Jump to content

GR3G0R14N

Akademia CD-Action [GAMMA]
  • Content Count

    40
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

14 Neutralna

About GR3G0R14N

  • Rank
    Goblin
  • Birthday January 15

Sposób kontaktu

  • Strona WWW
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Zainteresowania
    Array

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array

Recent Profile Visitors

1,978 profile views
  1. Nie wylądujemy na śmietniku historii dopóki my będziemy pamiętać
  2. O jak klawo, że ktoś się zasłuchuje w tego typu dźwiękach (ogromne propsy za Perturbatora). Od siebie jeszcze dodam Noir Deco (ociężałe i brudne beaty z klipami ze starych japońskich animacji) oraz Lazerhawk - bardzo przypominający Kavinsky'ego z atmosferą kojarzącą się z Kung Fury - czyli więcej neonu, mniej noir. Warto też wspomnieć, że John Carpenter wydaje w tym roku kontynuację Lost Themes, a to kwintesencja jego charakterystycznego stylu.
  3. Podzielam zdanie, też do tego ćwiczyłem, a gdy wchodziły refreny to zazwyczaj przy bieganiu rozszarpywałem tshirt i polowałem w pobliskim lesie na jelenie. A poważnie, ost pompuje adrenalinę jak nic innego - poza wspomnianym My Own Master, zawsze kosił The Only Thing I Know... ale to pewnie dlatego, że potyczka z Jetsream Samem mi się mocno wypaliła we wspomnieniach.
  4. Czym lepiej podkręcić absurdalnie szybkie tempo rozgrywki, w której główną rolę odgrywa jednooki-ninja-cyborg tnący przeciwników, w tym - należy to zaznaczyć - gigantyczne mechy, na kawałeczki doładowując swoje baterie ich wnętrznościami? Oczywiście mieszanką industrialu, elektroniki i metalu. Tego zadania podjął się Jamie Christopherson w ścieżce dźwiękowej spin-offu (nie boję się użyć tego słowa. I nie, nie przemawia przeze mnie uwielbienie) legendarnej serii Metal Gear Solid. Metal Gear Rising - z najbardziej pokręconym podtytułem w dziejach gier, Revengeance, który ewidentnie nie mógł lepiej wyłożyć zemsty i odwetu jak łącząc oba słowa w bombastyczną mieszankę zwiastującą intensywny kurs agresywnego siekania i szatkowania - śledzi losy znanego z MGSów Raidena. Dla przypomnienia Raiden pojawił się pierwszy raz w drugiej odsłonie cyklu i z miejsca stał się synonimem rozczarowania i wściekłości graczy. Twórca gry, Hideo Kojima zastosował ówcześnie swoją PRowską czarną magię i do czasu premiery nie ogłosił, że Solid Snake będzie jedynie grywalną postacią w prologu. Jeżeli nabyłeś grę w czasie premiery w 2001 roku to przepraszam za rozdrapywanie starych ran. Mi osobiście ten zabieg przypadł do gustu, bo z jednej strony radykalnie i bezpardonowo wprowadza do uniwersum nową postać, która miała być następcą Solid Snake’a - na chwilę obecną jedynie żółtodzioba, który wskoczył na głęboką wodę i nie ma do końca pojęcia co ma ze sobą począć. Z drugiej główny protagonista serii wciąż jest w grze obecny i pełni rolę mentora i głosu rozsądku. Bardzo fajne rozwiązanie. Także wracając do MGR - Raiden, jak już miałeś przyjemność widzieć w wydarzeniach z MGS4, nie jest już tym samym wymoczkiem. Stał się maszyną do zabijania, która w swojej solowej serii pracuje dla prywatnej firmy militarnej (PMC - private military company), której zadaniem jest stabilizacja objętych wojną domową regionów, po upadku reżimu Patriotów. Pech chciał, że niektóre frakcje PMC, uważają, że wojenna ekonomia to wciąż dojna krowa. Na taką trafia Raiden co w skutek kilku nieszczęśliwych zdarzeń (i pojedynku z Metal Gearem) prowadzi bohatera na skraj krwawego odwetu. Oczywiście sama gra to nie jedynie bezmyślna młócka - pojawiają się też elementy charakterystyczne dla serii - odrobina polityczno-społecznego dyskursu, trochę filozofowania o znaczeniu wolnej woli i przeznaczenia oraz nawiązanie do MEMów z MGS2. Wszystko okraszone porządną ścieżką dźwiękową skomponowaną przez Jamie’go Christophersona, która przynosi na myśl lepszą stronę industrialu i metalu z lat 90. Trzeba zaznaczyć, bo sama gra nosi znamiona inspiracji filmami akcji z owego okresu - cheesy one-linery (serowe docinki hehe), humor połączony ze scenami akcji, trochę kiczu, klisze na kliszach no i wspomniana muzyka. Oceny końcowe mówią same za siebie. Utwory są wypakowane adrenaliną, szybkie, agresywnie i przesadnie epickie. Tak, słucha się tego świetnie samodzielnie. Nie wspominając o wokalach wchodzących w decydujących momentach, gdy na ekranie lecą iskry, jucha, ekslozje, wnętrzności, gigantyczne mechy, więcej eksplozji. Bardzo odprężająca rozrywka. Numer rozpoczynający album Rules of Nature (Platinum Mix) koresponduje z potyczką z pierwszym bossem - gigantycznym Metal Gearem. Co ciekawe dzieje się to na 3 minuty po rozpoczęciu gry! Potem muzyka i akcja nabierają tempa. Mój fav to niewątpliwie I’m My Own Master Now przygrywający podczas pojedynku z Blade Wolfem. Na płycie udziela się gościnnie nawet John Bush z Anthrax/ Armored Saint (The Hot Wind Blowing (feat. Ferry Corsten)), także tempo jest zabójcze. Jedyna bolączka albumu to jego druga część, składająca się tylko i wyłącznie z instrumentali przedstawionych wcześniej utworów, które nie wywołują już takich emocji. Niemniej jako element pobudzenia się do pracy lub przeżycia kolejnego dnia - ost z MGR: Revengeance sprawdza się świetnie. P.S. Poniżej jeszcze trailer przygotowany przez samego Hideo. Bo podkład też był konkretny i klimatyczny.
  5. Z racji tego, że wczoraj Egmont udostępnił swój katalog wydawniczy na ten rok i znalazło się w nim miejsce dla Batman: Gotyk (i Batman: Rok Setny - oba warto znać) postanowiłem podrzucić tutaj kilka słów o tym tomie. Weź Batmana, postać przywdziewającą kostium kojarzący się z Panem Ciemności, każ mu patrolować ulice miasta, którego architektura zatrzymała się w XIII wieku (lub XVIII-XIX jeżeli mówimy o neogotyku), wplącz do tego faustowski pierwiastek, przykre dzieciństwo i moce piekielne i możesz mówić o scenariuszu Gothic. Historia pierwotnie ukazała się w serii Legends of the Dark Knight przedstawiającej wczesne lata działalności Batmana, w numerach 6-10. Tytuł jechał ówcześnie na popularności filmu Burtona i historii Year One Franka Millera. Kilku, głównie 3 i 5-cio zeszytowe historie gościły nazwiska pokroju Alana Granta, Chucka Dixona, Dennis O’Neila czy Archiego Goodwina i sprawdzały się jako przyswajalne dla niedzielnego czytelnika wejście w mit Mrocznego Rycerza. Co nie znaczy, że ich jakość pozostawała wiele do życzenia. Venom, Prey, Conspiracy (wczesny J.H. Williams III !) to zapomniane perły, które warto wygrzebać z antykwariatów lub poczekać na wznowienia (o ile te faktycznie się ukażą), tak jak doczekał się tego Gothic. W kwietniu 1990 roku do tytułu dołączył Grant Morrison i po pokrętnej psychoanalizie dostarczonej w Arkham Azylum i na kilkanaście lat przed redefinicją mitu Batmana wziął się za 5-zeszytową historię, którą z braku lepszego określenia można określić: detektywistycznym horrorem. Jednocześnie to jeden z łatwiejszych do śledzenia scenariuszy, jakie udało mu się spłodzić, ale nie wyciągaj pochopnych wniosków, jakoby musiał być prostacki i/lub łopatologiczny. Na potrzeby Gothic autor zmieszał elementy z kilku gatunków. Początkowy wątek poszukiwania przez mafiosów (rzekomo nieśmiertelnego) Mr. Whispera w celu jego definitywnego “uciszenia” przywodzi na myśl film noir M (M - A city looks for a murderer). Pakt pewnego zakonnika z Diabłem brzmi jak Faustowski układ z Diabłem. W komiksie przewija się Don Giovanni, opera Mozarta, która podobno służyła za główną inspirację do stworzenia historii. Podobno warto też zainteresować się gotycką powieścią “Mnich” Matthew Gregory'ego Lewisa. Imię głównego antagonisty może kojarzyć się z poematem Byrona, który chyba żywcem został przeniesiony do komiksu. Widzisz, nie masz się czego martwić. Mimo wszystko Morrison odrobił lekcję i dostarczył inspiracji wychodzących poza komiksowe medium. W każdym razie ten blend gotyckiego horroru dopełniają niepokojące sny Bruce’a i zdarzenia z jego przeszłości, o których wcześniej nie wspominano w komiksach. Po odpowiednim wczuciu się w tę atmosferę można poczuć zimne dreszcze. Ah, no i mamy tutaj jeszcze odwrócony znak nietoperza, który wyświetlają w chmurach mafiozi starający się pójść na ugodę z Mrocznym Rycerzem. Ten, jak przystało na swój modus operandi rzecze: “You and your kind have turned Gotham City in a hell. Now rot in it.”. Oczywiście nie jest to komiks, który nie ustrzegł się błędów. Rysunki Klausa Jansona lubię, ale niektóre panele były ewidentnie naprędce rysowane. Trochę koślawa anatomia tu, jakieś niedociągnięcia na twarzy tam, ale nie raziło to specjalnie, bo mimo wszystko pasowało do mrocznej historii, podszytej dodatkowo zimnymi kolorami nakładanymi przez Steve’a Buccellato. Ostatni akt fabuły trochę kulał, zwłaszcza gdy główny zły wyjawił Batmanowi cały swój misterny plan, by kilkanaście stronic dalej dać się obić bohaterowi. Ten, znając zamiary antagonisty, zamiast działać, stoi nad złoczyńcą czekając na rewanż. Te fragmenty były dość naiwne i czytając je można się krzywić, bo wyglądają jak zbędne wypełnianie przestrzeni, ale mimo wszystko całościowo nie psują odbioru komiksu. A ten, przynajmniej w moim przypadku, chodził po głowie jeszcze dzień-dwa po jego przeczytaniu. Batman: Gothic to dobry pretendent do wydania ciężko zarobionych pieniędzy. Jasne, nie jest idealny, ale jako historia z pogranicza horroru, który średnio kupuję z racji przyziemności Batmana (chyba, że to jakiś elseworld jak wampirza trylogia Douga Moencha i Kelleya Jonesa), plasuje się tuż za Milliganem. A to niezły wynik.
  6. Zatem Midori Days? Strzelam, bo nie znam.
  7. Tekst pierwotnie opublikowano tutaj. Tsche-chu-chu-chu-tsche. To odgłos twojej obojętności transformujący się w zainteresowanie. Pewnie przeglądając bloga można było przeczuwać nadchodzącą kontynuację wątku Transformersów. Nie powinno to być dla Ciebie ogromnym zdziwieniem zwłaszcza przy zachwytach nad Ostatnim Bojem Wreckersów. Udało mi się przeczytać część z zakupionych podczas komiksowego bundla tytułów. 3 tomy by być dokładnym. I muszę ponownie potwierdzić pisarski kunszt Jamesa Robertsa, bowiem lektura trade’ów, choć faktycznie czasochłonna, przyniosła mi sporo satysfakcji. I to z kilku powodów. Akcja More Than Meets The Eye (jak i równoległego Robots in Disguise) rozpoczyna się po wydarzeniach mających miejsce na łamach serii Transformers. Event Chaos doprowadził do reformatu Cybertronu, czyli rodzinnej planety bohaterów. Koniec trwającej 4 miliony lat wojny domowej między Autobotami a Decepticonami pozostawił pustkę w Iskrach kombatantów.Weterani muszą na nowo zaprowadzić porządek i zapewnić bezpieczeństwo powracającym cywilom. By nie było tak kolorowo coś musi zazgrzytać. Pomimo, że z wojny zwycięsko wyszła frakcja Optimusa Prime’a, to mieszkańcy Cybertronu krytycznie się doń odnoszą – w końcu tak długie zmagania na domowym gruncie (które również przeniosły się na inne planety) doprowadziły do wyniszczenia ogromnych metropolii i zubożenia surowców naturalnych. Widząc rosnące głosy sprzeciwu bohater podejmuje decyzję o popełnieniu samobójstwa. Oczywiście symbolicznego. Optimus zrzeka się swojego tytułu (Prime) i powraca do pierwotnego imienia – Orion Pax, po czym odlatuje w siną dal pozostawiając sprawy ojczyzny w rękach swoich zastępców. Tak kończy się one-shot The Death of Optimus Prime, który dzieli wydawaną przez IDW serię na 2 nowe tytuły wspomniane wyżej. Jednocześnie historia ta rozpoczyna pierwsze wydanie zbiorcze MTMTE. Ale to nie tym się zachwycam przede wszystkim, choć mogę to uznać za powód bonusowy. Główna oś fabularna przeczytanych przeze mnie tomiszczy obraca się wokół załogi statku Lost Light, pod dowództwem Rodimusa (pamiętasz go jeżeli zachwycałeś się pełnometrażówką z 1986 roku), która wyrusza na poszukiwania legendarnych Rycerzy Cybertronu – potomków pierwszych cybertronian (tak się chyba to odmienia), bezpośrednio wywodzących się od Primusa, czyli takiego ichniejszego robo-boga, czy jak kto woli, Pierwszego Poruszyciela mechanizmów antropomorficznej rasy. Swoisty mit założycielski. Tutaj bardzo wyraźnie rysuje się również nawiązanie do greckiego eposu. Dla szybkiego przykładu - Rodimus poszukujący po rozległych układach planetarnych Rycerzy parafrazuje pod wieloma względami podróż Odyseusza do Itaki. To powód pierwszy. Każda historia pomimo wspólnego mianownika, przynosi więcej nieoczekiwanych zwrotów akcji, odnosi się do historycznych wydarzeń czy przedstawia starych-nowych bohaterów, co skutecznie angażuje do poszerzenia wiedzy o uniwersum. To dlatego tyle czasu zajęło mi przeczytanie zaledwie 500 stron. I choć zazwyczaj nie przepadam za ślamazarnym ślęczeniem w wiki i szukaniem odniesień, tak tutaj autentycznie sprawiało mi to przyjemność i satysfakcję, gdy potrafiłem rozpoznać imiona bohaterów czy zagłębić się w legendy pierwszych robotów zbytnio się przy tym nie gubiąc. Komiks nagradza uważną lekturę, zapewniam. To powód drugi. No dobrze, ale orbituję wokół głównej myśli zamiast ją bezpośrednio wyłożyć. Już przy The Last Stand of the Wreckers zachwalałem poważną tematykę i dojrzałe podejście autora do kwestii związanych z wojną i jej skutkami. More Than Meets The Eye, nie jest co prawda tak skompresowany jak miniseria, ale dużo uwagi poświęcono adaptacji do nowego statusu quo czy problemie PTSD. Trzeci tom dodaje do tych przemyśleń jeszcze politykę i nierówności społeczne. To na dobrą sprawę przekrój pokazujący ciemiężców i uciemiężonych w państwie policyjnym. Dodaj do tego działalność nielegalnych klinik skupujących części (organy) robotów i przeprowadzające przeprogramowywanie (pranie mózgu, zwane tutaj shadowplay), lub rytuał „empuraty”, czyli usuwanie głowy i zastępowanie jej defaultowym, bezwyrazowym obliczem. Kolejny raz zaskoczyłem się, że z pozoru niewinna seria o piorących się po gębach robotach ma do zaoferowania taką głęboką analizę ludzkiej psychiki. W serii, paradoksalnie, traktującej o robotach. To powód trzeci. I choć ostatnio „dark and gritty” jest na czasie i można to również wyczuć w powyższych wydaniach zbiorczych, to jednak silną stroną jest tutaj niewątpliwie humor – czy brytyjski jak przystało na scenarzystę? Ciężko mi powiedzieć, bo sam mam specyficzne poczucie humoru, ale zapewniam, przy większości gagów - zaśmiane na głos. Ot chociażby debata nad oficjalną nazwą dla załogi, która ewidentnie pokazuje samoświadomość tytułu i kolejny raz uzasadnia, dlaczego uwielbiam meta-żarty. To powód czwarty. Rysunki, choć bardzo kreskówkowe i z lekka karykaturalne, są bardzo plastyczne i od razu mi przypasowały. Nick Roche, jak podaje tfwiki, pochodzi z Irlandii, pisze głównie dla IDW (głównie Transformery) i jest przekozakeim. I absolutnie się z tym zgadzam. A i jeszcze jedna ciekawostka. Podczas publikowania kolejnych zeszytów serii Roberts jednocześnie przedstawiał soundtrack składający się z kilku utworów, które miały stanowić odpowiedni podkład pod lekturę. Zorientowałem się dopiero przy trzecim tomie, którego motywem przewodnim było Comforting Sounds od MEW (inni artyści to między innymi Joy Division, Beulah czy The National). Fajny motyw i przywołuje mi na myśl mixtape Declana Shalvey’a podczas pracy nad Moon Knightem. W tym miejscu pozostawiam Cię z decyzją o Twojej dalszej przygodzie z Transformersami. Jeżeli jeszcze się wahasz przed zakupem, to chyba nie czytałeś uważnie.
  8. Tak! To jednak była zbyt łatwa zagadka : / Twoja kolej Reju
  9. To jakaś Madoka Magica, 'aight? A kotopodobna istota to kyubey.
  10. Temat straszliwie opustoszały, ale skoro to poszukiwania i polecanki to skorzystam z tego faktu. Egmont wydaje komiksy w serii DC Deluxe, które w założeniu mają zapoznać nowych czytelników z klasycznymi, must-readowymi tytułami. Pod szyldem wyszły takie perełki jak Lobo (czytelnicy TM-Semic kiwają głowami), Mroczne Odbicie (jedna z lepszych, nowych historii z Batmanem) czy Azyl Arkham (Batman stara się uciec z zakładu psychiatrycznego, ale nie jest to łatwe skoro zamieszkują go same świry i Joker, których notabene sam tam umieścił). W mijającym tygodniu wyszedł Kryzys na Nieskończonych Ziemiach i właśnie to mógłbym polecić wszystkim osobom, które głowią się jak to jest, że wychodzi tyle serii z Batmanem, Supermanem, Wonder Woman itd. i czemu to całe komiksowe uniwersum jest tak bardzo zagmatwane i nieprzystępne dla "świeżaków". Kryzys to pierwszy "event" który starał się uporządkować bajzel jaki przez ponad 40 lat (komiks wyszedł w 1985 roku, a zaraz po nim przyszła moda na mroczniejsze historie pokroju Strażników czy Powrotu Mrocznego Rycerza - nie jest on w żaden sposób powiązany, ale czuć w nim powiew nadchodzących zmian) rósł wraz z kolejnymi wydawanymi seriami. Kilku Supermanów, kilku Flashów, alternatywne ziemie przeplatające się ze sobą, nieuchronny kataklizm, chaos, stawki większe niż życie, dużo klepania się po pyskach itd. - jeżeli oczekujesz od komiksów superbohaterskich rozmachu i wymienionych wyżej cech, ale wciąż czujesz się zagubiony w komiksach DC to nie ma lepszego tytułu, który by Ci trochę rozjaśnił w głowie. Jedyny minus (ale wymuszony) to ściany tekstu, które "zabijają" dynamikę, ale taka była domena ówczesnych historii. Poza tym, jakoś wypadało przedstawić czytelnikowi co się dzieje i co z czego wynika w kontekście porządkowania uniwersum - stąd trochę czytania. Niemniej warto się na Kryzys szarpnąć, zwłaszcza że w dyskontach internetowych można doszukać się jedynych słusznych i prawilnych cen.
×
×
  • Create New...