Jump to content

Przemyslav

Akademia CD-Action [ALFA]
  • Content Count

    91
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    4

Przemyslav last won the day on January 21

Przemyslav had the most liked content!

Community Reputation

19 Neutralna

About Przemyslav

  • Rank
    Ork
  • Birthday 10/20/2000

Dodatkowe informacje

  • Ulubiony gatunek gier
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array

Recent Profile Visitors

2,500 profile views
  1. W Asasynów się kiedyś zajeżdżałem, kiedyś może zaprzyjaźnię się z Origins. Na razie w kolejce stoją India i Russia. Z Far Cry'ów przeszedłem "jedynkę" i Blood Dragona. "Dwójka" mi jakoś nie podeszła, a do "trójki" kiedyś może wrócę, jak się wyleczę ze zbierania każdej pierdoły na mapie. Motocyklem to jeszcze pół biedy, po jakichś dziesięciu godzinach przyzwyczaiłem się, ale czterokołowców unikałem jak ognia. Strzelanie może nie było tragiczne, ale nie dawało takiego kopa, jak w GTA V. Swoją drogą szkoda, że nie możemy pójść na strzelnicę. Za to zabawa smartfonem mi się podobała. Fajnie było kogoś śledzić, jedynie "skacząc" po kamerach. Jak mnie najdzie ochota na kolejny ubisandbox, to może też przejdę. Ponoć można latać dronem, co mnie cieszy.
  2. Słyszałem, że Watch_Dogs to taka fajna gierka. Odpaliłem, powiedziałem: sprawdzam!. Nie podjąłem jednak tej decyzji od razu. Miałem ochotę popykać trochę w jakiegoś ubisandboksa i stanąłem przed wyborem: albo stary, dobry, sielankowy, ograny chyba ze trzy razy Black Flag, albo nieznany, szarobury, owiany mgłą kontrowersji Wash_Dogs. Zgadnijcie, co wybrałem, i dlaczego nie Black Flag. Najpierw trochę backgroundu. Wskakujemy w buty, płaszcz oraz czapkę niejakiego Aidena Pearce’a, domorosłego hakera, który przez swoje cyfrowe wojaże tak naraził się chicagowskiej mafii, że wystawiono na niego zlecenie, w trakcie realizacji którego zginęła jego siostrzenica. Sprawa jest zatem poważna, a cel prosty – zemsta. W trakcie przygody w Cikago napotkamy wiele ciekawych postaci, w tym ekscentrycznego kilera w białym gajerze, zaszytego na odludziu hakera-hipisa czy walczącą z systemem bojowniczkę francuskiego pochodzenia (w grze studia Ubisoft MONTREAL? No niesamowite! :P). W zasadzie to tylko główny bohater jest jakiś taki byle jaki. Wiadomo, że po tragedii tak dużego kalibru raczej nie będzie zbyt wesoły, ale ciężko mi uwierzyć w jego autentyczność, kiedy mogę w przerwach między zleceniami pograć w pokera, pojedynkować się na wypite promile, czy biegać za monetami w gierce AR. W zadaniach głównych dla odmiany Pearce bardzo stara się być śmiertelnie poważny, wkurzony i bezlitosny. Na tyle, że gotów niemal kropnąć każdego, kto ośmieli się powiedzieć: włanczam. Ale powyższy problem to grubsza sprawa (ma nawet swoją nazwę: dysonans ludonarracyjny) i dotyczy wielu gier, że wymienię tylko Uncharted, Tomb Raidera i większość Assassinów. Powiedzieć, że Watch_Donks to takie GTA, ale z hakowaniem, to obraza GTA, bo złote dziecko Rockstara niemal wszystko robi lepiej – strzelanie jest absurdalnie przyjemne, jazda daje odpowiednie poczucie prędkości, a świat przedstawiony jest zróżnicowany i żywy. No i można latać śmigłowcem. Na obronę dzieła Ubisoftu mogę dodać, że z tego co mi wiadomo, jest to ich pierwsza gra ze współczesnym miastem, podczas gdy Rockstar robi tego typu gry chyba odkąd wyginęły dinozaury, ale mogę się mylić. Z kolei w Watch_Dogs możemy hakować, co jest fajne, satysfakcjonujące i daje poczucie kontrolowania rzeczywistości. Goni cię policja? Ciekawe, jak przejedzie przez nagle podniesiony most albo stalowe słupki. Otaczają cię uzbrojeni przeciwnicy? Wysadź jednemu granat w kieszeni, <żart> będzie w siódmym niebie </żart>. Chcesz się dostać na dach? Zachowaj zasady higieny – nie brudź sobie rąk przyciskiem na wysięgniku. Nie wiadomo, kto ani czym go wcześniej dotykał. Łatwiej i bezpieczniej zhakować go z poziomu smartfona. Ale jakim cudem Pearce jest w stanie wysadzić (analogowe bądź co bądź) rury z parą, tego nie wiem. Jest to jednak zarówno skuteczne, jak widowiskowe. Co rzadko można powiedzieć o reszcie grafiki. Jest ładna, fakt, ale nie umywa się do wydanego w tym samym roku Assassin’s Creed Unity. Poza tym cienie lubią w losowych momentach gwałtownie migotać. Z tego, co wiem, nie cierpię na epilepsję, ale przyjemne doświadczenia to nie były. Choć przyznam szczerze, że muszę się do czegoś przyznać. W ogóle nie szukałem rozwiązań tego problemu w necie. Jak na ubisandboksa przystało, zawartość poboczna jest tutaj zawartością główną i vis-à-vis. Ponownie całe miasto, jak długie i szerokie, zasypane jest nowoczesnym odpowiednikiem assassinowych flag i piórek - hotspotami WiFi, kodami QR i audiologami, czyli wszystkim tym, na co powoli zaczynam mieć alergię. Przynajmniej nie ma skrzyń ze skarbami na balkonach, jak w renesansowej Florencji. Ale nie jest tak, że z obecności tych znajdziek nie wyniknęło nic dobrego. Podczas zaliczania kolejnych hotspotów zorientowałem się, że mam spory problem. Nie będę ściemniał – jakieś 95% informacji o Cikago już nie pamiętam, a z nudnych audiologów kojarzę tylko, że były nudne. A mimo to oczyściłem mapę z tych śmieci. Nawet boję się szacować, ile godzin mi to zajęło. Postanowiłem wtedy, że rozwinę w sobie podejście pod tytułem: przewróciło się niech leży, zakładające, że jeśli zbieranie znajdziek a) samo w sobie nie sprawia mi frajdy lub b) nie daje żadnych korzyści w grze, to nie ma żadnej potrzeby, żebym się nimi zajmował. Za to zadania poboczne były całkiem przyzwoite. W karcie mamy zdobywanie kryjówek gangów, napadanie wrażych konwojów (obowiązkowo ze snajperką!) oraz krótkie, losowo generowane zlecenia na dostawę wozu, zhakowanie wroga czy odciągnięcie policji, która nieraz potrafi być zajadła i nie korzysta ze strzałów ostrzegawczych. W wirtualnym Cikago nie musimy być sami – jeśli tylko nie odhaczymy stosownej opcji w ustawieniach, mogą nas odwiedzić inni gracze, co ma swoje plusy. Przeważnie natrafiamy wtedy na godnego przeciwnika, który może wykorzystywać wszystkie dobrodziejstwa hakowania przeciwko nam. Dla mnie jednak na tym plusy się kończą. Może mam skłonności aspołeczne, ale nie lubię, gdy ktoś mi przerywa ważne i wymagające uwagi czynności, jak zbieranie nudnych audiologów czy rozwalanie miasta czołgiem-pająkiem w ramach minigierki na smartfonie. Jedno takie starcie zapamiętam na pewno, bo sam miałem za sobą ledwie kilka godzin gry, a nawiedził mnie gracz cokolwiek doświadczony, który mógł mi uciec wiele razy, ale niemal za zawsze wybierał walkę. Kiedy zrobiło się poważnie (zdobyłem pojazd), goniłem go chyba przez pół miasta. W końcu się rozbiłem i obaj dotarliśmy do rzeki. Facet przepłynął ją wpław, podczas gdy bezsilnie próbowałem go kropnąć z pistoletu maszynowego, bo z panią snajperką jeszcze wtedy się nie znałem. Miał szczęście. Choć raz miałem wątpliwości, czy nie nawiedził mnie jakiś bot. Wyśledziłem jednego cwaniaka z tłumu (łatwo odróżnić gracza od enpeca) i stanąłem tuż przed nim. Teoretycznie powinien uciekać, a ja teoretycznie miałem go kropnąć, ale tak sobie stoimy i gramy w kto pierwszy mrugnie. Nagle wyciągnął karabin. Zrobiłem to samo, ale byłem szybszy. Spotkanie było krótkie, acz zabawne. Ja nie lubiłem, gdy ktoś mnie nawiedzał w grze, więc sam tego też nie robiłem. Ale nie to było w Watch_Dogs najgorsze. Ta gra jest po prostu nijaka. Nie zepsuje ci życia (chyba że odkryjesz, że masz epilepsję), ale też go nie wzbogaci. Choć nie powiem, ostatnia misja jest ciekawa i szkoda, że więcej takich nie ma. Jeśli wprost kochasz gry akcji z otwartym światem i czerpiesz przyjemność z maksowania każdego tytułu, z całego serca polecam ci tę grę. W przeciwnym wypadku też możesz przejść. Albo i nie. W ramach ciekawostki dołączam screena ze statystyk.
  3. Pora spojrzeć na (słusznie) miniony 2020 rok i podsumować parę rzeczy. Po pierwsze primo – gry. Już od ponad dwóch lat skrzętnie notuję w ramach konta na GryOnLine.pl., co kiedy przeszedłem. Oczywiście wyłącznie w celach badawczych. Zachęcony przez bzdurne nazwy konkurencji ze Steam Awards (babciny obiadek rządzi), postanowiłem sam zrobić growe podsumowanie roku 2020, z moimi własnymi kategoriami. Tyle że z zeszłorocznych gier grałem w całe trzy, z czego przeszedłem jedną. Dlatego będą to raczej polecajki, a nie pełnoprawne podsumowanie. Tak czy inaczej… Kolejność dowolna, z wyjątkiem dwóch ostatnich miejsc. Najlepsza gra o siwym zabójcy potworów i zarazem zaGorzałym smakoszu Temerskiej Żytniej: Wiedźmin 3: Dziki Gon wraz z dodatkami Najlepsze starcia z bossami: Shadow of the Colossus oraz Cuphead Najlepszy antydepresant: Celeste oraz A Short Hike Najlepszy główny bohater: Śmierć z Darksiders II Najlepsza odtrutka na znajdźki, zadania poboczne, audiologi i tego typu pierdoły: Ape Out Najlepszy neopeerelowski Kraków: >Obserwer_ Udowodniła mi, że mam kamienne serce, bo się nie rozpłakałem: To the Moon Najbardziej uszanował inteligencję gracza: BioShock Odbiłem się z hukiem (ale wrócę!): Far Cry 3, Metro 2033 Redux, Into the Breach Nieprzyzwoicie przyjemne strzelanie: GTA V oraz Doom (2016) Najbardziej chrześcijańska gra: Doom (2016) oraz The Textorcist Najlepszy soundtrack à la lata 30.: Kristofer Maddigan (Cuphead) Najlepszy soundtrack à la zabić wszystkie demony: Mick Gordon (Doom (2016)) Najlepszy soundtrack prawdopodobnie skomponowany i nagrany w Niebie: Kow Otani (Shadow of the Colossus) Najlepszy fortepian: Kan R. Gao, Laura Shigihara (To the Moon) Najlepsza gitarra: Gustavo Santaolalla (The Last of Us Part II) Będę słuchał do końca życia: Lena Raine, Reach for the Summit (Celeste) Najlepszy utwór niezawarty w oficjalnym soundtracku: Jesper Kyd, Guardian Boss Fight Theme (Darksiders II) Honorable mentions: · Half-Life 2 wraz z dodatkami – za genialny plac zabaw; · Alan Wake – za kapitalny klimat; · Uncharted: Lost Legacy – za najlepszy etap sandboksowy w liniowym akcyjniaku, któremu i tak nic więcej nie potrzeba; · Gone Home – za klimat lat 90. i opowieść; · Podróż – za uczucie niebycia samotnym; · The Walking Dead: sezon 1 – za fabułę chwytającą za serce i zapewne stanowiącą (przynajmniej odrobinę) inspirację dla twórców The Last of Us; · A Story About My Uncle – za postawienie wszystkiego na jedną mechanikę, ale za to jaką!; · AER: Memories of Old – za arcyprzyjemne latanie i kierunek artystyczny; · The Wolf Among Us – za wciągający kryminał z mocnym finałem. Zaszczytne drugie miejsce: Oxenfree Gra roku, generacji, być może mojego życia: The Last of Us Part II Z zastrzeżeniem, że poza Wiedźminem 3 (podstawką) wszystkie powyższe gry przeszedłem po raz pierwszy. Co do książek, to 2020 dla mnie rokiem Martina był. Wchłonąłem wszystkie dotychczasowe części Pieśni Lodu i Ognia, o czym pisałem już chyba dostatecznie dużo. Ale nie tylko! Polecam przede wszystkim: · Maciej Wieczorek, 48-godzinna doba – za pokazanie, jak zarządzać najcenniejszym zasobem człowieka oraz za bezpośrednią inspirację do utworzenia bloga; · Maciej Wieczorek, Nawyki 2.0 – za uświadomienie mi, że poważne zmiany w życiu można, a wręcz powinno się, wprowadzać bezboleśnie; · Charles Duhigg, Siła nawyku – za uświadomienie mi potęgi nawyku w życiu codziennym, biznesie i medycynie; · Robert Kiyosaki, Bogaty ojciec, biedny ojciec – za pokazanie mi, że dobre wykształcenie != dobre życie; · Dale Carnegie, Jak przestać się martwić i zacząć żyć – za uświadomienie mi, że można być jednocześnie produktywnym i szczęśliwym bez uszczerbku na psychice; · Brian Tracy, Maksimum osiągnięć – za uświadomienie mi, że rodzice muszą zawsze, zawsze, zawsze okazywać swoim dzieciom miłość; · James Clear, Atomowe nawyki – dzięki niej prowadzę teraz swój własny habit tracker; · Marcin Iwuć, Finansowa forteca – za bezbolesną naukę podstaw inwestowania, dzięki której buduję już swój własny portfel długoterminowy; · Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem – za pokazanie, że Polacy nie gęsi, swoją Grę o tron mają (no co? Bitwy? Są. Polityka? Jest. Charyzmatyczne postacie? Są. Seks? Wspomniany, jest. Smoki? Ee… Dragoni mogą być?). Abstrahując od gier i książek, oto rzeczy, które w zeszłym roku koncertowo spaściłem: · ten wpis. Jest. Kurka. Ohydny. Nie wiem, co autor wąchał przy jego tworzeniu, ani gdzie miał oczy, że nie dostrzegł oczoebnych czerwonych podkreśleń; · nadal chętniej stoczyłbym walkę ze smokiem, przeszedł boso po Lego, albo obejrzał Zenka, niż z własnej woli wypowiedział się głośno na zajęciach poza dzień dobry i dziękuję, do widzenia. W normalnej klasie jeszcze było spoko – można było coś szepnąć na przykład tylko koledze z ławki, a podczas zajęć online mówi faktycznie tylko jedna osoba naraz, przez co absolutnie WSZYSCY słyszą, co mówi. Ta świadomość trochę mi przeszkadza; · nie wziąłem paragonu za ostatnio zamówione jedzenie. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby zamawiający nie zrzucali się na nie w ośmiu… Zapewne radości nie było końca, kiedy trzeba się było wszystkiego doliczyć ręcznie. Sorry. Z kolei do ciekawszych wydarzeń w moim życiu na pewno zaliczę: · utworzenie bloga :); · przetłumaczenie na polski 4-godzinnej analizy Wiedźmina; · wygranie myszki i podkładki w konkursie organizowanym przez GryOnLine.pl; · zweryfikowanie poglądów na temat nauki/pracy zdalnej – nie jest to już mój wymarzony sposób nauki/pracy; · zdążenie na pociąg do Katowic w ciepłe popołudnie 6 października, kiedy od odjazdu dzieliły mnie sekundy. Co zamierzam w tym roku? Na pewno dalej pisać bloga. Z czasem, kto wie, może zajmę się jakimiś ruchomymi obrazkami. Paradoksalnie mam konkretniejsze plany co do gier. W końcu zrobiłem jeden arkusz Excela, w którym spisałem wszystkie gry, które zamierzam przejść i podzieliłem na kategorie tak, jak na załączonym obrazku. Przyjąłem następujące założenia (i obiecuję, że to ostatnia lista w tym wpisie): · jedna godzina grania dziennie; · miesiąc ma 31 dni; · czas na przejście wzięty z howlongtobeat.com i dodane 2/3 godziny; · najniższa cena jest najniższą zaobserwowaną ceną – wiem, że Prey kosztował kiedyś 50-70 zł, ale nie pamiętam ile dokładnie, a w chwili pisania jest po pełnej cenie. Jak Wam się podoba ta lista? Może polecacie coś dodać lub usunąć? W razie czego mam wszystkie gry, jakie kiedykolwiek były rozdane na Epicu za darmo oraz większość gier z CDA od 2012 roku. Na koniec życzę Wam wszystkiego dobrego na Nowy Rok i oby Wasze plany się ziściły. Dzięki!
  4. Witajcie w nowym roku! Nadejszła wiekopomna chwila… Wreszcie ostatni post dotyczący Pieśni Lodu i Ognia. Tak jak dwa miesiące temu nie mogłem się doczekać, by coś o niej napisać, tak teraz cieszę się, że już kończę ten mini-nie-mini cykl. Nie przedłużając… Nie trzeba być geniuszem, aby dostrzec, że historie postaci z Pieśni są tak bogate, że można by wydać osobne książki wyłącznie na temat tylko jednej z nich. A sama opowieść przedstawiona w sadze jest tylko wycinkiem ogromnej historii Westeros i Essos, gdzie wydarzyło się już dużo. Tak dużo, że to aż prosi się o osobny tom/serial. Mamy niewiarygodnie charyzmatycznego Rhaegara Targaryena. Mamy nieudaną rebelię Balona Greyjoya. Mamy bardziej udaną rebelię Roberta Baratheona i niemal całkowite zniszczenie rodu Targaryen połączonymi siłami Baratheonów, Starków i Lannisterów. Idąc jeszcze dalej, mamy młodego Barristana Selmy’ego oraz turniej, po którym zaczęto go nazywać Śmiałym. Mamy rozgromienie rodu Reyne’ów przez dziewiętnastoletniego (!!!) wówczas Tywina Lannistera. Mamy bromance Neda Starka i Roberta Baratheona. Tyle że o powyższych wydarzeniach przynajmniej mamy jakieś pojęcie. A kto nie chciałby przeczytać origin story Jaime’a i Tyriona? Albo Ser Berica Dondarriona? Albo zobaczyć więcej starć braci Clegane? Albo przekonać się, co lady Olenna Tyrell nawyczyniała za młodu? Patrząc na to wszystko trochę szkoda, że Martin nie rozwija znanych nam postaci, lecz ciągle dodaje nowe w swoich opowiadaniach ze świata Pieśni. Te również są pewnie dobre – nie wątpię, że autor nadal potrafi tworzyć wiarygodne postacie z krwi i kości – ale nie jestem pewien, czy chcę czytać cokolwiek niezwiązanego z Tyrionem albo Jonem. Na sam koniec mam kilka zabawnych dialogów z książek, które pojawiły się w serialu albo w zmienionej formie, albo w ogóle, ku mojemu rozczarowaniu. Spoiler ze Starcia królów: Spoiler z Tańca ze smokami: Spoiler z Gry o tron: I to by było na tyle. Mam nadzieję, że podobał się Wam ten cykl. Za tydzień wracamy do gier.
  5. Wiem, że już w zasadzie święta. Trzeba zaciukać lampki, rozplątać karpia, upiec choinkę i ubrać sernik. Dlatego wpis to będzie mój ostatni w tym roku, z Bardzo Ważną Wiadomością na końcu. Poniżej ciąg dalszy różnic między książkową a serialową Pieśnią Lodu i Ognia. Wróćmy do Aryi. Przede wszystkim w książkach nie rozmawiała ani razu z lordem Tywinem – w Starciu królów była ona podczaszym Roose’a Boltona. Choć pomysł, by zamiast tego usługiwała Tywinowi, uważam za genialny, tak samo jego wykonanie obraża inteligencję lorda. Nie wierzę, żeby najpotężniejszy, najbardziej wpływowy człowiek w Westeros, który samodzielnie odnowił ród Lannister, a który naprawdę jest królem (choć bez korony) nie skapnął się, że jego podczaszy skrywa coś więcej, niż tylko szlacheckie pochodzenie. Ponadto nie zauważyłem, żeby serialowa Arya kiedykolwiek przygryzła wargę, co robi nagminnie w książkach. Ale to już podpada pod czepialstwo. Za to po rozpoczęciu służby w Domu Czerni i Bieli Arya (czy raczej nikt) spotkała się z innym znajomym – Samwellem Tarlym, notabene ratując go przed jakimiś oprychami. Oczywiście, jak to w Pieśni, Arya nie wyjawia mu swojej tożsamości, przez co oboje nie wiedzą, że mają wspólnego znajomego – Jona. Co Sam robił w Braavos? Znajdował się w drodze do Starego Miasta, żeby szkolić się na maestra. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego podróżował akurat przez Braavos – miasto to znajduje się w Essos, na drugim brzegu Wąskiego Morza, a Stare Miasto leży bardziej na południowo-zachodnim brzegu Westeros. Ciekawsze są jednak okoliczności, w jakich Sam został wysłany do Starego Miasta. W serialu poprosił Jona o pozwolenie na podróż. W książce było zgoła odwrotnie – to Jon rozkazał Samowi wziąć Gilly, dziecko i maestra Aemona i wyjechać do Starego Miasta, czemu Sam ostro się sprzeciwiał. W ogóle Jon był nieco bardziej stanowczy i bezwzględny jako lord dowódca Nocnej Straży, ale wysłał Sama, Gilly i dziecko z bardzo konkretnego powodu. Serial pomija to, że Król za Murem miał syna. Kiedy Stannis przybył Nocnej Straży z odsieczą, szybko dowiedział się o tym. Zarówno on, jak i Melisandre mieli w nosie wytłumaczenia Jona, że jakiekolwiek tytuły królewskie nic nie znaczą dla Wolnego Ludu. Maester Aemon przewidywał (słusznie), że czerwona kapłanka będzie chciała złożyć syna Mance’a w ofierze, bo to przecież królewska krew. Wtedy Jon postanowił wysłać Sama, maestra Aemona, Gilly oraz dziecko do Starego Miasta. Z tym że dziecko nie było Gilly, lecz Mance’a i Dalli, jego żony (której w serialu brak). Można sobie wyobrazić, że Gilly nie była tym faktem zachwycona. Sam nie domyślił się niczego – prawdę powiedział mu maester Aemon przed śmiercią. Ubolewam nad jednym szczegółem dotyczącym Jona – w serialu zgładził on Qhorina Halfhanda samemu, bez niczyjej pomocy. W książkach Jon zginąłby w walce, gdyby nie interwencja Ducha, jego wilkora. Swoją drogą, nie tylko Bran jest wargiem. Jon, Robb, Rickon i Arya również wchodzili w umysły swoich wilkorów, tyle że we śnie. Co do Sansy nie jestem pewien, gdyż jej wilkor zginął dosyć wcześnie. Wracając na Mur… Sam Mance Rayder nie zginął na stosie, choć wszyscy myślą, że tak było. Melisandre rzuciła na niego zaklęcie maskujące, a zamiast niego spłonął Pan Kości. Po odejściu Stannisa z Muru Jon i Melisandre wysłali Mance’a razem z drobnym oddziałem, aby wydostał Aryę Stark z Winterfell. Oczywiście nikt na Murze nie wie, że jej tam nie ma. Mance skontaktował się z Theonem i nawiązał z nim współpracę. Razem pomogli uciec Jeyne Poole (fałszywej Aryi) z Winterfell. Niestety z listu od Ramsaya dowiadujemy się, że ten wziął Mance’a za zakładnika. Tylko czy ten list faktycznie pochodził od Ramsaya? Napisane w nim było, że ten rozgromił armię Stannisa, podczas gdy z jednego udostępnionego rozdziału Wichrów zimy wiemy, że Stannis żyje (jako jedyny żyjący król po Wojnie Pięciu Króli) i schwytał Theona i Yarę Greyjoyów. Tylko czy jest to scena sprzed czy po bitwie o Winterfell? A tak na marginesie, w serialu mamy Yarę Greyjoy, a w książkach Ashę Greyjoy. Zapewne, by uniknąć podobieństw z Oshą z Wolnego Ludu. Tylko, zaraza, moim zdaniem Asha Greyjoy brzmi lepiej. Skoro wspominamy o Rickonie, to musimy wspomnieć też o… Davosie, który nie udał się ze Stannisem do Czarnego Zamku, lecz do Wschodniej Strażnicy. Stamtąd wyruszył do Białego Portu pertraktować z lordem Wymanem Manderlym, by ten przyłączył się do Stannisa. Po drobnych perturbacjach (z fałszowaniem śmierci Davosa włącznie) udało im się dojść do jakiegoś porozumienia – Manderly będzie walczył za Stannisa pod jednym warunkiem. Davos musi odszukać Rickona Starka, który rzekomo przebywa na wyspie Skagos. Swoją drogą w książkach Davos miał troszkę bardziej rozbudowaną rodzinę. Wiemy, że miał żonę i siedmiu synów (w serialu widzimy tylko jednego). Bitwa nad Czarnym Nurtem była bardziej tragiczna dla książkowego Davosa, gdyż zginęło w niej aż czterech jego synów z pięciu, którzy służyli Stannisowi. Założę się, że jeśli Davos i Tyrion kiedykolwiek się spotkają w książkach, ten pierwszy nie będzie wobec tego drugiego tak dobroduszny, jak w serialu. To teraz przenosimy się do ciepłych krajów. Co ciekawe, wątek Daenerys jest chyba najwierniej odwzorowany, choć oczywiście parę różnic jest. Na przykład Ser Barristan Selmy nadal żyje i będzie walczył o Meeren pod nieobecność Daenerys w nadchodzącej bitwie. Póki co miasto jest tylko oblężone, choć i to się pokomplikowało – armie po obu stronach spustoszyła zaraza, a ta, jak wielokrotnie wspomina się w książkach, może być bardziej śmiercionośna niż miecze i kusze. Z kolei Jorah Mormont nie zaraził się szarą łuszczycą, tylko niewspomniany w serialu Jon Connington. Jeden szczegół chciałem zobaczyć w serialu. Po złożeniu ciała lorda Tywina w Sepcie Baelora można było zaobserwować dość makabryczny detal, mianowicie mięśnie twarzy trupa po śmierci ściągają się, czy coś w tym stylu. Przez to Tywin leżał z coraz większym uśmiechem na twarzy. Naprawdę chciałem zobaczyć, jak upiorny wyszczerz Tywina kontrastuje z całą powagą towarzyszącą jego śmierci. Swoją drogą, pewnie nawet za życia nigdy się tak nie uśmiechał. Ostatnia uwaga. W książkach zawarto dosyć szczegółowe opisy samego siedzenia na Żelaznym Tronie. Nieraz zdarzyło się, że władca… Zaciął się od jednego z mieczy, z których tron został stopiony, co było całkiem niezłą metaforą rządzenia Siedmioma Królestwami. Najwięcej skaleczeń zaliczyli chyba Joffrey i Aerys II Szalony. Szkoda, że żadnej z tych scen nie ma w serialu. Nie wiem jak Wy, ale znając wszystkie te różnice między książką a serialem, nie mogę doczekać się Wichrów zimy. Mam nadzieję, że kiedyś się jednak doczekam, choć autor generalnie nie spieszy się z pisaniem. Nie dziwię się. Gdybym ja miał pisać coś takiego, musiałbym regularnie odświeżać sobie całość – akcja Pieśni Lodu i Ognia rozgrywa się na skalę międzykontynentalną. Ale to jeszcze nie wszystko! Mówiłem przecież, że mam Bardzo Ważną Wiadomość. A brzmi ona: WESOŁYCH ŚWIĄT! Do zobaczenia w przyszłym roku!
  6. Zastanawialiście się kiedyś, czy oraz jak bardzo różni się serialowa adaptacja Pieśni Lodu i Ognia od książkowego oryginału? Miło, że pytacie! Poniżej zawarłem kilka najbardziej rzucających się w oczy różnic między powieściami a serialem. Nie przedłużając… Wiele postaci serial pominął. O ile jakoś nie szkoda mi, że nie ma Quentyna Martella czy Victariona Greyjoya, tak nie zobaczymy też Arianne Martell (która stała za zamachem na księżniczkę Myrcellę) czy młodego Aegona Targaryena (syna Rhaegara i Elii Martell). Najbardziej żałuję, że na ekranie nie wystąpiła Lady Stoneheart. A kimże ona jest? Ożywioną lady Catelyn. Bractwo bez Chorągwi przypadkiem znalazło ciało lady. Jednak Thoros z Myru odmówił jej ożywienia argumentując, że upłynęło zbyt dużo czasu (trzy dni). Wtedy Beric Dondarrion oddał swoje życie, aby lady Catelyn powróciła do żywych, co okazało się błędem. Bractwo straciło silnego i charyzmatycznego przywódcę i zaczęło polować nie tylko na pojedynczych Freyów, ale też na każdego, który miał cokolwiek wspólnego (choćby nazwisko) z mordercami z wesela. Lady Stoneheart najbardziej jednak chce dopaść Jaimego, gdyż Roose Bolton przed jej śmiercią przekazał jej pozdrowienia, rzekomo od Jaimego właśnie. Lecz ani w książkach, ani w serialu, Jaime nie miał nic wspólnego z Krwawymi Godami. No powiedzcie, że nie chcielibyście zobaczyć, jak się to potoczy w serialu. Swoją drogą, cała Pieśń została ciekawie przetłumaczona. King’s Landing – Królewska Przystań, spoko. White Harbor – Biały Port, dobra. Ale Wysogród zamiast Highgarden? Brzmi ładnie, ale za bardzo kojarzy mi się ze Zwierzogrodem albo z Zasiedmiogórogrodem. A Słoneczna Włócznia zamiast Sunspear? Szkoda, że nie dali Zimopadu zamiast Winterfell, albo Rzekobiegu zamiast Riverrun! I wnioskuję o zmianę nazwy Zapchlony Tyłek (Flea Bottom) na Pchla Rzyć, względnie Pchlarzyć. Choć i tak Siedmiu niech będą dzięki, że Polacy nie obserwują akcji w Zachodnios. Natomiast chylę czoła przed kreatywnością tłumaczy, którzy direwolf przetłumaczyli na wilkor. Szanuję, ja przez całą lekturę zastanawiałem się, jakby to brzmiało po polsku. Wracając do tematu… Generalnie książkowe opisy są bardzo sugestywne, a wiele rzeczy serial wyładnił. Brienne była jeszcze brzydsza, Tyrion bardziej zapijaczony (zwłaszcza po zamordowaniu ojca), a Ramsay jeszcze bardziej okrutny, w co mimo wszystko trochę ciężko uwierzyć. Książkowa Arya też miała już bardziej spaczoną psychikę i lubiła zabijać. Z kolei większość Starków w książkach jest młodsza o dwa lata. Jon i Robb mają lat 14, Sansa 11, Arya 9, Bran 7, a Rickon 3. Tutaj z kolei cieszę się, że w serialu ich trochę postarzano. Tyrion z blizną i brodą w serialu wyglądał paradoksalnie lepiej, niż ten sam Tyrion w książkach. Wskutek rany odniesionej w bitwie nad Czarnym Nurtem stracił połowę nosa, co (niespodzianka) nie dodało mu urody. Szkoda też, że serial nie uwzględnił jego różnokolorowych oczu, ale zapewne nieustanne zakładanie soczewek byłoby zbyt czasochłonne i problematyczne. Podobnie jak chirurgiczne usuwanie połowy nosa. W książkach rozwiązano też wątek Tyshy – ukochanej Tyriona z dzieciństwa. Kiedy Tyrion czeka na egzekucję po pojedynku księcia Oberyna z Gregorem Cleganem, Jaime przychodzi mu na ratunek. Oznajmia też bratu, że ich małżeństwo było autentyczne – spotkanie Tyriona i Tyshy nie było planowane, a ona sama nie była panią do towarzystwa. Co się zatem wydarzyło? Lord Tywin się wydarzył. Zmusił Jaimego, by okłamał brata i przedstawił to tak, jak przedstawił. Tyrion nie był zachwycony takim obrotem spraw. Do tego stopnia, że okłamuje Jaimego, że to on zamordował Joffreya, w co Jaime prawdopodobnie uwierzył. Tyrion wyjawia mu też, że Cersei sypia z Lancelem Lannisterem, jednym z Kettlebacków (nieobecnych w serialu), a niewykluczone, że na nim lista się nie kończy. Swoją drogą, nie pamiętam czy Jaime dowiedział się o tym w serialu. Skoro o Jaimem mowa, to nie wyrusza on na misję ratunkową do Dorne razem z Bronnem. Zostaje wysłany od razu do Riverrun, by tam zakończyć oblężenie, po czym wraca do Królewskiej Przystani. Po drodze spotyka jednak… Brienne. I tu się robi ciekawie, bo Brienne nie spotkała w swoich poszukiwaniach ani Aryi i Ogara, ani Sansy i Littlefingera. Zaliczyła za to rendez-vous z Bractwem bez Chorągwi i Lady Stoneheart, która kazała ją powiesić, kiedy zauważyła u Brienne lannisterski miecz. Brienne jednak musiała się jakoś z tego wywinąć. W rozmowie Brienne oznajmia Jaimemu, że odnalazła Sansę Stark, lecz jeśli chce ją zobaczyć, musi pójść sam – inaczej Ogar ją zabije. Dla czytelników jest jasne, że kłamie – Sansa jest nadal w rękach Littlefingera – więc czy Brienne nie chce czasem zwabić Jaimego w pułapkę Lady Stoneheart? To by była konfrontacja! Littlefinger planuje wydać Sansę (która podaje się za jego córkę Alayne, czego w serialu chyba nie było) za niejakiego Ser Harrolda Hardynga. Na weselu Sansa ma ujawnić swoją prawdziwą tożsamość, zyskując poparcie rycerzy Doliny Arrynów, którzy mają pomóc jej (oraz lordowi Baelishowi) odzyskać Winterfell. Littlefinger ma tylko jedno zastrzeżenie – ponieważ Sansa jest nadal żoną Tyriona, musi zaczekać, aż zostanie ona wdową. Jeszcze jedna uwaga dotycząca Littlefingera – w scenie zabójstwa Lysy Arryn w serialu jedynym tego świadkiem była Sansa. Za to w Nawałnicy mieczy w sali znajdował się również śpiewak, którego Littlefinger natychmiast oskarżył o morderstwo. Lord Baelish miał tyle szczęścia, że miał na kogo zrzucić winę, że to aż dziwne, że rzeczonego barda w serialu nie było, a wszystko zależało od Sansy. Skoro Sansa ma poślubić jakiegoś Hardynga, to kto zostaje żoną Ramsaya? Arya Stark, tyle że pod nią podszywa się Jeyne Poole, przyjaciółka Sansy. Oczywiście plan ten wymyślił Littlefinger, a zatwierdził lord Tywin. Jest to kolejny wątek, który serial bezceremonialnie olał, a który jest moim zdaniem po prostu ge-nial-ny. Prawdziwą tożsamość Jeyne zna ledwie niewielu, ale co najważniejsze, nie zna jej Jon. Ten dalej wierzy, że w Winterfell znajduje się Arya… Która nadal jest w Braavos. Jak się do tej sytuacji mają Jon, Stannis, Theon, Sam, Arya i inni? Dowiecie się w następnym wpisie.
  7. Sezon ósmy Gry o tron został niemal jednogłośnie okrzyknięty najgorszą częścią serialu. Słusznie? Zabrakło głównie dwóch rzeczy – logiki oraz spójności z poprzednimi sezonami. I… to tyle, ile mogę napisać, nie zdradzając szczegółów. Poniżej znajduje się kilka rzeczy, które mi najbardziej w ostatnim sezonie nie pasowały. Starałem się unikać zwykłego czepialstwa. Oczywiście skłamałbym, gdybym samemu zauważył wszystkie te błędy – polecam obejrzeć ten materiał. Poniżej spoilery z sezonu ósmego, czwartego i pierwszego. Podczas pisania skapnąłem się, jak dużo jest tych błędów i nieścisłości. Sorry za niezawarcie ich wszystkich. Mimo to zakończenie serialowej Pieśni Lodu i Ognia absolutnie nie jest paździerzem. Rewelacyjne sceny akcji (bitwa trwająca cały odcinek!), gra aktorska, ujęcia – to wszystko jest nadal obecne. Trochę jednak szkoda, bo całość wygląda, jakby skończyła się zbyt szybko. Moim zdaniem powinno być jeszcze drugie tyle odcinków, co w sezonie ósmym. Niekoniecznie z tym samym stężeniem akcji. Chylę jednak czoła przed ekipą stojącą za całym serialem.
  8. Nareszcie! Kiedy w kwietniu przeczytałem Grę o tron wiedziałem, że na pewno będę o niej pisał. Choć korciło mnie niemiłosiernie, by już wtedy skrobnąć kilka słów o tym i owym, wstrzymałem się. Postanowiłem, że dopiero, gdy poznam całą Pieśń Lodu i Ognia, będę czuł się na tyle pewnie, by w ogóle ugryźć temat. W końcu przeczytałem wszystkie dotychczas ukazane pięć tomów Pieśni (pominąłem za to Rycerza Siedmiu Królestw oraz Ogień i krew), a potem obejrzałem wszystkie osiem sezonów serialu. Materiał źródłowy jest tak obszerny, że nie mam najmniejszych szans zawrzeć wszystkich przemyśleń w tylko jednym wpisie. Stąd pomysł na miniserię. Nie przedłużając… Pieśń Lodu i Ognia to moloch. Olbrzymia opowieść pełna nietuzinkowych postaci, bogata w politykę, bitwy, intrygi i zbrodnie, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Skala opowieści jest przeogromna… A czas ograniczony. W takim razie od czego lepiej zacząć: od książek czy serialu? Czy jeśli zacznę od powieści, czy serial mnie rozczaruje? A może na odwrót? Jak bardzo różni się oryginał od adaptacji? To skomplikowane. Pierwsze dwa sezony są bardzo wierne książkom. Czuć ten sam klimat, a różnice wynikają głównie z ograniczonego (wtedy) budżetu. Potem fabuła serialu coraz bardziej rozjeżdża się z historią z książek. No bo jak tu trzymać się kurczowo powieści, skoro w czwartym tomie Pieśni niemal w ogóle nie występują ani Tyrion, ani Jon, ani Daenerys? Niezbyt sobie wyobrażam cały sezon bez nich. George R.R. Martin tak sobie to rozplanował, że w Uczcie dla wron (czwarty tom) przedstawia akcję głównie z perspektywy Cersei, Jaime’a oraz Brienne (choć jest też Sansa, Arya i Sam), a w Tańcu ze smokami pisze, co w międzyczasie działo się z Wielkimi Nieobecnymi i ciągnie akcję dalej, ale już z większością bohaterów. Za co się więc zabrać: książki czy serial? Odpowiedź brzmi: why not both? Książki mocno stawiają na politykę. Duuuużo polityki. W pierwszych tomach jeszcze w miarę ciekawie się ją śledzi, ale po Nawałnicy mieczy (trzeci tom) autor pisze o tym, co się dzieje na Wyspach Żelaznych, gdzie najciekawszą postacią jest Asha Greyjoy, oraz w Dorne, gdzie… Nie dzieje się niemal nic, co dotyczy znanych nam bohaterów. Serial również stawia na politykę, ale później dokłada całkiem dużo scen akcji, głównie z udziałem Jona. Przez ekran przewija się też mniej postaci, więc siłą rzeczy częściej widzimy znane twarze. No i w porównaniu do książek, akcja serialu biegnie na złamanie karku. Nawet gdy dzieje się to samo, dzieje się to trzy razy szybciej niż w książce, a w ostatnich sezonach tempo jest tak wysokie, że można zawału dostać, byleby już, teraz, natychmiast doprowadzić kilka wątków do końca, czasem dość bezceremonialnie. Patrzę na was, sezonie siódmy i ósmy. Jednak moim zdaniem rozczarowania da się uniknąć tylko wtedy, gdy zdecydujemy się poznać serial i nic poza nim. Jeśli najpierw zgłębimy książki, dostrzeżemy, że serial kilka ciekawych wątków po prostu olewa. Dla miłośników śledzenia sytuacji politycznej w Westeros będzie to obraza inteligencji, ale tacy ludzie znają pewnie imiona wszystkich dzieci Spóźnionego Waldera Freya. Ja nie znam, ale trochę szkoda mi, że parę ciekawych postaci w serialu po prostu się nie pojawia. Z kolei jeśli najpierw obejrzymy serial, książki wydadzą nam się po prostu nudne. Dla mnie osobiście serial, ze wszystkimi jego zadami i waletami, jest lepszy od książek, ale to tylko moje zdanie. Jak każdy, ja również parę rzeczy bym zmienił – oczekiwałem nieco innego rozwoju wypadków, ale to samo mógłbym powiedzieć o książkach. Martin bawi się z czytelnikiem, często nie dając mu tego, czego chce, albo nieprzyzwoicie długo odwlekając to w czasie. Pod tym względem podobny jest do Quentina Tarantino. Nigdy nie dowiemy się, co jest w walizce z Pulp Fiction, ani jak dokładnie nie udał się napad na jubilera we Wściekłych psach. Moim zdaniem warto, mimo możliwych rozczarowań, najpierw przeczytać dotychczas ukazane pięć (z planowanych) siedmiu tomów Pieśni, a dopiero potem zabrać się za serial. Można wtedy w ramach ciekawostki poobserwować, które wątki serial odwzorował wiernie, a które porzucił na rzecz radosnej sieczki. To, że Pieśń Lodu i Ognia jest dziełem wybitnym, jest tak pewne jak to, że Lannisterowie zawsze spłacają swe długi.
  9. Powinienem był to napisać już dawno. Cieszę się niepomiernie, że CDA zostało odratowane przez FantasyExpo, wciąż działa i rozwija się. I to widać gołym okiem. Dosłownie! Już od numeru z Tonym Hawkiem na okładce widać wyższą jakość papieru, choć mnie urzekł głównie powrót błyszczącego lakieru na okładce. Gdy sam zaczynałem przygodę z pismem (początek 2012), rzeczony lakier był obecny i dalej wygląda bardzo sympatycznie. Szczególnie zapadły mi w pamięć okładki z 2013, z Battlefieldem 4, Crysisem 3 i The Division. Były po prostu przepiękne! Tak samo jak wylakierowane nordyckie runy na okładce obecnego numeru. Cieszy mnie również pojawienie się Yasia i Elda oraz powrót MQca i Berlina. Nie piszę „powrót Yasia i Elda”, gdyż sam ich wcześniej nie czytałem. Moja kulpa, moja kulpa, moja bardzo wielka kulpa. Fajnie, że CDA trochę eksperymentuje z objętością – w newsach growych i sprzętowych znajdują się teraz tylko te najważniejsze wiadomości, dzięki czemu jest więcej miejsca na resztę, publicystykę zwłaszcza. Nie przeszkadza mi nawet brak Na Luzie – losowy obrazek z Nadgodzin mam w Nadgodzinach, a większość Notłatek średnio mnie rozbawiła. Za to brakuje mi trochę CDA Inside (czy jakoś tak), moim zdaniem ta część ładnie wpasowałaby się w GameWalkera. Teraz czekam(y), aż na YouTube pojawią się jakieś ciekawe materiały od CDA. Zwłaszcza że od dawna wiemy, że autorzy CD-Action umieją w publicystykę, a tematy prezentowane tutaj ciekawią mnie dużo bardziej niż na, dajmy na to, tvgry.pl. Domyślam się, że tvgry robi materiały dla trochę innego odbiorcy i moim zdaniem nie ma potrzeby, by kanał CD-Action musiał z nimi (z tvgry, nie z odbiorcami :P) konkurować. CDA mogłoby znaleźć swoją niszę i tam się rozwijać. Jednak nie stworzyłem nigdy żadnego materiału na YT (poza tym), więc oczywiście mam prawo się o tym wypowiadać. A co z pełniakami? Szczerze mówiąc, ich brak nie robi mi za wielkiej różnicy. Ostatnią grą z CD-Action, w jaką zagrałem, było AER: Memories of Old, z numeru 08/2019 (polecam! I grę, i sam numer). Właśnie sobie uświadomiłem, że od ponad roku nie wykorzystałem żadnego pełniaka z CDA. Choć nie powiem, dzięki CD-Action zagrałem w wiele superowych tytułów. Batman: Arkham Asylum, Max Payne 1 i 2, Call of Juarez: Gunslinger, Far Cry 3: Blood Dragon, Lords of the Fallen, Deus Ex: Human Revolution… A BioShock 1 i 2, Splinter Celle i Prince of Persie jeszcze czekają na przejście. Wszystkich powyższych gier zapewne normalnie bym nie kupił, a dzięki CDA poznałem je „przy okazji”. Dzięki! I w ogóle dzięki. Patrzenie, jak CD-Action się rozwija sprawia, że serce rośnie. Ale żeby nie było za słodko, bo od słodkiego tylko zęby się psują, zapytuję: czy (kiedy?) przeczytamy coś od Papkina? Wiadomo, że to lew północy, rotmistrz sławny i kawaler, ale może od czasu do czasu pojawiłby się na łamach pisma? Choć bardziej niż do lwa północy, podobny jest teraz do Pszczółki Mai. Jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie. Choć w sumie to wiadomo.
  10. Dla mnie Watch Logs i HentaiSearch rządzą. No i co prawda sam CD Projekt (bez RED) nie tworzy gier, ale chętnie ujrzałbym tu Good Old Browsers (GOB), umożliwiający korzystanie ze starszych przeglądarek, także w trybie offline.
  11. @Gorondur Ech... Marzenie @MajinYoda No dokładnie. Trzeba szukać wytrychu, kiedy ma się za pasem solidny toporek... Często nawet okna nie można rozbić. Dlatego eksploracja w TLOU2 była tak odświeżająca - tam często rozbiło się parę okien, gdy drzwi były zamknięte na klucz.
  12. @Gorondur Mogę się mylić, ale moim zdaniem to głównie kwestia zasobów. Sądzę że bez problemu można by dorobić rozpadające się krzesła czy ale jeśli twórcy mogą wybierać między zajmowaniem się krzesłami a, dajmy na to, zrobieniem dodatkowego questa, to raczej zajmą się questem. Ale sam się tym nigdy nie zajmowałem, nie wiem jak to jest.
  13. Wszyscy znamy to z autopsji. Siedząc za kółkiem wypaśnego auta, uciekasz przed wrogim gangiem lub policją w GTA, Watch_Dogs, czy innej wielkomiejskiej grze z otwartym światem. Nagle podejmujesz decyzję o skróceniu sobie drogi ucieczki przez czyjeś podwórko, licząc w duchu, że jego właściciele mają dobre ubezpieczenie na dom. Gdyby to było takie proste… Nagle dwadzieścia metrów przed maską wyrasta ci żywopłot. Niczego nieświadomy wjeżdżasz weń z pełną prędkością licząc, że za 0,05 sekundy znajdziesz się po drugiej stronie. Tymczasem spektakularnie zderzasz się czołowo z niewzruszonym krzewem, wyhamowując do zera w ułamku sekundy, a twoja postać katapultuje się przez przednią szybę, wszak kto w grach wideo zapina pasy. Frustracja ogarnia cię niczym pożar, policja zgarnia cię bez problemu (o ile jeszcze dychasz), sportowe autko do kasacji, a właściciele „przejechanego” podwórka na pewno stali się już gwiazdami TikToka, wrzuciwszy tam nagranie całej tej akcji. Oczywiście trochę przesadzam, ale… Jest to pewien absurd, że jeżdżąc po cyfrowym mieście, można względnie bezkarnie rozbijać się po nim, łamiąc niczym trzcinę latarnie, słupki, znaki oraz przepisy drogowe. Jeśli natomiast na drodze stanie nam metrowy żywopłot, może się okazać, że jest on wykonany z adamantium i łatwiej byłoby przejechać na hulajnodze przez Mordor. Tylko jak temu zaradzić? Nigdy nie zrobiłem żadnej gry, ale uczynienie krzewów i drewnianych płotków przejezdnymi chyba nie powinno być problemem. Tylko co z metalowymi latarniami i barierkami? Gdyby pojazd gracza miał się na nich rozbijać, świat gry byłby duuużo mniej wybaczający. Co prawda byłoby to bardziej realistyczne, ale gracza szybko ogarniałaby żądza mordu. Swoją drogą, problem ten niejako rozwiązał Batman Arkham Knight i jazda Batmobilem, dla którego przeszkodą mogły być jedynie budynki, a wszelkie pozostałe krzaczki, słupki, a nawet betonowe murki (!) uciekałyby mu z drogi, gdyby mogły. I nie burzy to immersji, bo to przecież Batman. Zabawne, bo jeżdżąc w ten sposób, dajmy na to, po Chicago w Watch_Dogs, szybko zacząłem sobie skracać zakręty przez chodnik, masakrując po drodze latarnie i przystanki (ale nie ludzi, trzeba mieć jakieś zasady). No chyba że na drodze stawało drzewo. Co dla odmiany jest i dosyć realistyczne, i kompletnie zrozumiałe, w grach zazwyczaj nie damy rady przejechać przez drzewo. Za to po zaliczeniu czołówki z niewzruszonym wiązem możemy powtórzyć za Kukizem słowa adekwatnej piosenki. Musielibyśmy chyba zamontować sobie pierońsko dużą piłę tarczową, bo szanse na wyrwanie tego dziadostwa z korzeniami i przewiezienie go na masce są cokolwiek nikłe. Jednocześnie w miastach drzew jest na tyle mało, że ewentualne rozwalenie się na nim nie powoduje zbyt wielkiej frustracji i chęci siania rozpierduchy godnej Rambo. Czy da się jakoś urealistycznić rozbijanie się na latarniach tak, aby nie utraciła na tym frajda z szybkiej jazdy po mieście? To jest bardzo dobre pytanie. Owszem, czasem można pojeździć po mieście jak normalny człowiek i się dobrze bawić, ale sam osobiście jeżdżę z prędkością dużo wyższą niż dozwolona. Tylko w grach, rzecz jasna.
  14. Tim Sweeney go nienawidzi! Odkrył jeden prosty trik, jak zintegrować EGS ze Steamem [ZOBACZ JAK]. Uściślając… Nie integrowałem Epic Games Store ze Steamem, nie odkryłem żadnego prostego triku, a Tim Sweeney mnie… Chyba… Lubi? Bo lubię Epica? To skomplikowane. Wróciłem sobie jakiś czas temu do Arkham Knighta i chciałem go przejść na PC, ale na padzie. Standardowa procedura: gra wspiera pada od PS4? Z tego co kojarzę, niby tak, ale jednak nie. Wynikły jakieś problemy. Odpalam więc DS4Windows, zaufanego kompana, który jak dotąd nigdy mnie nie zawiódł. I psinco, nadal nie mogę grać na padzie. Przeszukuję więc internety. Natrafiłem na rozwiązanie, które jest genialne w swej prostocie. Steam wspiera kontroler od PS4 – można go sobie samodzielnie skalibrować w odpowiednim menu. Na co jeszcze pozwala Steam? Na dodanie do biblioteki aplikacji spoza Steam. Od 7-Zipa po Winampa. „Trik” polegał na tym, by dodać Epic Games Store do biblioteki Steam… I tyle. Kiedy odpalisz Epica z poziomu Steama, Epic uznaje podpięty kontroler i bez problemu da się grać w rzeczonego Batmana na padzie. Co prawda ikonki są takie, jak na padzie od Xboksa, ale to szczegół. W ten sposób Steam podratował Epica. Znaczy się, konkretnie to podratował tylko tego Batmana, bo pozostałe gry, w które grałem na Epicu (dwie pierwsze części Darksiders, Celeste, Overcooked, poprzednie Batmany) w ogóle nie miały problemów z padem. Mocno rozbawił mnie fakt, że Steam pozwala ot, tak podpiąć sobie aplikację Epica, który aspiruje do bycia największym konkurentem Steama. Choć lubię Epica za jego darmówki, momentami niepomiernie mnie denerwuje. Na przykład, gdybym chciał odpalić sobie Watch_Dogs z poziomu Epica, odpali mi się również Uplay. Dlaczego by nie odpalić go prosto przez Uplaya? Ponieważ Epic bardzo fajnie zlicza mi czas spędzony przy danej gierce, czego (z tego co zaobserwowałem) nie robi ani Uplay, ani sam Watch_Dogs. Przypomina mi się przez to Battlefield 3, który do grania online wymagał nie tylko odpalonego Origina, ale też Battleloga w przeglądarce. Ale jak dla mnie, ze wszystkich tych Steamów, Epiców, Uplayów i innych Originów najbardziej przyjazny jest GOG. Ma wszystko, czego mi potrzeba (licznik czasu) i więcej (brak DRM-ów), a jednocześnie jest wystarczająco przejrzysty. Gdyby jeszcze zbieranie danych z innych kont zawsze działało poprawnie, to byłoby złoto. Kończąc tę przydługą dygresję, jeśli mam wybierać między Steamem a Epikiem, to wolę wybrać GOG-a.
×
×
  • Create New...