crouschynca

Zwycięzcy Smugglerków
  • Zawartość

    820
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O crouschynca

  • Tytuł
    Elf

Sposób kontaktu

  • Strona WWW
    http://

Informacje profilowe

  • Płeć
    kobieta
  • Skąd
    Kraina Snów...
  • Zainteresowania
    literatura, kino, gry komputerowe i konsolowe, starożytność, niezwykłości

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Syberia 1 i 2, The Longest Journey: Najdłuższa podróż, Gray Matter, Jade Empire, Black Mirror 2, Tajne Akta: Tunguska, Still Life, Assassin's Creed
  • Ulubiony gatunek gier
    Przygodówki
  • Wyróżnienia Smugglerkowe
    [2016] Blogopis Roku

Ostatnie wizyty

26407 wyświetleń profilu
  1. Pośród postaci, jakie przewijają się na kartach „Czarnej loterii”, ewidentnie mamy kogoś, kto nie lubi zbytnio służby zdrowia. A przynajmniej paru osób, które działają w tejże branży. Ba, owa antypatia jest na tyle silna, iż nie obędzie się bez kilku trupów. Plus swoistego jelenia, na konto którego przypisana zostanie jedna z ofiar. Niewdzięczna rola bycia obarczonym za cudze winy przypadnie zaś pani anestezjolog Kate Chesne – jednej z dwóch postaci, jakie grają pierwsze skrzypce w powieści autorstwa Tess Gerritsen. Lekarka bierze pewnego razu udział w nieskomplikowanej operacji, której zostaje poddana znajoma z pracy – pielęgniarka Ellen. Zabieg usunięcia woreczka żółciowego zdaje się początkowo przebiegać bez zarzutu, a przeprowadzający go zespół nie ma powodów do niepokoju. Nie na długo jednak, bo sytuacja szybko przybiera dramatyczny obrót, kończąc się zgonem pacjentki. Śmiertelna w skutkach reakcja operowanej wskazuje na to, że panna Chesne nie dopatrzyła czegoś przy uprzedniej analizie EKG. Słowem, fatalny błąd lekarski. Z jednej strony, taka pomyłka trochę dziwi, zwłaszcza że podejrzana posiada duże doświadczenie zawodowe. Z drugiej, nie jest to rzecz niemożliwa, a dowody jasno sygnalizują, że kobieta coś sknociła i trzeba się ostro tłumaczyć. Nie wspominając o poniesieniu poważnych konsekwencji. I chociaż czytelnik od razu zwietrzy śmierdzącą sprawę, ów fakt nie przemawia na niekorzyść utworu, gdyż najbardziej liczy się tu proces poszukiwania osoby stojącej za całym galimatiasem. Kate musi z kolei przekonać innych do swojej niewinności, w tym drugiego głównego bohatera – prawnika Davida Ransoma. Wynajęty przez rodziców Ellen mężczyzna nie wątpi wpierw w słuszność oskarżenia, lecz wkrótce przyjdzie mu zmienić zdanie. Ducha wyzionie bowiem następna pielęgniarka, a jej śmierć zostanie powiązana z morderstwem, o którym informuje odbiorców prolog. Pytanie brzmi więc, co (i kto) łączy poszczególne przypadki. Dotyczy to także feralnej operacji. Tess Gerritsen zaczęła literacką karierę od takich thrillerów i kryminałów, które zawierają silnie zaakcentowany wątek romansowy. Dlaczego o tym teraz piszę? Ano „Czarna loteria” zalicza się właśnie do wczesnego etapu jej twórczości. W trakcie lektury będziemy zatem świadkami uczucia, jakie rozwija się pomiędzy Kate i Davidem. Należy jednocześnie nadmienić, iż amory protagonistów stanowią najsłabszy aspekt powieści. Wprawdzie przy ich pierwszym spotkaniu dochodzi do ostrej wymiany zdań, ale oboje miewają naloty kosmatych myśli, które wrzucono do fabuły z delikatnością walca drogowego. Owszem, ludzi atakują czasami refleksje nieadekwatne do danych okoliczności, i to niekoniecznie akurat o seksie. Niemniej w „Czarnej loterii” coś mi zazgrzytało, acz dalsze rozdziały przynoszą lekką poprawę, lepiej przedstawiając romans bohaterów jako swego rodzaju związek z problemami. Znaczy się, ona żyła dotąd samą pracą, on przez ciężkie doświadczenia ma trudności z okazywaniem uczuć i muszą do siebie dotrzeć. Na szczęście, kryminalna intryga nie wzbudza według mnie zastrzeżeń. Doceniam też całokształt elementów rodem z thrillerów, a jako pozytywny przykład niech posłuży mocny i nieco enigmatyczny prolog, którego pełne wyjaśnienie uzyskamy śledząc kolejne strony książki. Popełnionej na dzień dobry zbrodni towarzyszy dość późna pora oraz deszcz, co wzmacnia atmosferę niebezpieczeństwa. Dalej również jest w tej materii solidnie – akcja toczy się generalnie żwawym rytmem, a nasze gołąbeczki nie poprzestają na rozkoszach i kłótniach. Jako że policyjne działania nie dają spodziewanych ani natychmiastowych rezultatów, dwójka bohaterów bawi się zarazem w prywatnych detektywów. Do tego amerykańska pisarka zaskoczyła mnie w finale tożsamością mordercy. Podsumowując, perypetie Kate Chesne i Davida Ransoma to w ogólnym rozrachunku sprawna rzemieślnicza robota, lecz uprzedzam, iż mamy do czynienia z pozycją skierowaną głównie do żeńskiego grona odbiorców. Gwoli ścisłości, najbardziej zadowolone powinny być te czytelniczki, które równocześnie lubią historie o porywach serca. Wtedy prędzej wybaczą niedoskonałości wiadomego wątku w recenzowanym tytule, aczkolwiek pozostałym osobom nie odradzam kontaktów z prozą owej autorki. Wręcz przeciwnie, fanom stuprocentowych thrillerów – zarówno w spodniach, jak i spódnicach – radzę zainteresować się choćby cyklem z Jane Rizzoli i Maurą Isles. Sama zresztą zaliczyłam niedawno wchodzącą w skład owej serii „Dolinę umarłych”, która spodobała mi się znacznie bardziej niż skądinąd przyzwoita, ale wymieszana z romansidełkiem „Czarna loteria”. ------------------------------------------------------------------- Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym. ------------------------------------------------------------------- Tytuł polski: Czarna loteria Tytuł oryginalny: Under the Knife Autor: Tess Gerritsen Wydawnictwo: HarperCollins Polska Liczba stron: 288
  2. Przeszłam kiedyś tę serię, ale to już dawno. Pierwsza i druga część rzeczywiście potrafią przestraszyć. O ile dobrze pamiętam, bardziej bałam się podczas sesji z "dwójką" - Czarną Plagą. Trzecia pozycja z cyklu (a właściwie dodatek) dla odmiany w ogóle mnie nie wystraszyła - Requiem zapamiętałam bardziej jako grę logiczną niż horror.
  3. Wśród współczesnych powieści nie brak popularnych serii z pogranicza thrillera, sensacji, a także kryminału. Jeffery’emu Deaverowi zawdzięczamy dla przykładu książki o Lincolnie Rhyme i Amelii Saschs, podczas gdy Lee Child regularnie tworzy kolejne historie, których bohaterem jest Jack Reacher. Portfolio Tess Gerritsen obejmuje zaś m.in. cykl o pracującej w bostońskiej policji detektyw Jane Rizzoli oraz sądowym patologu – dr Maurze Isles. Po przeczytaniu wyśmienitej „Doliny umarłych”, w której występują obie panie, wiem, że powinnam czym prędzej nadrobić zaległości i sięgnąć po pozostałe tytuły z ich udziałem. W omawianej odsłonie cyklu Maura udaje się do Wyoming na konferencję patologów, gdzie spotyka Douga Comleya, dawnego znajomego z lat studenckich. Towarzyska pogawędka uświadamia kobiecie, że jest zbyt poważna i nadto stara się kontrolować. Gdy więc pan Comley proponuje wspólną wycieczkę do górskiego schroniska wraz z jego córką oraz przyjaciółmi, dr Isles przystaje na pomysł dołączenia do grupy. Dla protagonistki to nie tyle szansa na ogólne wyluzowanie, co złapanie chwili oddechu od własnych zmartwień, zwłaszcza iż tkwi w kłopotliwym romansie z niejakim Danielem. Doug emanuje natomiast optymistycznym i żywiołowym nastawieniem, dostrzegając pozytywne aspekty nawet przy takich rzeczach jak popełnianie błędów czy niespodziewane komplikacje. Jego słowa okażą się jednak złowieszczym proroctwem w odniesieniu do dalszego toku fabuły, bo przecież coś musi pójść mocno nie tak. „Dolina umarłych” stanowi świetny dowód na to, że amerykańska pisarka potrafi stopniować napięcie i niepokojącą atmosferę. Gdy na początkowym etapie podróży wycieczkowicze zahaczają o starą, acz czynną stację benzynową, pozwalają sobie na drobne żarty z przypominającej skansen placówki. Czytelnik słusznie z kolei przeczuwa, że wkrótce nikomu nie będzie do śmiechu. Niczym w dreszczowcach i horrorach, których bohaterowie zapuszczają się na jakieś zakuprze. Dokładnie tak jest w przypadku Maury, Douga i jego paczki – GPS więcej miesza niż pomaga, gubiąc trasę, zamiast zaprowadzić do celu. Na domiar złego, śnieg sypie coraz gęściej, a w okolicy nie widać żywej duszy. Pojawiają się pierwsze rysy konfliktu, duże problemy z autem oraz zanik zasięgu w komórkach – niby oczywiste chwyty, lecz jakże skuteczne w swym oddziaływaniu. A kiedy zmuszona do pieszej wędrówki grupa przedziera się przez śnieżne zaspy, łatwo wyobrazić sobie dyskomfort nieszczęśników, tym bardziej że dodatkowo towarzyszy im silny wiatr. Takie warunki przełożyły się na udane wykorzystanie motywu postaci, które wylądowały w odciętym od świata miejscu. Wprawdzie turyści docierają do osady o nazwie Królestwo Boże, ale marna z tego pociecha, skoro wioska świeci pustkami. Bliższe oględziny przyczyniają się do zwiększenia klimatu zaszczucia oraz mnożenia kolejnych pytań. Mianowicie ów rejon najwyraźniej zajęła niegdyś wspólnota religijna, wiodąc egzystencję wedle ustalonych zasad i zamieszkując identyczne domy. Tylko gdzie się oni wszyscy podziali? I czy aby na pewno nikogo tutaj nie ma? No bo skąd to wrażenie bycia pod czyjąś obserwacją? A może chodzi jedynie o figle ze strony skołowanego umysłu? Co istotne, pani Gerritsen zdołała uzyskać zamierzony efekt również w tych momentach, gdy nie dzieje się nic konkretnego. Wystarczają jej wówczas same emocje ludzi, którzy znaleźli się w beznadziejnym położeniu. Do tej pory poświęcałam uwagę wyłącznie Maurze Isles, nie wspominając o drugiej protagonistce serii – Jane Rizzoli. Czy oznacza to, że druga z wymienionych kobiet została wyprawiona na swoisty urlop? Otóż nie, choć fabuła z wiadomych powodów bardziej skupia się na jej przyjaciółce. Jane nie omieszka bowiem rozpocząć intensywnych poszukiwań, co w późniejszych partiach utworu przyniesie pewną zmianę konwencji. O ile w pierwszej połowie powieści mamy thriller z nutką grozy, tak w drugiej przybiera na sile sensacyjno-kryminalny koloryt, utrzymując przy tym kapitalne budowanie napięcia. Kiedy jakiś czas po zniknięciu Maury zostaje odnaleziony samochód ze spalonymi ciałami, policjantka nie odpuszcza, mimo że sporo czynników przemawia za śmiercią pani patolog. W trakcie śledztwa dochodzą zatem nowe fabularne klocki, które oczekują na wyjaśnienie. Co więcej, pisarka z godną pochwały precyzją rozstawia poszczególne pionki na literackiej szachownicy, zarazem otaczając je sukcesywnie odsłanianą woalką tajemnicy. Ponadto zostaniemy uraczeni zwrotami akcji, które pomagają zarówno uzyskać brakujące odpowiedzi, jak i jeszcze bardziej docenić wprawne pióro autorki. Reasumując, „Dolina umarłych” to obowiązkowa pozycja dla fanów wszelkiej maści thrillerów. W powieści tej nie uświadczymy przypadkowych wydarzeń ani sztucznych przedłużaczy, gdyż poszczególne elementy historii zostały elegancko rozlokowane i logicznie ze sobą powiązane. Warto przy okazji nadmienić, iż obecny tu wątek ugrupowania religijnego umożliwił amerykańskiej literatce zabranie głosu w sprawie sekt oraz manipulacji, jakie panują w szeregach takich społeczności. Innymi słowy, Tess Gerritsen podarowała odbiorcom rozrywkę na bardzo wysokim poziomie. ------------------------------------------------------------------- Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym. ------------------------------------------------------------------- Tytuł polski: Dolina umarłych Tytuł oryginalny: Ice Cold / The Killing Place Autor: Tess Gerritsen Wydawnictwo: Albatros Liczba stron: 400
  4. @DJUDEK Ano jestem, lubię urozmaicenia.
  5. Travis Parker to przesympatyczny facet, lecz ma w sobie coś z dużego dzieciaka. Lubiący podróże i sporty weterynarz nie traktuje serio związków z kobietami, w odróżnieniu od najlepszych kumpli, którzy już dawno pozakładali własne rodziny. Z kolei lekarka Gabby Holland, swoją drogą też miła osoba, wykazuje bardziej stateczne podejście do życia, marząc zarówno o sukcesie na gruncie zawodowym, jak i prywatnym, czyli w roli zamężnej pani domu. Tę, skądinąd skontrastowaną dwójkę, rzuci naprzeciw siebie Nicholas Sparks, który wsławił się takimi powieściami jak m.in. „Pamiętnik” czy „List w butelce”. Amerykański spec od romantyczno-obyczajowych historii nie odchodzi w „Wyborze” od swoich piśmienniczych zwyczajów. Stąd sercowe perypetie Gabby i Travisa stanowią kluczowy wątek omawianej książki, a przy okazji potwierdzają teorię, według której przeciwieństwa mogą się uzupełniać. Początki owej znajomości nie należą do najłatwiejszych, choć z punktu widzenia czytelnika wypadają ciekawie, skutkując całą serią zabawnych nieporozumień. Kobiecie nie odpowiada ponadto sposób bycia mężczyzny, a konkretnie lekki stosunek do życia. Bliskie sąsiedztwo sprzyja jednak częstym kontaktom, które z czasem nabierają coraz bardziej obiecujących kształtów, mimo wstępnych postanowień Gabby o unikaniu przystojnego faceta z domu obok. Główni bohaterowie podążali dotąd różnymi ścieżkami i reprezentują odmienne typy osobowości. Właśnie te rozbieżności w istotnym stopniu sprawiają, iż pasują do siebie. Co więcej, autor zadbał o zapewnienie chemii między obiema postaciami. We wzajemnym przekomarzaniu się potrafią odnaleźć wspólny język, a także powody do radosnego śmiechu. I tak oto dochodzimy do tytułowego „Wyboru”. Owszem, protagoniści, jak każdy człowiek, muszą regularnie podejmować wszelkiego rodzaju decyzje. Niemniej relacje na linii Gabby-Travis nieuchronnie zbliżają kobietę do obrania jednej miłosnej drogi, bo medyczka ma już chłopaka – Kevina. To zresztą dla niego zdecydowała się na przeprowadzkę, która zaowocowała spotkaniem sąsiada. No i co z tym fantem teraz zrobić? Myślicie, że to jedyny faktycznie trudny wybór na kartach owej powieści? A gdzie tam. Co prawda Travis dokonuje pod wpływem towarzystwa Gabby rewizji dotychczasowych poglądów o nieobowiązujących flirtach, lecz najcięższa życiowa decyzja czeka go około jedenastu lat później, kiedy to rozgrywa się druga część książki. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, więc napiszę po prostu, że weterynarz wyląduje wtedy w sytuacji, jakiej dosłownie nikt mu nie pozazdrości. Nie będzie żadnej przesady w nazwaniu tego dylematu jeszcze trudniejszym niż wcześniejsze wątpliwości Gabby, aczkolwiek w obu przypadkach mamy do czynienia z posunięciami, których konsekwencje odczuje niejedna osoba. W tym miejscu nasuwa się konieczność przedstawienia konstrukcji utworu, która jak najbardziej zasługuje na uwagę. Mianowicie pisarz otwiera powieść krótkim prologiem, osadzonym w roku 2007. Travis, którego postać zostaje w owym fragmencie wprowadzona, nie tryska wówczas dobrym nastrojem, co pozwoliło autorowi przemycić delikatną nutę goryczy. Jednakże szybko startuje znacznie bardziej rozbudowana część pierwsza, cofając odbiorców do roku 1996. Jak łatwo zgadnąć, w tymże okresie pan Parker poznaje pannę Holland. Co ważne, partia ta charakteryzuje się lżejszą atmosferą i wzbudza pewne skojarzenia z komediami romantycznymi. A gdy rozpoczyna się część druga, czytelnik powraca do XXI wieku, otrzymując równocześnie gruntową zmianę klimatyczną. Od tego momentu książka przybiera bowiem formę dramatu obyczajowego z elementami klasycznego wyciskacza łez. Czy kontrast pomiędzy poszczególnymi partiami nie powoduje zbytniego rozdźwięku? Przyznam, że późniejsze porzucenie pogodniejszych lat dziewięćdziesiątych na rzecz smutniejszego tonu wzbudziło wpierw we mnie uczucie pewnego dysonansu. Na szczęście, było to wyłącznie chwilowe wrażenie, bo zaraz potem od nowa wsiąknęłam w lekturę – tym razem dając ponieść się fali silnych wzruszeń. Paradoksalnie dostrzegłam też w tym rozbieżnym zestawieniu swoistą spójność, a każda z części zdaje się dopełniać drugą – tak jak Gabby Travisa, i to dzięki pozornie dzielącym bohaterów różnicom. Bardzo się zatem cieszę, że „Wybór” wpadł wreszcie w moje ręce. Nicholas Sparks z wdziękiem opowiada tu piękną historię, która nie tylko umie wywołać ciepły uśmiech, lecz również przyczynić się do tego, że nasze oczy zaszklą się łzami. ------------------------------------------------------------------- Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym. ------------------------------------------------------------------- Tytuł polski: Wybór Tytuł oryginalny: The Choice Autor: Nicholas Sparks Wydawnictwo: Albatros Liczba stron: 400
  6. Dzwoneczek najwyraźniej pozazdrościł komiksowym superbohaterom historii typu origin. Mała urocza wróżka tupnęła więc pewnego pięknego dnia nóżką przed włodarzami Disneya, wołając filmowej opowieści o własnych początkach. Ci zaś posłuchali i przykładnie wywiązali się z powierzonego im zadania. Popularność Dzwoneczka wykracza daleko poza twórczość J. M. Barriego, któremu magiczna istotka zawdzięcza wszak swoje istnienie, podobnie jak jej przyjaciel Piotruś Pan, wraz z całą Nibylandią. Główna w tym zasługa wytwórni Walta Disneya. Amerykański koncern nie poprzestał bowiem na zrobieniu animowanych przygód chłopca, który nie chciał dorosnąć. W efekcie fruwająca panienka funkcjonuje dziś też na zasadach samodzielnej marki, zyskując dzięki temu jeszcze większe rzesze fanów, a właściwie małoletnich wielbicielek. Ba, otrzymała nawet stosunkowo rozbudowane uniwersum „Disney Wróżki”, które stanowi świetny pretekst do wypuszczania mnóstwa tematycznych gadżetów dla dzieciaków (kolorowanki, książeczki edukacyjne, przybory do pisania itd.). Oczywiście nie mogło zabraknąć także filmów – w tym wypadku mowa o serii komputerowych animacji, którą otwiera produkcja z roku 2008, zatytułowana po prostu „Dzwoneczek”. Zabierając się za realizację obrazu, twórcy wzięli sobie głęboko do serca zamiar opowiedzenia historii o korzeniach filigranowej blondyneczki. Nie dość, że akcja została osadzona na długo przed poznaniem słynnego Piotrka, to na dodatek będziemy tu świadkami narodzin ślicznego dziewczęcia. Co istotne, taki manewr posłużył zarazem do eleganckiej konstrukcji tła fabularnego, obejmującego prawidła, jakie rządzą macierzystym światem Dzwoneczka. Dowiemy się zatem, iż wróżki zamieszkują Przystań Elfów – malowniczą wysepkę wchodzącą w skład Nibylandii. Społeczność tej krainy nie spędza większości czasu na leniuchowaniu, a jej zwyczaje dobitnie dowodzą, że maleńkie rozmiary nie stoją na przeszkodzie przy wypełnianiu ważnych obowiązków. I to nie tylko w obrębie swojego terytorium, bo na barki elfów spada również troska o pory roku u zwykłych śmiertelników. Jeżeli wobec tego wiosna nie nadchodzi o wyznaczonej porze, winę za taki stan rzeczy może ponosić fakt, iż w czarodziejskiej Przystani nie zapięto wszystkiego na ostatni guzik. Nie należy jednak zapominać, że w centrum filmu figuruje przecież tytułowa bohaterka, aczkolwiek pląsa wokół niej sporo ciekawych pobratymców, w tym zabawny kumpelski duet – Pompon i Klank, przyjaźniące się z protagonistką elfki o talentach przyrodniczych czy miejscowa zołza w osobie szybkolotnej Widii. Otóż blondwłosa wróżka zalicza na dzień dobry tradycyjny test przydziału, w wyniku którego panna trafia do zespołu cynek, odpowiedzialnego za naprawy i składanie przydatnych przedmiotów. Pomimo jasnych sygnałów, iż Dzwoneczek ma ponadprzeciętne predyspozycje do majsterkowania, nasza heroina czuje się coraz bardziej rozczarowana przypisaną rolą. Dlatego postanawia zmienić specjalizację, a podjęte próby zaowocują paroma śmiesznymi sytuacjami. Na tym scenariusz bynajmniej nie poprzestaje, gdyż rozterki elfki przyczynią się też do wystąpienia pewnych problemów. Tak oto objawia się wychowawczy charakter obrazu, a postępowanie bohaterki udzieli lekcji zarówno jej samej, jak i widzom. Bo choć przekaz „Dzwoneczka” absolutnie nie neguje posiadania marzeń, fabuła produkcji zwraca jednocześnie uwagę, by akceptować siebie i doceniać wartość przyjaźni. Nieskomplikowanej i przyjemnej w odbiorze historii towarzyszy atrakcyjna oprawa audiowizualna. Klimatyczna, bajkowa muzyka, która częstuje czasem nasze uszy irlandzką nutą, wtóruje ładnym widoczkom oraz postaciom w 3D. Mimo że obraz powstał z myślą o rynku video oraz telewizji, poszczególnym scenom nie można odmówić dopracowania. Owszem, jest słodko i kolorowo, ale równocześnie zdołano osiągnąć przy tej feerii barw złoty środek, w związku z czym nie uświadczymy wrażenia przesady. Stąd z czystym sumieniem stwierdzam, że „Dzwoneczek” to bardzo dobra propozycja na seans dla dzieci. A i dorośli nie powinni krzywić się podczas oglądania tej przesympatycznej animacji, dostrzegając jej bezpretensjonalny urok. ------------------------------------------------------------------- Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym. -------------------------------------------------- Tytuł polski: Dzwoneczek Tytuł oryginalny: Tinker Bell Reżyseria: Bradley Raymond Scenariusz: Jeffrey M. Howard Gatunek: animacja, fantasy, przygodowy, familijny Produkcja: USA Rok produkcji: 2008 Czas trwania: ok. 75 minut
  7. @DJUDEK Obraz mi się zamazuje. Jak widać, skill póki co nie dość dobry.
  8. @DJUDEK Być może to ukryte talenty wróżbiarskie.
  9. Camilla Läckberg podbiła serca czytelników kryminalną sagą o Fjällbace, małej miejscowości położonej na zachodnim wybrzeżu Szwecji. Jeśli chodzi o mnie, z twórczością tej autorki zetknęłam się po raz pierwszy spory czas temu. Nie był to jednak tom wchodzący w skład owego cyklu, tylko coś w rodzaju spin-offu – nowela pt. „Zamieć śnieżna i woń migdałów”. Nawiązującą do retro kryminałów, acz osadzoną we współczesności książkę wspominam z mieszanymi uczuciami, gdyż okazała się zaledwie średnią pozycją. Na szczęście, „Księżniczka z lodu”, czyli debiutancka odsłona popularnej serii, dostarczyła mi zdecydowanie lepszych wrażeń. Fabuła powieści kręci się wokół morderstwa, do jakiego dochodzi we Fjällbace. Ofiara to trzydziestoparoletnia Aleksanda Wijkner, którą znaleziono martwą w zamarzniętej wannie. Kobieta ma podcięte żyły, co początkowo sugeruje samobójstwo. Niemniej szybko wychodzi na jaw, że ktoś inny wyprawił panią Wijkner na tamten świat. Jedną z pierwszych osób, które zobaczyły zwłoki na miejscu zbrodni, jest zaś główna bohaterka utworu – Erika Falck, z zawodu pisarka, a prywatnie przyjaciółka nieboszczki z dzieciństwa. I to właśnie ona, pomijając oficjalne dochodzenie policji, przeprowadzi śledztwo w sprawie tajemniczego zabójstwa. Co ciekawe, rozmowy, które protagonistka odbędzie z bliskimi zmarłej osobami, prędko ujawnią obraz Aleksandry jako kogoś stale utrzymującego pewien dystans. Mówiąc krótko, istna lodowa księżniczka. Ale dlaczego tak się zachowywała? Przez wrodzoną wyniosłość, czy może skrywała jakieś sekrety? Nietrudno zgadnąć, że w grę wchodzi coś poważniejszego niżli kwestia samej osobowości. Nadto spoilujące wyjaśnienia pozwolę sobie w tej materii przemilczeć, a w zamian zatrzymam się na moment przy postaci Eriki. Mianowicie kobieta stanowi swoiste alter ego Camilli Läckberg, o czym bynajmniej nie świadczy wyłącznie fakt chwytania za pióro. Owszem, obie panie są pisarkami, lecz dodatkowo doliczyć tutaj trzeba tzw. zbieżność tematyczną. Specjalizująca się dotąd w biografiach Erika zaczyna bowiem rozmyślać pod wpływem morderstwa o napisaniu w pełni autorskiej powieści. Co prawda wpierw przemyka jej po głowie dokumentalizowana formuła, ale taka koncepcja ustępuje wkrótce pola klasycznej beletrystyce. W ten sposób rodzi się pomysł na kryminał z silnie nakreślonymi relacjami międzyludzkimi, a dokładnie tego typu lekturą jest przecież omawiany tytuł. Chociaż akcja nie gna na łeb na szyję, względnie spokojne tempo nie przeszkodziło autorce w skonstruowaniu interesującej intrygi kryminalnej, która została przy okazji doprawiona motywem rodzinnych tajemnic z mniej bądź bardziej odległej przeszłości. Należy też oczywiście pamiętać o rozbudowanym tle obyczajowym, zwłaszcza że prywatne sprawy Eriki płynnie łączą się z wątkiem zbrodni. Główna bohaterka widzi martwe ciało, więc już to siłą rzeczy wciąga ją w zaistniałą aferę, nie wspominając o dawnej znajomości z Aleksandrą. Stąd prosta droga do tego, by przedstawić równocześnie odbiorcom takie obrazki z życia protagonistki jak np. problemy wynikłe z toksycznego małżeństwa Anny, siostry Eriki. Naturalnie wypada ponadto romans pomiędzy książkową pisarką a policjantem Patrickiem Hedströmem, kumplem z młodzieńczych lat, którego kobieta ponownie spotyka w toku śledztwa. Oboje są akurat wolni, on od zawsze podkochiwał się w koleżance, a ona nie pozostaje obojętna na zalety mężczyzny. Nic zatem dziwnego, że wspólne sceny Eriki i Patricka wykroczą poza dochodzeniową burzę mózgów. Nie bez znaczenia pozostają także elementy scenerii, ponieważ zarówno pani Läckberg, jak i jej bohaterka wywodzą się z Fjällbacki. Czuć tu klimat niewielkiej mieściny, a co więcej, pisarka nie zapomni o przemyceniu sugestywnej wzmianki o zimowym, dość surowym otoczeniu. Zarazem mimochodem sygnalizuje, że to malownicza okolica, a jej walory zostają doceniane latem, poprzez napływ turystów. Warto przy tym pochylić się nad samym domem, w którym mieszka Erika. Kobieta przenosi się tam po tragicznej śmierci rodziców i darzy budynek ogromnym sentymentem. Dzięki temu domostwo przestaje być zwykłą nieruchomością, urastając poniekąd do rangi niemego bohatera owej historii. Słowem podsumowania, „Księżniczka z lodu” to solidna powieść kryminalno-obyczajowa, która zachęca do sięgnięcia po następne części sagi. Mimo że nie zaliczyłabym tej pozycji do gatunkowych pereł, nie ukrywam, iż mnie wciągnęła. Dlatego nawet przy mocno zajętych dniach starałam się wygospodarować przynajmniej chwilę czasu na czytanie. Wprawdzie Erika i Patrick nie są nie wiadomo jak charyzmatyczni, ale rzeczywiście sympatyczni, swoim charakterem sprawiając, że człowiek szczerze im kibicuje. ------------------------------------------------------------------- Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym. ------------------------------------------------------------------- Tytuł polski: Księżniczka z lodu Tytuł oryginalny: Isprinsessan Autor: Camilla Läckberg Wydawnictwo: Czarna Owca Liczba stron: 424
  10. @DJUDEK Dziś chcesz tylko liczbę stronic, a kto wie, czy jutro nie będziesz wołać filmów na yt z popisami kankana. A tak na poważnie, mogę dopisać. Mnie to nie robi problemu. Tu już nie edytuję wpisu, ale od kolejnych recenzji książek będę dorzucać informację o liczbie stron. Jeśli chodzi o "Śpiącą królewnę", dodam tylko w komentarzu, że tam są 352 strony. Co prawda książkę miałam z biblioteki i już oddałam, ale internety podpowiedziały, jak z tym konkretnym wydaniem (istnieje jeszcze inne - również od Świata Książki, wg danych z sieci o "aż" 2 strony chudsze, no i różni się okładką).
  11. @DJUDEK Generalnie twórczość Christiana Jacqa jest jak najbardziej warta uwagi, choć nie przerobiłam jej jeszcze w całości. Z innych jego tytułów, tj. spoza serii "Śledztwa księcia Setny", polecam np. cykl "Egipski sędzia", "Królową Słońce" i "Na tropie Tutenchamona" (te 2 ostatnie pozycje to pojedyncze książki, a nie całe serie).
  12. W powieści Phillipa Margolina mamy mordercę z niemałym licznikiem ofiar na koncie, aczkolwiek dwie osoby zdołały przeżyć jego atak. Jednakże jedna z nich leży w śpiączce, a drugiej towarzyszy nieustanny strach, co jest całkiem zrozumiałe. Chyba każdy w podobnej sytuacji obawiałby się, iż zabójca może zechcieć dokończyć swoje dzieło. Czy mu się to uda? Czy może zostanie definitywnie powstrzymany? Sądzę, że warto samemu się o tym przekonać. Co ciekawe, tytułem „Śpiąca królewna” opatrzony został nie tylko omawiany utwór, ale i tomik istniejący na kartach tejże książki. Mowa o kryminale dokumentalnym, którego napisania podjął się Miles Van Meter, brat pogrążonej w śpiączce kobiety o imieniu Casey. Akcja startuje zresztą wtedy, gdy ten czterdziestoparoletni mężczyzna zajęty jest właśnie trasą promocyjną. Tak oto zostaniemy uraczeni zgrabną i nienachalną prezentacją postaci Milesa na spotkaniu literackim, który – jako gwiazda wieczoru autorskiego w pewnej księgarni – ma zająć się odczytywaniem fragmentów swojej powieści i odpowiadaniem na różne pytania fanów. A czego w ogóle dotyczy proza pana Van Metera? Jak łatwo zgadnąć, facet wziął na warsztat sprawę wspomnianego we wstępie mordercy. W tym miejscu objawia się pomysłowość Phillipa Margolina, który postanowił urozmaicić narracyjną konstrukcję poprzez wprowadzenie retrospekcji. Ba, fragmenty, kiedy to cofamy się w czasie, stanowią tu zdecydowaną większość. Taki zabieg z powodzeniem uatrakcyjnia budowę utworu i pozwala lepiej zaangażować się w przedstawioną historię, dosłownie przenosząc nas do minionych wydarzeń. Należy jednocześnie nadmienić, iż partie te przydzielają Milesowi dalszoplanową rolę, natomiast pierwsze skrzypce gra młodziutka Ashley Spencer, czyli niedoszła ofiara seryjnego zabójcy. W przeciwieństwie do Casey Van Meter, dziewczyna nie wegetuje na szpitalnym łóżku pod ciągłą opieką lekarzy. Niemniej trudno w jej przypadku mówić o nadmiernym szczęściu, skoro życie tracą bliskie protagonistce osoby. Niby Ashley próbuje normalnie funkcjonować, lecz na dobrą sprawę, podejmowane starania naznaczone są trwałym lękiem, i to jak najbardziej uzasadnionym. Stąd czeka ją przyspieszony kurs dorastania, wraz z nauką samodzielności, choć będzie też mogła liczyć na cudze wsparcie. „Śpiąca królewna” odznacza się żwawym tempem, unikając tym samym zbędnych przestojów fabularnych. Co więcej, obie linie czasowe, które obejmują długie retrospekcje i krótkie wstawki z teraźniejszego zgromadzenia w księgarni, elegancko zbiegają się pod koniec powieści. W ramach ciekawostki dodam jeszcze, iż jedna z sekcji dedykowanych pannie Spencer znacząco odchodzi od formuły tradycyjnego thrillera na rzecz jego prawniczej odmiany. Mianowicie cała ta część koncentruje się na procesie, opisanym zresztą w sposób ciekawy i wiarygodny. Nie było to w sumie dla mnie zaskoczeniem, ponieważ Phillip Margolin posiada zarówno prawnicze wykształcenie, jak i doświadczenie. Analizując książkę pod tym kątem, można by tak na marginesie uznać Milesa Van Metera za swoiste alter ego autora. Brat nieprzytomnej Casey nie ogranicza się bowiem do literackiej kariery, gdyż pracuje ponadto na stanowisku radcy prawnego. Czy recenzowany tytuł posiada jakieś wady? Ano jedną na pewno i niestety wcale nie taką malutką, bo chodzi o tożsamość zabójcy. Otóż na długo przed finałem miałam związane z powyższą kwestią podejrzenia, które znalazły potem swoje pokrycie w wizji pana Margolina. Gwoli ścisłości, pisarz umieścił w wymyślonej intrydze tzw. głównego podejrzanego z paroma grzeszkami na sumieniu oraz mnóstwem dowodów, obciążających tę konkretną osobę. Nie zdradzę jednak, czy mordował ktoś inny, czy też faktycznie tamten gagatek. Zarazem muszę przyznać, że mimo wszystko zwieńczenie zdołało mnie zaskoczyć pewną rzeczą. Ten dodatkowy as w rękawie amerykańskiego pisarza, wespół z całokształtem pozytywnych wrażeń, sprawia, iż ani trochę nie żałuję poświęconego na lekturę czasu. Mówiąc krótko, „Śpiąca królewna” to solidna propozycja dla sympatyków trzymających w napięciu thrillerów. ------------------------------------------------------------------- Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym. ------------------------------------------------------------------- Tytuł polski: Śpiąca królewna Tytuł oryginalny: Sleeping Beauty Autor: Phillip Margolin Wydawnictwo: Świat Książki
  13. @DJUDEK Merci i dla Ciebie! A co do Twojej teorii nt mojego doświadczenia z lasu, jeśli to faktycznie człowiek małpa, chyba lepiej, że się szybko zmył. Uniknęłam potencjalnie niebezpiecznego spotkania twarzą w twarz.
  14. Odkąd sięgam pamięcią, fascynowała mnie starożytność. Egipt zaś, ze swoimi piramidami i pustynnymi piaskami, był jedną z tych dawnych cywilizacji, które obdarzyłam szczególnym zainteresowaniem. Dlatego też twórczość Christiana Jacqa bez problemu zaskarbiła sobie niegdyś moją przychylność. Nie dość, że tematyka egipska odgrywa najważniejszą rolę w portfolio francuskiego autora, to na dokładkę można śmiało liczyć tu na przyjemny i wciągający styl. „Przeklęty grobowiec”, który otwiera cykl „Śledztw księcia Setny”, nie stanowi na szczęście niechlubnego wyjątku od reguły. To również dobra wiadomość dla samego autora, bo przecież pierwsza część danej serii powinna sprawiać, że ma się ochotę na więcej. „Śledztwa księcia Setny” przenoszą czytelników do starożytnego Egiptu za panowania faraona Ramzesa II. Pod rządami potężnego i mądrego władcy, państwo przeżywa okres rozkwitu, lecz niestety zaczynają się nad nim zbierać ciemne chmury. Ktoś ośmiela się bowiem skraść dzban Ozyrysa, przy czym nie chodzi o pospolitego złodziejaszka. Nie wspominając o tym, że pierwszy lepszy rzezimieszek nie zdołałby przywłaszczyć sobie rekwizytu obdarzonego tak potężną i niebezpieczną mocą. Już na początku debiutanckiego tomu stajemy się zresztą świadkami włamania do tytułowego przeklętego grobowca, obserwując ów incydent z perspektywy naocznego świadka, który śledzi całe zajście z ukrycia. Dzięki temu szybko zostajemy uświadomieni, że to nie przelewki, a za grabież odpowiada prawdziwy spec od czarnej magii. Czarownik, który położył łapska na dzbanie, bynajmniej nie kieruje się kolekcjonerskimi pobudkami. Choć posiadanie takiego przedmiotu niewątpliwie napawa go dumą, przede wszystkim pragnie wykorzystać naczynie jako narzędzie do rozpętania chaosu i przejęcia władzy nad krajem. Ot „drobnostka”, o której marzy niejeden czarny charakter. Z kolei faraon zamierza rzecz jasna odzyskać skradziony przedmiot, a ponadto definitywnie unieszkodliwić niemilca, zanim ten uzyska totalną kontrolę nad potęgą magicznego dzbana. W tym celu angażuje swoich zaufanych ludzi, na czele z dowodzącym armią generałem Ramesu, prywatnie synem Ramzesa II. Znacznie większym zagrożeniem dla planów głównego złego okaże się jednak młodszy z królewskich potomków – Setna. Ów książę egzystuje wpierw jakby z boku i zarazem bardzo blisko zaistniałych kłopotów, co koniec końców angażuje go w aferę pełną parą. Na takim oto tle Christian Jacq wyraziście nakreśla wątek braterskiej rywalizacji. Ramesu to stuprocentowy wojownik, a także ambitny i pewny siebie człowiek, który nie lubi sprzeciwu. Skromny Setna jawi się natomiast jako przeciwieństwo starszego brata, nad żołnierską karierę przedkładając pracę skryby oraz kapłańską służbę w świątyni Ptaha. Pomimo tego generał obawia się niekiedy o własną pozycję, zwłaszcza że niezwykle inteligentny Setna świetnie radzi sobie z kierowaniem oddziałem podczas pewnego starcia w Nubii. I owszem, spokojny kapłan stanie się dla niego ostrą konkurencją, tyle że w sprawach sercowych. Obaj obdarzają uczuciem kobietę o imieniu Sekhet, której nie brak urody ani mądrej głowy. Jak to nierzadko bywa w sytuacjach z jedną dziewczyną adorowaną przez dwóch facetów, ktoś dostanie kosza, nie wykazując skłonności ku pogodzeniu się z takim stanem rzeczy. A skoro Sekhet nie kręcą panowie w mundurach, łatwo przewidzieć jej wybór, tym bardziej że mamy do czynienia z uzdrowicielką i kapłanką ze świątyni bogini Sechmet. Co więcej, autor wplata tutaj czytelną, acz zgrabną symbolikę, gdyż w mitologii egipskiej Ptah był mężem Sechmet. „Przeklęty grobowiec” odznacza się lekkim i zwięzłym stylem, a także żwawym przebiegiem akcji. Wprawdzie nie uświadczymy rozbudowanych portretów psychologicznych, lecz francuski pisarz zdołał nadać bohaterom odpowiednią ilość ikry, by zapadli czytelnikom w pamięć. Prócz wcześniej wymienianych postaci, warto wyróżnić dla przykładu Starego, który pełni funkcje administratora w posiadłości ojca Sekhet – Keku. Ów jegomość, zgodnie ze swoim przydomkiem, ma wiele lat na karku, ale dobrze się konserwuje winkiem. Niemniej błędem byłoby nazwać go podrzędnym pijaczkiem, bo zaprzyjaźniony z dziewczyną starzec wzorowo wywiązuje się ze swoich obowiązków w pracy. Ciekawie wypadają też sam Keku oraz przyjaciel Setny – Ched Wybawca, który wraz ze swoją niewielką drużyną prowadzi tajne dochodzenie na zlecenie faraona. Co istotne, fantastyczny aspekt utworu wykracza poza gdybanie o potencjalnych możliwościach złego czarownika czy motyw kochanków, których spowija nimb mistycyzmu i ciągnie ku sobie domniemane boskie przeznaczenie. Christian Jacq odmalowuje przed odbiorcami wizję świata, gdzie zjawiska nadprzyrodzone są poniekąd zwyczajnym elementem codzienności. Ludzie, włącznie z władcą, zdają sobie sprawę z obecności sfery nadnaturalnej, lecz świadomość ta nie zamyka się na odprawianiu modłów, składaniu ofiar itp. Powieść nie stroni od namacalnych dowodów bytności bogów i złych duchów, a niektórzy bohaterowie rzeczywiście znają się na magii, robiąc z niej mniej bądź bardziej chwalebny użytek. Jednocześnie takie poprowadzenie fabuły nie działa na szkodę historyczno-edukacyjnych walorów książki. Czytając opisy starożytnych praktyk lub informacje dotyczące np. dróg w mieście Pi-Ramzes, łatwo wyczuć erudycję autora, który jest też profesjonalnym egiptologiem. Trzeba przy tym dodać, że jego literacki dorobek obejmuje nie tylko beletrystykę, ale i stricte popularnonaukowe pozycje. „Przeklęty grobowiec” nie jest wymagającą lekturą, a spędzony przy książce czas mija jak z bicza strzelił. Po części wpływa na to fakt, iż nie zalicza się do opasłych tomiszczy. Jednakże większy w tym udział ma interesująca fabuła, wespół ze zgrabnym i prostym językiem. Do tego osadzenie akcji w starożytnym Egipcie pozwoliło wpleść autorowi różne ciekawostki, co należy uznać za kolejny plus. Mówiąc najogólniej, pierwsze spotkanie ze „Śledztwami księcia Setny” zachęciło mnie do kontynuowania przygody z cyklem. ------------------------------------------------------------------- Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym. ------------------------------------------------------------------- Tytuł polski: Przeklęty grobowiec Tytuł oryginalny: La tombe Maudite (Les enquêtes de Setna, tome 1) Cykl: Śledztwa księcia Setny, tom 1 Autor: Christian Jacq Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
  15. @Knight Martius, również dziękuję.