Skocz do zawartości

LukasAlexander

Forumowicze
  • Zawartość

    97
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    6

LukasAlexander wygrał w ostatnim dniu 2 Grudzień 2018

LukasAlexander ma najbardziej lubianą zawartość!

Reputacja

36 Neutralna

O LukasAlexander

  • Ranga
    Ork

Ostatnio na profilu byli

2763 wyświetleń profilu
  1. LukasAlexander

    Koniec gry #47 - Amnesia: A Machine for Pigs

    Remothered: Tormented Fathers widziałeś? Tak, piszę to odnośnie ostatniego "spoilera".
  2. LukasAlexander

    Oświęcim w Oczach SS- Kremer

    Oświęcim w Oczach SS Tytułowa publikacja wpadła mi w ręce przypadkiem- w naszym domu kultury ktoś zrobił sobie z niej podstawkę pod regał. Kim bym był, gdybym pozostawił tam książkę na okładce której widnieją dwie, bardzo wymowne "błyskawice"? 300-stronicowy tomik wydany został przez Państwowe Muzeum Oświęcimskie w 1976 roku. Na pierwszej stronie znajdujemy nazwiska "autorów": Höss, Broad i Kremer. Celowo posłużyłem się tym terminem, ponieważ całość to nic innego niż odpowiednio zredagowane zapiski wspomnianych SS-manów. Pierwszy był komendantem KL Auschwitz, drugi członkiem Politische Abteilung (odpowiednik Gestapo) a ostatni to lekarz obozowy. Höss i Broad spisali swoje wspomnienia w więzieniu- można by rzec, dla potomnych. Kremer prowadził pamiętnik "na bieżąco", przez co materiał był bardziej wiarygodny z punktu widzenia komisji śledczej. Wszyscy trzej starali się podczas procesu usprawiedliwiać i negować swoje czyny na różne sposoby. Komendant twierdził np. że ostatecznie nie miał wpływu na to jak wartownicy traktują swoje ofiary. Jego zadaniem było pilnowanie aby "machina" pracowała tak jak powinna. Obóz Śmierci został w jego mniemaniu zrównany z fabryką, którą miał zaszczyt prowadzić. Uważał się wręcz za jednego z architektów dziejowych wydarzeń. Broad jako szeregowy żołnierz nie mógł tłumaczyć się w podobny sposób. Brał bezpośredni udział w ludobójstwie rozgrywającym się za drutami kompleksu. W swoich wspomnieniach zawarł bardzo wiele szczegółów z tamtych dni. Co zatem zrobił, że udało mu się uniknąć egzekucji? Może się to wydawać absurdalne, ale zwyczajnie o sobie nie wspominał. W trakcie procesu nie udowodniono mu niczego, poza samą obecnością w miejscach gdzie dokonywano zbrodni. W świetle braku dowodów został po pewnym czasie wypuszczony n wolność. KREMER Kremer to postać trochę bardziej skomplikowana. Od młodości związany z nauką i środowiskiem uniwersyteckim. Posiadał tytuły doktora w dziedzinie medycyny i filozofii. Formalnie należał do intelektualnej elity III Rzeszy, i jako jeden z pierwszych docentów Münsteru otrzymał partyjną legitymację NSDAP. Do SS dołączył w roku 1935 i należał do grupy najstarszych przedstawicieli tej formacji pełniących służbę w kompleksie oświęcimskim. Jako lekarz obozowy przebywał tam zaledwie przez trzy miesiące 1942 roku (wrzesień-listopad), i na postawie tego został w PRL'u skazany na karę śmierci (1947). Z racji podeszłego (60 lat) wieku został osadzony w więzieniu na całą, kolejną dekadę. Podobnie jak wielu swoich "kolegów po fachu" wykazywał się wzorowym zachowaniem i po wyjściu na wolność udał się do RFN aby odgrywać "męczennika niemieckiej sprawy". W związku z powyższym, ponownie zasiadł na ławie oskarżonych i otrzymał wyrok w wysokości 10 lat pozb. wolności, z uwzględnieniem kary odbywanej w naszym kraju. Tym razem nasz "bohater" więzienia uniknął, ale władze uniwersyteckie postanowiły odebrać mu tytuły naukowe. Zmarł w latach sześćdziesiątych. Znamy już jego historię. Co więcej mogą powiedzieć pamiętniki? Kilkadziesiąt stron zapisków ilustruje nam Kremera jako nazistę i ekscentrycznego inteligenta. Niby nic niezwykłego, ale diabeł tkwi w szczegółach. Johann podobnie jak wielu ówczesnych naukowców zajmował się zagadnieniem dziedziczności. Przez długi czas badał możliwość przekazywania potomstwu urazów ciała doznanych przez rodziców. W środowisku uniwersyteckim nie był popularny z tego powodu. Koledzy po fachu uznali, że postawiona przez niego teza jest absurdalna i kiedy tylko mogli, wyrażali w tej kwestii niepochlebne opinie. Kremer starał się w tamtym okresie o posadę wykładowcy w Münsterze i wielokrotnie wspominał, że zawiązał się przeciw niemu spisek- istna pajęczyna intryg. Ktoś postawił sobie za cel zanegować dzieło jego życia. Czym w rzeczywistości była jego praca? Nosiła tytuł "Godny uwagi przyczynek w sprawie dziedziczenia okaleczeń" i traktowała o "kotach z kikucimi ogonami". Autor próbował dowieść, że zwierzę które straciło w wypadku ogon będzie miało w przyszłości równie "niedoskonałe" potomstwo. Teza miała odnosić się również do ludzi, i faktycznie zdarzały się osoby informujące Kremera o podobnych przypadkach we własnej rodzinie. Cała sprawa osiągnęła apogeum absurdu gdy doktor wysłał do jednego z lokalnych biskupów list w którym prosił o pomoc w poszukiwaniach innych "kotów", ponieważ te badane przez niego gdzieś zaginęły razem ze swym właścicielem. Trzy miesiące w Auschwitz Wpisy dotyczące okresu od września do listopada sprawiają wrażenie czegoś wręcz nierealnego. W tym czasie Kremer pełnił funkcję lekarza obozowego i był obecny podczas kilku egzekucji. Zazwyczaj jego zadaniem było stwierdzanie zgonów lub doraźna pomoc SS-manom którzy dostali się przypadkowo pod działanie "Cyklonu-B". W oczy rzuca się skrajna znieczulica i brak empatii w stosunku do ofiar. Najpierw czytamy o wymordowaniu 1500 osób w różnym wieku. Brak jakichkolwiek negatywnych odczuć i refleksji ze strony autora. W kolejnym zdaniu, niespodziewanie, zachwyty nad pieczoną kaczką serwowaną w oficerskim kasynie. Kolejna egzekucja i wyśmienita śliwowica podana w Domu Broni SS. Trzecie ludobójstwo łączy się ze świetnym filmem, którego projekcja miała miejsce w obozowym kinie. Pobyt Kremera w KL Auschwitz wygląda dokładnie w ten sposób. Jeden, jedyny raz autor przyznaje się, że to co widzi jest obrzydliwe. Chodziło wtedy o wychudzone więźniarki prowadzone do komory. Nie fakt egzekucji, ale scena gdy wygłodzone kobiety błagają o litość każe mu stwierdzić, że znajduje się w "odbytnicy świata" (oryg.). W czasie trwania trzymiesięcznej służby, Kremer znalazł zajęcie godne jego naukowej profesji. Postanowił studiować stan ludzkich organów w warunkach silnego, długotrwałego niedożywienia. Z wielkim zapałem dokonywał kolejnych sekcji zwłok, pobierał narządy i po wykonaniu notatek konserwował je w odpowiednich odczynnikach. Zdarzało się, że w towarzystwie kolegów-lekarzy wybierał się na teren obozu i samodzielnie wskazywał "potencjalnie wartościowe egzemplarze" spośród więźniów różnych narodowości. Po śmierci mieli oni trafiać na jego stół operacyjny. Co było potem? Po powrocie do domu batalia z Münsterskimi profesorami rozgorzała na nowo. Ostatecznie "nasz bohater" poniósł klęskę i musiał odstąpić od forsowania teorii własnego autorstwa. Kolejne miesiące to zmaganie się z trudami życia w bombardowanych dniem i nocą niemieckich miastach. Wielokrotnie czytamy o "podniebnych gangsterach" z USAF (US Air Force), dopuszczających się największej ze wszystkich zbrodni- niszczenia zabytkowych budowli i dzieł sztuki. Te wpisy są o tyle ciekawe, że pokazują inne spojrzenie na ostatnie miesiące III Rzeszy. Do ostatniej chwili propagandowa maszynka obiecywała punkt zwrotny w działaniach na froncie. W momencie gdy Alianci przedzierali się w głąb Niemiec nastąpiło załamanie wszelkich struktur państwowych. Wojskowe magazyny były masowo opróżniane z żywności i innych, podstawowych artykułów. Składy węgla przypominały zajezdnie dla chłopskich wozów. Każdy mógł nabrać czego tylko chciał w dowolnej ilości (o ile "konkurenci" mu w tym nie przeszkodzili). Kremer wielokrotnie krążył na swym rowerze pomiędzy sklepami i składami w których trwało "rozdawnictwo". W Münsterze pojawiają się amerykanie. Wyglądają dobrze- całkiem inaczej niż opisywani przez Goebbelsa "zdegenerowani niechluje zza oceanu". Realia uległy zmianie. Narzekano na przetrząsanie kolejnych domów w poszukiwaniu ukrytej broni. Wiele osób musiało zostać przeniesionych do mieszkań zastępczych, ponieważ ich lokum służyło za kwaterę dla wojsk okupacyjnych. Niemców oburzyły kradzieże i rekwizycja mimo, iż przez całą wojnę robili dokładnie to samo w innych częściach Europy. Cywile mieli świadomość skąd napływały kolejne strumienie luksusowych towarów przez ostatnie 6 lat. Doktor Kremer jako "były nazista" był zniesmaczony postacią wielu Niemek które "za garść kawy stręczą swoje córki amerykanom, a nawet nie spojrzą na kolejnych, umęczonych żołnierzy niemieckich powracających do ojczyzny po przegranej wojnie". W tym momencie pamiętnik się kończy. Koniec części pierwszej.
  3. LukasAlexander

    Głosy... Słyszę głosy...

    Wyczuwam jakieś animozje pomiędzy forumowiczami. Nie mam zamiaru prowadzić internetowych wojenek.
  4. LukasAlexander

    Głosy... Słyszę głosy...

    Chciałbym tę dyskusję zakończyć. W naszych dywagacjach odeszliśmy zbyt daleko.
  5. LukasAlexander

    Głosy... Słyszę głosy...

    Nie zrozumiałeś mnie. To są tytuły nastawione na walkę. Miałem na myśli gry skoncentrowane na dialogach i eksploracji. Zabójstwo byłoby punktem kulminacyjnym. Czymś, co ma ostatecznie dopełnić scenariusz. Zabijamy postać którą chcą nam przedstawić jako człowieka. Żywego. Prawdziwego mimo, iż jest tylko zbitkiem kodu. I my mamy się niejako swoim postępkiem przejąć. Dostać moralnego kaca. W filmach i książkach to działa. W grze może się nie sprawdzić tak jak powinno. Nie wspominałem od CeDePie, ponieważ to wyjątek potwierdzający regułę. W którym to było roku? 2005/6 kiedy startowali z wczesnymi buildami? Czy 20015, kiedy trzeci Wiedźmin zawładnął rynkiem? Polityków nie obchodziły gry do momentu, aż nie zaczęli przy ich pomocy promować swoich interesów. Definicji jest mnóstwo i każdy ma swoją. Powiedzmy, że wartościowe treści to takie, z których coś wynosimy albo które w jakiś sposób korespondują z naszą wrażliwością. I nie chodzi mi o podniety spowodowane strzelaniem albo waleniem się po łbie. Wiesz o co chodzi. Nie chcę bawić się w ciągnięcie za język i jakieś przytyki słowne.
  6. LukasAlexander

    Głosy... Słyszę głosy...

    Jeśli, koniec końców robię z siebie barana, to wolę dać spokój. Z resztą, w moim życiu miało miejsce zbyt wiele internetowych dyskusji.
  7. LukasAlexander

    Głosy... Słyszę głosy...

    Dziękuję. Zastanowię się nad tym, coby uniknąć niepotrzebnych dyskusji kolejnym razem.
  8. LukasAlexander

    Głosy... Słyszę głosy...

    Nie zrozumieliśmy się. Jeśli uważasz, że z mojej winy- przepraszam. Nie piję tylko do gier. Piję do wszelkiej maści treści kultury, których odbiorcą docelowym są "masy". Książki i kino bronią się momentami tym, że nagromadziły przez te wszystkie lata znaczny dorobek i łatwiej jest wyłuskać coś wartościowego. Gry są pod tym względem stratne z racji relatywnie młodego wieku. Specyfika tych trzech mediów jest całkowicie różna od siebie. To co dobrze wychodzi w książce, nie musi wyjść w filmie albo grze. Chciałem powiedzieć, że potencjalnie wartościowy film znajdzie dziś większą widownię niż ciekawa i mądra gra. Z czasem się to zmieni, bo my się zestarzejemy i będziemy potencjalnymi odbiorcami. Nie wyobrażam sobie gry, w której przez kilka godzin podróżuję po jakichś lokacjach i rozmawiam z ludźmi/bawię się zagadkami tylko po to, aby na samym końcu kogoś zabić. Nie wyobrażam sobie raczej, jak coś takiego miałbym sprzedać i konkretnie zarobić. Poza grupką zapaleńców nikt w to nie będzie chciał grać. W przypadku filmu albo książki tego typu zabiegi się sprawdzają. Pisarz i reżyser ma pod tym względem zauważalnie łatwiej. Często ambitne filmy są wspierane przez instytuty filmowe. Jakaś misja kulturowa. Developer gry może dostać co najwyżej kasę od wydawcy. Jeśli jesteś freelancerem- śmiało. Inwestuj swój czas i pieniądze. Jeśli mam studio ze sztabem ludzi na utrzymaniu- zainwestuję w coś bezpieczniejszego. Nie mam nic przeciwko grom jako takim. Po prostu "u nas" pewne rzeczy działają inaczej.
  9. LukasAlexander

    Głosy... Słyszę głosy...

    Tak. Nie tylko. Są produkcje które, niestety, pozostają wyjątkami potwierdzającymi regułę. "Dużym" grom praktycznie się to nie zdarza. Mainstream musi płytki pozostać, bo inaczej przestanie być mainstreamem. Filozoficzne i artystyczne podejście do tematu sprzedaje się w tej branży tak rzadko, że jeśli już ktoś się wybije, to fakt ten zazwyczaj generuje niezdrową falę entuzjazmu wśród innych twórców. Wiarę w to, że odbiorca nie jest jeszcze na dnie. Niestety, zazwyczaj kolejnym razem wybiera łupankę 3 metrowym mieczem albo rozwalanie galaktycznej bazy. Jak sobie to wyobrażamy? Chcemy sprzedać grę, w której chodzi o świadome doprowadzanie do ludzkiej tragedii?
  10. LukasAlexander

    Głosy... Słyszę głosy...

    Z książkami różnie bywa. Z kinematografią również. Legend of Galactic Heroes jest tego doskonałym przykładem. Jeśli oglądałeś, to wiesz o co chodzi. Obydwie strony są pokazane w równie ludzki sposób. Ba, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że republikański, demokratyczny system sprawowania władzy przedstawiono w niekorzystnym świetle. "Tyrania" Reinhardtowskiego absolutyzmu jest gloryfikowana pomimo, iż reprezentuje totalitaryzm w czystej formie. Gry podchodzą do tematu w prostacki sposób dlatego, że to nic innego niż zabaweczki. Odpowiednio zaprogramowane odmóżdżacze.
  11. LukasAlexander

    Głosy... Słyszę głosy...

    Głosy... Słyszę głosy... O ile dobrze pamiętam, przynajmniej kilkukrotnie podkreślałem propagandowy (albo, jak kto woli, opiniotwórczy) charakter elektronicznej rozrywki. Gry komputerowe od dobrych kilkunastu lat przekazują określone idee, w sposób znany nam z kinowego ekranu. Amerykańscy żołnierze albo brytyjski SAS ratują świat, a Sowieci, rosyjscy separatyści (to jest istotne) lub Chińczycy starają się namieszać. Wizualnie obydwie strony prezentują się podobnie- postaci posiadają atletyczną sylwetkę i obwieszone są najróżniejszym oporządzeniem (zdarza się, że w całkowicie niezgodnych z rzeczywistością konfiguracjach). Nasi "koledzy po fachu" są zazwyczaj przystojni i posiadają charakterystyczne, stylizowane fryzury- w przeciwieństwie do oponentów, którzy co najwyżej, mają garbate nosy lub brody. O pancernej skórze sojuszników nie muszę chyba wspominać- to element charakterystyczny dla produkcji, w których "osoby" istotne dla scenariusza towarzyszą nam w trakcie pokonywania kolejnych poziomów. Bardzo często nie zwracamy nawet uwagi, jak bardzo różni się barwa lub ton głosu przyjaciół i wrogów. Co mam na myśli? Ci "dobrzy" (masowi mordercy działający w słusznej sprawie), zazwyczaj wypowiadają swoje kwestie zdecydowanym, niskim tonem charakterystycznym dla osób emanujących siłą. Bez większych problemów możemy dostrzec, kto jest bohaterem rozgrywającego się spektaklu. Modern Warfare 2- Rosjanie Modern Warfare 2- TF 141 Modern Warfare 2- Navy Seals A po drugiej stronie? Zazwyczaj jakiś jazgot stylizowany na język rosyjski lub arabski. Już w Call of Duty II niemieccy żołnierze obdarzeni zostali głosem o niskim tonie, a o naszej obecności informowali się zachrypniętym krzykiem. Ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że mierzę się z ludźmi którzy w ciągu dwóch lat podbili kontynent Europejski. Bardziej kojarzą mi się ze zdemoralizowaną bandą niezdolną do stawienia jakiegokolwiek oporu. Zdecydowanie lepiej brzmią Niemcy z Medal of Honor: AA. Call of Duty II Medal of Honor: AA Przyjrzyjmy się kwestiom wypowiadany przez Czarny Charakter serii Modern Warfare. Czy Makarov brzmi jak handlarz bronią który przyczynił się do wywołania Trzeciej Wojny Światowej? Ktoś może powiedzieć, że nie ma się czego czepiać, bo barwa głosu nie ma nic wspólnego z tym, kim jesteśmy i czego dokonaliśmy. Zgodzę się z takim twierdzeniem. Szkoda tylko, że różnica pomiędzy tymi z zachodu a tymi ze wschodu jest tak mocno widoczna. I nie chodzi mi tu o kulawy, stylizowany akcent. Makarov Warto wspomnieć o produkcjach rozgrywających się za naszą wschodnią granicą. S.T.A.L.K.E.R. podchodzi do tematu poważnie, i oprócz skrzeczących po ukraińsku bandytów (z pozytywnymi wyjątkami), nie spotkamy najemnika o głosie kastrata. NPC wypowiadają swoje kwestie naturalnie i z dużą dozą autentyzmu. STALKER- próbka 1 STALKER- próbka 2 STALKER- próbka 3 Kolejną ciekawostką jest seria Metro. Wbrew temu co pokazują nam produkcje IW i Treyarch, Rosjanie nie są bandą piskliwych chuderlaków. Ba, nasi towarzysze są zazwyczaj słusznej postury i mówią w sposób którego nie musiałby wstydzić się Hollywoodzki siłacz. Może jakieś słowo na koniec? Nie ma znaczenia, czy jesteś biały, czarny czy żółty. Możesz być nawet kosmitą, bylebyś stał po stronie bohatera spektaklu. Obdarzą cię atletyczną sylwetką i ładną buzią. No i głos... Będziesz miał przyjemny dla ucha, pasujący do twojej postaci głos... KONIEC
  12. LukasAlexander

    Elektroniczny D-Day- jak ma się do rzeczywistości ?

    Elektroniczny D-Day- jak ma się do rzeczywistości ? Wybór tego właśnie tematu nie jest przypadkowy- skończyłem czytać "D-Day" Antony'ego Beevora. Jako, że miesiąc wcześniej do łask powróciło Steel Division, postanowiłem uzupełnić wiedzę, właśnie przy pomocy wspomnianej publikacji. Nie będę rozwodził się nad walorami twórczości historyka- literaty. Chcę pokazać wam jak bardzo gry komputerowe spłycają i przekręcają wydarzenia z lata roku 1944. W zdecydowanej większości przypadków mamy do czynienia z amerykańską wizją wyzwalania północnej Francji. Początek to oczywiście Plaża Omaha- w US Army wręcz mitologizowana. Desant trwający kilka godzin oglądamy podczas 20-minutowej sekwencji składającej się na wysadzanie zasieków i oczyszczanie bunkrów. Ani razu nie widziałem czołgów wsparcia- w niektórych sektorach, dosłownie, ratowały one sytuację. Z jednej strony, mogły by nieco popsuć wizję bohaterskiej, amerykańskiej piechoty, która po wylądowaniu zastygła na plaży z zalaną i niezdolną do oddania strzału bronią ("prezerwatywy" w które zapakowano karabiny były niepotrzebnie zrywane jeszcze na barkach desantowych). Z drugiej zaś, ciekawscy mogliby doszukać się informacji o katastrofalnej pomyłce przy wprowadzaniu do walki Shermanów DD (duplex drive- specjalna wersja ze śrubami i obudową zapewniającą wyporność). Wozy mające dać wsparcie w większości zatonęły, gdyż zwodowano je o wiele za wcześnie. W przeciwieństwie do dywizji Wehrmachtu i Waffen SS, armie alianckie składały się w większości z rekrutów bez żadnego doświadczenia bojowego. W początkowych okresach walk straty po stronie sprzymierzonych były zatrważająco wysokie- ok. 2300 osób na dywizję miesięcznie. Po drugiej stronie barykady było to tylko 1000 żołnierzy. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że siły Osi obsadzały zazwyczaj przygotowane wcześniej umocnienia. Panowała epidemia nerwicy frontowej- ludzie nie wytrzymywali stresu związanego z walkami pośród klaustrofobicznych żywopłotów i ciągłego ostrzału z ukrytych gniazd karabinów maszynowych. Powszechną praktyką stało się "samopostrzeliwanie" w lewą stopę lub rękę. Wycofujący się hitlerowcy zaminowywali co tylko się dało- od zwłok po porzucone działa lub samochody. Wielu "łowców pamiątek" kończyło z urwaną ręką lub rozprutym kroczem. Jak do tego odnoszą się gry video? Z początku można odnieść wrażenie, że Normandię wyzwalali jedynie Rangersi i spadochroniarze na półwyspie Cotentin- formacje typowe dla wojska zawodowego. Nigdy nie przyszło by mi do głowy, że walczę ramię w ramię z pastuchami, magazynierami lub pracownikami stacji benzynowych. Szwabski trup ściele się gęsto- zazwyczaj proporcje wynoszą 20:1, na korzyść "niebieskich" oczywiście. Nigdy nie spotkałem się z jamami ziemnymi wykorzystywanymi m.in. przez sekcje karabinów maszynowych- CKM zawsze rozstawia się w oknach na piętrze, coby dobrze go było widać. W rzeczywistości, na niektórych odcinkach frontu istniały całe sieci podziemnych tuneli, biegnących od wysuniętych punktów oporu do zabudowań lub zarośli w głębi linii obronnych. Niejednokrotnie zdarzało się, że raz oczyszczony "bunkier" zostawał ponownie obsadzany i aliancka piechota dostawała się w ognień krzyżowy. Działa przeciwlotnicze 88 mm stoją zazwyczaj w gruzach jakichś budynków lub na łąkach- nigdy wśród gęstych zarośli. Tutaj gry nie są aż ta dalekie od prawdy, ponieważ początkowo zdarzało się, że armaty Flak były faktycznie maskowane wśród kupek siana. Szybko jednak zaniechano tych praktyk, ponieważ alianci prewencyjnie zaczęli bombardować takie miejsca granatami fosforowymi. Bardzo skrzywdzono RAF i US Air Force. Zazwyczaj samoloty pojawiają się w finalnej fazie bitwy- zwłoki SS-manów zaczynają już gnić w pobliżu naszych pozycji, a trzeci Tygrys właśnie nadjechał coby dołączyć do grupy płonących wraków piętrzących się wokół. Wtedy właśnie nadlatują alianckie myśliwce, bombowce czy co tam sobie twórcy akurat wymyślili. Wszystko wygląda bardzo filmowo a gracz ma radochę. W rzeczywistości jednak, jest to brutalny gwałt na realiach walk w Normandii. Lotnictwo było największym z alianckich atutów w północnej Francji. Niemcy byli nękani o każdej porze dnia (a często i w nocy, podczas nalotów dywanowych), w efekcie czego wiele dywizji traciło olbrzymie ilości ludzi i sprzętu jeszcze przed dotarciem w rejon zmagań. Kolumny pojazdów bardzo często tkwiły w korkach (ich załoga w tym czasie kryła się obok, w przydrożnym rowie) i były przez to jeszcze bardziej narażone na ostrzał z powietrza. Luftwaffe nie miało możliwości zrobienia czegokolwiek z powodu braku doświadczonych pilotów i zbombardowanych lotnisk (startowano ze specjalnie przygotowanych szos). O dywizjach wchodzących w skład obu stron wiemy tyle co nic. Wśród aliantów mamy, obowiązkowo, 101 i "Wielką Czerwoną Jedynkę". Call of Duty 3 zafundowało nam przygodę w kamaszach członka 1 Pancernej generała Maczka- chwała im za to, jakkolwiek oderwane od rzeczywistości by te etapy nie były. Po stronie przeciwnej, bliżej nieokreślone formacje SS i Wehrmachtu. Nigdy nie spotkałem spieszonych spadochroniarzy z 91 i 3 dywizji (Sprostowanie: w Brothers in Arms: RtH30 walczymy ze spadochroniarzami 91 dywizji). Brytyjska Dywizja Pancerna Gwardii z czołgami Firefly (jeden z niewielu wozów w alianckim arsenale, który stanowił realne zagrożenie dla Tygrysów i Panter)? Po co? Czołgi niszczy się bazooką (o PIAT'cie zapomnieli), obsługiwaną przez 1 osobę armatą 88 mm albo "wybuchową skarpetą". Jeśli chodzi o ważniejsze starcia, to mogę stwierdzić, iż nie jest przesadnie tragicznie. Większość ikonicznych bitew została w lepszy lub gorszy sposób odtworzona. Poza Brothers in Arms gry nie bawią się w historyczną dokładność. Zazwyczaj dostajemy obiekty charakterystyczne w postaci wzgórz, mostów lub kościołów. Strony walczące to zazwyczaj jakaś bliżej nieokreślona mieszanina wojsk zmechanizowanych i piechoty. Decyzje programistów doprowadzają do sytuacji, kiedy jedna ze stron dysponuje sprzętem którego w rzeczywistości w danym miejscu nie było. Cały czas mam jednak w głowie, że jest to zabieg mający uczynić gameplay atrakcyjniejszym. W rzeczywistości, bardzo wiele natarć piechoty załamywało się, ponieważ w okolicy pojawił się czołg którego nie było czym zneutralizować. Czy gracz chciałby kilkukrotnie odbijać jedno miejsce tylko dlatego, że w rzeczywistości nigdzie nie było skrzyni z Panzerfaustami? Na koniec zostawię coś specjalnego- dowódców i rozkazy. Zazwyczaj zadania które otrzymujemy są kluczowe dla przebiegu operacji. Cały czas wisi nad nami widmo geniuszu Pattona lub Montgomerego (o innych pułkownikach, generałach albo marszałkach nam nie mówią). Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że to co robię ma charakter czysto polityczny. Gry stronią od ukazywania animozji wewnątrz Alianckiego Naczelnego Dowództwa. W rzeczywistości, duża część "ruchów na mapie" podyktowana była koniecznością zaimponowania sojusznikom (lub zachowania twarzy). Zdarzały się operacje podejmowane w wyniku "wyższej konieczności", przez co nie dbano o ich właściwe przygotowanie i efektem były większe niż zwykle straty. Na ekranie komputera wszystko jest o wiele bardziej kolorowe i wzniosłe. KONIEC Chciałbym zaznaczyć, że nie grałem we wszystko, a wiele szczegółów mogło umknąć mojej uwadze. Jeśli czytelnicy mają jakieś zastrzeżenia, proszę umieścić je w komentarzach. Pisząc tekst miałem cały czas na uwadze, że gry to nic innego niż dość wyrafinowana zabawka, którą można zaprojektować w niemal dowolny sposób. Z tego właśnie powodu nie siliłem się na czepialstwo i wypunktowałem tylko te elementy, które w dość widoczny sposób odbiegały od rzeczywistości.
  13. LukasAlexander

    "O jeden most za daleko"- Cornelius Ryan

    "O jeden most za daleko"- Cornelius Ryan Film o powyższym tytule widziała zapewne większość z nas. Nie jest on przecież pierwszej młodości i większość (jeżeli nie wszystkie) popularnych stacji wyemitowała go kilkukrotnie. Według mnie, jest to jeden z najlepiej zrealizowanych przedstawicieli gatunku, który dobrze prezentuje się nawet w zestawieniu z "Szeregowcem Ryanem". Z powieścią Corneliusa Ryana zetknąłem się przypadkiem, podczas przygotowań do festynu organizowanego przez lokalny Dom Kultury. Pierwsza strona zrobiła na mnie dobre wrażenie i postanowiłem dać książce szansę. Autor wyraża się w bardzo przystępny sposób i od samego początku daje do zrozumienia, że jest to publikacja popularno-naukowa a nie typowa monografia, jak to często w przypadku opisów działań zbrojnych bywa. Nie zostałem przygnieciony tonami tabel i zestawień, drobiazgowymi opisami kolejnych starć ani wyciągami z raportów. Obraz sytuacji budowany jest przy pomocy odpowiednio zredagowanych relacji osób będących w centrum operacji "Market Garden". Wielokrotnie przytaczane są treści rozmów i istotne wycinki z korespondencji. Taki sposób narracji pozwolił Ryanowi na zainteresowanie czytelnika nawet naradami sztabowców. Początkowo poznajemy ogólną sytuację na Froncie Zachodnim późnym latem roku 1944. Rzuceni zostajemy do Holandii i oczami cywilów obserwujemy nietypowy widok- całe niemieckie dywizje w panicznym odwrocie. Następnie autor zabiera nas na wycieczkę w kuluary Alianckiego Naczelnego Dowództwa- pokazuje kto i dlaczego doprowadził do podjęcia decyzji o masowym przerzuceniu wojsk powietrznodesantowych w okolice Arnhem. Dalej nie muszę chyba opowiadać- każdy wie co będzie się działo. Ciekawostką jest, że film kończy się w momencie gdy cała operacja wciąż trwa pomimo, iż bezpowrotnie utracono inicjatywę i szansę na osiągnięcie celu. Głównymi bohaterami spektaklu są bez wątpienia szeregowi żołnierze i ich zwierzchnicy. W przerwach pomiędzy ich perypetiami autor raczy nas ciekawostkami i opisami nietypowych sytuacji mających miejsce w trakcie trwania walk. Opisy potyczek to bez wątpienia jedna z mocniejszych stron dzieła Ryana. Miałem wrażenie, że każda minuta starć w okolicach mostu to oczekiwanie na ostrzał artylerii lub kulę karabinową kończącą czyjeś życie. Chcę polecić "O jeden most za daleko" każdemu bez wyjątku. Nie musisz być fanem historii wojskowości aby czerpać satysfakcję z poznawania losów alianckich spadochroniarzy, ich przeciwników lub zwykłych Holendrów których domy zamieniono w stanowiska dla CKMów. Niezaprzeczalną zaletą powieści jest brak martyrologicznego i propagandowego wydźwięku. Nikt nie sili się na idealizowanie Sprzymierzonych i odczłowieczanie Niemców. Brak tu również filozoficznych rozważań na temat okrucieństwa i bezsensu wojny. 550 stron beznadziei żołnierskiej doli i niepotrzebnej śmierci wystarczy aby czytelnik przyjął postawę adekwatną do oczekiwań pisarza.
  14. LukasAlexander

    Głupoty o mandze i anime

    Wiesz co jest najlepsze w tekście do którego się odnosisz? To, że babka ma w niektórych momentach rację ale bardzo źle dobiera przykłady. Anime to bardzo obszerny nurt. Swojego czasu szukałem czegoś dla siebie i trafiałem na różne rzeczy. Lesbijskie i homoseksualne romanse. Science fiction z elementami pornografii, gore i okultyzmu. Horrory epatujące wulgarną erotyką. Wszystko co tylko byś chciał. Od najmłodszych lat wiedziałem, że "te chińskie bajki" są mocniejsze i bardziej "dorosłe" od Smerfów albo Gumisiów. Chińskie baje przekradły się przez filtr kontroli rodzicielskiej tylko dlatego, że były filmami animowanymi. Według mnie, Dragon Ball ze swoim wszędobylskim mordobiciem, fontannami krwi albo rozbijaniami głów nie nadaje się dla kilkuletnich brzdąców. To samo Czarodziejka z Księżyca którą pamiętam do dziś. Miałem lat 6 i oglądałem jak jakaś wiedźma wyciąga z dziewczyny serce... Wszystko można zwalić na karb nieodpowiedzialności rodziców, bo z czymś takim nie powinienem mieć styczności. Przypominam jednak, że były to lata '90 i nikt nie brał pod uwagę, że kreskówka może przenosić tego rodzaju treści.
  15. LukasAlexander

    Moralność pana gracza

    Kwestie moralne w grach komputerowych to w większości przypadków jakaś abstrakcja. Bardzo często sprowadzają się do porównywania przeciwstawnych do siebie opcji. Dobry albo zły. Szlachetny albo podstępny. Wojowniczy albo pacyfistyczny. Same archetypy. W rzeczywistości wygląda to inaczej. Często wspieramy kogoś postępującego nie do końca właściwie tylko dlatego, że to nasz kolega/znajomy. Dobrze widać to na festynach- kolega po pijaku szukał zaczepki, ale koniec końców i tak przy nim obstaliśmy, bo po drugiej stronie też trafił się jakiś narwaniec który przeszkadzał w polubownym rozwiązaniu problemu. W grach wygląda to na tyle głupio, że zazwyczaj jeden chce walczyć a drugi negocjować. Jeden chce zmienić ludzi w roboty a drugi uważa, że to nie stosowne. Jeden chce zaatakować konwój z amunicją a drugi skład leków. Banały, banały, banały. Wybieramy to co bardziej do nas przemawia. Rzeczywistość jest sto razy bardziej skomplikowana. Wystarczy spojrzeć na Grecję z lat II wojny światowej. Kilka przeciwstawnych do siebie frakcji, każda z własnymi motywami i przekonaniami. Zamachy i walki uliczne były na porządku dziennym. Jeden z "graczy" po otrzymaniu wsparcia rozpętał wojnę domową w efekcie czego wszyscy tłukli się między sobą. Koniec końców i tak doszło do wojskowej dyktatury. Problem został świetnie oddany w Red Dead Redemption podczas "wyzwalania" Meksyku. Z jednej strony wojska rządowe mordujące rebeliantów rekrutujących się spośród skrajnie zabiedzonego ludu. Z drugiej wspomniana insurekcja głosząca konieczność radykalnych zmian i obiecująca poprawę sytuacji. Obydwie frakcje dokonują zbrodni wojennych na cywilach i jeńcach. Abraham Reyes w końcu zdobywa władzę i okazuje się takim samym politykiem (szlacheckie pochodzenie już ma) jak poprzedni "właściciele" prowincji. Dające do myślenia i świetnie zrealizowane z narracyjnego punktu widzenia. Najpierw przyczyniamy się do śmierci dziesiątek osób wspierając reżim, potem mordujemy niedawnych sojuszników ramię w ramię z niepiśmiennymi chłopami.
×