MajinYoda

Zwycięzcy Smugglerków
  • Zawartość

    546
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O MajinYoda

Sposób kontaktu

  • Strona WWW
    http://bit.ly/1eNAfN0

Informacje profilowe

  • Płeć
    mężczyzna
  • Skąd
    Lublin
  • Zainteresowania
    Pisanie, gry komputerowe, historia, język angielski, nieco polityka

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    seria Gothic (bez FG i Arcanii) i Risen, Oblivion i Skyrim, World of Warcraft, seria Total War, seria GTA, Mafia (dwójka też może być ;)), Wiedźmin 3, seria HoMM (i Dark Messiah), Dragon Age: Inkwizycja, Half Life, Portal, seria Assassin's Creed, Hitman, Far Cry...
  • Ulubiony gatunek gier
    RPG
  • Wyróżnienia Smugglerkowe
    [2016] Blogopis Roku

Ostatnie wizyty

5643 wyświetleń profilu
  1. msm

    Wbrew tytułowi nie jest to w żadnym wypadku „wybór najlepszych tekstów Prof. S. Jonalistów” (broń Boże! Nie muszę nic takiego robić, bo mam jeszcze ogrom materiałów na msm-y i emsm-y :)), lecz wpis o zupełnie nowej książce - „Człowiek w świecie rzeczywistym i wirtualnym” (2013!) pod redakcją Anny Andrzejewskiej, Józefa Bednarka i Sylwii Ćmiel. Oczywiście, nie opiszę od razu całej, takie rzeczy trzeba dawkować ;). Na początek: Katarzyna Bakalarczyk-Burakowska „Specyfika zabijania pod wpływem mediów”. Gotowi? Będzie długo, ale warto się pomęczyć ;). Wiecie z którego roku pochodzą te dane? Z 2001. Czyli Autorka założyła, że przez 12 lat nic się nie zmieniło? Hmm… to się nazywa nauka :). Widzę, że Autorka poruszyła kolejny temat, o którym zupełnie nie ma pojęcia – przecież walki gladiatorów nie zawsze kończyły się śmiercią (czy Autorka zdaje sobie sprawę ile kosztowało utrzymanie, wyszkolenie i wykarmienie takiego gladiatora? Bo dla mnie to tak, jakby kupić najnowsze Ferrari, by brać nim udział w Destruction Derby…). A może wiedzę historyczną Autorka czerpała z bezkrwawego Quo Vadis? Czy muszę pytać o to ile osób zabitych powinienem już mieć na koncie? Ups, właśnie to zrobiłem :). Bo kiedyś to młodzież była taka grzeczna, nie było przemocy i zabójstw. ^ taka była moje reakcja No to od dzisiaj nazywam się Trevor... Szukam jeszcze dwóch gości do składu :P. No to jestem ciekaw co by powiedziała Autorka, gdybym powiedział (i nie tylko ja), że gram głównie kobiecymi postaciami… Zaraz mi ktoś jakiś „dżąnder” zarzuci :/. Przecież to zdanie nie ma sensu! No dobra, ma – oglądanie morderstw w filmach powoduje zwiększenie ilości morderstw w grach… Czyli wszytko przez te durne i pełne brutalności filmy! Chociaż... może to wina pełnych brutalności książek, po których ogląda się brutalne filmy? Ej - coś w tym jest! Cóż, skoro filmy zwiększają ilość zabójstw w grach to gry zwiększają ilość morderstw… no właśnie – gdzie? Macie jakieś pomysły? Czy ktokolwiek rozumie sens tego zdania? Ktoś zna taką grę? Może chodziło o Mount and Blade’a? Nie wiem też dlaczego "coraz to nowsze fabuły" mają być czymś złym? No, chyba, że Autorka wyznaje zasadę "człowiek lubi tylko te utwory, które zna"? Nie, żeby było to coś złego (kwestia gustu), ale od razu robić z tego zarzut? Autorka właśnie zacytowała opis… pierwszego Dungeon Keepera! Czemu mnie nie dziwi dobieranie najnowszych gier przez spychologa? Całej jednej… Na dwóch jest Postal 2, a na jednym jest… cóż, sam nie wiem – może Wy rozpoznacie tę grę? A, wszystkie trzy screeny są równie marnej jakości. Tu naszło mnie coś jeszcze – dlaczego Autorka podała link do obrazków (niestety strona, z których pochodzą, już nie istnieje…) a nie podała tak trywialnej i ważnej rzeczy jak tytuły tych gier. To znaczy, w sumie, to wiem czemu – bo wzięła obrazki i nawet nie miała pojęcia z jakich gier pochodzą – wystarczyło, że pasowały do tezy… Zgadza się - rok 2013 i nadal mowa o życiach w grach. Autorka na bank to od kogoś spisała, bo to, że o temacie nie ma najbledszego pojęcia jest już chyba 100% pewne, nie? O swoim „kacu moralnym” już kiedyś pisałem, więc zmilczę ten fragment. Tu akurat, jak raz, muszę się z Autorką zgodzić. Tylko czemu zarzut jest głównie oparty o gry komputerowe? Czy to ich wina? Śmierć ważnych osób zawsze budziła sensację (wystarczy przypomnieć sobie „tabloidowe” zdjęcia Otto von Bismarcka na łożu śmierci) – nie jest więc to nic nowego. Ktoś jeszcze używa tego określenia? I czemu w 2013 roku wciąż najpopularniejszymi grami są Blood i Quake (bo z DOOMem to może chodzic o nowego... ta, jasne...)? A, no tak, przecież pisanie pod tezę i spisywanie od innych jest w spychologii wiecznie żywe… Tu, muszę przyznać, Autorka się postarała – jest nawet przypis! Hura! Szkoda tylko, że z… artykułu Iwony Ulfik-Jaworskiej… Co oznacza, że Autorka bezmyślnie przepisała od innego spychologa, nie sięgając do oryginalnego źródła… To samo – niby są przypisy harvardzkie, ale są zerżnięte z cudzego artykułu. Bo przecież fragmenty recenzji w 1997 i 1998 w 2013 roku wszyscy pamiętali (pomijam fakt, że Gambler już dawno nie istniał...). A tu z kolei przypisu brak. Ale w końcu amerykańscy naukowcy to jeden wielki mózg, jednomyślna grupa ostatecznych Wszechwiedzących Istot a nie jakieś kmioty z podrzędnego "uniwerka", którzy, zapewne, za pieniądze od Szatana pokazują, że gry nie są złe. A, na początku tekstu Autorka nie wstawiła cudzysłowu, więc nie jest to mój błąd :). Uuuu… brzmi groźnie, Ale podsumujmy tę opowiastkę: chłopak miał swoją strzelnicę (o której jego ojciec zapewne wiedział), chodził na polowania (zapewne z ojcem, choć z opisu równie dobrze wynika, że chodził sam) a winne były gry, w które grał w tajemnicy przed ojcem? W-T-F? W dodatku zabrakło najważniejszej informacji – jaki miał motyw? Zabił, bo…? Nie mogę wykluczyć winy gier na 100%, ale skoro jedenastolatkowi (!) pozwala się brać udział w polowaniu i uczy się korzystać z broni palnej to chyba nie pozostawia wątpliwości, ze coś tu z jego ojcem było nie tak. Ale okej, poczytałem też sobie o tym zabójstwie na stronie Guardiana. Wyraźnie wskazywana jest tam „zazdrość” młodego chłopaka o „nowe dziecko” w rodzinie. Czy to było przyczyną? Nie wiem, ale skoro chłopak miał (pewnie dostał od ojca) taką broń (i to z niej zastrzelił kobietę) to ja nie mam więcej pytań. To też jest ciekawe – ten zamachowiec, z tego, co znalazłem na angielskiej Wikipedii i ogólnie w Sieci, był rozpuszczony przez matkę i źle przyjmował wszelkie porażki – przy każdej wpadał w histerię i miał napady złości. Ale czy owy brak wychowania (a w każdym razie beznadziejne wychowanie) było powodem tego, co zrobił? A może to, że miał depresję, nawet ją leczył, ale po pięciu sesjach zrezygnował i nikogo to nie obeszło? Nieee, bo by do tezy to nie pasowało. Bo winne są przecież gry, w które grał – to chyba jasne, nie? Z powyższego można też doczytać się skąd zabójca wziął broń. Nie, nie z CS-a, lecz z... nocnej szafki ojca. Tak jest - "tatuś" trzymał broń i amunicję w zasięgu dłoni rozpieszczonego, histeryzującego nastolatka z niedoleczoną depresją i problemami w szkole i życiu osobistym. Ba, dzieciak miał nawet dostęp do domowej strzelnicy. Ale to nadal wina gier... Ciekawą kwestią jest informacja o wycofaniu gry ze sklepów Kaufland... poszukałem w Sieci i nie znalazłem potwierdzenia tych rewelacji! W końcu było to w 2009, więc powinienem znaleźć przynajmniej jedno potwierdzenie, nie? A tu nic... Dodatkowo - choć w moim mieście Kaufland nie ma sklepu - z tego, co widzę ta firma sprzedaje artykuły spożywcze itp. Swoją drogą - zauważyliście, że ci wszyscy mordercy wymieniani przez "naukowców" w publikacjach w znakomitej większości mieli problemy psychiczne? Z tego wynika, że winnymi tych wszystkich masakr są pełne przemocy i Szatana (oraz nekrofilii!) spotkania terapeutyczne i inne placówki prowadzone przez psychologów i psychiatrów :P. Trzeba zlikwidować te domy Diabła - na świecie od razu zrobi się bezpieczniej :D. Cóż za samokrytyka :P. A może ktoś to Autorce dopisał jak nie patrzyła? Chyba Autorka gdzieś w tym czasie wyszła, bo to kolejny sensowny fragment :). Tak samo, jak kolejny: Szkoda tylko, że większość tych naukowców robi wszystko, by ośmieszyć swoje badania i zamiast zrobić coś sensownego na rzecz poprawy (nie, zabranianie i prohibicja to nie jest właściwe działanie). Na tym Autorka kończy swój artykuł (dragi przestały działać?), tak więc i ja powoli kończę swój wpis. Tylko jedna rzecz na zakończenie – Autorka bardzo dużo przepisała od innych, czasem dając przypisy, czasem nie. I tak się zastanowiłem – czy to samo robiła w szkole i na uczelni? Czy jej praca dyplomowa (niestety, nie wiem jakie studia Autorka skończyła) też była zbiorem przepisanych od innych osób frazesów z niewielką ilością własnych przemyśleń/badań? Aż jestem ciekaw… A Wy? PS. Jak raz nie napisałem nic o swoich obserwacjach itp. Ale i tak "pozdro dla kumatych" ;).
  2. recenzja

    Witajcie po wakacjach :). Mam nadzieję, że przez ten czas nieco odpoczęliście (tak jak ja :)). Przyznam, ze nieco nadrobiłem zaległości w filmach i książkach. I może nieco w grach, ale nie o tym dzisiaj :). „Piekło pocztowe” to jedna z książek autorstwa śp. sir Terry’ego Pratchetta, należąca do cyklu „Świat dysku”. I, co muszę przyznać już na wstępie, jedna z moich ulubionych pozycji w ogóle. Dlatego postanowiłem obejrzeć dwuczęściowy film na podstawie tej książki. A po obejrzeniu przydałaby się recenzja, wiec oto jest ;). Zanim zacznę muszę napisać, że wszystkie kadry z filmu pochodzą z Sieci. Z kolei śródtytuły zostały wzięte z polskiego tłumaczenia książki. Doręczenie Film w reżyserii Jona Jonesa całkiem dokładnie trzyma się fabuły pierwowzoru. Nawet mnie to ucieszyło po obejrzeniu, ponieważ dzięki temu scenariusz trzyma równy poziom i nie bardzo mam się czego przyczepić, jako „fan” książki. No, może poza jedną kwestią – w filmie nie było czuć tego… szaleństwa, w jakie, w książce, powoli popadał Moist von Lipwig – główny bohater - przebywając wśród niedoręczonych listów (i od którego pochodzi tytuł angielski i francuski). Fakt, listy pełniły wżną funkcje, ale jakoś ich brakowało w fabule filmu, Przynajmniej odniosłem takie wrażenie. Brakowało nawet ich „bólu”, który powinien odczuć główny bohater mniej-więcej w połowie filmu Z drobnostek dodam jeszcze, że, jak na mój gust, strój poczmistrza jest w filmie zbyt mało złoty. A Adora Belle Dearheart za mało pali :). No i nie ma pana Pieszczocha… Anioł Skoro już wspomniałem o postaciach to należałoby ocenić też aktorów. Sęk w tym, że nie ma tu słabych „występowaczy”. W większości są to mniej znani aktorzy (no, w każdym razie dużo mniej). Chociaż pojawiło się też kilka znanych nazwisk: David Suchet (znanego z roli serialowego Herculesa Poirota), który świetnie zagrał Reachera Gilta – czyli głównego złego, Andrew Sachs (Manuel z „Hotelu Zacisze”), który okazał się świetnym Tolliverem Groatem i Charles Dance (Lord Tywin Lannister) – czyli najlepszy aktor do zagrania najciekawszej, chyba, postaci ze Świata Dysku – lorda Vetinariego. Nie ma jednak co narzekać na pozostałych aktorów. Wprawdzie inaczej sobie wyobrażałem von Lipwiga, ale Richard Coyle zagrał go po prostu bezbłędnie. Z kolei Adora w wykonaniu Claire Foy była dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażałem w książce (no, może poza sceną z koniem Borysem i panną Dearheart trzymającą… bacik?). Z ważnych postaci nie mogę nie wspomnieć o Panu Pompie, którego wygląd początkowo mnie irytował, ale po dłuższej chwili przekonałem się do niego. Bo choć wygląda dość sztucznie to ta „sztuczność” bardzo dobrze pasuje do niego. Jakoś nie mogę za to powiedzieć nic dobrego o wyglądzie Pana Gryle’a. jakoś tak nie pasuje do tej postaci, przynajmniej moim zdaniem. A może to dlatego, że jednak ciut inaczej go sobie wyobrażałem? A może dlatego, ze ktoś tandetnie go ucharakteryzował… sam nie wiem. Nie zawodzą również postacie mocno poboczne, jak zagrana przez Ingrid Bolsø Berdal sierżant Angua (swoją drogą – jedyna członki książkowej straży miejskiej Ankh-Morpork, która pojawia się w filmie) czy Panna Cripslock, w którą wcieliła się Tamsin Grieg. Również Ian Bonar świetnie wypadł w roli młodego Stanleya Howlera. Na koniec omawiania postaci i aktorów muszę jeszcze za jedno pochwalić twórców – nie zapomnieli o ikonografiku „Pulsu Aknh-Morpork” – Otto von Chrieku – który pojawia się w tle i w zasadzie tylko osoby znające książkę go wyszukają w tłumie. Zagubione w poczcie Na tym w zasadzie powinienem zakończyć swój wpis, gdyż mimo trzygodzinnego seansu… nie bardzo jest co więcej dodać. Muzyka jest w porządku, nie irytuje, co jest chyba najlepszą rekomendacją. Dlatego z czystym sumieniem mogę napisać: fani ksiązki powinni obejrzeć a ci, którzy nie mieli styczności z dziełem śp. sir Pratchetta też w sumie mogą, bo film jest po prostu dobry. Osobiście daję mu 4+/6.
  3. msm

    Mogłoby tak być, ale ten program był wyemitowany w 2003 roku, a książka jest z 2000 ;). Dodatkowo, Bulma miała wówczas ~17 lat (jeśli dobrze pamiętam i według dragonball.wikia.com - urodzona w 733, a akcja miała miejsce w 750), więc trudno mówić o pedofilii. Przynajmniej nie miała 12, jak w przypadku pewnego znanego reżysera :P. Ale cóż, jedna niedouczona poszła do niedouków z telewizji i zrobiła aferę, a spychologia się tym zajęła. Z łatwym do przewidzenia skutkiem ;). A tu jest ładnie wszytko opisane: http://ataknadbz.republika.pl. Cieszę się, że czytasz i komentujesz :). Szybkość nie ma znaczenia ;).
  4. o grach

    No cóż... wprawdzie mam 1, 2 i Tactics na gog-u, ale nigdy w nie nie grałem. Mam też obawy, że mogę się od nich odbić (brak sentymentu robi swoje ;)). Ale chyba dam im szansę czekając na odpowiednią cenę "czwórki" ;).
  5. przemyślenia

    Szczerze pisząc to bym nawet o tym nie wiedział, gdyby nie Niekryty :). Dodatkowo, uważam, że o tym też trzeba pisać - choć tutaj traktuję to jako ciekawostkę, ale też pewną wskazówkę "co ludzie sądzą o graczach". I że wiąże się to z książkami, które opisuję (jestem tego pewny - przecież takie "scenariusze" nie biorą się z kosmosu). A potem swoją "wiedzę" przekazują dalej. Niestety... Dinozaury też niektórzy lubią ;). Choć, przyznam, był to pierwszy jego filmik, jaki obejrzałem od kilku miesięcy. Wciąż lubię sobie jednak włączyć jego stare filmiki. I nie patrzę na "fejm" - jak wyświetli mi się coś ciekawego to to oglądam niekiedy. A jak mi się spodoba - daje suba. To fakt. Ale co z tego?
  6. przemyślenia

    No wiesz, skoro to wciąż powstaje to ktoś to ogląda. Obawiam się też, że niektórzy w to wierzą potem... No i?
  7. msm

    Jest to ostatni przedwakacyjny wpis, więc idźmy dalej z książką z wpisu sprzed dwóch tygodni: Pytanie do znawców – czy „manga” nie oznacza po prostu „komiks”? Nie ma chyba potrzeby dodawać „powieść obrazkowa”, bo jest to masło maślane. Równie dobrze można było napisać „powieść obrazkowa Komiks”. Nie czytałem mangi od dawna (kiedyś, dawno temu, czytałem jeden z zeszytów DBZ), więc nie wypowiem się o pedofilii w niej zawartej – może ktoś zabierze głos? Mam jednak wrażenie, że Autor czytał jakieś hentai… Co do drugiego zdania – co to za filmy o wyczynach sportowych bohaterów telewizji? Ktoś-coś? Komiks muzyczny? W sensie, że gra jak go otworzymy? A to ciekawe… mam dziwne wrażenie, że w żadnym produkcie (komiksie, filmie, grze itp.) nie da się osiągnąć czystego gatunku. Taki, nadużywany przeze mnie, Dragon Ball to, chyba, przygodowy i komediowy by był. Jak sądzicie? Tu nie mogę się spierać – takie wydarzenie miało miejsce. Choć przydałoby się, żeby Autor dodał, ze 685 młodych Japończyków trafiło do szpitala z objawami epilepsji (źródło), a także, że felerny odcinek nie został wyemitowany w innych krajach. Oraz, że twórcy zmodyfikowali ten i inne odcinki, by nie dochodziło do podobnych sytuacji. Czyli, innymi słowy, zachowali się w porządku. Ale te słowa chyba Autorowi nie przeszłyby przez pismo ;). Jak nic obraz Smerfów, Muminków i Pszczółki Mai. Choć w sumie dobrze, że Autor ich nie zauważył, bo oni tam cały czas są NADZY! Albo bardzo skąpo ubrani. Choć Autor chyba oglądał/czytał jakieś „hentaje”. Jak sądzicie? Nie wiem czemu, ale cały ten fragment wygląda jak znany dowcip: Kowalski poszedł na komisję poborowa. Po badaniach, wziął go na rozmowę seksuolog. Narysował mu kółko: - Kowalski, co to jest ? - Goła baba... Narysował mu kwadrat: - A to? - He, he, goła baba... Na koniec, narysował mu trójkąt: - No a to, przyjrzyjcie się dobrze. - Też goła baba... - Kowalski, wy jesteście zboczeni!!! - Jaaa??? A kto mi te gołe baby rysował?! Idźmy dalej: Nie będę się z tym spierał – pewnie tak było. Ale jedno mnie zastanawia - czym są TV1 i TV2? Chyba Autorowi chodziło o TVP1 i TVP2 – takie nazwy istniały już w 1997 roku. Ale - co właściwie było badane? Specjalnie przepisałem całość, by móc to rozstrzygnąć, ale nie mam pewności. Jeśli była to cała ramówka wymienionych telewizji to te 2,4 minuty to jakoś mało… Coś mi tu też nie pasuje – czy badania były prowadzone przez cały październik? Przecież TVN ruszył dopiero 3.10.1997. A może był to wybrany dzień? Takie informacje się podaje – inaczej można je wrzucić do kosza. Wicie co? Specjalnie trochę pogrzebałem i znalazłem ramówkę tych stacji – link – i zapoznałem się z niektórymi programami. I wiecie co? Nie wiem czy doliczyłbym się „średnio 2,4 minuty” przemocy. Ale podkreślam – zależy co uznać za przemoc i jaki był czas trwania badań. I co brano pod uwagę. Czas przejść dalej - do gier ;): I już wiecie skąd pochodziły dane z niedawnego wpisu. Tu źródła wprawdzie brakuje, ale co – nie uwierzycie naukowcowi na słowo? Łeee… żadnych robotów? Ani magii? Coś marne gry Autor „badał” :P. Oto przykład jak jednym prostym zdaniem opisać grafikę w grach :). Nie jestem jednak pewien czy określenie „prosta grafika” można odnieść do takiego „Króla Lwa” z 1994 roku. Choć, oczywiście, należałoby jeszcze przyjąć definicję „filmu rysunkowego”, czego Autor nie zrobił. Mam dziwne wrażenie, ze już to gdzieś czytałem… ktoś musiał to przepisać o Autora :). Szkoda, że Autor nie dał żadnego przykładu gry z taką opcją – pamiętam, że nawet w ultrabrutalnym SoF była przeciwna opcja… Jak nic obraz Need for Speeda i FIFA 1999 :P. Dobra, był rok 2000, niektóre gry jeszcze miały życia. Taki Half Life na przykład. „Wolf”? Nie mam 100% pewności, ale wydaje mi się, że jednak Autor powinien był podać pełny tytuł. Niemniej, tym razem doboru tytułów się nie przyczepię – bo te gry były wtedy jeszcze popularne. Mogę się za to przyczepić wymienienia tylko tych złych gier. FIFA i NfS też były wówczas popularne :D. Nie wspominając już o karach w postaci „gwiazdek” z GTA2 (tak, wiem, tam były głowy policjantów :)). No, ja to się zaprzyjaźniłem swego czasu z Claudem (Speedem?) z GTA 2. I tak jak on umiem wysadzać samochody i przeskakiwać nad nimi. Widok z góry trochę utrudnia mi życie, ale daję radę. I tu nasuwają się dwa pytania – pierwsze: co jest ze mną nie tak? Oraz z setkami, tysiącami nawet, graczy, którzy nie mordują innych? I drugie – co z dziewczętami? Rozumiem, ze wspomniane badania pochodziły z 1997 roku, ale takie stereotypowe podejście nigdy nie było dobre w nauce (choć to akurat zarzut do Autorki oryginalnych badań, a nie do Autora). Już prawie koniec – czas na porównanie obu omawianych przez Autora mediów: Nie rozumiem tego zdania. To znaczy, że przemoc oglądana „na żywo” w TV jest lepsza od tej nagranej? Ktoś jest w stanie mi wytłumaczyć o co Autorowi chodziło? Nie jestem na 100% pewny, ale Autor miał chyba na myśli „agresję symulowaną”. Za to musze przyznać Autorowi rację w drugiej części fragmentu – ostatnio zaklinałem myszka dwóch dresów (nie zabiłem ich, bo jestem dobrym graczem). Chyba oglądałem niewłaściwe programy w telewizji :/. Może niezbyt dokładnie oglądałem moją ulubioną (w tamtym czasie) „Ciuchcię”? Hmm… Na tej refleksji zakończę. Życzę Wam udanych, bezpiecznych i leniwych oraz growych wakacji! Do zobaczenia we wrześniu!
  8. przemyślenia

    A czemu? Ukazał się w sumie dwa dni później - zawsze publikuję w soboty, tak się złożyło ;).
  9. o grach

    W tym roku wyjątkowo nie czekałem na E3. gdyby nie licznik na cdaction.pl to kompletnie bym o nim zapomniał. Uważałem bowiem, że nie zostanie pokazane zupełnie nic, co by mnie zainteresowało. Po cichu liczyłem jednakże na TES VI. Betesda mnie jednak nie zawiodła – pokazała cośtam o karciance w tym uniwersum oraz Skyrim i Fallout 4 VR. Ech… Z o wiele mniejszym zainteresowaniem patrzyłem na Ubisoft, ściślej na lubianego przeze mnie Asasyna. Nie kręcą mnie klimaty starożytnego Egiptu, a i poważna zmiana sposobu gry jakoś mnie zniechęciła. Aczkolwiek, po obejrzeniu kilku gameplay’ów pomyślałem „a może się mylę?”. Wychodzi więc z tego, że… nie wiem co o tej grze myśleć. Z jednej strony bardziej, niż w Syndicate, rozbudowane elementy RPG mogą odświeżyć nieco serię, z drugiej zaś – czy to nadal będzie Asasyn, którego pokochały miliony (w tym ja)? Nie mam więc wyboru - z oceną Origins będę musiał się wstrzymać do premiery. Z innych gier pokazanych na E3, które będę musiał śledzić w 2017/2018, muszę wymienić jeszcze nowego Wolfa, Far Cry 5 (może wreszcie Ubi zmodyfikuje formułę i tej serii?), Mount and Blade II (o ile wyjdzie…), Tropico 6 (oby tylko nie był kolejnym klonem „trójki”…) oraz Cień wojny. Powinienem też wymienić nowego MUGENa nową bijatykę Dragon Ball, ale póki co, nie grałem jeszcze w żadną grę DB… Myślę też o nowym CoD. Podsumowując ten krótki wpis – mam na co czekać. Zapewne wszystkie wymienione produkcje kupię (o ile będą tego warte, rzecz jasna) dopiero gdzieś w 2019 (poczekam na GOTY), ale przynajmniej miałem na czym zawiesić oko. Do zobaczenia za tydzień :).
  10. msm

    Witajcie w kolejnym msmie, tym razem dwuczęściowym ;). Do omówienia wybrałem książkę autorstwa Stanisława Juszczyka pt. „Człowiek w świecie elektronicznych mediów – szanse i zagrożenia” z 2000 roku. Fakt, jest już niemal pełnoletnia (;)), ale zdecydowałem się na nią, ponieważ już o niej wspominałem – to „źródło” danych z jednego z poprzednich wpisów. Co ciekawe, książka porusza nie tylko temat gier komputerowych, ale także filmów i seriali animowanych (w tym anime) z „moich” (a zapewne też części z Was – podzielcie się w komentarzach wrażeniami z tego, co tu zaraz przeczytacie ;)) czasów. Trzymajcie się mocno :). Kurde – albo Autor oglądał jakieś dziwne bajki, albo to ja oglądałem niewłaściwe. O ile „przemoc, zbrodnię” mogę (prawie) bez problemu potwierdzić, tak „perwersyjne zachowania seksualne” jakoś nie przychodzą mi do głowy (chyba, że Autor ma na myśli Kame-sennina czy innego Brocka, ale też bez przesady). Okeeeej… nie wiem jakie „filmy animowane” były badane (i przez kogo – pojęcie „amerykańscy naukowcy” jest dość szerokie, a przypisu brak – co też o czymś świadczy ;)), ale jakoś nie przypominam sobie, by w bajkach z mojego dzieciństwa się „zabijano” – w większości byli jednak nieśmiertelni (vide Tom i Jerry, Królik Bugs, Myszka Miki). Pewnie znowu chodzi o anime – fakt, w takim Dragon Ballu się często zabijali, ale wystarczy przypomnieć chociażby sobie śmierć Krillina z oryginalnego DB i z DBZ, albo Goku z początku „Zetki”, by obalić druga część tego fragmentu. Oczywiście, Autor nie zadał sobie pewnie trudu, tylko spisał [TM] co trzeba. Tu mogę się zgodzić – choć wciąż mam nieodparte wrażenie, że Autor lekko wyolbrzymia. Choć, z drugiej strony, we wspomnianym Tomie i Jerrym różne akcje odchodziły, więc może coś w tym jest? Nie czuję się kompetentny, by to skomentować, tak szczerze mówiąc. Ale, co tam, najwyżej znowu ktoś się przyczepi – nie pamiętam, by ktokolwiek z moich znajomych z podwórka tak kiedykolwiek powiedział. Może „zabiję cię” pojawiło się w innym kontekście, ale nikt nie miał na myśli (raczej) faktycznego zabijania. Brakuje mi też tutaj… bo ja wiem… jakiegoś źródła tych rewelacji? Nie kapuję tego fragmentu… Mój Mleczyk stoi teraz dumnie na półce obok Ezio (śmiesznie to wygląda, bo sięga asasynowi do pasa :P) i nic mu nie jest (choć oczy stracił dawno temu – moja mama mu je „usunęła”, żebym ich nie połknął). Ale może Autor ma jakieś inne doświadczenia? Konkretów znów brak… Ten fragment wyłączył mi mózg na parę sekund. Serio – czytałem go później raz za razem i nie mogłem w to uwierzyć. Koniecznie muszę poszerzyć Mały Słownik Spychologiczny o kolejne hasła – toć te kreskówki są straszne! Dziecko naogląda się Bolka i Lolka, pomiesza z Reksiem i doprawi Gumisiami i - BAM! – kradnie auta. I diluje kasetami video z Flinstonami. Czas na mądre zdanie, tak dla odmiany: Uff… przynajmniej rodzice się do czegoś przydadzą. Jakoś nietypowo, jak na książkę naukową :). Na tym zakończę dzisiejszy wpis. Za dwa tygodnie będzie jeszcze o bajkach (w tym anime) oraz, wreszcie, o grach. A za tydzień - wpis o E3! Do zobaczenia :)!
  11. o grach

    W sumie to się cieszę, że moglem ściągnąć F4 ze STEAMa - jak kupie to będzie mniej zabawy z instalacją - bo grę już mam na dysku . Niby można kupic teraz F4 i do tego Season Passa, ale nie będe wydawał ~150-200 złotych, jak za parę miesięcy jakaś edycja GOTy będzie za ~100 ;). Taki ze mnie janusz-cebulak :).
  12. o grach

    Nigdy nie pałałem miłością do produkcji w klimatach postapo – odbiłem się od wszystkich produkcji, chyba tylko poza pierwszym S.T.A.L.K.E.R.-em, a i on nie zdobył mojego serca. Jakiś czas temu kupiłem sobie za punkty lojalnościowe w jednym ze sklepów internetowych Fallout: New Vegas – i się rozczarowałem. Dlatego, choć mocno sceptycznie, postanowiłem przetestować Fallout 4 podczas ostatniego darmowego weekendu na STEAMie. Pierwsze wrażenie było całkiem niezłe dzięki rozbudowanemu systemowi tworzenia postaci. Koniec końców stworzyłem swoją bohaterkę - rudowłosą niewiastę imieniem Gwendoline (czyli mój RPG-owy standard ;)) i zacząłem eksplorację jej domu. Poczułem się ciut nieswojo, ale byłem zadowolony, że moja postać ma rodzinę – męża (któremu zostawiłem niezmieniony wygląd, bo był całkiem niezły) oraz syna. I robota-kamerdynera. Rzecz jasna, (choć pewnie ktoś mnie za to zje ;)) wpisałem sobie tgm i odjazd. Widać, ze gra powstała na silniku, który napędzał Skyrima. Te same drewniane animacje chodu i biegu (szczególnie kobiecych postaci… - spójrzcie na poniższy filmik (jest mój, więc wybaczcie jakość :P)), ale, chyba, nieco ulepszony lip-sync (a może to tylko moje wrażenie?). Nie będę się dłużej nad tym rozwodził – gra mnie „kupiła” swoim klimatem. Tak, pierwszy raz zobaczyłem strzelanko-RPG-a nie-fantasy, który mnie wciągnął. Odstawiłem inne gry i przez 20 godzin (według licznika na STEAMie) zwiedziłem całkiem sporo świata gry. Choć i tak większość tego czasu spędziłem robiąc to, czego mi zawsze brakowało w Skyrim – rozbudowywałem bazę(y). Nic nie poradzę – uwielbiam to :). Spodobała mi się też fabuła – niby „klisza”, ale wreszcie moja postać w grze Bethesdy ma jakąś przeszłość, rodzinę. Za to dialogi nieco nie wyszły – choć i tak było lepiej niż się spodziewałem po tekstach w necie. Nie mogę też czepiać się minigierek… Choć w zasadzie mogę się przyczepić durnego hakowania – idiota, który to wymyślił powinien zostać publicznie wybatożony. Choć, jak patrzyłem, w NV było to samo… Zadziwiła mnie za to brutalność gry – nie grałem w poprzednie części (pewnie było tak samo), ale widok odstrzelonej nogi czy ręki albo głowy najpierw mnie zadziwił, potem zaciekawił a na końcu znudził (bo ileż można?). Niemniej, pod tym względem jest lepiej niż w „miłym” Skyrim. Ogólnie bawiłem się nieźle i gra mnie pozytywnie zaskoczyła – spodziewałem się gniota nie z tej Ziemi, a zobaczyłem całkiem niezłą „strzelankę” post-apo podlaną sosem RPG. Kończąc ten krótki wpis napiszę jeszcze jedno – czekam na edycję GOTY (czy jak to tam nazwą). Oby wyszła jak najszybciej :).
  13. pojedynek

    Zastanawiałem się od pewnego czasu, co można by dodać do bloga. Wreszcie przyszedł mi do głowy pomysł: pojedynki. I właśnie dzisiaj chciałbym zainaugurować taką kategorię. Pomysł jest prosty – biorę dwa (w miarę) podobne do siebie „produkty” (gry, filmy itp.) i oceniam je według pewnych kryteriów oraz własnych odczuć, nadając im punkty. W komentarzach zaś proszę Was o Waszą ocenę. Dzisiaj pojedynek dwóch gier o tej samej tematyce: Mafia: The City of Lost Heaven oraz The Godfather: The Game. Cecha 1: Typ rozgrywki - obie gry nieznacznie różnią się w tym aspekcie - są TPSami. Mafia w trybie historii jest grą całkowicie liniową, czyli gracz przechodzi wszystkie misje po kolei, nie mając możliwości zwiedzenia miasta. W grze znalazły się jednak dodatkowe dwa tryby – „Free Ride” i „Free Ride Extreme”. Dla osób, które nie grały - pierwszy z nich umożliwia pojeżdżenie wcześniej odblokowanymi wozami po odblokowanych dzielnicach miasta bez wykonywania misji. Oznacza to, że tak naprawdę trzeba przejść cały wątek główny, by móc rozkoszować się bezstresową jazdą. Drugi tryb jest właściwie zestawem dodatkowych misji, służy do odblokowywania rzadkich wozów (o których później). Zostaje on odblokowany dopiero po wątku głównym. Muszę przyznać, że choć taki podział jest ciekawy, rozbicie całej rozgrywki na trzy „części” zniechęca do dłuższego grania. Bowiem dodatkowe misje są często bardzo trudne, a bezcelowe jeżdżenie we Free Ride potrafi znudzić. Daję za to 1 punkt. Ojciec Chrzestny jest natomiast typowym przedstawicielem gatunku sandboxowych shooterów. Dzięki temu nie trzeba wykonywać misji, by pojeździć po całym Nowym Jorku. Różnicą jest też fakt, że możemy wykonywać też zadania dodatkowe w ramach samej rozgrywki. O tym za chwilę. Ogromnym plusem jest możliwość wejścia do prawie każdego budynku (o ile konkurencyjne mafie nam pozwolą). Dodatkowo możemy wykonywać misje poboczne m.in. dla Petera Clemenzy. Wadą są nieciekawe elementy skradania się oraz zbyt duża powtarzalność misji. Tu też dam 1 punkt. W tej kategorii jest więc remis. Obie gry cieszą i irytują z różnych powodów, dlatego trudno wybrać „lepszą”. Cecha 2: Bohater i fabuła - obie gry łączy przynależność bohaterów należą do mafii. Jednakże, wbrew pozorom, są to całkowicie różne postacie. Bohaterem Mafii jest były taksówkarz – Thomas „Tommy” Angelo. Pierwsze misje zresztą są typowo taksówkarskie – zawieź osobę z punktu A do B. Do mafii dołącza się później. Cała fabuła jest w zasadzie retrospekcją, bowiem Tommy opowiada swoją historię detektywowi. Warto zaznaczyć, że wygląd bohatera jest narzucony z góry – nie da się nic zmienić. Sama fabuła przypomina filmy o mafii jak „Ojciec Chrzestny” czy „Chłopcy z ferajny”. Problem jednak leżał w przesadnym realizmie, jakkolwiek to brzmi. Nawet teraz nie do pomyślenia jest, by trzeba było uczyć się włamywać do każdego typu samochodu. Prowadziło to do sytuacji, w których gracz musiał podczas ucieczki porzucić zdezelowany wóz i szukać pojazdu, który możemy ukraść. Mimo wszystko dam tu 2 punkty. W Ojcu Chrzestnym z kolei bohaterem jest Aldo Trapani - członek Rodziny Corleone. Różnica polega na tym, że można zmienić wygląd postaci nie tylko na początku, ale także w trakcie rozgrywki. Sama fabuła ukazuje wydarzenia z pierwszego filmu z perspektywy „człowieka od brudnej roboty”. Tak więc, tacy fani książki Mario Puzo i filmów Francisa Forda Coppoli jak ja poczują się tu jak w Rodzinie. Problem jednak w tym, że gra staje się przez to zbyt przewidywalna. Bo to wszystko już znamy na pamięć. W czasie gry spotykamy postacie znane z kart książek i z filmów – jest Vito Corleone, Michael, Sonny, Tom Hagen, wszyscy konkurencyjni donowie, a nawet Luca Brasi. Niestety w grze nie pojawiają się postacie kobiece. Nie ma ani mamy Corleone ani Connie, nie wspominając nawet o Kay Adams. Nie wiem dlaczego, ale chyba nie chcę wiedzieć. Oczywiście, poza misjami można zająć się namiastką mafijnego życia. Przejawia się to w konieczności przejmowania interesów pozostałych Czterech Rodzin. Całośćjest dosyć schematyczna - zabić strażników, zmusić właściciela (lub właścicielkę) do współpracy (poprzez pobicie, wyrzucenie przez witrynę, porozbijanie wystawy itd.). Oczywiście nie można przesadzić –nasza siła „perswazji” jest pokazana przez wypełniający się pasek. I tak to się kręci… W tej kategorii gra otrzymuje 1 punkt. Tutaj, niewątpliwie, wygrywa „Mafia”. „Ojciec Chrzestny” wprawdzie nie jest dużo gorszy, ale zbyt dużo można mu zarzucić. Cecha 3: Efekty graficzne i dźwiękowe Mafia pod tym względem była lepsza nawet od GTA3, który w tamtych czasach święcił triumfy. Można uszkodzić każdy fragment wozu, dokładnie widać jego odwzorowane wnętrze, niektóre budynki można pozwiedzać. Graficzna bajka, jak na 2002 rok, oczywiście. Pod względem oprawy muzycznej również nie jest źle. Każda dzielnica ma swój utwór, oddający jej charakter i pasujący do lat 30. Równie dobrze dobrane zostały głosy postaci pojawiających się w trakcie rozgrywki. Gra ma także dwa silne atuty - ilości uzbrojenia oraz samochodów. Wśród narzędzi zabijania znalazły się kije, rewolwery, pistolety, strzelby i „Tommy Guna”, a nawet koktajle Mołotowa i granaty oraz miecz. Jeżeli chodzi o pojazdy to było tak wiele, że trudno je zliczyć (był nawet opancerzony samochód!). Wszystkie były wzorowane na autentycznych samochodach z lat 30, ale ze względu na brak licencji zostały inaczej nazwane. Dodatkowo gracz może pojeździć po mieście tramwajami (niestety tylko jako pasażer). Tutaj gra otrzymuje 3 punkty. Jeżeli chodzi o „Ojca Chrzestnego” to pod względem efektów graficznych jest marnie. Wspomniane samochody wyglądają jak wyciosane z brył, dodatkowo przeszkadzają czarne, nieprzezroczyste szyby i ich ogólnie paskudny wygląd. W dodatku są ich tylko cztery typy. Przy „Mafii” wyglądało to bardzo biednie. O strzelaniu z nich oczywiście nie ma mowy. Graficznie grę ratuje tylko niezły wygląd twarzy postaci (bo animacje ruchu naszego bohatera to zgroza, jakby sobie wsadził dwa kije od szczotki pod żebra!). Dźwięk również nie jest najlepszy. W kółko powtarzane są dwa motywy muzyczne z filmu (te najbardziej znane) - to bardzo mało! Należy jednak pochwalić EA za trud włożony w dobór aktorów. Są praktycznie wszyscy – m.in. Robert Duvall, James Caan, a nawet, tuż przed śmiercią, Marlon Brando. W obsadzie zabrakło jedynie Ala Pacino, który związany był wówczas z produkcją gry „Człowiek z blizną”. Uzbrojenie i samochody to kompletna nędza w porównaniu do „Mafii”. Broń to tylko kij/pałka, pistolet, dwa rodzaje rewolweru (małego i dużego kalibru), strzelba, karabin, koktajle Mołotowa oraz dynamit, czasem także bomba. Uzbrojenie kupuje się od różnych handlarzy zaznaczonych na mapie. Rewolwery, pistolety, strzelby i karabiny mają trzy stopnie - podstawowy, srebrny i złoty. Lepsze trzeba było wykupić od stosownego człowieka (na szczęście wystarczyło zebrać gotówkę i od razu można było kupić złote ulepszenie). Dam tu znowu tylko 1 punkt. Tutaj nie mam żadnych wątpliwości – „Mafia” jest grą dużo lepszą. Jedyne co ratuje „Ojca Chrzestnego” to zatrudnienia aktorów z oryginału. Wnioski Choć obie gry mają swoje wady i zalety, nietrudno wybrać zwycięzcę tego porównania. Z wynikiem 5-3 wygrała Mafia, chociaż jest o pięć lat starsza od swojego konkurenta, co w grach jest sporym odstępem czasu. A Wy co sądzicie?
  14. przemyślenia

    W tym temacie akurat nie czuje się jakoś specjalnie mocny - nigdy nie pociągały mnie filmy o superbohaterach... Mimo to podałem filmy Nolana jako przykład nieźle zrobionego reboota. Przynajmniej moim zdaniem, bo akurat o Nietoperza nie mam zamiaru się spierać ;).
  15. przemyślenia

    Taki już jestem, nic nie poradzę ;). W pewnym sensie praktycznie wszystko jest rebootem, wszystko już było. Moim zdaniem jednak czym innym jest zmiana aktora i dostosowanie wroga do Bonda (vide "The Living Daylights" i dobrzy Talibowie) a czym innym rozpoczęcie od początku (vide wspomniany we wpisie Blofeld). Stąd podałem też przykład filmu "Scarface", którego oryginał powstał w latach '30 a reboot pod koniec lat '80. Miałem, oczywiście, na myśli filmy z Christianem Balem. Zaraz dodam edit ;).