Jump to content

Demonir

Forumowicze
  • Content Count

    1,050
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    3

Demonir last won the day on February 8 2013

Demonir had the most liked content!

Community Reputation

453 Znakomita

About Demonir

  • Rank
    Skalny Troll

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  1. Przepraszam, ale czy ktoś może za mnie coś napisać? Nie? No trudno.

  2. Demonir

    Ahoy ef ej

    @Rankin Czyli gdzie? To nie jest zgryźliwe pytanie, tylko chęć poznania.
  3. już kiedyś się próbowałem przenieść i nikt mnie nie czytał , po prostu taka przerwa
  4. Chyba nie będzie stwierdzeniem na wyrost, gdy powiemy sobie, że rok 2015 jest rokiem Mad Maxa. Najpierw swoją premierę miał film Na Drodze Gniewu, z polskiego Fury Road. Niedawno na rynek wyszła gra o niewiele mówiącym tytule Mad Max, a już za chwilę ma się ukazać mała, niezależna perełka, na którą nikt prawdopodobnie nie czeka, czyli Fallout 4*. A to co wyżej w mniejszym lub większym stopniu jest pokłosiem pewnej, małej australijskiej produkcji filmowej z 1979. Akcja tej postapokaliptycznej opowieści została osadzona w przyszłości, gdzie ludzkość ma się jeszcze stosunkowo dobrze. Funkcjonują bary i wymiar bezpieczeństwa. Główny, tytułowy bohater to glina. Już na początku seansu doprowadza on podczas pościgu, do śmierci członka gangu motocyklowego, Nocnego Jeźdźca. Za zgonem swojego przyjaciela, przybywa jego motorowa gromada, która za stratę swojego człowieka wytacza wojnę policji. Protagonista w wyniku porachunków traci żonę i dziecko i wsiada do kozacko wyglądającego czarnego auta, wyposażonego w ostatni silnik V8, aby dokonać zemsty. Ojcowie Mad Maxa pochodzili z takiego pięknego kraju-kontynentu, w którym prawie wszystko chce cię zabić, tzw. Australii, a byli to późniejszy producent, Byron Kennedy i reżyser, George Miller, którzy wcześniej próbowali swoich sił w produkcjach krótkometrażowych, ale ich marzeniem zawsze było stworzenie czegoś dużego. Nie byli oni jednak z wykształcenia filmowcami. Miller był lekarzem i to właśnie od jego pracy wyszła jedna z ważniejszych inspiracji stojących za ich pierwszym pełnometrażowym filmem. W latach siedemdziesiątych w Australii wypadki na drogach były bardziej niż częste, stały się codziennością, a wokół nich wyrosła pewna społeczna znieczulica. Miller jeździł do wypadków jako ratownik i widział to wszystko na własne oczy, stąd też pomysł na film dziejący się na drodze pełnej kraks. Duet twórców umieścił swoją opowieść w niedalekiej przyszłości, zapewne za tą decyzją stało wiele czynników, sam obstawiałbym choćby usprawiedliwianie tym samym, użycia małej ilości statystów, wielu kwestii związanych ze scenografią, ale najbardziej interesującym argumentem był fakt, że ówczesne mundury policjantów z Melbourne oraz ich pojazdy, wyglądały tak... mało fajnie. Ich pomysł nie zyskał jednak aprobaty dystrybutorów. Była to połowa lat siedemdziesiątych, a australijska kinematografia nastawiała się głównie na produkcje historyczne, tym samym ludzie z pieniędzmi z firm dystrybucyjnych uznali, że Millera i Kennedy'ego musiało coś solidnie uderzyć w głowę i na ich będący w powijakach pomysł nie dali pachnących dobrobytem dolarów. Jednego nie można było odmówić parze pomysłodawców Mad Maxa, a mianowicie uporu, większego niż ten towarzyszący Polakowi na imprezie, gdy ktoś stwierdzi, że nie wypije pięćdziesiątki wódki przez słomkę. Skoro branża filmowa nie chciała dać pieniędzy, trzeba je było zdobyć w inny sposób. I klasyczny film powstał ze środków prywatnych, pochodzących od znajomych i przyjaciół. Uzbierano w ten sposób 400 tys. dolarów. Z jednej strony ta kwota brzmi dość solidnie, ale tylko dla jednej osoby. Jednak jeśli chodzi o produkcję dużego filmu była to liczba śmiesznie mała. Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo, który miał swoją premierę w tym samym roku co MM, posiadał budżet na poziomie 11 milionów. Pieniądze miały tym samym ogromny wpływ na realizację i gdyby nie ich niewielka ilość Mad Max nie byłby taki jaki ostatecznie się ukazał. Niedobory finansowe miały swój wydźwięk m.in. w obsadzie, do której nie zaangażowano żadnych znanych twarzy. Do zagrania głównej roli brani byli pod uwagę świeżo upieczeni absolwenci szkoły aktorskiej Steve Bisley i Mel Gibson. Ostatecznie protagonistę zagrał ten drugi, co było dla niego pomostem do wielkiej kariery i zdobycia dwóch Oskarów za Braveheart. Natomiast Bisley dostał rolę Goose'a. Ciekawie wyglądała także sprawa z czarnymi charakterami, czyli gangiem motocyklowym, w którego przywódcę wcielił się Hugh Keays-Byrne**. Na planie zdjęciowym i poza nim aktorzy stosowali tzw. metodę Stanisławskiego, przez co cały czas żyli swoją rolą. Nawet gdy nie kręcono ujęć, odtwórcy członków gangu odnosili się wrogo do odtwórców ról policjantów, a jako, że aktorzy mieszkali w tych samych miejscach, dochodziło do groteskowych ekscesów, jak pisanie sztuczną, czy też prawdziwą krwią na ścianach napisów pokroju ?dorwę cię, glino?. I także dzięki temu relacje między postaciami w filmie są tak sugestywne. Budżetowość projektu było już widać na podstawie scenariusza, za który odpowiadali Miller i James McCaulasndy. Standardem w tych latach był 90 stronicowy skrypt, natomiast ten do Mad Maxa miał 214 stron i to nie ze względu na niezwykłą rozbudowę dialogów, a dlatego, że George Miller zawarł w nim techniczną stronę prawie każdego ujęcia, by zaoszczędzić środków i czasu, tym samym jego dzieło było pod względem realizacji niezwykle skrupulatnie zaplanowane. Co ciekawsze, gdy w 1977 roku prace na planie zostały w końcu rozpoczęte, były one wykonywane z kompletnym pogwałceniem zasad bezpieczeństwa i higieny pracy, w stopniu, który według dzisiejszych standardów, nie miałby najmniejszych racji bytu. Podczas pierwszego dnia zdjęciowego nakręcono scenę w której to jeden z bohaterów, Johny The Boy, wykonuje telefon na autostradzie. Gdyby ktokolwiek z nas wpadłby na taki pomysł, rozsądnym wyjściem byłoby zdobycie zgody władz na zrobienie takiego ujęcia na ruchliwej drodze. Jednak ekipa po prostu przyjechała na wybrane miejsce i bez żadnej zgody, chałupniczo zablokowano drogę i wyznaczono osobę, która stała ze znakiem stop i zatrzymywała kolejne pojazdy. Zrobiono, co mieli zrobić i się zwyczajnie zwinęli. Ci, którzy widzieli Mad Maxa kojarzą ujęcia, w których samochody poruszały się z dużą prędkością. Do kręcenia tych scen zwykle nie używano klasycznych metod jak przyśpieszenie filmu. Standardem były samochody i motocykle jeżące więcej niż 100 km/h i operatorów, którzy umieszczeni byli z obiektywami przy samym zderzaku czy też na siedzeniu za kierowcą motocykla. Jedna ze scen została nakręcona, gdy kamerzysta leżał na masce pędzącego samochodu, trzymany za nogi przez Georga Millera. Natomiast w sekwencji, w której jeden z bohaterów ulega wypadkowi motocyklowemu, miejsce lądowania kaskadera było obliczane według metody ?a gdzieś tam wyląduje?. Rozłożono kartony, materace i trzymano kciuki, że tak właśnie będzie. I w tym całym szaleństwie najdziwniejsze było, że podczas kręcenia nikt poważnie nie ucierpiał. Ostatecznie praca na planie, mimo wielu sprzeczek z osobami z telewizji, które brały udział przy całej pracy operatorskiej, a Millerem mającym swoją, jedyną właściwą wizję, dobiegła końca. Następnie przyszedł długo trwający montaż, podczas którego także dochodziło do wielu niezgodności tym razem między Kennedym, a ponownie Millerem. W końcu po dwóch latach, które minęły od rozpoczęcia zdjęć w 1977 roku, nastąpiła australijska premiera. Sukces jaki osiągnął Mad Max sprowokował wypuszczenie go w kinach na całym świecie. Początkowo szło opornie, ale kolejna kasowa wiktoria, w Japonii, spowodowała wypuszczenie filmu także na amerykańskim rynku. Doszło przy tym do zabawnej sytuacji, ponieważ oryginalna wersja została w USA zdubbingowana, co było o tyle dziwne, że jeden obywatel Stanów Zjednoczonych podkładał głos innemu aktorowi pochodzącemu z tego samego kraju, czyli Melowi Gibsonowi. Cała ta wielka walka z wiatrakami zakończyła się wielkim komercyjnym sukcesem. Dziś Mad Max jest dla wielu klasyką filmowego science fiction, a już na pewno, produkcji w klimatach post apokaliptycznych. Koszta produkcji zwróciły się wielokrotnie, a następnie przyszły kontynuacje- druga część, przez wielu uważana, za minimum równie dobrą co jedynka; później nadszedł kolejny, trzeba przyznać, słaby sequel, a po nim Max ucichł, by w tym roku do nas wrócić w pełnej chwale. Ale to, jakby powiedziałby klasyk, zupełnie inna historia. *- Konotacje między tą klasyczną serią gier, a Mad Maxem, są dość widoczne, ale zostawimy je sobie może na inny tekst, skupiający się na drugiej części filmowej sagi. Zważywszy jednak na moją regularność w publikowaniu wpisów, można oczekiwać, że owy tekst ukaże się prawdopodobnie za jakieś od ośmiu do dziesięciu lat. **- Ciekawostka: ten sam aktor zagrał antagonistę w Mad Max: Fury Road Podziękowania dla Ottona za pomoc przy tekście
  5. Ja i mój śmieszny blog (he he ho ho)

  6. A ja chciałbym chudego hipopotama, który w świetle księżyca podgrzewa kiełbasę na patyku przy ognisku. Dziękuję. Pozdrawiam.
  7. Kilka szybkich uwag dotyczących tekstu: tytuł jest absolutnie bezsensowny, ale nie mam innego pomysłu; wpis jest w rzeczywistości urwanym fragmentem z powieści (he he), a w tym momencie służy jako coś z pogranicza grafomani i... felietonu? Wszystko to połączone z jakimś czteroletnim albo nawet sześcioletnim opóźnieniem owocuje tym, co teraz możecie przeczytać. O więcej szczegółów dotyczących historii fragmentu i innych niezwykle interesujących rzecz odsyłam do Pamiętniczkowego Pitolenia w spoilerze (na samym dole). Dokonywania wielkiego odkrycia i najwyższa konspiracja mają swoje minusy. Właściwie to mają tylko minusy. Trzeba chodzić tak, by w miarę możliwości gubić ogon. A kiedy to się nie udało, należało zanudzić obserwatorów monotonią i rzucać fałszywe tropy. Mało kto, w tym sam Eon, pamiętał, że jest także studentem, a tacy ludzie mogli leniuchować i nie chodzić na wykłady i robili to w ramach ich skromnych możliwości. Na ćwiczenia jednak wypadało uczęszczać. Kierunek historii magii był w takie ćwiczenia niezbyt bogaty, a mimo to Eon opuszczał je nader często i musiał wszystko nadrabiać w wolnym czasie, czyli najczęściej po nocach. W swoim skromnym jednoizbowym mieszkanku, przy dobrze oświetlonym świecami biurku odrabiał prace domową, czyli jeśli chodził o ścisłość, dokonywał interpretacji dzieła pod tytułem Kożuszanka. Kierunek był w końcu humanistyczny, więc czytanie oraz prace pisemne, które wymagały pokazania inwencji były bardzo wskazane. Eon mając przed sobą tekst, mógłby go odczytać na wiele sposobów, po pierwszym czytaniu miał nawet jeden, bardzo ciekawy i poparty argumentami pomysł. Wrócił jednak na ziemie, gdyż przypomniał sobie, że inwencja owszem jest zaletą, ale w wielu przypadkach jest nieoczekiwana i niewskazana, a powoduje tylko zbędną utratę energii. Bo trzeba Ci wiedzieć, drogi czytelniku iż w tym jednym ze światów, edukacja przybrała dziwny obrót. Otóż, przedmioty, które w teorii mają być ciekawe są prowadzone w sposób niewiarygodnie nieciekawy, a te, które mają pokazać kreatywność ucznia, kreatywność tą próbują z całych sił zniwelować. Dla przykładu, wspomniane zadanie, nakazujące zinterpretować utwór, wcale nie mówi byś sam na podstawie własnych spostrzeżeń to uczynił. System nauczania nakazuje napisać jeden, jedyny wariant interpretacji, ten który wybrał sobie aktualnie urzędujący rektor, a prawidłowym odczytaniem metafory była ta wskazana w kluczu, czyli w odpowiedniej tabeli, którą dostawał każdy egzaminator i według której miał oceniać studentów. Wielu zadawało sobie pytanie dlaczego utrzymywano nauczycieli, gdy pracę tę mógłby wykonywać dobrze rozwinięty szympans. Tak bardzo rewolucyjnej i opłacalnej reformy jednak nikt nie wprowadził w życie (środowisko uczniowskie opowiadało, że nauczyciele przerazili się konkurencji, której za wypłatę służyły tylko banany, a wydajność była o wiele lepsza), więc błędne koło nakazujące szkolić nauczycieli, którzy mieli wpajać odpowiednie regułki następnemu pokoleniu, które miało wpajać te same regułki kolejnym, wmawiając im, że uczą ich kreatywności, wciąż trwało. Eon dzięki doświadczeniu odgadł podążające bardzo wąskim nurtem spostrzeżenia swojego nauczyciela i wybrał najbardziej romantyczny i patriotyczny, a przy tym mało odkrywczy wariant. Napisał wszystko na brudno, po czym przepisał pracę inkaustem na dobrej jakości kartę papieru, będąc zadowolony, że żadne kleks nie wdarł się do zadania domowego. -Miau- zamiauczał kot i Eon odwrócił się w stronę swojego rudego kocura wielkości średniego psa, który zajmował miejsce potrzebne do spania sporemu człowiekowi. -Cicho, gadzino!- odpowiedział młody czarodziej, na co kot zripostował tym czym zaczął dyskusje, po czym dla próby zamiauczał dwa razy, tym razem nieco potępieńczo. Eon wiedząc co się świeci, rzucił zwierzakowi kawałek leżącej na biurku niesmacznej, zimnej, podwędzanej kiełbasy i wrócił do studenckich obowiązków, żeby w końcu zając się przyjemnością. Kocur zamiauczał ponownie, tym razem zdecydowanie kocio i młody czarodziej już miał się odwrócić i zrugać go od ostatnich wysrańców, gdy ktoś zapukał w okiennice. Eon podskoczył na krześle, miał zamiar udawać, że go nie ma gdy usłyszał znajomy głos. -Otwórzże bo pizga, a duje jakby się kto powiesił- powiedział, za zamkniętej okiennicy Pan Kych. Czarodziej łaskawie pozwolił mu wejść przez okno po czym pospiesznie zamknął je ponownie, żebrak bez pozwolenia usiadł na leżance, znajdując skrawek wolnej przestrzeni nie zajmowanej przez kota.- Ze wszelakiego zła tego świata, ty musiałeś wybrać akurat mieszkanie na ostatnim piętrze? Łażąc po dachu o mało szpicla nie obudziłem. -Co? Szpicla? Na dachu?- niemal zawołał, wzburzony czarodziej. -Na dachu, na dachu. Ten młody robi niemal całą dobę, a śpi, powiadam ci, czujnie jak pies przy budzie. -I nie obudził się? -Nie, trafił jak to się mówi na lepszego- odpowiedział żebrak zdejmując buty i ukazując nowiutkie, haftowane w zieloną kratkę skarpety.- Na szczęście legowisko ma tak aby patrzeć czy z akademika nie wychodzisz, a nie na okno, które swoją drogą ma zdecydowanie za mały parapet. -Niebywały popis kunsztu i skromności- Eon lekko i teatralnie się pokłonił. -Kpić nie ma co. Czemu mam zaprzeczać faktom? One są takie, że życie bardzo często wymaga od nas bycia albo skromnym albo szczerym. A ja w mojej niebywałej skromności, uznaję, że prawdomówność jest większą z tych cnót i tym też kieruję się w swym nędznym życiu. Obiecane Pamiętniczkowe Pitolenie:
  8. Zajawka polskich growych mediów Wiedźminem 3 wciąż trwa. Ja, jako klasyczny nerd na tym punkcie oczywiście w najnowszą produkcję CD Projekt Red się zaopatrzyłem i już tygodnie temu ukończyłem przygodę Geralta. Wciąż jednak mając mało Wiedźmina, postanowiłem ponownie poczytać książki Sapkowskiego, które aktualnie w mej chałpie mam i ponownie wchłonąć prozę opowiadającą o przygodach najpopularniejszej postaci polskiej fantastyki. Na pierwszy ogień poszedł najbardziej smakowity kąsek, czyli opowiadania, a zaraz po nich Sezon Burz, którą to powieść przeczytałem dopiero po raz drugi. Ci, którzy kojarzą, wiedzą, że reckę tej książki wrzuciłem już na mego opiniotwórczego blogaska. Nawiasem pisząc, był to jeden z pierwszych tekstów o najnowszym dziele Andrzeja Sapkowskiego, co jarało mnie ogromnie. Gdy ostatnie linijki Sezonu Burz miałem już za sobą, przeczytałem wspomnianą recenzyję (link) i z lubością zauważyłem, że nie ma tam wypisanych większych herezji (jakieś są, ale nie chce mi się ich poprawiać, heh he), a i opinię wciąż podtrzymuję. Jednakże będąc też świeżo po lekturze opowiadań spostrzegłem rzeczy, których pierwotnie me spostrzegawcze, recenzenckie oko nie było łaskawe wyłowić. "[...]pod względem warsztatu i lekkości pisania nie ma sobie równych." To moje słowa, które są trafne. Żaden ze znanych mi autorów fantastyki nie pisze w tak charakterystyczny sposób jak AS, a także żaden inny autor fantastyki, tak się sobą nie upaja. Opowiadania były napisane żywym językiem, a dialogi w większości przekonujące. Wieśniak gadał jak wieśniak, prostak jak prostak, a ci z dużym zasobem słownictwa, używali mądrych słów. Sapkowski po zakończeniu Trylogii Husyckiej wrzucił do kolejnej książki o wiedźminie, kilka elementów, które niekoniecznie pasują. SB jest pełne postaci, które brylują elokwencją i znajomością łaciny. Pragnę przypomnieć, że powieść rozgrywa się w podobnych ramach czasowych co opowiadania, ale w nich postacie, często te same, nie wbijały do swoich wypowiedzi tak wielu obcojęzycznych wtrętów. Wiem, że dla autora to żadne wytłumaczenie, wszak według niego jak się czegoś nie rozumie, to trzeba się nauczyć i częściowo się z nim zgadzam. Tylko czy naprawdę muszę to zrobić, żeby przeczytać książkę fantasy? Sapkowski tym zabiegiem nie koniecznie ożywia dialogi, co daje upust swojej elokwencji. Wyobrażałem go sobie siedzącego przed komputerem, uśmiechającego się pod wąsem, powtarzającego ?kto mi zabroni??. W rzeczy samej, nikt nie zabroni. No i kwestia, że wiele pozornie różnych charterów, z powodu tej maniery, mówi niemal tak samo, tracąc swą wyrazistość. W poprzednim tekście o Sezonie Burz napisałem, że ta książka ma sporo z opowiadań i tak jest, ale te kilka wątków zdaje się być niewolnikiem formy jaką jest powieść. Geralt skacze tam i z powrotem w celu plątania słabo ze sobą połączonych wątków, przez co brakuje tego głównego. Nie ma tu konkretnego celu, a jedynie przygody na boku nie zmierzające do żadnej puenty. Wszystko się fajnie rozwija, jednak im dalej w las, nawet przy ostatnich stronach, nie czuje się aby coś się skończyło, a całość zdaje się być tylko zlepkiem niewykorzystanych pomysłów, splecionych ze sobą, ponieważ, wybaczcie powtórzenie, to jest powieść, długa forma, która powinna się trzymać kupy. Aby było wszystko jasne. Sezon Burz nie jest złą książką. Ale wystarczy spojrzeć na opowiadania, nawet na pięcioksiąg, by zauważyć jak wielka jest różnica klas, w dziełach, które były od początku do końca przemyślane, a czymś napisanym po latach w celu oczywistym, wręcz perfidnym. To był pierwszy tekst od dawna, który wyplułem na twardy dysk mojego komputera. Kiedy będzie i czy będzie w ogóle kolejny? Tego, moi drodzy nie wiem. PS. Nie kupiłem i nie zamierzam kupić nowego CDA. Ale wie ktoś jaką dostał ocenę Wiedźmin 3?
  9. Ciąg dalszy wspaniałej, wciągającej i wielce oryginalnej opowieści. Szczerze, to sam Peter Jackson napisał do mnie w sprawie wielkiej, kinowej ekranizacji, ale nie zgodziłem się na rozbicie na trzy filmy i pomysł upadł.
  10. Jak obalić wodza orków w przekombinowany sposób? Pozwólcie, że opowiem. Postanowiłem pokazać pewne aspekty systemu Nemesis na podstawie konkretnego przykładu, czyli zbudowałem sobie małą intrygę przy której tworzeniu pomagał mi George R.R. Martin, bo akuratnie nie miał nic lepszego do roboty. Całość można by zmieścić w dwóch, a może nawet w jednym filmie, ale mam neta napędzanego przez wyjątkowo leniwe chomiki, więc wolę wrzucać częściej, ale krótsze twory.
  11. grafika by Needo Oto Talion: myśliciel, filozof, Strażnik, a także instruktor szkoły przetrwania. Ja jestem Demonir i razem pokażemy Wam jak przeżyć w Mordorze, w miejscu, w którym bez odpowiedniej znajomości sztuki survivalu, nie przetrwalibyście nawet dnia. Świętej pamięci Zathra Oczko powiedział jasno: parę poszukiwanych i upragnionych skarpet miał w swych rękach lub co gorsza, na swych stopach Ishmoz Fircyk. Nie ma wyboru, trzeba było udać się do niego w odwiedziny, ale przed tym niezbędny jest dobry ekwipunek. Porada dla Was: Posiadanie odpowiedniego sprzętu to zupełna podstawa przed każdą wycieczką w nieznany teren. Więcej, rzeczy takie powinno nosić się zawsze przy sobie, bo przecież nigdy nie wiemy co może stać się za następnym zakrętem. Prawda? Do podstawowego sprzętu zaliczamy takie przydatne przedmioty jak miecz, sztylet, łuk, krzesiwo, manierkę, 10 metrów elastycznej linki, parę zapasowych slipów, ukulele czy jakieś stylowe sombrero. Jednakże nie zawsze ma się komfort odpowiedniego doboru sprzętu, w taki wypadku obowiązuje jedna z najważniejszych zasad survivalu i większości złomiarzy- zbieramy co jest. Choćby pozornie mało przydatne znalezisko może w przyszłości zaważyć na życiu i śmierci. W ekstremalnie niebezpiecznych miejscach do przetrwania kluczowa jest nie tylko siła mięśni i skrupulatne przygotowania, ale też umiejętność improwizacji. Swego czasu do Mordoru wybrała się para perfekcyjnie przygotowanych traperów. Niejednokrotnie wychodzili oni cało z bardzo groźnych sytuacji. Wystarczy wspomnieć o miejscach, które odwiedzali: Radom, Kraków nocą, Mroczna Puszcza, Moria. Podczas wędrówki po Mordorze ta dwójka natknęła się w krzakach wielkie pułapki na karagory, porzucone przez kłusowników. Były one jednak zbyt ciężkie. Niecałe dwa kilometry dalej napadło ich stado karagorów. Jeden z traperów nie przeżył, drugi cudem wyrwał się śmierci rzucając w oko bestii główką czosnku. Gdyby skorzystali z możliwości wyekwipowania ich życie potoczyłoby się całkowicie inaczej. Talion znalazł magiczne runy, które poprawiały osiągi jego miecza i łuku. Dodając do tego trening i naukę paru przydatnych zdolności, stał się w pełni przygotowany na spotkanie z tymczasowym właścicielem jego garderoby. Ishmoz Fircyk to ork, który za młodu wyróżniał się nieprzeciętną urodą. Już wieku 2 lat stał się pupą kampanii reklamowej producenta pieluch. Pięć lat później świat pokochał go za rolę w spektaklu Uruk sam w domu, dzięki, której dorobił się wielkiego bogactwa. Niestety wraz z kolejnymi latami na karku dopadły go problemy często kuszące młodociane gwiazdy: alkohol i narkotyki. Mając 15 wiosen został przyłapany na libacji alkoholowej na zboczu Góry Przeznaczenia, a jego rozrywkowe podróże zaniosły go pewnego razu do Helmowego Jaru, gdzie wraz z elfimi przyjaciółmi, będąc pod wpływem narkotyków, biegał po murach za wyimaginowanym krasnoludem, a następnie zjeżdżał ze schodów na traczy, jednocześnie strzelając z luku. Po latach udało mu się uwolnić od nałogów i wznowić swoją karierę aktorską. Po wielu castingach dostał rolę Człowieka w tłumie nr. 14, w głośnej międzynarodowej produkcji zagrał Wyjątkowo przystojnego złoczyńcę. Jego kariera miała na dobre się rozkręcić, ale Ishmozowi przydarzył się straszny wypadek. Pewnego razu postanowił udać się do pobliskiego sklepu z odzieżą używaną w celu zakupienia ciekawych kreacji do występów teatralnych. Złym zrządzeniem losu właśnie w ten dzień wypadła dostawa z Leśnego Królestwa, a wśród licznych stylowych ubrań były też pięknie haftowane elfie skarpetki. Niestety było na nie wielu chętnych, a w Mordorze takie spory rozwiązywało się najczęściej metodą ?kto pierwszy ten lepszy?. Nikt nie odnotował kto był pierwszy przy skarpetach, gdyż zwłok nie dało się zidentyfikować nawet po uzębieniu, które zostało nieboszczykowi wydłubane za pomocą wyjątkowo tępej łyżeczki. Ishmoz był raczej wątły i okazało się, że nie ma szans w walce z silnymi rywalami. Okazało się zbyt późno, bo tę naukę przypłacił brutalnym uderzeniem patelni w głowę. Dziwne nie było samo uderzenie tym wielofunkcyjnym narzędziem, a to, że na patelni znajdowały się frytki smażone na bardzo gorącym oleju. W wyniku nagromadzenia tych wszystkich czynników Ishmoz został okaleczony do końca życia i nie widząc już dla siebie szans w aktorstwie skorzystał z możliwości wstąpienia do wojska. Talion ruszył więc w kierunku niedoszłej gwiazdy. Na domiar złego był on odporny na ataki z dystansu, co oznaczało bezpośredni pojedynek na miecze. Tylko Talion, Ishmoz i gromada jego podwładnych. I wszystko potoczyłoby się pięknie, a nasz bohater zająłby się ciekawszymi rzeczami gdyby nie ingerencja innego kapitana, Ruga Gromolca. Jeżeli w tym momencie oczekiwaliście historii tego orka, która przybliżyłaby wam jego skomplikowany charakter i po części usprawiedliwiła jego postępowanie, to nic z tego nie będzie. Gdyż Rug Gromolec to parszywy, brudny, śmierdzący, wredny i nie pilnujący własnego nosa kawał skurwysyna, na którego nie będę trwonił więcej mojego cennego, ekranowego czasu. W walce zaczęły więc brać udział dwie gromady orków, dwóch kapitanów i przygodnie napotkani włócznicy. Zapewne ciekawi was jakiej ze swych znakomitych survivalowych sztuczek użył Talion, by wyjść z tego cało? Otóż pomysłowo dał sobie wbić włócznie w plecy i udać martwego. Ten pomysł miał też złe strony, ponieważ pan, który łaskawie pomógł w wykonaniu tego fortelu, zostawił mianowany kapitanem. Ork owy nazywał się Snagog i wkrótce został obwołany Łupieżcą. Wersja polska dla Odkrywczo, że aż dech zapiera. Wystąpili: Sean Bean jako Talion Tomasz Karolak jako Ishmoz Fircyk oraz Borys Szyc jako Rug Gromolec i Ta co gra w reklamie pleja jako Snagog Grał, czytał, myślał co zjeść, opracował, poszedł późno spać: Demonir
  12. jak mówiłem na filmiku, jestem właśnie tą osobą, w którą celowali twórcy. Wątek główny to może te 20 godzin, a resztę bawiłem się samym nemezisem (bo i misje poboczne też są słabe).
  13. Dwa kilkuminutowe spotkania z Shadow of Mordor, grą o miłości i o tym jak bardzo niektórzy potrzebują przytulenia. Dobra, miejmy to za sobą. Pierwszy filmik jest pełny głupot, bo nagrywałem go nie zagłębiając się w wątek główny gry i nie znałem wszystkich elementów nemezisa, co było błędem, gdyż na dalszym etapie dostajemy do rąk kilka rzeczy naprawdę urozmaicających rozgrywkę. Drugi nakręcony już po ukończeniu gry, mimo prawie 40 godzin nabitych, zabawa w rotowanie składem orków, wciąż mi daje kupę radochy. Wkrótce będzie seria filmików gdzie postawię sobie za cel zabicie wodza i dokonanie tego w sposób wykorzystujący większość opcji danych mi przez system Nemezis. A zanim nadejdzie kolejna część Szukając dobrej pary skarpetek, dodaję na końcu pancerną, rosyjską pajęczynę.
×
×
  • Create New...