• Ogłoszenia

    • yojc

      Smugglerki 2017   07.01.2018

      https://forum.cdaction.pl/forum/249-smugglerki/

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 21.12.2017 in all areas

  1. 95 points
  2. 16 points
    Kath i nerv0 sobie poleźli z forume, więc chyba można bezpiecznie wstawiać swoje zdjęcia Z góry chciałbym wszystkich przeprosić, że przez te 6 lat od ostatniej foty wcale nie wyładniałem, a wręcz przeciwnie
  3. 14 points
  4. 12 points
    Temat ten powstał w celu przybliżenia aktualnych promocji i kodów zniżkowych w wybranych sklepach internetowych. Kody zniżkowe: morele.net: Kod przeceniający montaż komputera na 1 zł i oferujący darmową wysyłkę - O44Y129AC8 (uwaga - przy kopiowaniu sprawdzić czy nie wdarła się jakaś spacja, inaczej kod nie zadziała!) - wpisujemy w trakcie realizacji zamówienia. Kod działa przy zamówieniach na powyżej 1500 zł. Najpierw trzeba wrzucić do koszyka USŁUGĘ MONTAŻU. W sklepie są dostępne dwie usługi: Montaż bez dodatkowego chłodzenia (zostanie zamontowane chłodzenie boxowe) - LINK Montaż z dodatkowym chłodzeniem (trzeba je mieć w koszyku rzecz jasna) - LINK Kod działa na obie usługi. Alternatywnie, zamiast montażu, można wybrać pendrive - https://www.morele.net/pendrive-sandisk-cruzer-blade-16-gb-001043360000-sdcz50-016g-b35-288752/ - wówczas, po dodaniu urządzenia do koszyka, wpisujemy kod - WP35ZXZG5A (uwaga - przy kopiowaniu sprawdzić czy nie wdarła się jakaś spacja, inaczej kod nie zadziała!). Promocje:
  5. 10 points
    Statystyki obejmują posty napisane i plusy od powstania działu, aż do końca 2017r. Na początek garść suchych faktów co do badanego okresu. - napisano 309 209 postów, założono 2 914 tematy i rozdano 158 747 plusów. - wypowiedziało się 1 179 użytkowników. A teraz przejdźmy do zestawień: Najwięksi spamerzy Luźnej Jeździe: Najwięksi zakładacze tematów w Luźnej Jeździe: Najwięksi odpowiadacze na tematy w Luźnej Jeździe: Najwięksi zdobywacze plusów w Luźnej Jeździe: Najwięksi rozdawacze plusów w Luźnej Jeździe: Czyje tematy zebrały najwięcej odpowiedzi? Czyje tematy zebrały najwięcej wyświetleń? W czyich tematach rozdano najwięcej plusów? Kto ma najwyższą średnią plusów na post? Nagrody dla użytkowników rozdane, no to czas na podsumowanie tego, co się działo z tematami. Tematy z największą liczbą odpowiedzi: Tematy z największą liczbą wyświetleń: Tematy z największą liczbą rozdanych plusów: Najwyżej plusowane posty w Luźnej Jeździe: No to teraz przejdźmy do bardziej graficznej części, czyli wykresów. (niebieski - posty; pomarańcz - plusy)
  6. 5 points
  7. 5 points
    Nie ma sprawy 9 Lekarzu Kto Chyba mam nowy awatar xd
  8. 5 points
    Dobra panowie dyrektorzy. Tak sobie wymyśliłem, że możemy zrobić wpis będący wiecznym szkicem, w komentarzach do którego możemy swobodnie dyskutować. Taki mini temat z dala od oczu forumowiczów. Proponuję tu uzgadniać sprawy techniczne, co kto itp. Dobrze by było abyście go dodali do obserwowanych.
  9. 4 points
    Statystyki obejmują tylko posty napisane i plusy rozdane w roku 2017. Ze statystyk wyłączone są newskomentarze i grykomentarze. Na początek garść suchych faktów co do badanego okresu. - napisano 41 609 postów, założono 2 757 tematy i rozdano 13 540 plusów. - wypowiedziało się 992 użytkowników. A teraz przejdźmy do zestawień: Najwięksi spamerzy na forume: Najwięksi zakładacze tematów w na forume: Najwięksi odpowiadacze na tematy w na forume: Najwięksi zdobywacze plusów w na forume: Najwięksi rozdawacze plusów w na forume: Czyje tematy zebrały najwięcej odpowiedzi? Czyje tematy zebrały najwięcej wyświetleń? W czyich tematach rozdano najwięcej plusów? Kto ma najwyższą średnią plusów na post? Nagrody dla użytkowników rozdane, no to czas na podsumowanie tego, co się działo z tematami. Tematy z największą liczbą odpowiedzi: Tematy z największą liczbą wyświetleń: Tematy z największą liczbą rozdanych plusów: Najwyżej plusowane posty na forume: No to teraz przejdźmy do bardziej graficznej części, czyli wykresów. (niebieski - posty; pomarańcz - plusy)
  10. 4 points
    Jestem sobie w Carrefour, obchodzę stos porozwalanych książek (klasyka - w większości biografie i książki dla dzieci), patrzę, a tam Malazańska Księga Poległych whatthehellisgoingon.jpg Zgarnęłam tomik za dyszkę. Co z tego, że ósmy, a nie przeczytałam nawet Ogrodów Księżyca. xd
  11. 4 points
    Skoro codziennie rano przechodzisz koło kiosku, to po cholerę ci prenumerata? Kupuj w drodze do/z roboty i problem z głowy.
  12. 4 points
    Statystyki obejmują tylko posty napisane i plusy rozdane w roku 2017. Na początek garść suchych faktów co do badanego okresu. - napisano 17 912 postów, założono 102 tematy i rozdano 11 837 plusów. - wypowiedziało się 260 użytkowników. A teraz przejdźmy do zestawień: Najwięksi spamerzy Luźnej Jeździe: Najwięksi zakładacze tematów w Luźnej Jeździe: Najwięksi odpowiadacze na tematy w Luźnej Jeździe: Najwięksi zdobywacze plusów w Luźnej Jeździe: Najwięksi rozdawacze plusów w Luźnej Jeździe: Czyje tematy zebrały najwięcej odpowiedzi? Czyje tematy zebrały najwięcej wyświetleń? W czyich tematach rozdano najwięcej plusów? Kto ma najwyższą średnią plusów na post? Nagrody dla użytkowników rozdane, no to czas na podsumowanie tego, co się działo z tematami. Tematy z największą liczbą odpowiedzi: Tematy z największą liczbą wyświetleń: Tematy z największą liczbą rozdanych plusów: Najwyżej plusowane posty w Luźnej Jeździe: No to teraz przejdźmy do bardziej graficznej części, czyli wykresów. (niebieski - posty; pomarańcz - plusy)
  13. 4 points
    PRZESZEDŁEM. CUPHEADA. MATKO BOSKA. 210 śmierci, nie tak źle z moim platformówkowym skillem.
  14. 4 points
    Statystyki za grudzień 2017 - epilog Liczba postów Liczba tematów Liczba odpowiedzianych tematów Liczba zdobytych plusów Liczba rozdanych plusów Czyje tematy zebrały najwięcej odpowiedzi W czyich tematach rozdano najwięcej plusów Średnio plusów na post Statystyki tematów: Liczba odpowiedzi (tematy napisane w grudniu) Liczba odpowiedzi (tematy napisane od początku) Liczba plusów (tematy napisane w grudniu) Liczba plusów (tematy napisane od początku) Najwyżej plusowane posty: Wykres dzień po dniu Średnia liczba postów/plusów na przestrzeni ostatnich miesięcy:
  15. 4 points
    Cześć. Ostatnio zainstalowałem pełną wersje gry K&L Dead Man która była dołączona do CDA (01/2011 (186)). Gra bardzo mi się spodobała i chciałem zagrać w multi lecz z przykrością zauważyłem że na waszej stronie nie ma już CD KEY'a do tej gry. Wie ktoś skąd mógłbym takowego Keya zdobyć ?
  16. 3 points
    Ponownie zabrałem się za przechodzenie AC: Black Flag. To wciąż jedna z lepszych produkcji w jakie grałem i zaraz obok dwuwymiarowych Raymanów najlepsza rzecz, jaka wyszła spod szyldu Ubisoft. W sumie jak tak będę odpalał gry które już ukończyłem, to chyba nigdy tych trzynastych Fajnali nie skończę. Chociaż może dobrze mi taka odskocznia zrobi, bo mam ich lekko dość.
  17. 3 points
  18. 3 points
    Z nowymi częściami bym nie szalał, bo raz że ceny RAMu i płyt głównych (dokładniej brak tanich płyt pod Coffee Lake) nie zachęcają, dwa że dostępność procesorów też pozostawia nieco do życzenia (i5-8400), a trzy - i5 (3450, 3470, 3550, 3570)/i7 (3770, jeżeli trafi się gdzieś w niezłej cenie) na obecną płytę kosztują obecnie niemal śmieszne pieniądze, a zapewniają jeszcze całkiem satysfakcjonującą wydajność. Naturalnie jeżeli komputer jest nadal wyposażony w 4GB RAMu, to wypadałoby go rozszerzyć - raczej celowałbym w pojedynczą kostkę 8GB o parametrach nie gorszych od obecnej. Jeżeli zaś chodzi o zasilacz - VP-450 mocą nie imponuje, ale pewnie od biedy powinien wystarczyć. Zakładając, że chcesz jednak coś z wyższej półki, a procesor i RAM nie uszczuplą przesadnie budżetu, najtańsze opcje (Vero L2 500W/L2 600W/M2 600W, CX450M) bym sobie odpuścił i rozważał Supremo L2/M2 550W (@Orion Bitfenix Formula Gold?), TX550M, czy nawet Corsair RMX, SS Focus Plus Gold, ew. BitFenix Whisper M w wariancie 550W (czy 650W, jakby dopłata była śladowa).
  19. 3 points
  20. 3 points
    Na górze forum masz belkę z avatarem, nickiem itp. Kliknij na nick, a otworzy ci się okienko z paroma opcjami. Wybierz Ustawienia konta. Tam znajdź "Podpis" i ustaw se co chcesz.
  21. 3 points
    Podlinkuję jeszcze dwa zbiorcze testy większej ilości modeli (choć akurat Xtreme'a tam nie ma): #1, #2 Palit JS/SJS pod względem kultury pracy wypada bardzo dobrze, problem w tym, że nie trzyma stabilnych taktów, co może negatywnie wpływać na płynność wyświetlanego obrazu (choć może Palit coś z tym w międzyczasie zrobił). Pytanie, czy głośność układu chłodzenia pod obciążeniem rzeczywiście jest dla Ciebie aż tak istotna (póki nie mówimy o konkretnych suszarkach)? Zdecydowana większość modeli jest bezgłośna w spoczynku, a jeżeli słusznie się domyślam, że na procesorze masz boxowy cooler, to pewnie pod obciążeniem i tak to on będzie wiódł prym w generowaniu decybeli. Dużo wyżej taktowany SJS kosztuje 10 zł więcej.
  22. 3 points
    Lol, gościu, każe ci ktoś czytać moje posty? "Po co" pisze się oddzielnie.
  23. 3 points
  24. 3 points
  25. 3 points
    Bioshock Infinite to jazda fabularna jazda bez trzymanki i nie jest teoretycznie bezpośrednio powiązany z poprzednimi częściami tj. ich znajomość nie jest niezbędna do zrozumienia (bo i tak nie zrozumiesz co się tam odwala). W praktyce powinieneś jednak zagrać chociaż w pierwszego Bioshocka, żeby w pełni docenić Infinite, a już zwłaszcza DLCki do niego jeśli cię najdzie. Pierwszy Bioshock to i tak bardzo fajna gra, polecam.
  26. 3 points
  27. 3 points
    Szczerze mówiąc nie wiedziałem o tym. Ale to tylko pokazuje, jak dupnym tworem jest ten cały uplay.
  28. 3 points
    co z tego że są jak bez konta uplay w nie nie zagrasz na stimie
  29. 2 points
    To nie jest gra jak Baldur. Nie klikasz tam myszką ani nic. Pierwsze dwie części mają specyficzny system walki. To znaczy - nie ma przycisku odpowiadającego za atak. Zamiast tego trzeba podejść do wroga tak nie bezpośrednio od przodu, tylko tak bokiem. Wtedy ty zadasz mu obrażenia, a on tobie nie. Bohater sam tnie potwora bez twojego udziału, ty musisz tylko iść na niego. W Ys Origin to już jest standardowy powiedziałbym japoński hack'n'slash. Jest to zdecydowanie najłatwiejsze Ys w jakie grałem. Tak czy siak serię polecam. Czekam na przeceny kolejnych części, żeby kupić. Ale ja nie o tym miałem... aha! Kiedyś pytałem tutaj o to, w jakiej kolejności grać, polecono mi zagrać od Origin. No i myślę, że to był błąd. Origin dzieje się jeśli mnie pamięć nie myli kilkaset lat przed pierwszym Ys i ma wiele nawiązań do dwóch pierwszych części, które wyszły najpierw. Jakbym mógł cofnąć czas, zagrałbym najpierw w Ys I i II a potem w Origin. Cóż... Tak jak wcześniej wspomniałem, na pewno polecam i pozdrawiam. W pierwszych dwóch częściach trzeba się przyzwyczaić do dziwnej mechaniki, ale to kwestia kilku godzin z grą. Potem jakoś leci.
  30. 2 points
    Ogłoszono edycje fizyczne Life is Strange: Before the Storm, czyli przykładu na to jak Square Enix nie umie w serie (bo oryginalne LiS to kosa, a o BtS nasłuchałem się dużo złego). Najdroższa edycja zawiera płyty winylowe z OST-em i jednocześnie kosztuje 69,99 euro, na rynku ma się też pojawić edycja limitowana za 39,99 euro z artbookiem, soundtrackiem na CD oraz samą grą (elementy tej edycji będą też w edycji z winylami). Ma się tez pojawić sama gra w pudełku bez innych dodatków. Data premiery to 9 marca 2018. Źródło: http://lifeisstrange-blog.tumblr.com/post/169851515730/announcing-the-farewell-release-date-boxed
  31. 2 points
    ...o czym zreszta jest informacja w pismie na stronach z opisem pelniakow.
  32. 2 points
    Na kody.cdaction.pl musisz założyć NOWE konto, gdyż to, z którego piszesz na forum, nie jest do niego przypisane.
  33. 2 points
    Kupiłem sobie Final Fantasy XIII i XIII-2. Bo czemu nie? Mam tylko milion pińćset gier do ogrania, połowę z nich zaczętych, ale była okazja, to se kupiłem. I teraz pobieram XIII. 50 giga do pobrania. No i podobno kilka długich pierwszych godzin służy za tutorial, więc... Aha, nie mam teraz za bardzo czasu na granie. Znaczy mam, ale przez to będę zaniedbywał inne obowiązki... Czemu ja to tutaj piszę, to się nadaje do żali... Problem w tym, że się cieszę z tego zakupu i zobaczymy, ile godzin utopię w świecie z tej edycji Finala. Jeszcze tylko Lighting Returns mi brakuje, ale nie sądzę, żebym obie trzynastki przeszedł tak szybko, więc...
  34. 2 points
    E tam, wieczorem bardzo przyjemnie się czytało różne gównoburze czy poradniki Metalusa o życiu Żałuję, że LJ wzięło i umarło bo fajnie tutaj było
  35. 2 points
    Nieśmiertelność. Czy jest ona błogosławieństwem, czy raczej klątwą? Ile jest w stanie poświęcić człowiek, by ją posiąść? Ile jest w stanie uczynić, by wreszcie z niej zrezygnować? I najważniejsze. Cóż może zmienić naturę człowieka? W tę legendarną produkcję dane mi było zagrać na dosyć późnym etapie mego względnie niedługiego żywota. Nie czuje jednak żalu, gdyż – już jako w pełni świadomy odbiorca – mogłem lepiej zrozumieć jej przekaz, oraz docenić ukrytą w historii Bezimiennego (głównego bohatera gry) filozoficzną głębię. A wierzcie mi, jest ona wielka niczym Bajkał. Historia zaczyna się w momencie, gdy nasz protagonista budzi się… w kostnicy. Najgorsze w tym wszystkim jest, że nie ma najmniejszego pojęcia kim jest, ani jak tam trafił. Szybko wita go jednak gadająca czaszka, która od tego momentu będzie jego wsparciem, przewodnikiem, oraz jednym z kilku mogących dołączyć do naszej podróży członków drużyny. Motyw amnezji może wydawać się sztampowy, zwłaszcza że gry zdążyły mocno go wyeksploatować, jednak tutaj niepamięć bohatera jest głównym kołem napędowym całej opowieści. Pierwszym celem naszego bohatera staje się wszak odzyskanie tożsamości, oraz wspomnień, w czym ma pomóc znalezienie zagubionego dziennika. To proste z pozoru zadanie pozwala nam zwiedzić i poznać niesamowite miasto, które obok Bezimiennego można traktować jako drugiego bohatera gry. Sigil – bo tak się owa mieścina zwie – leży na styku tzw. Sfer, będąc jednocześnie bramą do owych „innych światów”, jakimi są Sfery. Jak się prędko dowiadujemy, drzwiami może być wszystko, sęk w tym by odnaleźć odpowiedni klucz… którym też może być cokolwiek, ot nawet garść rupieci. Pieczę nad miastem sprawuje tajemnicza i budząca niepokój Pani Bólu. Jedyne czego się o niej dowiadujemy, to fakt, iż nie lubi mieć wyznawców, nie wpuszcza do Sigil innych bóstw (choć nie do końca wiadomo czy sama takowym jest), oraz że lepiej jej się nie narażać, bo kończy się to mało przyjemną śmiercią. Sigil to miasto które jak dla mnie zapada w pamięć bardziej niż wiele innych growych metropolii jakie dane mi było poznać. Głównie za sprawą bogactwa i różnorodności treści zawartych na dosyć małej przestrzeni, gdyż – co warto wspomnieć – lokacje w Tormencie wcale nie są przesadnie duże. Nie to się jednak liczy. Na każdej ulicy i w każdej dzielnicy czeka tu na nas mnóstwo atrakcji i zadań pobocznych, które wciągną na długie godziny. Ja sam spędziłem zwiedzając Sigil około 20 godzin, nawet przez chwilę nie odczuwając żadnej ciasnoty. Miasto charakteryzuje się też swoimi specyficznymi zasadami i regułami, które dane nam będzie poznać. Jego mieszkańcy również nie należą do pospolitych. Spotkamy tu, oprócz ludzi, przedstawicieli wielu innych mniej lub bardziej rozumnych ras, jednak nie ma co liczyć na typowe dla fantasy elfy, czy krasnoludy. To nie ten adres. Wśród mieszkańców znajdzie się wiele oryginalnych postaci, jak Opłakujący Drzewa, którego martwi fakt ich wymierania w biednej dzielnicy zwanej Ulem, Upadły – będący wyklętym sługa Pani Bólu, a jednocześnie zdolnym tatuatorem, czy Ebb Skrzypiący – były członek Harmonium, który odegra w życiu Bezimiennego pewną rolę. Sigil to też rezydujące w nim frakcje. Każda reprezentująca swoją własną filozofię. Do niektórych z nich możemy nawet dołączyć. To czy wybierzemy nihilistycznych Grabarzy, hedonistycznych Czuciowców, czy może też nie sprzymierzymy się z nikim ma oczywiście pewien wpływ na przebieg rozgrywki. Akcja skupia się głównie na dialogach ze spotykanymi NPC-ami. Muszę przyznać, że są one nawet na dzisiejsze standardy niesamowicie rozbudowane. Na wszystkie rozmowy w Planescape Torment składa się około 800 tys. słów. I faktycznie, ogrom ten czuć nawet w rozmowie z mało istotnymi postaciami, które mają nam do powiedzenia znacznie więcej niż to w grach bywa. Dziś już może bogactwo interlokutorskie nie sprawia aż takiego wrażenia, pragnę jednak przypomnieć, że ta gra ma na karku 18 lat. W tym względzie lekko swoje czasy wyprzedziła. Nieźle próbę czasu znosi też mimo wszystko oprawa. Dzieje się tak za sprawą niebanalnej kreacji świata, i dobrze zaprojektowanym lokacjom. Owszem, nie jest już tak pięknie jak zapewne było przy premierze i mody poprawiające to i owo warto rozważyć, by piksele nie biły po oczach, jednak nie sposób odmówić Tormentowi nieprzemijającego uroku. Złego słowa nie można też powiedzieć o muzyce. Niewiele jest kompozycji tak dobrze współgrających z obrazem i oddziałujących na emocje. A Motyw Deionarry powinien moim zdaniem odsłuchać każdy (w czym rację miał przyjaciel który niegdyś rzekł mi te słowa). Emocje. To chyba najistotniejsze słowo w kontekście Tej gry. Niewiele jest tytułów, które tak silnie potrafią na nie wpływać. Czy to wtedy, gdy dowiadujemy się prawdy o dawnej ukochanej Bezimiennego. Czy wtedy gdy powoli zaczynamy poznawać cenę jego nieśmiertelności, a historia o poszukiwaniu tożsamości staje się historią o poszukiwaniu odkupienia. Czy wreszcie kiedy wielokrotnie wystawione na próbę jest zaufanie do naszych towarzyszy, a my zastanawiamy się, komu można wierzyć. Towarzysze Bezimiennego to również doskonale napisane postaci. O ile w większości drużynowych RPG kompani to tylko dodatkowe miecze, tak tutaj to niemalże istoty z krwi i kości (no, w przypadku Mortego tylko z kości). O ile dziś nie pamiętam zbytnio kto towarzyszył mi przykładowo w Baldur’s Gate, tak drużynę Bezimiennego pamiętam doskonale i raczej szybko nie zapomnę. Bo jak miałbym zapomnieć gadatliwą czaszkę – Mortego, który wspierał dobrym słowem, drobną radą, a w walce wiązanką przekleństw? Jak miałbym zapomnieć enigmatycznego Dak’kona i jego kształtowane wolą ostrze, które nie raz okazało się pomocne w walce? Wreszcie, jak miałbym zapomnieć Annę i Nie-Sławę – towarzyszki o wybitnie przeciwstawnych charakterach i trudnej przeszłości, które postanowiły dzielić z Bezimiennym trud jego wędrówki? Przyznam szczerze, że nawet Tides Of Numenera – duchowy następca Planescape Torment, dzięki któremu w owo arcydzieło zagrałem – mimo że potrafił mnie zachwycić, nie osiągnął tego poziomu co przodek. Z perspektywy czasu zrozumiałem na czym polega wielkość tego (arcy)dzieła. To nie przestarzała już, a i wcześniej wcale nie wybitna mechanika. To nawet nie wspaniała muzyka i świat gry. Największą siłą Planescape Torment jest dojrzała, wielowątkowa i niezwykle wciągająca historia, oraz emocje, które potrafi w graczu obudzić. Uwierzcie mi. Gdy dojdziecie do końca podróży, poznacie odpowiedź na postawione na początku pytanie - cóż może zmienić naturę człowieka, oraz konsekwencje waszych decyzji zdeterminują ostatecznie los Bezimiennego, wierzcie mi. Nie będzie wam on obojętny. Moim osobistym marzeniem gracza byłoby zagranie w remaster. Nie, nie taki jak Enchanced Edition, która niewiele różni się od oryginału dopakowanego modami. Bardziej w taki zbudowany ponownie za pomocą współczesnych narzędzi (jak silnik na którym działa Tides Of Numenera). Wiadomo że marzenie to raczej się nie spełni. Tym nie mniej, jeśli jeszcze nie miałeś okazji poznać tej wspaniałej produkcji polecam zrobić to jak najprędzej. Nieważne czy wybierzesz wersję oryginalną, czy remake wydany w tym roku. Planescape Torment to po prostu gra, którą warto poznać. Może nawet trzeba.
  36. 2 points
    Perełki to cykl w którym przedstawiam różne, warte moim zdaniem uwagi gry. Nie ważne jaki to gatunek, czy to indyk, czy Triple-A. Ważne jest to, by gra wciągała, była obiektywnie dobra, oraz mogła pochwalić się innymi atutami czyniącymi ją godną polecenia. <OOO> Uwielbiam nordycką mitologię. Skandynawskie sagi o bogach i herosach mają w sobie to coś, czego brakuje mi u Greków i Rzymian. Może to ten klimat, może coś innego. W każdym razie, cokolwiek - nieważne książka, gra, czy film - mającego związek z nordyckimi klimatami łatwo znajduje moją uwagę. Nic więc dziwnego że Jotun - autorstwa Thunder Lotus - zaciekawił mnie samym tytułem. W grze wcielamy się w Thorę. Ta nosząca imię po bogu piorunów wojowniczka miała pecha zginąć śmiercią niegodną jej profesji, przez co nie może dostąpić zaszczytu wejścia do Valhalli. Dostaje jednak swoją szansę. Jeżeli uda jej się pokonać pięciu potężnych Jotunów, oraz zdobyć uznanie i przychylność bogów, zostanie wpuszczona. Zadanie oczywiście proste nie jest, no ale Thora to nie jakaś tam pierwsza lepsza śmiertelniczka... właściwie to już w ogóle nią nie jest bo nie żyje, ale to szczegół. Pierwsze co mnie zaskoczyło to prostota mechaniki. Wachlarz ruchów naszej rudowłosej pani wiking jest, jakby to rzec, podstawowy. Mamy do wyboru szybkie, ale słabe machnięcie toporem, powolne lecz potężne machnięcie toporem, a także unik. Nie ma tu zbytnio rozwijania statystyk, ni ekwipunku. Broń Thory towarzyszy jej od początku do końca przygody. Tym nie mniej, jak to mawiają mędrcy. Nie topór się liczy, a wojownik, który go dzierży. Jotun to jedna z tych gier, które są proste w opanowaniu, ale wymagają skilla w mistrzowaniu. Odpowiednie wyczucie czasu na wyprowadzenie ataku, unik, czy kontrę, a także dobre pozycjonowanie i obserwacja otoczenia to podstawa sukcesu w walce... której nie ma tu zbyt dużo. Gdyby nie fakt, że czasem natrafimy na jakichś pomniejszych niemilców, grze Thunder Lotus byłoby bardzo blisko do Shadow Of The Colosus. Naszym głównym celem są bossowie, jednak żeby do nich dojść musimy zebrać runy stanowiące klucze do ich leża. Eskapady zaczynamy w Ginungagap - otchłani stanowiącej swego rodzaju hub prowadzący do innych lokacji rozsianych w Dziewięciu Światach. Zwiedzić nam przyjdzie różne znane z nordyckiej mitologii miejscówki. Zahaczymy o Svartalheim - dziedzinę krasnoludów, po drodze odwiedzimy jezioro Jormungarda - wielkiego węża z Niflheim, przed którym raczej uciekamy, bo walczyć nie mamy zbytnio szans, wespniemy się także na gałęzie Yggdrassila - Drzewa Światów. Muszę przyznać, że to co zrobiło na mnie najlepsze wrażenie to właśnie lokacje i sam świat gry. Twórcy wycisnęli z dwuwymiarowej, rysowanej grafiki czystą esencję piękna. Miejscówki potrafią zachwycić. Może pod względem level designu geniuszu tu nie ma, wykonane są po prostu dobrze, a każde czekające na nas wyzwanie jest czytelne i zrozumiałe, tym nie mniej na płaszczyźnie wizualnej jest cudnie. Jotun stawia główny ciężar opowiadania na środowisko. Doskonale sprawuje się tu kamera, która w odpowiednich momentach oddala się pokazując majestat danego miejsca, i podkreślając jak mała wedle ogromu tego wszystkiego jest Thora. Sama wojowniczka często komentuje to co mijamy przybliżając nam co nieco świat gry, i skandynawskie mity. Warto wspomnieć tutaj, że twórcy, by jeszcze bardziej pogłębić klimat zdecydowali, by wszystkie kwestie mówione zostały nagrane po islandzku. Brzmi to fenomenalnie i obok wizualnej strony lokacji jest to moim zdaniem najlepszy element Jotuna. Gra bardzo silny akcent kładzie na eksplorację. Lwia część zabawy to zwiedzanie kolejnych cieszących oko miejscówek. Byśmy jednak nie umarli z nudów zawsze czeka na nas jakieś wyzwanie. A to trzeba znaleźć dźwignie by otworzyć wrota za którymi znajduje się nasz cel. Innym razem czeka nas zabawa w układanie konstelacji gwiazd. A jeszcze innym razem spróbuje nas zatłuc chmara wściekłych krasnoludów z którymi Thora radzi sobie tyle znakomicie, co widowiskowo. Spostrzegawczość też jest tu nagradzana. Po drodze możemy znaleźć ołtarze różnych nordyckich bogów takich jak Freja, Thor, czy Odyn, którzy obdarzą nas częścią swojej mocy, co znacząco pomaga nam w późniejszej walce z gigantami. Znaleźć też można drzewa na których rosną Jabłka Idun, które dla bogów były źródłem nieśmiertelności, a dla Thory stanowią przedłużenie paska zdrowia, co jest niezbędnym wręcz ułatwieniem, gdyż niektóre ciosy wrogów potrafią niemalże zabić wojowniczkę na miejscu. Skoro już o wrogach mowa, powinienem chyba napisać coś o samej walce. Cóż, bynajmniej nie jest ona kaszką z mleczkiem. Jako że tych istotnych oponentów jest niewielu, logicznym jest, iż muszą być oni wyzwaniem. Wszak ich pokonanie jest kluczem do Valhalli. Faktycznie Jotun nie należy do tytułów łatwych, ale nie jest też absurdalnie trudny. Wszystko opiera się na opanowaniu podstawowych ruchów, wyczuciu adwersarza, co też nie jest arcytrudne, gdyż praktycznie każdy atak jest w ten czy inny sposób sygnalizowany (jego uniknięcie to już inna bajka), a także pilnowaniu naszej pozycji na polu walki, co może być nieco trudniejsze, gdyż kamera stara się uchwycić mniej więcej całą arenę, a z racji tego, że każdy Jotun jest przynajmniej tak z dziesięć razy większy niż Thora, to siłą rzeczy jest ona niczym karzełek plączący się pod jego nogami. Nie rozmiar ma jednak znaczenie, a umiejętności, wola walki, i nie ukrywajmy para w łapach. Thora swoim toporem potrafi wyrzucić w powietrze głaz niewiele mniejszy od niej, a jej ciosy dosłownie zmiatają pomniejszych wrogów. Nic więc dziwnego że jest w stanie powalić i większych od siebie Jotunów. W razie potrzeby możemy zawezwać pomoc bogów, jeśli posiedliśmy moce z ich kapliczek. Oczywiście pomoc ta jest znacznie ograniczona, tym nie mniej bardzo przydatna. Dzięki boskiemu wsparciu możemy się dość znacząco uleczyć, na chwilę zwiększyć swoją szybkość lub osłonić się tarczą, czy też wzmocnić kilka następnych ciosów siłą Mjölnira. Moce bogów można ze sobą łączyć, co pozwala na bardzo skuteczne radzenie sobie z adwersarzami. Ci oczywiście nie czekają grzecznie aż ich zatłuczemy, i im bliżej mają do zgonu, tym de facto silniejsi się stają, a wachlarz ich ataków poszerza się o coraz to groźniejsze manewry. Na tych, którzy pokonają Jotunów, i odbiorą swoją nagrodę czeka dodatkowo tryb Valhalli, w którym możemy zmierzyć się z nimi ponownie. Oczywiście wyzwanie jest tu odpowiednio podkręcone, i o ile ścieżkę fabularną na upartego byłbym w stanie ukończyć bez używania mocy bogów, czy może nawet spełniając inne specjalne warunki (za które oczywiście czekają osiągnięcia) o tyle przy trybie Valhalli wydaje mi się to awykonalne (aczkolwiek za takie wyczyny są również stosowne acziki, więc prawdopodobnie się da). Już pierwszy boss, którego za pierwszym razem pokonałem bez najmniejszego problemu tutaj urasta do rangi arcywyzwania i po prostu (dosłownie) wgniata w ziemię. Cóż nikt nie mówił że będzie łatwo. Świetnym uzupełnieniem całości jest bardzo dobra, wpasowana w klimat, i przyjemna dla ucha muzyka. Jest to jeden z tych soundtracków, który słucha się dobrze także poza grą. Jotun to zdecydowanie warta uwagi perełka. Ja sam miałem okazję ograć ją zarówno na PC, jak i na tablecie dzięki usłudze Nvidia Game Stream. Minusem małego ekranu jest oczywiście większa trudność w nawigowaniu naszą wojowniczką w walce (nic w tym sumie dziwnego jak trzeba jej wypatrywać), bynajmniej nie jest to utrudnienie gargantuiczne. Na PC oczywiście takich problemów nie ma. Warto mieć oko na ten tytuł, i to niezależnie od tego czy jest się fanem nordyckich klimatów. To bardzo dobra gra, o wspaniałej oprawie audiowizualnej, i mimo wysokiego (ale uczciwego) poziomu trudności nie frustruje i bardzo wciąga. Jeśli jesteś więc gotów by udowodnić, że miejsce w Valhalli Ci przynależy, graj śmiało. Na pewno będziesz się świetnie bawił. <OOO> Zobacz jak gra wygląda w ruchu: https://youtu.be/LMMHWlOphDQ Mój Kanał YouTube: https://youtube.com/vitharpl Mój Fanpage: https://www.facebook.com/Vitharofficial
  37. 2 points
  38. 2 points
    Ale Tesu, w luźnej się działo kiedyś przez godzinę więcej niż na reszcie forume przez tydzień. Wpisujcie miasta [*] Sosnowiec
  39. 2 points
    Nie lepiej dołożyć i kupić 1030? Nówkę za 300 zł? Sporo dobrych jest Asusa, Ichilla, itd
  40. 2 points
    Może swoje pytanie skieruj nie do Bogu ducha winnych użytkowników tego forum, lecz do twórców tych gier? Mnie umiejscowienie kamery w takim a nie innym miejscu w ogóle nie przeszkadza. Nie widzę problemu. Jeśli dla ciebie to jest taki wielki problem, to chyba nikt nie przystawia ci do skroni lufy pistoletu i nie każe grać w tę grę? Nie chcesz - nie grasz. Jak chcesz pohejtować grę, to udaj się na jakąś stronę dewelopera. Nie wiem, forum jakieś czy co. Tam wyłóż, dlaczego twoja wizja gry jest lepsza. Kto wie? Może cię zatrudnią do następnego projektu?
  41. 2 points
    Padł chyba właśnie nowy rekord mojego braku aktywności tutaj :). Jeżeli ktokolwiek mnie jeszcze pamięta - przez prawie rok mojej nieobecności działo się sporo, pisać oczywiście pisałem, ale zbliżające się coraz większymi krokami dodatkowe literki przed nazwiskiem sprawiają, że ledwie starcza mi czasu na bardziej "zawodowe" klepanie literek. Na blogowanie for fun nie mam już najzwyczajniej w świecie czasu. Cały czas zbierałem się do wrzucenia tu czegoś, ale jakoś nie wychodziło. Na szczęście (czy też nie - zależnie jak na to patrzeć) okazja jednak się pojawiła. Tekst, z którym nie mam po prostu co zrobić. Rzecz pisana była z myślą o papierowym cdactionie i marcowej premierze Fractured but Whole, następnie z pewnych powodów nieopublikowany w okolicach tej udanej już premiery gry. Garść uwag - wersja, którą wrzucam na bloga jest o jakieś 5 tysięcy znaków krótsza, niż oryginał. Pominąłem tu dwie spore ramki - pierwsza to przegląd gier z South Parku, druga to opis przykładowych odcinków nawiązujących do gier. Wrzucę je jutro o podobnej porze w osobnym wpisie, bo wszystko w pakiecie średnio pasuje do blogowej estetyki. Sprawa druga - całość miałem jeszcze w planach nieco zaktualizować przed ostateczną premierą FbW (przykłady pochodzą z poprzedniego sezonu), ale jako że tu nie musimy się spinać... nie spinajmy się, żeby wszystko było dopracowane na maksa. Trzecia sprawa o której wypadałoby wspomnieć to fakt, że tekst był już miejscami przeredagowany przez Papkina. O czym wspominam, bo bez przeczołgania mnie byłby jednak o wiele słabszy. Na koniec - po opóźnieniu gry odłożyłem wymyślenie ciekawego tytułu na później i później nie nadeszło. Stąd tytuł nie jest ciekawy :). ________________________________________________________________________________________________________________________________________________ Znów będzie powtarzać klasę: otton Tej nocy Eric Cartman śnił koszmary o przybyszach z kosmosu. Następnego ranka z jego anusa wydobywały się nie tylko poprzedzające nieprzyjemny zapach dźwięki, ale także ogień. Następnie zaś: przyczepiony do długiego, stalowego rdzenia talerz potężnej sondy analnej, służącej do komunikacji z obcymi. Doprawiając to wszystko toną podwórkowej łaciny, Trey Parker i Matt Stone (główni producenci i scenarzyści South Parku) nie wywołali zachwytu publiczności oceniającej pilotażowy odcinek serialu. Wcześniej emisji odmówiła im telewizja Fox, której nie spodobał się obecny w konspektach Mr Hanky (gadające fekalia)(*). Comedy Central nie było szczęśliwe z powodu atmosfery wokół otwierającego „Miasteczko South Park” pilota, ale nieustannie rosnące zainteresowanie „Spirit of Christmas” (o którym za chwilę) sprawiło, że zdecydowano się przedłużyć umowę na sześć kolejnych odcinków. Autorzy z pewnością odetchnęli z ulgą, bo na przygotowanie około dwudziestominutowej animacji poświęcili 3 miesiące, kilkaset tysięcy dolarów oraz zapewne nabawili się chrypki, podkładając głos pod większość postaci(**). Nie mieli tak jak obecnie dostępu do zaawansowanej technologii. Każdą sekundę animacji stworzono poklatkowo, wycinając wszystko z kolorowego papieru. Nie był to wcale trud skazany na sukces, bo tak naprawdę telewizje nie wykazywały specjalnego zainteresowania kreskówką dla dorosłych w czasach, gdy dużą publiczność gromadziły: inspirowana komiksem animacja o X-Menach, Superman czy przewijający się w kilku różnych cyklach Batman. Dodatkowo obecni na rynku od 1989 roku „Simpsonowie” udowodnili, że widzowie lubią satyrę o familijnym charakterze. Parker i Stone spróbowali jednak czegoś nowego i może dlatego, gdy wywołany przez sondę analną odór wreszcie się ulotnił, serial bił już rekordy popularności. Oh my god, they killed Kenny! Telewizyjna emisja pilota przypada na 13 sierpnia 1997 roku, a pomysł na jego stworzenie kiełkował już od czasów dwóch krótkometrażowych animacji znanych jako „Spirit of Christmas” – z lat 1992 i 1995. Pierwsza z krwiożerczym bałwanem i Bożym dzieciątkiem tylko delikatnie przypomina znaną z „Miasteczka ...” oprawę, ale ma bardzo podobnych głównych bohaterów, nieposiadających jeszcze – z wyjątkiem pierwowzoru Cartmana – imion (***). W kolejnym „odcinku” obserwujemy znany z oryginału kwartet, a z Mikołajem o sens świąt kłóci się Jezus wyglądający już jak gwiazda znanego z South Parku talk-show. W naszej klasie Akcja South Parku rozgrywa się w spokojnym miasteczku w stanie Kolorado. W tutejszej South Park Elementary „uczy” się kwartet głównych bohaterów serialu: Eric Cartman, Kyle Broflowski, Kenny McCormic i Stan March. Początkowo uczęszczają do trzeciej klasy, ale po paru sezonach zdają do następnej, a z czasem w szkole pojawiają się również młodsi uczniowie. Przyjaźniący się Kyle i Stan to postaci z grubsza wzorowane na twórcach kreskówki. Pierwszy z nich próbuje odnaleźć się w świecie, w którym trwa konflikt pomiędzy tradycją, a nowoczesnością. Stan jest bardziej zdystansowany, próbuje wyciągnąć z każdej sytuacji jakąś naukę. Kenny pochodzi natomiast z patologicznej rodziny i posługuje się w mowie specyficznym, trudnym do zrozumienia bełkotem (dzięki temu jest jedynym bohaterem, którego bluzgi nie są zagłuszane). Cała trójka doświadcza drwin ze strony Erica Cartmana. To otyły, ksenofobiczny osobnik przekonany o własnej nieomylności, w wielu odcinkach występuje w charakterze antagonisty. Często odgrywa rolę próbującego przejąć władzę nad grupą Jacka z „Władcy Much” – powieści Williama Goldinga, przedstawiającej grupę ocalałych z katastrofy grupy chłopców, próbujących wydostać się z bezludnej wyspy. Przedstawiany w ironiczny sposób fan Adolfa Hitlera cechuje się niebezpieczną zdolnością manipulacji, co pozwala mu czasami przekonać inne dzieci do własnych pomysłów, zwykle inspirowanych wydarzeniami na świecie. Make America Great Again Ano właśnie, jedną z głównych przyczyn sukcesu serialu jest to, że dzięki profesjonalizacji produkcji, może on ukazywać aktualności z bardzo niewielkim, jak na kreskówkę, opóźnieniem. Nie mniej istotna jest forma – wszystko kryje się pod płaszczykiem dowcipu, skonstruowanego jednak tak, by był czytelny dla śledzącego media odbiorcy. W South Parku obrywa się wszystkim, którzy w jakiś sposób sobie na to zasłużą, nieważne czy są celebrytami, politykami czy fanatycznymi przeciwnikami glutenu. Często przewijają się także tematy związane z gamingiem (patrz ramka). Najnowszy sezon zdominowały wybory w USA, gdzie do pojedynku z Hillary Clinton staje szkolny nauczyciel Mr. Garrison, będący w rzeczywistości przekolorowaną wersją Donalda Trumpa. Bez wahania łamie on wszelką poprawność polityczną swoimi wypowiedziami pokroju „chcę wyj**** wszystkich czarnuchów”. Problematyczny okazał się odcinek powyborczy, bo autorzy musieli rozpocząć pracę nad nim jeszcze przed ogłoszeniem wyników głosowania. W pierwszej wersji zatytułowany został „The Very First Gentleman” i powstawał przy założeniu, że wygra Hillary Clinton – istotnym motywem miał być wpływ zwycięstwa na życie jej męża Billa, byłego już prezydenta USA. Ostatecznie odcinek ukazał się jako „Oh, Jeez” – zniknęły z niego sceny radości z udziałem wyborców Hillary. Pojawiło się za to zbiorowe niedowierzanie, samobójstwa i Mr. Garrison (oczywiście odpowiednio uczesany), który rozpoczyna wizytę w Pentagonie od pytania „to teraz już mogę robić co tylko k**** zechcę?” Biiip! Kontrowersyjna tematyka serialu to oczywiście ryzyko licznych ingerencji cenzury. Comedy Central zgłasza twórcom, które sceny uważa za niestosowne, ale zwykle i tak odcinki emitowane są w niezmienionej formie. Nowe sezony powstają na bieżąco i trafiają do władz stacji ledwie parę godzin przed emisją, więc najczęściej nie ma już czasu na wprowadzenie zmian. Jednym z niewielu przypadków cenzury był dwusetny odcinek, w którym pojawiła się przebrany za niedźwiedzia Mahomet. Mimo kostiumu, tożsamość postaci zdradzał krótki dialog, który w finalnej wersji zagłuszono. Comedy Central usprawiedliwiła swoją decyzję tym, że tworzenie karykatur proroka nie jest akceptowane przez Islam, ale autorom scenariusza wcale nie chodziło o nabijanie się z wiary. W „200” ważną rolę odgrywa grupa aktorów, którzy odczuwają zmęczenie z powodu drwin fanów. Próbują posiąść specjalną moc sprowadzonego do South Parku Mahometa, polegającą na tym, że nikt nie może z niego zadrwić. Parker i Stone chcieli wypunktować w ten sposób wybiórcze traktowanie wolności słowa. Ocenzurowanie odcinka doprowadziło do sporego zamieszania, m.in. kampanii społecznej, zachęcającej do rysowania karykatur proroka. W mediach powróciło stawiane we „Władcy Much” pytanie – czy strach nie oznacza, że rezygnujemy z wolności. Poparcie dla twórców serialu wyrazili także autorzy „Simpsonów”, umieszczając w jednym odcinku napis „Stanęlibyśmy po waszej stronie, ale troszkę się boimy”. W obliczu faktu, że na kilka tygodni przed zamachami z 11 września, CC nie miało nic przeciwko „Super Best Friends” (odcinek ukazujący Mahometa w turbanie, strzelającego płomieniami), jest to bardzo celny komentarz. O szatanie i scjentologach Bliskie wycofania było też „Trapped in the Closet” z 2005 roku, w którym Stan wierzy w to, że jest reinkarnacją L.R. Hubbarda, guru sekty scjentologów. Wtedy sponsorujący modne w Hollywood „wyznanie” Tom Cruise zagroził, że jeżeli odcinek zostanie wyemitowany, odmówi promocji na Comedy Central filmu „Mission Impossible III”. Ostatecznie twórcy serialu postawili na swoim, a Matt Stone wspomina sytuację tak.: „To prawda, że nie jesteśmy tak sławi jak Cruise, ale [...] od 10 lat robimy kolejne odcinki Miasteczka South Park. Jeśli nie przywróciliby tego odcinka na antenę [...] zerwalibyśmy z nimi współpracę”. Od tamtej pory Cruise stał się „ulubieńcem” producentów, przedstawiających go często jako zmanipulowanego megalomana. „Trapped in the Closet” miało być za to przyczyną zerwania współpracy z ekipą przez Isaaca Hayesa (głos serialowego kucharza-erotomana), który również identyfikował się ze scjentologami. Od tego momentu jego kwestie przez jakiś czas były sklejane ze starych taśm(****). W opałach było filmowe „Miasteczko South Park”, które musiało przejść weryfikację MPAA (takie kinowe PEGI). Pracownicy stowarzyszenia mieli sporo uwag – co ciekawe, głównie do scen pełnych komiksowej przemocy, podczas gdy zaakceptowano seks szatana z Saddamem Husajnem – ale po premierze twórcy stwierdzili, że „wraz z poprawkami, scenariusz stawał się coraz bardziej wulgarny”. Lek na całe zło Serial jest na antenie od 19 lat i jeżeli nie przytrafi się jakaś katastrofa, nie zniknie przynajmniej do 2019 roku. Amatorski projekt na przestrzeni dwóch dekad stał się tworzoną przez 70 osób superprodukcją i jedną z najbardziej dochodowych kreskówek w historii. Brak co prawda dokładnych danych o zyskach samego CC, ale fakt, że na produkcji serialu Parker i Stone wzbogacili się 300 milionów dolarów mówi już bardzo dużo. Tak długi żywot zapewnił sobie nie dzięki pięknym animacjom, ale dzięki temu, że jego twórcy jako nieliczni opowiadają o współczesnym świecie bez ukrywania tego, co niewygodne. Niegasnąca popularność serialu każe zadać sobie pytanie – czy we współczesnych grach, kinie czy telewizji wszystko można powiedzieć, nie narażając się na lincz? Może inaczej South Park nie byłby już nam potrzebny. _____________________________________________________________________________ (*) – Początkowo nie była to, jak teraz, postać epizodyczna – serial miał nazywać się „Mr Hankey Show”. Włodarze Comedy Central nie przekreślili tego bohatera całkowicie, ale zasugerowali twórcom South Parku, że woleliby grupę dzieci jako głównych bohaterów. (**) – To aktualna wciąż tradycja, ale w serialu usłyszymy też np. George’a Clooneya, któremu przydzielono rolę... homoseksualnego psa. Aktor przyczynił się znacząco do promocji serialu, pokazując viralowe „Spirit of Christmas” swoim sławnym kolegom, a następnie sam poprosił twórców o jakąś rolę. W filmie pełnometrażowym z 1999 roku, Trey Parker odstąpił mu natomiast postać doktora Gouache. (***) – Cartman nazywał się w „Spirit of Christmas” Kenny. Uległ tam śmiertelnemu „wypadkowi”, tak samo jak znany z serialu chłopak w pomarańczowej bluzie (noszący to samo imię) w wielu początkowych odcinkach. (****) – Chefa upamiętniono także w Kijku Prawdy. Pojawia się tam
  42. 2 points
    Lepiej weź jeden z tych zasilaczy od Bulleta, platforma CWT GPM w Thermaltake'u źle znosi szybko zmieniające się obciążenia mocniejszych kart graficznych i potrafi wyłączać ludziom komputery pod obciążeniem.
  43. 2 points
    Nie grałem w Infinite więc nie pomogę, ale raczej nie musisz. Jesli już coś jest to raczej nawiązania, ale jak mówię- głowy nie dam. Arturzyn z 2013 roku: "Hurr durr nigdy nie będę kupowal gier na Steamie". Arturzyn z 2017 roku: "Ok wydałem stowe na 8 gier jeszcze tylko 4 dyszki na kilka tytułów i koniec..."
  44. 2 points
    Dzięki - chętnie poszukam . No, u mnie najdalej to był 1956 rok - i to tylko dlatego, że moja nauczycielka w liceum praktycznie pominęła I Wojnę. Ale fakt - niepotrzebnie uczymy się tyle czasu o wojnach punickich i innych takich. Warto to wiedzieć, ale powtarzać to aż trzy razy przez całą edukację? Bezsens. Taa, "bostońska herbatka" pojawia się niekiedy, ale bez jakiegokolwiek kontekstu. I chyba nic więcej o USA... Cóż, jestem zdania, że nauczanie historii naszego kraju jest potrzebne - choćby, by ludzie wiedzieli jakimi postaciami i wydarzeniami posługują się różne grupy i politycy w naszym kraju. Tylko tu pojawia się pewien problem - światopogląd. A, niestety, nauczyciele historii nie podają faktów dotyczących ważnych osób - bo chyba się boją... Nie wspominając już o tym, że taki okres II RP i PRL niemal nie istnieją w nauczaniu. A szkoda - bo to akurat jest bardzo ważne dla współczesnych dziejów Polski - nawet tych, które mamy przed oczami. Zobaczymy - póki co nie mam zupełnie zdania odnośnie tej reformy, ani podstawy programowej - zwyczajnie jej nie znam (a niezbyt się tym interesuję, bo nie mam w najbliższej rodzinie nikogo w wieku szkolnym...).
  45. 2 points
    "Republika Piratów" Colin Woodard wydawnictwa SQN. Jeżeli szukasz dokładnych informacji. Niestety, ale w szkole niewiele mówi się o tych naprawdę ciekawych wydarzeniach z historii. Co najmniej 2 razy: starożytność, pobieżne średniowiecze bo czas goni, coś tam z późniejszych epok, jak do 1 wojny światowej dojdzie to już trza kończyć, a zaczepienie czy dokładniejsze przerobienie 2 wojny światowej to już pedagogiczny sukces - czasów powojennych prawie nikt nie daje rady już ruszyć. Historie obu ameryk (północna to obecnie jedno z najważniejszych państw świata, a południowa to przez długi okres kolonialny tygiel wywołujący co chwilę jakąś nową wojnę), czy takiego cesarstwa chińskiego (bez którego nasza cywilizacja byłaby zupełnie inna) są po prostu pomijane (czasem coś się powie o wojnie o niepodległość czy secesyjnej). Bo przecież najważniejsze jest ciągle nawijać po raz n-ty jak Polacy bohatersko walczyli w kolejnych powstaniach. Nieudanych i z historycznego punktu widzenia tragicznych w skutkach trzeba dodać, co ciekawe o powstaniu Śląskim - jednym z tych "udanych" dowiedziałem się nie ze szkoły, ale później czytając wikipedie Podejrzewam, że obecna reforma edukacji niewiele zmieni w tym aspekcie.
  46. 2 points
    Wyobraźcie sobie połączenie takich gier jak Doom, Soldier of Fortune, Mafia, GTA, Postal 2, dowolny erpeg i wielu, wielu innych tytułów. O czym piszę? O pewnej produkcji, która w 1999 wyszła z rąk ludzi ze studia Xatrix, autorów Redneck Rampage i jednego z dodatków do Quake'a II. Oto przed Wami Kingpin: Life of Crime. Taki jest wyrok ulicy Pamiętam swoje początki z tym tytułem. W lutym 2009 roku, uradowany faktem, że wreszcie posiadłem ową gierkę, zacząłem rozgrywkę. Grafika – mimo że już wtedy leciwa – za bardzo nie odstraszyła, tym bardziej, że z ekranu wylewał się naprawdę niezły klimat. Idę przed siebie – para gangsterów kłóci się ze sobą. Omijam ich i natrafiam na zbirów uzbrojonych po zęby. Naruszając ich teren, otworzyli do mnie ogień. Za pierwszym razem zginąłem, bo miałem tylko gazrurkę. Przy następnej próbie poszło mi lepiej, ale poziom zdrowia nie napawał optymizmem. Do gry, już spatchowanej, wróciłem po pięciu latach od czasu pierwszej przygody z Kingpinem. Ale czym właściwie jest ten tytuł? Czas zemsty Głównym bohaterem jest anonimowy przestępca, który pewnego razu zostaje skatowany przez ludzi tytułowego Kingpina. Na ich nieszczęście, nasz (anty)bohater przeżywa i poprzysięga zemstę na swoim byłym "pracodawcy". Zadaniem gracza będzie pokierować rzezimieszkiem przez kilka leveli, gdzie będzie czyhać niebezpieczeństwo, śmierć, zepsucie, brud, smród i zero jakichkolwiek uczuć, litości. Jednym słowem: piekło. Upadek moralności Czas akcji nie jest dokładnie znany. Na pewno mamy do czynienia z połączeniem stylistyki lat 20./30. oraz 80./90. Dlatego też Kingpin jest przesiąknięty klimatem m.in. czasów amerykańskiej prohibicji, ziomalskich blokowisk oraz nocnych klubów, a wszystko to z nutką dekadentyzmu i stylu noir. Klimat występuje tu nie tylko pod postacią zaśmieconych uliczek z pijakami i dziwkami czy mrocznych pubów, ale i muzyki. Ścieżka dźwiękowa zawiera sześć utworów z albumu pt. IV hip-hopowej grupy Cypress Hill – trzy piosenki, każda w dwóch wersjach (oryginalna oraz akustyczna). Największą moją sympatią cieszy się zwłaszcza kawałek "16 Men Till There's No Men Left" – bardzo polecam. Na dodatek sama gra jest brutalna: litry krwi, deformacje ciała oraz cięty język, w którym co piąte słowo to ”[beeep]”. Zdecydowanie nie jest to tytuł dla dzieci. W drodze po władzę Rozgrywka w Kingpinie, jak na rok 1999, była całkiem urozmaicona i w ciekawy sposób przemyślana oraz zaprojektowana. Oprócz wybijania w pień wszystkich wrogów, większość poziomów (które dzielą się na jeszcze mniejsze poziomy) jest oddana graczowi "do dyspozycji". Można się swobodnie przemieszczać po ulicach, rozmawiać z przechodniami, wchodzić do lokali (chyba że reputacja wśród lokalnej społeczności jest poniżej zera). Od niektórych NPC-ów otrzymujemy proste questy. Za ich wykonanie otrzymujemy gotówkę, którą możemy przeznaczyć na zakupy w sklepie oraz wynajęcie zbirów, którzy będą nas chronić przed ludźmi Kingpina. A dostępny arsenał jest całkiem pokaźny: od rurki i łomu, przez pistolety, strzelbę i kaemy, kończąc na bazooce i miotaczu płomieni. Z życia przestępcy Generalnie rzecz ujmując, Kingpin: Life of Crime to całkiem ciekawa pozycja. Pomimo już przestarzałej oprawy wizualnej, początkowo wysokiego poziomu trudności oraz banalnych dialogów, gra potrafi wciągnąć. Pewna nieliniowość, klimatyczna ścieżka dźwiękowa, wizja brutalnego i upadłego świata, frajda ze strzelania, ciekawie zaprojektowane poziomy oraz znośna fabuła – to wszystko przekłada się na pozytywny odbiór tytułu. Ponadto dostępny jest tryb multiplayer – niestety nie było dane mi go przetestować (serwery zostały już dawno temu wyłączone); ale coś czuję, że całkiem by mi się przyjemnie grało z innymi żywymi graczami (może uda mi się kogoś przekonać do partyjki przez Hamachi…). Niestety, wraz z dalszymi postępami w grze, cała ta przyjemność i nastrój powoli uciekały, a samo zakończenie nie dało mi ogromnej satysfakcji – było takie "beznamiętne" (w sumie jak wiele endingów w innych starych grach). No i jest to w sumie gra tylko na raz. Niemniej fanom staroszkolnych FPS-ów jak najbardziej mogę polecić Kingpina.
  47. 2 points
    Ostatnio czytałem książkę "Republika Piratów". Gość, który ją napisał był konsultantem historycznym w Black Flag i po lekturze postanowiłem sobie odświeżyć moją ulubioną część serii. Naprawdę się zdziwiłem jak wiele z ważniejszych postaci w grze jest wzorowana na prawdziwych osobach
  48. 2 points
  49. 2 points
    Ciekawy wpis. Szkoda, że nie trafił na łamy CDA.
  50. 2 points
    Ale co z tego? Gość ma po kilkadziesiąt obejrzeń, przy tej jakości nagrań i poziomie zawartości wiecej nie uzbiera. Niech sobie siedzi, nagrywa, niech się spełnia. Czy ma nierówno pod kopułą? Być może, ale youtube ma to do siebie że każdemu daje miejsce, nawet takiemu jak on a to widzowie głosują na jego kontent swoimi obejrzeniami. A ty linkując go i robiąc wokół niego dramę wyświadczasz mu przysługę bo nabiją mu się wyświetlenia i na zasadzie kuli śniegowej wypromujesz go tak samo jak ludzie wypromowali DanielMagicala który jest rzeczywiście rakiem youtuba bo tam wprost się robi show z patologii. Albo Zoie Burgher która jest zwykłą szmatką i jej miejsce jest na porno webcamach a nie youtube i to przy growym kontencie który przyciąga dzieciaki. Do tego jest mnóstwo crapowych kanałów z np. lekko niepełnosprawnymi dziewczynami które kupują najtańsze kosmetyki na bazarze i sklepie za 4zł je testują. Albo te dzieciaki co rzucają klawiaturą czy padami. Te filmiki nigdy nie powinny przekroczyć 100 obejrzeń a idą w setki tysięcy bo ludzie wyśmiewając czy robiąc wokół nich dramę sami napędzają oglądalność. Dlatego ten gościu powinien być olany i zapomniany a ty nie wiedzieć czemu wchodzisz na jego filmiki, z kumplem pewnie żeby sobie z niego pośmiać i macie jeszcze żal że was banuje. Ludzie, bądźcie dorośli (no chyba że nie jesteście) i dajcie facetowi spokój. Oglądajcie to co warto oglądać a nie jakiegoś gościa co nagrywa kartoflem jak siedzi na internecie.