Skocz do zawartości

Tablica liderów


Popularna zawartość

Pokazuje zawartość z najwyższą reputacją od 08.11.2018 we wszystkich miejscach

  1. 1 punkt
    Czasami grając w jakieś FPS-y mam ochotę tak po prostu pospacerować (dziwne i niepokojące, co?), „pozwiedzać”, poodkrywać sekrety (jeśli jakieś są), wczuć się w klimat opowieści, ale wtedy zazwyczaj następuje seria z karabinu, czy wystrzał z czołgu i zwala się na mnie masa wrogów. Jestem zwolennikiem szybkiej akcji, gdzie co chwila coś wybucha i panuje ostry rozpierdziel, ale jednak taki gatunek jak symulator spacerowicza ostatnio zaczął coraz bardziej mi się podobać. Wszystko rozpoczęło się od Dear Esther i niespiesznej przechadzki po tajemniczej wyspie, ale to właśnie Firewatch uważam za najlepszy spośród tego typu gier (spacerolatorów, czy jak ich tam zwać). Ach, ten klimat. Stoisz na szczycie swej wieży i patrzysz w kierunku wieży Delilah, czyli jedynej osoby w promieniu setek kilometrów. Jesteś tylko ty i natura (co prawda stworzona przez komputer, ale słowo-klucz to immersja, czyli poczucie przebywania tam i wtedy (definicja encyklopedyczna). Dialogi są podobno genialne, a z tego co słyszałem, czy raczej czytałem (bo bez spolszczenia ani rusz) faktycznie bywają świetne. Historia to taki leniwy thriller przygodowy, choć poczucie zagrożenia cały czas gdzieś tam w tle pobrzmiewa. Grafika jest cudowna, w odcieniach pomarańczowo-żółto-zielonych co prawda, ale mi to wcale nie przeszkadzało (wręcz przeciwnie). Klimat wygrał. Ocena końcowa 10/10 Z małym minusem, bo piesze wędrówki po raz któryś tą samą drogą bywają uciążliwe (ach, ta szybka podróż, jednak po coś ją wymyślili.) i nawet z mapą można się zgubić (ekhm… nie żebym się zgubił, ale inni przecież mogą, co nie?) Jeśli lubisz niespieszną rozgrywkę to ta gra zapewne ci się spodoba.
  2. 1 punkt
    No ja swego czasu nie mialem czasu na granie casualowe. W tamtym okresie (czyt. vanilla) system honoru PvP wymagal od chcacych awansowac i zdobyc dostep do lepszych itemkow tylko jednego: zeby w ciagu tygodnia nagromadzili wiecej punktow honoru niz inni gracze na serwerze. Poczatkowo bylo to latwe, ale wbicie na najwyzsze cztery rangi wymagalo poswiecenia ton swojego czasu. poltora miesiaca grindu i z anonimowego huntera, ktory w Ironforge musial prosic sie magow o wode, stalem sie Field Marshalem Sojuszu, ubranym w epiki (ktore wtedy byly wciaz rzadkoscia, bo najlepsze gildie dopiero zaczynaly robic Molten Core, a reszta dopiero wchodzila do UBRS), jezdzacym na epickim mouncie liderem najlepszego wtedy premade pvp na serwerze, a zagadnieci magowie nie tylko chetnie i za darmo dostarczali mi zapasu jedzenia i wody, ale jeszcze pytali, czy nie potrzebuje przypadkiem portalu do innego miasta. Niezle jak na kogos, komu do najwyzszego wtedy 60 poziomu wciaz brakowalo dwoch leveli. Jednak z calym tym prestizem munduru szla tez w moim odczuciu odpowiedzialnosc za obrone ziem Sojuszu. Za kazdym razem, kiedy pojawila sie serwerowa informacja o ataku na osade Sojuszu, za kazdym razem, kiedy dostawalem od znajomych whispera, ze gdzies Horda naszych bije, wszystko rzucalem i od razu udawalem sie w to miejsce, po drodze probujac jeszcze skrzyknac wszystkich bedacych online znajomych z podstawowego i rezerwowego skladu naszego premade na battlegroundy. Ilez to poznowieczornych/nocnych randek z dlugouchymi elfkami przy fontannie w parku w Stormwind zostalo mi przerwanych przez wiesci o ataku Hordy na Southshore... Z drugiej strony kiedy w towarzystwie kilku innych Marshali w epickim gearze i na bojowych mountach wjezdzalismy znienacka do atakowanej osady i lapalismy na goracym uczynku zabijajaca zolnierzy Sojuszu jakas bande obdartusow z Hordy, to pacyfikacja nastepowala blyskawicznie, porzadek byl przywracany, nasze przeczesujace okolice przez dluzsza chwile patrole upewnialy sie, ze pokonany przeciwnik nie ma ochoty wracac, a ja mialem poczucie dobrze wykonanego obowiazku wzgledem Sojuszu. Tylko tych elfek bylo zal, ale zawsze byla nadzieja, ze kolejna noc uplynie bez incydentow na granicy...
  3. 1 punkt
    Moj growy patriotyzm przez piec lat sprowadzal sie do prostego okrzyku: “For the Alliance!!!”.
  4. 1 punkt
    Można zagrać Polską w medievalu 2 bez wcześniejszego podbijania jej - trzeba zedytować plik descr_strat.txt (albo ściągnąć gotowca). Fajnie się gra Polską w serii supreme ruler, przy czym w the great war, no, nie ma jej, ale można lekko "przyhakować" (grając którymś z zaborców uwolnić część terytorium, przenieść sejwa do multi, wybrać Polskę, zapisać i przenieść nowy zapis do single playera) - jest kosmicznie trudno, ale ten uczuć, kiedy europa zachodnia i 3/4 afryki są biało-czerwone.
  5. 1 punkt
    Na pewno niejednokrotnie spotkaliście się z piosenką, która „chodziła” za wami cały dzień. Natrętne nuty, które bezwiednie wypuszczamy w świat, niejednemu zszargały już nerwy. Najczęściej są to utwory z kategorii „nie wiem gdzie to słyszałem, nie oceniaj mnie”, ale i dobre kawałki potrafią wpić się natrętnie w umysł. Pomyślcie jakie to uczucie, kiedy jest ich jednocześnie dwadzieścia cztery, a gdy tylko zaczniecie któryś nucić, będziecie mieli ochotę do taktu skopać komuś tyłek. Tak najlepiej można opisać wrażenia po sesji z KickBeat. Ta gra nie wypuszcza Cię z objęć i każe do siebie wracać nawet po miesiącach przerwy. Syndrom kolekcjonera Steam to coraz poważniejsza choroba. W zalewie okazji, promocji, wyprzedaży i innych bundli nieraz ciężko powstrzymać się, aby za 1USD nie zdobyć pięciu tytułów, które dołączymy do rosnącej listy. A później o czterech zapomnimy – no bo jak odnaleźć je pośród 500 pozycji, z których wydaje nam się, że tytuły połowy słyszymy pierwszy raz w życiu? Znacie to? Ja znam. Na szczęście udało mi się ten stan opanować i dziś rozważniej planuję zakupy nawet w przypadku wyjątkowych okazji. Jednak nadal zdarza mi się odkryć jakąś perełkę o niewiele mówiącym tytule, która ukradnie kilkanaście godzin z życia. Tak było i w tym przypadku. Mechanika KickBeat to gra muzyczna, której gameplay opiera się o schemat znany chociażby z serii Guitar Hero. Słyszymy utwór, w rytm którego musimy wciskać odpowiednie klawisze, aby zaliczyć coraz bardziej skomplikowane sekwencje, zdobyć jeszcze więcej punktów i przejść do kolejnej rundy. Jednak w tym przypadku nie gramy wirtualnych koncertów na cyfrowych scenach. Tutaj kopiemy tyłki niemilcom, którzy ośmielili się popełnić niewybaczalną zbrodnię – ukradli muzykę i chcą ją zmonopolizować! Mechanizm jest prosty – miniony nachodzą nas z czterech stron, za cios w każdą z nich odpowiada inny przycisk. Kolory strojów podpowiadają, w jaki sposób będą nas atakować (pojedynczo, serią czy w kilku na raz), co z kolei definiuje to, jak musimy odpowiedzieć na agresję. W praktyce przekłada się to również na odwzorowanie dynamiki utworu. Do całości dochodzą power-upy, które zbieramy, dublując niektóre uderzenia (oczywiście tam, gdzie pasuje to do rytmu) oraz niezbyt częste ataki dwuetapowe, wymagające od nas przytrzymania przycisku. Proste? Wręcz banalne. Całość do opanowania w pięciominutowym samouczku. Kiedy już opanujemy zasady i przejdziemy kampanię fabularną, na pierwszym z czterech poziomów trudności czekają nas prawdziwe wyzwania. Tu zaczyna się zabawa dla wytrwałych. Tak naprawdę zaliczenie utworów pierwszy raz to tylko rozszerzona wersja samouczka. Piosenki mają nam wpaść w ucho, poznajemy ich rytm i wyrabiamy sobie pierwsze odruchy na widok pojawiających się podpowiedzi. Powiem tylko, że już na drugim poziomie trudności zdarzały mi się momenty, w których z opresji ratowało mnie jedynie sprawne ucho i wczucie się w rytm utworu. Sądzę, iż w grze rytmicznej jest to jeden z większych plusów. Fabuła i klimat Fabuła gry nie jest szczególnie ważna dla rozgrywki i stanowi typowe usprawiedliwienie pokonywania kolejnych etapów. Jednak widać, iż twórcy chcieli się nią nieco pobawić. Spodoba się szczególnie fanom familijnych filmów akcji z lat 80-tych. Oto młodzieniec, który stanowi najniższe ogniwo w łańcuchu hierarchii starożytnego klasztoru, stojącego na straży potężnego artefaktu, w wyniku przeprowadzonego nań ataku okazuje się jedyną nadzieją wolności (taaaa…) muzyki na świecie. Po drodze do skopania głównego złego tyłka dowiaduje się od starego mistrza o swoim przeznaczeniu i zdobywa dziewczynę, która widziała w nim jedynie podrzędnego sprzątacza, a sama była przeznaczona do roli głównego herosa. Klasyka aż boli, jednak jest to zdecydowanie celowy zabieg, co widać po wplecionym humorze, niejednokrotnie wyśmiewającym sztampowe motywy. Przykład? Główny bohater w chwili próby próbuje połączyć się mentalnie ze swoim mistrzem i jest bardzo zdziwiony, że ten po prostu zadzwonił do niego na komórkę. W fabułę doskonale wpisują się kolejne areny, na które zostajemy rzuceni. Od klasztoru strażników muzyki, przez arenę wrestlingową, klub muzyczny, dachy tokijskich wieżowców, łaźnię turecką, aż po wnętrze muzycznej sfery – wszystkie swoją stylistyką nawiązują do lekko kiczowatych, skrzących się neonami klimatów lat 80-tych. Wizualnie tytuł jest poprawny. Nieco komiksowa grafika jest przyjemna dla oka i nie przeszkadza w rozgrywce. Modele są ładne, nie straszą kantami a animacje towarzyszące walce, choć nie przesadzają z realizmem, także nie drażnią. Części etapów towarzyszą przerywniki filmowe, podczas których na pseudoanimowanych planszach możemy obserwować ręcznie malowane sceny opowiadające fabułę. Sposoby zabawy Podstawową formę rozgrywki stanowi tryb fabularny, w którym pokonujemy kolejne etapy. Zaliczenie jednego poziomu trudności odblokowuje kolejny, itd. Postępy w nim pozwalają nam również uzyskać dostęp do wszystkich trybów oraz szeregu nagród, takich jak możliwość gry innymi postaciami (fabuła podzielona jest na dwie części, drugą, złożoną z tych samych poziomów, ale innej opowieści, odgrywamy ukochaną głównego bohatera) oraz alternatywne stroje. Pozostałe tryby rozgrywki to: free play – w którym ustalamy dowolne parametry gry i przechodzimy piosenkę lub playlistę, survival – w którym mierzymy się z nieskończoną falą wrogów oraz beat your music, dzięki któremu możemy zaimportować własne utwory. Jest to dość ciekawa opcja, wbudowane narzędzie częściowo wykrywa rytm utworu, ale także, aby udoskonalić proces, każe nam wskazać jak go słyszymy, dzięki czemu jest lepiej dopasowany do naszego poczucia rytmu. Zapewne domyślacie się, że nie jest on szczególnie skuteczny w przypadku bardziej skomplikowanych utworów, jednak pozwala na urozmaicenie zabawy. W sumie do odblokowania mamy 37 nagród i 42 osiągnięcia Steam. Muzyka Zastanawiacie się, dlaczego nie napisałem jeszcze nic o jednym z najważniejszych elementów gier rytmicznych, jakim jest muzyka? Utwory dobrane na potrzeby rozgrywki są doskonałe. Idealnie wpasowują się w dynamikę akcji, mają w sobie moc i wpadają w ucho z siłą szarżującego słonia. Kilkukrotnie byłem zdziwiony jak dobrze słucha mi się któregoś z nich, chociaż reprezentował gatunek od którego na co dzień trzymam się z daleka. Pośród artystów, których dzieła zostały wykorzystane, znaleźli się między innymi Blue Stahli, Marylin Manson, Papa Roach, P.O.D. Rob Zombie i inni. Jednak o muzyce można wiele pisać, a najlepiej samemu ją odsłuchać. Zapraszam na playlistę Spotify, na której znalazły się wszystkie (prócz jednego) utwory z gry: http://bit.ly/kickbeat Plusy: uzależniająca rozgrywka, dobra muzyka, bardzo dobrze odwzorowana rytmika utworów. Minusy: fabuła klasyczna do bólu, tylko 24 utwory, importer mógłby działać nieco lepiej. __________________________________________ W końcu zrozumiałem, dlaczego ludzie na całym świecie mają tak wielkiego fioła na punkcie gier rytmicznych. Syndrom „jeszcze jednej piosenki” występuje z siłą szarżującego słonia. Zdecydowanie polecam! 9/10 __________________________________________ Wpis oryginalnie pojawił się pod adresem: https://yoorko.pl/chcesz-muzyki-szykuj-sie-do-wojny-kickbeat/
  6. 1 punkt
    Ehem. Sorry za pingowanie@spikain, @Smuggler, @CormaC, @Ghost, @Papkin, @Berlin, @9kier, ale chce zwiekszyc szanse na to, ze ktos z majacych wplyw na stan rzeczy to przeczyta. O blogi chodzi. Nie rozumiem idei tego miejsca… Pomyslalem, ze popisze tam sobie to i owo… moze ktos te wpisy czyta… Tylko szkopul w tym, ze ta platforma blogowa CDA jest jakby linkownia do blogow na zewnatrz… Konstatuje to po krotkim przegladzie wpisow innych "blogerow". Nie za bardzo rozumiem tego milosierdzia ekipy CDA w oferowaniu uslugi pt. "darmowe miejsce na reklame twego bloga o dowolnej tematyce, w dowolnym miejscu w necie". Gdyby jeszcze niektorzy z linkujacych wyklepali jakies pozyteczne posty na forum... Niektore wpisy na blogach nawet nie maja zwiazku z okologrowa tematyka... Czy "blogosfera" CDA nie winna byc bardziej swojska, a nie taka... "zamiejscowa"? Wchodzi sie we wpis, a tam... link do wpisu na jakiejs zewnetrznej stronie… :-] Jaki z tego pozytek?
  7. 1 punkt
    Gry z serii Halo charakteryzują się pewnymi elementami, które definiują to uniwersum i odróżniają je od innych growych marek. W podlinkowanym niżej tekście skupiam się na wyższości Halo Wars 2 nad Halo 5: Guardians jeśli chodzi o "bycie Halo." Teraz w filmie przedstawiam produkcję, którą uważam za wzór jeśli chodzi o tego typu elementy w grach serii - Halo 2, nie bez powodu uznawane za kultowe (znaczy... bardziej kultowe niż inne odsłony).
  8. 1 punkt
    Tuż przed Długim Weekendem postanowiłem wreszcie pograć w jakąś grę mobilną na moim smartfonie (z Androidem). Szybko wybrałem grę Kingom Rush, typowego przedstawiciela gatunku Tower Defence. I muszę przyznać, że jest to całkiem dobra produkcja. Gra jest darmowa, z opcjonalnymi mikropłatnościami, co jest dość typowym modelem w przypadku gier mobilnych. Spodobało mi się jednak, że za prawdziwe pieniądze kupuje się tylko dwie rzeczy: gemy i bohaterów. Przy czym te pierwsze można także zdobyć za darmo – 100 sztuk za obejrzenie reklamy innej giry (ta czynność jest powtarzalna, choć są tu pewne ograniczenia – maksymalnie udało mi się obejrzeć 25 (!) reklam pod rząd zanim gra mi zablokowała tę opcję) oraz poprzez zabijanie wrogów. Za gemy kupujemy wspomagacze – dynamit, fiolki zamrażające, złoto do użycia podczas gry, zwiększoną ilość życia naszej bazy czy bombę atomową, która zabija wszystkich wrogów na planszy (koszt – 999 gemów). Jeśli chodzi o bohaterów to są dość kosztowni – od $6 do $21 - i zwykle o wiele lepsi niż trzej darmowi, których dostajemy podczas kampanii. Nie kupiłem jednak żadnego z nich – całkowicie wystarczyła mi dość wcześnie zdobyta łuczniczka Alleria (ciekawe co Blizzard na wykorzystanie tego imienia :P?). Jeśli chodzi o samą rozgrywkę to nie ma tu nic, czego nie można znaleźć w podobnych produkcjach – kilka ścieżek, po których podążają wrogowie i poustawiane wzdłuż nich pola, na których budujemy nasze wieżyczki. Tych są cztery rodzaje – baraki wystawiające żołnierzy na ścieżkę, łucznicy ostrzeliwujący wrogów, wieże magów spowalniające wrogów oraz artyleria atakująca wolno, ale mocno. Każda z tych wież ma cztery poziomy (ulepszane zdobywanym podczas gry złotem), przy czym przy ostatnim mamy wybór między dwoma różnymi kombinacjami, z różnymi dodatkowymi ulepszeniami. I tak żołnierze stają się albo tankującymi i wytrzymałymi paladynami lub szybkimi i zadającymi mnóstwo obrażeń barbarzyńcami, łucznicy stają się łowcami mogącymi spowalniać i zatruwać wrogów lub muszkieterami zadającymi duże obrażenia na bliski dystans, mag może albo cofać wrogów uderzeniami i przenikać ich pancerze lub zamieniać ich w owce (znów WoW się kłania :)) lub stawiać golemy, natomiast artyleria staje się „Wielką Bertą” lub generatorem Tesli, jednak w tym przypadku koszt tej pierwszej jest tak wielki, że bardzo rzadko nią grałem. Generator razi przeskakującym między wrogami prądem. Do tego dochodzą jeszcze dwa zaklęcia: deszcz ognia i przywołanie „milicji”. Zarówno zaklęcia, jak i wieże trzeba ulepszać. Robi się to za pomocą gwiazdek, zdobywanych za wygrywanie plansz. Ale o tym za chwilę. Gra ma trzy poziomy trudności oraz dwa tryby: kampanii i hordy. O ile tego drugiego nie trzeba przedstawiać (choć muszę zaznaczyć, że to świetny sposób na zdobycie darmowych gemów), tak o pierwszy, trzeba napisać kilka słów. Na kampanię składają się liczne plansze - główny wątek ma ich 12, a pobocznych jeszcze nie udało mi się ukończyć, ale po ukończeniu głównych na mojej mapie pojawiło się ich sześć, przy czym każdy z nich ma jeszcze jedną-dwie kolejne. Mapa jest całkiem intuicyjna i nie wymaga przesadnej ilości klikania. Jednocześnie każda plansza kampanii ma trzy poziomy trudności, przez co rozgrywka jest bardziej urozmaicona. Za wygranie na pierwszym poziomie dostaje się max 3 gwiazdki, a drugiego i trzeciego – po jednej gwiazdce. Dodatkowo, te wyższe mają pewne ograniczenia - brak bohatera lub brak możliwości korzystania z wieży maga. Graficznie gra wygląda całkiem przyjemnie, szczególnie tła, choć i wygląd postaci może się podobać. Trudno mi jednak ocenić muzykę, bo grałem głównie na wyciszonych głośnikach, ale udało mi się zorientować, że muzyka trzyma się pseudo-średniowiecznych klimatów. Ogólnie, choć w kwestii TD jestem laikiem, gra mnie wciągnęła. Wprawdzie nie nadaje się na podróż MPK (no, chyba, ze ktoś jedzie z jednego końca miasta na drugi), ale myślę, że nada się na wakacyjne popołudnia czy na przejazd pociągiem. Grze wystawiam ocenę 4+/6 głównie ze względu na płatnych bohaterów (z darmowych tylko wspomniana Alleria się do czegoś nadaje) oraz zdarzające się problemy techniczne (kilka razy mi się zawiesiła, a raz czy dwa całkowicie wyłączyła).
  9. 1 punkt
    Całkiem o tym zapomniałem - wszystko przez to, że początkowo planowałem, by ten blog był tylko "namiastką" oryginału, a treści leciały na ten na bloggerze. Ale, ostatecznie, zdecydowałem się ten blog zrobić głównym, a z tamtego zrezygnować. Reszta wpisu jest już na swoim miejscu :).
  10. 1 punkt
    Wrrr, nieładnie tak reklamować swojego bloga...
  11. 1 punkt
    To tym bardziej dziwne... Kontaktowałeś się z moderacją FA?
  12. 1 punkt
    Jak dla mnie Jeśli gra oferuje granie naszymi lub ustawić polską narodowość to raczej dla mnie ma formę ciekawostki niż oznakę patriotyzmu. Co by było jakby to Polska wygrała mundial?, albo podbiła całą Europę w średniowieczu?
  13. 1 punkt
    Uuuu…. bolesne. Zycze Ci, by to byl jednorazowy incydent. :-]
  14. 1 punkt
    Ale musiałeś założyć drugie konto...
  15. 1 punkt
    Zasilacz musi po prostu być dobry jakościowo i mieć odpowiednią moc. Oczywiście im wyższej jakości zasilacz tym stabilniejsze napięcia, większa sprawność, mniejsze tętnienia czy też lepsze komponenty, co powinno przełożyć się w teorii na dłuższą żywotność. W każdym razie na pewno dorzuciłbym do monitora, bo branie taniej TN'ki gdy za stówkę więcej jest porządny IPS uważam za słaby pomysł.
  16. 1 punkt
    RAM - https://www.x-kom.pl/p/340079-pamiec-ram-ddr4-gskill-16gb-3000mhz-aegis-cl16-2x8gb.html - taniej Budę można dać https://www.x-kom.pl/p/257880-obudowa-do-komputera-silentiumpc-gladius-m35-pure-black.html A oszczędzoną kasę dorzucić do porządniejszego monitora na matrycy IPS: https://www.x-kom.pl/p/429627-monitor-led-219-i-mniejszy-aoc-22v2q-czarny.html (21.5) / https://www.x-kom.pl/p/429646-monitor-led-22-239-aoc-24v2q-czarny.html (23.8) Ewentualnie można jeszcze dać tańszy zasilacz jakbyś chciał oszczędzić trochę - https://www.x-kom.pl/p/423078-zasilacz-do-komputera-be-quiet-system-power-9-500w.html
  17. 1 punkt
    Mam tego procka razem z RTX 2070, nawet Wiedźmin śmiga w 4k na Uber w satysfakcjonujących fpsach. Co do obróbki grafiki, jeśli chcesz robić w krzywych to 16 GB RAMu starczy. Jeśli w rastrach to 32 GB warto mieć, kilka warstw większych potrafi bardzo sukcesywnie zapchać pamięć.
  18. 1 punkt
    A, to. Znalem sprawe. Ale dzieki za przypomnienie mi o tym calym watku w ogole.
  19. 1 punkt
    Chcesz pisać i chcesz żeby ktoś to czytał - pisz na ppe. A jeśli chodzi o blogi tutaj, to poczytaj sobie posty MajinYody. Ciekawa lekturka
  20. 1 punkt
    Z 12V pobierają moc wszystkie najbardziej prądożerne komponenty (CPU, GPU, mechanika dysków twardych), i właściwie wystarczy na nią patrzeć. Z 5V zasilane są np. SSD i elektronika HDD oraz urządzenia USB, z 3,3V np. RAM. W dzisiejszych czasach raczej nie przeciążysz linii 5V i 3,3V na żadnym zasilaczu. Kalkulatory z reguły zawyżają potrzebną moc zasilacza, najczęściej bardzo wyraźnie. Twój komputer pod obciążeniem to pewnie nawet 250W nie wessie. Certyfikat 80Plus świadczy tylko o sprawności zasilacza. Lepszy certyfikat nie oznacza automatycznie lepszego zasilacza, i tak samo jego brak nie oznacza, że zasilacz jest kiepski. Choć obecnie stał się już takim marketingowym narzędziem, że praktycznie wszystko ma jakiś certyfikat.
  21. 1 punkt
    No, przyznam dobre fajne się słucha. 8/10
  22. 1 punkt
    Dziś dostałem odpowiedź: Szanowny Panie, W przesłanym Państwu liście pisaliśmy iż: „w przypadku ostatecznej rezygnacji z płyty DVD i zachowania niższej ceny „ będą proponowane adekwatne rozwiązania. Wydania 10,11,12/2018 miały cenę promocyjną. Docelowa cena regularna będzie wyższa, ponadto w 2019 roku jest planowanych kilka wydań z płytą w cenie 16,99 zł Abonament 13 miesięczny traktujemy jako całość bez rozliczania poszczególnych wydań (gdybyśmy rozliczali pojedyncze wydania to należałoby wziąć pod uwagę to ze 9 lub 10 wydań było w dużo wyższej cenie ) Bardzo nam przykro jednak redakcja nie przewiduje rekompensat Z poważaniem Zespół Działu Prenumeraty Jak to się ma do:
  23. 1 punkt
    Świeżynka, którą dopiero co skończyłem zachęcam do posłuchania - inspirowane 'przepadnięciem w kosmosie' i postacią Władimira Komarowa
  24. 1 punkt
    Jestem po dwóch sezonach i w połowie trzeciego, więc mam już wyrobioną pewną opinię na temat tego serialu. Kiedy czekam na nowy odcinek z niecierpliwością i czuję się mocno wciągnięty w historię to już jest dobrze. Dorzućmy do tego świetne aktorstwo (nie znam się na tym, ale skoro zauważyłem to musi być świetne). Co prawda nie jestem fanem podobnych klimatów, czyli gangsterskich historii o narkotykach (czy coś w tym stylu), ale Breaking Bad to coś więcej. Połączenie dramatu z komedią, do tego polane sensacyjnym sosem. Kilka razy się zaśmiałem. Kilka razy też posmutniałem. Scenariusz przeważnie zaskakuje i nieraz wyrywa z butów. Ktoś jeszcze nie oglądał? Szybko nadróbcie zaległości. Historia nauczyciela produkującego metaamfetaminę naprawdę może zainteresować. A gdy tajemnice zaczynają się piętrzyć, a żona coś podejrzewać… Do tego szwagier głównego bohatera pracuje w branży antynarkotykowej. Mieszanka wybuchowa. Polecam (przynajmniej na razie, bo nie wiem, co będzie dalej). Ciężko dobrać ocenę podsumowującą, bo jednak wątki dramatyczno-obyczajowe to nie do końca moje klimaty. 9/10
  25. 0 punktów
    Nawet z samym Ghostem :). Nic to, niestety, nie dało...
×