Skocz do zawartości

Blogi

Polecane wpisy

  • CorniC

    Różne oblicza Geralta

    Przez CorniC

    Świat wykreowany przez Andrzeja Sapkowskiego to diament literatury. Wiem, że stwierdzenie to zakrawa na, bezpodstawny osąd wynikający w dużym stopniu z tego, że Wiedźmin został wykreowany w naszym kraju i przemawia przeze mnie patriotyzm, przysłaniające inne za i przeciw. Ja jednak zawsze będę uważał, że największą wadą tego uniwersum jest to że nie powstało w USA, przez co nigdy nie wybije się w takim stopniu jak inne marki tego nurtu. Nie lubię Władcy Pierścieni (choć serię doceniam), nie trawię również gry o tron. Są to mimo swej ,,brutalności" światy dosyć ugrzecznione i w zasadzie ukazują to co dzieje się na szczytach władzy. Saga Sapkowskiego zawsze miała szerszy ogląd na sytuacje, ukazując zarówno komnaty królów, jak i zapadłe wioski, ukazywała brud, zepsucie i specyficzną mozaikę kulturową królestw północy. Jestem fanem świata Wiedźminskiego, nie tylko w rozumieniu kolejnych komputerowych inkarnacji Geralta, ale wszystkiego co czerpie z tego świata. Świat wiedźmina doczekał się już wielu prób przeniesienia go na płaszczyznę wizualną. Mieliśmy komiksy, film, czy wreszcie serię gier CDP Red. Każdorazowo świat królestw północy starano się przedstawić w inny sposób, różnie to bywało z poszanowaniem materiału źródłowego. Z resztą sam Sapkowski nie jest postacią z którą współpracuje się łatwo, a od paru lat kwestia wiedźminskiego świata jest dla niego sprawą drażliwą. Niemniej cechą wspólną większości adaptacji opowiadań i sagi jest bardzo swojski humor w nich zawarty. Czasem ,,dzieła" te były wątpliwej jakości, innym razem nie były złe, ale nie spotkały się ze zrozumieniem fanów, ale zdarzył się w tym gronie jeden sukces na skale światową... na prawdę muszę mówić o czym mowa? Pierwszą próbą ukazania jak wygląda świat Geralta z Rivii były komiksy ilustrowane przez Bogusława Polocha i ze scenariuszem Macieja Parandowskiego, ten ostatni ponoć konsultował się w trakcie tworzenia historii. Nie do końca można zauważyć wskazówki autora sagi, bo obaj twórcy komiksu dorzucili od siebie naprawdę dużo i nie spotkało się to ze zbytnim aplauzem fanów, a i sam Sapkowski odciął się od komiksu (jak chyba od wszystkiego co opierało się na sadze). Komiksy koncentrowały się na opowiadaniach ze zbiorów Ostatnie Życzenie i Miecz Przeznaczenia, a także spin offu Droga z Której Się nie Wraca, ponadto duet jeden z albumów oparł na autorskim pomyśle.. Świat wykreowany w komiksach Polocha i Parandowskiego, był światem pełnym baaardzo polskiego humoru, ale też pozwalającym wyobrazić sobie jak wygląda Wyzmia, czy Blaviken. Co istotne autorzy rozwinęli losy znanych z kart opowiadań postaci, wplatając je w tło opowiadanych historii, jak również rozwinęli kwestię o których Sapkowski tylko napominał, jak choćby Bobrołaki i Varany, początek segregacji rasowej elfów, czy wiedźmińskiego szkolenia. Chwała im za odwagę, choć nie zawsze spotykało się to z aprobatą czytelników to uważam, że ten komiks był kamieniem milowym, wszak pokazał ile w samych opowiadaniach jest drzemiącego potencjału, a były to jeszcze czasy przed sagą. Osobną kwestia jest strona wizualna, bo Poloch w bardzo kontrowersyjny sposób ukazał samego Geralta, Jaskra (któremu bliżej do Zamachowskiego, niż do książkowego odpowiednika), czy choćby w bardzo specyficzny sposób ukazywał anatomię elfów. Rysunki zdecydowanie nie były najmocniejszą stroną tego komiksu pod kątem warsztatu, ale dołożyły swoja cegiełkę do budowania świata Wiedźmina. Po komiksie przyszła kolej na kolejne uderzenie wiedźmińskiego miecza, a przyznać trzeba, że do najostrzejszych on nie należał. Oto defilada marnych efektów specjalnych: gumowe potwory, smoki rysowane w paincie, czy choćby kadrowanie w taki sposób by nie pokazać z czym Geralt walczy. Do tego dodać trzeba dosyć kontrowersyjny dobór aktorów; choć w kilku przypadkach nalezy oddać sprawiedliwość, że te nieoczywiste wybory całkiem zgrabnie kreowały postacie. Gwoździem do trumny filmowego Wiedźmina, był jednak scenariusz dziurawy jak ser szwajcarski, niemal olewający książkowy dorobek i po prostu głupi. Ja osobiście lubie pulpowe historie, nakręcone czasem tanim kosztem, ale to co prezentował sobą ten gniot było naprawdę ciężkie do oglądania. Calikiem dobrzy aktorzy musieli wygłaszać drewniane dialogi, ubrani w rosyjski cosplay. Nie zawiodła tu tylko muzyka Krzesimira Dębskiego, no i może jeszcze duet Żebrowski-Zamachowski, Geralt mimo katany na plecach wyglądał i zachowywał się całkiem nieźle, a Zamachowski dodawał tej siermiężnej produkcji nieco uroku i lekkości. Najbardziej bolał jednak w tym filmie brak jakiejkolwiek chemii w kontaktach Yenn z Geraltem. Film i serial, bynajmniej nie sprawił że koniunktura na Wiedźmiński świat się poprawiła. Mimo to pojawiła się grupa ludzi którzy jeszcze pod koniec lat 90 postanowili stworzyć grę wideo. Samo powstanie gry zasługuje na osobny artykuł. Ale bezapelacyjnie, trzy części wiedźmińskiej sagi zredefiniowała ,,wygląd" tego uniwersum. Dostaliśmy królestwa północy, bohaterów z kart powieści i zupełnie nowe równie charyzmatyczne persony. Projektanci CDP Red stworzyli świat idealnie wpasowujący się w książkowy klimat, dostaliśmy specyficzny obraz końca średniowiecza z fantastycznym szlifem. Czy ktoś dzisiaj mówiąc Geralt widzi twór Polocha, albo twarz Żebrowskiego? Nie, bynajmniej, a grze udało się nawet przyćmić oryginał i wywołać zazdrość ojca Geralta... Sukces gry doprowadził do powstania dwóch nowych komiksów Racjii Stanu i Domu ze Szkła. Nie wykreowały one jednak nowej wizji wiedźmińskiego świata, ale czerpały z dorobku projektantów gry. O ile pierwszy Wiedźmin nie wciągnął mnie aż tak bardzo, o tyle w kolejnej części ukazany skrawek północy wciągnął mnie, zachwycając od czubka ciżmy, do głowni miecza. Czy więc ewolucja wizerunku świata wiedźmina zakończyła swoją ewolucje? Cóż nie do końca, może teraz trudno wyobrazić nam sobie inny design tego uniwersum, niemniej może pojawi się przełomowy komiks, lub... dobry film? No cóż, pomarzyć można. Ważne by pamiętać, że mimo całokształt dzieła CDP Red jest monumentalny, to nie był jedyny. Zerknijcie na to co było przed Wiedźminem na kompie, nawet jeśli było to nie najwyższych lotów, warto to znać. Przede wszystkim zapraszam do przeczytania Wiedźminskiej sagi, bo wierzcie mi że warto, a i wstyd nie znać, tak ważnej dla polskiego gameingu książki.
    • 4 komentarzy
    • 1960 wyświetleń
  • 9kier

    J.K. Rowling, J. Tiffany, J. Thorne, Harry Potter i przeklęte dziecko. Część pierwsza i druga

    Przez 9kier

    Długo przymierzałam się do napisania tej recenzji, bo też najlepsze, co można zrobić po przeczytaniu Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka, to wyrzucenie go z pamięci.   Siedmiotomowa saga o Harrym Potterze to rzecz fantastyczna i dobrze napisana. Scenariusz stanowi układankę pełną zwrotów akcji i wyrazistych bohaterów, a co najważniejsze – początkowo naiwna fabuła oraz warsztat dojrzewają wraz z uczniami Hogwartu. Przeklęte dziecko to bękart zrodzony ze współpracy Rowling z Johnem Tiffanym i Jackiem Thorne'em. Czarna owca w rodzinnie Potterów. Skok na kasę. Dramat w obu znaczeniach. Harry Potter i przeklęte dziecko nie jest bowiem, w przeciwieństwie do sagi, tradycyjną powieścią, lecz scenariuszem sztuki rzeczonego Thorne'a wystawionej latem na deskach londyńskiego West Endu. W dodatku osadzonym dwie dekady po finale Insygniów śmierci – w czasie, gdy znani z serii bohaterowie połączyli się w pary i zdążyli wyprodukować potomstwo.   Przelatuje się przez to szybko, bo też jest to danie wyjątkowo mało treściwe. Czytanie nie powoduje wypieków na twarzy, a zainteresowanie wywołuje w najlepszym razie dostateczne – gdyby nie słabość do uniwersum, odłożyłabym ją w połowie. Różnica między Przeklętym dzieckiem a oryginalną sagą jest większa niż bogactwo galeonów skrytych w skarbcu Harr'yego w banku Gringotta, większa niż smoki, które studiuje Charlie Weasley, większa niż widmo powrotu Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. To upadek z najwyższego konia w stadninie. Prawdopodobnie wszystko dlatego, że Rowling nie pisała Przeklętego dziecka samodzielnie, a jej talent został rozmyty między pomysłami pozostałej dwójki a koniecznością podporządkowania scenariusza do tej jakże specyficznej formy, jaką jest sztuka teatralna. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego bohaterowie męczą, dlaczego fabuła nie dorasta oryginalnej serii do pięt i dlaczego gdybym przysiadła do całości z solidnymi nożycami, niewiele by z niej zostało.   Postacie można opisać jedną, dwiema cechami. Harry stara się być dobrym ojcem, ale średnio mu to wychodzi. Albus to cierpiący, wkraczający w okres buntu nastolatek, który nie chce być porównywany do swojego taty. Również Draco kiepsko radzi sobie z wychowywaniem Scorpiusa. Ron (na wpół bezpłciowy, na wpół irytujący śmieszek) jest przede wszystkim mężem Hermiony, która w międzyczasie została Ministrem Magii. Mają córkę Rose, która nie ma czytelnika obchodzić, podobnie jak Lily, córka Harry'ego i Ginny. Żadna z postaci nie wydaje się pełnokrwista. Większość to, mimo tak bogatej historii, bardziej nijakie dwuwymiarowe szkice. Nawet Voldemort, który pojawia się w paru momentach na kartach książki, wywołuje raczej śmiech i litość niż negatywne emocje pojawiające się w oryginalnej serii. Wszystko jest tu na opak. Zamiast budować scenariusz na interesujących, tryskających magią zdarzeniach próbuje się go opierać właśnie na nieudolnie skonstruowanych bohaterach, a w efekcie fabuła – w założeniach dojrzalsza – sprawia wrażenie quasi-dorosłości widzianej oczyma nastolatków. (Z otoczką jest podobnie. Naturalnie scena, w której stara gwardia odkrywa prawdę na temat zagrożenia, musi wyglądać tak: „Pokój się przeobraża, ciemnieje, wygląda mroczniej. Na ścianach objawia się kłębowisko namalowanych węży. Na ich tle widać spisane fluorescencyjną farbą proroctwo”, a potem „Na wszystkich ścianach wokół widowni pojawiają się słowa, złowieszcze i okropne: Odrodzę Ciemność. Sprowadzę swego ojca”). Niby pojawia się tu zaledwie garść młodzieniaszków, a ma się wrażenie, że nawet Harry i jego rówieśnicy niespecjalnie zmądrzeli, co najwyżej zgorzknieli. Gwoździem programu planowano uczynić podróże w czasie, ale nie są to – uwaga, będzie spoiler – subtelne, ale robiące wrażenie zabawy znane z Więźnia Azkabanu, tylko nudne sekwencje, w którym bohaterom towarzyszy pozbawiony charyzmy i jakiegokolwiek wyrazu czarny charakter i które ratują tylko fragmenty żywcem wzięte z Czary ognia.   Chciałabym móc powiedzieć, że fabularna miałkość i brak napięcia to jedyne aspekty, jaki nie spodobał mi się podczas lektury, ale nie poleciłabym Przeklętemu dziecka nikomu, kto chciałby uczyć się sztuki pisania tekstów dramatycznych – co najwyżej jako przykład tego, czego robić się nie powinno. Przede wszystkim wydawca powinien był przysiąść nad rękopisem z czerwonym flamastrem i pozbyć się połowy dialogów i opisów. Twórcy nazbyt często mówią to, co w teatrze winno się pokazać lub odegrać, przez co nieraz miałam wrażenie, że tłuką mnie ciężką fabułą po głowie, kilkakrotnie powtarzając te same informacje albo wkładając bohaterom w usta nienaturalne kwestie. Didaskalia bywają mało konkretne, mimo że ich celem jest przecież pomoc w wyreżyserowaniu i odegraniu sceny („Wiatr wieje ze wszystkich stron, na dodatek ostry wiatr”, „wokół krąży czarna magia...”?!), a dialogi mające tyle sensu co „– Voldemort. – Voldemort? – Tak, Voldemort” powinno się wyrwać z korzeniami i polać kwasem. Jestem w stanie przymknąć oko na kiepski, kanciasty warsztat (z bólem), który mógł być efektem pospiesznego lub zbyt dosłownego tłumaczenia, ale Harry Potter i przeklęte dziecko to przegadana quasi-powieść pełna nienaturalnych ludzi i kłótni, wylewania emocji bez powodu oraz nieciekawych, męczących rozmów o głupotach. Szczytem absurdu jest fragment snu, w którym Voldemort czai się za nagrobkiem („nie widzimy jego twarzy, ale okryta szatą sylwetka budzi przerażenie”) i deklamuje „Dobiega mnie woń wyrzutów sumienia, w powietrzu wisi smród poczucia winy...”. Paradoksalnie mimo tego całego przegadania czuć w Przeklętym dziecku pewien pośpiech autorów – być może dobrze się stało, bo inaczej każda kiepska rozmowa byłaby czterokrotnie dłuższa. Szkoda tylko, że przy okazji powrócono do kluczowych postaci, takich jak Dumbledore (tu przemawiający z obrazu), i potraktowano je po macoszemu lub przesadnie rozemocjonowano.   Podobały mi się zaledwie dwa elementy – ujawnienie, kim naprawdę jest sympatyczna kobieta sprzedająca słodycze w pociągu do Hogwartu, a także rzeczone fragmenty z przeszłości żywcem zerżnięte z oryginalnej serii, zwłaszcza napisane z polotem, niespieszne monologi Ludo Bagmana komentującego Turniej Trójmagiczny. Czuć w nich iskrę, której w Przeklętym dziecku nie ma. Całej reszcie mówię bez żalu – Avada Kedavra!

    2 maja 2017  
    • 4 komentarzy
    • 936 wyświetleń
  • 9kier

    E.A. Poe, Opowieści tajemnicze i szalone

    Przez 9kier

    Do opisu stylu Poego bardziej niż gdziekolwiek indziej pasują słowa Jeffreya Forda: „moje zdania czasami przypominają arabskie pismo, pełne zawijasów i zapętlone, suficki tekst, który ma za zadanie opisać jedno z imion Boga, żeby nie trzeba było używać jego prawdziwego miana”.   Tak się składa, że od niemal dwóch lat „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” zajmują należne im miejsce w mojej sypialni. Przez to olbrzymie, prawie 800-stronicowe, wydane przez Vesper tomiszcze nie sposób przebrnąć w ciągu jednego wieczoru i choć zazwyczaj czytam książki w długich, kilkugodzinnych sesjach, w zawiłym stylu Poego jest pewien ciężar, który wymaga ciągłego skupienia i sprawia, że po godzinie-dwóch potrzebuję zrobić sobie przerwę. Jak nic innego nadaje się do robienia pauz na komentowanie akapitów na bieżąco, jak gdyby umysł naturalnie uciekał od lektury, przytłoczony archaicznymi przymiotnikami, kilkuwersowymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, licznymi powtórzeniami, rozbudowanymi metaforami i rozległymi opisami przeżyć wewnętrznych bohaterów. I jak zwykle kręcę nosem na kwiecisty język, wynikający zbyt często z kiepskiego warsztatu i leniwej redakcji, tak sposób pisania Poego nieodmiennie wywołuje we mnie w najlepszym razie zachwyt, a w najgorszym pobłażliwy uśmiech. Ach, drogi Poe, myślę sobie po ponownym przeczytaniu jakiegoś długiego zdania pełnego „cudacznej, oschłej rozwlekłości”, „śpiesznego i natarczywego porażenia” „dziwnego niedomagania” lub „niewymownej, lecz błahej przykrości”, czy zdajesz sobie sprawę, że w tym akapicie nie napisałeś niczego konkretnego? Wtedy autor podaje mi, jakby na udobruchanie, jakieś mięso, ale tylko odrobinę – tyle, bym pragnęła kluczyć dalej przez meandry – a na końcu, gdy napięcie osiąga apogeum, serwuje całą świnię, nie, trzy świnie naraz i stawia kropkę.   Nie każdy może mieć cierpliwość i ochotę, by przedzierać się przez niewątpliwie bogate, ale nieraz dosyć puste, budujące tylko atmosferę zdania oferowane przez tłumaczenia Bolesława Leśmiana, Stanisława Wyrzykowskiego i innych, którzy poświęcili swój czas na przekład tych, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości, trudnych dzieł. Dla takiego czytelnika, przerażonego ciężarem i objętością kompletnego zbioru, powstały „Opowieści tajemnicze i szalone”. Na tę okoliczność wybrano – zresztą już lata temu, bo anglojęzyczny oryginał zadebiutował na Zachodzie w 2004 roku, a rodzima wersja pojawiła się w Polsce w 2006 – cztery flagowe opowiadania: „Czarnego kota”, „Maskę Czerwonej Śmierci” (to zdecydowanie mój faworyt), „Żaboskoczka” (najsłabszy element zbioru) i „Upadek Domu Usherów”. Mamy więc historię zbrodni, opis upadku króla, który wraz z tysiącem poddanych zamknął się w twierdzy ze strachu przed dżumą, a także opowieści o zemście pewnego błazna oraz stopniowym popadaniu w szaleństwo.   Redakcji i przekładowi przyświecać musiała idea przystępności. Dokonano licznych i obszernych skrótów (bez pardonu pomijając całe akapity!), wybierając przede wszystkim to, co konkretne, a także upraszczając język w taki sposób, że nowelki przypominają teraz bajki na dobranoc. Przykładowo tam, gdzie u Leśmiana czytamy „Atoli książę Prospero – szczęśliwą miał gwiazdę, nieustraszone serce i umysł przenikliwy”, u Jolanty Kozak, która przełożyła wszystkie cztery nowele, ten sam fragment brzmi „Ale Książę Prospero był szczęśliwy, zdrowy i mądry”. Gdzie u Wyrzykowskiego „W epoce mojego opowiadania sowizdrzali zawodowi nie zniknęli jeszcze w zupełności z dworów monarszych. Kilka wielkich lądowych mocarstw zachowało swych błaznów w pstrych przyodziewkach i w czapkach z dzwonkami. W zamian za okruszyny ze stołów królewskich musieli oni być zawsze gotowi do ostrego i przystosowanego do okoliczności kpiarstwa”, tam u Kozak „W czasach, w których rozgrywa się moja opowieść, instytucja dworskiego błazna nie wyszła jeszcze całkiem z mody. Kilka wielkich mocarstw europejskich szczyciło się posiadaniem błaznów, którzy paradowali w kolorowych strojach i czapkach z dzwoneczkami, zawsze skorzy do wygłoszenia ciętego dowcipu”.   Uproszczenia w połączeniu z groteskowymi, niepoważnymi ilustracjami Grisa Grimly’ego, a także faktem, że anglojęzyczny oryginał został wydany nakładem Atheneum Books for Young Readers, sugerowałyby, że zbiór przeznaczony jest dla dzieci, ale zdecydowanie nie jest to dobry prezent na pierwszą komunię. To opowieści grozy, w których nie brakuje makabrycznych, szczegółowo opisanych aktów nieuzasadnionej przemocy. Tym, którzy z prozą Poego nigdy nie mieli styczności, powiem tylko, że choć do stylistyki gore autorowi daleko, na porządku dziennym są tu detale pokroju wyłupywania oczu niewinnym istotom. Towarzyszące temu wszystkiemu komiksowe obrazki (tak różne od opublikowanych w „Opowieściach miłosnych, śmiertelnych i tajemniczych” mrocznych ilustracji Harry’ego Clarke’a, bliższych zresztą memu sercu) miały zapewne na celu wywołanie kontrastu, ale w połączeniu z rzeczonymi skrótami osłabiają napięcie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie wiem, do kogo skierowane jest to lekkie dziełko, a także że przy okazji redakcji i tłumaczenia ograbiono Poego z „tego czegoś”, przez co ci, którzy mają tu z nim do czynienia po raz pierwszy, nie zrozumieją, dlaczego styl autora do dziś zachwyca. Ducha pierwowzoru oddaje najbardziej – tak mi się przynajmniej wydaje – „Zagłada Domu Usherów”, która nawet pod skrótach i uproszczeniach pozostała bogata, pełna charakteru i nader często błyska charakterystyczną dla autora literacką sprawnością. Mimo całej sympatii, jaką darzę komiksowość „Opowieści tajemniczych i szalonych”, zdecydowanie skłaniałabym czytelnika do tego, by nie szedł w tym przypadku na łatwiznę i jeśli nie miał styczności z żadnym dziełem Poego, sięgnął po wierniejszy, bardziej satysfakcjonujący przekład. Ta wersja to rzecz dla kolekcjonerów i fanów Grimly’ego, a nie dla tych, którzy mają potrzebę obcowania ze słowem.

    11 lipca 2017 @@recenzja w Z Kamerą Wśród Książek @@@
    • 2 komentarze
    • 811 wyświetleń
 

MajinYoda i Fanatyzm Pseudoreligijny

Na tym blogu pokazywałem już głupoty wypisywane o grach (co, zasadniczo (i niezamierzenie), było fundamentem KY), nabijałem się z głupot o anime, gdzieś tam pojawiły się też filmy… Tym razem zajmę się czymś innym – „mądrościami” o serii książek o Harrym Potterze. Będzie to przygoda wyjątkowa, ponieważ zamiast tradycyjnych dwóch części będą trzy. Nic nie poradzę – stężenie fanatyzmu jest tu zbyt wysokie. Książka „Harry Potter – dobry czy zły” została napisana przez niemiecką socjolog Gabriele Kuby w 2003 roku. Ja posiadam polską wersję z 2006 roku, przetłumaczoną przez Dorotę i Wojciecha Muszyńskich, więc na końcu znajduje się dodatkowy rozdział, dopisany w 2005 roku – znajdzie się on w trzecim wpisie. Sama książka jest, chyba, najczęściej cytowaną pozycją przy krytyce książek Rowling – nawet na okładce widnieje dumny napis „rekomendacja Benedykta XVI”. Cóż, podejrzewam, że obecny papież-emeryt nigdy nie czytał HP (Autorka zresztą też nie, choć twierdzi inaczej, o czym niedługo się przekonacie), a wiedzę o nim zaczerpnął z tej pozycji… i można powiedzieć, że tak to się zaczęło… Więc i ja zacznę. Najpierw – „Przedmowa”: Zagaja Autorka. Fakt, wziąłem tę książkę do ręki z zupełnie innych powodów, ale powiedzmy, że okej. Przeczytałem sagę i chcę wiedzieć czy jestem satanistą. W tym fragmencie nie ma jeszcze nic takiego, ale spokojnie, małymi kroczkami… Tu już zaczyna się „fanatystyka (pseudo)religijna”, co zaraz zauważycie ;). Zaręczam, że po lekturze moich trzech wpisów o tej książce spalicie swoją kolekcję Potterów. Zobaczycie! Jeśli dziwi Was podkreślenie „ideologii rasistowskiej” wszystko stanie się jasne w przyszłotygodniowym wpisie. Uchylę rąbka tajemnicy – Autorka ma lekkie kompleksy ;). Pomijając fakt, że Rowling nie jest ateistką, to reszta tego wywodu powinna u Was zapalić czerwoną lampkę. Bo, przynajmniej dla mnie, wynika z niego, że: 1. Tolkien nie miał nieograniczonej wyobraźni, 2. osoby praktykujące posiadają ograniczoną wyobraźnię, 3. Autorka nie czytała sagi HP. Dodatkowo – ciekawe czy Autorka pisała te słowa na komputerze? Jeśli tak, to właśnie wsparła dzieło jednego z „ojców” informatyki – Alana Turinga. Homoseksualisty. Powinna natychmiast iść do egzorcysty :P. Erm… Czy Autorka właśnie sugeruje, że większość uczniów marzy o tym, by wylecieć ze szkoły? Czy byłby to Hogwart czy technikum budowlane, zawodówka czy liceum chyba większość osób tam uczęszczających chciałaby ukończyć swoją edukację? Ktoś-coś? Z ciekawości zajrzałem do internetu: Sejm, Cionek (( ͡° ͜ʖ ͡°)), Mundial, Trump, Kim, Dawid Podsiadło… brr… sama magia i Szatany!! Kiedy Autorka pisała te słowa „Zakon Feniksa” był ostatnim tomem cyklu. Jego streszczenie znajdziecie w kolejnym wpisie (tym za tydzień). Ale po drodze będzie omówiony „Kamień Filozoficzny”, więc zostańcie ze mną ;). To ja mam pytanie – czy duszę da się też przykryć czymś innym? No wiecie – kocem, na przykład? Dodatkowo – (I, 18) oznacza tom I, strona 18 z polskiego wydania HP. Czas na przedstawienie przez Autorkę bohaterów i miejsc akcji sagi. Wybrałem co ciekawsze fragmenty, bo by się wszystko nie zmieściło na blogu: Też bym miał koszmary gdyby moi rodzice zostali zamordowani. I przerażałoby mnie, gdybym słyszał głosy. Co do opętania i podwójnej osobowości – trochę to naciągane. Rozumiem, że obaj są w pewien sposób połączeni, ale opętanie nie działa w dwie strony, nie? Co za szatańska postać, nie? Nie dość, że Czarny (Black) to jeszcze morderca! Szkoda tylko, ze Autorka zapomniała, że Syriusz NIE dokonał wspomnianego mordu. I nie został usunięty z Ministerstwa. Poza tym – wszystko się zgadza :P. Źli – tak. Ale brzydcy? Trudno nazwać Draco Malfoya „o bladej, chudej twarzy” (czyli w stylu angielskiej arystokracji) brzydkim. Dodatkowo – co z pozostałymi domami? Zaraz się dowiecie. Jeśli i Wam zaświtała myśl: „hej – przecież Remus Lupin był czarodziejem!” to znaczy, że źle czytaliście sagę i powinniście ją przeczytać jeszcze raz, bo „Autorka ma rację” :P. Eee… a co z punktami? Przecież za przewinienia ucznia karany jest jego Dom. Może też zostać relegowany ze szkoły. Czemu Autorka o tym nie wspomniała? I gdzie ta „powszechna” przemoc? Fakt, zdarzały się różne sytuacje, ale tak jest w szkołach. Nic się na to nie poradzi. Powyższe cytaty, ponoć, pochodzą z oficjalnej strony świata HP. Czy tak było tam napisane – nie jestem w stanie zweryfikować. Zauważyłem też, że Autorka tylko tutaj wspomina o pozostałych dwóch domach. A przecież Krukoni i Puchoni odgrywają ważne role, szczególnie w późniejszych tomach (np. Cedrik Diggory z Hufflepuffu czy Cho Chang i Luna Lovegood z Ravenclaw). Też macie trochę wrażenie, że Autorka czytała, jak to nazywała moja polonistka z LO, jakiegoś bryka a nie książki? Bo skąd się wzięła biblioteka na Pokątnej? Pewnie chodzi o miejsce, z którego Hermiona wypożyczyła książkę o Eliksirze Wielosokowym… Ale wypożyczyła ją ze szkolnej biblioteki a nie zasuwała do Londynu! Ludzkich paznokci też sobie nie przypominam – jedynie jest on wymieniany jako składnik wspomnianego Eliksiru Wielosokowego. Ale ich się nie kupuje! Szczególnie, ze dalej Autorka pisze, że ten składnik pojawia się w tomie… czwartym. Przekartkowałem Czarę Ognia i nie znalazłem (jeśli ktoś znajdzie – niech da znać ;)). Na koniec - czas na omówienie treści pierwszego tomu HP. Autorka w zasadzie streściła Kamień Filozoficzny, więc szkoda miejsca na wszystko – niewiele tu ciekawego. Niemniej, wybrałem parę ciekawszych fragmentów: Tu akurat popisali się tłumacze – Voldemort, będąc niemowlęciem, zabił Harry’emu rodziców :P. Okeeej… O ile początku nie mam się co czepiać, tak nie bardzo rozumiem skąd tu liczba mnoga? Po Pottera przybywa Hagrid – jedna osoba. Chyba, że chodzi o listy, ale te, poza irytacją, nie zmuszają Dursleyów do niczego… Aż dziwne, że zostało to pominięte ;). Jak widzicie - jest to rozwinięcie jednej z wcześniejszych myśli. Nie mam pojęcia skąd Autorka wzięła ten opis. Taki Neville – do momentu, gdy aktor go grający się zmienił – był „pyzatym chłopcem”. Dodatkowo, nie bardzo rozumiem zarzutu, że ci źli są pokazywani jako „brzydsi”. Jakby byli „piękni” to by się Autorka pewnie oburzała, że zło jest ładne w tej książce :/. Trudno mi jakoś odnieść się do tego, czy to „lubi”. To w sumie normalne, że jedenastoletni chłopiec chce zrobić coś wbrew zasadom. Choć, w tym przypadku, raczej jest niekiedy zmuszany okolicznościami do ich łamania (vide akcja ze smokiem Hagrida). Ale żeby zaraz to lubić? Dodatkowo - Harry stracił sporo punktów w pierwszym tomie właśnie za łamanie zasad – o czym Autorka raczyła zapomnieć. Fakt, Dumbledore później i tak dał Harry’emu, Ronowi, Hermionie i Neville’owi masę punktów, ale – cytując „klasyka” – one im się po prostu należały :P. (ech, a miało nie być polityki na moim blogu…) Autorka sama sobie przeczy – to jest „upominany z przymrużeniem oka” czy „dręczony przez nauczycieli” (chyba tylko przez Snape’a)? Skąd ta nagła zmiana? Dodatkowo - choć Malfoy i jego kumple dokuczają Harry’emu to jednak zyskał też co najmniej trójkę wiernych przyjaciół, nie wspominając o drużynie Quidditcha. Oraz uwolnił się (przynajmniej na czas roku szkolnego) od gnębiących i, właściwie, nienawidzących go krewnych. Moim zdaniem - profit. Tu Wam wyjaśnię – według Autorki każda magia jest „czarna”, więc, według niej, nic by się nie zmieniło, gdyby władzę przejął Voldemort. Ot, takie jest właśnie rozumienie świata przedstawionego… Nie bardzo rozumiem – słowa te wypowiada ZŁA postać, której mamy nie lubić. Więc w czym problem? Czarne charaktery w niemal każdym uniwersum mają tendencję do durnych i przydługich gadek o mocy, złu i potędze :P. Tu nie ma się czego przyczepić… I gdyby tylko Autorka na tym zakończyła… Nie wiem czego Autorka się spodziewała – przecież to fantasy! Halo! A opętanie i diabeł? Przecież nawet we wspominanym przez Autorkę Władcy Pierścieni też to jest – Sauron („diabeł”) opętuje: Ale przecież Tolkien-katolik miał coś zupełnie innego na myśli, co? Nie to, co Rowling-„ateistka”-satanistka! Nie wspominając już, że Voldemort jest pokazany jako postać zła, którą należy pokonać. Czuję się zdezorientowany tym boldem… I długością zdania z tym boldem… nie wiem jaki Cyryl za nim stoi, ale jego Metody źle na mnie wpływają… I tym akcentem lepiej zakończę ten wpis. Drugą część moich przygód w świecie przygód Autorki w świecie Harry’ego Pottera poznacie za tydzień. Czujcie się ostrzeżeni!

MajinYoda

MajinYoda

 

Wiadomości z d*py

Dawno temu w Akademii Cd-Action umieściłem tekst "Wiadomości z dna", który był bezdennie głupi i spotkał się z umiarkowanie negatywnym odzewem. Na szczęście obyło się bez wulgaryzmów i inwektyw. Dwa lata później zmieniłem nazwę, nieco zmodyfikowałem formułę i napisałem "Wiadomości z d*py", którymi wywołałem dość duży shitstorm. Zapraszam do czytania.   "Wiadomości z d*py"   (Oklahoma Bob) Witam wszystkich w nowym programie, który zastąpił ten dla miłośników lotnictwa „Całe życie na autopilocie”. Jestem Oklahoma Bob i możecie mnie znać z takich  filmów jak „ Andzia i hydraulicy”, „Spodnie opuszczone do połowy”, czy „Jęki na poddaszu”. John, kojarzysz mnie? (John) Nie, kojarzę tylko te dziewczyny, które ci towarzyszyły. (Oklahoma Bob) Nieważne. Zaczynamy! Najnowsze informacje z kraju… Nie chce mi się tego czytać. Całe dwie strony zapisane drobnym drukiem. (John ) Powinny być cztery. (Oklahoma Bob) Były, ale zrobiłem z nich samoloty. A, pieprzyć to. John, jak tam w sporcie? (John) Sportowcy znów coś wygrali, tylko nie wiem, czy nasi, czy ci drudzy. (Oklahoma Bob) Jesteś dziennikarzem sportowym, powinieneś to wiedzieć. (John) Zawsze nienawidziłem sportu i dziennikarstwa. I widzisz, jak skończyłem. (Oklahoma Bob ) No dobra, a jaka pogoda jutro, Mike?  (Mike) Jutro przez cały dzień będzie totalne zachmurzenie, dopiero w nocy na chwilę wyjrzy słońce. Przydadzą się więc parasole, kalosze i szczotki do mycia pleców. Tyle ode mnie. (Oklahoma Bob) Dziękujemy za prognozy na następne szesnaście miesięcy. Przechodzimy teraz do gościa. To znany z opatentowania testów ciążowych dla koników polnych, ekolog i obrońca praw zwierząt, Alfred Gumozatrzask. (Gość) Witam wszystkich. (Oklahoma Bob) Skąd się wzięła u pana ta miłość do zwierząt? (Gość) No cóż, kiedyś podpatrzyłem jak mój dziadek bije konia. To było traumatyczne przeżycie, które trwale zniszczyło moją psychikę i zrodziło nienaturalną miłość do zwierząt. (Oklahoma Bob) To doprawdy ciekawe. Zorganizował pan niedawno protest i wypuścił z zoo stado lwów, które pożarło sprzedawcę biletów. Co panem kierowało? (Gość) Te lwy domagały się wolności. Moja żona również jest wielką miłośniczką zwierząt, ubiera tylko naturalne futra, a nawet chodzi ze mną na polowania. Przebijamy też opony rowerzystom, bo zanieczyszczają środowisko. (Oklahoma Bob) A co ma pan w tym pojemniku? (Gość) Otóż są tu dwa bardzo jadowite i groźne pająki z Argentyny, kupione w Niemczech od handlarza z Japonii. (Oklahoma Bob) Widzę tylko jednego. (Gość) O nie! Nic się nie stało, musiałem nie domknąć wieka i jeden uciekł. Zdarza się. Pójdę już. (Oklahoma Bob) No dobrze. Dzisiejszy odcinek będzie krótszy, bo nasz drugi gość, Paweł Szczęściarz, w drodze do studia kupił zdrapkę i wygrał milion dolarów. Do zobaczenia kiedyś tam. (Kamerzysta) Bob, jakiś wielki pająk idzie ci po ręce. (Piiiiip)   Oczywiście tekst nieco ocenzurowałem i zmieniłem. Podobało się? Nie? Zbyt wulgarne i absurdalne? Czekam na komentarze.  

fanthomas212

fanthomas212

 

O battle royalach i Totally Accurate Battlegrounds

Już od jakiegoś czasu miałem ochotę zagrać w jakiegoś battle royala. Niestety PUBG pretendował do miana płatnego zabójcy mojego komputera, dlatego postanowiłem poszukać czegoś tańszego i z mniejszymi wymaganiami. Pomyślałem o Fortnite, ale musiałbym pobierać w ciemno 20 GB, a potem pewnie drugie dwadzieścia aktualizacji. W końcu postanowiłem na pierwszy raz wypróbować coś nieco odmiennego od reszty. Mój wybór padł na nieślubne dziecko PUBG-a i Fortnite’a oraz kuzyna Cuisine Royale, czyli Totally Accurate Battlegrounds. Przede wszystkim gra miała być absurdalna i parodiować kluczowe elementy klasycznych battle royali, a do tego do pobrania było tylko 400 Mb. W grze poruszamy się różowym pajacem, którego można ubrać w różne dziwne fatałaszki. A potem… Trzeba czekać. Może akurat wszyscy mieli wtedy przerwę na herbatę, herbat… Oreo i papierosa. W czasie oczekiwania można przynajmniej pochodzić po zielonych pastwiskach, pozaglądać do domków i wygódek. W końcu udało mi się dołączyć do grupy osób, które najwyraźniej miały już doświadczenie w tego typu sprawach, bo zginąłem zanim zdołałem zorientować się w sytuacji, niedługo po wyskoczeniu z latających kontenerów na śmieci. Na papierze założenia gry wyglądają interesująco, w praktyce zaś już nie jest tak różowo. Chociaż w TABG-u różowo i kolorowo to jednak na ogół jest, co mi akurat przeszkadza i irytuje. Stonowane kolory PUBG-a bardziej mi odpowiadają. No ale cóż… Na razie próby zrozumienia fenomenu battle royali odkładam na kiedyś tam.

fanthomas212

fanthomas212

Koniec gry #40 - Penumbra: Przebudzenie

Penumbra: Przebudzenie Czas rozpoczęcia: 10 czerwca 2018 r. Czas ukończenia: 16 czerwca 2018 r. Czas gry: 6 dni. Ile to godzin w grze: mam wersję pudełkową (pełna polska wersja językowa!) nie na steam, więc nie miałem licznika czasu.  Zapisy w grze również nie pomagały. Myślę, że będzie ok. 4 h. Miałem ochotę na jakiś horror, a kiedyś za garść złotówek kupiłem sobie pudełkową wersję (właśnie się zorientowałem, że w zestawie była pełna drukowana solucja... No cóż, może wtedy nie zaciąłbym się ze 2 razy), jeszcze z kartą programu lojalnościowego gram.pl, niech mu ziemia lekką będzie. Najsłynniejszą grą studia Frictional Games jest oczywiście Amnezja: Mroczny Obłęd, która premierę miała kilka lat później. Dostrzegam w takim przypadku pewien regres odnoście inteligencji przeciwników: w Penumbrze pieski były naprawdę inteligentne, po ciosie cofały się i zachodziły nas z innej strony, wskakiwały na platformy, itd. itp. W Amnezji natomiast grunty blokowały się na stołach i cierpiały na tytułową amnezję: zapominały gdzie jesteśmy, mimo że na ich oczach chowaliśmy się w szafie. Jestem pod wrażeniem polskiego tłumaczenia. Wprawdzie nie było za wiele tekstu do przekładu, ale przetłumaczone były nawet tekstury map i plakatów na ścianach! Penumbrę oceniam na 4 gumowe kurczaki na 5. Zostały mi jeszcze 2 części, ale chyba nie planuję ich ukończenia w najbliższym czasie.  Ostatnio również gram w pewną inną grę i nawiązania do niej się tutaj nie spodziewałem.

SerwusX

SerwusX

 

Krótko o E3

W tym tygodniu odbyły się targi E3 i, muszę Wam się przyznać, początkowo sądziłem, że będzie to kolejne, nudne E3. Ale nie, znalazło się kilka gier, z którymi mogę zechcieć się zapoznać. Na pierwszym miejscu, bez wątpienia, stoi Assassin’s Creed Odyssey. Przyznam, że klimaty Sparty i Grecji bardziej mi odpowiadają niż Egipt z Origins. Do tego wybór płci bohatera na samym początku gry (nareszcie! :)), zapowiadana mechanika statków à la Black Flag i… opcje dialogowe, o których pisałem w mojej recenzji Origins! (dałbym link, ale przez błąd na Forum tamte moje wpisy nie działają :/) Chyba ktoś z Ubi czyta moje teksty (ta, jasne…). Jeśli będzie ciut mniej wiedźmiński a bardziej asasyński – biorę w ciemno za mniej niż 200 zł ze wszystkimi DLC;). Jeśli bardziej – biorę za mniej niż 150 zł ze wszystkimi DLC ;). Drugą grą, na którą hype Bethesda pracowała już kilka dni wcześniej, był Fallout 76. Cóż, niby w Fallout 4 uwielbiam budowanie osad… ale nie bardzo lubię grać online. Więc muszę sobie odpuścić tę produkcję.   Z kolei bardziej zaskoczyła mnie obecność The Elder Scrolls VI, o którym nie wiem absolutnie nic. Jak Beth powie coś więcej – wrócę do tematu.   Jest jeszcze kwestia Cyberpunka 2077 – czyli naszego rodzimego Fallout-o­-Deus Eksa (?). Muszę przyznać, że zwiastun przedstawiony przez Redów nastawił mnie pozytywnie do tej gry. Z całą pewnością będę śledził dalsze losy tej produkcji i, być może, skuszę się jak tylko wyjdzie.   Ponadto, warto jeszcze wspomnieć o nowym Battlefieldzie, w którego nie zagram z powodów przedstawionych przy nowym Falloucie. Niemniej, cieszę się, że akcja będzie się rozgrywać w czasach II Wojny Światowej. I oby gra była równie dobra co Battlefield I (moi znajomi grają w nią namiętnie). Na zakończenie, choć poza E3, zapytam Was – czy sądzicie, że Jak wytresować smoka 3 będzie równie dobry co dwójka, czy DreamWorks pójdzie śladem Shreka i to spaprze?   Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

TANIO SKÓRY NIE SPRZEDAM!

Co prawda, nie mam zamiaru "sprzedawać skóry" jak słynny Mariusz "Pudzian" Pudzianowski, ale równie co innego - i to tanio, za niską cenę. Poważnie! Bo już wkrótce mnie - i Ciebie być może też - czeka obrony pracy dyplomowej (magisterskiej dokładnie). Jeżeli gubisz się przy tworzeniu przypisów - i nie tylko - mogę dla Ciebie sprawdzić, czy wszystko stoi na miejscu. Na moim blogu dowiesz się, ile Cię to będzie kosztować (bardzo tanio - już uprzedzam!) oraz parę innych rzeczy. Gwarantuję szybką i profesjonalną realizację zamówienia.

Bednarski

Bednarski

 

Cyny Game

Jako, że wielkimi krokami zbliża się Mundial w Rosji pomyślałem o czymś: jaką widzielibyście jedenastkę złożoną z postaci z gier/filmów/seriali/książek? Oto moja propozycja, swoje podawajcie w komentarzach (ciekawe kto pierwszy wspomni o Tsubasie :P).   Moja drużyna – FC Kącik Yody: Ustawienie: 4-3-3 Bramka: Thorus (1) – zawsze pilnuje jakiejś bramy, to i bramki może; Obrona: Król Julian (13) – „Król Julian gra na obronie, hej!”; Son Goku (Z) – broni Ziemi to i na boisku sobie poradzi; Gandalf (9) – radzi sobie w Drużynach; Franciszek Maurer (220) – odznaczony za celny strzał z 220 metrów; Pomoc: Jack Sparrow (4) (k) – urodzony kapitan; Sole Survivor (111) – ma własny strój z numerem na plecach; Ezio Auditore (II) – umie i strzelić (bramkę) i zaatakować znienacka; Atak: Geralt z Rivii (3) – zwinny, szybki i lubi sobie strzelić jednego czy dwa; Tobias Rieper (47) – najlepszy snajper drużyny; Trevor Philips (69) – trafi do każdego [skreślić] każdej bramki. Rezerwa: Bramka: Pan Pompa (19) – osoba zrobiona z gliny świetnie się sprawdzi jako rezerwowy bramkarz; Machamp (68) – widzieliście ile on ma rąk?!; Obrona: Kyle Katarn (22) – zawsze uwielbiał styl defensywny; Lydia (5) – naturalny obrońca, ale raczej rezerwowy; Luca Brasi (72) – najlepszy rezerwowy obrońca Rodziny [skreślić] drużyny; Pomoc: Cassandra Pentaghast (2) – świetny Poszukiwacz; Winston Wolfe (9’37) – w razie potrzeby – odsiecz jest w drodze; Adrian Puchacki (55) – świetny pomocnik. W razie potrzeby, z okrzykiem na ustach, wejdzie na murawę i spuści łomot przeciwnikom; Al Bundy (33) – zdobył cztery przyłożenia w jednym meczu, więc zasługuje na miejsce w kadrze; Atak: John McClane (63) – najlepszy napastnik w USA; Turanga Leela (7/8) – przydatna, gdyby drużyna zaczęła przegrywać; John Rambo (71) – świetny strzelec. Trener: Illidan Stormrage – piłkarze nie są gotowi!   Co sądzicie?

MajinYoda

MajinYoda

 

Zaczynamy!

Cześć! Uznałem, że skoro zamierzam – wreszcie – uruchomić bloga poświęconego prawnym aspektom gier komputerowych to wypadałoby się najpierw przedstawić. STUDIUJĘ PRAWO Nazywam się Tomek, kończę właśnie przygodę ze studiami prawniczymi, a w wolnych chwilach piszę też opowiadania, tak więc jest szansa, że już kiedyś się spotkaliśmy. Jeśli nie to nic straconego – zapraszam w wolnej chwili na mój profil na lubimyczytać.pl: http://lubimyczytac.pl/autor/76297/tomasz-krzywik Jednak poza pisaniem interesuję się też grami komputerowymi, a zwłaszcza ich prawnymi aspektami. I tu może pojawić się pierwsze pytanie: Co rozumiem przez stwierdzenie „prawne aspekty gier komputerowych”? Co do zasady* - wszystko. Nie ukrywam, że głównie interesuję się szeroko rozumianym prawem własności intelektualnej (w branży mówi się na to po prostu IP od Intellectual Property), więc będę pisał przede wszystkim o IP, czyli m.in. o ochronie prawnej gry komputerowej, o piractwie, o cloningu, a także o relacji gry komputerowe – znaki towarowe. Oczywiście pojawią się też takie tematy jak batalia między twórcami PUBGa a Fortnite (będzie kupa śmiechu), handel dobrami wirtualnymi etc.    Okej, a co poza własnością intelektualną? Na pewno pochylę się nad kwestią dystrybucji gier komputerowych, a także e-sportem, który w Polsce jest coraz poważniejszym tematem (kto z Was był na IEM Katowice?). No i przede wszystkim jestem otwarty na propozycje! Gry to temat rzeka, na pewno jest coś co Was interesuje albo co budzi Wasze wątpliwości. Zaproponujcie temat to w wolnej chwili pogrzebię i coś się napisze  Po co mi ten blog? Uczę się. Gry komputerowe to temat wciąż mało opisany w prawniczej literaturze, tak więc sporo rzeczy trzeba szukać w opracowaniach czy orzeczeniach zagranicznych. A nic tak nie motywuje do nauki jak presja „że gdzieś tam ten blog wisi i COŚ trzeba opublikować.   Czym ten blog NIE jest? Oczywiście, nie jest kancelarią prawną. Niniejszy blog będzie poruszał najróżniejsze tematy dotyczące gier, ale opinie na nim nigdy nie będą miały charakteru opinii prawnej. Poprzez poruszane przeze mnie tematy będę chciał uprościć nieco życie graczom i twórcom gier indie, jednak pamiętajcie, że jeśli będzie potrzebna Wam pomoc to NIGDY nie opierajcie się w 100% (ani nawet w 50%!) na tym, co napisał Wam gość w Internecie – choćby i był pasjonatem. Jak już sam wspomniałem, jestem pasjonatem, ale ciągle się uczę; zawsze sprawdzam to co wrzucam do sieci (chociaż redaktorzy moich opowiadań sądzą inaczej), niemniej żaden sąd czy urząd nie potraktuje poważnie argumentacji w stylu „No ale tumi1 tak napisał na swoim blogu”. W co gram? League of Legends, Rainbow Six: Siege, PUBG i wiele, wiele innych… Zazwyczaj mój nick to tumi1 tak więc możecie mnie szukać gdzieś tam po sieci  Czy będę publikował regularnie? NIE. Bardzo chciałbym publikować np. co tydzień, ale łączenie nauki z pisaniem i do tego pracą zawodową do tego stopnia pochłania czas, że utrzymanie regularności będzie pewnie niemożliwe. Co nie znaczy, że nie będę się starał J W takim razie kiedy pierwszy wpis? Za tydzień. Na pierwszy ogień pójdzie piractwo i ściąganie gier Do zobaczenia!   *Jeśli dopiero kogoś poznaliście i ten ktoś w co drugim zdaniu używa sformułowania „co do zasady” to już możecie domyślić się co studiuje. O ile Wam tego jeszcze nie powiedział 

Tumi1

Tumi1

 

Czy matura ma sens?

Z pewną dumą prezentuję pierwszy trailer nadchodzącego projektu mojego autorstwa - reportażu o lekkim zabarwieniu fabularnym. Jeśli jesteście ciekawi, co z tego wyjdzie, możecie: dać suba na moim kanale polubić mój fanpejdż na fejsie (i ewentualnie także włączyć powiadomienia od postów) śledzić na insta i tłitterze wesprzeć mnie pieniężnie na Patronite (lub także niefinansowo - więcej szczegółów tutaj na moim blogu)

Bednarski

Bednarski

 

Czy Vampyr dorówna Maskaradzie

Ostatnia dobra gra z krwiopijcami ukazała się czternaście lat temu. Nawet jeśli brać pod uwagę tytuły, w których nie grają oni pierwszych skrzypiec, powyższe twierdzenie jest ciężko obalić, mając w pamięci doskonałe Vampire The Masquerade: Bloodlines. Tytuł niepozbawiony wad, jednak posiadający niezaprzeczalny klimat i wprowadzający szereg rozwiązań zapewniających długą rozgrywkę na wysokim poziomie fabularnym oraz mechanicznym. Czy będziemy mogli dzisiaj zresetować zegary? Oto nadchodzi długo oczekiwany Vampyr. Wampir jaki jest, każdy widzi. Długie kły, krwawe drinki i nietoperze, prawda? Nic bardziej mylnego! Obraz tych potworów ewoluował w kulturze, zmieniając się niemal o 180 stopni. Wystarczy wziąć pod lupę ostatnie sto lat i mamy pełen przekrój – od przerażającego Nosferatu, przez arystokratycznego potwora Stokera, romantyczną wizję Anny Rice oraz zniewieściałe komary ze Zmierzchu. A to tylko główni przedstawiciele „gatunku”, którego rozpiętość z całą pewnością zapewniła jakiemuś kulturoznawcy doktorat. Skryci w świecie gier W świecie gier przedstawienia tych potworów także doczekały się wielu interpretacji. Jednak najbardziej dopracowaną otrzymaliśmy w systemie RPG Wampir: Maskarada. Ten wydany w 1991 roku podręcznik wprowadzał gracza w uniwersum, gdzie pod osłoną nocy pośród ludzi żyją potwory. Świat maskarady zaskakiwał różnorodnością i szczegółowością, krwiopijcy zostali podzieleni na szereg klanów, z których każdy czerpał z innego wzorca kulturowego. Gracz mógł wcielić się w zezwierzęconych Nosferatu, arystokratycznych Ventrue, szalonych Malkavian czy władających magią Tremere. Wybór jednego z trzynastu klanów był chyba najważniejszym wyborem podczas tworzenia postaci. Definiował on nie tylko przynależność i pozycję gracza w świecie, ale zapewniał zgoła odmienny zestaw umiejętności oraz wymuszał niejako sposób prowadzenia postaci. W połączeniu z obszernym światem o wielowiekowej historii, w którym główną rolę grają konkurujące ze sobą frakcje zrzeszające poszczególne klany oraz rozbudowaną mechaniką, system Maskarady zaoferował graczom rozrywkę na poziomie robiącym piorunujące wrażenie. Wisienką na torcie klimatu była mechanika bestii skrywającej się w każdym z wampirów, która mogła przejąć kontrolę nad naszą postacią, sprawiając iż stawał się on szerzącym terror potworem. Maskarada na ekranach O maskaradzie można długo i niejeden już długo o niej pisał. Jeśli jesteście zainteresowani papierowymi sesjami, zapewne znacie ten system, a jeśli nie – zachęcam do zapoznania się. Przejdźmy jednak o kilka lat w przyszłość. W 2000 roku pojawiła się pierwsza większa próba przeniesienia tego uniwersum na ekrany komputerów. Vampire The Masquerade: Redemption to cRPG opowiadający historię przemienionego w krwiopijcę krzyżowca, który na przestrzeni ośmiu wieków stara się ocalić ukochaną oraz własną duszę przed potępieniem. Tytuł był nawet niezłym – jak na tamte czasy – cRPGiem, jednak z systemem fabularnym Maskarady miał niewiele wspólnego. Jak przystało na ten gatunek, główny nacisk rozgrywki położono na walkę, gdy w oryginale była ona zepchnięta na drugi, a może i dalszy plan. Tytuł jednak spotkał się z dość ciepłym przyjęciem graczy. Jako ciekawostkę warto tu wymienić obecny w grze tryb sieciowy, w którym jeden z graczy wcielał się w rolę narratora. Przeniesienie rozrywki na wyższy poziom Nadszedł rok 2004 i na półkach pojawiła sięm kolejna pozycja z Maskaradą w tytule. Tym razem jednak fani otrzymali to, na co czekali długie lata. Vampire The Masquerade: Bloodlines to rasowy RPG, oferujący mechanikę opartą o papierowy system, nieliniową fabułę oraz możliwość wcielenia się w przedstawiciela jednego z siedmiu klanów. Omówienie tego tytułu z całą pewnością pojawi się jeszcze na blogu, jednak już tu należy wymienić niespotykaną w tamtych czasach, a i obecnie często znacznie uboższą, swobodę w kreowaniu oraz rozwijaniu naszego bohatera. Jak w oryginale, już sam wybór klanu zmieniał całkowicie sposób rozgrywki, którą prowadziliśmy, decydując nie tylko o tym, jak będą odnosić się do nas poszczególne frakcje, ale także czy będziemy mogli swobodnie poruszać się po powierzchni (np. budzący natychmiastowe przerażenie w przechodniach nosferatu większą część gry spędza, poruszając się kanałami). Tytuł wzbudził zachwyt nie tylko u fanów Maskarady. Przeniesiony z papierowego systemu klimat został doskonale odwzorowany, mechanika bestii sprawiała, że w sytuacji krytycznej niejednokrotnie stawaliśmy pomiędzy trudnym wyborem przeżycia i naruszenia prawa maskarady (zasada mówiąca o tym, iż krwiopijcy mają się nie ujawniać światu), a prowadzona fabuła kilka razy doprowadziła do tego, że byłem szczerze zaskoczony. Ostatni raz grałem w ten tytuł w zeszłym roku i mogę śmiało stwierdzić, iż po upływie trzynastu lat oraz ograniu go kilkukrotnie, nadal potrafi pozytywnie zaskoczyć. Cieszy także duża grupa modderska, dzięki której możemy nie tylko wzbogacić tytuł o nowe elementy, załatać niektóre błędy, ale także podkręcić stronę wizualną produkcji. Tytuł oczywiście miał też swoje za uszami. Przykładem niech będzie błąd, który na szeregu konfiguracji uniemożliwiał przejście gry w jej zaawansowanej fazie a który został załatany… przez społeczność. Jest to minus, świadczący jednak o tym, jak wielkie zaangażowanie graczy potrafiła wzbudzić ta gra. Nadciąga Vampyr Od wydania Bloodlines minęło już 14 lat i po drodze temat krwiopijców pojawiał się w grach kilkukrotnie, jednak nie jestem w stanie przywołać w pamięci tytułu, który robiłby to tak dobrze jak omówiony przed chwilą. I oto na horyzoncie pojawił się Vampyr – produkcja francuskiego studia Dontnod Entertainment, które znać możecie z takich tytułów jak „Remember Me” oraz „Life is strange”. Rozbudowana kampania marketingowa przedstawia mający dzisiaj premierę tytuł jako RPG akcji w klimacie gotyckiego horroru. Fabuła przenosi gracza do powojennego Londynu, w którym szaleje epidemia hiszpanki (1918-1919). Wcielamy się w postać Jonathana E.Reida – chirurga wojskowego, który stawia sobie za cel walkę z epidemią. Jednak prócz walki z zarazą, przyjdzie mu stawić czoła kryjącej się w nim bestii, gdy odkryje, budząc się w masowym grobie, iż został przemieniony w wampira. Zapowiedzi i fragmenty gameplayu, przedstawione przez twórców w czasie kampanii marketingowej, ukazują nam mroczny świat tonący w zarazie. Na ulicach pojawiają się nie tylko szukający okazji do wykorzystania chaosu na własną korzyść przestępcy, ale także krwiożercze bestie i łowcy tychże, widzący w bohaterze zwierzynę łowną. Twórcy chwalą się rozbudowanym systemem walki, w którym wykorzystamy zarówno umiejętności walki wręcz, improwizowaną broń białą i palną, jak i nadprzyrodzone zdolności. Ciekawi mnie niezmiernie, jak zrealizowany zostanie motyw wampirzego głodu i jakie będzie miał realne przełożenie na rozgrywkę, prócz wiadomego już przełożenia na punkty doświadczenia. Interesującym rozwiązaniem może okazać się także wprowadzenie kilkudziesięciu mieszkańców Londynu, którzy mają zostać wpisani w ekosystem miasta i ich ewentualna śmierć z naszej ręki będzie wpływać na to, w jakim świecie przyjdzie nam się poruszać. Przypadkowe ofiary mogą więc przynieść nieoczekiwane skutki dla rozgrywki – na ile będą to tylko zmiany kosmetyczne lub chwilowe wydarzenia przyjdzie nam się jeszcze przekonać. Twórcy wspominają także, iż całą grę da się przejść bez zabijania NPCów, jednak znacznie wzrasta wówczas poziom trudności. Historia ma doprowadzić gracza do jednego z wielu zakończeń uwarunkowanych podjętymi decyzjami. I tu pojawia się największa zagadka. Na gameplayu widzimy, że lokalizacje mają klimat, walka wygląda nieźle, a fabuła może być interesująca. Wampir: Maskarada podchodził do tematu poważnie, jednak wszystkie elementy przedstawiał w nieco krzywym zwierciadle, wypaczając je na swoja modłę. Poczucie grozy, które towarzyszyło rozgrywce przedstawiono z przymrużeniem oka – gracz czuł, że tylko się bawi konwencją. Twórcy Vampyra zdecydowanie poszli w innym kierunku. Tu głównym założeniem jest oddanie klimatu gotyckiego horroru, lekkiej dozy zagubienia i niepewności świata, który osadzony w solidnych fundamentach nagle zaczyna ukazywać pęknięcia, wywołując w odbiorcy niepokój. Ten ulotny, upiorny i lekko kiczowaty klimat nie jest łatwy do oddania i dzieli go bardzo cienka linia od nieprzyjemnego horroru od którego odwracamy wzrok z niesmakiem. To jak będzie? Jak wyjdzie w praktyce – dowiemy się już niebawem, bowiem gra miała dzisiaj swoją premierę i pojawiają się już pierwsze recenzje. Jeśli mieliście już okazję posmakować walczącego z hiszpanką Londynu – zapraszam do pozostawienia komentarza, będę wdzięczny za wszelkie opinie, które pomogą w zdecydowaniu czy warto. Tekst ukazał się pierwotnie na: https://yoorko.pl/czy-vampyr-dorowna-maskaradzie/

Yoorko

Yoorko

 

Rakiety i pociski kierowane III Rzeszy- X-7 Rotkäppchen

W czasie drugiej wojny światowej organizacja jednostek pancernych uległa radykalnej zmianie- sprzęt wspierający piechotę zamienił się w jeden z głównych rodzajów broni. Nie muszę wspominać kto jako pierwszy wykorzystał wozy bojowe w nowy, niespotykany wcześniej sposób. Panzerwaffe w trakcie kampanii wrześniowej i podczas podboju Francji odegrała znaczącą rolę, przyczyniając się niejako do sukcesu obu przedsięwzięć. Oczywiście nie marginalizuję tu zasług piechoty i lotnictwa- są one niezbędnym komponentem w czasie prowadzenia wojny manewrowej. Niemniej jednak, to właśnie widok pojazdów gąsienicowych wprawiał Francuzów, Belgów albo Polaków w największe osłupienie.  Około roku 1942 do zwalczania wozów bojowych zaczęto używać głowic kumulacyjnych. Mowa tu o amunicji zasilającej wyrzutnie typu Panzerfaust, Panzerschreck, Bazooka albo PIAT. Od tradycyjnych pocisków przeciwczołgowych różniły się tym, że do perforacji pancerza nie wykorzystywały energii kinetycznej. Każdy rodzaj stali ustępował pod działaniem strugi kumulacyjnej, toteż większość trafień kończyła się tragicznie zarówno dla pojazdu jak i jego załogi. Oczywistą wadą tej broni był jej zasięg- obsługa musiała znaleźć się dość blisko atakowanego celu, a to nie zawsze było możliwe.      Pod koniec wojny rozpoczęto testy pierwszego, przeciwpancernego pocisku kierowanego (PPK). Broń była o tyle przełomowa, że pozwalała na rażenie przeciwnika z bezpiecznej odległości i jednocześnie umożliwiała korektę toru lotu odpalonej rakiety. Są to korzyści nie do przecenienia w sytuacji gdy celność pierwszego strzału decyduje o życiu lub śmierci. Wyrzutnia była na tyle mała, że niemożliwością było wypatrzenie jej z większej odległości- kolejna zaleta względem klasycznej artylerii która wraz z rozwojem czołgów musiała zwiększać swój kaliber, a co za tym idzie i gabaryty. Omawiany projekt nosił nazwę Panzerabwehrrakete X-7 "Rotkäppchen" (Rakieta przeciwpancerna X-7 "Czerwony Kapturek") i jego początki sięgają roku 1941, kiedy to koncern BMW (tak, te same Bawarskie Zakłady Silnikowe) zaproponował kierownictwu armii nowy, rewolucyjny rodzaj broni do zwalczania czołgów przeciwnika. Jako, że wojenna koniunktura była dla III Rzeszy pomyślna, zaniechano inwestycji szacowanej na niemal 800 tysięcy ówczesnych marek. W roku 1942 opracowano silniki rakietowe będące podstawą produkowanego później precyzyjnego uzbrojenia z rodziny X (bomby z napędem rakietowym, zdalnie sterowane pociski przeciwlotnicze) do której nasz PPK się zalicza.                                             Sterowanie, jak to widać na zamieszczonych grafikach, odbywało się za pomocą drążka dzierżonego przez obsługującego wyrzutnię żołnierza. Sygnały kierujące przesyłano za pośrednictwem dwóch przewodów nawiniętych na szpule zamocowane w skrzydłach. W zależności od wariantu, kable miały długość od 1500 do 3500 metrów. Po odpaleniu, X-7 wpadał w ruch obrotowy, mający za zadanie ustabilizować lot i zniwelować nieprawidłowości wynikające z niedokładności produkcyjnych i różnic pomiędzy poszczególnymi egzemplarzami (min. wgniecenia powierzchni kadłuba/szkrzydeł mające wpływ na właściwości aerodynamiczne). Do manewrowani służył umieszczony "w ogonie" ster. Znajdował się on w odległości 0,5 metra od silników, tak aby przepływ gazów wylatujących z dysz nie zakłócał jego pracy. Specjalny smugacz ułatwiał śledzenie odpalonego pocisku na większych odległościach. Wyrzutnia "Czerwonego Kapturka" ważyła około 15 kilogramów i miała być umieszczana w odległości kilkuset metrów od stanowiska operatora. Start rakiety umożliwiał silnik wykorzystujący stały materiał pędny, pracujący przez 3 sekundy od momentu odpalenia. Następnie aktywował się silnik marszowy, działający 8 sekund i zasilany tym samym rodzajem paliwa. Masa całkowita rakiety to 9 kg. Zawierają się w niej: 3 kilogramowy ładunek kumulacyjny oraz ważący tyle samo materiał pędny.  X-7 poruszał się z prędkością 98 m/s i jego zasięg wynosił ok. 2 kilometrów. Zaprojektowano również model odpalany z pokładu samolotu- start odbywał się gdy cel znajdował się w odległości ok. 100 metrów .      Projekt doktora Maxa Kramera przeszedł do historii jako praprzodek dzisiejszych systemów przeciwpancernych takich jak popularny TOW, Kornet, Milan albo Spike. Nie będę rozwodził się nad techniczną przepaścią dzielącą niepozornego X-7 i dzisiejsze PPK. Wszystkie one zostały zaprojektowane aby maksymalnie efektywnie razić wraże pojazdy i jednocześnie pozostawać poza zasięgiem ich broni pokładowej. Teraz, kiedy każdy niemal wóz bojowy obserwuje pole walki z wykorzystaniem czujników termowizyjnych, idea ręcznego sterowania zaczyna odchodzić w niebyt. Nowoczesne zestawy ppanc. działają w oparciu o system "wystrzel i zapomnij" aby obsługa nie pozostawała zbyt długo w jednym miejscu, narażając się tym samym na odpowiedź ze strony zaatakowanego obiektu. Jaka będzie przyszłość przeciwpancernych pocisków kierowanych? Co poza głowicami tandemowymi można wymyślić do neutralizacji coraz wymyślniejszych pancerzy reaktywnych, dodatkowo dziś uzupełnianymi przez aktywne systemy obrony? Bardzo prawdopodobne, że w bliżej nieokreślonej przyszłości rakieta stanie się takim samym przeżytkiem jakim po 1945 roku stał się pocisk armatni. Na razie jednak, alarm uruchomiony po opromieniowania wiązką lasera jest ostatnią rzeczą jaką chce słyszeć czołgista.   Źródła: "Rakiety i pociski kierowane" T. Burakowski, A. Sala  strona internetowa: Weapons and Warfare  

LukasAlexander

LukasAlexander

 

Edukujemy się

Zgodnie z obietnicą sprzed kilku tygodni czas na prawdziwie mądrą książkę. „Edukacja w pikselach” autorstwa Karola Kowalczuka (2016) jest właśnie taką pozycją – a co najlepsze: opisuje także, negatywnie, tekst „naukowy”, o której niedawno pisałem. Oczywiście, nie będę żywcem przepisywał całej książki. Zaczynajmy: Czyli Autor opisuje praktycznie to, co ja od wielu lat na tym blogu – tyle, że oficjalnie i naukowym językiem :).
  Ta ostatnie rzecz zawsze mnie dziwi - skąd się to wzięło? Dlaczego gry są traktowane jako „dla dzieci” (nawet te 18+) na równi z filmami animowanymi… czego też nie rozumiem, bo co złego jest w tym, że np. trzydziestolatek lubi oglądać „Jak wytresować smoka” czy innego „Króla Lwa”? W drugą stronę – kto przy zdrowych zmysłach dałby ośmiolatkowi oglądać „South Park”? Nic dodać – nic ująć. I mam nadzieję, że spychologowie czytali tę (i podobne) książki. Trochę na to wygląda – bo ostatnio coraz częściej trafiam właśnie na mądre a rzadziej na „mądre”. Dobra, mimo mojej sympatii do Autora, jednak mam wrażenie, że trochę zbyt dużo treści powtarza – jakby „zapychał” nimi swój tekst. Szkoda. Pisałem o tym tutaj, więc nie ma sensu się powtarzać :). Niestety, warto dodać, niestety zdobyła. Jak wspominałem – praktycznie każda polska książka naukowa o grach po 2000 roku musiała zawierać odniesienie (najczęściej pozytywne lub spisane…) do tej pozycji. Dobrze, że tak się dzieje. Szkoda tylko, że jeszcze nie wszędzie dotarło takie podejście… Warto przypomnieć, że grupa składała się z 60 chłopców – 30 badanych komputerowców oraz 30 kontrolnych „niekomputerowych” :). Co jest liczbą wyjątkowo małą… Tego akurat nie wiedziałem, gdy tworzyłem tamten wpis – przyznaję się od razu :). Jestem pewny, że powyższe zarzuty można odnieść też do innych pozycji, które pojawiły się lub pojawią na moim blogu :). Przejdźmy dalej – by nie przedłużać – do proponowanego zastosowania gier w edukacji. Jest to lwia część pracy, lecz, szczerze pisząc, nie ma sensu się tu rozpisywać. Jeden fragment wystarczy (ostatecznie nikt mi za reklamę nie płaci :)): Na tym fragmencie wpis zakończę, choć jestem ciekaw – jakie gry Wy polecilibyście nauczycielom, by mogli je wykorzystać w edukacji? Osobiście, pomyślałem o Papers, Please – choć raczej dla później podstawówki – oraz Cities Skylines­. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

×