Blogs

Featured Entries

  • CorniC

    Różne oblicza Geralta

    By CorniC

    Świat wykreowany przez Andrzeja Sapkowskiego to diament literatury. Wiem, że stwierdzenie to zakrawa na, bezpodstawny osąd wynikający w dużym stopniu z tego, że Wiedźmin został wykreowany w naszym kraju i przemawia przeze mnie patriotyzm, przysłaniające inne za i przeciw. Ja jednak zawsze będę uważał, że największą wadą tego uniwersum jest to że nie powstało w USA, przez co nigdy nie wybije się w takim stopniu jak inne marki tego nurtu. Nie lubię Władcy Pierścieni (choć serię doceniam), nie trawię również gry o tron. Są to mimo swej ,,brutalności" światy dosyć ugrzecznione i w zasadzie ukazują to co dzieje się na szczytach władzy. Saga Sapkowskiego zawsze miała szerszy ogląd na sytuacje, ukazując zarówno komnaty królów, jak i zapadłe wioski, ukazywała brud, zepsucie i specyficzną mozaikę kulturową królestw północy. Jestem fanem świata Wiedźminskiego, nie tylko w rozumieniu kolejnych komputerowych inkarnacji Geralta, ale wszystkiego co czerpie z tego świata. Świat wiedźmina doczekał się już wielu prób przeniesienia go na płaszczyznę wizualną. Mieliśmy komiksy, film, czy wreszcie serię gier CDP Red. Każdorazowo świat królestw północy starano się przedstawić w inny sposób, różnie to bywało z poszanowaniem materiału źródłowego. Z resztą sam Sapkowski nie jest postacią z którą współpracuje się łatwo, a od paru lat kwestia wiedźminskiego świata jest dla niego sprawą drażliwą. Niemniej cechą wspólną większości adaptacji opowiadań i sagi jest bardzo swojski humor w nich zawarty. Czasem ,,dzieła" te były wątpliwej jakości, innym razem nie były złe, ale nie spotkały się ze zrozumieniem fanów, ale zdarzył się w tym gronie jeden sukces na skale światową... na prawdę muszę mówić o czym mowa? Pierwszą próbą ukazania jak wygląda świat Geralta z Rivii były komiksy ilustrowane przez Bogusława Polocha i ze scenariuszem Macieja Parandowskiego, ten ostatni ponoć konsultował się w trakcie tworzenia historii. Nie do końca można zauważyć wskazówki autora sagi, bo obaj twórcy komiksu dorzucili od siebie naprawdę dużo i nie spotkało się to ze zbytnim aplauzem fanów, a i sam Sapkowski odciął się od komiksu (jak chyba od wszystkiego co opierało się na sadze). Komiksy koncentrowały się na opowiadaniach ze zbiorów Ostatnie Życzenie i Miecz Przeznaczenia, a także spin offu Droga z Której Się nie Wraca, ponadto duet jeden z albumów oparł na autorskim pomyśle.. Świat wykreowany w komiksach Polocha i Parandowskiego, był światem pełnym baaardzo polskiego humoru, ale też pozwalającym wyobrazić sobie jak wygląda Wyzmia, czy Blaviken. Co istotne autorzy rozwinęli losy znanych z kart opowiadań postaci, wplatając je w tło opowiadanych historii, jak również rozwinęli kwestię o których Sapkowski tylko napominał, jak choćby Bobrołaki i Varany, początek segregacji rasowej elfów, czy wiedźmińskiego szkolenia. Chwała im za odwagę, choć nie zawsze spotykało się to z aprobatą czytelników to uważam, że ten komiks był kamieniem milowym, wszak pokazał ile w samych opowiadaniach jest drzemiącego potencjału, a były to jeszcze czasy przed sagą. Osobną kwestia jest strona wizualna, bo Poloch w bardzo kontrowersyjny sposób ukazał samego Geralta, Jaskra (któremu bliżej do Zamachowskiego, niż do książkowego odpowiednika), czy choćby w bardzo specyficzny sposób ukazywał anatomię elfów. Rysunki zdecydowanie nie były najmocniejszą stroną tego komiksu pod kątem warsztatu, ale dołożyły swoja cegiełkę do budowania świata Wiedźmina. Po komiksie przyszła kolej na kolejne uderzenie wiedźmińskiego miecza, a przyznać trzeba, że do najostrzejszych on nie należał. Oto defilada marnych efektów specjalnych: gumowe potwory, smoki rysowane w paincie, czy choćby kadrowanie w taki sposób by nie pokazać z czym Geralt walczy. Do tego dodać trzeba dosyć kontrowersyjny dobór aktorów; choć w kilku przypadkach nalezy oddać sprawiedliwość, że te nieoczywiste wybory całkiem zgrabnie kreowały postacie. Gwoździem do trumny filmowego Wiedźmina, był jednak scenariusz dziurawy jak ser szwajcarski, niemal olewający książkowy dorobek i po prostu głupi. Ja osobiście lubie pulpowe historie, nakręcone czasem tanim kosztem, ale to co prezentował sobą ten gniot było naprawdę ciężkie do oglądania. Calikiem dobrzy aktorzy musieli wygłaszać drewniane dialogi, ubrani w rosyjski cosplay. Nie zawiodła tu tylko muzyka Krzesimira Dębskiego, no i może jeszcze duet Żebrowski-Zamachowski, Geralt mimo katany na plecach wyglądał i zachowywał się całkiem nieźle, a Zamachowski dodawał tej siermiężnej produkcji nieco uroku i lekkości. Najbardziej bolał jednak w tym filmie brak jakiejkolwiek chemii w kontaktach Yenn z Geraltem. Film i serial, bynajmniej nie sprawił że koniunktura na Wiedźmiński świat się poprawiła. Mimo to pojawiła się grupa ludzi którzy jeszcze pod koniec lat 90 postanowili stworzyć grę wideo. Samo powstanie gry zasługuje na osobny artykuł. Ale bezapelacyjnie, trzy części wiedźmińskiej sagi zredefiniowała ,,wygląd" tego uniwersum. Dostaliśmy królestwa północy, bohaterów z kart powieści i zupełnie nowe równie charyzmatyczne persony. Projektanci CDP Red stworzyli świat idealnie wpasowujący się w książkowy klimat, dostaliśmy specyficzny obraz końca średniowiecza z fantastycznym szlifem. Czy ktoś dzisiaj mówiąc Geralt widzi twór Polocha, albo twarz Żebrowskiego? Nie, bynajmniej, a grze udało się nawet przyćmić oryginał i wywołać zazdrość ojca Geralta... Sukces gry doprowadził do powstania dwóch nowych komiksów Racjii Stanu i Domu ze Szkła. Nie wykreowały one jednak nowej wizji wiedźmińskiego świata, ale czerpały z dorobku projektantów gry. O ile pierwszy Wiedźmin nie wciągnął mnie aż tak bardzo, o tyle w kolejnej części ukazany skrawek północy wciągnął mnie, zachwycając od czubka ciżmy, do głowni miecza. Czy więc ewolucja wizerunku świata wiedźmina zakończyła swoją ewolucje? Cóż nie do końca, może teraz trudno wyobrazić nam sobie inny design tego uniwersum, niemniej może pojawi się przełomowy komiks, lub... dobry film? No cóż, pomarzyć można. Ważne by pamiętać, że mimo całokształt dzieła CDP Red jest monumentalny, to nie był jedyny. Zerknijcie na to co było przed Wiedźminem na kompie, nawet jeśli było to nie najwyższych lotów, warto to znać. Przede wszystkim zapraszam do przeczytania Wiedźminskiej sagi, bo wierzcie mi że warto, a i wstyd nie znać, tak ważnej dla polskiego gameingu książki.
    • 4 comments
    • 798 views

Our community blogs

  1. Współczesny rynek wydawniczy jest nieustannie zalewany kolejnymi tytułami postapokaliptycznymi. Rozkwit tego gatunku niewątpliwie został rozpoczęty twórczością Głuchowskiego z jego legendarnym „Metro 2033” na czele. Jak to często bywa w świecie, także na arenie literatury jakość zaczyna być zmieniana na ilość, co niekorzystnie wpływa na przyjemność odbioru kolejnego tytuły danego cyklu. Czy „Upadła Świątynia” zaliczy się właśnie do tego „ilościowego” trendu, czy zawarte na okładce obietnice są warte poświęcenia jej czasu? Czy w świecie zagłady jest jeszcze miejsce na bycie człowiekiem? Na te oraz inne pytania odpowiedzi znajdziecie w „Upadłej Świątyni” autorstwa Dominiki Węcławek. 
     

    1.jpg



        Przedstawiona w książce historia jest bardzo prosta. Główny bohater, wraz ze swoją drużyną, zostaje wysłany na powierzchnie w celu neutralizacji zagrożenia, które może zniszczyć istniejącą jeszcze ludzkość. Oprócz najważniejszego celu widać, że dowódca drużyny będzie musiał zmierzyć się z demonami przeszłości. Aby nie zdradzać zbyt wielu szczegółów powiem jedynie, iż zakończenie może was zaskoczyć.

        Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że po przeczytaniu tej książki srogo się zawiodłem. Jej najmocniejszym atutem są bohaterowie, którzy starają się jak mogą, aby uratować powieść. Na tym polu nie można zarzucić autorce niczego złego. Postacie są naprawdę sympatyczne, uczuciowe, oraz do granic możliwości ludzkie. Każdy posiada swoją unikatową historię, z którą mniej lub bardziej dzieli się z nami podczas lektury. Niemniej czuć tutaj trochę schematyczności w doborze drużyny, oraz profesji, lecz nie wpływa to znacząco na odbiór bohaterów. Żałuję, że niektórzy z nich zostali na siłę zepchnięci na drugi plan, spłaszczeni do granic możliwości. Według mnie kilka postaci zasługuje na więcej uwagi, ale to kwestia gustu.

        Świat przedstawiony jest prosty i krótki jak linie naszego stołecznego metra. Tyle lat w budowie, kolejne prace zapowiedziane na odległą przyszłość, a w tak małej infrastrukturze na każdym rogu czyha na nas śmiertelne niebezpieczeństwo. Jest to trochę komiczne, autorka po prostu nie do końca przemyślała koncept z ulokowaniem poszczególnych miejsc na mapie stacji metra. Widać próby jakiegoś podziału stref, granic wpływów poszczególnych „organizacji”, lecz tak naprawdę to tylko niewielka próbka przy możliwościach nawet tak ograniczonego świata. Świat poza obszarami bezpiecznego metra jest całkiem barwny jak na nasze standardy. Brak dłuższych opisów okolic, czy jakichkolwiek lokalizacji kluczowych dla akcji. Szkoda, gdyż spustoszone tereny można genialnie zagospodarować.

    Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.

  2. Przejdźmy do drugiej części naszego poradnika. Dziś zajmiemy się kilkoma sztuczkami związanymi z komponowaniem tekstu, jego układem i podobnymi zagadnieniami stosowanymi w dziennikarstwie z dobrym i złym skutkiem, by uatrakcyjnić tekst.

    Technika odwróconej piramidy:

    Podstawową metodą stosowaną w trakcie pisania w zasadzie wszystkich tekstów publicystycznych jest tak zwana odwrócona piramida. Nazwa ta pochodzi od sposobu, w jaki czytelnicy przyswajają sobie tekst, czy to na stronie internetowej, czy też w gazecie. Otóż: czytelnik najpierw skanuje treść, zapoznaje się najpierw z tytułami artykułów, gdy te go zaciekawią czyta pierwsze zdania, a gdy tymi jest usatysfakcjonowany czyta jeszcze dalej, zwykle docierając do jakichś 40% artykułu.

    W Internecie ma to podwójne znaczenie, bowiem tekst czytany jest nie tylko przez ludzi, ale też przez roboty, a od ich interpretacji zależeć będzie, jak wysoko w wynikach wyszukiwarki pojawi się strona i pod jakimi słowami kluczowymi.

    Na czym więc polega Zasada Odwróconej Piramidy? Otóż na tym, by na początku pisać najważniejsze informacje, potem przechodzimy do szczegółów, a na końcu umieszczamy wątki poboczne. Tak więc prawidłowo przygotowana wedle tej zasady notka wygląda tak:

    • Tytuł: Prezydent Tyranistanu nie żyje.
    • Lead: Narodowa Agencja Prasowa Tyranistanu podała, że zmarł dożywotnio wybrany prezydent Republiki Tyranistanu Zdzisław Okrutnik. Świat odetchnął z ulgą.
    • Treść: I tutaj piszemy dalej gdzie leży Tyranistan, kim był Zdzisław Okrutnik, jak długo sprawował swą władzę, że w ciągu swego owocnego życia przeprowadził siedem czystek politycznych i trzy etniczne, ile prób atomowych przeprowadził, jak często groził USA, jak jego lud cierpiał pod jego rządami i na skutek amerykańskiego embarga, ile wojen zaborczych toczył, ile wygrał, ile przegrał, że jego idolem był Stalin i tak dalej i tak dalej.

    Przy czym należy pamiętać o jednej rzeczy: to co jest ważne dla Ciebie niekoniecznie musi być ważne dla twoich czytelników (oraz to, co jest pisane w komentarzach niekoniecznie musi oddawać zainteresowania twoich userów nawiasem mówiąc). Jest to w szczególności istotne, gdy piszesz na tematy o bardzo wąskiej specjalizacji. W takiej sytuacji należy założyć, że Twój czytelnik w ogóle nie posiada wiedzy na ten temat. Po drugie: jeśli pisze się o rozrywce to wyżej należy traktować to, co jest lub było rozrywkowe, niż to, co było nudne. Przykładowo: w wypadku Tolkiena istotniejsze jest to, że napisał Hobbita i Władcę Pierścieni niż jego wybitny wkład naukowy.

    Technika 5W:

    Technika 5W jest przydatna przy opisie wydarzeń, ewentów, newsów etc. Polega na zadaniu 5 pytań i udzieleniu nań odpowiedzi. Pytania te to:

    • Who (Kto?)
    • What (Co?)
    • Where (Gdzie?)
    • When (Kiedy?)
    • Why (Dlaczego?)

    Niektórzy dodają jeszcze szóste pytanie: How (Jak?)

    Zderzanie:

    Zderzanie jest techniką dość rzadko stosowaną w webwrittingu, znacznie popularniejszą w klasycznym dziennikarstwie, którą stosuje się zwykle tam, gdy pojawia się jakiś spór, który z jednej strony wymaga, by o nim napisać, a z drugiej, by dziennikarz pozostał bezstronny. Polega na tym, że dzwonisz do jednej strony, następnie dzwonisz do drugiej strony, pytasz się je o temat, a następnie cytujesz ich wypowiedzi.

    Do tego piszesz własny komentarz w neutralnym tonie i sprawa załatwiona. Pewnie z 90% materiałów prasowych jest pisana w ten sposób.

    Nie jestem pewien, do czego ta technika może się przydać bloggerowi, jednak jest o tyle ważna, że pozwala uniknąć później kontrowersji: obydwie wypowiedzi są słowami zainteresowanych, tak więc nie dają pola do interpretacji oraz do tego, by pyszczyli przeciwko nam (jest to o tyle ważne, że do typowej redakcji pozwy przychodzą średnio raz na miesiąc... ważne jest więc, by pozostawały bezzasadne).

    Wadą tej techniki jest niestety to, że stawiamy obie strony na równi, niezależnie od tego czy na to zasługują, czy nie, stwarzając iluzję jednorodnej wartości opinii i możliwości wyboru w którą opcję się wierzy niezależnie od sytuacji. Warto na to zwrócić uwagę, bowiem w życiu są sytuacje, gdy jedynym adekwatnym krokiem jest nazwanie kogoś idiotą, kłamcą, złodziejem, bezczelnym cynikiem żerującym na naiwności innych etc. Nadmierne przestrzeganie powyższej zasady prowadzi natomiast do zjawiska nazywanego „prawdoporównizmem”. Pojawia się ono wówczas, gdy - powiedzmy - rozmawiamy z bioenergoterapeutą, który twierdzi, że naelektryzowana przez niego woda leczy raka. I wówczas mamy:

    Uzdrowiciel: Lekarze kłamią, bo moja kuracja zabiera im pacjentów!

    Lekarz: Ten pan kłamie! Jego terapia nie działa!

    Dziennikarz: A teraz czytelnicy wybierzcie sobie, która z tych dwóch równie wartościowych opinii bardziej wam się podoba!

    Pozycjonowanie:

    Pozycjonowanie strony jest techniką pozyskiwania ruchu (i wysokich miejsc) z Google. Generalnie im wyżej jesteśmy, tym większe szanse na to, że ktoś znajdzie naszą stronę. Jest to bardzo dobre źródło wyświetleń, którego nie należy lekceważyć, choć efekty mogą być różne. To, jak wiele wejść przyniesie nam dane hasło zależy od dwóch czynników: jak często dany termin jest wpisywany w wyszukiwarkę oraz jak wiele innych stron o nim pisze.

    Na pozycję w Google wpływają (między innymi):

    • Obecność słów kluczowych w tekście (np. „gra komputerowa”)
    • Obecność słów kluczowych w nagłówkach na stronie
    • Obecność słów kluczowych w tytułach artykułów. Jest to bardzo ważny czynnik, dlatego też nie należy wymyślać tak zwanych „tytułów klimatycznych”. Przykładowo: jeśli piszemy reckę XCOM: Enemy Unknown to nie należy jej tytułować „Ludzie walczą z kosmicznym najeźdźcą” tylko uczciwie: „XCOM: Enemy Unknown - recenzja”
    • Liczba linków zewnętrznych odsyłających do tekstu
    • Siła owych linków
    • Liczba linków wewnętrznych (czyli na twoim blogu) odsyłających do danego artykułu.

    Należy zauważyć, że największą wartość mają informacje z jednej strony bardzo niszowe, a z drugiej: popularne, o których nikt inny nie pisze. Przykładowo na moim blogu największy ruch notuje wpis „Czasy i świat Ragnara Lodbrocka” odwołujący się z jednej strony do postaci z popularnego serialu, a z drugiej przewyższający fachowością typowy, popkulturowy blogasek.

     

    Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym:

  3. Postanowiłem oprócz recenzji świeżych gier zrobić serię o grach starszych, które kiedyś sprawiły mi wielką radość podczas rozgrywki. Będę opisywał wrażenia z powrotu, czy gra się godnie zestarzała i czy warto po nie sięgać raz jeszcze( lub po raz pierwszy, jeśli ktoś jeszcze nie grał ;))

    Do rzeczy: na pierwszy ogień idzie Mass Effect, gra stworzona przez mistrzów RPG'ów Bioware i wydana w 2008 roku przez EA. Bardzo ciepło przyjęta przez graczy i krytyków.  

    Graficznie czuć, że ta gra ma już 8 lat na karku, głównie przez rozmyte tekstury i sztywne animacje. Grafikę można poprawić instalując mody zwiększające rozdzielczość tekstur. Znacznie poprawiają one wrażenia z gry. No cóż, taki urok grania w starsze tytuły ;). Ale nie grafika stanowi siłę tej produkcji, a stworzony prze Bioware wszechświat, pełen różnorodnych ras obcych, zaplątany w politycznych zawiłościach i bardziej "przyziemnych" problemach. Podróżując po różnorodnych planetach czuje się jego ogrom i to, jak tętni on życiem.

    Historia przedstawia ludzi jako rasę, która dopiero niedawno zaczęła podbój kosmosu i stara się ułożyć swoje miejsce w kosmosie. Założyła pierwsze kolonie i podczas spotkania innych ras doszło do wojny pierwszego kontaktu. Po wojnie ludzie zostali przyjęci do społeczności galaktycznej, ale nie cieszą się zbytnią popularnością wśród rasy turian, z którą prowadzili tę wojnę. 

    W grze sterujemy Shepardem, komandorem służącym ludzkiemu Przymierzu. Poznajemy go podczas zdawałoby się rutynowej misji testującej nowe systemy maskujące SSV Normandii. Po przybyciu okazuje się że cel ich podróży jest znacznie ważniejszy od rutynowego sprawdzenia nowej technologii. Shepard musi wraz z turiańskim widmem* Nihlusem odzyskać starożytny przekaźnik wykopany przez lokalnych kolonistów. Komandor staje także przed możliwością zostania widmem, dlatego przebieg misji ma być oceniany przez turianina. Jest to całkiem dobre zawiązanie historii, w stylu wręcz Hitchcock'a, dlatego o przebiegu tej misji już nie pisnę ani słowa ;).

    Fabuła to space opera w epickiej skali, gdzie za zadanie mamy uratowanie galaktyki przed zagładą. Toczymy wielkie bitwy, zawiązujemy sojusze, a jednocześnie rozwijamy personalne relacje z członkami załogi. Dwóch z nich możemy wziąć ze sobą do bitwy. Będą oni nas wspierać swoimi umiejętnościami, udzielać się w dialogach i komentować bierzące wydarzenia. Kompani są różnorodni, należą do wielu ras i mają unikalne charaktery. Jest Kroganin, typowy osiłek i agresywny typ, mamy też intelektualistę salarianina i honorowego turianina. Jedynie charakter przedstawicieli ludzkiej rasy jest mało interesujący, wręcz nijaki.

    Oprócz głównego wątku przewija się wiele równie ciekawych wątków pobocznych, jak np. konfliktu kroganów z turianami, związanym z użyciem przez tych drugich "genofagium" - wirusa wycelowanego w rasę krogan, powodującego znaczne obniżenie ich zdolności rozrodczej(w drastyczny sposób, wiele ciąż kończyło się poronieniem lub śmiercią zaraz po narodzeniu).

    Wisienką na torcie jest ścieżka dźwiękowa, pasująca do klimatów sci-fi i podkreślająca patos historii.

    Zdecydowanie polecam ten tytuł każdemu. Pomimo paru mało słabo przemyślanych mechanik (na szczęście naprawionych w późniejszych częściach) grę warto poznać, głównie dla poczucia epickiego klimatu i poznaniu wszechświata dopracowanego w najdrobniejszym szczególe.

    Grę można w łatwy i tani sposób zakupić w wersji cyfrowej na platformach Steam i Origin, jednak wersje te nie posiadają spolszczenia. Aby cieszyć się udaną lokalizacją ze znakomitym polskim dubbingiem należy szukać używanych wersji pudełkowych lub skorzystać z nieoficjalnych modów instalujących polski tekst i ścieżkę dialogową. 

    *widmo - specjalna jednostka wywiadowczo-militarna Rady. Potajemnie załatwiają brudną robotę zleconą przez Radę cytadeli. Posiadają pełen immunitet.

  4. Metal Mutant DOS Front Cover

    Tytuł: Metal Mutant

    Twórcy: Silmarils

    Rok produkcji: 1991

    Gatunek: platformowa/strzelanka

    Platformy: DOS | Amiga | Atari ST

    Pełna wersja gry: Gambler

     

    Arcymistrzowie z Silmarils wyprodukowali w 1991 roku znakomitego platformera Metal Mutant. Ta utrzymana w konwencji cyberpunka/sci-fi produkcja przenosi nas na planetę Kronox gdzie superkomputer AROD 7 zniewolił mieszkających tam ludzi. Rebelianci stworzyli jednak cyborga, którego celem jest pokonanie robota i jego sługusów. Nasz cyborg może przybrać trzy formy: humanoida, który walczy tylko wręcz ale z łatwością pokonuje przeszkody, dinozaura, który niszczy szczękami wszystko na swej drodze i zieje ogniem oraz czołg - powolny i niezbyt pokonujący przeszkody ale strzelający na odległość i we wszystkich kierunkach. 
    Gra ma śliczną oprawę graficzną, lokacje są stworzone z ogromną szczegółowością detali, dźwięk jednak już tak rady nie daje, ale trzeba przymknąć na to oko, zważając na wiek gry. Szkoda że nie ma muzyki :( Ogromną bolączką gry jest niestety sterowanie, do które nie jest intuicyjne, trzeba się go nauczyć na pamięć co czasem w czasie rozgrywki jest problematyczne gdy trzeba szybko zmienić formę. A gra także bez tego jest trudna, trzeba uważać na różnorodnych przeciwników, z którymi trzeba nauczyć się walczyć, do tego dochodzą bagna i inne przepaście :) Metal Mutant wymaga więc treningu i cierpliwości. I obawiam się że współcześni wychowani na mainstreamie gracze nie byliby w stanie docenić tej produkcji. Ja jednak polecam.

  5. Wydawać by się mogło, że Kyle Kingsbury to chodzący ideał. Piękny, młody i bogaty… Szkoda tylko, że ma tak pusto w głowie. Ktoś jednak w końcu postanawia dać mu nauczkę, rzucając na chłopaka klątwę. Zaklęcie nie pozbawia młodzieńca życia, ale ogromnie je skomplikuje, przemieniając przystojniaka w kudłatego potwora z kłami i pazurami. Działanie czaru może zaś odwrócić jedynie prawdziwa miłość. Brzmi znajomo? Jeśli tak, to słusznie, bowiem napisana przez Alex Flinn powieść jest nową wersją słynnej baśni o Pięknej i Bestii.

     

    bestia_okladka_ksiazki.jpg

    Zabierając się za przerabianie znanej i lubianej historii, autorka zgłębiła uprzednio przeróżne jej wariacje. W ten sposób połączyła przyjemne z pożytecznym, gdyż prywatnie sama zalicza się do miłośników baśni. Co więcej, pasję amerykańskiej pisarki łatwo wyczuć w trakcie lektury „Bestii”. Chociaż Alex Flinn uwspółcześniła tę opowieść i przeniosła akcję do Nowego Jorku, jednocześnie nie pozbawiła jej baśniowego klimatu. Dość szybko przekonujemy się, że w amerykańskiej metropolii istnieje magia, aczkolwiek nie uświadczymy wielkiego stada nadprzyrodzonych istot. Jest za to czarownica, która dysponuje na tyle potężną mocą, by nadać komuś wygląd potwora. Zaklęcie zostaje zaś rzucone na nastolatka z bogatego domu, stanowiącego odpowiednik księcia z klasycznych wersji baśni. Zamiast zamku mamy z kolei kamienicę w Brooklynie, dokąd w pewnym momencie przeprowadzi się główny bohater.

     

    Przyznam, że pierwsze strony nie wzbudziły we mnie przesadnego entuzjazmu. Owszem, interesowało mnie spojrzenie autorki na opowieść, którą sama darzę ogromnym sentymentem. Niemniej zaserwowany na wstępie zapis czatu dla sieciowej grupy wsparcia okazał się średnio udanym zabiegiem stylistycznym, próbującym godzić dobę Internetu z popularnymi baśniami. Nieprzypadkowo użyłam przed chwilą liczby mnogiej. Otóż w wirtualnych pogawędkach uczestniczy kilka osób, które są kimś w rodzaju współczesnych inkarnacji postaci z innych baśni (np. Mała Syrenka). Sieciowe spotkania pojawiają się jeszcze w późniejszych partiach książki i przywykłam do nich z czasem, ale generalnie dobrze, że to tylko krótkie wstawki, występujące dosyć rzadko, a tym samym pozostające w cieniu głównej linii fabularnej.

     

    Najważniejsza część powieści sprawuje się na szczęście zdecydowanie lepiej, acz początkowo myślałam, iż fabuła pójdzie w stronę standardowego przedstawiciela paranormalnych romansów. Mianowicie pisarka pokazuje wpierw czytelnikom świat licealistów, którzy stanowią chleb powszedni wśród protagonistów tego typu tytułów. Alex Flinn odbiega jednak od pewnych schematów, jakie utarły się w owym gatunku. Pierwszoosobowa narracja nie została tu przeprowadzona z perspektywy dziewczyny, lecz chłopaka – Kyle’a. Zazwyczaj mamy przecież do czynienia z odwrotną sytuacją, aby z daną bohaterką i jej przeżyciami bez problemów mogły utożsamić się nastoletnie panny, czyli docelowa grupa odbiorców. A jako że autorka opowiada całą historię z punktu widzenia Bestii, wybór takiego narratora jest ponadto interesujący w kontekście baśniowych pierwowzorów.

     

    Inny nieszablonowy pomysł dotyczy wstępnej prezentacji głównego bohatera. Wracając do paranormalnych romansów, ich twórcy generalnie pragną zaprezentować główną postać w taki sposób, żeby zdobyła sympatię czytelników. Wprawdzie finalny efekt nie zawsze bywa udany, lecz przynajmniej da się zauważyć podejmowane w tym kierunku próby. Owe starania objawiają się sygnalizowaniem takich cech charakteru jak wrażliwość, uczciwość itd. Tymczasem Alex Flinn świadomie decyduje się na przeciwstawny krok i kreśli sylwetkę młodzieńca, którego z miejsca obdarzymy szczerą antypatią. Co z tego, że Kyle Kinsbury jest przystojny, skoro aż kipi od pychy, egoizmu oraz samozachwytu. Mało tego, nie ma oporów przed wrednym zachowaniem, a zwłaszcza wobec tych, którzy wyglądają gorzej od niego. Swoją drogą, życie Kyle’a przed klątwą można interpretować jako przytyk pod adresem kultu pieniądza i zewnętrznego piękna. Młody Kinsbury uważa, że wszystko mu wolno dzięki własnej urodzie oraz forsie tatusia – popularnego prezentera telewizyjnego. To zresztą rodziciel wpoił chłopakowi takie przekonania, stawiając na bezstresowe wychowanie, a także kupując masę drogich prezentów, byle tylko mieć spokój i więcej czasu dla samego siebie.

     

    Tym bardziej należy więc docenić to, czego później dokonuje autorka. O ile w pierwszych rozdziałach nie cierpiałam Kyle’a, o tyle w dalszych (po potwornej transformacji) bardzo polubiłam tego bohatera i kibicowałam jego poczynaniom. Alex Flinn wiarygodnie ukazała wewnętrzną przemianę protagonisty, który jako tytułowa Bestia zaczyna inaczej patrzeć na wiele spraw. Nieborak zrozumie, że wcześniej był zepsutym chłopakiem, a koledzy ze szkoły wcale nie uznawali go za takiego równego gościa. Prawdziwych przyjaciół znajdzie natomiast w osobach służącej Magdy oraz niewidomego korepetytora Willa. Oczywiście Kyle zda sobie również sprawę z tego, iż kasa i ładna buzia nie przesądzają o wartości danego człowieka. Generalnie doświadczenia w „nowej skórze” udzielą młodzieńcowi wielu cennych życiowych lekcji, a do takich zaliczyć trzeba m.in. relacje z tutejszą wersją baśniowej Belli. Co ciekawe, nie jest ona typem piękności, lecz nie można jej nazwać brzydulą – ot z wyglądu raczej przeciętna dziewczyna, która nie nakłada na siebie ton tapet.

     

    Reasumując, nie straciłam czasu czytając książkę autorstwa Alex Flinn. Przedstawione na kartach powieści wydarzenia wciągnęły mnie pomimo pewnej przewidywalności, której w tym wypadku trudno było uniknąć. Wszak pisarka nie odkrywa na nowa koła, ale reinterpretuje historię znaną praktycznie wszystkim, jeśli nie w formie literackiej, to filmowej. Co najistotniejsze, połączenie współczesności z baśniowo-romantyczną atmosferą wypadło całkiem dobrze. Dzięki temu „Bestia” potrafi bawić, wzruszać i skłaniać do wartościowych refleksji. Poza tym, pomaga uwierzyć, że w realnym świecie jest miejsce dla szczerej przyjaźni, prawdziwej miłości czy nawet cząstki magii. Takie opowieści też są potrzebne.

     

     

     

    Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

     

     

    -------------------------------------------------------------------

    Tytuł polski: Bestia

    Tytuł oryginalny: Beastly

    Autor: Alex Flinn

    Wydawnictwo: Galeria Książki

  6. Wielkie premiery zazwyczaj przechodzą obok mnie bez większego szumu. Powody nie są zbyt oryginalne, chudy portfel i niedzisiejszy komputer.  Mimo wszystko niektórych nie mogę zignorować choćbym nie wiem jak bardzo się starał, a już tym bardziej, gdy jest to kolejna część GTA. Mało gier zrobiło na mnie tak duże wrażenie.

    BtWPhED.jpg

    Nie miałem okazji przechodzić serii Grand Theft Auto w kolejności wydawania. Jeżeli dobrze pamiętam, to byłoby GTA 2, GTA Vice City, GTA 1, London, GTA 3, San Andreas, IV, Vice City Stories oraz V. Nie miałem żadnego problemu z tym, że w większości przypadków gram we wcześniejszą odsłonę, tym bardziej, że każda z nich prezentuje osobną historię. Historię, która z każdą kolejną częścią stawała się coraz większa. Kiedy oglądałem napisy końcowe piątki, cofnąłem się pamięcią do czasów kiedy przechodziłem GTA 2 na PlayStation. Płyta oczywiście była piracka a polska wersja dosyć umowna (zadanie spieprzone w formie mission failed). W żaden sposób nie przeszkadzało mi to w rozjeżdżaniu ludzi, strzelaniu do policjantów i wykonywaniu szalonych zadań. Ba, przechodnie nie mieli w ogóle żadnej "wagi", więc pojazd przy rozjeżdżaniu nawet nie zwalniał. Trudno było znaleźć jakąś fabułę, po prostu przyjmowało się zadania poprzez kontaktowanie się ze zleceniodawcami przy pomocy budek telefonicznych. Miało to swój klimat. Po przejściu w trzeci wymiar wszystko się zmieniło, ale ten rozdział zapewne znacie.

    gZkYUHA.jpg

    W momencie kiedy w GTA V poznajemy Michaela, wiedziałem, że będzie to jedna z najlepszych gier w jakie przyjdzie mi grać. Nie mam tutaj na myśli urozmaicenia rozgrywki, a przedstawioną historię. Miałem obawy co do umieszczenia w grze aż trzech grywalnych postaci, ale natychmiast zniknęły po udostępnieniu mi opcji zmiany bohatera. Bardzo spodobał mi się fakt, że skutki początkowych wydarzeń towarzyszą nam przez całą grę, trochę przypomniało mi to nieudaną transakcję z Vice City. Przez cały czas czułem się jakbym oglądał film. Świetnie napisane dialogi, dobrze oskryptowane misje i zapadające w pamięć postacie sprawiły, że każdy przerywnik filmowy oglądałem z dużym zaciekawieniem. W ten sposób zignorowałem większość dodatkowych aktywności. Nie kupiłem ani jednej nieruchomości, nie zagrałem w golfa, tenisa, nie ćwiczyłem jogi, nie dzwoniłem by wyskoczyć na miasto, bo jedyne co dla mnie się liczyło, to po prostu fabuła. 

    Rockstar historią przedstawioną w GTA V postawiło poprzeczkę tak wysoko, że wątpię, czy dadzą radę ją przeskoczyć w kolejnej części. Pewnie się mylę, może nie, nie dbam o to. Zmiany jakie zaszły między IV a V częścią są dla mnie równie duże, co między 2 a III. Co mnie dziwi, to sposób w jaki grałem. Rzadko kiedy wchodziłem w konflikt z prawem jeżeli gra mnie do tego nie zmuszała. Nie strzelałem do losowych ludzi, nie jeździłem po chodniku. To tak jakby wolność z której słynie ta seria, przestała wywierać na mnie wrażenie. Przyznam też, że pewnie mają w tym zasługę policjanci z Los Santos, będący równie skuteczni co koledzy z odznakami z Red Dead Redemption. Z tymi ludźmi po prostu lepiej nie zadzierać.

    kAN2Rj5.jpg

    I co by nie mówić, podobną rzecz zauważyłem już przy IV, po prostu nie krzywdziłem ludzi jeżeli nie byłem do tego zmuszony. Co ciekawe, w "uniwersum 3D i 2D" nie mam z tym problemu. Gdzie leży przyczyna? Przede wszystkim w nierealistycznej grafice. Wiadomo, wtedy była na stosunkowo wysokim poziomie, ale nie jest odporna na bieg czasu. Życie mieszkańców ogranicza się do noszenia kilkuset dolarów i poruszania się po wyznaczonych ścieżkach. Innymi słowy, mam do czynienia z brzydkimi ludkami w ograniczonym świecie. Nie ma tak dużej immersji, nie zżywam się z tym światem. W ten oto sposób grubą kreską podzieliłem tę serię na dwie części - na realistyczną oraz do prostej zabawy. Wątpię, czy obie grupy będą się równomiernie powiększały, ale nie mam z tym problemu. Z każdą kolejną odsłoną mamy coraz większą swobodę, ale w pewnym momencie tej granicy nie da się przeskoczyć.

     Po prostu chcę grać w dobre gry, a jak na razie Grand Theft Auto doskonale się w tej roli spisuje. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić co przyniesie kolejna część, o ile w ogóle pojawi się w tym dziesięcioleciu. Tak czy siak, mam ochotę na zupełnie inne klimaty. Może Europa? Co mnie trochę bawi, to jak bardzo aktualny jest trailer GTA 2 z 1999 roku. W zasadzie wiele się nie zmieniło, może oprócz dodania seksu. 

  7. landing20160511150820.jpg

    Dzięki obietnicy dwóch dużych rozszerzeń, udało się twórcom z cdprojekt RED zatrzymać Wiedźmina 3 na moim twardym dysku na ponad rok. Nawet terabajty jednak z gumy nie są i kiedyś trzeba się pożegnać. Panie i panowie, krew i wino, wino i krew.

    W ostatniej na jakiś czas przygodzie komputerowego Geralta udajemy się do Toussaint, żeby wyjaśnić sprawę morderstw, dokonywanych przez tajemniczego potwora. Bajkowa kraina szybko okazuje się krzywym zwierciadłem dla krwawych zdarzeń, spisków i coraz bardziej komplikujących się zdarzeń. Zaczyna się jednak mało imponująco, bo od spotkania z bandą stereotypowych, mężnych do przesady rycerzy, gnających po Geralta z poselstwem od księżnej Anny Henrietty. Bezsensowna rzeź milionów przeciwników w misji startowej przyprawia wprawdzie o ból zębów, ale na całe szczęście historia szybko wraca na właściwe tory.

    Na dalszym etapie, historia z drugiego dodatku bije na głowę tą z Serc z Kamienia. Poprzednio twórcy Wiedźmina postawili na sparafrazowanie pewnej legendy, ale polegli, czerpiąc nadmiernie z jednego źródła i ograniczając inwencję do wynalezienia roli dla Geralta w fabule, która kompletnie nie potrzebowała tego bohatera do szczęścia. Tym razem jest na szczęście inaczej, główną oś fabularną Krwi i Wina zaczerpnięto z kilku różnych źródeł, tworząc coś choć w części nowego i, o dziwo, całkiem zaskakującego. Jedynym żenującym momentem całej opowieści jest pewna, nieobowiązkowa dla niektórych zakończeń, walka z bossem, której jedna faza polega na tym, że jesteśmy zamknięci w wielkim, wypełnionym tkanką mięśniową pęcherzyku i bijemy w miękkie. Jest to tak beznadziejne jak wszelkie motywy pustek w grach.

    Wied%C5%BAmin-3-Dziki-Gon-Krew-i-Wino-5.

    Wielki postęp nastąpił także w kwestii śmieszkowania, które w wykonaniu REDów nigdy przesadnie nie trafiało w mój gust. Opowieść jest bardziej stonowana, a nawiązania typu hrabia de la Croix pojawiają się bardziej w tle, wymagając nieraz głębszego skupienia. Miła odmiana po paskudztwach pokroju malarza van der Hooia. Ogólnie poszczególne elementy historii sprawiają wrażenie dużo lepiej wyważonych i w gruncie rzeczy to właśnie ta opowieść z wiedźmińskich gier podobała mi się najbardziej. Po obszerną krytykę pierwowzoru odsyłam tutaj.

    Stworzona na potrzeby gry kraina, a także jej jeszcze bardziej baśniowa wersja to lokacje przeurocze, pełne cudownych kolorów. Urok ten nie wynika przy tym ze zwykłego prześwietlenia, a palety kolorów, toteż dalej znajdziecie tu miejsca groźnie wyglądające – ciemne lasy nocą, ponure jaskinie, mroczne opuszczone chaty itp. Sama historia przypomina długością tą znaną z Serc z Kamienia, a dodatkowy wymóg przejścia drugiej połowy bez możliwości wykonywania w tym czasie zadań pobocznych dodatkowo nadaje jej dynamiki. Brak powiązania z główną fabułą i rok czasu na produkcję pozwoliły też na stworzenie dość pokaźnego zestawu dodatkowych zakończeń.

    Ukończenie absolutnie wszystkiego, łącznie z pytajnikami, to kwestia około 30 godzin zabawy. Do tego te typowe zapychacze też stały się w Toussaint mniej uciążliwe, bo znaczna część z nich weszła w skład zadań pobocznych. Nie są to questy fabularnie wybitne, ot wysyłające nas w kilka spiętych tematyką miejsc na mapie – doceniłem je jednak, bo wskazany przy okazji w dzienniku poziom questa pozwala odnaleźć pytajniki na odpowiednim dla gracza poziomie dużo prostszą metoda, niż ucieczka przed rozszalałymi potworami na zbyt wysokim levelu.

    Spuchł też odrobinę bestiariusz, głównie o skolopendromorfy i krwiożercze „kwiatki”, które wyglądają inaczej, ale walczą podobnie. REDzi bardzo mądrze projektują przeciwników, tworząc kilka schematów zachowań i przyporządkowując każdy do większej ilości stworów. Wspomniane zakopujące się pod ziemię poczwary oraz szarleje to jedyne zachowujące się inaczej stwory, poza tym mamy jeszcze trochę modeli uzupełniających te już istniejące podgrupy. Jak na kosztujący 70 złotych dodatek – zadanie zaliczone.

    107579787.jpg

    Na Wiedźmina 3: Dziki Gon zaczęto patrzeć w mediach jak na zjawisko i nie ma w tym niczego dziwnego. Po raz kolejny udało się Polakom stworzyć produkt interesujący dla ludzi na całym świecie, nieprowokujący „wygłaszanych za granicą haseł o polskich obozach zagłady”, a przy okazji mocno zahaczający o polską popkulturę. Prawdę jednak powiedziawszy imponujący rozmachem świat borykał się z garścią problemów związanych z samą rozgrywką. Z paskudnie skonfigurowanym chodzeniem, przed którym ratowało tylko pół-wychylenie gałki pada, z przeciwnikami tracącymi zainteresowanie graczem poza magiczną linią, wreszcie z małym zasobem aktywności.

    W kwestii gameplayu silono się na pewne nowinki, ale takowe średnio się udały. Urozmaicić starano się przykładowo wyścigi konne, do których dorzucono jazdę na czas z dodającym sekundy cięciem manekinów/ostrzeliwaniem tarcz. W założeniu dobry pomysł zamienił mi jednak pewien fragment fabuły w walkę nie tyle ze stawianym przez grę wyzwaniem, co ze zwyczajnie sknoconą detekcją trafień. Wkurzające jest też to, że Geralt z konia tnie mieczem raz z prawej, raz z lewej, wobec tego podczas galopu trzeba sobie czasami „wyzerować” stronę, z jakiej wyprowadzone zostanie uderzenie.

    Średnio wypadły także zapowiadane przez autorów dodatkowe mutacje, stanowiące rozbudowę systemu rozwoju postaci. Twórcy od początku zdecydowali się na przypominający nieco Diablo 3 schemat „wybieraj ulubione umiejętności, tylko wrzucone w gniazdo działają” – i było to piękne. Sprawiło to, że odblokowanych sztuczek nie koniecznie trzeba było mieć bardzo dużo, bo od momentu zapełnienia gniazd, rozwój wiązał się już wyłącznie ze zdobywaniem lepszego ekwipunku. Pojęcia więc nie mam, na co ma mi się to przydać w stworzonym na zakończenie Wiedźmina, z definicji dedykowanym postaciom mocno już rozwiniętym, dodatku.

    107577993.jpg

    Mamy też wreszcie słynną już rezydencję Geralta pod postacią winnicy, którą można trochę odnowić, wpadać tu czasami na drzemkę i ostrzenie miecza i ogólnie próbować udawać, że istnienie tego „domu” wiele zmienia. No dobrze, twórcom udało się w ten sposób trochę naprawić ekonomię i puścić w obrót kompletnie bezużyteczny do tej pory pieniądz. Tak się to wszystko prosiło o jakąś wciągającą minigierkę z produkcją wina, jakimś klikadłem jeszcze bardziej zamulającym androidy i ocenzurowanym w iStore itp.

    Krew i Wino to niemniej godne, dobrze opowiedziane pożegnanie z Geraltem, a przynajmniej z trzecią częścią growego cyklu. Dziękuję REDzi za fantastycznie spędzone, długie godziny i dziękuję za odwagę. Zamienienie Dzikiego Gonu w platformę do produkowanych na tym samym silniku dodatków, może i ciekawych fabularnie, byłoby naprawdę łatwe. Jak jednak uczy przykład Doriana Graya, prawdzie piękne może być na dłuższą metę tylko to, co nie trwa dłużej, niż te parę chwil…

    Ocena 8+/10

    PS. Dobrze, że już nie będzie kolejnych dodatków, bo do tej pory napisałem na blogu o W3 już jakieś 12 stron... 

  8. Coś tam sobie ostatnio lubie skrobnąc jak przejdę jakąs produkcję, wrzucam to sobie na inne forum, to i tutaj sobie wrzucę ;) Robię to z czystego funu i chęci wyrażenia jakiejkolwiek opinii o tym na co wydałem pieniążka :D

    Deus Ex: Human Revolution Director's Cut

    CvUTegZ.jpg
    Teraz, przed premierą, postanowiłem odświeżyć sobie Deus Exa. Tym razem w wersji reżysersjkiej, wraz z DLC którego nie grałem. Pierwsze wrażenie, "ojej, jak to się graficznie zestarzało" (grałem po premierze), ale nie jestem z tych co zostawiają grę bo grafika słaba ;)  Fabułę i rozgrywkę pamiętałem mocno szczątkowo, ale ogólnie wiem, że wywarła na mnie ogromne wrażenie. No i do dziś nic się nie zmieniło. Nie lubię hardkorowych cyberpunków i Deus Ex na sczęście taki nie jest. Lubię za to motyw rozwoju, cybernetyki, robotów. W Deus Exie jest pokazane dość mocno, jak może skończyć się postep, który aktualnie obserwujemy. Fabuła jest mega ciekawa, chodź może być przewidywalna (

    nie podoba mi się tylko to, że głównie do tego wszystkiego ciągnie Adama miłość do Reed

    ).  Fajnie, że nasze wybory mają odbicie w przyszłości (niektóre gry tego nie mają w 2016 roku). Wszczepy są fajne, aczkolwiek rozwijając hackowanie i "perswazję" możemy zyskac sporą przewagę już od początku gry, nie jest to wada, ale mogło by być ciężej. Mechanicznie gra sie też trochę zestarzała, przykładowo wystarczy że wróg rzuci na nas okiem i już nagle wszyscy są zaalarmowani i znają naszą pozycje. W sumie, DE jest też łatwy. Na najwyższym poziomie trudności nie miałem żadnych problemów. Sama gra jest dośc długa, 26h zajeło mi przejście wraz z DLC. Co do DLC, nie lubię zabiegu, gdzie jesteśmy pozbawiani całej swojej "mocy" którą ciułaliśmy cała grę i przez to trochę mnie to DLC zdenerwowało, ale w miarę przebiegu fabuły stwierdziłem że bez tego zabiegu to w ogóle by nie miało sensu, bo to by było ez mode. Więc suma sumarum DLC jest na wysokim poziomie, no i wypełnia lukę w fabule która była w podstawce. 

    Z Deusem jest tak jak było przy pisaniu o Mafii, nie ma co porównywać do pierwowzoru, ale Human Revolution to kawał dobrej gry. Zestarzała się, ale zestarzała się godnie.

    Plusy:
    -fabuła
    -wizja przyszłosci?
    -ADAM JENSEN (mega niedoceniana postać)
    -wszczepy
    -skradanie
    -wybory
    -Missing Link

    Minusy:
    -mechanicznie i graficznie trochę się postrzała
    -łatwe ( chyba że moje oczekiwania względem skradanek po przejściu MGSa są za duże :D)

    Ocena: 9/10

    Czekamy teraz cierpliwie na 23 sierpnia i kontynuacje. Dla mnie wystarczy że będzie tak dobra jak HR.

     

     

     

     

  9. Piec

    • 1
      entry
    • 0
      comments
    • 4619
      views

    Recent Entries

    Chciałem podzielić się z wami, krótką analizą pierwszego etapu gry Shovel Knight. Twórcy gry starali się dopracować każdy etap tak by w miarę możliwości dało się uczyć gracza nowych mechanik bez rzucania ścianą tekstu w twarz.

    https://www.youtube.com/watch?v=Ur4ugeh64N8

  10. unchartedcrycry.jpg

    Przydarzyło mi się podczas niedawnego wyjazdu wakacyjnego, że pojawiła się sposobność ukończenia szanowanej przez wielu ostatniej części serii Uncharted, dostępnej na wiadomej konsoli. Pomimo niechęci, jaką od długiego już czasu darzę szeroko pojęte giercowanie, z przyjemnością chwyciłem pada w dłoń i postanowiłem na własnej skórze przekonać się, kto w sprawie Uncharted i szeroko pojętych gier akcji na filmową modłę ma rację.

    Moje zdanie na temat gier udających filmy, choć to dwa zupełnie różne światy, już znacie. Wiecie już, że gry te psa są niegodne, a co dopiero rozumnej, zaawansowanej emocjonalnie istoty, jaką jest człowiek. I Uncharted 4 oczywiście popełnia wszystkie grzechy nowoczesnego, na wskroś „kinematograficznego” projektowania gier wideo.

    I tak sam początek - pierwsze kilka rozdziałów! – okrutnie się dłuży, rozmywany sekwencjami bardziej przypominającymi symulatory spacerowiczów i Simsy. Miast wspinać się po gzymsach, szukać legendarnych skarbów i strzelać do złych (czyżby?) typów przynosimy znudzonej żonie żarcie z kuchni, przyglądamy się szarej, nudnej codzienności Nathana Drake’a (któremu niekoniecznie się takie życie uśmiecha, ale oczywiście wie, że musi o awanturnictwie zapomnieć, by uniknąć zabójczych dla małżeństwa awantur), a jedyny „skarb”, jaki udaje nam się znaleźć to zatopiona naczepa pełna miedzianego drutu. Oczywiście dobrze, że gra promuje zdrowe wartości małżeńskie, ale przyszedłem tutaj strzelać, wysadzać i grabić, a nie do kościoła na katechezę.

    star-trek-beyond-chris-pine.jpg

    Uncharted 4 cechuje się tym, że jest większe, ładniejsze i oferuje jakby nieco więcej możliwości niż poprzedniczki, niemniej jednak wcale nie udaje się mu ukrywać, że to jest nic więcej, jak tylko iluzja. Iluzja nieco bardziej otwartego świata. Iluzja życia na krawędzi, gdy niby wszystko wali się nam na głowę lub rozlatuje w kontakcie z dłońmi naszego protagonisty, ale *jakoś* udaje mu się ujść z życiem, całe zaś zajście kwituje li tylko lekkim westchnieniem.

    Bo wiecie, w takim Jedi Knight, jak już kiedyś pisałem, nie ma zbędnych ozdobników typu rozpadających się gzymsów i wyreżyserowanych scenek udających „zagrożenie” (najczęściej jest to po prostu zakamuflowana jako część gameplayu animacja). Tam, gdy coś takiego się dzieje wiemy, że zrobiliśmy coś nie tak i nie ma już dla Kyle’a ratunku. Gdy słyszymy, że zostało nam piętnaście minut, to faktycznie mamy tyle czasu i lepiej, żebyśmy się zabrali do roboty. W U4 czas mija zgodnie z wypełnianiem wytycznych scenariusza, a nie wskazówkami zegara. Wszelkie „leaps of faith” w JK i te niemożliwe skoki (a jest w tej grze sporo rzeczy, które potrafią przyprawić o niemały zawrót głowy) zależą wyłącznie od naszych umiejętności i wyczucia momentu, żadna magiczna dłoń nie popchnie naszego bohatera w stronę ściany, co by jednak złapał tę krawędź.

    Albo takie Heart of Darkness, do którego serii Uncharted bardzo blisko. Jest w tej grze bez miara adrenalinogennych momentów, w których protagonista cudownym zrządzeniem losu uchodzi z życiem, ale pomimo fantastycznego świata, w jakim odgrywa się akcja HoD całość jest znacznie bardziej autentyczna niż przypadki i wypadki w U4, którego twórcy zdaje się postanowili przebić i tak już przekombinowanego pod względem efekciarstwa Tomb Raidera 2013. Nate, Sully czy Sam przy pierwszym lepszym wypadku, w jakim biorą udział powinni wylądować na OIOM-ie, ale trwają dalej – zapewne zgodnie z maksymą, że co cię nie zabije.... Tylko zabawnym jest, że taki Samuel potrafi bez większego draśnięcia wyjść z nazbyt bliskich kontaktów z wybuchającymi dookoła granatami, zawalającymi się na głowy wielgachnymi katedrami, potężnymi wozami bojowymi taranującymi wszystko na swojej drodze i innymi tego typu przyjemnostkami, a na jego życie dybać tak na serio będzie

    Spoiler

    dopiero belka, jaka go przygniata gdzieś pod koniec gry.

     

    13627051_881389651992881_5907624859953323593_n.jpg

    Ale, ale! Okazuje się, że Uncharted 4 bardzo mi jednak przypadło do gustu! Co by nie mówić o całej tej filmowości, nie była ona wcale upierdliwa, jedynie momentami dość komiczna. Przyjemność z zabawy gwarantowały także dość przejrzyste etapy (na co narzekano w poprzednich częściach) i przede wszystkim jeszcze bardziej rozbudowana walka. W przeciwieństwie do poprzedników nie ma tutaj już wojny pozycyjnej, odpustowych strzelnic i dość klaustrofobicznych terenów walki. Teraz mniej więcej każda potyczka odbywa się na otwartym terenie zachęcającym do testowania różnych rozwiązań i większej mobilności. Tę wymusza też fakt, że nasi wrogowie nie chowają się w miejscu, a nieustannie starają się wykurzyć nas z naszej nory granatami, nacierają na nas i aktywnie szukają, a na domiar złego wiele osłon jest mało wytrzymałych, toteż szybko rozpadają się pod ostrzałem. Strzelaniny są dość emocjonujące i przynajmniej po jednej z nich czułem się mocno wymęczony psychofizycznie – znaczy się, że dobra to wymiana ognia była.

    Nie mam oczywiście porównania z poprzednimi częściami, jednakże ich bohaterów znam i lubię, bowiem chętnie oglądałem filmy z ich przygodami na YT (na co mnie konsola?). W porównaniu jednak z poprzednikami Uncharted cztery ma taki sobie scenariusz, nieciekawych antagonistów i pełno dłużyzn. Nie jest to poziom dennego StarCrafta 2, ale po prostu dość nijaka opowiastka, chociaż bardzo dobrze zagrana i jak najbardziej wciągająca. Nie ukrywam też, że tego typu produkcje widziałbym na pececie. Na padzie po prostu gra się źle w strzelanki i tradycyjne combo klawiatura + mysz są na tym polu nie do przebicia. W miarę postępów jednak opanowałem obsługę na tyle, by spokojnie posyłać kulki w łebki nieprzyjaciół z niemałą precyzją oraz skakać po skałach niczym górska kozica, a to jeszcze na średnim poziomie trudności, co jak na początkującego w te klocki jest wynikiem całkiem przyzwoitym.

    Ostatecznie Uncharted 4 nie jest wcale takie super, ot, to dobra strzelanko-platformówka pełna niepotrzebnych dłużyzn, w którą lepiej grałoby się na pececie - z pewnością celowanie byłoby bardziej precyzyjne, a i dużo łatwiej przebiegałaby orientacja na polu walki. Niemniej jednak gra wciąga, wygląda świetnie (chociaż muzyka nadal słaba) i daje satysfakcję. Co prawda nie są to takie autentyczne, a niesamowite wrażenia jak w przypadku klasycznych Thiefów, Outcasta, Heart of Darkness czy Jedi Knighta, ale... Jest całkiem nieźle! Te wszystkie 10/10, GOTY i zachwyty to oczywiście gruba przesada, ale ubawiłem się wcale setnie.

    Spoiler

    Tylko finałowy boss był wyjątkowo kretyński, ale to już mały pikuś.

    PS. Nawet osoby postronne, tylko przyglądające się jak gram, uznały, że U4 jest bardzo fajne. A widziały też Wiedźmina 3 i Beyond: Two Souls i stwierdziły, że słabe. W3 ze względów oczywistych nie nadaje się do oglądania, a Cage jezd gupi.

    13782186_904248356373653_7329321357505799759_n.jpg

     

  11. 505642.png

    Nieco ponad trzy lata temu postanowiłem pochwalić się na łamach jeszcze całkiem żywych wtedy actionowych blogów, że udało mi się przebrnąć przez moje „pierwsze” anime.

    Nie była to oczywiście całkowita prawda, bo za młodu oglądało się to i owo (Król Szamanów, Songi… to znaczy Dragon Ball, Naruto), a telewizje chętnie kilka serii emitowały. Warto tu dodać, iż do momentu zapoznania się w całości z Elfen Lied (to było właśnie to „pierwsze” anime), patrzyłem na ten nurt rozrywki z niesmakiem i lekką pogardą. Może to, dlatego, że poza tymi z Japonii nie przepadam zbytnio za kreskówkami. Po seansie mój pogląd obrócił się kilkukrotnie, wstrząsnął, zrobił susła i ogólnie rzecz biorąc – zmienił. Jakby tego było mało, forumowa brać szybko podsunęła mi kolejne dziesiątki tytułów, które w wolnej chwili mogłem sobie potem obejrzeć. Sekcja komentarzy pękała w szwach od kolejnych osób wymieniających swoje propozycje. Wsiąkałem. Zacząłem interesować się japońską kulturą, kolejne serie lądowały na liście obejrzanych, wycieczka do Japonii stałą się jednym z priorytetowych marzeń, a na półce szybko pojawiły się pierwsze mangi. Niestety, skończyła się gimbaza, pomału zaczynało na przyjemności brakować czasu. Nie żeby liceum było jakieś okrutnie trudne do przebrnięcia, ale z powodu dwóch lewych rąk do matmy i uczęszczania do klasy o profilu właśnie matematycznym, bywało trudno. Jednak i tak udawało mi się gdzieś tam być na bieżąco, po prostu skończyło się oglądanie kilka serii w tygodniu i siedzenie po nocach.

    Dziś wiele rzeczy wygląda dla mnie inaczej. Niektóre serie, które w przypływie chwilowej euforii obdarowywałem „dziesiątkami” już tak nie czarują, a człowiek staje się bardziej wybredny. Coraz częściej dochodzi do sytuacji typu, oglądasz kilka sezonów Dragon Balla po kilkaset odcinków każdy by zaraz znaleźć serię, która pomimo 12 odcinków jakoś ci się dłuży. Zapuszczasz kolejne bliźniaczo podobne anime do tego, co widziałeś już przynajmniej 10 razy, ale czujesz się jak baran, ponieważ znowu ci się podoba, znowu wsiąkasz i znowu chcesz się żenić z główną bohaterką. Damn.

    9ed.png

    W sumie sam nie wiem, co chcę tu przekazać. Nie spodziewałem się, że w trzy lata różne japońskie twory staną się tak przyjemnym i ważnym dla mnie hobby. Przecież pamiętam do dziś jak to było. Siedząc któregoś dnia na forum i przeglądając blogi przeczytałem recenzję Xerbera, w, której opisywał on jego wrażenia po obejrzeniu Elfen Lied. Pomimo niechęci do takich animacji fabuła wydała mi się na tyle ciekawa, iż w zaciszu własnego pokoju postanowiłem sam ją sprawdzić. I cóż, wzięło mnie. Po prawdzie to nawet lekko się sobie dziwię, bo patrząc na to dziś, to raczej mocno hardkorowy tytuł dla kogoś, kto chce zacząć. Nie wiem czy powinienem tutaj podziękować, co poniektórym za wdrożenie mnie w ten „świat czy raczej ich przekląć, że zamiast jakiś wybitnych dzieł kina oglądam zboczoną bajkę o dziewczynach skrzyżowanych ze zwierzętami i jeszcze mi się to podoba (Monster Musume polecam, może jak ktoś jeszcze tu zagląda to usmażę jakąś reckę). Szkoda tylko, iż dalej jest mnóstwo osób gardzących anime, mangami etc. Dla zasady, chociaż ich styczność z tym nurtem jest zerowa, a na swoim przykładzie wiem jak bardzo mogą się co do swoich gustów mylić.

    Pomyśleć, że taka przydługa refleksja mnie naszła, bo postanowiłem dziś zaktualizować MAL-a pierwszy raz o iluś miesięcy, bo zaczynałem gubić się już w tym, co oglądam i mam zamiar oglądać.

     

    Spoiler

    IMG_1708.JPGcomment_MQop6cPeAzkfSJhQzVRUrfGRaX4Fmeymlatest?cb=20160101124347Sexy-Japanese-Kimono-Fancy-Party-Lingere1530795052_1096999289.jpg

     

  12. Sny o lataniu towarzyszyły człowiekowi od zawsze i napędzały rozwój technologii pozwalającej wznieść się w przestworza i z czasem pozwolić na latanie coraz większej i większej ilości ludzi, aż do współczesnych samolotów pasażerskich. Podobnie od czasu gdy tylko rozwijała się wirtualna rozrywka, pojawiały się pierwsze "gry" mające symulować lot samolotu, początkowo były to poprzedzające systemy Windows programy w których mieliśmy jedynie przesuwające się kreski. Wraz z upływem lat symulatory lotu stawały się coraz bardziej realistyczne, z czasem przeszły na pełne 3D, dodawano też nowe możliwości,i a wokół samych symulatorów rozwijały się firmy oferujące dodatkowe samoloty, scenerie czy zaawansowane opcje, nie mówiąc już o szerokim rynku kontrolerów przenoszących immersję coraz głębiej. Współcześnie w cywilnych symulatorach lotniczych nastąpił pewien zastój, co prawda nadal wiele firm aktywnie dostarcza dodatkowej zawartości, ale poza opartym na 10 letniej technologii FSX, niszowym X-Plane oraz Prepar3D od lat nie został wydany żaden "nowy" lotniczy symulator, poza militarnymi które nabrały ostatnio rozpędu. Wreszcie jednak doczekaliśmy się nowego gracza na rynku w postaci Aerofly FS 2 dostępnego obecnie w opcji wczesnego dostępu na platformie Steam i to o nim właśnie będzie dzisiejszy wpis.

    FZFbWq2.jpg

    Zacznijmy od przedstawienia co to jest o całe "Aerofly", ponieważ z doświadczenia wiem że nawet osoby siedzące w światku lotniczej symulacji nie wiedziały co to za produkcja. Pierwotnie seria Aerofly była przedstawicielem niszowego gatunku symulatorów lotu nie prawdziwych samolotów, ale modeli sterowanych radiowo stąd dopisek "RC" przy tytułach. Produkcje te pozwalały miłośnikom modelarstwa na doskonalenie swoich umiejętności mini-pilotażu przy użyciu rzeczywistego kontrolera, ale bez ryzyka uszkodzenia modelu wartego duże pieniądze, na tym polu producenci odnosili znaczne sukcesy jednak produkty miały charakter bardzo niszowy. Na pełnowymiarowe samoloty przesiedli się w 2012 roku wraz z premierą Aerofly FS (Flight Simulator) które oferowało graczom kilka samolotów, od pospolitych jak Cessna 172, przez akrobacyjne Extra 330 po takie maszyny jak F-18, zabytkowy Sopwith Camel czy nawet szybowce. Każdy z tych samolotów był odwzorowany bardzo szczegółowo, wliczając w to także model lotu oraz funkcjonalność kabiny, zdecydowanie były to najlepiej wykonane modele podstawowe ze wszystkich lotniczych symulatorów. Niestety liczba dostępnych maszyn była niewielka i zbyt mało zróżnicowana, zabrakło chociażby większych samolotów "General Aviation", pasażerskich liniowców oraz śmigłowców, a dobrze odwzorowane lotniska prosiły się o większe maszyny. Kolejnym mankamentem była również sceneria ograniczona do terenu Szwajcarii, fakt że była ona bardzo wysokiej jakości jednak w porównaniu do całego świata z innych symulatorów wypadało to średnio, podobnie brakowało wiele elementów niezbędnych w pełnych symulatorach jak interaktywnej kontroli lotów, ruchu lotniczego czy zaawansowanego odwzorowania systemów. Pierwsze Aerofly było więc świetne jako produkcja na krótkie loty VFR, ale jako symulator lotu brakowało mu wiele. Później producenci porzucili rozwijanie wersji komputerowej i przerzucili się na mobilne gry o podobnej tematyce, stąd właśnie po 4 latach od premiery pierwszej części na komputery na PC zawitało Aerofly FS 2.

    A3Mc8uy.jpg

    Bynajmniej FS 2 nie jest portem mobilnej produkcji na PC, dzieli sam koncept z mobilnym odpowiednikiem w postaci terenu oddanego do dyspozycji oraz samolotów, jednak technicznie to produkcja korzystająca z wszelkich dobrodziejstw komputerów. Tym razem producenci symulatora oferują nam zdecydowanie większa scenerię obejmującą Kalifornię oraz część stanu Nevada i Arizona, całość scenerii bazuje na wysokiej jakości zdjęciach satelitarnych, więc jest to niemalże doświadczenie w skali 1:1 gdyż widzimy dokładnie to co przy rzeczywistym przelocie, nie ma tutaj żadnego generatora tworzącego scenerię która ma tylko przypominać dany teren, tutaj mamy praktycznie wszystko tak jak w rzeczywistości. Do tego sceneria dostępna jest w wysokiej rozdzielczości co oznacza iż nawet na relatywnie niewielkiej wysokości wygląda ona bardzo wiarygodnie, nie mówiąc już o rejsowych wysokościach gdzie wszystko wygląda przepięknie! Warto jednak zaznaczyć że brak zastosowania generatora i oparcie na foto-teksturach sprawia że poza wielkimi miastami takimi jak San Francisco, Los Angeles czy Las Vegas oraz lotniskami nie znajdziemy obiektów 3D, a wszelkie zabudowania będą jedynie płaskim obrazem. Niemniej w praktyce nie wygląda to wcale źle, a producenci obiecują że wraz z rozwojem produkcji będą dodawać więcej trójwymiarowych obiektów, kolejną rzeczą która dopiero zostanie dodana jest oświetlenie nocne całej scenerii bo póki co ogranicza się tylko do lotnisk. Ogólnie nawet pomimo pewnych mankamentów sceneria odwzorowanego terenu jest po prostu wyborna, praktycznie gdziekolwiek się nie znajdziemy będzie na czym zawiesić oko, czy to mocno zurbanizowane okolice Los Angeles, wybrzeża Pacyfiku czy nawet pustkowia w Nevadzie. Dodatkowo dzięki odwzorowaniu głównych metropolii i punktów charakterystycznych mamy co zwiedzać, zobaczyć możemy między innymi: most Golden Gate, Zaporę Hoovera, Wielki Kanion, czy buchające neonami centrum Las Vegas, a takich atrakcji jest wiele więcej! Na osobne wspomnienie zasługują lotniska, otóż producenci odwzorowali większość bazując na realnych odpowiednikach, jedynie niewielkie lotniska dla awionetek tworzone są według schematu, natomiast tak słynne porty jak LAX, lotnisko McCarran i nawet wojskowe jak Nellis Air Force Base odwzorowane są na bardzo wysokim poziomie i wypełnione wieloma obiektami w postaci pojazdów obsługi naziemnej czy zaparkowanych samolotów, które co ciekawe są licencjonowane. Naprawdę odwzorowanie lotnisk robi wrażenie, w jednym z lotów wybrałem się do lotniska które w rzeczywistości służy za centrum logistyczne i zgodnie z tym jak można by się spodziewać na miejscu zastałem zaparkowane samoloty transportowe z logami FedEx i UPS, więc producenci wykonali kawał dobrej roboty w oparciu o rzeczywiste dane. Podsumowując sceneria Aerofly F2 mimo że ograniczona tylko do 3 wspomnianych Stanów urzeka niewiarygodną jakością wykonania i zostawia konkurencję daleko w tyle, bo tutaj mamy wszystko "w zestawie" podczas gdy doprowadzenie FSX do szczegółowego odwzorowania tej scenerii wraz z lotniskami wymagało by wydania kilkuset dolarów na odpowiednie rozszerzenia. Dość powiedzieć że sceneria Aerofly FS 2 wraz z "HD Patchem" to 85 GB, zaś sceneria GLOBALNA X-Plane 10 to 80 GB. 

    giRH0q1.jpg

    Jeśli chodzi o samoloty dostępne dla gracza to wygląda to tak iż przeniesiono wszystkie maszyny z Aerofly FS 1 (poza Robin DR400) i dodano kilka nowych których brakowało w poprzedniej odsłonie, przede wszystkim chodzi tutaj o duże samoloty pasażerskie i dwusilnikowe lekki samoloty takie jak Beechcraft Baron czy King Air, ponadto mamy także dwa nowe zabytki w postaci legendarnego F4U i P-38 "Lightning". Każdy z modeli odwzorowany jest naprawdę dobrze, wszystkie instrumenty w kokpicie działają tak jak powinny, a obserwowanie maszyn w locie to nie lada frajda. Oczywiście każdy samolot pilotuje się całkowicie inaczej, Boeing 747 jest stosunkowo ociężały, Cessna jak to Cessna pilotuje się jak samochód z automatyczną skrzynią, a klasyki i samoloty akrobacyjne to istne rakiety i bardzo czule reagują na każde ruchy drążka. Trochę inaczej jest z szybowcami, w poprzedniej części model lotu był w nich taki sobie, obecnie jest już lepiej chociaż nieidealnie, osoby które miały do czynienia z szybownictwem na pewno zauważą że jest to ledwie namiastka rzeczywistości, no ale szybowce są tu tylko urozmaiceniem. Odwzorowaniu maszyn nie można wiele zarzucić, na chwilę obecną podstawowa nawigacja działa, lecz w samolotach rejsowych zaawansowane systemy nawigacji i zaawansowany autopilot wymagają jeszcze dopracowania, tak by dobrze oddawać rzeczywistość. Producenci obiecują także dodanie bardziej zróżnicowanych efektów pogodowych, modułu ATC, ruchu lotniczego i nocnego oświetlenia całej scenerii, czyli tego co niezbędne by uczynić z gry pełny symulator. Wracając jeszcze do samolotów warto zaznaczyć że lista nie jest zamknięta bo zgodnie z obietnicami za darmo (prawdopodobnie) otrzymamy nowe liniowce jak Boeing 777 i Airbus A380 i turbośmigłowe maszyny Bomardiera, a więc samoloty niezbędne do pełnego odwzorowania współczesnego lotnictwa pasażerskiego. Kolejnym pewnikiem jest pierwszy śmigłowiec w serii którym ma być Robinson R22, jak określają producenci model lotu mają gotowy ze swojego symulatora modelarskiego, a teraz muszą przełożyć go na skalę 1:1, ostatnia rzecz o której wiemy na pewno to darmowe malowania dla samolotów które są już w grze, co ciekawe sporo z azjatyckich linii regionalnych. Reszta maszyn to wielka niewiadoma, na pewno ze względu na amerykański klimat przydałby się jakiś Piper lub kolejny klasyk jak na przykład DC-3? Osobiście byłbym bardzo zadowolony gdyby pojawiła się Cessna Grand Caravan w wersji pasażerskiej i transportowej i do tego jeszcze jakiś duży transportowiec DHL, UPS lub FedEx. Marzenia marzeniami jednak wszystkiego za darmo nie dostaniemy, być może niektóre modele będą płatne albo gdy symulator trochę okrzepnie zewnętrzne firmy przygotują jakieś ciekawe dodatki, niemniej będzie warto bo FS 2 zapewnia doskonałe środowisko do latania na różnego rodzaju maszynach! Poza nowymi samolotami możemy spodziewać się także kolejnych scenerii (HDD płacze), pierwszą z nich jest reedycja scenerii Szwajcarii z pierwszej części która jest płatna. Decyzja może kontrowersyjna, ale praktycznie jest to nowa sceneria w jeszcze wyższej rozdzielczości i z całą masą nowych obiektów, w tym realistycznie odwzorowanym lotniskami, a dodatkowo jak na scenerię do symulatora lotniczego jest tania, kosztuje tylko 10 Euro. Jeśli producenci będą rozszerzać scenerię (może Azja?) nawet o kolejne płatne pakiety to myślę że warto będzie inwestować bo jakość stoi na bardzo wysokim poziomie.

    xtKz9k4.jpg

    Aerofly FS 2 weszło w fazę wczesnego dostępu niecałe dwa miesiące temu, przed producentami jeszcze długa droga ale już teraz symulator pod wieloma względami zachwyca! Jeśli producenci dotrzymają obietnicy i dodadzą kolejne zaawansowane opcje, nowe samoloty i scenerie to produkcja ta ma szansę stać się jednym z wiodącym symulatorów na rynku. Na tą chwilę to za duże słowa, ale kto wie co przyniesie przyszłość wszakże ekipa tworząca Aerofly doświadczenie w gatunku jak i materii ma i to spore, i przede wszystkim na rynku cywilnej symulacji potrzebne jest przewietrzenie, rozszerzenia do FSX niejednokrotnie robią wrażenie, ale chyba po 10 latach czas najwyższy by symulanci przesiedli się na coś nowego. Jest to też interesujące w kontekście zapowiadanego spadkobiercy FSX w postaci nowego symulatora od Dovetail Games, niestety po "Flight School" która na nikim nie zrobiła wrażenia los tej tajemniczej produkcji stoi pod znakiem zapytania, stąd szansa dla Aerofly FS 2.

    WTVW8nB.jpg

    Więc czy warto skorzystać z wczesnego dostępu? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, z jednej strony symulator ma wiele fajnych elementów, graficznie powala, a zwiedzanie zachodniego wybrzeża USA z powietrza daje ogromna frajdę, ale jednak na chwilę obecną jest to symulator LOTU, by stał się symulatorem LOTNICZYM wiele rzeczy musi zostać dodanych, ja jednak ufam producentom i widzę w tej produkcji spory potencjał. Na pewno jednak żaden miłośnik lotnictwa nie rozczaruje się tą produkcją i uważam że skoro cena ma jeszcze wzrosnąć po premierze to myślę że warto wysupłać z kieszeni te 200 zł teraz i cieszyć się symulatorem który z czasem będzie stawał się coraz lepszy. Polecam i zdecydowanie przystawiam znak jakości! 

    RshnDKn.jpg

     

    [Wszystkie screeny użyte w recenzji są mojego autorstwa. Screenów sporo ale i tak pokazują tylko ułamek tego co można zobaczyć w tym symulatorze.] 

    QfuC1Hy.jpg

  13. 308634_klopki_the-witcher-3-wallpaper.pn

    Wiedźmin 3: Dziki Gon

    Czas rozpoczęcia: 28 sierpnia 2015 r.

    Czas ukończenia: 25 sierpnia 2016 r.

    Czas gry: Rok bez trzech dni.

    Ile to godzin w grze: 130h.

    Zdobytych osiągnięć: 42/78 (54%), niestety nie wiem jak podlinkować osiągnięcia z GOGa. Ale miałem nawet takie całkiem rzadkie.

    Poziom postaci: 35

    Nie ukończyłem żadnej misji z dodatków, mimo że są zainstalowane - zaliczę je osobno później.

    Mistrzowski zestaw szkoły kota na wyposażeniu.

    Na koniec oczywiście garść screenshotów:

    2016-08-25_22-02-10_zpskwttjuy5.jpg2016-08-25_22-02-55_zpstmrrucbm.jpg2016-08-25_22-02-22_zps6l3lqxn4.jpg2016-08-25_22-02-20_zpsiyumbnqj.jpg2016-08-25_22-02-26_zpsu95nnjj5.jpg2016-08-25_22-02-24_zpsfo72nng8.jpg2016-08-25_22-02-29_zpssarq1xdi.jpg2016-08-25_22-02-28_zpsd1cmk3yp.jpg2016-08-25_22-02-31_zpsumbwyxuy.jpg2016-08-25_22-03-23_zpsq8hvdmwj.jpgURL]2016-08-25_22-02-56_zps0swbg3zv.jpg2016-08-25_22-02-51_zps6eute0ca.jpg2016-08-25_22-02-53_zpsg7abngs5.jpg2016-08-25_22-03-33_zpsouhpowiv.jpg

  14. Na pierwszy ogień nowego sezonu AT poszedł Another World, czyli tytuł niespecjalnie zapomniany i ogólnie doceniony. W przyszłych odcinkach zwiedzimy jednak nieco bardziej, e, dziewicze tereny. Nagrana jest cała gra, aczkolwiek trafiły się dwa nieumyślne zgony, taka jest specyfika AW - bohater ginie często i gęsto.

     

  15. Choć wszyscy dziś żyją Pokémon GO, ja postanowiłem przyjrzeć się innemu spin-offowi wydanemu w 1999 roku na Nintendo 64 - Pokémon Snap.

     

  16. Nowa recka na kanale. Nie wiem czy nie poleciałem za bardzo z szybkością mowy, ale tu już Wy oceńcie. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Jeśli się spodoba, to będę wdzięczny za łapki i suby... a jak nie to krytykę też przyjmę. ;)
     

     

  17. Najnowsze jej dzieło na jej portalu jest reklamowane jako pierwszy film gdzie jest nago... Pomijając, że większa nagość występuje w reklamach Dove; a i kobiety są ta ładniejsze i nie chodzi mi wcale o zdzirowatość to wracając jak z youtuberki (bądź co bądź) kradnącej materiały czy to z Onetu czy z innych witryn można chcieć stać się dziwką? Tak w moim odczuciu jeżeli sprzedaje się swoją dupę za pieniedze to jest się dziwką. Aktorki Porno odchodza z porno branży i żyją na wysokim stopniu kultury co można zaobserwoać na gali rozdania nagród dla nich, ale youtuberzy to najgorszy sort ludzi, którzy wszystko zrobi za pieniądze.


     

    • Tajemnicze rytuały lorda Szatana

    Po śmierci nomen omen Dead'a, jak wiecie Euronymous nie był zbytnio przerażony. Za to przerażony był basista grupy Necrobutcher, który po oświadczeniu gitarzysty że: "Dead has done something really cool! He killed himself. Odszedł z zespołu. W Mayhem zostały dwie osoby, ale samobójstwo Dead'a jak i plotki rozsiane przez Euronymous'a, że wokalista popełnił samobójstwo bo black metal stał się komercyjny, skutecznie utrzymywało ludzi przy zespole. Do zespołu na krótką chwile dołączył Stian "Occultus" Johansen, który pełnił role wokalisty i basisty. Jednak długo nie zagrzał miejsca, bowiem w roku 1992 odszedł, a zespół zyskał aż trzech nowych muzyków! Był to: znany z jednoosobowego Burzum  Varg "Grishnackh" Vikernes, pełniący role basisty, drugi gitarzysta Snorre "Blackthorn" Ruch oraz Węgierski gardłowy Attila Csihar. W czerwcu 1993 r. Zespół wydał w hołdzie dla Dead'a Live in Leipzig.

     Mayhem-liveinleipzig.jpg
    Klimatu nie można odmówić

    Rozpoczęło się w końcu upragnione nagrywanie albumu. Chłopaki nie mieli większych problemów z nagrywaniem, bowiem kawałki mieli od dawna napisane i przećwiczone, także była to formalność.
    Gdy wydawało się już że wszystko idzie jak należy, śmierć ponownie odwiedziła Norwegów. W nocy z 10 na 11 sierpnia 1993 roku, gdy zespół przygotowywał się do wydania albumu, Varg wraz z Blackthornem wsiedli do samochodu, i przyjechali kilkadziesiąt kilometrów do mieszkania Euronumous'a. Varg wysiadł, Snorre został w samochodzie. Vikernes zapukał do drzwi, według jego wersji chcąc pogadać, ale podobno Euronymous od razu wdał się w bójkę. Szarpanina trochę trwała, w końcu przeniosła się na klatkę schodową. Wtedy Varg wyciągnął nóż i zadał ostateczny cios. Albo ciosy, bowiem Euronymous miał 23 rany cięte. Vikernes wsiadł do samochodu i wraz z Blackthornem(który prawdopodobnie tylko domyślał się morderstwa choć tego się nie dowiemy) odjechał.

    Death_y_Euronymous.jpg
    Od lewej: Dead, Euronymous

    Dlaczego Varg zamordował Euronymous'a? Według jego wyjaśnień, studio gitarzysty Mayhem(bowiem miał amatorskie studio które wydało tylko dziewięć albumów, w tym dwa Burzum) nie dotrzymało umowy i nie zapłaciło mu za albumy. Ponadto zarzeka się że słyszał od kilku osób że Euronymous planuje go obezwładnić, wywieść do lasu, i tam przed kamerą wykończyć. Jaka jest prawda nigdy się nie dowiemy. Premiera albumu kolejny raz się opóźniła, a Mayhem stracił swój główny filar. Vikernes został skazany za morderstwo i podpalenie sześciu kościołów(choć prawdopodobnie podpalił o wiele więcej, ale cała afera w Norwegii związana z black metalem to temat na kiedy indziej) na najwyższy wymiar kary w jego kraju, czyli 21 lat. 22 maja 2009 roku wyszedł za dobre sprawowanie.
     

    • Dalsze losy

    Blackthorn od wszystkiego się wymigał mówiąc, że pojechał tylko pokazać riffy i był "w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie", Mayhem się rozpadł a debiut ukazał się w końcu 24 maja 1994 roku. Oczywiście od razu stał się kultowy, riffy Euronymous'a zrewolucjonizowały black metal, teksty Dead'a plus wokal Atilli dodał wszystkiemu nieprawdopodobnego klimatu, no i oczywiście świadomość że to jedyny album gdzie gra koło siebie kat i ofiara tylko dodały temu albumowi kultu, czy raczej kvltu. Świetny album nawet dziś, polecam.

    Mayhem_demysteriisdomsathanas.jpg
    Po prostu kvlt

    Jednak w roku 1995 zespół postanowił wznowić działalność. Nowy Mayhem zasilili dobrze znani: Necrobutcher na basie, Hellhammer na garach, Maniac jako wokalista(mówiłem że wróci), oraz zastępujący Euronymous'a , gitarzysta Rune "Blasphemer" Eriksen. Wrócili do gry wspaniałą Epką "Wolf Lair Abyss".

    Mayhem-Wolfslairabyss.JPG
    Cudo

    Nowe tysiąclecie Norwegowie powitali średniawym albumem "Grand Declaration of War". 

    • Zakończenie

    Mayhem gra do dziś. Czasem zmieniał skład, wydawał dobre albumy(polecam "Ordo Ad Chao" z 2007), w zespole nie działo już nic złego. W tym wpisie chciałem się skupić głównie na okresie "De Mysteriis Dom Sathanas", który jak widzicie był dość ciekawy. To wszystko na dziś. Mam nadzieje że dobrze się bawiliście czytając to i dowiedzieliście się czegoś nowego. Do następnego!



    Podczas pisania pomagały mi:

    Wikipedia

    Wujek Google

    Książka "Klątwa Rock and Rolla. Gwiazdy które odeszły za wcześnie Autorstwa Michelle Primi

     

  18. Microsoft postanowił udostępnić dziesiątki swoich ebooków za darmo. Pozycje są różne: od [aplikacja] keyboard shortcuts, przez [aplikacja] start guide aż do pozycji specjalistycznych jak konfiguracja sharepointa.

    Książki można znaleźć tu FREE! That’s Right, I’m Giving Away MILLIONS of FREE Microsoft eBooks again! Including: Windows 10, Office 365, Office 2016, Power BI, Azure, Windows 8.1, Office 2013, SharePoint 2016, SharePoint 2013, Dynamics CRM, PowerShell, Exchange Server, System Center, Cloud, SQL Server and more!

    Gdyby ktoś chciał pobrać wszystkie za jednym zamachem, to na stronie jest przycisk "Download all", który nawiguje na kolejną stronę. Tam jest link do pliku z listą adresów do ebooków. Mając dodatek typu "DownThemAll" do firefoxa (albo używając wget :P) można w prosty sposób zaciągnąć całą listę.

     

    Miłego czytania ;-)

  19. Nowa recenzja na kanale. Tym razem prezentuję gre "Gra o Tron" od studia Telltale Games. Jeżeli ciekawi Cię moja opinia na temat tego tytułu zapraszam do oglądania ;)

     

  20. Team Fortress 2. Gra, która wyszła w 2007 roku dalej żyje. Zapewne sporo osób o niej słyszało. Jest to taki jeden z prekursorów dosyć popularnych dzisiaj tzw. hero shooterów. Czyli  można powiedzieć, że to dziadek bijącego dzisiejszą popularność blizzardowskiego Overwatcha. Team Fortress 2 zrobił wielkie boom, jednak potem o nim ucichło. Aż do pewnego momentu, to jest okolic roku 2011. Wtedy tytuł przeszedł na model free to play. Naprawdę masa graczy, niczym jakaś lawina zwaliła się na Steama żeby pograć w tę strzelankę od Valve, twórców serii Half-Life. I wtedy właśnie ja dołączyłem do gry. Przeszło 5 lat temu. Do dnia dzisiejszego mam przegrane jakieś 300 godzin. Można mówić, że z perspektywy osób mających tysiące godzin w League of Legends to mało, ale dla mnie jest to wystarczająca ilość czasu żeby powiedzieć, że coś o tej grze wiem.   

    No i właśnie, mamy rok 2016. Przez czas wejścia w model free to play sporo rzeczy się zmieniło. Team Fortress 2 stale cieszył się popularnością i był zapełniany masą aktualizacji. No ale rynek nie spał i przez ten czas ukazało się naprawdę sporo tytułów multiplayer. Również darmowych, dlatego społeczność TFa zaczęła się kruszyć. Tak, dalej jest jedną z najpopularniejszych gier na Steamie. Ale porównajcie sobie 400 tysięcy osób aktualnie będących w CSie do 60 tysięcy w Team Fortress 2. Kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej. No i Valve postanowiło jakoby wskrzesić TFa. Przez lepsze lub gorsze zmiany. Ale co jest dzisiaj bardzo popularne w tytułach multi? Rankingi, rangi, mecze rankingowe, tryb competitive. Twórcy postanowili iść za ciosem i wprowadzić to do swojej gry. Bo dlaczegoż by nie? No i teraz mamy okazję potestować betę, bo chyba tak to można nazwać nowego rozszerzenia Meet Your Match. I żeby nie było. Wielu twierdzi, że Valve po prostu przestraszyło się Overwatcha od Blizzarda, który przecież reprezentuje ten sam gatunek. Może to jest prawda, ale osobiście nie sądzę. Tryb ten był w planach od dawna. Prace poruszały się w mniejszym lub większym stopniu i dopiero teraz możemy w niego zagrać. Tak się złożyło, chociaż strach przed nowym dziełem Blizzarda może jak najbardziej mieć swoje uzasadnienie.

    1.png

    W betę Meet Your Match zagrać mogą wszystkie osoby posiadające premium w Team Fortress 2. Dla osób niewiedzących mówię, że owe premium można bez problemu zdobyć kupując obojętnie jaki, nawet najtańszy przedmiot ze sklepu Mann Co. dostępnego grze. Oczywiście za prawdziwą walutę, ale kiedy ostatnio sprawdzałem, to najtańsze przedmioty wahały się w okolicy 30 eurocentów, więc chyba to nie jest jakaś wygórowana cena.

    Po wejściu do gry od razu widzimy, że zmieniło się menu.  Również od razu wita nas napis "Wojna!". O co chodzi? A no o to, że przy okazji Valve dało nam możliwość głosowania na jedną z dwóch klas. W tym przypadku na Pyro bądź Grubego (Heavy w oryginale). Jeśli wypowiemy się po jednej ze stron, a później tą klasą będziemy nabijać punkty w trybie competitive lub casualowej grze, to strona ta wygra i przy okazji następnej aktualizacji dostanie nowe bronie, nowe osiągnięcia i tak dalej.

    Ale mniejsza z tym, bo jest to tylko ciekawostka. Przejdźmy do najważniejszego dania. Trybu competitive, którego nazwa jeszcze nie doczekała się polskiego tłumaczenia. Z grubsza są to po prostu gry rankingowe. Nabijamy w nich swoje punkty żeby dostawać lepsze, nic nie znaczące odznaki i się nimi chlubić. No dobra... zaciekawiło nas to i chcemy zagrać. Valve chwaliło się nowym matchmakingiem, więc pełni zapału klikamy żeby wybrało nam grę. Czekamy. Mija minuta. Dalej czekamy. Druga minuta. Minimalizujemy grę. Idziemy obejrzeć jakiś krótki, śmieszny filmik na YouTube. Wracamy. Minęło 5 minut, gra dalej wyszukuje nam serwer. W podskokach udajemy się do łazienki. Ponownie wracamy. Myślicie, że możecie już pograć. Oj nie! Przyjdzie wam poczekać ponad 10 minut żeby wreszcie w to zagrać. Słownie: dziesięć. Tak, serio. Przy wybieraniu gier można czekać bite kilka minut. Słyszałem o osobach, którym po dwudziestu nawet się nie załadowało.

    2.png

    (Po panelu podsumowań gracze mogą rysować)

    No ale dobra, wybaczamy.  W końcu to beta, wymaga premium, mało graczy i tak dalej. Wreszcie przechodzimy do gry. A gra to nic nadzwyczajnego, jeśli ktoś już grał w Team Fortress 2. Ot zwyczajne tryby z wózkami i punktami kontrolnymi. Gramy, gramy, gramy. Co się dzieje? Nasza drużyna przegrywa. Okej, zdarza się. Gra ładowała się jakieś 10 minut, trwała 15 i nic z tego nie dostaliśmy. Wracamy do menu i... co? Zaliczyło tylko moje śmierci, a innych statystyk nie? Super. Fajny błąd. Klikamy żeby rozegrać kolejną partię. Znowu czekamy i co się teraz dzieje? Gra nie dochodzi do skutku, bo jakiś gracz wychodzi z rozgrywki jeszcze przed jej rozpoczęciem, czyli w takiej jakby rozgrzewce. Wyświetla się napis głoszący, że gracz oczywiście zostanie ukarany, a my możemy grać dalej lub bez żadnych przeszkód opuścić grę. Oczywiście wszyscy opuszczają grę, bo nie chcą grać w nierównym teamie. Znowu rozpoczyna się katorga w postaci oczekiwania.

    Gramy! Wybieramy jakąś klasę, którą lubiliśmy grać na zwykłych serwerach. I co? Ded. Zmieniamy klasę? Ded. W końcu się wkurzamy i gramy Grubym. Kosimy wszystko. Nasz team wygrywa, przychodzi rozdanie punktów. I nie dostajemy nic z uwagi, że byliśmy poza trzema pierwszymi miejscami. Tak przynajmniej mi się zdaje, bo od tak po wygranej nie dostaję żadnych punktów. A może to jakiś kolejny bug? Mniejsza. Wracamy, oczekiwanie wydaje się być krótsze, bo odkryliśmy, że można namiętnie klikać w odznakę. Trafia się tryb król wzgórza. Oczywiście przyzwyczajeni nie wybieramy jakiegoś Scouta lub Snajpera. Lecimy z grubej rury. Dosłownie. Rozkręcamy swój minigun i zabijamy wszystko, co żyje. Wygrywamy. Nawet na podium, punkty lecą. Cieszymy się, lecimy z jeszcze kolejną grą. Ale tym razem trafił nam się taki dobry team przeciwny, że nie możemy nic ugrać. Gra toczy się i toczy, próbujemy chyba wszystkiego. Kończymy jako piąci w rankingu. Tracimy wszystkie punkty. Nie wiemy o co chodzi, przecież tak nie powinno być. Może to bug? Rage quit...

    3.png

    Tak, właśnie tak wyglądało moje testowanie tego trybu przez te cztery dni od jego wejścia w tryb bety. Wkurzałem się nieźle. Przyznaję, najlepiej nie grałem, bo ten rok przerwy od TF2 zrobił swoje. Ale później kolega, który nie ma premium zaprosił mnie do gry na jakimś losowym serwerze w typowym deathmeczu. I Boże... jakie to było dobre. Mogłem skakać na prawo i lewo Scoutem. Nie musiałem przejmować się tym, że zginę. Był instant respawn. Po prostu leciałem i prułem przed siebie. Nawet obojętnie jaką klasą, bo wybór niewiele znaczył. Szybko awansowałem na wysoką lokatę. I zobaczyłem, co tak naprawdę lubiłem kiedyś w Team Fortress 2. Właśnie to.  Zwyczajną grę, bez jakichś zobowiązań. Zginę tutaj? Pff, kogo to obchodzi. I tak za sekundę pojawisz się znowu na polu bitwy i będziesz cisnąć. Zginę w rankedzie? Team wyzywa cię od noobów, chociaż jeszcze dwa lata temu sam ich byś rozwalił. Czekasz te dwadzieścia sekund, wracasz mozolnie i giniesz znowu, bo nie było medyka, który zdążyłby cię wyleczyć.

    Dlatego brakuje mi w tym trybie rankingowym zwykłych deathmeczy. Gdzie gram przez te 30 minut i nie przejmuję się niczym. I jeśli uplasuję się odpowiednio wysoko w rankingu to dostanę odpowiednią liczbę punktów. I ich nie stracę jak przypadkiem zepsuję. A nie, że gram mozolnie w średnio lubianych trybach, pomimo wygranych nie dostaję punktów. No i potem zastanawiam się, czy to przypadkiem nie był jakiś bug.

    No właśnie, nie wiem, co jest bugiem, a co nie. Jest to beta, więc błędy są zauważalne. Ale kompletnie tego nie rozumiem. System jest nieczytelny. Strasznie. Miałem sytuację, że mój team wygrał, ja na 3 miejscu. 0 punktów. No jak to? To za co oni dają te punkty? A może to kolejny błąd? No i czasem servery wywalają, więc to mogło mieć coś z tym wspólnego.

    Ale teraz nachodzi pytanie. Czy nie mogłoby to po prostu wyglądać tak, że za mecz zawsze dostajemy ileś punktów doświadczenia? Oczywiście odpowiednio mniej, jeśli nawet przegraliśmy lub zwyczajnie byliśmy niżej w tabeli. A teraz wygląda to bardzo średnio. Tak, po części zachęciłem się do grania w Team Fortress 2. Ale te gry rankingowe mnie denerwują. Najchętniej wszedłbym na dawny serwer, który był oblegany jeszcze 2 lata temu. Trudno było się na niego dostać, ale jeśli udało ci się wejść to wiedziałeś, że będziesz się doskonale bawić. A nie spinał o głupie, mało znaczące odznaki. Niestety tego serwera już nie ma, a Team Fortress się zmienia. Czy na gorsze, czy na lepsze pozostawiam innym do oceny.  

    4.png

    Te rozszerzenie, bądź też aktualizacja (jak zwał tak zwał) ma naprawdę spory potencjał i szansę na to, że Team Fortress 2 powróci do łask fanów multiplayerowych strzelanek. Jednakże Valve musi sporo nad tym posiedzieć, bo widać tu mnóstwo rzeczy do poprawy. Nachodzi pytanie, czy będzie to się dla nich w ogóle opłacać? Przecież mają maszynkę do robienia pieniędzy jaką jest Steam, mnóstwo, wręcz coraz więcej ludzi gra w Counter Strike Global Offensive. No i jest jeszcze również Dota 2 o największej popularności na Steamie. Parafrazując klasyka możemy zadać tylko jedno pytanie: czy będzie chciało im się chcieć? 

  21. Ważna notatka od autora w celu uniknięcia śmierci z nieznanych przyczyn: 

    Pamiętajcie: POWAGA ZABIJA POWOLI   

    Zróbmy sobie wyjątek i dla odmiany pomyślmy przez chwilę: jaki jest najbardziej znany symbol polskości, pierwsze, co przychodzi do głowy lwiej części ludu, gdy mają zidentyfikować swoją ojczyznę w jednym słowie? 
    Rzędy oddziałów husarskich pokazanych pod ekstremalnym kątem, przedstawianych jako wzór cnót wszelakich?(bicie Turków? Powodzenia z takim celem życiowym w dzisiejszych czasach.)


    Opasły szlachcic przepasany swoim kunsztownym pasem i z szablą przewieszoną u boku, która była jedynie na pokaz, ewentualnie do udzielania reprymendy chłopom, którzy pracowali na utrzymanie jego i całej jego rodziny jako niewolnicy?


    Dzielni powstańcy warszawscy, którzy narazili stolicę na ekstremalne represje ze strony rzeszy, tracąc przy tym 150 tysięcy cywili, niemających żadnego związku z ich patriotycznymi porywami, demolując wielowieczną stolicę po to, aby ich potomkowie mogli posłużyć za wzory na koszulkach sprzedawanych turystom za 35zł ze szczerzącym kły wilkiem i napisem "Żołnierze wyklęci - zawsze nieugięci"?


    Wybitne osobistości jak panicz Piłsudski, którego nazwiska nie potrafi poprawnie zapisać połowa społeczeństwa, a który w wielu zapamiętałych sentencjach szkalował nas jako naród?


    Kompot? Oczywiście ciepły i przez to niedobry?


    Mazurskie wzory ludowe, wyzierające zza meblościany każdego szanującego się domostwa, które miało szansę istnieć za czasów PRL-u?


    Ferdynand Kiepski? To po prawdzie byłaby całkiem dobra odpowiedź...


    Polski Hydraulik, będący istnie lustrzanym odbiciem charakteru pracy, którzy nasi rodacy podejmują za granicą?


    Papież Jan Paweł II, który parę lat po swojej śmierci otrzymał sporą dawkę "szacunku" od ludzi, o których walczył?


    Grupa młodych dżentelmenów wyglądających jak zebranie przed konkursem na sobowtóra Christiano Ronaldo, raczącym co dzień osiedle swoim wybitnym gustem muzycznym składającym się zwykle z playlisty, na której ilość piosenek była równa ilości palców roztargnionego drwala?


    Koneser trunków winopodobnych, chrapiący oparty o elewację świątyni monopolowej, z opadającym na oczy berecikiem tudzież czapką z daszkiem, pomrukujący swoje życiowe sentecje(panie pan daj pan piątkę panie daj pan piątkę panie...)?


    Odpowiedź przeleciała mi dziś przed oczami, i to całkiem dosłownie. Masywnemu kołtunowi piór z wystającym czerwonym dziobem ledwie udało się zmieścić pomiędzy dwoma przejeżdżającymi samochodami, po czym z gracją naćpanego hipopotama rzucił się na skoszoną łąkę, jakby zobaczył tam leżące samotnie pięćdziesiąt groszy. 
    Chwilka zamyślenia i moje wątpliwości zostały rozwiane: bocian to istnie boski symbol Polski i polaków. 

     

    MrUxsHn.jpg
    STORK IS LIFE
    THERE IS NOTHING BEYOND THE STORK


    Wystarczy na to popatrzeć tak: zwykle kiedy pierońskie lutowe mrozy ustaną, ludziska melancholijnie zaczynają wpatrywać się w okna, jakby miał przelatywać superman, samolot ze zrzutem ukraińskich papierosów albo paczka z allegro. Kręcić palcami w niebo zaczynają dopiero kiedy na horyzoncie ukaże się ON. Nasz symbol, wielki i potężny, wracający z ciężkiej tułaczki w północnej Afryce, gdzie korzystał z rozpasania sprzyjających dla niego warunków. 
    Nie daj pambuk jeżeli usiądzie taki na kominie! Wtedy euforia sięga zenitu: "Dzieci bedo!". Musi ktoś obowiązkowo wykrzyczeć.* Z tego co mnie uczyli, to kominem dostarcza się prezenty, a dzieci biorą się ze zgoła innego miejsca, ale o tym kiedy indziej. 


    Jeżeli Pan i Pani B. Ociek nie znajdą sobie odpowiedniego miejsca na gniazdko, państwo ochoczo dopomaga im w brakach roztropności i samowystarczalności finansowej fundując im mieszkanie dla młodych na słupach telekomunikacyjnych, wykonanymi specjalnie do tego celu metalowymi konstrukcjami.** Jeżeli drogą konsensusu państwo B. łaskawie zgodzą się skorzystać z dobroci demokracji i dofinansowań gminnych, zaczynają budować gniazdo. Zwykle cięższe i solidniejsze, niż się może wydawać. Tak więc niewielkim kosztem zatkanego przewodu kominowego mamy przywilej codziennego słuchania klekotania kilkudziesięciocentymetrowych dziobów. Śpiewać nie potrafią(może to i lepiej), ale zrobią co w swojej mocy, żeby wytworzyć naokoło siebie jak najwięcej hałasu. Takie to… swoje. 

    C. ciconia zjadają jaja ptaków i młode ptaki, ryby, mięczaki, skorupiaki i skorpiony. Polują głównie w ciągu dnia, połykając mniejszą zdobycz w całości, większą zabijają i rozdzielają przed połknięciem. - Źródło: Wikipedia


    Jeżeli miesięczna pensja wystarczy, a Panią B. nie trafi przez ten czas szlag, tanim kosztem możemy zafundować sobie wędzone bocianie jajka. Przez czas lęgu, Pan Ociek zapie**** w pocie czoła, żeby przynieść do domu 3k miesięcznie, czyli jakąś wszamę. O ile bajeczki i opowieści kochanej babuni nauczyły nas, że raczą się one tylko żabami, oczywiście podrzucając je i połykając w całości, mam ciekawy materiał do katharsis. Otóż w poszukiwaniu czegoś do wrzucenia na ruszt, Pan Ociek nie pogardzi w sumie niczym. Żaby, jeże, jeżozwierze, mięsne jeże zdrapane z asfaltu, małe ptaki, króliki, gumaki, zupki z biedronki... Byle przeżyć do pierwszego. Zawstydza nawet żaków gnieżdżących się w akademikach. 

    r0ynoeO.jpg
    Pan ociek podczas codziennego, zdrowego śniadania. 
    Jak mówił Minister Zdrowia: 5 porcji dziennie!


    Po kilku tygodniach Pani B. oświadcza, że mąż się jej nie słucha i zmienia nazwisko na panieńskie, każąc mówić na siebie B. Ocianieg mieszkając jednocześnie pod jednym dachem, bo kogo na to stać, do mamusi w Afryce za daleko. Nie mogą dokonać aborcji na nieurodzonych dzieciach, poza tym w Polsce jest to zdelegalizowane. W obawie przed tym, co ludzie powiedzą, uzgadniają między sobą, że dzielą dwa jaja między siebie, rzucając żabę i patrząc na którą stronę wywali jej wnętrzności.


    (Bociany są monogamiczne, ale nie łączą się w pary na całe życie(...) - Źródło: Wikipedia

     

    SPEQj7t.jpg
    Pan B. patrzy, jak jego żona opuszcza go na zawsze.
    W głębi siebie wie, że nigdy nie poradzi sobie sama i wróci na kolanach za jakiś tydzień.


    Po jakimś czasie życia w nowo nabytym pseudokonkubinacie, możemy doczekać się ładnej kolekcji oskubanych szkieletów nieznanego pochodzenia walających się po blachodachówce i dodających wodzie z rynny unikalnych wartości witaminowych, a znad krawędzi gniazda można raz na dzień dostrzec świeżo opierzone główki nowo wyklutego potomstwa. Ojcu trafił się pod opiekę mały B. Ociek Junior, a mamuśka troszczy się o córkę, nazywaną według tradycji B. Ocianiegówna. 


    W Zagórzu nad kawałkiem drogi od zawsze stał tajemniczy kawałek daszka, osłaniający chodnik. Z początku myślałem, że to do ochrony przed deszczem, bo stoi obok przystanku, chociaż od spodu był tak powyginany, jakby przeszedł nalot dywanowy. Olśnienie przyszło kiedy dostrzegłem pozostałości starego gniazda mieszczącego się na słupie obok. Ku mojemu przerażeniu, wcale nie był pobielany wapnem, lecz trochę mniej szlachetną substancją. Co prawda organiczną i ekologiczną, ale damn. 


    Miał ktoś kiedyś okazję siłować się z keczupem, oznakowanym jako "korek-niekapek"? Ode mnie zasłużył sobie na nazwę "korek-niedajek", i to całkiem słusznie. Wystarczy wyobrazić sobie pół kilo keczupu napierającego na ścianki kiepsko wyżłobionej gumowej membrany, aby w rezultacie zostać hojnie obdarowanym kawałkiem kanapki zanurzonej w keczupie. Mniej więcej tak to działa.

    Przez letnie gorące miesiące państwo Ociek/Ocianieg zostają obdarowywani datkami z programu "500 okruchów +" i programem unijnym "Ptasia sodomizacja w każdej gminie", będąc jednocześnie nękanymi przez zamiejscowych i trzaskami migawek.

    "Cały czas tylko te aparaty, palce wskazujące na nasze gniazdo... I jeszcze te głosy. "Patrz mamo, bocian, bocian!" Na oczach wszystkich... To było jak sztylet wbijany w serce naszej rodziny."  - Opowiada Beata O.(tożsamość do wiadomości redakcji).

    XukKeVo.jpg
    Na tym etapie sprzeczek małżeńskich doszło do niejednokrotnej przemocy.
    Miejsce pobytu dzieci pozostaje nieznane.

    Skutkiem protekcjonalnego dokarmiania przez rodziców do osiemnastego miesiąca życia, młode bocianie pokolenie zostaje zepsute do szpiku swoich lekkich, ptasich kości. Korzyści brane z programu pozwalają podbitemu B. Ociekowi na regularne wylatywanie z gniazda wieczorami i szukania wilczych jagód z kolegami dla nowych wrażeń w swoim monotonnym życiu. Jego była żona natomiast otacza natarczywą opieką swoją córkę, która coraz częściej stawia opór rodzicielskim radom.
    W niedzielny wieczór pani B. odkrywa straszliwą prawdę ukrytą pod kępką gałęzi w kącie ich gniazda. Świeżo złożone, bielutkie jajo leży tuż przed jej okrągłymi oczami. Początkowo zrozpaczona obwinia męża o zdradę, zanosi się łkaniem dopóki nie widzi swojej córki, która podchodzi do niej z opuszczonym dziobem...

    Bociany zazwyczaj osiągają dojrzałość płciową w okolicy czwartego roku życia, choć zdarzają się przypadki przystąpienia do pierwszego lęgu już po osiągnięciu drugiego roku oraz dopiero po osiągnięciu siódmego roku życia. - Źródło: Wikipedia

    Po szybkiej rozmowie z mężem, Beata podejmuje trudną dla wszystkich decyzję. Jako odpowiedzialni i wychowani na prawych normach moralnych rodzice robią to, co do nich należy: wypełniona gniewem Beata odlatuje w kierunku południowego wschodu, aby podrzucić jajo swojej matce. Podczas gdy pan Ociek wciąż uprawia swoje toksyczne hobby, rodzeństwo dalej hula po wsze czasy za nadwyżki datków. Podczas gdy młody Ociek trafia na intensywną terapię, prawdopodobnie po zażyciu dużej dawki tojadu, która została mu jako środek na usprawnienie szybkości lotu, Beata wraca, a na głowie przepasaną ma kruczoczarną, aksamitną chustę...

    Wyznawcy Islamu czczą bociany, ponieważ odbywają one według nich doroczną pielgrzymkę do Mekki podczas swojej wędrówki. - Źródło: You guessed it

    Skrzętnie rozkłada na powierzchni gniazda zagubiony fresk, który leżał w ubikacji męskiej w Izraelskim McDonaldzie przez setki lat. Podpisany przez niejakiego Carla Spitzwega, przedstawia idealnie plan na zemstę bocianiej nacji i wyeliminowanie rasy ludzkiej z powierzchni planety. Całość była zaszyfrowana tak, aby przedstawiać dzieło sztuki XVI w., ale światły umysł Beaty od razu rozkodował o co chodzi. Po szybkim sprawdzeniu w słowniku dowiedziała się, że Spitzweg znaczy "Spiczasta Droga". Młoda B. Ocianiegówna dodała też, że w średnioweczu "tajemnicza plaga" wybiła prawie połowę ludności europy. Przez niektórych nazywana też była "karą boską".

    - Jedynie połowę... - złowrogo dodała matka

    Nie trzeba było tłumaczyć nic więcej. Geniusz ruchu oporu zaprojektował zbrodnię idealną. Najpierw dzięki snajperskim zdolnościom B. Ocianiegówny przystrajają fartuchy lokalnych wieśniarek w mleczne fekaliowe wzory. Podczas gdy naiwne kobiety zajęte są suszeniem swoich tkanin, Ociek zakrada się do domostwa i wykrada pierworodnego. Kiedy nikt nie patrzy, puszcza go z dużej wysokości, skutecznie pozbawiając go żywota. Dzięki długotrwałej praktyce, nie ma dzieci, które by dorastały, więc ludzie nie mają się jak rozmnażać i po odpowiednim czasie mogą z ochotą patrzeć, jak ostatni przedstawiciel tych plugawych kreatur wije się w agonii po spękanej wieczną suszą skorupą ziemi, która kiedyś była jego domem. Biorąc kawałek kredy w swoje lewe skrzydło, szybko obrazuje swoją teorię profesjonalną symulacją sytuacji aerodynamicznej ukrytej przez Spitzwega:

     

    Spoiler

    cSWKu0D.jpg

    Jak na dłoni. Dobrze, że bocianie umysły są ponad ludzką naiwnością.

     

    Wkłada zatrutą cierń na legowisko męża, układa dzieci do snu i zasypia, niecierpliwie czekając na kolejny dzień, w którym zacznie się wielka czystka...

    Tylko że wtedy wybił 12 października i cała rodzina odleciała z powrotem do Afryki, a cała miejscowa wieś wyszła im na pożegnanie, machając chustkami, cichutko łkając, a potem układając ckliwe piosenki na ten temat.

    Powaga mode on czyli "co autor miał k%&$# na myśli?"

    Jak to jest, że pewne stworzenia tego samego gatunku są traktowane zupełnie inaczej niż inne? Że słucham? A, tradycja. Tradycja czego, dokładnie? Czczenia bocianów, bo są większość jej populacji zamieszkuje przez kilka miesięcy w Polsce? Czyli naszą tradycją jest cieszenie się z czegoś, na co mamy niewielki wpływ, ale i tak nam się należy. Jakieś 10 lat temu widziałem, jak pewna babinka leje podwórkowego czarnego kota kijem. I to nie jakimiś lekkimi pacnięciami, wrzask był nie do zniesienia. Jeszcze jako grzdyl zainterweniowałem, a usłyszałem tylko, że "I tak nic nie czuje, bo nie ma duszy."
    Coś mi się wydaje, że rzeczywiście, komuś duszy wtedy brakowało.

    Sugestia to wielka moc. Bociany zawsze przedstawiane są w bajkach i podaniach jako coś boskiego, fruwającego przez niebiańskie obłoki, niosąc w dziobie gładkiego i ślicznego potomka, najczęściej zawiniętego w pieluszki Pampers© Active Baby™. Natomiast w średniowieczu koty palono na stosie razem z czarownicami. Trochę mnie to irytuje, bo sam przeżyłem 15 lat ze swoim czarnym kotem i był to najbardziej prawilny sierściuch, jakiego miałem szansę mieć. A wystarczy rozprzestrzenianie opinii przez popkulturę i można odwrócić kota ogonem(excuse the pun).

    PwKtiYl.jpg



    Skoro już tacy jesteśmy tradycyjni, dlaczego mamy ograniczać się jedynie do natychmiastowej erekcji z ekscytacji na widok przelatującego bociana? Co stało się z tradycją nakazującą otwieranie nowych sklepów jedynie w środy lub soboty? Gdzie w menu są serca dziecka, które dają niewidzialność? Dlaczego w katalogu Diora Polska nie ma sznurków, które służyły do egzekucji wisielców, które emannują ochronną energią(jak zawsze bez konserwantów)?

    Nie mam wielkiego urazu do bocianów, poza powodami wymienionymi powyżej. Nie widzę po prostu powodu, dlaczego koniecznie musimy aż tak je gratyfikować. Bo zasługują na nalepkę "tylko u nas" czy "dobre, bo polskie"? Spoko, to znaczy, że będę je często widywał na co dzień i nie będzie to dla mnie wielki zachwyt.

    Powaga mode off

    Pewnie na zawsze została mi już przyszyta przez niektórych łatka antypolaka, a kółko różańcowe plecie już dla mnie stryczek, ale chyba wiem, dlaczego tak bardzo utożsamiamy się z tym ptaszydłem. Oczyści łąki z wszelkiego życia, napychając się przy tym po sam korek, zrobi dzieci i odleci z powrotem tam, gdzie jest mu wygodniej kiedy tylko warunki zaczną być dla niego niesprzyjające, cały czas pozostając alegorią patriotyzmu.

    Parafrazując klasyka: "W takich chwilach, wszyscy jesteśmy bocianami." Każdy jest inny, nierozerwalnie związany ze swoim krajem ojczystym, w którym się urodził i wychował. No chyba, że jest czarny. Wtedy gwarantowane jest, że entuzjaści będą podglądać go przez lornetki i robić mu setki zdjęć, "bo to rzadki okaz".


    *Te dwa zdania wyrwane z kontekstu brzmią o wiele gorzej niż planowałem. Mea Culpa, poczuciu dobrego smaku. 

    ** To akurat dobry koncept. Ale pamiętacie, co mówiłem o powadze, prawda?

  22. Powyższy tytuł może sugerować odcinek poradnika pisarskiego, dlatego z góry uprzedzam, że to nie będzie wpis tego typu. W pisaniu jestem zbyt cienki, żeby mówić innym, jak mają się za to zabierać (chociaż jeśli ktoś też coś pisze i chciałby mi pokazać – z chęcią porobię za betę!). Tu chcę poruszyć sprawę, która mnie kiedyś nurtowała, a którą przypomniałem sobie tydzień temu po rozmowie z kolegą.

    Trzeba Wam wiedzieć, że ów kolega i ja jesteśmy fanami twórczości Sapkowskiego, a zwłaszcza (w moim przypadku „tylko”) cyklu wiedźmińskiego. W pewnym momencie dyskusja zeszła się właśnie na styl AS-a, a konkretniej na elementy jego stylu, które mogą być uznane za kontrowersyjne.

    Otóż – jeśli sami coś piszecie i pokazaliście swoje teksty ludziom, którzy mają na ten temat choć blade pojęcie, z pewnością zdajecie sobie sprawę, że stylistyka polska zawiera swoje reguły. Ich łamanie może nie dyskwalifikuje pisarza z miejsca, ale za to utrudnia płynność czytania tekstu, a w związku z tym może stanowić podstawę do zwrócenia takiemu amatorowi uwagi. Na pewno do reguł stylistycznych można zaliczyć unikanie powtórzeń (zwłaszcza jeśli wynikają z ubogiego języka autora), stosowanie zaimków osobowych najlepiej tylko tam, gdzie faktycznie są potrzebne, czy konsekwentne stylizowanie narracji/dialogów. Jeśli pisarz amator się do nich nie stosuje, zdaniem wyrobionych czytelników to znaczy, że nie zna podstaw pisania i że pewnie w takim wypadku jego tekst reprezentuje niski poziom.

    To co powiecie na to, że Sapkowski i co poniektórzy inni pisarze łamią niektóre lub nawet wszystkie wyżej wymienione zasady? A mimo to czytelnicy często nie tylko tego nie punktują, ale, odnoszę wrażenie, wręcz w ogóle tego nie widzą.

    Stwierdzenie to jest odważne jak na kogoś, kto nie ma wielkiego doświadczenia w pisaniu, ale spokojnie – nie chcę wycierać sobie gęby zawodowcami. To jak najbardziej można wyjaśnić. Otóż między takimi jak ja i zawodowcami jest jedna zasadnicza różnica: reprezentowany poziom. Po prostu.

    Ale na czym ten poziom polega?

    W tym momencie trzeba powiedzieć, że pisanie nie jest jedną umiejętnością, lecz całym ich zestawem. Gdybym miał proponować podział umiejętności, bez których pisarz nie może być uznany za dobrego, to bym wypisał:
    – znajomość języka, w którym pisze się utwór, i poszczególnych rodzajów stylu;
    – zdolność do (ciekawego) opowiadania historii;
    – obycie kulturowe;
    – doświadczenie życiowe;
    – wiedza ogólna, zwłaszcza dotycząca tematu i realiów, które „dotyka” się w trakcie pisania;
    – znajomość psychologii ludzkiej (jakoś przecież trzeba tworzyć wiarygodne postacie!).

    Jeśli o czymś zapomniałem, jak najbardziej możecie dopisywać swoje propozycje.

    Ale o co chodzi: przede wszystkim pisanie jest przedmiotem dziedzin nauk humanistycznych. Nie mówimy zatem o czymś, co łatwo uchwycić szkiełkiem i okiem, choć oczywiście nie jest to niemożliwe (gdyby było, to wszystkie zasady pisania należałoby hurtem wyrzucić do kosza). Jeśli czytamy prozę dla przyjemności, przede wszystkim szukamy opowieści, która nas wciągnie, a jeszcze lepiej – wywoła w nas określone emocje. Szukamy przeżycia. Zaryzykuję stwierdzenie, że dobre opanowanie wypisanych przeze mnie umiejętności sprawi, iż napisanie dobrej – i to dobrej przez duże „d” – prozy będzie gwarantowane.

    Ich opanowanie oczywiście nie będzie łatwe. Ale nikt nie powiedział, że ma być.

    Dobrzy pisarze zatem po prostu posiadają to nieuchwytne, abstrakcyjne „coś”, które sprawia, że potrafią przyciągnąć do swoich dzieł rzesze czytelników. To nie oznacza jednak, że nie należy do tego dążyć. Bo mimo wszystko owo nieuchwytne „coś” też jest wynikiem pewnych zmiennych, jak najbardziej możliwych do uchwycenia dla wytrwałego pisarza amatora.

    Czy więc stosować się do reguł stylistycznych? W tym momencie zaprzeczę sobie nieco i stwierdzę, że warto, przynajmniej na początku drogi twórczej. Potem, kiedy już nabierze się doświadczenia, można kombinować. Bo wtedy pisarz ma większą pewność, że swoim dziełem zainteresuje czytelnika tak czy inaczej, tak że ten wybaczy mu pewne „niedociągnięcia”.

    Zawodowcy przecież też jakoś zaczynali.

    *  *  *

    Osoby niechętne tutejszej blogosferze zapraszam do lektury wpisu na stronie Eskapizm stosowany. Tam zresztą następny wpis ukaże się 23 lipca (tu może być różnie).