KruszynBlog

  • wpisy
    160
  • komentarzy
    555
  • wyświetleń
    164374

O blogu

O książkach, filmach, grach i nie tylko...

Wpisy w tym blogu

crouschynca

Pośród postaci, jakie przewijają się na kartach „Czarnej loterii”, ewidentnie mamy kogoś, kto nie lubi zbytnio służby zdrowia. A przynajmniej paru osób, które działają w tejże branży. Ba, owa antypatia jest na tyle silna, iż nie obędzie się bez kilku trupów. Plus swoistego jelenia, na konto którego przypisana zostanie jedna z ofiar.

 

Niewdzięczna rola byciczarna_loteria_okladka.jpg.fcc2fd3161e904e4dd7061a9427c1344.jpga obarczonym za cudze winy przypadnie zaś pani anestezjolog Kate Chesne – jednej z dwóch postaci, jakie grają pierwsze skrzypce w powieści autorstwa Tess Gerritsen. Lekarka bierze pewnego razu udział w nieskomplikowanej operacji, której zostaje poddana znajoma z pracy – pielęgniarka Ellen. Zabieg usunięcia woreczka żółciowego zdaje się początkowo przebiegać bez zarzutu, a przeprowadzający go zespół nie ma powodów do niepokoju. Nie na długo jednak, bo sytuacja szybko przybiera dramatyczny obrót, kończąc się zgonem pacjentki. Śmiertelna w skutkach reakcja operowanej wskazuje na to, że panna Chesne nie dopatrzyła czegoś przy uprzedniej analizie EKG. Słowem, fatalny błąd lekarski.

 

Z jednej strony, taka pomyłka trochę dziwi, zwłaszcza że podejrzana posiada duże doświadczenie zawodowe. Z drugiej, nie jest to rzecz niemożliwa, a dowody jasno sygnalizują, że kobieta coś sknociła i trzeba się ostro tłumaczyć. Nie wspominając o poniesieniu poważnych konsekwencji. I chociaż czytelnik od razu zwietrzy śmierdzącą sprawę, ów fakt nie przemawia na niekorzyść utworu, gdyż najbardziej liczy się tu proces poszukiwania osoby stojącej za całym galimatiasem. Kate musi z kolei przekonać innych do swojej niewinności, w tym drugiego głównego bohatera – prawnika Davida Ransoma. Wynajęty przez rodziców Ellen mężczyzna nie wątpi wpierw w słuszność oskarżenia, lecz wkrótce przyjdzie mu zmienić zdanie. Ducha wyzionie bowiem następna pielęgniarka, a jej śmierć zostanie powiązana z morderstwem, o którym informuje odbiorców prolog. Pytanie brzmi więc, co (i kto) łączy poszczególne przypadki. Dotyczy to także feralnej operacji.

 

Tess Gerritsen zaczęła literacką karierę od takich thrillerów i kryminałów, które zawierają silnie zaakcentowany wątek romansowy. Dlaczego o tym teraz piszę? Ano „Czarna loteria” zalicza się właśnie do wczesnego etapu jej twórczości. W trakcie lektury będziemy zatem świadkami uczucia, jakie rozwija się pomiędzy Kate i Davidem. Należy jednocześnie nadmienić, iż amory protagonistów stanowią najsłabszy aspekt powieści. Wprawdzie przy ich pierwszym spotkaniu dochodzi do ostrej wymiany zdań, ale oboje miewają naloty kosmatych myśli, które wrzucono do fabuły z delikatnością walca drogowego. Owszem, ludzi atakują czasami refleksje nieadekwatne do danych okoliczności, i to niekoniecznie akurat o seksie. Niemniej w „Czarnej loterii” coś mi zazgrzytało, acz dalsze rozdziały przynoszą lekką poprawę, lepiej przedstawiając romans bohaterów jako swego rodzaju związek z problemami. Znaczy się, ona żyła dotąd samą pracą, on przez ciężkie doświadczenia ma trudności z okazywaniem uczuć i muszą do siebie dotrzeć.

 

Na szczęście, kryminalna intryga nie wzbudza według mnie zastrzeżeń. Doceniam też całokształt elementów rodem z thrillerów, a jako pozytywny przykład niech posłuży mocny i nieco enigmatyczny prolog, którego pełne wyjaśnienie uzyskamy śledząc kolejne strony książki. Popełnionej na dzień dobry zbrodni towarzyszy dość późna pora oraz deszcz, co wzmacnia atmosferę niebezpieczeństwa. Dalej również jest w tej materii solidnie – akcja toczy się generalnie żwawym rytmem, a nasze gołąbeczki nie poprzestają na rozkoszach i kłótniach. Jako że policyjne działania nie dają spodziewanych ani natychmiastowych rezultatów, dwójka bohaterów bawi się zarazem w prywatnych detektywów. Do tego amerykańska pisarka zaskoczyła mnie w finale tożsamością mordercy.

 

Podsumowując, perypetie Kate Chesne i Davida Ransoma to w ogólnym rozrachunku sprawna rzemieślnicza robota, lecz uprzedzam, iż mamy do czynienia z pozycją skierowaną głównie do żeńskiego grona odbiorców. Gwoli ścisłości, najbardziej zadowolone powinny być te czytelniczki, które równocześnie lubią historie o porywach serca. Wtedy prędzej wybaczą niedoskonałości wiadomego wątku w recenzowanym tytule, aczkolwiek pozostałym osobom nie odradzam kontaktów z prozą owej autorki. Wręcz przeciwnie, fanom stuprocentowych thrillerów – zarówno w spodniach, jak i spódnicach – radzę zainteresować się choćby cyklem z Jane Rizzoli i Maurą Isles. Sama zresztą zaliczyłam niedawno wchodzącą w skład owej serii „Dolinę umarłych”, która spodobała mi się znacznie bardziej niż skądinąd przyzwoita, ale wymieszana z romansidełkiem „Czarna loteria”.

 

 

-------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

-------------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Czarna loteria

Tytuł oryginalny: Under the Knife

Autor: Tess Gerritsen

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Liczba stron: 288

crouschynca

Wśród współczesnych powieści nie brak popularnych serii z pogranicza thrillera, sensacji, a także kryminału. Jeffery’emu Deaverowi zawdzięczamy dla przykładu książki o Lincolnie Rhyme i Amelii Saschs, podczas gdy Lee Child regularnie tworzy kolejne historie, których bohaterem jest Jack Reacher. Portfolio Tess Gerritsen obejmuje zaś m.in. cykl o pracującej w bostońskiej policji detektyw Jane Rizzoli oraz sądowym patologu – dr Maurze Isles. Po przeczytaniu wyśmienitej „Doliny umarłych”, w której występują obie panie, wiem, że powinnam czym prędzej nadrobić zaległości i sięgnąć po pozostałe tytuły z ich udziałem.

 

W omawianej odsłoniedolina_umarlych_okladka.jpg.2a05fa42cc5e3c9eef82d16a765db893.jpg cyklu Maura udaje się do Wyoming na konferencję patologów, gdzie spotyka Douga Comleya, dawnego znajomego z lat studenckich. Towarzyska pogawędka uświadamia kobiecie, że jest zbyt poważna i nadto stara się kontrolować. Gdy więc pan Comley proponuje wspólną wycieczkę do górskiego schroniska wraz z jego córką oraz przyjaciółmi, dr Isles przystaje na pomysł dołączenia do grupy. Dla protagonistki to nie tyle szansa na ogólne wyluzowanie, co złapanie chwili oddechu od własnych zmartwień, zwłaszcza iż tkwi w kłopotliwym romansie z niejakim Danielem. Doug emanuje natomiast optymistycznym i żywiołowym nastawieniem, dostrzegając pozytywne aspekty nawet przy takich rzeczach jak popełnianie błędów czy niespodziewane komplikacje. Jego słowa okażą się jednak złowieszczym proroctwem w odniesieniu do dalszego toku fabuły, bo przecież coś musi pójść mocno nie tak.

 

„Dolina umarłych” stanowi świetny dowód na to, że amerykańska pisarka potrafi stopniować napięcie i niepokojącą atmosferę. Gdy na początkowym etapie podróży wycieczkowicze zahaczają o starą, acz czynną stację benzynową, pozwalają sobie na drobne żarty z przypominającej skansen placówki. Czytelnik słusznie z kolei przeczuwa, że wkrótce nikomu nie będzie do śmiechu. Niczym w dreszczowcach i horrorach, których bohaterowie zapuszczają się na jakieś zakuprze. Dokładnie tak jest w przypadku Maury, Douga i jego paczki – GPS więcej miesza niż pomaga, gubiąc trasę, zamiast zaprowadzić do celu. Na domiar złego, śnieg sypie coraz gęściej, a w okolicy nie widać żywej duszy. Pojawiają się pierwsze rysy konfliktu, duże problemy z autem oraz zanik zasięgu w komórkach – niby oczywiste chwyty, lecz jakże skuteczne w swym oddziaływaniu. A kiedy zmuszona do pieszej wędrówki grupa przedziera się przez śnieżne zaspy, łatwo wyobrazić sobie dyskomfort nieszczęśników, tym bardziej że dodatkowo towarzyszy im silny wiatr.

 

Takie warunki przełożyły się na udane wykorzystanie motywu postaci, które wylądowały w odciętym od świata miejscu. Wprawdzie turyści docierają do osady o nazwie Królestwo Boże, ale marna z tego pociecha, skoro wioska świeci pustkami. Bliższe oględziny przyczyniają się do zwiększenia klimatu zaszczucia oraz mnożenia kolejnych pytań. Mianowicie ów rejon najwyraźniej zajęła niegdyś wspólnota religijna, wiodąc egzystencję wedle ustalonych zasad i zamieszkując identyczne domy. Tylko gdzie się oni wszyscy podziali? I czy aby na pewno nikogo tutaj nie ma? No bo skąd to wrażenie bycia pod czyjąś obserwacją? A może chodzi jedynie o figle ze strony skołowanego umysłu? Co istotne, pani Gerritsen zdołała uzyskać zamierzony efekt również w tych momentach, gdy nie dzieje się nic konkretnego. Wystarczają jej wówczas same emocje ludzi, którzy znaleźli się w beznadziejnym położeniu.

 

Do tej pory poświęcałam uwagę wyłącznie Maurze Isles, nie wspominając o drugiej protagonistce serii – Jane Rizzoli. Czy oznacza to, że druga z wymienionych kobiet została wyprawiona na swoisty urlop? Otóż nie, choć fabuła z wiadomych powodów bardziej skupia się na jej przyjaciółce. Jane nie omieszka bowiem rozpocząć intensywnych poszukiwań, co w późniejszych partiach utworu przyniesie pewną zmianę konwencji. O ile w pierwszej połowie powieści mamy thriller z nutką grozy, tak w drugiej przybiera na sile sensacyjno-kryminalny koloryt, utrzymując przy tym kapitalne budowanie napięcia. Kiedy jakiś czas po zniknięciu Maury zostaje odnaleziony samochód ze spalonymi ciałami, policjantka nie odpuszcza, mimo że sporo czynników przemawia za śmiercią pani patolog. W trakcie śledztwa dochodzą zatem nowe fabularne klocki, które oczekują na wyjaśnienie. Co więcej, pisarka z godną pochwały precyzją rozstawia poszczególne pionki na literackiej szachownicy, zarazem otaczając je sukcesywnie odsłanianą woalką tajemnicy. Ponadto zostaniemy uraczeni zwrotami akcji, które pomagają zarówno uzyskać brakujące odpowiedzi, jak i jeszcze bardziej docenić wprawne pióro autorki.

 

Reasumując, „Dolina umarłych” to obowiązkowa pozycja dla fanów wszelkiej maści thrillerów. W powieści tej nie uświadczymy przypadkowych wydarzeń ani sztucznych przedłużaczy, gdyż poszczególne elementy historii zostały elegancko rozlokowane i logicznie ze sobą powiązane. Warto przy okazji nadmienić, iż obecny tu wątek ugrupowania religijnego umożliwił amerykańskiej literatce zabranie głosu w sprawie sekt oraz manipulacji, jakie panują w szeregach takich społeczności. Innymi słowy, Tess Gerritsen podarowała odbiorcom rozrywkę na bardzo wysokim poziomie.

 

 

 

-------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

-------------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Dolina umarłych

Tytuł oryginalny: Ice Cold / The Killing Place

Autor: Tess Gerritsen

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 400

 

 

crouschynca

Travis Parker to przesympatyczny facet, lecz ma w sobie coś z dużego dzieciaka. Lubiący podróże i sporty weterynarz nie traktuje serio związków z kobietami, w odróżnieniu od najlepszych kumpli, którzy już dawno pozakładali własne rodziny. Z kolei lekarka Gabby Holland, swoją drogą też miła osoba, wykazuje bardziej stateczne podejście do życia, marząc zarówno o sukcesie na gruncie zawodowym, jak i prywatnym, czyli w roli zamężnej pani domu. Tę, skądinąd skontrastowaną dwójkę, rzuci naprzeciw siebie Nicholas Sparks, który wsławił się takimi powieściami jak m.in. „Pamiętnik” czy „List w butelce”.

 

Amerykański specwybor_nicholas_sparks_recenzja.jpg.51fdfe437262bfb95e3ccb1b81fe88a1.jpg od romantyczno-obyczajowych historii nie odchodzi w „Wyborze” od swoich piśmienniczych zwyczajów. Stąd sercowe perypetie Gabby i Travisa stanowią kluczowy wątek omawianej książki, a przy okazji potwierdzają teorię, według której przeciwieństwa mogą się uzupełniać. Początki owej znajomości nie należą do najłatwiejszych, choć z punktu widzenia czytelnika wypadają ciekawie, skutkując całą serią zabawnych nieporozumień. Kobiecie nie odpowiada ponadto sposób bycia mężczyzny, a konkretnie lekki stosunek do życia. Bliskie sąsiedztwo sprzyja jednak częstym kontaktom, które z czasem nabierają coraz bardziej obiecujących kształtów, mimo wstępnych postanowień Gabby o unikaniu przystojnego faceta z domu obok.

 

Główni bohaterowie podążali dotąd różnymi ścieżkami i reprezentują odmienne typy osobowości. Właśnie te rozbieżności w istotnym stopniu sprawiają, iż pasują do siebie. Co więcej, autor zadbał o zapewnienie chemii między obiema postaciami. We wzajemnym przekomarzaniu się potrafią odnaleźć wspólny język, a także powody do radosnego śmiechu. I tak oto dochodzimy do tytułowego „Wyboru”. Owszem, protagoniści, jak każdy człowiek, muszą regularnie podejmować wszelkiego rodzaju decyzje. Niemniej relacje na linii Gabby-Travis nieuchronnie zbliżają kobietę do obrania jednej miłosnej drogi, bo medyczka ma już chłopaka – Kevina. To zresztą dla niego zdecydowała się na przeprowadzkę, która zaowocowała spotkaniem sąsiada. No i co z tym fantem teraz zrobić?

 

Myślicie, że to jedyny faktycznie trudny wybór na kartach owej powieści? A gdzie tam. Co prawda Travis dokonuje pod wpływem towarzystwa Gabby rewizji dotychczasowych poglądów o nieobowiązujących flirtach, lecz najcięższa życiowa decyzja czeka go około jedenastu lat później, kiedy to rozgrywa się druga część książki. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, więc napiszę po prostu, że weterynarz wyląduje wtedy w sytuacji, jakiej dosłownie nikt mu nie pozazdrości. Nie będzie żadnej przesady w nazwaniu tego dylematu jeszcze trudniejszym niż wcześniejsze wątpliwości Gabby, aczkolwiek w obu przypadkach mamy do czynienia z posunięciami, których konsekwencje odczuje niejedna osoba.

 

W tym miejscu nasuwa się konieczność przedstawienia konstrukcji utworu, która jak najbardziej zasługuje na uwagę. Mianowicie pisarz otwiera powieść krótkim prologiem, osadzonym w roku 2007. Travis, którego postać zostaje w owym fragmencie wprowadzona, nie tryska wówczas dobrym nastrojem, co pozwoliło autorowi przemycić delikatną nutę goryczy. Jednakże szybko startuje znacznie bardziej rozbudowana część pierwsza, cofając odbiorców do roku 1996. Jak łatwo zgadnąć, w tymże okresie pan Parker poznaje pannę Holland. Co ważne, partia ta charakteryzuje się lżejszą atmosferą i wzbudza pewne skojarzenia z komediami romantycznymi. A gdy rozpoczyna się część druga, czytelnik powraca do XXI wieku, otrzymując równocześnie gruntową zmianę klimatyczną. Od tego momentu książka przybiera bowiem formę dramatu obyczajowego z elementami klasycznego wyciskacza łez.

 

Czy kontrast pomiędzy poszczególnymi partiami nie powoduje zbytniego rozdźwięku? Przyznam, że późniejsze porzucenie pogodniejszych lat dziewięćdziesiątych na rzecz smutniejszego tonu wzbudziło wpierw we mnie uczucie pewnego dysonansu. Na szczęście, było to wyłącznie chwilowe wrażenie, bo zaraz potem od nowa wsiąknęłam w lekturę – tym razem dając ponieść się fali silnych wzruszeń. Paradoksalnie dostrzegłam też w tym rozbieżnym zestawieniu swoistą spójność, a każda z części zdaje się dopełniać drugą – tak jak Gabby Travisa, i to dzięki pozornie dzielącym bohaterów różnicom. Bardzo się zatem cieszę, że „Wybór” wpadł wreszcie w moje ręce. Nicholas Sparks z wdziękiem opowiada tu piękną historię, która nie tylko umie wywołać ciepły uśmiech, lecz również przyczynić się do tego, że nasze oczy zaszklą się łzami.

 

 

-------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

-------------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Wybór

Tytuł oryginalny: The Choice

Autor: Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 400

 

crouschynca

Dzwoneczek najwyraźniej pozazdrościł komiksowym superbohaterom historii typu origin. Mała urocza wróżka tupnęła więc pewnego pięknego dnia nóżką przed włodarzami Disneya, wołając filmowej opowieści o własnych początkach. Ci zaś posłuchali i przykładnie wywiązali się z powierzonego im zadania.

 

Popularność dzwoneczek_okladka_dvd.jpg.9e702b063974e21f61386910ad731005.jpgDzwoneczka wykracza daleko poza twórczość J. M. Barriego, któremu magiczna istotka zawdzięcza wszak swoje istnienie, podobnie jak jej przyjaciel Piotruś Pan, wraz z całą Nibylandią. Główna w tym zasługa wytwórni Walta Disneya. Amerykański koncern nie poprzestał bowiem na zrobieniu animowanych przygód chłopca, który nie chciał dorosnąć. W efekcie fruwająca panienka funkcjonuje dziś też na zasadach samodzielnej marki, zyskując dzięki temu jeszcze większe rzesze fanów, a właściwie małoletnich wielbicielek. Ba, otrzymała nawet stosunkowo rozbudowane uniwersum „Disney Wróżki”, które stanowi świetny pretekst do wypuszczania mnóstwa tematycznych gadżetów dla dzieciaków (kolorowanki, książeczki edukacyjne, przybory do pisania itd.). Oczywiście nie mogło zabraknąć także filmów – w tym wypadku mowa o serii komputerowych animacji, którą otwiera produkcja z roku 2008, zatytułowana po prostu „Dzwoneczek”.

 

Zabierając się za realizację obrazu, twórcy wzięli sobie głęboko do serca zamiar opowiedzenia historii o korzeniach filigranowej blondyneczki. Nie dość, że akcja została osadzona na długo przed poznaniem słynnego Piotrka, to na dodatek będziemy tu świadkami narodzin ślicznego dziewczęcia. Co istotne, taki manewr posłużył zarazem do eleganckiej konstrukcji tła fabularnego, obejmującego prawidła, jakie rządzą macierzystym światem Dzwoneczka. Dowiemy się zatem, iż wróżki zamieszkują Przystań Elfów – malowniczą wysepkę wchodzącą w skład Nibylandii. Społeczność tej krainy nie spędza większości czasu na leniuchowaniu, a jej zwyczaje dobitnie dowodzą, że maleńkie rozmiary nie stoją na przeszkodzie przy wypełnianiu ważnych obowiązków. I to nie tylko w obrębie swojego terytorium, bo na barki elfów spada również troska o pory roku u zwykłych śmiertelników. Jeżeli wobec tego wiosna nie nadchodzi o wyznaczonej porze, winę za taki stan rzeczy może ponosić fakt, iż w czarodziejskiej Przystani nie zapięto wszystkiego na ostatni guzik.

 

Nie należy jednak zapominać, że w centrum filmu figuruje przecież tytułowa bohaterka, aczkolwiek pląsa wokół niej sporo ciekawych pobratymców, w tym zabawny kumpelski duet – Pompon i Klank, przyjaźniące się z protagonistką elfki o talentach przyrodniczych czy miejscowa zołza w osobie szybkolotnej Widii. Otóż blondwłosa wróżka zalicza na dzień dobry tradycyjny test przydziału, w wyniku którego panna trafia do zespołu cynek, odpowiedzialnego za naprawy i składanie przydatnych przedmiotów. Pomimo jasnych sygnałów, iż Dzwoneczek ma ponadprzeciętne predyspozycje do majsterkowania, nasza heroina czuje się coraz bardziej rozczarowana przypisaną rolą. Dlatego postanawia zmienić specjalizację, a podjęte próby zaowocują paroma śmiesznymi sytuacjami. Na tym scenariusz bynajmniej nie poprzestaje, gdyż rozterki elfki przyczynią się też do wystąpienia pewnych problemów. Tak oto objawia się wychowawczy charakter obrazu, a postępowanie bohaterki udzieli lekcji zarówno jej samej, jak i widzom. Bo choć przekaz „Dzwoneczka” absolutnie nie neguje posiadania marzeń, fabuła produkcji zwraca jednocześnie uwagę, by akceptować siebie i doceniać wartość przyjaźni.

 

Nieskomplikowanej i przyjemnej w odbiorze historii towarzyszy atrakcyjna oprawa audiowizualna. Klimatyczna, bajkowa muzyka, która częstuje czasem nasze uszy irlandzką nutą, wtóruje ładnym widoczkom oraz postaciom w 3D. Mimo że obraz powstał z myślą o rynku video oraz telewizji, poszczególnym scenom nie można odmówić dopracowania. Owszem, jest słodko i kolorowo, ale równocześnie zdołano osiągnąć przy tej feerii barw złoty środek, w związku z czym nie uświadczymy wrażenia przesady. Stąd z czystym sumieniem stwierdzam, że „Dzwoneczek” to bardzo dobra propozycja na seans dla dzieci. A i dorośli nie powinni krzywić się podczas oglądania tej przesympatycznej animacji, dostrzegając jej bezpretensjonalny urok.

 

 

-------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

--------------------------------------------------

Tytuł polski: Dzwoneczek

Tytuł oryginalny: Tinker Bell

Reżyseria: Bradley Raymond

Scenariusz: Jeffrey M. Howard

Gatunek: animacja, fantasy, przygodowy, familijny

Produkcja: USA

Rok produkcji: 2008

Czas trwania: ok. 75 minut

 

crouschynca

Camilla Läckberg podbiła serca czytelników kryminalną sagą o Fjällbace, małej miejscowości położonej na zachodnim wybrzeżu Szwecji. Jeśli chodzi o mnie, z twórczością tej autorki zetknęłam się po raz pierwszy spory czas temu. Nie był to jednak tom wchodzący w skład owego cyklu, tylko coś w rodzaju spin-offu – nowela pt. „Zamieć śnieżna i woń migdałów”. Nawiązującą do retro kryminałów, acz osadzoną we współczesności książkę wspominam z mieszanymi uczuciami, gdyż okazała się zaledwie średnią pozycją. Na szczęście, „Księżniczka z lodu”, czyli debiutancka odsłona popularnej serii, dostarczyła mi zdecydowanie lepszych wrażeń.

 

Fabuła powieści kręci się wokół morderstwa, do jakiego dochodzi we Fjällbace. Ofiara to trzydziestoparoletnia Aleksanda Wijkner, którą znaleziono martwą w zamarzniętej wannie. Kobieta ma podcięte żyły, co początkowo sugeruje samobójstwo. Niemniej szybko wychodzi na jaw, że ktoś inny wyprawił panią Wijkner na tamten świat. Jedną z pierwszych osóksiezniczka_z_lodu_okladka.jpgb, które zobaczyły zwłoki na miejscu zbrodni, jest zaś główna bohaterka utworu – Erika Falck, z zawodu pisarka, a prywatnie przyjaciółka nieboszczki z dzieciństwa. I to właśnie ona, pomijając oficjalne dochodzenie policji, przeprowadzi śledztwo w sprawie tajemniczego zabójstwa. Co ciekawe, rozmowy, które protagonistka odbędzie z bliskimi zmarłej osobami, prędko ujawnią obraz Aleksandry jako kogoś stale utrzymującego pewien dystans. Mówiąc krótko, istna lodowa księżniczka. Ale dlaczego tak się zachowywała? Przez wrodzoną wyniosłość, czy może skrywała jakieś sekrety?

 

Nietrudno zgadnąć, że w grę wchodzi coś poważniejszego niżli kwestia samej osobowości. Nadto spoilujące wyjaśnienia pozwolę sobie w tej materii przemilczeć, a w zamian zatrzymam się na moment przy postaci Eriki. Mianowicie kobieta stanowi swoiste alter ego Camilli Läckberg, o czym bynajmniej nie świadczy wyłącznie fakt chwytania za pióro. Owszem, obie panie są pisarkami, lecz dodatkowo doliczyć tutaj trzeba tzw. zbieżność tematyczną. Specjalizująca się dotąd w biografiach Erika zaczyna bowiem rozmyślać pod wpływem morderstwa o napisaniu w pełni autorskiej powieści. Co prawda wpierw przemyka jej po głowie dokumentalizowana formuła, ale taka koncepcja ustępuje wkrótce pola klasycznej beletrystyce. W ten sposób rodzi się pomysł na kryminał z silnie nakreślonymi relacjami międzyludzkimi, a dokładnie tego typu lekturą jest przecież omawiany tytuł.

 

Chociaż akcja nie gna na łeb na szyję, względnie spokojne tempo nie przeszkodziło autorce w skonstruowaniu interesującej intrygi kryminalnej, która została przy okazji doprawiona motywem rodzinnych tajemnic z mniej bądź bardziej odległej przeszłości. Należy też oczywiście pamiętać o rozbudowanym tle obyczajowym, zwłaszcza że prywatne sprawy Eriki płynnie łączą się z wątkiem zbrodni. Główna bohaterka widzi martwe ciało, więc już to siłą rzeczy wciąga ją w zaistniałą aferę, nie wspominając o dawnej znajomości z Aleksandrą. Stąd prosta droga do tego, by przedstawić równocześnie odbiorcom takie obrazki z życia protagonistki jak np. problemy wynikłe z toksycznego małżeństwa Anny, siostry Eriki. Naturalnie wypada ponadto romans pomiędzy książkową pisarką a policjantem Patrickiem Hedströmem, kumplem z młodzieńczych lat, którego kobieta ponownie spotyka w toku śledztwa. Oboje są akurat wolni, on od zawsze podkochiwał się w koleżance, a ona nie pozostaje obojętna na zalety mężczyzny. Nic zatem dziwnego, że wspólne sceny Eriki i Patricka wykroczą poza dochodzeniową burzę mózgów.

 

Nie bez znaczenia pozostają także elementy scenerii, ponieważ zarówno pani Läckberg, jak i jej bohaterka wywodzą się z Fjällbacki. Czuć tu klimat niewielkiej mieściny, a co więcej, pisarka nie zapomni o przemyceniu sugestywnej wzmianki o zimowym, dość surowym otoczeniu. Zarazem mimochodem sygnalizuje, że to malownicza okolica, a jej walory zostają doceniane latem, poprzez napływ turystów. Warto przy tym pochylić się nad samym domem, w którym mieszka Erika. Kobieta przenosi się tam po tragicznej śmierci rodziców i darzy budynek ogromnym sentymentem. Dzięki temu domostwo przestaje być zwykłą nieruchomością, urastając poniekąd do rangi niemego bohatera owej historii.

 

Słowem podsumowania, „Księżniczka z lodu” to solidna powieść kryminalno-obyczajowa, która zachęca do sięgnięcia po następne części sagi. Mimo że nie zaliczyłabym tej pozycji do gatunkowych pereł, nie ukrywam, iż mnie wciągnęła. Dlatego nawet przy mocno zajętych dniach starałam się wygospodarować przynajmniej chwilę czasu na czytanie. Wprawdzie Erika i Patrick nie są nie wiadomo jak charyzmatyczni, ale rzeczywiście sympatyczni, swoim charakterem sprawiając, że człowiek szczerze im kibicuje.

 

 

-------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

-------------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Księżniczka z lodu

Tytuł oryginalny: Isprinsessan

Autor: Camilla Läckberg

Wydawnictwo: Czarna Owca

Liczba stron: 424

crouschynca

W powieści Phillipa Margolina mamy mordercę z niemałym licznikiem ofiar na koncie, aczkolwiek dwie osoby zdołały przeżyć jego atak. Jednakże jedna z nich leży w śpiączce, a drugiej towarzyszy nieustanny strach, co jest całkiem zrozumiałe. Chyba każdy w podobnej sytuacji obawiałby się, iż zabójca może zechcieć dokończyć swoje dzieło. Czy mu się to uda? Czy może zostanie definitywnie powstrzymany? Sądzę, że warto samemu się o tym przekonać.

 

Co ciekawe, tytułem „Śpispiaca_krolewna_margolin_okladka.jpgąca królewna” opatrzony został nie tylko omawiany utwór, ale i tomik istniejący na kartach tejże książki. Mowa o kryminale dokumentalnym, którego napisania podjął się Miles Van Meter, brat pogrążonej w śpiączce kobiety o imieniu Casey. Akcja startuje zresztą wtedy, gdy ten czterdziestoparoletni mężczyzna zajęty jest właśnie trasą promocyjną. Tak oto zostaniemy uraczeni zgrabną i nienachalną prezentacją postaci Milesa na spotkaniu literackim, który – jako gwiazda wieczoru autorskiego w pewnej księgarni – ma zająć się odczytywaniem fragmentów swojej powieści i odpowiadaniem na różne pytania fanów. A czego w ogóle dotyczy proza pana Van Metera? Jak łatwo zgadnąć, facet wziął na warsztat sprawę wspomnianego we wstępie mordercy.

 

W tym miejscu objawia się pomysłowość Phillipa Margolina, który postanowił urozmaicić narracyjną konstrukcję poprzez wprowadzenie retrospekcji. Ba, fragmenty, kiedy to cofamy się w czasie, stanowią tu zdecydowaną większość. Taki zabieg z powodzeniem uatrakcyjnia budowę utworu i pozwala lepiej zaangażować się w przedstawioną historię, dosłownie przenosząc nas do minionych wydarzeń. Należy jednocześnie nadmienić, iż partie te przydzielają Milesowi dalszoplanową rolę, natomiast pierwsze skrzypce gra młodziutka Ashley Spencer, czyli niedoszła ofiara seryjnego zabójcy. W przeciwieństwie do Casey Van Meter, dziewczyna nie wegetuje na szpitalnym łóżku pod ciągłą opieką lekarzy. Niemniej trudno w jej przypadku mówić o nadmiernym szczęściu, skoro życie tracą bliskie protagonistce osoby. Niby Ashley próbuje normalnie funkcjonować, lecz na dobrą sprawę, podejmowane starania naznaczone są trwałym lękiem, i to jak najbardziej uzasadnionym. Stąd czeka ją przyspieszony kurs dorastania, wraz z nauką samodzielności, choć będzie też mogła liczyć na cudze wsparcie.

 

„Śpiąca królewna” odznacza się żwawym tempem, unikając tym samym zbędnych przestojów fabularnych. Co więcej, obie linie czasowe, które obejmują długie retrospekcje i krótkie wstawki z teraźniejszego zgromadzenia w księgarni, elegancko zbiegają się pod koniec powieści. W ramach ciekawostki dodam jeszcze, iż jedna z sekcji dedykowanych pannie Spencer znacząco odchodzi od formuły tradycyjnego thrillera na rzecz jego prawniczej odmiany. Mianowicie cała ta część koncentruje się na procesie, opisanym zresztą w sposób ciekawy i wiarygodny. Nie było to w sumie dla mnie zaskoczeniem, ponieważ Phillip Margolin posiada zarówno prawnicze wykształcenie, jak i doświadczenie. Analizując książkę pod tym kątem, można by tak na marginesie uznać Milesa Van Metera za swoiste alter ego autora. Brat nieprzytomnej Casey nie ogranicza się bowiem do literackiej kariery, gdyż pracuje ponadto na stanowisku radcy prawnego.

 

Czy recenzowany tytuł posiada jakieś wady? Ano jedną na pewno i niestety wcale nie taką malutką, bo chodzi o tożsamość zabójcy. Otóż na długo przed finałem miałam związane z powyższą kwestią podejrzenia, które znalazły potem swoje pokrycie w wizji pana Margolina. Gwoli ścisłości, pisarz umieścił w wymyślonej intrydze tzw. głównego podejrzanego z paroma grzeszkami na sumieniu oraz mnóstwem dowodów, obciążających tę konkretną osobę. Nie zdradzę jednak, czy mordował ktoś inny, czy też faktycznie tamten gagatek. Zarazem muszę przyznać, że mimo wszystko zwieńczenie zdołało mnie zaskoczyć pewną rzeczą. Ten dodatkowy as w rękawie amerykańskiego pisarza, wespół z całokształtem pozytywnych wrażeń, sprawia, iż ani trochę nie żałuję poświęconego na lekturę czasu. Mówiąc krótko, „Śpiąca królewna” to solidna propozycja dla sympatyków trzymających w napięciu thrillerów.

 

 

 

-------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

-------------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Śpiąca królewna

Tytuł oryginalny: Sleeping Beauty

Autor: Phillip Margolin

Wydawnictwo: Świat Książki

crouschynca

Odkąd sięgam pamięcią, fascynowała mnie starożytność. Egipt zaś, ze swoimi piramidami i pustynnymi piaskami, był jedną z tych dawnych cywilizacji, które obdarzyłam szczególnym zainteresowaniem. Dlatego też twórczość Christiana Jacqa bez problemu zaskarbiła sobie niegdyś moją przychylność. Nie dość, że tematyka egipska odgrywa najważniejszą rolę w portfolio francuskiego autora, to na dokładkę można śmiało liczyć tu na przyjemny i wciągający styl. „Przeklęty grobowiec”, który otwiera cykl „Śledztw księcia Setny”, nie stanowi na szczęście niechlubnego wyjątku od reguły. To również dobra wiadomość dla samego autora, bo przecież pierwsza część danej serii powinna sprawiać, że ma się ochotę na więcej.

 

„Śledztwa księcia Setnprzeklety_grobowiec_okladka.jpgy” przenoszą czytelników do starożytnego Egiptu za panowania faraona Ramzesa II. Pod rządami potężnego i mądrego władcy, państwo przeżywa okres rozkwitu, lecz niestety zaczynają się nad nim zbierać ciemne chmury. Ktoś ośmiela się bowiem skraść dzban Ozyrysa, przy czym nie chodzi o pospolitego złodziejaszka. Nie wspominając o tym, że pierwszy lepszy rzezimieszek nie zdołałby przywłaszczyć sobie rekwizytu obdarzonego tak potężną i niebezpieczną mocą. Już na początku debiutanckiego tomu stajemy się zresztą świadkami włamania do tytułowego przeklętego grobowca, obserwując ów incydent z perspektywy naocznego świadka, który śledzi całe zajście z ukrycia. Dzięki temu szybko zostajemy uświadomieni, że to nie przelewki, a za grabież odpowiada prawdziwy spec od czarnej magii.

 

Czarownik, który położył łapska na dzbanie, bynajmniej nie kieruje się kolekcjonerskimi pobudkami. Choć posiadanie takiego przedmiotu niewątpliwie napawa go dumą, przede wszystkim pragnie wykorzystać naczynie jako narzędzie do rozpętania chaosu i przejęcia władzy nad krajem. Ot „drobnostka”, o której marzy niejeden czarny charakter. Z kolei faraon zamierza rzecz jasna odzyskać skradziony przedmiot, a ponadto definitywnie unieszkodliwić niemilca, zanim ten uzyska totalną kontrolę nad potęgą magicznego dzbana. W tym celu angażuje swoich zaufanych ludzi, na czele z dowodzącym armią generałem Ramesu, prywatnie synem Ramzesa II. Znacznie większym zagrożeniem dla planów głównego złego okaże się jednak młodszy z królewskich potomków – Setna. Ów książę egzystuje wpierw jakby z boku i zarazem bardzo blisko zaistniałych kłopotów, co koniec końców angażuje go w aferę pełną parą.

 

Na takim oto tle Christian Jacq wyraziście nakreśla wątek braterskiej rywalizacji. Ramesu to stuprocentowy wojownik, a także ambitny i pewny siebie człowiek, który nie lubi sprzeciwu. Skromny Setna jawi się natomiast jako przeciwieństwo starszego brata, nad żołnierską karierę przedkładając pracę skryby oraz kapłańską służbę w świątyni Ptaha. Pomimo tego generał obawia się niekiedy o własną pozycję, zwłaszcza że niezwykle inteligentny Setna świetnie radzi sobie z kierowaniem oddziałem podczas pewnego starcia w Nubii. I owszem, spokojny kapłan stanie się dla niego ostrą konkurencją, tyle że w sprawach sercowych. Obaj obdarzają uczuciem kobietę o imieniu Sekhet, której nie brak urody ani mądrej głowy. Jak to nierzadko bywa w sytuacjach z jedną dziewczyną adorowaną przez dwóch facetów, ktoś dostanie kosza, nie wykazując skłonności ku pogodzeniu się z takim stanem rzeczy. A skoro Sekhet nie kręcą panowie w mundurach, łatwo przewidzieć jej wybór, tym bardziej że mamy do czynienia z uzdrowicielką i kapłanką ze świątyni bogini Sechmet. Co więcej, autor wplata tutaj czytelną, acz zgrabną symbolikę, gdyż w mitologii egipskiej Ptah był mężem Sechmet.

 

„Przeklęty grobowiec” odznacza się lekkim i zwięzłym stylem, a także żwawym przebiegiem akcji. Wprawdzie nie uświadczymy rozbudowanych portretów psychologicznych, lecz francuski pisarz zdołał nadać bohaterom odpowiednią ilość ikry, by zapadli czytelnikom w pamięć. Prócz wcześniej wymienianych postaci, warto wyróżnić dla przykładu Starego, który pełni funkcje administratora w posiadłości ojca Sekhet – Keku. Ów jegomość, zgodnie ze swoim przydomkiem, ma wiele lat na karku, ale dobrze się konserwuje winkiem. Niemniej błędem byłoby nazwać go podrzędnym pijaczkiem, bo zaprzyjaźniony z dziewczyną starzec wzorowo wywiązuje się ze swoich obowiązków w pracy. Ciekawie wypadają też sam Keku oraz przyjaciel Setny – Ched Wybawca, który wraz ze swoją niewielką drużyną prowadzi tajne dochodzenie na zlecenie faraona.

 

Co istotne, fantastyczny aspekt utworu wykracza poza gdybanie o potencjalnych możliwościach złego czarownika czy motyw kochanków, których spowija nimb mistycyzmu i ciągnie ku sobie domniemane boskie przeznaczenie. Christian Jacq odmalowuje przed odbiorcami wizję świata, gdzie zjawiska nadprzyrodzone są poniekąd zwyczajnym elementem codzienności. Ludzie, włącznie z władcą, zdają sobie sprawę z obecności sfery nadnaturalnej, lecz świadomość ta nie zamyka się na odprawianiu modłów, składaniu ofiar itp. Powieść nie stroni od namacalnych dowodów bytności bogów i złych duchów, a niektórzy bohaterowie rzeczywiście znają się na magii, robiąc z niej mniej bądź bardziej chwalebny użytek. Jednocześnie takie poprowadzenie fabuły nie działa na szkodę historyczno-edukacyjnych walorów książki. Czytając opisy starożytnych praktyk lub informacje dotyczące np. dróg w mieście Pi-Ramzes, łatwo wyczuć erudycję autora, który jest też profesjonalnym egiptologiem. Trzeba przy tym dodać, że jego literacki dorobek obejmuje nie tylko beletrystykę, ale i stricte popularnonaukowe pozycje.

 

„Przeklęty grobowiec” nie jest wymagającą lekturą, a spędzony przy książce czas mija jak z bicza strzelił. Po części wpływa na to fakt, iż nie zalicza się do opasłych tomiszczy. Jednakże większy w tym udział ma interesująca fabuła, wespół ze zgrabnym i prostym językiem. Do tego osadzenie akcji w starożytnym Egipcie pozwoliło wpleść autorowi różne ciekawostki, co należy uznać za kolejny plus. Mówiąc najogólniej, pierwsze spotkanie ze „Śledztwami księcia Setny” zachęciło mnie do kontynuowania przygody z cyklem.

 

 

 

-------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

-------------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Przeklęty grobowiec

Tytuł oryginalny: La tombe Maudite (Les enquêtes de Setna, tome 1)

Cykl: Śledztwa księcia Setny, tom 1

Autor: Christian Jacq

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS

crouschynca

Zdawało się Wam kiedyś, że widzicie przez chwilę coś dziwnego? Ot choćby jakiś przemykający kształt? Sama, jeszcze za czasów dzieciństwa, zauważyłam raz na przykład coś niedużego i ciemnego w leśnych krzakach. Być może zobaczyłam wtedy zwykłego ptaka czy inne zwierzę, lecz lubiłam potem snuć w wyobraźni wersję o istocie rodem z baśni. Osobliwe rzeczy dostrzega też wokół siebie młody Jim, główny bohater powieści „Trollhunters. Łowcy trolli”. Chłopak ma szczęście w nieszczęściu, bo, mimo rozważania takiej opcji, nie stracił zmysłów. Na własnej skórze przekonuje się jednak, że nadnaturalne stworzenia rzeczywiście istnieją, a co gorsza, niektórymi kierują bardzo złe zamiary.

 

„Łowcy trolli” narodtrollhunters_lowcy_trolli_okladka.jpgzili się dzięki piórom meksykańskiego filmowca Guillermo del Toro oraz amerykańskiego autora Daniela Krausa. Jeśli chodzi o drugiego z wymienionych twórców, jego nazwisko nie jest aż tak znane jak w przypadku światowej sławy reżysera, scenarzysty i producenta. Omawiany tytuł stanowi dla polskich czytelników bodajże pierwsze spotkanie z literaturą Krausa, lecz książki owego pisarza zdobyły pewną popularność i otrzymały parę wyróżnień, a on sam stanął także za kamerą kilku filmów. Z kolei twórczość Guillermo del Toro od dawna darzę dużym uznaniem, chętnie oglądając sygnowane przez niego produkcje. Ba, liczę, że doczekam się wreszcie trzeciej części kinowego „Hellboya” w interpretacji tego pana. Ponadto do dziś nie mogę odżałować anulowania gry Sillent Hills, na potrzeby której połączył siły z Hideo Kojimą. Co istotne, „Łowcy trolli” nie są literackim debiutem del Toro, gdyż wcześniej napisał wraz Chuckiem Hoganem wampiryczną trylogię „Wirus”, przeniesioną na telewizyjne ekrany w formie serialu.

 

No dobrze, a teraz najwyższa pora wrócić do przytoczonej na wstępie postaci. James Sturges Junior, zwany po prostu Jimem, to zwyczajny chłopak, który mieszka wraz z ojcem na przedmieściach San Bernardino w Kalifornii. Nastolatek nie może pochwalić się osiągnięciami sportowymi, nadmiarem wysokich ocen ani mnóstwem kolegów. W zasadzie ma tylko jednego przyjaciela, którym jest Tobias „Tubby” („Tub”) Derschowitz, inny szkolny odrzutek. Na dokładkę, Jim musi ścierpieć dziwactwa rodziciela, ogarniętego chorobliwą wręcz obsesją na punkcie bezpieczeństwa. Stąd nie wolno mu późno wracać do domu, który pod względem liczby zainstalowanych zamków i alarmów przypomina małą twierdzę. Początkowo perypetie chłopca skupiają się głównie na uczniowskiej codzienności, co pozwala odbiorcom spojrzeć na szkolne życie z perspektywy przeciętnego i mniej lubianego dziecka. Zobaczymy więc, jak to dla przykładu bywa ze znoszeniem tyranii silniejszych gości czy skrytym podkochiwaniem się w koleżance.

 

Taki dobór protagonisty umożliwił udane przemycenie chodliwego motywu od zera do bohatera. Jimowi daleko do przebojowego, odważnego i krzepkiego młodzieńca, a na domiar złego, biedak zaczyna zastanawiać się nad stanem swojego zdrowia psychicznego, co oczywiście nie dodaje mu animuszu. Niemniej wkrótce odkrywa podziemny świat trolli lub raczej dosłownie zostaje tam porwany. Kolejne rewelacje nie każą na siebie długo czekać. Oto bowiem nadciąga olbrzymie niebezpieczeństwo w postaci wyjątkowo wrednego potwora i jego pomagierów, zaś nasz heros musi przeistoczyć się w bohatera z prawdziwego zdarzenia, by móc wesprzeć grupkę przeciwników czarnego charakteru. Pierwsze kroki w przyspieszonym kursie wojaczki nie należą do zbyt udanych, ale z czasem chłopak czyni coraz większe postępy. Wraz z rozwojem fabuły lepiej też rozumie powagę sytuacji, by w przyszłości dzielniej stawiać czoła swoim słabościom. Podobnie przedstawia się zresztą sprawa jego kumpla Tuba, który również zasmakuje bohaterskiego żywota.

 

Spółka „Del Toro & Krause” dobrze spisała się na polu książkowego uniwersum trolli, budując je w oparciu o własne pomysły i elementy zaczerpnięte z dawnych wierzeń. Powieść funduje czytelnikom przekrój przez różne rasy tych stworów, a w pobliżu Jima nie zabraknie dwójki szczególnie charakterystycznych osobników – inteligentnego Mrugasia oraz wojowniczej ARRRGH!!! Pamiętano nawet o eleganckim wpleceniu w tok wydarzeń swoistej lekcji historii, pokrótce przedstawiając trollowe losy na przestrzeni dziejów, włącznie z wytłumaczeniem obecności owych istot na terenie Ameryki. Generalnie cała fabuła trzyma solidny poziom pod kątem konstrukcji, a tym samym nie uświadczymy tu zbędnych klocków. Dlatego nadnaturalne kłopoty nieprzypadkowo zbiegają się z obchodami lokalnego festiwalu. Owszem, to typowa rozrywka, lecz podana w naprawdę fajnym stylu. Autorzy posługują się plastycznym, dynamicznym i zwięzłym językiem, a do tego zręcznie żenią horror z humorystycznymi akcentami (nierzadko w czarnym wydaniu).

 

Po „Trollhunters” mogą śmiało sięgnąć zarówno młodociani, jak i dorośli odbiorcy, którzy lubią lekkie, fantastyczno-przygodowe historie z domieszką grozy. Z uwagi na kilka dość makabrycznych fragmentów nie radziłabym natomiast podsuwać tej powieści maluchom, co dopiero nauczyły się składania literek, bo takiego brzdąca zazwyczaj łatwiej przestraszyć. W każdym razie, książkę czyta się szybko, a opisywane na jej kartach sceny nietrudno sobie wyobrazić, zwłaszcza że mamy parę atrakcyjnych i klimatycznych ilustracji, wykonanych przez Seana Murraya. Swoją drogą, na bazie „Łowców trolli” powstał serial animowany, którego jeszcze nie widziałam. Muszę to jednak nadrobić, skoro za ten powszechnie chwalony projekt również odpowiada Guillermo del Toro. Literacki pierwowzór utrwalił moją sympatię dla twórcy takich filmów jak „Labirynt fauna” czy „Pacific Rim”, a co do Daniela Krausa, mam nadzieję, że rodzimi wydawcy postarają się o sprowadzenie do Polski innych powieści tego autora.

 

 

 

--------------------------------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

-------------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Trollhunters. Łowcy trolli

Tytuł oryginalny: Trollhunters

Autorzy: Guillermo del Toro, Daniel Kraus

Wydawnictwo: Galeria Książki

crouschynca

Nie da się zaprzeczyć, że dopoki_nie_zgasna_gwiazdy_okladka.jpgpostapo jest w modzie. Mało tego, popularność takich klimatów wykracza poza sfery literatury, obejmując także kino oraz wirtualną rozrywkę. Ów fakt nie przekreśla jednak szans na wniesienie mniejszego bądź większego powiewu świeżości do historii, które prezentują nam fatalistyczną wizję przyszłości. Koronnym tego dowodem jest powieść pt. „Dopóki nie zgasną gwiazdy” autorstwa Piotra Patykiewicza.

 

Książka zabiera czytelników do świata wiecznej zimy, gdzie rządy lodu i śniegu nastąpiły po katastrofie, enigmatycznie nazywanej Upadkiem. Akcja utworu rozgrywa się około 300 lat po tym tragicznym w skutkach wydarzeniu, które doprowadziło do cywilizacyjnego zacofania. Nowe warunki zmusiły niedobitki ludności do zamieszkania wysoko w górach, acz oczywiście i tak nie ma tam mowy o spokojnej egzystencji. Już w pierwszym akapicie powieści zostajemy bowiem poinformowani, jak ciężko przetrwać. Żyjący w górskich osadach ludzie są zresztą do tego przyzwyczajeni, poniekąd traktując niebezpieczeństwo jako stały, normalny element otaczającej ich rzeczywistości.

 

Przywyknięcie do zaistniałego porządku bynajmniej nie oznacza lekceważącego podejścia do wrogich czynników. Wręcz przeciwnie, ludzie doskonale zdają sobie sprawę, że zbytnie oddalanie się od domu jest łatwą drogą do śmierci. Stąd największy wskaźnik przedwczesnych zgonów wśród myśliwych, drwali i złomiarzy, którzy, z racji pełnionych w społeczeństwie funkcji, regularnie schodzą do niżej położonych regionów. Co istotne, marny koniec może zgotować nie tylko atak wygłodniałego zwierzęcia, śnieżyca bądź upadek z urwiska. Otóż autor wprowadza dodatkowe źródło zagrożenia, ale nie chodzi o popularne w nurcie postapo mutanty czy zombiaki. W zamian mamy tu do czynienia z tajemniczymi Świetlikami, które przenikają przez oczy człowieka, a po pewnym czasie powodują samozapłon ofiary, uprzednio przejmując ponoć władzę nad jej duszą. Postapokalipsa posiada u Piotra Patykiewicza wymiar religijny – Upadek przypisuje się Lucyferowi, zaś świetliste istoty powiązane zostają ze zjawiskiem opętania.

 

Głównym bohaterem tej historii jest natomiast nastoletni Kacper, syn szanowanego myśliwego w jednej z górskich osad. Ciekawy świata chłopak chce czegoś więcej od życia, a nad stagnację przedkłada niebezpieczeństwo, jakie pociągają za sobą profesje, wymagające wypuszczenia się poza wioskowe granice. Pierwszą samotną wyprawę odbywa z poczucia obowiązku wobec rodziny i potrzeby udowodnienia swej wartości, lecz do podjęcia takiej decyzji przyczynia się też po części lekkomyślna młodzieńcza brawura, o czym zostanie słusznie uświadomiony. Niemniej Kacper nie porzuca swoich planów, pragnąc zdobyć szczegółową wiedzę zarówno na temat czasów mu współczesnych, jak i tych sprzed katastrofy. Jednocześnie nie brak w nim wrażliwości – to przede wszystkim troska o dobro bliskiej osoby skłania go do zgłoszenia się na gońca w momencie, gdy osadnicy staną przed koniecznością wybrania nowej osoby na tę posadę.

 

Jako że obowiązki gońca nie każą na siebie czekać, Kacper wyrusza w samotną i ryzykowną podróż wkrótce po przyjęciu owej pracy. Co więcej, motyw jego wędrówki wykorzystano do opowiedzenia historii o dojrzewaniu oraz dorastaniu w świecie pełnym niebezpieczeństw. Należy przy tym podkreślić, iż wyprawa młodzieńca służy także innej, bardzo ważnej rzeczy. Mianowicie losy Kacpra oferują odbiorcom przekrój przez interesujące uniwersum, jakie Piotr Patykiewicz wykreował na kartach swej powieści. Dzięki plastycznemu językowi autora z łatwością przeniesiemy się oczyma wyobraźni do takich miejsc jak dla przykładu surowe i zarazem kuszące śnieżną bielą zbocza, martwy las, górskie miasteczko czy ruiny dawnych metropolii, dokąd zapuszczają się jedynie złomiarze w poszukiwaniu reliktów przeszłości, w tym książek.

 

Oprócz tego, polski pisarz z powodzeniem rozwija religijny kontekst utworu, kreśląc wiarygodną wizję społeczeństwa, gdzie chrześcijańską wiarę przenikają liczne zabobony oraz przesądy. W takich właśnie warunkach wychowano Kacpra i w takich realiach przyjdzie mu poruszać się podczas swojej podróży. Niejednokrotnie dojdzie też do konfrontacji wpajanych od maleńkości poglądów z informacjami, które kolidują z religijnymi przekonaniami chłopaka. Uwypuklenie owego aspektu pozwoliło twórcy powieści na ukazanie różnych postaw wobec Upadku i Świetlików. Dominuje rzecz jasna tzw. teoria lucyferiańska, którą krzewią wśród przestraszonych wiernych reprezentanci Kościoła, twierdząc, iż nadszedł czas Bożej próby. Co się tyczy mniej upowszechnionych koncepcji, jedną z nich jest znowu fanatyzm, tyle że w odwrotnym kierunku, bo dostrzegający w Świetlikach boski pierwiastek. Jeszcze inne stanowisko polega z kolei na czysto naukowym podejściu, w myśl którego trzeba szukać wyjaśnień na podstawie autentycznych dokumentów, a także doświadczalnych badań.

 

„Dopóki nie zgasną gwiazdy” to szósta powieść w literackim dorobku Piotra Patykiewicza, lecz dla mnie była ona pierwszym spotkaniem z twórczością tego pisarza. Na dodatek tak udanym, że nie zamierzam poprzestać na lekturze jednej książki. Z chęcią rozejrzę się więc za jego pozostałymi utworami, a ponadto będę uważnie wypatrywać kolejnych pozycji spod pióra tego utalentowanego autora. Perypetie Kacpra wciągnęły mnie od samego początku, intrygując aż do ostatniej strony. Piotr Patykiewicz odmalował przed czytelnikami sugestywny i kompleksowy obraz upadłego świata, przy czym w niektórych kwestiach pozostawia też pole do własnych interpretacji. Polecam z całego serca!

 


 

--------------------------------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

-------------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Dopóki nie zgasną gwiazdy

Autor: Piotr Patykiewicz

Wydawnictwo: SQN

crouschynca

"Kraina Lodu" - recenzja

Kreatywne podejście do klasycznej historii to chwalebny, aczkolwiek ryzykowny krok. Na szczęście Disney wyszedł obronną ręką z takiego eksperymentu, serwując wspaniałą wariację na temat „Królowej Śniegu” Hansa Christiana Andersena. Twórcy obrazu przedstawili zupełnie nową historię, a co najważniejsze, powstałej na bazie słynnego pierwowzoru opowieści nie brakuje baśniowego klimatu. Wyprodukowana przez amerykańską wytwórnię „Kraina Lodu” zasłużenie podbiła więc zarówno serca widzów, jak i krytyków.

 

W scenariuszu produkcjikraina_lodu_okladka_dvd.jpg nie ma ani Gerdy, ani Kaja. Co prawda znalazło się miejsce dla Królowej Śniegu, lecz jest to zgoła odmienna postać od tej, jaką znamy z dzieła Andersena. Mianowicie fabuła produkcji przenosi nas do królestwa Arendelle, gdzie żyją sobie dwie księżniczki. Obie śliczne jak z obrazka, choć od jednej bije nieco chłodem – w przenośni i dosłownie. Elsa, starsza z sióstr, trzyma się wyraźnie na dystans, a to za sprawą mocy tworzenia śniegu i lodu, którą dysponuje od urodzenia. Rzecz jasna zachowaniem dziewczyny nie kieruje poczucie wyższości z racji posiadania magicznego talentu. Ona po prostu usiłuje ukryć swoje nadnaturalne zdolności, a ponadto boi się stracić nad nimi panowanie, przez co mogłaby kogoś nieumyślnie skrzywdzić.

 

Ben, wujek Petera „Spidermana” Parkera mawiał, że z wielką siłą wiąże się wielka odpowiedzialność. Owe słowa doskonale odzwierciedlają ciężar, jaki spada na barki księżniczki. W miarę upływu lat staje się coraz dotkliwszy, bowiem moce Elsy rosną wraz z wiekiem. Krytyczny moment nadchodzi w najmniej odpowiedniej chwili, a konkretnie w dniu koronacji starszej z dziewczyn. Tak się składa, że pomiędzy siostrami wybucha wtedy mająca bardzo przykre konsekwencje sprzeczka. Wymiana zdań doprowadza do eksplozji mocy Elsy, która na skutek tak dużego stresu całkowicie traci kontrolę nad swoim talentem. W efekcie zdenerwowana panna przemienia lato w zimę i w pośpiechu opuszcza królewski zamek. Śladami świeżo upieczonej królowej podąża zaś Anna, która czuje się odpowiedzialna za zaistniałą sytuację.

 

Przedstawiona w filmie historia angażuje widzów, a także kusi ich baśniową aurą już od pierwszych minut seansu, opowiadających o dzieciństwie najistotniejszych bohaterów. Obrazki z sympatycznymi brzdącami bynajmniej nie służą wyłącznie rozczulaniu odbiorców. To właśnie wtedy mają też miejsce kluczowe względem całości zdarzenia, które znakomicie uzupełniają się z dalszym przebiegiem fabuły, tłumacząc postępowanie owych postaci w przyszłości. W kolejnych partiach obrazu również nie uświadczymy zastojów, a wręcz przeciwnie – akcja nabiera jeszcze więcej rumieńców, zwłaszcza od momentu sprowadzenia zimy na Arendelle.

 

Jak przystało na pouczającą baśń, twórcy nie szczędzą nam wzruszeń, dotyczących nie tylko uczuć, które mogą połączyć zakochanych. Wielką rolę odgrywa także przyjaźń, a na przykładzie sióstr zilustrowano motyw miłości pomiędzy rodzeństwem. Co ciekawe, klasyczne porywy serca zostają tutaj poddane swoistej rewizji. Wystarczy wspomnieć samą przyczynę siostrzanej kłótni – Anna zgadza się poślubić niejakiego księcia Hansa po niecałym dniu znajomości i nie zyskuje aprobaty Elsy. Owszem, w produkcjach Disneya zdarzały się historie, gdzie bohaterowie nie zapałali do siebie uczuciem od pierwszego wejrzenia (np. „Piękna i Bestia”). Jednakże to w „Krainie Lodu” pewne postacie otwarcie kwestionują chęć spędzenia reszty życia z osobą, której nie zdążyło się dobrze poznać.

 

W królestwie Arendelle nie zabrakło też miejsca dla komediowych akcentów nawet wtedy, gdy gruby śnieg pokryje okolicę. Kiedy dla przykładu Anna zajrzy do leśnego sklepiku, uśmiechnięty ekspedient zareklamuje jej letni asortyment, który teoretycznie powinien mieć teraz największe wzięcie. Cóż, zima wyskoczyła znienacka, w mgnieniu oka przeganiając najcieplejszą porę roku. Nie dziwota więc, iż handlowiec robi dobrą minę do złej gry i próbuje wepchnąć zalegający towar pomimo marnych perspektyw na jego sprzedanie. Absolutną gwiazdą humorystycznej warstwy obrazu jest natomiast bałwanek Olaf, który ożywa dzięki magii Elsy. Można zaryzykować stwierdzenie, że to chodzący oksymoron. No bo jaki śniegowy bałwan marzyłby o lecie, skąpanej w słońcu plaży czy kolorowej łące? Tak na marginesie, muszę pochwalić Czesława Mozila, który w polskiej wersji kapitalnie dubbinguje przezabawnego Olafa.

 

Jedną z rzeczy, jakie przyczyniły się do artystycznego i komercyjnego sukcesu produkcji, jest bez wątpienia muzyka. Warto przy tym nadmienić, iż sam soundtrack osiągnął bardzo dobre wyniki sprzedaży (szczególnie w Stanach Zjednoczonych). Mało tego, włodarze Disneya postanowili wykorzystać szał na punkcie piosenek z „Krainy Lodu”, aby przedłużyć życie filmu w amerykańskich kinach. Tak oto pojawiły się swego czasu w USA specjalne seanse, gdzie partiom śpiewanym towarzyszyły napisy karaoke. Podobne pokazy zawitały też m.in. do Japonii, a seria konsolowych gier SingStar doczekała się edycji poświęconej Disneyowskiemu hitowi. Przyznam szczerze, że ogromne powodzenie ścieżki dźwiękowej w ogóle mnie nie zaskakuje. Muzyka, która obejmuje utwory instrumentalne i wokalne, wpisuje obraz w chwalebny poczet animacji odwołujących się do najlepszych musicalowych tradycji. Wpadające w ucho piosenki są ściśle zintegrowane z fabułą, a co za tym idzie – pasują do wydarzeń oraz charakteru postaci. Kiedy w dniu koronacji Elsy Anna śpiewa utwór „Pierwszy raz jak sięga pamięć”, w jej głosie łatwo wyczuć entuzjazm i radość. Co więcej, w pewnym momencie wokal młodszej dziewczyny zostaje zestawiony z mniej pogodną partią starszej siostry, dając ciekawy efekt kontrastu. Nie wypada mi ponadto pominąć nagrodzonego Oscarem i Grammy kawałka „Let It Go” („Mam tę moc” w polskiej wersji językowej), który doskonale obrazuje drogę Elsy ku akceptacji swojej magicznej odmienności.

 

„Krainę Lodu” nie tylko wybornie się słucha, ale i z niezakłamaną przyjemnością ogląda. Trójwymiarowa animacja z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom zimy, która prezentuje się tu wprost wybornie, podobnie zresztą jak pozostałe elementy warstwy wizualnej. Twórcy z pietyzmem podeszli do swojego dzieła, fundując przepiękne ujęcia ośnieżonych gór, wyczarowanego przez Elsę pałacu czy wierzbowego lasu, gdzie oblodzone gałęzie przywodzą nieco na myśl choinkowe ozdoby. Potrafiłabym w nieskończoność wymieniać przykłady widoków, które mnie oczarowały. Ba, produkcja podbiła moje serce w całej swej okazałości. Widziałam ją już kilkakrotnie i jeszcze niejeden raz to uczynię, a czasami łapię się na tym, że nucę pod nosem „Ulepimy dziś bałwana” bądź inną piosenkę z filmu. „Królu Lwie”, „Mała Syrenko” oraz pozostałe klasyki Disneya – nic nie straciliście ze swojej wspaniałości, lecz wasze szacowne grono powiększyło się o kolejną perłę, jaką bezsprzecznie jest historia dwóch sióstr z królestwa Arendelle.

 

 

--------------------------------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.


 

--------------------------------------------------------------------------------------

 

Tytuł polski: Kraina Lodu

Tytuł oryginalny: Frozen

Reżyseria: Chris Buck, Jennifer Lee

Scenariusz: Jennifer Lee

Gatunek: animacja, musical, fantasy, baśń, przygodowy, familijny

Produkcja: USA

Rok produkcji: 2013

Czas trwania: 97 minut

crouschynca

Layers of Fear pozwala odbiorcom poznać historię, w której kluczową rolę odgrywa sztuka. Należy jednak zaznaczyć, że opowieści o artystycznym geniuszu towarzyszy tutaj smutek, tragizm, okrucieństwo, strach i szaleństwo – wszak mamy do czynienia z produkcją, reprezentującą gatunek horroru. No więc jak, drodzy gracze? Jesteście na to gotowi? Jeśli tak, przyjmijcie zaproszenie od krakowskiego studia Bloober Team i przekroczcie progi pewnego wiktoriańskiego domostwa.

 

layers_of_fear_okladka_gry.jpg

Wspomniana przed momentem posesja należy do uzdolnionego, acz mocno znerwicowanego malarza. Przywdziewając szaty owego artysty, wracamy pod domowe strzechy, gdy za oknem panuje akurat burzowa noc. Wnętrza też zresztą nie sprawiają zbyt przytulnego wrażenia, a to przede wszystkim dlatego, iż zieją przygnębiającą samotnością. W środku nie zastajemy żywej duszy, choć dzięki inspekcji zakamarków odkryjemy, że niegdyś mieszkała tam również żona głównego bohatera i że urodziło im się dziecko. Niestety, wpadniemy ponadto na trop niepokojących wieści o rodzinnych problemach oraz postępującym obłędzie mężczyzny.

 

Prawdziwy koszmar zaczyna się natomiast wraz z otwarciem pracowni i odsłonięciem płótna, na jakim powstać ma opus magnum naszego protagonisty. Bez owijania w bawełnę, facet  jest totalnie zbzikowany na tym punkcie. Cel, którego realizacja przybliży graczy do finału, polega na ukończeniu obrazu, co z kolei wymaga zdobycia kilku rzeczy, ukrytych gdzieś wśród czterech ścian. Teoretycznie nie powinno nas czekać męczące wyzwanie, skoro nie potrzebujemy nie wiadomo ilu gratów. I mimo że produkcji faktycznie daleko do skomplikowanej pod względem mechaniki, myszkowanie po chałupie nie okazuje się błahą sprawą. Ekipa z Bloober Team zadbała bowiem o to, by doprawić lataninę solidną dawką dreszczyku oraz zamętu.

 

Eksploracja w oparach obłędu

 

Cały trik tkwi w pomysłowym zaprojektowaniu środowiska gry, oferującym zarazem iście psychodeliczną jazdę. Można zaryzykować stwierdzenie, że atelier malarza pełni funkcję swoistego portalu bądź bramy pomiędzy rzeczywistością a światem szaleństwa. Mianowicie kiedy przystąpimy do poszukiwań, kłopotu nie stanowi bynajmniej fakt, że nie znamy dokładnego kształtu ani położenia pożądanych przedmiotów. Za to trzeba liczyć się z psikusami, które płata nam sceneria. Rezydencja, będąca de facto ograniczonym terenem, zyskuje nagle jakby dodatkowy wymiar, ponieważ ciągłym zmianom ulega nie tylko wystrój i umeblowanie, lecz także rozkład pomieszczeń. Ba, nierzadko takie cuda wyprawiają się dosłownie przed naszymi oczyma (m.in. deformacje obrazów czy lewitujące obiekty). Albo robimy w tył zwrot i zauważamy wtedy dla przykładu brak drzwi, przez które chwilę wcześniej weszliśmy – tego typu sytuacje też są na porządku dziennym.

 

Co najważniejsze, rodzimym deweloperom autentycznie udało się mnie przestraszyć, i to wielokrotnie. Wprawdzie na samym początku, przed dotarciem do pracowni artystycznej, w gruncie rzeczy nie dzieje się nic przerażającego, lecz muszę przyznać, że już od pierwszych minut twórcy konsekwentnie budują nastrój grozy. Wpierw mamy przez krótki czas względny spokój, aczkolwiek i tak będziemy czuć się nieswojo. Raptem zostajemy zaś wrzuceni do schizowatego horroru, przy czym im dalej w las, tym atmosfera staje się gęściejsza, częstując nas coraz bardziej intensywnymi doznaniami. Owszem, autorzy nie odmówili sobie wykorzystywania tzw. jump scare’ów, ale użyte zagrywki pasują do idei nieprzewidywalnej przestrzeni.

 

O dziwo, lęk ani razu nie odebrał mi ochoty na odkrywanie kart z przeszłości malarza. Nieustanna chęć wiedzy przestaje jednak zaskakiwać, gdy uświadomię sobie, że tak właśnie objawia się kolejna zaleta Layers of Fear. Hasła, jakie reklamują polski horror, nie bez powodu mówią o skoncentrowanej na fabule eksploracji. Chociaż gameplay cechuje się liniową strukturą, lista wartych uwagi obiektów nie została ograniczona do kilku przedmiotów, bez których nie ukończymy produkcji. Oprócz tego, natkniemy się na rozmaite zapiski i inne rzeczy, przypominające głównemu bohaterowi o bolączkach, jakie trawiły jego samego oraz rodzinę.

 

Można zatem spróbować przejść grę na szybko, mając w głębokim poważaniu wszelkie obiekty nadobowiązkowe – to każdego osobisty wybór. Niemniej odradzam takie podejście, bo model narracji, który polega na zbieraniu strzępków historii, idzie w parze z ciekawym scenariuszem. Stąd lepiej wypatrywać interesujących elementów otoczenia, w tym koniecznie sprawdzać napotkane drzwi, szafy czy szuflady, co swoją drogą robimy na modłę tytułów ze studia Frictional Games – znaczy się manewrujemy myszą tak, by imitować czynność otwierania. Dodam jeszcze, że kompletowanie fragmentów historii postawi nas również przed sporadycznymi i bardzo prostymi zagadkami (np. wpisanie szyfru po uprzednim znalezieniu poprawnej kombinacji).

 

layers_of_fear_01.jpg

Świetna robota w kapitalnym opakowaniu

 

Zachwycając się dziełem deweloperów z Krakowa, grzechem byłoby pominąć kwestię oprawy audiowizualnej, która bierze przecież aktywny udział w znakomitym operowaniu nastrojem. Paranoidalna wędrówka została oprawiona sugestywnymi efektami dźwiękowymi, a także światowej klasy muzyką autorstwa Arkadiusza Reikowskiego. Polski kompozytor perfekcyjnie zadbał o to, by dostarczyć odbiorcy stosownych do charakteru opowieści odczuć, począwszy od melancholii, poprzez tajemniczość, a skończywszy na strachu. Co do grafiki, środowisko, które obserwujemy z perspektywy pierwszoosobowej, dowodzi, że twórcom nie brakowało kreatywności, pomimo zauważalnych podobieństw do słynnego dema P.T. Fundowane nam widoki regularnie przyprawiają o ciarki na plecach, każąc zastanawiać się, gdzie wylądowaliśmy. W koszmarnym śnie? Wewnątrz umysłu pijanego wariata? Czy może pośród kumulacji złej energii? A to coś spadnie, niekiedy mignie jakaś zjawa lub zobaczymy groteskowe przeobrażenia całych ścian. I te wszędobylskie obrazy, które zdają się śledzić nasze kroki, brrr..

 

W moim przypadku przejście gry zajęło około 4 godzin, lecz zaliczenie produkcji może zabrać innym trochę mniej bądź więcej czasu, w zależności od tego, czy zechcą gnać niczym Flash, czy też zawalczyć o poznanie wszystkich dostępnych zakończeń. Sądzę, że to uczciwy wynik, zważywszy na natężenie psychodelicznych wrażeń. W ten sposób Layers of Fear pozostawiło mnie z piekielną satysfakcją, a jednocześnie nie zdążyło zmęczyć swym dusznym klimatem tudzież znużyć repertuarem straszenia. Reasumując, Bloober Team zaserwowało graczom pierwszorzędną opowieść grozy i wyśmienite studium szaleństwa, co czyni historię zwichrowanego artysty pozycją obowiązkową dla miłośników wirtualnych horrorów.

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

crouschynca

Niektóre rany nigdy się nie zabliźnią i zawsze tkwią gdzieś tam w środku, mniej bądź bardziej uporczywie przypominając o przykrych przeżyciach. Czy mimo tego można w miarę normalnie funkcjonować, odczuwać radość i myśleć pozytywnie? Czy ludziom z ciężkimi traumami dane jest zaznać szczęścia, a także miłości? Czy też wewnętrzne blizny położą się wielkim cieniem na reszcie ich życia, przekreślając wszelkie szanse na odnalezienie spokoju ducha? Amerykańska pisarka Jessica Sorensen próbuje odpowiedzieć na te pytania w powieści zatytułowanej „Przypadki Callie i Kaydena”.

 

 

 

Głównymi bohaterami są młodzi ludzie z bagażem traumatycznych doświadczeń. On, czyli Kayden Owens, na pierwszy rzut oka wydaje się tzw. idealnym chłopakiem z dobrego domu. Pewny siebie, wysportowany i przystojny, w związku z czym stanowi obiekt westchnień wielu dziewczyn. Postawa, jaką przyjmuje na co dzień, jest jednak fasadą, ukrywającą prawdę o sobie samym oraz jego bliskich. Rodzina Kaydena wyćwiczyła się w udawaniu doskonałej, podczas gdy w rzeczywistości trawią ją poważne problemy. Na pierwszy plan wysuwa się tam przemoc domowa, bowiem pan Owens regularnie bije i upokarza swojego syna.

 

 

O ile Kayden mprzypadki_callie_i_kaydena_okladka.jpgaskuje kłopoty szkolną popularnością itp., tak Callie Lawrence wręcz unika ludzi, a rówieśnicy ochoczo z niej kpią, traktując jak dziwadło. Dziewczyna nie lubi imprez, lecz nikt też raczej nie zaprasza jej na tego typu zabawy. Callie sama zresztą zdecydowała się być odludkiem i celowo pozuje na nieatrakcyjną dziwaczkę. Winę za taki stan rzeczy ponosi doznany w dzieciństwie wstrząs, który zniszczył w niej radość życia. Warto zaznaczyć, iż nie od razu dowiadujemy się, co konkretnie przydarzyło się bohaterce. Możemy jedynie snuć przypuszczenia, acz skrawki wspomnień Callie oraz jej reakcje naprowadzają na pewne tropy. Kawa na ławę zostaje zaś wyłożona w późniejszej części powieści, kiedy najprawdopodobniej każdy czytelnik z grubsza złoży tę historię w całość. Co istotne, mimo że ujawniony wówczas sekret nie jest dla odbiorcy zbytnią niespodzianką, padające w owym momencie słowa i tak potrafią zaszokować.

 

 

Chociaż protagoniści od dawna wiedzieli o swoim istnieniu, nie utrzymywali ze sobą kontaktów nawet na sympatycznej, koleżeńskiej stopie. Wiadomo – najfajniejszy chłopak i szkolny dziwoląg to dwa odrębne światy. Losy bohaterów zostają nierozerwalnie splecione dopiero tuż przed wakacjami, kiedy oboje kończą liceum. W otwierającym powieść prologu Callie trafia pod dom Kaydena i widzi, jak ojciec dosłownie katuje syna. Zaskoczona tą sceną interweniuje, przypuszczalnie zapobiegając większej tragedii. Główna akcja książki rozpoczyna się z kolei kilka miesięcy później, gdy oboje kontynuują edukację w college’u. Przypadek, a może przeznaczenie sprawia, iż lądują na tej samej uczelni.

 

 

Nie potrzeba wróżbiarskich talentów, by zgadnąć, że dojdzie do zacieśnienia więzi pomiędzy świeżo upieczonymi studentami. Wszak bez tego nie byłoby całej historii, a dramatyczny epizod z prologu straciłby wtedy na swojej wymowie. Oczywiście Jessica Sorensen nie kreśli cukierkowej opowieści, w której bohaterowie od razu padają sobie w ramiona, zapominając o wszystkich troskach. Jak napisałam wcześniej, to młodzi ludzie, ale po bolesnych przejściach. Odczuwają wzajemny pociąg, lecz równocześnie boją się swoich uczuć. Z jednej strony, to dla nich droga ku ocaleniu i otwarciu na prawdziwą miłość. Z drugiej, to także nieustanna walka z traumami, które rzecz jasna nie znikają jak za magicznym dotknięciem różdżki.

 

 

Amerykańskiej autorce należą się bezsprzeczne brawa za sprawne i wiarygodne odmalowanie wachlarza emocji, jakie targają protagonistami. Doskonały wgląd w psychikę dwójki głównych postaci to w dużej mierze zasługa pierwszoosobowej narracji, przypadającej naprzemiennie Callie oraz Kaydenowi. Zabieg ten szczególnie ciekawie wypada przy przedstawianiu wydarzeń, w których oboje biorą udział. Dzięki takiej formule wspólne epizody zostają ukazane zarówno z perspektywy Kaydena, jak i Callie. Oprócz tego, struktura powieści odznacza się specyficznym nazewnictwem rozdziałów, bardzo ważnym w fabularnym kontekście utworu. Kolejne takie tytuły to punkty z czymś w rodzaju prywatnych przykazań. I faktycznie tak jest. Pochodzą one z listy rzeczy do zrobienia, sporządzonej przez pannę Lawrence oraz jej przyjaciela Setha – homoseksualnego chłopaka, który również wie, co to znaczy być rannym zewnętrznie i wewnętrznie.

 

 

„Przypadków Callie i Kaydena” na pewno nie można uznać za standardowe romansidło. Powieść autorstwa Jessiki Sorensen jest zdecydowanie czymś więcej. I to nie tylko dlatego, że pisarka poświęca też bardzo dużo uwagi przyjaźni. Książka porusza ponadto ciężkie tematy, na czele z kilkakrotnie przywoływanymi traumami. Jednocześnie trudne w odbiorze wątki nie czynią perypetii bohaterów mozolną lekturą. Tytuł ten czyta się szybko, a na dodatek jego treść na długo pozostaje w pamięci czytelnika, zwłaszcza w obliczu mocnego i otwartego zakończenia, skłaniającego do sięgnięcia po „Ocalenie Callie i Kaydena” – następny tom z serii „The Coincidence”. Jeżeli więc czujecie, że możecie w „Przypadkach…” znaleźć coś dla siebie, wątpię, byście się rozczarowali.

 

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

-------------------------------------------------

Tytuł polski: Przypadki Callie i Kaydena

Tytuł oryginalny: The Coincidence of Calli and Kayden

Cykl: The Coincidence, tom 1

Autor: Jessica Sorensen

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

 

crouschynca

Stasis (PC) - recenzja

Posępne intro, w którym wielki statek kosmiczny przemierza przestrzeń na tle niepokojących dźwięków, od razu wprawił mnie w odpowiedni nastrój, potwierdzając, iż fabule Stasis będzie zdecydowanie bliżej do „Obcego – ósmego pasażera Nostromo” niżli „Strażników Galaktyki”. Tym bardziej cieszy fakt, że produkcja do samego końca pozostaje wierna obranej konwencji i serwuje odbiorcom mroczne science fiction pełną gębą. Co więcej, klimatyczną opowieść grozy przystrojono tutaj solidną, klasyczną rozgrywką w stylu point and click.

 

Recenzowany przeze mnie tytuł to jeden z takich projektów, któremu pomogły dobrodziejstwa Kickstartera. Pod koniec 2013 roku wystartowała bowiem kampania crowdfundingowa w celu uzyskania funduszy na rzecz tejże przygodówki. Gra znajdowała się wówczas w dość zaawansowanym stadium rozwoju, a zebrane środki miały zostać wykorzystane do nadania jej możliwie najlepszego kształtu, m.in. poprzez zatrudnienie profesjonalnych lektorów oraz doszlifowanie warstwy graficznej. Akcja okazała się na szczęście sukcesem, do którego osiągnięcia potrzebowano przynajmniej 100 tysięcy dolarów. Kickstarterowy licznik zatrzymał się finalnie na ponad 132 tysiakach, dzięki czemu zgromadzone tam pieniądze zasiliły konto odpowiadającego za produkcję niewielkiego studia The Brotherhood z siedzibą w Kapsztadzie. Południowoafrykańska ekipa spokojnie kontynuowała zatem prace, by w sierpniu 2015 roku wypuścić na świat swoje dzieło.

 

Gdzie jestem?!

 

stasis_okladka_pl.jpg

Fabuła Stasis funduje graczom kosmiczną wyprawę do odległej przyszłości i pozwala wskoczyć w umęczoną skórę niejakiego Johna Marachecka. Do niezbyt dobrej kondycji mężczyzny nawiązałam nieprzypadkowo, a to dlatego, że pod pewnymi względami stanowi ona kluczowy element snutej przez twórców opowieści. Główny bohater budzi się z hibernacyjnego snu na pokładzie pozornie opustoszałego statku, który, jak słusznie spostrzega sam zainteresowany, nie jest jego łajbą. John nie ma oczywiście zielonego pojęcia, czemu wylądował w obcym miejscu. Na domiar złego, nigdzie nie widać żony ani córki protagonisty, wraz z którymi wcześniej podróżował. Panu Maracheckowi nie pozostaje nic innego jak tylko rozejrzeć się po okolicy za najbliższą rodziną i ewentualną drogą ucieczki, poznając równocześnie tajemnice niegościnnego środowiska.

 

Przemierzając kolejne pomieszczenia, szybko zauważymy, że ogromny okręt posłużył za arenę dla wyjątkowo nieprzyjemnych zdarzeń. Nie brak mniej bądź bardziej zdewastowanych obiektów, niejedna ściana ubrudzona krwią, tu i ówdzie leżą zmaltretowane zwłoki, a ponadto odkryjemy ślady dziwnej organicznej narośli. Na tym niestety nie kończą się wątpliwe atrakcje, jakie przyszykowano naszemu podopiecznemu. John wchodzi wkrótce w posiadanie komunikatora, który umożliwi prowadzenie rozmów z ocalałą panią naukowiec o imieniu Te’ah. Kobieta będzie odtąd pełnić funkcję swoistej przewodniczki po wnętrzach statku, lecz problem bynajmniej nie tkwi wyłącznie w tym, iż bohater musi zaufać nieznanej osobie. Zwiedzany teren nadal skrywa wiele niebezpieczeństw, zarówno pod postacią tzw. złośliwości rzeczy martwych, jak i najwyraźniej czegoś całkiem żywotnego.

 

W imię bólu, lęku i nauki

 

Pomijając dialogi z udziałem Te’ah, nieocenionym źródłem informacji stają się napotykane niemalże na każdym kroku terminale i palmtopy, które pomagają zgłębić przyczyny przykrego położenia Johna, naturę nieprzyjaznej placówki oraz losy wytrzebionej załogi. Groomlake, bo takie miano nosi tajemniczy statek, to ośrodek badawczy, gdzie zajmowano się różnego rodzaju eksperymentami, często ignorując wszelkie zasady moralne wespół z normami etycznymi. Taka sceneria pozwoliła autorom na stworzenie ponurej opowieści o zgubnych skutkach zabawy w Boga i szalonym naukowcu, który kierował owym bajzlem. Co ciekawe, wirtualne zapiski, jakie znajdziemy na swojej drodze, nierzadko traktują o prywatnych sprawach pracowników stacji, np. poglądach na zaistniałe zajścia, badaniach na boku czy nawet problemach uczuciowych. I chociaż czytanie wszystkich dzienników nie jest niezbędne do ukończenia gry, osobiście zachęcam, by z tego nie rezygnować. Lektura niewątpliwie wzbogaca fabułę i zwyczaje daje odczuć, że na pokładzie Groomlake przebywali ludzie z krwi i kości.

 

Owszem, przedstawiona w Stasis historia nie zalicza się do szczególnie oryginalnych, wzbudzając skojarzenia z takimi tytułami jak dla przykładu filmy „Obcy”, „Ukryty wymiar” lub gra Dead Space. Deweloperzy nie kryją zresztą swojej inspiracji klasykami science fiction, a ja nie mam nic przeciwko czerpaniu natchnienia z innych twórców, o ile przełoży się to na satysfakcjonujący efekt końcowy. Dokładnie tak jest z perypetiami Johna Marachecka, które bronią się zręcznie napisanym scenariuszem i kapitalnie wykreowanym klimatem. Według mnie to dobra propozycja na nocne sesje przed komputerem, acz za dnia także potrafi wprawić w nastrój niepokoju. Niezależny zespół nie omieszkał przy okazji wtrącić paru jump scare’ów, które dają radę pomimo bycia ogranymi przez horrory chwytami. Przyczepiłabym się jedynie do kilku nadto drastycznych scen – z jednej strony, rozumiem psychologiczny wydźwięk tych fragmentów, z drugiej nie mogłam odeprzeć od siebie wrażenia, że trochę przesadzono. Cóż, The Brotherhood bardzo skrupulatnie podeszło do odzwierciedlenia idei cierpienia, nie tylko w kontekście zdrowia fizycznego, ale i psychicznego.

 

Wskazuj i klikaj, ale rozważnie

 

O tym, czego z grubsza należy spodziewać się pod kątem mechaniki, wspomniałam już na wstępie. Stasis jest tradycyjną przygodówką point and click, która do obsługi wymaga działającej myszki. Lewym przyciskiem gryzonia zmusimy protagonistę do ruszenia czterech liter i pozostałych ważnych czynności, co nie odbiega od gatunkowych standardów. Zatrzymam się teraz na chwilę przy samej kwestii przemieszczania bohatera, a konkretnie przy podwójnym kliknięciu, które skłoni go do biegu. Tak, wiem, że to żadna nowość w grach przygodowych. Moją uwagę zwróciło jednak przemyślane potraktowanie owego aspektu. Mianowicie w pierwszych minutach zabawy John nie reaguje na dwuklik żwawszym krokiem, a jedno z naszych pierwszych zadań polega na podleczeniu mężczyzny. Kiedy się z tym uporamy, naturalną koleją rzeczy facet wróci do pełni sił i będzie mógł ruszyć szybszym tempem na żądanie gracza. Podobny zabieg wystąpi później jeszcze ze dwa razy, znajdując sensowne uzasadnienie w warstwie narracyjnej.

 

Stopień skomplikowania rozgrywki określiłabym jako umiarkowany, ponieważ nie jest ani za łatwo, ani za trudno. Czasami trzeba po prostu nieco dłużej pomyśleć lub baczniej rozejrzeć się po dostępnych lokacjach, bo może pewien detal umknął naszym oczom. Gameplay bazuje głównie na eksploracji otoczenia, zbieraniu i używaniu przedmiotów, a także na interakcji z pokładową aparaturą. Ze względu na fabularny charakter Stasis nie zdziwiła mnie obecność sytuacji, w których twórcy przewidzieli możliwość zgonu bohatera, jeżeli nie zrobimy czegoś we właściwy sposób. Co najistotniejsze, przeszkody, jakie przyszykowali autorzy, nie wyłamują się prawom logiki, zarazem ładnie zgrywając się ze scenariuszem. A jeśli chodzi o czas trwania całej przygody, tu również nie narzekam – przejście produkcji zajęło mi przyzwoite 7,5 godziny z dokładnym oglądaniem każdego kąta.

 

stasis_01.jpg

Mroczno, gęsto…

 

Oceniając warstwę audiowizualną, pozwolę sobie ponownie poruszyć temat atmosfery, która swoje znakomite oddziaływanie bezsprzecznie zawdzięcza grafice i udźwiękowieniu. Akcja została ukazana w rzucie izometrycznym na modłę słynnego Sanitarium, co dla starszych stażem graczy będzie miłym wspominkowym powrotem do tego kultowego wszak tytułu. Niemniej atuty strony wizualnej nie kończą się na nostalgii, gdyż ponure wnętrza Groomlake zaprojektowano z dużą dbałością o szczegóły. Wiadomo, trudno nazwać przyjemnym widokiem takie rzeczy jak zniszczenia, kałuże krwi, martwe ciała czy zdeformowane obiekty eksperymentów. I to przecież chodziło! Do budowy klimatu przyczyniają się też sugestywne dźwięki otoczenia – rozmaite szumy, pomruki, jęki. Swoją rolę dobrze spełnia soundtrack, na który składają się utwory Marka Morgana (kompozytor znany choćby z Fallouta i Wasteland 2), plus dodatkowe ścieżki autorstwa Daniela Sadowskiego (np. Dota 2, CS: GO). W przypadku muzyki zaryzykowałabym stwierdzenie, że oszczędność idzie w parze z umiejętnością operowania nastrojem. Linie melodyczne towarzyszą naszej wędrówce rzadko, ale z wyczuciem. Stąd smętniejsze tony, gdy do bohatera docierają smutne wieści, albo odwrotnie – kiedy John zyskuje cień nadziei, odezwie się jakby dodająca otuchy nuta.

 

Co się tyczy angielskiego voice actingu, praca aktorów głosowych nie wzbudza jakichkolwiek zastrzeżeń. Zaangażowani do projektu lektorzy wypadli naturalnie i nie mieli żadnych kłopotów z przekazaniem stosownych dla danej sytuacji emocji. Z kolei głosy, które są komputerowymi komunikatami, obrobiono tak, by brzmiały jak roboty. Skoro napisałam, że usłyszymy mowę Szekspira, od razu informuję, że brak znajomości języków obcych w niczym nie wadzi. Wśród dostępnych napisów mamy polskie tłumaczenie, a dostrzeżone uchybienia (przeważnie literówki zmieniające płeć) były na tyle drobne i sporadyczne, by nie zakłócić pozytywnego odbioru ani tym bardziej zrozumienia treści produkcji.

 

Mimo że śledziłam losy Johna Marachecka z dużym zaangażowaniem i w oderwaniu od codziennych spraw, Stasis nie jest tytułem, przy którym można się ot tak zrelaksować. Pamiętajmy jednak, iż rozrywka to pokaźnych rozmiarów kategoria, a co za tym idzie – mieści w sobie znacznie więcej pozycji niż pogodne, leciutkie opowiastki. Niezależny zespół deweloperski z RPA mierzy właśnie w ten poważniejszy segment, bardzo dobrze realizując swój biznesplan. Stasis to rzetelnie skonstruowany point and click, która przybliża przygnębiającą, lecz intrygującą i przyprawiającą o ciarki historię. Jeżeli więc lubicie, gdy fantastyka naukowa zakłada cięższe klimatycznie szaty, nie ignorujcie przygodówki od studia The Brotherhood.

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

crouschynca

Wydawać by się mogło, że Kyle Kingsbury to chodzący ideał. Piękny, młody i bogaty… Szkoda tylko, że ma tak pusto w głowie. Ktoś jednak w końcu postanawia dać mu nauczkę, rzucając na chłopaka klątwę. Zaklęcie nie pozbawia młodzieńca życia, ale ogromnie je skomplikuje, przemieniając przystojniaka w kudłatego potwora z kłami i pazurami. Działanie czaru może zaś odwrócić jedynie prawdziwa miłość. Brzmi znajomo? Jeśli tak, to słusznie, bowiem napisana przez Alex Flinn powieść jest nową wersją słynnej baśni o Pięknej i Bestii.

 

bestia_okladka_ksiazki.jpg

Zabierając się za przerabianie znanej i lubianej historii, autorka zgłębiła uprzednio przeróżne jej wariacje. W ten sposób połączyła przyjemne z pożytecznym, gdyż prywatnie sama zalicza się do miłośników baśni. Co więcej, pasję amerykańskiej pisarki łatwo wyczuć w trakcie lektury „Bestii”. Chociaż Alex Flinn uwspółcześniła tę opowieść i przeniosła akcję do Nowego Jorku, jednocześnie nie pozbawiła jej baśniowego klimatu. Dość szybko przekonujemy się, że w amerykańskiej metropolii istnieje magia, aczkolwiek nie uświadczymy wielkiego stada nadprzyrodzonych istot. Jest za to czarownica, która dysponuje na tyle potężną mocą, by nadać komuś wygląd potwora. Zaklęcie zostaje zaś rzucone na nastolatka z bogatego domu, stanowiącego odpowiednik księcia z klasycznych wersji baśni. Zamiast zamku mamy z kolei kamienicę w Brooklynie, dokąd w pewnym momencie przeprowadzi się główny bohater.

 

Przyznam, że pierwsze strony nie wzbudziły we mnie przesadnego entuzjazmu. Owszem, interesowało mnie spojrzenie autorki na opowieść, którą sama darzę ogromnym sentymentem. Niemniej zaserwowany na wstępie zapis czatu dla sieciowej grupy wsparcia okazał się średnio udanym zabiegiem stylistycznym, próbującym godzić dobę Internetu z popularnymi baśniami. Nieprzypadkowo użyłam przed chwilą liczby mnogiej. Otóż w wirtualnych pogawędkach uczestniczy kilka osób, które są kimś w rodzaju współczesnych inkarnacji postaci z innych baśni (np. Mała Syrenka). Sieciowe spotkania pojawiają się jeszcze w późniejszych partiach książki i przywykłam do nich z czasem, ale generalnie dobrze, że to tylko krótkie wstawki, występujące dosyć rzadko, a tym samym pozostające w cieniu głównej linii fabularnej.

 

Najważniejsza część powieści sprawuje się na szczęście zdecydowanie lepiej, acz początkowo myślałam, iż fabuła pójdzie w stronę standardowego przedstawiciela paranormalnych romansów. Mianowicie pisarka pokazuje wpierw czytelnikom świat licealistów, którzy stanowią chleb powszedni wśród protagonistów tego typu tytułów. Alex Flinn odbiega jednak od pewnych schematów, jakie utarły się w owym gatunku. Pierwszoosobowa narracja nie została tu przeprowadzona z perspektywy dziewczyny, lecz chłopaka – Kyle’a. Zazwyczaj mamy przecież do czynienia z odwrotną sytuacją, aby z daną bohaterką i jej przeżyciami bez problemów mogły utożsamić się nastoletnie panny, czyli docelowa grupa odbiorców. A jako że autorka opowiada całą historię z punktu widzenia Bestii, wybór takiego narratora jest ponadto interesujący w kontekście baśniowych pierwowzorów.

 

Inny nieszablonowy pomysł dotyczy wstępnej prezentacji głównego bohatera. Wracając do paranormalnych romansów, ich twórcy generalnie pragną zaprezentować główną postać w taki sposób, żeby zdobyła sympatię czytelników. Wprawdzie finalny efekt nie zawsze bywa udany, lecz przynajmniej da się zauważyć podejmowane w tym kierunku próby. Owe starania objawiają się sygnalizowaniem takich cech charakteru jak wrażliwość, uczciwość itd. Tymczasem Alex Flinn świadomie decyduje się na przeciwstawny krok i kreśli sylwetkę młodzieńca, którego z miejsca obdarzymy szczerą antypatią. Co z tego, że Kyle Kinsbury jest przystojny, skoro aż kipi od pychy, egoizmu oraz samozachwytu. Mało tego, nie ma oporów przed wrednym zachowaniem, a zwłaszcza wobec tych, którzy wyglądają gorzej od niego. Swoją drogą, życie Kyle’a przed klątwą można interpretować jako przytyk pod adresem kultu pieniądza i zewnętrznego piękna. Młody Kinsbury uważa, że wszystko mu wolno dzięki własnej urodzie oraz forsie tatusia – popularnego prezentera telewizyjnego. To zresztą rodziciel wpoił chłopakowi takie przekonania, stawiając na bezstresowe wychowanie, a także kupując masę drogich prezentów, byle tylko mieć spokój i więcej czasu dla samego siebie.

 

Tym bardziej należy więc docenić to, czego później dokonuje autorka. O ile w pierwszych rozdziałach nie cierpiałam Kyle’a, o tyle w dalszych (po potwornej transformacji) bardzo polubiłam tego bohatera i kibicowałam jego poczynaniom. Alex Flinn wiarygodnie ukazała wewnętrzną przemianę protagonisty, który jako tytułowa Bestia zaczyna inaczej patrzeć na wiele spraw. Nieborak zrozumie, że wcześniej był zepsutym chłopakiem, a koledzy ze szkoły wcale nie uznawali go za takiego równego gościa. Prawdziwych przyjaciół znajdzie natomiast w osobach służącej Magdy oraz niewidomego korepetytora Willa. Oczywiście Kyle zda sobie również sprawę z tego, iż kasa i ładna buzia nie przesądzają o wartości danego człowieka. Generalnie doświadczenia w „nowej skórze” udzielą młodzieńcowi wielu cennych życiowych lekcji, a do takich zaliczyć trzeba m.in. relacje z tutejszą wersją baśniowej Belli. Co ciekawe, nie jest ona typem piękności, lecz nie można jej nazwać brzydulą – ot z wyglądu raczej przeciętna dziewczyna, która nie nakłada na siebie ton tapet.

 

Reasumując, nie straciłam czasu czytając książkę autorstwa Alex Flinn. Przedstawione na kartach powieści wydarzenia wciągnęły mnie pomimo pewnej przewidywalności, której w tym wypadku trudno było uniknąć. Wszak pisarka nie odkrywa na nowa koła, ale reinterpretuje historię znaną praktycznie wszystkim, jeśli nie w formie literackiej, to filmowej. Co najistotniejsze, połączenie współczesności z baśniowo-romantyczną atmosferą wypadło całkiem dobrze. Dzięki temu „Bestia” potrafi bawić, wzruszać i skłaniać do wartościowych refleksji. Poza tym, pomaga uwierzyć, że w realnym świecie jest miejsce dla szczerej przyjaźni, prawdziwej miłości czy nawet cząstki magii. Takie opowieści też są potrzebne.

 

 

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

 

-------------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Bestia

Tytuł oryginalny: Beastly

Autor: Alex Flinn

Wydawnictwo: Galeria Książki

crouschynca

Cytat z „Vanity Fair”, jakim wita nas okładka polskiego wydania „Abrahama Lincolna. Łowcy wampirów”, może wprawić w konsternację zdobiąc książkę o takim tytule. Popularne czasopismo nazywa powieść znakomitą biografią i owszem, główny protagonista jest postacią autentyczną. Na dodatek, taką, która na stałe zapisała się w historii. Ale o co chodzi z tymi krwiopijcami? Cóż, Seth Grahame-Smith to nie pierwszy ani nie ostatni autor, który zmodyfikował cudzy życiorys na potrzeby własnego utworu. Zaszalał jednak na całego, wpisując amerykańskiego prezydenta w nurt takich popkulturowych bohaterów jak Blade czy Buffy.

 

Grahame-Smith kreatabraham_lincoln_lowca_wampirow_okladka_ksiazki.jpgywnie powiązał wytwory własnej wyobraźni z faktami historycznymi, a także z samym sobą. Siłą napędową książki uczynił bowiem fikcyjny pamiętnik Lincolna, wymyślając okoliczności, w jakich niby dotarł do tych tajnych zapisków. Nakreślona przez amerykańskiego pisarza opowieść przybliża losy słynnego prezydenta od czasów dzieciństwa, kiedy tytułowy bohater nawet nie przypuszczał, iż w przyszłości zostanie politykiem, ani tym bardziej głową państwa. W momencie, gdy startuje właściwa część fabuły, mały Abe nie wiedział też jeszcze, że przyjdzie mu w życiu ściąć niejeden wampirzy czerep…

 

Decyzja o ukróceniu działalności krwiopijców zapada jednak zanim na twarzy chłopca pojawią się pierwsze oznaki zarostu. Otóż w wieku jedenastu lat Abe dowiaduje się, że owe potwory nie istnieją wyłącznie w sferze plotek. Co gorsza, jego ukochana matka zmarła w wyniku ingerencji jednej z takich istot. Od tej pory bohater postanawia wyplenić tałatajstwo na amerykańskiej ziemi, przygotowując się do owego zadania zarówno od strony teoretycznej, jak i praktycznej. W związku z powyższym, czyta wszelkie informacje na temat wampirów, a także ostro pracuje nad kondycją fizyczną. W poprawie tej ostatniej szczególnie pomagają ćwiczenia z rzucania toporem, rąbanie drewna oraz treningi pod okiem dobrego wampira Henry’ego Sturgesa, który nie toleruje pobratymców mordujących niewinnych ludzi.

 

Kiedy Lincoln w pełni zaangażuje się w polowania na właścicieli przydługich kłów, jednocześnie nie zapomina o normalnym życiu. Chociaż nie jest typem wiecznie rozochoconego amanta, nie pozostaje zupełnie obojętny na sprawy sercowe. Poza tym, musi zarabiać na utrzymanie, podejmując się różnych zajęć, m.in. na barce czy w sklepiku wielobranżowym. Później przychodzi zaś pora na rozpoczęcie kariery politycznej, a w międzyczasie na zdobycie praktyki prawniczej. Również wtedy mężczyzna pamięta o zagrożeniu, jakie stwarzają krwiożercze drapieżniki. Problem nadprzyrodzonych istot rozciąga się zresztą na arenę polityczną, natomiast w czasie wojny secesyjnej Lincoln poniekąd będzie z nimi walczył przy użyciu sił zbrojnych.

 

Mimo że przyświecająca autorowi idea może na pierwszy rzut oka wydać się idiotyczna, Grahame-Smith wyszedł z tego obronną ręką. Powieść zręcznie balansuje pomiędzy tradycyjną biografią a horrorem nawiązującym do przygód bohaterów w typie Blade’a czy Van Helsinga, jakiego poznaliśmy w filmie Stephena Sommersa z Hugh Jackmanem (2004 r.). Opisy starć z wampirami są odpowiednio dynamiczne i przelewa się w nich trochę krwi, ale pisarz nie przegina z sieczką. Co więcej, poświęca dużo uwagi sytuacji panującej w ówczesnej Ameryce i maluje bogate tło historyczne. Warto przy tym zaznaczyć, że autorowi udało się zgrabnie połączyć kwestię niewolnictwa z działalnością krwiopijców. Dzięki temu wszystkiemu wątki paranormalne nie sprawiają wrażenia upchniętych na siłę i stanowią naturalny element powieściowego uniwersum.

 

Wszelkie opisy epoki, życia codziennego czy poważniejszych problemów, włącznie z konfliktami zbrojnymi, nadają wampirycznej historii wiarygodności, podobnie jak charakterystyka samego Lincolna. Złudzenie stuprocentowej autentyczności dodatkowo pogłębia konstrukcja książki, oparta na wymieszaniu klasycznej narracji z fragmentami sekretnego dziennika, który słynny prezydent prowadził od dzieciństwa aż do ostatnich lat życia. Grahame-Smith często przytacza zapisane w pamiętniku wypowiedzi bohatera na temat najbardziej osobistych spraw, jego opinie odnośnie wampirów, niewolnictwa, polityki czy odwiedzanych miejsc. Oprócz tego, książka zawiera m.in. listy od Henry’ego, artykuły prasowe oraz materiały graficzne. Co istotne, autor nie wahał się zamieścić poddanych mniejszym bądź większym obróbkom fotografii, a dokonane modyfikacje służą zgraniu zdjęć z fabułą utworu.

 

Powieść Setha Grahame-Smitha wymaga odpowiedniego podejścia ze strony czytelników. Jeżeli kogoś burzą nawet najmniejsze próby zniekształcania historii, lepiej niech omija tę książkę szerokim łukiem, co prawdopodobnie i tak uczyni bez mojego ostrzeżenia. Z kolei ci, których ciekawią tego rodzaju eksperymenty, powinni dać szansę alternatywnej biografii szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza że „Abraham Lincoln. Łowca wampirów” sprawdza się w kategorii literatury rozrywkowej.

 

 

 -----------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Abraham Lincoln. Łowca wampirów

Tytuł oryginalny: Abraham Lincoln, Vampire Hunter

Autor: Seth Grahame-Smith

Wydawnictwo: G+J Polska / Burda Publishing Polska

--------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

Zainteresowanych polubieniem mnie na Facebooku, zapraszam na mój profil. Z góry dziękuję! :-)

crouschynca

Najbardziej oddany fan zawsze znajdzie czas na swoją największą pasję. Jeśli więc kocha puzzle, będzie je układać bez względu na zaistniałe okoliczności. I to nawet wtedy, gdy stanie w obliczu inwazji zombie. Bez pardonu rozwali żywe trupy, jak tylko zaczną się nastręczać. A potem szybko wróci do ustawiania klocuchów, nie tracąc przy tym czujności. Bo przecież grunt to mieć podzielną uwagę!

 

Seria Pixel Puzzles, w skład której wchodzi kilka pozycji, nie jest mi obca. Swego czasu zaliczyłam bowiem przygodę z niezłym, acz nie wolnym od mankamentów Pixel Puzzles: Japan. Ostatnio miałam zaś kolejne bliskie spotkanie z cyklem, nad którym pieczę sprawuje niezależne studio Decaying Logic. Tym razem na moim twardym dysku zagościła odsłona o podtytule UndeadZ. Przyznam, że spodziewałam się produkcji bliźniaczo podobnej do obrazków rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. Ten sam deweloper i gatunek, a na dokładkę krótki odstęp czasu dzielący premiery poszczególnych gier – Japan zadebiutowało 14 kwietnia 2014 roku, natomiast UndeadZ niecałe dwa miesiące później (6 czerwca). Ot, następny zestaw obrazków do ułożenia, tyle że z innym motywem przewodnim. Poniekąd moje przewidywania okazały się trafne, gdyż w puzzlach o tematyce zombie odnajdziemy zarówno zalety, jak i wady japońskiego poprzednika. Niemniej twórcy postarali się o nowe patenty, choć tu również powielono model wcześniejszego projektu. Mianowicie było nawet fajnie, lecz nie wszystko poszło cacy.

 

Widzę zombie! Wszędzie!

 

Pierwszą nowość w stosunku do mechaniki Japan zauważyłam tuż po odpaleniu produkcji. Otóż większość ekranu w menu głównym zajmuje plansza, po której zaczynają łazić zombie. Co w tym takiego zaskakującego, skoro motyw żywych trupów odgrywa kardynalną rolę? Ano bynajmniej nie jest to zwykła, nieinteraktywna animacja, lecz zręcznościowa minigierka typu top-down shooter. Na planszy znajduje się także koleś z giwerą, a my, jeśli mamy ochotę, możemy pomóc facetowi przetrwać jak najdłużej. Zasady, które zresztą wyświetlają się odbiorcom na dzień dobry, są proste do ogarnięcia nawet dla laików takiej zabawy. Klawisze WSAD służą do przemieszczania bohatera, spacja odpowiada za strzelanie, a pod Q przypisano pieszczoty z wykorzystaniem granatów. Stopień trudności nie trąci jednak banałem, bo nieumarłych ciągle przybywa. Wiadomo – świeże mięsko kusi. Na szczęście kto nie chce zaprzątać tym sobie głowy, może od razu przejść do właściwej rozgrywki, czyli układania puzzli.

 

pixel_puzzles_undeadz_s001.jpg

Łap, kładź…

 

Jeśli chodzi o układanki, autorzy ponownie sięgnęli po ideę pływających elementów. Rozsypane kawałki dryfują w zbiorniku wodnym, który okala planszę przeznaczoną na tworzenie obrazka. Po raz kolejny otrzymujemy też do dyspozycji ilustracje, liczące sobie od 60 do 350 części. Osobiście cieszę się, że nikt nie wpadł na pomysł, aby wprowadzić jeszcze bardziej pofragmentowane grafiki. Po pierwsze, nadal nie ma możliwości zapisania rozgrywki w trakcie bieżącego zadania. Po drugie, łapanie kolejnych elementów, które pływają sobie niczym rybki w wodzie, zwyczajnie nie nadaje się do bardziej skomplikowanych puzzli. Już przy poprzedniej produkcji studia kręciłam trochę nosem na ścisk wśród rozrzuconych komponentów, co dawało się we znaki zwłaszcza na dalszych etapach. UndeadZ funduje niestety powtórkę w tej materii, a zatem często złapiemy inny kawałek niż ten, który akurat wpadł nam w oczy.

 

…i nie daj się zjeść

 

No dobrze, ale jak na razie wygląda na to, że puzzlowy aspekt gry jest kserokopią atrakcji, oferowanych przez jej starszą siostrę. A wszak wcześniej wspomniałam, iż nie należy nastawiać się na stuprocentowego klona. Co wobec tego odróżnia UndeadZ od Japan? O tzw. rys indywidualności zadbał tutaj survivalowy akcent, który przypomina opcjonalną zabawę z menu. Znowu dostajemy strzelankę z perspektywy lotu ptaka, lecz w nieco zmodyfikowanej formie. Podczas układania musimy jednocześnie obserwować dolną część ekranu, którą zarezerwowano dla naszego podopiecznego, odpierającego ataki zombie. Za wstawianie elementów puzzli we właściwe miejsca nagradzani jesteśmy walutą, dzięki czemu zakupimy niezbędne do obrony środki: naboje, granaty, miny oraz barykady. W sklepie nabędziemy ponadto parosekundowy podgląd gotowego obrazka, ale radziłabym nie trwonić na to zbyt dużo pieniędzy. Lepiej skoncentrować wydatki na rzeczach potrzebnych do przetrwania, tym bardziej że zgon bohatera jest równoznaczny z końcem układania i rozpoczęciem danego poziomu od nowa.

 

pixel_puzzles_undeadz_s002.jpg

O ile na początkowych levelach ten nietypowy survival zdaje egzamin, tak w późniejszej fazie rozgrywki bywa frustrujący. Owszem, Pixel Puzzles: UndeadZ potrafi wciągnąć, ale im dalej w las, tym częściej możemy odczuć zmęczenie. A to trzeba w porę ubić truposza, a to z kolei złapiemy niepożądany kawałek układanki, a to trudniej coś w ogóle wypatrzyć, jeżeli w niezbyt czystej wodzie pływa wiele małych i zbliżonych kolorystycznie fragmentów. Przypominam też, że wskazane jest sprawne kompletowanie obrazka, gwarantujące napływ gotówki. Swoją drogą, można zaryzykować stwierdzenie, iż tego rodzaju gameplay kłóci się z ideą niespiesznego i spokojnego składania puzzli. Dlatego nie każdy sympatyk układanek zaakceptuje obecność zombiaków, które nie pozwalają mu skupić się na tym, co lubi. Mimo wszystko taka osoba nie powinna totalnie przekreślać produkcji od Decaying Logic, ponieważ twórcy przygotowali również alternatywę w postaci dodatkowego trybu zabawy. Ten dla odmiany stawia na czysty relaks – znikają agresywne zombie wraz z ich potencjalną ofiarą, a ściągawka z całym obrazkiem dostępna jest w dowolnym momencie.

 

Ilustracje, jakie przyjdzie nam układać, trudno nazwać pięknymi. Nie da się ukryć, iż przedstawiają brudny świat, który został zainfekowany plagą zombie. Słodkie obrazeczki nie miałyby w UndeadZ racji bytu, aczkolwiek muszę wtrącić małe „ale”. Odniosłam wrażenie, że czasami za bardzo skupiono się na makabrze zamiast na lepszym dopracowaniu danej grafiki. Co do muzyki, nie jest jakoś szczególnie odrzucająca, lecz nie zachwyca – takie tam brzdąkanie w sumie. Szkoda tylko, że każdorazowe uruchomienie gry przywraca domyślne ustawienia dźwięku, wymuszając ponowną regulację głośności.

 

Summa summarum

 

Połączenie casualowych puzzli z survivalowym top-down shooterem to oryginalny koktajl. W przypadku Pixel Puzzles: UndeadZ owa mikstura wypada dosyć strawnie, choć z ideałem jej nie po drodze. Tak więc w ogólnym rozrachunku oceniam grę podobnie jak utrzymaną w japońskim tonie poprzedniczkę, radząc zainteresować się tym tytułem dopiero przy okazji promocji. Doceniam jednak fakt, że deweloper urozmaicił swoją układankową formułę, a zarazem pozostał jej wiernym.

--------------------------------------------------------------

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

crouschynca

Podobnie jak niejednej klasycznej historii, baśni o Czerwonym Kapturku nie brak mrocznego tonu, choć większość ludzi styka się z nią już we wczesnym dzieciństwie. No bo przecież wilk pałaszuje babcię, a i wnusia stanowi nie lada kąsek… Prawda, że straszne rzeczy tam się dzieją? Kłopoty nie omijają też bohaterów wersji, którą przedstawia nam komputerowa animacja z 2005 roku. Jak jednak łatwo zgadnąć, „Czerwony Kapturek – prawdziwa historia” to zupełnie inne spojrzenie na znaną wszystkim opowieść. Kryminał spotyka się tu bowiem z komedią i na tym zresztą nie koniec.

 

czerwony_kapturek_prawdziwa_historia_okladka_dvd.jpg

W produkcji, którą wyreżyserował Cory Edwards, wespół z Tonym Leechem oraz Toddem Edwardsem, wyraźnie czuć próbę ugryzienia Shrekowskiego tortu. Wzorem przygód zielonego ogra, film śmiało poczyna sobie ze światem baśni, bawiąc się przyjętymi w nich schematami, a także doprawiając swoją wizję solidną porcją popkulturowych odniesień. Już sam początek zwiastuje odejście od klasycznych standardów, tym bardziej że w pierwszych minutach obrazu Czerwony Kapturek właśnie kończy drogę przez las i przekracza próg babcinej chaty. Owszem, w łóżku leży przebrany wilk, lecz wcale nie zjadł biednej staruszki. Ta natomiast ma się całkiem dobrze, pomijając fakt, iż została związana i zamknięta w szafie.

 

Chwilę później fabuła totalnie porzuca utartą ścieżkę, mimo że na scenie zjawia się nawet drwal. Leśna chata zostaje wkrótce otoczona kordonem wozów policyjnych, a po okolicy kręcą się ponadto liczni przedstawiciele prasy. Bohaterowie tradycyjnej historii, czyli ekipa w składzie babcia, wnuczka, wilk i drwal, siedzą zaś w czterech ścianach skuci kajdankami. Co ciekawe, dom ustanowiono miejscem zbrodni nie tylko z powodu napaści, której kudłacz miałby dopuścić się względem starszej pani. Twórcy wprowadzają tutaj wątek innego przestępstwa, a to dlatego, że funkcjonariusze dostrzegają powiązania pomiędzy wydarzeniami z chatki i sprawą niejakiego Smakosza. Dowiadujemy się, iż ów nikczemnik odpowiada za kryzys na lokalnym rynku cukierniczym, wykradając ze sklepów przepisy na słodycze. Ba, wszystkie postacie żyją kulinarnym problemem. Zdaniem policji Smakosz to przypuszczalnie jeden z uczestników babcinej afery, a ci z kolei twierdzą, że im samym łotr zalazł za skórę.

 

Zatrzymana grupa podejrzanych dostanie szansę do solidnego wygadania się, gdyż znaczna część obrazu bazuje na wykorzystaniu retrospekcji. Narracyjna struktura produkcji została ubarwiona formułą przesłuchań, którym poddawani są kolejno: dziewczynka, wilk, drwal oraz staruszka. I choć takie zeznania przybierają formę oddzielnych historyjek, nie ucierpiała na tym fabularna spójność. Relacje poszczególnych bohaterów pozwalają rzucić nowe światło na zajście w posiadłości babci, a poza tym niebagatelną rolę odgrywa w nich enigmatyczny Smakosz. Swoją drogą, informacje na temat złodzieja bacznie studiuje żabi inspektor Nicky Flippers, w którego kreacji widać udaną inspirację słynnym detektywem z książek Agathy Christie – Herkulesem Poirotem. Nie dość, że nosi czarny wąsik, to jeszcze uraczy nas prezentacją trafnych dedukcji. Dla odmiany finał, gdzie dochodzi do bezpośredniej konfrontacji z czarnym charakterem, zrobiono na modłę filmów akcji w bondowskim stylu.

 

Na osobną uwagę zasługuje nieszablonowy wizerunek tych protagonistów, którzy wywodzą się z baśni o Czerwonym Kapturku. Mnie osobiście najbardziej przypadł do gustu wilk, acz pozostali także fajnie wypadli. Jak zasygnalizowałam wcześniej, pan włochaty nie zamierzał pożreć babiny. Okazuje się, że jest reporterem śledczym, wzorowanym postaci, którą Chevy Chase kapitalnie sportretował w filmach „Fletch” i „Fletch żyje”. Wilczy dziennikarz od dłuższego czasu tropi Smakosza, sięgając w tym celu po różnorodne przebrania. Co do babci, to taki emerytowany Vin Diesel w spódnicy, gdyby przyszłoby mu na starość zagrać w nowej odsłonie serii „XXX”. Kobieta lubi tatuaże i regularnie uprawia sporty ekstremalne, lecz ukrywa niecodzienne hobby przed rodziną. Na dodatek, z powodzeniem odnalazłaby się we współczesnych mediach, gdzie wszyscy potrafią gotować. Tak, ona również ma własny program kulinarny. A co z Czerwonym Kapturkiem? Dziewczynka przeważnie krąży sobie po lesie, bynajmniej nie uznając tych wypraw za szczyt swoich marzeń. Warto też nadmienić, iż małolata posiada cięty język oraz umiejętności karateki. I wreszcie drwal. Wprawdzie gość wpada do chaty z siekierą, ale nie robi tego gnany chęcią walki z wilkiem. Ot, zbieg okoliczności. A tak w ogóle facet jest aktorem, który metodą Stanisławskiego przygotowuje się do roli leśniczego w reklamie maści na odciski.

 

Jako najsłabszy element amerykańskiej animacji wskazałabym modele postaci oraz scenerie, które przegrywają starcie z serią o Shreku i innymi bajkami, zaliczanymi do najładniejszych wizualnie produkcji. Cóż, widać, że dysponowano zdecydowanie mniejszym budżetem. Mimo wszystko twórcy i tak nieźle sobie poradzili, bo „Czerwony Kapturek – historia prawdziwa” generalnie nie wygląda brzydko. Co więcej, tytuł ten broni się zręcznie napisanym scenariuszem, a silny nacisk na dialogi nie czyni filmu przegadanym. Reasumując, to dobra propozycja zarówno dla młodszych, jak i starszych widzów.

 

 

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

 

-------------------------------------------------------------------

Tytuł polski: Czerwony Kapturek – prawdziwa historia

Tytuł oryginalny: Hoodwinked!

Reżyseria: Cory Edwards, Todd Edwards, Tony Leech

Scenariusz: Cory Edwards, Todd Edwards, Tony Leech

Gatunek: animacja, familijny, komedia, akcja, kryminał

Produkcja: USA

Rok produkcji: 2005

Czas trwania: ok. 80 minut

 

crouschynca

Ludzie mawiają czasem, że naśladownictwo jest najwyższą formą pochlebstwa. Wychodząc z takiego założenia, można by więc potraktować południowokoreański horror „Nagranie” jako wyraz uznania dla nurtu slasherów, który został solidnie wyeksploatowany przez angielskojęzyczne kino. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby praca twórców przełożyła się na zadowalający seans. Z jednej strony fajnie, że nie otrzymaliśmy kolejnego azjatyckiego horroru z duchem o długich, czarnych włosach. Z drugiej, „Nagranie” momentami zdaje się nadto inspirować takimi produkcjami jak „Koszmar minionego lata” czy „Krzyk”. Co gorsza, z niezbyt dobrym skutkiem.

 

Przedstawiona w tym obrazie historia przybliża nam perypetie grupki licealistów, którym najwyraźniej poprzewracało się w głowach. Oto bowiem robią makabryczny żart nielubianemu koledze, co w ich własnym mniemaniu uchodzi za iście genialny dowcip. „Zabawa” ma jednak tragiczny finał, kończąc się śmiercią nieszczęśnika. Po fakcie młodzież oczywiście zaczyna żałować swojej głupoty, lecz myśli bohaterów zaprząta głównie perspektywa ewentualnych konsekwencji. Albo inaczej – martwią się tym, jak by tu wybrnąć z kłopotów i uniknąć odpowiedzialności karnej. No bo przecież nie chcieli nikogo zabić, tylko wpędzić znajomego w stan przedzawałowy. Ot, „drobnostka”.

 

Jak łatwo przewidzieć, nasi protagoniści postanawiają zatuszować wypadek. Potem zamierzają zaś powrócić do normalnego życia, licząc, że sprawa rozejdzie się po kościach. Przez pewien czas nawet im się to udaje, ale nie byłoby filmu, gdyby względny spokój miał trwać wiecznie. Nic zatem dziwnego, że wspomnienia o minionych wydarzeniach w końcu uderzają ze wzmożoną siłą. Ktoś przesyła przyjaciołom dobitną wiadomość, iż zna ich mroczny sekret. Mało tego, urządza niebezpieczną grę i wciela się w bezlitosnego mściciela, kolejno zabijając uczestników feralnej imprezy. Cóż, wesoła gromadka chyba nie była wystarczająco skuteczna przy zacieraniu śladów. Czyżby jakiś naoczny świadek, który umknął uwadze grupy? A może ktoś w inny sposób dotarł do prawdy lub wydał osąd jedynie na podstawie przypuszczeń? I wreszcie najbardziej szalona teoria, wedle której ofiara jakimś cudem przeżyła, by następnie odpłacić pięknym za nadobne. Kto wie…

 

nagranie_okladka_dvd.jpg

Tożsamości zamaskowanego zbója zdradzać nie planuję, aczkolwiek nie dlatego, że tak polecam tę produkcję i zachęcam do samodzielnego poznania kluczowych szczegółów. Zwykła ludzka przyzwoitość z mojej strony, nic poza tym. Zamiast sypać najokrutniejszymi spoilerami, skupię się na jakości obrazu, która niestety nie powala. I to pomimo faktu, że nie oczekiwałam nowatorstwa ani tym bardziej ambitnego kina. W przypadku „Nagrania” często doskwiera uczucie déjà vu, przez co film sprawia wrażenie tworu, skleconego na bazie cudzych pomysłów. Widać tu choćby wpływ „Koszmaru minionego lata” (1997 r.), gdzie również mieliśmy tragedię, nieumyślnie spowodowaną przez kilkoro młodych ludzi. Tam także zdecydowano się na zmowę milczenia z obawy przed zrujnowaniem sobie przyszłości. No i tajemniczy psychopata, który chce ukarać konspiratorów. Cofając się jeszcze bardziej w czasie, warto przywołać starszy od „Koszmaru…” tytuł – „Dom pani Slater” (1983). W owym horrorze przypadkowa śmierć była wynikiem żartu, który wymknął się spod kontroli. Prawda, że brzmi znajomo? Z kolei te fragmenty „Nagrania”, kiedy morderca dzwoni do bohaterów, zapachniały mi kultowym „Krzykiem” (1996).

 

Produkcja z Korei Południowej robi ponadto, co może, by zniechęcić widzów do protagonistów. Początek, w którym obraz przybiera formę głupawej quasi-komedyjki, przedstawia ich w wyjątkowo niekorzystnym świetle. Owszem, to celowy zabieg, ale zdecydowanie przeszarżowany. Popisy uczniów w szkolnych murach wnerwiły mnie niemiłosiernie i już po paru minutach miałam dość tej bandy rozwydrzonych licealistów. Niby nie zostało im dużo czasu do zakończenia edukacji w szkole średniej, lecz trudno mówić w tej sytuacji o ludziach u progu dorosłości. Raczej o żywych dowodach na to, jakie szkody może wyrządzić tzw. bezstresowe wychowanie. Później w zasadzie nie odnotowałam znaczącej poprawy. Doliczając do tego absurdalne rozwiązania fabularne oraz ledwo średnie aktorstwo, czasami nawet wolałam, by morderca jak najszybciej wszystkich załatwił.

 

Gwoli ścisłości, „Nagranie” zawiera kilka dosyć znośnych fragmentów i udaje mu się nieco zmylić odbiorców w kwestii tego, kto wyzionie w danym momencie ducha. W ogólnym rozrachunku mamy jednak do czynienia ze słabym filmem, który razi odtwórczością w nienajlepszym, delikatnie mówiąc, wydaniu. Nie jest to jeszcze dno absolutne, choć o ten poziom niebezpiecznie ociera się epilog. Przypuszczam, że ostatnie minuty miały w założeniach twórców wypaść błyskotliwie, lecz wyszło zupełnie odwrotnie.

 

 

Ocena: 3/10

 

 

Tytuł polski: Nagranie

Tytuł oryginalny: Zzikhimyeon jukneunda

Reżyseria: Gi-hun Kim, Jong-seok Kim

Scenariusz: Chang-hak Han

Obsada: Kang Seong-min, Park Eun-hye, Han Chae-young, Ahn Jae-hwan, Kim Seo-hyung

Gatunek: horror

Produkcja: Korea Południowa

Rok premiery: 2000

Czas trwania: ok. 93 minut

------------------------------------------------------------------------

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

crouschynca

Graham Masterton słynie przede wszystkim z horrorów i od tego właśnie gatunku zaczął swoją karierę z powieściopisarstwem, gdy w 1976 roku zadebiutował książką zatytułowaną „Manitou”. Jednakże brytyjski autor nie ogranicza się wyłącznie do konwencji grozy, bowiem w portfolio owego pisarza znajdziemy też między innymi thrillery, powieści historyczne czy nawet erotyczne poradniki. Sama miałam okazję poznać jego twórczość z dziedziny horroru, lecz w ostatnim czasie sięgnęłam po „Suszę”, będącą dla odmiany thrillerem katastroficznym, z wątkami typowymi dla wybuchowej sensacji.

Masterton słusznie otwiera powieść słynnymi słowami Benjamina Franklina: „Wartość wody doceniamy wtedy, gdy wyschnie studnia”. Cytat ten idealnie pasuje do utworu nie tylko w kontekście wystąpienia tytułowej suszy, ale i reakcji, jakie wyzwala ona w bohaterach. Zagłębiając się w lekturze, zostaniemy przeniesieni do amerykańskiego miasta San Bernardino w Kalifornii, gdzie od dłuższego czasu nie pada deszcz. W połączeniu z ogromnymi upałami sytuacja staje się coraz trudniejsza do zniesienia, a przysłowiową czarę goryczy przelewają decyzje władz w związku z ogłoszeniem stanu klęski żywiołowej. Mianowicie zostają wprowadzone rotacyjne przerwy w dostarczaniu wody, co polegać ma na zakręcaniu jej w poszczególnym dzielnicach na okres 48 godzin. Tak przynajmniej brzmi wersja oficjalna, bo prawda wygląda niestety „ciut” inaczej…

 

Przedstawiony czytelnikom kryzys nie służy jedynie zwróceniu uwagi na ekspansywną gospodarkę człowieka i złe zarządzanie naturalnymi zasobami, co w tym konkretnym przypadku kończy się brakiem wody. Tragiczne położenie mieszkańców San Bernardino doprowadza również do uwypuklenia różnic społecznych, a to dlatego, że rotacyjny podział daleki jest od traktowania wszystkich obywateli sprawiedliwie. Jak się okazuje, restrykcje dotykają głównie ludzi z uboższych dzielnic. Z kolei ci, którzy mają grube portfele oraz duże wpływy, mogą liczyć na bezproblemowy dostęp do życiodajnego płynu, co oczywiście nie zostaje podane do publicznej wiadomości. Mało tego, ów przywilej obejmuje nawet takie zachcianki jak nawadnianie pola golfowego.

 

susza_masterton_okladka.jpg.7d91fe7f5513

Choć dezinformacja społeczeństwa po części miała pomóc w uniknięciu anarchii, i tak wybucha chaos. W konsekwencji jedna butelka wody stanowi teraz rzecz cenniejszą od złota, a nerwowe nastroje przybierają na sile, doprowadzając do protestów, napaści oraz kradzieży. W centrum tych wydarzeń znajduje się zaś główny bohater w osobie niejakiego Martina Makepeace’a – pracownika społecznego i zarazem byłego żołnierza, mającego za sobą służbę w Afganistanie. Na jego przykładzie autor buduje popularny wątek protagonisty po przejściach, który nie mieszka już z żoną i dziećmi, lecz w wyniku ogólnego zamętu ponownie zacieśni kontakty z bliskimi, stając w ich obronie. Kiedy Tyler, syn Martina, zostaje aresztowany przez wyjątkowo nieszczęśliwy splot okoliczności, pan Makepeace organizuje brawurową akcję odbicia młodego więźnia, po czym ucieka z miasta wraz z familią oraz kilkoma innymi osobami. Grupa pragnie dotrzeć do pewnego podziemnego jeziora, gdzie ponoć nie powinno brakować wody. Jak łatwo zgadnąć, podróż nie obędzie się bez komplikacji, a za uciekinierami ruszy pościg.

 

Z jednej strony, Masterton wykreował na kartach „Suszy” wiarygodny obraz świata, który stacza się po równi pochyłej. Nadużycia, do jakich dochodzi w obliczu pogorszenia warunków, nie zdziwiły mnie ani tym bardziej nie odebrałam ich jako sztucznych. Z drugiej, powieść nie wzbrania się przed nieco przegiętymi scenami. Martin potrafi więc rozprawić się z liczniejszym przeciwnikiem w sposób, dzięki któremu Sylvester Stallone chętnie przyjąłby go do ekipy „Niezniszczalnych”. Niemniej owa sprzeczność między realizmem a efekciarstwem nie przekreśla czerpania przyjemności z lektury. Książka cechuje się dynamicznym i mocnym stylem, za sprawą którego prawdopodobnie szybko przepłyniemy przez kolejne stronice. Owszem, w kilku momentach autor mógłby sobie darować ginekologiczną dosadność, ale mimo wszystko otrzymujemy zręcznie napisaną historię. Sporym autem są też charyzmatyczne postacie. Przykładowo Martin, choć to typ jednoosobowej armii, imponuje żołnierskim doświadczeniem, podczas gdy postawa Halforda Smileya, gubernatora San Bernardino, wzbudza słuszne obrzydzenie.

 

W ramach podsumowania zaryzykowałabym stwierdzenie, iż „Susza” to pod pewnymi względami odpowiednik wysokobudżetowego kina z kategorią R. Poszczególne sceny nie stronią od mocnych i widowiskowych opisów, a erotyka została opisana bez oszczędzania najbardziej obrazowych szczegółów. Jednocześnie powieść skłania czytelnika do wysnucia paru wniosków na temat ewentualnego wystąpienia podobnej katastrofy w realnym świecie. Mówiąc krótko, to solidna i wciągająca pozycja dla dorosłych odbiorców.

 

 

Ocena: 7/10

 

 

Tytuł polski: Susza

Tytuł oryginalny: Drought

Autor: Graham Masterton

Wydawnictwo: Albatros A. Kuryłowicz

 

------------------------------------------------------------------------

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

 

crouschynca

6946943.2.jpg

Japońsko-amerykański ?Blue Tiger?, którego wyreżyserowaniem zajął się Norberto Barba, to klasyczny przykład kina zemsty. I chociaż obraz ten nie należy do filmowych arcydzieł, jak najbardziej da się go obejrzeć bez znużenia oraz częstego zerkania na zegarek. Bynajmniej nie tylko ze względu na krótki czas seansu.

Nie od dziś wiadomo, jak wielki potrafi być niewieści gniew. Żarty żartami, lecz w filmie, którego premiera miała miejsce w roku 1994, zemsty dokonuje właśnie kobieta. Co ważne, jej poczynaniami nie kierują błahe powody, ale osobista tragedia. Na dodatek, najgorsza, jaka może spotkać kobietę, będącą jednocześnie matką. Ginę, bo takie imię nosi główna bohaterka, poznajemy w momecie, gdy samotnie, acz szczęśliwie wychowuje małego synka. Niestety, rodzinna idylla zostaje wkrótce zburzona przez z pozoru trywialną i początkowo radosną wyprawę do sklepu. Tak się bowiem składa, że w owym lokalu dochodzi do strzelaniny, a jedna z kul przypadkowo trafia chłopca. Zdruzgotana po stracie dziecka Gina przechodzi załamanie nerwowe, zaś po chwili odrętwienia postanawia wziąć odwet w słusznej sprawie. Mając w pamięci tatuaż, który widziała na klacie strzelca, pragnie odnaleźć i załatwić drania. Facet musi zapłacić za swój czyn, bez wnikania w to, dla kogo konkretnie przeznaczony był feralny pocisk.

Tytułowy niebieski tygrys, czyli wyżej wspomniany tatuaż, pomaga naszej protagonistce wpaść na trop działającej w Ameryce yakuzy. Zdesperowana kobieta zrywa z dotychczasowym życiem, aby w imię zemsty wejść nawet w samo gniazdo żmij. Dlatego też wkręca się do środowiska, gdzie przebywa japońska mafia, nie zważając przy tym na własne bezpieczeństwo. Twórcy na szczęście nie przeholowali, w związku z czym grzeczna pani domu nie przeistacza się tu nagle w jednoosobową armię. To nie Arnold S. ani inny filmowy twardziel, który z impetem rozwala przeważających liczebnie wrogów. Owszem, Gina uczy się strzelać, a jej perypetie zgrabnie wpisują się w konwencję mścicielskiego kina. Zamiast jednak wymachiwać nieustannie orężem, bohaterka używa głównie swoich wdzięków, przybierając image uwodzicielki. Jako że przy okazji nauczyła się japońskiego i zrobiła sobie azjatycki tatuaż, tym łatwiej zwraca na siebie uwagę członków yakuzy. Gorące uściski pozwalają jej natomiast sprawdzić, czy pod koszulą danego delikwenta znajdzie ten konkretny malunek.

2095028,MRum1fCz2O6_eLuS_9LWpLPsl+_dc+gypBT4ClHIYRtxVucqSfm7JP8LVf58HcBSUBoIccf0PGwSmBTc9zMfbw==.jpg

Nietrudno zgadnąć, iż silne eksponowanie zmysłowości w wykonaniu Giny nie jest równoznaczne z moralnym zepsuciem. To po prostu przebranie tudzież środek do realizacji celu, który rzecz jasna nie sprawia jej przyjemności. Gdy przykładowo nasza mścicielka i jeden z potencjalnych winowajców mają schadzkę w windzie, kobieta wymyśla pretekst do zakończenia spotkania jak tylko zauważa, że mężczyzna nie posiada poszukiwanego tatuażu. A kiedy główna bohaterka wymyka się z upojnej randki i nikt już jej nie widzi, daje upust tłamszonemu wcześniej niesmakowi. Do wiarygodnego przedstawienia tej postaci w dużej mierze przyczynia się zresztą dobra gra aktorska Virginii Madsen, która poradziła sobie zarówno jako szczęśliwa matka, jak i kobieta złamana przez życiowy cios, a także gotowa na wszystko kusicielka.

Jak zasygnalizowałam na wstępie, ?Blue Tiger? to produkcja, którą można zobaczyć bez skrzywienia. Mimo że nie mamy do czynienia z wysokobudżetowym hitem, obraz został całkiem sprawnie nakręcony. Co prawda bywa przewidywalny, lecz taki to już urok tego rodzaju filmów. Warto równocześnie podkreślić, że nie uświadczymy tutaj dłużyzn. W zasadzie to nawet nie obraziłabym się, gdyby ?Blue Tiger? trwał nieco dłużej niż około 1,5 godziny (razem z napisami końcowymi). Scenariusz umiejętnie łączy vendettę Giny z innymi wydarzeniami, gdyż znalazło się w nim też miejsce dla porachunków yakuzy z pewną grupą oraz delikatnego i naznaczonego nutką tragizmu wątku miłosnego. Gdyby więc niektóre rzeczy troszkę rozbudowano, przedstawiona w filmie historia mogłaby na tym dodatkowo zyskać, aczkolwiek i tak jest niezła.

Ocena: 6,5/10

Tytuł polski: Blue Tiger

Tytuł oryginalny: Blue Tiger

Reżyseria: Norberto Barba

Scenariusz: Joel Soisson

Obsada: Virginia Madsen, Tôru Nakamura, Ryo Ishibashi, Yuji Okumoto, Harry Dean Stanton

Gatunek: thriller, akcja, kryminał

Produkcja: Japonia, USA

Rok premiery: 1994

Czas trwania: ok. 90 minut

------------------------------------------------------------------------

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

crouschynca

7697515.2.jpg

Jeśli myślicie, że komedie romantyczne nie mają już nic nowego do zaoferowania, ?Randka w ciemno? (?Un peu, beaucoup, aveuglément?) w reżyserii Clovisa Cornillaca powinna przynajmniej częściowo zmienić wasze zdanie. Owszem, francuska produkcja wykorzystuje popularne wątki, lecz jednocześnie potrafi tchnąć w nie pewien powiew świeżości i ugryźć oklepany z pozoru temat od niestandardowej strony.

Reżyserski debiut francuskiego aktora, wcielającego się tu również w główną rolę męską, bazuje na znanym i lubianym motywie ludzi, którzy poniekąd zostają na siebie skazani, co z kolei nie napawa ich zbytnim entuzjazmem. Pierwsze spotkanie bohaterów nie przebiega, delikatnie mówiąc, w sympatycznej atmosferze. Ba, początkowo uważają własne towarzystwo raczej za złośliwość losu niż szczęśliwy traf. Potem jednak nawiązuje się między nimi nić porozumienia, która stanowi prostą drogę nie tylko do przyjaźni, lecz także czegoś głębszego. I chociaż taki szkielet fabularny posłużył za podstawę niejednej historii, na uwagę zasługuje ciekawa forma, jaka pozwala temu obrazowi wyróżnić się pośród innych, zbliżonych tematycznie filmów.

Co w owej produkcji takiego nieszablonowego? Otóż para pierwszoplanowych postaci nie widzi siebie nawzajem, a ich relacje kształtują się, że tak to ujmę, bez uczestnictwa oczu. Twórcy ?Randki w ciemno? nie sięgnęli przy tym po oczywiste dla współczesnych odbiorców rozwiązanie, czyli kontakty via Internet. Zamiast sieciowych pogawędek mamy sąsiadujące ze sobą mieszkania, gdzie w wyniku niefortunnej konstrukcji architektonicznej jedna osoba słyszy wszystko, co dzieje się u drugiej za ścianą i vice versa. W tym właśnie tkwi problem, bo to wcale nie takie fajne, zwłaszcza gdy dla przykładu człowiek chciałby wkuwać do sesji. Wprawdzie grany przez Clovisa Cornillaca bohater czasy studenckie ma za sobą, ale odczuwa obsesyjne wręcz pragnienie ciszy. To typ odludka, który nie wyściubia nosa poza cztery ściany. Wykonywana praca umożliwia mu natomiast siedzenie w domu i polega na wymyślaniu skomplikowanych łamigłówek. Nietrudno więc domyślić się, jak bardzo rozwścieczy go sąsiadka w osobie profesjonalnej pianistki, którą wiarygodnie portretuje Mélanie Bernier, wypadając równie dobrze co jej ekranowy partner.

UN%20PEU%20BEAUCOUP%20AVEUGLEMENT%20PHOTO1.JPG

Z komediami romantycznymi bywa niekiedy tak, że humoru w nich jak na lekarstwo. ?Randka w ciemno? na szczęście nie zalicza się do tych niechlubnych przypadków, w zamian niejednokrotnie wywołując uśmiech na naszych twarzach. Początkowa partia obrazu koncentruje się na animozjach między dwójką sąsiadów. Bohaterowie zachowują się niczym rozwydrzone dzieciaki i nie przebierają w środkach, aby sobie nawzajem dopiec. Niemniej w końcu zaprzestają wymyślania coraz to nowych złośliwości. Zmęczeni prywatną wojenką zawierają rozejm, a w miarę upływu czasu zaczynają tworzyć zgraną, choć bardzo osobliwą parę. Scenariusz podkreśla wówczas zabawne aspekty takiej koegzystencji, ale na tym nie poprzestaje, bo, pomimo kameralnego charakteru, nie zapomina też o świecie poza mieszkaniami protagonistów. Co więcej, zostaniemy uraczeni typowym dla komedii omyłek qui pro quo.

Komediowe akcenty zostają ograniczone, acz nie zanikają całkowicie, dopiero w późniejszej części produkcji (druga połowa, okolice zakończenia), gdzie prowadzenie przejmuje sentymentalna nuta. Jeśli chodzi o sam finał, nie do końca przekonała mnie zwieńczająca historię dosłowność, lecz nie wykluczam, iż zastosowany zabieg pełni funkcję swoistego symbolu. Tego rodzaju wyjaśnienie ma swój sens, tym bardziej że pokuszono się o szczyptę metaforycznych elementów. A za takie z pewnością trzeba uznać spacerujące po parapecie gołąbki, których obecność symbolizuje związek głównych bohaterów. Co ważne, to wszystko wpisuje się również w specyficzny klimat obrazu, balansujący na pograniczu realizmu i bajkowości. Faktem jest, iż akcja rozgrywa się w rzeczywistym świecie, ale zarazem nie można zaprzeczyć temu, że ?Randka w ciemno? ma w sobie coś baśniowego.

551429534dcfd.jpg

Należy ponadto zwrócić uwagę na uniwersalność perypetii pianistki i speca od arcytrudnych łamigłówek. Przedstawioną w filmie sytuację można bowiem odnieść do internetowych znajomości. Da się tu zaobserwować pewną zbieżność, gdyż konwersacje protagonistów przypominają nieco sieciowe pogawędki za pośrednictwem komunikatora tekstowego lub głosowego, rzecz jasna bez korzystania z kamerki. W trakcie tego typu rozmów zdarzają się czasami kłamstwa na temat wyglądu. Dana osoba niekoniecznie musi mieć akurat niecne zamiary. Może po prostu chodzić o to, że komuś brak pewności siebie, że ktoś nie czuje się dobrze we własnej skórze i nie radzi sobie w relacjach międzyludzkich ogółem. Tak też jest z bohaterami ?Randki w ciemno?, którzy ?troszkę? koloryzują, opisując sobie przez ścianę swój wygląd. Dotyczy to nawet pani od muzyki. W przeciwieństwie do sąsiada, kobieta nie wzbrania się przed wyjściem z domu, lecz generalnie jest osobą dość nieśmiałą i nie przepada za takimi miejscami jak puby, kluby nocne itp.

Podsumowując, ?Randka w ciemno? to ładnie nakręcony i sprawnie opowiedziany film, który posiada niezaprzeczalny urok. Przede wszystkim nie trąci sztampą ani banałem, nierzadko zapuszczającymi się w rejony rozrywkowego kina. Francuski obraz zadowoli zatem fanów lekkich produkcji, a także tych, którzy cenią sobie oryginalne pomysły. Warto zobaczyć ? zarówno dla poprawy humoru, jak i krzty życiowych przemyśleń.

Ocena: 7,5/10

Tytuł polski: Randka w ciemno

Tytuł oryginalny: Un peu, beaucoup, aveuglément

Reżyseria: Clovis Cornillac

Scenariusz: Lilou Fogli, Clovis Cornillac, Tristan Schulmann, Mathieu Oullion

Obsada: Clovis Cornillac, Mélanie Bernier, Lilou Fogli, Philippe Duquesne, Grégoire Oestermann

Gatunek: komedia romantyczna

Produkcja: Francja

Rok premiery: 2015

Czas trwania: ok. 90 minut

------------------------------------------------------------------------

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

crouschynca

?Czarny kot? (?The Black Cat?)

[odc. 11 ? sezon 2]

Jedenasty odcinek w drugim sezonie ?Mistrzów Horroru? przynosi nam kolejny powrót na reżyserskim stołku. Tym razem wypadło na Stuarta Gordona, prywatnie fana H. P. Lovecrafta. Jak pisałam przy okazji pierwszej odsłony serialu, ten amerykański reżyser lubi łączyć pasję z pracą, kręcąc adaptacje dzieł słynnego pisarza. Tak też uczynił przy poprzednim spotkaniu z antologią i podarował widzom bazujący na Lovecrafcie ?Koszmar w domu wiedźmy?. W następnym sezonie porzucił jednak swoje guru, aczkolwiek nadal pozostał w kręgu literackich inspiracji, przerzucając się dla odmiany na innego tuza, jakim niewątpliwie jest Edgar Allan Poe. Gwoli ścisłości, nie po raz pierwszy sięgnął tutaj po jego twórczość, gdyż wcześniej sfilmował ?Studnię i wahadło? (1991 r.), czerpiącą z utworu o tym samym tytule.

7156334.2.jpg

Jak zaś wskazuje nazwa omawianego teraz odcinka, ów epizod bierze na tapetę opowiadanie ?Czarny kot?. Co więcej, scenariusz, który wyszedł spod pióra Gordona i jego wieloletniego współpracownika Dennisa Paoliego, miesza fikcję z elementami życia Poego. Mianowicie twórcy telewizyjnej produkcji wykorzystali literacki pierwowzór po to, aby po swojemu opowiedzieć historię powstania tego właśnie utworu. Oto bowiem Poe klepie biedę ze sporo młodszą, acz słabowitą małżonką Virginią, zmagając się jednocześnie z blokadą twórczą. Sytuacji nie ułatwia również alkohol, w którym nasz bohater ochoczo topi smutki. Brak kasy i weny, a także choroba żony przyczyniają się do tego, iż mężczyzna popada w coraz większy obłęd. Jego stan dodatkowo pogłębia czarny kot Pluto ? domowy pupil, który zaczyna wyjątkowo przeszkadzać zbolałemu autorowi. Edgar odnosi wrażenie, że zwierzę dosłownie go prześladuje, a co za tym idzie ? sam dostaje destrukcyjnej obsesji na punkcie czworonoga.

Przyznaję, iż na poły biograficzna struktura generalnie nieźle sprawdziła się w przypadku tego epizodu. Film można zatem potraktować jako studium artystycznego obłędu oraz procesu twórczego, silnie przesiąkniętego przez osobiste doświadczenia protagonisty. Wprawdzie dostrzegłam pewną schematyczność i kolejne dziwności przestały z czasem mnie zaskakiwać, ale doceniam atmosferę, balansującą na pograniczu jawy a koszmarnego snu, z którego ciężko się wybudzić. Oprócz tego, do plusów można zaliczyć kolorystykę, w jaką oprawiono losy amerykańskiego pisarza. W poszczególnych kadrach dominują przytłumione barwy, wpadające przeważnie w brąz. Co ciekawe, wzmocniono przy tym czerwone akcenty obrazu, które obejmują w ?Czarnym kocie? krew oraz wino. Dzięki takiemu zabiegowi uzyskano nieco psychodeliczny efekt, korespondujący ze stanem umysłu Poego.

190121.2.jpg

Tradycyjnie ponarzekam na to, że najbardziej makabryczne sceny można było nakręcić trochę subtelniej, skracając je tudzież unikając najmniej apetycznych widoków ? wymowa szokujących wydarzeń i tak zostałaby zachowana. Rozumiem, że służąca za pierwowzór nowela zawierała wątek przemocy wobec kota. Szlag mnie jednak trafia za każdym razem, gdy widzę w jakimś filmie znęcanie się nad zwierzakami ? dlatego więc odjęłam pół punktu od finalnej oceny. Podsumowując, fani horrorów mogą rzucić okiem, lecz miłośnikom czworonogów radziłabym trzymać się z daleka.

Ocena: 5,5/10

----------------------------------------------------------------------------------------

?Bractwo Waszyngtona? (?The Washingtonians?)

[odc. 12 ? sezon 2]

Peter Medak, który stanął za kamerą ?Bractwa Waszyngtona?, wkroczył na scenę ?Mistrzów?? dopiero w drugim sezonie serialu. Reżyser ten urodził się w Budapeszcie (1937 r.), lecz powstanie węgierskie 1956 zmusiło go do opuszczenia rodzinnego kraju. Nogi poniosły przyszłego filmowca do Wielkiej Brytanii i tak oto rozpoczęła się jego droga po świecie kinematografii. Pochodzący z Węgier twórca ma na swoim koncie angielskojęzyczne produkcje z różnych gatunków, w tym horrory. Lata osiemdziesiąte ubiegłego stulecia otworzył ?Zemstą po latach? (?The Changeling?), dobrze ocenianym kanadyjskim filmem grozy. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku popełnił zaś sequel ?Gatunku? (?Species II?), z Natashą Henstridge w roli uwodzicielskiej i śmiertelnie niebezpiecznej kosmitki. W przypadku tego drugiego tytułu Medak niestety nie ma się czym chwalić ? obraz został zmiażdżony przez krytyków, a na dokładkę poniósł klęskę w kinach.

7171390.2.jpg

Jako że prezentację reżysera mamy już za sobą, pora przyjrzeć się bliżej dwunastemu odcinkowi ?Mistrzów Horroru?. Podstawę dla scenariusza stanowiło opowiadanie autorstwa Bentleya Little, amerykańskiego pisarza, specjalizującego się w gatunku grozy. Fabuła epizodu porusza tematykę stowarzyszeń, o których istnieniu nie powinien wiedzieć nikt poza członkami takich organizacji. Głównym bohaterem tej historii jest natomiast Mike Franks, na co dzień szczęśliwy mąż i ojciec. Jak łatwo zgadnąć, rodzinny spokój zostaje zakłócony, a staje się to za sprawą śmierci babki protagonisty. Nie żeby tak rozpaczano po odejściu krewnej. Mike?a spotyka po prostu problem typowy dla postaci, które wchodzą w posiadanie niebezpiecznej wiedzy. Życie mężczyzny, jego żony Pam i córki Amy zawiśnie bowiem na włosku po tym, jak pan Franks znajdzie wśród rzeczy nieboszczki dokument, ujawniający kontrowersyjne karty amerykańskiej historii. Otóż według informacji, jakie skrywa ów papierek, George Washington był? kanibalem. Mało tego, jego niecny proceder zyskał w pewnych kręgach uznanie i zaowocował powołaniem tytułowego bractwa, które przetrwało do czasów współczesnych.

Tajna grupa nie zamierza oczywiście pozwolić, by Mike wywlekł ów sekret na światło dzienne. Nie dość, że takie fakty wstrząsnęłyby posadami historii kraju, to jeszcze zrzeszenie musiałoby się wtedy pożegnać z beztroskim ucztowaniem przy makabrycznych specjałach. Jak widać, nie mamy zatem do czynienia z opowieścią, do której należy podchodzić ze śmiertelną powagą. I taką też drogę próbują obrać twórcy tego odcinka, lecz niestety nie przełożyło się to na zadowalający seans, w przeciwieństwie choćby do epizodu ?Wszyscy wołamy o lody?. Początek jest całkiem znośny, racząc widzów sekwencją, pokazującą jakąś postać, która jedzie na koniu i wymachuje szablą. Po cichu liczyłam wówczas na rozrywkę w stylu serialu ?Jeździec bez głowy? (?Sleepy Hollow?), gdzie nie brak nawiązań do przeszłości USA. Moje nadzieje okazały się jednak płonne, gdyż dość szybko straciłam zainteresowanie całą fabułą, a klimatu było tutaj jak na lekarstwo. Męczyły mnie także zbytnie ucieczki ku grotesce, zwłaszcza w późniejszej partii obrazu, kiedy to zobaczymy pewną ucztę w pełnej krasie.

190122.2.jpg

Dobrego wrażenia nie pozostawia też po sobie finał, oparty na zasadzie deus ex machina. Zupełnie jakby twórcy zorientowali się, że kończy się im czas antenowy i postanowili zwieńczyć historię na odczepnego. Owszem, członkowie sekretnego ugrupowania wypadają odpowiednio sugestywnie, demonstrując swoją obleśność. Niemniej w ogólnym rozrachunku kłopoty Franksów wydały mi się głupawe i niezbyt pasjonujące. Co prawda ?Bractwo Waszyngtona? nie jest najgorszym odcinkiem serialu, lecz marna z tego pociecha. Mówiąc krótko, nie podobało mi się.

Ocena: 3/10

cdn.

crouschynca

7406607.2.jpg

Polarne scenerie skrywają różne niebezpieczeństwa, o czym przekonaliśmy się choćby w kultowym obrazie ?Coś? (?The Thing?) z 1982 roku. Gra Alpha Polaris, podobnie jak filmowy horror Johna Carpentera, przedstawia odbiorcom osadzoną wśród śniegów historię, gdzie zagrożenie nie ogranicza się do perspektywy odmrożenia pośladków. I mimo że tej przygodówce z ideałem nie po drodze, nie powiem, bym uznała ją za marnotrawstwo czasu.

Projekt, którego premiera miała miejsce w 2011 roku, narodził się dzięki deweloperom z niezależnego fińskiego studia o nazwie Turmoil Games. Fabuła tejże produkcji zabiera nas do mroźnej Grenlandii, gdzie mieści się tytułowa stacja badawcza Alpha Polaris. Tam właśnie przebywa główny i zarazem grywalny bohater owej historii, a jest nim młody biolog Rune Knudsen z Norwegii. Zadanie mężczyzny polega na badaniu niedźwiedzi polarnych, podczas gdy praca pozostałych mieszkańców ośrodka skupia się wokół poszukiwań złóż ropy naftowej. Jako że twórcy gry serwują odbiorcom scenariusz na pograniczu thrillera i horroru, kłopoty nie każą na siebie długo czekać. Panu Knudsenowi nie będzie zatem dana spokojna obserwacja białych miśków, natomiast reszta zespołu nie nacieszy się zbytnio faktem znalezienia ropy.

Polarny niepokój

Bohaterów zaczną dręczyć senne koszmary, lecz na tym niestety nie skończą się ich problemy. Czyżby miało to związek z niezwykłym odkryciem, jakiego ostatnio dokonali? W tym momencie pozwolę sobie przemilczeć dalsze detale, by nie wkroczyć do drażliwej strefy spoilerów. Pochwalę za to fabularną warstwę produkcji, która wespół z umiejętnie zbudowanym klimatem należy do największych atutów gry. Owszem, nie wzniesiono się na wyżyny scenopisarskiej doskonałości, a wielbiciele horrorów z prawdziwego zdarzenia mogą kręcić nosem, że Alpha Polaris nie wywołuje uczucia przerażenia. Niemniej przedstawiona tu historia rzeczywiście wciąga i to się dla mnie liczy. Chociaż sama nie grałam z duszą na ramieniu, nastrój osaczenia wykreowano na tyle sugestywnie, by zrozumieć targające protagonistami emocje.

10.jpg

Liczbę dramatis personae ograniczono do raptem kilku postaci, co akurat mi nie przeszkadzało. Poszczególni bohaterowie nadrabiają wyrazistą osobowością, a ich wzajemne relacje zostały wiarygodnie nakreślone. Poza tym, skromna obsada pasuje przecież do opowieści o grupie ludzi, którzy wylądowali w odciętym od świata miejscu. Szkoda tylko, że finał ujrzymy po mniej więcej czterech godzinach. Gdy przechodziłam Alpha Polaris po raz pierwszy, a było to wkrótce po premierze, czas potrzebny na ukończenie gry bardziej mnie zirytował. Teraz zaś, kiedy sięgnęłam po ten tytuł ponownie, zdążyłam już oswoić się z tendencją do robienia krótkich produkcji. Mimo wszystko nadal jestem zdania, że perypetie norweskiego biologa zyskałyby na wydłużeniu rozgrywki, zwłaszcza w obliczu narracyjnego drygu twórców.

Cienie i blaski życia pośród groźnych śniegów

Pod względem mechaniki, niezależna ekipa z Finlandii proponuje nam klasyczną zabawę w stylu point and click. Wygodna obsługa odbywa się głównie przy pomocy myszy, ale natrafimy również na parę odstępstw od tej reguły, stając przed koniecznością użycia klawiatury i wpisania konkretnych haseł. Zwolennikom współczesnych udogodnień przyda się ponadto spacja w celu podświetlenia aktywnych punktów na planszy, lecz korzystanie z tej opcji pozostawiono oczywiście decyzji gracza, jak w każdej innej przygodówce, której zaimplementowano funkcję ujawniania hotspotów. A skoro wspomniałam o podpowiedziach, dodam, iż kliknięcie lewym przyciskiem na naszym podopiecznym skutkuje uzyskaniem ogólnikowej wskazówki, przypominającej bieżące cele do zrealizowania.

11.jpg

Co do rozgrywki, gameplay opiera się na eksploracji otoczenia, przeprowadzaniu konwersacji, a także rozwiązywaniu zagadek, wśród których dominują zadania bazujące na zbieraniu i używaniu przedmiotów. Poza standardowymi inwentarzówkami, napotkamy trochę łamigłówek innego typu. Dla przykładu, będziemy musieli spreparować duplikat klucza bądź rozszyfrowywać znaczenie pewnych symboli. Jak oceniam postawione przed graczem wyzwania? Przyznam, że generalnie wzbudziły we mnie mieszane odczucia, acz deweloperom nie zabrakło ciekawych pomysłów. I nie myślę w tej chwili o krótkim czasie zabawy, bo to zdążyłam wszak wytknąć wcześniej. Otóż rozczarowało mnie złe zbalansowanie poziomu zagadek ? bardzo prościutkie zadania poprzeplatano takimi, które z racji wysokiego stopnia trudności mogą napsuć krwi. Nie ustrzeżono się też ?kwiatków?, jakim bliżej do absurdu niż do sensowych i logicznych rozwiązań.

Oprócz tego, nie wykorzystano do końca potencjału, tkwiącego w dialogach. Mianowicie niekiedy będzie nam wolno dokonać wyboru (np. odpowiedzieć w sposób uprzejmy lub gburowaty), ale nie ma tutaj mowy o systemie decyzji i konsekwencji rodem z produkcji od Telltale Games. To raczej kosmetyczny zabieg, który nie wywiera znaczącego wpływu na przebieg akcji. W zasadzie najpoważniejszy efekt wyborów, jakie podejmowałam podczas konwersacji, dotyczył dodatkowego przerywnika filmowego, przedstawiającego bezpośrednie następstwa tej konkretnej rozmowy. Jednakże pokazane w owej scence wydarzenia i tak nie rzutowały na główną oś fabularną.

Zimowe audiowizualia

Grafika, którą napędza darmowy silnik Wintermute, nie rzucała na kolana już w momencie premiery. Gwoli ścisłości, dwuwymiarowe tła zostały wykonane starannie, a co za tym idzie ? prezentują się przyzwoicie. Wprawdzie ubolewam, iż nie zwiedzimy wielu lokacji, lecz te, po których wędrujemy, odpowiednio podkreślają klimat. Najbardziej spodobały mi się ośnieżone plansze zarówno za dnia, jak i nocą, kiedy to niebo zdobi zorza polarna. Gorzej spisują się animacje oraz wygląd trójwymiarowych postaci, które bez skrupułów obnażają niedoskonałości oprawy wizualnej. Szczególnym kuriozum wydał mi się widok sylwetki przechodzącej, a właściwie przenikającej przez kotarę niczym duch.

09.jpg

W porównaniu z modelami 3D, atrakcyjniej wypadają komiksowe postacie, które można zobaczyć w trakcie dialogów. Nie nazwałabym ich strzałem w dziesiątkę, bo zajmują zbyt dużą część ekranu, ale w miarę szybko się do nich przyzwyczaiłam ? no może poza pojedynczymi obrazkami, ukazującymi osoby w stanie wyjątkowo silnego wzburzenia. Na szczęście, angielskie głosy, jakimi bohaterowie przemawiają podczas rozmów, są w porządku i nie wzbudzają zastrzeżeń. Podobnie ma się mój stosunek do muzyki. Choć skromny soundtrack nie zapada w pamięć, zgrabnie komponuje się z fabułą, a szczególnie w partiach nocnych, gdy niepokojący nastrój przybiera na sile.

Alpha Polaris można zarzucić to i owo, lecz pomimo swoich niedoróbek produkcja z Finlandii potrafi przytrzymać gracza przed monitorem, oferując skierowaną do dojrzałych odbiorców historię. Tak przynajmniej było w moim przypadku, tym bardziej że po kilku latach chciałam przejść ten tytuł ponownie. Osobiście żałuję, iż twórcy nie dysponowali większym budżetem ? w takim wypadku prawdopodobnie otrzymalibyśmy dłuższą i bardziej dopracowaną technicznie grę. Cóż, bywa? Gdybyście więc natknęli się na tę niezależną przygodówkę w promocyjnej cenie, nie zaszkodzi zaryzykować i sprawdzić na własnej skórze, z czym to się je.

Ocena: 6/10

Plusy:

+ fabuła

+ klimat

+ wyraziści bohaterowie

+ przystępna obsługa

+ staranne tła

+ solidne udźwiękowienie

+ niektóre zagadki są całkiem ciekawe?

Minusy:

- ? a inne już mniej

- za krótka

- niewykorzystany potencjał dialogów

- przydałoby się więcej lokacji

- wygląd i animacje trójwymiarowych modeli postaci

- pomysł z komiksowymi wizerunkami można było zrobić trochę lepiej

- fani przyprawiających o gęsią skórkę horrorów nie mają tu czego szukać

------------------------------------------------------------------------

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

crouschynca

Philippa Gregory, która zasłynęła takimi tytułami jak ?Kochanice króla? czy ?Biała królowa?, postanowiła zaserwować czytelnikom pewną odskocznię od zbeletryzowanych biografii, aczkolwiek jednocześnie nie porzuciła konwencji powieści historycznej. Tym razem jednak snuje przed nami opowieść o fikcyjnych bohaterach, zamiast skupiać się na postaciach autentycznych. ?Odmieniec?, który otwiera cykl o nazwie ?Zakon Ciemności?, oferuje pierwsze spotkanie z owymi protagonistami.

Głównymi bohaterami tej osadzonej w średniowiecznej Europie historii są młodzi ludzie o imionach Luca i Izolda. Początek powieści zarysowuje nam tło fabularne, przybliżając wydarzenia, które doprowadziły do późniejszego położenia obu postaci, a tym samym przyszłego splecenia ich losów. On, czyli Luca Vero, to przystojny, inteligentny młodzian i zarazem tytułowy odmieniec. Czym zasłużył sobie na takie miano? Nie do końca pewnemu pochodzeniu, a to dlatego, że pojawił się w życiu rodziców, kiedy ci byli już nie pierwszej młodości. Stąd w wiosce, gdzie mieszkali, krążyły plotki, wedle których chłopak został podrzucony pod drzwi przez istoty nadnaturalne. Ba, zabobonna ludność nie wykluczała nawet, że to być może dziecko demonów. Pogłoski te nie stanęły jednak na przeszkodzie, by Luca wstąpił do klasztoru. Oczywiście nie znaczy to, że młodzieńca ominą komplikacje. A upomną się o niego, gdy z powodu nadto bystrego umysłu ściągnie na siebie oskarżenie o herezję. Niemniej ostatecznie zostaje zwerbowany do specjalnego zakonu, za którego założenie odpowiada sam papież. W ramach służby Vero musi zaś wypełnić szereg misji, przywdziewając szaty inkwizytora.

Kim jest natomiast Izolda? Jako że jej również wypadałoby poświęcić trochę więcej słów, spieszę z dalszymi wyjaśnieniami. To piękna córka potężnego krzyżowca ? pana Lucretili. W chwili, kiedy poznajemy dziewczynę, nad jej głową zaczynają gromadzić się ciemne chmury, acz panna nie spodziewa się aż takiego obrotu spraw. Choć umiera ukochany ojciec Izoldy, młoda kobieta początkowo nie odczuwa nadmiernego niepokoju względem przyszłości, pamiętając wcześniejsze zapewnienia rodziciela o spadku w postaci zamku, wraz z podległymi ziemiami. Niestety, Giorgio, brat naszej protagonistki, oświadcza, iż tatko zmienił na łożu śmierci swoją ostatnią wolę. Według najświeższej wersji testamentu, wszystko ma trafić w ręce Giorgia, podczas gdy dziewczę dostaje ultimatum ? klasztor albo ślub z konkretnym kandydatem. Ponoć to dla jej dobra? No na pewno! Sama zainteresowana też nie dowierza takiemu wytłumaczeniu, lecz braciszek nic sobie z tego nie robi. Zdaniem Giorgia tak w sumie powinno być ? jemu należy się cała scheda, jako pierworodnemu i przede wszystkim mężczyźnie. Sytuacja Izoldy stanowi zatem modelowy przykład nierównego traktowania kobiet w dawnych czasach.

Mimo że pechowa spadkobierczyni rozumie, że mężczyźni nadużywają władzy, koniec końców podporządkowuje się jednej z testamentowych opcji. Jak łatwo przewidzieć, pretendent do jej ręki nie przypomina Chrisa Hemswortha, Kita Harringtona ani innego filmowego amanta. Nadobna panna nie garnie się więc do ślubu z obleśnym facetem, nie wspominając o tym, że w ogóle nie rozmyślała o zamążpójściu. Cóż, przynajmniej tyle dobrego, iż w klasztorze otrzymuje najwyższe stanowisko. I tak oto dochodzimy do sedna, a konkretnie spotkania Izoldy z Lucą. Mianowicie młody inkwizytor także przekracza klasztorne progi, gdyż czeka go tam pierwsza z wyznaczonych misji. Zadanie polega na przeprowadzeniu dochodzenia w związku z dziwnym zachowaniem zakonnic (lunatykowanie, wizje, stygmaty itd.). Vero musi odkryć prawdziwą naturę źródła okolicznych lęków, które zakładają ingerencję diabła, powodowaną obecnością nowej przełożonej, czyli Izoldy. Jeżeli Luca odkryłby dowody na demoniczną działalność, przyszłoby mu odprawić ewentualne egzorcyzmy i urządzić inkwizytorski sąd.

12988106.jpg

Co ciekawe, domniemane opętanie zakonnic nie jest jedyną zagadką, jaką przyszykowała autorka powieści. Oprócz tego, na kartach ?Odmieńca? znajdziemy jeszcze śledztwo, które dotyczy podejrzenia o aktywność wilkołaka. Należy przy tym podkreślić, iż Philippie Gregory udało się bardzo dobrze oddać realia oraz nastroje, panujące w epoce średniowiecza. Brytyjska pisarka kreśli wiarygodny obraz mrocznych czasów, kiedy królowały zabobony, strach przed wiedźmami, demonami i innymi istotami nadnaturalnymi, a także ogólne lęki przed nieznanym. Szczególnie interesuje tu autorkę końcowy okres średniowiecza i obawy, nawiedzające Europejczyków z powodu upadku Konstantynopola. Akcja książki rozgrywa się zresztą w roku 1453, po zdobyciu tego miasta przez Turków. Zaniepokojeni ludzie widzą w owym fakcie zwiastun nadciągającego końca świata. Tak na marginesie, Zakon Ciemności, którego nazwa spina całą serię, to wykreowany przez literatkę odpowiednik autentycznego Orderu Smoka. Istniejący w rzeczywistości zakon został powołany do życia w XV wieku, a jego istnieniu przyświecała idea obrony Europy, wraz z chrześcijańską wiarą, przed Imperium Osmańskim.

Chociaż powieściowe intrygi (klasztorna i likantropiczna) są łatwe do rozgryzienia, autorka posiada niezaprzeczalną umiejętność zainteresowania czytelnika. Fabuła została poprowadzona sprawnie, bez zbędnych dłużyzn, a w jej pozytywnym odbiorze pomaga też wspomniany wyżej średniowieczny klimat. Całości nie można ponadto odmówić detektywistycznego posmaku ? wszak Luca zajmuje się przeprowadzaniem śledztw, przesłuchuje ludzi, zbiera dowody i wyciąga z tego odpowiednie wnioski. A gdy, przykładowo, rozwiąże tajemnicę szaleństwa wśród zakonnic, wygłosi mowę w stylu prywatnych detektywów, przedstawiając argumenty na potwierdzenie swoich teorii.

Początkującego inkwizytora nie nazwałabym jednak geniuszem na miarę Sherlocka Holmesa czy Herkulesa Poirota, nic nie ujmując z jego dużej inteligencji. Wydaje mi się, że to celowy zabieg ze strony pani Gregory. Chłopakowi przydałoby się po prostu więcej doświadczenia, którego powinien nabrać z czasem, w kolejnych odsłonach cyklu. Co więcej, pisarka poniekąd pozwoliła w ten sposób zabłysnąć innej postaci ? byłemu kuchcikowi Freize, który przyjaźni się i podróżuje u boku Luki. Ten młody mężczyzna to szczery, sympatyczny człowiek, który wznosi nieco humoru do fabuły. Na pozór nie wydaje się grzeszyć zbyt lotnym umysłem, lecz w rzeczywistości posiada dużo tzw. mądrości życiowej. Jest spostrzegawczy i zna się na ludzkiej naturze, przez co niejednokrotnie dostarczy swojemu przyjacielowi cennych wskazówek. Przy okazji, chciałabym też wyróżnić pewną postać kobiecą, która szczególnie przypadła mi do gustu. A jest nią tajemnicza Iszrak ? towarzyszka Izoldy, legitymująca się wykształceniem medycznym oraz biegłością w sztukach walki.

Na końcu książki zamieszczono słowa, które Philippa Gregory kieruje bezpośrednio do czytelnika. Informuje wtedy, że stworzyła ?Odmieńca? dla czystej przyjemności pisania. Nie ukrywa również, iż chciałaby zaciekawić wymyśloną przez siebie historią odbiorców. W moim odczuciu jak najbardziej udała się jej ta sztuka, bowiem perypetie bohaterów rzeczywiście wciągają, a za sprawą lekkiego pióra pisarki tym żwawiej przejdziemy przez kolejne strony. Reasumując, ?Odmieniec? to solidna lektura, która zachęca do sięgnięcia po następne tomy ?Zakonu Ciemności?.

Ocena: 7,5/10

Tytuł polski: Odmieniec

Tytuł oryginalny: Changeling

Autor: Philippa Gregory

Wydawnictwo: Egmont Polska

------------------------------------------------------------------------

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

crouschynca

Uczucie, jakie połączyło Allie i Noaha, było czymś więcej niż przelotnym wakacyjnym romansem. Czy jednak siła powstałej między nimi więzi wystarczy, by spędzili razem resztę życia? I to pomimo lat rozłąki oraz innych przeciwności losu? O tym właśnie opowiada ?Pamiętnik? spod pióra Nicholasa Sparksa.

Nazwisko amerykańskiego pisarza powinno być dobrze znane nawet tym czytelnikom, którzy nie mieli bezpośredniej styczności z jego utworami. Sparks specjalizuje się w obyczajówkach z elementami romansu, a popularność owego literata wykracza poza ramy książkowego świata, owocując niejedną filmową adaptacją. Nie inaczej było w przypadku ?Pamiętnika?, na podstawie którego powstał znany obraz z Ryanem Goslingiem i Rachel McAdams w rolach młodych kochanków.

Historię miłości głównych bohaterów spina klamra w postaci wydarzeń, jakie mają miejsce współcześnie w pewnym domu opieki. Przebywa tam starszy pan, który posiada tytułowy pamiętnik. Można powiedzieć, iż notatnik stanowi część codziennego rytuału mężczyzny. Każdego dnia staruszek odwiedza bowiem inną pacjentkę ośrodka ? chorą na alzheimera kobietę, a robi to dlatego, by odczytać jej owe zapiski. Treść zeszytu obejmuje natomiast losy Noaha Calhouna i Allie Nelson, które rozgrywają się w latach trzydziestych oraz czterdziestych minionego stulecia.

Młodzi wydają się dla siebie stworzeni, mimo że dziewczyna jest z wyższych sfer. Wprawdzie pochodzenie chłopaka nie zyskuje uznania w oczach rodziców Allie, ale para nie zamierza rezygnować z randek. Niestety, panna Nelson zawitała do New Bern, rodzinnego miasta Noaha, jedynie na wakacje, zaś wraz z końcem lata wraca do domu. Co gorsza, młodzieniec nie otrzymuje odpowiedzi na żaden z wielu listów, jakie wysłał potem swojej ukochanej. Ich drogi krzyżują się ponownie, lecz dopiero po kilkunastu latach, gdy wiedziona przeczuciem kobieta przyjeżdża do New Bern. Długa rozłąka zrobiła swoje, acz nie zdołała całkowicie wypalić uczuć dawnej pary. Niemniej istnieje jeszcze jedna, dość istotna kwestia, która stoi na drodze do ewentualnego wspólnego szczęścia. Otóż Allie ułożyła sobie w międzyczasie życie u boku akceptowanego przez jej bliskich Lona Hammonda, a data ślubu zbliża się wielkimi krokami.

578149.1.jpg

Na zdj.: kadr z filmu "Pamiętnik"

O ile teraźniejszość została opowiedziana w pierwszej osobie przez mieszkańca domu starców, tak Nicholas Sparks wyodrębnia zawartość notatnika wprowadzeniem trzecioosobowej narracji. Śledząc wydarzenia z kart pamiętnika, w pewnym sensie skaczemy pomiędzy Allie i Noahem, co pozwala nam poznać tę historię z obu perspektyw. Jak wspominają pamiętne lato, gdy narodziła się ta pierwsza, prawdziwa miłość? W jaki sposób dalsze życie wpłynęło na ich wzajemne spostrzeganie? Autor powieści próbuje odpowiedzieć na tego rodzaju pytania, koncentrując się zarówno na odczuciach Noaha, jak i Allie. Jednocześnie dostajemy też, acz w znacznie mniejszym wymiarze, wgląd do punktu widzenia ?tego trzeciego?, czyli Lona.

Amerykański pisarz posługuje się prostym, lekkim językiem, dzięki czemu książkę czyta się szybko nie tylko ze względu na niezbyt duże gabaryty. Co istotne, autor raczy nas plastycznymi i zarazem zwięzłymi opisami scenerii, a także wiarygodnym nakreśleniem emocji, jakie targają protagonistami. W tym miejscu muszę po raz kolejny nawiązać do postaci Lona. Chociaż partie poświęcone jego odczuciom są bardzo krótkie, fabuła zyskuje na obecności tych fragmentów. Owszem, to Noah jest bohaterem, któremu ma zyskać największe poparcie wśród odbiorców. Calhoun od początku został przedstawiony tak, aby wzbudzić sympatię czytelników. Jednakże Hammond również szczerze kocha Allie, a co za tym idzie ? możliwość utraty przyszłej żony przeraża go, lecz nie z powodu plotek wśród towarzystwa lub potrzeby samczej dominacji. Jak najbardziej zrozumiałe są więc dylematy panny Nelson, która nie chce skrzywdzić narzeczonego.

Mimo że perypetie zakochanych trącą czasem pewną naiwnością, nie żałuję czasu poświęconego na lekturę. Jak przystało na kronikę miłości, Nicholas Sparks napisał wzruszającą i przepełnioną sentymentalną atmosferą powieść. Podsumowując, ?Pamiętnik? to rzecz do schrupania dla wielbicieli romansów, aczkolwiek przypuszczam, iż wielu miłośników gatunku ma już ową pozycję za sobą. A jeśli nie, warto w tym wypadku nadrobić czytelnicze zaległości.

Ocena: 7/10

Tytuł polski: Pamiętnik

Tytuł oryginalny: The Notebook

Autor: Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz

------------------------------------------------------------------------

Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.