Skocz do zawartości

bartez13

Forumowicze
  • Zawartość

    141
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

136 Znakomita

O bartez13

  • Ranga
    Krasnolud
  • Urodziny 13.03.1990

Sposób kontaktu

  • AIM
    numer gg 10444845
  • Strona WWW
    http://www.filmweb.pl/user/bartez13_17
  • ICQ
    0

Informacje profilowe

  • Płeć
    mężczyzna
  • Skąd
    Puck
  • Zainteresowania
    Gry komputerowe, Chemia - szeroko pojęta, kinematografia

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Saga "Icewind Dale", "Wrota Baldura 2: Cienie Amn" wraz z dodatkiem: "Tron Bhaala" oraz "Remember Me". Poza tym uwielbiam serie: "Tomb Raider", "Prince of Persia", "Splinter Cell", "Resident Evil", "Lost Planet" i "Divine Divinity". Podoba mi się jeszcze cała masa innych gier, jednak te należą do moich ulubionych :-)
  • Ulubiony gatunek gier
    RPG
  1. Ostatnio można zauważyć we współczesnej kinematografii przybierającą na sile modę, polegającą na ekranizowaniu kolejnych powieści młodzieżowych. Producenci filmowi biorą na warsztat przeróżne książki od szerokiego spektrum autorów, chociaż bez większego problemu można dostrzec rosnącą popularność opowiadań z gatunku science ? fiction oraz romansów przemieszanych z elementami horroru lub fantastyki. Pojawienie się na rynku tak ogromnej ilości zróżnicowanych tematycznie powieści zwróciło uwagę nastolatków, dając im możliwość znalezienia odpowiedniego dla nich tytułu, spełniającego wszystkie ich wymagania. Zaowocowało to powstaniem fanklubów określonych książek i ich autorów, a to z kolei przyciągnęło uwagę producentów oraz twórców filmowych ? czego następstwem są nieprzerwanie wchodzące do kin ekranizacje kolejnych utworów literackich dla młodzieży. J.K. Rowling Pierwszym, tak odważnym projektem zekranizowania zbijającej rekordy popularności powieści, była książka Joanne Kathleen Rowling pod tytułem ?Harry Potter i Kamień Filozoficzny?. Spory siedmioksiąg przedstawiający historię zwykłego chłopca z problemami, którego los nagle się odmienia ? protagonista trafia do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie ? podbiła serce niejednego czytelnika. Napisana prostym językiem i z ogromną pasją powieść o dojrzewającym nastolatku, ukazująca jego codzienne życie oraz troski, zdobywanie przyjaciół czy pierwszą miłość, musiała okazać się sporym sukcesem ? bohater dojrzewał wraz z widzem, dlatego każdy nastolatek mógł się z nim utożsamić. Podobnie jest w przypadku filmów. Reżyserowie oraz scenarzyści doskonale potrafili uchwycić magię powieści. Serię J. K. Rowling zekranizowano z ogromnym rozmachem. Nad każdą częścią pracował tabun filmowców, natomiast autorka służyła pomocą przy doborze aktorów oraz kręceniu niektórych scen. Filmy ? podobnie jak powieść ? z każdą kolejną częścią robiły się bardziej dojrzałe i poruszały coraz to poważniejsze tematy. Można nawet powiedzieć, że widzowie dorastali wraz z tytułowym bohaterem, Harrym Potterem, i odgrywającym tego protagonistę Danielem Radcliffem. Dzięki ogromnemu wysiłkowi udało się zekranizować całą sagę, która przyniosła niebywale wysoki dochód ? jednak czy była to magia książki, czy zasługa twórców filmów? Dla wielu literatura młodzieżowa to już nie tylko książki a styl życia. Tym samym ogólny trend na przenoszenie książek na srebrny ekran możemy przypisać powieści J.K. Rowling. Po sukcesie młodego czarodzieja przyszła kolej na następne powieści. Producenci postanowili przenieść na srebrny ekran leciwe ?Opowieści z Narnii? autorstwa Clive?a Staplesa Lewisa, które pomimo ogromnego potencjału ? powieść reprezentowała poziom znacznie wyższy niż ?Harry Potter? oraz zagłębiała czytelników w świat nieporównanie bogatszy i ciekawszy ? cieszyła się znacznie mniejszym zainteresowaniem. Pełna najróżniejszych emocji oraz alegorii nie doczekała się jednak zekranizowania wszystkich siedmiu ksiąg. Saga została przeniesiona do części trzeciej, po czym słuch zaginął o kolejnych projektach ? które niewątpliwie były w planach. Filmowe ?Opowieści z Narnii?, mimo że nie ustępowały ?Harry?emu Potterowi?, znalazły się w jego cieniu ? być może ze względu na zbytnią baśniowość oraz zupełnie inne oczekiwania współczesnych kinomanów. Kadr z filmu ?Harry Potter? Swoich ekranizacji doczekały się również ?Eragon? czy saga o Percym Jacksonie. Niestety oba filmy okazały się po prostu niewypałami. Fani oczekiwali porywających produkcji na miarę ?Harry?ego Pottera?, a otrzymali zwykłe kino przygodowe, w dużym stopniu niezgodne z papierowym oryginałem. Filmowego ?Eragona? praktycznie trudno powiązać z książką, bo oprócz tytułu niełatwo znaleźć jeszcze jakieś większe podobieństwa. Z kolei ekranizacje dwóch pierwszych przygód Percy?ego Jacksona w równym stopniu odbiegają od powieści, która została stworzona z myślą o młodszych czytelnikach. Tutaj na siłę próbowano udoskonalić książkę poprzez postarzenie bohaterów oraz wprowadzenie wątków miłosnych. Obie powieści są przykładem na to, że dobra książka nie wystarczy ? potrzeba jeszcze sprawnych twórców znających się na swoim fachu i większej rzetelności, bowiem żerowanie na popularności dzieła i rzucenie fanom byle jakiego ochłapu opatrzonego odpowiednim tytułem może skończyć się boleśnie dla producentów, jednak nie na tyle, aby nie zwróciły im się koszty produkcji zaprezentowanego ludziom badziewia. Główny bohater filmu ?Eragon? Następnym etapem w zapoczątkowanym procesie ekranizacji książek dla młodzieży było dzieło Suzanne Collins pod tytułem ?Igrzyska śmierci?. Głośna i kontrowersyjna powieść, chwalona zarówno przez fanów jak i krytyków ? książka dostała rekomendację od wybitnego amerykańskiego autora powieści grozy Stephena Kinga ? zszokowała wielu czytelników na całym świecie. Trylogia Suzanne Collins była czymś zupełnie nowym. Większość pojawiających się ekranizacji dotyczyła do tej pory książek w klimatach fantasy oraz przygody. Tym razem mieliśmy do czynienia z surowym dramatem poruszającym ciężkie tematy, ukazującym zdemoralizowany oraz dystopijny świat przypominający ustrój totalitarny. Razem z główną bohaterką byliśmy świadkami różnych okropieństw, razem z nią czuliśmy strach o swoje życie. Suzanne Collins sprawnie wplotła do powieści o poświęceniu i dojrzewaniu wątki polityczne, tworząc historię o bardzo emocjonalnym wydźwięku, która została już zekranizowana niemal w całości ? okazując się kolejnym filmowym hitem. Widzowie pokochali Katniss Everdeen, co było zasługują świetnie wykonanej roboty ? twórcy przyłożyli się w równym stopniu do oddania klimatu powieści, co autorzy filmowego ?Harry?ego Pottera?. Percy Jackson Na fali popularności ?Igrzysk śmierci? producenci filmowi zabrali się za ekranizacje kolejnych powieści o podobnej tematyce. Za przykłady można podać serię Veroniki Roth ? czyli ?Niezgodną? oraz cykl powieściowy Jamesa Dashnera ? ?Więzień labiryntu?. Obie powieści w wielu aspektach są podobne do wspomnianego w poprzednim akapicie przeboju. Każda przedstawia walkę grupki nastolatków z niesprawiedliwością, pewnego rodzaju bunt; jak również zawierają elementy science-fiction. Obydwie książki również doczekały się nie mniej udanych ekranizacji i uzyskały sporą popularność ? mało tego, jest duże prawdopodobieństwo, że na srebrny ekran zostaną przeniesione wszystkie części, a nie tylko pierwsza odsłona. Okazało się, że historie o zabarwieniu sci?fi, przedstawiające zmagania grupki nastoletnich bohaterów, to murowani kandydaci na przepis na sukces dla producentów filmowych, ponieważ wśród dorastającego społeczeństwa owe powieści rozchodzą się jak ciepłe bułeczki ? innymi słowy, jest na nie zapotrzebowanie. Kadr z ?Kosogłosa. Część 1? Mówiąc o ekranizacjach dla młodzieży należy wspomnieć o powieściach romansowych. Tutaj zdecydowanie najlepiej wypada dzieło Cassandry Clare ? cykl powieściowy ?Dary Anioła?, który może nie jest typowym romansem, jednak przedstawiona miłość pomiędzy głównymi bohaterami jest jednym z najważniejszych wątków utworu. Książka to standardowa powieść fantastyczna z elementami dark-fantasy, której ekranizacja ? dzięki niezłemu humorowi oraz dwójce czołowych protagonistów ? zyskała całkiem spore grono fanów i z pewnością też doczeka się kolejnych części na srebrnym ekranie. Następnym, nie mniej udanym utworem, będącym rasowym romansem, jest powieść Gayle Forman pod tytułem ?Jeśli zostanę?, której niewątpliwe należy się chwila uwagi. Książka ukazuje otaczający nas świat oczami młodej nastolatki Mii Hall, która boryka się z typowymi w okresie dojrzewania problemami. Jednak co w tym takiego nadzwyczajnego, że warto się nad tym rozwodzić? Dobre pytanie ? i już śpieszę z odpowiedzią. Gayle Forman miała na powieść naprawdę nowatorski pomysł ? mianowicie, niemal na początku jej dzieła główna bohaterka wraz ze swoją rodziną ulega wypadkowi samochodowemu i w ciężkim stanie trafia do szpitala. Zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią, znajdująca się poza ciałem w niewidzialnej dla nikogo postaci Mia Hall przygląda się następującym po sobie zdarzeniom, nie mogąc w żaden sposób wpłynąć na ich przebieg, jednakże decyduje się nie poddawać i walczyć o życie swoje oraz najbliższych jej osób. Poprowadzona z ogromnym wyczuciem historia skromnej i skrytej dziewczyny potrafiła chwycić za serce, tak samo jak jej ekranizacja wyreżyserowana R. J. Cutlera pod nieco mylnym i spłycającym ogólny wydźwięk powieści tytule ?Zostań, jeśli kochasz?. Produkcja opowiadająca o niczym innym, jak o samym życiu, jego różnych obliczach oraz nieobliczalności, ukazana w interesującej konwencji (spora część filmu to retrospekcje głównej bohaterki) trafiła do serc młodszej widowni, spełniając rolę pouczającego wykładu na temat wartości rodziny, przyjaciół, miłości czy wspomnianego wcześniej życia. Niestety powyższe utwory literackie to jedynie wyjątki od reguły, ponieważ takie hity jak ?Zmierzch? lub ?Piękne istoty? ? to słabe stylistycznie książki, w których brak ciekawie zbudowanego świata oraz bohaterów czy spójnej i rozbudowanej fabuły. Wystarczyło zastosować motyw miłości jako zakazanego owocu, połączyć tym uczuciem dwie pochodzące ze skrajnie różnych światów osoby ? na wzór ?Romea i Julii? ? oraz przyprawić całość sosem fantasy i liczyć na odzew spragnionych nowości oraz rzekomej kontrowersji nastolatków. Nie trzeba było długo czekać, wspomniane dwie serie oraz ich ekranizacje zdobyły niebywałą popularność, przynosząc ogromne zyski. Powodu takiego stanu rzeczy należy upatrywać w poruszonej przez filmy tematyce. Miłość od zawsze była chwytliwym tematem, a szczególnie interesująca wydaje się w okresie dojrzewania, kiedy to wszyscy jej poszukają czy aktualnie przeżywają. Nic w tym więc dziwnego, że motyw zakazanego owocu oraz buntu przeciwko światu w imię miłości przyciąga młodzież przed srebrny ekran, bez względu na jakość wykonania samej produkcji czy ubogość treści. Kadr z ?Niezgodnej? Po przeczytaniu powyższego, możemy sobie zadać następujące pytanie: Czy wzmożone przenoszenie w dzisiejszych czasach na srebrny ekran powieści dla młodzieży to nowy trend, a może jedynie chwilowy zachwyt? Patrząc na liczbę zaplanowanych ekranizacji można śmiało powiedzieć, że mamy do czynienia z nową modą, a może nawet gatunkiem filmowym ? takie przedsięwzięcie to kopalnia złota, bo ? jak możecie się zorientować po lekturze powyższego artykułu ? zasadniczo nieważny jest poziom, jaki reprezentuje sobą książka, lecz chwytliwy temat oraz przedstawiony w niej świat. Ponadto nieistotna w niektórych wypadkach jest także jakość samego filmu, ponieważ odpowiednia reklama i popularność powieści i tak pozwolą zarobić twórcom krocie ? mimo że obraz zostanie zmiażdżony przez krytyków oraz znienawidzony przez widzów. Czy to upadek kinematografii? Nie sądzę, bo jeśli na ekrany kin będą trafiać takie filmy jak ?Igrzyska śmierci? czy ?Harry Potter?, to nie powinniśmy narzekać ? gdyż nie tylko w odpowiedni sposób kształtują poglądy młodego kinomana, skłaniając do wyciągnięcia odpowiednich wniosków oraz refleksji, lecz również mogą przypaść do gustu i bawić starszych kinomanów. Podsumowując, ekranizacje powieści młodzieżowych to dochodowy biznes, z którego raz otrzymujemy całkiem ambitne projekty godne obejrzenia, a innymi razy słabe przeciętniaki i tandety ? wszystko zależy od determinacji i ambicji producentów oraz twórców filmowych. Medaliony łączące logotypy z najsławniejszych pozycji dla młodzieży sprzedają się w Stanach jak świeże bułeczki!
  2. Nowy film Roba Marshalla to pierwszorzędny musical przeznaczony dla ściśle określonego grona odbiorców. Pomimo faktu, że produkcja sygnowana jest marką Disney?a, w niczym nie przypomina charakterystycznych dla powyższej wytwórni obrazów. "Tajemnice lasu" to mroczna opowiastka z niegłupią wymową, skierowana w szczególności do fanów musicali, jak również osób przekładających treść ponad formę. "Tajemnice lasu" mogą się poszczycić wyjątkową i niezwykle oryginalną historią. Film jest ekranizacją sztuki teatralnej będącej wynikiem współpracy Stephena Sondheima oraz Jamesa Lapine, pod tym samym tytułem. Połączenie sił powyższych panów zaowocowało powstaniem zaskakującej i przewrotnej opowieści, z pouczającym wydźwiękiem. Historia koncentruje się na przedstawieniu losów znanych ze stronic baśni braci Grimm postaci, czyli: Kopciuszka, Jasia (chłopca od magicznej fasoli i olbrzymów), Czerwonego Kapturka czy też Roszpunki. Element innowacyjności "Tajemnic lasu" polega na zręcznym doborze wzajemnie uzupełniających się baśni oraz spięciu ich w spójną całość za pomocą klamry w postaci wymyślonej specjalnie na potrzeby filmu opowieści o bezdzietnym piekarzu i jego żonie. Początkowo obserwujemy wydarzenia z perspektywy bohaterów poszczególnych opowiadań; poznajemy ich marzenia, problemy oraz osobowość. Jednakże, w miarę rozwoju akcji, niepowiązane ze sobą historie zaczynają się wzajemnie przeplatać, a efekty ich oddziaływania są trudne do przewidzenia ? w tym tkwi największa moc produkcji. Scenarzyści przeskakują po dziejących się wydarzeniach; raz śledzimy historię Kopciuszka, innym razem koncentrujemy uwagę na rodzinie piekarza, by następnie przejść do Czerwonego Kapturka. Dzięki takiemu zabiegowi produkcja absorbuję uwagę i jest niezwykle zróżnicowana. Ponadto należy dodać, że linia fabularna "Tajemnic lasu" została podzielona na dwie wyraźne części. Pierwsza z nich przedstawia dążenia bohaterów do realizacji swoich marzeń oraz ich końcowy sukces osiągnięty w tym celu. Fragment ten to standardowa bajka, w której spełniają się sny, natomiast początkowe problemy, przy odrobinie samozaparcia oraz wytrwałości, okazują się nie tak trudne do rozwiązania, jak na pierwszy rzut oka można było się spodziewać. Z kolei część druga jest już znacznie mroczniejsza. Opada zasłona baśniowości, kryjąca za sobą brutalny, a także "prawdziwy" świat; rzeczywistość, w której nie ma miejsca na marzenia, gdzie każda decyzja wiąże się z konsekwencjami, natomiast nasza wyśniona w snach przyszłość okazuje się nie tym, na co liczyliśmy. Oba fragmenty tworzą wyraźny oraz sugestywny kontrast. Dodatkowo warto wspomnieć, że przez cały film jesteśmy prowadzeni za rączkę przez narratora, który co jakiś czas włącza się do opowieści, wprowadzając nas w poszczególną sytuację lub dopowiadając niektóre fakty. Ponadto cechuje się bardzo specyficznym poczuciem humoru i nie stroni od ironii, często nie szczędząc bohaterom kąśliwych uwag na temat ich postępowania. Jak na dobry musical przystało, nie zabrakło tutaj pouczającej wymowy. Twórcy obrazu "Tajemnice lasu" uderzają w wartość marzeń. Starają się powiedzieć, że ich urzeczywistnianie wcale nie musi być źródłem szczęścia, tylko kłopotów i zmartwień. Na przykładzie protagonistów produkcji możemy zaobserwować, że mimo iż wszystkim ziściły się sny, postacie i tak były nieszczęśliwe. Dla jednych spełnione marzenia okazały się nie tym, czym oczekiwali, drugim przysporzyły kłopotów, a jeszcze inni stali się przez nie bardziej pazerni ? ich wymagania ciągłe rosły, oczekiwali i pragnęli coraz więcej. Ponadto twórcy uświadamiają nas, że wszystko ma swoją cenę ? związaną z wyrzeczeniami oraz poświęceniem - a dokonywane przez nas wybory bezsprzecznie wiążą się z konsekwencjami, którym wcześniej lub później będzie trzeba stawić czoła. Wymowa filmu jest wyraźna: marzenia szczęścia nie dają i przeważnie lepiej sprawdzają się jako sny niż zmaterializowane pragnienia. Poza tym często ślepo do nich dążąc, tracimy najbliższych przyjaciół, a nawet rodzinę, bądź też porzucamy ważne dla nas wartości i idee; po prostu zatracamy się, stajemy innymi ludźmi. Nie mniej interesujący wydaje się motyw winy i kary. Gdy rzekomo szczęśliwe życie bohaterów zaczyna się zmieniać w piekło, ci koniecznie szukają winowajcy, nie mogąc pogodzić się z faktem, że każdy z nich przyczynił się do dramatycznej sytuacji, w której się znaleźli. Gorzki morał płynący z dzieła Roba Marshalla, jak również przewrotne zakończenie to absolutnie najlepsze aspekty całej produkcji. Dodatkowo przyglądając się bliżej poszczególnym postaciom, głębiej analizując ich osobowość oraz postępowanie, jesteśmy w stanie wyciągnąć kolejne pouczające wnioski i refleksje na temat życia ? między inny następujący: Nie możemy czekać z dokonaniem wyboru, zrzucić całą odpowiedzialność na kogoś postronnego, oczekując korzystnego obrotu spraw. Życiowe decyzje musimy dokonać sami, a następnie zmierzyć się z ich konsekwencjami. Mnogość wzajemnie przeplatających się wątków powinna zadowolić nawet najbardziej wybrednych kinomanów. Niestety film ma też swoje wady, do których w szczególności należy zaliczyć kilka niepotrzebnych dłużyzn. Niektóre sceny są zbytnio rozdmuchane, do bólu przeciągnięte, co definitywnie wpływa na niekorzyść produkcji. Mało w nich treści, za dużo teatralności ? to taka sztuki dla sztuki. Jeśli nie jesteście fanami musicali, możecie poczuć się seansem wycieńczeni (projekcja trwa bite dwie godziny, podczas których rymowankom i śpiewom nie ma końca). Niestety takim postępowaniem twórcy, zamiast zaintrygować oraz pozyskać uwagę przeciętnego widza, nadmiarem niepotrzebnych scen z punktu widzenia opowiadanej przez nich historii, nużą go i zniechęcają do dalszego śledzenia niezaprzeczalnie pomysłowej i niezmiernie udanej opowieści . Szczęśliwie takich fragmentów jest niewiele i można na nie przymknąć oko. Przeogromną zaletą obrazu jest znakomite aktorstwo. Prym w tej dziedzinie wiedzie Meryl Streep, która gra po prostu całą sobą; mimiką, gestem, słowem. Wykreowana przez nią czarownica to zdecydowanie najlepsza postać z całego filmu. Owiana nutką tajemnicy oraz spowita mroczną aurą potrafi być zarówno nieobliczalna czy niebezpieczna, jak również humorzasta bądź nawet troskliwa. To niejednoznaczna postać, ciężko doświadczona przez los, której motywy postępowania posiadają drugie dno; nie są tak proste, jak mogłoby się na początku wydawać. Pozostali bohaterowie są mniej interesujący niż Czarownica, jednak nie można im odmówić polotu. Na wyróżnienie zasługuje niezdecydowany Kopciuszek czy intrygujący Wilk. Anna Kendrick ponownie udowadnia, że jest uzdolnioną wokalnie aktorką. Wcześniej mogliśmy ją podziwiać w "Pitch Perfect", jednakże w roli Kopciuszka rozwinęła skrzydła ? wyciągnęła z postaci cały drzemiący w niej potencjał, dając od siebie 101%. Z kolei Johnny Depp występujący w produkcji jako Wilk, nawet goszcząc na srebrnym ekranie przez kilka minut, potrafił skraść widzom serca. Wszyscy aktorzy wypadli przyzwoicie ? ich wokalne popisy były przyjemne dla ucha, natomiast wykreowane postaci wzbudzały skrajne emocje i uczucia. Warto również wspomnieć o pięknej scenografii. Panująca w filmie atmosfera, dzięki przeważnie mrocznej stylistyce przywodzącej na myśl dark fantasy, dosłownie wyjęta jest ze stronic brutalnych baśni braci Grimm. Obserwowana przez nas rzeczywistość, w której przyszło żyć bohaterom filmu, to nie baśniowa kraina pełna cudów i dobroci, lecz brudny oraz pozbawiony złudnych nadziei świat, gdzie żyje się ciężko, a nieprzemyślane działanie może być opłakane w skutkach. "Tajemnice lasu? to musical, który z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim zwolennikom kina z wyższej półki, ponieważ obraz jest połączeniem interesującej i intrygującej historii, znakomitego aktorstwa oraz ponadprzeciętnej oprawy audiowizualnej. Czego chcieć więcej? Polecam! Ocena 7+/10
  3. "50 twarzy Greya" to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier 2015 roku. Zapowiadano gorący i kontrowersyjny romans, który zszokuje, poruszy i skłoni do przemyśleń. Ekranizacja bestsellerowej powieści autorstwa E.L. James, której fenomen dosłownie obiegł cały świat, jest produkcją niezwykle specyficzną, skierowaną do określonego grona odbiorców, przez co trudno ją ocenić; podejść do niej względnie obiektywnie, nie ulegając przy tym własnym uprzedzeniom. Sama książka, będąca pierwszą częścią trylogii wspomnianej autorki, okazała się kasowym przebojem, rozchodząc się w większym nakładzie niż hit J.K. Rowling, a mowa tu oczywiście o powieści dotyczącej przygód nastoletniego czarodzieja - Harry'ego Pottera. Ponadto zdobyła rzeszę wiernych fanów, którzy z utęsknieniem czekali na ekranizację ich ulubionej lektury. Jednak jak poradziła sobie niedoświadczona reżyserka Sam Taylor-Johnson, która niewątpliwie stanęła przed trudnym dla siebie wyzwaniem? Czy sprostała wymaganiom fanów? Po odpowiedzi zapraszam do dalszej lektury. Jednym z największych mankamentów "50 twarzy Greya" jest jego fabuła. Historia potrafi zarówno zaciekawić jak i zirytować ? szczególnie na początku. Ogólnie linia fabularna dzieła Sam Taylor-Johnson została podzielona, tak jakby, na dwa segmenty; pierwszy, który dzieje się jeszcze przed odkryciem przez Anastasię Steele prawdziwej tożsamości tytułowego protagonisty, oraz drugi, gdy zauroczona jego osobowością, stara się zrozumieć i zaakceptować dziwne fantazje swojego wybranka. Tak jak już wcześniej wspominałem, początek filmu potrafi z miejsca zniechęcić do dalszego seansu. Historia rozpoczyna się niemrawo, jak typowe romansidło pozbawione ambicji. Twórcy nie mają żadnego wyczucia i grubą krechą nakreślają rodzące się uczucie pomiędzy protagonistami, które niestety wypada nad wyraz sztucznie i mało wiarygodnie. Brakuje między Greyem oraz Steele wyraźnej chemii, która pozwoliłaby uwierzyć w ich wzajemne zauroczenie. Ponadto pojawia się tutaj kilka przekomicznych scen, na widok których widz będzie mógł zareagować tylko na dwa sposoby: albo wybuchnąć salwami niezamierzonego śmiechu, albo spuścić z zażenowania głowę. Są one również potwierdzeniem tezy, że papier znosi znacznie więcej niż taśma filmowa. Denerwująca jest także zbyt nachalna symbolika oraz ogromna ilość aluzji seksualnych ? kilka to nie problem, ale po kilkunastu zaczyna się przewracać oczami. Jeśli tylko uda Wam się przetrwać pierwszy segment, notabene nudny i kiepsko zagrany, dalej będzie już tylko lepiej. Od momentu, w którym Anastasia Steele poznaje specyficzne upodobania erotyczne Greya, historia nabiera barw, szybszego tempa oraz sensu. Dochodzą nowe wątki, dzięki czemu fabuła zostaje znacznie bardziej rozbudowa i zwyczajnie ciekawsza. Oczywiście opowieść w dalszym ciągu koncentruje się prawie wyłącznie na parze Grey - Steele; ich problemach, przeszłości oraz osobowościach, zaś cała reszta stanowi zbyteczne tło. Niestety druga cześć produkcji jest zdecydowanie zbyt krótka i w momencie, w którym "50 twarzy Greya" na dobre przykuwa uwagę widzów, reżyserka wymownie zamyka swoje pierwsze kinowe dzieło wraz z drzwiami od windy, za którymi niknie twarz Anastasji. Premierze "50-ciu twarzy Greya" towarzyszył ogromny szum medialny. Na kilka dni przed wejściem filmu do polskich kin, można było wyczytać z gazet oraz Internetu wiadomość o zablokowaniu produkcji w Malezji ze względu na przedstawione w niej obrazy poniżania kobiet i seksualnego wykorzystania. Powyższa informacja tylko podgrzała atmosferę oraz wzbudziła kolejne kontrowersje. Jednakże postępowanie malezyjskich władz okazało się nieuzasadnione, ponieważ "50 twarzy Greya" jest w gruncie rzeczy filmem ugrzecznionym i politycznie poprawnym. Oczywiście poruszony w nim temat wzbudza pewne wątpliwości oraz kontrowersje ? czerpanie przyjemności z bicia innej osoby (sadomasochizm) - jednak twórcy nigdy nie przekraczają granicy dobrego smaku. Zresztą w obrazie nie ma niczego, czego byśmy już nie widzieli w innych produkcjach. Poza tym twórcy nie propagują sadomasochizmu ani upokarzania czy seksualnego wykorzystywania kobiet ? poruszony przez nich problem służy zawiązaniu fabuły. Ponadto zwracają uwagę kinomanów na kilka ciekawych kwestii. Czy istnieje granica pomiędzy sadomasochizmem a zwyczajnym znęcaniem się nad drugim człowiekiem? Jak daleko można się posunąć w celu zaspokojenia własnych żądz bądź też by być z kimś, kogo się szczerze kocha? To interesujące pytania, na które próbuje odpowiedzieć film Sam Taylor-Johnson. Szkoda tylko, że powyższe zagadnienia nie zostają w pełni wykorzystane; potraktowane są jedynie pobieżnie, bez głębszej analizy, w wyniku czego "50 twarzy Greya" okazuje się kolejną nic nie wnoszącą bajeczką dla dorosłych, a mogło być czymś więcej. W zamian widzowie dostają dużą ilość scen erotycznych, które po którymś razie zwyczajnie zaczynają nudzić ? w myśl przysłowia: "co za dużo, to niezdrowo". Poza tym są nieszczególnie pomysłowe oraz pikantne; na uwagę zasadniczo zasługuje tylko jedna, w której naprawdę czuć wylewającą się z ekranu namiętność, pozostałe, dla niektórych, będą po prostu obojętne oraz bezpłciowe. Najmocniejszym filarem produkcji jest dwójka głównych bohaterów, czyli tytułowy Christian Grey oraz Anastasia Steele. Postacie zostały świetnie zarysowane przez scenarzystów, którzy poświęcili im w filmie sporo uwagi. Powolne odkrywanie kolejnych faktów z przeszłości bohaterów, szczególnie Greya, naprawdę absorbuje i przykuwa uwagę. Wspomniany protagonista wraz z rozwojem akcji staje się coraz bardziej intrygujący i tajemniczy. Grey skrywa w sobie mroczne tajemnice, między innymi ukrywa swoją przeszłość oraz prawdziwą "osobowość", unika rozmów na swój temat, odrzuca uczucia czy też nie pozwala się dotykać. Zakłada maski, tworzy listę zasad, które mają na celu zachowanie jego tajemnic, jednak w miarę rozwoju filmu powoli się otwiera, ukazując swoje prawdziwe oblicze. Z kolei Anastasia Steele przedstawiona jest jako niewinna, obłędnie zakochana dziewczyna, która jest w stanie zgodzić się na wszystko - znosić bicie i upokorzenia - w imię miłości, której nie rozumie Grey. Wzajemna przemiana obojga bohaterów to najlepszy element filmu. To w jaki sposób na siebie wpływają, oddziałują, niewątpliwie zasługuje na uwagę, dlatego szkoda, że twórcy rozwijają ten wątek dopiero pod koniec filmu, gwałtownie go urywając, w dosłownie najciekawszym momencie. Z pewnością postacie nie są zbytecznym wypełnieniem dla kolejnych scen erotycznych, powiem więcej, zgłębianie się w osobowości obu postaci wydaje się znacznie ciekawsze i przyjemniejsze niż nadmienione wyżej fragmenty. Na uwagę zasługuje również wybijający się ponad przeciętność podkład dźwiękowy. Muzyka autorstwa Dannyego Elfmana w doskonały sposób budowała atmosferę dzieła Sam Taylor-Johnson ? niestety nie we wszystkich momentach; trafiały się sceny, które podkreślone zbyt patetyczną nutą stawały się czasem przekomiczne, co burzyło pozytywny odbiór obrazu. Mimo wszystko klimatyczne brzmienie w połączeniu z ascetycznymi zdjęciami stanowiło dobre uzupełnienie filmu. Warto też zwrócić uwagę na niezłą scenografię. Zestawienie sterylnych apartamentów, w których całe wyposażenie jest niemal pedantycznie uporządkowane, ze zwyczajnymi domostwami czy pokojem przyjemności Greya, daję naprawdę interesujący i niecodzienny kontrast. Gorzej wypadło aktorstwo, które było strasznie nierówne. Zasadniczo Jamie Dornan i Dakota Johnson grają początkowo bez polotu, mechanicznie recytując swoje role. Dopiero wraz z biegiem czasu produkcji rozwijają skrzydła, i im bliżej zakończenia, tym lepsza jest ich gra. Szkoda tylko, że pomiędzy aktorami nie ma chemii, co psuje niestety odbiór produkcji. Ogólnie rzecz biorąc było przyzwoicie, Dornan i Johnson w żaden sposób nie drażnili mnie swoim występem, powiem więcej, jeśli tylko zachowają tendencję wzrostową z filmu, w kolejnych częściach będą bardzo przekonujący. "50 twarzy Greya" to obraz z całą pewnością dedykowany fanom papierowego pierwowzoru. To oni najlepiej odnajdą się w filmowym świecie Christiana Greya i sprawiedliwie ocenią produkcję Sam Taylor-Johnson. Cała reszta kinomanów może sobie obraz zwyczajnie odpuścić, bo nie ma tutaj nic na tyle nowatorskiego czy też kontrowersyjnego, co byłoby wyznacznikiem, aby powyższe dzieło koniecznie zobaczyć. Ocena 62/100
  4. Tylko że "Uprowadzona 3" nie powiela schematu poprzedniczek - tym razem to typowe kino zemsty, brak motywu uprowadzenia - mimo to film przeciętny i warty obejrzenia jedynie z względu na Liama Rumbur jak to? Ubi - rozumiem , że chodzi Ci o Ubisoft - taki numer odwala odkąd wprowadził na rynek Assasin Creeda - tyle części a każda wałkuje to samo, na dodatek seria posiada oporowa słabą historię, którą można streścić na jednej stronie kancelaryjnej.
  5. Dziękuję - "Łowcy głów" są bardzo zaskakującym filmem, mają świetny klimat, lecz są przy tym trochę absurdalni, jeśli przymkniesz na to oko, to można się świetnie bawić. "Gra tajemnic" to naprawdę godny uwagi film, zasadniczo nie sięgam po filmy biograficzne, bo zwyczajnie mnie nudzą, jednak w tym wypadku nie wiedziałem nawet kiedy minął czas Mówi się, że produkcja jest zbyt poprawna politycznie, za mało odważna i kontrowersyjna, jednak tak jak pisałem powyżej, ciekawe problemy, nieszablonowa historia i kreacje aktorskie to dla mnie wystarczająco dużo, szczególnie, że ostatnio producenci filmowi serwują nam w kinach same banały
  6. Skandynawski reżyser Morten Tyldum nie przestaje mnie zachwycać. Zaczynał od prostych krótkometrażówek, a nieco ponad trzy lata temu dostarczył widzom pełen zwrotów akcji thriller o nieziemskim klimacie ? mowa tu o filmie "Łowcy głów". Teraz proponuje nam produkcję znacznie odbiegającą gatunkowo od jego wcześniejszego dokonania - bowiem "Gra Tajemnic" to obraz biograficzny poświęcony życiu geniusza matematycznego Alana Turinga - to charakterystyczny sposób narracji norweskiego reżysera nie uległ zmianie, i tak samo jak w przypadku jego poprzedniego dzieła, kinomani dostają możliwość obejrzenia pasjonującej opowieści, która wciągnie ich na całe dwie godziny, zapewniając intrygującą i pękającą od nadmiaru sekretów łamigłówkę do rozwiązania. Scenariusz najnowszego filmu Mortena Tylduma opiera się na powieści Andrewa Hodgesa pod tytułem "Enigma. Życie i śmierci Alana Turinga". Film wybiórczo przedstawia najważniejsze fakty z życia genialnego brytyjskiego matematyka, koncentrując się przede wszystkim na wojennym epizodzie i nieocenionym wkładzie uniwersyteckiego profesora w złamanie szyfru Enigmy. W adaptacji książki Andrewa Hodgesa twórcy dość luźno traktują niektóre fakty z życia Alana Turinga, zmieniając chronologię zdarzeń, dodając kilka zmyślonych wątków i postaci, naginając czy też przeinaczając wybrane historyczne wydarzenia. Przykładem może być zaprojektowana przez czołowego protagonistę produkcji maszyna Christopher. W filmie twórcy sugerują, że Alan Turing zbudował ją od podstaw, jednak faktycznie tylko udoskonalił wcześniej istniejącą aparaturę do łamania szyfrów. Niekiedy odstępstwa od literackiego pierwowzoru są dość znaczne, dlatego nie można produkcji traktować jako wiarygodne źródło na temat biografii Turinga, ale bynajmniej nie wpływają na wartość merytoryczną obrazu i poruszane przez nią problematyczne zagadnienia. "Gra tajemnic" odznacza się intrygującym wstępem. Mianowicie główny bohater obrazu, Alan Turing (w jego postać wciela się będący ostatnio na topie Benedict Cumberbatch) pełni w produkcji funkcję narratora, który poprzez swój krótki monolog wprowadza widzów w główną oś fabularną dzieła. Tak poprowadzony przez twórców filmu wstęp, przybiera formę przesłuchania bądź spowiedzi, podczas której dowiemy wszystkich sekretów brytyjskiego matematyka oraz kryptologa? Następnie przenosimy się do czasów przedwojennej Anglii ? jesteśmy świadkami wypowiedzenia wojny ? zaś potem poznajemy Turinga oraz jego nowe zadanie ? protagonista zostaje włączony na własną prośbę do tajnego projektu dotyczącego niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma, którego celem jest złamanie używanego przez wroga kodu i przedwczesne zakończenie konfliktu zbrojnego. Scenariusz produkcji to wielowątkowa opowieść, którą można odczytywać na kilku płaszczyznach. Pozornie produkcja opiera się na przedstawieniu prac dotyczących złamania szyfru Enigmy, jednak fabuła podszyta jest niekiedy znacznie bardziej interesującymi wątkami politycznymi, społecznymi i moralnymi. Już od samego początku zaczynają pojawiać się pierwsze sekrety, których liczba drastycznie się namnaża wraz z rozwojem akcji produkcji. Film jest solidnie rozbudowany, logiczny i przemyślany, stanowi spójną układankę ? tytułową grę sekretów. W produkcji nie brak przetasowań fabularnych, dzięki czemu obraz nie nudzi i mija szybko, mimo prawie dwugodzinnego czasu trwania. Jeśli widzowie postarają się spojrzeć nieco głębiej na film Mortena Tylduma, przedrzeć przez wysuwający się na pierwszy plan wątek niemieckiej maszyny Enigma, dostrzegą ciekawie uchwycone problemy społeczne na temat braku tolerancji wiążącej się z postrzeganym za przestępstwo homoseksualizmem czy niską pozycją kobiet w społeczeństwie. Nie mniej absorbujące są motywy polityczne oraz moralne. Czy możemy decydować kto ma żyć, a kto umrzeć? Turing łamiąc Enigmę stał się niemal Bogiem, mógł przewidzieć każdy atak, uratować tysiące istnień, jednakże nie zawsze z pozoru strategiczne i logiczne decyzje szły w parze z uczuciami oraz moralnością członków projektu. Tak spoczęła na jego barkach wielka odpowiedzialność ? w tej całej wojennej maszynie, w której był zaledwie jednym z trybików usprawniających jej pracę, musiał dokonać właściwych wyborów, zdecydować komu można zaufać oraz jak rozporządzać zdobytą, niebezpieczną wiedzą. Twórcy próbują nam również przekazać, że pomiędzy byciem bohaterem a zwykłym zbrodniarzem wojennym istnieje cienka granica, po przekroczeniu której stajemy się innym człowiekiem. Dodatkowo na przykładzie Alana Turinga przedstawiony zostaje, częsty nawet w czasach współczesnych, "problem odmienności". Jeśli różnisz się od reszty społeczeństwa, uchodzisz za dziwaka, czasem też pośmiewisko, obiekt inwektyw i przemocy. To między innymi jeden z powodów dlaczego Turing był samotnikiem, izolującym się od ludzi; nie ufał nikomu, był zamknięty na nowe znajomości. Tak więc "Gra tajemnic" opowiadana również szerzej o relacjach międzyludzkich. Ze względu na poruszane problemy, przedstawiona przez twórców biografia Turinga wzbudza silne emocje oraz kontrowersje. W sposób w jaki traktowano w pierwszej połowie XX w. homoseksualistów jest nie do opisania słowami. Wystarczy przywołać koniec produkcji; bardzo emocjonalny, przygnębiający i dołujący. Czy główny bohater naprawdę zasłużył na taki los? Między innymi dzięki niemu skrócono wojnę o dwa lata i uratowano wiele ludzkich istnień. Podjęte przez twórców tematy prowokują do myślenia, a zatem skłaniają do wyciągnięcia odpowiednich wniosków. Mogę was zapewnić, że przedstawione w filmie wydarzenia oraz poruszone problemy staną się ciekawą i inspirującą dyskusją dla wielu kinomanów, co świadczy o naprawdę dobrze wykonanej przez scenarzystów robocie - w dzisiejszych czasach zalewani jesteśmy płytkimi i nielogicznymi historyjkami, które streścić można w kilku zdaniach, szczęśliwie "Gra tajemnic" to perła w tym morzu kiczu i bezsensu, która niestety spocznie na jego dnie niezrozumiana i niedoceniona przez poszukującą rozrywki gawiedź. Siłą produkcji są świetne dialogi; inteligentne, dobrze rozpisane, pozbawione banałów. Ponadto często uzupełnione są nienachlanym, subtelnym humorem, dzięki któremu twórcy rzadko wpadają w podniosłe tony, unikając w skrajnych przypadkach sztuczności. Warto również zaznaczyć, że w filmie nie zabrakło polskiego akcentu. Bohaterowie wspominają o polskich pracach oraz udziale badaczy w rozszyfrowaniu kodu Enigmy ? trochę zaniżono zasługi naszych rodaków, jednak tylko malkontenci ocenią produkcję negatywnie przez pryzmat jednego aspektu. Plusem jest również intrygująca muzyka odpowiedzialna za rewelacyjny, specyficzny klimat filmu. Najmocniejszym filarem obrazu są wyśmienite kreacje aktorskie. Mamy tutaj do czynienia z genialnie zarysowanymi przez scenarzystów postaciami - bohaterowie z krwi i kości o zróżnicowanych poglądach, ideach oraz własnym systemie wartości. Nie są to wydmuszki, które swoją rzekomą niejednoznaczność oraz "barwność" zawdzięczają często przewidywalnym zwrotom akcji. Benedict Cumberbatch ponownie zachwycił mnie swoją grą aktorską. Dostał do odegrania bardzo skomplikowaną, pełną sprzeczności postać. Alan Turing był z jednej strony niedostępnym, konkretnym, poważnym i antyspołecznym człowiekiem, który nie potrafił wpisać się w system. Wybitnie uzdolniony, rzetelny, wytrwały i pewny swoich umiejętności. Natomiast z drugiej, pragnący akceptacji i zrozumienia, niezwykle samotny oraz poszukujący "pokrewnej duszy" człowiek, który ze względu na system musiał ukrywać w sobie wiele tajemnic, z których nikomu nie mógł się zwierzyć. Cumberbatch bez żadnych problemów odnalazł się w roli Turinga ? był przekonujący i wiarygodny. Jego gra wzbudzała emocje oraz uczucia. Warto dodać, że scenarzyści poświęcili Alanowi Turingowi sporo miejsca w produkcji, spychając na dalszy plan pozostałych bohaterów. Brytyjskiego matematyka przez większość czasu obserwujemy pracującego nad złamaniem szyfru w Bletchley, jednak dzięki sprawnie wplecionym retrospekcjom twórcom udaje się jeszcze mocniej rozbudować postać Turinga, utworzyć między nim a widzem emocjonalną więź. Cumberbatchowi dzielnie na ekranie partneruje Keira Knightley jako Joan Clarke, której relacja z głównym bohaterem produkcji jest jednym z ciekawszych wątków filmu. "Gra tajemnic" to dzieło, które po prostu trzeba zobaczyć. Jeden z tych filmów, których nie można przegapić, szczególnie ze względu na poruszone w nim problemy, jak również same wyśmienite kreacje aktorskie Keiry Knightley i Benedicta Cumberbatcha. Polecam!
  7. Skipper, Kowalski, Rico oraz Szeregowy, to imiona znane praktycznie wszystkim zwolennikom filmów animowanych. Czwórka specyficznych, drugoplanowych bohaterów dochodowej serii autorstwa koncernu Dreamworks ? a mowa tutaj oczywiście o trylogii "Madagaskar" ? zdobyła sympatię i serce niejednego widza, a ich ogromny sukces można przyrównać do fenomenu postaci Lary Croft. Świadczy o tym chociażby bijący rekordy popularności serial w całości poświęcony tym elokwentnym i wygadanym pingwinom ? swoją drogą to najlepsza propozycja relaksującej i zabawnej rozrywki dostępnej współcześnie na rynku produkcji animowanych. Nikogo nie powinna więc dziwić pozytywna decyzja twórców odnośnie próby przeniesienia na srebrny ekran perypetii naszych uroczych zwierzęcych ulubieńców. Jednak półtoragodzinna, pełnometrażowa produkcja to nie to samo co 30-minutowe epizody. Czy twórcom udało się zachować specyficzny humor i świetną narrację serialu? A może dzieło podzieliło losy wielu innych nieudanych ekranizacji i było dłużącym się w nieskończoność odcinkiem pozbawionym pazura oraz własnego charakteru? Po odpowiedzi zapraszam do lektury poniższej recenzji. Historia spin-offu "Madagaskaru" koncentruje niemal w całości na Szeregowym - najbardziej niepozornym członku załogi pewnych siebie pingwinów. Autorzy poświęcają mu sporo uwagi, odstawiając trochę na bok pozostałych czołowych protagonistów. To właśnie postać Szeregowego służy zawiązaniu fabuły, która jest mieszanką wręcz absurdalnych niekiedy pomysłów. Wracając jednak do samej historii? Produkcja zaczyna się od uratowania przez Rico, Skippera oraz Kowalskiego pingwiniego jajka, z którego wykluwa się Szeregowy. Wzruszeni przyjaciele postanawiają zaopiekować się małym kolegą, szczególnie ze względu na fakt, że po brzemiennej w skutkach akcji oddalili się od swoich pobratymców i zostali skazani na siebie samych. Następnie historia biegnie do przodu o całą dekadę i na srebrnym ekranie obserwujemy ucieczkę pingwinów z cyrku (wydarzenia mają miejsce bezpośrednio po zakończeniu trzeciej części "Madagaskaru"). Dodatkowo dowiadujemy się, że Szeregowy ma urodziny, a oddana ekipa postanawia podarować mu szczególny prezent. Jednakże ten miły gest ze strony pingwinów dla ich najmłodszego przyjaciela doprowadzi do serii nieoczekiwanych zdarzeń i zafunduje im szaloną przygodę po różnych zakamarkach świata. Scenariusz produkcji to solidna robota, mimo że film zbudowany jest ze schematów dobrze znanych zwolennikom kina familijnego ? motyw zemsty i dojrzewania nikomu nie powinny być już obce. Ponadto z pewnością większość widzów przewidzi bez żadnych problemów samą końcówkę obrazu, jednak drogę do niej prowadzącej już niekoniecznie. Twórcy umiejętnie łączą ze sobą schematy, czerpią garściami z serialu oraz trylogii "Madagaskar", za wszelką cenę starając się przenieść do nowego dzieła klimat oraz atmosferę swoich poprzednich produkcji, co udaje im się w stu procentach. Sądzę nawet, że "Pingwiny z Madagaskaru" są znacznie zabawniejsze niż pierwsze dwie odsłony "Madagaskaru", gdzie zastosowany humor nie zawsze powodował salwy śmiechu, częściej natomiast opuszczanie głowy z zażenowaniem. Większość pomysłów inscenizacyjnych twórców jest naprawdę godna uwagi i niezwykle oryginalna, mimo że bardzo często balansują na granicy kiczu. Absurdalność bije ze srebrnego ekranu z niemal każdej sceny, jednak w parze z nią idzie ogromna doza humoru oraz ironii. Twórcy wiedzieli co robią, dzięki odpowiednio dobranym zabiegom i środkom stworzyli interesującą oraz zabawną historię, którą śledzi się z dużą przyjemnością. Niezaprzeczalnym atutem produkcji jest przemyślany i inteligentny humor. Pingwiny podobnie jak w serialu sypią na prawo i lewo sarkazmami zaś dialogi z ich udziałem pełne są przezabawnych spostrzeżeń na temat otaczającego ich świata i sytuacji, w których się znajdują. Twórcy umiejętnie prześmiewają się w swoim obrazie ze stereotypów, wyolbrzymiają niektóre zachowanie bohaterów, jak również kreują niezwykle karykaturalnego antagonistę, będącego prawdziwą wisienką na torcie. Ponadto przeplatają ze sobą powagę z komizmem uzyskując czasem naprawdę powalające efekty. Za przykład może posłużyć fragment, w którym chwila delektowania się sukcesem przez brygadę North Wind po zniszczeniu łodzi podwodnej Dave?a ? zobrazowana dosłownie w hollywoodzkim stylu ? zostaje gwałtownie przerwana przez nadjeżdżającą furgonetkę ? mistrzostwo. Nie brakuje również nawiązań do trylogii "Madagaskar". Uważni fani bez problemu wynotują puszczane przez producentów w ich stronę oczka, które stanowią kolejny smaczek obrazu. W niektórych scenach twórcy dosłownie zasypują nas gradem mniej lub bardziej udanych gagów i żarcików, które spełniają swoją rolę, dostarczając nam wielu okazji do śmiechu. Bardzo często mamy do czynienia z połączeniem komizmu sytuacyjnego, postaci oraz językowego. Cięte dialogi pełne kąśliwych uwag, zestawienie dwóch zwierzęcych ekip, gdzie każdy z członków jest osobliwym indywiduum, u którego twórcy uwypuklają odpowiednie cechy charakteru, oraz umiejętna gra słowna, to tylko nieliczne elementy budujące niezwykle humorystyczną otoczkę produkcji. Pomimo ogromnej dozy humoru, film posiada też przekaz. Twórcy poruszają w swoim dziele problem dorastania do podejmowania odpowiedzialnych decyzji oraz samodzielnego życia, czego przykładem jest Szeregowy, który przez całą produkcję próbuje udowodnić swoją wartość pobratymcom oraz zyskać w ich oczach szacunek i uznanie. Warto też przyjrzeć się bliżej Dave?owi, który nie jest klasycznym czarnym charakterem ? jego pragnienie zemsty wzięło się z braku zrozumienia i uwagi ze strony otaczających go osób. Został wyalienowany przez społeczeństwo, które po prostu potraktowało go jak zabawkę i odrzuciło w kąt, gdy w Zoo pojawiły się bardziej urokliwe pingwiny. W historii Dave?a kryje się wyraźna krytyka zachowań ludzkich i sugestia, iż miarą popularności jest ładna aparycja. "Pingwiny z Madagaskaru" nie zawodzą także od strony audiowizualnej. Komu podobała się oprawa graficzna "Madagaskaru" nie powinien być rozczarowany. Animacja jest kolorowa, przyjemna dla oka, zaś miejsce akcji zmienia się średnio co piętnaście minut, zapewniając widzom multum ciekawych i bajecznie zaprojektowanych lokacji do zwiedzenia wraz z czwórką osobliwych bohaterów. Na plus należy odnotować wykonanych z pomysłem protagonistów, ze szczególnym uwzględnieniem komicznie złego Dave?a. A skoro już o nich mowa? Aktorzy podkładający głosy wykonali kawał dobrej roboty. O odtwórcach pingwinów powiem tylko tyle, że wypadli rewelacyjnie. Stworzyli charakterystycznych bohaterów, których nie sposób nie polubić. Jednakże John Malkovich i Benedict Cumberbatch zupełnie mnie zaskoczyli. Pokazali takie aktorskie oblicze o jakie w życiu bym ich nie podejrzewał ? to po prostu trzeba zobaczyć. Ponadto to bardzo dobra gra aktorska wpływa na naprawdę humorystyczny klimat produkcji ? bez niego film nie byłby nawet w połowie tak zabawny. "Pingwiny z Madagaskaru" to przyjemna i relaksująca produkcja, przy której trudno zachować powagę. Jeden z tych filmów, w trakcie których zapominamy o troskach czy kłopotach życia codziennego oraz z uśmiechem na twarzy obserwujemy perypetie Skippera, Kowalskiego, Rico i Szeregowego. Poza tym to idealna propozycja na wspólny rodzinny wypad do kina, bowiem rozbawi zarówno starszych jak i młodszych kinomanów, z których Ci drudzy wyciągną dodatkowo pouczające wnioski. Czego chcieć więcej? Polecam!
  8. bartez13

    Wpis roku 2014 - nominacje!

    To ja również dodam coś od siebie "Personal Jesus" - jedna z najlepszych moich prac
  9. Widzowie wybierający się do kina na "Exodus: Bogowie i królowie" w celu obejrzenia filmu dokumentalnego przedstawiającego historię jednej z największych biblijnych postaci, a mowa tu o izraelskim przywódcy Mojżeszu, mogą ponownie przejrzeć styczniowy repertuar w poszukiwaniu innego obrazu. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta? Nowa produkcja Ridley?a Scotta to nic innego jak kolejny film przygodowy, czyste kino rozrywkowe z Bogiem w tle. Reżyser odmiennie od Darrena Aronofsky?ego ? którego wizja biblijnego potopu oraz postaci Noe?ego, mimo że niewiele miała wspólnego z tą znaną wszystkim ze Starego Testamentu i mogła wzbudzać kontrowersje, była na swój sposób oryginalna i kryła w sobie ogromny potencjał ? nie stara się analizować materiału źródłowego, zagłębić się w tę niejednokrotnie alegoryczną i metaforyczną historię. Zamiast tego serwuje prostą bajeczkę dla niewymagających, z widowiskowymi scenami oraz ładnymi dla oka efektami specjalnymi. Zaprezentowana przez scenarzystów historia to umiarkowanie wciągająca opowieść. Jednakże dzięki Ridley?owi Scottowi, który z dużym wyczuciem prowadzi widzów przez swoją wizję wyzwolenia narodu izraelskiego spod jarzma Egipcjan, film śledzi się z dużą przyjemnością, natomiast o przestojach i nudzie można po prostu zapomnieć. Wspomniany reżyser postawił sobie prosty cel do osiągnięcia, zadanie, które konsekwentnie zrealizował, mianowicie nie bawił się w nadawanie swojej produkcji głębszego sensu, nie miał ambicji na stworzenie wielowymiarowej fabuły, nakręcił po prostu dobre kino rozrywkowe ? kolejnego "Robin Hooda" czy "Królestwo niebieskie". Niestety z perspektywy podjętego przez niego tematu, którym jest dająca przecież niemałe pole do popisu historia Mojżesza, odwalił fuszerkę. Scott przeskakuje po kolejnych biblijnych "faktach"szybciej niż zając uciekający przed wilkiem. Reżyser po prostu odhacza znane wydarzenia, nad żadnym nie zatrzymując się na odrobinę dłużej ? przykładem może być sztuczny związek miłosny Mojżesza i Sefory - przez co opowieści brak emocjonalnego wydźwięku. Zamiast tego mamy nadęte i pompatyczne gadki dotyczące choćby braterstwa oraz oddania, nic czego byśmy już nie słyszeli. Z pewnością mógł się lepiej postarać, przykładowo skupić bardziej na postaciach, ukazać w krótkich retrospekcjach życie młodego Mojżesza oraz Ramzesa - zobrazować jak narodziła się ich przyjaźń - bądź przybliżyć życie Izraelitów w niewoli - pokazać w jakich relacjach pozostawali z Egipcjanami. Niestety zrezygnowałby przy tym z kilku efektownych scen batalistycznych, co umniejszyłoby wartość obrazu w oczach popcornożerców. Ponadto Ridley Scott traktuje materiał źródłowy jedynie jako tło, mało znaczące wypełnienie, dla jego wizji Księgi Wyjścia. Odstępstw od Starego Testamentu jest bez liku. Gdyby zmienić imiona głównych bohaterów, wielu kinomanów nawet nie domyśliłoby się, co tak naprawdę ogląda. O ile niektóre zmiany wydają się całkiem interesujące, tak jak ukazanie Seti'ego oraz Ramzesa w nieco lepszym świetle niż wKsiędze Wyjścia lub Mojżesza jako człowieka niezdecydowanego, często kwestionującego wolę Boga, o tyle zupełnie niepotrzebne są próby racjonalizowania plag i cudów. Tak więc historia Scotta w jednych kwestiach jest znacznie mniej szokująca i kontrowersyjna niż Stary Testament, zaś drugich wręcz przeciwnie. Naprawdę szkoda, że Ridley Scott nie zdecydował się na wierną adaptację historii Mojżesza, ponieważ niejednokrotnie w swojej interpretacji zbyt powierzchownie traktuje Biblię. Jeśli przymknąć oko na przyjęte przez twórców uproszczenia, machnąć ręką na wyraźny brak ambicji ze strony Scotta na stworzenia kina wielkiego formatu i skupić się na samym filmie, wyzbywając się złudnych nadziei i porzucając wygórowane wymagania, otrzymamy sprawnie zrealizowany obraz przygodowy, przy którym można się nieźle bawić. Przedstawiona opowieść nie traci tempa, uknuta intryga, choć szyta grubymi nićmi, potrafi zainteresować, zaś umiejętnie skonstruowane zwroty akcji i liczne odstępstwa od Biblii, mimo dużej przewidywalności obrazu, sprawiają, że produkcję chcemy zobaczyć do samego końca, poznać finał śledzonej historii. Jest to zasługa fenomenalnej narracji Scotta, który po prostu ma smykałkę do opowiadania podobnych historii, czego przykładem może być "Gladiator". W jego obrazie występuje mnogość wątków, w większości dotyczących Mojżesza i Ramzesa ? zazdrości, władzy, zemsty, braterstwa czy tez moralności, jednak tylko nieliczne zostają doprowadzone do końca, zaś inne, na które składają się znacznie ciekawsze motywy polityczne, etniczne lub religijne znikają w nieprzeniknionej morskiej toni wzburzonego Morza Czerwonego. Jednakże cały obraz napędza zażyła relacja pomiędzy Mojżeszem i faraonem, która stopniowo przeobraża się w narastający konflikt. O dziwo ma on bardzo ludzki wymiar, ponieważ udział Boga został w tym aspekcie ograniczony do minimum. Był jedynie narzędziem do osiągnięcia celu. Nie on odpowiadał za niepotrzebny rozlew krwi, tylko nieprzemyślane decyzje Mojżesza oraz faraona. One były przyczyną opłakanych w skutkach plag, które doprowadziły kraj Ramzesa na skraju upadku, zaś niego samego niemal do śmierci. Na niewątpliwą uwagę zasługują również ciekawe pomysły inscenizacyjne ? między innymi obraz Boga jako małego chłopca. Domeną "Exodus: Bogowie i królowie" jest znakomita oprawa audiowizualna. Już początkowa scena batalistyczna daje nam przedsmak tego, co czeka nas w drugiej połowie produkcji. Ridley Scott filmuje plagi egipskie z niezwykłym rozmachem - zapomnijcie o półśrodkach, symbolice i innych tego typu zabiegach. Reżyser przedstawia upadek cywilizacji egipskiej w bardzo dosadny sposób. Niektóre sceny są dość brutalne i wzbudzają skrajne emocje, pomimo narzuconych przez producentów wymagań wiekowych (PG-13). Dzięki ograniczeniom Scott znalazł się w niezłym impasie. Szczęśliwie doświadczony reżyser poradził sobie z nimi wzorowo, dzięki czemu "Exodus..." nie jest kolejną ugrzecznioną bajeczką dla dzieci. W produkcji mamy do czynienia z obrazem Boga okrutnika, który może szokować i przerażać. Wracając jednak do efektów... Robią piorunujące wrażenie. W połączeniu z dobrym udźwiękowieniem podnoszą napięcie oraz zapewniają nie lada rozrywkę - nikt nie powinien poczuć się pod tym względem rozczarowany. W obrazie Scotta występuje plejada gwiazd Hollywoodu, lecz aktorstwo jest tylko poprawne. Nie żebym zarzucał im brak umiejętności, cała obsada to z pewności utalentowani aktorzy, jednak "Exodus..." nie pozwala im zabłysnąć, rozwinąć skrzydeł. Winą należy obarczyć archetypiczne portrety pierwszo ? oraz drugoplanowych bohaterów. Same proste schematy. Główny czarny charakter obrazu ? Ramzes ? opisany jest przez scenarzystów na podstawie połączenia w zasadzie dwóch cech ? impulsywności i lekkomyślności. Mojżesz z kolei to typowy twardziel, który nadawałby się do kina akcji. U wykreowanego przez Bale?abohatera znajdziemy cechy z wcześniejszych odgrywanych przez niego postaci. To kolejny John Connor, Bruce Wayne ? nie wierzycie? Mojżesz w "Exodus?" jest lepszym strategiem niż Aleksander Macedoński - w mgnieniu oka potrafi ocenić sytuację na polu bitwy. Ponadto mógłby stanąć w szranki z filmowym Maximusem i nawet wygrać pojedynek, tak więc naprawdę pomoc Boga nie jest mu do niczego potrzebna. Jednak to nie wina Bale?a, że dostał do odegrania klasycznego superbohatera, sam aktor wywiązuje się ze swojej roli poprawnie ? wykreowany przez niego protagonista to dobra rzemieślnicza robota. Z drugoplanowych bohaterów na wyróżnienie zasługuje jedynie John Turturro, w filmie Seti, będący wzorcem ojca dla Mojżesza. Może nie dostał do odegrania zbyt wymagającej postaci, lecz dzięki temu, że zagrał bardzo przekonująco i gościł na ekranie więcej niż kilka minut, wykreował bohatera zapadającego w pamięć. Na dalszym planie znalazła się Sigourney Weaver - jako mściwa oraz bezduszna matka Ramzesa, Ben Kingsley - w roli Nun, którego bohater w zasadzie nic nie wnosi do filmu, oprócz ujawnienia pewniej tajemnicy, i Aaron Paul - praktycznie epizodyczny występ. Trudno jednoznacznie ocenić najnowszą produkcję Ridley'a Scotta. Wszystko zależy od osobistych wymagań i oczekiwań poszczególnych kinomanów, jak również ich podejścia do podjętego przez "Exodus?" tematu. Końcowy werdykt pozostawiam więc Wam, drodzy widzowie.
  10. ...AAA... jestem umysłem ścisłym - mat-fiz A ogólnie z doświadczenia i wykształcenia - inżynierem chemii, a niedługo magistrem i doprawdy nie widzę tych rażących błędów. Co więcej powiem, że nagle większość krytyków, która ma zerowe pojęcie o fizyce, stała się "znafcami" tematu. Czyż nie jest to dziwne? Poza tym dowiadywałem się trochę o "Interstellar" i Nolan spędził miesiące w ośrodkach naukowych, przygotowując się do filmu, a poza tym przy jego realizacji pracował nie byle jaki fizyk. Nie neguje, że są odstępstwa, ale proszę Cię, wiesz jak wygląda piąty wymiar, co kryje się w "czarnej dziurze" albo masz jakieś dane na temat tuneli czasoprzestrzennych? Poza tym jeśli jest mała szansa na zajście danego zjawiska to nie jest to nagięcie faktów, a już z pewnością błąd. Drugie zdanie jest wyrwane z kontekstu. Ja po prostu stwierdziłem, że Nolan ma predyspozycje do tego, aby w przyszłości zadowolić nawet najbardziej wymagających krytyków.
  11. Gdy życie na Ziemi zaczyna stawać się coraz trudniejsze z powodu kurczących się z roku na rok zapasów żywności, ludzie porzucają swoje dotychczasowe zajęcia i zajmują się rolą. Jednak to nie wystarcza. Błękitna planeta, która przez tyle lat dawała gatunkowi ludzkiemu schronienie oraz pożywienie, powoli zaczęła wypraszać go ze swojej powierzchni. W takich ciężkich czasach przyszło żyć głównemu bohaterowi produkcji, Cooperowi, byłemu pilotowi NASA. Tęskniący za dawną profesją protagonista stara się czynnie uczestniczyć w życiu kochającej go rodziny, jak również spełniać swój obywatelski obowiązek, pracując jako rolnik na farmie. Jednakże w wyniku zbiegu okoliczności, Cooper zasiada za sterami nowoczesnego promu kosmicznego Endurance, z wymagającym ogromnego poświecenia, niemałej odwagi oraz wiążącym się z dużą odpowiedzialnością, zadaniem odnalezienia nowego domu dla ludzkości. "Interstellar" posiada dość mało oryginalną i miejscami schematyczną historię, która pomimo tego potrafi zaintrygować oraz wciągnąć bez reszty. Z jednej strony jest do bólu hollywoodzka, nie obyło się bez powielania sprawdzonych wzorców i powtarzania znanych banałów, jednak z drugiej, to naprawdę wzruszająca, pełna zaskakujących zwrotów akcji, międzygalaktyczna przygoda zrealizowana z ogromnym rozmachem. Pomysł na film był genialny i dawał duże pole manewru, bo, mimo iż motyw zagłady naszej błękitnej planety bądź podróży kosmicznych poruszano już niejednokrotnie w wielu obrazach, to nie w takim wydaniu, jakim chciał to nam zaprezentować Christopher Nolan. Scenariusz "Interstellar" to solidna, przemyślana, rzemieślnicza robota, jednak brak jej ostatecznego szlifu. Kinomani, którzy wybiorą się do kina z zamiarem obejrzenia niezobowiązującego, stojącego na wysokim poziomie kina rozrywkowego, powinni być po seansie usatysfakcjonowani. Gorzej będzie z widzami bardziej wymagającymi, bowiem fabuła jest mało rozbudowana, momentami zbyt powierzchowna i uproszczona, ponieważ reżyser nie wgłębia się w szczegóły, każąc niekiedy swoim fanom uwierzyć mu słowo. Na przykład, nie znajdziemy w obrazie odpowiedzi na pytanie: Dlaczego życie na Ziemi zaczęło stawać się coraz trudniejsze, w wyniku czego bohaterowie musieli wyruszyć w kosmos? Pojawiają się też drobne niespójności oraz niedopowiedzenia, które niestety mogą drażnić i irytować. Mimo to zręczne połączenie naukowych teorii z fantastyką oraz fenomenalna narracja odwracają uwagę od scenariuszowych dziur i potknięć, zaś ostateczny odbiór historii jest bardzo pozytywny, ze względu na ciekawe i pomysłowe rozwiązania fabularne, które nie tylko potrafią zaskoczyć, ale i również poruszyć do głębi. Nolan zgrabnie potrafił wpleść w swoją historię rozmaite prawa oraz teorie astronomiczne, podając je w przystępny i zrozumiały dla wszystkich sposób, co jest niewątpliwie dużą zaletą, ponieważ reżyser jeszcze mocniej przykuwa uwagę widza, intryguje go, a nie nudzi bezpłciowymi wykładami. Warto dodać, że produkcja opiera się na teorii naukowej opracowanej przez fizyka z Caltech, Kipa Thorne'a, który pełnił rolę filmowego doradcy - brał udział przy tworzeniu wizualizacji czarnej dziury. "Interstellar" to produkcja z ambicjami na coś więcej. Czuć tutaj posmak kina z wyższej półki, jednakże twórcy nie próbują nawet stawać w szranki z takimi dziełami, jak chociażby sławna oraz wielokrotnie nagradzana "2001: Odyseja Kosmiczna" Stanley'a Kubricka. Nolan zdając sobie sprawę, że nie ma najmniejszych szans w zestawieniu z najlepszymi, obiera zupełnie inny kurs, podążą odmienną drogą. W jego dziele nie chodzi o oryginalną i rozbudowaną historię, widowiskowe efekty specjalne czy też przekaz oraz fabularną głębię. Czterdziestoletni Brytyjczyk stawia na emocjonalny wydźwięk swojego nowego dzieła. Świadczy o tym chociażby skupienie filmu na poczynaniach pojedynczej jednostki, Cooperze, jego przeżyciach, obawach, pragnieniach, a co najważniejsze, relacjach z załogą i pozostawioną na bliżej nieokreślony czas, rodziną, To właśnie uczucia oraz towarzyszące nam przez cały seans silne emocje stanowią o potędze produkcji. One napędzają film, dzięki nim widzowie angażują się emocjonalnie w śledzoną w dużym napięciu historię, to w końcu one każą z niepokojem i szybciej bijącym sercem spoglądać na kolejne niebezpieczne manewry Coopera, który postawiony w sytuacjach wymagających szybkiego myślenia i natychmiastowej reakcji, niejednokrotnie stawia wszystko na jedną kartę, starając się za wszelką cenę wykonać swoją misję oraz uratować nie tylko córkę, ale też pozostałych na Ziemi ludzi. Emocjonalny ładunek zobrazowany przede wszystkim na relacji Coopera z jego dziećmi dostarcza wielu okazji do wzruszeń. Widzowie o rozbudowanej sferze uczuciowej będą mocno poruszeni podczas wielu scen, a szczególnie we fragmentach ukazujących tęskniącego za pociechami głównego bohatera, który próbując znaleźć ratunek dla Ziemi, nie widzi się latami ze swoją rodziną, mogąc tylko przyglądać się ich życiu z daleka. W swojej produkcji Christopher Nolan koncentruje się na przedstawieniu relacji międzyludzkich oraz ludziach ogółem ? ich zdolności do poświęceń, chęci przetrwania za wszelką cenę, egoizmie i zapatrzeniu, mianowicie o dwojakiej naturze człowieka. Nolan porusza różne tematy, między innymi pojawia się w jego produkcji interesująca koncepcja miłości, jako wartości ponadczasowej. Ponadto w wymowny sposób ukazuje potęgę natury, która potrafi być nieobliczalna oraz niebezpieczna. Kosmos skrywa w sobie wiele tajemnic, zarówno pięknych, jak i morderczych. Na przykładzie głównych bohaterów widzimy ich ogromną bezradność wobec potęgi natury, są zdani na jej łaskę, kaprysy, a mimo to stają do nierównej walki, mając niewielkie szanse na powodzenie. Może to banały i wyświechtane prawdy, ale właśnie w tym tkwi piękno tego filmu. Od strony audiowizualnej mamy do czynienia z prawdziwym arcydziełem. Widowiskowe efekty specjalne po prostu wgniatają w fotel. Nikt ze współczesnych reżyserów nie potrafi z taką lekkością i wprawą kręcić sceny akcji jak Christopher Nolan, czego dowodem może być scena przedstawiająca ostatnie dokowanie do statku kosmicznego Endurance. Równie wysoką jakość prezentują zdjęcia oraz muzyka. Wystarczy przywołać obrazy skąpanych w ciemnościach planet czy nieprzeniknionej czarnej dziury Gargantua. Coś niesamowitego ? zdjęcia mamią swoim pięknem. Nolan wykazał się ogromną pomysłowością ukazując podróż przez tunel czasoprzestrzenny bądź zróżnicowaną topografię odwiedzanych przez bohaterów produkcji planet ? w tym wszystkim widać ogromny artyzm, esteci będą w siódmym niebie. W akompaniamencie ze zjawiskowymi zdjęciami idzie klimatyczna muzyka Hansa Zimmera, który tchnął w swoją pracę cząstkę własnej duszy, bowiem podkład nie tylko wyraźnie podkreśla większość scen dodając im uroku oraz budując odpowiednią atmosferę, lecz też wzbudza ogromne emocje. Dzięki niemu siedzimy w napięciu od początku do końca produkcji, kurczowo ściskając w niektórych momentach seansu oparcie fotela. "Interstellar" może się poszczycić porywającą grą Matthew McConaughey'a, który pierwszy raz w karierze jest tak bardzo przekonujący i wiarygodny podczas odgrywania swojej roli. Na ekranie dzielnie dotrzymuje mu kroku Anne Hathaway, zaś nieco w ich cieniu znajdują się Michael Caine oraz Jessica Chastain występujący tym razem na drugim planie. Cała czwórka prezentuje solidne aktorstwo, nawiązując z kinomanami nierozerwalną, emocjonalną więź, dzięki której ich losy nie są nam obojętne. "Interstellar" to świetne kino rozrywkowe na wysokim poziomie. Może nie jest to arcydzieło, obraz, który zrewolucjonizuje branżę filmową, jednak na pewno pozostanie na długo w pamięci kinomanów ? bowiem proste historie o miłości i poświęceniu ciągle najlepiej chwytają za serce. Dobrze, że Nolan nie boi się wyzwań i sięga po coraz ambitniejsze projekty, z którymi, jak widać po "Interstellar", radzi sobie całkiem nieźle. Sądzę, że w przyszłości nakręci obraz, który nie tylko zadowoli fanów rozrywki, ale i koneserów filmów z wysokiej półki.
  12. Hmm, Jackie miał wiele rewelacyjnych ról Pijany mistrz to tylko nieliczny przykład
  13. Już od jakiegoś czasu śledzę karierę zawodową Jackiego Chana, lecz ciągle nie potrafię się otrząsnąć po jednej z jego najnowszych produkcji pod tytułem "Niania w akcji". To, co wspomniany pan niejednokrotnie wyprawiał w swoich filmach, przechodziło wszelkie granice. Mogliśmy go obserwować jako: niesfornego ucznia kung-fu, na przykład w produkcji "Wąż w cieniu orła", rewolwerowca, w duecie z Owenen Wilsonem w "Kowboju z Szanghaju", czy nieokrzesanego stróża prawa w "Policyjnej opowieści". Byłem absolutnie przekonany, że już niczym Jackie mnie nie zaskoczy, a jednak się pomyliłem... Film "Niania w akcji" zaskoczył mnie i to nawet bardzo pozytywnie. Już dawno się tak nie uśmiałem na żadnej komedii, lecz nim przejdę do konkretów, parę słów wstępu... "Niania w akcji" opowiada o dwóch przyjaciołach: Fongu Ka Ho (w którego rolę wciela się Jackie Chan) oraz Octopusie (Louis Koo). Obaj panowie są złodziejami, wykonującymi drobne zlecenia, zarabiając tym sposobem na swoje rozrzutne życie. Uzyskane poprzez ten niecny proceder pieniądze, Fong traci na hazard, zaś Octopus na kobiety. Niestety takie "wystawne" życie nie jest wolne od problemów. Nasi bohaterowie przez swoje uzależnienia, wspomniane kilka linijek powyżej, mają nie lada kłopoty oraz ogrom zmartwień na głowie. Pierwszy, boryka się z napiętymi relacjami z rodziną i dużymi długami, zaś drugi przez swoją nieuczciwość i przelotne romanse kłóci się z podejrzliwą oraz uciążliwą żoną, która dość nieudolnie próbuje przyłapać męża na zdradzie. Przybici mnożącymi się problemami oraz brakiem pieniędzy, decydują się na kolejną, bądź co bądź, ryzykowną akcję. Tym razem ich zadaniem będzie porwanie dziecka i przekazanie go zleceniodawcy. Proste wyzwanie? Nic bardziej mylnego! Scenariusz filmu jest z pewnością pomysłowy oraz ciekawy. Zawodowi złodzieje, specjaliści, zamiast obrabować bank i uciekać z kasą, porywają, a nawet opiekują się kilkumiesięcznym dzieckiem. Z początku sam pomysł wydał mi się nieco kontrowersyjny. Miałem co do niego pewne wątpliwości, które jednak szybko się rozwiały podczas seansu. Lecz niestety, "Niania w akcji" jest filmem w wielu aspektach nierównym. Momentami produkcja jest niemal idealna: śmieszy, bawi, wciąga, wzrusza, zaś innymi razy, trochę się dłuży i nudzi widza. Na przykład: rewelacyjny wstęp - fragment dotyczący uratowania dziecka przez Fonga, po czym dość długa sekwencja scen niepotrzebnie przedłużonych, do czasu porwania bobasa. W mojej opinii scenarzyści mogliby je trochę poskracać, dzięki czemu produkcja nie traciłaby tempa oraz chwilami nie przynudzała. Lecz na szczęście obok tych paru nieudanych scen, znalazło się dość sporo dobrze przemyślanych i sprawnie zrealizowanych. Pomijam tutaj sceny walk Jackiego z przeciwnikami, które, niekiedy strasznie naciągane, niejednokrotnie nas rozśmieszą. Mam natomiast na myśli ujęcia dotyczące opiekowania się dzieckiem przez złodziei . Naprawdę warto chociażby tylko dla nich zobaczyć film. Są zabawne i przemyślane, nie rażą widza głupotą, lecz zaskakują prostotą i pomysłowością. To, co nasi "dzielni bohaterowie" wyczyniają z dzieckiem, przyprawiłoby o "zawrót głowy" niejedną matkę. Nasz bobas przeżyje między innymi kąpiel w pralce, prześpi się na hamaku zrobionym ze spodni, o mało co nie spadnie z diabelskiego młyna czy zostanie nawet zamrożony. Naprawdę dużo jest takich scen w produkcji i trzeba przyznać, że są one zabawne. Humor przedstawiony przez scenarzystów jest jakiś taki naturalny, w żadnym wypadku sztuczny czy wymuszony, po prostu śmiejemy się mimowolnie. Jak na film komediowy, zaskoczyła mnie dość duża ilość wątków w omawianej produkcji. Mamy tutaj do czynienia nie tylko z jednym, głównym wątkiem, którym jest porwanie dziecka i opieka nad nim do czasu przekazania go zleceniodawcy, ale również z kilkoma przyzwoicie rozbudowanymi pobocznymi, dotyczącymi na przykład rodziny Fonga czy Octopusa i jego żony. W filmie pojawia się także refleksja na temat życia. Produkcja "Niania w akcji" to lekki i sympatyczny obraz dla każdego. Będą się na nim świetnie bawić zarówno starsi widzowi, jak i młodsi kinomani. Bohaterowie, którzy z pozoru są źli, z biegiem czasu i pod wpływem dziecka odmieniają swoje życie, jak też "dostają od losu drugą szansę". Ponadto zaskakujące zakończenie z happy-endem i prostym morałem stanowi doskonałe podsumowanie całości. Czego można chcieć więcej? Chyba tylko wolnego czasu oraz dobrego towarzystwa, z którym moglibyśmy obejrzeć film "Niania w akcji". Niestety obraz jest również trochę niedopracowany. Niektóre sceny, jak na przykład ta, w której opancerzony wóz policyjny wraz z przyczepionym do niego dziecięcym wózkiem ucieka przed naszymi bohaterami, wygląda momentami bardzo sztucznie, co psuje z kolei realność obrazu Benniego Chana. Natomiast na brawa bez wątpienia zasługują aktorzy. Wszyscy spisali się świetnie. Wykreowane przez nich postacie były wyraziste i interesujące. Jackie Chan, jak zwykle dobrze się bawił podczas kręcenia filmu, co możemy zaobserwować na wyświetlanych w trakcie napisów końcowych, scenach z planu realizacji produkcji. Ciągle jestem pełen podziwu dla tego aktora, który, mimo iż z roku na rok jest coraz starszy, a jak wiadomo sprawność fizyczna z wiekiem jest coraz gorsza, nie wyręcza się kaskaderami podczas kręcenia scen akrobatycznych. Na koniec mogę powiedzieć tylko tyle, że film "Niania w akcji" okazał się dla mnie miłym zaskoczeniem i rozbawił mnie do łez. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak polecić Wam produkcję Benniego Chana, która zagwarantuje ciekawą, z ogromną dozą humoru, półtoragodzinną rozrywkę.
  14. Producenci filmowi nie potrafią bądź też nie chcą uczyć się na własnych błędach. Za przykład mogą posłużyć tuziny nieudanych sequeli, remake'ów czy rebootów popularnych serii. Zamiast wyciągnąć wnioski z wcześniejszych niepowodzeń, dalej zażarcie brną w obranym przez siebie kierunku, wypuszczając na rynek kolejne obrazy, które już w momencie wejścia do kin okazują się ogromną finansową klapą. Z podobną praktyką mamy do czynienia w przypadku "Draculi. Historii nieznanej". Nie tak dawno na srebrnym ekranie pojawił się "Ja, Frankenstein" ? dzieło będące próbą powołania do życia nieco zapomnianego już, legendarnego czarnego charakteru, i przedstawienia go w pozytywnym świetle. Niestety krytycy nie zostawili na filmie suchej nitki; produkcja okazała się porażką. Nie minął nawet rok, a twórcy odkurzają następnego wielkiego antagonistę, Draculę, ponownie próbując szczęścia. Czy tym razem poszli po rozum do głowy i wyciągnęli wnioski z poprzedniej klęski? "Dracula. Historia nieznana" to opowieść o Vladzie "Palowniku", księciu Transylwanii, który staje przed trudnym dla siebie wyborem. Albo w ramach trybutu odda pod dowództwo Sułtana tysiąc zdolnych do walki chłopców (w tym jedynego syna), których to władca Turcji wyszkoli i wcieli do swojej armii, albo zdecyduje się uwolnić własnych poddanych od jarzma bezdusznych prześladowców, zaprzedając duszę diabłu. "Dracula. Historia nieznana" mocno rozczarowuje od strony fabularnej. Miało być interesująco, oryginalnie i kreatywnie, jednak element innowacyjności, polegający na połączeniu prawdziwej historia Vlada "Palownika" z mitem Draculi, został kompletnie zmarnowany. Potencjał drzemiący w samym pomyśle był ogromny i dawał niemałe pole do popisu; wystarczyło jedynie zwinnie wpleść w życiorys okrutnego władcy, fikcyjny wątek dotyczący jego wampirzej natury. Tymczasem twórcy spłycili i uprościli swoją historię do granic możliwości. Tak po prawdzie, przedstawiona przez nich opowieść nie ma zasadniczo nic wspólnego z życiorysem Vlada (z wyjątkiem zaczerpniętych z kart historii postaci), bowiem przeinaczono wiele wydarzeń, a nawet zmieniono wiek bohaterów, natomiast konkretnych nawiązań do mitu Draculi można ze święcą szukać. Historii nie pomaga również zbyt szybkie tempo akcji. Twórcy po prostu z uporem maniaka prą naprzód, odhaczając po drodze kolejne sceny. Nie wpływa to zbyt pozytywnie na odbiór filmu, który wydaje się rwany i bezpłciowy. Mimo że "Dracula. Historia nieznana" niesie ze sobą emocjonalny ładunek w postaci samego Vlada, który jest bohaterem postawionym przed trudnymi decyzjami i wyborami ? jego oddanie poddanym naprawdę potrafi chwycić za serce ? to wspomniane tempo akcji nie pozwala się widzom zaangażować w śledzoną produkcję, a tym bardziej utożsamić się z protagonistami, co jeszcze mocniej podkreśla nijakość i miałkość scenariusza. Ponadto obraz jest wtórny, do bólu schematyczny oraz bardzo przewidywalny. Jedynie młodsi kinomani mogą poczuć się zaskoczeni niektórymi zwrotami bądź też rozwiązaniami fabularnymi. Jednakże "Dracula?" jako prosty, nastawiony przede wszystkim na dynamiczną i widowiskową akcję, film rozrywkowy, posiada umiarkowanie wciągającą oraz niezobowiązującą fabułę, która tak naprawdę jest tylko tłem. Mimo kilku niekonsekwencji w scenariuszu czy też niekiedy braku spójności, produkcja i tak wypada lepiej niż inne podobne jej obrazy (jak np. "Ja, Frankenstein"), a tym samym do zabicia nadmiaru wolnego czasu jest jak znalazł. Fabularne mielizny przysłania oprawa audiowizualna filmu, która jest naprawdę imponująca. Pojedynki Draculi z wojskiem Sułtana robią piorunujące wrażenie. To samo można powiedzieć o scenach batalistycznych, które zapewniają dreszczyk emocji i niewątpliwie uatrakcyjniają seans. Prezentując niecodzienne zdolności młodego księcia, Vlada Tepesa, twórcy wykazali się kilkoma udanymi pomysłami inscenizacyjnymi ? jednak podczas seansu miałem nieodparte wrażenie, że wszystkie najlepsze sceny zostały już zawarte w trailerze produkcji. Jest widowiskowo, a czasem efekciarsko (ostatni pojedynek Vlada z Sułtanem Mehmedem wydaję się trochę zbyt przekombinowany), jednak z naciskiem na to pierwsze. Całość dopełnia niezłe udźwiękowienie ? odgłosy walki wydają się bardzo realistyczne. Na uwagę zasługuje również duża brutalność obrazu. Jak na PG-13 jest całkiem przyzwoicie. Ponabijane na pale ludzkie zwłoki robią wrażenie, lecz "Dracula. Historia nieznana" to opowieść o jednym z najokrutniejszych władców Transylwanii i legendarnym wampirze z powieści Brama Stokera. Film powinien być bardziej krwawy; krew powinna bryzgać na wszystkie strony, zaś polegli wojownicy tonąć we własnej posoce ? niestety, takich scen w produkcji nie uświadczymy ? wymagania wiekowe zrobiły swoje. Ogromnym zaskoczeniem jest bardzo dobra gra Luke'a Evansa ("Kruk. Zagadka zbrodni", "Szybcy i wściekli 6", "Hobbit: Pustkowie Smauga"). Walijczyk ze wszystkich swoich sił stara się tchnąć życie w słabo zarysowaną przez scenarzystów postać Vlada "Palownika". Wkłada w odgrywanego bohatera cząstkę siebie, dzięki czemu wykreowany przez niego protagonista nie jest nam obojętny. Potrafi wzbudzić w widzach emocje, szczególnie podczas scen, w których widać jego ogromne poświecenie dla podanych lub we fragmentach, gdzie walczy z własnym pragnieniem, chcąc zachować człowieczeństwo, aby móc po skończonej wojnie powrócić do swojej rodziny. Jednakże, nawet mimo szczerych chęci i zapału Luke'a Evansa, przemiana wewnętrzna Draculi, mająca być głównym motorem napędzającym produkcję, jest niezwykle pretekstowa i mało istotna. Celem filmu było przedstawienie Vlada jako antybohatera, który z pokorą przyjmuje powierzony mu los, odmiennie od powszechnie znanego mitu o charakterystycznym wampirze, który był pełnokrwistym czarnym charakterem. Niestety przedsięwzięcie udało się twórcom jedynie połowicznie. Oprócz genialnego Luke'a Evansa, z obsady trudno wyłonić kogoś jeszcze, kogoś, kto wyróżniałby się na tle ogółu. Pozostali aktorzy zagrali na tyle, na ile wymagała od nich produkcja, czyli poprawnie, lecz bez rewelacji. "Dracula. Historia nieznana" to rzemieślniczy twór jakich wiele, po prostu szybki skok na kasę. Taka strategia producentów bardzo boli, szczególnie dlatego, iż mieli naprawdę niezły pomysł, mnóstwo solidnego materiału do obróbki, aktorów (a przynajmniej jednego) z niezłym warsztatem, jednak poszli po najmniejszej linii oporu. Mógł powstać film z ambicjami na coś więcej, niestety dostaliśmy niezobowiązujący obraz rozrywkowy. W tym wszystkim najbardziej szkoda debiutującego Gary'ego Shore'a, który nie dostał okazji by się wykazać. Jednakże nie zrozumcie mnie źle, na produkcji wspomnianego reżysera można się przyzwoicie bawić ? mimo wymienionych wad, to ciągle relaksujący i przyjemny w odbiorze film - jednak niedosyt oraz poczucie zmarnowanego potencjału pozostaje. Ocena 5/10
×