Jump to content
  • entries
    103
  • comments
    141
  • views
    4,854

About this blog

Blog dotyczy głównie spraw okołogrowych. Najczęściej zamieszczam swoje felietony i przemyślenia. Poza tym pojawiają się rozmaite "mądrości" pisane o grach w książkach, na stronach internetowych itd.

Wpisy zamieszczone na blogu są pisane przeze mnie i wyrażam w nich moją opinię na rożne tematy. W przypadku chęci skorzystania z fragmentu lub całości wpisu proszę o zaznaczenie źródła i informację na PW.

Zapraszam też do odwiedzania i polubienia strony bloga na Facebook'u. Zachęcam także, oczywiście, do komentowania i oceniania wpisów. Mile widziane są także wiadomości prywatne :).

Przytaczane fragmenty książek należą do ich prawnych właścicieli i zostały wykorzystane wg prawa cytatu (art.29 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Blog ma charakter rozrywkowy i nie ma na celu ośmieszenia lub obrażenia jakiejkolwiek osoby.

 

PS. Jest to Blog-zastępstwo dla oryginalnego Kącika Yody.

Entries in this blog

 

Gry uczom

Korzystać z bardzo medialnego ostatnio tematu – strajku nauczycieli – pomyślałem, że warto byłoby się przyjrzeć „nauczycielom” w rozmaitych grach. Oczywiście, pomijam samouczki. (pun intended) Jasne, teraz większość Bohaterów to samouki – nie potrzebują nauczycieli. Pomacha taki kilka razy mieczem albo przykucnie na trochę w krzaczorach i już wielki ekspert od wszystkiego. Ale o tym później. Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że NPC-nauczyciele to w większości skrzyżowanie handlarza z questgiverem. Z większością wad i zalet tychże. Przejdę jednak do rzeczy. Moim zdaniem (chyba) najbardziej jaskrawym przypadkiem jest seria Gothic, gdzie, poza znalezieniem nauczyciela i zdobyciem gotówki na niego, Bezimienny musiał mieć „punkty nauki”. Kiedyś wydawało mi się to dość dziwne – ale dziś dostrzegam zalety tego rozwiązania. Przede wszystkim – ze względu na ograniczoną ilość LP – Bezi nie był omnibusem i gracz musiał dokładnie przemyśleć każdą naukę. Inaczej powstawała dziwaczna postać. Zupełnie inny typ nauczyciela pojawia się w Oblivionie i Skyrimie. Tutaj Bohater może odbyć pięć treningów na poziom, co jest zbliżone do rozwiązania od Pirania Bytes. Kłopot polega na tym, że skąd ten biedny NPC ma niby wiedzieć, że stojący przed nim Bohater już tyle trenował? Zmęczenie? Ork w ciężkiej zbroi z głodnym spojrzeniem w oczach i wystającymi wampirzymi kłami miałby być zmęczony? Dodatkową uciążliwość widać w TES IV, gdzie tylko niektóre NPCe mogły nas uczyć powyżej pewnych własnych granic. Było to okej, szczególnie, ze aby trenować u Mistrza trzeba było wykonać jego zadanie…  O ile akurat nie zginął, jak zdarzyło mi się z bodaj mistrzem łucznictwa. Z kolei w Dragon Age Inkwizycji nauczyciele są jeszcze dziwniejsi – najpierw Inkwizytor musi ich odblokować (czyt. posłać po nich swoich ludzi) a potem wybrać jednego z trzech. Ich rola sprowadza się do wręczenia Inkwizytorowi listy życzeń questa. Po jego wykonaniu Bohater nie może nauczyć się niczego od dwóch pozostałych. To dopiero dziwne – skoro już przyszli i zajmują kawałek Twierdzy to mogliby być bardziej użyteczni, nie? Szczególnie, ze stoją tam aż do końca gry… A poza tym – Inkwizytor potem i tak musi wszystkie umiejętności sam odblokować. I tu dochodzimy do kwestii „samouctwa”. Tego typu Bohaterowie nie potrzebują nauczycieli – i tak prosta prawniczka z Bostonu po kilku dniach od rozmrożenia 210 lat później może nie tylko celnie i skutecznie zabijać dzierżąc miniguna, ale także bez żadnego przeszkolenia pilotować Pancerz Wspomagany, a nawet dołączyć do „jajogłowych” mistrzów komputeryzacji z Instytutu lub świetnie wyćwiczonych żołnierzy z Bractwa Stali… Czy tylko moim zdaniem edukacja tak nie wygląda? No, chyba, że uznać każdego takiego Bohatera za jednostkę wybitną. Wtedy okej. Formą pośrednią były nauki w World of Warcraft, gdzie (do czasu bodaj Mists of Pandaria) Bohaterowie musieli odwiedzać co jakiś czas swoich nauczycieli, by poznać ulepszone techniki walki oraz rozwijać swoje drzewka talentów. Niestety, od MoP pozostali tylko nauczyciele profesji (dobre i to). Dodatkowo – dziwi mnie, że Bohater nie może nikomu przekazać swojej wiedzy. Chociażby swoim towarzyszom... W sumie to byłby fajny „ficzer”, gdyby do takiego Dragonborna w mieście podbiegał NPC prosząc o trening. Choć podejrzewam, że byłby to ktoś taki, jak „fan” Mistrza Areny w Oblivionie ;). Źródło Pozostaje jeszcze sprawa samego szkolnictwa. W Fallout 4 sprawa jest jasna – dzieciaki z Diamond City idą do lokalnej szkoły, te z Krypty 81 na swoje lekcje, a te z Instytutu mają naukę na miejscu. W typowych fantasy RPGach z kolei albo nie ma dzieci, albo należy zakładać, ze są uczone w domu. Również gildie w TESie należy traktować jak swego rodzaju szkoły. O Wiedźminie nawet nie będę wspominał. Niestety, istnieją też inne szkoły w grach – i to nawet nie w RPGach. W pierwszej Mafii Tommy Angelo musi nauczyć się włamywać do niektórych aut – jest to szczególnie widoczne na początku. Niby jest to okej, ale miałem wrażenie, ze ktoś sobie ze mnie drwi i każde auto i tak otwierało się tak samo. Innym przypadkiem jest GTA: San Andreas. Zapewne wiecie, co mam na myśli – słynną szkołę latania. Boże, ile ja się z tym męczyłem! Mam wrażenie, że osoba, która wbiła we wszystkim złoto (bez cheatów) powinna z miejsca dostać zaproszenie do prawdziwej szkoły latania. A do tego doszła jeszcze szkoła jeżdżenia i pływania. Aż dziwne, że nikt wtedy nie pisał o „torturach” w GTA ;). Źródło Na zakończenie warto wspomnieć o innych gatunkach. W serii Heroes of Might and Magic pojawiają się nauczyciele umiejętności… oraz istnieje frakcja Akademia, która jest, w zasadzie, jednym wielkim uniwersytetem. Z tą różnicą, że na uniwersytetach nie ma tytanów ani golemów :). W Empire: Total War można (a nawet - należało) budować uczelnie, by opracowywać nowe technologie... choć, osobiście, trzymałem je tylko tam, gdzie miałem wysoki poziom zadowolenia, ale to chyba oczywiste . Szkoda, ze w późniejszych częściach (tj. Shogun 2 i Rome 2) zrezygnowano z tego na rzecz samoopracowujących się "talentów". Za szkoły w RTSach można tez uznać poszczególne budynki "produkujące" jednostki. Ale tu, chyba, nie musze nic wyjaśniać .   Z racji Świąt Wielkiej Nocy wpisu za tydzień nie będzie. Życzę Wam pogodnych i Rodzinnych Świąt!  

MajinYoda

MajinYoda

 

Money, money, money…

Pozostając w tematyce najemników w grach – zastanawia mnie jedna rzecz. W większości wirtualnych światów obowiązują waluty oparte na złocie (poza Falloutem, ale o tym później ;)). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zazwyczaj Bohater dostaje ogromne ilości gotówki, którą następnie pomnaża sprzedając graty. Dobra, „nieco” nakłamałem. Zwykle Bohater dostaje mało kasy na początku (gdy jest najbardziej potrzebna) i ogromne ilości mamony, gdy już nie ma na co jej wydawać. Najlepszy przykład – pierwszy Wiedźmin i ultra-droga kurtka (nie pamiętam już ile kosztowała) dostępna w jednym z pierwszych miejsc. Podobnie w piątym TES-ie – pierwszy dom Dragonborn może kupić za „jedyne” 5000 septimów… Nie o tym jednak chciałem – dziwi mnie wartość pieniądza w grach. Za jedną sztukę złota/Septima/koronę/kapsla handlarze bardzo chętnie od nas odkupią to i owo (o ile nie mamy zdolności targowania się), ale za tyle nie kupimy absolutnie nic. Trochę to dziwne… Albo w grach jest inflacja :). Źródło Ciekawym przykładem jest za to Assassin’s Creed Syndicate. Sygnalizowałem w recenzji, że w rzeczywistości bliźnięta Frye byłyby niewyobrażalnie bogate z gotówką, z jaką ukończyłem grę – czyli £100,000, które w 2017 roku (przypominam, ze akcja gry toczy się w 1868 roku) dałoby realne osiem i pół miliona funtów (~£8.500.000!!)! A to jest kupa kasy! Oczywiście, w tym przypadku wynika to z „uproszczenia” ówczesnej waluty Zjednoczonego Królestwa tylko do funtów szterlingów – a przecież mieli wówczas także farthingi, korony, szylingi… Swoją drogą - chętnie bym zobaczył takiego RPG-a, gdzie Bohater może znaleźć np. pół Septima. Byle nie był to podział jak w UK w XIX i XX wieku :P. Pozostała jeszcze kwestia kapsli. Sam pomysł wydał mi się ciekawy, gdy grałem w F4… ale potem doczytałem się, że zostało to przyjęte, ponieważ nikt już nie umiał produkować kapsli i były „niepodrabialne”… Niby spoko, ale to oznacza, że ich ilość jest skończona – czyli powinny przedstawiać większą wartość, niż jest to pokazane w grze. I na pewno nie powinniśmy otrzymywać setek kapsli za banalne zadanie. Na zakończenie pozostało do omówienia już tylko jedno – podobnie jak amunicja, tak i pieniądze znajdowane przez Bohatera nawet w Najgłębszych Jaskiniach, Zamkniętych od Niepamiętnych Czasów przez Pradawny Zakon Zgniłego Ziemniaka, które Otwiera Jedynie Moc Bohatera z Przepowiedni będą aktualnie używaną walutą. Chlubnym wyjątkiem jest tu trzeci Wiedźmin (gdzie możliwość wymiany w banku innych walut na korony było świetnym pomysłem) oraz Fallouta – bo przedwojenne kapsle można znaleźć w przedwojennych ruinach.   Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Cytatocepcja

Po dwóch wpisach przerwy czas na MSM-a ;). Dzisiejsza pozycja to „Agresja wirtualna vs realna. Poglądy i badania” pod red. Zdzisława Majchrzyka i Jana F. Terelaka (2011), a cytaty będą pochodziły z tekstu „Agresja i jej wpływ na dzieci i nieletnich w wybranych grach komputerowych” autorstwa Mariusza Karbowskiego (Instytut Psychologii, UKSW). Zacznę nieco nietypowo – sam tytuł rozdziału, przyjrzyjmy mu się. Polonista ze mnie żaden, ale, jakby odczytać po kolei, wynika z niego, że Autor zajął się wpływem agresji na dzieci znajdujące się w wybranych grach komputerowych. Innymi słowy – zbadał nieletnie NPC-ki! To chyba nowy wymiar spychologii :D.   A teraz już serio – w całym tekście Autor, w zasadzie, skompilował inne treści (tak, fragmenty Zabawy w zabijanie też się pojawiają – i stanowią, na oko, 1/3 tego dziewięciostronicowego (bez „Piśmiennictwa”) rozdziału…). Skupię się zatem na tylko jednym (!) podrozdziale – „Wybrane grupy gier zawierające sceny agresji”. Ortografię i interpunkcję pozostawiłem bez zmian :). Normalnie bym sobie tu pożartował z „wiedzy” Autora, ale, w przypisie harwardzkim, podał link, z którego wziął te mądrości. Oto pełna treści: Nie mam zielonego pojęcia z którego roku pochodzą te słowa (niestety, w żadnej bibliotece w moim regionie ten słownik nie występuje :(), ale dostrzegam tu amalgamację „mądrości” różnych Prof. S. Jonalistów (w tym prof. A. Szewczyk – twórczyni „Małego Seryjnego Mordercy” :)). W dodatku – nijak ma się do treści przedstawionej przez Autora omawianej dzisiaj pozycji. Bowiem, moim zdaniem, termin „gry zręcznościowe” jest bardzo szeroki – obejmuje przecież także m.in. platformówki. W końcu, jak sama nazwa wskazuje, gracz ma się wykazać zręcznością! Więc w tym rodzaju gier znalazłby się zarówno Ace Combat jak i Arkanoid. A co Wy sądzicie? Mam nieodparte wrażenie, że kiedyś, w innej książce, czytałem już te słowa… Mniejsza – Autor, tradycyjnie, nie daje przykładu ani takich gier, ani takich opcji. Interesujące, bo pamiętam, że w dwóch pierwszych grach z serii Soldier of Fortune (nie wiem jak w trójce, bo w nią nie grałem) była przeciwna opcja. A tym bardziej takowej nie było w grach z okolic roku 2010. Poza, naturalnie, wyjątkami w postaci Postala czy GTA IV ;). Eeee… w wyścigach? Jasne, pojawiają się takie motywy – choć wypadałoby dodać, że zwykle nie łamie się w nich zasad – bo takie panują w tym konkretnym przypadku! To tak jakby napisać, że we wszystkich sportach walki można kopać przeciwnika w głowę – zapominając m.in. o boksie… Pomijam już fakt, że chyba tylko w grach typu Carmegeddon można zabić przeciwnika. A jakim promilem gier wyścigowych są tego typu produkcje? Żeby było zabawniej – Autor dał tu fragment opisu gry wyścigowej: Cóż, jako, że w 1996 roku nie czytałem żadnej prasy komputerowej to poszperałem w necie i znalazłem skany SS, ale tych słów nie znalazłem. Jeśli ktoś je znajdzie – proszę dać znać w komentarzach :). Zauważyłem za to coś zupełnie innego… ale o tym później ;). Kurcze, aż dziwne, że nigdy nie ciągnęło mnie do symulatorów - taki Euro Truck Simulator musi być strasznie krwawy. Ci co grali – przyznajcie się – nie zwracacie uwagi na jęki mordowanych w tej grze, co? Źródło Kiedyś śmieszyło mnie zdanie „bohater jest pilotem tych pojazdów”, ale teraz zdałem sobie sprawę, że opacznie rozumiałem te słowa Autora. Nie miał na myśli tego, że gracz jest pilotem ciężarówki – sądzę, że widzi zło we wskazywaniu kierującemu drogi. Wiecie – jak pilot w rajdach albo pilot morski, ewentualnie pilot do telewizora. To nie jest już takie głupie, co? Trochę wyszedł tu bełkot (korektor był chyba na urlopie), ale tu nie ma się czego przyczepić. Szczególnie, że w tym miejscu jest fragment recenzji… Duke Nuke’m 3D (tak – tego hiciora z 1996 roku!) z „Secret Service” 34/1996, choć Autor usilnie twierdzi, że… z numeru 43/1996! Który to numer wyszedł w 1997 roku! Mam wrażenie, że albo Autor pomylił się przy tak skomplikowanych przypisach, jakimi są przypisy harwardzkie, albo położył na to żur w myśl zasady „i tak nikt tego nigdy nie sprawdzi”. O nie, szanowny Panie wówczas Magistrze, a obecnie Doktorze - takie błędy może popełnić licealista albo student piszący pracę licencjacką (bo przy magisterskiej już trochę gorzej). O ile pierwszej części nie bardzo mogę się przyczepić – opis jak opis – tak przykładu znów muszę. Zamiast podać Gothica, Obliviona czy chociażby Dark Messiah  of Might and Magic, Autor postawił na typową strzelankę (z gameplay’ów takie Shogo) z 1999 roku! I okrasił to opisem z PC Games CD z 1999 roku, który litościwie pomijam. Dodatkowo – idąc logiką „gracz wciela się w cośtam” to wszystkie gry są RPGami. Nawet Tropico oraz FIFA. Pomijając (standardowy) błąd w tytule przygód Lary Croft - rozumiem, że gra Avatar wyszła wcześniej… ale to było tylko jakieś dwa tygodnie, więc wątpię, by pan Cameron tak szybko nakręcił film. Pomijam też, że gry przygodowe to NIE SĄ GRY AKCJI! Co ciekawe – tu nie ma przypisu, jest tylko taki sobie opis, z którego wynika, że gra Avatar jest jednak strzelanką. Nie wiem zatem po co Autor rozbijał te dwa gatunki, skoro są (jego zdaniem) tożsame. Nie wiem skąd się wzięła moda na nazywania strategii grami wojennymi, ale okej, ma to sens. Gorzej, że Autor napisał to wszystko jakimś dziwnym językiem… A wiecie jakie przykładowe gry dał w tym miejscu Autor? Wydany w 1993 roku Syndicate i pochodzący z 1996 roku Syndicate Wars! Kto w 2010 roku kojarzył te tytuły? Przecież one miały wówczas prawie 15 lat! Rozumiem, że Autor potrzebował przykładów pod tezę – szkoda tylko, że spośród setek gier, które akurat by pasowały, wybrał tylko dwie „nowe” (Tomb Raider i Avatar). A przecież spokojnie mógł napisać o np. Fallout New Vegas, Oblivionie, GTA IV, Wolfensteinie (tym z 2009 roku), Dark Messiah of Might and Magic, Assassin’s Creed, a nawet serii Total War. Ale po co – przecież on nie zna tych gier – czyli nikt ich nie zna. I tak dobrze, że nie dorzucił arcybrutalnego Roller Coaster Tycoon :D. Zastanawia mnie coś jeszcze – czemu Autor usilnie przez cały rozdział korzystał z pism z końca lat ’90? Cytowane są „Secret Service” i „PC Games CD” i nic więcej. A przecież w 2010 roku te pisma nie istniały! Czy nie dało się sięgnąć po nowsze periodyki? Oczywiście, że się dało – ale Autor, zapewne ku swojemu niezadowoleniu, nie mógł znaleźć odpowiednio „soczystych” treści, by móc wejść z buta w świat spychologii, i użył tego, co mu pasowało do tezy. Czyli standard :P.   Na tym zakończę dzisiejszy wpis. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Moje wielkie greckie asasynowanie

Kiedy już myślałem, że moja „miłość” do serii Assassin’s Creed przygasa i po całkiem niezłym (acz bardziej wiedźmińskim niż asasyńskim) Origins będę mógł spokojnie odwiesić kaput, Ubisoft wyskakuje z czymś takim. (Wszystkie screeny z gry są zrobione przeze mnie) Odyseja asasyńska 431 p.n.e. (?) Wspomniana część o Bayeku w roli głównej pojawia się w tej recenzji nieprzypadkowo. O ile wówczas Ubi dopiero postawiło stopę na ścieżce ku zrobieniu z serii (prawie) wiedźmińskiego RPGa, tak w przypadku Assassin’s Creed Odyssey odważnie poszli dalej, ku nieznanemu. Pierwszą nowością dla serii jest możliwość wyboru postaci – czy będziemy grać kobietą (Kassandra) czy mężczyzną (Alexios). Bardzo cieszy mnie ta opcja – nie jest to głupie przełączanie się między postaciami, jak w Syndicate, ani rzucanie nas od czasu do czasu w sandały innej postaci, jak w Origins czy trzecim Wiedźminie. Tu wybór jest od razu i tylko czasami grami kimś innym (w powracającą we współczesnym wątku Leylą Hassan oraz kilka razy w króla Leonidasa). Rzecz jasna (co moi stali czytelnicy zapewne przewidzieli :)) wybrałem niewiastę i ruszyłem w bój, którego rezultatem jest niniejsza recenzja ;). Choć, niestety, nie ukończyłem jeszcze DLC. Od razu muszę przyznać, że gra mi się nią lepiej niż którąkolwiek wcześniejszą postacią w serii. Najemniczka jest postacią dużo ciekawszą niż Bayek, bliźnięta Frye, Arno Dorian i Connor razem wzięci, ustępując w moim mniemaniu tylko Edwardowi Kenweyowi, Ezio Auditore i Altairowi. Związane jest to także z drugą RPGową mechaniką, jaka po raz pierwszy pojawia się w tej części serii – wybór dialogów. Ale o tym napiszę później. Muszę w tym miejscu dodać, że, moim zdaniem, gra wygląda i działa dużo lepiej niż poprzednik – wyraźnie poprawiono optymalizację w wersji PC – a w obie grałem podobnym czasie po premierze. War often changes Do kwestii Kassandry wrócę za chwilę, bowiem na początek warto napisać o czasie i miejscu akcji. Odyssey zabiera nas w podróż do starożytnej Grecji z czasów II wojny peloponeskiej (431 p.n.e. – 404 p.n.e.). Zwiedzimy zatem Ateny, zobaczymy Kretę czy krzykniemy (i dostaniemy taki achievement) „THIS IS SPARTA!” w odpowiednim miejscu, a także zwiedzimy mnóstwo mniejszych wysepek. Ogólnie świat jest gigantyczny (według licznika Uplay Kassandrą przebyłem niemal 1300 km – to odległość - w linii prostej - z Warszawy do Genwy!) i może przytłoczyć. Choć dla mnie był spełnieniem marzeń o ogromnym, otwartym świecie. Tradycyjnie dla serii spotkamy całą gamę historycznych postaci – m.in. znanego polityka i retora Peryklesa, jego przeciwnika politycznego Kleona, filozofa Sokratesa, polityka Alcybiadesa, komediopisarza Arystofanesa, historyka Herodota coraz Demostenesa – spartańskiego dowódcę. Dodatkowo, sama wojna jest doskonałym tłem dla działania misthiosa – możemy zdecydować której stronie pomagamy zdobywać helleńskie terytoria, choć nic nie stoi na przeszkodzie, by ciągle zmieniać barwy (choć, niestety, w przeciwieństwie do kaprala Nobbsa, nie w czasie jednej bitwy). Co ciekawe – „zmiany barw” poszczególnych lokacji odbywają się także bez naszego udziału. Beware the Daughter of the Sea  Jak już wspomniałem, wybrany przez nas bohater (w moim przypadku Kassandra) jest najemnikiem. Gra rozpoczyna się na Kefalonii i dość szybko mamy możliwość zapoznania się z charakterem naszej postaci. Przyznam, że zrobiło na mnie wrażenie, że Ubisoft jeszcze umie zrobić bohatera, który nie będzie irytował swoim zachowaniem. Ba, nie będzie typowym „bohaterem”, jak szukający zemsty Bayek. Tak naprawdę, choć widać, że Kassandra chce ponownie zjednoczyć się z rodziną (o ile jej na to pozwolimy, rzecz jasna) to nie jest to tak podkreślane w każdej wypowiedzi. Więc tym łatwiej było mi się w nią wczuć. Ubi ułatwiło mi to zadanie jeszcze bardziej wprowadzając wybór opcji dialogowych, które, czasami i moim zdaniem zbyt rzadko, w pewien sposób wpływają na dalszy przebieg fabuły. Dodatkowo opcje te są niekiedy oznaczone, by gracz wiedział czy Kassandra skłamie, będzie romansować, zastraszy czy zacznie bójkę (patrz - screen poniżej). Ponadto, wzorem Dzikiego Gonu, pojawiają się odpowiedzi „na czas”, choć mam wrażenie, że było ich może z pięć przez całą grę. Cieszy mnie też, że postacie (także te poboczne) w ramach jednego ciągu zadań pamiętają co im powiedzieliśmy (np. że ich objechaliśmy). Szczególnie jednak cieszy mnie powrót statków. Fakt, w Origins (jako Aya) sterowaliśmy statkiem i walczyliśmy, ale daleko temu było do Black Flag. Szczęśliwie, Odyssey ponownie pozwala nam swobodnie pływać po świecie – tym razem greckim. W zamyśle Adrestia – tak nazywa się nasz statek – miała służyć naszemu bohaterowi za dom, podobnie do pociągu z Syndicate, tylko bardziej funkcjonalnemu. Jako dom sprowadza się średnio (nawet nie da się na nim medytować), ale jako środek transportu jest świetny (raz musiałem opłynąć całą Grecję, bo nie chciało mi się iść z sandała, a musiałem się dostać w okolice portu). Statek jest podobny do Kawki i Morrigan – fakt, nie ma dział, moździerzy czy nawet koła sterowego, lecz w zamian ma załogę (w tym do czterech poruczników, którzy dają rozmaite bonusy dla statku i załogi), która atakuje wroga strzałami (także płonącymi) oraz oszczepami (również można je podpalić), dokonuje abordażu oraz śpiewa szanty; zamontowanym na dziobie (bo gdzieżby indziej? :D) taranem (nieprzypadkowo podobnym do tego z Rogue); ozdobami oraz wiosłami obsługiwanymi chyba przez duchy… Statek należy ulepszać – poza złotem i innymi materiałami potrzebne są też specjalne tabliczki, ale znajduje się ich dużo i pod koniec gry (gdy były mi zbędne) miałem ich z pięć. Warto dodać, że bitwy morskie (o niektóre lokacje też trzeba toczyć bitwy morskie zamiast lądowych) są równie przyjemne, co w „pirackich” odsłonach, choć nie tak widowiskowe. Niemniej sporo frajdy dawało mi ostrzeliwywanie wrażych okrętów z łuków i włóczni oraz taranowanie ich. Szczególnie, gdy odkryłem, że gdy staranuje się osłabioną jednostkę można ją złamać na pół. Dodatkowo, ze trzy razy widziałem kill cam z włócznią przebijającą członka wrogiej załogi. Ewentualnie, jeśli chcemy, możemy popatrzeć jak naszych wrogów (żywych lub martwych) zjadają rekiny. Niby szczegóły, a miło, że Ubisoft zrobił coś takiego. Bohaterka Młota i Miecza Kassandra, podobnie jak Bayek, może poszczycić się umiejętnościami walki, parkourem i własnym drzewkiem talentów. Szczęśliwie, Ubi poszło po rozum do głowy i dużo lepiej podzieliło talenty – są teraz trzy osobne „drzewka” – Łowcy, Wojownika i Zabójcy. Część z nich trzeba aktywować, co z grubsza przypominało mi Guild Warsa 2. Wśród nich jest drugi powód do krzyczenia w stronę monitora "THIS! IS! SPARTAAAA!" - czyli Spartan Kick, którego używałem przez całą grę na każdego ludzkiego przeciwnika. Jak widzicie poniżej brałem głównie zdolności z tych dwóch ostatnich, ale bez problemu można stworzyć build pod własne upodobania. Moje talenty po zakończeniu gry Powyższe „drzewka” są powiązane z różnym typem obrażeń. Są one wzmacniane nie tylko przez wybrane umiejętności, ale także statystyki w zbrojach (głowa, ręce, tors, pas i nogi) oraz broni. Oba rodzaje zostały podzielone, podobnie jak poprzednio, na sprzęt „lepszy” (legendarny) i gorszy (cała reszta). Co ciekawe, uzbrojenie można zmieniać nawet w trakcie walki (o ile aktualnie nie wyprowadzamy lub nie otrzymujemy ciosu). Wzorem poprzedniczki wszystkie nasze klamoty możemy (czy raczej – musimy) ulepszać u kowali. Możemy nasz nałożyć grawer – te odblokowujemy wraz z ukończonymi zadaniami lub po znalezieniu odpowiedniego sprzętu. Do eliminowania wrogów misthios korzysta z podobnego arsenału, co medżaj – są tu miecze, sztylety, topory, młoty, włócznie i kostury. Jedyną różnicą, tak naprawdę, jest brak ukrytego ostrza, ale nie rozpaczałem, bo w zamian otrzymujemy złamaną Włócznię Leonidasa, która pełni tę samą rolę. Brakuje też tarczy, ale tu również nie rozpaczałem- w Origins korzystałem z niej niezwykle rzadko. Naturalnie, Kassandra potrafi sparować cios przeciwnika, ale moim zdaniem dużo lepszym wyborem jest unik – szczególnie, że niektórych ciosów nie da się sparować. Osobiście miałem zrobione dwa „sety” uzbrojenia – do walki brałem pełne uzbrojenie z obrażeniami od wojownika, do tego miecz i dwuręczny młot („home runy” wyglądają zabawnie :)) a do cichego mordowania strój z kapturem, obrażeniami Zabójcy, sztyletem i młotem. Dodatkowo, gdy musiałem zejść pod wodę to brałem ze sobą włócznię – jest to uber broń na rekiny (spoiler – wystarczy bez przerwy wciskać przycisk ataku, by postać biła naokoło zadając obrażenia podpływającym rekinom), niemal tak skuteczna jak kusza w W3 :D. Pozostając przy walce – wrogowie, moim zdaniem, zachowują się ciut sensowniej niż wcześniej – potrafią szukać Kassandry, reagują na znajdowane ciała kolegów i są nieco mocniejsi. Mógłbym nawet pokusić się o stwierdzenie, że są to najlepsi strażnicy w całej serii. Co ciekawe – każdy z nich ma imię (sprawdzałem na setkach NPCów i każdy miał swoje). Spodobało mi się jeszcze coś innego – system najemników, który, zdaniem niektórych, jest podobny do Nemezis z Cienia Mordoru. Ja nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, ponieważ jest to raczej rodzaj „drabiny”, po której nasza bohaterka wspina się zabijając najemników ustawionych „wyżej”, by na końcu zostać Najemnikiem #1. Oraz zyskać rozmaite bonusy wynikające z przejścia przez kolejne „szczeble”. Oczywiście, każdy misthios ma swoje imię, krótki opis i trzy cechy – na co jest odporny, ale co zadaje mu więcej obrażeń itp. Dodatkowo, najemnicy pełnią funkcję policji z GTA - gdy narozrabiamy rośnie nam poziom poszukiwań (w postaci hełmów najemników) - im więcej chaosu zrobimy, tym więcej nas goni. Możemy z nimi, naturalnie, walczyć, ale to nie rozwiązuje naszego problemu - by pozbyć się "gwiazdek" musimy albo zapłacić (czasami słono), dorwać zleceniodawcę albo unikać konfliktów i uciekać przed poszukiwaczami. Jest jeszcze kwestia Kultu Kosmosa, rodzaju Templariuszy, których eliminowanie jest naszym zadaniem. Musze przyznać, że wytropienie ich szefa zajęło mi całą grę – bowiem nie wystarczy robić wątku głównego, by zdemaskować i dorwać każdego członka tej organizacji, co nie zawsze jest proste – za to często wymaga od gracza przejścia wielu pobocznych zadań. Niemniej, przydałoby się to rozwinąć. Muszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz - gra jest brutalniejsza od Origins - zarówno same ciosy jak i finishery (są krwawe, ale nie spodziewajcie się odcinania kończyn jak w Wiedźminie 3) oraz to, co czasami dzieje się z przeciwnikami. Jeśli, na przykład, zatopimy wrogi statek bez zabijania załogi wówczas oni pływają chwilę i jeśli poczekamy będziemy mogli zobaczyć jak zjadają ich rekiny. Senu ver. 2.0 i Płotka ver. 3.0 W boju, podobnie jak poprzednio, wspiera nas Ikaros – orzeł należący do Kassandry. Właściwie niewiele mogę tu napisać – w tym zakresie Ubi nic nie zmieniło i oba ptaki wyglądają i zachowują się tak samo. No, może ten z Odyssey lata dalej – jeszcze mi się nie zdarzyło, bym obserwując wrogi fort lub obozowisko (których jest multum) musiał zawracać. A, i Ikarosa nie można wezwać będąc pod ziemią – co jest logiczne. Jeśli chodzi o konia Kassandry - Phobosa - to jest dużo lepszą wersją wiedźmińskiej Płotki. Pojawia się w sensownych miejscach, biegnie dość szybko i można kupić mu mnóstwo skórek - zarówno za prawdziwe pieniądze, jak i drachmy. Mi udało się u jednego z handlarzy kupić mu wygląd jednorożca. Choć i tak najfajniejsza jest nagroda za zdobycie pierwszego miejsca w rankingu najemników: W dodatku, podobnie, jak poprzednio, koń może jechać na "autopilocie". Choć osobiście używałem konia tylko, gdy musiałem przejechać więcej niż 1000 metrów - inaczej szedłem "z sandała" . You talkin’ to me? Skoro o tym wspomniałem wcześniej – zadania. Podobnie jak poprzednio mamy dziennik zadań i wiele questów do wykonania. Jeśli chodzi o główny wątek to głównie gadamy i mordujemy. I choć zdarzają się questy-perełki (np. uczta u Peryklesa, „przygody” zapaśnika Testyklesa czy Sfinks, którego można pokonać albo w walce albo odpowiadając na jego trzy pytania) to nie jest to ta sama liga, co zadania w W3 (o ile przemilczymy Skellige :P). Podobnie jest z zadaniami pobocznymi – z przygód Geralta zapamiętałem ich nieco więcej, a tu – zaledwie jeden… bo nawiązywał do mitu o Edypie. Rzecz jasna, poza standardowymi questami, gdzie musimy z kimś porozmawiać, by je dostać są także zadania z tablicy ogłoszeń. Wprawdzie Wiedźmin 3 to to nie jest (opisy są miałkie i brakuje ulotek niezwiązanych z zadaniami), ale i tak widać postęp. Z tablic bierzemy także zadania dzienne i tygodniowe, za które dostajemy orichalcum – dodatkową walutę, którą wymieniamy na przedmioty inaczej dostępne jedynie przez mikrotransakcje. Moim zdaniem jest to lepsze rozwiązanie niż w poprzedniej części. Jednakże, o ile dialogi w misjach głównych i pobocznych są w miarę dobre, tak przy zadaniach na orichalcum jest tragedia. Miałem wrażenie, że do ich napisania zatrudnili stażystów. Bo wyobraźcie sobie sytuację: biorę z tablicy zadanie od jakiejś malarki. Idę do niej i rozpoczynam dialog, który wygląda, mniej więcej, tak: „- Jestem malarką, maluję obrazy, ale brakuje mi inspiracji. Jesteś najemnikiem? Zrób coś heroicznego, zabij niedźwiedzia, watahę wilków albo Minotaura. - Więc chcesz, żebym zabiła tego niedźwiedzia? - Tak, proszę.” Źródło Pięty Achillesa  Niestety, na durnych dialogach błędy Odyssey się nie kończą. Omawiana wyżej załoga Adrestii składa się grupy indywiduów, którymi wcale się nie przejmowałem – bowiem, w przeciwieństwie do Black Flag i Rogue, jest ich nieskończona ilość i nie ma sensu o nich dbać. Zresztą, tak samo jest z porucznikami – nawet jeśli zginą to po jakimś czasie i tak wyjdą spod pokładu. Z załogą wiąże się też inny ciekawy błąd, który, na szczęście, zdarzył mi się tylko raz - po bitwie ze statkiem silniejszym ode mnie o dwa poziomy zacząłem abordaż, przeskoczyłem na wrogi pokład… i musiałem walczyć sam ze wszystkimi, bo „moi” uznali „a co się będziemy mieszać?” i stali, przyglądając się moim wyczynom z bezpiecznej odległości. Ot, lojalność na statku. Pozostając na morzu to zdarzyło mi się ze dwa razy zawalić bitwę morską o panowanie nad jakimiś wyspami – bo jeden statek, wraz z moimi „sprzymierzeńcami” wypłynął ze strefy zadania i próba dorwania go automatycznie spowodowała przegraną. Podobnie udało mi się kiedyś stracić szansę na orichalcum bo jakiś troll z Ubisoftu postawił questgivera… otoczonego wilkami i dzikami. Nie miałem szans do niego dobiec, choć robiłem quickload i starałem się dojść do niego z innej strony. Wspomniany system najemników i nagród za głowę Kassandry też ma swoje błędy. Przede wszystkim, z jakiegoś dziwnego powodu, wszyscy najemnicy (poza nami) mogą bez przeszkód chodzić po fortach - niezależnie kto w nich akurat siedzi. Dodatkowo, choć kręcą się wokół żołnierzy rozpoczynających bitwy o lokacje to nigdy nie biorą w nich udziału. Po co zatem do nich idą? Osobną kwestią są spadki z dużych wysokości. Wszyscy fani serii pamiętają czym kończył się źle wymierzony skok Altaira, Ezio czy nawet Bayeka - desynchronizacją (zgonem, znaczy się). Czym się kończy w Odyssey? Powietrzną akrobacją (czasem nawet i tym nie) i przewrotką na ziemi. Tak - Kassandra potrafi zeskoczyć z dowolnej wysokości i bez utraty nawet piksela hp pobiec dalej. Z drobnostek jest jeszcze jedna z odpowiedzi na pytanie Sfinksa – Kassandra nie mogła znać odpowiedzi, bo brzmiała ona „koliber”. Nie wiem też co myśleć o tym, że podczas pływania cały czas widziałem "majtki" Kassandry - co uwieczniłem na poniższym screenie: Wśród błędów muszę wymienić też forty i to, co się w nich dzieje. Fakt, napisałem, że strażnicy zachowują się sensowniej, ale nie w przypadku, gdy zanoszą ciało poległego (czyt. zabitego skrytobójczo) kompana w inne miejsce. Ze zdumieniem obserwowałem jak rosły ateński żołnierz wrzuca cało swojego dowódcy (!!) do rozpadliny (którą, nota bene, wszedłem do środka) i sobie idzie. Ciekawe czy włożył mu chociaż obola do ust? Dziwne rzeczy dzieją się też z uwalnianymi przez nas (w niektórych lokacjach) więźniami. Jak się okazuje, wystarczy ich było tylko uwolnić – to czy wyjdą żywi to nie nasze zmartwienie. Trochę to głupie. Naturalnie, zdarzają się też błędy graficzne - ot, na przykład trzonek dłuższej broni (np. młota) przenika przez ciało Kassandry. Dziwnie zachowują się także ciała pokonanych wrogów - na statkach czasami nie działa na nie grawitacja, a niekiedy potrafią też przeniknąć przez ścianę - np. tak: Ostatnią głupotką jest możliwość wejścia w konflikt ze „zwykłym mieszkańcem”. Przeciętny mieszkaniec starożytnej Grecji w tej grze potrafi zachować się irracjonalnie – właśnie zabiłem młotem najemnika i kilku uzbrojonych po zęby strażników a tu wyskakuje na mnie z pięściami jakaś pomywaczka. Serio? „To była Odyseja, której nie zapomnę” ~Herodot Na zakończenie wypadałoby wystawić jakąś ocenę… spędzone przy niej 120 godzin (i zegar tyka, bo DLC ) było dla mnie nieporównywalnie przyjemniejsze niż w przypadku poprzednika, któremu dałem „piątkę”. Zatem, by było sprawiedliwie, przygody pre-Asasynki w Helladzie oceniam na 5,5/6 – czyli tak samo, jak oceniłem dzieje Białego Wilka. I mam nadzieję, że Ubisoft w kolejnej odsłonie zmusi mnie to postawienia wyższej oceny .

MajinYoda

MajinYoda

 

Za garść monet

Przyznam szczerze, że podczas grania w Assassin’s Creed Odyssey zacząłem się zastanawiać nad kwestią najemników w grach. Przynajmniej dwa MSM-y już o tym traktowały (1, 2), ale pomyślałem, że w ramach „Z życia NPC” warto się nad tym pochylić. Zacznijmy od Bohatera, Wiadomo, w RPG możemy być altruistami i robić wszystko za darmo (o ile twórcy pozwolą), ale wówczas musimy bazować na innych źródłach dochodów. Z drugiej strony – przecież Bohater wykonuje określoną pracę i należy mu się zapłata, prawda? Spójrzmy na takiego Geralta – wiadomo, powinien robić za darmo albo za srebrny grosz albo półtorak. A on co? Koron sobie życzy. Z punktu widzenia przeciętnego NPC-a to, w sumie, źle – ostatecznie: Źródło Oczywiście, możemy się targować o wysokość nagrody za zlecenie, ale wtedy NPC zachowują się jeszcze dziwniej – kilka koron za dużo i już nie interesuje ich los wioski/brata/żony (zresztą, pisałem o tym w recenzji). Z kolei sytuacja Bohatera-Dragonborna-najemnika w Skyrim jest jeszcze ciekawsza - oto pierwszy od tysiącleci człowiek (czy tam elf) pokonuje smoka terroryzującego Whiterun. W zamian od jarla Balgruufa dostaje jakiś szmelc i garść septimów. Serio? Przecież to poniżej stawki! Powinna być połowa królestwa jarlatu i ręka jego córki! Jednakże, odłóżmy na bok bohaterów gier, bo wiadomo po co im złoto do mordowania, nekrofilii i demoralizacji dzieci . W zamian zastanówmy się nad NPC, którzy podróżują po świecie i, zapewne, też pobierają opłaty za usługi. We wspomnianym Wiedźminie brakowało mi takich postaci – gdzie są ci wszyscy poszukiwacze przygód, którzy za korony podjęliby się zadania zamiast Białego Wilka? Gdzie są inni wiedźmini, z innych szkół? Jedynym wyjątkiem jest chyba ten ze Szkoły Kota, którego możemy zabić. Jest jeszcze Letho, ale on pełni konkretną funkcję w fabule. Podobnie jest zresztą w Skyrim i Fallout 4 – mam uwierzyć, że w tak rozległych krainach nie ma nikogo żywego, kto podjąłby się tych samych zadań co Bohater? Jasne, w piątym TESie czasami spotykamy najemnika idącego za swoimi sprawami, ale dzieje się to bardzo rzadko. I, właściwie, nigdy tak naprawdę nie idą do miejsca, o którym mówią po odrobinie perswazji - ot, dostali zlecenie i znikną przy pierwszej okazji ;). Choć, z drugiej strony, zdarzają się także członkowie Towarzyszy - to już jest przynajmniej coś . We wspomnianym na początku Odyssey jest podobnie  - choć tu przynajmniej są najemnicy, podążający swoimi ścieżkami i czasami przyjmujący zlecenie na Kasandrę, a i ona może znaleźć zlecenie na najmitę. Ale to za mało, moim zdaniem. Szczególnie, ze żaden z nich nie bierze nigdy udziału w bitwie, choć kręcą się wokół znaczników… ale o tym będzie w recenzji za tydzień . W związku z tym przyszedł mi do głowy pewien pomysł – przydałaby się w RPGach mechanika Najemników, którzy rywalizowaliby i z graczem i ze sobą nawzajem. Bohater opóźnia wykonanie zadania pobocznego? Zrobi je ktoś inny. Do tego dochodziłoby podkradanie sobie zleceń i wzajemne zabijanie. To byłoby coś! Dodatkowo, należy zauważyć, że wszelkiej maści zleceń, zadań itp. musi być w takich światach o wiele więcej, niż Bohater otrzymuje. Czemu zatem nie wprowadzić postaci, które będą robiły swoje, czasem pomagając Bohaterowi, czasem mając zadanie przeciwne. Ale najemnicy to nie wszystko – nie zapominajmy o strażnikach/policjantach, którzy też muszą dostawać pieniądze za swoją pracę. Jakoś nie wierzę, że ci wszyscy mundurowi w GTA V idą pod lufę za darmo. To tak nie działa! Źródło Chociaż, patrząc na ich poziom IQ, można się zastanawiać – być może są zbyt durni, by dawać im pieniądze?     A Wy jak sądzicie – czy w grach jest zbyt mało najmitów? Piszcie w komentarzach .

MajinYoda

MajinYoda

 

The Best of MSM V

Dzisiejszy MSM będzie dość standardowy, z jednym wyjątkiem, o którym zaraz napiszę. Artykuł „Co myśleć o grach elektronicznych?” (czymkolwiek są – chyba chodzi o gry wideo/komputerowe ) został napisany przez nieznaną z nazwiska osobę (na potrzeby wpisu będę się do niej odnosił w rodzaju męskim) w 2008 roku, a znalazłem na stronie Biblioteki Internetowej Strażnicy – czyli została napisana od i dla Świadków Jehowy (to jest właśnie ta wyjątkowość – tym razem nie jest to tekst z portalu katolickiego czy nawet przez protestanta). Od razu zaznaczam, że nie mam nic do żadnego wyznania i wszystkich ludzi traktuję tak samo. Link, tradycyjnie, na końcu wpisu. Gotowi? Zagaja Autor całkiem mądrymi słowami – ale gdyby dalej było tak dobrze to przy tagach dopisałbym „MoG” . Tu nadal się mogę zgodzić, ale Autor powoli zaczyna się rozkręcać . Autor nie podał tytułu, ale zgaduję, że chodzi o GTA (bo o cóż innego?). I choć nadal nie jest to głupie to już wskazuje, w którą stronę Autor się udał. Mam wrażenie, że Autor trafił na niewłaściwą stronę z grami ;). Chyba, że Autor ma na myśli pierwszego Wiedźmina… coś w tym jest . Wszystko ładnie, pięknie, z odwołaniem do czasopisma naukowego. Ale sądzicie, że Autor dał przypis? Nie bądźcie śmieszni. Poza tym – w ilu grach można wcielić się w stręczyciela? W kilku-kilkunastu? I to głównie ze „specyficznych” stron. Swoją drogą - tekst, całkowicie przypadkowo, zgrał mi się z "aferą" z grą o gwałcicielu, która miała trafić na STEAMa. Ale nie trafiła i nie trafi. Teraz z niecierpliwością czekam na teksty spychologów o tym wydarzeniu (o ile w ogóle go zauważyli - w końcu nie ma tam ani słowa o DOOMie ). Ja nie wiem – Autor chyba specjalnie dobiera takie „teksty” (w tym przypadku dodatkowo nieweryfikowalne), bo nie wierzę, że ktoś coś takiego napisał serio. Chyba, że był spychologiem, choć nawet oni mają większy umiar . Swoją drogą – wygląda na to, że muszę dopisać kolejny termin do Małego Słownika Psychologicznego - „czasopismo” . Nieco dłuższy fragment, bo żal mi było go dzielić – wyciąłem zaledwie jedno zdanie. Autor, rzecz jasna, dostrzega tylko te badania, które mu pasują. Tymczasem, wciąż pojawiają się nowe, bardzo często przeczące powyższym słowom artykuły (np. ten z Nature z zeszłego roku choć uważam, że miał trochę zbyt małą grupę badanych). Pytanie teraz – komu wierzyć? Eeee… porównania gier z odpadami radioaktywnymi jeszcze nie widziałem… Trzeba dopisać do MSS :P. Nie wspominając już, że Autorowi zwyczajnie chodziło o – pojawiającą się wielokrotnie na tym blogu – desensytyzację. Tylko musiał to ubrać jakoś w słowa pasujące do religii. I pewnie nie zna tego pojęcia. To sobie Autor autorytet znalazł – o ile Amy w ogóle istnieje. W dodatku – czym są „obrazy i rozmowy erotyczne”? Rozumiem, że w Wiedźminie czy GTA znajdują się motywy przemocy i erotyka, ale czy w takim razie Skyrim jest bezpieczny? A co z Assassin’s Creedem? Albo Fallout 4? Czas na (dość długą) notę Autora do… rodziców. Hura, to chyba pierwszy Autor, który ich zauważył :P: Ten fragment pasuje tu jak pięść do nosa – to, ze lubię grać w gry z przemocą, nie oznacza, że lubię przemoc. Nie można tu postawić znaku równości. Nie wspominając już o tym, ze miłościwy Bóg nagle kogoś nienawidzi :P. W dodatku w Biblii Tysiąclecia (czyli tej nieuznawanej, chyba, przez Świadków Jehowy) jest użyte łagodniejsze określenie: „nie cierpi Jego (Boga) dusza tego, kto kocha nieprawość.”. Na zakończenie takie drobne przemyślenie: fakt, powyższy tekst jest ze wszech miar „spychologiczny”, ale Autor przynajmniej potrafi zauważyć też zalety gier. Nawet, jeśli jest o tym bardzo mało. Czas na obiecany link . Do zobaczenia za tydzień :)!

MajinYoda

MajinYoda

 

Ilość fanów zwiększa się

Jutro (03.03) minie 20 lat od premiery (chyba) najbardziej lubianej strategii turowej – czyli Heroes of Might and Magic III. Korzystając z chwilowego hype’u postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze w tym szybkim wpisie . „Solenizant” także dla mnie jest grą, którą mile wspominam mimo upływu lat. Do dziś pamiętam, że jeszcze w gimnazjum (czyli w latach 2003-2006) zagrywałem się w niego sam lub z bratem, czasami ze znajomymi. Zazwyczaj grałem Zamkiem (ze względu na Archanioły), choć zdarzało mi się także grać innymi frakcjami (lubiłem Bastion, za to nigdy nie umiałem grać Twierdzą). Muszę też dodać, że nie grałem ani w „jedynkę” ani w „dwójkę”, więc był to dla mnie pierwszy kontakt z TBS-em. Mógłbym się rozpływać, że ta gra była i jest genialna, najlepsza w jaką grałem… Ale, obawiam się, że skłamałbym. Bowiem, o ile HoMM3 darzę sympatią, to nie jest on nawet moją ulubioną częścią „Hirołsów” ( w skali szkolnej 5/6). Ten tytuł należy bowiem do, niesłusznie niedocenianej, „czwórki”. I to właśnie do tej części mam największy sentyment – na tyle, że mimo upływu lat wciąż lubię do niej wracać. Jasne, „trójka” miała mod HD i nawet go sobie zainstalowałem (z CDA), ale niestety – na darmo. Nie potrafiłem znów „pokochać” tej części. A w HoMM4 wciąż lubię pograć – szczególnie, że niedawno kupiłem go (po raz czwarty :P) za grosze na GOGu. Naturalnym jednak wydaje się pytanie "czemu czwórka"? Cóż, przede wszystkim za to, że nie była jedynie "klonem" swojej wielkiej poprzedniczki - New World Computing podjęło próbę zmiany niektórych mechanik i, tym samy, próby uatrakcyjnienia rozgrywki. Armia złożona z samych bohaterów? Dla mnie super! Jednostki poruszające się samodzielnie, ale nie mogące niczego podbijać? Ekstra - będzie łatwiej zbierać armię, a i jak bohater zginie to nie ma problemu. Do tego lubiłem, że pokonany bohater nie wracał sobie do tawerny, tylko trafiał do lochu lub zostawał smętnie na ziemi czekając czy ktoś go wskrzesi. W mojej ocenie również 5/6 . A skoro już omawiam inne części – dwie pozycje pod „trójką” na mojej znajduje się „piątka”. Niestety, trudno mi o niej pisać – dla mnie nie przetrwała próby czasu. Przede wszystkim dlatego, że nigdy nie rozegrałem jej kampanii. Po premierze wydawała mi się „trójką na sterydach”, ale teraz muszę przyznać, że nie była aż tak warta uwagi. Choć nie – była. Ze względu na powiązanie fabularne z Dark Messiah of Might and Magic i tylko dla tego ;). Oceniajac V postawiłbym jej 4/6, a DMoM&M - 4,5/6. Z kolei „szóstka” ominęła mnie szerokim łukiem aż do zeszłego roku, gdy została dodana do CDA. Wówczas pomyślałem „czemu by nie spróbować?” i dowiedziałem się czemu jest tak nisko oceniana… Fakt, ma kilka ciekawych pomysłów – np. możliwość zmiany podbitego zamku na naszą frakcję – i całkiem interesującą Świątynię… ale to tyle. Moja ocena - góra 3/6. Na koniec zostawiłem najnowszą część, czyli „siódemkę”, która, jak się domyślacie, w moim prywatnym rankingu zajmuje zaszczytne trzecie miejsce. Podobnie, jak w przypadku IV uważam, ze jest ona mocno niedoceniana – zapewne przez początkowe problemy z płynnością i optymalizacją. Jeśli chodzi o ocenę to dałbym 4,5/6. Na koniec chcę wyrazić nadzieję, że kolejna część będzie męska  równie dobra (albo lepsza) niż „klasyczna” trójka i czwórka. Czego Wam i sobie życzę .

MajinYoda

MajinYoda

 

Ostatni dobry Asasyn?

Przedsłowie – poniższy tekst był pisany w czasie, gdy “trójka” była ostatnią częścią serii. Ze względu na zbliżający się remaster pomyślałem, że warto sobie przypomnieć tę część. Oczywiście, dokonałem liftingu tekstu (oryginalnie był pisany na potrzeby zajęć na uczelni – dla laika ). Dodam też, że nie omawiałem DLC - zwyczajnie w nie nie grałem . ------------------------------------ Przyznaję – byłem mocno sceptyczny w stosunku do tej gry. W końcu to już (wbrew numerowi w tytule) piąta odsłona serii. Dodatkowo miejsce akcji to XVIII wieczna Ameryka, a bohater ma niewymawialne imię… Ale nie było tak źle! Mógłbym nawet powiedzieć, że lepiej niż w wydanym w 2011 roku Revelations. W sumie, co tu dużo pisać – nowy świat, nowe realia i starzy znajomi. Tańczący z Rate… Rado…   Struktura gry nie zmieniła się od pierwszej części. Znów mamy do czynienia z grą akcji TPP łącząca elementy parkourowe z walką. Ponownie również mamy do czynienia z trzema bohaterami: głównym, czyli XXI wiecznym asasynem Desmondem Milsem (o którym później) oraz dwoma XVIII wiecznymi bohaterami-przodkami – Brytyjczykiem Haythamem Kenweyem oraz jego synem pół-Indianinem Ratonhnhaké:ton’em (na szczęście otrzymał też prostsze imię – Connor). Tym ostatnim kierujemy najdłużej. Zacznę jednak od Haythama. Poznajemy go na początku gry i w jego „skórze” spędzimy około czterech godzin gry. Muszę przyznać, że jego zachowanie, sposób mówienia oraz charyzma bardzo przypadły mi do gustu. Jednocześnie ma w sobie coś z typowego angielskiego gentelmana. Dystyngowany i jednocześnie trochę chłodny w obyciu. Dlatego z bólem rozstawałem się z kierowaniem tą postacią na rzecz Connora. Pół-Indianin jest całkowitym przeciwieństwem ojca. Dzikus wychowany w lesie, co właściwie wszystko wyjaśnia. Gdyby tego było mało jest to postać, która irytuje swoją naiwnością. Postać niekiedy zachowuje się tak, jakby swoje zdanie zakopała w jakieś dziurze. Z tych powodów daleko mu do bohaterów poprzednich części – cynicznego Altaïra czy wygadanego Ezio. Naprawdę trudno było mi się z nim utożsamić. Źródło O wiele ciekawsza jest inna postać – mentor Connora. Achilles Davenport – zrzędliwy, starszy człowiek, który chce świętego spokoju.  Przystanek Boston  Porzucę jednak na moment temat bohatera i zajmę się innym, ważnym aspektem gry – czasem i miejscem akcji. Jest to Boston, Nowy Jork oraz Pogranicze (które jest właściwie jednym, wielkim lasem) z czasów amerykańskiej wojny o niepodległość. Są to miejsca, które nijak mają się do metropolii z poprzednich części. Właściwe najlepszym określeniem jest - dziury zabite dechami! Ale w praktyce nie jest tak źle. Wprawdzie po dachach sobie za dużo nie pobiegamy, ale mamy też (pierwszy raz w serii!) możliwość poruszania się po niektórych drzewach. Przydaje się to głównie na Pograniczu, ale i w miastach znajdzie się drzewo przydatne podczas ucieczki. Źródło Pojawił się jednak drobny problem. O ile bowiem „tworzące” drogę gzymsy nie denerwują tak bardzo, o tyle ładnie ułożone gałęzie wyglądają nienaturalnie. W dodatku można poruszać się tylko po z góry przewidzianych „leśnych trasach”. W mieście pojawiła się także dodatkowa atrakcja – możliwość przebiegnięcia przez mieszkanie (wbiegając przez otwarte okno) lub przez klatkę schodową. Pomysł całkiem niezły i filmowy. Wygląda to mniej-więcej tak – goniony przez strażników bohater wskakuje przez otwarte okno do przypadkowego mieszkania, przeskakuje nad stołem i „wychodzi” prze okno otwarte po drugiej stronie. Brzmi jak fragment filmu akcji klasy C? Owszem, ale niestety tak wygląda KAŻDE mieszkanie. Czy to Boston czy Nowy Jork – wszędzie na tę samą modłę! Jest więcej jakaś nowinka – ale z czasem nuży. Inna nowość jest za to godna pochwały. W obu miastach pojawił się system podziemnych tuneli. Chodząc po nich odkrywamy punkty „szybkich podróży” (czyli miejsc, do których możemy się przenieść korzystając z mapy). Całość zwiedzamy z latarnią w ręku, od czasu do czasu zabijając zabłąkanych wrogów oraz rozwiązując zagadki. Te ostatnie są dosyć proste, choć niekiedy trzeba pokombinować. Tradycyjnie dla serii otrzymujemy także „swój” kawałek ziemi. Tym razem jest to należąca do Achillesa osada Davenport. W niej będziemy mogli (po odpowiednim rozwinięciu) tworzyć przedmioty i wysyłać konwoje, by w ten sposób handlować z różnymi sklepami w grze. Polega to na wytworzeniu przez odpowiednich ludzi przedmiotów, wybraniu rodzaju konwoju (morski lub lądowy) i wybranie celu podróży. Co ciekawe, nie zawsze dalej i niebezpieczniej oznacza lepszą cenę. Zresztą po zdobyciu wszystkich fortów i wykonaniu zadań morskich (o nich później) trudność spada do minimum. Warto jednak dodać, że wysłany konwój lądowy trzeba czasem bronić na Pograniczu. Niestety gra nie zawsze nas informuje o problemie dlatego trzeba trzymać rękę na pulsie i co jakiś czas sprawdzać czy wszystko jest ok. Dokonuje się tego poprzez stosowną księgę w domu lub dowolnym sklepie. Sama obrona to zwykłe „zabij wroga zanim on zabije twoich kumpli”. Ciekawe jest też, że niekiedy podczas łażenia po Pograniczu możemy otrzymać informację o przejeżdżającym wrogim konwoju. I wtedy to my możemy na nich napaść. Wrócę jednak do osady. Jej rozbudowa wygląda inaczej niż w poprzednich częściach - nie kosztuje nas nic pieniędzy. Wyjątkiem są dwie sytuacje, gdy trzeba dać $1000 dla postaci na rozbudowę. Ale zazwyczaj mamy już w tym momencie pieniędzy jak Fort Knox, więc problemu nie ma. System ten działa w dość dziwny sposób. Najpierw musimy znaleźć odpowiednią osobę (oznaczoną na mapie „domkiem”) i wykonać dla niej misję. A to uratować z rąk bandytów, kiedy indziej wyciągnąć z rzeki. Skoro już o nich wspomniałem – forty są rozsiane po mapie i pilnowane przez Brytyjczyków. Po ich wyzwoleniu spada poziom niebezpieczeństwa dla wysłanych konwojów. Każdy fort zdobywamy podobnie, więc po jakimś czasie wszystko robimy mechanicznie. Problem w tym, że samych fortów jest siedem, czyli bardzo mało. Oznacza to, że zanim się dobrze rozkręcimy już nie mamy co robić. Kolejną ważną rzeczą jest, wzorem dwóch poprzednich części, tworzenie bractwa. System został mocno zmieniony i trochę zbyt uproszczony, moim zdaniem. Oto, zamiast robić zadań dla pojedynczych postaci, niekiedy wybierając je, jak w Brotherhood i Revelation, rekrutów otrzymujemy wyzwalając dzielnice. Tych jest sześć (trzy w Bostonie i trzy w NJ). Aby tego dokonać musimy wykonać wcześnie kilka zadań, np. pomóc głodującym dzieciom ukraść jedzenie (!), przenieść kilku chorych itd. Następnie rozmawiamy z przywódcą dzielnicy i wykonujemy jego zadanie. Po ukończeniu przywódca dołącza do bractwa. Ciekawe jest to, że każdy rekrut ma własną umiejętność specjalną, której możemy użyć. Najbardziej interesująca wydaje się obstawa. Polega to na tym, że przyzywamy dwóch asasynów przebranych za strażników i  udajemy, że nas schwytali. W ten sposób możemy bez problemu przejść przez straże pilnujące np. fortu. Dodatkowym smaczkiem są komentarze żołnierzy, którzy gratulują „kolegom” aresztowania. Szkoda tylko, że z asasynów i ich umiejętności nie możemy korzystać na Pograniczu. Walka o pokój do ostatniego naboju (kartacza?)  Jako się rzekło akcja toczy się podczas amerykańskiej wojny o niepodległość. Zgodnie z tym do czego przyzwyczaił nas Ubisoft spotykamy w trakcie rozgrywki wiele znanych z kart historii postaci. Na naszej drodze pojawią się m.in. generał Charles Lee, George Washington, Marei Josephde Lafayette oraz Benjamin Franklin. Ten ostatni miał, teoretycznie, odegrać rolę podobną do Leonardo da Vinci w drugiej części, ale nie bardzo to twórcom wyszło. Przy okazji warto zauważyć, że brakuje tu równie ważnego nazwiska – Tadeusza Kościuszki. Najwyraźniej Kanadyjczycy nie wiedzą, że ktoś taki był… Spore brawa należą się osobie odpowiedzialnej za przerywniki filmowe. Są świetnie wyreżyserowane, lepiej niż w poprzednich częściach (da się!). Ba, niejeden reżyser filmowy mógłby się uczyć od Ubisoftu. Zajmę się teraz kwestią walki. Cóż, Connor ma się czym pochwalić. Nosi przy sobie tyle żelastwa, że niejeden militarysta mógłby mu pozazdrościć. Źródło Podstawową bronią każdego asasyna są dwa ukryte ostrza, o których pisanie nie ma większego sensu. Jednak w przypadku Connora najczęściej korzystałem z tomahawka, który otrzymujemy na początku gry. Dodatkowo możemy nosić przy sobie miecz lub duży topór, pistolety (po jakimś czasie także dwa) oraz łuk (przez całą grę ten sam). Uzbrojenie naszej postaci obejmuje także dwa rodzaje bomb („zabijające” i oślepiające), bardzo ciekawą linkę z hakiem (ang. Rope dart) oraz sidła i przynętę (o tym w ramce „Zwierzęta”). W mieście możemy też spowodować zamieszanie rozrzucając monety. Dodatkowo Connor potrafi obsługiwać muszkiety zabrane z rąk wrogów. Niestety, takiej broni nie da się zabrać ze sobą. Możemy oczywiście walczyć bez broni. Ważny jest także brak lekarstw znanych z trzech wcześniejszych odsłon - w ich miejsce wróciła regeneracja życia. To nawet dobry pomysł, ale ponownie dają o sobie znać stare nawyki. Jednak kiedy już to sobie zapamiętamy to od razu gra się lepiej. Sam system walki jest podobny do tego z poprzednich części. Wyjątkiem jest zmiana klawisza odpowiedzialnego za kontrę i połączenie go z klawiszem odpowiedzialnym za interakcję (domyślnie klawisz „E”). Powodowało to, że nieraz się myliłem i wciskałem z przyzwyczajenia nie to, co trzeba. Inną zmianą są wspomniane pistolety. Wygląda to realistycznie, jest także bardzo przydatne. Niestety, kiedy korzystamy z dwulufowych pistoletów gra zaczyna wariować. Nie da się bowiem ustalić jakie dwa pistolety będziemy nosić. Doszło więc do sytuacji, w której zamiast korzystać z dwóch (różnych) takich pistoletów korzystałem z jednego jedno- i jednego „dwulufowca”. Żeby było mało, czasem gra dublowała mi pistolet i tak miałem dwa identyczne przy sobie. Jeżeli chodzi o „śmiertelność” to ponownie przeciwnicy mają z nami marne szanse. Wprawdzie przestali już atakować pojedynczo, ale Connor umie obronić się także przed dwoma atakującymi naraz. Najczęściej giniemy kiedy ustawi się grupa z muszkietami i do nas strzeli. Choć i na to mamy sposób – żywą tarczę. W śródtytule napisałem o kartaczach nie bez powodu. Wiąże się to z największym novum serii  - otrzymujemy na własność statek - Aquillę. Jako jej kapitan wykonujemy kilka misji morskich, głownie po to, by zmniejszyć ryzyko napaści na nasze konwoje morskie. Kiedy opanujemy już sterowanie gra się całkiem przyjemnie. Jednakże nie warto nawet zaczynać misji dopóki nie wykupimy wszystkich ulepszeń. A z tym po jakimś czasie nie ma żadnego problemu ze względu na wspomniany wcześniej nadmiar gotówki. Dodatkowo muszę przyznać, że czułem niedosyt i żałowałem, że tych misji jest mało. Zwierzęta W grze, poza zabijaniem ludzi, możemy polować, walczyć i wchodzić w inne interakcje ze zwierzętami. A fauna jest w AC3 różnorodna – od udomiowionych kotów i psów przez łowne bobry, jelenie i zające, po drapieżne wilki, niedźwiedzie i rysie. Polowanie jest dosyć proste. Chowamy się w zaroślach, rozstawiamy sidła, rzucamy pułapkę i patrzymy jak zwala nam się na głowę cała zgraja zwierząt. Raz przylazł mi nawet jeleń stojący z 500 metrów ode mnie! Jeżeli sidła nie zadziałają (kilka razy mi zniknęły!) zawsze możemy zaatakować zwierzę ostrzem. Ze zwierzętami drapieżnymi walczymy albo pistoletem (ale wówczas możemy uszkodzić jego cenną skórę) albo przy pomocy denerwujących sekwencji QTE (od ang. Quick Time Events). Polega to na chwilowym spowolnieniu czasu i wymagania od gracza, by wcisnął odpowiednie przyciski pokazane na ekranie. Spokojnie, zwierzęta domowe pozostają nienaruszone. Ich rola sprowadza się do zachęcenia gracza do przerwy w mordowaniu innych istot. Klikając odpowiedni przycisk powodujemy interakcję bohatera ze zwierzęciem – np. kurom rozsypujemy ziarna, psa klepiemy po głowie, a kot przechodzi nam między nogami. Ostatni Asasyn Opuszczę teraz na chwilę XVIII wiek i napisze trochę na wspomnianym na początku Desmondzie Milsie i jego drużynie pierść… asasynów. W skład grupy wchodzą (podobnie jak w poprzednich częściach): William Miles (ojciec Desmodna, przywódca grupy), Rebecca Crane (programistka) oraz Shaun Hastings (odpowiedzialny za bazę danych). W grze jest grudzień 2012 roku, tuż przed (nomen omen) „Majowym” końcem świata. Jako ostatnia nadzieja biał… ludzkości musimy powstrzymać cokolwiek nastąpi. Dlatego współczesny zabójca przestał wylegiwać się w Animusze i ruszył w świat. Wreszcie ma też szansę dłużej powalczyć. Warto dodać, że Desmond korzysta z tych samych ruchów, co Connor, więc i sterowanie nim jest podobne. Różnica leży jedynie w ekwipunku. Desmond korzysta tylko z ukrytego ostrza i (o ile zabierzemy go strażnikom) pistoletu (wygląda jak Glock, ale nie jestem pewny). We współczesności nie spodobało mi się kilka rzeczy. Przede wszystkim zmiana wyglądu postaci, które już znamy. Desmond wygląda jakby ktoś nieudolnie chciał mu odchudzić twarz, a Rebecca – jakby zapomniała o kremie do opalania podczas korzystania z solarium. Chociaż - co tam wygląd postaci. Bardziej irytują błędy w sztucznej inteligencji wrogów. Miałem sytuację, gdy wspinałem się po szybie windy. Kiedy doszedłem do otwartych drzwi musiałem trzymać się progu nie mogąc wyjść. Powód? Trzech idiotów stanęło w drzwiach celując do mnie z pistoletów. Problem w tym, że strzelać uczyli się chyba od szturmowców imperialnych (ew. westernowych kowbojów) i ciągle trafiali w ścianę za mną. Do dziś nie wiem, czy nie lepiej byłoby gdyby mnie jednak wpuścili na górę, albo chociaż próbowali skopać? Dodatkową dziwnością jest fakt, że nasza postać jest nieśmiertelna, a w każdym razie trudno Desmondem zginąć. Jeden z przeciwników oddał do mnie trzy strzały i, poza zakrwawioną bluzą, nic mi nie było. Serio, Ubisofcie? W tym miejscu napiszę też krótko o trybie wieloosobowym. Jest on bardzo podobny do tego z poprzednich dwóch części. Poprawiono jednak kilka błędów, zmieniono postacie i rozbudowano samouczek. Niestety nie było mi dane długo pograć. Chętnych jest bardzo mało -  nawet w trzy miesiące po premierze czekałem nawet 30 minut na rozgrywkę. A to skutecznie zniechęca do prób. Błędy i ocena Na koniec zostawiłem sobie jeszcze listę błędów. Obok wcześniej wymienionych pojawia się też cała masa mocno denerwujących mankamentów. Przede wszystkim są to problemy z wizytówką serii, czyli bieganiem i wspinaniem się. Otóż zdarza się, że biegnąc za przeciwnikiem Connor zamiast wykonywać nasze polecenia próbuje wspiąć się na coś, zwalniając tym samym i pozwalając uciec wrogowi. Nigdy wcześniej tak nie było! Inna sprawa, że przeciwnicy też czasem grają nie fair. Oto człowiek, który nie może odbiec od nas na zbyt dużą odległość, nagle dostaje przyspieszenia i ucieka. Kiedy indziej goniony dobiega do niewidzialnego punktu i, mimo bycia cały czas w polu widzenia, okazuje się, że go zgubiliśmy (sic!). Kolejny ważny problem dotyczy dziwnego zachowania niektórych obiektów. Wóz z sianem potrafi zapaść się pod ziemię, gzyms „magicznie” zniknąć, a idąca ulicą dorosła kobieta na naszych oczach zamienić się w mężczyznę (albo odwrotnie!). Ostatnim wkurzającym mankamentem (trudno to nazwać błędem) są napisy końcowe. Normalnie jakbym oglądał film. I nie da się tego czegoś przerwać! A lecą one przez jakieś 20 minut! Tak samo było w poprzednich częściach i zastanawiam się czy Kanadyjczycy nie mogliby jednak dać możliwości przerwania „listy płac”. Niniejszym, Assassin’s Creed III oceniam na 3,5/5.

MajinYoda

MajinYoda

 

MajinYoda i Bardzo Dobrze

Nie sądziłem, że tak szybko dane mi będzie wrócić do książki Gabrielle Kuby o Harrym Potterze. Niemniej, książka „Harry Potter i zagrożenia duchowe” autorstwa Anny Rogali (2017) sprawiła, że się uśmiechnąłem. A wiecie dlaczego? Ponieważ Autorka, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, napisała dokładnie to samo, co ja (oczywiście, o wiele profesjonalniej!), punktując (tak to się chyba teraz nazywa) zarówno panią Kuby, jak i innych „anty-potterowców”. Dzięki temu mam też dodatkowe pozycje na przyszłe MSM-y :D. Jednocześnie, miałem spory kłopot z tą książką – trudno mi było wybrać jakieś fragmenty do bloga, ale zrobiłem, co mogłem . Z tego względu wpis będzie dość krótki . Szczerze pisząc to nigdy tego nie rozumiałem – o ile przy Harrym mogę się zgodzić, że czary i magia, tak o co wszystkim chodzi z Hello Kitty i Kucykami? Choć, co ja się głupio pytam, skoro te same osoby atakują też gry komputerowe :D. Myślę się, że Autorka trafiła w sedno sprawy. To jest bardzo ciekawe – jak widać nawet inni duchowni mieli go dość ;). A ja akurat niedawno zdobyłem jego książkę o Harrym, wiec będzie o czym napisać . Skąd my to znamy, nie? W 99% MSM-ów to norma, że jeśli fakty przeczą tezie to tym gorzej dla faktów . Tak, pani Kuby napisała całą książkę bzdur, półprawd i manipulacji. Ale już o niej pisałem, więc nie będę się powtarzać . Czyli to, o czym pisałem w tamtych wpisach . Nic dodać, nic ująć. Źródło A na zakończenie – interesujący fragment do… fan fiku! I to nie byle jakiego – chrześcijańskiego. Najpierw wprowadzenie: Jak tylko przeczytam ten "fan fik" to chyba wrzucę go na bloga. Póki co – przetłumaczony na język polski fragment jednego z rozdziałów, który Autorka zmieściła w omawianej dziś książce: Musicie przyznać – całość musi być niezłym odlotem . Ciekawe czy mój mózg to zniesie . Na zakończenie muszę pochwalić Autorkę, p. Rogalę, za jedną rzecz – za rzadko spotykaną na tym blogu umiejętność robienia przypisów :). Serio – za każdym razem pojawia się to, co praktycznie nie występuje w MSM-ach :). Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Ja tu rządzę!

Gry (szczególnie RPGi) pełne są różnego rodzaju NPCów – pisałem już o tym wielokrotnie. Jest jednak pewien typ, któremu należy się szczególnie przyjrzeć – władcom wirtualnych krain. Co takie osoby robią w rzeczywistości? No, wiadomo – mniej-więcej. Czym jednak zajmują się w grach? Trudno określić. Najczęściej siedzą w swoim zamkach albo pałacach i tylko czekają aż Bohater przybędzie, by zlecić mu Zadanie, Do Którego Wykonania Wystarczyłby Średniorozwinięty Umysłowo Strażnik albo Jakikolwiek Inny Najmita, ale to Musi Być Akurat Ten Bohater, bo Akurat Wlazł Podczas Jakiejś Tajnej Narady i, w sumie, Można Go Wtajemniczyć We Wszystko. Najlepszym przykładem jest tutaj (nadużywany przeze mnie) Skyrim. Jarlowie, niezależnie od frakcji, którą wspierają, przez niemal całą grę potrafią nic nie robić. Atakuje smok? Pfff… Mroczne Bractwo zamordowało Cesarza? Zieeew… Zadziwia mnie też zawsze, że jedynie jarlowie Whiterun i Markarthu mają skrypt odpowiedzialny za zablokowanie „tego obdartusa” przed podejściem do władcy miasta – choć w obu przypadkach skuteczność jest na poziomie, bo ja wiem, blokad rodzicielskich na komputerach ;). Chociaż nie - one są skuteczniejsze . Z drugiej strony są też RPGi jak Gothic, gdzie trzeba się wykazać, by dostać się do władców – zarówno Gomez, jak i Lord Hagen czy dowolny herszt orków mają jakiś "bufor", zanim Bezimienny będzie mógł z nimi pogadać. W „trójce” jednak jest jeden wyjątek – najważniejszy spośród ludzi – król Rhobar II. Otoczony przez zaledwie garstkę wiernych mu ludzi i całą masą wrogich orków (którzy, z jakiegoś dziwnego powodu nawet nie próbują go atakować – ale temat tych dziwnych istot kiedyś na blogu wróci) bez mrugnięcia okiem przyjmuje na audiencji Bezimiennego. Nawet, jeśli ten przed chwilą wyrżnął w pień Reddock oraz Okarę. Nawet, jeśli w Venguardzie pojawi się w zbroi najemnika orków. Spoko, bo król miał „wizję od Innosa” i z całą pewnością Bezi nie żywi do niego żadnej urazy ani nie skumał się z orkami…  nie wspominając nawet, że (Spoiler alert!) Lee, któremu możemy dać teleport do króla, też wchodzi sobie bez problemów do sali tronowej... Z drugiej strony - chlubnym wyjątkiem jest Emhyr, na którego rozkaz Geralt się u niego zjawia… a właściwie to nie – bo jednocześnie,  jak pisałem przy tekście o questgiverach, wierzy we wszystko Wiedźminowi na słowo, nawet nie próbując udawać, że ma szpiegów, którzy od początku powinni byli obserwować Białego Wilka. Ale po co? Pomyślałem jednak jeszcze nad czymś innym – dlaczego ci wszyscy władcy nie boją się, że Bohater uzna „hmm… ci wszyscy władcy są dosyć słabi, a ich ochrona to cieniasy. A ja właśnie pokonałem Zło i, w sumie, korona mi się należy. Chyba czas na małą rewolucję”? Przecież to jest całkowicie irracjonalne! Tu z kolei wyjątkiem jest Inkwizycja z trzeciej części Dragon Age’a, gdzie Bohater otrzymuję jakąś władzę i po minięciu zagrożenia jest jej (przynajmniej częściowo) pozbawiony. Choć też przydałaby się możliwość wywołania konfliktu, by jednak utrzymać władzę. Jest jeszcze kwestia władców z ostatniej części Assassin’s Creeda. To już jest kompletna abstrakcja! Kasandra zabija namiestnika (czy jak to tam nazwać) jednej lokacji, by za jakiś czas pojawił się tam kolejny, który też podzieli ten sam los… i tak bez końca. Jasne, czasami raz jest to namiestnik z Aten a raz ze Sparty, ale i tak chyba ktoś powinien dojść do wniosku, że te śmierci są co najmniej dziwne i wypadałoby lepiej chronić nowych namiestników. Tu jednak jedno jest pewne – Charon musiał w pewnym momencie zainwestować w większą łódkę .   Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Epic vs Valve?

Najważniejszą, chyba, granżową wiadomością tego tygodnia jest przerwanie (na rok) sprzedaży na platformie STEAM gry Metro: Exodus i wyłączna jej dystrybucja w sklepie Epic Games. Nie bardzo śledziłem całą sprawę, muszę przyznać, ale nie jest to jakieś super dziwne dla mnie. Przecież inni producenci też mają swoje platformy (EA ma Origina, Ubisoft Uplay, Blizzard Battle.net itd.), więc czemu nie Epic Games? Dodatkowo, niektóre gry można kupić tylko na tych platformach (chociażby FIFA 19 czy Starcraft). I nikt rabanu nie robi. Tak samo, jak nikt nie robił rabanu, ze Bethesda stworzyła własną platformę - ale, z tego co się orientuję (jeśli się mylę to proszę mnie poprawić :)) jest tam tylko Fallout 76, czyli nic ciekawego :P. W sumie to jedyną wadą jest, moim zdaniem, przesadne namnożenie „ikonek" na pulpicie. Ale mi to absolutnie nie przeszkadza – co najwyżej muszę pamiętać którą grę mam na której platformie. Choć, przyznaję, że kupując grę zwracam uwagę na jaką jest platformę. I tak gry od Ubisoft staram się kupować w ich sklepie – ze względu na punkty Uplay i wewnątrzgrowe nagrody z nimi związane. Podobnie z grami od EA – mój brat kupił dwie ostatnie gry z serii FIFA na Origin a całkiem niedawno wykupił sobie tamtejszy abonament. Jeśli chodzi o STEAM… cóż, jeśli coś muszę tam dodać to i tak nic na to nie poradzę. Do tego, rzecz jasna, dochodzą wyprzedaże i karty kolekcjonerskie (które sprzedają jak tylko jakąś dostanę). Źródło Wracając do tematu - poczytałem komentarze w internecie (nie zawsze jest to mądre…) i zauważam zarzut, że platforma Epic Games Store nie ma funkcji STEAMa. Ale gracze chyba zapomnieli, że Uplay i Origin kiedyś też ich nie miały. Podejrzewam, że EGS rozwinie się w najbliższym czasie – sądzę, że dojdą funkcje podobne do tych od Valve. Jednocześnie pojawiły się informacje o celowym zaniżaniu przez graczy oceny nowego Metra – dziecinada, tyle w temacie. Z drugiej strony Epic Games zawalił sprawę ogłaszając ową nowinę na ostatnią chwilę przed premierą – zdezorientowani gracze nie wiedzieli nawet do której z platform otrzymają klucze wraz z pudełkową edycją Metro Exodus. Swoją drogą - podtytuł tej gry jest mocno ironiczny, nie sądzicie? W końcu dokonał się exodus ze STEAMa na EGS . Aż dziwne, że nikt (chyba...) nie zwrócił na to uwagi . Źródło Reasumując – moim zdaniem gracze zdrowo przesadzają, ale wydawca powinien był dawno temu zaznaczyć, że „najpierw nasza platforma, potem STEAM” i obyłoby się bez marudzenia. A przynajmniej – bez takiego marudzenia . A Wy co sądzicie o tej sprawie?

MajinYoda

MajinYoda

 

Czeski MSM

Dzisiejszy MSM (a właściwie – eMSM) będzie dość krótki, bo i omawiany tekst ma tylko cztery strony. Jest nim pochodzący z 2012 roku artykuł naukowy autorstwa Aleksandry Knych „Oddziaływnie wychowawcze bohatera gier komputerowych” (błąd w tytule nie jest mój), opublikowany w czeskim czasopiśmie „Trendy ve vzdělávání”. Jako, że znalazłem go w pdf-ie link znajdziecie na końcu. Wrzuciłem cały wstęp, bo dobrze obrazuje resztę tekstu – jest pełen ogólników. O ile tu to nie przeszkadza to w pozostałej części artykułu jest już nie do przyjęcia. Dalej Autorka pisze o wychowaniu, co jest całkiem spoko. Jednakże jeden fragment przykuł moją uwagę: Cieszę się, że Autorka zauważa, że wychowanie to nie tylko „wpływ mediów”, ale także inne czynniki. Szkoda, że zauważa to tylko w tym jednym fragmencie. Chociaż nie – dobrze, bo dzięki temu powstał ten MSM :P. W tym fragmencie najbardziej rozśmieszyło mnie ostatnie zdanie. Jeśli traktować gry komputerowe jako programy multimedialne, to jakie inne zabawy „aspołeczne i agresywne” są wynikiem działania kogoś innego, niż bohaterowie gier? Bo skoro tylko „często” to znaczy, że nie wszystkie ;). Tak, wiem, czepiam się słówek, ale co poradzę, że to zdanie nie ma najmniejszego sensu? Dodatkowo – co z zabawami naszych rodziców/dziadków? Czy serio Autorka sądzi, że zabawa w wojnę jest czymś nowym i wynika jedynie z istnienia gier komputerowych? Te liczne badania to, oczywiście, te przeprowadzone przez dr Ulfik-Jaworską, żebyście nie mieli wątpliwości :P. Uwielbiam szachy – najwięcej satysfakcji czerpię, gdy przegram a mój oponent popłacze się, że, niestety, wygrał :). W dodatku – może jakieś tytuły? Chyba byłoby to na miejscu, nie sądzicie? Znowu nie łapię jeszcze jednej kwestii – jakim cudem jednocześnie „stwarzają wewnętrzny niepokój” i „satysfakcję z wygranej”? Chyba każdy lubi wygrywać, czyż nie? Np. 4-5 letni ja, przed rozgrywką w karty z moim bratem, mamą i śp. babcią jasno określiłem zasady: „gramy uczciwie – ja mam wygrać” :D. A wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem czym są gry komputerowe :P. Ten tekst pochodzi z artykułu Henryka Nogi (o którym już pisałem na blogu) i, jeśli dobrze pamiętam, Autor nie podał tam źródła tych badań.
  I wracamy do dr Ulfik-Jaworskiej i jej dziwnych badań. Szkoda, że Autorka wciąż korzysta z tak starych tekstów, nie szukając nowszych opracowań. Znowu nie bardzo rozumiem, o co Autorce chodzi. Jakby zamiast „gier komputerowych” wpisać „książek” to cokolwiek by się zmieniło? Ktoś ma jakiś pomysł? W dodatku „zajmowanie stanowiska” jest często koniecznością, także w rzeczywistości, i wydaje mi się, że nie ma w tym nic złego. Hmmm… czy pokonanie Alduina w Skyrim jest działaniem egoistycznym? A co z Connorem (Kenway’em), który, jakby nie patrzeć, pomaga innym mieszkańcom Davenport? Jak traktować innych bohaterów, którzy ratują świat? Dodatkowo – czy zemsta za śmierć bliskich to działanie egoistyczne czy nie? I który to bohater czerpie przyjemność z cierpienia? Autorka rzuca sobie wyjętymi z rękawa kwestiami i nie podaje ŻADNYCH przykładów. Wrzuciłem cały fragment, bo znowu czegoś tu nie rozumiem. Autorka napisała artykuł naukowy czy wypracowanie szkolne? Którzy bohaterowie mają te cechy – czy wszyscy? Jeśli tak – to co jest w nich takiego strasznego, że dzieci nie powinny się z nimi identyfikować? I którym zarzuca brak godności i nieuczciwość? Szczególnie, że to "godność", według Słownika Języka Polskiego, oznacza: „poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie”. Który bohater jest tego pozbawiony, droga Autorko? No dobra – zgoda. Nie wiem, gdzie tu zarzut, ale okej. Nie wiem tylko czy to dobrze czy źle. Tu już zupełnie nie rozumiem. Czego Autorka oczekiwała po konkursie na największego twardziela? Że wygra Sonic albo Rayman? Dla mnie to trochę tak, jakby się czepiać, że konkurs na największego twardziela w filmach wygrał np. Tony Montana, Rambo albo Blade, a nie np. Mark Darcy… Źródło Nie wybrali go na swojego idola, droga Autorko, tylko nadali miano największego twardziela. To nie to samo. Szczęśliwie, udało mi się go znaleźć, bo Autorka sama nie zechciała wrzucić tu przypisu. Ciekawe czemu? Co oznacza, że zostają rozgrzeszeni, czy nie? I czy w takim razie każdy bohater, który próbuje ocalić świat jest „w miarę okej”, czy nie? I co z rzucaniem „mięsem” przez Księcia? Albo z tym, ze płaci striptizerkom za występy? Autorka powinna się douczyć, bo widać, że z wiedzą w temacie u niej cieniutko. Zacznijmy od tego, że Agent 47 jest stworzonym do zabijania, zmodyfikowanym genetycznie klonem (w największym skrócie). Autorka, z nieznanych mi powodów, zapomniała też, że w "dwójce" (tj. Silent Assassin) zadaniem Hitmana jest uratowanie ojca Vittorio, u którego ukrywał się w klasztorze. Ale to by nie pasowało do tezy, nie? Jeśli chodzi Tommy'ego Vercetti'ego to, w moim odczuciu, był typowym przedstawicielem mafii a’la bohaterowie książek Mario Puzo (choć blisko mu też było do Tony'ego Montany ze Scarface'a w reż. Briana de Palmy - zresztą Vice City jest częściowo wzorowane na tym filmie ). Czy jednak chęć uratowania Lance’a Vence’a nie świadczy o pewnej jego empatii i poświęcenia dla kumpla? Nie mówię, że te postacie są dobre – bo nie są – ale bez wątpienia są twardzielami. I wszyscy powyżsi są bohaterami gier 16 lub 18+! O czym Autorka, zapewne „przez przypadek” nie wspomina ani razu. Autorka po raz kolejny napisała „masło maślane”. Kto dopuścił taki marny tekst do druku? Gdzie byli recenzenci? Rozumiem, że to czeskie pismo, ale jakiś poziom powinien obowiązywać. Bo inaczej wychodzi czeski film. Na zakończenie krótkie przemyślenie – zauważyliście, że na tych czterech stronach Autorka nie wniosła absolutnie NIC do tematu badań gier komputerowych? Kompletnie ZERO. Podejrzewam, że Autorka potrzebowała publikacji do doktoratu, ale nawet takie teksty powinny trzymać jakiś poziom. Żadnych przykładów (poza czterema bohaterami – dobranymi bez związku z resztą artykułu), powoływanie się na przestarzałe (i krytykowane przez część środowiska]) badania. W dodatku, co zabawne, w bibliografii pojawiają się książki, których nie ma w przypisach! Cud nad cudy!   Na zakończenie – obiecany link :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Nadaję Ci imię…

Witajcie w 2019 roku, który zaczął się dwiema tragediami…   Ale nie o tym chciałem pisać. Dzisiejszy wpis jest krótki, ponieważ bardziej chciałbym poznać Wasze zdanie w tym temacie. Jak zapewne pamiętacie na tym i poprzednim (martwym…) blogu pisałem już o różnych aspektach związanych z RPG-ami – m.in. o wyborze płci i klasy. Tym razem jednak postanowiłem napisać o imionach. Nie ma sensu rozwodzić się nad imionami predefiniowanymi – w końcu to tylko fantazja twórców :). Co innego jednak, gdy to my możemy jakoś nazwać swoją postać. Tu zazwyczaj jest ciekawie. Źródło Na swoim przykładzie – dla moich postaci mam dwa imiona: Marek (bo tak mam na imię :P) dla postaci męskich i Gwendolina (w sumie to sam nie wiem czemu – tak wyszło :P) dla kobiecych. Wydaje się proste? Fakt, wydaje się, ale schody zaczynają się, gdy trzeba zacząć nazywać postać inaczej (np. w MMO) lub dopasować imię do rasy. I tak imię Marek przerobiłem najpierw na Marcus (dla mojej pierwszej postaci w Oblivionie – Cesarskiego), następnie Marqus (mój main w WoWie – najpierw Troll, teraz Worgen Hunter), by dojść najpierw do Markusa (Nord w Skyrim) i Marcane (elf w Skyrim). Ale, jak wiecie z innych moich wpisów, wolę grać kobietami, więc imię Gwendolina też musiało zostać przerobione – i to o wiele częściej niż imię męskie. Pierwszy raz użyłem tego imienia w WoWie – dla Undeadki Magini. Kolejnym krokiem była Gwendolyne – DK Blood Elf i dalej poszło z górki. Po przeniesieniu się na stronę Alliance musiałem stworzyć nowe postaci i, ku mojemu niezadowoleniu, imię Gwendolina było zajęte na Silvermoon. Tak oto pojawiła się Gvendolina – Człowiek Magini, potem Gvendoline – Człowiek-Kapłanka, Gvendolyna – Worgenka-Druid itd. Podobnie, jak w przypadku męskiego imię dla elfów się różni – Gvaen, Gvenna itp. Źródło Ktoś zapyta „rozumiem WoWa, ale po co kombinować z imionami w grach SP?”. Otóż, z prozaicznego powodu – by łatwiej wczuć się w postać :). Ale to temat na inny wpis ;). Osobną kwestią są imiona zwierzaków… jako, że gram Łowcą w WoWie co jakiś czas muszę złapać nowego „peta” i wybrać mu imię. Jest to zawsze dla mnie niezła zabawa, szczególnie, gdy próbuję nadać imię znaczące (np. mój jadeitowy pet nazywa się JJade i jestem ciekaw czy zgadniecie do czego jest to nawiązanie ;)). A Wy jaki macie schemat nazywania postaci? I czy w ogóle przywiązujecie wagę do ich imion?

MajinYoda

MajinYoda

 

Święta na poważniej

Święta Bożego Narodzenia już za nieco ponad tydzień. W telewizji na zmianę puszczą kilka filmów związanych z tym okresem: Kevina, Kevina, „Niespotykanie spokojnego człowieka”, Kevina, „To właśnie miłość” i wśród innych filmów także Kevina. Jednakże jest jeden film, który oglądam co roku – i nie jest to Kevin. (Wszystkie screeny zrobiłem sam) „Noc Świętego Mikołaja” z 2000 roku to film z cyklu „Święta polskie”. Współscenarzystą i reżyserem był Janusz Kondratiuk. Fabuła jest dość prosta: dwóch więźniów (w tych rolach Zbigniew Buczkowski i Leszek Zduń) ma rozdać prezenty dzieciom z lokalnego domu dziecka. Towarzyszy im ksiądz (Wojciech Walasik), który po drodze odbiera podarki od „sponsora” – dyrektora hipermarketu (Zbigniew Mazurek). Film nie jest familijny, jak inne bożonarodzeniowe produkcje. Przez pryzmat Świąt pokazuje Polskę przełomu wieków, nie używając do tego „magii świąt”. Choć film zawiera sporo zabawnych scen (np. gdy „hipermarketowi” Mikołaje zabierają dzieciom zabawki) to jego przekaz jest poważny i raczej przeznaczony dla starszych widzów. Oprócz wspomnianych wyżej w filmie pojawiają się także m.in. Edyta Olszówka, Magdalena Emilianowicz, Marcel Szytenchelm, Robert Więckiewicz i Jerzy Rogalski. Wszyscy aktorzy zagrali swoje role tak, jak przystało na profesjonalistów – w moim odczuciu nikt nie odstawał od reszty. Muzyki nie zapamiętałem (poza kilkoma kolędami), więc jest plus. Niestety, zakończenie filmu pozostawia wiele do życzenia – scenarzyści nie mieli żadnego sensownego pomysłu na finał. Pozostaje mi tylko wystawić ocenę – jako, że mam sentyment do tego filmu daję mu 4,5/6. Na zakończenie jeszcze chciałbym Wam życzyć udanych, rodzinnych (jeśli to lubicie :P), growych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz udanego Sylwestra i wspaniałego Nowego Roku. Do zobaczenia w drugiej połowie stycznia 2019!   PS. Przez Święta będę uzupełniał stare wpisy ;).

MajinYoda

MajinYoda

 

Głupoty o mandze i anime

Wiem, ostatnio mało jest msm-ów, ale trafiłem na całkiem niezły materiał o „chińskich bajkach”, więc żal mi było go nie użyć :). Jedyny kłopot polega na tym, że tym razem tekst nie pochodzi ze strony, gdzie zamieściła go Autorka, lecz znalazłem go na pewnym blogu, więc to adres do wpisu z niego znajdziecie na końcu tekstu. Sam wpis pochodzi z lipca 2013 roku, ale, niestety, nie znam tytułu publikacji, ani daty jego oryginalnego opublikowania (już wiecie czemu to robię :)), ale Małgorzata Więczkowska już kilka razy pojawiła się na moim blogu, więc jestem skłonny uwierzyć, że to jej dzieło :). Podejrzewam, że chodzi o tekst „Niewinne buzie i rozmarzone oczy. Manga i anime na polskim rynku” z czasopisma „Wychowawca” z czerwca 2013 roku, ale nie wiem. Sprawdziłbym, ale żal mi tych 3 złotych, by wykupić sobie ten numer na 30 dni :P.
Zaczynajmy: Ten fragment jest całkiem mądry… w porównaniu z resztą tekstu, rzecz jasna. Pogrubienie oryginalne. Spojrzałem z ciekawości na twórczość Osamu Tezuki… i srodze się zawiodłem. Spodziewałem się jakiegoś porządnego hentaja a dostałem Astroboya i Princess Knight – smutek :(. Jedyne co okazało się prawdą to jego pomysł z wielkimi oczami bohaterów (nie tylko żeńskich!). No, chyba, że Betty Boop też jest zbyt wyuzdana dla Autorki :P. Źródło: pl.wikipedia.org Czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć o co chodzi z tym New Age? To taki religijny odpowiednik lewactwa/prawactwa? Pomijam już, oczywiście, wrzucanie wszystkich anime i mang do jednego wora (ciekawe czy Autorka uważa South Park za anime? :P). Ach te homoseksualne związki Goku i Chi-Chi… wróć! Ten Brock to był niezły homo… wróć! Eee… Muminek… a nie, on też hetero… Eee… Kazuya i Erika? Nie, to też facet i kobieta… Hmmm… ktoś-coś? Może Pszczółka Maja? Źródło: https://co.pinterest.com/jessicawieser/dragon-ball-z/ Dobra, żarty na bok. Goku bił żonę, Vegeta bił dzieci, Ash nie umiał się zdecydować (i nigdy nie dorósł…). Muminki? Wyglądają jakby byli rodziną - to dopiero patologia!… Wymieniać dalej? Mogę tego nie komentować? Proszę! Autorka znów pokazuje, że jej poziom wiedzy w temacie jest tak niski, że nawet jakby się położyć plackiem na dnie Rowu Mariańskiego, to i tak trzeba by się porządnie wychylić, by gdzieś tam, hen daleko, go ujrzeć… Uniosłem się, przepraszam :). Nie film, a serial. Nie traciły przytomności, wpadały w histerię czy płakały a miały objawy epileptyczne (nudności, zaburzenia widzenia, bóle głowy) i nie 800 a 685 – z czego „jedynie” 150 wymagało hospitalizacji. Reszta się zgadza :P. (Źródło) Szkoda też, że Autorka nie zechciała zauważyć, że twórcy szybko wycofali odcinek wypuścili go dopiero po poprawieniu i dostosowaniu do odbiorców. Ale o poziomie wiedzy w temacie już pisałem :). Okeeeej… Fakt, Pokemony mocno przypominają rzeczywiste zwierzęta (na nich, zresztą, bazują). A jeśli chodzi o podbój świata to chyba tylko Mewtwo miał takie zapędy (a i on nie był do końca Pokemonem. I sam porzucił swe plany). Ale znów Autorka pokazuje swoją niewiedzę :). Bo w tym anime to akurat ludzie bywają źli - i wykorzystują Pokemony do złych celów. Ale tak jest łatwiej napisać. Kolejna osoba pisząca o jakimś „mistrzu”. Zapewne Autorka wzięła ten opis od pewnego (świętej pamięci już) kaznodziei… Źródło: Kwejk Nie rozumiem tego fragmentu, tak szczerze pisząc… Bo, jak rozumiem, taki Tom i Jerry (tak, nadużywam tego przykładu, ale nic nie poradzę ;)) są „bezpieczne”. I jak anime ma zaprzeczać bezpieczeństwu? Co to znaczy? Że jak się naoglądam DB to wszędzie będę widział Friezę albo innego Buu? Hmm… Źródło: downloadfeast.com Dooobra, daję sobie spokój. Autorka ma rację. Zabieram Pikachu, wsiadam do Daimosa i odlatuję. A jak spotkam po drodze Gucia to wypróbuję na nim Final Flash.   Ech.. Dobrze, że to już koniec. Obiecany link: http://dzielneniewiasty.blogspot.com/2013/07/manga-i-anime-zagrozenia-cywilizacyjne.html A za tydzień będzie coś świątecznego :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Moralność pana gracza

Nieodłącznym elementem większości gier RPG są wybory moralne. W zasadzie to głównie RPG, bo takowe zaczynają się pojawiać też w innych produkcjach (nawet w GTA V). Ostatnio zastanawiałem się nieco nad tym – jakich wyborów dokonywałem w grze i dlaczego? Utarło się, że gracz najpierw idzie dobrą ścieżką. Ja jednak robię nieco inaczej – za pierwszym razem przechodzę tak, jak uważam za stosowne, a dopiero potem czytam „co zrobić, by mieć najlepsze/najgorsze zakończenie w…?”. Często też rozmyślam – kto tak właściwie ma rację? (UWAGA – spoilery!) Wprawdzie już kiedyś pisałem o Gothicu 3, ale sądzę, że warto to rozwinąć. Dlaczego założyłem, że buntownicy są tymi dobrymi? Tak, Innos i te sprawy, walka z okupantem… ale może to jednak orkowie mają rację? Oczywiście, że nie mają – to akurat kiepski przykład ;). Za to większą zagwozdkę miałem w Skyrimie, gdzie ścierają się dwie grupy – Legion  - uważający, że kraina powinna być nadal częścią Cesarstwa - oraz Stromcloaks – uznający Skyrim za odrębne państwo. A temu wszystkiemu przyglądają się elfy… Napisałem, że miałem zagwozdkę? Owszem, ale tylko początkowo. W tym przypadku uznałem, że wybór jest oczywisty – Legion, ponieważ, moim zdaniem, zjednoczone Cesarstwo lepiej poradzi sobie w nadciągającej drugiej wojnie niż odrębne państewka. Ale czy na pewno? Cóż, z odpowiedzią poczekamy pewnie do TES VI… Źródło: ballmemes.com Zupełnie inny kłopot miałem z Fallout 4, gdzie do wyboru mamy cztery frakcje: Minutemenów – rodzaj milicji, chcą odbudować społeczeństwo po wojnie na zasadzie „ludzie dla ludzi” – Bractwo Stali – armia wyposażonych w technologię (często kradzioną) żołnierzy – Instytut – banda jajogłowych, którzy żyją pod ziemią i tworzą syntetycznych ludzi (porywając tych z powierzchni) – oraz Railroads – grupa, która za zadanie postawiła sobie uwolnienie syntetycznych od Instytutu… Źródło: 9gag.com I wiecie co? Na pierwszy rzut oka wygląda to następująco (od dobrej do złej): Minutemen –> BoS –> Railroads -> Instytut. Jednakże, po dłuższym czasie spędzonym z tą grą mam wrażenie, że wcale tak nie jest. Owszem, „minutowcy” (jak ich nazywam) mają wizję wspólnego życia w społeczeństwie i wzajemnej ochrony (głównie tych, którzy sami nie mogą się obronić) i są oni, bezsprzecznie, tymi dobrymi. Co jednak z resztą? Moim zdaniem drugą dobrą opcją jest Instytut. Fakt, tworzą oni syntetyczne wersje ludzi, ale nie widzą w tych robotach żywych istot – raczej narzędzia.  Nie zapominamy też, że każdy z nich ma połowę (chyba) DNA naszej postaci. Dodatkowo, ich wizja sprowadzenia ludzkości pod ziemię wcale nie jest taka zła, szczególnie patrząc na to, jak wygląda powierzchnia. Railroads to banda przygłupów, którą Instytut przesadnie się nie przejmuje. Ale to nic przy  Bractwie, które uważam za opcję najgorszą. Ich jedyną bronią jest, cóż, broń. Sami tworzą technologię, owszem, ale najczęściej próbują kraść cudzą. I Elder Maxon mnie zawsze irytował. Opuśćmy jednak gry Bethesdy, które nigdy nie słynęły z głębokich wyborów moralnych (choć w Fallout 4 długo myślałem) i przejdźmy do Wiedźmina 3. W tym przypadku od razu wiedziałem, że są trzy zakończenia, ale i tak robiłem wszystko po swojemu. Efekt był taki, że dostałem to, czego, w sumie, od początku chciałem – Ciri jako cesarzową Nilfgaardu. Dlaczego to, a nie życie wiedźminki? Cóż, najpierw stwierdziłem, ze króla Radowita trzeba się pozbyć, bo był szalony. Następnie jednak miałem wybór między Dijkstrą-kanclerzem a wolną Temerią. Źródło: kwejk.pl Tu wybór był dość nieoczekiwany dla mnie - musiałem zdecydować "na już". I wybrałem Vernona Rosha  Czemu? Ponieważ w mojej rozgrywce Dijkstra nie udzielił mi wsparcia podczas oblężenia Kaer Mohren, bo nie pozwoliłem torturować Triss. Więc mu się odwdzięczyłem. Jednocześnie uważam, że cesarzowa Cirilla to najlepsze możliwe wyjście. owszem, Nilfgaard to "ci źli", ale mam wrażenie, że jest z nim tak, jak ze wspomnianym Instytutem - mają po prostu zły PR ;). Dodatkowo, wychowana przez Geralta i Yennefer oraz wspomagana przez ojca Zirael poradzi sobie z władzą i jej nie odbije. Oby. Rodzima produkcja miała jednak więcej wyborów, których dokonałem – więc nie pamiętam większości z nich ;). Najbardziej, chyba, zapamiętałem zadanie z zaginioną żoną i jej siostrą, która chciała mnie odwieść od poszukiwań. Cóż, po ujawnieniu prawdy oszczędziłem ją. Również wcześniejsza część - Zabójcy królów - dała mi kilka miejsc na przemyślenie swojego wyboru. Najgorszy był ten ostatni - zabić Letho czy go oszczędzić? W mojej jedynej rozgrywce nad tą kwestią głowiłem się dobre 10 minut. Poważnie! Ostatecznie jednak go zabiłem uznając, że zrobił zbyt dużo złego i do tego, na początku gry, wina za śmierć króla Foltesta spadła na Geralta. Kończąc, muszę napisać jeszcze o wspomnianym na początku GTA V. Pod koniec jest wybór czy zabić gangstera i mordercę Michaela czy psychopatycznego ćpuna Trevor, albo oszczędzić obu. Cóż, w tym przypadku wybór był oczywisty i za każdym razem jest. Oszczędzam obu, bo w końcu wszyscy trzej są bohaterami, nie? A jakie jest Wasze podejście do wyborów moralnych w grach? Piszcie w komentarzach :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Zakochani gangsterzy

Swego czasu uwielbiałem kino gangsterskie. Kasyno, Scarface, Ojciec chrzestny… Aż trafiłem na film Bonnie i Clyde z 1967 roku, w reżyserii Arthura Penna. Opowiada on historię autentycznej pary przestępców – Bonnie Parker (grana w filmie przez piękną Faye Dunaway) i Clyde’a Barrowa (Warren Beatty), których gang działał w latach 30. XX wieku w USA. Pod względem sprawności reżyserskiej utwór pozostawia wrażenie na widzach. Jednak kunszt operatorski niekiedy zawodził, co uwidoczniło się już w pierwszej scenie, w której łatwo można było dostrzec niepotrzebne cięcie. Takich nieudanych montażowo scen jest w filmie zdecydowanie za dużo i w mojej ocenie psuje to efekt końcowy i obniża poziom artystyczny i warsztatowy dzieła. Na początku film przypomina raczej komedię sensacyjną z elementami romansu  niż dramat gangsterski. Widać, że dzieło powstało u schyłku pierwotnej popularności tego gatunku. Przekonanie, że mamy do czynienia z komedią towarzyszy nam od pierwszej sceny. Streszczając ją, trzeba przywołać słowa znanej piosenki, że młody mężczyzna z przeszłością spotyka piękną nieznajomą. Zakochują się w sobie. Rozumiem, że taka była historia autentycznych Bonnie i Clyde’a, ale w filmie gangsterskim motyw sentymentalny zupełnie nie pasuje. Co gorsza, bohaterowie przez dłuższy czas działają w konwencji komediowej. Mają pogodne twarze, dialogi między nimi są żartobliwe, a czyny raczej śmieszą widza, niż wywołują rozterki prawno-moralne. Dodatkowo film – jak na gatunek gangsterski - jest zbyt długi. Przykładowo - scena, w której Clyde Barrow napada na pusty bank, trwa kilka nieznośnie długich minut. Do tego wywołuje raczej śmiech, niż trwogę. Film nabiera rumieńców wraz z pierwszym zabójstwem. Dopiero wówczas można go uznać za prawdziwy dramat gangsterski. Źródło: http://lecinemadreams.blogspot.com Szkoda tylko, że do filmu dodano kilka całkowicie zbędnych scen. Na przykład ta, w której jakiś chłopak przynosi prowiant. I nic z tego nie wynika, brakuje związku z akcją. Może się wydawać, że autorom zabrakło pomysłu na zdynamizowanie filmu. Z całego dzieła można spokojnie wyciąć kilkanaście minut taśmy filmowej i  nikt nie zauważyłby różnicy. Ba, taki zabieg spowodowałby zwiększenie atrakcyjności utworu. Film budzi również mieszane uczucia pod względem wartości etyczno-moralnych. Reżyser, scenarzysta, operator kamery, scenograf czy kostiumolog, a także sami aktorzy zadbali o powstanie więzi emocjonalnej między widzami a bohaterami obrazu. Więź ta jednak ma dwuznaczną wartość. Bonnie i Clyde, mimo prób pozyskania sympatii, nie wywołują u odbiorców pozytywnych uczuć. W tym miejscu pokuszę się o analogię z bohaterami innych filmów o tematyce gangsterskiej wyprodukowanych w amerykańskich wytwórniach filmowych. Warto tu przywołać co najmniej dwa przykłady: Ojciec chrzestny (1972) Francisa Forda Coppoli oraz Człowiek z blizną (1983) Briana De Palmy. Rodzinę Corleone, w tym niektórych jej członków, czy Tony’ego Montanę można było polubić, zaś Bonnie i Clyde są, jak trafnie określa ich jedna z postaci -  „parą dzieciaków”. Po scenie bezsensownego zabójstwa bankiera chciałoby się rzec - para bardzo niebezpiecznych dzieciaków. Muszę przyznać, że z lekką ulgą ogląda się końcową scenę, w której oboje giną od policyjnych kul. Mógłbym nawet uznać tę scenę za najlepszą w całym filmie. Jeśli chodzi o inne postacie to przede wszystkim należy wymienić Gene Hackmana, który wcielił się w Bucka Burrowa – brata Clyde’a. Była to chyba jego pierwsza poważna rola i wypadł świetnie.. Jedynie dowcip opowiedziany przez niego był tak denny, że kawał Quentina Tarantino z Desperado wydał mi się przy tym arcyśmieszny. Duży ciężar spoczywał też na Michaelu J. Pollardzie, którego kreacja C. W. Mossa również zapada w pamięć. Odnośnie innych postaci to cóż – mogę powiedzieć z całą pewnością, że byli. Źródło:m www.flickr.com Największym atutem dzieła jest doskonale oddany klimat lat 30. Dobrze dobrane stroje i scenografia oraz nastrojowa muzyka sprawiają, że film dobrze się ogląda, mimo jego wad. Również gra aktorów stanowi filmowe mistrzostwo. Za ostatnią scenę, która jest bardzo autentycznie zrobiona, należą się twórcom brawa. Czas na podsumowanie. Pomysł na film był świetny – historia znanej pary gangsterów, oparta na opowieściach członków ich gangu. Szkoda tylko, że denerwujące niedoróbki i ogólna nuda fabularna doprowadziły do powstania utworu, który nie przetrwał próby czasu. Bowiem o ile w 1967 roku film dostał dwie statuetki Oscara i szereg nominacji, nie wspominając już o innych nagrodach, teraz nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Moja ocena końcowa to 3,5/6.

MajinYoda

MajinYoda

 

The Best of MSM IV

Po kilku tygodniach przerwy przyszedł czas na MSMa, nie sądzicie? Dziś zajmę się książką „Przestępczość nieletnich – teoria i praktyka” pod red. Sylwii Ćmiel (2012), a konkretniej artykułem „Realna i wirtualna rzeczywistość – agresywne zabawy i przestępstwa nieletnich w świecie wirtualnym” dra hab. Zdzisława Majchrzyka. Wpis nie będzie zbyt długi. Na początku jest dość nudno… Autor trochę plącze się między agresją realną a wirtualną. Niemniej, kilka fragmentów udało mi się wyłuskać: Ekhem… Pong nie był pierwszą grą video… chociaż, zależy jak na to spojrzeć…bo w końcu Nolan Bushnell „ukradł” pomysł na grę Ralphowi Baerowi, nie? (za: B. Kluska, Dawno temu w grach, 2008, s. 17). Dodatkowo, skoro PONG i jego… hmm… pierwowzór pojawiły się w 1972 roku, to czemu Autor cytuje tu tekst o pięć (!) lat starszy? Czyżby pan Rushkoff umiał podróżować w czasie? Tu jest tekst ciut nowszy, z 1999 roku… I moja Mama by się wtedy zdziwiła, gdybym tak krzyknął… Choć zawsze sobie z Mamą żartujemy, że gdy w 2000 roku grałem w demo Quake III Areny (z botem), siedziała za mną i patrzyła mi w monitor. Nagle, całkiem przypadkowo, nacisnąłem spust celując w ścianę. Jaki był komentarz mojej Mamy? „Nie po ścianach! Nie marnuj amunicji!” :D. Eeee… a świat rzeczywisty też nie jest dla geniuszy, psychopatów i przeciętniaków? Co Autor sugeruje? Później jest sporo nieprzydatnych (temu blogowi) zdań… ale jeden fragment przykuł moją uwagę, choć nie dotyczy gier: Po kolei: przede wszystkim chłopiec nazywał się Rhys Jones (więc nie wiem skąd „Jonem”). Druga kwestia: te gangi dziecięce są straszne – zabijają bez mrugnięcia okiem! Szkoda tylko, że Autor nie zechciał zapoznać się z całą sprawą, a oparł swój tekst na doniesieniach medialnych tuż po zabójstwie… Ale ja się zapoznałem, korzystając z internetowych wydań brytyjskiej prasy. I zajęło mi to raptem 10 minut! Zacząłem, typowo, od Wikipedii (https://en.wikipedia.org/wiki/Murder_of_Rhys_Jones), potem  „The Telegraph", „BBC”... Krótko pisząc – jedenastolatek faktycznie zginął od kuli z S&M, ale za spust pociągnął… szesnastoletni wówczas Sean Mercer, członek jednego z lokalnych gangów (śmierć Rhusa była zresztą przypadkowa, ale to tak na marginesie). Coś się tu nie zgadza, prawda? Ale to by Autorowi do tezy nie pasowało, nie? Choć, w sumie, by pasowało… ale trzeba by było ruszyć się i poszukać… bo w 2012 roku przecież internet w wiadrach trzeba było do domu nosić :P. Spodobał mi się ten fragment – tylko dlatego go wrzuciłem :P. Zwyczajnie nie wiem co wnosi do całości tekstu – jaki „inny strój” Autor ma na myśli? Czemu nie rozwinął swojej wypowiedzi? Dobra, czas wrócić do interesujących nas treści: Oj tak, zawsze po pograniu w Cities: Skylines mam ochotę komuś dać po gębie :D. Już o tym tyle razy o tym pisałem… nie będę się powtarzać, dobrze? („Nowe życie” w 2012 roku – serio, Panie Badaczu?) Autor aż pogrubił ten tekst, by rzucił się w oczy – więc i ja tak zrobiłem. Owszem, gracze zapewne mają poczucie odwracalności wirtualnej śmierci – bo jest… wirtualna. Ale spychologia przecież wie, co siedzi w głowie każdego gracza, prawda? W przeciwieństwie do szachów, gdzie wcale nie biją się między sobą figury, wojen – gdzie ludzie się nie mordują – czy nawet pełna dobra literatura i sztuka  (danse macabre, na przykład). Źródło: Memegenerator.net Ale to gry są złe… Tu mnie Autor zaskoczył - nagle filmy oberwały :O. Ale zastanawiają mnie dwie rzeczy: 1. kto przy zdrowych zmysłach pozwala dzieciom oglądać horrory (i dlaczego Autor nie pisze o głupocie rodziców w tym przypadku?)? 2. czym są bajki s-f? I na tym lepiej zakończę :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Growy patriotyzm

Jutro będziemy obchodzić setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości oraz zakończenia Pierwszej Wojny Światowej. Zacznijmy od naszej ojczyzny. W zeszłym roku próbowałem wymienić jak najwięcej przykładów, gdzie Polska i Polacy pojawili się w wirtualnym świecie. Tym razem pomyślałem, że można się zastanowić nad tym, jakimi patriotami jesteśmy w grach? Tu napiszę o sobie i bardzo chętnie poznam Wasze zdanie w komentarzach ;). Zacznę od tego, że jeśli w strategiach do wyboru jest Polska to zawsze ją wybieram (w Medieval II było to o tyle zabawne, że musiałem ją najpierw podbić Anglią, ale to inna sprawa ;)). Niezależnie czy to kolejne części Total Wara, Civilization czy Europa Universalis (w ten ostatni próbowałem kilka razy zagrać, ale jakoś nigdy mi nie szło…). Ba, nawet grając w FIFĘ na początku wybieram Polskę… wyjątkiem są polskie kluby ;). memotywatory.pl Zastanowiłem się jednak głębiej nad tematem. Co bowiem z innym rodzajem patriotyzmu – takim – nazwijmy to – wirtualnym? Weźmy takiego Skyrima. Grając Nordem mam wrażenie, że bardziej interesuje mnie los, jakby nie patrzeć, „mojej” małej ojczyzny, niż, gdy gram np. Bretonem. Z kolei w Fallout 4 w każdej osadzie zawsze pamiętam postawić lub zawiesić flagę USA (obok flagi Minutemanów i Instytutu ;)). Nie patrzyłem wcześniej w ten sposób na ten temat i uświadomiłem sobie, że dlatego w Gothic 3 nie umiałem się opowiedzieć po stronie orków (bo to tak jakby w grze o II WŚ wybrać Niemcy zamiast Polski). Uznałem bowiem, że dla Bezimiennego Myrtana jest ojczyzną. Doszło do tego też coś, co opisałem w tym poście. Może jest to nieco naciągane? Może zwyczajnie przesadzam i przesadnie wczuwam się w swoją rolę w grach? Jak sądzicie? I jakie są Wasze odczucia?

MajinYoda

MajinYoda

 

Pewnego razu w…

Koniec „zdrajcy” Ostatniego dnia lipca 1514 roku słońce powoli wschodziło nad Florencją. Na Piazza Della Signoria kupcy musieli ustąpić miejsca tłumowi, który chciał zobaczyć egzekucję zdrajcy. Dokładnie w południe Marcus Leone – pochodzący ze znamienitej florenckiej rodziny bankier - miał zostać ścięty za zdradę swego miasta. O godzinie jedenastej z lochów Pałacu Veccio skazaniec został wyprowadzony. W egzekucji miał wziąć udział władca Florencji – Julian Medyceusz, niegdysiejszy przyjaciel ojca Marcusa, o czym wiedzieli niemal wszyscy mieszkańcy miasta. Tuż po wpół do dwunastej procedura rozpoczęła się od przemówienia Gonfaloniere Francesco Albertiego. Mówił o winach Leone, chociaż tak naprawdę bardzo go lubił. Jednakże, zgodnie z wolą Medyceuszy, musiał wydać wyrok śmierci. Zaraz po przemówieniu pozwolono skazańcowi na wygłoszenie mowy, ale tłum głośno krzyczał – „Zdrajca! Nie może przemawiać!”. Na próby uciszenia tłumu było już zdecydowanie za późno, ponieważ dzwon nieubłaganie zaczął dzwonić. Ding! Skazaniec zostaje zaprowadzony do pieńka katowskiego. Dong! Obecny na egzekucji kapłan powiedział kilka słów modlitwy. Ding! Tłum zaczął głośniej skandować – „zabić zdrajcę!”. Dong! Julian Medyceusz zszedł ze sceny. Ding! Marcus Leone po raz ostatni spojrzał na niebo nad Toskanią i zauważył latającego nad nimi orła. Dong! Skazaniec uklęknął przed pieńkiem, szepcząc coś cicho. Ding! Kat w czerwonym kapturze przygotował topór. Dong! Straż zebrała się wokół sceny, zgodnie z rozkazem Juliana Medyceusza. Ding! Marcus położył głowę na pieńku. Dong! Kat podszedł do pieńka z toporem gotowym do cięcia. Ding! Topór uderzył w szyję Marcusa. Głowa skazańca potoczyła się po scenie. ==== Ostra robota Jak ja nie lubię tej roboty. Nie mogą człowiekowi powiedzieć o tym wcześniej? Chciałem dzisiaj wybrać się z dziećmi poza mury miasta, ale nieee. Cholerny, zakłamany Gonfaloniere musiał akurat mnie wybrać do tego zadania. No cóż, przynajmniej dobrze mi płacą. Co oni się tak guzdrzą? Czy wyprowadzenie jednego człeka z lochu jest takie trudne? Swoją drogą – żal mi go. Nasi ojcowie dobrze się znali. Spotkali się w 1499 roku tu, we Florencji. No fakt, mój tatulo był rzeźnikiem, ale za to najlepszym w mieście to i bogaty bankier chciał mieć w nim przyjaciela. A teraz ja muszę ściąć jego syna? Cóż za dziwny zbieg okoliczności. Ale tłum! Od czasów tego całego Savonaroli takiego motłochu tu nie widziałem. O, nawet Medyceusz się z nami wybiera. Kolejny zakłamany buc. No dobra, ciekawe, czy tym razem wszystko jest w porządku. Nie chciałbym powtórki z zeszłego miesiąca. Jeżeli dzisiaj kowal znowu spartaczył robotę, to każę mu zeżreć trzonek topora. Pośpieszcie się! Strasznie mi gorąco w tym kapturze. No tak - muszę jeszcze czekać aż ten cały Alberti skończy ględzić. „Zdrajca i spiskowiec” – taaa, jasne. A ciekawe kto chodził do Leone po pożyczki? Kto częściej bywał u bogatego bankiera niż ja na targowisku? Ha, hipokryci. Niech te ludziska się zamkną. Zaraz będą mieli trupa, ale czy muszą tak wrzeszczeć? Jeszcze kilka minut i po krzyku. Dobra, zaczyna się. Strażnicy już go podprowadzają do pieńka. Jeszcze tylko paciorki i mogę podejść. Znowu się drą. Skazaniec spojrzał w niebo. O, leci orzeł. Piękne zwierzęta, takie manies… manest... majniest… no, ładnie wyglądają. Dobra, Leone klęknął przed pieńkiem – w końcu. Powoli… byle tylko dobrze trafić… i… ciach! Krew bryzgnęła i mnie ochlapała, ale trza się było do tego przyzwyczaić to i się przyzwyczaiłem. Ale chyba muszę tym razem  pochwalić kowala – dobrze zaostrzył topór. ==== Spisek O godzinie jedenastej w jednym z domów przy Piazza Della Signoria spotkały się trzy zakapturzone postacie. Za pozamykanymi oknami słychać było hasał tłumu gromadzącego się wokół sceny. Postacie w milczeniu spoglądały na mapę Florencji rozłożoną na niewielkim stole. Tuż przed godziną dwunastą jedna z postaci – niski mężczyzna - odezwała się: - Jeszcze mamy szansę zaatakować… - To zbyt duże ryzyko. – przerwał mu dobrze zbudowany mężczyzna. – Powinniśmy wybrać się po wsparcie do Forli. - Jeżeli teraz uciekniemy to koniec. - Co masz na myśli? - Zamknijcie się obaj – powiedziała, dotąd milcząca, trzecia osoba - kobieta. Nastała chwila ciszy. Słychać było tylko wdzierające się każdą szparą w domu krzyki tłumu. Wysoki mężczyzna podszedł do okien i lekko otworzył okiennicę. Na scenie Gonfaloniere wciąż przemawiał. - To koniec – powiedział, po czym zwrócił się do kobiety. – Moja Pani, powinnaś wrócić do Ferrary. Pani ojciec i brat chcieliby Waszego bezpieczeństwa. - Micheletto, ja… - zaczęła kobieta. - A co z nami? – zapytał niski mężczyzna. Micheletto odszedł od okna i podszedł do kobiety. - Księżno Lukrecjo, musisz wrócić do Ferrary. Przynajmniej dopóki nie odnowimy kontaktów w Forli. - Zaczynasz mnie denerwować – odezwał się niski mężczyzna – możemy teraz pójść i zabić Medyceusza. Micheletto podszedł do niego, spojrzał mu w twarz, po czym znowu podszedł do okiennic. - Ty też powinieneś wyjechać. Najlepiej do Wenecji albo i  dalej. - Nie. Jeżeli wy nie chcecie działać to jeszcze dziś wyruszę prosto do Rzymu. - Nie zabraniamy Ci – powiedziała Lukrecja bacznie przyglądając się jak Micheletto powoli podchodzi do trzeciego spiskowca, który chwilę wcześniej, wściekły, odwrócił się do niego tyłem. To był poważny błąd, którego najwyraźniej nie potrafił wcześniej dostrzec. Jednak w chwili, gdy słynny hiszpański zabójca Micheletto zarzucił mu sznur na szyję i zaczął dusić niski spiskowiec musiał zrozumieć, co uczynił nie tak. Charczeniu towarzyszyły dzwony z wieży Pałacu, a i tak tłum by ich nie usłyszał. W chwili gdy mężczyzna wydał ostatnie tchnienie katowski topór spadł na głowę Marcusa Leone. Wychodząc z kryjówki obie postacie zauważyły odlatującego w dal orła. ==== Mistrz handlu - Prawdziwe srebrne wyroby! Kupujcie srebrne puchary, talerze, czego sobie zapragniecie! – wykrzykiwał handlarz Mateo przechodząc między ludźmi zebranymi wokół sceny na Piazza Della Signoria. Czasem musiał użyć łokcia, by przedrzeć się dalej, ale prowadzenie biznesu wymaga niekiedy drastycznych metod.  -Zwariowałeś? – zapytała jakaś kobieta widząc Mateo. – Przy pieńku katowskim handlujesz?  - To nie jest handel, to zarobek. – odparł Mateo, który znał prawdopodobnie wszystkie sztuczki. – A co, jesteś zainteresowana kupnem? Mam tu ładny srebrny krzyż. Poświęcony jeszcze przez Jana Chrzciciela. - Odejdź bluźnierco – powiedział jakiś mieszczanin. – Albo powiem o wszystkim biskupowi. - Ale naprawdę mam tu dużo dobrego srebra – powiedział handlarz nie zrażając się, ze trafił na wymagających konsumentów. – Niskie ceny! Za puchar, z którego św. Piotr pił w czasie Ostatniej Wieczerzy tylko 15 florenów. - Odjedź! – zaczęli nawoływać kolejni. - Spójrzcie tylko jaki piękny orzeł – powiedział nagle handlarz wskazując na jeden z dachów. – Mam nawet srebrną figurkę orła. Przywiozłem ją prosto z Rusi. Tylko 20 florenów! Dzwony zaczęły bić godzinę dwunastą. - Kupujcie srebrne wyroby! – wykrzykiwał dalej handlarz. W tym momencie podeszło do niego dwóch strażników. Po chwili Mateo żałował, że nie umie szybciej przechodzić przez tłum. Strażnicy uderzyli go parę razy, gdy kat uderzył swoim toporem.  - I więcej tu nie wracaj – powiedział jeden ze strażników, zabierając dwa srebrne puchary dla żony. - Jak cię jeszcze tu zobaczę to cię wsadzę do lochu za bluźnierstwa – dodał drugi, zabierając Matteo sakiewkę i z zadowoleniem przeglądając jej zawartość. Tłum powoli rozszedł się zostawiając handlarza zbierającego swoje rzeczy. ==== Śmieszne ludziki Ależ tam ludzi przyszło. Czegoś takiego to jeszcze nie widziałem, a widziałem już wiele. Może mają jakiś festyn? Nie, raczej nie. Za mało kolorowo. Co więc tam się dzieje? Podlecę niżej, może coś zauważę. Krążę i krążę, ale nie widzę nic szczególnego. Co ci ludzie tam robią? I czemu tak krzyczą? Może odbywa się tam jakieś przedstawienie? Lubię patrzeć na ludzkie przedstawienia. Nic z nich nie rozumiem, ale ładnie wyglądają. Ten dach wygląda na wygodny, wyląduje sobie. To chyba nie jest przedstawienie. Ludzie są zbyt głośno, to trochę irytujące. W dodatku tylko jeden na scenie coś gada. Chciałbym wiedzieć o co chodzi. No nic, chyba jednak polecę dalej. Zrobię jeszcze z jedno kółko, może coś zauważę. O, ten człowiek klęka i pada na twarz. Może to jakiś ich rytuał modlitewny? Chyba nigdy się tego nie dowiem…   PS. Za tydzień wpisu nie będzie.

MajinYoda

MajinYoda

 

Growa czytelnia

Do tej pory opisałem całkiem sporo kwestii związanych z RPGami – płcie, rasy, klasy itd.  Ale jest jeszcze coś, co zawsze lubię robić w tego typu grach – czytać. Sądzę, że część (a może nawet większość?) z Was też to ma – we wszelkiej maści Falloutach, TESach, Wieśkach czy innych Dragon Age’ach trzeba przeczytać wszystko. Ogłoszenie o sprzedaży kołyski w zapyziałej wiosce w Valen? Czytamy. Książka znaleziona na półce w domu NPC-a? Czytamy. Komputer sprzed wojny atomowej należący do ówczesnego komendanta policji? Czytamy. List z tajnymi rozkazami? Save i „tylko zerknę”. Cokolwiek, byle przeczytać i, być może, zobaczyć jakąś postać z innej strony (vide Ulfric Stormcloak ze Skyrima). Zawsze cieszę się niezmiernie, gdy twórcy pozwalają mi coś przeczytać. A jeszcze bardziej – gdy różnicują treści. W takim Skyrim (i częściowo Oblivionie i, zapewne, Morrowindzie) istnieją całe książki, które gracz może sobie przeczytać. I choć Lusty Argonian Maid jakoś nigdy nie trafiło w mój gust  to doceniam, że twórcom się chciało. Źródło: https://www.memecenter.com Dodatkowo, żeby było zabawniej, ostatnio (szkoda, ze za sprawą modów, ale co tam) zarówno w Skyrimie jak i F4 lubię samodzielnie zapisywać notatki z przygód moich postaci. Gdy więc wracam po jakimś czasie to zaglądam do nich i wiem co robiłem ;). Co fajniejsze – także twórcy innych gier dają taką możliwość. W takim GTA IV spędziłem niemal godzinę rzeczywistego czasu (!) czytając internet. Najlepszy był chyba przewodnik dla amerykańskiego turysty po Europie. „Nie kupuj ich sera – dadzą ci jakieś śmierdzące coś, bo nie wiedzą, że ser to zapakowane plasterki” albo „mają dziwny kalendarz – składa się z 31 miesięcy podzielonych na 12 dni” itp.  Niestety, co także muszę przyznać, większości tych treści nie zapamiętuję – i zawsze bardzo chętnie znów coś czytam. Choć i tak wolę „realne” książki ;). A jak jest u Was z czytelnictwem w grach?  

MajinYoda

MajinYoda

 

In nomine stultitiae 2

Po kilku wpisach przerwy przyszedł czas na MSMa, nie sądzicie? Dzisiejszy tekst nie jest aż tak głupi, jak poprzedni (link do pierwszej jego części znajdziecie tu), ale przynajmniej jest o grach. Jednocześnie, po raz drugi w historii bloga, złamałem swoją żelazną zasadę – nie dawać zarobić tym wszystkim Prof. S. Jonalistom! Zresztą - wówczas zrobiłem to dla dokładnie tego samego pisma. Za dzisiejszy tekst pt. „Gry komputerowe – igraszki ze złem” autorstwa ks. prof. Andrzeja Zwolińskiego zapłaciłem w kiosku 12 złotych polskich i dostałem wraz z nim cały numer Egzorcysty. I wiecie co? Źródło: KnowYourMeme Niemniej, skoro i tak planowałem MSM-a to pomyślałem, by chociaż był świeży… Bo numer jest podpisany jako „październik 2018”, ale lepiej ustawcie sobie jakiś kalendarz obok komputera, bo możecie mieć nieliche wątpliwości – zresztą tak samo jak ja. Poniższy tekst jest pisany na szybko, ale sądzę, że ująłem w nim wszystko, co trzeba. Będzie też dość krótko. Jesteście gotowi? Zagaja Autor w pierwszej połowie leadu i nie zwiastuje to tragedii. Niestety: Mogę uznać – okej. Autor przedstawił dwie strony medalu, własne dwie wizje świata gier komputerowych. Byłoby super, gdyby się tego trzymał… Czy ktoś z Was tak nazywa te gry? Co się mieści w tym pojęciu? Czy Warcraft 3 jest taką grą? A może Wiedźmin? Ewentualnie Assassin’s Creed? Serio – były takie przypadki? Całkiem możliwe, ale czy to na pewno wina RPGów, czy jednak psychiki gracza i jego osobistej ułomności w kwestii odróżniania fikcji od rzeczywistości? Przecież gdyby każdy tak miał to już dawno ktoś zabiłby tego cholernego smoka, który mi lata nad domem! I to jest ten moment, w którym wszyscy patrzymy w kalendarze, czy przypadkiem nie wpadliśmy w wir czasoprzestrzenny. Jeśli tak – to z tym tekstem jest wszystko okej (no, chyba, że trafiliśmy w czasy dinozaurów albo, co gorsza, Imperium Lechitów (:P)). Swoją drogą – kto, przy zdrowych zmysłach, nazwałby któregokolwiek Dooma grą fantastyczno-baśniową? Źródło Jeśli post-nuklearny świat rządzony przez złych kosmitów to dla Autora „niewinne początki” to ja chyba nie chcę znać jego wizji piekła. Dalej jest o symbolach satanistycznych w Doomie 2, ale to nudne i wielokrotnie na tym blogu opisywane, więc to pominę. Nadal jesteście w 2018 roku? Bo ja właśnie obserwuję jak Krzysztof Kolumb dopływa do Bahamów. Myślicie, że powinien mu powiedzieć, że to nie są Indie? I czemu wszyscy tak jakoś dziwnie na mnie patrzą? Co oni – nigdy smartfona nie widzieli? Bardziej serio – rozumiem, ze Autora brzydzi świat gier komputerowych, ale zwykła przyzwoitość nakazuje przedstawiać najnowsze możliwe źródła. Zapewne takich jest teraz mniej – bo i gier z takich wydźwiękiem jest mniej. Jednakże, jestem pewny, że w ciągu ostatnich, powiedzmy, dziesięciu latach znalazłoby się co najmniej piec tytułów, na które Autor mógłby się powołać. Zróbmy więc dobry uczynek i podrzućmy coś przyszłym ”łowcom satanizmu i okultyzmu w grach komputerowych”. Ja zacznę: jedną z grywanych frakcji w Might and Magic: Heroes VI jest Interno (Piekło), a wśród jej jednostek są Czarty, Niszczyciele i Dręczyciele. Wasza kolej :P. Przejdźmy dalej: Czy ktoś mi łaskawie wyjaśni o co Autorowi chodziło? Wcięło mu część tekstu? Co mają gry fabularne (czymkolwiek w sumie są – chyba chodzi o przygodówki) wspólnego z platformówkami? Cieszę się, że Autor jednak dostrzega w grach coś ponad satanizm i przemoc (o której za chwilę). Nie wiem czy nazwałbym RTSy „echem” gier logicznych, ale niech będzie. Ta, nie to, co w szachach,  stawiany w barach „bokser” czy realna wojna – tam przemoc (w jakiejkolwiek formie) prowadzi tylko do porażki. Na tym, w sumie, zakończę, bo reszta artykułu to zwykłe przynudzanie o uzależnieniach, usztywnianiu mięśni itp. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Nie było mnie „tam”

W zeszłym tygodniu pisałem o grach, w które zagrałem ponownie po latach i przy których znów bawiłem się całkiem nieźle. Jednakże, jest druga strona medalu związana ze starymi grami – tytuły, w które nie grałem i spróbowałem teraz. Ponad rok temu, pod postem o mojej przygodzie z darmowym weekendem z Fallout 4, jeden z moich czytelników (wybaczcie, nie pamiętam który, a jak wiecie – dostępu do tamtych komentarzy nie ma :() napisał wówczas, żebym zagrał w oryginalnego Fallouta. I wiecie co? Spróbowałem. Naprawdę, próbowałem… ale nie dałem rady pograć dłużej niż kilka minut. Najpierw myślałem „ta, bo grafika jest najważniejsza, co, MajinYoda?”, ale nie. To nie było to. To „coś” uświadomiłem sobie niedługo później. Źródło: kwejk.pl W „Straży nocnej” Pratchetta jest fragment, gdy Nobby i Fred Colon szykują się do wyjścia z gałązkami bzu, jeden z funkcjonariuszy - młody, niedoświadczony – spytał ich czemu mają te „fioletowe kwiatki?”, „czy on też może je założyć?” i „gdzie idą?”. Dostaje odpowiedź: „nie było Cię tam”. I to jest właśnie sedno – nie było mnie „tam”. Diablo, Warcraft, Dungeon Keeper, Fallout 1&2, Neverwinter Nights… i setki innych tytułów, w które (z różnych powodów) nie grałem „wtedy” i nie darzę ich najmniejszym nawet sentymentem. Przez to (lub dzięki temu – jak kto woli) nie jestem w stanie ogarnąć dawnych mechanik, nie podoba mi się grafika w tych grach a w ten sposób – nie jestem w stanie poznać ich fabuły. Źródło: kwejk.pl Nie sądźcie jednak, że jakoś strasznie się tym przejmuję. Nawet jeśli czegoś nie wiem (np. nie znam fabuły Warcraftów i nie znam przez to historii jakiejś postaci z WoWa) zwyczajnie sobie doczytuję w internecie. Właściwie nie czuję też ciśnienia, że "koniecznie muszę poznać grę X, bo to taki klasyk!". W końcu w takiego np. Death Race'a też nigdy nie grałem :P.  Jednakże, co muszę koniecznie podkreślić, szanuję osoby, które „tam” były, dla których wymienione przeze mnie tytuły były tym, czym dla mnie opisywany w poprzednim wpisie SWAT 3. Oraz osoby, które potrafią się przemóc i, w przeciwieństwie do mnie, chciałyby być "tam", nie patrząc aż tak mocno na te aspekty, które mnie odrzucają. Ale, ostatecznie, wszyscy jesteśmy graczami i jakoś się dogadamy :P.

MajinYoda

MajinYoda

 

Magia „staroci”

Wiele lat temu napisałem tekst o „grach pogrzebanych” (jego reupload możecie znaleźć tu). Przyznam, że od tamtego czasu trochę się zmieniło i dziś bez problemów można kupić stare gry. Tylko, właściwie, po co? To pytanie zadaję sobie, choć chyba nie jestem do tego właściwą osobą, ponieważ sam, niedawno, zaopatrzyłem się w kilka „staroci”. Pierwszy był SWAT 3, do którego klucz gog otrzymałem za darmo ;). Uznałem, że trzeba zobaczyć tę produkcję „po latach”, bo, musicie wiedzieć, była to jedna z pierwszych gier, w które grałem (ściślej pisząc – najpierw grałem w demo tej produkcji a kilka lat później – w pełną wersję - obie z płyt z CDA (RIP CD/DVD, tak przy okazji ;))). Źródło: AszDziennik I wiecie co? Gra mnie wciągnęła, przeszedłem całą kampanię (poza misją w kanałach – nienawidzę jej!) i bawiłem się równie dobrze, co lata temu! Jedyny kłopot, jaki miałem, to włączenie gry na Win10, ale z pomocą internetu i kilku programów udało mi się ją włączyć. A, jeśli zechcecie, mogę przygotować recenzję tej gry ;). Drugą produkcją był Gothic 3 aka „najtańsza gra, jaką do tej pory kupiłem” (całe 3 złote na gogu). Wprawdzie na mojej półce dumnie stoi czerwone pudełko, które niegdyś zrobiło na mnie spore wrażenie, ale uznałem, że wersja cyfrowa będzie miała od razu wszystkie łatki wgrane i sobie pogram. Tym razem było nieco gorzej – grę przeszedłem wzdłuż i wszerz wiele lat temu i ostatecznie zatrzymałem się w Monterze (czyli, mniej-więcej w 5-10% gry), ale z pewnością jeszcze do niej wrócę. W końcu, to przy tej grze miałem swojego kaca moralnego ;). Trzeci zakup był bardzo nietypowy – kupiłem bowiem całą serię gier. Metal Slug to produkcje, które (pirackie, do czego ze wstydem się przyznaję) ogrywałem nie na pececie, lecz palmtopie (o którym kiedyś zrobię osobny wpis). Na Windows 95 (!) emulator się przycinał (gry zresztą też), ale miały tam swoją magię. Szkoda, że ich obecne wydanie jest pozbawione wielu elementów (m.in. save, którego albo nie ma albo mi nie działa – trudno określić). Nie działa mi też drugi kontroler, niestety, przez co nie mogę grać z bratem (ja na klawiaturze, on na padzie). W każdym razie, póki co pograłem trochę w pierwszą część i niebawem planuję ją ukończyć. Źródło: snk.wikia.com Opisując to starałem się znaleźć odpowiedź na postawione pytanie i chyba ją znam – ponieważ te gry kiedyś dawały mi radość i dziś, mimo upływu wielu lat, wciąż są to świetne produkcje. Nawet, jeśli nie ma już tego efektu „łał”. Jednakże, do wspomnianych wyżej produkcji mam sentyment… a co z innymi „starociami”? O tym będzie za tydzień. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

MajinYoda

MajinYoda

 

Śniadaniowe pseudodziennikarstwo

Dziś miał być zupełnie inny wpis, ale przez przypadek trafiłem na materiał Dzień Dobry TVN, wyemitowany w niedzielę 16 września br. na antenie TVN. Został on już omówiony na kilku portalach, więc i ja postanowiłem coś o tym napisać. Może być ciut chaotycznie, bo poniższe słowa pisałem wczoraj (czyli w piątek). Omawiany materiał możecie znaleźć pod tym adresem: https://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/czym-jest-e-sport-i-ile-mozna-na-tym-zarobic,273784.html. Przyznam, że nie rozumiem, dlaczego prowadzący (szczególnie Piotr Kraśko) od razu, na samym początku, zaczęli atakować swoich rozmówców - Aleksandra Szlachetkę i Kubę "Kubika" Kubiaka. Po co ich zapraszali, skoro nie chcieli poznać ich zdania? Kinga Rusin niby coś próbowała się dowiedzieć, ale zupełnie nie radziła sobie z dominującą w tym pseudowywiadzie arogancją i „wszechwiedzą” redaktora Kraśki. Jak to oglądałem to zastanawiałem się, czy gdyby zaprosili np. Agnieszkę Radwańską to czy red. Kraśko przez cały wywiad mówiłby o agresywnym zachowaniu Sereny Williams i imputował, że "tenis powoduje agresję"? No chyba nie. Oczywiście, rozumiem, że tzw. telewizja śniadaniowa rządzi się swoimi prawami – poruszane tematy powinny być łatwe i niezbyt długie oraz dotykające spraw dotyczących widza. Ale też nie może się to odbywać na zasadzie „goście są tylko dekoracją”, bo w ten sposób prowadzący się tylko ośmieszają przed „ogarniętą widownią”. Szczególnie, że oglądający ten program nie dowiedzieli się niczego o e-sporcie od zaproszonych gości – tylko o tym, że to strata czasu i zaprzeczenie idei sportu – oczywiście od prowadzących. Nie wspominając już o tym, że temat był zupełnie inny - chodziło o szkoły z klasami o profilu e-sportowym. I ten wątek próbował podjąć jeden z gości, ale "jaśnie oświecony" Kraśko wciąż mu przerywał. Trochę mnie też rozśmieszyło, że "dwa miliony osób traci czas, a zarabia na tym z tysiąc osób". Podliczając dźwiękowców, animatorów 3D, scenarzystów, reżyserów, aktorów, programistów, osoby odpowiedzialne za lokalizację, catering, sprzątaczki, kompozytorów itd. mam wrażenie, że wyjdzie grubo powyżej tysiąca osób. Choć, równie dobrze, można powiedzieć, że "DDTVN ogląda milion osób, a zarabia wyłącznie Piotr Kraśko". Ale czy taka nieudolna dyskredytacja ma jakikolwiek sens? Inna sprawa, że dla p. Kraśko występowanie w telewizji śniadaniowej jest sporym uwstecznieniem. Niegdyś prowadził Wiadomości w TVP, potem był jakimś ekspertem politycznym w TVN24 (bodajże), a teraz prowadzi taki program. Aż się boję oglądać jak traktuje innych gości, z którymi się nie zgadza. Skoro jednak o tym wspomniałem – uświadomiłem sobie, że to on prowadził Wiadomości, gdy pojawił się ten materiał: Wciąż jestem ciekaw, czy dożyję czasów, gdy gry komputerowe przestaną być postrzegane przez tradycyjne media jako źródło wszelkiego zła? Właściwie to nie jest aż tak źle – w końcu Telewizja Polsat, konkurent TVNu, otwiera kanał z e-sportem, więc, choć nie będę go oglądał, jest jakaś nadzieja. A co Wy o tym sądzicie?   PS. W tym tygodniu Kącik Yody obchodzi swoje 5 urodziny!

MajinYoda

MajinYoda

×