Worms 2010
Napisany przez DexKanon, poniedziałek, 19 lipiec 2010 - 11:10 in Recenzje gier

Święty Granat Ręczny. Bomba Bananowa, Super Owca i Nalot. Oczywiście, nie może zabraknąć Bazooki. Czy wszyscy już wiedzą, o jakiej grze mowa? Tak, Worms…
Mini Wojna
Wormsy są serią powstałą w 2D – wraz z rozwojem technologii, przeskoczyły w trzeci wymiar. Niestety, robaki z krwi i kości straciły swój rysunkowy klimat – rozgrywka nadal cieszy, lecz to już nie to. Ale ten, kto poszukuje dawnych robaczków, odnajdzie je w najnowszej wersji tej gry na komórkę.
Spartan Kick!
W kampanii mamy za zadanie przejąć cały archipelag wysp. Na każdej z nich musimy oczywiście pokonać przeciwnika, w niestety, ale łatwej potyczce – mój najgorszy wynik to remis i to tylko dlatego, że zapomniałem, że nie mam już innych robali i poświęciłem własnego. Za zwycięstwo na każdej wyspie otrzymujemy nagrodę – nową broń do arsenału (a właściwie, to 1/5 jej maksymalnej ilości w naszym ekwipunku). By zwiększać liczebność tej broni, należy kilka razy pokonać wroga na danej planszy. Tym sposobem możemy zdobyć 20 Odrzutowych Plecaków, 5 Dynamitów, czy też, mój faworyt, 10 Kopniaków Spartańskich (gdy zobaczyłem jak wygląda użycie tej broni w praktyce, mej radości nie myło końca
).
Multi
Oczywiście, Wormsy żyją grą Gorących Pośladków – tak więc, jak w komputerowych odpowiednikach, tak i tu możemy rozegrać mecz z kumplem (a nawet z kumplami, gdyż możliwa jest gra we trzy osoby).
Robaczek!
Dla rozróżnienia naszych podopiecznych od wroga, możemy przywdziać ich w różnego rodzaju nakrycia głowy – albo to wielkie, czarne kapelusze, albo hełmy wojskowe – oczywiście, jest ich więcej.
Grafika prezentuje identyczny poziom jak wersje 2D z komputerów – jest równie klimatyczna i rysunkowym jak i wywołuje uśmiech na twarzy. Animacje robaków są niezłe, ale niekiedy fizyka zachowuje się co najmniej dziwnie – szczególnie przy ataku Pięścią. Olbrzymią wadą jest też sztuczna inteligencja komórkowego przeciwnika – czasem potrafi zapomnieć, że właśnie odbywa się jego tura!
Jedziemy na ryby?
Mimo głupiej inteligencji przeciwnika, gra jest naprawdę świetna – potrafi od stresować jak i bawić. Co by nie mówić, i tak siłą Wormsów jest walka z żywym przeciwnikiem – a w kampanię warto się pobawić, by odblokować więcej śmiercionośnych zabawek do gry ze znajomymi. Naprawdę polecam.
Ocena: 8/10
English Day Camp (dzień 4)
Napisany przez DexKanon, czwartek, 08 lipiec 2010 - 18:37 in Day Camp
Dzień czwarty rozpoczyna się od zmęczenia – to już końcówka, a dzieciaki brykają w najlepsze. Organizatorzy za to uśmiechnięci, pełni życia i… zmęczeni. Zapraszam na relację z przedostatniego dnia angielskiego obozu dla dzieciaków!
Pożyczy mi ktoś Internet w słoiku?
Dzień zacząłem nietypowo, bo od poszukiwań pastora, od którego chciałem wyprosić możliwość skorzystania z Internetu, gdyż u mnie w domu sieć padła. Gdy go dorwałem, nie miał jednak przeciwwskazań i dodatkowo wyczyścił mi pendrive z wirusów. Po powrocie do budynku kościoła zastałem Gyl’a siedzącego przy Macbook’u i rozmawiającego z Elliotem. Przywitałem się ładnie i poszedłem do kaplicy, gdzie po chwili pojawiła się Dominika i Amanda. W niedługim czasie dołączył do nas Arek i nocujący tutaj Marcin. Po zebranie się większej grupy nadszedł czas na próbę scenki. A Ewa dodatkowo wydarła się na mnie że marnuje czas na rozmowę ze mną, a w tym czasie mogła zrobić wiele więcej rzeczy. Tak, tylko że gdyby się na mnie nie złościła, zmarnowała by jeszcze mniej czasu…
Przed próbą było jeszcze oczywiście spotkanie organizatorów, na którym Beata przekazała nam kilka wiadomości i na koniec którego pomodliliśmy się.
Tuż przed rozpoczęciem pomogłem Ewie przygotować wiaderka z wodą na dzisiejsze zabawy. Zostałem troszkę przez nią postraszony że będę wracał do domu cały mokry – „żartownisia” – pomyślałem.
W końcu jednak nadszedł czas na przypilnowanie dzieciaków, które już przybyły – i znowu nasłuchałem się gróźb odnośnie oblania mnie wodą…
Zaczynamy!
Na początku dwójka dzieciaków (Beata pomyliła się, myśląc że obydwoje to dziewczynki – a naprawdę jeden z nich był chłopcem) podeszła pod domek zapukać do drzwi. Ku ich zaskoczeniu ze środka wyskoczył Elliot, a po nim drugi z najmłodszych amerykanów (wybaczcie, nie pamiętam imienia ^^’’). Dopiero po chwili na scenie pojawili się Gyl i Jerry, którzy od razu zaczęli odpytywać dzieciaki co zmieniło się w dekoracjach – szybko okazało się, że na choinkach pojawiły się szyszki.
Następnie zaproszony został nasz zespół śpiewający, który radzi sobie już świetnie bez kartek. Dzieciaki już spokojnie i bez przeszkód śpiewały i gestykulowały, a ja sam jeszcze się w tym gubię
. Po śpiewie nadszedł czas na obejrzenie filmiku z naszym dzisiejszym zwierzątkiem – szopem. Film był fragmentem z Pocahontas, kiedy biedne zwierzątko kradnie kompas temu blondynowi. Od razu po tym nadszedł czas na aktorów-amatorów, których zapowiedział Jerry (wspomnę, że kilka dziewczyn chciało ode mnie autograf na początku). Podczas przedstawienia nikt nie popełnił większych błędów (ani nawet mniejszych).
Na zakończenie początku zostało jeszcze kilka piosenek, a potem grupa żółtych udała się na…
Angielski
Na dzisiejszych zajęciach dzieciaki uczyły się nazw rzeczy, które przydadzą się im gdy będą jechać na biwak. Do dyspozycji mieliśmy plecak, w którym znajdowały się różnej maści przedmioty: pasta do zębów, papier toaletowy, Biblia czy też kilka niemiłych stworzonek (nie, nie chodzi o mnie)
. Następnie była powtórka tych rzeczy, przy czym wykreślaliśmy je na tablicy – lecz gdzieś pod koniec usłyszeliśmy gwizdek, który zwiastował koniec zadań.
Dzieciaki jak zwykle były lekko przerażone tym co działo się na angielskim – cały czas słyszeli coś w obcym języku, a i mimo tłumaczeni Sylwii, niczego nie rozumieli.
Gdy schodziliśmy na gry i zabawy, wiedziałem jedno – nie przeżyję suchy…
Gry i zabawy
Jednak nie było tak źle – zaczęliśmy od łatwej zabawy, która było poszukiwanie guzika który znajdował się w rękach jakiejś osoby. Dwa razy podeszliśmy do tej zabawy, po czym nadszedł czas na zabawę wodą.
Pierwszą z gier wodnych było przenoszenie gąbką wody z jednego wiadra do drugiego – wygrała drużyna która zrobiła to najszybciej. Niestety, w ten konkurencji zwyciężyły góry. Jak również i w kolejnej – trzeba było nieść butelkę z wodą odwróconą dnem do góry (szyjkę zatykało się dłonią), a po okrążeniu była zmiana osób – butelki nie wolno było odwracać, wiec wygrała ta grupa która rozlała najmniej.
Ostatnią zabawą było dobranie się z kimś w parę i rzucanie do siebie balonem wypełnionym wodą. Po każdym rzucie, obydwie osoby musiały się oddalić krok do tyłu. Będąc w parze z Esterą, odpadliśmy w drugiej kolejce – niestety, moja partnerka wyszła z tego sucho…
Zajęcia plastyczne
Tym razem zadaniem czekającym dzieciaki było robienie kwiatków do koszyków, które były tworzone we wtorek. Z powodu tego, że do robienia takiego badylka trzeba mieć naprawdę delikatne dłonie, moja pomoc dla podopiecznych była całkowicie ograniczona. Cały czas myślałem tylko „niech to się już skończy”. Dodatkowo, czasem wyleciałem do okna krzyczeć „rzeki do boju” do grupy niebieskich mających aktualnie gry i zabawy.
W końcu jednak nadszedł czas by się zbierać, bo oto ponownie można było usłyszeć mistyczny gwizdek…
Historia Biblijna
Tym razem Gyl i Jerry opowiadali o tym, że Jezus nam wybaczy. Jak przykład podali historię tego, jak Piotr 3 razy wyrzekł się Jezusa, a potem zrozumiał swój błąd. Gdy jednak, podczas połowów, ujrzał Jezusa na brzegu, momentalnie wyskoczył za burtę i popłynął w jego kierunku (nawiasem mówiąc, Tom powiedział że Piotr miał dziwny zwyczaj wyskakiwania za burtę gdy tylko widział Jezusa). Pan natomiast nie zbeształ go za to co uczynił, a wybaczył mu.
Dzieciaki podczas lekcji miały lekkie problemy z pęcherzami – 2 albo 3 z nich musiało lecieć do łazienki. Niektóre dziewczyny bawiły się bransoletkami które zrobiły sobie na plastyce, więc musiałem im je pozabierać. Ale obyło się bez większego chaosu.
Jadalnia
By był spokój podczas jedzenia i nauki wersetu, razem z pozostałymi liderami rozsiedliśmy się po różnych stolikach. Do mnie dosiadła się Emilia, Ola, Aleksandra i Angelika. Ta przedostatnia była bardzo ciekawa, czym różnią się baptyści od katolików – muszę przyznać, że miło było odpowiadać na jej pytania. Nic tak nie cieszy jak ciekawość dziecka
.
W końcu nadszedł posiłek, a ciocia Irena wpajała dzieciom nowy werset:
„Ty bowiem, Panie, jesteś dobry i przebaczasz, i jesteś wielce łaskawy dla wszystkich, którzy cię wzywają”
Księga Psalmów (86,5)
Dzieciaki w miarę szybko podłapały werset – Łukasz nawet zdążył się go wykuć na pamięć zanim zaczęliśmy naukę.
W czasie gdy podopieczni moi zdawali werset, ja wypełniałem „bilety” z który jutro będzie losowanie nagród. Dzisiejszego dnia kartoniki otrzymało 8 osób, w tym Łukasz, Aleksandra, Ola czy też Gabi. Tak jak i wcześniej, ponownie mieliśmy armię oddających mocz
.
Pospieszne zakończenie
Zakończenie mieliśmy nietypowe, bo Czarne Koty* musiały wyjść z 15 minut wcześniej. Tak więc, Jerry zaprosił na podest pewnego malucha który miał powiedzieć werset dzisiejszy. I… cóż mogę powiedzieć – mały wprawdzie dukał, popełniał śmieszne błędy, ale poprzez to że Jerry mu podpowiadał był nieziemski. Bohater dnia normalnie
. Następnie trochę pośpiewaliśmy, w tym moje ulubione Father Abraham, po czym przyszedł czas na powtórkę z innych dzisiejszych lekcji.
W tym czasie Czarne Koty musiały nas opuścić – razem z Marcinem pilnowaliśmy ich pod bramką i wręczaliśmy im zaproszenia dla rodziców na dzień jutrzejszy. Po powrocie dostałem zadanie pilnowania by reszta dzieciaków nie wychodziła z kaplicy.
Na koniec zostało jeszcze odczytanie imion na biletach – ponownie w brązowej grupie zapomniano o wypełnieniu ich (ba… nawet o zabraniu kartoników!), ale to w ich grupie wszyscy je otrzymali…
I już standardowo, razem z Arkiem i Marcinem pilnowaliśmy przy bramce by dzieciaki nie przebiegały przez jezdnię na mój widok. Niestety, Sylwia wyszła wcześniej więc nie mogłem zadać mojego standardowego pytania o pozwolenie na samodzielny powrót. To samo tyczy się zresztą Jerry’ego…
Bitwa!
Na koniec wszyscy zebraliśmy się w kaplicy by podzielić się uwagami, a następnie pomodlić się. Daga pochwaliła Arka za to, że w jakiś cudowny sposób uspokoił Martynkę (ta… każdy kto używa głowy by potrafił
). Następnie Beata wygłosiła monolog o tym, że w życiu tych z nas, opiekunów, którzy jeszcze nie idą za Jezusem, on już puka do naszych serc. I ma nadzieję że mu otworzymy. Amen.
Na koniec Ewa wyciągnęła nas na pole i rozdała balony, a my ustawiliśmy się w parach – rzucaliśmy do siebie po razie i oddalaliśmy krok w tył. Pod koniec pierwszej serii Arek w piękny sposób złapał pocisk rzucony przeze mnie, ale rozpadł mu się w trakcie złapania. Widok ten był nieziemski
. Następnie seria druga i trzecia, podczas których o mało co nie dostałem balonem. Jednak końcówka… to już totalna bitwa każdy na każdego – Gabi udało się mnie oblać z wiaderka i musiałem mokry siedzieć u pastora wysyłając jeden tekst, a i wracać tak do domu
.
Cóż, jedyne czego żałuję to to, że jutro ostatni dzień…
Wnioski na dziś:
- nie lubię wody. Szczególnie mokrej
- dzieciaki mnie lubią (nie widzieć)
- zawsze można liczyć na pomoc innych
English Day Camp (bonus)
Napisany przez DexKanon, czwartek, 08 lipiec 2010 - 12:48 in Day Camp
Dzień trzeci English Day Camp’u nie zakończył się jedynie na zajęciach z dzieciakami. Po południu została urządzona wielka impreza dla organizatorów obozu – jak i samych pracowników. Było jedzenie, picie, jedzenie, zabawy, jedzenie, coś, czym chciała się z nami podzielić Ewa, jedzenie i… czy wspomniałem o jedzeniu?
Godzina 17:57
W kościele mieliśmy pojawić się na 18 – mnie zobaczono tam dokładnie o godzinie podanej w śródtytule. Podziwów i zachwytów nad moim wyczuciem nie było końca, a ja skwitowałem tylko krótkim: „zawsze przychodzę na czas”. Przed bramką spotkałem jeszcze marka, który na mnie zaczekał.
W środku była już większa grupka osób, ale rozbita na mniejsze podgrupy. Ja razem z Markiem i Marcinem prowadziłem konwersację na temat gier – zaczynając od Gothica, poprzez Prince of Persia, a na Need for Speed kończąc. Wtedy przyszedł Jerry, który najpierw okazywał oznaki zmęczenia, a potem zaczął z nami rozmawiać na temat gier.
Wtedy już dostaliśmy pizzę, ale gdy poszedłem po repetę, moje miejsce zajął Jerry – musiałem więc przenieś się z moją wspaniałą i skromną osobą do innej podgrupy – padło na Przema gadającego z Esterą i podsłuchującą ich Ewę. Z tą ostatnią w żartach darłem koty i mimo mojej zwiększonej czujności na jej osobę, i tak dostało mi się kostką lodu za bluzkę. Ja się jeszcze odegram!
Pastor dodatkowo zawołał mnie do poprawienia plastiku, w którym znajdowało się okablowanie argumentując, że ja tu jestem prawdziwym facetem
. Wprawdzie potem poprawił się że nie jedynym, ale co tam ^^ .
Zabawa
W końcu nadszedł czas na zabawę – usiedliśmy w kółku, a w środku chodziła Beata z papierową tubą, która biła pozostałych uczestników. Zasada polegała na tym, że jedna osoba mówi imię swoje i kogoś innego, a wywołana musi powiedzieć swoje jak i następnej osoby. Jeśli nie zdąży, zanim pałkarz do niej doleci – zajmuje jego miejsce. Wiele razy pałkarz nie zdążył zadziałać, gdyż siadając, były bijący powinien wskazać nowemu osobę która powinien sklepać.
Nie wiem co w tym śmiesznego, ale Jerry nakłaniał innych do tego by zawsze, ale to zawsze krzyczeli „Dex”. I tak się też często zdarzało, ale ja się nie dałem
.
Kolejną zabawa był Smok – podzieliliśmy się na trzy grupy, które musiały ustawić się w szeregu. Pierwsza osoba musi złapać chustkę ostatniego gracza z przeciwnej drużyny – niestety, zabawa nie była zbyt bezpieczna jak na tak małe pomieszczenie jakim jest kaplica.
Następną zabawą w kolejce było dobranie się w pary, gdzie jedna osoba jest ptaszkiem i znajduje się w kole poruszającym się w lewo, a druga osoba jest gałęzią poruszającą się w prawo. Jedno kółko znajduje się w drugim – gdy muzyka do której kółka się poruszały cichnie, ptak musi znaleźć gałąź i usiąść jej na kolanie. Dlatego że byłem z Marcinem Powolnym (już wiem skąd ten przydomek), przegrałem.
Popisy
W czasie przerwy kilka osób popisywało się swoimi sprawnościami manualnymi (głownie ja i Gabi
). Gwiazdy, przewroty przez bark… No i oczywiście, obowiązkowa gadanina.
Taniec!
Gdzieś w połowie Beata zapowiedziała nam taniec belgijski – świetnie! – pomyślałem. Dawno nie tańczyłem, ruchów nie pamiętałem zbytnio, wiec czas odświeżyć pamięć. Pierwsze dwie zmiany partnerów to była próba, jeszcze bez muzyki – by każdy wiedział co ma robić. W końcu jednak doszła muzyka… i daliśmy czadu
! Musze przyznać, że mimo upływu lat ten taniec nadal mi się podoba. Zatańczyliśmy go dwa razy (każdy raz do końca muzyki), po czym dostaliśmy chwilkę przerwy.
Po przewie mieliśmy wybór – albo Ewa się z nami czymś podzieli, albo zatańczymy jeszcze jeden taniec. Wybraliśmy taniec, by potem nie trzeba było powtórnie składać krzeseł.
A wyglądał on tak, że dwójka łapie się za ręce i staje od siebie jak najdalej, ale tak by była w rzędzie z innymi parami. Jedna osoba bez pary leci pomiędzy nimi i chwyta jedną osobę z jakiejś pary. Wtedy osoba której partner został skradziony, biegnie na początek by wpaść do tunelu i porwać inną osobę.
Ta zabawa sprawiła mi najwięcej frajdy, a i po niej byłem najbardziej zmęczony ale i najbardziej szczęśliwy
. Pamiętam, że jak ktoś pod koniec zabrał mi osobę z która byłem (Ewa albo Cindy), krzyknąłem „Oddawaj”
).
Po tym tańcu padłem na plecy, a amerykanie zaczęli się śmiać że już mnie siły opuściły – i momentalnie zostałem zaatakowany p[rzez Esterę, Gabi i Ankę.
Przed państwem… Ewa! Co skradła owoc z Drzewa!
Ewa postanowiła opowiedzieć nam o tym, jak to wszystko jest stworzeniem Boga. Mówiłą o tym, że gdyby wpatrzyć się w kod genetyczny człowieka, każdy z nas jest różny – i ten kod właśnie jest naszym imieniem u naszego Stwórcy. Mówiła o otaczającym nas świecie, o tym że każde stworzenie, że cała ziemia została stworzona po to by oddać chwałę swemu Panu.
Gdy skończyła mówić, Tom postanowił podzielić się swym spostrzeżeniem – ale było ono na tyle długie, że powiem to w jak największym skrócie – uważa, że wielu z nas jest pokornych i oddaje się pod kierownictwo Pana. Wierzy, że niedługo będziemy mogli sami liderować jakimś grupom. Ale według mnie, to jeszcze odległa przyszłość…
Finałowa zabawa
Na koniec Estera odmówiła modlitwę, po czym razem z Markiem rozpoczęliśmy szykowanie ostatniej zabawy. Mieliśmy do tego nasze umundurowanie do ASG. Zabawa polegała na podzieleniu grupy na dwie drużyny, gdzie z każdej jedna osoba biegnie slalomem do kapitana, dostaje zadanie do wykonania – gdy je wykona, może wziąć jedną część munduru. Wraca ponownie slalomem, a zabraną część garderoby ubierają na gracza który został okrzyknięty manekinem. Dwa razy przeprowadziliśmy tą zabawę, biorąc z Markiem za każdym razem pieczę nad inną drużyną – za każdym razem moja przegrała ^^’’ .
Do domciu… ;(
Gdy skończyliśmy te zabawę, musieliśmy pozbierać krzesła których używaliśmy do slalomu, jak i same umundurowanie. Potem jeszcze tylko ustawienie krzeseł i można było zbierać się do domu. Niestety…
English Day Camp (dzień 3)
Napisany przez DexKanon, czwartek, 08 lipiec 2010 - 08:13 in Day Camp
Dzisiejszy dzień zaczął się spokojnie, lecz niestety z deszczem. Mieliśmy obawy, czy uda się przeprowadzić gry i zabawy na dworze. Również musieliśmy być zwarci i gotowi, gdyż dzieciaki rozrabiają coraz bardziej. Po szczegóły zapraszam dalej…
Dzień dobry!
Wczoraj mieliśmy pewien pomysł, którego realizację miałem wam opisać. Zacznę od tego teraz, gdyż pomysł z różnych względów nie został wprowadzony w życie. Otóż, postanowiliśmy że z Markiem wpadniemy na samym początku przebrani w mundury, z bronią i wyciągniemy z domku Gyl’a, któremu „nie będzie się chciało” wyjść do dzieciaków. Jednak jak już napisałem, plan nie wypalił. A ekwipunek który przyniosłem razem z Markiem przyda się na południe, gdy odbędzie się dodatkowe spotkanie Day Camp’u.
Po przybyciu zająłem się nauką scenki na dzień dzisiejszy. W niedługim odstępie czasu pojawiła się reszta opiekunów, z którą razem zaczęliśmy przygotowania. Gdy ekipa była już większa, Beata zebrała nas w sali by porozmawiać o kilku sprawach i pomodlić się. Jako że padał deszcz, prośbą modlitewną było to, by Bóg powstrzymał deszcz. I zrobił to
. Tuż przed rozpoczęciem zajęć, woda już z chmur nie ciekła – a ponownie ujrzeliśmy kropelki dopiero jak już dzieciaki rozchodziły się do domów. Ale nie wyprzedzajmy faktów…
Po zebraniu przyszedł czas na próbę generalną przedstawienia, po czym trzeba było już się sprężać, bo oto dzieciaki pojawiły się na horyzoncie. Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem, Sylwia wypomniała mi że przeinaczam fakty w moim relacjach. „Że kto? Ja? Gdzieżby…”
Zaspany Gyl
Jerry wyszedł z domku i powiedział, że jest niewyspany. A że Gyl jeszcze spał, jedno dziecko zostało poproszone z widowni by go obudziło. Gdy i on pojawił się na scenie, zostało zadane pytanie „co się od wczoraj zmieniło?”. Odpowiedzi były różne: a to zmieniły się ciuchy prowadzących, a to zmieniły się ich buty. W końcu jednak padła poprawna odpowiedź: z komina domku wystawała małpka. Rozbrajające było, jak jakiś dzieciak ponad minutę krzyczał że „małpka jest w kominie”. Amerykanie pytali mi się chyba z dwa razy o co chodzi, a cała sala śmiała się do rozpuku. Nawiasem mówiąc, myślałem że Jerry po prostu się położy ze śmiechu
.
W końcu jednak, by można było prowadzić „spektakl” dalej, Gyl przy pomocy krzesła uratował małpkę przed spaleniem w kominie. Aż zdziwiłem się, że młody nie krzyczał że małpka zniknęła
.
W dalszej kolejności nadszedł czas na małe wspominki z dni wcześniejszych, a potem trzeba było znaleźć zwierzątko będące bohaterem dnia dzisiejszego – czyli łosia. Dzieciaki dopiero po nakierowaniu odnalazły rogate stworzenie na ścianie gdzie był wielki malunek.
W końcu przyszła pora na wejście naszego zespołu – dzieciaki śpiewały i żywo gestykulowały. Musze przyznać, że czują się coraz pewniej i mało kto starał się nie bawić z innymi. Po śpiewie nadszedł czas na nas – najwspanialszych aktorów Tarnowa i ich scenkę. Wspomnę jeszcze, iż okazało się że popełniliśmy babola – babcia, która opowiada historię jest Panią Stick, którą zamieniliśmy na Pana Sticka by do tej roli pasował Marcin
. Ale postaramy się jakoś to odkręcić.
W końcu nadszedł czas na rozejście się do sal – mój grupa dostała przywilej bycia pierwszą, która opuści sale główną.
Angielski
Po przypomnieniu sobie co omawiały przez wcześniejsze dwa dni, dzieciątka moje uczyły się o różnych przeciwieństwach. Ja sam (razem z jednym Amerykaninem) posłużyłem za przykład do zilustrowania przykładu tall i short. Było też warm i cold, dirty i clean oraz wiele więcej. Po krótkim utrwaleniu sobie w pamięci tych przeciwieństw, młodzież dostała kartki na których musieli połączyć ze sobą odpowiednie przeciwieństwa (oczywiście, by nie było za prosto, były one po angielsku
). Na koniec zabawa w szukanie przeciwieństw zapisanych na rozrzuconych kartkach. Po krótkiej chwili zabawy usłyszeliśmy jak Powiernik Gwizdka używa tego pradawnego artefaktu (przypominam: +15 do respektu, +20 do dowodzenia). A to oznaczało, że czas na…
Gry i zabawy
… Sport! To co uwielbiam najbardziej
. Zaczęliśmy od tego, że ustawiając się w kółku mieliśmy wyciągnąć przed siebie ręce i na ślepo złapać jakieś dwie inne. Następnie, gdy już każdy kogoś złapał, przyszedł czas na rozplątanie się. Gdyby nie to, że około 6 chłopaków w ogóle się nie złapało za ręce ( -.- ), byłaby niezła zabawa. Jednak koniec końców okazało się i tak, że co poniektórzy utworzyli swoje własne, oddzielne kręgi.
Drugą zabawą była gra twórczo zwana „kot i mysz”. Gracze (znaczy… moje dzieci) musiały ustawić się w pary, gdzie jedna z takich musiała się gonić. Uciekająca musiała dopaść do jakiejś pary, a wtedy osoba z drugiej strony (już teraz trójki) musiała uciekać przed goniącym. Jeśli kot złapie mysz – role się odwracają. Niestety, problemem było to że inicjatywę przejęli tylko chłopaki – mało która dziewczyna brała udział w grze. Musieliśmy lekko na siłę wymuszać dopuszczenie dziewczyn do gry.
Zajęcia plastyczne
Dzisiejszym projektem wykonywanym przez moich podopiecznych było koło ratunkowe, pośrodku którego widniał werset dnia dzisiejszego (przytoczę go później, podczas „Jadalni”). Tym razem pomagałem w wycinaniu Angelice, a Tomek prosił mnie o pokolorowanie. Szymon natomiast potrzebował pomocy w klejeniu, a Aleksandra… uff… Pracowita lekcja ^^ . Pamiętam też że rzuciłem jakimś fajnym tekstem, ale niestety – nie pamiętam go ;( .
Lekcja upłynęła w miłej atmosferze, a ja właśnie pod koniec zdałem sobie sprawę z pewnej rzeczy – dzieciaki są spokojne!
Historia Biblijna
Tomasz i Jerry opowiadali dzisiaj o tym, że Jezus jest nasza ochroną – tak samo jak łoś którego widzieliśmy na filmiku którym rozpoczęliśmy dzisiejszy dzień, tak i nasz Zbawiciel jest… no, Zbawicielem
. Że to dzięki niemu mamy zapewnione życie wieczne.
Dzieci dostały też szanse modlitwy, ale w mojej grupie żadne z niej nie skorzystało.
Co do pozostałej dwójki liderów – rozsadziłem ich tak, by dzieciaki były pod stałym nadzorem. I udało się – nie rozmawiały
.
Jadalnia
Na sam wpierw powiedziałem cioci Irenie by nie martwiła się, bo tym razem przypilnuję dzieciaków by nie rozrabiały jak wczoraj. I tym sposobem, tak jak lekcję wcześniej, rozsadziłem pozostałych liderów do stolików gdzie siedziały brzdące – i znowu okazało się, że panuje spokój – aż byłem zdziwiony.
Następnie dostaliśmy do zjedzenia bułeczki z Nutellą i coś do popicia. Ciocia od razu przeszła do nauki wersetu, który brzmiał:
„Bo jeśli ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest panem, i uwierzysz w sercu swoim, że Bóg wzbudził go z martwych, zbawiony będziesz”
List Św. Pawła do Rzymian (10,9)
Ciocia ponownie rzucała hasłami, kto z kim, jak i dlaczego czyta werset. W międzyczasie przyszła repeta jedzonka, na co dzieciaki rzuciły się z entuzjazmem w stronę posiłku. W końcu jednak trzeba było opuścić ciocię Irenę, bo oto nadszedł czas na spotkanie w sali głównej.
No to powtóreczka!
Na zakończenie, jak zawsze dzieciaki zostały odpytane z tego czego nauczyły się dnia dzisiejszego. Następnie nasz dzielny zespół taneczno-śpiewający spełnił swoją rolę (pomijam małe kłopoty z tym, że nie wiedzieli jaką piosenkę śpiewać) tak jak powinien (jak wspomniał Jerry – w końcu zaczyna im to wychodzić dobrze). Na koniec Anka pozbierała identyfikatory wszystkich, a po modlitwie jednej z dziewczyn razem a Arkiem i Marcinem wyszliśmy na zewnątrz pilnować by żadne z milusińskich a akcie desperacji nie rzuciło się pod samochód (a pewna trójka prawie tak zrobiła…).
Warto nadmienić, że za swoje zasługi dzieciaki otrzymywały wpisy na kartkach, które potem są wrzucane do pudełka – niestety, nie wiem na jakich zasadach będą oni losowani potem, ale ciekawie wyszło to z grupą Marcina – gdy Beata przypomniała o kartkach, ten momentalnie wyskoczył do punktu rejestracji dopisać kilka imion
.
Zaraz do domku…
Na koniec porozmawiałem z Jerrym i Markiem na temat tego, jak wykorzystać nasze pełne umundurowanie by nie okazało się że nieśliśmy to do kościoła na próżno. Doszliśmy do wniosku, że użyjemy ich do zabaw które razem z Markiem mam przygotować.
Po chwili zostaliśmy zaproszeni do kaplicy, gdzie Beata chciała zakończyć dzień wspólnymi uwagami i modlitwą. Jerry wtedy rzucił tekst o coraz lepszej pracy zespołu, a Daga miała do niego pretensje że podważa jej autorytet wśród dzieci. Swoją drogą, otrzymałem anonimowe wieści że dzieciaki boją się Dagi – a nie mnie, biorąc pod uwagę to że to mną były straszone przez nią w pierwszy dzień
.
Po modlitwie dostaliśmy tekst do przedstawienia na jutro, a i dograliśmy pewne szczegóły z Jerrym i Markiem. Wtedy też spojrzałem na zegarek i okazało się, że miałem 10 minut do autobusu. Chciałem jeszcze przećwiczyć tą scenkę na jutro, ale z takim zagraniem tych aktorów to się nie udało…
.
Wnioski na dziś:
- nie czyń drugiemu co tobie nie miłe
- wystarczy odpowiednio podejść do dzieciaka – a nie od razu używać siły
- nigdy nie zostawiać tekstów do napisania na ostatnią chwilę…
English Day Camp (dzień 2)
Napisany przez DexKanon, wtorek, 06 lipiec 2010 - 20:12 in Day Camp
Dla mnie samego dzień rozpoczął się nietypowo – gdyż zdarzyło się coś, czego nie doświadczyłem od lat. Dalej nie było inaczej – dzień okazał się pełen zaskoczeń, ale może jednak, jak to przystało na rzetelnego kronikarza, zacznę od początku…
Godzina 6 – budzik!
To jest właśnie to, o czym wspomniałem we wstępie – wprawdzie może nie od lat, ale na pewno od kilku miesięcy, nie zdążyłem obudzić się przed budzikiem. Prawdopodobnie wpłynęło to na moje dzisiejsze podejście do dzieci, gdzie byłem lekko ospały i niechętny do integracji z młodzieżą.
W kościele pojawić się mieliśmy o godzinie 7:30 (przynajmniej tak mi potem mówił Jerry), ale z przyczyn niezależnych ode mnie mogłem stawić się dopiero godzinę później. Od razu zostałem postraszony przez Ewę że jest prowadzona lista osób które się spóźniają – i w piątek będą wyciągnięte konsekwencję tego (ta… żartownisia ^^’’).
Po wejściu do kaplicy dostałem od razu kartkę z tekstem, który mieliśmy wydukać na przedstawieniu. Zrozpaczony byłem, gdy okazało się że mam tylko do powiedzenia 3 zdania. Na pocieszenie jednak, powiem że Arek miał tylko jedno
. Do samego przedstawienia potrzebowaliśmy jeszcze dziewczyny która zagra opiekę dzieci – padło na Marcina. Oczywiście, odpowiednio zmodyfikowaliśmy rolę by pasowała do mężczyzny.
Dodatkowo, musiałem dopaść Beatę by podzielić się z nią moim pomysłem na to, jak zacząć dzień trzeci Day Camp’u. Ale o tym dopiero jutro
.
Niech bitwa się zacznie!
Może nikt z nas nie mówił o tym na głos, ale wiedzieliśmy to – dzisiaj dzieciaki będą już trudniejsze do opanowania. Jednak na początku nie było tak źle – Jerry i Gyl spokojnie wypełzli z domku, po czym rozpoczęli zabawiać dzieciaki. Wyszedł również zespół taneczno-śpiewający (co do tego śpiewający to bym polemizował…), za dowództwem którego dzieciaki śpiewały i żywo gestykulowały. Następnie nadszedł czas na przedstawienie dzisiejszego zwierzątka – bohatera dnia. Tak jak wczoraj był to skunks, tak dzisiaj niedźwiedź. Obejrzeliśmy krótką scenkę z Misia Uszatka, po czym na scenę wkroczyli „młodzi i utalentowani aktorzy z Hollywood” (cytat Jerry’ego). Później nadszedł czas na rozejście się na poszczególne zajęcia.
Angielski
Dzieciaki na sam początek zostały odpytane z wczorajszej lekcji, a następnie ich zadaniem była nauka części drzewa (oczywiście po angielsku). Jako że łatwo i szybko poszło, niektórzy zostali wypytani o swoje ulubione owoce. Na koniec zorganizowana była zabawa „ciepło-zimno” – oczywiście jej angielski odpowiednik. Genialnie brzmiało, gdy jedne dzieciaki krzyczały „hot” fonetyczne, a drugie pisane.
Jako ze dzieciaków się rozrosło, nie miałem za bardzo miejsca by sobie usiąść na kocu, więc musiałem stać i wszystkiemu się przyglądać z góry. Wtedy tez zauważyłem, że problemy prawdopodobnie będzie sprawiał Tomek – chłopak podchodził do wszystkiego od niechcenia, jakby był zmuszany.
Gry i zabawy
Yupi! Tak, uwielbiam zabawy ruchowe
. Ewa i Cindy przygotowały tym razem biegi w parach – pierwsza para biegnie do końca, potem wraca jedna z osób, bierze kolejnego zawodnika, a gdy dobiegają na miejsce, osoba która biegła tylko raz wraca po kolejnego uczestnika. Powtórzyliśmy to dwa razy – i gdyby nie to, że Natalia postanowiła oszukiwać (a oszustów tolerował nie będę), wygralibyśmy. A tak był tylko remis.
Następną zabawa było przekładanie balonika. Gdy ostatnia osoba dostanie balonik, biegnie na przód i podaje ponownie do tyłu. I tak w kółko aż do skończenia się graczy. Za drugim razem graliśmy w mutację tej zabawy, gdzie musieliśmy podawać na zmianę góra i dołem. I ta gra zakończyła się remisem. Trzecia zabawa niestety się nie rozpoczęła, gdyż ni z tego ni z owego Beata użyła mistycznego, pradawnego artefaktu (+15 do respektu, +20 do dowodzenia) zwanego Gwizdek. Tym sposobem nadszedł czas na robótki ręczne!
Zajęcia plastyczne
Zadaniem dzieciaków było utworzenie tekturowych koszyczków. Podobnie jak wczoraj, nie robiłem nic oprócz pomocy dzieciakom – a to musiałem coś komuś wyciąć, a to doradzić co ma namalować. Nie obyło się też bez pomocy w klejeniu tych koszyczków czy przewlekaniu zdobionych drucików przez otwory na uchwyt koszyczka. Tak czy inaczej… dzieciaki były spokojne, bo zajęte robotą. Była to jedna z luźniejszych lekcji, a mimo to dzieciaki były spokojne. Jeszcze…
Historia Biblijna
Dzisiaj Jerry i Gyl nauczyali dzieci o tym, że Jezus nas ochrania i zawsze możemy się zwrócić do niego z pomocą, jeśli tylko mu zaufamy. Przykładem którym się posłużyli był Piotr, gdy wyszedł z łodzi w stronę Jezusa, po czym ujrzawszy wichurę zląkł się i zaczął tonąc. Jezus uratował tonącego, ponieważ Piotr Go o to prosił. Tak samo i nas jest w stanie uratować, jeśli powierzymy mu nasz los.
Dzieciaki niestety zaczęły rozrabiać, a dwa brzdące bezczelnie mnie zagadywały – starałem się ich uspokajać, a Jerry widząc że nie daję sobie rady, uciszał dzieciaki z przodu. Zastanawia mnie tylko, czemu ani Anka, ani Estera nie kwapiły się by mi pomóc, tylko spokojnie siedziały sobie po drugiej stronie sali… A nie… Estera mnie przecież upomniała żebym jakoś uspokoił dzieciaki…
Jadalnia
Tutaj już moi podopieczni naprawdę przesadzili – aż w pewnym momencie zrobiło mi się wstyd przed ciocią Ireną. Dzieciaki cały czas prosiły o dokładkę jedzenia, nie słuchając tym samym wersetu który chciała ich nauczyć „pani profesor”
. W końcu jednak ciocia włączyła tryb „furia” i porozstawiała brzdące po kątach. Spokojnie nauczyliśmy się nowego wersetu:
„Bo ja, Pan, jestem twoim Bogiem, który cię ująłem za twoją prawicę i który mówię do ciebie: Nie bój się, Ja cię wspomogę!”
Księga Izajasza (43,13)
I ponownie na wzór wczorajszego dnia, ciocia pytała wszystkich z pamięci w różnych kombinacjach. Jedną z nich było podzielenie nas na takie grupy jak na grach i zabawach, czyli Rzeki i Góry. Niestety, w ogólnym zamieszaniu nie zwracałem uwagi zbytnio na ilość decybeli w głosie dzieci, więc nie powiem kto wymawiał go głośniej ^^ . A zamieszanie powstało gdy Beata ponownie przybyła ze swoim potężnym artefaktem…
Padam z nóg…
Po zebraniu się w kaplicy nadszedł czas na pochwalenie się, czego kto się nauczył dzisiaj – dla ochotników były cukierki. Następnie nasz zespól taneczno-śpiewający ponownie próbował zachęcić młodzież do wykonywania karkołomnych akrobacji podczas śpiewu. Niestety, nie udało się to ze wszystkimi. Koniec końców, po krótkim apelu Beaty, ja, Marek i Marcin udaliśmy się na zewnątrz pilnować wychodzących, by nie wpadali pod samochody. I tu przytoczę dwie sceny:
Scena 1: Sylwia wychodzi przez bramkę
Ja: Pozwolenie od rodzica jest?
Sylwia: (spokojnym tonem) Jesteś u pastora.
Ja: (pośpiesznie i z przerażeniem) Miłego dnia!
Scena 2: Jerry wychodzi przez bramkę
Ja: pozwolenie od rodzica jest?
Jerry: (z wyższością w głosie) Chłopcze… patrz. Dzieci! Za każde 3 włosy wyrwane temu gościowi dostajecie ode mnie cukierka!
Ja: (uciekam przed dzieciakami)
Jerry: (z uśmiechem) Ze mną się nie zadziera chłopczyku…
W końcu można było wrócić do środka i dopaść Gyl’a, któremu trzeba było wytłumaczyć jak będzie wyglądał jutrzejszy początek Day Camp’u. Zdziwiłem się, gdy okazało się że zna już szczegóły operacji.
Czas się żegnać
Na koniec jak zwykle zebranie zarządu i pracowników. Z uwagami wybiłem się jako pierwszy: „dzieciaki stają się coraz bardziej aktywne, przybywa im sił wprost proporcjonalnie do tego, jak nam ich ubywa – ale nie możemy się poddać”. Uwag więcej nie było, gdyż w moich słowach zamknąłem większość tego co inni chcieli powiedzieć. Tym sposobem nadszedł czas by wszyscy zaczęli się rozchodzić – ja jeszcze pomogłem Ewie ściągnąć spadochron, którego podobno chce użyć jutro do gier i zabaw. Dostaliśmy też w końcu, po raz pierwszy, teksty do nauki nie wymagające korekty ^^ . I tym sposobem, z postanowieniem napisania tego tekstu wcześnie, bym nie szedł spać tak późno jak wczoraj, spóźniłem się na autobus dosłownie 3 minuty. Wróciłem więc ponownie do kościoła, gdzie… ale to już inna historia
.
Wnioski na dziś:
- dzieciaki w lecie mają więcej energii
- „i tak nie napiszesz tego tekstu wcześniej”
- dobry pomysł to mój pomysł

Wczoraj, 23:36
środa, 28 lipiec 2010 - 16:24







on Worms 2010