Skocz do zawartości

Blogi

Wojownik Szos to był sztos!

Pierwszy raz oglądałem Mad Maksa w okolicach 2006/07 roku - ale tylko część pierwszą i trzecią, na TVN7. Natomiast pozostałe odsłony filmowej serii dopiero... w zeszłym tygodniu. I wiecie co? Muszę przyznać, że to najlepsza część klasycznej trylogii, jak i całej serii! "Mad Max 2: Wojownik Szos jest dziełem dojrzalszym, przede wszystkim jako obraz kinowy". Całą moją opinię nt. tego filmu poznacie na mym blogu - zapraszam pod TEN ADRES. PS Popełniłem także recenzję czwórki, czyli Na Drodze Gniewu - tyle że dla pewnego portalu. Jako że jest to konkurencja dla CDA, nie będę tu linkował, ale odnośnik odnajdziecie w odpowiednim miejscu na moim blogu. Zapraszam!

Bednarski

Bednarski

 

MajinYoda i Bardzo Dobrze

Nie sądziłem, że tak szybko dane mi będzie wrócić do książki Gabrielle Kuby o Harrym Potterze. Niemniej, książka „Harry Potter i zagrożenia duchowe” autorstwa Anny Rogali (2017) sprawiła, że się uśmiechnąłem. A wiecie dlaczego? Ponieważ Autorka, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, napisała dokładnie to samo, co ja (oczywiście, o wiele profesjonalniej!), punktując (tak to się chyba teraz nazywa) zarówno panią Kuby, jak i innych „anty-potterowców”. Dzięki temu mam też dodatkowe pozycje na przyszłe MSM-y :D. Jednocześnie, miałem spory kłopot z tą książką – trudno mi było wybrać jakieś fragmenty do bloga, ale zrobiłem, co mogłem . Z tego względu wpis będzie dość krótki . Szczerze pisząc to nigdy tego nie rozumiałem – o ile przy Harrym mogę się zgodzić, że czary i magia, tak o co wszystkim chodzi z Hello Kitty i Kucykami? Choć, co ja się głupio pytam, skoro te same osoby atakują też gry komputerowe :D. Myślę się, że Autorka trafiła w sedno sprawy. To jest bardzo ciekawe – jak widać nawet inni duchowni mieli go dość ;). A ja akurat niedawno zdobyłem jego książkę o Harrym, wiec będzie o czym napisać . Skąd my to znamy, nie? W 99% MSM-ów to norma, że jeśli fakty przeczą tezie to tym gorzej dla faktów . Tak, pani Kuby napisała całą książkę bzdur, półprawd i manipulacji. Ale już o niej pisałem, więc nie będę się powtarzać . Czyli to, o czym pisałem w tamtych wpisach . Nic dodać, nic ująć. Źródło A na zakończenie – interesujący fragment do… fan fiku! I to nie byle jakiego – chrześcijańskiego. Najpierw wprowadzenie: Jak tylko przeczytam ten "fan fik" to chyba wrzucę go na bloga. Póki co – przetłumaczony na język polski fragment jednego z rozdziałów, który Autorka zmieściła w omawianej dziś książce: Musicie przyznać – całość musi być niezłym odlotem . Ciekawe czy mój mózg to zniesie . Na zakończenie muszę pochwalić Autorkę, p. Rogalę, za jedną rzecz – za rzadko spotykaną na tym blogu umiejętność robienia przypisów :). Serio – za każdym razem pojawia się to, co praktycznie nie występuje w MSM-ach :). Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

Seans ze Wściekłym Maksem

Debiutancki pełnometrażowy obraz G. Millera to ponadczasowe dzieło i trochę wstyd go nie znać. Warto spędzić czas ze Wściekłym Maksem, choćby dla samych scen pościgowych, młodego Gibsona w skórzanej kurtce oraz kultowego V8. A Ty - skusisz się na wspólny seans z Maksem? W mojej recenzji poznacie dokładnie moją opinię oraz jak się prezentuje kontrast między wadami a zaletami w Mad Maksie z 1979... Link macie TUTAJ.

Bednarski

Bednarski

 

Ja tu rządzę!

Gry (szczególnie RPGi) pełne są różnego rodzaju NPCów – pisałem już o tym wielokrotnie. Jest jednak pewien typ, któremu należy się szczególnie przyjrzeć – władcom wirtualnych krain. Co takie osoby robią w rzeczywistości? No, wiadomo – mniej-więcej. Czym jednak zajmują się w grach? Trudno określić. Najczęściej siedzą w swoim zamkach albo pałacach i tylko czekają aż Bohater przybędzie, by zlecić mu Zadanie, Do Którego Wykonania Wystarczyłby Średniorozwinięty Umysłowo Strażnik albo Jakikolwiek Inny Najmita, ale to Musi Być Akurat Ten Bohater, bo Akurat Wlazł Podczas Jakiejś Tajnej Narady i, w sumie, Można Go Wtajemniczyć We Wszystko. Najlepszym przykładem jest tutaj (nadużywany przeze mnie) Skyrim. Jarlowie, niezależnie od frakcji, którą wspierają, przez niemal całą grę potrafią nic nie robić. Atakuje smok? Pfff… Mroczne Bractwo zamordowało Cesarza? Zieeew… Zadziwia mnie też zawsze, że jedynie jarlowie Whiterun i Markarthu mają skrypt odpowiedzialny za zablokowanie „tego obdartusa” przed podejściem do władcy miasta – choć w obu przypadkach skuteczność jest na poziomie, bo ja wiem, blokad rodzicielskich na komputerach ;). Chociaż nie - one są skuteczniejsze . Z drugiej strony są też RPGi jak Gothic, gdzie trzeba się wykazać, by dostać się do władców – zarówno Gomez, jak i Lord Hagen czy dowolny herszt orków mają jakiś "bufor", zanim Bezimienny będzie mógł z nimi pogadać. W „trójce” jednak jest jeden wyjątek – najważniejszy spośród ludzi – król Rhobar II. Otoczony przez zaledwie garstkę wiernych mu ludzi i całą masą wrogich orków (którzy, z jakiegoś dziwnego powodu nawet nie próbują go atakować – ale temat tych dziwnych istot kiedyś na blogu wróci) bez mrugnięcia okiem przyjmuje na audiencji Bezimiennego. Nawet, jeśli ten przed chwilą wyrżnął w pień Reddock oraz Okarę. Nawet, jeśli w Venguardzie pojawi się w zbroi najemnika orków. Spoko, bo król miał „wizję od Innosa” i z całą pewnością Bezi nie żywi do niego żadnej urazy ani nie skumał się z orkami…  nie wspominając nawet, że (Spoiler alert!) Lee, któremu możemy dać teleport do króla, też wchodzi sobie bez problemów do sali tronowej... Z drugiej strony - chlubnym wyjątkiem jest Emhyr, na którego rozkaz Geralt się u niego zjawia… a właściwie to nie – bo jednocześnie,  jak pisałem przy tekście o questgiverach, wierzy we wszystko Wiedźminowi na słowo, nawet nie próbując udawać, że ma szpiegów, którzy od początku powinni byli obserwować Białego Wilka. Ale po co? Pomyślałem jednak jeszcze nad czymś innym – dlaczego ci wszyscy władcy nie boją się, że Bohater uzna „hmm… ci wszyscy władcy są dosyć słabi, a ich ochrona to cieniasy. A ja właśnie pokonałem Zło i, w sumie, korona mi się należy. Chyba czas na małą rewolucję”? Przecież to jest całkowicie irracjonalne! Tu z kolei wyjątkiem jest Inkwizycja z trzeciej części Dragon Age’a, gdzie Bohater otrzymuję jakąś władzę i po minięciu zagrożenia jest jej (przynajmniej częściowo) pozbawiony. Choć też przydałaby się możliwość wywołania konfliktu, by jednak utrzymać władzę. Jest jeszcze kwestia władców z ostatniej części Assassin’s Creeda. To już jest kompletna abstrakcja! Kasandra zabija namiestnika (czy jak to tam nazwać) jednej lokacji, by za jakiś czas pojawił się tam kolejny, który też podzieli ten sam los… i tak bez końca. Jasne, czasami raz jest to namiestnik z Aten a raz ze Sparty, ale i tak chyba ktoś powinien dojść do wniosku, że te śmierci są co najmniej dziwne i wypadałoby lepiej chronić nowych namiestników. Tu jednak jedno jest pewne – Charon musiał w pewnym momencie zainwestować w większą łódkę .   Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

Koniec gry #47 - Amnesia: A Machine for Pigs

Amnesia: A Machine for Pigs Liczba zgonów: 0 Garść zrzutów ekranu: Chciałem jeszcze tylko dodać, że jest to wyjątkowo niedoceniana gra. Hejtowana była przy okazji premiery głównie za to, że nie jest Amnezją 2, z resztą nikt nigdzie nie powiedział, że nią jest. W wielu aspektach różni się od niej – wyjątkowo liniowe, nawet jak na horror, prowadzenie fabuły, brak głównego celu w postaci przetrwania oraz raczej mało przerażający przeciwnicy. Studio The Chinese Room, pod okiem Frictional Games, postawiło tutaj nie na gameplay, a na opowiedzianą historię, natomiast w oryginalnej Amnezji oba te czynniki były równomiernie wyważone.  

SerwusX

SerwusX

 

Kto jeszcze będzie należeć do Xbox Games Studio?

Podczas wydarzenia Inside Xbox, która odbyła się wczoraj, tj. 5 lutego zapowiedziano, że wszystkie studia tworzące gry na wyłączność dla Microsoftu tworzą teraz rodzinę Xbox Games Studio, zrezygnowano z nazwy Microsoft Studios. Jako że gigant z Redmond ma ambitne plany dostarczania eksów co 3 miesiące w swym wpisie na blogu postanowiłem się przyjrzeć potencjalnym kandydatom, które mogą dołączyć do rodziny Xbox&Windows10. Oto przegląd potencjalnych klientów: 1. Bungie - dosyć nieoczekiwanie rozstało się z Activision, ale jeśli popatrzymy co się dzieje w korporacji Activision-Blizzard, gdzie ta pierwsza firma zaczyna mieć więcej do powiedzenia, jednocześnie tnąc koszty na potencjalne gry AAA to rozejście się nie jest już taką niespodzianką. Bungie w przyszłości już należało do Microsoftu, stworzyło w końcu markę twarz konsoli Xbox, tj. serię Halo. Jako, że Bungie będzie szukał wydawcy, gdzie nie będzie takiego rygoru cięcia kosztów, jednocześnie Microsoft na grandę potrzebuję nowych deweloperów dla swoich platform, jest w stanie dać każde pieniądze, aby dane studio stworzyło swoją grę marzeń to taka transakcja jest bardzo możliwa. Możliwe, że Bungie znowu powróci na łono "zielonych" (odniesienie odnosi się oczywiście do koloru z którym kojarzy się sprzęt konsolowy Microsoftu). 2. Crytek - niegdyś wielki potentat branży gier, obecnie jest cieniem samego siebie. Po stworzeniu pierwszej odsłony serii Far Cry oraz trylogii Crysis postanowili zrobić rebranding i przeszli na tworzenie gier FTP i VR oraz rynek mobilny. Wyszli na tym co najwyżej średnio, z 9 oddziałów, które posiadała firma ostały się tylko główna siedziba w Frankfurcie, Kijowie oraz Stambule (bo właśnie z Turcji pochodzą bracia Yerli). Firmę przy życiu utrzymuję dostępny we wczesnym dostępie Hunt: Showdown, który wg SteamSpy ma już ponad milion nabywców. W dodatku pracują już nad kolejną grą AAA (potencjalny hit), odpuszczając sobie tworzenie kolejnych gier VR, mobilek, czy FTP. Bardzo możliwe że, Microsoft wykorzysta problemy studia i zechce ich mieć w swoich szeregach, w końcu stworzyli już Ryse: Sone of Rome dla platform Xbox One&Windows10.  3. Feelplus oraz Mistwalker - rynek japoński jest bardzo specyficzny, tam najlepiej sprzedające się gry to pozycje z gatunku JRPG, więc serie Final Fantasy oraz Dragon Quest biją tam rekordy popularności. Chociaż takie serie, jak God of War i Uncharted potrafią się tam nieźle sprzedać, to do JRPG-ów pod względem potencjału sprzedaży nie mają nawet startu. Dwa studia Feelplus oraz Mistwalker stworzyli na Xbox 360 bardzo dobrze oceniane gry Blue Dragon oraz Lost Oddysey, więc ich zakup to już konieczność, aby Xbox Scarlett (kodowa nazwa następnej konsoli Microsoftu) coś zwojował w kraju kwitnącej wiśni. 4. Ready at Dawn - po premierze The Order 1886 nie mają dobrych notowań u Sony. Firma zajmowała się tworzeniem spinoffów znanych serii (przykłady to God of War i Duch Sparty oraz Łańcuchy Olimpu plus Daxter - postać z serii Jax&Daxter), to bardzo doświadczone studio i mogliby być dla Microsoftu cennym nabytkiem. Firma ma doświadczenie w tworzeniu slasherów, platformówek 3D oraz gier akcji, co mogłoby bardzo zróżnicować portfolio gier na Xbox&Windows10. Moim zdaniem pewny kandydat do kupna. 5. Remedy Entertainment - Finowie zaczęli współpracować już z Microsoftem przy okazji prac nad grą Alan Wake, gdy Microsoft przekonał deweloperów odpowiednią zachętą finansową, aby wydali ten tytuł tylko na Xbox 360 (pierwotnie miał się ukazać jeszcze na PS3 oraz PC, na piecykach Alan Wake ostatecznie wylądował w 2012 roku, burza w sieci była wtedy w równym stopniu, co usunięcie teraz Metro Exodus ze Steam i przejście na Epic Games Store).  Potem stworzyli jeszcze dla zielonych Alan Wake's American Nightmare oraz Quantum Break (na Xbox One sprzedał się nieźle, jak na nową markę, w Windows Store gra furory nie zrobiła, dopiero na Steam wersja PC nieźle zarobiła dla twórców i wydawcy - sprzedaż w granicach 500 000 - 1 000 000 wg Steamspy). Ostatnio wspominali, że bardzo pragnąć stworzyć sequel Alan Wake, narzekając na rosnące budżety gier typu AAA, więc nie zdziwię się, jeśli podczas tegorocznych targów E3 na konferencji Microsoftu będą jego częścią. 6. Mercury Steam - skasowaniem projektu Scalebound Microsoft nie zyskał sobie tym czynem wielu sympatyków w 2017 roku. Wspomniany projekt rodził się w bólach u boku Platinium Games, ale pogrążyły go różne wizje wydawcy i producenta. Ostatnio Amazon umieścił w swojej ofercie Scalebound - premiera niby w 2020 roku, zaś zieloni przedłużyli prawa do marki, dodajmy do tego fakt, że pozycja ta znalazła się w sklepie Microsoftu w 2018 roku, więc łatwo z tej gry nie zrezygnują.  Idealnym kandydatem do stworzenia tej pozycji jest Mercury Steam, stworzyli kapitalną Castlevania: Lords of Shadow dla Konami. Kapitalne projekty poziomów, dobra historia, satysfakcjonujący system walki, różnorodni przeciwnicy to elementy dobrego slashera, ponadto taki tytuł pomógłby wybić się marce Xbox w Japonii, a zielonym zależy bardzo na tym rynku. Obecnie Mercury Steam wspiera produkcję Spacelords, ale na pewno będą chcieli udowodnić, że nie stracili drygu do tworzenia dobrych gier akcji z kamerą TPP. Microsoft z miłą chęcią powita w swoich szeregach tak doświadczone studio. 7. Splash Damage - kolejne studio, które najlepsze czasy ma za sobą. Po stworzeniu Return to Castle Wolfenstein i Wolfenstein: Enemy Teritory oraz Enemy Teritory: Quake Wars światem nie zawojowali Brink i Dirty Bomb (chociaż ten projekt cieszył się przez jakiś czas popularnością wśród graczy, jednak z czasem stał się on nieopłacalny dla twórców, rynek FTP ma zabójczą konkurencję i nie łatwo się na nim wybić). Robili dla Microsoftu komponenty multiplayer do gier Gears of War 4 i Gears of War: Ultimate Edition oraz tworzą taktyczne Gears Tactics. Jako że Microsoft bardzo lubić wykupywać studia, które tworzą dla nich gry (przykłady to kupno Playground Games oraz Undead Labs) to nie będzie zaskoczeniem dla rynku, że w końcu mogą ich wykupić. To tyle, jeśli chodzi o moje rokowania względem przyszłości. A jakie wy macie swoje typy?

goliat

goliat

 

Oświęcim w Oczach SS- Kremer

Oświęcim w Oczach SS      Tytułowa publikacja wpadła mi w ręce przypadkiem- w naszym domu kultury ktoś zrobił sobie z niej podstawkę pod regał. Kim bym był, gdybym pozostawił tam książkę na okładce której widnieją dwie, bardzo wymowne "błyskawice"? 300-stronicowy tomik wydany został przez Państwowe Muzeum Oświęcimskie w 1976 roku. Na pierwszej stronie znajdujemy nazwiska "autorów": Höss, Broad i Kremer. Celowo posłużyłem się tym terminem, ponieważ całość to nic innego niż odpowiednio zredagowane zapiski wspomnianych SS-manów. Pierwszy był komendantem KL Auschwitz, drugi członkiem Politische Abteilung (odpowiednik Gestapo) a ostatni to lekarz obozowy. Höss i Broad spisali swoje wspomnienia w więzieniu- można by rzec, dla potomnych. Kremer prowadził pamiętnik "na bieżąco", przez co materiał był bardziej wiarygodny z punktu widzenia komisji śledczej. Wszyscy trzej starali się podczas procesu usprawiedliwiać i negować swoje czyny na różne sposoby. Komendant twierdził np. że ostatecznie nie miał wpływu na to jak wartownicy traktują swoje ofiary. Jego zadaniem było pilnowanie aby "machina" pracowała tak jak powinna. Obóz Śmierci został w jego mniemaniu zrównany z fabryką, którą miał zaszczyt prowadzić. Uważał się wręcz za jednego z architektów dziejowych wydarzeń. Broad jako szeregowy żołnierz nie mógł tłumaczyć się w podobny sposób. Brał bezpośredni udział w ludobójstwie rozgrywającym się za drutami kompleksu. W swoich wspomnieniach zawarł bardzo wiele szczegółów z tamtych dni. Co zatem zrobił, że udało mu się uniknąć egzekucji? Może się to wydawać absurdalne, ale zwyczajnie o sobie nie wspominał. W trakcie procesu nie udowodniono mu niczego, poza samą obecnością w miejscach gdzie dokonywano zbrodni. W świetle braku dowodów został po pewnym czasie wypuszczony n wolność. KREMER      Kremer to postać trochę bardziej skomplikowana. Od młodości związany z nauką i środowiskiem uniwersyteckim. Posiadał tytuły doktora w dziedzinie medycyny i filozofii. Formalnie należał do intelektualnej elity III Rzeszy, i jako jeden z pierwszych docentów Münsteru otrzymał partyjną legitymację NSDAP. Do SS dołączył w roku 1935 i należał do grupy najstarszych przedstawicieli tej formacji pełniących służbę w kompleksie oświęcimskim. Jako lekarz obozowy przebywał tam zaledwie przez trzy miesiące 1942 roku (wrzesień-listopad), i na postawie tego został w PRL'u skazany na karę śmierci (1947). Z racji podeszłego (60 lat) wieku został osadzony w więzieniu na całą, kolejną dekadę. Podobnie jak wielu swoich "kolegów po fachu" wykazywał się wzorowym zachowaniem i po wyjściu na wolność udał się do RFN aby odgrywać "męczennika niemieckiej sprawy". W związku z powyższym, ponownie zasiadł na ławie oskarżonych i otrzymał wyrok w wysokości 10 lat pozb. wolności, z uwzględnieniem kary odbywanej w naszym kraju. Tym razem nasz "bohater" więzienia uniknął, ale władze uniwersyteckie postanowiły odebrać mu tytuły naukowe. Zmarł w latach sześćdziesiątych. Znamy już jego historię. Co więcej mogą powiedzieć pamiętniki? Kilkadziesiąt stron zapisków ilustruje nam Kremera jako nazistę i ekscentrycznego inteligenta. Niby nic niezwykłego, ale diabeł tkwi w szczegółach. Johann podobnie jak wielu ówczesnych naukowców zajmował się zagadnieniem dziedziczności. Przez długi czas badał możliwość przekazywania potomstwu urazów ciała doznanych przez rodziców. W środowisku uniwersyteckim nie był popularny z tego powodu. Koledzy po fachu uznali, że postawiona przez niego teza jest absurdalna i kiedy tylko mogli, wyrażali w tej kwestii niepochlebne opinie. Kremer starał się w tamtym okresie o posadę wykładowcy w Münsterze i wielokrotnie wspominał, że zawiązał się przeciw niemu spisek- istna pajęczyna intryg. Ktoś postawił sobie za cel zanegować dzieło jego życia. Czym w rzeczywistości była jego praca? Nosiła tytuł "Godny uwagi przyczynek w sprawie dziedziczenia okaleczeń" i traktowała o "kotach z kikucimi ogonami". Autor próbował dowieść, że zwierzę które straciło w wypadku ogon będzie miało w przyszłości równie "niedoskonałe" potomstwo. Teza miała odnosić się również do ludzi, i faktycznie zdarzały się osoby informujące Kremera o podobnych przypadkach we własnej rodzinie. Cała sprawa osiągnęła apogeum absurdu gdy doktor wysłał do jednego z lokalnych biskupów list w którym prosił o pomoc w poszukiwaniach innych "kotów", ponieważ te badane przez niego gdzieś zaginęły razem ze swym właścicielem.  Trzy miesiące w Auschwitz      Wpisy dotyczące okresu od września do listopada sprawiają wrażenie czegoś wręcz nierealnego. W tym czasie Kremer pełnił funkcję lekarza obozowego i był obecny podczas kilku egzekucji. Zazwyczaj jego zadaniem było stwierdzanie zgonów lub doraźna pomoc SS-manom którzy dostali się przypadkowo pod działanie "Cyklonu-B". W oczy rzuca się skrajna znieczulica i brak empatii w stosunku do ofiar. Najpierw czytamy o wymordowaniu 1500 osób w różnym wieku. Brak jakichkolwiek negatywnych odczuć i refleksji ze strony autora. W kolejnym zdaniu, niespodziewanie, zachwyty nad pieczoną kaczką serwowaną w oficerskim kasynie. Kolejna egzekucja i wyśmienita śliwowica podana w Domu Broni SS. Trzecie ludobójstwo łączy się ze świetnym filmem, którego projekcja miała miejsce w obozowym kinie. Pobyt Kremera w KL Auschwitz wygląda dokładnie w ten sposób. Jeden, jedyny raz autor przyznaje się, że to co widzi jest obrzydliwe. Chodziło wtedy o wychudzone więźniarki prowadzone do komory. Nie fakt egzekucji, ale scena gdy wygłodzone kobiety błagają o litość każe mu stwierdzić, że znajduje się w "odbytnicy świata" (oryg.). W czasie trwania trzymiesięcznej służby, Kremer znalazł zajęcie godne jego naukowej profesji. Postanowił studiować stan ludzkich organów w warunkach silnego, długotrwałego niedożywienia. Z wielkim zapałem dokonywał kolejnych sekcji zwłok, pobierał narządy i po wykonaniu notatek konserwował je w odpowiednich odczynnikach. Zdarzało się, że w towarzystwie kolegów-lekarzy wybierał się na teren obozu i samodzielnie wskazywał "potencjalnie wartościowe egzemplarze" spośród więźniów różnych narodowości. Po śmierci mieli oni trafiać na jego stół operacyjny.      Co było potem? Po powrocie do domu batalia z Münsterskimi profesorami rozgorzała na nowo. Ostatecznie "nasz bohater" poniósł klęskę i musiał odstąpić od forsowania teorii własnego autorstwa. Kolejne miesiące to zmaganie się z trudami życia w bombardowanych dniem i nocą niemieckich miastach. Wielokrotnie czytamy o "podniebnych gangsterach" z USAF (US Air Force), dopuszczających się największej ze wszystkich zbrodni- niszczenia zabytkowych budowli i dzieł sztuki.  Te wpisy są o tyle ciekawe, że pokazują inne spojrzenie na ostatnie miesiące III Rzeszy. Do ostatniej chwili propagandowa maszynka obiecywała punkt zwrotny w działaniach na froncie. W momencie gdy Alianci przedzierali się w głąb Niemiec nastąpiło załamanie wszelkich struktur państwowych. Wojskowe magazyny były masowo opróżniane z żywności i innych, podstawowych artykułów. Składy węgla przypominały zajezdnie dla chłopskich wozów. Każdy mógł nabrać czego tylko chciał w dowolnej ilości (o ile "konkurenci" mu w tym nie przeszkodzili). Kremer wielokrotnie krążył na swym rowerze pomiędzy sklepami i składami w których trwało "rozdawnictwo". W Münsterze pojawiają się amerykanie. Wyglądają dobrze- całkiem inaczej niż opisywani przez Goebbelsa "zdegenerowani niechluje zza oceanu". Realia uległy zmianie. Narzekano na przetrząsanie kolejnych domów w poszukiwaniu ukrytej broni. Wiele osób musiało zostać przeniesionych do mieszkań zastępczych, ponieważ ich lokum służyło za kwaterę dla wojsk okupacyjnych. Niemców oburzyły kradzieże i rekwizycja mimo, iż przez całą wojnę robili dokładnie to samo w innych częściach Europy. Cywile mieli świadomość skąd napływały kolejne strumienie luksusowych towarów przez ostatnie 6 lat. Doktor Kremer jako "były nazista" był zniesmaczony postacią wielu Niemek które "za garść kawy stręczą swoje córki amerykanom, a nawet nie spojrzą na kolejnych, umęczonych żołnierzy niemieckich powracających do ojczyzny po przegranej wojnie". W tym momencie pamiętnik się kończy. Koniec części pierwszej.  

Google Plus czy Google Minus?

Już za 2 m-ce Google Plus zamknie konta zwykłych użytkowników – ale firmy nadal będą miały dostęp do tego medium. Czy w takim razie założyć oficjalny profil dla #Bednarski na G+?   Oczywiście, niezależnie od Waszych głosów/mojej decyzji, możecie mnie śledzić nie tylko na tym blogu, ale także na innych stronach (Facebook, Twitter itd.). Wszystkie potrzebne linki/adresy znajdziecie na mojej oficjalnej stronie (KLIK). Zapraszam!

Bednarski

Bednarski

 

Epic vs Valve?

Najważniejszą, chyba, granżową wiadomością tego tygodnia jest przerwanie (na rok) sprzedaży na platformie STEAM gry Metro: Exodus i wyłączna jej dystrybucja w sklepie Epic Games. Nie bardzo śledziłem całą sprawę, muszę przyznać, ale nie jest to jakieś super dziwne dla mnie. Przecież inni producenci też mają swoje platformy (EA ma Origina, Ubisoft Uplay, Blizzard Battle.net itd.), więc czemu nie Epic Games? Dodatkowo, niektóre gry można kupić tylko na tych platformach (chociażby FIFA 19 czy Starcraft). I nikt rabanu nie robi. Tak samo, jak nikt nie robił rabanu, ze Bethesda stworzyła własną platformę - ale, z tego co się orientuję (jeśli się mylę to proszę mnie poprawić :)) jest tam tylko Fallout 76, czyli nic ciekawego :P. W sumie to jedyną wadą jest, moim zdaniem, przesadne namnożenie „ikonek" na pulpicie. Ale mi to absolutnie nie przeszkadza – co najwyżej muszę pamiętać którą grę mam na której platformie. Choć, przyznaję, że kupując grę zwracam uwagę na jaką jest platformę. I tak gry od Ubisoft staram się kupować w ich sklepie – ze względu na punkty Uplay i wewnątrzgrowe nagrody z nimi związane. Podobnie z grami od EA – mój brat kupił dwie ostatnie gry z serii FIFA na Origin a całkiem niedawno wykupił sobie tamtejszy abonament. Jeśli chodzi o STEAM… cóż, jeśli coś muszę tam dodać to i tak nic na to nie poradzę. Do tego, rzecz jasna, dochodzą wyprzedaże i karty kolekcjonerskie (które sprzedają jak tylko jakąś dostanę). Źródło Wracając do tematu - poczytałem komentarze w internecie (nie zawsze jest to mądre…) i zauważam zarzut, że platforma Epic Games Store nie ma funkcji STEAMa. Ale gracze chyba zapomnieli, że Uplay i Origin kiedyś też ich nie miały. Podejrzewam, że EGS rozwinie się w najbliższym czasie – sądzę, że dojdą funkcje podobne do tych od Valve. Jednocześnie pojawiły się informacje o celowym zaniżaniu przez graczy oceny nowego Metra – dziecinada, tyle w temacie. Z drugiej strony Epic Games zawalił sprawę ogłaszając ową nowinę na ostatnią chwilę przed premierą – zdezorientowani gracze nie wiedzieli nawet do której z platform otrzymają klucze wraz z pudełkową edycją Metro Exodus. Swoją drogą - podtytuł tej gry jest mocno ironiczny, nie sądzicie? W końcu dokonał się exodus ze STEAMa na EGS . Aż dziwne, że nikt (chyba...) nie zwrócił na to uwagi . Źródło Reasumując – moim zdaniem gracze zdrowo przesadzają, ale wydawca powinien był dawno temu zaznaczyć, że „najpierw nasza platforma, potem STEAM” i obyłoby się bez marudzenia. A przynajmniej – bez takiego marudzenia . A Wy co sądzicie o tej sprawie?

MajinYoda

MajinYoda

Najgorsza gra w życiu

Prawdopodobnie każdy z nas przeszedł w swoim życiu jakąś grę. Jedne były lepsze, inne zapewne gorsze, ale pośród nich trafia się ta jedna jedyna – gra wybitna. Gra, o której nie będziemy w stanie już nigdy zapomnieć, która śnić się nam będzie po nocach oraz gra, która zadaje nam ważne pytania egzystencjalne: po kiego grzyba ktoś stworzył takie, za przeproszeniem, excrementitium oraz co nas podkusiło, aby tę grę uruchamiać, a co dopiero przechodzić… Zanim przejdę do właściwej części wpisu, proponuję małą zabawę. Spróbuj, drogi czytelniku, zgadnąć o jaką grę chodzi, wykorzystując poniższe podpowiedzi. Jaki jest gatunek tej gry? Kto stworzył tę grę? Ile części ma ta gra? Tak, wiem, że Mass Effect również tutaj pasuje, ale to nie to (i chociaż również należy mu się miejsce na podium, to pierwsze miejsce dzieli od reszty niezmierzona przepaść). Co to więc może być? Przekonajmy się więc. Reszta wpisu w spojlerze poniżej.  

SerwusX

SerwusX

 

Steam coraz bardziej rozrywany

Dzisiaj Steam dostał kolejny potężny cios od sklepu Epic Games Store, gdyż Metro Exodus przez rok będzie można kupić tylko w tym sklepie. W ostatnim czasie z platformy Valve ucieka coraz więcej dużych wydawców gier, za przykłady niech posłużą Ubisoft, Bethesda oraz Activision. Procent pobieranej prowizji coraz mocniej działa na wydawców gier, bo jest to ledwie 12%, zaś w przypadku Steama w zależności od przekroczonego przychodu to 30,25 lub 20%. W swoim artykule postanowiłem się przyjrzeć dużym wydawcom i producentom gier i ich ewentualnej polityce wydawania gier na inne platformy dystrybucji cyfrowej plus ewentualna przyszłość. 1. Bethesda - wraz z premierą Fallout 76 gra wymaga launchera tego wydawcy, zaś zbliżający się Rage 2 będzie wymagał konta w tym sklepie. W przyszłości na pewno kupimy tam Doom Eternal, Wolfenstein: Young Blood, czy też nową odsłonę gry Elder Srolls oraz nową grę od studia Arkane (seria Dishonored oraz najnowszy Prey). Niepewny jest los wspomnianych tytułów na Steamie, bo wszystko zależeć będzie tu od Bethesdy. 2. Sega - póki co firma trzyma się Steama mocno, pecetowe wersje ich największych hitów, takich, jak Sonic, Yakuza, Bayonetta, czy Vanquish można kupić tylko na platformie Valve, pytanie tylko, jak ten stan długo się utrzyma. Do Segi należą tak mocne pecetowe marki, jak seria Football Manager, Total War, Dawn of War, czy też Company of Heroes. Oprócz tego Sega wykupuję coraz częściej twórców gier na PC lub zakłada nowe studia do tworzenia tytułów na tą platformę, przykłady to Two Point Hospital autorstwa Two Points Studios (nowo założone studio przez Segę) oraz Studio Amplitude (seria Endless, niedawno wykupione przez Segę), wykupiło też od Crytek jedną z ich siedzi w Bułgarii. To bardzo łakomy kąsek dla Epica i wcale się nie zdziwię, że kolejne odsłony Yakuzy i porty znanych gier, jak Persona 5 pojawią się w sklepie Epica. 3. Activision Blizzard - Blizzard nigdy nie publikował gier poza swoją platformę cyfrowej dystrybucji, co innego z Activision. Najnowsze odsłony Call of Duty można było bez problemu kupić na Steamie, jednak wraz z premierą Destiny 2 i Call of Duty Black Ops 4 na launcherze Blizzarda Activision wysłało jasny przekaz, że na Steama nie ma ochoty wracać, do czego zachęciły ich świetne wyniki sprzedaży pecetowych wersji Destiny 2 oraz CoDBO4. Starsze marki należące do Activision można kupić na gogu, choćby Zeusa Pana Olimpu i Swat 4, na Steamie starsze gry pojawiają się z opóźnieniem i dotyczy nie tylko marek od wydawcy serii CoD. 4. Capcom - ciekawy przypadek, Monster  Hunter World oraz remake Resident Evil 2 świetną sobie radzą na Steamie pod względem sprzedażowym, ale nie zapominajmy, że niektóre produkcje Capcomu można kupić na gogu, Originie, Microsoft Store. Pytanie tylko, czy Epic nie zechce przeciągnąć to płodne japońskie studio na swoją stroną, bo stanowią oni bardzo łakomy kąsek. Nie będzie dla mnie zaskoczeniem, jeśli okaże się, że Devil May Cry 5 może wylądować na Epic Games Store, jako roczny eksluziw na tej platformie dystrybucji. 5. Ubisoft - mimo Uplaya lwia część sprzedanych kopii to platforma Valve. Obecnie Francuzi całkowicie wycofali ze Steama i przeszli do obozu Epica. Epic musiał naprawdę zaoferować dobre warunki finansowe, skoro Ubisoft pożegnał się bez żalu ze Steamem. Wspomnę tylko, że The Division 2 i przyszłe tytuły od tego wydawcy pojawią się już tylko na Uplayu i sklepie Epica, być może gog z czasem zdobędzie prawa do starszych tytułów, jak choćby miało to miejsce z serią Brothers in Arms. 6. Square Enix - poza Steamem, parę tytułów z portfolio tego wydawcy można znaleźć na Originie lub jeden tytuł na Microsoft Store, czy ostatnie Final Fantasy. Ciekawa może być przyszłość, bo ostatnie odsłony Tomb Raidera, czy też Just Cause 4 nie poradziły sobie najlepiej pod względem sprzedażowym, co zmusiło wydawcę do ostrych obniżek, za co ostro mu się oberwało.  Podobna sytuacja była z Activision, które wycofało się ze Steama, Square Enix pewnie też się mocno zastanawia, czy współpraca z Valve dalej ma sens. Nie zapominajmy, że do tergo wydawcy nalezą takie marki, jak Tomb Raider, Just Cause, Deus Ex, Final Fantasy, czy choćby Kingdom Hearts 3 (na razie o wersji PC cicho, ale twórcy gry nie wykluczają konwersji na Switcha i blaszaki właśnie, pytanie tylko, czy ewentualna pecetowa wersja pojawi się na Steamie?). 7 . Bandai Namco - nawet nieźle sobie radzą na Steamie, ostatni Dragon Ball o podtytule Fighter Z był najpopularniejszą bijatyką na Steamie, Tekken 7 również nieźle sobie poradził w wersji pecetowej, dostaliśmy także ostatnio konwersje serii Tales of., zaś siódma odsłona Ace Combat zmierza 1 lutego na PC na razie na platformie Valve,  pytanie tylko, czy dalej się będą trzymać jednej platformy, czy też mogą zmienić front? Coś czuję, że na odpowiedź nie będziemy musieli długo czekać. 8. Koei Tecmo - najpierw pecetowe porty swoich największych marek dali na Steam (seria Dynasty Warriors, Nioh oraz Dead or Alive 5), ostatnio ich produkcje widziałem w sklepie Microsoft Store, w przyszłości spodziewam się kolejnego skoku w bok. 9. Electronic Arts - od dłuższego czasu publikują wydawane gry na swojej platformie Origin, takie marki, jak Battlefield, Fifa, Dragon Age, Mass Effect, Need For Speed można dostać tylko tam, czasem starsze tytuły tego wydawcy pojawią się na gogu. Jako, że są platformą cyfrowej dystrybucji numer 2 zaraz za Steamem, romans z Epiciem jest dla nich nieopłacalny. 10. Warner Bros - poza za Steamem, czasem jego produkcje bywają na Originie lub Microsoft Store, w przeszłości chodziły plotki, że ten wydawca chce uruchomić własny sklep dystrybucji cyfrowej, ale póki co się one nie potwierdziły. Czy wydawca Mortal Kombat, serii Batman Arkham, najnowszego Hitmana, gier spod marki Władcy Pierścieni pójdzie do Epica? Niższa marża kusi mocno i nie zdziwmy się, jeśli ten wydawca zmieni front. 11. THQ Nordic - znane głównie z wykupywania marek, są właścicielem choćby Koch Media, które wydaję Metro Exodusa. Pytanie tylko, co się stanie w przyszłości z serią Desperados, Darksiders, Carmageddon? Czy również trafią na roczny pobyt w sklepie Epica, a potem dopiero do sklepu Valve. Wszystko będzie zależeć od ewentualnego sukcesu najnowszej odsłony Metro. 12. Microsoft - ich polityka jest jasna, pecetowe wersje takich marek, jak Age of Empires, Gears of War, Forza, Halo, Crackdown 3, Sea of Thieves, State of Decay 2 dostaniemy tylko w ich sklepie i tylko na systemie Windows 10. Czasem coś wydadzą na Steamie za pośrednictwem THQ Nordic, jak choćby pierwsze Halo Wars, Quantum Break, Killer Instinct.  Filtru z Epicem ciężko się spodziewać w tej sytuacji.  13. Rockstar Games- pecetowe wersje ich gier w wersji cyfrowej dostaniemy tylko na Steamie, jednakże edycje pudełkowe wymagają konta w Rockstar Social Clubie. GTA V to jeden z największych hitów Steama, gra jest regularnie w pierwsze dyszce regularnie ogrywanych tytułów, więc nie dziwota, że Epic może sobie ostrzyć pazurki na tego wydawcę i seria Read Dead Redemption wylądować może tylko u nich. Niższa marża kusi niczym ciemna strona mocy. 14. CD Projekt Red - seria Wiedźmin jest dostępna na Steamie, Originie oraz na ich własnej platformie, czyli gogu. Warto zauważyć, że trzecia odsłona na PC z początku lepiej sobie radziła na gogu z uwagi na niższą cenę, z czasem Steam przegonił liczbę posiadaczy goga. Pytanie tylko, czy Cyberpunk 2077 zawita na Steama? Bo o ile na Wojnę Krwi nikt za bardzo nie czekał, to na wspomnianego Cyberpunka oczekuję niemała gromada ludzi. Zastanawiające jest, co zrobią mniejsi wydawcy i producenci gier. Z roku na rok odbywa się coraz więcej premier na Steamie, w 2013 roku było to nieco ponad 500 tytułów, obecnie w 2018 roku była to 9000 pozycji! Coraz częściej narzekają mniejsi producenci,  którzy przenoszą się powoli na inne platformy dystrybucji cyfrowej, duzi zresztą też (przykłady to wspomniany Warner Bros, Koei Tecmo, polskiego Frostpunka mimo przekroczenia ponad miliona kopii na Steamie dostać można także na gog oraz Microsoft Store, świetny polski hack and slash Book of Demons dostaniemy na Steamie, gogu oraz Microsoft Store). Obsidian oraz InXile padły ostatnio w objęcia Microsoftu, ciekawy program dla twórców niezależnych prowadzi EA (tylko na Originie dostaniemy takie perełki, jak Way Out, seria Unravel, FE).  Kontrola jakości na Steamie to ponury żart, już Google zapowiedziało politykę ostrego traktowania gier o słabej jakości i wycofania ich ze sklepu. Valve może uratować w tym momencie produkcja własnych gier (może się nauczą liczyć do trzech i dostaniemy kolejne odsłony serii Half-Life, Left For Dead, Portala, kolejną odsłonę Counter Strike) i ostrzejsza polityka dotyczą jakości wydawanych tam gier. Powoli zaczynają się pojawiać tam produkcję, które ewidentnie łamią prawa autorskie (podwalone assety na platformach mobilnych nie są czymś nadzwyczajnym, ale nie spodziewałem się tego w sklepie Valve). Na dzień dzisiejszy pytanie brzmi, który wydawca jeszcze ucieknie ze Steama, bo nie zapominajmy, że Epic Games Store obiecuję pecetowe konwersje robione przez nich, jak choćby Journey wydane na razie tylko na konsolach Sony.

goliat

goliat

 

Czeski MSM

Dzisiejszy MSM (a właściwie – eMSM) będzie dość krótki, bo i omawiany tekst ma tylko cztery strony. Jest nim pochodzący z 2012 roku artykuł naukowy autorstwa Aleksandry Knych „Oddziaływnie wychowawcze bohatera gier komputerowych” (błąd w tytule nie jest mój), opublikowany w czeskim czasopiśmie „Trendy ve vzdělávání”. Jako, że znalazłem go w pdf-ie link znajdziecie na końcu. Wrzuciłem cały wstęp, bo dobrze obrazuje resztę tekstu – jest pełen ogólników. O ile tu to nie przeszkadza to w pozostałej części artykułu jest już nie do przyjęcia. Dalej Autorka pisze o wychowaniu, co jest całkiem spoko. Jednakże jeden fragment przykuł moją uwagę: Cieszę się, że Autorka zauważa, że wychowanie to nie tylko „wpływ mediów”, ale także inne czynniki. Szkoda, że zauważa to tylko w tym jednym fragmencie. Chociaż nie – dobrze, bo dzięki temu powstał ten MSM :P. W tym fragmencie najbardziej rozśmieszyło mnie ostatnie zdanie. Jeśli traktować gry komputerowe jako programy multimedialne, to jakie inne zabawy „aspołeczne i agresywne” są wynikiem działania kogoś innego, niż bohaterowie gier? Bo skoro tylko „często” to znaczy, że nie wszystkie ;). Tak, wiem, czepiam się słówek, ale co poradzę, że to zdanie nie ma najmniejszego sensu? Dodatkowo – co z zabawami naszych rodziców/dziadków? Czy serio Autorka sądzi, że zabawa w wojnę jest czymś nowym i wynika jedynie z istnienia gier komputerowych? Te liczne badania to, oczywiście, te przeprowadzone przez dr Ulfik-Jaworską, żebyście nie mieli wątpliwości :P. Uwielbiam szachy – najwięcej satysfakcji czerpię, gdy przegram a mój oponent popłacze się, że, niestety, wygrał :). W dodatku – może jakieś tytuły? Chyba byłoby to na miejscu, nie sądzicie? Znowu nie łapię jeszcze jednej kwestii – jakim cudem jednocześnie „stwarzają wewnętrzny niepokój” i „satysfakcję z wygranej”? Chyba każdy lubi wygrywać, czyż nie? Np. 4-5 letni ja, przed rozgrywką w karty z moim bratem, mamą i śp. babcią jasno określiłem zasady: „gramy uczciwie – ja mam wygrać” :D. A wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem czym są gry komputerowe :P. Ten tekst pochodzi z artykułu Henryka Nogi (o którym już pisałem na blogu) i, jeśli dobrze pamiętam, Autor nie podał tam źródła tych badań.
  I wracamy do dr Ulfik-Jaworskiej i jej dziwnych badań. Szkoda, że Autorka wciąż korzysta z tak starych tekstów, nie szukając nowszych opracowań. Znowu nie bardzo rozumiem, o co Autorce chodzi. Jakby zamiast „gier komputerowych” wpisać „książek” to cokolwiek by się zmieniło? Ktoś ma jakiś pomysł? W dodatku „zajmowanie stanowiska” jest często koniecznością, także w rzeczywistości, i wydaje mi się, że nie ma w tym nic złego. Hmmm… czy pokonanie Alduina w Skyrim jest działaniem egoistycznym? A co z Connorem (Kenway’em), który, jakby nie patrzeć, pomaga innym mieszkańcom Davenport? Jak traktować innych bohaterów, którzy ratują świat? Dodatkowo – czy zemsta za śmierć bliskich to działanie egoistyczne czy nie? I który to bohater czerpie przyjemność z cierpienia? Autorka rzuca sobie wyjętymi z rękawa kwestiami i nie podaje ŻADNYCH przykładów. Wrzuciłem cały fragment, bo znowu czegoś tu nie rozumiem. Autorka napisała artykuł naukowy czy wypracowanie szkolne? Którzy bohaterowie mają te cechy – czy wszyscy? Jeśli tak – to co jest w nich takiego strasznego, że dzieci nie powinny się z nimi identyfikować? I którym zarzuca brak godności i nieuczciwość? Szczególnie, że to "godność", według Słownika Języka Polskiego, oznacza: „poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie”. Który bohater jest tego pozbawiony, droga Autorko? No dobra – zgoda. Nie wiem, gdzie tu zarzut, ale okej. Nie wiem tylko czy to dobrze czy źle. Tu już zupełnie nie rozumiem. Czego Autorka oczekiwała po konkursie na największego twardziela? Że wygra Sonic albo Rayman? Dla mnie to trochę tak, jakby się czepiać, że konkurs na największego twardziela w filmach wygrał np. Tony Montana, Rambo albo Blade, a nie np. Mark Darcy… Źródło Nie wybrali go na swojego idola, droga Autorko, tylko nadali miano największego twardziela. To nie to samo. Szczęśliwie, udało mi się go znaleźć, bo Autorka sama nie zechciała wrzucić tu przypisu. Ciekawe czemu? Co oznacza, że zostają rozgrzeszeni, czy nie? I czy w takim razie każdy bohater, który próbuje ocalić świat jest „w miarę okej”, czy nie? I co z rzucaniem „mięsem” przez Księcia? Albo z tym, ze płaci striptizerkom za występy? Autorka powinna się douczyć, bo widać, że z wiedzą w temacie u niej cieniutko. Zacznijmy od tego, że Agent 47 jest stworzonym do zabijania, zmodyfikowanym genetycznie klonem (w największym skrócie). Autorka, z nieznanych mi powodów, zapomniała też, że w "dwójce" (tj. Silent Assassin) zadaniem Hitmana jest uratowanie ojca Vittorio, u którego ukrywał się w klasztorze. Ale to by nie pasowało do tezy, nie? Jeśli chodzi Tommy'ego Vercetti'ego to, w moim odczuciu, był typowym przedstawicielem mafii a’la bohaterowie książek Mario Puzo (choć blisko mu też było do Tony'ego Montany ze Scarface'a w reż. Briana de Palmy - zresztą Vice City jest częściowo wzorowane na tym filmie ). Czy jednak chęć uratowania Lance’a Vence’a nie świadczy o pewnej jego empatii i poświęcenia dla kumpla? Nie mówię, że te postacie są dobre – bo nie są – ale bez wątpienia są twardzielami. I wszyscy powyżsi są bohaterami gier 16 lub 18+! O czym Autorka, zapewne „przez przypadek” nie wspomina ani razu. Autorka po raz kolejny napisała „masło maślane”. Kto dopuścił taki marny tekst do druku? Gdzie byli recenzenci? Rozumiem, że to czeskie pismo, ale jakiś poziom powinien obowiązywać. Bo inaczej wychodzi czeski film. Na zakończenie krótkie przemyślenie – zauważyliście, że na tych czterech stronach Autorka nie wniosła absolutnie NIC do tematu badań gier komputerowych? Kompletnie ZERO. Podejrzewam, że Autorka potrzebowała publikacji do doktoratu, ale nawet takie teksty powinny trzymać jakiś poziom. Żadnych przykładów (poza czterema bohaterami – dobranymi bez związku z resztą artykułu), powoływanie się na przestarzałe (i krytykowane przez część środowiska]) badania. W dodatku, co zabawne, w bibliografii pojawiają się książki, których nie ma w przypisach! Cud nad cudy!   Na zakończenie – obiecany link :).

MajinYoda

MajinYoda

Maksymalny Ból

„Śniłem o zemście. Sny te zawsze były koszmarami. Za każdym razem byłem blisko i…”. I co było dalej? Wszystkiego dowiecie się ze starego-nowego artykułu na moim blogu. W najnowszym wpisie streszczam fabułę trylogii (bez ciężkich spoilerów), kulisy produkcji legendarnej serii oraz ewentualne dalsze losy nowojorskiego policjanta. Serdecznie zapraszam pod ten link!

Bednarski

Bednarski

 

Gralnia #12: Pillars of Eternity II: Deadfire

Pierwsza część Pillars of Eternity była dla mnie...miłym zaskoczeniem i w ostateczności zaliczyłem ją do grona najlepszych komputerowych RPG w jakie grałem. Z zakupem drugiej części wstrzymałem się, aż do czasu wydania kompletnej edycji gry – ze wszystkimi patchami, dodatkami i DLC. Przy okazji w międzyczasie ulepszyłem komputer na tyle by był go w stanie uruchomić A do samej gry podchodziłem z dużą ostrożnością: rzadko część druga czegokolwiek, czy to filmu czy gry, jest lepsza od „jedynki”. Bałem się także „casualizacji” tytułu. Niesłusznie. PoE II zaczyna się jak w filmach Hitchcocka – od trzęsienia ziemi. I to dosłownie. Eothas, bóg światła, odrodzenia, świtu i wiosny, postanawia rozprostować kości i przejść się na wycieczkę - w postaci androwego kolosa sod twierdzy Caed Nua, przy okazji niszcząc samą twierdzę i zabijając jej mieszkańców – sam bohater gracza, Widzący, ledwo uchodzi z życiem i dostaje misję od bogów: odkryć plany Eothasa. W tym celu wskakujemy na statek i wyruszamy na Archipelag Martwego Ognia, bo gdzieś tam jest cel wędrówki tajemniczego boga… Statek zastępuje nam twierdzę Caed Nua – musimy zadbać o odpowiednie jego wyposażenie (żagle, działa, ster), nie mówiąc już o załodze: na szczęście od początku towarzyszy nam grupa zawiadaków, którzy nie podróżują z nami podczas gry i walk, ale są właśnie załogą okrętu – majtkami, lekarzami, kucharzami, działonowymi itd. Bez nich statek nie popłynie daleko:) Każdy z nich zdobywa w „zawodzie” doświadczenie z biegiem gry (np. lekarz będzie szybciej leczył rannych członków załogi), możemy też dodatkowych członków załogi nająć w każdej karczmie. No i ciekawostka: załoga żąda pieniędzy więc trzeba im płacić dzienne stawki, codziennie też chcą jeść i pić więc o to też musimy zadbać; na szczęście nie są to drogie rzeczy. Inaczej załoga się zbuntuje i odejdzie, a tego byśmy nie chcieli A dobrze mieć dobry statek i dobrą załogę. Archipelag to miejsce niebezpieczne. Zamieszkiwany jest głównie przez Huana, rdzenną ludność, złożoną z niezależnych (zazwyczaj) plemion (przypominają trochę Indian Ameryki), swoje placówki handlowe mają tu również Imperium Rautai i Vailiańska Kampania Handlowa, które walczą o wpływy, wyzyskują plemiona, zakładają kolonie i zgarniają tyle złota i surowców ile się da. Do tego wszystkiego dochodzą piraci, atakujący lub handlujący z wszystkimi i wszystkim. Każda z tych frakcji będzie miała swój interes by działać z lub przeciw Widzącemu, w zależności od naszych działań i podejmowanych decyzji. Bo wszelkie nasze działania, tak w queście głównym jak i pobocznych będą mieć wpływ na ostateczne zakończenie… Wspomagać nas w tym oczywiście będą towarzysze. Są ich trzy rodzaje. Towarzysze fabularni to ci, którzy z nami dyskutują, wtrącają swoje uwagi i ich los też zależy od naszych działań. Z pierwszej części gry „przeszli” mag Aloth, paladynka Pallegina oraz wojownik Eder. Jako że z tej grupki lubię tylko Edera (moja ulubiona postać – Sagani – niestety tu się nie znalazła) nie byłem zbyt pocieszony, jednak w zamian za to są nowi towarzysze, też ciekawi, chyba w sumie ciekawsi od tych z „jedynki” i bardziej gadatliwi Druga grupa to pomocnicy, czyli postacie, które spotykamy „po drodze”, prowadzimy z nimi rozmowy, jednak po dołączeniu do drużyny już z nami nie gadają No i trzecia grupa to rekrutowani w karczmach awanturnicy, których sami tworzymy. Nie ukrywam że bardzo mnie cieszy iż przeniesiono tą opcję, ponieważ uważam to za jeden z największych atutów serii, ponieważ możemy bardzo „kombinować” ze składem drużyny – kto chce może grać tylko z fabularnymi towarzyszami, kto chce – sam tworzy całą drużynę (oczywiście awanturnicy z karczmy nie mają w zasadzie swoich charakterów i nie prowadzą z nami rozmów), a kto chce może mieć misz masz, w zależności od potrzeb. Aha, tym razem może nam towarzyszyć maksymalnie czterech towarzyszy, nie pięciu. U mnie więc było to 3 towarzyszy fabularnych i standardowo moja druga metapostać ze wszystkich erpegów: Aliza, nastawiona na łuk wojowniczka - tutaj zrobiłem z niej wieloklasowca Łowcę/Łotra. No właśnie, wieloklasowość; to jest nowość. Nasze postacie mogą mieć dwie klasy co jest przydatne przy tak ograniczonej liczbie towarzyszy. Oczywiście, nie będą mieć dostępu do najpotężniejszych zaklęć i umiejętności, ale uniwersalizm tych postaci to rekompensuje wg mnie (mój główny bohater to standardowo jak gram w erpegach: Wojownik/Kapłan). Dobra, co nieco o świecie. Bo ten jest naprawdę ogromny i od początku otwarty na gracza – płyniemy gdzie chcemy i kiedy chcemy, a ograniczać nas mogą tylko silni przeciwnicy. Wyspy są różnorodne, na niektórych są miasta i wioski, na innych tylko bestie, na jeszcze innych zapomniane ruiny, świątynie i grobowce. I tutaj też pojawia się coś co było w „jedynce”, a co tu pojawia się bardzo często: scenki paragrafowe. Spotkania z postaciami, przejście przez niepewny most, wspinanie się na skałę, przeszukiwanie ruin – to często robimy w owych scenkach a powodzenia zależą od umiejętności naszych jak i towarzyszy. Ci często komentują zastaną sytuację, co ciekawe, losowe kwestie w wybranych momentach przypisane są nawet awanturnikom z karczmy co jest wg mnie bardzo fajne i pozwala się zżyć z towarzyszami. Może nie każdy lubi owe scenki, ale ja bardzo, mocno budują one tzw. „klimat”. Podróże statkiem wiążą się z czymś jeszcze: napotykaniem innych okrętów innych frakcji. Jeśli napotkamy jednak statek piratów trzeba się liczyć z tym że zawsze zostaniemy przez nich zaatakowani, chyba że mamy z nimi dobre relacje, choć i wtedy się zdarza Gracz może też atakować statki innych frakcji, a po każdej zwycięskiej walce załoga zdobywa doświadczenie, pieniądze, sprzęt Jak wygląda walka? Początkowo można ostrzelać statek z dział i nawet go zatopić, ale dla mnie to nudna opcja, więc od razu płynąłem burta w burtę i abordaż przeprowadzałem Wtedy pojawia się plansza, widzimy dwa statki i dwie załogi i zaczyna się walka przy akompaniamencie „pirackiej” muzyki Jako iż zawsze załoga wroga to przynajmniej z około 8 (czasem więcej) załogantów więc i nas wspierają (zazwyczaj 4) towarzysze fabularni, pomocnicy, bądź awanturnicy, których akurat nie mamy we właściwym pięcioosobowym składzie drużyny. To, którzy nas wesprą w walce na statku komputer poprzez losowanie ustala sam. Sama zaś walka to wciąż jak w „jedynce” czas rzeczywisty z aktywną pauzą; czasem to wprowadza chaos, ale przy odpowiednim użytkowaniu pauzy, da się nad tym zapanować I jeszcze wrócę do rozwoju postaci na chwilę: pamiętacie z każdego drużynowego erpega sytuację gdy wasze postacie inne niż przywódca miały wpakowane punkty w statystyki, których nijak nie można było wykorzystać ? Co z tego że nasz wojownik z tylnego szeregu miał wysoką wartość zastraszania skoro nie był przywódcą i nijak to nie było wykorzystywane? Tutaj jest inaczej. Raz że wszelkie tego typu umiejętności są wykorzystywane w scenkach paragrafowych. Dwa, że umiejętność jednej postaci wpływa na tą samą umiejętność u całej drużyny (komputer wylicza pewną...średnią). Tak więc jeśli Eder miał dużo punktów w zastraszaniu, a Widzący nie miał nic, to jednak i tak podczas dialogów mogła pojawić się opcja dzięki zastraszaniu Edera. To bardzo dobry pomysł twórców gry, gdyż w końcu warto mądrze inwestować w rozwój wszystkich postaci. Jest tak wiele ważnych rzeczy, o których warto napisać w przypadku tej gry, że mam nadzieję że o niczym nie zapominam Powiem tak: warto mieć edycję Defintive Edition ze wszystkimi DLC/dodatkami, gdyż to dodaje nowe wyspy z nowymi questami...Nie są może one jakoś fabularnie bardzo rozwinięte, ale wciąż zachowane w nastroju i powiązane tematycznie z podstawową fabułą gry. No i na koniec technikalia: graficznie jest podobnie jak w pierwszej części, ale jednak o wiele ładniej Nie umiem opisywać grafiki, więc na tym poprzestańmy Za to muzyka jak zwykle świetna. Pirackie (instrumentalne) szanty w karczmach są świetne, bardzo też byłem mile zaskoczony kiedy się okazało że szanty są śpiewane przez...załogę okrętu kiedy płyniemy w daleki rejs! Świetne rozwiązanie. Natomiast często w lochach i świątyniach słychać utwór „All Gods” (przy zakupie gry soundtrack jest dołączany gratis), który jest...smutny i hm, mistyczny (?) zarazem i nie pozwala zapomnień graczowi że stawka w grze jest wysoka. Trzeba tu uspokoić wszystkich graczy: mimo pirackiej, czasem rubasznej otoczki i klimatu rodem z „Piratów z Karaibów”, gra stawia często gracza w moralnie ciężkich wyborach, zaś ostateczne wybory i cała tzw. stawka o jaką toczy się rozgrywka jest większa niż w pierwszej części. No dobrze, koniec chyba tej recenzji. Nie napisałem nic o minusach, ale w sumie ciężko mi coś znaleźć, może poza długimi „lołdingami”, ale to podejrzewam wynika z mojego starego dysku HDD Grałem w życiu w chyba (prawie) wszystkie najważniejsze erpegi w historii; nie lubię list TOP (z wyjątkiem alfabetycznych), bo jak można twierdzić że Might and Magic VII jest lepsze od Arcanum lub na odwrót ? Jak logicznie uzasadnić że Planescape: Torment jest lepsze od Morrowinda lub na odwrót? Jednak gdybym musiał tworzyć taką listę, to Pillars of Eternity II jest (na tą chwilę) najlepszym komputerowym RPG w jakie grałem (przede mną seria Divinity: Original Sin, czekajcie na recenzje i porównania z Pillarsami:)) - to pokazuje iż nowe technologie, nawet zaimplementowane w tradycyjne izometryczne cRPG oraz większe doświadczenie twórców, pozwalają stworzyć rzeczy wybitne, które detronizują dotychczasowych liderów jakości jak Baldur’s Gate II, Might and Magic VI czy Vampire the Masquarade: Bloodlines. Polecam ten tytuł każdemu fanowi prawdziwego, klasycznego RPG, bo Pillars of Eternity II jest arcydziełem w swoim gatunku.   Adam "Iselor" Wojciechowski      

Iselor

Iselor

Koniec gry #46 - Outlast: Whistleblower

Outlast: Whistleblower Czas rozpoczęcia: 16 stycznia 2018 r. Czas ukończenia: 20 stycznia 2019 r. Czas gry: 4 dni. Ile to godzin w grze: 3 godz. 7 min.
Trzeba wziąć różnicę tych statystyk i z podstawki. I tutaj również niewiele jest do dodatnia, w zasadzie można by skopiować notkę z poprzedniego wydania Końca Gry, co też czynię.  Grę przeszedłem na wysokim poziomie trudności, czyli bez permadeath, maksymalnie 5 baterii w ekwipunku, mniej baterii do znalezienia, przeciwnicy mocniejsi.  Postanowiłem dodatek zamieścić jako osobne wydanie, ponieważ opowiedziana jest w nim nowa historia. I już tradycyjnie, garść zrzutów ekranu (uwaga na spojlery).  

SerwusX

SerwusX

×