raczej nie czuć tu wieku oryginalnego materiału - szczególnie, gdy sterowanie na kieszonkonsolce jest wygodne, ulepszona grafika cieszy oko, co wywołuje megafrajdę pod względem gameplayu. Trochę można psioczyć na pewne elementy historii (>pomocność Zeldy w OoT), ale samo uczucie przygody towarzyszyło mi od pierwszych chwil w środku Deku Tree. Wiele labiryntów ma bardzo fajne myki, z moim ulubionym Water Temple i ganianiem za poziomem wody na czele. Co do bossów - chyba najbardziej zapamiętałem Bongo Bongo ("daj noże wcelować skurczybyku") i Twinrova. Ogólnie polecam, a sam będę musiał wreszcie znaleźć czas na przejście Majory. No i czekam, aż pewien znany letsplejer skończy lp Wind Wakera, to i Phantom Hourglass wpadnie na tapetę.

    9. Fire Emblem Awakening

    27:02

    KU6IYmgs.jpg

    Iii jedyna pozycja na tej liście, która wróciła na kupkę wstydu pomimo rozpoczęcia w tym roku. Grę ruszyłem tak przy okazji pierwszej zapowiedzi nowych odsłon serii, później znanych jako if/Fates, bo "wypadałoby poznać przed premierą następnej części". No i Lucina to jedna z moich dwóch ulubionych postaci w Smashu, więc też tak trochę głupio nie znać. Tytuł okazał się całkiem fajny pod względem taktycznego rpga, jak i tych quasipersonowatego rozwijania związków między bohaterami. W pierwszej kwestii gra okazała się całkiem przyjazna i problemy właściwie sprawiała tylko przy tym wieśniaku na jednej z misji pobocznych (perma death on spowodował parę resetów przy nim), reszta głównych już szła bez problemów i zbytniego wykorzystywania Freda (przed czym mnie większość znajomych ostrzegała). Pewna zasługa w tym dlcków od grindu, gdzie swoją drogą Nintendo pozwoliło sobie przy FE:A spamować dodatkami niczym dobry zachodni wydawca przy tytule AAA. Z drugiej kabany o której wspomniałem, całkiem zacnie zrobione interakcje między postaciami wyjaśniają popularność gry - Nowi, Tharja, Sumia czy Anna zapadają swoimi akcjami na dłuższy czas w pamięci i chce się rozwijać kolejne związki/przyjaźnie jeszcze szybciej. No i female Marth a cutie, dziękuje Sakurai za twoje fanbojstwo i wrzucenie jej do Smasha.

    Późną wiosną udało mi się doczłapać do końca pierwszej części gry (aka skończyłem misję przed time skipem) i jakieś inne rzeczy plus lekkie znużenie dość długimi partiami, odepchnęły mnie od FEA. Zapewne za jakiś czas, zapewne jak hajp związany z wydaniem Fates czy Corrina w Smashu narośnie na internetach, to i wrócę do tego tytułu. Bądź co bądź, best daughteru czeka.

    8. Etrian Mystery Dungeon

    28:28

    zDdyELIs.jpg

    Eksplorowanie labiryntów intensyfikujące. EMD pod względem założeń gameplayowych to głównie całkiem przyjemna rogalizna z nurtu "tajemniczych podziemi" od Spike Chunsoft, zmieszana z kolejną grową marką. Tym razem chociaż pasującą pod względem tematyki łażenia po labiryntach. Klimatycznie Etriana jest tu na tony, co mi się mocno spodobało - na start mogłem spokojnie zrobić prawie ten sam skład co w EOIV, wiedziałem jak konkretnie rzucać skillami, pewne podstawowe założenia co do mobków i FOE (jeleń :* ) zostały takie same. Do tego, mimo braku rysowania map, cały czas czuć tu pociąg do odkrywania kolejnych poziomów zagadki bursztynowego drzewa - człapania przez przepiękne lasy, zaśnieżone kotliny, czy ruiny. I do tego dodatkowe bajery jak na przykład rozbudowa miasta. Bueno. Trochę jedynie brakuje jakiej większej interakcji lore/historii podczas łażenia po normalnych poziomach labiryntu (acz to głównie przez losowo generowane podziemia), no i braku linek ariadne w sklepie. Upierdliwość straszna.

    7. Pokemon Alpha Sapphire

    36:01

    S4ShiXes.jpg

    Hoenn confirmed, podejście too much water. Dopiero w tym roku udało mi się przysiąść do najnowszych remaków i je spokojnie skończyć. Wrażenia zacznę od tego, że jest badziewnie, wręcz banalnie, prosto. Gra jest megakażualowa. Tak, tu oczywiście może włączyć się u niektórych pewne zdanie, lecące mniej więcej w sposób: "mogłeś wyłączyć Exp Share?a". Ok, w porządku. Ale czemu w przypadku XY, Gamefreak jeszcze potrafił zbalansować tak grę, że nie stanowiła linii prostej bez wyzwań. Były miejsca, w których trzeba było się pobawić w wykorzystywanie słabości danych poków, czy użycie tego lub innego megasa w danej chwili. W ORASie nawet tego brakuje i po prostu prze się do przodu i po tych trzydziestukilku godzinach miałem zmaxowane poki i praktycznie nic do roboty w singlu. Brakuje sensownego postgame, który tak przecież błyszczał przy odniowionej drugiej generacji, czy Black2/White2. Usunięto nawet tak przyjemne pierdoły jak zbieranie ciuszków, nie ma walki o jakieś mało znaczące tytuły. No i w dalszym ciągu GF nie potrafi zoptymalizować silnika, by nie dostawał czkawek przy niektórych animacjach bitewnych poków na starym 3DSie. Nic, schluss, basta.

    Narzekania kończą się tutaj. Swoje jednak w tę grę obgrałem mimo wszystko, ten wciągający pokemoniasty myk w tej grze ciągle jest. Z nowości na pewno najfajniej wypadało latanie pokami w przestworzach. Świetnie to wyszło i mam nadzieję, że GF nie odwali tutaj "ubrania są tylko dla Kalos" i rozwinie tę opcję w kolejnych odsłonach. Kolejny ficzer, który powinien zostać na stałe, to genialny radar i kompletowanie mapek. "Złap je wszystkie" staje się przyjemniejsze dla graczy, którzy nie tylko skupiają się na kieszonkowych stworach. Do tego fajne jest łapanie legend po zakończeniu fabuły - może trochę umniejsza respekt na dzielni z posiadania tego "mitycznego poka numer 5", ale trochę przybliża stare legendy dla nowych/mających przerwę graczy. Ogólnie jest średnio dobrze, acz grywalnie, czekam na Z-kę.

    6. Senran Kagura 2: Deep Crimson

    37:06

    VMBeLPxs.jpg

    Jakby to powiedział pewien znany letsplayowiec i streamer: witam witam, cycki.

    Wesołe przygody hojnie obdarzonych dziewoj ninja, odsłona druga. Na pierwszą część napatoczyłem się trochę przypadkiem i żartem, a skończyło się na ponad czterdziestu godzinach przedniej beat?em upowej zabawy polanej fanserwisem. Druga część, gdy została zapowiedziana na zachodzie, stała się więc jednym z ważniejszych tytułów do zagrania w roku 2015. I nie zawiodłem się, bo Deep Crimson to więcej i lepiej starego mięsa, jak i sporo nowości. Wesoła intensywna historia, fanserwis który imo nie przegina jak w odsłonach na Vitę, wciągający gameplay machający się od 2.5d beat?em upa do sieczki przypominającej gry z serii Musou. Cały miks w podstawce świetnie mi się ograło, do tego część postaci wnerwiających mnie w jedynce, sporo zaplusowała i rozwinęła się w drugiej odsłonie (chociażby Hibari). Do tego dlcki, które są klasą samą w sobie - jeden nawet zamienia grę w całkiem fajnego shoot?em upa. Jeśli chodzi o minusy - imo jest trochę prościej z przejściem fabuły niż w jedynce, bo druga postać potrafi ładnie uratować tyłek w razie potrzeby. No i trochę krótko mimo wszystko.

    Ps.: europejska limitka z soundtrackiem jest bardzo spoko.

    5. Pokemon Platinum

    37:14

    Z6wNbSws.png

    Eine kolejne Pokemony na liście. Moje pierwsze spotkanie z czwartą generację ogólnie i całkiem na plus. Mile było zagrać w coś, co samo nie pcha gracza do przodu i wymaga trochę odpowiedniego ustawienia składu stworków i ich wystawiania pod kolejnych trenerów. Oczywiście dochodzi tutaj lekka grindówa w pewnych momentach, ale po ORASie było to wręcz odświeżające przeżycie dla kogoś zagrywającego się kiedyś godzinami w pierwszą i drugą generację. Z drugiej strony, pewne rzeczy mogłem docenić w nowszych odsłonach - odsłony sinnohowe mają straszliwie ślamazarny silnik walki. Gamefreak, Gamefreak nigdy się nie zmienia i coś zawsze pod względem technicznym skopać powinien. Ot taka wesoła tradycja. Do tego startery z Platinum są imo nijakie klimatycznie i pod względem umiejek, w porównaniu do tych z innych części. Są z rodzaju tych mocno obojętnych graczowi. Ogólnie jednak platynowa jazda była raczej bardzo wesoła.

    4. Theatrythm Final Fantasy: Curtain Call

    39:40

    CUDDs0ss.jpg

    Moja znajomość z serią Final Fantasy można określić bardziej jako "znam i kojarzę", niż "ograłem". A z rzeczy które się "zna/kojarzy" z tego multiwersum, muzyka jest na jednym z czołowych miejsc. To jeden z głównych powodów zainteresowania TFFem, acz poza tym, mam takie lekkie pozytywne uczucie do gier muzycznych. Mimo swojego mocno średniego skilla w nich, szczegół. Zakup został dokonany i szybko okazało się, że zaserwowano mi "jakie to dobre" danie 3DSowe do którego będę wracał wielokrotnie. TONY muzyki z niemal każdej odsłony Fajnala, połączona z naprawdę genialnym i wciągającym pacaniem po ekranie/naciskaniem przycisków. Właśnie, naciskaniem, które w tym przypadku sprawdziło się u mnie dużo lepiej, niż we wcześniej wymienionym Project Mirai. Rysikiem idzie mi gorzej z wyczuciem rytmu, ogólnym wejściem w dane utwory. Sama gra proponuje szybko urozmaicenie w obgrywaniu muzyki. Questy są świetnym sposobem obgrywania kolejnych kawałków, będąc swoistymi playlistami. Zaliczałem je dość często i nawet przelazłem na średni poziom trudności przy większości kawałków. Następne multi, które mimo aktualnie już trochę średniej popularności, zostało bardzo fajnie zrobione ze wszystkimi power-upami i przeszkadzajkami. Trzymanie się blisko punktowo jakiegoś mieszkańca KWW to bardzo satysfakcjonujące uczucie. Są też singlowe wyzwania zrobione na modłę tych przeciw graczom i można pobawić się solo w zdobywaniu coraz to lepszych pozycji. No i jeszcze jest masa bonusów do odblokowania, a dla spragnionych więcej kawałków w dlckach. TONY kawałków z Fajnali, jak i innych gier Square (Enix) - od Chrono Trigger do Bravely Default.

    Teoretycznie i pewnie praktycznie TFF:CC najlepiej smakuje ze znajomością kolejnych odsłon tej ikonicznej serii. Ale jeśli nawet nie zna się zbyt dobrze Fajnali, to imo Curtain Call jest pozycją obowiązkową na 3DSa. Świetny zestaw muzyki plus świetny gameplay.

    3. Project X Zone

    58:24

    1yelsBos.jpg

    Lubię crossovery. Zwykle takie miksy filmowe, animowane, czy growe podchodzą do najróżniejszych składów w lżejszy i bardziej wesoły sposób, nie tracąc przy tym masy akcji przy okazji. Tak jest i przy PxZ, gdzie banda postaci z japońskich tworów, robi sobie masową wycieczkę międzywymiarową połączoną z ganianiem "za tymi złymi", tworząc zabawne interakcje przy okazji. Przypomniałem sobie paru starych znajomych (Zengar i jego fetysz mieczowy), jak i parę produkcji doszło na "kiedyś bliżej się zainteresować" (najbardziej Sakura Taisen i Resonance of Fate, jak kiedyś będę miał odpowiednie konsole). Sam gameplay, który wcześniej już przez demo poznałem, można określić jako rzemieślniczy poziom. Są pewne rzeczy do których trzeba się było chwilę przyzwyczaić (trochę zręcznościowy system tur), do tego każda nowa parka i solo jednostki wprowadzały trochę świeżości. Niestety po odkryciu większości kompanii, zabawa zaczyna trochę przynużać, a w końcówce odwala lekki bullshit spamując jednostkami bossowymi. Jeśli ktoś jednak lubi srpgi i siedzi w japońszczyźnie - takie rzeczy już pewnie widział, a dla fanserwisu warto.

    2. Pokemon Shuffle

    62:07

    vIoHVths.png

    Oh boy, here we go. Z trzech tytułów pokemoniastych, które najwięcej czasu mi zżarły w 2015 roku, najwyżej znalazł się tytuł f2p z mikrotranzakcjami i ograniczeniami. Sam osobiście wydałem na produkcje równe zero złociszy i należę do osób, które raczej świetnie się bawiły tym tytułem. Przelazłem podstawową kolejkę poków z premierowego wydania, złapałem parę stworków z EX-Stage czy megasów. Ludzie narzekali przy tej produkcji na ograniczenia, ale filozofia stojąca za Shufflem jest dość typowa dla mobilek - krótkie partyjki pomiędzy innymi czynnościami/grami i człowiek spokojnie olewa limit serduch, a ilość złota jest wystarczająca.

    No i patrząc pod względem ogólnym, to Shuffle jest jednym z tych kroczków Nintendo do uwspółcześnienia. Czy ktoś pod koniec 2014 roku powiedziałby, że doczekamy się tytułów od N na komórki? Trochę z ciekawością, trochę z obawami, czekam na to co nam Marianowa firma przyniesie podczas następnych 12 miesięcy i to nie tylko pod względem NXa.

    1. Etrian Odyssey IV: Legends of the Titan

    96:47

    0KmrP2Q.png

    Jestem z natury leniwym człowiekiem wolącym domowe zacisze, ale czasami udaje mi się wyczłapać z domu na przysłowiowe łono natury. Trudnym to nie jest, bo mieszkam w raczej małej miejscowości, lasy niedaleko, pola jeszcze bliżej. Lubię wtedy rowerem czy z buta, przemierzać swoje okolice i oglądać najróżniejsze lokalne krajobrazy, słuchając jakichś spokojnych instrumentalnych kawałków. Taki eksplorator dla własnej wiedzy i odczuć. Jesienne lasy, letnie łąki, wiosenny park i muzyka, dajmy na to, Jeremiego Soulsa. Bueno. A w tym roku dołączyć jeszcze jeden kompozytor do ewentualnej playlisty - tak, Yuzo Koshiro.

    Wcześniej z dungeon crawlerami miałem chwilowe spotkania - czy to kiedyś z Wizardrami 7 (kiedyś wreszcie dobrze zajmę się tym tytułem), którąś częścią Might and Magic, czy to bliżej naszych czasów z Labyrinth of Touhou (hijack lol) i Personą Q. Zwykle od takich tytułów odchodziłem, mimo że były dobre, z powodów ich złożoności, długości, czy po prostu innych pilniejszych rzeczy na liście. Etrian IV jednak kupił mnie na dłużej z powodu odczucia całej gry. Czujesz się jak odkrywca, który łazi po dzikich terenach i za każdym zakrętem może spotkać coś nowego i ciekawego. Do tego dochodzi rysowanie map, genialnie zrobione, gdzie twoje odkrycia zostają na dłużej i niczym za czasów nieinternetowych człowiek musiał ważniejsze rzeczy sobie zanotować gdzieś na boku. Osobiście też stroniłem, przy przechodzeniu tej gry, od wszelakich pomocy. Szukanie przejścia we mgle, aktywowania danych przełączników, czy sprawdzanie niewidocznej podłogi. Wszystko chciałem zbadać i rozrysować sam, poświęcić temu czas. Podobnie było z ustawieniem ekipy, ich umiejętności czy ekwipunku - gra po prostu była warta każdej poświęconej minuty i warto było też ominąć większość możliwych poradników.

    Tym sposobem zakochałem się w tym stylu rozgrywki. Trochę się boję, że z nadejściem kolejnego handhelda wielkiego N może skończyć się era drugiego ekranu i rysowania map po nim, ale z drugiej strony magicy z Atlusa swoje potrafią już od wielu lat. A nawet jeśli czeka nas dłuższa przerwa od eksploracji Yggdrasilów, to ciągle czeka na mnie dokończenie EMD, ruszenie innych odsłon serii, lub powrót do Persony Q z większą ochotą. F.O.E. i do przodu.

    Post game, czyli rok następny

    Co w następnym roku w kwestiach 3DSowych? Z pewnością dokończenie rozpoczętych tytułów, jak EMD, Fire Emblem, czy niewymienione tutaj Rune Factory 4 i Samurai Warriors Chronicles 3. Do tego dojdzie od groma jrpgów, które muszę zaliczyć prędzej niż później, z naciskiem na Bravely Second i Etrian Odyssey Untold 2. No i kupka wstydu, acz tutaj sporo pewnie namieszają tytuły piecowe (Nep!), ewentualnie inne konsole. Ewentualnie, bo od jakiegoś czasu mam cichą chcicę na Wii U ze względu na Xenoblade X i Mario Karta, a zbliżający się Fire Emblem x Atlus (aka Persona U) może mnie kompletnie złamać.

    Ewentualnie, ewentualnie NX. Właśnie w tej kwestii pozostaje największa niewiadoma roku następnego. Stacjonarka, handheld czy hybryda. To ostatnie chyba by mnie najbardziej zadowoliło, bo Nintendo growo skupiłoby się na jednej platformie - ostatnie parę lat z mieszaniem produkcji to na 3DSa, to na Wju, zwykle kończyło się szczuplejszym okresem na którejś konsoli. Co z tego ostatecznie wyjdzie, to się pewnie okaże wcześniej (nagła zapowiedź) lub później (E3), ale czekam z lekką niecierpliwością.

    Wracając jeszcze do rzeczy 3DSowych - osobiście bym się nie obraził jeszcze na zdjęcie tego nieszczęsnego region locka. W innym wypadku, chętnie bym zobaczył pewnie zapowiedzi lokalizacji paru wesołych tytułów, z Rhythm Tengoku Best Plus na czele. Na szybkie przeniesienie MonHun Stories, SMT IV Final, czy 7th Dragon III Code: VFO też się nie obrażę.

    No i pewnie kupię kolejne amiibosy. Ale to szczegół.

    Dziękuje za uwagę i do następnego przeczytania.

    vIvEgx2.gif

  18. Okiem Szuka

    • 1
      wpis
    • 6
      komentarzy
    • 603
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    League of legends jest chyba najbardziej popularną MOB-ą tego jak i zarazem zeszłego roku zaprojektowaną przez Riot Games. Gra bije rekordy logowań (w styczniu 2014 roku było to aż 67 milionów). Początkowo ciężko jest ogarnąć umiejętności wszystkich 128 postaci, ale prosty samouczek próbuje wyjaśnić nowicjuszom przepychanie linii, zdobywanie buffów, zarabianie na minionach (farmienie) i zbrojenie się na swoich oponentów w sklepie. Dużym plusem jest to, że mikro płatności nie wpływają na balans rozgrywki (poprawiają nam tylko i wyłącznie wygląd wizualny). Największym konkurentem Lol-a jest uznawana przez wielu za lepszą, Dota2. Oczywiście ja nie podzielam tej opinii, ponieważ jestem fanem Lol-a, ale przecież każdy ma prawo do grania w to co lubi.

    SZUK

    • 1
      wpis
    • 5
      komentarzy
    • 743
      wyświetleń

    Najnowsze wpisy

    Ok. Zacznijmy recenzję (tak, to będzie recenzja wink_prosty.gif ) od przypomnienia sobie starej, znanej wszystkim prawdy "zwycięskiej taktyki się nie zmienia". No pewnie tak. Jednak mam pewne wątpliwości, które postaram się tu przedstawić.

    Nie będę we wstępie zanudzał Was oczywistościami typu 'ile to na ten film nie czekałem', tudzież 'wreszcie wracają nowe stare Gwiezdne Wojny', itp, itd. Zachwytów u mnie z powodu zatrudnienia aktorów z oryginalnej trylogii też nie uświadczysz. Wiem, być może jestem dziwny, ale oczekuję od sequela/prequela czegoś nowego, lub chociaż ubranego w nowe barwy, a nie ciągle tych samych odgrzewanych kotletów. Czy tak jest w przypadku epizodu 7? Niestety dokładnie tak. Ale po kolej.

    Pierwsza rzecz, smutna dla każdego fana, to oświadczenie Disneya, że całe tzw. 'Expanded Universe' (czyli wszystkie wydarzenia dotyczące sagi umieszczone w książkach, grach, komiksach) zostały omianowane tagiem 'Legends', czyli jak powiedziałby każdy programista - deprecated! ;D I jest to już powód, żeby trochę się pofrustrować. No bo przecież nie po to fan wydawał przez lata grubą mamonę tylko po to, żeby po latach dowiedzieć się, że to wszystko jest warte tyle co piasek na Tatooine. Ponad to należy się zastanowić, czy w ten sposób Disney nie podważa sam siebie, no bo inteligentna osoba zada sobie pytanie: ej, to po co mam wydawać kasę na cały około gwiezdno-wojenny stuff, skoro ponownie może się okazać deprecated. wink_prosty.gif Podważa to sens wszystko co wyprodukowane zostanie pod szyldem 'Lucas' i w gruncie rzeczy może być warte tyle co amatorska twórczość fanów.

    Przejdźmy jednak do samego filmu, bo narzekać jest nad czym. Przede wszystkim należy patrzeć na epizod 7 w kontekście epizodów poprzednich. I co dostajemy? Otóż epizod 7 to nic innego jak przerobiona 'Nowa Nadzieja'. I to jest największa wada (a może zaleta?) filmu, bo nawet najgorsza część sagi - Mroczne Widmo, wkroczyła do kin z nową jakością: świetną oprawą audiowizualną, nowymi światami, robotami, potworami, itp, itd. Tutaj wszystko jest takie jak w epizodach 4-6, żaden powiew świeżości. Naprawdę nie wiele jest rzeczy nowych. Niby jest nowy miecz świetlny, trochę zmodyfikowane zbroje szturmowców, itp, itd., ale to wszystko jak dla mnie za mało. No i kolejny raz pojawia się Gwiazda Śmierci. To już zaczyna robić się komiczne.

    Właśnie to jest największy zarzut dla całego filmu. Schematyczność. Scena po scenie jakby wyjęta z Nowej nadzieji. Samotna dziewczyna, sama twierdziaca o sobie, że jest 'nikim', która nagle (bez szkolenia) odkrywa w sobie Moc; pustynna planeta; nowa wersja R2-D2, który ma w sobie ukrytą jakąś mapę.. Czy ja to już gdzieś nie widziałem?! Może w epizodzie 4? No patrz. wink_prosty.gif Tak, niestety ten film to nic innego jak nakręcony przez fana remake (i tak powinien być przedstawiony w mediach) Nowej Nadzieji.

    Co natomiast mi się podoba. Uważam, że nowe postacie, które zostały wprowadzone do sagi, zostały odegrane pierwszorzędnie. Należy przede wszystkim pochwalić Daisy Ridley, odwtórczynię głównej roli, która znakomicie zagrała postać tzw. 'od zera do bohatera'. Zdecydowanie jej energia, towarzysząca nam przez cały film, nakręca fabułę. Ogólnie widać, że chemia między bohaterami jest bardzo dobra, co poniekąd też jest zasługą reżysera. Także praca kamery poprawiła się w porównaniu do epizdoów 1-3. Film ogląda się przyjemnie, mało jest w nim niepotrzebnych przestojów oraz rwanych scen i skoków między scenami (klasyk jeśli chodzi o zdolności reżyserskie Lucasa). Co do scenariusza, też nie mam wielkich zastrzeżeń, chociaż brakuje mi tu kilku zapadających w pamięć kwestii dialogowych, które pojawiały się nawet w prequelach. Brakuje też jakichkolwiek kwestii filozoficznych czy politycznych, które dominowały wręcz w poprzednich epizodach. Postronny widz powie: 'to dobrze, w końcu do kina przyszedłem się rozerwać'. Poniekąd tak, jednak kiedyś Gwiezdne Wojny miały nie tylko bawić, dziś widocznie najważniejsza jest kasa.

    Na koniec, co w filmie mnie naprawdę zawiodło. Przede wszystkim słaba ścieżka muzyczna. Być może na jej jakość zaważył stan zdrowia Williamsa (twórcy ścieżki wszystkich epizodów). Trudno mi wytłumaczyć dlaczego tak się stało, bo przecież nawet w Mrocznym Widmie otrzymaliśmy tak znakomite kawałki jak choćby "Duel of the Fates". Kolejna wada, to słabiutkie walki na miecze. Trudno tu odnaleźć klimat z pojedynku Luka z Vaderem z Imperium Kontratakuje czy dynamik z walki między Obi-Wanem a Darthem Maulem. Już nie będę się pastwił nad absurdem jakim jest samo starcie trzymającej pierwszy raz w życiu miecz Rey z (głowny zły w nowym filmie).

    Ogólnie jaki jest mój wniosek. Bez ręki Lucasa możemy się spodziewać kolejnych kopii znanych nam epizodów. Nie zobaczymy prawdopodobnie nic nowego, a czasami wręcz będziemy się nudzić. Nie mówię, że George powinien dalej brać się za reżyserię czy scenariusz, bo to co zrobił J.J. Abrams to kawał dobrej roboty. Jednak George powinien wymyślać i nakreślać styl nowej trylogii. Tak jak to robił chociaż w najlepszym epizodzie - Imperium Kontratakuje.

    To tyle jeśli chodzi o mnie. Poniżej zamieszczam małe podsumowanie recenzji. Niech Moc będzie z Wami!

    Minusy:

    - plagiat Nowej Nadzieji

    - najsłabsze walki na miecze w historii

    - ile razy jeszcze będziemy niszczyć Gwiazdę Śmierci?

    - Daisy posługuje się Mocą i Mieczem Świetlnym niczym Yoda bez ŻADNEGO szkolenia? ocb?

    - brak wyrazistego złego bohatera (jakiś sfrustrowany Harry Potter? Brakowało mu tylko pryszczy na czole)

    - naprawdę słaba muzyka

    - ogólnie historia z d.. Skąd się wziął ten Nowy Porządek? Czy naprawdę Luke okazał się takim nieudacznikiem,

    żeby nie wyszkolić żadnych Jedi przez kilkadziesiąt lat, a Leia nie potrafiła odbudować silną republikę?

    - dialogi niemrawe. Żaden z tekstów nie zapadł mi w pamięć, który mógłby kandydować jako kultowy.

    - trochę krótki (ewidetnie nastawiony na kolejne części, czyli kasę)

    Plusy

    - Świetne 3D, najlepsze jakie widziałem poza Avatarem

    - dobry casting, nawet dziadek Ford dawał radę

    - znakomity montaż i duża lepsza praca kamerą (widać, że to nie Lucas)

    - dobrze wyreżyserowany

    - wreszcie mniej skupienia się na nudnych Jedi. Więcej walk myśliwców, strzelanin.

    - w końcu to Gwiezdne Wojny smile_prosty.gif

    Podsumowując: to niestety tylko i wyłącznie ładnie przybrany, nowo opakowany stary, odgrzewany kotlet. Wolę Nową Nadzieję.

  19. Ciepłe zimowe popołudnie za oknem.

    Nie ma mrozu, który pokryłby całą okolicę, otulając białą szadzią każdą z igieł świerku na moim podwórku. Nie ma nawet zera.

    Niestety, ale nie nadeszła pełnoprawna zima.

    Ale gdyby rzeczywiście była to czy cieszylibyśmy się z tego?

    Chyba każdy z nas ma tak, że nienawidzi i kocha ją jednocześnie.

    Zakładanie piętnastu tysięcy warstw ubrań na cebulkę, łażenie w zaspach, odśnieżanie przed domem czy codzienny rytuał rozpalania w piecu nie należą do rzeczy, które sprawiają, że miło wspominamy tę porę roku. Jednak na święta coś nie coś by się przydało, nieprawdaż?

    Zima ma w sobie coś niezwykłego i chyba wszyscy to czują. Gdy braknie jej za oknem udajemy się do takich źródeł gdzie ona występuje i odda nam chociaż namiastkę swego klimatu.

    Zaprzęgając siły chłodnej natury do jakichś cudownych opowieści sprawiamy, że dzieją się rzeczy niezwykłe, wręcz magiczne.

    Poczynając od kultowych, książkowych powieści takich jak: Łowca Snów czy Lśnienie Stephena Kinga, Góry Szaleństwa Lovecrafta, Zimowy Księżyc, Deana Koontza, po gry takie jak Skyrim i jego wspaniałe zorze czy Penumbra lub ostatnie Until Dawn. Gdyby wspomnieć filmy to nie mogło by zabraknąć Coś, Carpentera, Fargo braci Cohen czy też Stacji Arktycznej Zebra.

    Wszystkie te dzieła łączy wspólny mianownik zimowych opowieści, których klimat tnie naszą wyobraźnie, ostrym jak siarczysty mróz nożem wchłaniając nas w przedstawiane historie.

    Jednak jest to punkt widzenia osoby jaką jestem teraz.

    Trochę lat się zebrało i wiele różnych opowieści wyparło inne.

    Przestałem się zachwycać bajkami, bo w końcu przecież wyrosłem z tego (podkreślam, nie dorosłem, na razie mi się nie chce smile_prosty.gif ) i gdy mam wybór czy sięgnąć po 101 Dalmatyńczyków czy Podziemny Krąg nie zastanawiam się (wiadomo, że 101 Dalmatyńczyków tongue_prosty.gif )

    Jednak istnieje jedna bajka, którą bardzo dobrze zapamiętałem będąc małym- Królowa Śniegu, Andersena. Nie była to zwykła bajeczka którą można poczytać, ale jakby się głębiej przyjrzeć, mroczna opowieść o mroku jaki może zapanować w ludzkich sercach, tu za pomocą mocy tytułowej Królowej Śniegu jak i diabelskiego kawałka rozbitego zwierciadła. To również opowieść o wspaniałej przyjaźni Kaia i Gerdy, która została wystawiona na próbę. Dzieło Hansa Christiana Andersena z roku 1844, zostało wydane 21 grudnia, co idealnie podkreślało surowy, zimowy okres jaki wówczas panował w Danii na dzień przed ogłoszeniem astronomicznej zimy.

    Zainspirowany tą bajką postanowiłem stworzyć utwór do niej nawiązujący (wiem, że szaleństwo bo powstały już przepiękne wariacje muzyczne na ten temat, ale kilka uderzeń w klawisze dało mi poczucie tego, że to właśnie tą opowieść chce zawrzeć w moim nowym motywie muzycznym) i bazujący na klimatach zimowych, które teraz w końcu nadeszły do naszego przepięknego i wspaniałego kraju (jak kto chce może podciągnąć to pod sarkazm wink_prosty.gif ).

    Tak powstał 15 minutowy moloch, mój najdłuższy utwór- The Snow Queen.

    Trochę trwało obrobienie go w różnych programach, ale po dwóch i pół tygodnia pracy w końcu go skończyłem i prawdę mówiąc sam jestem z niego dumny.

    Nie wiem jak wam się spodoba i to mnie trochę denerwuję, ale chcę się dzielić tym co tworzę.

    Także o to jest- Królowa Śniegu.

    Jak wam się podoba, jak oceniacie? Jakie są wasz ulubione książki / filmy / gry dziejące się zimą?

    Piszcie, komentujcie.

    Pozdrawiam, CaliforniaRepublican.

  20. SW4.jpg

    CDA opublikowało swoją recenzję, więc uważam, że mogę już wyrazić swoje zdanie odnośnie najnowszej część Gwiezdnych Wojen.

    Ostrzegam, spoilery, hate i wielki ból [beeep] przed wami.

    Zostaliście ostrzeżeni.

    DAWNO DAWNO TEMU, W ODLEGŁYM KRAJU AMERYCE...

    Jeden człowiek wpadł na pomysł stworzenie filmu. Nazwijmy to przebłyskiem geniuszu, łutem szczęścia, wykorzystaną okazją, jak chcecie. W każdym razie facet wpadł na pomysł i pomimo sporych trudności ( nikt nie chciał w niego inwestować...) go zrealizował.

    Czym powołał do życia kilka rzeczy:

    - Jednego z największych badassów w historii kina

    - Markę, wartą więcej miliardów, niż ma były minister finansów Rzeczypospolitej na swoim koncie emerytalnym w UK ( albo Szwajcarii, nie pamiętam dokładnie do którego kraju się przyznał )

    - Nową religię

    - Wiele powodów do cospleyu smile_prosty.gif

    - Całkowicie zmienił dzieciństwo całej rzeszy dzieci

    - Muzykę, którą zna większość ludzkości

    I zrobił to jednym filmem, do które zresztą dodał szybko następne dwa, tworząc na wiele lat trylogię znaną na cały świecie. Po dwóch dekadach, stworzył następne trzy części, które może już nie były takie magiczne, ale też dodawały swoje rzeczy:

    - Najbardziej wku......... postać w historii kina ( Misa is JAr'JAr ).....

    - Pokazał, że mały i zielony potrafi przywalić jak buldożer

    - Emo nastolatki zdarzają się wszędzie i w każdej galaktyce. Nasze przynajmniej nie władają Mocą smile_prosty.gif

    - Dodał kolejną naprawdę wielką muzykę, którą również, prawdopodobnie, zna większość ludzkości.

    Po cholerę o tym piszę, skoro mam mówić o tym kinowym... czymś ? Taki wstęp pozwala się skoncentrować i wyjaśnić pewne kwestie.

    Lucas zarzekał się, że nie wyda więcej części STAR WARS, z kolei nie miał nic przeciwko, aby cała rzesza ludzi dorabiała historię do wykreowanego przez niego świata. Dzięki temu poznaliśmy takie wspaniałe rzeczy, jak serię Jedi Knight, Knights of the Old Republic oraz wiele, bardzo wiele książek, niektóre słabsze, niektóre lepsze, ale każda z nich dodawała cegiełkę do historii uniwersum.

    Kiedy Disney wykupił markę miałem mieszane uczucia. Z jednej strony, lubię ich filmy. Wychowałem się na nich, zresztą podobnie jak wielu z was. Z drugiej strony, Gwiezdne Wojny to nie nowy projekt, z który możesz robić co chcesz, Gwiezdne Wojny to gigantyczne, żywe dzieło, którego odbiorcy mają pewnego rodzaju oczekiwania. I tutaj zaczął się pierwszy zgrzyt: Disney uznał całą dotychczasową historię stworzoną przez bardzo wielu utalentowanych ludzi za niekanoniczną, tak więc Disney zrobi co zechce. I znowu, uczucia są podzielone: wkurza taka decyzja niemiłosiernie, ale może mają racje ? W końcu w ten sposób uwalniają się od sporego brzemienia, są wolni do tworzenia własnej wizji....

    Moving on.

    Następnym zgrzytem było oznajmienie nazwiska reżysera: J.J. Abrams. Ten facet jest osobiście odpowiedzialny za spieprzenie dwóch filmów z uniwersum STAR TREKA. Porównując je do poprzednich nasuwa się porównanie dobrych gier RPG zmienionych w CELOWNICZKI.

    NA SZYNACH....

    Jego nazwisko właściwie gwarantowało, że film będzie mi się nie podobał, że będzie płytki. Ale wciąż miałem nadzieję, proszę nabijajcie się ze mnie ! Miałem nadzieję, wszak ona umiera ostania.

    I wczoraj, na seansie o 22.00 w Multikinie u mnie w mieście, nadzieja umarła...

    EPISODE VII - ZRÓBMY CRAPA DLA NASTOLATKÓW

    Od czego zacząć ? Od początku, jak powiedziałby Geralt. Zaczyna się znaną muzyką i znanymi żółtymi napisami. Na ustach pojawia się banan, kiedy ośrodki mózgowe odpowiedzialne za nostalgię zaczynają pracować. Co prawda tekst tychże liter więcej generuje pytań, niż odpowiedzi, ale może tak miało być.

    Pierwsze sceny: desant szturmowców na Jakku, ściślej na małą wioskę. Czemu facet w tej wiosce miał część mapy do kryjówki Luka Skywalkera, kim on w ogóle jest, tego się nie dowiadujemy. Mamy się zachwycać blasterami robiącymi ziuum, nowym R2-D2 ( bo oryginalny, jak się dowiadujemy później, jest w "śpiączce" ).

    Przy okazji, @Tesu widzisz, jednak dostaliśmy blastery strzelające innymi kolorami smile_prosty.gif Teraz tylko czekać aktualizacji do Battlefronta.

    Rzecz jasna, bohater drugoplanowy zostaje złapany przez COŚ, co aspiruje do bycia Mrocznym Lordem Sith.... Ma na to takie szanse, jak Ciułała w starciu z Pitbullterierem. Jego strój, który miał być chyba oryginalny, śmierdzi na odległość zrzynkom z Revana, na miejscu Biower wytoczyłbym Disneyowi proces o plagiat. Jego miecz świetlny, który chyba też miał być oryginalny... No dobra, oryginalny to on jest:

    SW3.jpg

    Do tego nie raz, ale dwa razy widzimy jak nie panuje on nad gniewem i wyżywa się tymże mieczem na biednych maszynach, czym tylko utwierdza nas przekonaniu, że to idiota...

    Co więcej ostrze ma jakiś defekt, bo wiązka zamiast być skupiona cały czas fluktuuje. Eh, ale dobra. Może będzie lepiej. Tutaj poznajemy również pewnego czarnoskórego aktora, co do którego muszę się uderzyć w pierś. Pan Boyega na plakat i trailerach wyglądał jak jakieś totalne nieporozumienie, w praniu okazał się naprawdę dobrym aktorem, z dobrą mimiką i z jeszcze lepszym feelingiem. To znaczy świetnie grał swoją rolę, był drugą najlepszą postacią w filmie zaraz za...

    CHEWIE, WE'RE BACK

    Harrisonem Fordem, który bezbłędnie zagrał starego Hana Solo. Co prawda jego pojawienie się nasuwa kolejne pytania, takie jak na przykład: w jaki sposób dał sobie ukraść Millenium Falcona ? Serio, nie mogli nic lepszego wymyślić ? Ukraść Falcona jednemu z najlepszych szmuglerów w Galaktyce ? Kto to zatwierdził ? Pomijam już fakt, że w cudowny sposób odzyskał on statek jak tylko odleciał on z Jakku, na którym kurzył się od lat...

    Ale uprzedzam fakty, w końcu widzimy scenę, w której Boyega ratuje drugoplanowego pilota z więzienia i wspólnie kradną Tie Fightera, która to zresztą generuje nowe pytania, bo z tego co wiem dopiero Tie Defendery miały fabrycznie montowane hipernapędy, Tie Interceptory mogły mieć je montowane, w drodze wyjątku, ale Tie Fightery nigdy takiego nie miały takowego. Jak więc oni chcieli wykonać skok w nadprzestrzeń ? Do tego Tie fightery nie miały sytemu podtrzymania życia, przez co ich piloci mieli charakterystyczne czarne hełmy z wyposażone w takowy. Powiedzie, że się czepiam, że u Dineya Tie Fightery mają te wszystkie cechy... Ale w taki razie dlaczego widoczni przez chwilę piloci TIE mają dokładnie takie same hełmy, sugerujące, że posiadają system podtrzymywania życia, podczas kiedy nasi dwaj bohaterowie latają sobie radośnie bez niego ?

    Ale dobra, skupmy się teraz na nowej bohaterce. W sumie, miła dziewczyna. Nie przeszkadza mi, ale wiemy o niej o wiele za mało. Rodzice zostawili ją na planecie, gdzie jest mnie wody niż śniegu w Polsce w grudniu. Czemu, dlaczego ? J.J. Abrams nie raczy odpowiedzieć. Za to raczy nas po raz kolejny sceną walki, wybuchów i szalonych pościgów. Serio, miałem wrażenie, że oglądam Transformersy, z tym, że Micheal Bay umie, jeśli chce, nakreśli swoje postacie. Po prostu za bardzo kocha wybuchy.

    I tutaj kolejna rzecz, która wskazuje, do jakiej widowni adresowany jest film. Główni bohaterowie sobie skaczą naokoło siebie jak dwa najarane zające... Od razu widać, że targetem jest ta sam widownia, która ogląda W pierścieniu ognia, Więzień Labiryntu i inne filmu, w której to nastolatkowie, ewentualnie bardzo młodzi dorośli przeżywają przygody... Ludzie, którzy oglądali Gwiezdne Wojny lata temu, bądź w kinie, bądź na VHS-ie od razu się zorientują, o co mi chodzi.

    Po czym poznajemy w/w Hana Solo, przeżywamy kolejną porcję blasterów i szalonej ucieczki...

    Lądujemy na planecie bliżej nie sprecyzowanej, ale architektonicznie przypomina ona Yavin IV. Poznajemy jakąś tam babkę, co to żyje dłużej od Yody, co więcej, zbiegiem okoliczności ma ona miecz świetlny Skywalkerów... Niech mi się nikt nie waży w komentarzach twierdzić, że to wszystko sprawka MOCY ! Pamiętacie opowieść Jollego Bindo ? Tej, na temat mocy i przeznaczenia ? W tym wypadku mamy do czynienia wyjątkowym nieróbstwem scenarzystów i reżysera, który to zatwierdził...

    I znowu scena walki, zium, zium, tym razem dostajemy do pooglądania X-wingi, co ciekawe, minęło tyle lat, a piloci Rebelii Ruchu Oporu wciąż latają X-wingami ? Oczywiście, głowna bohaterka zostaje porwana, Boyega razem z Hanem Solo i Chewiem lecą ją odbić. W tak zwanym międzyczasie widzimy Leię Organę, która całkiem ładnie się zestarzała, poznajemy plan ataku an Gwiazdę Śmierci Planetę Śmierci, waląca wizualnie pięknym promieniem, który niszczy na raz 5 planet.

    I kolejne pytanie: skoro ten promień ładuje się wysysając energię słońca do cna, zostawiając je martwe, to co wtedy z planetą, a której zbudowana jest broń ? Może to Unicron i planeta się przemieszcza szukając odpowiedniego miejsca do ataku ? Ponadto, nie jestem pewien, ale słońce, po śmieci, powinno się zapaść, czy coś takiego ?

    Ehh, trzeba kończyć, więc postaram się streszczać. Han robi to co robi najlepiej, czyli wychodzi z nadprzestrzeni tuż nad powierzchnią planety smile_prosty.gif Przebijają się do oscylatora, po drodze szukając głównej bohaterki, która nie dość, że mocą przewyższa tą pokrakę w masce, to jeszcze potrafi robić tą fajną sztuczkę Obi wana smile_prosty.gif Co do tego jegomościa w masce, to powinien ją trzymać na pysku cały czas, bo jak ją zdjął, to suprise, kolejny emo nastolatek... W tym momencie zacząłem cicho płakać, ale nie przejmujcie się moim bólem.

    Czyniąc kolejny skok fabularny, piloci x-wingów, w [beeep] wielkiej liczbie coś koło 12, lecą rozwalić oscylator. Skądś to znamy ? Ale o tym na koniec. nasi bohaterowie zdejmują pole siłowe, biorąc do niewoli babkę, co to za bardzo zapatrzyła się na Bobę Feta. Co więcej, jest słaba jak kociak, wręcz tragiczna.... Zmarnowany potencjał, ale taki jest cały film, więc co mi tam.

    W końcu ostanie sceny, Han zakłada detonatory termiczne, po czym widzi swego syna, owego emo nastolatka, z fryzem a'la Hayden. Ten, rzecz jasna, jest oburzonym na cały świat emo, więc zabija staruszka. W tym momecie już nie płakałem cicho, ryczałem w głos, inni z kolei ludzie w kinie używali słów zgoła niecenzuralnych. Powiedzmy, że w tym momencie scenarzyści powinni popełnić seppuku. A reżysera sam bym odstrzelił. Jak psa.

    Dobra, emo triumfuje, dostej z kuszy od Chewiego, kompleks eksploduje ( znowu wybuchy, nie męczy was to ? ). Po czym zaczyna się ostania walka, gdzie emuś walczy z na początek z Boyegą, po czym z dziewczyną. Rzecz jasna, laska wygrywa, bo nie dość, ze jest silna w mocy, to jeszcze nie użala się nad sobą.

    Planeta eksploduje, bohaterowie, poza Hanem , ratują się na pokładzie Falcona. Celebrację przerywa wybudzenie R2-d2 ze śpiączki, po czym wyświetla mapę do Luka, zaś ten mały dodaje swój kawałek i jupi, Bob jest twoim wujkiem.

    Na sam koniec widzimy samego rycerza Jedi, który wygląda jak menel po przejsciach...

    I napisy końcowe.

    Jak już powiedziałem, film nie wyjaśnia nic. Czemu Luke się załamał, po stracie swoich uczniów? Powinien wziąć się w garść i dalej walczyć. Czemu główny zły, jakiś tam wielki wódz, ma imię jak dzwięk wydawany przez tylną część ciała w penych okolicznościach ?

    Czemu Han rozszedł się z Leią, skoro oboje chcieli odzyskać syna ? Czemu Republika nie stoi po stronie Lei, kóra musi dowodzić Ruchem Oporu ? Wyjaśnienie, że próbuje zachować neutralność, jest tak naciągane, jak guma moich majtek, a jestem baaaardzo gruby. Gdzie duchy Yody i Obi-wana ? Że od Anakinie nie wspomnę.

    Czemu nie zgrali pamięci R2-D2 wyciągnęli z niej mapy ? Po co czekali, aż się przebudzi ?

    Eh, przynajmniej łyżką miodu w beczce dziegciu są walki na miecze świetlne. Są dobre, dynamiczne, ale nie przegięte. To im wyszło, podobnie jak sceny humorystyczne. Tyle tylko, że tych scen było o wiele za wiele. Co chwila ludzie rżeli ze śmiechu, Kosmiczne Jaja nie generowały tyle humoru...

    Kolejny zarzut: na poczaku wpisu wspomniałęm o muzyce, pierwsza trylogia przyniosła główny motyw i marsz imperialny, druga trylogia Duel of the fates. Częśc siódma nie przyniosła niczego, tylko wariacje na powyższe. Nic, co by zapadło w pamięć.

    I najważniejszy zarzut: film to totalna zrzynka z części czwartej, zgadzam się z crossem, że to był pomysł księgowych, ale nie Lucasa, ale Disneya bezpośrednio. Zrobili prawie ten sam film, z lekko zmienioną fabułą, ale z głównymi motywami na miejscu: droid na pustyni, odlot Falconem, lądowanie w bazie rebelii, zniszcenie planet przez planetę śmierci, planowanie ataku na planetę śmierci, atak na planetę śmierci, wybuch tejże, celebracja. Z tym, że część czwarta zrobiła do lepiej, dokładniej i bardziej, bo ja wiem, logicznie ? Do tego tam bohaterowie byli o wiele lepiej nakreśleni, a tutaj... Brak słów.

    Jeśli druga część nie zmieni reżysera, to na nią nie idę, nie warto. Jest cała masa o wiele lepszych filmów.