Skocz do zawartości

LukasAlexander

Forumowicze
  • Zawartość

    85
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    6

LukasAlexander wygrał w ostatnim dniu 2 Grudzień

LukasAlexander ma najbardziej lubianą zawartość!

Reputacja

32 Neutralna

O LukasAlexander

  • Ranga
    Ork

Ostatnio na profilu byli

2573 wyświetleń profilu
  1. LukasAlexander

    "O jeden most za daleko"- Cornelius Ryan

    "O jeden most za daleko"- Cornelius Ryan Film o powyższym tytule widziała zapewne większość z nas. Nie jest on przecież pierwszej młodości i większość (jeżeli nie wszystkie) popularnych stacji wyemitowała go kilkukrotnie. Według mnie, jest to jeden z najlepiej zrealizowanych przedstawicieli gatunku, który dobrze prezentuje się nawet w zestawieniu z "Szeregowcem Ryanem". Z powieścią Corneliusa Ryana zetknąłem się przypadkiem, podczas przygotowań do festynu organizowanego przez lokalny Dom Kultury. Pierwsza strona zrobiła na mnie dobre wrażenie i postanowiłem dać książce szansę. Autor wyraża się w bardzo przystępny sposób i od samego początku daje do zrozumienia, że jest to publikacja popularno-naukowa a nie typowa monografia, jak to często w przypadku opisów działań zbrojnych bywa. Nie zostałem przygnieciony tonami tabel i zestawień, drobiazgowymi opisami kolejnych starć ani wyciągami z raportów. Obraz sytuacji budowany jest przy pomocy odpowiednio zredagowanych relacji osób będących w centrum operacji "Market Garden". Wielokrotnie przytaczane są treści rozmów i istotne wycinki z korespondencji. Taki sposób narracji pozwolił Ryanowi na zainteresowanie czytelnika nawet naradami sztabowców. Początkowo poznajemy ogólną sytuację na Froncie Zachodnim późnym latem roku 1944. Rzuceni zostajemy do Holandii i oczami cywilów obserwujemy nietypowy widok- całe niemieckie dywizje w panicznym odwrocie. Następnie autor zabiera nas na wycieczkę w kuluary Alianckiego Naczelnego Dowództwa- pokazuje kto i dlaczego doprowadził do podjęcia decyzji o masowym przerzuceniu wojsk powietrznodesantowych w okolice Arnhem. Dalej nie muszę chyba opowiadać- każdy wie co będzie się działo. Ciekawostką jest, że film kończy się w momencie gdy cała operacja wciąż trwa pomimo, iż bezpowrotnie utracono inicjatywę i szansę na osiągnięcie celu. Głównymi bohaterami spektaklu są bez wątpienia szeregowi żołnierze i ich zwierzchnicy. W przerwach pomiędzy ich perypetiami autor raczy nas ciekawostkami i opisami nietypowych sytuacji mających miejsce w trakcie trwania walk. Opisy potyczek to bez wątpienia jedna z mocniejszych stron dzieła Ryana. Miałem wrażenie, że każda minuta starć w okolicach mostu to oczekiwanie na ostrzał artylerii lub kulę karabinową kończącą czyjeś życie. Chcę polecić "O jeden most za daleko" każdemu bez wyjątku. Nie musisz być fanem historii wojskowości aby czerpać satysfakcję z poznawania losów alianckich spadochroniarzy, ich przeciwników lub zwykłych Holendrów których domy zamieniono w stanowiska dla CKMów. Niezaprzeczalną zaletą powieści jest brak martyrologicznego i propagandowego wydźwięku. Nikt nie sili się na idealizowanie Sprzymierzonych i odczłowieczanie Niemców. Brak tu również filozoficznych rozważań na temat okrucieństwa i bezsensu wojny. 550 stron beznadziei żołnierskiej doli i niepotrzebnej śmierci wystarczy aby czytelnik przyjął postawę adekwatną do oczekiwań pisarza.
  2. LukasAlexander

    Głupoty o mandze i anime

    Wiesz co jest najlepsze w tekście do którego się odnosisz? To, że babka ma w niektórych momentach rację ale bardzo źle dobiera przykłady. Anime to bardzo obszerny nurt. Swojego czasu szukałem czegoś dla siebie i trafiałem na różne rzeczy. Lesbijskie i homoseksualne romanse. Science fiction z elementami pornografii, gore i okultyzmu. Horrory epatujące wulgarną erotyką. Wszystko co tylko byś chciał. Od najmłodszych lat wiedziałem, że "te chińskie bajki" są mocniejsze i bardziej "dorosłe" od Smerfów albo Gumisiów. Chińskie baje przekradły się przez filtr kontroli rodzicielskiej tylko dlatego, że były filmami animowanymi. Według mnie, Dragon Ball ze swoim wszędobylskim mordobiciem, fontannami krwi albo rozbijaniami głów nie nadaje się dla kilkuletnich brzdąców. To samo Czarodziejka z Księżyca którą pamiętam do dziś. Miałem lat 6 i oglądałem jak jakaś wiedźma wyciąga z dziewczyny serce... Wszystko można zwalić na karb nieodpowiedzialności rodziców, bo z czymś takim nie powinienem mieć styczności. Przypominam jednak, że były to lata '90 i nikt nie brał pod uwagę, że kreskówka może przenosić tego rodzaju treści.
  3. LukasAlexander

    Moralność pana gracza

    Kwestie moralne w grach komputerowych to w większości przypadków jakaś abstrakcja. Bardzo często sprowadzają się do porównywania przeciwstawnych do siebie opcji. Dobry albo zły. Szlachetny albo podstępny. Wojowniczy albo pacyfistyczny. Same archetypy. W rzeczywistości wygląda to inaczej. Często wspieramy kogoś postępującego nie do końca właściwie tylko dlatego, że to nasz kolega/znajomy. Dobrze widać to na festynach- kolega po pijaku szukał zaczepki, ale koniec końców i tak przy nim obstaliśmy, bo po drugiej stronie też trafił się jakiś narwaniec który przeszkadzał w polubownym rozwiązaniu problemu. W grach wygląda to na tyle głupio, że zazwyczaj jeden chce walczyć a drugi negocjować. Jeden chce zmienić ludzi w roboty a drugi uważa, że to nie stosowne. Jeden chce zaatakować konwój z amunicją a drugi skład leków. Banały, banały, banały. Wybieramy to co bardziej do nas przemawia. Rzeczywistość jest sto razy bardziej skomplikowana. Wystarczy spojrzeć na Grecję z lat II wojny światowej. Kilka przeciwstawnych do siebie frakcji, każda z własnymi motywami i przekonaniami. Zamachy i walki uliczne były na porządku dziennym. Jeden z "graczy" po otrzymaniu wsparcia rozpętał wojnę domową w efekcie czego wszyscy tłukli się między sobą. Koniec końców i tak doszło do wojskowej dyktatury. Problem został świetnie oddany w Red Dead Redemption podczas "wyzwalania" Meksyku. Z jednej strony wojska rządowe mordujące rebeliantów rekrutujących się spośród skrajnie zabiedzonego ludu. Z drugiej wspomniana insurekcja głosząca konieczność radykalnych zmian i obiecująca poprawę sytuacji. Obydwie frakcje dokonują zbrodni wojennych na cywilach i jeńcach. Abraham Reyes w końcu zdobywa władzę i okazuje się takim samym politykiem (szlacheckie pochodzenie już ma) jak poprzedni "właściciele" prowincji. Dające do myślenia i świetnie zrealizowane z narracyjnego punktu widzenia. Najpierw przyczyniamy się do śmierci dziesiątek osób wspierając reżim, potem mordujemy niedawnych sojuszników ramię w ramię z niepiśmiennymi chłopami.
  4. LukasAlexander

    Rakiety i pociski kierowane III Rzeszy- WSTĘP

    Ktoś mi to już powiedział- muszę nabrać wprawy.
  5. LukasAlexander

    Rakiety i pociski kierowane III Rzeszy- WSTĘP

    Ok. Masz rację. Niemniej jednak, kinematografia bardzo po macoszemu traktuje technikę wojskową. Zazwyczaj mamy jakieś ogólniki albo motywy mocno zakorzenione w głowach widzów. Pamiętam do dziś, jakie zdziwienie wywołała we mnie scena z rakietowym nalotem alianckich samolotów w "Złocie dla zuchwałych".
  6. LukasAlexander

    Europejski Czołg Podstawowy cz.3

    Europejski Czołg Podstawowy cz.3- Dziś i jutro. Od debiutu ostatniego, nowoczesnego MBT mija na zachodzie 26 lat (1992, francuski Leclerc). Przez ten czas rozwój techniki pancernej postępował dość powoli, i był ukierunkowany na przystosowanie wozów do działania w warunkach konfliktu asymetrycznego. Wojny w Zatoce Perskiej i Afganistanie miały bardzo duży wpływ na asortyment praktycznie wszystkich producentów uzbrojenia i wyposażenia. Kolejne edycje targów zbrojeniowych pękały w szwach od mocno opancerzonych samochodów i coraz wymyślniejszych narzędzi do wykrywania/neutralizacji min-pułapek. Pełnowymiarowy, konwencjonalny konflikt stał się czymś niemal abstrakcyjnym. Mamy rok 2014 i starcia we wschodniej Ukrainie- klasyczna wojna z wykorzystaniem czołgów, artylerii i lotnictwa. Obydwie strony wprowadzają do walki regularną armię, mającą na wyposażeniu sprzęt charakterystyczny dla końcówki Zimnej Wojny. Spalone wraki stają się integralną częścią krajobrazu Donbasu. Dotychczasowe sposoby ochrony przed środkami przeciwpancernymi nie są wystarczająco skuteczne- wiele wozów zyskuje prowizoryczne, spawane w garażach ekrany przeciwkumulacyjne (bardzo marnej jakości, ze względu na niedokładności konstrukcyjne). Wschodnia Ukraina W niemal tym samym czasie rosyjski MON ujawnia nowy czołg- T-14 Armata. MBT oparty na uniwersalnej platformie, mającej zostać w perspektywie kilku lat bazą dla całej gamy wozów, począwszy od transportera piechoty a skończywszy na samobieżnej haubicy. Zachód jest zaskoczony i coraz więcej mówi się o modernizacjach parku maszynowego państw NATO. T-14 nie zrobił dobrego, pierwszego wrażenia. Podczas prezentacji niektóre egzemplarze okazały się awaryjne i musiały zostać odholowane. Dziennikarze oficjalnego nurtu i politycy żartobliwie stwierdzają, że Armata to nic innego jak "czołg pokazowy", reklamujący nową linię produktów rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. Oficjalne źródła mówią o 20 wyprodukowanych egzemplarzach- trochę mało jak na "odmłodzenie" wojsk pancernych FR. Jak jest faktycznie? Prasa branżowa twierdzi, że Rosjanie dokonali wielkiego kroku naprzód. Nie chodzi tu o jednak o walory nowo zaprezentowanego T-14, a o sam fakt zaprojektowania i zbudowania nowej, funkcjonalnej konstrukcji. Nie było jeszcze chyba takiego przypadku, że pierwsza wyprodukowana partia sprzętu była pozbawiona wad. Ba, w przemyśle zbrojeniowym to dopiero początek drogi- zawsze jest coś do poprawy a niektóre rozwiązania zostają całkowicie przedefiniowane w toku eksploatacji. Nie ma w tym absolutnie niczego dziwnego. T-14 Armata Potencjał modernizacyjny T-72 już dawno się wyczerpał. T-90 robi wszystko aby zrównać się z konkurencją, ale jego największą zaletą wciąż pozostaje korzystny stosunek ceny do oferowanej jakości. BMP-2 i 3 to wozy przestarzałe, wymagające modernizacji i zaopatrzenia w adekwatne do obecnych czasów wyposażenie elektroniczne. MON FR wykłada każdego roku pokaźne sumy na unowocześnienie coraz to kolejnych maszyn ponieważ nie ma innego wyboru. Ogrom sprzętu mającego podbić imperialistyczny Zachód zalega w magazynach, prezentując możliwości adekwatne dla konstrukcji lat '70. Sposób wykorzystania techniki pancernej uległ zmianie i ilość została zastąpiona przez jakość. Masowe armie poborowych ustąpiły miejsca wojsku zawodowemu. Od dzisiejszych konstrukcji wymaga się, aby jak najefektywniej chroniły życie załogantów i przewożonych żołnierzy. Bojowe wozy piechoty muszą być wstanie dać wsparcie spieszonemu desantowi, ponieważ żadna armia zawodowa nie jest w stanie pozwolić sobie na bezsensowne tracenie specjalistów w których zainwestowała. Czołg już dawno przestał być stalową skorupą z armatą i silnikiem- szacuje się, że koszt wyposażenia elektronicznego to w niektórych przypadkach nawet ok. 1/3 ceny całego pojazdu. Leclerc z armatą 140mm Na Zachodzie od wielu lat słyszy się o pracach nad następcami Leoparda 2, Leclerca albo Abramsa. Kilkanaście miesięcy temu Niemcy (Krauss-Maffei Wegmann) i Francuzi (Nexter) prowadzili rozmowy dotyczące potencjalnej współpracy przy projektowaniu i produkcji nowego modelu, europejskiego MBT IV generacji. Zazwyczaj w takich przypadkach, przeszkodą niemal nie do pokonania był podział zadań pomiędzy podwykonawców reprezentujących rodzime przemysły. Każdy chciał podpisać jak najkorzystniejszy kontrakt, i w związku z tym forsował własne rozwiązania. Zdarzało się również, że jeden z partnerów w toku prac rozwojowych wycofywał się z przedsięwzięcia, ponieważ zebrał wystarczająco wiele informacji i mógł rozpocząć produkcję własnego systemu (ogólnoeuropejski Eurofighter Typhoon i francuski Rafale powstały na jego bazie). Z tych właśnie powodów, większość łączonych programów zbrojeniowych upada. Teraz, rzekomo ma być inaczej. Mówi się o jasnym podziale kompetencji poszczególnych podwykonawców. Co istotne, na potrzeby projektu, rząd federalny w Niemczech wyraził zgodę na fuzję producenta czołgów Leopard (Krauss Maffei Wegmann) z Francuskim Nexter (producent Leclerca) tworząc tym samym podmiot o nazwie KANT (lub KNDS). W ciągu ostatnich dekad zarówno Francuzi jak i Niemcy próbowali kilkukrotnie zwiększać potencjał swoich wozów. Warto wspomnieć chociażby o próbie integracji armaty 140 mm z czołgiem Leclerc (przedsięwzięcie wymagało zaprojektowania pojemniejszej, a przez to cięższej wieży). W Leopardzie 2A6 zamontowano dłuższą niż zwykle lufę, osiągając tym samym wzrost siły ognia. W 2016 roku Rheinmetall demonstrował makietę działa 130 mm. Nie upubliczniono żadnych istotnych informacji o jego parametrach i wynikach strzelań. Tegoroczna edycja targów Eurosatory przyniosła małą niespodziankę. Jednym z ważniejszych eksponatów był kadłub Leoparda 2A7 w którym zamontowano wieżę Leclerca. Hybryda okazała się na tyle funkcjonalna, że pokuszono się o przeprowadzenie próbnych strzelań (które, notabene wypadły pomyślnie). Eksperyment ten, nie jest żadnym wyznacznikiem kierunku w którym będą podążać projektanci. E-MBT ma być całkowicie nową i perspektywiczną konstrukcją. Wejście nowego czołgu do służby planuje się wstępnie na rok 2030/ 2035. Jak rzeczywistość odniesie się do planów koncernu KANT? Demonstrator E-MBT. Eurosatory 2018 KONIEC Źródła: Internet Nowa Technika Wojskowa 1/2018 Wojsko i Technika 7/2018
  7. LukasAlexander

    Warto byc Amerykaninem, chocby tylko w Internecie :-]

    Czy na Zachodzie ludzie nie kupują więcej z legalnych źródeł?
  8. LukasAlexander

    Warto byc Amerykaninem, chocby tylko w Internecie :-]

    Jeśli znasz język angielski, to będziesz mógł cieszyć się wspomnianymi magazynami bez żadnych problemów.
  9. LukasAlexander

    Europejski Czołg Podstawowy cz.2

    Europejski Czołg Podstawowy cz.2- "Prawie nam się udało". Wyścigi mają to do siebie, że pozycja lidera przechodzi z rąk do rąk w zależności od tego, jak poszczególni uczestnicy przykładają się do tego co robią. Tak samo było w latach zimnowojennych. Ledwie do linii wszedł Leopard 1 a Niemcy i Amerykanie rozpoczynają kolejny, wspólny program pancerny. Tym czasem zaplanowano stworzenie wozu prawdziwie nowoczesnego- silnie opancerzonego, szybkiego i korzystającego z najnowszych osiągnięć techniki. RFN miał doświadczonych konstruktorów, USA gigantyczne zaplecze materiałowo-technologiczne. MBT-70/Kpz-70 (wersja niemiecka) miał wejść na wyposażenie jak największej ilości państw NATO, a co za tym idzie, zwrócić producentom koszty prac badawczo-rozwojowych. Skrót MBT oznacza "czołg podstawowy"- coś pomiędzy wozem średnim a ciężkim. W dzisiejszych czasach koncepcja ta uległa zmianie- niemal każdy model waży tyle, co najcięższe typy drugowojenne. Jeśli chodzi o technikalia, to prototyp z RFN odróżniał się od amerykańskiego jedynie uzbrojeniem. Niemcy zdecydowali się na montaż 120 mm armaty gładkolufowej, Amerykanie zaś eksperymentowali ze 152 mm armato-wyrzutnią XM-150 strzelającą zarówno pociskami kumulacyjnymi jak i PPK. Dodatkowe uzbrojenie stanowiła obsługiwana z wnętrza 20 mm armata automatyczna. W zamyśle miała ona służyć do rażenia celów "miękkich" oraz poruszających się nisko komponentów nieprzyjacielskiego lotnictwa. Poza tym do dyspozycji załogi oddano automat ładujący (redukujący obsługę do 3 osób), układ stabilizacji uzbrojenia działający w obu płaszczyznach i współpracujący z laserowym dalmierzem. Dodatkowo hydro-pneumatyczne zawieszenie pozwalające obniżyć sylwetkę wozu lub ją delikatnie podnieść, tak aby można było "wychylić się" zza horyzontu. Czołg nie musiał iść na kompromisy w kwestiach mobilności i opancerzenia zasadniczego. Jednostka napędowa legitymowała się układem V12 o mocy 1500 KM i pozwalała na uzyskanie prędkości rzędu 70 km/h. Załoga miała znajdować się w specjalnie odseparowanej od reszty wozu kapsule tak, aby uniknąć porażenia w momencie eksplozji składowanej wewnątrz amunicji. Co zatem się stało, że MBT-70 skończył na cmentarzysku historii? Całość była awaryjna i momentami przekombinowana. Jedną z ciekawostek było posadzenie kierowcy wewnątrz wieży, w efekcie czego tracił on bardzo szybko orientację. W kolejnych modelach przemieszczono go do wnętrza kadłuba. Moim zdaniem, wczesne lata '70 to jeszcze nie czas na implementację większości nietypowych rozwiązań jakimi reklamował się "Main Battle Tank-70". Jak pokazują późniejsze wydarzenia, konstruktorzy doszli do tego samego wniosku. Po rozpadzie programu każdy z partnerów zaprojektował własny czołg. Leopard 2 i M1 Abrams to wozy bardzo do siebie podobne. Zbudowane w układzie klasycznym, korzystające ze 120 mm armaty o gładkim przewodzie lufy (początkowo Abramsa uzbrojonow w 105 mm działo gwintowane). Podsystemy takie jak SKO czy power pack (w przypadku M1 to turbina gazowa) był produkowane przez przemysł rodzimy każdego z państw. Dziś, 50 lat po fiasku programu MBT-70 wymagania dotyczące wozów nowej generacji są bardzo podobne. Planuje się wyeliminować ładowniczego i zaadaptować działo do wystrzeliwania pocisków kierowanych. Obydwie koncepcje są na Zachodzie bardzo niepopularne- automat może być awaryjny a PPK nie gwarantuje skuteczności która usprawiedliwiałaby koszty związane z odpowiednim przystosowaniem uzbrojenia głównego. Prace nad hydro-pneumatycznym zawieszeniem prowadzono w niemczech w latach '90 i obecnie korzysta z niego najnowszy BWP Bundeswehry- Spz PUMA. Źródła: Internet Nowa Technika Wojskowa 1/2018
  10. LukasAlexander

    Europejski Czołg Podstawowy cz.1

    Europejski Czołg Podstawowy cz.1- Przymiarki Lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku- początek Zimnej Wojny. Na zachód od Berlina- NATO, na wschód- Układ Warszawski. Europa staje się najbardziej zmilitaryzowanym obszarem kuli ziemskiej. Od tego czasu produkcja sprzętu wojskowego zaczyna zauważalnie rosnąć, a na badania z zakresu techniki wojskowej obydwie strony przeznaczają coraz to większe sumy. Nikt nie ma wątpliwości, że trzeba przygotować się na kolejny konflikt- faszyzm zastąpiły komunizm oraz imperialistyczny kapitalizm (w zależności od tego, po której stronie "Żelaznej Kurtyny" żyjemy). Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte to również czas, gdy do regularnej służby wprowadzano takie nowinki jak śmigłowce, samoloty odrzutowe, rakiety balistyczne czy pierwsze, wojskowe komputery. To wreszcie okres kiedy technika lat trzydziestych i czterdziestych musi zostać zaadaptowana do warunków nowoczesnego pola walki. Wozy bojowe koncepcyjnie skorzystały na doświadczeniach z II wojny światowej. Następowała stopniowa unifikacja sprzętu- zamiast pięciu, różnych modeli produkowano jeden, który stopniowo ulepszano i po jakimś czasie zastępowano pojazdem o generację wyższym. Dotychczas to Stany Zjednoczone zaopatrywały NATO w sprzęt wojskowy. Wraz z odzyskaniem potencjału przemysłowego przez RFN i Francję (a także reaktywacji niemieckich sił zbrojnych pod postacią Bundeswehry) zaczęto rozważać produkcję własnych systemów uzbrojenia w zakładach położonych na terenie państw macierzystych. Taka decyzja z pewnością wpłynęłaby korzystnie na sektor przemysłowy. Druga połowa XX wieku to okres bardzo niespokojny- upadek imperiów kolonialnych doprowadził do powstania wielu nowych organizmów państwowych na terenach Afryki i Azji. Było tylko kwestią czasu, aż tłumione dotychczas przez europejczyków antagonizmy przerodzą się w otwarte konflikty. Dla każdego producenta uzbrojenia taka sytuacja równa się otwarciu potencjalnych, nowych rynków zbytu. Można zaoferować modele i rozwiązania całkiem nowe lub, co zdarza się zdecydowanie częściej, pozbyć się egzemplarzy zalegających na magazynach lub wycofywanych z linii. W ten ostatni sposób skończyła większość sprzętu użytkowanego przez niemiecki Wehrmacht- popłynęła do postkolonialnej Afryki i na Bliski Wschód. Prototyp "Standard Panzer" Wracając do tematu wewnątrzeuropejskiej współpracy wojskowej. Wraz z rozwojem techniki zmieniały się stopniowo wymagania stawiane przed wozem bojowym nowej generacji. Tak samo jak w latach przedwojennych, koncepcja wykorzystania czołgów na polu walki i parametry taktyczno-techniczne projektowanego pojazdu nie były jednakowe w RFN i Francji. Każdy oczekiwał czegoś innego, a efektem było przedłużanie się wstępnych prac projektowych. Wreszcie, w roku 1955 wojskowi doszli do porozumienia i zapowiedziany został program "Euro Panzer", przemianowany następnie na "Standard Panzer". Planowano zbudować czołg lekki i szybki, a zatem słabo opancerzony. Konstruktorzy argumentowali swój wybór stwierdzeniem, że klasyczny, jednorodny stalowy pancerz nie jest w stanie zapewnić odpowiedniego stopnia ochrony przeciwko wchodzącym do powszechnego użytku PPK (przeciwpancerny pocisk kierowany). Koncepcja zakładała, że przeżywalność załogi zapewni w obecnych warunkach jedynie wysoka mobilność. Ogromną niekonsekwencją pozostawał fakt, iż uzbrojenie zasadnicze (armata) miało być pozbawione układu stabilizacyjnego. W efekcie tego zabiegu czołg tracił możliwość rażenia celów w trakcie poruszania się. Aby zaatakować przeciwnika należało zatrzymać wóz, co z pewnością uczyniłoby "Standard Panzera" łatwym celem. W skrócie: planowano skonstruować nowoczesny pojazd, posiadający jednocześnie najważniejsze wady swoich drugowojennych poprzedników- niewystarczające opancerzenie i znikomą celność przy strzelaniu w trakcie jazdy. Amx-30 W roku 1963 doszło do rozdzielenia programu. Na bazie wniosków wyciągniętych z prac projektowych każdy z członków postanowił wyprodukować własny wóz. We Francji objawił się on pod postacią czołgu AMX-30, w RFN jako LEOPARD 1. Francuzi postawili na mniejszą masę i system kierowania ogniem. Niemcy zdecydowali się na odporniejsze opancerzenie i brak jakiegokolwiek wspomagania systemów uzbrojenia. Wraz z upływem lat obydwa pojazdy otrzymywały stosowne pakiety modernizacyjne. Czołgi korzystały ze 105 mm armaty gwintowanej (Leopard- L7A3 produkcji Royal Ordnance a AMX-30 CN-105-F1 produkcji GIAT). AMX'a wyposażono w coraz lepsze systemy kierowania ogniem (umożliwiające prowadzenie walki nocą), usprawniono jednostkę napędową (przystosowanie do działań na terenach pustynnych) oraz wzmocniono ochronę (między innymi poprzez montaż kaset ERA (pancerz reaktywny)). Ostatnie usprawnienie tylko częściowo rozwiązało problem niskiej odporności wozu. AMX-30 jest przez wielu uznawany za najsłabiej opancerzony czołg średni okresu Zimnej Wojny. Leopard w czasie swojego "cyklu życia" otrzymał 6 pakietów modernizacyjnych. Większość z nich to kosmetyczne poprawki pancerza i dodawanie brakującego, istotnego wyposażenia. Stopniowo unowocześniano niemiecki czołg poprzez dodanie stabilizacji armaty (wersja 1A1) czy systemu kierowania ogniem (1A4). Wersja 1A4 to ostatni, produkowany seryjnie model- pojazd posiadający optymalną ochronę i korzystający z SKO. 1A5 i 1A6 to starsze wozy poddawane odpowiednim modyfikacjom i powoli wycofywane z linii (czyt. odsprzedawane innym krajom NATO). Leopard 1 Źródła: Alan K. Russel "CZOŁGI I POJAZDY WSPARCIA" Nowa Technika Wojskowa 1/2018
  11. LukasAlexander

    Śniadaniowe pseudodziennikarstwo

    Zapewne, w niedalekiej przyszłości. Ludzie wychowani na grach komputerowych są od jakiegoś czasu dorośli, i zaczynają stanowić coraz większą grupę potencjalnych widzów. Nie łudźmy się- Ja czy Ty nie będziemy oglądać za 15 lat Familiady albo Rolnika szukającego żony. Coś takiego jest strawne dla naszych rodziców i dziadków- ludzi w wieku +/- 50-65 lat. Jak długo jeszcze będą mieli siłę przebicia? Z drugiej strony- dlaczego to wszystko jest dla ciebie problemem? Już dawno rodzice nie mają na ciebie wpływu, a to czy kuzyn zagra w GTA nie powinno cię interesować. Konflikt pomiędzy różnymi rodzajami mediów to rzecz normalna- a przynajmniej tak mi się wydaje. Radio jechało po telewizji, telewizja po grach i internecie. Za 30 lat będziemy mieli neuronet i sytuacja się powtórzy. A co do zacytowanego filmu... co mogę powiedzieć? Redaktorzy mają poniekąd rację. Mam "odwagę cywilną" przyznać, że zabawy ze strzelankami znieczuliły mnie na przemoc. Widok zabitego człowieka nie szokuje mnie, tak jak powinien. Eksplodujące czołgi albo postrzeleni żołnierze- motywy dziwnie znajome. Jak się do tego odniesiesz, autorze?
  12. LukasAlexander

    Rakiety i pociski kierowane III Rzeszy- Fritz- X

    W roku 1903 bracia Wright dokonali pierwszego, kontrolowanego przelotu dwupłatowcem zaopatrzonym w silnik spalinowy. 15 lat później Niemcy, Francuzi i Anglicy wykorzystywali amerykański wynalazek do zrzucania bomb, nad celami znajdującymi się na zapleczu frontu. Nie można tu mówić o jakiejś wyspecjalizowanej technice nękania przeciwnika- ładunki składowano nierzadko, bezpośrednio w kabinie (!) i wyrzucano je ręcznie, bez precyzyjnego celowania. Na początku lat dwudziestych XX w., we Włoszech, generał Giulio Douhet opracował doktrynę wojenną skupiającą się na bombardowaniach strategicznych. Autor twierdził, że lotnictwo przewyższa inne rodzaje broni dlatego, że operuje niezależnie od warunków terenowych. Samoloty mogą przelecieć nad niedostępnym dla piechoty i wozów bojowych (w tamtych czasach wyjątkowo prymitywnych, opartych na rozwiązaniach z I wojny światowej) terenem i zrzucić swój ładunek bezpośrednio na wyznaczone cele. Douchetyści dowodzili, jakoby bombowce były w stanie "złamać wolę walki narodu, poprzez niszczenie istotnych dla kontynuowania wysiłku wojennego celów takich jak centra rządowe i przemysłowe". Kilka lat później w Anglii powstało nawet powiedzenie: "Bombowiec zawsze się przedrze". Pierwsze bombardowanie strategiczne miało miejsce w roku 1937, podczas wojny domowej w Hiszpanii. W czasie nalotów na Guerenikę ( wykonanych przez niemiecki Legion Condor) zrównano z ziemią ok. 70 % zabudowań. Na powtórkę trzeba było czekać 3 lata- do rozpoczęcia "Bitwy o Anglię" i niemieckiego "Blitzu". Przypadkowe zbombardowanie jednej z Londyńskich dzielnic, było iskrą spuszczoną na beczkę prochu. Od tego czasu masowe zrzuty bomb przeprowadzane były w niemal każdym miejscu na świecie. Bombardowano miasta III Rzeszy, Anglii, Francji, ZSRS czy Japonii. Efektem kampanii lotniczych, ostatecznie zakończonych w 1945 roku, były gigantyczne straty w ludności, infrastrukturze i sprzęcie. Oceany zgliszcz rozciągały się na obszarze Europy i Azji (tej bliskiej i dalekiej). Dla wielu, spojrzenie w niebo jeszcze przez długi czas wiązać się będzie z wypatrywaniem złowróżebnych kształtów. Załogi nosicieli bomb nie były jednak bezkarne w tym co robiły. Obrona przeciwlotnicza z tygodnia na tydzień tężała, a prawdopodobieństwo na to, że nie powróci się do domu było zatrważająco wysokie. Teraz, rok 1995- Kryzys w Jugosławii i Operacja Deliberate Force . NATO'wska interwencja w rozpadającej się, bałkańskiej republice kojarzona jest bezpośrednio z serią precyzyjnych bombardowań. W stosunku do II wojny światowej zmieniło się bardzo wiele: nośnikami uzbrojenia stały się samoloty odrzutowe o rozmiarach niewiele większych niż drugowojenne typy szturmowo-bombowe. Każdy z nich dysponował zestawem precyzyjnie nakierowywanej broni- od pocisków szukających śladów ciepła lub fal radarowych, po prowadzone przez nadajniki GPS lub wiązkę lasera bomby z nakładkami sterującymi. Skuteczność nalotów jest dyskusyjna- wszak wielokrotnie atakowano namalowane na drodze myśliwce (!) lub kolumny czołgów zbudowanych z kartonów (!!). Najważniejsze jest, że nawet te, pozorowane cele były rażone z dużą dokładnością. Wracamy do czasów II wojny światowej i konstrukcji będących protoplastami wspomnianych przed chwilą "cudów". Drugowojenne bomby precyzyjne zrzucane były z dużych wysokości, i początkowo dopiero na ostatnim etapie ich spadania dokonywano korekt. Wraz z udoskonalaniem technologii, uzyskano możliwość sterowania zaraz po tym, jak ładunek opuszczał samolot-nosiciela. Do kierowania wykorzystywano w znacznej większości przypadków sygnały radiowe (rzadziej przewodowe). Według oficjalnych informacji, atakowane cele były trafiane z około 40 procentową skutecznością. Mowa tu oczywiście o obiektach takich jak elementy infrastruktury, budynki przemysłowe albo znacznych rozmiarów okręty marynarki wojennej. Do namierzania ich, obsługa wykorzystywała standardowe, optyczne celowniki bombowe, które po jakimś czasie zastąpione zostały przez celowniki radiolokacyjne. Główną zaletą tych ostatnich był fakt, iż pozwalały zignorować wpływ niekorzystnych warunków meteorologicznych, mających decydujące znaczenie w przypadku gdy załoga korzystała z przyrządów analogowych. Trochę więcej o radiolokacyjnych celownikach bombowych. System działa w oparciu o zamontowaną w samolocie, obracającą się antenę radarową. Urządzenie omiata falami radiowymi teren znajdujący się poniżej, i na podstawie przechwyconych sygnałów odbitych odtwarza swego rodzaju mapę. Lasy, góry, drogi czy zabudowania odwzorowane są w postaci jasnych plam lub linii, a zbiorniki wodne i rzeki reprezentuje czerń i szarość. Im większy obiekt, tym jaśniejsze jego widmo można zaobserwować w okularze celownika. Masywy górskie i duże miasta są najjaśniejszymi elementami na wyświetlaczu, ponieważ ich powierzchnie odbijają najwięcej fal radiowych. Istnieje jeszcze jeden sposób na usprawnienie działania radiolokacyjnego celownika bombowego, a mianowicie, sprzęgnięcie go z maszyną licząco-rozwiązującą. Do pamięci przelicznika wprowadzane są podstawowe informacje odnośnie bieżących współrzędnych celu, wysokości, kierunku i prędkości lotu bombowca czy właściwości balistycznych zrzucanego ładunku. Kiedy nawet to nie wystarczy, kierujący bombardowaniem aparat porównuje dostarczone przez zwiad lotniczy zdjęcia i na ich podstawie określa lokalizację poszukiwanego obiektu. Po opuszczeniu samolotu, spadająca bomba uruchamia specjalny nadajnik przy użyciu którego informuje obsługę o swojej prędkości i położeniu. Atakowany cel i lecący w jego kierunku ładunek są cały czas widoczne na okularze celownika (od bomby również odbijają się fale radarowe). W tym momencie należy już tylko "zgrać" zbliżające się do siebie punkty i wypatrywać eksplozji. Niemieccy naukowcy opracowali również prototyp urządzenia samonaprowadzającego, wykrywającego sygnały pochodzące z radarowych stacji naziemnych. Przelicznik miał aktywować system sterowania na końcowym etapie lotu. Urządzenie nosiło nazwę Radieschen i pierwotnie miało być montowane w pierwszej, niemieckiej, beznapędowej bombie lotniczej Fritz-X. Fritz- X (inaczej X-1) to jedna z pierwszych, kierowanych bomb lotniczych używanych w czasie II wojny światowej. Jej nazwa pochodzi od czterech skrzydeł zamontowanych w kadłubie, tworzących kształt krzyża, albo, jak kto woli litery X. Tego typu ustawienie charakterystyczne jest dla całej serii niemieckiego uzbrojenia kierowanego. Głównym celem Fritz'a miały być silnie opancerzone okręty wojenne takie jak ciężkie krążowniki lub lotniskowce. Najbardziej znanym sukcesem omawianego modelu jest zatopienie włoskiego pancernika "Roma" w 1943 roku. Wystarczyła do tego jedna bomba wyrzucona z wysokości 6400 metrów. Ciężar ładunku wybuchowego wynosił około 270 kilogramów. Rozpiętość skrzydeł wystających z kadłuba to około 1,6 metra. W tylnej części bomby ulokowano odbiorniki sygnałów zdalnego kierowania i urządzenia sterujące. Aby ustrzec się przed nieprzyjacielskimi systemami zagłuszającymi, Fritz-X wyposażony był również w kompletny zestaw niezbędny do kontroli przewodowej (długość kabli to około 8 kilometrów). W części ogonowej montowano reflektor z barwnym filtrem lub ładunek pirotechniczny, ułatwiający identyfikację pozycji ładunku względem namierzanego celu. W zależności od tego, czy dokonywaliśmy zrzutu w dzień czy w nocy, można było wyregulować stopień jasności wspomnianego "smugacza" zgodnie z panującymi na zewnątrz warunkami. Zrzutów dokonywano zazwyczaj z wysokości od 4000 do 7000 metrów. Maksymalną prędkość spadającego Fritz'a zmierzono na 280 metrów/ sekundę. Prawdopodobieństwo trafienia kwadratu o wymiarach 5 x 5 metrów wynosiło około 50%. W biurach projektowych powstawały wersje rozwojowe Fritz'a- X oznaczane jako X-2, X- 3, X-5 albo X-6. Wszystkie były bombami przeciw-okrętowymi i różniły się masą przenoszonego ładunku wybuchowego. Żadna z nich nie wyszła poza stadium prac koncepcyjnych.
  13. LukasAlexander

    WyLOGowany 02 - LWIĄTKO Z CITRY A SPRAWA POLSKA

    W przypadku Ghost in the Shell'a ciężko zdefiniować główną bohaterkę jako azjatkę (przynajmniej jeśli chodzi o film animowany) ponieważ wygląda jak typowa, biała kobieta. Wszystkie postaci z kinowego pierwowzoru podobne są bardziej do ciebie albo mnie, niż do któregokolwiek z rodaków twórcy. Jedyne co świadczy za ich dalekowschodnim pochodzeniem są ich nazwiska oraz fakt, że żyją w Japonii i działają w szeregach lokalnych struktur rządowych. Co do tematu przewodniego wpisu: nie wiem co mam sądzić. Moje postrzeganie wiedźmińskiego uniwersum zostało bezpośrednio ugruntowane przez serial (tak, miałem z nim styczność przed książką) i serię gier komputerowych. Obydwie adaptacje są tworem lokalnym, bazującym niejako na naszym dorobku kulturowym. Pamiętam, że podczas lektury sagi i opowiadań nawet nie przyszłoby mi do głowy aby w roli któregokolwiek z bohaterów obsadzić murzyna, araba albo azjatę. Sapkowski, z tego co pamiętam, nie wyróżnił żadnego ze swych "podopiecznych" jeśli chodzi o jego kolor skóry.
  14. LukasAlexander

    Doskonały czy autentyczny?

    Od jakiegoś czasu, w moje ręce trafia bardzo dużo beletrystyki pod postacią literatury pięknej i fantastyki. Raz mieszam Tołstoja ze Szmidtem a kiedy indziej Hugo z Wegnerem. Taka roszada sprawia, że nie jestem znużony motywami które sobie naprzemiennie serwuję. Lew i Wiktor podają na kartach swych powieści doznania wznioślejsze, bardziej wyszukane i skłaniające niejednokrotnie do refleksji. Moi rodacy zaś, jak na fantastów przystało, dostarczają rozrywki i pozwalają oderwać się, chociaż na moment, od "magii" dnia codziennego. Wielu osobom zapewne, wyda się bezzasadne porównywanie klasyków i popkulturowej papki dla nastolatków. Jak najbardziej się z nimi zgadzam. Niemnie jednak, chciałbym wyłuszczyć w ramach tego wpisu coś, co mnie niezmiennie irytuje od niemal samego początku mojej przygody ze słowem pisanym. Rosyjska epopeja narodowa i perypetie galernika niejednokrotnie urzekły mnie swym autentyzmem. Brak tu miejsca na czary, brawurę która zawsze kończy się szczęśliwie (tak Pietia, na ciebie patrzę) i co najważniejsze, nie znajdziemy w dziełach omawianych klasyków nieskazitelnych postaci. Nie ma ludzi idealnych, a literaccy wirtuozi XIX-wieku z każdą przeczytaną stroną mnie w tym przekonaniu utwierdzają. Hugo i Tołstoj nie starają się na siłę wybielić żadnego ze swych tworów- każdemu przypisują zarówno cechy pozytywne jak i negatywne. Książę Andrzej jest jednocześnie patriotą i zapatrzonym w siebie bucem. Mikołaj Rostow to narwany próżniak a Księżna Maria jest w niemal równych proporcjach dobra i brzydka. Kozeta, wrodzoną niewinność przystraja dumą i chęcią emocjonalnej dominacji nad potencjalnymi adoratorami. Jan Valjean, nawet po wewnętrznej przemianie, stara się samolubnie zawłaszczyć uczucia "córki". Fantyna w przeciągu kilku lat upada na samo dno- z niewinnej dziewczyny zmienia się w plugawą prostytutkę. I teraz nasi rodzimi fantaści: Szmidt i Wegner. Nie będę przytaczał imion poszczególnych bohaterów- wszyscy są tacy sami. Zaradni, inteligentni, odważni. W beznadziejnej sytuacji udaje im się znaleźć rozwiązanie które nie dość, że ratuje im skórę, to w dodatku stawia adwersarzy w niekorzystnym położeniu. "Musimy ich zostawić! Nic nie można zrobić!". Ile ja razy to słyszałem? Tyle samo, co znamienne dla literatury rozrywkowej "Nie mogę tego zrobić! Muszę im pomóc!". No i tak. Święcki albo inny Górski Strażnik w dosłownie, ostatniej chwili dokonuje heroicznego czynu. Jestem w trakcie "konsumpcji" drugiego tomu "Opowieści z Meekhańskiego Pogranicza". Wykreowany świat jest jak najbardziej na plus- momentami da się wyczuć nawet Sapkowskiego. Co z tego, skoro przez 600 stron czytam o najlepszych wojownikach, najwierniejszych przyjaciołach albo najlepiej wyszkolonych pułkach. Czy tylko mnie drażni ta nieskazitelność? Wszyscy są nieziemsko odważni, nadludzko sprawni i wychodzą z każdej opresji z ledwie kilkoma sińcami. Cały pułk doborowej, koczowniczej kawalerii nie może dorwać bandy oberwańców uciekających od kilku godzin bez żadnej przerwy. Dlaczego? Bo każdy członek drużyny głównej bohaterki ma "najlepszego konia jakiego można znaleźć na stepach". Są oni dodatkowo najlepszymi jeźdźcami i wiedzą, że jeśli nie dadzą rady to kompanów czeka marny los. Główna bohaterka odwiedza "przyszywaną" rodzinę podczas postoju w mieście. Pięćdziesięcioletnia macocha urodziła dziesięcioro dzieci i pół dnia przebywa w kuchni. Jest piękną kobietą z figurą nastolatki. Podaje na obiad zupę serową najlepszą w mieście- gdyby zatrudniła się w gospodzie, opowieści o jej kulinarnych zdolnościach obiegłyby z pewnością całe cesarstwo. Jej potomstwo na swój sposób jest wybija się z otoczenia. Ta jest ładna i zaradna, tamten przystojny i dobrze strzela z łuku a jeszcze inny wykuwa najlepsze miecze w całej okolicy. Można powiedzieć: Nie podoba ci się- nie czytaj. Myślę, że wtedy jednak coś by mnie ominęło. "Pola dawno zapomnianych bitew" i "Opowieści z Meekhańskiego Pogranicza" to kawał dobrej, rodzimej fantastyki. Momentami naiwnej i naciąganej, ale mimo to przyjemnej. Oba cykle cierpią na przypadłość, która dręczy niemal cały segment przemysłu rozrywkowego. Jestem w stanie ową skazę zaakceptować kiedy dzieło dobrze rokuje od samego początku, lub jeśli autor potrafi odpowiednio szybko wprowadzić fabułę na właściwe tory.
  15. LukasAlexander

    Aliens versus Predator 2

    Sequel idealny. Najlepsza gra w jaką kiedykolwiek grałem. Objawienie 2001 roku. Zapomniany przez branżę cud. Ile to podobnych określeń można jeszcze sformułować odnośnie Aliens versus Predator 2? Wiele osób spotkało się z nią zapewne przy okazji wersji demonstracyjnej, umieszczonej na płycie pierwszego numeru Click! Fantasy (pamiętny plakat z Wiedźminem-Żebrowskim). Od tamtego czasu trwa moja miłość do AvP2. Gry będącej inkarnacją marzeń każdego fana uniwersum Xenomorfa i Predatora. Minęło 17 lat i tylko "Obcy: Izolacja" jest godzien stać obok produkcji Monolith. Jaką wspólną cechę posiadają obydwie, wymienione gry? Ano teraz wam powiem: są w bardzo rozsądnym stopniu odtwórcze i przemyślane na płaszczyźnie gameplayowej. Co chcę przez to powiedzieć: FOX udostępnił developerom olbrzymią ilość zasobów które wykorzystywano podczas produkcji materiału źródłowego (mowa tu o filmach). Kim byliby programiści gdyby z nich nie skorzystali? Użyli czego tylko mogli. Od typowej dla serii artystycznej otoczki utrzymanej w klimacie industrial science-fiction po znane z telewizyjnego ekranu "klekotanie" Predatora czy syk Obcego. Przemierzając Sewastopol albo POC (Primary Operatoin Complex) na LV-1201, nie sposób było wyzbyć się wrażenia, że już gdzieś to wszystko widzieliśmy. No i tak, widzieliśmy w jednej z najpopularniejszych serii filmów XX wieku. Zostawmy "Izolację" w spokoju- nie o niej traktuje ten wpis. Dbałość o szczegóły i zgodność z materiałem źródłowym to nie jedyna zaleta AvP2. Każda z trzech kampanii swój gameplay'owy środek ciężkości opiera na czymś innym. Od Kolonialnego Marine stawiającego na siłę ognia broni palnej, przez Predatora łączącego wyszukane gadżety z walką w zwarciu, po Xenomorfa który bazuje na szybkości, wyostrzonych zmysłach i zdolności poruszania się po każdej, dostępnej powierzchni (oczywiście jest też odgryzanie głów). Jeśli chodzi o "osoby dramatu"- mamy pulę istotnych dla fabuły homo-sapiens, których wątki przeplatają się w trakcie trwania kolejnych scenariuszy. Nawet w przypadku obcych gatunków postaciami pierwszoplanowymi są koloniści i żołnierze korporacji Weyland-Yutani. Nie jest to problem- jak wyobrażacie sobie stworzenie wiarygodnej relacji pomiędzy kosmicznymi potworami? Predator przez dużą część swojej wędrówki potyka się z rosyjskimi najemnikami pod wodzą generała Rykova. Obcy stara się przeciwdziałać zapędom szefa pionu badawczego- doktora Eisenberga. Marine, jak to Marine- próbuje uratować siebie i członków swojej drużyny. Wszystkie, trzy kampanie toczą się w tym samym czasie. Gdzieś w połowie każdej z nich trafiamy do "Klatek Obserwacyjnych" (Forward Observation Pods) i widzimy z różnych perspektyw to co robimy jako pozostałe, grywalne rasy. Przykładowo: Xenomorf uwalnia Pred-Aliena (skrzyżowanie Obcego z Predatorem) na którego Marine natyka się w trakcie eksploracji korytarzy placówki. Żołnierz wyłącza systemy zabezpieczeń i Predator może dzięki temu wydostać się z niewoli. Predator niszczy hangar jednej z "klatek" a człowiek natyka się w niej na ekipę zabezpieczającą miejsce zdarzenia. Niby drobnostka a w znaczący sposób poprawia odbiór całości. Scenariusz Aliens versus Predator 2 jest w moim odczuciu jedną z najlepiej napisanych historii z jakimi miałem do czynienia w mojej karierze gracza. Bardzo dużo czerpie z filmowych wzorców i jednocześnie na swój, własny sposób pokazuje nowinki robiące na odbiorcy duże wrażenie. Niby same znane motywy: baza opanowana przez obcych, Predator polujący na ludzi i eksplozja atomowa wieńcząca nasze starania. Co z tego skoro w międzyczasie bombardują nas mnóstwem wątków, których część wyłapałem dopiero za którymś z kolei zaliczeniem, w roku... 2013. 12 lat po premierze. Prawie każde pomieszczenie to jakaś rozmowa do odsłuchania, notatka do przeczytania albo zdarzenie któremu warto się przyjrzeć. Wszystkie etapy obok celów misji zawierają fragmenty dziennika powiązanego bezpośrednio z daną kampanią. Warto się z nimi zapoznać z racji tego, iż bardzo wiele odsłaniają. Wszystko to sprawia, że fan uniwersum może bez poczucia wstydu umieścić AvP2 obok kanonicznych, filmowych odsłon obydwu marek. Pierwowzór z 1999 roku rozgrywał się tylko w ciasnych korytarzach baz i okrętów kosmicznych. Teraz od samego początku dostajemy otwarte przestrzenie (albo raczej umiejętnie zaprojektowane korytarze), które w dość radykalny sposób zmieniają odbiór całości. Przemierzane przez nas placówki doczekały się zmian w aranżacji. Duża ich część to obszerne szyby dla wind towarowych, lotniska albo jaskinie którymi przemieszczają się pojazdy. Większość lokacji jest zdecydowanie przestronniejsza. Nie czuć klaustrofobii charakterystycznej dla części pierwszej. Ktoś może powiedzieć, że niszczy to klimat zaszczucia: nic bardziej mylnego. Nawet na otwartym terenie wrzaski kosmicznych kreatur przyspieszają bicie serca! Tekst nie jest żadną formą recenzji, ale czymś w rodzaju nostalgicznych wspominek, połączonych z próbą zachęcenia tej części publiki która z produkcją Monolith nie miała jeszcze styczności. AvP2 zyskuje nawet dziś, w czasach gdy kinematografia nie ma szczęścia do żadnego z opisywanych, kosmicznych zabójców. Potencjalnego odbiorcę może odrzucić kanciasta grafika czy nie robiąca dziś wrażenia AI. Na upartego można wytykać brak skoków przez okno i eksplodujących budynków. Kogo to obchodzi? Zamiast tego mamy sensownie napisany scenariusz, kilkanaście godzin gameplay'u w czasie którego nie raz podskoczymy ze strachu, oraz Obcego i Predatora- bo to oni są chyba najważniejsi w tym elektronicznym przedstawieniu.
×