Skocz do zawartości

Nowy Kącik Yody

  • wpisy
    96
  • komentarzy
    128
  • wyświetleń
    3971

O blogu

Blog dotyczy głównie spraw okołogrowych. Najczęściej zamieszczam swoje felietony i przemyślenia. Poza tym pojawiają się rozmaite "mądrości" pisane o grach w książkach, na stronach internetowych itd.

Wpisy zamieszczone na blogu są pisane przeze mnie i wyrażam w nich moją opinię na rożne tematy. W przypadku chęci skorzystania z fragmentu lub całości wpisu proszę o zaznaczenie źródła i informację na PW.

Zapraszam też do odwiedzania i polubienia strony bloga na Facebook'u. Zachęcam także, oczywiście, do komentowania i oceniania wpisów. Mile widziane są także wiadomości prywatne :).

Przytaczane fragmenty książek należą do ich prawnych właścicieli i zostały wykorzystane wg prawa cytatu (art.29 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Blog ma charakter rozrywkowy i nie ma na celu ośmieszenia lub obrażenia jakiejkolwiek osoby.

 

PS. Jest to Blog-zastępstwo dla oryginalnego Kącika Yody.

Wpisy w tym blogu

 

Za garść monet

Przyznam szczerze, że podczas grania w Assassin’s Creed Odyssey zacząłem się zastanawiać nad kwestią najemników w grach. Przynajmniej dwa MSM-y już o tym traktowały (1, 2), ale pomyślałem, że w ramach „Z życia NPC” warto się nad tym pochylić. Zacznijmy od Bohatera, Wiadomo, w RPG możemy być altruistami i robić wszystko za darmo (o ile twórcy pozwolą), ale wówczas musimy bazować na innych źródłach dochodów. Z drugiej strony – przecież Bohater wykonuje określoną pracę i należy mu się zapłata, prawda? Spójrzmy na takiego Geralta – wiadomo, powinien robić za darmo albo za srebrny grosz albo półtorak. A on co? Koron sobie życzy. Z punktu widzenia przeciętnego NPC-a to, w sumie, źle – ostatecznie: Źródło Oczywiście, możemy się targować o wysokość nagrody za zlecenie, ale wtedy NPC zachowują się jeszcze dziwniej – kilka koron za dużo i już nie interesuje ich los wioski/brata/żony (zresztą, pisałem o tym w recenzji). Z kolei sytuacja Bohatera-Dragonborna-najemnika w Skyrim jest jeszcze ciekawsza - oto pierwszy od tysiącleci człowiek (czy tam elf) pokonuje smoka terroryzującego Whiterun. W zamian od jarla Balgruufa dostaje jakiś szmelc i garść septimów. Serio? Przecież to poniżej stawki! Powinna być połowa królestwa jarlatu i ręka jego córki! Jednakże, odłóżmy na bok bohaterów gier, bo wiadomo po co im złoto do mordowania, nekrofilii i demoralizacji dzieci . W zamian zastanówmy się nad NPC, którzy podróżują po świecie i, zapewne, też pobierają opłaty za usługi. We wspomnianym Wiedźminie brakowało mi takich postaci – gdzie są ci wszyscy poszukiwacze przygód, którzy za korony podjęliby się zadania zamiast Białego Wilka? Gdzie są inni wiedźmini, z innych szkół? Jedynym wyjątkiem jest chyba ten ze Szkoły Kota, którego możemy zabić. Jest jeszcze Letho, ale on pełni konkretną funkcję w fabule. Podobnie jest zresztą w Skyrim i Fallout 4 – mam uwierzyć, że w tak rozległych krainach nie ma nikogo żywego, kto podjąłby się tych samych zadań co Bohater? Jasne, w piątym TESie czasami spotykamy najemnika idącego za swoimi sprawami, ale dzieje się to bardzo rzadko. I, właściwie, nigdy tak naprawdę nie idą do miejsca, o którym mówią po odrobinie perswazji - ot, dostali zlecenie i znikną przy pierwszej okazji ;). Choć, z drugiej strony, zdarzają się także członkowie Towarzyszy - to już jest przynajmniej coś . We wspomnianym na początku Odyssey jest podobnie  - choć tu przynajmniej są najemnicy, podążający swoimi ścieżkami i czasami przyjmujący zlecenie na Kasandrę, a i ona może znaleźć zlecenie na najmitę. Ale to za mało, moim zdaniem. Szczególnie, ze żaden z nich nie bierze nigdy udziału w bitwie, choć kręcą się wokół znaczników… ale o tym będzie w recenzji za tydzień . W związku z tym przyszedł mi do głowy pewien pomysł – przydałaby się w RPGach mechanika Najemników, którzy rywalizowaliby i z graczem i ze sobą nawzajem. Bohater opóźnia wykonanie zadania pobocznego? Zrobi je ktoś inny. Do tego dochodziłoby podkradanie sobie zleceń i wzajemne zabijanie. To byłoby coś! Dodatkowo, należy zauważyć, że wszelkiej maści zleceń, zadań itp. musi być w takich światach o wiele więcej, niż Bohater otrzymuje. Czemu zatem nie wprowadzić postaci, które będą robiły swoje, czasem pomagając Bohaterowi, czasem mając zadanie przeciwne. Ale najemnicy to nie wszystko – nie zapominajmy o strażnikach/policjantach, którzy też muszą dostawać pieniądze za swoją pracę. Jakoś nie wierzę, że ci wszyscy mundurowi w GTA V idą pod lufę za darmo. To tak nie działa! Źródło Chociaż, patrząc na ich poziom IQ, można się zastanawiać – być może są zbyt durni, by dawać im pieniądze?     A Wy jak sądzicie – czy w grach jest zbyt mało najmitów? Piszcie w komentarzach .

MajinYoda

MajinYoda

 

The Best of MSM V

Dzisiejszy MSM będzie dość standardowy, z jednym wyjątkiem, o którym zaraz napiszę. Artykuł „Co myśleć o grach elektronicznych?” (czymkolwiek są – chyba chodzi o gry wideo/komputerowe ) został napisany przez nieznaną z nazwiska osobę (na potrzeby wpisu będę się do niej odnosił w rodzaju męskim) w 2008 roku, a znalazłem na stronie Biblioteki Internetowej Strażnicy – czyli została napisana od i dla Świadków Jehowy (to jest właśnie ta wyjątkowość – tym razem nie jest to tekst z portalu katolickiego czy nawet przez protestanta). Od razu zaznaczam, że nie mam nic do żadnego wyznania i wszystkich ludzi traktuję tak samo. Link, tradycyjnie, na końcu wpisu. Gotowi? Zagaja Autor całkiem mądrymi słowami – ale gdyby dalej było tak dobrze to przy tagach dopisałbym „MoG” . Tu nadal się mogę zgodzić, ale Autor powoli zaczyna się rozkręcać . Autor nie podał tytułu, ale zgaduję, że chodzi o GTA (bo o cóż innego?). I choć nadal nie jest to głupie to już wskazuje, w którą stronę Autor się udał. Mam wrażenie, że Autor trafił na niewłaściwą stronę z grami ;). Chyba, że Autor ma na myśli pierwszego Wiedźmina… coś w tym jest . Wszystko ładnie, pięknie, z odwołaniem do czasopisma naukowego. Ale sądzicie, że Autor dał przypis? Nie bądźcie śmieszni. Poza tym – w ilu grach można wcielić się w stręczyciela? W kilku-kilkunastu? I to głównie ze „specyficznych” stron. Swoją drogą - tekst, całkowicie przypadkowo, zgrał mi się z "aferą" z grą o gwałcicielu, która miała trafić na STEAMa. Ale nie trafiła i nie trafi. Teraz z niecierpliwością czekam na teksty spychologów o tym wydarzeniu (o ile w ogóle go zauważyli - w końcu nie ma tam ani słowa o DOOMie ). Ja nie wiem – Autor chyba specjalnie dobiera takie „teksty” (w tym przypadku dodatkowo nieweryfikowalne), bo nie wierzę, że ktoś coś takiego napisał serio. Chyba, że był spychologiem, choć nawet oni mają większy umiar . Swoją drogą – wygląda na to, że muszę dopisać kolejny termin do Małego Słownika Psychologicznego - „czasopismo” . Nieco dłuższy fragment, bo żal mi było go dzielić – wyciąłem zaledwie jedno zdanie. Autor, rzecz jasna, dostrzega tylko te badania, które mu pasują. Tymczasem, wciąż pojawiają się nowe, bardzo często przeczące powyższym słowom artykuły (np. ten z Nature z zeszłego roku choć uważam, że miał trochę zbyt małą grupę badanych). Pytanie teraz – komu wierzyć? Eeee… porównania gier z odpadami radioaktywnymi jeszcze nie widziałem… Trzeba dopisać do MSS :P. Nie wspominając już, że Autorowi zwyczajnie chodziło o – pojawiającą się wielokrotnie na tym blogu – desensytyzację. Tylko musiał to ubrać jakoś w słowa pasujące do religii. I pewnie nie zna tego pojęcia. To sobie Autor autorytet znalazł – o ile Amy w ogóle istnieje. W dodatku – czym są „obrazy i rozmowy erotyczne”? Rozumiem, że w Wiedźminie czy GTA znajdują się motywy przemocy i erotyka, ale czy w takim razie Skyrim jest bezpieczny? A co z Assassin’s Creedem? Albo Fallout 4? Czas na (dość długą) notę Autora do… rodziców. Hura, to chyba pierwszy Autor, który ich zauważył :P: Ten fragment pasuje tu jak pięść do nosa – to, ze lubię grać w gry z przemocą, nie oznacza, że lubię przemoc. Nie można tu postawić znaku równości. Nie wspominając już o tym, ze miłościwy Bóg nagle kogoś nienawidzi :P. W dodatku w Biblii Tysiąclecia (czyli tej nieuznawanej, chyba, przez Świadków Jehowy) jest użyte łagodniejsze określenie: „nie cierpi Jego (Boga) dusza tego, kto kocha nieprawość.”. Na zakończenie takie drobne przemyślenie: fakt, powyższy tekst jest ze wszech miar „spychologiczny”, ale Autor przynajmniej potrafi zauważyć też zalety gier. Nawet, jeśli jest o tym bardzo mało. Czas na obiecany link . Do zobaczenia za tydzień :)!

MajinYoda

MajinYoda

 

Ilość fanów zwiększa się

Jutro (03.03) minie 20 lat od premiery (chyba) najbardziej lubianej strategii turowej – czyli Heroes of Might and Magic III. Korzystając z chwilowego hype’u postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze w tym szybkim wpisie . „Solenizant” także dla mnie jest grą, którą mile wspominam mimo upływu lat. Do dziś pamiętam, że jeszcze w gimnazjum (czyli w latach 2003-2006) zagrywałem się w niego sam lub z bratem, czasami ze znajomymi. Zazwyczaj grałem Zamkiem (ze względu na Archanioły), choć zdarzało mi się także grać innymi frakcjami (lubiłem Bastion, za to nigdy nie umiałem grać Twierdzą). Muszę też dodać, że nie grałem ani w „jedynkę” ani w „dwójkę”, więc był to dla mnie pierwszy kontakt z TBS-em. Mógłbym się rozpływać, że ta gra była i jest genialna, najlepsza w jaką grałem… Ale, obawiam się, że skłamałbym. Bowiem, o ile HoMM3 darzę sympatią, to nie jest on nawet moją ulubioną częścią „Hirołsów” ( w skali szkolnej 5/6). Ten tytuł należy bowiem do, niesłusznie niedocenianej, „czwórki”. I to właśnie do tej części mam największy sentyment – na tyle, że mimo upływu lat wciąż lubię do niej wracać. Jasne, „trójka” miała mod HD i nawet go sobie zainstalowałem (z CDA), ale niestety – na darmo. Nie potrafiłem znów „pokochać” tej części. A w HoMM4 wciąż lubię pograć – szczególnie, że niedawno kupiłem go (po raz czwarty :P) za grosze na GOGu. Naturalnym jednak wydaje się pytanie "czemu czwórka"? Cóż, przede wszystkim za to, że nie była jedynie "klonem" swojej wielkiej poprzedniczki - New World Computing podjęło próbę zmiany niektórych mechanik i, tym samy, próby uatrakcyjnienia rozgrywki. Armia złożona z samych bohaterów? Dla mnie super! Jednostki poruszające się samodzielnie, ale nie mogące niczego podbijać? Ekstra - będzie łatwiej zbierać armię, a i jak bohater zginie to nie ma problemu. Do tego lubiłem, że pokonany bohater nie wracał sobie do tawerny, tylko trafiał do lochu lub zostawał smętnie na ziemi czekając czy ktoś go wskrzesi. W mojej ocenie również 5/6 . A skoro już omawiam inne części – dwie pozycje pod „trójką” na mojej znajduje się „piątka”. Niestety, trudno mi o niej pisać – dla mnie nie przetrwała próby czasu. Przede wszystkim dlatego, że nigdy nie rozegrałem jej kampanii. Po premierze wydawała mi się „trójką na sterydach”, ale teraz muszę przyznać, że nie była aż tak warta uwagi. Choć nie – była. Ze względu na powiązanie fabularne z Dark Messiah of Might and Magic i tylko dla tego ;). Oceniajac V postawiłbym jej 4/6, a DMoM&M - 4,5/6. Z kolei „szóstka” ominęła mnie szerokim łukiem aż do zeszłego roku, gdy została dodana do CDA. Wówczas pomyślałem „czemu by nie spróbować?” i dowiedziałem się czemu jest tak nisko oceniana… Fakt, ma kilka ciekawych pomysłów – np. możliwość zmiany podbitego zamku na naszą frakcję – i całkiem interesującą Świątynię… ale to tyle. Moja ocena - góra 3/6. Na koniec zostawiłem najnowszą część, czyli „siódemkę”, która, jak się domyślacie, w moim prywatnym rankingu zajmuje zaszczytne trzecie miejsce. Podobnie, jak w przypadku IV uważam, ze jest ona mocno niedoceniana – zapewne przez początkowe problemy z płynnością i optymalizacją. Jeśli chodzi o ocenę to dałbym 4,5/6. Na koniec chcę wyrazić nadzieję, że kolejna część będzie męska  równie dobra (albo lepsza) niż „klasyczna” trójka i czwórka. Czego Wam i sobie życzę .

MajinYoda

MajinYoda

 

Ostatni dobry Asasyn?

Przedsłowie – poniższy tekst był pisany w czasie, gdy “trójka” była ostatnią częścią serii. Ze względu na zbliżający się remaster pomyślałem, że warto sobie przypomnieć tę część. Oczywiście, dokonałem liftingu tekstu (oryginalnie był pisany na potrzeby zajęć na uczelni – dla laika ). Dodam też, że nie omawiałem DLC - zwyczajnie w nie nie grałem . ------------------------------------ Przyznaję – byłem mocno sceptyczny w stosunku do tej gry. W końcu to już (wbrew numerowi w tytule) piąta odsłona serii. Dodatkowo miejsce akcji to XVIII wieczna Ameryka, a bohater ma niewymawialne imię… Ale nie było tak źle! Mógłbym nawet powiedzieć, że lepiej niż w wydanym w 2011 roku Revelations. W sumie, co tu dużo pisać – nowy świat, nowe realia i starzy znajomi. Tańczący z Rate… Rado…   Struktura gry nie zmieniła się od pierwszej części. Znów mamy do czynienia z grą akcji TPP łącząca elementy parkourowe z walką. Ponownie również mamy do czynienia z trzema bohaterami: głównym, czyli XXI wiecznym asasynem Desmondem Milsem (o którym później) oraz dwoma XVIII wiecznymi bohaterami-przodkami – Brytyjczykiem Haythamem Kenweyem oraz jego synem pół-Indianinem Ratonhnhaké:ton’em (na szczęście otrzymał też prostsze imię – Connor). Tym ostatnim kierujemy najdłużej. Zacznę jednak od Haythama. Poznajemy go na początku gry i w jego „skórze” spędzimy około czterech godzin gry. Muszę przyznać, że jego zachowanie, sposób mówienia oraz charyzma bardzo przypadły mi do gustu. Jednocześnie ma w sobie coś z typowego angielskiego gentelmana. Dystyngowany i jednocześnie trochę chłodny w obyciu. Dlatego z bólem rozstawałem się z kierowaniem tą postacią na rzecz Connora. Pół-Indianin jest całkowitym przeciwieństwem ojca. Dzikus wychowany w lesie, co właściwie wszystko wyjaśnia. Gdyby tego było mało jest to postać, która irytuje swoją naiwnością. Postać niekiedy zachowuje się tak, jakby swoje zdanie zakopała w jakieś dziurze. Z tych powodów daleko mu do bohaterów poprzednich części – cynicznego Altaïra czy wygadanego Ezio. Naprawdę trudno było mi się z nim utożsamić. Źródło O wiele ciekawsza jest inna postać – mentor Connora. Achilles Davenport – zrzędliwy, starszy człowiek, który chce świętego spokoju.  Przystanek Boston  Porzucę jednak na moment temat bohatera i zajmę się innym, ważnym aspektem gry – czasem i miejscem akcji. Jest to Boston, Nowy Jork oraz Pogranicze (które jest właściwie jednym, wielkim lasem) z czasów amerykańskiej wojny o niepodległość. Są to miejsca, które nijak mają się do metropolii z poprzednich części. Właściwe najlepszym określeniem jest - dziury zabite dechami! Ale w praktyce nie jest tak źle. Wprawdzie po dachach sobie za dużo nie pobiegamy, ale mamy też (pierwszy raz w serii!) możliwość poruszania się po niektórych drzewach. Przydaje się to głównie na Pograniczu, ale i w miastach znajdzie się drzewo przydatne podczas ucieczki. Źródło Pojawił się jednak drobny problem. O ile bowiem „tworzące” drogę gzymsy nie denerwują tak bardzo, o tyle ładnie ułożone gałęzie wyglądają nienaturalnie. W dodatku można poruszać się tylko po z góry przewidzianych „leśnych trasach”. W mieście pojawiła się także dodatkowa atrakcja – możliwość przebiegnięcia przez mieszkanie (wbiegając przez otwarte okno) lub przez klatkę schodową. Pomysł całkiem niezły i filmowy. Wygląda to mniej-więcej tak – goniony przez strażników bohater wskakuje przez otwarte okno do przypadkowego mieszkania, przeskakuje nad stołem i „wychodzi” prze okno otwarte po drugiej stronie. Brzmi jak fragment filmu akcji klasy C? Owszem, ale niestety tak wygląda KAŻDE mieszkanie. Czy to Boston czy Nowy Jork – wszędzie na tę samą modłę! Jest więcej jakaś nowinka – ale z czasem nuży. Inna nowość jest za to godna pochwały. W obu miastach pojawił się system podziemnych tuneli. Chodząc po nich odkrywamy punkty „szybkich podróży” (czyli miejsc, do których możemy się przenieść korzystając z mapy). Całość zwiedzamy z latarnią w ręku, od czasu do czasu zabijając zabłąkanych wrogów oraz rozwiązując zagadki. Te ostatnie są dosyć proste, choć niekiedy trzeba pokombinować. Tradycyjnie dla serii otrzymujemy także „swój” kawałek ziemi. Tym razem jest to należąca do Achillesa osada Davenport. W niej będziemy mogli (po odpowiednim rozwinięciu) tworzyć przedmioty i wysyłać konwoje, by w ten sposób handlować z różnymi sklepami w grze. Polega to na wytworzeniu przez odpowiednich ludzi przedmiotów, wybraniu rodzaju konwoju (morski lub lądowy) i wybranie celu podróży. Co ciekawe, nie zawsze dalej i niebezpieczniej oznacza lepszą cenę. Zresztą po zdobyciu wszystkich fortów i wykonaniu zadań morskich (o nich później) trudność spada do minimum. Warto jednak dodać, że wysłany konwój lądowy trzeba czasem bronić na Pograniczu. Niestety gra nie zawsze nas informuje o problemie dlatego trzeba trzymać rękę na pulsie i co jakiś czas sprawdzać czy wszystko jest ok. Dokonuje się tego poprzez stosowną księgę w domu lub dowolnym sklepie. Sama obrona to zwykłe „zabij wroga zanim on zabije twoich kumpli”. Ciekawe jest też, że niekiedy podczas łażenia po Pograniczu możemy otrzymać informację o przejeżdżającym wrogim konwoju. I wtedy to my możemy na nich napaść. Wrócę jednak do osady. Jej rozbudowa wygląda inaczej niż w poprzednich częściach - nie kosztuje nas nic pieniędzy. Wyjątkiem są dwie sytuacje, gdy trzeba dać $1000 dla postaci na rozbudowę. Ale zazwyczaj mamy już w tym momencie pieniędzy jak Fort Knox, więc problemu nie ma. System ten działa w dość dziwny sposób. Najpierw musimy znaleźć odpowiednią osobę (oznaczoną na mapie „domkiem”) i wykonać dla niej misję. A to uratować z rąk bandytów, kiedy indziej wyciągnąć z rzeki. Skoro już o nich wspomniałem – forty są rozsiane po mapie i pilnowane przez Brytyjczyków. Po ich wyzwoleniu spada poziom niebezpieczeństwa dla wysłanych konwojów. Każdy fort zdobywamy podobnie, więc po jakimś czasie wszystko robimy mechanicznie. Problem w tym, że samych fortów jest siedem, czyli bardzo mało. Oznacza to, że zanim się dobrze rozkręcimy już nie mamy co robić. Kolejną ważną rzeczą jest, wzorem dwóch poprzednich części, tworzenie bractwa. System został mocno zmieniony i trochę zbyt uproszczony, moim zdaniem. Oto, zamiast robić zadań dla pojedynczych postaci, niekiedy wybierając je, jak w Brotherhood i Revelation, rekrutów otrzymujemy wyzwalając dzielnice. Tych jest sześć (trzy w Bostonie i trzy w NJ). Aby tego dokonać musimy wykonać wcześnie kilka zadań, np. pomóc głodującym dzieciom ukraść jedzenie (!), przenieść kilku chorych itd. Następnie rozmawiamy z przywódcą dzielnicy i wykonujemy jego zadanie. Po ukończeniu przywódca dołącza do bractwa. Ciekawe jest to, że każdy rekrut ma własną umiejętność specjalną, której możemy użyć. Najbardziej interesująca wydaje się obstawa. Polega to na tym, że przyzywamy dwóch asasynów przebranych za strażników i  udajemy, że nas schwytali. W ten sposób możemy bez problemu przejść przez straże pilnujące np. fortu. Dodatkowym smaczkiem są komentarze żołnierzy, którzy gratulują „kolegom” aresztowania. Szkoda tylko, że z asasynów i ich umiejętności nie możemy korzystać na Pograniczu. Walka o pokój do ostatniego naboju (kartacza?)  Jako się rzekło akcja toczy się podczas amerykańskiej wojny o niepodległość. Zgodnie z tym do czego przyzwyczaił nas Ubisoft spotykamy w trakcie rozgrywki wiele znanych z kart historii postaci. Na naszej drodze pojawią się m.in. generał Charles Lee, George Washington, Marei Josephde Lafayette oraz Benjamin Franklin. Ten ostatni miał, teoretycznie, odegrać rolę podobną do Leonardo da Vinci w drugiej części, ale nie bardzo to twórcom wyszło. Przy okazji warto zauważyć, że brakuje tu równie ważnego nazwiska – Tadeusza Kościuszki. Najwyraźniej Kanadyjczycy nie wiedzą, że ktoś taki był… Spore brawa należą się osobie odpowiedzialnej za przerywniki filmowe. Są świetnie wyreżyserowane, lepiej niż w poprzednich częściach (da się!). Ba, niejeden reżyser filmowy mógłby się uczyć od Ubisoftu. Zajmę się teraz kwestią walki. Cóż, Connor ma się czym pochwalić. Nosi przy sobie tyle żelastwa, że niejeden militarysta mógłby mu pozazdrościć. Źródło Podstawową bronią każdego asasyna są dwa ukryte ostrza, o których pisanie nie ma większego sensu. Jednak w przypadku Connora najczęściej korzystałem z tomahawka, który otrzymujemy na początku gry. Dodatkowo możemy nosić przy sobie miecz lub duży topór, pistolety (po jakimś czasie także dwa) oraz łuk (przez całą grę ten sam). Uzbrojenie naszej postaci obejmuje także dwa rodzaje bomb („zabijające” i oślepiające), bardzo ciekawą linkę z hakiem (ang. Rope dart) oraz sidła i przynętę (o tym w ramce „Zwierzęta”). W mieście możemy też spowodować zamieszanie rozrzucając monety. Dodatkowo Connor potrafi obsługiwać muszkiety zabrane z rąk wrogów. Niestety, takiej broni nie da się zabrać ze sobą. Możemy oczywiście walczyć bez broni. Ważny jest także brak lekarstw znanych z trzech wcześniejszych odsłon - w ich miejsce wróciła regeneracja życia. To nawet dobry pomysł, ale ponownie dają o sobie znać stare nawyki. Jednak kiedy już to sobie zapamiętamy to od razu gra się lepiej. Sam system walki jest podobny do tego z poprzednich części. Wyjątkiem jest zmiana klawisza odpowiedzialnego za kontrę i połączenie go z klawiszem odpowiedzialnym za interakcję (domyślnie klawisz „E”). Powodowało to, że nieraz się myliłem i wciskałem z przyzwyczajenia nie to, co trzeba. Inną zmianą są wspomniane pistolety. Wygląda to realistycznie, jest także bardzo przydatne. Niestety, kiedy korzystamy z dwulufowych pistoletów gra zaczyna wariować. Nie da się bowiem ustalić jakie dwa pistolety będziemy nosić. Doszło więc do sytuacji, w której zamiast korzystać z dwóch (różnych) takich pistoletów korzystałem z jednego jedno- i jednego „dwulufowca”. Żeby było mało, czasem gra dublowała mi pistolet i tak miałem dwa identyczne przy sobie. Jeżeli chodzi o „śmiertelność” to ponownie przeciwnicy mają z nami marne szanse. Wprawdzie przestali już atakować pojedynczo, ale Connor umie obronić się także przed dwoma atakującymi naraz. Najczęściej giniemy kiedy ustawi się grupa z muszkietami i do nas strzeli. Choć i na to mamy sposób – żywą tarczę. W śródtytule napisałem o kartaczach nie bez powodu. Wiąże się to z największym novum serii  - otrzymujemy na własność statek - Aquillę. Jako jej kapitan wykonujemy kilka misji morskich, głownie po to, by zmniejszyć ryzyko napaści na nasze konwoje morskie. Kiedy opanujemy już sterowanie gra się całkiem przyjemnie. Jednakże nie warto nawet zaczynać misji dopóki nie wykupimy wszystkich ulepszeń. A z tym po jakimś czasie nie ma żadnego problemu ze względu na wspomniany wcześniej nadmiar gotówki. Dodatkowo muszę przyznać, że czułem niedosyt i żałowałem, że tych misji jest mało. Zwierzęta W grze, poza zabijaniem ludzi, możemy polować, walczyć i wchodzić w inne interakcje ze zwierzętami. A fauna jest w AC3 różnorodna – od udomiowionych kotów i psów przez łowne bobry, jelenie i zające, po drapieżne wilki, niedźwiedzie i rysie. Polowanie jest dosyć proste. Chowamy się w zaroślach, rozstawiamy sidła, rzucamy pułapkę i patrzymy jak zwala nam się na głowę cała zgraja zwierząt. Raz przylazł mi nawet jeleń stojący z 500 metrów ode mnie! Jeżeli sidła nie zadziałają (kilka razy mi zniknęły!) zawsze możemy zaatakować zwierzę ostrzem. Ze zwierzętami drapieżnymi walczymy albo pistoletem (ale wówczas możemy uszkodzić jego cenną skórę) albo przy pomocy denerwujących sekwencji QTE (od ang. Quick Time Events). Polega to na chwilowym spowolnieniu czasu i wymagania od gracza, by wcisnął odpowiednie przyciski pokazane na ekranie. Spokojnie, zwierzęta domowe pozostają nienaruszone. Ich rola sprowadza się do zachęcenia gracza do przerwy w mordowaniu innych istot. Klikając odpowiedni przycisk powodujemy interakcję bohatera ze zwierzęciem – np. kurom rozsypujemy ziarna, psa klepiemy po głowie, a kot przechodzi nam między nogami. Ostatni Asasyn Opuszczę teraz na chwilę XVIII wiek i napisze trochę na wspomnianym na początku Desmondzie Milsie i jego drużynie pierść… asasynów. W skład grupy wchodzą (podobnie jak w poprzednich częściach): William Miles (ojciec Desmodna, przywódca grupy), Rebecca Crane (programistka) oraz Shaun Hastings (odpowiedzialny za bazę danych). W grze jest grudzień 2012 roku, tuż przed (nomen omen) „Majowym” końcem świata. Jako ostatnia nadzieja biał… ludzkości musimy powstrzymać cokolwiek nastąpi. Dlatego współczesny zabójca przestał wylegiwać się w Animusze i ruszył w świat. Wreszcie ma też szansę dłużej powalczyć. Warto dodać, że Desmond korzysta z tych samych ruchów, co Connor, więc i sterowanie nim jest podobne. Różnica leży jedynie w ekwipunku. Desmond korzysta tylko z ukrytego ostrza i (o ile zabierzemy go strażnikom) pistoletu (wygląda jak Glock, ale nie jestem pewny). We współczesności nie spodobało mi się kilka rzeczy. Przede wszystkim zmiana wyglądu postaci, które już znamy. Desmond wygląda jakby ktoś nieudolnie chciał mu odchudzić twarz, a Rebecca – jakby zapomniała o kremie do opalania podczas korzystania z solarium. Chociaż - co tam wygląd postaci. Bardziej irytują błędy w sztucznej inteligencji wrogów. Miałem sytuację, gdy wspinałem się po szybie windy. Kiedy doszedłem do otwartych drzwi musiałem trzymać się progu nie mogąc wyjść. Powód? Trzech idiotów stanęło w drzwiach celując do mnie z pistoletów. Problem w tym, że strzelać uczyli się chyba od szturmowców imperialnych (ew. westernowych kowbojów) i ciągle trafiali w ścianę za mną. Do dziś nie wiem, czy nie lepiej byłoby gdyby mnie jednak wpuścili na górę, albo chociaż próbowali skopać? Dodatkową dziwnością jest fakt, że nasza postać jest nieśmiertelna, a w każdym razie trudno Desmondem zginąć. Jeden z przeciwników oddał do mnie trzy strzały i, poza zakrwawioną bluzą, nic mi nie było. Serio, Ubisofcie? W tym miejscu napiszę też krótko o trybie wieloosobowym. Jest on bardzo podobny do tego z poprzednich dwóch części. Poprawiono jednak kilka błędów, zmieniono postacie i rozbudowano samouczek. Niestety nie było mi dane długo pograć. Chętnych jest bardzo mało -  nawet w trzy miesiące po premierze czekałem nawet 30 minut na rozgrywkę. A to skutecznie zniechęca do prób. Błędy i ocena Na koniec zostawiłem sobie jeszcze listę błędów. Obok wcześniej wymienionych pojawia się też cała masa mocno denerwujących mankamentów. Przede wszystkim są to problemy z wizytówką serii, czyli bieganiem i wspinaniem się. Otóż zdarza się, że biegnąc za przeciwnikiem Connor zamiast wykonywać nasze polecenia próbuje wspiąć się na coś, zwalniając tym samym i pozwalając uciec wrogowi. Nigdy wcześniej tak nie było! Inna sprawa, że przeciwnicy też czasem grają nie fair. Oto człowiek, który nie może odbiec od nas na zbyt dużą odległość, nagle dostaje przyspieszenia i ucieka. Kiedy indziej goniony dobiega do niewidzialnego punktu i, mimo bycia cały czas w polu widzenia, okazuje się, że go zgubiliśmy (sic!). Kolejny ważny problem dotyczy dziwnego zachowania niektórych obiektów. Wóz z sianem potrafi zapaść się pod ziemię, gzyms „magicznie” zniknąć, a idąca ulicą dorosła kobieta na naszych oczach zamienić się w mężczyznę (albo odwrotnie!). Ostatnim wkurzającym mankamentem (trudno to nazwać błędem) są napisy końcowe. Normalnie jakbym oglądał film. I nie da się tego czegoś przerwać! A lecą one przez jakieś 20 minut! Tak samo było w poprzednich częściach i zastanawiam się czy Kanadyjczycy nie mogliby jednak dać możliwości przerwania „listy płac”. Niniejszym, Assassin’s Creed III oceniam na 3,5/5.

MajinYoda

MajinYoda

 

MajinYoda i Bardzo Dobrze

Nie sądziłem, że tak szybko dane mi będzie wrócić do książki Gabrielle Kuby o Harrym Potterze. Niemniej, książka „Harry Potter i zagrożenia duchowe” autorstwa Anny Rogali (2017) sprawiła, że się uśmiechnąłem. A wiecie dlaczego? Ponieważ Autorka, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, napisała dokładnie to samo, co ja (oczywiście, o wiele profesjonalniej!), punktując (tak to się chyba teraz nazywa) zarówno panią Kuby, jak i innych „anty-potterowców”. Dzięki temu mam też dodatkowe pozycje na przyszłe MSM-y :D. Jednocześnie, miałem spory kłopot z tą książką – trudno mi było wybrać jakieś fragmenty do bloga, ale zrobiłem, co mogłem . Z tego względu wpis będzie dość krótki . Szczerze pisząc to nigdy tego nie rozumiałem – o ile przy Harrym mogę się zgodzić, że czary i magia, tak o co wszystkim chodzi z Hello Kitty i Kucykami? Choć, co ja się głupio pytam, skoro te same osoby atakują też gry komputerowe :D. Myślę się, że Autorka trafiła w sedno sprawy. To jest bardzo ciekawe – jak widać nawet inni duchowni mieli go dość ;). A ja akurat niedawno zdobyłem jego książkę o Harrym, wiec będzie o czym napisać . Skąd my to znamy, nie? W 99% MSM-ów to norma, że jeśli fakty przeczą tezie to tym gorzej dla faktów . Tak, pani Kuby napisała całą książkę bzdur, półprawd i manipulacji. Ale już o niej pisałem, więc nie będę się powtarzać . Czyli to, o czym pisałem w tamtych wpisach . Nic dodać, nic ująć. Źródło A na zakończenie – interesujący fragment do… fan fiku! I to nie byle jakiego – chrześcijańskiego. Najpierw wprowadzenie: Jak tylko przeczytam ten "fan fik" to chyba wrzucę go na bloga. Póki co – przetłumaczony na język polski fragment jednego z rozdziałów, który Autorka zmieściła w omawianej dziś książce: Musicie przyznać – całość musi być niezłym odlotem . Ciekawe czy mój mózg to zniesie . Na zakończenie muszę pochwalić Autorkę, p. Rogalę, za jedną rzecz – za rzadko spotykaną na tym blogu umiejętność robienia przypisów :). Serio – za każdym razem pojawia się to, co praktycznie nie występuje w MSM-ach :). Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Ja tu rządzę!

Gry (szczególnie RPGi) pełne są różnego rodzaju NPCów – pisałem już o tym wielokrotnie. Jest jednak pewien typ, któremu należy się szczególnie przyjrzeć – władcom wirtualnych krain. Co takie osoby robią w rzeczywistości? No, wiadomo – mniej-więcej. Czym jednak zajmują się w grach? Trudno określić. Najczęściej siedzą w swoim zamkach albo pałacach i tylko czekają aż Bohater przybędzie, by zlecić mu Zadanie, Do Którego Wykonania Wystarczyłby Średniorozwinięty Umysłowo Strażnik albo Jakikolwiek Inny Najmita, ale to Musi Być Akurat Ten Bohater, bo Akurat Wlazł Podczas Jakiejś Tajnej Narady i, w sumie, Można Go Wtajemniczyć We Wszystko. Najlepszym przykładem jest tutaj (nadużywany przeze mnie) Skyrim. Jarlowie, niezależnie od frakcji, którą wspierają, przez niemal całą grę potrafią nic nie robić. Atakuje smok? Pfff… Mroczne Bractwo zamordowało Cesarza? Zieeew… Zadziwia mnie też zawsze, że jedynie jarlowie Whiterun i Markarthu mają skrypt odpowiedzialny za zablokowanie „tego obdartusa” przed podejściem do władcy miasta – choć w obu przypadkach skuteczność jest na poziomie, bo ja wiem, blokad rodzicielskich na komputerach ;). Chociaż nie - one są skuteczniejsze . Z drugiej strony są też RPGi jak Gothic, gdzie trzeba się wykazać, by dostać się do władców – zarówno Gomez, jak i Lord Hagen czy dowolny herszt orków mają jakiś "bufor", zanim Bezimienny będzie mógł z nimi pogadać. W „trójce” jednak jest jeden wyjątek – najważniejszy spośród ludzi – król Rhobar II. Otoczony przez zaledwie garstkę wiernych mu ludzi i całą masą wrogich orków (którzy, z jakiegoś dziwnego powodu nawet nie próbują go atakować – ale temat tych dziwnych istot kiedyś na blogu wróci) bez mrugnięcia okiem przyjmuje na audiencji Bezimiennego. Nawet, jeśli ten przed chwilą wyrżnął w pień Reddock oraz Okarę. Nawet, jeśli w Venguardzie pojawi się w zbroi najemnika orków. Spoko, bo król miał „wizję od Innosa” i z całą pewnością Bezi nie żywi do niego żadnej urazy ani nie skumał się z orkami…  nie wspominając nawet, że (Spoiler alert!) Lee, któremu możemy dać teleport do króla, też wchodzi sobie bez problemów do sali tronowej... Z drugiej strony - chlubnym wyjątkiem jest Emhyr, na którego rozkaz Geralt się u niego zjawia… a właściwie to nie – bo jednocześnie,  jak pisałem przy tekście o questgiverach, wierzy we wszystko Wiedźminowi na słowo, nawet nie próbując udawać, że ma szpiegów, którzy od początku powinni byli obserwować Białego Wilka. Ale po co? Pomyślałem jednak jeszcze nad czymś innym – dlaczego ci wszyscy władcy nie boją się, że Bohater uzna „hmm… ci wszyscy władcy są dosyć słabi, a ich ochrona to cieniasy. A ja właśnie pokonałem Zło i, w sumie, korona mi się należy. Chyba czas na małą rewolucję”? Przecież to jest całkowicie irracjonalne! Tu z kolei wyjątkiem jest Inkwizycja z trzeciej części Dragon Age’a, gdzie Bohater otrzymuję jakąś władzę i po minięciu zagrożenia jest jej (przynajmniej częściowo) pozbawiony. Choć też przydałaby się możliwość wywołania konfliktu, by jednak utrzymać władzę. Jest jeszcze kwestia władców z ostatniej części Assassin’s Creeda. To już jest kompletna abstrakcja! Kasandra zabija namiestnika (czy jak to tam nazwać) jednej lokacji, by za jakiś czas pojawił się tam kolejny, który też podzieli ten sam los… i tak bez końca. Jasne, czasami raz jest to namiestnik z Aten a raz ze Sparty, ale i tak chyba ktoś powinien dojść do wniosku, że te śmierci są co najmniej dziwne i wypadałoby lepiej chronić nowych namiestników. Tu jednak jedno jest pewne – Charon musiał w pewnym momencie zainwestować w większą łódkę .   Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Epic vs Valve?

Najważniejszą, chyba, granżową wiadomością tego tygodnia jest przerwanie (na rok) sprzedaży na platformie STEAM gry Metro: Exodus i wyłączna jej dystrybucja w sklepie Epic Games. Nie bardzo śledziłem całą sprawę, muszę przyznać, ale nie jest to jakieś super dziwne dla mnie. Przecież inni producenci też mają swoje platformy (EA ma Origina, Ubisoft Uplay, Blizzard Battle.net itd.), więc czemu nie Epic Games? Dodatkowo, niektóre gry można kupić tylko na tych platformach (chociażby FIFA 19 czy Starcraft). I nikt rabanu nie robi. Tak samo, jak nikt nie robił rabanu, ze Bethesda stworzyła własną platformę - ale, z tego co się orientuję (jeśli się mylę to proszę mnie poprawić :)) jest tam tylko Fallout 76, czyli nic ciekawego :P. W sumie to jedyną wadą jest, moim zdaniem, przesadne namnożenie „ikonek" na pulpicie. Ale mi to absolutnie nie przeszkadza – co najwyżej muszę pamiętać którą grę mam na której platformie. Choć, przyznaję, że kupując grę zwracam uwagę na jaką jest platformę. I tak gry od Ubisoft staram się kupować w ich sklepie – ze względu na punkty Uplay i wewnątrzgrowe nagrody z nimi związane. Podobnie z grami od EA – mój brat kupił dwie ostatnie gry z serii FIFA na Origin a całkiem niedawno wykupił sobie tamtejszy abonament. Jeśli chodzi o STEAM… cóż, jeśli coś muszę tam dodać to i tak nic na to nie poradzę. Do tego, rzecz jasna, dochodzą wyprzedaże i karty kolekcjonerskie (które sprzedają jak tylko jakąś dostanę). Źródło Wracając do tematu - poczytałem komentarze w internecie (nie zawsze jest to mądre…) i zauważam zarzut, że platforma Epic Games Store nie ma funkcji STEAMa. Ale gracze chyba zapomnieli, że Uplay i Origin kiedyś też ich nie miały. Podejrzewam, że EGS rozwinie się w najbliższym czasie – sądzę, że dojdą funkcje podobne do tych od Valve. Jednocześnie pojawiły się informacje o celowym zaniżaniu przez graczy oceny nowego Metra – dziecinada, tyle w temacie. Z drugiej strony Epic Games zawalił sprawę ogłaszając ową nowinę na ostatnią chwilę przed premierą – zdezorientowani gracze nie wiedzieli nawet do której z platform otrzymają klucze wraz z pudełkową edycją Metro Exodus. Swoją drogą - podtytuł tej gry jest mocno ironiczny, nie sądzicie? W końcu dokonał się exodus ze STEAMa na EGS . Aż dziwne, że nikt (chyba...) nie zwrócił na to uwagi . Źródło Reasumując – moim zdaniem gracze zdrowo przesadzają, ale wydawca powinien był dawno temu zaznaczyć, że „najpierw nasza platforma, potem STEAM” i obyłoby się bez marudzenia. A przynajmniej – bez takiego marudzenia . A Wy co sądzicie o tej sprawie?

MajinYoda

MajinYoda

 

Czeski MSM

Dzisiejszy MSM (a właściwie – eMSM) będzie dość krótki, bo i omawiany tekst ma tylko cztery strony. Jest nim pochodzący z 2012 roku artykuł naukowy autorstwa Aleksandry Knych „Oddziaływnie wychowawcze bohatera gier komputerowych” (błąd w tytule nie jest mój), opublikowany w czeskim czasopiśmie „Trendy ve vzdělávání”. Jako, że znalazłem go w pdf-ie link znajdziecie na końcu. Wrzuciłem cały wstęp, bo dobrze obrazuje resztę tekstu – jest pełen ogólników. O ile tu to nie przeszkadza to w pozostałej części artykułu jest już nie do przyjęcia. Dalej Autorka pisze o wychowaniu, co jest całkiem spoko. Jednakże jeden fragment przykuł moją uwagę: Cieszę się, że Autorka zauważa, że wychowanie to nie tylko „wpływ mediów”, ale także inne czynniki. Szkoda, że zauważa to tylko w tym jednym fragmencie. Chociaż nie – dobrze, bo dzięki temu powstał ten MSM :P. W tym fragmencie najbardziej rozśmieszyło mnie ostatnie zdanie. Jeśli traktować gry komputerowe jako programy multimedialne, to jakie inne zabawy „aspołeczne i agresywne” są wynikiem działania kogoś innego, niż bohaterowie gier? Bo skoro tylko „często” to znaczy, że nie wszystkie ;). Tak, wiem, czepiam się słówek, ale co poradzę, że to zdanie nie ma najmniejszego sensu? Dodatkowo – co z zabawami naszych rodziców/dziadków? Czy serio Autorka sądzi, że zabawa w wojnę jest czymś nowym i wynika jedynie z istnienia gier komputerowych? Te liczne badania to, oczywiście, te przeprowadzone przez dr Ulfik-Jaworską, żebyście nie mieli wątpliwości :P. Uwielbiam szachy – najwięcej satysfakcji czerpię, gdy przegram a mój oponent popłacze się, że, niestety, wygrał :). W dodatku – może jakieś tytuły? Chyba byłoby to na miejscu, nie sądzicie? Znowu nie łapię jeszcze jednej kwestii – jakim cudem jednocześnie „stwarzają wewnętrzny niepokój” i „satysfakcję z wygranej”? Chyba każdy lubi wygrywać, czyż nie? Np. 4-5 letni ja, przed rozgrywką w karty z moim bratem, mamą i śp. babcią jasno określiłem zasady: „gramy uczciwie – ja mam wygrać” :D. A wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem czym są gry komputerowe :P. Ten tekst pochodzi z artykułu Henryka Nogi (o którym już pisałem na blogu) i, jeśli dobrze pamiętam, Autor nie podał tam źródła tych badań.
  I wracamy do dr Ulfik-Jaworskiej i jej dziwnych badań. Szkoda, że Autorka wciąż korzysta z tak starych tekstów, nie szukając nowszych opracowań. Znowu nie bardzo rozumiem, o co Autorce chodzi. Jakby zamiast „gier komputerowych” wpisać „książek” to cokolwiek by się zmieniło? Ktoś ma jakiś pomysł? W dodatku „zajmowanie stanowiska” jest często koniecznością, także w rzeczywistości, i wydaje mi się, że nie ma w tym nic złego. Hmmm… czy pokonanie Alduina w Skyrim jest działaniem egoistycznym? A co z Connorem (Kenway’em), który, jakby nie patrzeć, pomaga innym mieszkańcom Davenport? Jak traktować innych bohaterów, którzy ratują świat? Dodatkowo – czy zemsta za śmierć bliskich to działanie egoistyczne czy nie? I który to bohater czerpie przyjemność z cierpienia? Autorka rzuca sobie wyjętymi z rękawa kwestiami i nie podaje ŻADNYCH przykładów. Wrzuciłem cały fragment, bo znowu czegoś tu nie rozumiem. Autorka napisała artykuł naukowy czy wypracowanie szkolne? Którzy bohaterowie mają te cechy – czy wszyscy? Jeśli tak – to co jest w nich takiego strasznego, że dzieci nie powinny się z nimi identyfikować? I którym zarzuca brak godności i nieuczciwość? Szczególnie, że to "godność", według Słownika Języka Polskiego, oznacza: „poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie”. Który bohater jest tego pozbawiony, droga Autorko? No dobra – zgoda. Nie wiem, gdzie tu zarzut, ale okej. Nie wiem tylko czy to dobrze czy źle. Tu już zupełnie nie rozumiem. Czego Autorka oczekiwała po konkursie na największego twardziela? Że wygra Sonic albo Rayman? Dla mnie to trochę tak, jakby się czepiać, że konkurs na największego twardziela w filmach wygrał np. Tony Montana, Rambo albo Blade, a nie np. Mark Darcy… Źródło Nie wybrali go na swojego idola, droga Autorko, tylko nadali miano największego twardziela. To nie to samo. Szczęśliwie, udało mi się go znaleźć, bo Autorka sama nie zechciała wrzucić tu przypisu. Ciekawe czemu? Co oznacza, że zostają rozgrzeszeni, czy nie? I czy w takim razie każdy bohater, który próbuje ocalić świat jest „w miarę okej”, czy nie? I co z rzucaniem „mięsem” przez Księcia? Albo z tym, ze płaci striptizerkom za występy? Autorka powinna się douczyć, bo widać, że z wiedzą w temacie u niej cieniutko. Zacznijmy od tego, że Agent 47 jest stworzonym do zabijania, zmodyfikowanym genetycznie klonem (w największym skrócie). Autorka, z nieznanych mi powodów, zapomniała też, że w "dwójce" (tj. Silent Assassin) zadaniem Hitmana jest uratowanie ojca Vittorio, u którego ukrywał się w klasztorze. Ale to by nie pasowało do tezy, nie? Jeśli chodzi Tommy'ego Vercetti'ego to, w moim odczuciu, był typowym przedstawicielem mafii a’la bohaterowie książek Mario Puzo (choć blisko mu też było do Tony'ego Montany ze Scarface'a w reż. Briana de Palmy - zresztą Vice City jest częściowo wzorowane na tym filmie ). Czy jednak chęć uratowania Lance’a Vence’a nie świadczy o pewnej jego empatii i poświęcenia dla kumpla? Nie mówię, że te postacie są dobre – bo nie są – ale bez wątpienia są twardzielami. I wszyscy powyżsi są bohaterami gier 16 lub 18+! O czym Autorka, zapewne „przez przypadek” nie wspomina ani razu. Autorka po raz kolejny napisała „masło maślane”. Kto dopuścił taki marny tekst do druku? Gdzie byli recenzenci? Rozumiem, że to czeskie pismo, ale jakiś poziom powinien obowiązywać. Bo inaczej wychodzi czeski film. Na zakończenie krótkie przemyślenie – zauważyliście, że na tych czterech stronach Autorka nie wniosła absolutnie NIC do tematu badań gier komputerowych? Kompletnie ZERO. Podejrzewam, że Autorka potrzebowała publikacji do doktoratu, ale nawet takie teksty powinny trzymać jakiś poziom. Żadnych przykładów (poza czterema bohaterami – dobranymi bez związku z resztą artykułu), powoływanie się na przestarzałe (i krytykowane przez część środowiska]) badania. W dodatku, co zabawne, w bibliografii pojawiają się książki, których nie ma w przypisach! Cud nad cudy!   Na zakończenie – obiecany link :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Nadaję Ci imię…

Witajcie w 2019 roku, który zaczął się dwiema tragediami…   Ale nie o tym chciałem pisać. Dzisiejszy wpis jest krótki, ponieważ bardziej chciałbym poznać Wasze zdanie w tym temacie. Jak zapewne pamiętacie na tym i poprzednim (martwym…) blogu pisałem już o różnych aspektach związanych z RPG-ami – m.in. o wyborze płci i klasy. Tym razem jednak postanowiłem napisać o imionach. Nie ma sensu rozwodzić się nad imionami predefiniowanymi – w końcu to tylko fantazja twórców :). Co innego jednak, gdy to my możemy jakoś nazwać swoją postać. Tu zazwyczaj jest ciekawie. Źródło Na swoim przykładzie – dla moich postaci mam dwa imiona: Marek (bo tak mam na imię :P) dla postaci męskich i Gwendolina (w sumie to sam nie wiem czemu – tak wyszło :P) dla kobiecych. Wydaje się proste? Fakt, wydaje się, ale schody zaczynają się, gdy trzeba zacząć nazywać postać inaczej (np. w MMO) lub dopasować imię do rasy. I tak imię Marek przerobiłem najpierw na Marcus (dla mojej pierwszej postaci w Oblivionie – Cesarskiego), następnie Marqus (mój main w WoWie – najpierw Troll, teraz Worgen Hunter), by dojść najpierw do Markusa (Nord w Skyrim) i Marcane (elf w Skyrim). Ale, jak wiecie z innych moich wpisów, wolę grać kobietami, więc imię Gwendolina też musiało zostać przerobione – i to o wiele częściej niż imię męskie. Pierwszy raz użyłem tego imienia w WoWie – dla Undeadki Magini. Kolejnym krokiem była Gwendolyne – DK Blood Elf i dalej poszło z górki. Po przeniesieniu się na stronę Alliance musiałem stworzyć nowe postaci i, ku mojemu niezadowoleniu, imię Gwendolina było zajęte na Silvermoon. Tak oto pojawiła się Gvendolina – Człowiek Magini, potem Gvendoline – Człowiek-Kapłanka, Gvendolyna – Worgenka-Druid itd. Podobnie, jak w przypadku męskiego imię dla elfów się różni – Gvaen, Gvenna itp. Źródło Ktoś zapyta „rozumiem WoWa, ale po co kombinować z imionami w grach SP?”. Otóż, z prozaicznego powodu – by łatwiej wczuć się w postać :). Ale to temat na inny wpis ;). Osobną kwestią są imiona zwierzaków… jako, że gram Łowcą w WoWie co jakiś czas muszę złapać nowego „peta” i wybrać mu imię. Jest to zawsze dla mnie niezła zabawa, szczególnie, gdy próbuję nadać imię znaczące (np. mój jadeitowy pet nazywa się JJade i jestem ciekaw czy zgadniecie do czego jest to nawiązanie ;)). A Wy jaki macie schemat nazywania postaci? I czy w ogóle przywiązujecie wagę do ich imion?

MajinYoda

MajinYoda

 

Święta na poważniej

Święta Bożego Narodzenia już za nieco ponad tydzień. W telewizji na zmianę puszczą kilka filmów związanych z tym okresem: Kevina, Kevina, „Niespotykanie spokojnego człowieka”, Kevina, „To właśnie miłość” i wśród innych filmów także Kevina. Jednakże jest jeden film, który oglądam co roku – i nie jest to Kevin. (Wszystkie screeny zrobiłem sam) „Noc Świętego Mikołaja” z 2000 roku to film z cyklu „Święta polskie”. Współscenarzystą i reżyserem był Janusz Kondratiuk. Fabuła jest dość prosta: dwóch więźniów (w tych rolach Zbigniew Buczkowski i Leszek Zduń) ma rozdać prezenty dzieciom z lokalnego domu dziecka. Towarzyszy im ksiądz (Wojciech Walasik), który po drodze odbiera podarki od „sponsora” – dyrektora hipermarketu (Zbigniew Mazurek). Film nie jest familijny, jak inne bożonarodzeniowe produkcje. Przez pryzmat Świąt pokazuje Polskę przełomu wieków, nie używając do tego „magii świąt”. Choć film zawiera sporo zabawnych scen (np. gdy „hipermarketowi” Mikołaje zabierają dzieciom zabawki) to jego przekaz jest poważny i raczej przeznaczony dla starszych widzów. Oprócz wspomnianych wyżej w filmie pojawiają się także m.in. Edyta Olszówka, Magdalena Emilianowicz, Marcel Szytenchelm, Robert Więckiewicz i Jerzy Rogalski. Wszyscy aktorzy zagrali swoje role tak, jak przystało na profesjonalistów – w moim odczuciu nikt nie odstawał od reszty. Muzyki nie zapamiętałem (poza kilkoma kolędami), więc jest plus. Niestety, zakończenie filmu pozostawia wiele do życzenia – scenarzyści nie mieli żadnego sensownego pomysłu na finał. Pozostaje mi tylko wystawić ocenę – jako, że mam sentyment do tego filmu daję mu 4,5/6. Na zakończenie jeszcze chciałbym Wam życzyć udanych, rodzinnych (jeśli to lubicie :P), growych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz udanego Sylwestra i wspaniałego Nowego Roku. Do zobaczenia w drugiej połowie stycznia 2019!   PS. Przez Święta będę uzupełniał stare wpisy ;).

MajinYoda

MajinYoda

 

Głupoty o mandze i anime

Wiem, ostatnio mało jest msm-ów, ale trafiłem na całkiem niezły materiał o „chińskich bajkach”, więc żal mi było go nie użyć :). Jedyny kłopot polega na tym, że tym razem tekst nie pochodzi ze strony, gdzie zamieściła go Autorka, lecz znalazłem go na pewnym blogu, więc to adres do wpisu z niego znajdziecie na końcu tekstu. Sam wpis pochodzi z lipca 2013 roku, ale, niestety, nie znam tytułu publikacji, ani daty jego oryginalnego opublikowania (już wiecie czemu to robię :)), ale Małgorzata Więczkowska już kilka razy pojawiła się na moim blogu, więc jestem skłonny uwierzyć, że to jej dzieło :). Podejrzewam, że chodzi o tekst „Niewinne buzie i rozmarzone oczy. Manga i anime na polskim rynku” z czasopisma „Wychowawca” z czerwca 2013 roku, ale nie wiem. Sprawdziłbym, ale żal mi tych 3 złotych, by wykupić sobie ten numer na 30 dni :P.
Zaczynajmy: Ten fragment jest całkiem mądry… w porównaniu z resztą tekstu, rzecz jasna. Pogrubienie oryginalne. Spojrzałem z ciekawości na twórczość Osamu Tezuki… i srodze się zawiodłem. Spodziewałem się jakiegoś porządnego hentaja a dostałem Astroboya i Princess Knight – smutek :(. Jedyne co okazało się prawdą to jego pomysł z wielkimi oczami bohaterów (nie tylko żeńskich!). No, chyba, że Betty Boop też jest zbyt wyuzdana dla Autorki :P. Źródło: pl.wikipedia.org Czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć o co chodzi z tym New Age? To taki religijny odpowiednik lewactwa/prawactwa? Pomijam już, oczywiście, wrzucanie wszystkich anime i mang do jednego wora (ciekawe czy Autorka uważa South Park za anime? :P). Ach te homoseksualne związki Goku i Chi-Chi… wróć! Ten Brock to był niezły homo… wróć! Eee… Muminek… a nie, on też hetero… Eee… Kazuya i Erika? Nie, to też facet i kobieta… Hmmm… ktoś-coś? Może Pszczółka Maja? Źródło: https://co.pinterest.com/jessicawieser/dragon-ball-z/ Dobra, żarty na bok. Goku bił żonę, Vegeta bił dzieci, Ash nie umiał się zdecydować (i nigdy nie dorósł…). Muminki? Wyglądają jakby byli rodziną - to dopiero patologia!… Wymieniać dalej? Mogę tego nie komentować? Proszę! Autorka znów pokazuje, że jej poziom wiedzy w temacie jest tak niski, że nawet jakby się położyć plackiem na dnie Rowu Mariańskiego, to i tak trzeba by się porządnie wychylić, by gdzieś tam, hen daleko, go ujrzeć… Uniosłem się, przepraszam :). Nie film, a serial. Nie traciły przytomności, wpadały w histerię czy płakały a miały objawy epileptyczne (nudności, zaburzenia widzenia, bóle głowy) i nie 800 a 685 – z czego „jedynie” 150 wymagało hospitalizacji. Reszta się zgadza :P. (Źródło) Szkoda też, że Autorka nie zechciała zauważyć, że twórcy szybko wycofali odcinek wypuścili go dopiero po poprawieniu i dostosowaniu do odbiorców. Ale o poziomie wiedzy w temacie już pisałem :). Okeeeej… Fakt, Pokemony mocno przypominają rzeczywiste zwierzęta (na nich, zresztą, bazują). A jeśli chodzi o podbój świata to chyba tylko Mewtwo miał takie zapędy (a i on nie był do końca Pokemonem. I sam porzucił swe plany). Ale znów Autorka pokazuje swoją niewiedzę :). Bo w tym anime to akurat ludzie bywają źli - i wykorzystują Pokemony do złych celów. Ale tak jest łatwiej napisać. Kolejna osoba pisząca o jakimś „mistrzu”. Zapewne Autorka wzięła ten opis od pewnego (świętej pamięci już) kaznodziei… Źródło: Kwejk Nie rozumiem tego fragmentu, tak szczerze pisząc… Bo, jak rozumiem, taki Tom i Jerry (tak, nadużywam tego przykładu, ale nic nie poradzę ;)) są „bezpieczne”. I jak anime ma zaprzeczać bezpieczeństwu? Co to znaczy? Że jak się naoglądam DB to wszędzie będę widział Friezę albo innego Buu? Hmm… Źródło: downloadfeast.com Dooobra, daję sobie spokój. Autorka ma rację. Zabieram Pikachu, wsiadam do Daimosa i odlatuję. A jak spotkam po drodze Gucia to wypróbuję na nim Final Flash.   Ech.. Dobrze, że to już koniec. Obiecany link: http://dzielneniewiasty.blogspot.com/2013/07/manga-i-anime-zagrozenia-cywilizacyjne.html A za tydzień będzie coś świątecznego :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Moralność pana gracza

Nieodłącznym elementem większości gier RPG są wybory moralne. W zasadzie to głównie RPG, bo takowe zaczynają się pojawiać też w innych produkcjach (nawet w GTA V). Ostatnio zastanawiałem się nieco nad tym – jakich wyborów dokonywałem w grze i dlaczego? Utarło się, że gracz najpierw idzie dobrą ścieżką. Ja jednak robię nieco inaczej – za pierwszym razem przechodzę tak, jak uważam za stosowne, a dopiero potem czytam „co zrobić, by mieć najlepsze/najgorsze zakończenie w…?”. Często też rozmyślam – kto tak właściwie ma rację? (UWAGA – spoilery!) Wprawdzie już kiedyś pisałem o Gothicu 3, ale sądzę, że warto to rozwinąć. Dlaczego założyłem, że buntownicy są tymi dobrymi? Tak, Innos i te sprawy, walka z okupantem… ale może to jednak orkowie mają rację? Oczywiście, że nie mają – to akurat kiepski przykład ;). Za to większą zagwozdkę miałem w Skyrimie, gdzie ścierają się dwie grupy – Legion  - uważający, że kraina powinna być nadal częścią Cesarstwa - oraz Stromcloaks – uznający Skyrim za odrębne państwo. A temu wszystkiemu przyglądają się elfy… Napisałem, że miałem zagwozdkę? Owszem, ale tylko początkowo. W tym przypadku uznałem, że wybór jest oczywisty – Legion, ponieważ, moim zdaniem, zjednoczone Cesarstwo lepiej poradzi sobie w nadciągającej drugiej wojnie niż odrębne państewka. Ale czy na pewno? Cóż, z odpowiedzią poczekamy pewnie do TES VI… Źródło: ballmemes.com Zupełnie inny kłopot miałem z Fallout 4, gdzie do wyboru mamy cztery frakcje: Minutemenów – rodzaj milicji, chcą odbudować społeczeństwo po wojnie na zasadzie „ludzie dla ludzi” – Bractwo Stali – armia wyposażonych w technologię (często kradzioną) żołnierzy – Instytut – banda jajogłowych, którzy żyją pod ziemią i tworzą syntetycznych ludzi (porywając tych z powierzchni) – oraz Railroads – grupa, która za zadanie postawiła sobie uwolnienie syntetycznych od Instytutu… Źródło: 9gag.com I wiecie co? Na pierwszy rzut oka wygląda to następująco (od dobrej do złej): Minutemen –> BoS –> Railroads -> Instytut. Jednakże, po dłuższym czasie spędzonym z tą grą mam wrażenie, że wcale tak nie jest. Owszem, „minutowcy” (jak ich nazywam) mają wizję wspólnego życia w społeczeństwie i wzajemnej ochrony (głównie tych, którzy sami nie mogą się obronić) i są oni, bezsprzecznie, tymi dobrymi. Co jednak z resztą? Moim zdaniem drugą dobrą opcją jest Instytut. Fakt, tworzą oni syntetyczne wersje ludzi, ale nie widzą w tych robotach żywych istot – raczej narzędzia.  Nie zapominamy też, że każdy z nich ma połowę (chyba) DNA naszej postaci. Dodatkowo, ich wizja sprowadzenia ludzkości pod ziemię wcale nie jest taka zła, szczególnie patrząc na to, jak wygląda powierzchnia. Railroads to banda przygłupów, którą Instytut przesadnie się nie przejmuje. Ale to nic przy  Bractwie, które uważam za opcję najgorszą. Ich jedyną bronią jest, cóż, broń. Sami tworzą technologię, owszem, ale najczęściej próbują kraść cudzą. I Elder Maxon mnie zawsze irytował. Opuśćmy jednak gry Bethesdy, które nigdy nie słynęły z głębokich wyborów moralnych (choć w Fallout 4 długo myślałem) i przejdźmy do Wiedźmina 3. W tym przypadku od razu wiedziałem, że są trzy zakończenia, ale i tak robiłem wszystko po swojemu. Efekt był taki, że dostałem to, czego, w sumie, od początku chciałem – Ciri jako cesarzową Nilfgaardu. Dlaczego to, a nie życie wiedźminki? Cóż, najpierw stwierdziłem, ze króla Radowita trzeba się pozbyć, bo był szalony. Następnie jednak miałem wybór między Dijkstrą-kanclerzem a wolną Temerią. Źródło: kwejk.pl Tu wybór był dość nieoczekiwany dla mnie - musiałem zdecydować "na już". I wybrałem Vernona Rosha  Czemu? Ponieważ w mojej rozgrywce Dijkstra nie udzielił mi wsparcia podczas oblężenia Kaer Mohren, bo nie pozwoliłem torturować Triss. Więc mu się odwdzięczyłem. Jednocześnie uważam, że cesarzowa Cirilla to najlepsze możliwe wyjście. owszem, Nilfgaard to "ci źli", ale mam wrażenie, że jest z nim tak, jak ze wspomnianym Instytutem - mają po prostu zły PR ;). Dodatkowo, wychowana przez Geralta i Yennefer oraz wspomagana przez ojca Zirael poradzi sobie z władzą i jej nie odbije. Oby. Rodzima produkcja miała jednak więcej wyborów, których dokonałem – więc nie pamiętam większości z nich ;). Najbardziej, chyba, zapamiętałem zadanie z zaginioną żoną i jej siostrą, która chciała mnie odwieść od poszukiwań. Cóż, po ujawnieniu prawdy oszczędziłem ją. Również wcześniejsza część - Zabójcy królów - dała mi kilka miejsc na przemyślenie swojego wyboru. Najgorszy był ten ostatni - zabić Letho czy go oszczędzić? W mojej jedynej rozgrywce nad tą kwestią głowiłem się dobre 10 minut. Poważnie! Ostatecznie jednak go zabiłem uznając, że zrobił zbyt dużo złego i do tego, na początku gry, wina za śmierć króla Foltesta spadła na Geralta. Kończąc, muszę napisać jeszcze o wspomnianym na początku GTA V. Pod koniec jest wybór czy zabić gangstera i mordercę Michaela czy psychopatycznego ćpuna Trevor, albo oszczędzić obu. Cóż, w tym przypadku wybór był oczywisty i za każdym razem jest. Oszczędzam obu, bo w końcu wszyscy trzej są bohaterami, nie? A jakie jest Wasze podejście do wyborów moralnych w grach? Piszcie w komentarzach :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Zakochani gangsterzy

Swego czasu uwielbiałem kino gangsterskie. Kasyno, Scarface, Ojciec chrzestny… Aż trafiłem na film Bonnie i Clyde z 1967 roku, w reżyserii Arthura Penna. Opowiada on historię autentycznej pary przestępców – Bonnie Parker (grana w filmie przez piękną Faye Dunaway) i Clyde’a Barrowa (Warren Beatty), których gang działał w latach 30. XX wieku w USA. Pod względem sprawności reżyserskiej utwór pozostawia wrażenie na widzach. Jednak kunszt operatorski niekiedy zawodził, co uwidoczniło się już w pierwszej scenie, w której łatwo można było dostrzec niepotrzebne cięcie. Takich nieudanych montażowo scen jest w filmie zdecydowanie za dużo i w mojej ocenie psuje to efekt końcowy i obniża poziom artystyczny i warsztatowy dzieła. Na początku film przypomina raczej komedię sensacyjną z elementami romansu  niż dramat gangsterski. Widać, że dzieło powstało u schyłku pierwotnej popularności tego gatunku. Przekonanie, że mamy do czynienia z komedią towarzyszy nam od pierwszej sceny. Streszczając ją, trzeba przywołać słowa znanej piosenki, że młody mężczyzna z przeszłością spotyka piękną nieznajomą. Zakochują się w sobie. Rozumiem, że taka była historia autentycznych Bonnie i Clyde’a, ale w filmie gangsterskim motyw sentymentalny zupełnie nie pasuje. Co gorsza, bohaterowie przez dłuższy czas działają w konwencji komediowej. Mają pogodne twarze, dialogi między nimi są żartobliwe, a czyny raczej śmieszą widza, niż wywołują rozterki prawno-moralne. Dodatkowo film – jak na gatunek gangsterski - jest zbyt długi. Przykładowo - scena, w której Clyde Barrow napada na pusty bank, trwa kilka nieznośnie długich minut. Do tego wywołuje raczej śmiech, niż trwogę. Film nabiera rumieńców wraz z pierwszym zabójstwem. Dopiero wówczas można go uznać za prawdziwy dramat gangsterski. Źródło: http://lecinemadreams.blogspot.com Szkoda tylko, że do filmu dodano kilka całkowicie zbędnych scen. Na przykład ta, w której jakiś chłopak przynosi prowiant. I nic z tego nie wynika, brakuje związku z akcją. Może się wydawać, że autorom zabrakło pomysłu na zdynamizowanie filmu. Z całego dzieła można spokojnie wyciąć kilkanaście minut taśmy filmowej i  nikt nie zauważyłby różnicy. Ba, taki zabieg spowodowałby zwiększenie atrakcyjności utworu. Film budzi również mieszane uczucia pod względem wartości etyczno-moralnych. Reżyser, scenarzysta, operator kamery, scenograf czy kostiumolog, a także sami aktorzy zadbali o powstanie więzi emocjonalnej między widzami a bohaterami obrazu. Więź ta jednak ma dwuznaczną wartość. Bonnie i Clyde, mimo prób pozyskania sympatii, nie wywołują u odbiorców pozytywnych uczuć. W tym miejscu pokuszę się o analogię z bohaterami innych filmów o tematyce gangsterskiej wyprodukowanych w amerykańskich wytwórniach filmowych. Warto tu przywołać co najmniej dwa przykłady: Ojciec chrzestny (1972) Francisa Forda Coppoli oraz Człowiek z blizną (1983) Briana De Palmy. Rodzinę Corleone, w tym niektórych jej członków, czy Tony’ego Montanę można było polubić, zaś Bonnie i Clyde są, jak trafnie określa ich jedna z postaci -  „parą dzieciaków”. Po scenie bezsensownego zabójstwa bankiera chciałoby się rzec - para bardzo niebezpiecznych dzieciaków. Muszę przyznać, że z lekką ulgą ogląda się końcową scenę, w której oboje giną od policyjnych kul. Mógłbym nawet uznać tę scenę za najlepszą w całym filmie. Jeśli chodzi o inne postacie to przede wszystkim należy wymienić Gene Hackmana, który wcielił się w Bucka Burrowa – brata Clyde’a. Była to chyba jego pierwsza poważna rola i wypadł świetnie.. Jedynie dowcip opowiedziany przez niego był tak denny, że kawał Quentina Tarantino z Desperado wydał mi się przy tym arcyśmieszny. Duży ciężar spoczywał też na Michaelu J. Pollardzie, którego kreacja C. W. Mossa również zapada w pamięć. Odnośnie innych postaci to cóż – mogę powiedzieć z całą pewnością, że byli. Źródło:m www.flickr.com Największym atutem dzieła jest doskonale oddany klimat lat 30. Dobrze dobrane stroje i scenografia oraz nastrojowa muzyka sprawiają, że film dobrze się ogląda, mimo jego wad. Również gra aktorów stanowi filmowe mistrzostwo. Za ostatnią scenę, która jest bardzo autentycznie zrobiona, należą się twórcom brawa. Czas na podsumowanie. Pomysł na film był świetny – historia znanej pary gangsterów, oparta na opowieściach członków ich gangu. Szkoda tylko, że denerwujące niedoróbki i ogólna nuda fabularna doprowadziły do powstania utworu, który nie przetrwał próby czasu. Bowiem o ile w 1967 roku film dostał dwie statuetki Oscara i szereg nominacji, nie wspominając już o innych nagrodach, teraz nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Moja ocena końcowa to 3,5/6.

MajinYoda

MajinYoda

 

The Best of MSM IV

Po kilku tygodniach przerwy przyszedł czas na MSMa, nie sądzicie? Dziś zajmę się książką „Przestępczość nieletnich – teoria i praktyka” pod red. Sylwii Ćmiel (2012), a konkretniej artykułem „Realna i wirtualna rzeczywistość – agresywne zabawy i przestępstwa nieletnich w świecie wirtualnym” dra hab. Zdzisława Majchrzyka. Wpis nie będzie zbyt długi. Na początku jest dość nudno… Autor trochę plącze się między agresją realną a wirtualną. Niemniej, kilka fragmentów udało mi się wyłuskać: Ekhem… Pong nie był pierwszą grą video… chociaż, zależy jak na to spojrzeć…bo w końcu Nolan Bushnell „ukradł” pomysł na grę Ralphowi Baerowi, nie? (za: B. Kluska, Dawno temu w grach, 2008, s. 17). Dodatkowo, skoro PONG i jego… hmm… pierwowzór pojawiły się w 1972 roku, to czemu Autor cytuje tu tekst o pięć (!) lat starszy? Czyżby pan Rushkoff umiał podróżować w czasie? Tu jest tekst ciut nowszy, z 1999 roku… I moja Mama by się wtedy zdziwiła, gdybym tak krzyknął… Choć zawsze sobie z Mamą żartujemy, że gdy w 2000 roku grałem w demo Quake III Areny (z botem), siedziała za mną i patrzyła mi w monitor. Nagle, całkiem przypadkowo, nacisnąłem spust celując w ścianę. Jaki był komentarz mojej Mamy? „Nie po ścianach! Nie marnuj amunicji!” :D. Eeee… a świat rzeczywisty też nie jest dla geniuszy, psychopatów i przeciętniaków? Co Autor sugeruje? Później jest sporo nieprzydatnych (temu blogowi) zdań… ale jeden fragment przykuł moją uwagę, choć nie dotyczy gier: Po kolei: przede wszystkim chłopiec nazywał się Rhys Jones (więc nie wiem skąd „Jonem”). Druga kwestia: te gangi dziecięce są straszne – zabijają bez mrugnięcia okiem! Szkoda tylko, że Autor nie zechciał zapoznać się z całą sprawą, a oparł swój tekst na doniesieniach medialnych tuż po zabójstwie… Ale ja się zapoznałem, korzystając z internetowych wydań brytyjskiej prasy. I zajęło mi to raptem 10 minut! Zacząłem, typowo, od Wikipedii (https://en.wikipedia.org/wiki/Murder_of_Rhys_Jones), potem  „The Telegraph", „BBC”... Krótko pisząc – jedenastolatek faktycznie zginął od kuli z S&M, ale za spust pociągnął… szesnastoletni wówczas Sean Mercer, członek jednego z lokalnych gangów (śmierć Rhusa była zresztą przypadkowa, ale to tak na marginesie). Coś się tu nie zgadza, prawda? Ale to by Autorowi do tezy nie pasowało, nie? Choć, w sumie, by pasowało… ale trzeba by było ruszyć się i poszukać… bo w 2012 roku przecież internet w wiadrach trzeba było do domu nosić :P. Spodobał mi się ten fragment – tylko dlatego go wrzuciłem :P. Zwyczajnie nie wiem co wnosi do całości tekstu – jaki „inny strój” Autor ma na myśli? Czemu nie rozwinął swojej wypowiedzi? Dobra, czas wrócić do interesujących nas treści: Oj tak, zawsze po pograniu w Cities: Skylines mam ochotę komuś dać po gębie :D. Już o tym tyle razy o tym pisałem… nie będę się powtarzać, dobrze? („Nowe życie” w 2012 roku – serio, Panie Badaczu?) Autor aż pogrubił ten tekst, by rzucił się w oczy – więc i ja tak zrobiłem. Owszem, gracze zapewne mają poczucie odwracalności wirtualnej śmierci – bo jest… wirtualna. Ale spychologia przecież wie, co siedzi w głowie każdego gracza, prawda? W przeciwieństwie do szachów, gdzie wcale nie biją się między sobą figury, wojen – gdzie ludzie się nie mordują – czy nawet pełna dobra literatura i sztuka  (danse macabre, na przykład). Źródło: Memegenerator.net Ale to gry są złe… Tu mnie Autor zaskoczył - nagle filmy oberwały :O. Ale zastanawiają mnie dwie rzeczy: 1. kto przy zdrowych zmysłach pozwala dzieciom oglądać horrory (i dlaczego Autor nie pisze o głupocie rodziców w tym przypadku?)? 2. czym są bajki s-f? I na tym lepiej zakończę :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Growy patriotyzm

Jutro będziemy obchodzić setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości oraz zakończenia Pierwszej Wojny Światowej. Zacznijmy od naszej ojczyzny. W zeszłym roku próbowałem wymienić jak najwięcej przykładów, gdzie Polska i Polacy pojawili się w wirtualnym świecie. Tym razem pomyślałem, że można się zastanowić nad tym, jakimi patriotami jesteśmy w grach? Tu napiszę o sobie i bardzo chętnie poznam Wasze zdanie w komentarzach ;). Zacznę od tego, że jeśli w strategiach do wyboru jest Polska to zawsze ją wybieram (w Medieval II było to o tyle zabawne, że musiałem ją najpierw podbić Anglią, ale to inna sprawa ;)). Niezależnie czy to kolejne części Total Wara, Civilization czy Europa Universalis (w ten ostatni próbowałem kilka razy zagrać, ale jakoś nigdy mi nie szło…). Ba, nawet grając w FIFĘ na początku wybieram Polskę… wyjątkiem są polskie kluby ;). memotywatory.pl Zastanowiłem się jednak głębiej nad tematem. Co bowiem z innym rodzajem patriotyzmu – takim – nazwijmy to – wirtualnym? Weźmy takiego Skyrima. Grając Nordem mam wrażenie, że bardziej interesuje mnie los, jakby nie patrzeć, „mojej” małej ojczyzny, niż, gdy gram np. Bretonem. Z kolei w Fallout 4 w każdej osadzie zawsze pamiętam postawić lub zawiesić flagę USA (obok flagi Minutemanów i Instytutu ;)). Nie patrzyłem wcześniej w ten sposób na ten temat i uświadomiłem sobie, że dlatego w Gothic 3 nie umiałem się opowiedzieć po stronie orków (bo to tak jakby w grze o II WŚ wybrać Niemcy zamiast Polski). Uznałem bowiem, że dla Bezimiennego Myrtana jest ojczyzną. Doszło do tego też coś, co opisałem w tym poście. Może jest to nieco naciągane? Może zwyczajnie przesadzam i przesadnie wczuwam się w swoją rolę w grach? Jak sądzicie? I jakie są Wasze odczucia?

MajinYoda

MajinYoda

 

Pewnego razu w…

Koniec „zdrajcy” Ostatniego dnia lipca 1514 roku słońce powoli wschodziło nad Florencją. Na Piazza Della Signoria kupcy musieli ustąpić miejsca tłumowi, który chciał zobaczyć egzekucję zdrajcy. Dokładnie w południe Marcus Leone – pochodzący ze znamienitej florenckiej rodziny bankier - miał zostać ścięty za zdradę swego miasta. O godzinie jedenastej z lochów Pałacu Veccio skazaniec został wyprowadzony. W egzekucji miał wziąć udział władca Florencji – Julian Medyceusz, niegdysiejszy przyjaciel ojca Marcusa, o czym wiedzieli niemal wszyscy mieszkańcy miasta. Tuż po wpół do dwunastej procedura rozpoczęła się od przemówienia Gonfaloniere Francesco Albertiego. Mówił o winach Leone, chociaż tak naprawdę bardzo go lubił. Jednakże, zgodnie z wolą Medyceuszy, musiał wydać wyrok śmierci. Zaraz po przemówieniu pozwolono skazańcowi na wygłoszenie mowy, ale tłum głośno krzyczał – „Zdrajca! Nie może przemawiać!”. Na próby uciszenia tłumu było już zdecydowanie za późno, ponieważ dzwon nieubłaganie zaczął dzwonić. Ding! Skazaniec zostaje zaprowadzony do pieńka katowskiego. Dong! Obecny na egzekucji kapłan powiedział kilka słów modlitwy. Ding! Tłum zaczął głośniej skandować – „zabić zdrajcę!”. Dong! Julian Medyceusz zszedł ze sceny. Ding! Marcus Leone po raz ostatni spojrzał na niebo nad Toskanią i zauważył latającego nad nimi orła. Dong! Skazaniec uklęknął przed pieńkiem, szepcząc coś cicho. Ding! Kat w czerwonym kapturze przygotował topór. Dong! Straż zebrała się wokół sceny, zgodnie z rozkazem Juliana Medyceusza. Ding! Marcus położył głowę na pieńku. Dong! Kat podszedł do pieńka z toporem gotowym do cięcia. Ding! Topór uderzył w szyję Marcusa. Głowa skazańca potoczyła się po scenie. ==== Ostra robota Jak ja nie lubię tej roboty. Nie mogą człowiekowi powiedzieć o tym wcześniej? Chciałem dzisiaj wybrać się z dziećmi poza mury miasta, ale nieee. Cholerny, zakłamany Gonfaloniere musiał akurat mnie wybrać do tego zadania. No cóż, przynajmniej dobrze mi płacą. Co oni się tak guzdrzą? Czy wyprowadzenie jednego człeka z lochu jest takie trudne? Swoją drogą – żal mi go. Nasi ojcowie dobrze się znali. Spotkali się w 1499 roku tu, we Florencji. No fakt, mój tatulo był rzeźnikiem, ale za to najlepszym w mieście to i bogaty bankier chciał mieć w nim przyjaciela. A teraz ja muszę ściąć jego syna? Cóż za dziwny zbieg okoliczności. Ale tłum! Od czasów tego całego Savonaroli takiego motłochu tu nie widziałem. O, nawet Medyceusz się z nami wybiera. Kolejny zakłamany buc. No dobra, ciekawe, czy tym razem wszystko jest w porządku. Nie chciałbym powtórki z zeszłego miesiąca. Jeżeli dzisiaj kowal znowu spartaczył robotę, to każę mu zeżreć trzonek topora. Pośpieszcie się! Strasznie mi gorąco w tym kapturze. No tak - muszę jeszcze czekać aż ten cały Alberti skończy ględzić. „Zdrajca i spiskowiec” – taaa, jasne. A ciekawe kto chodził do Leone po pożyczki? Kto częściej bywał u bogatego bankiera niż ja na targowisku? Ha, hipokryci. Niech te ludziska się zamkną. Zaraz będą mieli trupa, ale czy muszą tak wrzeszczeć? Jeszcze kilka minut i po krzyku. Dobra, zaczyna się. Strażnicy już go podprowadzają do pieńka. Jeszcze tylko paciorki i mogę podejść. Znowu się drą. Skazaniec spojrzał w niebo. O, leci orzeł. Piękne zwierzęta, takie manies… manest... majniest… no, ładnie wyglądają. Dobra, Leone klęknął przed pieńkiem – w końcu. Powoli… byle tylko dobrze trafić… i… ciach! Krew bryzgnęła i mnie ochlapała, ale trza się było do tego przyzwyczaić to i się przyzwyczaiłem. Ale chyba muszę tym razem  pochwalić kowala – dobrze zaostrzył topór. ==== Spisek O godzinie jedenastej w jednym z domów przy Piazza Della Signoria spotkały się trzy zakapturzone postacie. Za pozamykanymi oknami słychać było hasał tłumu gromadzącego się wokół sceny. Postacie w milczeniu spoglądały na mapę Florencji rozłożoną na niewielkim stole. Tuż przed godziną dwunastą jedna z postaci – niski mężczyzna - odezwała się: - Jeszcze mamy szansę zaatakować… - To zbyt duże ryzyko. – przerwał mu dobrze zbudowany mężczyzna. – Powinniśmy wybrać się po wsparcie do Forli. - Jeżeli teraz uciekniemy to koniec. - Co masz na myśli? - Zamknijcie się obaj – powiedziała, dotąd milcząca, trzecia osoba - kobieta. Nastała chwila ciszy. Słychać było tylko wdzierające się każdą szparą w domu krzyki tłumu. Wysoki mężczyzna podszedł do okien i lekko otworzył okiennicę. Na scenie Gonfaloniere wciąż przemawiał. - To koniec – powiedział, po czym zwrócił się do kobiety. – Moja Pani, powinnaś wrócić do Ferrary. Pani ojciec i brat chcieliby Waszego bezpieczeństwa. - Micheletto, ja… - zaczęła kobieta. - A co z nami? – zapytał niski mężczyzna. Micheletto odszedł od okna i podszedł do kobiety. - Księżno Lukrecjo, musisz wrócić do Ferrary. Przynajmniej dopóki nie odnowimy kontaktów w Forli. - Zaczynasz mnie denerwować – odezwał się niski mężczyzna – możemy teraz pójść i zabić Medyceusza. Micheletto podszedł do niego, spojrzał mu w twarz, po czym znowu podszedł do okiennic. - Ty też powinieneś wyjechać. Najlepiej do Wenecji albo i  dalej. - Nie. Jeżeli wy nie chcecie działać to jeszcze dziś wyruszę prosto do Rzymu. - Nie zabraniamy Ci – powiedziała Lukrecja bacznie przyglądając się jak Micheletto powoli podchodzi do trzeciego spiskowca, który chwilę wcześniej, wściekły, odwrócił się do niego tyłem. To był poważny błąd, którego najwyraźniej nie potrafił wcześniej dostrzec. Jednak w chwili, gdy słynny hiszpański zabójca Micheletto zarzucił mu sznur na szyję i zaczął dusić niski spiskowiec musiał zrozumieć, co uczynił nie tak. Charczeniu towarzyszyły dzwony z wieży Pałacu, a i tak tłum by ich nie usłyszał. W chwili gdy mężczyzna wydał ostatnie tchnienie katowski topór spadł na głowę Marcusa Leone. Wychodząc z kryjówki obie postacie zauważyły odlatującego w dal orła. ==== Mistrz handlu - Prawdziwe srebrne wyroby! Kupujcie srebrne puchary, talerze, czego sobie zapragniecie! – wykrzykiwał handlarz Mateo przechodząc między ludźmi zebranymi wokół sceny na Piazza Della Signoria. Czasem musiał użyć łokcia, by przedrzeć się dalej, ale prowadzenie biznesu wymaga niekiedy drastycznych metod.  -Zwariowałeś? – zapytała jakaś kobieta widząc Mateo. – Przy pieńku katowskim handlujesz?  - To nie jest handel, to zarobek. – odparł Mateo, który znał prawdopodobnie wszystkie sztuczki. – A co, jesteś zainteresowana kupnem? Mam tu ładny srebrny krzyż. Poświęcony jeszcze przez Jana Chrzciciela. - Odejdź bluźnierco – powiedział jakiś mieszczanin. – Albo powiem o wszystkim biskupowi. - Ale naprawdę mam tu dużo dobrego srebra – powiedział handlarz nie zrażając się, ze trafił na wymagających konsumentów. – Niskie ceny! Za puchar, z którego św. Piotr pił w czasie Ostatniej Wieczerzy tylko 15 florenów. - Odjedź! – zaczęli nawoływać kolejni. - Spójrzcie tylko jaki piękny orzeł – powiedział nagle handlarz wskazując na jeden z dachów. – Mam nawet srebrną figurkę orła. Przywiozłem ją prosto z Rusi. Tylko 20 florenów! Dzwony zaczęły bić godzinę dwunastą. - Kupujcie srebrne wyroby! – wykrzykiwał dalej handlarz. W tym momencie podeszło do niego dwóch strażników. Po chwili Mateo żałował, że nie umie szybciej przechodzić przez tłum. Strażnicy uderzyli go parę razy, gdy kat uderzył swoim toporem.  - I więcej tu nie wracaj – powiedział jeden ze strażników, zabierając dwa srebrne puchary dla żony. - Jak cię jeszcze tu zobaczę to cię wsadzę do lochu za bluźnierstwa – dodał drugi, zabierając Matteo sakiewkę i z zadowoleniem przeglądając jej zawartość. Tłum powoli rozszedł się zostawiając handlarza zbierającego swoje rzeczy. ==== Śmieszne ludziki Ależ tam ludzi przyszło. Czegoś takiego to jeszcze nie widziałem, a widziałem już wiele. Może mają jakiś festyn? Nie, raczej nie. Za mało kolorowo. Co więc tam się dzieje? Podlecę niżej, może coś zauważę. Krążę i krążę, ale nie widzę nic szczególnego. Co ci ludzie tam robią? I czemu tak krzyczą? Może odbywa się tam jakieś przedstawienie? Lubię patrzeć na ludzkie przedstawienia. Nic z nich nie rozumiem, ale ładnie wyglądają. Ten dach wygląda na wygodny, wyląduje sobie. To chyba nie jest przedstawienie. Ludzie są zbyt głośno, to trochę irytujące. W dodatku tylko jeden na scenie coś gada. Chciałbym wiedzieć o co chodzi. No nic, chyba jednak polecę dalej. Zrobię jeszcze z jedno kółko, może coś zauważę. O, ten człowiek klęka i pada na twarz. Może to jakiś ich rytuał modlitewny? Chyba nigdy się tego nie dowiem…   PS. Za tydzień wpisu nie będzie.

MajinYoda

MajinYoda

 

Growa czytelnia

Do tej pory opisałem całkiem sporo kwestii związanych z RPGami – płcie, rasy, klasy itd.  Ale jest jeszcze coś, co zawsze lubię robić w tego typu grach – czytać. Sądzę, że część (a może nawet większość?) z Was też to ma – we wszelkiej maści Falloutach, TESach, Wieśkach czy innych Dragon Age’ach trzeba przeczytać wszystko. Ogłoszenie o sprzedaży kołyski w zapyziałej wiosce w Valen? Czytamy. Książka znaleziona na półce w domu NPC-a? Czytamy. Komputer sprzed wojny atomowej należący do ówczesnego komendanta policji? Czytamy. List z tajnymi rozkazami? Save i „tylko zerknę”. Cokolwiek, byle przeczytać i, być może, zobaczyć jakąś postać z innej strony (vide Ulfric Stormcloak ze Skyrima). Zawsze cieszę się niezmiernie, gdy twórcy pozwalają mi coś przeczytać. A jeszcze bardziej – gdy różnicują treści. W takim Skyrim (i częściowo Oblivionie i, zapewne, Morrowindzie) istnieją całe książki, które gracz może sobie przeczytać. I choć Lusty Argonian Maid jakoś nigdy nie trafiło w mój gust  to doceniam, że twórcom się chciało. Źródło: https://www.memecenter.com Dodatkowo, żeby było zabawniej, ostatnio (szkoda, ze za sprawą modów, ale co tam) zarówno w Skyrimie jak i F4 lubię samodzielnie zapisywać notatki z przygód moich postaci. Gdy więc wracam po jakimś czasie to zaglądam do nich i wiem co robiłem ;). Co fajniejsze – także twórcy innych gier dają taką możliwość. W takim GTA IV spędziłem niemal godzinę rzeczywistego czasu (!) czytając internet. Najlepszy był chyba przewodnik dla amerykańskiego turysty po Europie. „Nie kupuj ich sera – dadzą ci jakieś śmierdzące coś, bo nie wiedzą, że ser to zapakowane plasterki” albo „mają dziwny kalendarz – składa się z 31 miesięcy podzielonych na 12 dni” itp.  Niestety, co także muszę przyznać, większości tych treści nie zapamiętuję – i zawsze bardzo chętnie znów coś czytam. Choć i tak wolę „realne” książki ;). A jak jest u Was z czytelnictwem w grach?  

MajinYoda

MajinYoda

 

In nomine stultitiae 2

Po kilku wpisach przerwy przyszedł czas na MSMa, nie sądzicie? Dzisiejszy tekst nie jest aż tak głupi, jak poprzedni (link do pierwszej jego części znajdziecie tu), ale przynajmniej jest o grach. Jednocześnie, po raz drugi w historii bloga, złamałem swoją żelazną zasadę – nie dawać zarobić tym wszystkim Prof. S. Jonalistom! Zresztą - wówczas zrobiłem to dla dokładnie tego samego pisma. Za dzisiejszy tekst pt. „Gry komputerowe – igraszki ze złem” autorstwa ks. prof. Andrzeja Zwolińskiego zapłaciłem w kiosku 12 złotych polskich i dostałem wraz z nim cały numer Egzorcysty. I wiecie co? Źródło: KnowYourMeme Niemniej, skoro i tak planowałem MSM-a to pomyślałem, by chociaż był świeży… Bo numer jest podpisany jako „październik 2018”, ale lepiej ustawcie sobie jakiś kalendarz obok komputera, bo możecie mieć nieliche wątpliwości – zresztą tak samo jak ja. Poniższy tekst jest pisany na szybko, ale sądzę, że ująłem w nim wszystko, co trzeba. Będzie też dość krótko. Jesteście gotowi? Zagaja Autor w pierwszej połowie leadu i nie zwiastuje to tragedii. Niestety: Mogę uznać – okej. Autor przedstawił dwie strony medalu, własne dwie wizje świata gier komputerowych. Byłoby super, gdyby się tego trzymał… Czy ktoś z Was tak nazywa te gry? Co się mieści w tym pojęciu? Czy Warcraft 3 jest taką grą? A może Wiedźmin? Ewentualnie Assassin’s Creed? Serio – były takie przypadki? Całkiem możliwe, ale czy to na pewno wina RPGów, czy jednak psychiki gracza i jego osobistej ułomności w kwestii odróżniania fikcji od rzeczywistości? Przecież gdyby każdy tak miał to już dawno ktoś zabiłby tego cholernego smoka, który mi lata nad domem! I to jest ten moment, w którym wszyscy patrzymy w kalendarze, czy przypadkiem nie wpadliśmy w wir czasoprzestrzenny. Jeśli tak – to z tym tekstem jest wszystko okej (no, chyba, że trafiliśmy w czasy dinozaurów albo, co gorsza, Imperium Lechitów (:P)). Swoją drogą – kto, przy zdrowych zmysłach, nazwałby któregokolwiek Dooma grą fantastyczno-baśniową? Źródło Jeśli post-nuklearny świat rządzony przez złych kosmitów to dla Autora „niewinne początki” to ja chyba nie chcę znać jego wizji piekła. Dalej jest o symbolach satanistycznych w Doomie 2, ale to nudne i wielokrotnie na tym blogu opisywane, więc to pominę. Nadal jesteście w 2018 roku? Bo ja właśnie obserwuję jak Krzysztof Kolumb dopływa do Bahamów. Myślicie, że powinien mu powiedzieć, że to nie są Indie? I czemu wszyscy tak jakoś dziwnie na mnie patrzą? Co oni – nigdy smartfona nie widzieli? Bardziej serio – rozumiem, ze Autora brzydzi świat gier komputerowych, ale zwykła przyzwoitość nakazuje przedstawiać najnowsze możliwe źródła. Zapewne takich jest teraz mniej – bo i gier z takich wydźwiękiem jest mniej. Jednakże, jestem pewny, że w ciągu ostatnich, powiedzmy, dziesięciu latach znalazłoby się co najmniej piec tytułów, na które Autor mógłby się powołać. Zróbmy więc dobry uczynek i podrzućmy coś przyszłym ”łowcom satanizmu i okultyzmu w grach komputerowych”. Ja zacznę: jedną z grywanych frakcji w Might and Magic: Heroes VI jest Interno (Piekło), a wśród jej jednostek są Czarty, Niszczyciele i Dręczyciele. Wasza kolej :P. Przejdźmy dalej: Czy ktoś mi łaskawie wyjaśni o co Autorowi chodziło? Wcięło mu część tekstu? Co mają gry fabularne (czymkolwiek w sumie są – chyba chodzi o przygodówki) wspólnego z platformówkami? Cieszę się, że Autor jednak dostrzega w grach coś ponad satanizm i przemoc (o której za chwilę). Nie wiem czy nazwałbym RTSy „echem” gier logicznych, ale niech będzie. Ta, nie to, co w szachach,  stawiany w barach „bokser” czy realna wojna – tam przemoc (w jakiejkolwiek formie) prowadzi tylko do porażki. Na tym, w sumie, zakończę, bo reszta artykułu to zwykłe przynudzanie o uzależnieniach, usztywnianiu mięśni itp. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Nie było mnie „tam”

W zeszłym tygodniu pisałem o grach, w które zagrałem ponownie po latach i przy których znów bawiłem się całkiem nieźle. Jednakże, jest druga strona medalu związana ze starymi grami – tytuły, w które nie grałem i spróbowałem teraz. Ponad rok temu, pod postem o mojej przygodzie z darmowym weekendem z Fallout 4, jeden z moich czytelników (wybaczcie, nie pamiętam który, a jak wiecie – dostępu do tamtych komentarzy nie ma :() napisał wówczas, żebym zagrał w oryginalnego Fallouta. I wiecie co? Spróbowałem. Naprawdę, próbowałem… ale nie dałem rady pograć dłużej niż kilka minut. Najpierw myślałem „ta, bo grafika jest najważniejsza, co, MajinYoda?”, ale nie. To nie było to. To „coś” uświadomiłem sobie niedługo później. Źródło: kwejk.pl W „Straży nocnej” Pratchetta jest fragment, gdy Nobby i Fred Colon szykują się do wyjścia z gałązkami bzu, jeden z funkcjonariuszy - młody, niedoświadczony – spytał ich czemu mają te „fioletowe kwiatki?”, „czy on też może je założyć?” i „gdzie idą?”. Dostaje odpowiedź: „nie było Cię tam”. I to jest właśnie sedno – nie było mnie „tam”. Diablo, Warcraft, Dungeon Keeper, Fallout 1&2, Neverwinter Nights… i setki innych tytułów, w które (z różnych powodów) nie grałem „wtedy” i nie darzę ich najmniejszym nawet sentymentem. Przez to (lub dzięki temu – jak kto woli) nie jestem w stanie ogarnąć dawnych mechanik, nie podoba mi się grafika w tych grach a w ten sposób – nie jestem w stanie poznać ich fabuły. Źródło: kwejk.pl Nie sądźcie jednak, że jakoś strasznie się tym przejmuję. Nawet jeśli czegoś nie wiem (np. nie znam fabuły Warcraftów i nie znam przez to historii jakiejś postaci z WoWa) zwyczajnie sobie doczytuję w internecie. Właściwie nie czuję też ciśnienia, że "koniecznie muszę poznać grę X, bo to taki klasyk!". W końcu w takiego np. Death Race'a też nigdy nie grałem :P.  Jednakże, co muszę koniecznie podkreślić, szanuję osoby, które „tam” były, dla których wymienione przeze mnie tytuły były tym, czym dla mnie opisywany w poprzednim wpisie SWAT 3. Oraz osoby, które potrafią się przemóc i, w przeciwieństwie do mnie, chciałyby być "tam", nie patrząc aż tak mocno na te aspekty, które mnie odrzucają. Ale, ostatecznie, wszyscy jesteśmy graczami i jakoś się dogadamy :P.

MajinYoda

MajinYoda

 

Magia „staroci”

Wiele lat temu napisałem tekst o „grach pogrzebanych” (jego reupload możecie znaleźć tu). Przyznam, że od tamtego czasu trochę się zmieniło i dziś bez problemów można kupić stare gry. Tylko, właściwie, po co? To pytanie zadaję sobie, choć chyba nie jestem do tego właściwą osobą, ponieważ sam, niedawno, zaopatrzyłem się w kilka „staroci”. Pierwszy był SWAT 3, do którego klucz gog otrzymałem za darmo ;). Uznałem, że trzeba zobaczyć tę produkcję „po latach”, bo, musicie wiedzieć, była to jedna z pierwszych gier, w które grałem (ściślej pisząc – najpierw grałem w demo tej produkcji a kilka lat później – w pełną wersję - obie z płyt z CDA (RIP CD/DVD, tak przy okazji ;))). Źródło: AszDziennik I wiecie co? Gra mnie wciągnęła, przeszedłem całą kampanię (poza misją w kanałach – nienawidzę jej!) i bawiłem się równie dobrze, co lata temu! Jedyny kłopot, jaki miałem, to włączenie gry na Win10, ale z pomocą internetu i kilku programów udało mi się ją włączyć. A, jeśli zechcecie, mogę przygotować recenzję tej gry ;). Drugą produkcją był Gothic 3 aka „najtańsza gra, jaką do tej pory kupiłem” (całe 3 złote na gogu). Wprawdzie na mojej półce dumnie stoi czerwone pudełko, które niegdyś zrobiło na mnie spore wrażenie, ale uznałem, że wersja cyfrowa będzie miała od razu wszystkie łatki wgrane i sobie pogram. Tym razem było nieco gorzej – grę przeszedłem wzdłuż i wszerz wiele lat temu i ostatecznie zatrzymałem się w Monterze (czyli, mniej-więcej w 5-10% gry), ale z pewnością jeszcze do niej wrócę. W końcu, to przy tej grze miałem swojego kaca moralnego ;). Trzeci zakup był bardzo nietypowy – kupiłem bowiem całą serię gier. Metal Slug to produkcje, które (pirackie, do czego ze wstydem się przyznaję) ogrywałem nie na pececie, lecz palmtopie (o którym kiedyś zrobię osobny wpis). Na Windows 95 (!) emulator się przycinał (gry zresztą też), ale miały tam swoją magię. Szkoda, że ich obecne wydanie jest pozbawione wielu elementów (m.in. save, którego albo nie ma albo mi nie działa – trudno określić). Nie działa mi też drugi kontroler, niestety, przez co nie mogę grać z bratem (ja na klawiaturze, on na padzie). W każdym razie, póki co pograłem trochę w pierwszą część i niebawem planuję ją ukończyć. Źródło: snk.wikia.com Opisując to starałem się znaleźć odpowiedź na postawione pytanie i chyba ją znam – ponieważ te gry kiedyś dawały mi radość i dziś, mimo upływu wielu lat, wciąż są to świetne produkcje. Nawet, jeśli nie ma już tego efektu „łał”. Jednakże, do wspomnianych wyżej produkcji mam sentyment… a co z innymi „starociami”? O tym będzie za tydzień. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

MajinYoda

MajinYoda

 

Śniadaniowe pseudodziennikarstwo

Dziś miał być zupełnie inny wpis, ale przez przypadek trafiłem na materiał Dzień Dobry TVN, wyemitowany w niedzielę 16 września br. na antenie TVN. Został on już omówiony na kilku portalach, więc i ja postanowiłem coś o tym napisać. Może być ciut chaotycznie, bo poniższe słowa pisałem wczoraj (czyli w piątek). Omawiany materiał możecie znaleźć pod tym adresem: https://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/czym-jest-e-sport-i-ile-mozna-na-tym-zarobic,273784.html. Przyznam, że nie rozumiem, dlaczego prowadzący (szczególnie Piotr Kraśko) od razu, na samym początku, zaczęli atakować swoich rozmówców - Aleksandra Szlachetkę i Kubę "Kubika" Kubiaka. Po co ich zapraszali, skoro nie chcieli poznać ich zdania? Kinga Rusin niby coś próbowała się dowiedzieć, ale zupełnie nie radziła sobie z dominującą w tym pseudowywiadzie arogancją i „wszechwiedzą” redaktora Kraśki. Jak to oglądałem to zastanawiałem się, czy gdyby zaprosili np. Agnieszkę Radwańską to czy red. Kraśko przez cały wywiad mówiłby o agresywnym zachowaniu Sereny Williams i imputował, że "tenis powoduje agresję"? No chyba nie. Oczywiście, rozumiem, że tzw. telewizja śniadaniowa rządzi się swoimi prawami – poruszane tematy powinny być łatwe i niezbyt długie oraz dotykające spraw dotyczących widza. Ale też nie może się to odbywać na zasadzie „goście są tylko dekoracją”, bo w ten sposób prowadzący się tylko ośmieszają przed „ogarniętą widownią”. Szczególnie, że oglądający ten program nie dowiedzieli się niczego o e-sporcie od zaproszonych gości – tylko o tym, że to strata czasu i zaprzeczenie idei sportu – oczywiście od prowadzących. Nie wspominając już o tym, że temat był zupełnie inny - chodziło o szkoły z klasami o profilu e-sportowym. I ten wątek próbował podjąć jeden z gości, ale "jaśnie oświecony" Kraśko wciąż mu przerywał. Trochę mnie też rozśmieszyło, że "dwa miliony osób traci czas, a zarabia na tym z tysiąc osób". Podliczając dźwiękowców, animatorów 3D, scenarzystów, reżyserów, aktorów, programistów, osoby odpowiedzialne za lokalizację, catering, sprzątaczki, kompozytorów itd. mam wrażenie, że wyjdzie grubo powyżej tysiąca osób. Choć, równie dobrze, można powiedzieć, że "DDTVN ogląda milion osób, a zarabia wyłącznie Piotr Kraśko". Ale czy taka nieudolna dyskredytacja ma jakikolwiek sens? Inna sprawa, że dla p. Kraśko występowanie w telewizji śniadaniowej jest sporym uwstecznieniem. Niegdyś prowadził Wiadomości w TVP, potem był jakimś ekspertem politycznym w TVN24 (bodajże), a teraz prowadzi taki program. Aż się boję oglądać jak traktuje innych gości, z którymi się nie zgadza. Skoro jednak o tym wspomniałem – uświadomiłem sobie, że to on prowadził Wiadomości, gdy pojawił się ten materiał: Wciąż jestem ciekaw, czy dożyję czasów, gdy gry komputerowe przestaną być postrzegane przez tradycyjne media jako źródło wszelkiego zła? Właściwie to nie jest aż tak źle – w końcu Telewizja Polsat, konkurent TVNu, otwiera kanał z e-sportem, więc, choć nie będę go oglądał, jest jakaś nadzieja. A co Wy o tym sądzicie?   PS. W tym tygodniu Kącik Yody obchodzi swoje 5 urodziny!

MajinYoda

MajinYoda

 

Polityczna poprawność

Przedsłowie: Witajcie po wakacjach! Jak zauważyliście na tym blogu przybyło kilkanaście wpisów. Są to wpisy odzyskane z oryginalnego "Kącika Yody". Niniejszym ogłaszam więc, że ten blog jest oficjalny. Na tamten nie będę już wrzucał nowych wpisów (no, chyba, że mi go naprawią - na co się nie zanosi). Reupload wpisów jeszcze potrwa (zostało mi jeszcze 130...) - będę je jednak systematycznie zamieszczał. === Ostatnie kilka tygodni zajmuje polski internet jedna sprawa – obsada netflixowego serialu o Wiedźminie. Najpierw były spekulacje kto zagra Geralta z Rivii i ostatecznie zostało potwierdzone, że będzie to Henry Cavill, znany z roli Supermana. Szczerze pisząc, nie mam pojęcia czy to dobry wybór, bo nie oglądam filmów o superbohaterach. Ale, mam nadzieję, że będzie jednak lepszy od Michała Żebrowskiego… chociaż nie, ten aktor, choć uważam go za wyjątkowo drętwego, świetnie pasował na Białego Wilka. A już na pewno lepszy niż byłby Tomasz Karolak :P. Źródło: Kwejk Co innego z obsadzeniem roli Ciri, którą, według ostatnich nieoficjalnych (czyt. niekoniecznie prawdziwych) doniesień miałaby zagrać aktorka o innym kolorze skóry niż biały. Nie jestem rasistą, ale mam nadzieję, że to nie przejdzie. Jest przecież tyle innych postaci, które mogłyby być zagrane przez Azjatę, Murzyna czy nawet Indianina. Choć, jeśli pomysł z „niebiałoskórą” Zirael przejdzie to miałbym prośbę do twórców, jeśli to czytają: obsadźcie w roli Emhyra Samuela L. Jacksona i niech co jakiś czas mówi „motherf****r”. Przynajmniej będzie śmiesznie (bo tak, jakby Petroniusz, głosem Bogusława Lindy, mówił do Nerona: „co ty, k****, wiesz o śpiewaniu”). Ogólnie, w całym tym oburzeniu, umyka nam jedna rzecz: Netflix i tak zrobi po swojemu. I nie będzie się przejmował głosem polskich fanów Geralta z prostego powodu – Amerykanie i tak obejrzą a i u nas znajdzie się zapewne sporo widzów, którzy będą chcieli zobaczyć ten serial, choćby dla możliwości krytykowania go. Źródło: Kwejk Jednocześnie, od kilku dni, pojawiają się informację, że aktorka do roli Ciri poszukiwana jest w Polsce. Aż jestem ciekaw co okaże się prawdą :). Przy okazji pojawił się podobny temat: kobiet jako żołnierzy w Battlefield V. Jak wiecie, uwielbiam grać kobietami w grach, choć uważam, że w BF5 jest to mocno ahistoryczne - z tego, co pamiętam jedynie Związek Radziecki miał większe oddziały kobiet w swojej armii. Choć z całą pewnością żadna z nich nie miała mechanicznej ręki  (no, chyba, że w BF5 pojawią się Charlize Theron i Tom Hardy ). Jednakże, co mnie interesuje, to wypowiedź jednego z pracowników EA Patrick Soderlund, który najpierw stwierdził, że „jego córka może grać w Fortnite’a postacią kobiecą a w BF’a nie” a potem dodał „że jak się komuś nie podoba to może nie kupować" i zwyzywał ludzi o niedouków. Świetny strzał we własną stopę. Koleś powinien dostać Ig-Nobla w dziedzinie marketingu ;). Zgadzam się jednak z nim, że kobiece postacie w grach nie są niczym nowym (pierwsza pojawiła się przecież już w 1981), ale jednak powiedzenie „hej, ludzie, to tylko gra! Jest tak dobra, że nawet nie będziecie sobie zawracać głowy, że można grać kobietą” brzmi lepiej niż „w d**** mam wasze zdanie, nie chcecie – nie kupujcie. Moja córka najwyżej nie dostanie nowej skórki do Fortnite’a” ;). Przyznam też, że nie rozumiem działania DICE/EA w tej sprawie - nie mam nic do grania tzw. "mniejszościami narodowymi", ale niech ma to jakiś sens. Nie wyobrażam sobie czarnoskórej kobiety w wehrmachcie. Ani Azjaty, choć to już prędzej. Dodatkowo, z tego co wiem od mojego brata, miłośnika serii BF, rozgrywka jest taka sobie - zupełnie jak w Battlefront II. Albo Fortnite, wspomniany wyżej. Szkoda, bo przecież to właśnie gameplay jest najważniejszy w grach, prawda? Kwestia kim się będzie prowadziło rozgrywkę jest drugorzędna, jeśli oprawa itd. wyrwą gracza z klapek. A tak - przez dziwaczne decyzje i jeszcze dziwniejsze działania EA mocno traci na giełdzie. Ale, ostatecznie, jest to producent gier znany z otrzymywania nagród dla najgorszej firmy :P. Na koniec przyznam, że nie mam nic do "poprawności politycznej" w grach. Nie mierzi mnie to już. Mam też wrażenie, że przez gry stałem się bardziej tolerancyjny. Dla mnie kłopot pojawia się, gdy twórcy próbują wepchnąć poprawność polityczną na siłę, bardziej przejmując się nią, niż dopracowaniem swojego produktu. A jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii? PS. Jakoś tak wulgarny i ciut chaotyczny wpis mi dzisiaj wyszedł. Obiecuję, że za tydzień będzie spokojniej ;).

MajinYoda

MajinYoda

 

MajinYoda i Wreszcie Koniec

Czas na ostatnią część wpisu o książce „Harry Potter dobry czy zły?”. Ta część książki została dopisana po oryginalnym wydaniu pozycji. Żeby nie było tak długo, jak poprzednio (i tak jest niewiele lepiej…), sporo kwestii ominę. Gotowi? Czyli Autorka potwierdza moje przypuszczenia z pierwszego wpisu – ówczesny kardynał, potem papież Benedykt XVI a obecnie papież-emeryt nie znał treści sagi, a swoje zdanie oparł na manipulacjach pani Kuby. Jest to, podobno, cytat z listu kardynała do Autorki. Muszę uwierzyć, że to napisał. Niestety, strona Autorki nie działa, więc nie mogę tego zweryfikować (zresztą – i tak nie znam niemieckiego…). Jeśli ktoś się zastanawia nad użyciem słowa „uwiedzenia” to cierpliwości – Autorka nam to wyjaśni. Tu Autorka odnosi się do zacytowania powyższego fragmentu listu w lipcu 2005 roku w „Montreal Gazette”, czyli w momencie, gdy kard. Ratzinger był już papieżem. Co nie zmienia faktu, że kiedy pisał te słowa jeszcze nim nie był ;). Dodatkowo – na studiach spotkałem kilku księży (w tym wykładowców) i nie mieli problemu z tym, co czytamy. Nawet Harry’ego Pottera. Czy tym samym działali wbrew zdaniu papieża? Tak, Autorka odnosi się i do tego zarzutu, który popieram. Zobaczycie zaraz – dlaczego. Mylić się jest rzeczą ludzką ;). Jeśli jednak ówczesny kardynał a potem papież miał takie zdanie, to znaczy, że z czegoś wynikało. Ciekawe tylko – z czego? Widzicie, kłopot w tym, że NIGDY nie odpowiedział. Więc Autorka nie ma tu żadnego argumentu. Autorka zadaje pytanie a potem sama sobie odpowiada pytaniem retorycznym – to dopiero „cód” :P. Czas na analizę listu. Nie wiem jak to się ma do Harry’ego, ale wiem jedno – cieszę się, że nie dałem się uwieść i wykorzystać i wypożyczyłem tę książkę a nie kupiłem. Bo czułbym się zbrukany… I tak się czuję czytając te głupoty, ale przynajmniej mniej boli... Znowu nie wiem, co to ma do Harry’ego. Poza tym, według Biblii Tysiąclecia, wąż nie mówi o nieśmiertelności a o tym, że nie umrą po zjedzeniu owocu: „4 Wtedy rzekł wąż do niewiasty: «Na pewno nie umrzecie! 5 Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło».”. Dodatkowo – jak mieli przejrzeć kłamstwa węża, skoro nie umieli odróżnić dobra od zła? Ale nie wchodźmy na ten teren – no, chyba, że ktoś zna odpowiedź :). Nie kminię tego, tak szczerze pisząc. Chyba po to czytam książkę z nurtu literatury fantasy, by przenieść się do świata fantasy? Jakbym czytał literaturę s-f to chciałbym się przenieść do świata s-f, a nie zostać we własnym. Od tego są inne gatunki! Nie wiem też co Autorka miała na myśli pisząc o „regułach stosunków międzyludzkich”? Z ostatnimi dwoma zdaniami też się nie zgadzam, w kontekście HP – przecież w świecie czarodziejów obowiązują reguły, a za ich złamanie grozi Azkaban. Znowu czegoś tu nie rozumiem – czym jest prawo oparte na bezprawiu? Nie, serio, nie mam pojęcia o co Autorce chodzi. Szczególnie z zestawieniem z bezinteresownością działań Harry’ego i spółki. Źródło: www.meme-arsenal.com Droga Autorko, już odpowiadam. Otóż… każde wychowane w chrześcijańskim domu. Serio! Dzieci (te najmłodsze) najczęściej robią to, co im rodzicie wpoili. Później bywa z tym różnie, fakt, ale wpływ mają na to rozmaite czynniki. Zresztą, równie dobrze Autorka mogłaby napisać „Które dziecko, pozostające od szóstego roku życia w świecie Władcy Pierścieni (…)”. To tylko literatura! Mam na to jedną odpowiedź: Źródło: Fawlty Towers Ale długi fragment. Fanatyzm podyktowany własną pseudoreligijnością aż z niego bije. Bo w pierwszym przypadku – zabawki i księgarnie – to czysty marketing. Ludzie chcą zabawki/ksiązki z ulubioną postacią to je dostają. W tych samych sklepach pojawiają się także prezenty na Komunię, Chrzest, Ślub itd. Z tego jakoś zarzutu Autorka nie robi – i słusznie! Zaskoczyła mnie muzyka w tym akapicie – o co chodzi? Ja w 2005 roku słuchałem…hmm… Eminema? 5-2 Dębiec? Asceto? Chyba tak. Jestem też ciekaw jak Autorka chciałaby stawiać opór? Stosy, krucjaty?  I nie wiem nad czym bardziej bym płakał - nad tym, że dziecko czyta Harry'ego Pottera, czy nad tym, że chce wylecieć ze szkoły (vide pierwszy wpis ). Tego akurat nigdy nie rozumiem – fakt, że jest jakaś fanatyczka nie oznacza, że cały Kościół tak myśli. Ale skoro duchowni ją legitymizują to i im się obrywa. Dalej znajdują się przykładowe listy, ponoć wysłane do Autorki przez fanów HP. Są strasznie długie i dość jednolite w treści, przy czym Autorka najpierw je streszcza w punktach, ale to pominę (bo wpis byłby jeszcze dłuższy…). Dodam jedynie, że nie popieram wrzucania wszystkich do jednego worka. Na zakończenie – „10 argumentów przeciw Harry’emu Potterowi”, z dopiskiem na końcu „SKSERUJ I PRZEKAŻ DALEJ”. Mi jednak wygodniej będzie przepisać i rozprawić się z tym punkt po punkcie ;): Innymi słowy – wszystkie książki, w których pojawia się magia, trzeba spalić (poza kilkoma wybranymi przez Inkwizycję, jak mniemam). A słowo „pokonało” jest użyte całkiem ciekawie w kontekście historii (IYKWIM). Czemu akurat Hogwart? Bo dyrektorem szkoły był Adolfus Hitledor (wybaczcie – musiałem ;))? I, jak już pisałem w zeszłym tygodniu, rasistami są w sadze wyłącznie postacie złe. Ponadto, w murach szkoły nie było też ofiary krwi – cmentarz, na którym takowa się dokonała, znajdował się hen daleko od szkoły. Ale Autorka czytała jakiegoś bryka, więc trzeba jej wybaczyć ;). Źródło: Star Trek Jak już pisałem – Harry ostatecznie poradził sobie z Voldemortem w piątym tomie. Nie było to też tak do końca opętanie. A już na pewno nie traci swojej osobowości! Ta, i dlatego do Hogwartu nie przyjmują czarodziejów urodzonych w rodzinach nie-czarodziejów. Oh, wait: Hermiona. Dodatkowo – Dursleyowie są specjalnie pokazani tak, by czytelnik ich nie lubił. Nie stanowią oni żadnego odniesienia do innych osób. Bo to tak jakby napisać, że bracia Grimm pokazują, że wszystkie macochy są złe, bo jedna gnębiła Kopciuszka. Choć, fakt, czarodzieje niekiedy wyśmiewają mugoli (bodajże pan Weasley mówi raz, że mugole nie potrafią patrzeć). Ale tak samo my stereotypowo patrzymy na inne narody. Nie rozumiem tego punktu, kompletnie. Jakie boskie symbole są wynaturzone? Porównanie wysokości pomieszczenia do katedry? Czy żarcik z zamianą „Merry Christmas” na „Harry Christmas”? Eee… a Dobra Czarownica Gladiola z Czarnoksiężnika z krainy Oz? A wróżka chrzestna z Kopciuszka? Gandalf z Władcy Pierścieni? Niebieska wróżka z Pinokia? Autorka coś dużo magicznych postaci przegapiła. Ale te baśnie są „chrześcijańskie”, nie? Szczególnie te, które wywodzą się z czasów pogańskich – typu Kopciuszek (vide - historia Rhodopis z 7 wieku pne) :P. Autorka nadal pisze o Harrym czy o własnej książce? Bo z tych dwóch to akurat Autorka manipuluje. Tego argumentu kompletnie nie rozumiem. Serio! Gdzie w Harrym rządzi zło? Fakt, przez chwilę nie jest wesoło w świece czarodziejów, ale bohaterowie ostatecznie pokonują Voldemorta i jego popleczników – i to w każdym tomie! Równie dobrze ten zarzut mógłby się odnosić do Śródziemia – gdzie rządzi zły Sauron. Cóż za samokrytyka :P. Tak, wiem, co Autorka miała na myśli, ale właśnie strzeliła sobie samobója, bo można to inaczej zinterpretować :P. Mi jednak zależy na różnorodności opinii – ktoś lubi rosół, inny woli psy a ktoś jeszcze inny czytanie Harlequinów. To jest różnorodność – a nie pisanie, ze „rosół to danie zbrodniarzy wojennych”, „psy to ogary szatana” a „Harlequiny to tanie porno dla gospodyń domowych”. Ale, chyba, Autorka źle rozumie pojęcie „różnorodność poglądów”. I to jest jej pogląd, z którym się nie zgadzam, ale przyjmuję do wiadomości. Bo nie naśmiewam się z niego, lecz z podstaw, u jakich on leży. Z tym punktem Autorka poleciała na Icarusa punkt Beagle (info potwierdzone przez @Pawcio7327 :)) i leci dalej. Narzucanie innym swojego światopoglądu jest atakiem na wolność wyznania. I właśnie tak się czuję – Autorka obraziła moje uczucia religijne używając "mojej" religii do własnych celów. Kończąc ten wpis i przygodę z tą pozycją chcę zwrócić uwagę na coś jeszcze – podczas pracy nad tymi trzema wpisami poczytałem sobie o Autorce i dowiedziałem się, że kilka lat przed publikacją tej ksiązki zmieniła ona wiarę na katolicyzm. Zdałem sobie wtedy sprawę, że zwyczajnie chce się ona swoim fanatyzmem „wkupić” w łaski innych fanatyków. Wiecie – neofici zawsze muszą być świętsi od wszystkich świętych. Życzę Wam udanych wakacji. Do bloga wrócę w drugiej połowie września! Trzymajcie się ciepło!   PS. Zajrzyjcie pod ten link. Jest tam coś specjalnego dla Autorki :P.

MajinYoda

MajinYoda

 

MajinYoda i Bryk Totalny

Jak tam Wasze zdrowie psychiczne po zeszłotygodniowym wpisie? Mam nadzieję, że dobrze, bo czas na drugą część przygód w demoniczno-satanistyczno-okultystyczno-ateistycznym świecie Harry’ego Pottera. Tym razem będzie to wyglądało ciut inaczej. Autorka poświęciła cały rozdział opisaniu i jednoczesnym skomentowaniu wydarzeń z Zakonu Feniksa – na jednej stronie znajduje się streszczenie a na drugiej – komentarz. U mnie nieco to zmodyfikuję – komentarz będę zaczynał od ukośnika „/” i zapisywał kursywą. Do tego mocno to skrócę – choć robię to z bólem, wierzcie mi. Wszystkie boldy pochodzą z książki :). Gotowi? Jak pisałem poprzednio – Autorka albo nie umie czytać ze zrozumieniem (może wyrzucili ją ze szkoły i nie miała nic przeciwko?) albo czytała jakiegoś „bryka”. Bowiem, o czym osoby, które czytały Pottera, dobrze wiedzą, w liście z Ministerstwa jest wyraźnie napisane, że, poza wyrzuceniem ze szkoły (co już samo w sobie jest straszne), Harry straci swoją różdżkę. Bez której nie może czarować, ergo – walczyć z Voldemortem! Nie wiem jak jest w wersji niemieckiej, ale Harry jednak reaguje na zdjęcia, które pokazuje mu Moody – „było dla niego przykrym wstrząsem” (V, 199). Oczywiście, Autorka zapewne miała tu na myśli sposób opowiadania tej historii przez Szalonookiego. I znowuż Autorka się popisała swoją „wiedzą” – jakby Moody miał rozpaczać przy każdym zgonie kogoś z Zakonu (szczególnie ponad 15 lat później, za to w obliczu zagrożenia) to Voldemort już dawno by ich wszystkich wyrżnął. Brzmi to strasznie, ale tak to działa i w realnym świecie. Ale spoiler na koniec :P. Oczywiście, Autorka nie wspomniała nawet słowem, że Syriusz miał powody, by nienawidzić własnej matki. Do tego zapomniała, że Black NIE dokonał mordu, za który jest ścigany. Ale fakt – Brando, de Niro i Pacino byli pozytywnymi ojcami chrzestnymi (a, no tak – Puzo był (chyba…) katolikiem, więc mu wybaczamy). Widzę, że Autorka ma kompleksy na punkcie tego, co robili jej rodacy, więc śpieszę z wyjaśnieniem tej arcyzawiłej kwestii. Otóż…(pauza)…ideologię rasistowską wyznają w Harrym Potterze postacie ZŁE, negatywne. Czuli te, z którymi Potter i jego przyjaciele walczą. Nie byłoby to też nic dziwnego - ani nagannego - u niemieckiego, amerykańskiego, polskiego, rumuńskiego ani nawet iworyjskiego twórcy. Taaa… „Jestem waszym nowym nauczycielem informatyki. Komputery to zło, pornografia i Szatan, więc na moich lekcjach będziecie wszystko przepisywać z podręczników do zeszytów. Jaki Python? Za młodzi jesteście. A teraz przepiszcie stronę trzecią z podręcznika…”. Taki sam jest sens działania Umbridge – i czemu Autorka się tym zachwyca? Aż dziwne, że mając naście lat (gdy czytałem pierwszy raz piąty tom) bez problemu wychwyciłem czym posługiwało się Ministerstwo i podległy mu „Prorok Codzienny” - propagandą i manipulacją. Czyżby Pani Socjolog nie znała tych pojęć? Oczywiście, że je zna – w końcu sama je stosuje. Więc raczej kłania się tu fanatyzm połączony z czytaniem miernej jakości streszczeń. Źródło: destrudo.pl To jest dobre pytanie – dlaczego uczniowie nie reagują, gdy nauczyciel gnębi jednego z nich? I dlaczego nauczyciele nie reagują gdy uczniowie gnębią innego? Autorka chyba nigdy nie była świadkiem takich wydarzeń (skoro chciała wylecieć ze szkoły :P), ale tak się zdarza. Szczególnie, gdy chodzi o ucznia z jakiegoś powodu nielubianego (tu – Harry najpierw w dziwnych okolicznościach pojawił się z trupem uwielbianego Cedrika, a potem zaczął mówić o powrocie Voldemorta). Kto Autorkę uczył socjologii? O co tu z kolei Autorce chodzi? Szkoda, że Autorka nie przedstawiła kontekstu słów Harry’ego – podczas ich pocałunku Cho płakała, ale nie dlatego, że Harry źle całował, tylko z powodu ciągłej rozpaczy po ukochanym Cedriku i rozdarciu z powodu uczuć do Harry’ego (o czym, na tej samej stronie, mówi Hermiona)! Więc opis przedstawiony przez Pottera był trafny i dość zabawny. Z całą pewnością nie miał nic „gasić”. Ech… moja polonistka z liceum już by Autorce „plombę” wstawiła ze znajomości lektury. Eee… ale to był pokłon (wymuszony, jak słusznie zauważa Autorka) przed pojedynkiem, a nie jako oznaka uległości – to jednak spora różnica. Widać, że Autorka manipulację opanowała do perfekcji. Szkoda, że tak łatwo opętała omamiła tyle osób, które jej uwierzyły… W tym miejscu zacząłem się poważnie zastanawiać czy Autorka kiedykolwiek była w wieku Harry’ego? Bo nauczyłaby się czytać ze zrozumieniem – nie była to przysięga jako taka, lecz hasło do Mapy Huncwotów. Było to dokładnie opisane w tomie trzecim. Ale pewnie w streszczeniach nic o tym nie piszą :P. Tu Autorka wreszcie napisała coś mądrego. Chociaż z tym brakiem sprzeciwu to przecież nieprawda – bohaterowie reagują, głównie olewając Ślizgona. Rozprawmy się z tym fragmentem po kolei – Harry nie chce zostać w Hogwarcie na Święta, bo: 1. nie będzie spotkań GD, 2. Hermiona wyjeżdża na narty z rodzicami, 3. Harry myśli o samotnym Syriuszu, 4. Ron jedzie do domu… i zabiera ze sobą Harry’ego! O czym Autorka, oczywiście, nie wspomina, bo po co? Odnośnie dekoracji – bombki są jak najbardziej dekoracją bożonarodzeniową. Nawet, jeśli mają napis niezwiązany ze świętami (mam kilka bombek z kotami – czy to oznacza, że jestem sługą Szatana albo czczę Bastet?). Również rozwieszanie w tym czasie zdjęć/podobizn przyjaciela (jakim Harry niewątpliwie jest dla Zgredka) nie są czymś nagannym. Autorka ponownie nadinterpretuje i manipuluje. Nie wspominając już, że przeoczyła, że czarodzieje obchodzą Boże Narodzenie! I to w sposób taki sam, jak „mugole”. Eee…. Bo nią są? I kolejna pała ze znajomości lektury… Technicznie rzecz ujmując Harry nie staje się wężem, lecz widzi oczami węża. Fakt, Voldemort kontrolował węża, ale nie kontrolował Harry’ego – to subtelna różnica. Na tym etapie powieści Harry nie ma pojęcia co się dzieje. Fakt, że nie chce spać, by znów kogoś nie zaatakować świadczy, moim zdaniem, o tym, że jednak chce się uwolnić od bycia wężem. Ciekawe czy ten komentarz dotyczy też współczesnych znachorów (IYKWIM). Czy ten komentarz jest we właściwym miejscu? Bo albo ktoś popełnił błąd albo faktycznie Autorka nie umie czytać ze zrozumieniem. Nie widzę bowiem w tym fragmencie nienawiści – Harry nie chce zranić niewinnych ludzi – ani szału – siedzi blady, „lekko” przerażony, ani tym bardziej chęci samozniszczenia. Czy ktoś – ktokolwiek – umie mi wytłumaczyć sens komentarza? O ile wygląd babci Neville’a miał, moim zdaniem, przywodzić na myśl typową czarownicę – wiece: starsza kobieta w czarnym szpiczastym kapeluszu, mająca szponiaste dłonie – tak nie rozumiem o co chodzi z tym „nie dziwi jej”. Co ma ją dziwić po 15 latach? Czy Autorka nigdy nie spotkała się z osobami chorymi – szczególnie tymi z uszkodzonym (w ten czy inny sposób) mózgiem? Pamiętam jak mój świętej pamięci Dziadek potrafił się zachowywać po wylewach – stał się innym człowiekiem i było widać, ze zmiany charakteru postępują z czasem. Dodatkowo, co Autorka „całkiem przypadkiem” zepchnęła na dalszy plan: pani Longbottom  przez cały ten czas odwiedzała, razem z wnukiem, swojego syna i synową! Do tego widziała w obojgu bohaterów, ale też wiedziała co im się stało. Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Granny_Weatherwax I kolejna pała – Syriusz nie lubił swojej kuzynki, nawet walczył przeciw niej i jej stronnikom. Dodatkowo – jak miał niby powstrzymać ją od torturowania Longbottomów (do czego Autorka się zapewne odnosi), skoro w tym samym czasie sam był już, najprawdopodobniej, w drodze do Azkabanu za zbrodnię, której nie popełnił? Miał ją wysłać do spychologa? To by tylko pogorszyło sprawę :P. Ponadto - Bellatriks nie trafiła tam „na jakiś czas” tylko na dożywocie. Fakt, uciekła stamtąd, ale to inna sprawa. Nie wiem co Autorka miała na myśli – chwali dyrektora Hogwartu czy ironicznie go gani? Jak myślicie? No, nie wiem czy Cho była straszna i zła :P. A w euforii człowiek całuje różne rzeczy. Szczególnie list, który daje im wymarzone uprawnienia. Ciekawe czy Autorka ma jakieś liczby i szkoda, że ich nie podała. Fakt, te „praktyki” są znane od… bo ja wiem… tysięcy lat? Przecież wieszczki-wróżbici pojawiali się już w mitologii greckiej. Więc nie są niczym nowym. Dodatkowo, Rowling stworzyła świat magiczny, nawiązujący do naszego, prawdziwego. Ciekawe co by Autorka powiedziała na np. Zakład Komunikacji Post Mortem na uniwersytecie? I kolejna „plomba”. Autorka pominęła fakt, że: 1. Snape również nie przepadał za Umbridge i powiedział jej, że nie ma zapasu takiego eliksiru, 2. nie lubił Harry’ego, 3. tekst o truciźnie był raczej ironiczny i Severus z całą pewnością nie miał zamiaru żadnej używać. Nie rozumiem – jacy inni uczniowie? Przecież w tym miejscu był tylko Harry, Hermiona i pani Umbridge. Luna, Ginny, Ron i Neville dołączyli do nich później. Znowu nie rozumiem – to chyba dobrze, że Hagrid opiekuje się bratem? Nawet jeśli ten jest… specyficzny. Już spieszę z odpowiedziami, bo w brykach najwyraźniej tego nie ma: 1. Harry, widząc swoje nazwisko, z ciekawości sięgnął po kulę i chyba każdy by tak zrobił, 2. przepowiednię mogła wziąć wyłącznie osoba, której ona dotyczyła – a Voldemort nie mógł ot tak sobie wkroczyć do Ministerstwa, skoro nikt nie wierzył w jego powrót (choć ostatecznie musiał to zrobić). Ech… kolejna jedynka – więc po kolei: 1. Voldemort, używająć krwi Harry’ego do odrodzenia się, częściowo zniwelował ochronę Pottera, 2. dał mu siłę przez przypadek, nieumyślnie!, 3. skoro uratowało go serce to znaczy, że nie jest zależny od Voldemorta – chociaż, faktycznie, Riddle go wmanipulował i częściowo przejął umysł w Departamencie Tajemnic. Autorka chyba naprawdę nie chodziła do szkoły – nie odróżnia faktycznej miłości od zauroczenia. Może to być szok dla Autorki, ale nie każdy związek – zwłaszcza nastoletni - kończy się happy endem i nie zawsze jest to miłość jako taka. Takie jest życie. I na tym zakończę ten siedmiostronicowy (!!!) wpis, najdłuższy w historii mojego bloga. Za tydzień poznamy zakończenie tej pasjonującej książki.

MajinYoda

MajinYoda

 

MajinYoda i Fanatyzm Pseudoreligijny

Na tym blogu pokazywałem już głupoty wypisywane o grach (co, zasadniczo (i niezamierzenie), było fundamentem KY), nabijałem się z głupot o anime, gdzieś tam pojawiły się też filmy… Tym razem zajmę się czymś innym – „mądrościami” o serii książek o Harrym Potterze. Będzie to przygoda wyjątkowa, ponieważ zamiast tradycyjnych dwóch części będą trzy. Nic nie poradzę – stężenie fanatyzmu jest tu zbyt wysokie. Książka „Harry Potter – dobry czy zły” została napisana przez niemiecką socjolog Gabriele Kuby w 2003 roku. Ja posiadam polską wersję z 2006 roku, przetłumaczoną przez Dorotę i Wojciecha Muszyńskich, więc na końcu znajduje się dodatkowy rozdział, dopisany w 2005 roku – znajdzie się on w trzecim wpisie. Sama książka jest, chyba, najczęściej cytowaną pozycją przy krytyce książek Rowling – nawet na okładce widnieje dumny napis „rekomendacja Benedykta XVI”. Cóż, podejrzewam, że obecny papież-emeryt nigdy nie czytał HP (Autorka zresztą też nie, choć twierdzi inaczej, o czym niedługo się przekonacie), a wiedzę o nim zaczerpnął z tej pozycji… i można powiedzieć, że tak to się zaczęło… Więc i ja zacznę. Najpierw – „Przedmowa”: Zagaja Autorka. Fakt, wziąłem tę książkę do ręki z zupełnie innych powodów, ale powiedzmy, że okej. Przeczytałem sagę i chcę wiedzieć czy jestem satanistą. W tym fragmencie nie ma jeszcze nic takiego, ale spokojnie, małymi kroczkami… Tu już zaczyna się „fanatystyka (pseudo)religijna”, co zaraz zauważycie ;). Zaręczam, że po lekturze moich trzech wpisów o tej książce spalicie swoją kolekcję Potterów. Zobaczycie! Jeśli dziwi Was podkreślenie „ideologii rasistowskiej” wszystko stanie się jasne w przyszłotygodniowym wpisie. Uchylę rąbka tajemnicy – Autorka ma lekkie kompleksy ;). Pomijając fakt, że Rowling nie jest ateistką, to reszta tego wywodu powinna u Was zapalić czerwoną lampkę. Bo, przynajmniej dla mnie, wynika z niego, że: 1. Tolkien nie miał nieograniczonej wyobraźni, 2. osoby praktykujące posiadają ograniczoną wyobraźnię, 3. Autorka nie czytała sagi HP. Dodatkowo – ciekawe czy Autorka pisała te słowa na komputerze? Jeśli tak, to właśnie wsparła dzieło jednego z „ojców” informatyki – Alana Turinga. Homoseksualisty. Powinna natychmiast iść do egzorcysty :P. Erm… Czy Autorka właśnie sugeruje, że większość uczniów marzy o tym, by wylecieć ze szkoły? Czy byłby to Hogwart czy technikum budowlane, zawodówka czy liceum chyba większość osób tam uczęszczających chciałaby ukończyć swoją edukację? Ktoś-coś? Z ciekawości zajrzałem do internetu: Sejm, Cionek (( ͡° ͜ʖ ͡°)), Mundial, Trump, Kim, Dawid Podsiadło… brr… sama magia i Szatany!! Kiedy Autorka pisała te słowa „Zakon Feniksa” był ostatnim tomem cyklu. Jego streszczenie znajdziecie w kolejnym wpisie (tym za tydzień). Ale po drodze będzie omówiony „Kamień Filozoficzny”, więc zostańcie ze mną ;). To ja mam pytanie – czy duszę da się też przykryć czymś innym? No wiecie – kocem, na przykład? Dodatkowo – (I, 18) oznacza tom I, strona 18 z polskiego wydania HP. Czas na przedstawienie przez Autorkę bohaterów i miejsc akcji sagi. Wybrałem co ciekawsze fragmenty, bo by się wszystko nie zmieściło na blogu: Też bym miał koszmary gdyby moi rodzice zostali zamordowani. I przerażałoby mnie, gdybym słyszał głosy. Co do opętania i podwójnej osobowości – trochę to naciągane. Rozumiem, że obaj są w pewien sposób połączeni, ale opętanie nie działa w dwie strony, nie? Co za szatańska postać, nie? Nie dość, że Czarny (Black) to jeszcze morderca! Szkoda tylko, ze Autorka zapomniała, że Syriusz NIE dokonał wspomnianego mordu. I nie został usunięty z Ministerstwa. Poza tym – wszystko się zgadza :P. Źli – tak. Ale brzydcy? Trudno nazwać Draco Malfoya „o bladej, chudej twarzy” (czyli w stylu angielskiej arystokracji) brzydkim. Dodatkowo – co z pozostałymi domami? Zaraz się dowiecie. Jeśli i Wam zaświtała myśl: „hej – przecież Remus Lupin był czarodziejem!” to znaczy, że źle czytaliście sagę i powinniście ją przeczytać jeszcze raz, bo „Autorka ma rację” :P. Eee… a co z punktami? Przecież za przewinienia ucznia karany jest jego Dom. Może też zostać relegowany ze szkoły. Czemu Autorka o tym nie wspomniała? I gdzie ta „powszechna” przemoc? Fakt, zdarzały się różne sytuacje, ale tak jest w szkołach. Nic się na to nie poradzi. Powyższe cytaty, ponoć, pochodzą z oficjalnej strony świata HP. Czy tak było tam napisane – nie jestem w stanie zweryfikować. Zauważyłem też, że Autorka tylko tutaj wspomina o pozostałych dwóch domach. A przecież Krukoni i Puchoni odgrywają ważne role, szczególnie w późniejszych tomach (np. Cedrik Diggory z Hufflepuffu czy Cho Chang i Luna Lovegood z Ravenclaw). Też macie trochę wrażenie, że Autorka czytała, jak to nazywała moja polonistka z LO, jakiegoś bryka a nie książki? Bo skąd się wzięła biblioteka na Pokątnej? Pewnie chodzi o miejsce, z którego Hermiona wypożyczyła książkę o Eliksirze Wielosokowym… Ale wypożyczyła ją ze szkolnej biblioteki a nie zasuwała do Londynu! Ludzkich paznokci też sobie nie przypominam – jedynie jest on wymieniany jako składnik wspomnianego Eliksiru Wielosokowego. Ale ich się nie kupuje! Szczególnie, ze dalej Autorka pisze, że ten składnik pojawia się w tomie… czwartym. Przekartkowałem Czarę Ognia i nie znalazłem (jeśli ktoś znajdzie – niech da znać ;)). EDIT - ludzkie paznokcie (czy raczej - coś przypominającego ludzkie paznokcie) pojawiają się w drugim tomie. Ale nie są sprzedawane na Pokątnej, lecz na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu. I nie odgrywają żadnej roli w sadze... (dzięki @mongol13 :)). Na koniec - czas na omówienie treści pierwszego tomu HP. Autorka w zasadzie streściła Kamień Filozoficzny, więc szkoda miejsca na wszystko – niewiele tu ciekawego. Niemniej, wybrałem parę ciekawszych fragmentów: Tu akurat popisali się tłumacze – Voldemort, będąc niemowlęciem, zabił Harry’emu rodziców :P. Okeeej… O ile początku nie mam się co czepiać, tak nie bardzo rozumiem skąd tu liczba mnoga? Po Pottera przybywa Hagrid – jedna osoba. Chyba, że chodzi o listy, ale te, poza irytacją, nie zmuszają Dursleyów do niczego… Aż dziwne, że zostało to pominięte ;). Jak widzicie - jest to rozwinięcie jednej z wcześniejszych myśli. Nie mam pojęcia skąd Autorka wzięła ten opis. Taki Neville – do momentu, gdy aktor go grający się zmienił – był „pyzatym chłopcem”. Dodatkowo, nie bardzo rozumiem zarzutu, że ci źli są pokazywani jako „brzydsi”. Jakby byli „piękni” to by się Autorka pewnie oburzała, że zło jest ładne w tej książce :/. Trudno mi jakoś odnieść się do tego, czy to „lubi”. To w sumie normalne, że jedenastoletni chłopiec chce zrobić coś wbrew zasadom. Choć, w tym przypadku, raczej jest niekiedy zmuszany okolicznościami do ich łamania (vide akcja ze smokiem Hagrida). Ale żeby zaraz to lubić? Dodatkowo - Harry stracił sporo punktów w pierwszym tomie właśnie za łamanie zasad – o czym Autorka raczyła zapomnieć. Fakt, Dumbledore później i tak dał Harry’emu, Ronowi, Hermionie i Neville’owi masę punktów, ale – cytując „klasyka” – one im się po prostu należały :P. (ech, a miało nie być polityki na moim blogu…) Autorka sama sobie przeczy – to jest „upominany z przymrużeniem oka” czy „dręczony przez nauczycieli” (chyba tylko przez Snape’a)? Skąd ta nagła zmiana? Dodatkowo - choć Malfoy i jego kumple dokuczają Harry’emu to jednak zyskał też co najmniej trójkę wiernych przyjaciół, nie wspominając o drużynie Quidditcha. Oraz uwolnił się (przynajmniej na czas roku szkolnego) od gnębiących i, właściwie, nienawidzących go krewnych. Moim zdaniem - profit. Tu Wam wyjaśnię – według Autorki każda magia jest „czarna”, więc, według niej, nic by się nie zmieniło, gdyby władzę przejął Voldemort. Ot, takie jest właśnie rozumienie świata przedstawionego… Nie bardzo rozumiem – słowa te wypowiada ZŁA postać, której mamy nie lubić. Więc w czym problem? Czarne charaktery w niemal każdym uniwersum mają tendencję do durnych i przydługich gadek o mocy, złu i potędze :P. Tu nie ma się czego przyczepić… I gdyby tylko Autorka na tym zakończyła… Nie wiem czego Autorka się spodziewała – przecież to fantasy! Halo! A opętanie i diabeł? Przecież nawet we wspominanym przez Autorkę Władcy Pierścieni też to jest – Sauron („diabeł”) opętuje: (edit) Dodatkowo, Frodo, pod koniec, praktycznie poddał się woli Pierścienia i bez interwencji Golluma (który zrobił to, by odzyskać swój "skarb", a nie z dobroci serca) trudno powiedzieć co by się stało. Ale przecież Tolkien-katolik miał coś zupełnie innego na myśli, co? Nie to, co Rowling-„ateistka”-satanistka! Nie wspominając już, że Voldemort jest pokazany jako postać zła, którą należy pokonać. Czuję się zdezorientowany tym boldem… I długością zdania z tym boldem… nie wiem jaki Cyryl za nim stoi, ale jego Metody źle na mnie wpływają… I tym akcentem lepiej zakończę ten wpis. Drugą część moich przygód w świecie przygód Autorki w świecie Harry’ego Pottera poznacie za tydzień. Czujcie się ostrzeżeni!

MajinYoda

MajinYoda

×