Jump to content

MajinYoda

Zwycięzcy Smugglerków
  • Content Count

    898
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    28

MajinYoda last won the day on May 25

MajinYoda had the most liked content!

Community Reputation

791 Znakomita

3 Followers

About MajinYoda

  • Rank
    Elf
  • Birthday 06/27/1990

Sposób kontaktu

  • Strona WWW
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array
  • Zainteresowania
    Array

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  • Wyróżnienia Smugglerkowe
    Array

Recent Profile Visitors

9,629 profile views
  1. W październiku pisałem o książce Mario Puzo, którą przeczytałem w formie ebooka podczas wakacji. Dziś poznacie platformę, dzięki której polubiłem "wirtualne książki". Nieco zwlekałem z napisaniem tego tekstu, ponieważ w międzyczasie aplikacja dostała sporą aktualizację, która zmodyfikowała niektóre funkcje. Na początek muszę zaznaczyć, że Legimi jest moim pierwszym pełnym kontaktem z ebookami. Aplikację poznałem dzięki Miejskiej Bibliotece Publicznej w Lublinie, która swoim czytelnikom udostępnia (za darmo) kody do tej niej. Oczywiście, jest też możliwość wykupienia abonamentu (co daje dostęp do większej liczby pozycji, rzecz jasna) - koszt to około 40 zł miesięcznie. Aplikacja umożliwia też dostęp do audiobooków, ale, jako wzrokowiec, nie korzystam z tej opcji . Kłopot w tym, że, mimo bogatej oferty, wielu pozycji tu nie ma. Chcecie przeczytać Świat Dysku? Proszę bardzo. A może chcecie książki z uniwersum Warcrafta? Dobra. A może cykl o Wiedźminie? Ku mojemu zdziwieniu - nic z tego! Choć może to też być wina kiepskiej funkcji wyszukiwania - czasami trzeba szukać po autorze, czasami po początku tytułu - np. szukając książek Roberta M. Wegnera należy wpisać jego pełne imię i nazwisko, a szukając powieści Agathy Christie o słynnym belgijskim detektywie należy wpisać… Poirot! Inaczej pokazuje tylko kilka książek tej angielskiej autorki. NIestety, psuje to przyjemność z “posiadania” wielu książek w kieszeni. Inną wadą są błędy - zarówno w tekście (co zdarza się także w papierowych wydaniach, ale przydałoby się to poprawić), jak i takie: (Połączyłem dwa zrzuty ekranu, jakby ktoś pytał ) Czasami wielokrotne przełączenie strony pomaga, ale nie zawsze… Do tego dochodzą dziwnie zrobione przypisy - jest to szczególnie widoczne w książkach Terry’ego, gdzie - jak wiadomo - przypisy czasami są dość zabawne. Najczęściej aplikacja pozwala na kliknięcie przypisu i przenosi nas na koniec rozdziału lub książki - potem wystarczy kliknąć ponownie i wracamy do tekstu - i to jest okej. Jednakże, w niektórych książkach przypisów nie da się kliknąć” i czasami znajdują się tuż pod tekstem, a czasami zbiorczo na końcu rozdziału lub książki. Bywa to irytujące, ponieważ trzeba przeskoczyć całą treść, by przeczytać, co jest tam napisane. Powyższe problemy nie są na szczęście zbyt częste i przez 90% czasu można być skupionym tylko na najważniejszym - czytaniu. Aplikacja pozwala na dostosowanie wielkości czcionki (choć czasem miewa z tym problemy…), pokazuje ile stron ma dana pozycja, na której stronie jesteśmy (lub ile procent mamy przeczytane) i - opcjonalnie - ile minut powinno nam zająć przeczytanie danego rozdziału. Ponadto Legimi pozwala robić zakładki i wyszukiwać treść. Rzecz jasna, jest także możliwość kopiowania treści do schowka. Dodatkowo, apka pokazuje statystyki - tj. ile godzin czytaliśmy w ostatnich dniach - oraz informuje ile dni abonamentu nam zostało. Mimo wszystko jednak nie będę wystawiał oceny. Powód jest dość prozaiczny - nie korzystałem z innych tego typu aplikacji. Polecicie jakieś?
  2. Dawno nie było żadnego MoG (bo MSMy jakoś łatwiej wpadają mi w oczy), więc najwyższy czas to nadrobić. Przed Wami tekst Damiana Gałuszki pt. „Rozważania wokół dyskursu nad grami cyfrowymi w oparciu o ich krytykę ze strony Philipa Zimbardo”, który został opublikowany w „Przeglądzie Socjologii Jakościowej” w 2019 roku – czyli nówka :). Korzystałem z wersji elektronicznej, więc link znajdziecie na końcu. Autor wziął „pod lupę” książkę Philipa Zimbardo i Nikity D. Coulombe pt. „Man Interrupted: Why Young Men Are Struggling & What We Can Do about It”. Zaczynajmy: O samej zapowiedzi WHO rozpisywały się rodzime media komputerowa, a ja opisałem swoją przygodę z „testem” udostępnionym przez WHO, więc cieszę się, że Autor wziął się za to „na poważnie” . Zacytowałem ten fragment, ponieważ dalej Autor odnosi się do tych i podobnych wypowiedzi w kontekście omawianej pozycji. Autor chyba nie widział większości tekstów, z którymi ja się stykałem/stykam . A tak serio –jestem pewny, że Autor je widział i zna, ponieważ w dalszej części tekstu je cytuje (jednakże, pomijam to ze względu na ilość miejsca ). Dodatkowo, nie są to tak znane osoby, jak p. Zimbardo. Źródło Ponownie – wszystko to widzieliśmy także w innych MSMach i dobrze, że Autor zwraca na to uwagę. Szkoda, że pewnie mało który naukowiec będzie go cytował, wybierając treści z gatunku „gry tworzą morderców”… Warto dodać, że takie zjawisko także można zauważyć choćby w książkach dr Ulfik-Jaworskiej. Przejdę jednak do sedna – oczywiście wybrałem fragmenty, bo wszystko by się nie zmieściło : Czyli, innymi słowy, p. Zimbardo i p. Coulombe prezentują typowo spychologiczne podejście do tematu gier – "wybieramy sobie badania, które pasują do tezy i wrzucamy je do tekstu, jako prawdy objawione. Wszelkie nie pasujące do tezy fragmenty odrzucamy i fajrant." Z jednej strony jest to nawet śmieszne, że wciąż ludziom chce się tworzyć takie „książki”, z drugiej - potem kolejni "znawcy" biorą to na serio i tworzą kolejne "wypociony"... Cieszy mnie zatem, że Autor zajął się nimi na poważnie . To samo pytanie zadaję sobie za każdym razem - dlaczego autorzy książek i artykułów o grach nie rozumieją, że ich obowiązkiem jest wyjaśnić JAK rozumieją pojęcia, których używają. Tak, jak w tym przypadku - czy nałogowe granie to granie codziennie po 2 godziny? A może codziennie po 8? A może jednak nie ma żadnej granicy i każda osoba jest indywidualnym przypadkiem? Niestety, na te pytania takie teksty nam nie odpowiedzą... Tu z kolei szkoda, że Autor nie zwrócił uwagi, że nie wiadomo ile to jest „większość”. No, chyba, że w tekście są podane konkretne liczby, ale jakoś w to wątpię . Tu akurat nie widzę nic dziwnego w zachowaniu Autorów – w najbliższym MSMie przedstawię Wam książkę, w której można znaleźć powiązanie samobójstw wśród żołnierzy cierpiących na tzw. „shell shock” (czyli Zespół Stresu Pourazowego) z… grami komputerowymi. I piszę to absolutnie serio. Więc tu nie jest jeszcze AŻ tak źle . Uznałem, że warto zacytować cały fragment, bowiem Autor pisze dokładnie to, co ja osobiście uważam – nie zmuszam naukowców do lubienia gier. Ba, uważam, ze dobrze, jeśli ktoś krytykuje branżę rozrywkową (nie tylko gry, ale także m.in. filmy). Ale jednocześnie, dla zachowania obiektywizmu naukowego, MUSI wykazać, że w pełni rozumie podstawy dziedziny, w której się wypowiada oraz nie powinien generalizować i spychać odpowiedzialność za różne zdarzenia na „brutalne gry komputerowe”. Bo wtedy nie uprawia nauki, lecz to, co nazywam spychologią. Dla jasności - pominąłem kilka akapitów, w których Autor pisze, co Autorzy zrobili dobrze. Więc nie jest tak, że tylko ich krytykuje, ale również – za co mu chwała – pokazuje, że nie jest jeszcze tak źle. Źródło Na koniec chciałbym wyrazić nadzieję, że w niedalekiej przyszłości (oby jak najbliższej!) naukowcy zaczną cytować takie osoby, jak Autor, a nie pisane pod tezę pozycje typu „Zabawa w zabijanie”. Choć to raczej tylko marzenie… Do zobaczenia za tydzień!
  3. Czwarta i ostatnia część mojego zestawienia. Oblivion Czwarty TES pojawił się w czasie, gdy zacząłem interesować się fantastyką - głównie za sprawą serii Gothic ;). Wprawdzie Morrowind mnie ominął, ale Oblivion dość mocno mi się spodobał - przede wszystkim świetnie pokazane były frakcje – każda była na swój sposób unikatowa, czego w późniejszych produkcjach mi brakowało. Najbardziej lubiłem, rzecz jasna, Mroczne Bractwo, ale Gildia Magów też miała swój urok. Do tego Arena, której, z niewiadomych przyczyn, nie było w Skyrimie… Choć już od dawna nie gram w TES IV to wciąż uważam, że był lepszy od „piątki”. Żródło Shogo: Mobile Armor Division Jedna z moich pierwszych gier ever, a z całą pewnością moja pierwsza pełna wersja gry z CDA. Japońska strzelanka z wielkimi mechami była wówczas czymś wielkim – przynajmniej dla mnie, już wtedy fana Dragon Balla, Daimosa i innych popularnych wtedy anime. Szczególnie, gdy wspomniany mech (którego, tak nawiasem mówiąc, można było wybrać z trzech dostępnych modeli na początku gry – ale nie wiem czy czymkolwiek się różniły) mógł się składać i rozjeżdżać żołnierzy (którzy byli przy nim wielkości mrówki). Ech, dobre czasy ;). Szkoda, że gdzieś zgubiłem płytę – choć i tak bym nie grał, bo grafika już niedzisiejsza . Żródło Soldier of Fortune W demo tej gry grałem, gdy miałem jakiej 10 lat. Ultrakrwawa i brutalna w dzisiejszych czasach zostałaby pewnie zakazana w większości krajów. Serio - w tej grze dało się bez problemów odstrzelić nie tylko głowę, ale i dłoń czy stopę przeciwnika. Krew i "flaki" były właściwie kwintesencją tej produkcji - nie byłą to zatem grzeczna gra pokroju SWAT 3, którego opis znajdziecie poniżej. Nic więc dziwnego, że, gdy w CDA pojawiła się jako pełniak ograłem ją wiele razy. Potem wyszła równie dobra dwójka i wyjątkowo kiepska trójka. Ale to jedynce należy się miejsce w zestawieniu (choć dałem logo "dwójki", bo jakoś nie mogłem znaleźć dobrego dla "jedynki"...) Żródło SWAT 3 Zabawne, bo w tę grę grałem w tym samym czasie, co w SoFa. Taktyczna strzelanka, w której najważniejsze było ratowanie zakładników i eliminacja porywaczy - największą satysfakcję miało się, gdy udało się aresztować jak największą ilość tych ostatnich. Oczywiście, grze trzeba było darować idiotyczne AI kompanów, których ulubionym zajęciem było zacinanie się w dowolnych drzwiach. Na szczęście zostało to zrekompensowane przez prosty system wydawania im komend (ba, można było nawet spojrzeć ich oczami – pojawiało się wówczas małe okienko) oraz sporo innych, wówczas świetnych, rozwiązań (choćby konieczność poświęcenia kilku sekund na zmianę broni – co można obserwować w lustrach w grze). Po latach otrzymałem za darmo klucz gog do tej produkcji… i jest to jedyny staroć, w który jestem w stanie grać bez przeszkód. Niestety, z modem… Żródło Worms World Party Last but not least – gra, od której - jak na ironię - zaczęła się cała lista. Już tłumaczę dlaczego: kiedy chodziłem do podstawówki moją wychowawczynią (i nauczycielką matematyki) była wredna baba, trochę taka Dolores Umbridge. Nawet wyglądała podobnie – oczywiście, nie mam na myśli kreacji Imeldy Staunton, lecz opis książkowy: Ten babsztyl zatruł mi trzy lata edukacji – cieszyłem się, że musiałem pójść do gimnazjum, bo nie wytrzymałbym kolejnych dwóch lat z tą wiedźmą. Kończąc tę dygresję wracam do tematu Worms World Party – to właśnie dzięki tej produkcji mój umysł przetrwał, bowiem gdy mnie mocno wkurzyła to wracałem do domu, włączałem kompa, odpalałem WWP, wybierałem drużynę robaków podpisaną różnymi wariantami jej imienia i nazwiska… i rozwalałem je inną drużyną na wszelkie dostępne sposoby. Powtarzałem to aż mi nie przeszło. A teraz proszę nie przysyłać do mnie spychologów . Byłem wówczas u jednej Pani Psycholog… ale to opowieść na inny wpis . Żródło
  4. @NomadP - to świetna organizacja konwentu, nie ma co... Ciekawe czy wyrzucali ludzi siłą z terenu . A tak z ciekawości - organizują jeszcze ten konwent ?
  5. Przez wiele lat chciałem wybrać się na konwent fanów fantastyki i w tym roku, w końcu, mi się udało. Wprawdzie byłem tylko w niedzielę, ale mogłem wyrobić swoje zdanie na ten temat. Wprawdzie „Falkon” - bo na ten konwent się wybrałem - odbywa się w Lublinie (czyli w moim mieście ) od 2000 roku to jakoś zawsze „coś” mi wypadało... Tym razem jednak kupiłem bilet z wyprzedzeniem i nie było już mowy o wykrętach . Do tego wybierałem się ze znającym ten konwent znajomym, więc miałem przewodnika . Źródło I muszę przyznać, że trochę żałuję, że byłem tylko na jednym dniu. Ale i tak widziałem tłumy zwiedzających, wystawców oraz sporo przebranych osób. Co do tych ostatnich to wielu z tych postaci nie rozpoznawałem, ale widziałem Jokera, szturmowców, Obi-Wana, Spider-Manów, ratowników medycznych [skreślić] i innych barwnych postaci. Oczywiście, znalazło się też parę osób z zawieszkami typu „Free Hugs”, ale albo byli to mężczyźni, albo miałem wrażenie, że gdzieś w pobliżu kręci się prokurator (i to bynajmniej nie przebieraniec). Generalnie jednak było wesoło i kolorowo. Jeśli chodzi o stronę organizacyjną to można było pójść na oddzielną halę i albo wziąć udział w sesji RPG, albo zagrać ze znajomymi. Konwent to także spotkania m.in. z autorami fantasy (jakby Was to interesowało to ich pełna lista jest dostępna tu). Niestety w tym roku mnie to ominęło, ale nie oszukujmy się – spędziłem na „Falkonie” jakieś 2-3 godziny . Naturalnie, chętni mogli kupić niemal każdy gadżet związany z którymś z uniwersów – od anime (pluszowy Zen-Oh!) do seriali (m.in. Gra o Tron). Choć, z czego dość szybko zdałem sobie sprawę, świat Warcrafta praktycznie nie istniał. Widziałem może ze trzy kubki i jakieś koszulki i tyle. Oczywiście, ceny były miejscami zaporowe (6 (słownie: sześć!) złotych za małą kostkę do gry? I to zwyczajną, sześciościenną? Sporo! ), ale takie prawo konwentów (i cen na nich), więc rozumiem i się nie czepiam . Naturalnie, musiałem kupić sobie jakąś pamiątkę. Sęk w tym, że nie mogłem znaleźć nic dla siebie. Znajomy kupił tego sporo, a mi zależało na czymś... nietypowym. I tym sposobem pierwszy raz w życiu postanowiłem kupić loot-boksa! Co lepsze – realnego, namacalnego. Ale z którego świata? Po dłuższym namyśle zapłaciłem 60 zł za torbę z rzeczami związanymi z Dragon Ballem. Jeszcze na miejscu otworzyłem i muszę przyznać, że choć były to najlepiej wydane pieniądze w moim życiu to i nie było najgorzej. Oto, co znalazłem w środku: I. Podkładkę pod mysz (jeszcze nie rozpakowana; wybaczcie jakość, zdjęcie wykonane przeze mnie ); II. Magnes na lodówkę w Goku SSJ Blue; III. Przypinkę z Goku Autonomous Ultra Instinct; IV. Dwie podkładki pod piwo, obie z Goku – na jednej w formie SSJ God, a na drugiej zbierającym energię dla Spirit Bomb w Sadze Buu; V. Kubek z fanartem – od lewej: „dorosły” Dende, stary Krillin w stroju Master Roshi’ego, dorosły Goten (?), Gohan, duża Pan w pomarańczowym gi, dziwnie unrany Goku (z ogonem), równie dziwnie ubrany Vegeta (też z ogonem), dorosły Trunks w zielonym gi (przypomina jego strój z Sagi Buu), Bulla albo młoda Bulma oraz dorosły Uub w pomarańczowym gi... (na konwencie widziałem podobny za 30 zł); VI. Pluszowa zawieszka z Shenronem owiniętym wokół czterogwiezdnej Smoczej Kuli (na ebay za jakieś 42 zł). I tak naprawdę tylko ten ostatni przedmiot mi się przydał jako ozdoba na żyrandol (no, chyba, że stłukę swój obecny kubek ;)). Jednakże, co widzicie po cenie dwóch ostatnich przedmiotów z zestawienia, wyszedłem na plus, zatem nie narzekam :). Przynajmniej, łaska Zen-Oh, nie dostałem poszewki na poduszkę . Podsumowując, było warto się wybrać i z całą pewnością będę chciał ponownie wziąć udział w „Falkonie” w przyszłym roku. A jakie są Wasze przemyślenia na temat konwentów? I czy bywacie/bywaliście na takich (sporo z Was pewnie tak )?
  6. MajinYoda

    O Bogowie!

    Nie twierdzę, że nie . Hmm... wiesz, jakoś zawsze odrzucałem bycie "Heroldem". Szczególnie, gdy okazało się, że to nie była Andrasta, lecz Boska Justynia - swoją drogą rodzaj Papieża - to też wiem . Mam na Originie. Kiedyś próbowałem, ale jakoś mi nie podeszła. Może niebawem znów spróbuję?
  7. MajinYoda

    O Bogowie!

    Cóż, wiem, że jest Stwórca (Maker), który porzucił świat (czy cośtam) - Koryfeusz, główny antagonista podstawki DAI twierdzi, że tron bogów jest pusty... Jest pieśń światła (Chant of Light)... I wiem, że elfy mają swoich bogów - tyle jestem pewny . Możliwe . Gdy wiele lat temu grałem w Obliviona wydawało mi się, że coś z tego wszystkiego rozumiem... Ale teraz już nie jestem pewny . No widzisz, jak wygląda moja wiedza o bogach i daedrach z TES . Zaraz to wyedytuję, by lepiej wyglądało . Nie grałem w Morrowinda... O Dagonie w Oblivionie, naturalnie, zapomniałem (ach ta skleroza ), a Dragonborna ukończyłem tylko raz - teraz w Skyrimie docieram maksymalnie do Siwobrodych.
  8. MajinYoda

    O Bogowie!

    @NomadP - świat Warhammera 40k jakoś mnie ominął, więc dziękuję za zwrócenie na to uwagi . Ujmę to w następnym wpisie "Z życia NPC", który będzie o religijności postaci niezależnych . Prawdopodobnie opublikuję go dopiero przed Świętami .
  9. Przy okazji zeszłotygodniowych Świąt Wszystkich Świętych przyszło mi do głowy, że religia pojawia się także w grach komputerowych. Fakt, nie zawsze odgrywa jakąkolwiek rolę, ale zdarzają się światy z własnymi mitologiami. Najpierw pomysłem o "prawdziwych" religiach - i pierwsze, co przyszło mi do głowy to Medieval 2 Total War i mechanika krucjat/dżihadu. Pisałem o tym przy okazji jubileuszowej listy [link], ale dodam i tutaj: najciekawsza kwestia to prowadzenie rozgrywki Cesarstwem Bizantyjskim (czyli prawosławiem) i podbijanie miast, które były celem krucjaty lub dżihadu i nikt nie mógł nic z tym zrobić :D. Potem w Empire oraz Shogunie 2 też obecny był motyw religii, ale nie był już tak widoczny. Podobne tło religijne pojawiło się także w pierwszym Assassin's Creedzie. Tam także było się "pomiędzy" Chrześcijaństwem i Islamem. I niezależnie od wyznawanej przez nas wiary trzeba przyznać, że neutralny w tej kwestii Altaïr (w grze aasasyni są przedstawieni jako osobny odłam i, z tego co czytałem, tak było naprawdę) był genialnie napisaną postacią. Również "rzeczywiści" pogańscy bogowie przewijają się w grach. Choćby w ostatnim AC w tle przewijają się imiona bogów (Zeus najczęściej, rzecz jasna). Jest też God of War, ale nie grałem w niego, więc się nie wypowiem . Oczywiście, twórcy gier też czasem tworzą własne mitologie. W Polsce chyba najbardziej znana jest mitologia z Gothica, o której ochoczo opowiada Vatras w "dwójce" Do tego należy dodać historie przedstawiane w poszczególnych księgach z "trójki". Muszę przyznać, że zawsze lubiłem tę prostą, ale dość szczegółową "mitologię", choć w "jedynce" została przedstawiona ciut inaczej niż później - przede wszystkim wówczas była mowa, że każdy po śmierci trafia do królestwa Beliara, co potem zostało ciut zmodyfikowane. Jeśli chodzi o samych bogów Myrtany to zawsze najbardziej lubiłem Innosa - a Wy? Również świat The Elder Scrolls ma swoją mitologię. Przyznam jednak, że nigdy jej do końca nie zrozumiałem - w Oblivionie oczywiste było dla mnie, że jestem Dziewięć Bóstw, w tym jedno dodane niezbyt dawno. Lepiej jest to widoczne w Skyrim, gdzie toczy się praktycznie wojna religijna - w końcu m.in. o to, czy Talos był tylko człowiekiem czy stał się bogiem. Potem doczytałem, że różne rasy inaczej nazywają swoich bogów i mają niekiedy okrojony parteon względem "oficjalnej" religii. To jest dla mnie zrozumiałe. Źródło Sęk w tym, że nigdy nie umiałem rozpoznać który bóg jest który. Bo poza Talosem, bogiem-człowiekiem mamy Marę, boginię miłości, Dibellę, boginię kobiet i… całą resztę. A, kojarzę jeszcze Akatosh to ten od smoków. I tyle - trochę przekombinowali . Co gorsza, poza "Dziewiątką" są też Daedryczne Książęta. Z tymi mam trochę lepiej, choć tu nawet nie potrafię zapamiętać ilu ich jest. Dodatkowo, poza Sheogorathem – czyli „tym stukniętym, którym stajemy się na końcu dodatku Shivering Isles” oraz „tym od orków”, czyli Molag Balem Malacathem (dzięki @Pawcio7327 - to tylko świadczy o tym, jak bardzo przywiązałem się do bogów TESa ) reszta niewiele mi mówi... Podobny kłopot mam z serią Dragon Age, choć tu całkiem możliwe, że powód jest prozaiczny – znam tylko Inkwizycję. Edit - po komentarzu @SilentBob uznałem, że muszę dopisać w tym miejscu kilka słów, których najwyraźniej zabrakło mi podczas tworzenia tego wpisu . Wierzenia świata przedstawionego w serii Dragon Age są dla mnie ciut mgliste - wiem, że jest Stwórca (Maker), który (jeśli dobrze rozumiem) opuścił/porzucił swoich wyznawców. Do tego jest Andrasta (na którą wspomniany SilentBob zwrócił mi uwagę), męczennica i chyba kochanka/żona Stwórcy - nie jestem pewny . To, co wiem na 100% (i napisałem o tym w komentarzu) to fakt, że głową ichniego kościoła jest Boska (rodzaj kobiety-Papieża) - w końcu w czasie rozgrywki najpierw ginie Justynia, a następnie mamy wpływ na wybór jej następczyni (choć szkoda, że nie można obwołać się samej albo wybrać np. Serę ). Jednocześnie muszę podkreślić, że wciąż nie zrozumiałem wierzeń elfów (choć najczęściej grałem elfką) ani tym bardziej pozostałych ras (bo wydaje mi się, że gdzieś w grze jest informacja, że krasnoludy i quanari mają swoich bogów... ale może się mylę?). Z kolei w Wiedźminie ten wątek wydawał mi się nieistotny i kompletnie mnie nie obchodzili tamtejsi bogowie – wiem tylko, ze była Melitele i tyle mi wystarczy. W tym akapicie warto też wspomnieć o Warcrafcie, w którego lore pojawiają się i Tytani i Bogowie typu Odyn (czyli mitologia nordycka) i jacyś Old Gods, ale, szczerze pisząc, i tu niezbyt nadążam za panteonem. Jednakże, chyba najciekawsze rozwiązanie kwestii religii w grach pojawiło się Civilization V i dodatek Brave New World, w którym gracz może tworzyć własną religię dla swojej cywilizacji :). Polska była u mnie katolicka 2000 lat przed Chrystusem. Życzę Wam udanego dłuższego weekendu i do zobaczenia za tydzień!
  10. Nie ma sensu robić wstępu, skoro już wiecie o co chodzi . Jedi Academy Dawno, dawno temu… właściwie to nie aż tak dawno, bo w 2003 roku zagrywałem się w tę grę z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Uwielbiałem kreator postaci (choć był mocno ograniczony…), możliwość wybrania własnego koloru ostrza i rękojeści miecza świetlnego oraz fakt, że mogłem potem walczyć dwoma mieczami. Po świetnym Jedi Outcast był to dla mnie prawdziwy przeskok jakościowy. I choć uwielbiam ostatnią część z Kylem Katarnem w roli głównej to jednak przygody i wzlot (lub upadek…) Jaden Korr był dla mnie o wiele lepszą rozrywką. Do tego stopnia, że rok temu kupiłem sobie Jedi Academy za grosze na gogu. I może kiedyś do niego wrócę? Źródło Mafia the City of Lost Heaven Kolejna gra, która już kilka razy opisywałem na tym blogu (np. tu). W tym zestawieniu znalazła się głównie dlatego, że kochałem jej model zniszczeń oraz genialną historię. Za to nienawidziłem braku „sandboksowości” rodem z GTA. Niemniej, Thomas Angelo jest w mojej pierwszej dziesiątce najciekawszych postaci z gier. Był to też czas, gdy powoli zaczynałem interesować się gangsterskimi filmami i książkami. Źródło Medieval 2 Total War Moja kolejna „pierwsza gra” z danego gatunku. Średniowiecze przez długi czas bardzo mnie jarało… a potem okazało się, że nie było aż tak mroczne, jak mi wmawiano ;). Niemniej, Medieval 2 sprawił, że polubiłem serię Total War (szkoda, że teraz „duże” TW wychodzi tylko jako Warhammer, którego jakoś nigdy nie polubiłem…). Dlaczego? Cóż, przede wszystkim uwielbiałem bitwy o miasta – każde było nieco inne i zawsze miałem uczucie, że w tych budynkach kryją się cywile patrzący jak przebijam się przez obrońców lub dopingujący moich by utrzymali miasto. Lubiłem także drzewka rodów, choć brakowało mi w nich wielu opcji – choćby wskazania następcy (twórcy dodali je dopiero w jednej z łatek do Rome 2…). Podobało mi się zawiązywanie sojuszy – także unie personalnych. Oraz mechanika dżihadów/krucjat. Szczególnie, gdy odkryłem, że Cesarstwo Bizantyjskie może „trollować” obie strony podbijając miasto, które przywódcy religijni nakazują atakować. Jedynym mankamentem byli pojawiający się w drugiej połowie rozgrywki Mongołowie, którzy potrafili chmarami atakować moje (i tak zawsze dobrze obsadzone) miasta. Źródło Metal Slug O Innosie, ile ja godzin w to przegrałem. I to bynajmniej nie na automatach (choć, przyznaję, na nich też trochę grałem w młodości – u mnie na osiedlu stał automat), ale na emulatorze na palmtopie (tekst o nim wkrótce!). Wiem, było to piractwo, ale wtedy tak nie myślałem. Niedawno kupiłem na STEAM edycję PCtową tej gry i, ze smutkiem przyznaję, nie jest tak dobra, jak ta, którą od czasu do czasu lubię sobie przypomnieć . Źródło Need for Speed Porsche 2000 Moja pierwsza gra wyścigowa i jedyna, która mi się kiedykolwiek podobała. Głównie ze względu na model zniszczeń (do dziś nie mam pojęcia czemu potem z tego zrezygnowano lub okrojono) i możliwość kompleksowej modyfikacji aut. I choć nigdy nie grałem żadnych mistrzostw to i tak ciepło wspominam właśnie tę część serii. Źródło Za tydzień wpisu nie będzie. Do zobaczenia za dwa tygodnie .
  11. Do mnie nowy numer przyszedł dopiero wczoraj. Póki co (przez 3 lata prenumeraty) tylko raz numer do mnie nie przyszedł - 15 dnia zadzwoniłem do Bauera i dwa dni później dostałem numer wysłany po moim telefonie (według daty na paczce). Te opóźnienia to z całą pewnością wina poczty - może ma to związek z tym?
  12. No nie jestem tego aż tak pewien - pamiętam, jak w Oblivionie - gdy grałem po raz pierwszy - przypadkiem ukradłem jabłko w sklepie... przyleciał strażnik i zmiótł mnie swoim mieczem. Więc ja tego tak nie odczuwam. To samo w GTA - wiadomo, możesz mordować, strzelać się z policją itp. Ale jeśli powinie Ci się noga to giniesz/zostajesz złapany i tracisz częśc gotówki oraz broń. Właśnie do tego się odnoszę - Autor wyraźnie napisał: Więc jednak pojawia się jakaś odpowiedzialność w grach. Nie we wszystkich, ale jednak.
  13. W poszukiwaniu MSMów myślałem, że dotarłem na skraj internetu… tymczasem, okazało się, że jeszcze nie jestem zbyt głęboko, ale muszę pójść trochę w bok. Dziś przed Wami artykuł Krzysztofa Stępniaka pt. „Internet - wirtualny przyjaciel czy realny wróg”, który został opublikowany w czasopiśmie „Warmińsko-Mazurski Kwartalnik Naukowy, Nauki Społeczne” w 2012 roku. Korzystałem z wersji elektronicznej, wiec link znajdziecie na końcu . Co ciekawe, to pismo ma jakiegoś pecha, bowiem pół roku temu opisywałem jeden MSM z 2016 roku . Nietypowo, zajmę się też omawianą przez Autora kwestią internetu, bowiem robi to w dosyć nietypowy sposób… Pomijam zatem przydługi wstęp i przechodzę do części zatytułowanej „Internet jako wirtualny przyjaciel”. Czego się spodziewacie po zobaczeniu takiego śródtytułu? No właśnie, ja też tak myślałem. Ale po kolei: Ten długi fragment nie zapowiada jeszcze tragedii, ale nijak ma się do dalszej części tekstu. Serio, właściwie nie wiem po co Autor w ogóle takie coś napisał w tym miejscu. Znów długi fragment – wybaczcie . Sęk w tym, że czytając go wcale nie poczułem, że internet może być przyjacielem. Wręcz przeciwnie – ze słów Autora wynika, że młodzi ludzie wpadają w depresję, bo ktoś ich wyrzucił z grona znajomych na FB. Ale gorsze dopiero nadchodzi: Szkoda, że Autor nie zagłębił się w temat i nie napisał najważniejszego - opublikowanie jakich filmów kończy się tragicznie. Dodatkowo, co Autor ma na myśli pisząc o „krytycznym” poście? Czy na przykład sprawa Dominika z 2015 roku (link, link) może być tak określona? A co Autor powie o samobójstwach po publikacji np. prywatnej „seks-taśmy”? Albo nagich zdjęć nastolatki/nastolatka - z twarzą danej osoby (bez jej/jego zgody, rzecz jasna). Powodów może być mnóstwo, i naprawdę nie rozumiem dlaczego Autor spłyca to do zaledwie kilku ogólnikowych stwierdzeń. Pięknie. Przejdźmy jednak do tego, co nas interesuje – części zatytułowanej „Internet jako realny wróg” i od razu zajmę się tym, co lubię – grami : Kolejny raz ogólniki i kolejny raz nie mam pojęcia jak gracz ma przejąć „wartości i sposób myślenia” bohatera. Jak? Jest to takie samo gadanie, jak niegdyś z „wyskoczył z okna bo myślał, że będzie latał jak Superman”. Ten sam poziom „myślenia”. Kolejny raz widać też, że Autor nie miał zamiaru zagłębiać się w tematykę, którą podjął, a postanowił tylko podryfować i zdać się na „wiedzę” innych – choćby informacja o „neopogańskiej czy satanistyczno-okultystycznej symbolice”. Jakie gry Autor miał na myśli? Może Anno 1404? Albo serię FIFA? Czemu mnie nie dziwi, że nie ma tu przypisu… Autor znowu pokazuje to samo – wyrzuca z kapelusza (czy skądkolwiek indziej – nie wnikam ) jakieś teksty o „tragicznych wydarzeniach” (ciekawe jakich?) nie podając ŻADNYCH konkretów. Nawet nie wiem i nie chce mi się szukać o jakim zdarzeniu z naszego kraju Autor pisze. Bo po co – to jego obowiązek przytoczyć argument. „Czasem” – warto podkreślić to słowo-wytrych, bo ponownie nie wnosi żadnych konkretnych liczb. W końcu to cecha spychologów . Rzecz jasna, Autor ponownie sprowadził wszystko do wyliczenia negatywnych cech gier komputerowych (który to już badacz?), zapominając, że w grach (nie wszystkich, ale jednak) pojawia się jakiś rodzaj prawa. Choćby kwestia przestępstw – zwykle są karane (np. w GTA są gwiazdki, w serii TES i AC strażnicy itd.). Autor zatem powinien wskazać albo konkretne tytuły, albo uargumentować swój wywód w jakiś inny sposób. Bo póki co nie udowodnił NIC. Ciekawe z jakiej książki korzystał p. Gajewski? Podejrzewam, że chodzi o tą, co zawsze, ale pewności nie mam. Tym razem Autor nas załatwił z obu stron – jeśli wskażę dowolną grę FPS to przyznam mu rację w pierwszej części. Jeśli zaś wskażę, że w takim Skyrimie można pozyskać przyjaciół wśród postaci niezależnych, a nawet ożenić się z jakąś to zostanie to storpedowane przez „motywację egocentryczną”, bo przecież taki małżonek(małżonka) dostarcza codziennie 100 septimów bohaterowi… Ale w ten sposób każdą formę relacji (także te realne) można określić „egocentryczną”, bo np. nie chce się być samotnym. I cyk wszyscy jesteśmy egoistami . Ale żarty na bok – przyjaźń Beziego z Miltonem, Lesterem i Gornem jest (od drugiej części Gothica) całkiem bezinteresowna. Tak samo przyjaźń Nico i Romana w GTA IV (dopóki nie zacznie działać na nerwy telefonami, by wybrać się z nim na kręgle :P). Przykłady można mnożyć. Ale, niestety, do tezy to nie pasuje… Niestety, na tym kończy się wątek gier. Dalej Autor nie pisze już nic interesującego (dla tego bloga), zatem tu muszę zakończyć. Zanim to zrobię podkreślę jeszcze raz: jest mi cholernie przykro, że niektórzy naukowcy nawet nie starają się zagłębić w tematykę i złożoność formy sztuki, jaką są gry komputerowe. Wyobrażacie sobie takie opisywanie np. literatury? Bo ja nie. Na szczęście, coraz częściej trafiam na teksty, które zasługują na tag MoG. Obiecuję, że co jakiś czas będę zamieszczał i chwalił takie osoby – ale, jak już kiedyś pisałem, to nie ci dobrzy są najczęściej cytowani i wyszukiwanie ich tekstów trwa dłużej. Obiecany link. Do zobaczenia za tydzień!
  14. Najlepiej napisz do Bauera na adres prenumerata@bauer.pl. Tu nie zagląda nikt, poza prenumeratorami .
  15. Niedawno nadrobiłem część zaległych książek i przekonałem się do ebooków (o tym jednak w innym wpisie… kiedyś…). Jedną z pozycji była powieść „Sześć grobów do Monachium” autorstwa Mario Puzo (choć wydał ją pod pseudonimem Mario Cleri). Większość z Was kojarzy go zapewne z książek o mafii (najbardziej oczywiste – z „Ojca chrzestnego”), ale ta powstała w 1967 roku (czyli dwa lata przed rodziną Corleone). Podobnie jak w przypadku innych dzieł Puzo - zdecydowanie nie jest to książka dla dzieci . Źródło Akcja powieści toczy się tuż po drugiej wojnie światowej w zniszczonych wojną Niemczech. Główny bohater książki – Amerykanin Michael Rogan – odgrywał istotną rolę w wywiadzie USA na terenie Trzeciej Rzeszy. Teraz jednak, wykorzystując swoje umiejętności, pragnie zemścić się na siedmiu nazistach, którzy uniknęli skazania w Norymberdze (w ten czy inny sposób). Na samym początku fabuły Rogan spotyka prostytutkę – Niemkę Rosalie - która zaczyna mu towarzyszyć. Kolejne akty zemsty prowadzą bohatera do mocnego finału – którego się spodziewałem, ale nie w takiej formie. Przyznam, że koncept fabuły był całkiem interesujący – mamy krwiożerczego (i nieco tragicznego) bohatera, jego dość tajemniczą "dziewczynę", vendettę, zdradę, budzących odrazę wrogów (szczególnie na początku), kilka stron o mafii a także - bez czego nie mogło się obyć – dużo krwawych opisów oraz trochę seksu. Szczerze pisząc zadziwia mnie, że ta powieść jest mało znana i nie doczekała się filmu. Szczególnie, że jest dość krótka – całość zamyka się w zaledwie 164 stronach. Poza niezbyt imponującą długością jest jeszcze kilka kwestii, które mi się niezbyt podobały – przede wszystkim fabuła jest miejscami mocno naciągana (szczególnie niektóre akcje Rogana - choćby ta na Węgrzech). Z kolei Rosalie aż nazbyt przypomina Rosie z „Omerty” (czyli ostatniej książki Puzo). Dodatkowo, twist fabularny nic nie wnosi do akcji – po prostu jest i tyle można o nim napisać. Kończąc tę krótką recenzję stawiam „Sześciu grobom do Monachium” ocenę 4/6. Jeśli lubicie książki Mario Puzo to polecam Wam także tę powieść. A jeśli nie - to i tak warto po nią sięgnąć .
×
×
  • Create New...