Skocz do zawartości

Blogi

Polecane wpisy

  • 9kier

    J.K. Rowling, J. Tiffany, J. Thorne, Harry Potter i przeklęte dziecko. Część pierwsza i druga

    Przez 9kier

    Długo przymierzałam się do napisania tej recenzji, bo też najlepsze, co można zrobić po przeczytaniu Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka, to wyrzucenie go z pamięci.   Siedmiotomowa saga o Harrym Potterze to rzecz fantastyczna i dobrze napisana. Scenariusz stanowi układankę pełną zwrotów akcji i wyrazistych bohaterów, a co najważniejsze – początkowo naiwna fabuła oraz warsztat dojrzewają wraz z uczniami Hogwartu. Przeklęte dziecko to bękart zrodzony ze współpracy Rowling z Johnem Tiffanym i Jackiem Thorne'em. Czarna owca w rodzinnie Potterów. Skok na kasę. Dramat w obu znaczeniach. Harry Potter i przeklęte dziecko nie jest bowiem, w przeciwieństwie do sagi, tradycyjną powieścią, lecz scenariuszem sztuki rzeczonego Thorne'a wystawionej latem na deskach londyńskiego West Endu. W dodatku osadzonym dwie dekady po finale Insygniów śmierci – w czasie, gdy znani z serii bohaterowie połączyli się w pary i zdążyli wyprodukować potomstwo.   Przelatuje się przez to szybko, bo też jest to danie wyjątkowo mało treściwe. Czytanie nie powoduje wypieków na twarzy, a zainteresowanie wywołuje w najlepszym razie dostateczne – gdyby nie słabość do uniwersum, odłożyłabym ją w połowie. Różnica między Przeklętym dzieckiem a oryginalną sagą jest większa niż bogactwo galeonów skrytych w skarbcu Harr'yego w banku Gringotta, większa niż smoki, które studiuje Charlie Weasley, większa niż widmo powrotu Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. To upadek z najwyższego konia w stadninie. Prawdopodobnie wszystko dlatego, że Rowling nie pisała Przeklętego dziecka samodzielnie, a jej talent został rozmyty między pomysłami pozostałej dwójki a koniecznością podporządkowania scenariusza do tej jakże specyficznej formy, jaką jest sztuka teatralna. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego bohaterowie męczą, dlaczego fabuła nie dorasta oryginalnej serii do pięt i dlaczego gdybym przysiadła do całości z solidnymi nożycami, niewiele by z niej zostało.   Postacie można opisać jedną, dwiema cechami. Harry stara się być dobrym ojcem, ale średnio mu to wychodzi. Albus to cierpiący, wkraczający w okres buntu nastolatek, który nie chce być porównywany do swojego taty. Również Draco kiepsko radzi sobie z wychowywaniem Scorpiusa. Ron (na wpół bezpłciowy, na wpół irytujący śmieszek) jest przede wszystkim mężem Hermiony, która w międzyczasie została Ministrem Magii. Mają córkę Rose, która nie ma czytelnika obchodzić, podobnie jak Lily, córka Harry'ego i Ginny. Żadna z postaci nie wydaje się pełnokrwista. Większość to, mimo tak bogatej historii, bardziej nijakie dwuwymiarowe szkice. Nawet Voldemort, który pojawia się w paru momentach na kartach książki, wywołuje raczej śmiech i litość niż negatywne emocje pojawiające się w oryginalnej serii. Wszystko jest tu na opak. Zamiast budować scenariusz na interesujących, tryskających magią zdarzeniach próbuje się go opierać właśnie na nieudolnie skonstruowanych bohaterach, a w efekcie fabuła – w założeniach dojrzalsza – sprawia wrażenie quasi-dorosłości widzianej oczyma nastolatków. (Z otoczką jest podobnie. Naturalnie scena, w której stara gwardia odkrywa prawdę na temat zagrożenia, musi wyglądać tak: „Pokój się przeobraża, ciemnieje, wygląda mroczniej. Na ścianach objawia się kłębowisko namalowanych węży. Na ich tle widać spisane fluorescencyjną farbą proroctwo”, a potem „Na wszystkich ścianach wokół widowni pojawiają się słowa, złowieszcze i okropne: Odrodzę Ciemność. Sprowadzę swego ojca”). Niby pojawia się tu zaledwie garść młodzieniaszków, a ma się wrażenie, że nawet Harry i jego rówieśnicy niespecjalnie zmądrzeli, co najwyżej zgorzknieli. Gwoździem programu planowano uczynić podróże w czasie, ale nie są to – uwaga, będzie spoiler – subtelne, ale robiące wrażenie zabawy znane z Więźnia Azkabanu, tylko nudne sekwencje, w którym bohaterom towarzyszy pozbawiony charyzmy i jakiegokolwiek wyrazu czarny charakter i które ratują tylko fragmenty żywcem wzięte z Czary ognia.   Chciałabym móc powiedzieć, że fabularna miałkość i brak napięcia to jedyne aspekty, jaki nie spodobał mi się podczas lektury, ale nie poleciłabym Przeklętemu dziecka nikomu, kto chciałby uczyć się sztuki pisania tekstów dramatycznych – co najwyżej jako przykład tego, czego robić się nie powinno. Przede wszystkim wydawca powinien był przysiąść nad rękopisem z czerwonym flamastrem i pozbyć się połowy dialogów i opisów. Twórcy nazbyt często mówią to, co w teatrze winno się pokazać lub odegrać, przez co nieraz miałam wrażenie, że tłuką mnie ciężką fabułą po głowie, kilkakrotnie powtarzając te same informacje albo wkładając bohaterom w usta nienaturalne kwestie. Didaskalia bywają mało konkretne, mimo że ich celem jest przecież pomoc w wyreżyserowaniu i odegraniu sceny („Wiatr wieje ze wszystkich stron, na dodatek ostry wiatr”, „wokół krąży czarna magia...”?!), a dialogi mające tyle sensu co „– Voldemort. – Voldemort? – Tak, Voldemort” powinno się wyrwać z korzeniami i polać kwasem. Jestem w stanie przymknąć oko na kiepski, kanciasty warsztat (z bólem), który mógł być efektem pospiesznego lub zbyt dosłownego tłumaczenia, ale Harry Potter i przeklęte dziecko to przegadana quasi-powieść pełna nienaturalnych ludzi i kłótni, wylewania emocji bez powodu oraz nieciekawych, męczących rozmów o głupotach. Szczytem absurdu jest fragment snu, w którym Voldemort czai się za nagrobkiem („nie widzimy jego twarzy, ale okryta szatą sylwetka budzi przerażenie”) i deklamuje „Dobiega mnie woń wyrzutów sumienia, w powietrzu wisi smród poczucia winy...”. Paradoksalnie mimo tego całego przegadania czuć w Przeklętym dziecku pewien pośpiech autorów – być może dobrze się stało, bo inaczej każda kiepska rozmowa byłaby czterokrotnie dłuższa. Szkoda tylko, że przy okazji powrócono do kluczowych postaci, takich jak Dumbledore (tu przemawiający z obrazu), i potraktowano je po macoszemu lub przesadnie rozemocjonowano.   Podobały mi się zaledwie dwa elementy – ujawnienie, kim naprawdę jest sympatyczna kobieta sprzedająca słodycze w pociągu do Hogwartu, a także rzeczone fragmenty z przeszłości żywcem zerżnięte z oryginalnej serii, zwłaszcza napisane z polotem, niespieszne monologi Ludo Bagmana komentującego Turniej Trójmagiczny. Czuć w nich iskrę, której w Przeklętym dziecku nie ma. Całej reszcie mówię bez żalu – Avada Kedavra!

    2 maja 2017  
    • 4 komentarzy
    • 980 wyświetleń
  • 9kier

    E.A. Poe, Opowieści tajemnicze i szalone

    Przez 9kier

    Do opisu stylu Poego bardziej niż gdziekolwiek indziej pasują słowa Jeffreya Forda: „moje zdania czasami przypominają arabskie pismo, pełne zawijasów i zapętlone, suficki tekst, który ma za zadanie opisać jedno z imion Boga, żeby nie trzeba było używać jego prawdziwego miana”.   Tak się składa, że od niemal dwóch lat „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” zajmują należne im miejsce w mojej sypialni. Przez to olbrzymie, prawie 800-stronicowe, wydane przez Vesper tomiszcze nie sposób przebrnąć w ciągu jednego wieczoru i choć zazwyczaj czytam książki w długich, kilkugodzinnych sesjach, w zawiłym stylu Poego jest pewien ciężar, który wymaga ciągłego skupienia i sprawia, że po godzinie-dwóch potrzebuję zrobić sobie przerwę. Jak nic innego nadaje się do robienia pauz na komentowanie akapitów na bieżąco, jak gdyby umysł naturalnie uciekał od lektury, przytłoczony archaicznymi przymiotnikami, kilkuwersowymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, licznymi powtórzeniami, rozbudowanymi metaforami i rozległymi opisami przeżyć wewnętrznych bohaterów. I jak zwykle kręcę nosem na kwiecisty język, wynikający zbyt często z kiepskiego warsztatu i leniwej redakcji, tak sposób pisania Poego nieodmiennie wywołuje we mnie w najlepszym razie zachwyt, a w najgorszym pobłażliwy uśmiech. Ach, drogi Poe, myślę sobie po ponownym przeczytaniu jakiegoś długiego zdania pełnego „cudacznej, oschłej rozwlekłości”, „śpiesznego i natarczywego porażenia” „dziwnego niedomagania” lub „niewymownej, lecz błahej przykrości”, czy zdajesz sobie sprawę, że w tym akapicie nie napisałeś niczego konkretnego? Wtedy autor podaje mi, jakby na udobruchanie, jakieś mięso, ale tylko odrobinę – tyle, bym pragnęła kluczyć dalej przez meandry – a na końcu, gdy napięcie osiąga apogeum, serwuje całą świnię, nie, trzy świnie naraz i stawia kropkę.   Nie każdy może mieć cierpliwość i ochotę, by przedzierać się przez niewątpliwie bogate, ale nieraz dosyć puste, budujące tylko atmosferę zdania oferowane przez tłumaczenia Bolesława Leśmiana, Stanisława Wyrzykowskiego i innych, którzy poświęcili swój czas na przekład tych, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości, trudnych dzieł. Dla takiego czytelnika, przerażonego ciężarem i objętością kompletnego zbioru, powstały „Opowieści tajemnicze i szalone”. Na tę okoliczność wybrano – zresztą już lata temu, bo anglojęzyczny oryginał zadebiutował na Zachodzie w 2004 roku, a rodzima wersja pojawiła się w Polsce w 2006 – cztery flagowe opowiadania: „Czarnego kota”, „Maskę Czerwonej Śmierci” (to zdecydowanie mój faworyt), „Żaboskoczka” (najsłabszy element zbioru) i „Upadek Domu Usherów”. Mamy więc historię zbrodni, opis upadku króla, który wraz z tysiącem poddanych zamknął się w twierdzy ze strachu przed dżumą, a także opowieści o zemście pewnego błazna oraz stopniowym popadaniu w szaleństwo.   Redakcji i przekładowi przyświecać musiała idea przystępności. Dokonano licznych i obszernych skrótów (bez pardonu pomijając całe akapity!), wybierając przede wszystkim to, co konkretne, a także upraszczając język w taki sposób, że nowelki przypominają teraz bajki na dobranoc. Przykładowo tam, gdzie u Leśmiana czytamy „Atoli książę Prospero – szczęśliwą miał gwiazdę, nieustraszone serce i umysł przenikliwy”, u Jolanty Kozak, która przełożyła wszystkie cztery nowele, ten sam fragment brzmi „Ale Książę Prospero był szczęśliwy, zdrowy i mądry”. Gdzie u Wyrzykowskiego „W epoce mojego opowiadania sowizdrzali zawodowi nie zniknęli jeszcze w zupełności z dworów monarszych. Kilka wielkich lądowych mocarstw zachowało swych błaznów w pstrych przyodziewkach i w czapkach z dzwonkami. W zamian za okruszyny ze stołów królewskich musieli oni być zawsze gotowi do ostrego i przystosowanego do okoliczności kpiarstwa”, tam u Kozak „W czasach, w których rozgrywa się moja opowieść, instytucja dworskiego błazna nie wyszła jeszcze całkiem z mody. Kilka wielkich mocarstw europejskich szczyciło się posiadaniem błaznów, którzy paradowali w kolorowych strojach i czapkach z dzwoneczkami, zawsze skorzy do wygłoszenia ciętego dowcipu”.   Uproszczenia w połączeniu z groteskowymi, niepoważnymi ilustracjami Grisa Grimly’ego, a także faktem, że anglojęzyczny oryginał został wydany nakładem Atheneum Books for Young Readers, sugerowałyby, że zbiór przeznaczony jest dla dzieci, ale zdecydowanie nie jest to dobry prezent na pierwszą komunię. To opowieści grozy, w których nie brakuje makabrycznych, szczegółowo opisanych aktów nieuzasadnionej przemocy. Tym, którzy z prozą Poego nigdy nie mieli styczności, powiem tylko, że choć do stylistyki gore autorowi daleko, na porządku dziennym są tu detale pokroju wyłupywania oczu niewinnym istotom. Towarzyszące temu wszystkiemu komiksowe obrazki (tak różne od opublikowanych w „Opowieściach miłosnych, śmiertelnych i tajemniczych” mrocznych ilustracji Harry’ego Clarke’a, bliższych zresztą memu sercu) miały zapewne na celu wywołanie kontrastu, ale w połączeniu z rzeczonymi skrótami osłabiają napięcie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie wiem, do kogo skierowane jest to lekkie dziełko, a także że przy okazji redakcji i tłumaczenia ograbiono Poego z „tego czegoś”, przez co ci, którzy mają tu z nim do czynienia po raz pierwszy, nie zrozumieją, dlaczego styl autora do dziś zachwyca. Ducha pierwowzoru oddaje najbardziej – tak mi się przynajmniej wydaje – „Zagłada Domu Usherów”, która nawet pod skrótach i uproszczeniach pozostała bogata, pełna charakteru i nader często błyska charakterystyczną dla autora literacką sprawnością. Mimo całej sympatii, jaką darzę komiksowość „Opowieści tajemniczych i szalonych”, zdecydowanie skłaniałabym czytelnika do tego, by nie szedł w tym przypadku na łatwiznę i jeśli nie miał styczności z żadnym dziełem Poego, sięgnął po wierniejszy, bardziej satysfakcjonujący przekład. Ta wersja to rzecz dla kolekcjonerów i fanów Grimly’ego, a nie dla tych, którzy mają potrzebę obcowania ze słowem.

    11 lipca 2017 @@recenzja w Z Kamerą Wśród Książek @@@
    • 2 komentarze
    • 822 wyświetleń
  • CorniC

    Różne oblicza Geralta

    Przez CorniC

    Świat wykreowany przez Andrzeja Sapkowskiego to diament literatury. Wiem, że stwierdzenie to zakrawa na, bezpodstawny osąd wynikający w dużym stopniu z tego, że Wiedźmin został wykreowany w naszym kraju i przemawia przeze mnie patriotyzm, przysłaniające inne za i przeciw. Ja jednak zawsze będę uważał, że największą wadą tego uniwersum jest to że nie powstało w USA, przez co nigdy nie wybije się w takim stopniu jak inne marki tego nurtu. Nie lubię Władcy Pierścieni (choć serię doceniam), nie trawię również gry o tron. Są to mimo swej ,,brutalności" światy dosyć ugrzecznione i w zasadzie ukazują to co dzieje się na szczytach władzy. Saga Sapkowskiego zawsze miała szerszy ogląd na sytuacje, ukazując zarówno komnaty królów, jak i zapadłe wioski, ukazywała brud, zepsucie i specyficzną mozaikę kulturową królestw północy. Jestem fanem świata Wiedźminskiego, nie tylko w rozumieniu kolejnych komputerowych inkarnacji Geralta, ale wszystkiego co czerpie z tego świata. Świat wiedźmina doczekał się już wielu prób przeniesienia go na płaszczyznę wizualną. Mieliśmy komiksy, film, czy wreszcie serię gier CDP Red. Każdorazowo świat królestw północy starano się przedstawić w inny sposób, różnie to bywało z poszanowaniem materiału źródłowego. Z resztą sam Sapkowski nie jest postacią z którą współpracuje się łatwo, a od paru lat kwestia wiedźminskiego świata jest dla niego sprawą drażliwą. Niemniej cechą wspólną większości adaptacji opowiadań i sagi jest bardzo swojski humor w nich zawarty. Czasem ,,dzieła" te były wątpliwej jakości, innym razem nie były złe, ale nie spotkały się ze zrozumieniem fanów, ale zdarzył się w tym gronie jeden sukces na skale światową... na prawdę muszę mówić o czym mowa? Pierwszą próbą ukazania jak wygląda świat Geralta z Rivii były komiksy ilustrowane przez Bogusława Polocha i ze scenariuszem Macieja Parandowskiego, ten ostatni ponoć konsultował się w trakcie tworzenia historii. Nie do końca można zauważyć wskazówki autora sagi, bo obaj twórcy komiksu dorzucili od siebie naprawdę dużo i nie spotkało się to ze zbytnim aplauzem fanów, a i sam Sapkowski odciął się od komiksu (jak chyba od wszystkiego co opierało się na sadze). Komiksy koncentrowały się na opowiadaniach ze zbiorów Ostatnie Życzenie i Miecz Przeznaczenia, a także spin offu Droga z Której Się nie Wraca, ponadto duet jeden z albumów oparł na autorskim pomyśle.. Świat wykreowany w komiksach Polocha i Parandowskiego, był światem pełnym baaardzo polskiego humoru, ale też pozwalającym wyobrazić sobie jak wygląda Wyzmia, czy Blaviken. Co istotne autorzy rozwinęli losy znanych z kart opowiadań postaci, wplatając je w tło opowiadanych historii, jak również rozwinęli kwestię o których Sapkowski tylko napominał, jak choćby Bobrołaki i Varany, początek segregacji rasowej elfów, czy wiedźmińskiego szkolenia. Chwała im za odwagę, choć nie zawsze spotykało się to z aprobatą czytelników to uważam, że ten komiks był kamieniem milowym, wszak pokazał ile w samych opowiadaniach jest drzemiącego potencjału, a były to jeszcze czasy przed sagą. Osobną kwestia jest strona wizualna, bo Poloch w bardzo kontrowersyjny sposób ukazał samego Geralta, Jaskra (któremu bliżej do Zamachowskiego, niż do książkowego odpowiednika), czy choćby w bardzo specyficzny sposób ukazywał anatomię elfów. Rysunki zdecydowanie nie były najmocniejszą stroną tego komiksu pod kątem warsztatu, ale dołożyły swoja cegiełkę do budowania świata Wiedźmina. Po komiksie przyszła kolej na kolejne uderzenie wiedźmińskiego miecza, a przyznać trzeba, że do najostrzejszych on nie należał. Oto defilada marnych efektów specjalnych: gumowe potwory, smoki rysowane w paincie, czy choćby kadrowanie w taki sposób by nie pokazać z czym Geralt walczy. Do tego dodać trzeba dosyć kontrowersyjny dobór aktorów; choć w kilku przypadkach nalezy oddać sprawiedliwość, że te nieoczywiste wybory całkiem zgrabnie kreowały postacie. Gwoździem do trumny filmowego Wiedźmina, był jednak scenariusz dziurawy jak ser szwajcarski, niemal olewający książkowy dorobek i po prostu głupi. Ja osobiście lubie pulpowe historie, nakręcone czasem tanim kosztem, ale to co prezentował sobą ten gniot było naprawdę ciężkie do oglądania. Calikiem dobrzy aktorzy musieli wygłaszać drewniane dialogi, ubrani w rosyjski cosplay. Nie zawiodła tu tylko muzyka Krzesimira Dębskiego, no i może jeszcze duet Żebrowski-Zamachowski, Geralt mimo katany na plecach wyglądał i zachowywał się całkiem nieźle, a Zamachowski dodawał tej siermiężnej produkcji nieco uroku i lekkości. Najbardziej bolał jednak w tym filmie brak jakiejkolwiek chemii w kontaktach Yenn z Geraltem. Film i serial, bynajmniej nie sprawił że koniunktura na Wiedźmiński świat się poprawiła. Mimo to pojawiła się grupa ludzi którzy jeszcze pod koniec lat 90 postanowili stworzyć grę wideo. Samo powstanie gry zasługuje na osobny artykuł. Ale bezapelacyjnie, trzy części wiedźmińskiej sagi zredefiniowała ,,wygląd" tego uniwersum. Dostaliśmy królestwa północy, bohaterów z kart powieści i zupełnie nowe równie charyzmatyczne persony. Projektanci CDP Red stworzyli świat idealnie wpasowujący się w książkowy klimat, dostaliśmy specyficzny obraz końca średniowiecza z fantastycznym szlifem. Czy ktoś dzisiaj mówiąc Geralt widzi twór Polocha, albo twarz Żebrowskiego? Nie, bynajmniej, a grze udało się nawet przyćmić oryginał i wywołać zazdrość ojca Geralta... Sukces gry doprowadził do powstania dwóch nowych komiksów Racjii Stanu i Domu ze Szkła. Nie wykreowały one jednak nowej wizji wiedźmińskiego świata, ale czerpały z dorobku projektantów gry. O ile pierwszy Wiedźmin nie wciągnął mnie aż tak bardzo, o tyle w kolejnej części ukazany skrawek północy wciągnął mnie, zachwycając od czubka ciżmy, do głowni miecza. Czy więc ewolucja wizerunku świata wiedźmina zakończyła swoją ewolucje? Cóż nie do końca, może teraz trudno wyobrazić nam sobie inny design tego uniwersum, niemniej może pojawi się przełomowy komiks, lub... dobry film? No cóż, pomarzyć można. Ważne by pamiętać, że mimo całokształt dzieła CDP Red jest monumentalny, to nie był jedyny. Zerknijcie na to co było przed Wiedźminem na kompie, nawet jeśli było to nie najwyższych lotów, warto to znać. Przede wszystkim zapraszam do przeczytania Wiedźminskiej sagi, bo wierzcie mi że warto, a i wstyd nie znać, tak ważnej dla polskiego gameingu książki.
    • 4 komentarzy
    • 1986 wyświetleń
 

Mafia II - rzut okiem

Mafia 2 powala klimatem, szczególnie osoby takie jak ja, które nawet na dyskoteki chodzą w prochowcu i fedorze. Stare piosenki płynące z radia, ubrania, architektura, samochody. Wszystko old-fashioned. Atmosferą miasta bije na głowę jakąkolwiek część GTA. Niestety z misjami i głównym wątkiem nie jest już tak kolorowo. Są one znacznie mniej zróżnicowane niż u konkurencji i szybko się nudzą. Ot, schemat, jazda samochodem-strzelanie. Na szczęście fabuła trzyma poziom w zasadzie od początku do końca i ciekawi, choć całość jak można się domyślić jest brutalna i wulgarna. No i Joe Barbaro to faktycznie jedna z ciekawszych postaci w grach. A za najciekawsze znajdźki w historii, czyli Playboye dorzucam punkt do oceny. 9/10

fanthomas212

fanthomas212

NIE ZDAŁEM egzaminu dojrzałości

TO ZDERZENIE Z RZECZYWISTOŚCIĄ JEDNAK JEST BRUTALNE Mam przyjemność po raz kolejny zaprezentować trailer – tym razem krótszy od pierwszego – nadchodzącego projektu mojego autorstwa – reportażu o lekkim zabarwieniu fabularnym. Jeśli jesteście ciekawi, co z tego wyjdzie, możecie: dać suba na moim kanale polubić mój fanpejdż na fejsie (i ewentualnie także włączyć powiadomienia od postów) śledzić postępy projektu na insta i tłitterze wesprzeć mnie pieniężnie na Patronite (lub także niefinansowo - więcej szczegółów tutaj na moim blogu)

Bednarski

Bednarski

 

Rakiety i pociski kierowane III Rzeszy- V4 Rheinbote

20 lipca 1969 roku członkowie misji Apollo 11 lądują na Księżycu. Był to bez wątpienia jeden z najważniejszych kroków jakie mieszkańcy naszej planety poczynili w kierunku podboju kosmosu. Propagandowa maszynka rozpoczęła pracę pełną parą- to amerykanie a nie sowieci wylądowali na naturalnym, ziemskim satelicie i to właśnie oni zwyciężą w wyścigu o panowanie w kosmosie. Który obywatel Stanów Zjednoczonych pozwoliłby sobie na wyzbycie się dumy w takiej sytuacji? Naukowcy po latach badań, doświadczeń i prób (niejednokrotnie zakończonych w tragiczny dla załóg sposób) sprawili, że rakieta Saturn V wyniosła astronautów na orbitę okołoziemską. Kto by pomyślał, że olbrzymi wkład w to przedsięwzięcie miał nazistowski przemysł zbrojeniowy? To nie amerykanie wymyślili rakiety wielostopniowe. Konstrukcje złożone z kilku, umieszczonych jeden na drugim segmentów. Każdy człon to tak naprawdę silnik z zapasem paliwa który odłącza się od całości w zaplanowanym wcześniej momencie. Brzmi trywialnie- w dzisiejszych czasach, kiedy dokonania Wernhera von Brauna są dla każdego dziecka tak samo banalne jak czajnik albo rower.      W roku 1943 podjęto próbę stworzenia broni będącej alternatywą dla wielkokalibrowej artylerii. Nietrudno się domyślić, że w grę wchodziło zastosowanie napędu rakietowego, tak prężnie rozwijanego w laboratoriach niemieckich instytutów. Ktoś wpadł na pomysł aby rakietę podzielić na kilka, mniejszych członów które w trakcie przelotu do celu będą samoczynnie odpadać nad wrogim terytorium. Co więcej, każdy odrzucony fragment planowano wypełnić ładunkami wybuchowymi tworząc w ten sposób małą bombę. Pomysł ciekawy ale jak odniosła się do niego rzeczywistość? Pocisk rakietowy Rheinbote (posłaniec Renu/ V4) został zaprojektowany według wielu, błędnych założeń. W latach 40. XX wieku wiedza o balistyce znacznie różniła się od tej jaką posiadamy dziś. Konstruktorzy korzystali z wielu uproszczeń podczas prac projektowych, a efektem tego jest bardzo niska celność oraz wynikająca z niej niezadowalająca wartość bojowa. Podobnie jak w przypadku radzieckich, niemieckich i amerykańskich wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, nie można mówić tu o żadnym systemie kierowania. To czy trafimy w cel zależało między innymi od wyliczeń, kierunku wiatru i ustawienia platformy startowej. Po odpaleniu nie można było w nic ingerować. Kolejnym problemem Rheinbote była korelacja pomiędzy masą głowicy bojowej a ostateczną donośnością odpalonej rakiety. Standardowa zależność pomiędzy ładunkiem wybuchowym a zasięgiem to 40 kilogramów i 150/170 kilometrów. Minimalna waga środka rażącego- 10 kg, pozwalała konstrukcji na przebycie 220 kilometrów. Maksymalna- 200 kilogramów, to tylko 64 kilometrowy lot. Dostępne dane mówią, że przelot do celu trwał ok. 25 sekund, przy czym pomiędzy odpalaniem silników kolejnych stopni można mówić o krótkotrwałym locie bezwładnym. Długość całkowita to 11,2 metra przy wadze 1670 kilogramów. Rakieta składała się z czterech stopni które ważyły kolejno:  I- 710 kg, II- 380 kg, III- 360 kg, IV (bez ładunku wybuchowego) 166 kg. Materiał pędny w pierwszym stopniu ważył około 590 kg i był stały (chodzi o jego konsystencję). Stały dlatego, że broń tego typu miała być wykorzystywana "doraźnie" i nie można było pozwolić sobie na długotrwałe tankowanie i magazynowanie paliwa z utleniaczem w sąsiedztwie frontu.      Jak wyglądają dokonania V4? Ciężko jednoznacznie to stwierdzić z powodu braku danych. Od listopada 1944 do końca wojny ok. 200 sztuk (z 220 wyprodukowanych) zostało wystrzelonych w kierunku belgijskiej Antwerpii. Z relacji świadków wynika, że rakiety spadały w losowych miejscach i nie wywołały wartego odnotowania spustoszenia. Czy to oznacza, że praca niemieckich inżynierów poszła na marne? W żadnym wypadku! Większość rakiet dalekiego i średniego zasięgu jest zbudowana z kilku segmentów. Rodzina Saturn której członkowie wynosili amerykańskich kosmonautów na orbitę okołoziemską to nic innego jak potomkowie Rheinbote. Polityczna poprawność zabrania mówić o tym, że pierwszy krok w kosmosie zawdzięczamy po części nazistowskiej machinie wojennej która jeszcze 25 lat wcześniej pustoszyła Europę. Źródła: "Rakiety i pociski kierowane" T. Burakowski, A. Sala 

LukasAlexander

LukasAlexander

Koniec gry #42 - The Stanley Parable

The Stanley Parable Czas w grze: 1 dzień (cóż, minęła północ...) Liczba osiągnięć w momencie ukończenia gry: 3/10 (30%).
Link do osiągnięć: TUTAJ. Nie zobaczyłem chyba wszystkich zakończeń, ale zobaczyłem napisy końcowe i napis "the end", więc chyba powstanie tego wpisu jest uzasadnione. Moja ocena gry: 6/10. To była jedna z tych gier, co do której obiecałem sobie na każdej kolejnej wyprzedaży, że w końcu ją kupię. I w końcu stało się, lata po premierze (gdybym kupił ją wtedy i nie odpalał do teraz, to otrzymałbym pewne osiągnięcie). Problem z tym tytułem jest taki, że jego nowatorskie podejście do tematu było wałkowane już multum razy i doskonale zdawałem sobie sprawę, czego się spodziewać, dlatego moja przyjemność z gry z całą pewnością na tym ucierpiała. Mimo wszystko doceniam kunszt narratora i niewymuszony humor. Jeżeli ktoś jeszcze nie słyszał o tym tytule, to niech kupi go sobie na wyprzedaży za mniej niż dychę, bo w takim przypadku może się nieźle uśmiać. 

SerwusX

SerwusX

Koniec gry #41 - Ori and the Blind Forest: Definitive Edition

Ori and the Blind Forest: Definitive Edition Na początek małe ogłoszenie. Raptr ostatecznie upadł (niech spoczywa w pokoju w cyfrowym niebycie, razem z Xfire ;_;) i dlatego zmieniłem narzędzie do rejestrowania czasu w grach na lokalne oprogramowanie Gameplay Time Tracker (spróbujcie teraz mi to wyłączyć, ha!) Kopię czasów będę trzymał na dysku internetowym, tak więc myślę, że to już jest ostateczna przesiadka. W dodatku pozwala mi w miarę możliwości rejestrować masę statystyk bez mojego udziału, zwłaszcza, jeżeli daną grę śledzę pierwszy raz (a tak było w przypadku Ori). Ułatwi mi to trochę sprawę, a myślę że Wam, drodzy czytelnicy, uprzyjemni lekturę.    Dodatkowo od teraz będę zamieszczał ocenę gry, wraz z krótkim uzasadnieniem. Czas w grze: 9 dni.   Liczba osiągnięć w momencie ukończenia gry: 33/57 (58%).
Link do osiągnięć: TUTAJ.
Poziom trudności: normalny. Moja ocena gry: 9/10. Fabuła nie jest ani rozbudowana, ani skomplikowana, ani nowatorska, ale taka moim zdaniem też powinna być baśń, więc nie jest to w żadnym wypadku minusem. Świat przedstawiony jest wprost fantastyczny. Muzyka – doskonała. Graficznie wręcz bajecznie, ale przyczepić mógłbym się do niespójności graficznej w przypadku ukazania niektórych postaci (czy ktoś oglądał nowego Berserka? Tam to całość bazowała wręcz na niespójności graficznej. xD Tutaj jest to raptem jedna postać, ale fakt faktem, że mimo wszystko to zauważyłem) oraz efekt rozmycia niektórych przerywników sprawiał, że wyglądały jakby były zrealizowane w niższej rozdzielczości niż reszta gry. Ale to, o czym napisałem, to generalnie małe piwo, więc w kontekście całości można o tym łatwo zapomnieć. Dlaczego więc nie 10/10? Trochę trochę rozczarowały mnie zagadki środowiskowe, które nie były zbyt skomplikowane, ani razu nie musiałem na dłużej się zatrzymywać. W dodatku większy wachlarz umiejętności sprawiał, że niektóre dało się rozwiązać w inny sposób, niż zamierzali autorzy (i nie jest to zaletą, bo np. po to były stawiane platformy dające osłonę przed laserem, żeby z nich korzystać, a można było po prostu skorzystać z szybowania i pominąć całą zagadkę).  A tak poza tym, to jestem pod wrażeniem tego, jak ładną grafikę i efekty cząsteczkowe można uzyskać za pomocą silnika Unity.

SerwusX

SerwusX

Zapowiedziano remaster CoD World at War

30 kwietnia 1945 roku. Kiedy Reznov pierwszy raz mówił o Dmitriju, wspomniał o bohaterze, którego winniśmy wszyscy naśladować. Czasem widziałem, jak Dmitrij okazywał litość – w przeciwieństwie do pozostałych towarzyszy. Kompletnie go nie rozumiałem. Być może bohaterowie nie muszą kwestionować swoich czynów. Tak brzmi ostatni zapis w dzienniku szeregowego Czernowa – fikcyjnej postaci z gry Call of Duty: World at War. Gry, którą miałem przyjemność rok temu przejść. Satysfakcja z ukończenia tytułu oraz wtedy nadchodząca premiera nowej część o podtytule WWII – która wróciła do drugowojennych klimatów – skłoniły mnie do nagrania pierwszego w życiu podcastu, filmiku z moim głosem na Youtubie. Jednakże, jako że nie posiadałem wtedy dobrego, czy choćby znośnego sprzętu, to jakość audio pozostawiała wiele do życzenia... Z okazji rocznicy postanowiłem odświeżyć pierwszy odcinek  RKJZ (recenzje krótkie jak zwiastuny), czyli filmik z oceną Call of Duty: World at War właśnie. Zremasterowaną reckę możecie obejrzeć/odsłuchać wyżej. Kolejne stare-nowe recenzje ze zremasterowanym audio już wkrótce! Przypominam także o ofercie korektorskiej oraz subskrypcji mojego nowego kanału: https://bit.ly/2IU6tqQ  

Bednarski

Bednarski

 

Edna & Harvey | Perełki #5

Perełki to cykl w którym przedstawiam różne, warte moim zdaniem uwagi gry. Nie ważne jaki to gatunek, czy to indyk, czy Triple-A. Ważne jest to, by gra wciągała, była generalnie dobra, oraz mogła pochwalić się innymi atutami czyniącymi ją godną polecenia. <OOO> Dziś mam dla was dwie perełki w cenie jednej, trudno jednak byłoby mi polecić pojedynczo którąś część, bez polecenia drugiej do kompletu. Mimo, iż obie gry opowiadają nieco inną historię, warto poznać całość. Zwłaszcza jeśli nie gardzi się dobrymi przygodówkami, i posiada względną tolerancję czarnego humoru. Pierwszą część opowieści stanowi „The Breakout”. Poznajemy w nim Ednę, która z nieznanych powodów znalazła się w celi szpitala psychiatrycznego. Protagonistka nic nie pamięta, ale jest przekonana, że to pomyłka, z resztą jej pluszowy towarzysz Harvey podziela jej opinię. Celem bohaterki staje się więc jak najszybsze opuszczenie placówki, odzyskanie wspomnień, a także odkrycie co knuje Dr Marcel stojący za jej uwięzieniem. Gra zaczynała jako projekt uniwersytecki Jana Müller-Michaelisa (znanego również jako Poki), współzałożyciela Daedalic Entertainment, które później wydało grę. Niestety ten „zaliczeniowy” charakter dosyć mocno widać, na szczęście historia, zagadki, oraz specyficzny humor gry rekompensują lekkie bolączki związane z niewygodnym sterowaniem, pamiętającym jeszcze czasy klasyków LucasArts. Sporą zaletą jest też zaskakująca jak na przygodówkę otwarta struktura gry. Naszym celem jest ucieczka z psychiatryka. By tego dokonać musimy zrealizować bo drodze kilka pomniejszych celów, na które natomiast składa się gro czynności, będące możliwymi do wykonania w niemal dowolnej kolejności. Nawet po terenie zakładu możemy poruszać się względnie swobodnie. Zagadki nie są przesadnie skomplikowane, ale też nie trywialne. Czasem wymagają od nas nieco abstrakcyjnego myślenia, ale zwykle nie da się utknąć na zbyt długo. W grze zaszyto też całe mnóstwo interakcji, niby nic nie wnoszących do progresu, za to potrafiących na swój sposób rozbawić, oraz – jak to z grami na Steamie zwykle bywa – sypnąć paroma osiągnięciami do kolekcji. Humor produkcji jest bardzo specyficzny, i zważywszy na tematykę wpisujący się w kategorię tego czarnego. Ale jeśli w scenie gdy Edna próbuje pocieszyć cierpiącego na depresję pacjenta tekstami godnymi Artura Schopenhauera przynajmniej się uśmiechniesz, to wiedz – jest to gra w zupełności dla ciebie. Dialogi są nieźle napisane, i całkiem dobrze zagrane. Świetną robotę robią tu Jocasta Gottlieb i Jonathan Tilly wcielający się w Ednę i Harveya (nawiasem mówiąc, duet Alianne Diehl i Alexandra Grimma w wersji niemieckiej, również nie brzmi źle). O aktorach grających role drugoplanowe także złego słowa nie można powiedzieć. Wszyscy tworzą naprawdę zapadające w pamięć postaci. Oczywiście główny duet – z wiadomych powodów – najbardziej, ale docenić należy całą ekipę. Nienajgorsza jest też ścieżka dźwiękowa, niestety ta dla odmiany aż tak w pamięć nie zapada, choć parę kawałków, jak choćby piosenka „Edna bricht aus”, wpada w ucho. Od strony graficznej jest nieco słabiej, bo choć paintem tworzona oprawa ma swój urok, tak niezmienna, i dosyć niska rozdzielczość gry nieco wrażenia psuje. Na szczęście w niedużym stopniu. Docenić warto design lokacji, a zwłaszcza wspomnianą wcześniej otwartość  szpitala, w którym dzieje się lwia część wydarzeń gry. Jest jednak jeden element za który należy „The Breakout” poważnie skrytykować. Mianowicie gra posiada jeden dotyczący wersji angielskiej (po przełączeniu na wersję niemiecką alles ist gut) błąd uniemożliwiający jej ukończenie. Pomimo narzekań, nie został on nadal załatany. Komizmu całej sytuacji dodaje fakt, że naprawił go jeden z użytkowników, tworząc nieoficjalną łatkę. Nie wiem jak Daedalic, ale ja bym go zatrudnił Druga część losów Edny, czyli "Harvey's New Eyes" stawia dotychczasową główną bohaterkę w roli drugoplanowej, prym tym razem wiedzie jej koleżanka Lili. Jest ona najbardziej uroczą i grzeczną istotą jaką można spotkać w przyklasztornej szkole, gdzie [mały spoiler] Edna znalazła schronienie po udanej ucieczce. Przy tym stanowi zupełne przeciwieństwo przebojowej i nieco zakręconej koleżanki. Lili jest do tego niezwykle małomówna, i bezwzględnie posłuszna względem Matki Przełożonej. Niestety sielanka nie trwa długo albowiem wspomniana zakonnica rozsierdzona niesubordynacją, i fatalnym jej zdaniem zachowaniem uczniów postanawia poddać wszystkich korekcie charakteru, którą to terapię ma zastosować znany już dobrze dr Marcel. Edna nie mogąc już czuć się bezpiecznie ucieka. Lili postanawia ją odnaleźć, niestety doktor zdążył już poddać ją hipnozie, nakładając na nią liczne utrudniające odnalezienie przyjaciółki blokady behawioralne. Pod względem opowiadanej historii ta część ma odczuwalne bardziej liniową strukturę niż poprzedniczka, ale jest też zdecydowanie bardziej rozbudowana, mimo że czas ukończenia obu gier jest relatywnie podobny. Sam scenariusz pod względem dowcipu ma znacznie ostrzejsze pazury, a humor przybiera miejscami odcień naprawdę głębokiej czerni. Wbrew pozorom ciekawą postacią jest sama Lili. Ze wszystkimi porozumiewa się monosylabami, mimo to ludzie całkiem nieźle rozumieją jej intencję. Wtóruje jej narrator, który sam również wyrasta na kolejnego bohatera opowieści. Nawet łagodne usposobienie głównej bohaterki ma tu swoją głębię. Gdy ją poznacie, wierzcie mi. Kolor różowy już nigdy nie będzie dla was taki sam. Mechanicznie jest to nadal klasyczna przygodówka, ale sam interfejs jest już współczesny i dużo bardziej wygodny niż w "The Breakout". Poprawie uległa też oprawa graficzna, która przy zachowaniu identycznego stylu, jest lepiej zrealizowana od strony technicznej. No i oczywiście gra obsługuje rozdzielczość HD. Głosy podkłada w dużej mierze ta sama ekipa, więc wysoki poziom został utrzymany. Muzyka również jak i poprzednio, po prostu jest, choć mam wrażenie że brakuje tu nieco bardziej wyrazistych utworów. "Harvey's New Eyes" wprowadza do gry sporo nowinek mających urozmaicić zabawę. Pierwsza z nich to blokady nałożone przez Doktora, przez które Lili nie może m.in. używać ognia, czy dotykać ostrych przedmiotów. Każdą z owych blokad pokonujemy celem ruszenia dalej. By tego dokonać wprowadzamy Lili w stan hipnozy w którym trafia ona do alternatywnej wersji miejsca w którym aktualnie przebywa, gdzie przyjdzie jej skonfrontować się ze spersonifikowaną manifestacją (a raczej zanimizowaną, wszak narzędziem hipnozy, jak i symbolicznym nemezis stał się Harvey, ale szczegółów zdradzać nie będę) nałożonych ograniczeń. Oprócz tej specyficznej wędrówki między światami pojawia się też tu kilka minigier, w rodzaju zagadki logicznej, czy dopasowywania symboli. Obie gry doskonale bawią się też różnymi odniesieniami popkulturowymi, a czasem zdarza im się delikatnie - jeśli nie przebić - to przynajmniej zapukać w czwartą ścianę. Pomimo sporej dawki dowcipu i humoru, scenariuszom obu zdarza się z rzadka uderzyć w dosyć poważne tony, nie rozbijając spójności świata przedstawionego, ale z pewnością dając lekko do myślenia. Sporym plusem są też zakończenia każdej części. Tak zakończenia, bo mimo iż determinuje je zwykle jeden finałowy wybór, to ostateczny finał nie jest nam całkowicie narzucony. Edna & Harvey to cykl, który warto poznać, zwłaszcza jeśli lubi się przygodówki. Nie są to z pewnością gry genialne, ani też najlepsze w katalogu Daedalica. Tym nie mniej opowieść o Ednie, Harvey'u i Lili ma swój unikatowy klimat, wciąga, i jest po prostu dobra. Poza tym oba tytuły godnie reprezentują swój gatunek pod względem tego, z czego słynie, czyli zagadek i mechanik. A jeśli do tego, twoje poczucie humoru jest tak czarne, że rapuje o życiu na Bronxie, to wiedz, że nie możesz przejść obok tej serii obojętnie. <OOO>   Mój Kanał YouTube: https://youtube.com/vitharpl Mój Fanpage: https://www.facebook.com/Vitharofficial

Vithar

Vithar

 

MajinYoda i Wreszcie Koniec

Czas na ostatnią część wpisu o książce „Harry Potter dobry czy zły?”. Ta część książki została dopisana po oryginalnym wydaniu pozycji. Żeby nie było tak długo, jak poprzednio (i tak jest niewiele lepiej…), sporo kwestii ominę. Gotowi? Czyli Autorka potwierdza moje przypuszczenia z pierwszego wpisu – ówczesny kardynał, potem papież Benedykt XVI a obecnie papież-emeryt nie znał treści sagi, a swoje zdanie oparł na manipulacjach pani Kuby. Jest to, podobno, cytat z listu kardynała do Autorki. Muszę uwierzyć, że to napisał. Niestety, strona Autorki nie działa, więc nie mogę tego zweryfikować (zresztą – i tak nie znam niemieckiego…). Jeśli ktoś się zastanawia nad użyciem słowa „uwiedzenia” to cierpliwości – Autorka nam to wyjaśni. Tu Autorka odnosi się do zacytowania powyższego fragmentu listu w lipcu 2005 roku w „Montreal Gazette”, czyli w momencie, gdy kard. Ratzinger był już papieżem. Co nie zmienia faktu, że kiedy pisał te słowa jeszcze nim nie był ;). Dodatkowo – na studiach spotkałem kilku księży (w tym wykładowców) i nie mieli problemu z tym, co czytamy. Nawet Harry’ego Pottera. Czy tym samym działali wbrew zdaniu papieża? Tak, Autorka odnosi się i do tego zarzutu, który popieram. Zobaczycie zaraz – dlaczego. Mylić się jest rzeczą ludzką ;). Jeśli jednak ówczesny kardynał a potem papież miał takie zdanie, to znaczy, że z czegoś wynikało. Ciekawe tylko – z czego? Widzicie, kłopot w tym, że NIGDY nie odpowiedział. Więc Autorka nie ma tu żadnego argumentu. Autorka zadaje pytanie a potem sama sobie odpowiada pytaniem retorycznym – to dopiero „cód” :P. Czas na analizę listu. Nie wiem jak to się ma do Harry’ego, ale wiem jedno – cieszę się, że nie dałem się uwieść i wykorzystać i wypożyczyłem tę książkę a nie kupiłem. Bo czułbym się zbrukany… I tak się czuję czytając te głupoty, ale przynajmniej mniej boli... Znowu nie wiem, co to ma do Harry’ego. Poza tym, według Biblii Tysiąclecia, wąż nie mówi o nieśmiertelności a o tym, że nie umrą po zjedzeniu owocu: „4 Wtedy rzekł wąż do niewiasty: «Na pewno nie umrzecie! 5 Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło».”. Dodatkowo – jak mieli przejrzeć kłamstwa węża, skoro nie umieli odróżnić dobra od zła? Ale nie wchodźmy na ten teren – no, chyba, że ktoś zna odpowiedź :). Nie kminię tego, tak szczerze pisząc. Chyba po to czytam książkę z nurtu literatury fantasy, by przenieść się do świata fantasy? Jakbym czytał literaturę s-f to chciałbym się przenieść do świata s-f, a nie zostać we własnym. Od tego są inne gatunki! Nie wiem też co Autorka miała na myśli pisząc o „regułach stosunków międzyludzkich”? Z ostatnimi dwoma zdaniami też się nie zgadzam, w kontekście HP – przecież w świecie czarodziejów obowiązują reguły, a za ich złamanie grozi Azkaban. Znowu czegoś tu nie rozumiem – czym jest prawo oparte na bezprawiu? Nie, serio, nie mam pojęcia o co Autorce chodzi. Szczególnie z zestawieniem z bezinteresownością działań Harry’ego i spółki. Źródło: www.meme-arsenal.com Droga Autorko, już odpowiadam. Otóż… każde wychowane w chrześcijańskim domu. Serio! Dzieci (te najmłodsze) najczęściej robią to, co im rodzicie wpoili. Później bywa z tym różnie, fakt, ale wpływ mają na to rozmaite czynniki. Zresztą, równie dobrze Autorka mogłaby napisać „Które dziecko, pozostające od szóstego roku życia w świecie Władcy Pierścieni (…)”. To tylko literatura! Mam na to jedną odpowiedź: Źródło: Fawlty Towers Ale długi fragment. Fanatyzm podyktowany własną pseudoreligijnością aż z niego bije. Bo w pierwszym przypadku – zabawki i księgarnie – to czysty marketing. Ludzie chcą zabawki/ksiązki z ulubioną postacią to je dostają. W tych samych sklepach pojawiają się także prezenty na Komunię, Chrzest, Ślub itd. Z tego jakoś zarzutu Autorka nie robi – i słusznie! Zaskoczyła mnie muzyka w tym akapicie – o co chodzi? Ja w 2005 roku słuchałem…hmm… Eminema? 5-2 Dębiec? Asceto? Chyba tak. Jestem też ciekaw jak Autorka chciałaby stawiać opór? Stosy, krucjaty?  I nie wiem nad czym bardziej bym płakał - nad tym, że dziecko czyta Harry'ego Pottera, czy nad tym, że chce wylecieć ze szkoły (vide pierwszy wpis ). Tego akurat nigdy nie rozumiem – fakt, że jest jakaś fanatyczka nie oznacza, że cały Kościół tak myśli. Ale skoro duchowni ją legitymizują to i im się obrywa. Dalej znajdują się przykładowe listy, ponoć wysłane do Autorki przez fanów HP. Są strasznie długie i dość jednolite w treści, przy czym Autorka najpierw je streszcza w punktach, ale to pominę (bo wpis byłby jeszcze dłuższy…). Dodam jedynie, że nie popieram wrzucania wszystkich do jednego worka. Na zakończenie – „10 argumentów przeciw Harry’emu Potterowi”, z dopiskiem na końcu „SKSERUJ I PRZEKAŻ DALEJ”. Mi jednak wygodniej będzie przepisać i rozprawić się z tym punkt po punkcie ;): Innymi słowy – wszystkie książki, w których pojawia się magia, trzeba spalić (poza kilkoma wybranymi przez Inkwizycję, jak mniemam). A słowo „pokonało” jest użyte całkiem ciekawie w kontekście historii (IYKWIM). Czemu akurat Hogwart? Bo dyrektorem szkoły był Adolfus Hitledor (wybaczcie – musiałem ;))? I, jak już pisałem w zeszłym tygodniu, rasistami są w sadze wyłącznie postacie złe. Ponadto, w murach szkoły nie było też ofiary krwi – cmentarz, na którym takowa się dokonała, znajdował się hen daleko od szkoły. Ale Autorka czytała jakiegoś bryka, więc trzeba jej wybaczyć ;). Źródło: Star Trek Jak już pisałem – Harry ostatecznie poradził sobie z Voldemortem w piątym tomie. Nie było to też tak do końca opętanie. A już na pewno nie traci swojej osobowości! Ta, i dlatego do Hogwartu nie przyjmują czarodziejów urodzonych w rodzinach nie-czarodziejów. Oh, wait: Hermiona. Dodatkowo – Dursleyowie są specjalnie pokazani tak, by czytelnik ich nie lubił. Nie stanowią oni żadnego odniesienia do innych osób. Bo to tak jakby napisać, że bracia Grimm pokazują, że wszystkie macochy są złe, bo jedna gnębiła Kopciuszka. Choć, fakt, czarodzieje niekiedy wyśmiewają mugoli (bodajże pan Weasley mówi raz, że mugole nie potrafią patrzeć). Ale tak samo my stereotypowo patrzymy na inne narody. Nie rozumiem tego punktu, kompletnie. Jakie boskie symbole są wynaturzone? Porównanie wysokości pomieszczenia do katedry? Czy żarcik z zamianą „Merry Christmas” na „Harry Christmas”? Eee… a Dobra Czarownica Gladiola z Czarnoksiężnika z krainy Oz? A wróżka chrzestna z Kopciuszka? Gandalf z Władcy Pierścieni? Niebieska wróżka z Pinokia? Autorka coś dużo magicznych postaci przegapiła. Ale te baśnie są „chrześcijańskie”, nie? Szczególnie te, które wywodzą się z czasów pogańskich – typu Kopciuszek (vide - historia Rhodopis z 7 wieku pne) :P. Autorka nadal pisze o Harrym czy o własnej książce? Bo z tych dwóch to akurat Autorka manipuluje. Tego argumentu kompletnie nie rozumiem. Serio! Gdzie w Harrym rządzi zło? Fakt, przez chwilę nie jest wesoło w świece czarodziejów, ale bohaterowie ostatecznie pokonują Voldemorta i jego popleczników – i to w każdym tomie! Równie dobrze ten zarzut mógłby się odnosić do Śródziemia – gdzie rządzi zły Sauron. Cóż za samokrytyka :P. Tak, wiem, co Autorka miała na myśli, ale właśnie strzeliła sobie samobója, bo można to inaczej zinterpretować :P. Mi jednak zależy na różnorodności opinii – ktoś lubi rosół, inny woli psy a ktoś jeszcze inny czytanie Harlequinów. To jest różnorodność – a nie pisanie, ze „rosół to danie zbrodniarzy wojennych”, „psy to ogary szatana” a „Harlequiny to tanie porno dla gospodyń domowych”. Ale, chyba, Autorka źle rozumie pojęcie „różnorodność poglądów”. I to jest jej pogląd, z którym się nie zgadzam, ale przyjmuję do wiadomości. Bo nie naśmiewam się z niego, lecz z podstaw, u jakich on leży. Z tym punktem Autorka poleciała na Icarusa punkt Beagle (info potwierdzone przez @Pawcio7327 :)) i leci dalej. Narzucanie innym swojego światopoglądu jest atakiem na wolność wyznania. I właśnie tak się czuję – Autorka obraziła moje uczucia religijne używając "mojej" religii do własnych celów. Kończąc ten wpis i przygodę z tą pozycją chcę zwrócić uwagę na coś jeszcze – podczas pracy nad tymi trzema wpisami poczytałem sobie o Autorce i dowiedziałem się, że kilka lat przed publikacją tej ksiązki zmieniła ona wiarę na katolicyzm. Zdałem sobie wtedy sprawę, że zwyczajnie chce się ona swoim fanatyzmem „wkupić” w łaski innych fanatyków. Wiecie – neofici zawsze muszą być świętsi od wszystkich świętych. Życzę Wam udanych wakacji. Do bloga wrócę w drugiej połowie września! Trzymajcie się ciepło!   PS. Zajrzyjcie pod ten link. Jest tam coś specjalnego dla Autorki :P.

MajinYoda

MajinYoda

 

Perły z lamusa #28: Freedom Force vs The 3rd Reich

Freedom Force vs The 3rd Reich kupiłem niejako przez przypadek i podszedłem do gry w sposób inny niż zazwyczaj. Nie czytałem bowiem żadnych recenzji ani nawet opinii graczy. Ba, mimo że gra jest z 2005 roku nie miałem pojęcia o jej istnieniu ani że ma prequel. Po instalacji przywitała mnie pompatyczna, ale fajna muzyka i grafika w komiksowym stylu. I zacząłem grę. Po mniej niż godzinie wiedziałem z czym mam do czynienia i że spędzę z tym tytułem dużo czasu Teraz jestem tuż po napisach końcowych więc mogę napisać wrażenia. We FFvs3rdR przejmiemy kontrolę nad grupą superbohaterów znanych właśnie jako Freedom Force. Ich głównym celem będzie przywrócenie właściwego porządku historii poprzez cofnięcie się w czasie i zapobieżenie wygraniu wojny przez III Rzeszę...Ale nie tylko. Nasi herosi to bardzo ciekawa ferajna. To różnego rodzaju wariacje bohaterów znanych z uniwersów Marvela i DC. Na nasze rozkazy dostaniemy El Diablo – faceta, który kontroluje ogień; Bulleta, który jest szybki niczym Flash; Green Genie – arabską dziewczynę na latającym dywanie, która posiada zdolność zmieniania kształtów tak ludzi jak i przedmiotów i wielu innych bohaterów, z których paru to różne odpowiedniki Hulka, Supermana czy Thora skutecznie walczący wręcz i z ogromna wytrzymałością. Gra należy do popularnego na Wschodzie, acz mało popularnego na Zachodzie podgatunku cRPG znanego jako tRPG (taktyczne RPG). Z bardziej znanych przedstawicieli tego typu gier można wymienić serię Jagged Alliance czy Silent Storm. Niektórzy, naginając mocno temat, zaliczają tu też Świątynię Pierwotnego Zła czy sagę Icewind Dale. Bo o ile w tych grach, także w opisywanym tytule, najwięcej czasu przyjdzie nam spędzić na walce samej w sobie, o tyle kwintesencją, także tej gry jest co innego: odpowiedni dobór drużyny, odpowiedni rozwój i...właśnie taktyka. Co prawda mam zastrzeżenia że rozgrywka toczy się tu w czasie rzeczywistym, a nie turowym, ale aktywna pauza jest tu jak najbardziej wskazana podczas, której wydajemy rozkazy naszym herosom. Zły dobór drużyny, zły rozwój jej członków czy po prostu źle opracowana taktyka może bardzo utrudnić lub uniemożliwić skończenie misji. Na szczęście twórcy przewidzieli taki rozwój wypadków i wsparli graczy zarówno autosejwem przed każdą ważną misją (i możliwością zapisu gry także przed jak i tuż po skończeniu planszy) a także sześcioma poziomami trudności, które możemy zmienić jeśli jest nam za trudno lub za łatwo Bohaterowie są opisani szeregiem kilku cech (tych akurat zmieniać nie można) oraz szeregiem umiejętności potrzebnych w walce, które rozwijamy. Bohater zdobywa doświadczenie po skończonej misji, a także dzięki specjalnym, acz niezbyt często występującym „kanistrom” z doświadczeniem, które czasem można spotkać na planszy. Na planszy spotkać też można „kanistry” leczące herosów czy zwiększające ich...prestiż. Czym jest prestiż? Cóż, dzięki punktom prestiżu możemy rekrutować do ekipy nowych herosów. Nie wszyscy bowiem są dostępni od razu. Niektórzy dołączają wraz z rozwojem fabuły, innych trzeba rekrutować samodzielnie (o ile uznamy że bohater o danych mocach jest nam potrzebny). I do tego potrzebujemy punktów prestiżu. Trzeba więc dobrze poznać naszych herosów, czytać dokładnie opisy ich umiejętności, przemyśleć jaki lubimy styl rozrywki, jak lubimy walczyć. Herosów bowiem podczas misji możemy mieć maksymalnie czworo, trzeba więc rozważnie ich dobierać; zwłaszcza że w niektórych misjach jeden heros czy dwóch nawet, ze względów fabularnych będzie narzucony odgórnie. Uprzedzam wszystkich ortodoksów gier Bioware: tutaj gracz nie prowadzi dialogów i nie dokonuje żadnych wyborów. Nie ma takiej potrzeby, bo gra jest liniowa i bohaterowie sami ze sobą rozmawiają. Fani ubierania herosów w różne ciuszki i zdobywania sprzętu też będą zawiedzeni. Nie ma tu czegoś takiego jak ekwipunek. Dlaczego? Bo jest niepotrzebny. Herosi nie korzystają z broni i zbroi bo nie muszą. Mają swoje kostiumy i moce O technikaliach nie za wiele napiszę: muzyka mi się po prostu podoba, zwłaszcza utwór z menu głównego. A grafika....Tej też nie jestem w stanie jakoś sensownie ocenić. Po pierwsze dlatego że jest rysunkowa, w komiksowym stylu i mi się akurat podoba Po drugie dlatego że ja jestem graczem raczej retro i nie mam za bardzo porównania do tytułów współczesnych Freedom Force vs The 3rd Reich uważam za tytuł znakomity. Trudno mi się do czegoś doczepić. To jedna z największych pozytywnych niespodzianek jakie spotkały mnie w tym roku w kategorii gier czy nawet kultury w ogóle. Polecam wszystkim fanom gier taktycznych, cRPG i komiksowych klimatów Zwłaszcza że na Windows 7 działa bez problemów (więc chyba na win10 też powinno).

Iselor

Iselor

Czy polska drużyna sobie zasłużyła?

To był piękny gol, w pięćdziesiątej dziewiątej minucie. Szkoda tylko, że piłka trafiła nie do tej bramki co powinna. No właśnie... A powinna? Z jednej strony mam żal do naszych piłkarzy, że nic z siebie nie dali w fazie grupowej. Z drugiej, śmieszą mnie te hejty, że Lewy, Błaszczyk i TurboGrosik grają tylko dobrze w reklamach. Wszystko wyjaśniam w najnowszym wpisie na moim blogu: http://www.bednarskiprzemyslaw.pl/blog/polacy-na-nie-zasluzyli/   Zapraszam oczywiście do czytania. Zachęcam także do skorzystania z moich usług (redaguję teksty za atrakcyjną cenę) lub - jeśli podoba Ci się to, co robię - możesz mnie wesprzeć na różne sposoby, nawet &nbsp;bez obciążania portfela! Trzymajcie się.

Bednarski

Bednarski

 

MajinYoda i Bryk Totalny

Jak tam Wasze zdrowie psychiczne po zeszłotygodniowym wpisie? Mam nadzieję, że dobrze, bo czas na drugą część przygód w demoniczno-satanistyczno-okultystyczno-ateistycznym świecie Harry’ego Pottera. Tym razem będzie to wyglądało ciut inaczej. Autorka poświęciła cały rozdział opisaniu i jednoczesnym skomentowaniu wydarzeń z Zakonu Feniksa – na jednej stronie znajduje się streszczenie a na drugiej – komentarz. U mnie nieco to zmodyfikuję – komentarz będę zaczynał od ukośnika „/” i zapisywał kursywą. Do tego mocno to skrócę – choć robię to z bólem, wierzcie mi. Wszystkie boldy pochodzą z książki :). Gotowi? Jak pisałem poprzednio – Autorka albo nie umie czytać ze zrozumieniem (może wyrzucili ją ze szkoły i nie miała nic przeciwko?) albo czytała jakiegoś „bryka”. Bowiem, o czym osoby, które czytały Pottera, dobrze wiedzą, w liście z Ministerstwa jest wyraźnie napisane, że, poza wyrzuceniem ze szkoły (co już samo w sobie jest straszne), Harry straci swoją różdżkę. Bez której nie może czarować, ergo – walczyć z Voldemortem! Nie wiem jak jest w wersji niemieckiej, ale Harry jednak reaguje na zdjęcia, które pokazuje mu Moody – „było dla niego przykrym wstrząsem” (V, 199). Oczywiście, Autorka zapewne miała tu na myśli sposób opowiadania tej historii przez Szalonookiego. I znowuż Autorka się popisała swoją „wiedzą” – jakby Moody miał rozpaczać przy każdym zgonie kogoś z Zakonu (szczególnie ponad 15 lat później, za to w obliczu zagrożenia) to Voldemort już dawno by ich wszystkich wyrżnął. Brzmi to strasznie, ale tak to działa i w realnym świecie. Ale spoiler na koniec :P. Oczywiście, Autorka nie wspomniała nawet słowem, że Syriusz miał powody, by nienawidzić własnej matki. Do tego zapomniała, że Black NIE dokonał mordu, za który jest ścigany. Ale fakt – Brando, de Niro i Pacino byli pozytywnymi ojcami chrzestnymi (a, no tak – Puzo był (chyba…) katolikiem, więc mu wybaczamy). Widzę, że Autorka ma kompleksy na punkcie tego, co robili jej rodacy, więc śpieszę z wyjaśnieniem tej arcyzawiłej kwestii. Otóż…(pauza)…ideologię rasistowską wyznają w Harrym Potterze postacie ZŁE, negatywne. Czuli te, z którymi Potter i jego przyjaciele walczą. Nie byłoby to też nic dziwnego - ani nagannego - u niemieckiego, amerykańskiego, polskiego, rumuńskiego ani nawet iworyjskiego twórcy. Taaa… „Jestem waszym nowym nauczycielem informatyki. Komputery to zło, pornografia i Szatan, więc na moich lekcjach będziecie wszystko przepisywać z podręczników do zeszytów. Jaki Python? Za młodzi jesteście. A teraz przepiszcie stronę trzecią z podręcznika…”. Taki sam jest sens działania Umbridge – i czemu Autorka się tym zachwyca? Aż dziwne, że mając naście lat (gdy czytałem pierwszy raz piąty tom) bez problemu wychwyciłem czym posługiwało się Ministerstwo i podległy mu „Prorok Codzienny” - propagandą i manipulacją. Czyżby Pani Socjolog nie znała tych pojęć? Oczywiście, że je zna – w końcu sama je stosuje. Więc raczej kłania się tu fanatyzm połączony z czytaniem miernej jakości streszczeń. Źródło: destrudo.pl To jest dobre pytanie – dlaczego uczniowie nie reagują, gdy nauczyciel gnębi jednego z nich? I dlaczego nauczyciele nie reagują gdy uczniowie gnębią innego? Autorka chyba nigdy nie była świadkiem takich wydarzeń (skoro chciała wylecieć ze szkoły :P), ale tak się zdarza. Szczególnie, gdy chodzi o ucznia z jakiegoś powodu nielubianego (tu – Harry najpierw w dziwnych okolicznościach pojawił się z trupem uwielbianego Cedrika, a potem zaczął mówić o powrocie Voldemorta). Kto Autorkę uczył socjologii? O co tu z kolei Autorce chodzi? Szkoda, że Autorka nie przedstawiła kontekstu słów Harry’ego – podczas ich pocałunku Cho płakała, ale nie dlatego, że Harry źle całował, tylko z powodu ciągłej rozpaczy po ukochanym Cedriku i rozdarciu z powodu uczuć do Harry’ego (o czym, na tej samej stronie, mówi Hermiona)! Więc opis przedstawiony przez Pottera był trafny i dość zabawny. Z całą pewnością nie miał nic „gasić”. Ech… moja polonistka z liceum już by Autorce „plombę” wstawiła ze znajomości lektury. Eee… ale to był pokłon (wymuszony, jak słusznie zauważa Autorka) przed pojedynkiem, a nie jako oznaka uległości – to jednak spora różnica. Widać, że Autorka manipulację opanowała do perfekcji. Szkoda, że tak łatwo opętała omamiła tyle osób, które jej uwierzyły… W tym miejscu zacząłem się poważnie zastanawiać czy Autorka kiedykolwiek była w wieku Harry’ego? Bo nauczyłaby się czytać ze zrozumieniem – nie była to przysięga jako taka, lecz hasło do Mapy Huncwotów. Było to dokładnie opisane w tomie trzecim. Ale pewnie w streszczeniach nic o tym nie piszą :P. Tu Autorka wreszcie napisała coś mądrego. Chociaż z tym brakiem sprzeciwu to przecież nieprawda – bohaterowie reagują, głównie olewając Ślizgona. Rozprawmy się z tym fragmentem po kolei – Harry nie chce zostać w Hogwarcie na Święta, bo: 1. nie będzie spotkań GD, 2. Hermiona wyjeżdża na narty z rodzicami, 3. Harry myśli o samotnym Syriuszu, 4. Ron jedzie do domu… i zabiera ze sobą Harry’ego! O czym Autorka, oczywiście, nie wspomina, bo po co? Odnośnie dekoracji – bombki są jak najbardziej dekoracją bożonarodzeniową. Nawet, jeśli mają napis niezwiązany ze świętami (mam kilka bombek z kotami – czy to oznacza, że jestem sługą Szatana albo czczę Bastet?). Również rozwieszanie w tym czasie zdjęć/podobizn przyjaciela (jakim Harry niewątpliwie jest dla Zgredka) nie są czymś nagannym. Autorka ponownie nadinterpretuje i manipuluje. Nie wspominając już, że przeoczyła, że czarodzieje obchodzą Boże Narodzenie! I to w sposób taki sam, jak „mugole”. Eee…. Bo nią są? I kolejna pała ze znajomości lektury… Technicznie rzecz ujmując Harry nie staje się wężem, lecz widzi oczami węża. Fakt, Voldemort kontrolował węża, ale nie kontrolował Harry’ego – to subtelna różnica. Na tym etapie powieści Harry nie ma pojęcia co się dzieje. Fakt, że nie chce spać, by znów kogoś nie zaatakować świadczy, moim zdaniem, o tym, że jednak chce się uwolnić od bycia wężem. Ciekawe czy ten komentarz dotyczy też współczesnych znachorów (IYKWIM). Czy ten komentarz jest we właściwym miejscu? Bo albo ktoś popełnił błąd albo faktycznie Autorka nie umie czytać ze zrozumieniem. Nie widzę bowiem w tym fragmencie nienawiści – Harry nie chce zranić niewinnych ludzi – ani szału – siedzi blady, „lekko” przerażony, ani tym bardziej chęci samozniszczenia. Czy ktoś – ktokolwiek – umie mi wytłumaczyć sens komentarza? O ile wygląd babci Neville’a miał, moim zdaniem, przywodzić na myśl typową czarownicę – wiece: starsza kobieta w czarnym szpiczastym kapeluszu, mająca szponiaste dłonie – tak nie rozumiem o co chodzi z tym „nie dziwi jej”. Co ma ją dziwić po 15 latach? Czy Autorka nigdy nie spotkała się z osobami chorymi – szczególnie tymi z uszkodzonym (w ten czy inny sposób) mózgiem? Pamiętam jak mój świętej pamięci Dziadek potrafił się zachowywać po wylewach – stał się innym człowiekiem i było widać, ze zmiany charakteru postępują z czasem. Dodatkowo, co Autorka „całkiem przypadkiem” zepchnęła na dalszy plan: pani Longbottom  przez cały ten czas odwiedzała, razem z wnukiem, swojego syna i synową! Do tego widziała w obojgu bohaterów, ale też wiedziała co im się stało. Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Granny_Weatherwax I kolejna pała – Syriusz nie lubił swojej kuzynki, nawet walczył przeciw niej i jej stronnikom. Dodatkowo – jak miał niby powstrzymać ją od torturowania Longbottomów (do czego Autorka się zapewne odnosi), skoro w tym samym czasie sam był już, najprawdopodobniej, w drodze do Azkabanu za zbrodnię, której nie popełnił? Miał ją wysłać do spychologa? To by tylko pogorszyło sprawę :P. Ponadto - Bellatriks nie trafiła tam „na jakiś czas” tylko na dożywocie. Fakt, uciekła stamtąd, ale to inna sprawa. Nie wiem co Autorka miała na myśli – chwali dyrektora Hogwartu czy ironicznie go gani? Jak myślicie? No, nie wiem czy Cho była straszna i zła :P. A w euforii człowiek całuje różne rzeczy. Szczególnie list, który daje im wymarzone uprawnienia. Ciekawe czy Autorka ma jakieś liczby i szkoda, że ich nie podała. Fakt, te „praktyki” są znane od… bo ja wiem… tysięcy lat? Przecież wieszczki-wróżbici pojawiali się już w mitologii greckiej. Więc nie są niczym nowym. Dodatkowo, Rowling stworzyła świat magiczny, nawiązujący do naszego, prawdziwego. Ciekawe co by Autorka powiedziała na np. Zakład Komunikacji Post Mortem na uniwersytecie? I kolejna „plomba”. Autorka pominęła fakt, że: 1. Snape również nie przepadał za Umbridge i powiedział jej, że nie ma zapasu takiego eliksiru, 2. nie lubił Harry’ego, 3. tekst o truciźnie był raczej ironiczny i Severus z całą pewnością nie miał zamiaru żadnej używać. Nie rozumiem – jacy inni uczniowie? Przecież w tym miejscu był tylko Harry, Hermiona i pani Umbridge. Luna, Ginny, Ron i Neville dołączyli do nich później. Znowu nie rozumiem – to chyba dobrze, że Hagrid opiekuje się bratem? Nawet jeśli ten jest… specyficzny. Już spieszę z odpowiedziami, bo w brykach najwyraźniej tego nie ma: 1. Harry, widząc swoje nazwisko, z ciekawości sięgnął po kulę i chyba każdy by tak zrobił, 2. przepowiednię mogła wziąć wyłącznie osoba, której ona dotyczyła – a Voldemort nie mógł ot tak sobie wkroczyć do Ministerstwa, skoro nikt nie wierzył w jego powrót (choć ostatecznie musiał to zrobić). Ech… kolejna jedynka – więc po kolei: 1. Voldemort, używająć krwi Harry’ego do odrodzenia się, częściowo zniwelował ochronę Pottera, 2. dał mu siłę przez przypadek, nieumyślnie!, 3. skoro uratowało go serce to znaczy, że nie jest zależny od Voldemorta – chociaż, faktycznie, Riddle go wmanipulował i częściowo przejął umysł w Departamencie Tajemnic. Autorka chyba naprawdę nie chodziła do szkoły – nie odróżnia faktycznej miłości od zauroczenia. Może to być szok dla Autorki, ale nie każdy związek – zwłaszcza nastoletni - kończy się happy endem i nie zawsze jest to miłość jako taka. Takie jest życie. I na tym zakończę ten siedmiostronicowy (!!!) wpis, najdłuższy w historii mojego bloga. Za tydzień poznamy zakończenie tej pasjonującej książki.

MajinYoda

MajinYoda

 

Spotkajmy się w Silent Hill

Czy Silent Hill mogłoby mieć multiplayer, w którym spotykalibyśmy innych graczy walczących z własnymi demonami? Czy ta marka w ogóle powróci? Czy kebab jest smaczny? Niestety nie odpowiem na żadne z tych pytań ze stuprocentową pewnością, bo nie wiem, ale porozmyślać zawsze można. Hideo Kojima i jego Silent Hills narobił smaku wszystkim fanom serii. Na lekkie otarcie łez po skasowaniu tytułu, dema i Guillermo del Toro powstał Resident Evil 7, który podobno jest straszny i pierwszoosobowy (czyli taka przekorna rewolucja), ale nijak ma się do Silent Hill. Czy powstanie coś w miejscu tej pustki, dziury wybitej w historii marki i narodzi się nowe miasteczko ze swoimi tajemnicami? Grałem co prawda tylko w klasyczne tytuły (od dwójki do czwórki) i trochę mnie wymęczyły swoją topornością, ale pewnie dlatego, że dziesięć lat od premiery to spory szmat czasu. Gdybym odkrył je krótko po narodzinach (serii, nie moich) pewnie miałbym inne odczucia i uważałbym za najlepsze survival horrory i tak dalej. A multi w nich czy naprawdę jest potrzebne?  Kolejny battle royale czy survival crafting zombie horror? A może zwykły coop? Tak czy inaczej na razie nic z tego. Przede mną Homecoming, czyli podobna najgorsza gra z serii. Się okaże. Kiedyś… (na razie mam traumę po Obcym Izolacji)

fanthomas212

fanthomas212

 

Turning Riflemen into Sharpshooters- celownik SMASH

W dobie nowoczesnych technologii wymóg przeprowadzania precyzyjnych uderzeń zaczyna dotyczyć również piechoty. Coraz bardziej wyrafinowane urządzenia sprawiają, że strzelec w swoich działaniach upodabnia się do wozu bojowego korzystającego z przeliczników balistycznych albo myśliwca, którego uzbrojenie naprowadzane jest na cel przy pomocy wiązki lasera. Żołnierz musi być zabójczo dokładny aby skutecznie razić wrogów i jednocześnie nie dopuszczać do strat wśród osób postronnych, tak często obecnych w rejonach walk. W odróżnieniu od lotnictwa lub marynarki, korzystających z uzbrojenia kierowanego, piechur swą wartość bojową opiera na manualnie obsługiwanych "narzędziach"- karabinach automatycznych, wyrzutniach przeciwpancernych lub broni krótkiej. Efektywność w korzystaniu z tego rodzaju sprzętu zależy głównie od stopnia wyszkolenia i indywidualnych predyspozycji którymi różnią się poszczególni użytkownicy. Uzyskanie wysokiej biegłości wymaga długotrwałych ćwiczeń- zarówno na strzelnicy jak i na polu walki.     Projektanci wojskowej optyki od długiego czasu dążyli do stworzenia podzespołu likwidującego ten problem. Sprzętu którego działanie oparte jest na zasadzie "inteligentnego spustu" (ang. smart trigger), tj. pozwalającego na oddanie strzału tylko wtedy gdy karabin wymierzony jest w obiekt który zamierzamy zlikwidować. "Dodatek" który nie pozwoli broni wypalić jeśli pocisk ma chybić celu, lub co gorsza, trafić nie tego kogo trzeba- sojusznika albo niewinnego obserwatora. System będący nie tylko blokadą mechanizmów wewnętrznych- wyposażony w zintegrowane kamery pozwalające na automatyczne nagrywanie sytuacji w której znajdzie się użytkownik, tak aby w spornej sytuacji można było prześledzić czy oddanie strzału było prawnie uzasadnione. Wszystko to brzmi jak kolejna teoria o tym jak wyglądać będzie broń przyszłości. Nic bardziej mylnego- opisana konstrukcja istnieje naprawdę. Siły Zbrojne Izraela (IDF) zakończyły ostatnio certyfikację celownika SMASH, poprzedzoną testami w warunkach operacyjnych przeprowadzoną z udziałem elitarnego batalionu piechoty. Armia podpisała kontrakt z producentem, firmą Smart Shooter, na wyprodukowanie kilkuset egzemplarzy wchodzących w skład większego zamówienia opiewającego na 2 250 systemów.          SMASH został zaprojektowany i opatentowany jako dodatek dla każdego karabinu zdolnego wykorzystać szynę MIL-STD 1913. Integracja z bronią wymaga modyfikacji takich jak dodanie mechanizmu kontroli spustu oraz zestawu przycisków mocowanych na chwycie przednim. Urządzenie pozwala operatorowi uzyskać trafienie już pierwszym wystrzelonym pociskiem (w przypadku standardowego zestawu celowników ilość strzałów waha się w granicach 8-10) a także niweluje negatywne efekty spowodowane przebywaniem w stresującej sytuacji i wycieńczeniem organizmu na skutek długotrwałego wysiłku. SMASH umożliwia dowolne wybieranie celów (osoba, pojazd lub jego poszczególne elementy, takie jak koła) i skuteczne rażenie ich na maksymalnym, dostępnym dla broni dystansie. Całość zasilana jest przez akumulatory mogące pracować około 72 godziny.        SMASH działa na zasadzie niezależnego systemu kontroli uzbrojenia wyposażonego w zestaw czujników zbierających informacje na temat wyznaczonego celu. Sensory kontrolują np. kąt nachylenia broni, odległość od zaznaczonego obiektu oraz jego prędkość, niezbędną do oddania strzału z wyprzedzeniem. Przelicznik na bieżąco analizuje obraz z pola walki (śledzenie /obserwacja stanu przeciwnika) i informuje użytkownika kiedy nie można wystrzelić (pocisk nie trafi lub trafiony zostanie obiekt inny niż zaplanowano). W trybie automatycznym (domyślnym) żołnierz naciska spust kiedy cel zostaje oznaczony na wyświetlaczu celownika ale faktyczny strzał następuje dopiero w momencie gdy komputer uzna, że odnotowane zostanie pewne trafienie. Procedurę można obejść poprzez naciśnięcie odpowiedniego przycisku przełączającego broń na pracę w trybie manualnym.   Tekst pochodzi ze strony Defense Update -został przeze mnie przetłumaczony i delikatnie przeredagowany (powtórzenia, stylistyka). Autorem jest Tamir Eshel.

LukasAlexander

LukasAlexander

×