Jump to content

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

Turambar

Podróże

Recommended Posts

Jesli chodzi o mnie, to mam dwa ulubione miejsca, do ktorych uwielbiam wracac.

W Europie jest to... Grecja. Owszem, kraj przezywa teraz wielki kryzys gospodarczy i ogolnie jest tam bardzo zle jesli wierzy sie mediom, ale na miejscu ludzie dalej zyja, pracuja i bawia sie. Pierwszy raz do Grecji wybralem sie w ramach zwyklej autokarowej wycieczki objazdowej i od razu zakochalem sie w tym kraju. Greckie krajobrazy, pogoda, niesamowite zabytki, kultura, mentalnosc ludzi i ich podejscie do zycia czy kuchnia bardzo mi sie spodobaly. Wsrod wszystkich krajow europejskich, ktore dane mi bylo odwiedzic, w Grecji najlepiej sie czuje i najlepiej mi sie tam wypoczywa, przez co gdy rozwazam cel wakacyjnego wypadu w Europie, zawsze znajduje sie ona w scislej czolowce.

Drugim krajem, tym razem znajdujacym sie poza Europa, jest Korea Poludniowa. Wiekszosci kojarzy sie on pewnie z markami typu Samsung, LG, Hyundai i Daewoo oraz moze strefa zdemilitaryzowana. W sumie lecac tam po raz pierwszy w 2003 roku (pierwsza podroz lotnicza i to od razu wielkim Jumbojetem! :) ), nie mialem jakichs wielkich oczekiwan, a nawet nie za bardzo wiedzialem czego sie spodziewac. Dwa miesiace pozniej, gdy szedlem juz do samolotu, ktory mial mnie zabrac do Europy, zlozeczylem pod nosem na caly swiat, ze wakacje sie koncza i musze wracac, opuszczajac ten dopiero co "odkryty" kraj. Ponownie urzekla mnie panujaca w nim kultura, poziom uczciwosci, a nawet pewnej naiwnosci ludzkiej, bezpieczenstwo na ulicach, nowoczesnosc Seulu, kuchnia, krajobrazy oraz mentalnosc ludzi, ktorzy sporo pracuja, ale tez potrafia sie bardzo dobrze bawic. Dosc powiedziec, ze do Korei wybieralem sie jeszcze kilka razy i w sumie spedzilem w niej pare miesiecy mojego zycia. Pewnie niektorzy stwierdza, ze wola lepiej znana i "dziwna" Japonie, ale chociaz Kraj Kwitnacej Wisni tez lubie, to duzo bardziej podoba mi sie wlasnie Korea. Jesli wszystko pojdzie po mojej mysli, to w przyszlym roku znow ja odiwedze, zapominajac chociaz na krotki czas o Europie i charakterystycznej dla naszego regionu geograficznego mentalnosci ludzkiej.

Link to comment
Share on other sites

a nawet w kosmos
No nieźle, na pewno będzie Cię stać na prywatną rakietę. :pokerface: Kto by nie chciał sobie polecieć?

A tak jeśli o podróże realne chodzi to - marzy mi się Francja>Paryż i Luwr. Jeśli umrę, bez odwiedzin Luwru, można powiedzieć, że będę niespełniona życiowo. :tongue: Taka podróż to nie jest taki wielki wydatek, no ale dla mnie na dzień dzisiejszy, niema co planować. Potem Chiny, Egipt koniecznie. Kurcze, zazdroszczę ludziom, którzy mają dobrą pracę, lubią ją a w dodatku są w rozjazdach. Ale wtedy gorzej z życiem osobistym i rodzinnym. Ale wszystko da się pogodzić, trzeba to tylko dobrze rozplanować :happy:

Link to comment
Share on other sites

@Agatix001

Jesli planujesz wybrac sie do Luwru, to tak zaplanuj sobie wycieczke do Francji, zeby do Luwru wybrac sie we wtorek. W ten dzien wejscie jest darmowe, a to oznacza, ze zaoszczedzisz te 25-30 euro (nie pamietam teraz dokladnej ceny biletu, ale niska to ona nie jest).

Link to comment
Share on other sites

W zeszlym roku tak bylo. Muzeum bylo zamkniete, ale chyba w poniedzialek, a wtorek byl dniem darmowego wstepu. Moze cos sie zmienilo przez te kilka miesiecy od mojej wizyty w tym miejscu...

Link to comment
Share on other sites

No nieźle, na pewno będzie Cię stać na prywatną rakietę. Kto by nie chciał sobie polecieć?

Generalnie nie trzeba mieć własnej rakiety. Są już turystyczne loty w kosmos. Co prawda cena takiego lotu wynosi ileś tam milionów dolarów, ale to zawsze jakaś oszczędność. :laugh:

Ja tam nie mam nie wiadomo jakich ciągot do wyjeżdżania za granicę. Zadowalają mnie wczasy na Mazurach. :smile: Choć nie mówię, z chęcią pojechał bym sobie do Francji czy Chorwacji.

Link to comment
Share on other sites

W zeszlym roku tak bylo. Muzeum bylo zamkniete, ale chyba w poniedzialek, a wtorek byl dniem darmowego wstepu. Moze cos sie zmienilo przez te kilka miesiecy od mojej wizyty w tym miejscu...

Może zmieniają dzień darmowego wejścia co roku? Gdy byłem w Paryżu pierwszy raz, wstęp wolny był chyba w niedzielę :)

A jeśli chodzi o podróże, uwielbiam je. Póki co zwiedziłem prawie całą Europę zachodnią, bez południa Włoch, Szkocji oraz Irlandii. W te wakacje byłem w Portugalii, samochodem. Strasznie męczące, w dwie strony wyszło ponad siedem i pół tysiąca kilometrów, co daje 500 km dziennie :D

Po pierwszym roku studiów, czyli trochę sobie jeszcze poczekam, planuję razem z trzema znajomymi objechać cały Bałtyk. Przez Litwę, Łotwę, Estonię, Rosję, Finlandię, Norwegię, Szwecję, Danię i Niemcy. Zakładając, że będziemy żywić się tylko konserwami i kiedy to tylko możliwe spać pod namiotem (chociaż tam zimno jest przecież :D), koszty i tak będą strasznie wysokie. Już zaczynamy zbierać pieniądze. Mam nadzieję, że nam się uda. I że zdam do tego czasu na prawo jazdy, nie widzę innej możliwości niż ta, że ja będę kierowcą :D

Link to comment
Share on other sites

Tak widzę, że pojawił się temat nie tyle relacji z odbytych podróży, ale planów na przyszłość gdzie chętnie by się udaliście to rzucę dwa grosze od siebie :D Krajami, które chętnie bym odwiedził to Japonia - głównie ze względu na totalnie odmienną kulturę - oraz Stany Zjednoczone, także ze względów socjologiczno-kulturowych, ale również trochę dla zwiedzania... zarówno parków narodowych jak i amerykańskich metropolii ^_^

Link to comment
Share on other sites

Haha! Postanowiłem sobie, że jeśli nie zdam matury, to żeby nie marnować roku pojadę rowerem do Japonii (morze zamierzałem przebyć promem rzecz jasna). Niestety, matura mi poszła i teraz zamiast podawać Wam relację z kafejki internetowej w jakiejś wiosce między Dalandzadgadem a Datongiem* zakuwam na kolokwium z majcy :dry: Trudno, może po I sesji się uda :wink: Ale na serio: kiedyś się na taką wycieczkę wybiorę na pewno!

A co do Luwru to byłem, ale nie zwiedziłem do końca, bo mojego kolegę przyłapano na cykaniu fotek Monie Lisie. A że jest to surowo zabronione to i cała nasza grupa została "grzecznie" wyproszona z muzeum... A szkoda, bo mógłbym Wam coś doradzić, a nie tylko odradzić (fotografowanie).

*Tak, naprawdę miałem taki plan i tak, przy odpowiednim samozaparciu (?) i środkach byłoby to do zrobienia

Link to comment
Share on other sites

Juz sie nie moge doczekac wakacji!! W zeszlym roku finanse mi to nie pozwolily ale w tym roku mam nadzieje uda mi sie spedzic prawdziwy urlop w Grecji. Bylam tam juz pare lat temu ale wtedy to byla raczej wycieczka przez wszystkie najwazniejsze miejsca bylo super ale tym razem marzylby sie prawdziwy urlop na plazy, tak zebym mogla troche peleniuchowac :):):)

Link to comment
Share on other sites

Ja mam nadzieje zrealizowac w 2012 roku trzy podroze:

1. Londyn na 4-5 dni - co prawda bylem w zeszlym roku, ale nie udalo mi sie wszystkiego zwiedzic, wiec chcialbym to dokonczyc.

2. Legoland w Danii - zawsze marzylem, zeby odwiedzic swiat klockow lego, ale jak do tej pory nie mialem takiej mozliwosci. Moze w przyszlym roku mi sie to uda, tym bardziej ze cala wycieczka to gora 3 dni.

3. Korea Poludniowa - w tym kraju spedzilem juz kilka miesiecy mojego zycia, ale tym razem chcialbym tam pojechac na 2 tygodnie z moja polowka. Jest co zwiedzac i gdzie sie bawic/wypoczywac, a w dodatku maja swietna kuchnie, ktora cenie wyzej niz japonska. No i przy okazji spotkam sie z przyjaciolmi, ktorzy juz zaoferowali darmowe zakwaterowanie. :)

Link to comment
Share on other sites

Niestety,ale wakacje zbliżają się już ku końcowi.Jeśli chodzi o podróże,uwielbiam Szczawnicę,czyli góry i nasze kochane morze,np Międzyzdroje.Do Warszawy też lubię jeździć,dobrze się tam czuję,ale do Krakowa też czasami jadę.

To super, ja jestem wlasnie ze stron Szczawnicy (nie mieszkam w Szczawnicy, ale pare kilometrow obok niej). Ale ogolnie Podhale jest piekne. A ja w te wakacje bylem we Wloszech z kumplami. Bardzo nam sie podobalo :)

Link to comment
Share on other sites

Ja zwiedziłam całą Chorwację, praktycznie jeżdżę tam, co roku na wakacje i w pamięć w biło mi, się miasto o nazwie Baska Voda (jakoś tak) ponieważ było tam przez okres wakacyjny najwięcej polaków,menu w restauracji zostało całkowicie przetłumaczone na język polski, co nigdy mi, się jeszcze nie zdarzyło, aby przetłumaczono cokolwiek na język polski (to było dla mnie dziwne, bo zawsze jak chciałam się dogadać, to posługiwałam się językiem angielskim) jeszcze dziwniejsze było jak Chorwat rozmawiał ze mną po polsku.

Link to comment
Share on other sites

A swoją drogą podróżować bardzo lubię,byłem już w Paryżu, Egipcie, Turcji, Rosji,Monachium np na Octoberfeście, wszędzie jest bardzo pieknie, ale jak to się zwykle mówi..wszędzie dobrze,ale najlepiej w domu.... Ale zwiedzać świat,jeśli tylko jest ku temu okazja, czemu nie... Pozdrawiam.

Link to comment
Share on other sites

W sumie to pytanie nadające się do tego działu, bo jakby nie było - podróżowanie. Otóż: czy zdarzyło sie Wam brać udział w jakimś wolontariacie za granicą? Słyszeliście o czymś takim jak EuroDesk? Interesowałby mnie wolontariat za granicą, i szukam opinii, czy warto, jak to wygląda, etc...

Link to comment
Share on other sites

O wolontariacie jako takim nie słyszałem,ale np moja sąsiadka wyjeżdża kilka razy w roku na zachód i tam opiekuje się starszymi ludźmi.Ale pewno nie o to Tobie chodzi?. Chociaż to jakby nie było jest pewnego rodzaju wolontariatem,tylko,że za opiekę dostaje się wynagrodzenie. A za wolontariat np.w hospicjum raczej nie.

Link to comment
Share on other sites

A kto umarł, ten nie żyje. Słowa jakże adekwatne do ruchu w tym temacie. Nie byłbym jednak sobą, gdybym na przekór wszystkim i wszystkiemu nie podjął się dramatycznej próby ożywienia go nieco, bowiem udało mi się w tym roku w wakacje zaliczyć dość fajną wycieczkę. Prezentuję zatem część pierwszą:

Part I - 2 men, 1 tent

Część pierwsza części pierwszej, czyli jak gubiąc nóż dostać się na sam Dach Świata

"Szlag, szlag, szlag!" - kląłem niczym pijany szewc przeszukując po raz setny pudła z rzeczami. Wsiąkł, zaginął, wyparował i go nie ma. Mój scyzoryk wybrał wolność. Nie, żebym nie pochwalał tej postawy, ale akurat w przeddzień wyjazdu?

- DLACZEGOOO!?! - zawyłem rozpaczliwie i na tyle donośnie, że aż umilkły odgłosy grilla, który w najlepsze trwał już czwartą dobę na balkonie piętro niżej. Nieco mnie denerwowali, banda bananowców z kierunków tak śmiesznych, że sam bym się na ich miejscu upijał w sztok myśląc o perspektywach zatrudnienia, gdy już 8 następnych sesji minie im równie bezproblemowo jak ta, której zdanie właśnie świętują. Nu, ale co począć - nie jestem u siebie. Korzystając z gościny dobrej koleżanki, która ulitowała się nad losem biednego studenta, który nie przedłużając umowy najmu poprzedniego mieszkania, z kartonami pełnymi rzeczy pojawił się pewnego pięknego poranka klęcząc na jej wycieraczce, pomieszkiwałem już nie w 18-metrowym pokoju dzielonym z kolegą w bloku a la późny Gierek, ale w śmierdzącym jeszcze nowością bloku w mieszkaniu, które miałem tylko dla siebie. Koleżanka wraz ze swym chłopakiem, z którym to dzieliłem jeszcze szkolną ławkę wyjechała w Alpy, zostawiając mi klucz i mieszkanie do dyspozycji.

- Nic, później znajdę, a jak nie znajdę, to na pewno Radek ma scyzoryk. Chyba. Musi mieć. O damn, a jakim cudem miałby go mieć w samolocie? - kolejne wnioski z prędkością chromego ślimaka kiełkowały w mym zdezelowanym sesją umyśle niczym pietruszka w babcinym ogrodzie.

Radek był kolejnym z moich jeszcze licealnych kolegów, który jednak wybrał studia poza granicami naszego kraju, gdzie swoje talenty lingwistyczne rozwijał powodując u wszystkich napady zazdrości jeszcze gorsze niż te, które wywoływał będąc w ogólniaku.

Jako, że obaj nie byliśmy nowicjuszami jeżeli chodzi o autostop, to postanowiliśmy w tym roku wybrać się nieco dalej niż zwykle - do Armenii. Obaj mieliśmy odłożone fundusze i spory zapas czasu, toteż nic nie mogło nam przeszkodzić. Chyba.

- Zgubiłem scyzoryk, błagam, powiedz że Ty masz ze sobą... - wyrzuciłem z siebie jednym tchem jadąc z Radkiem autobusem w kierunku mieszkania, gdy już odebrałem go na Dworcu Głównym, gdzie pojawił się po przylocie z Bradford.

Spojrzenie pełne wyrzutu było wszystkim, co otrzymałem w odpowiedzi na moje nadzieje, natomiast na pytanie otrzymałem dodatkową kwestię:

- Chyba kpisz. Mówiłeś, że masz, więc nie brałem. - przypomniał mi uprzejmie, i zamilkliśmy na resztę podróży, starając się rozpaczliwie nie wdychać współpasażerów, którzy najwyraźniej nie odkryli jeszcze zastosowań mydła.

- Trochę lipa - bez scyzoryka raczej nie da się jechać - powiadomił mnie mój niezawodny towarzysz, gdy siedzieliśmy przy stole kontemplując obiad. Nagłe objawienie trafiło mnie w samą potylicę, powodując euforię, wypuszczenie widelca z ręki i głośny śmiech. Oczywiście! Kupa znajomych ciągle nie wyjechała jeszcze z Krakowa, w końcu jest dopiero początek sierpnia, na pewno od kogoś da się pożyczyć! Że też wcześniej na to nie wpadłem!

- Co? W Gdańsku? A co ty robisz w Gdańsku? (...) Jak to mieszkasz?!? (..) No nic, dzięki... - westchnąłem i nacisnąłem czerwoną słuchawkę po raz -nasty.

Powoli kończył mi się alfabet - byłem już przy T, a nikt nie siedział w Krakowie. Śmierdziało dramatem.

T, t, t, Tomek! (...) Cześć, jesteś w Krakowie? (...) O, a masz scyzoryk? (...) Spodziewaj się mnie za 15 minut! - rzuciłem słuchawką, i zacząłem natychmiast się ubierać.

Już 45 minut później, a wszystko dzięki uprzejmości MPK Kraków SA, byliśmy na miejscu, nieco wytarmoszeni, bo autobus przewoził w przybliżeniu jakieś 800 osób, ale za to cali.

Tomek, po uroczystym przekazaniu scyzoryka, zapytał:

- Chłopaki reflektujecie na (powiedzmy, że filiżankę herbaty - przyp. tłumacza) na Dachu Świata?

NATURALNIE! - krzyczała każda część mnie, bo Dach Świata to miejsce niezwykłe.

Tomek jest posiadaczem mieszkania zaopatrzonego w dach. To dość często spotykane udogodnienie - od razu można było się połapać że jest, bo nie było widać nieba. Ale nie każdy posiadacz dachu posiada okno przez które można na niego wyjść! Co też (nie bez trudu, w przypadku Radka - po co rósł taki duży? 1,80 m. powinno każdemu roztropnemu człowiekowi wystarczyć. Ale nie, on się zawziął, i prawie udało mu się osiągnąć 2 m.) uczyniliśmy. Widok na zachód Słońca nad Krakowem - wart każdych pieniędzy. Duuużo później pożegnaliśmy się i ruszyliśmy wyspać się przed podróżą.

post-51726-0-22755800-1357601030_thumb.j - My na Dachu Świata (od lewej: Tomek, ja, Radek)

post-51726-0-76023900-1357601030_thumb.j - Nocny Kraków z Dachu Świata - w tle balon i Wawel ;]

Część druga części pierwszej, czyli im dalej, tym lepiej

4:30

"Tja, wyspać, urwał jego nać", mruczałem do siebie starając się po omacku odnaleźć budzik, który bez najmniejszych skrupułów o tej iście barbarzyńskiej porze wyrwał mnie z objęć Morfeusza... Szybkie mycie zębów, chińczyk, zmywanie, plecak na pleee, ło s-syn, ile on waży, Jezu złamałem kręgosłup, posadźcie na mym grobie orchidee...

5:30

Oparty o szybę w pozycji na glonojada starając się nie puścić plecaka rozmyślam nad porządkiem wszechświata - GDZIE I PO CO do ciężkiej zarazy ci wszyscy ludzie jadą TAK RANO?

6:30

Jesteśmy na końcu świata. Krok dalej, i zaczyna się teren, gdzie Ziemia jest płaska i krąży wokół niej Słońce. Najdalej wysunięty przystanek, na który można się dostać przy pomocy pojazdów spółki MPK Kraków. No nic, do odważnych świat należy, czas przedreptać te nieszczęsne 3 km do najbliższej stacji benzynowej zanim zrobi się zbyt ciepło, by iść, rozmawiać i żyć.

7:30

Iiii jesteśmy! Szybka partyjka w kamień, papier, nożyczki, i taaak - przegrywam! To ja będę robił przez najbliższe pół godziny za autostopowicza "na mordę", a Radek wygodnie stanie sobie przed zjazdem na stację i będzie wymachiwał kciukiem. No nic, jest pierwsze auto, chyba ma 2 wolne miejsca. Pochodzę.

- Przepraszam pana najmocniej, jesteśmy dwoma autostopowiczami, czy nie znalazł by pan może dla nas miejsca? (...) No trudno, miłej podróży.

Zapętlić, powtarzać do skutku. Tym razem jednak ewidentnie dopisywało nam szczęście - już 4 zapytany kierowca się zgodził. Wołam Radka, i jesteśmy w trasie. Pierwszy stop złapany - podróż zaczęła się naprawdę!

Cześć trzecia części pierwszej, czyli dlaczego warto przestrzegać podstawowych praw autostopu oraz Mr. Djabeł's first appearance

Najgorsze, co można zrobić jadąc autostopem, to wjechać do miasta. Nam oczywiście się udało. Piękne miasto Zwoleń na Słowacji przywitało nas słoneczną pogodą i absolutnym brakiem ludzi będących nam w stanie wskazać JAK najprościej dostać się na wylotówkę w stronę granicy z Węgrami. Po godzinie zrozpaczeni postanowiliśmy pójść "na azymut", i po niedługim czasie wpadliśmy pod pociąg. Na szczęście pociąg był nieruchomy ale za to pancerny.

Łoooooo... - wyrwało się Radkowi, który na uroki miast zazwyczaj bywa nieczuły.

"Musimy go mieć na zdjęciu" zadecydowaliśmy zgodnie, więc korzystając z tego, że Radek jest posiadaczem profesjonalnego stojaka pod aparat, który zaledwie w 9 przypadkach na 10 bywa mylony z jakimś niezwykle wymyślnym dildo (wystarczy wpisać w google "gorillapod" - obrazki wyskoczą), postanowiliśmy na zdjęciu pozować obaj. Wtem COŚ STRASZNEGO ukazało się moim oczom. To nie było normalne - NIE MOGŁO być normalne.

- Co się gapisz? - pytał zdumiony Radek, zaniepokojony nieco moim przerażony wzrokiem.

- Stary... Zobacz co masz na koszuli. NIEDŹWIEDŹ! - wyjąkałem krztusząc się już ze śmiechu.

- O k, djabeł! - uprzejmie zdziwił się Radek, rozebrawszy się z koszuli i rzuciwszy na nią okiem.

Na tejże widniał IDEALNY odcisk plecaka i ramiączek wypocony przez Radka pracowicie podczas naszego przedzierania się przedmieściami Zwolenia. Z kształtu przypominał nieco niedźwiedzia. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, ale pan djabeł, ps. "czart" miał nam towarzyszyć już do końca podróży i objawiać się pod najprzeróżniejszymi postaciami.

post-51726-0-87609600-1357601031_thumb.j

Nieporuszeni tym zbytni, sfotografowaliśmy się z panem djabłem i ciapongiem pancernym i kierując się świeżo odkrytymi znakami drogowymi - wyszliśmy na wylotówkę ze Zwolenia w stronę Węgier.

post-51726-0-58457400-1357601032_thumb.j

Część czwarta części pierwszej, czyli rozpoczęcie rywalizacji o najgłupszą decyzję wyjazdu

- No dobra, jestem głupi - kajał się Radek, gdy siedzieliśmy w rowie przy obwodnicy Budapesztu witani przez mijających nas kierowców spontanicznym trąbieniem. Nie mówiłem nic, bo zajęty byłem analizą mapy i próbami oszacowania jak głęboko w rzyci jesteśmy. Ze wstępnych obliczeń wynikało, że bardzo.

post-51726-0-80122300-1357601033_thumb.j

Do zjazdu w stronę Serbii było jakieś 9 km. 9 km wzdłuż autostrady będącej obwodnicą Budapesztu pieszo, z plecakami ważącymi odpowiednio 24 i 23 kg, potem zaś nie wiadomo ile do najbliższej stacji benzynowej, chyba, że zdecydujemy się stać z kciukiem na zjeździe. Można w ten sposób wygrać podwózkę, albo mandat, w zależności od tego, kto się pierwszy zatrzyma. Moje bolące wciąż po Zwoleniu nogi bardzo nie chciały iść, zatem wysłały do mózgu polecenie, żeby sytuację przeanalizować. Jak w ogóle mogliśmy się tak wpakować?!?

post-51726-0-64617100-1357601034_thumb.j

- Nie, nie, na następnej - powiedział Radek na migi nie dalej, jak pół godziny wcześniej, gdy pytani przez uprzejmych Węgrów również w międzynarodowym języku wymachiwania rękami i pokazywania palcem, odmówiliśmy wysadzenia nas na stacji jakieś 20 km przed ringiem.

"Nie ma sensu teraz wysiadać, będzie stacja na ringu przecież" - głosił Radek na tyle przekonująco, że zamilkłem. Stacji jednak nie stwierdzono. Węgrowie skręcali na lotnisko, więc dokładnie jeden zjazd przed tym, który nas interesował. Wysadzili nas więc przy nim, kiwając głowami ze współczuciem.

No nic - popluliśmy sobie w brody, zmieniliśmy sandały na treki, bety na plecy i jazda. Marsz szybko okazał się być jeszcze gorszy niż to sobie pierwotnie wyobrażaliśmy. Mnogość zjazdów, rozgałęzień i wiaduktów zmuszała nas do walki o życie w postaci przebiegania przez autostradę w przerwach między samochodami, bo nijak inaczej się nie dało. A przynajmniej tak nam się wydawało aż do momentu, gdy natknęliśmy się na wyjątkowo ruchliwy zjazd.

- Nieeee ma opcji, chyba tu śpimy - krakał Radosław po tym, jak przez 5 minut sznur aut nawet na chwilę się nie przerwał. Fakt, Słońce coraz niżej, chciałoby się iść spać powoli, zwłaszcza, że nogi bolą...

- Stary, zobacz! - wyrwał mnie z zamyślenia autor całego zamieszania gdzieś z rowu.

- Ale mamy szczęście, że jest susza! Przepust jest całkiem suchy! - cieszył się jak dziecko Radek wskazując mi na wybetonowany tunel pod jezdnią o średnicy jakieś 80 cm.

- No nie wiem... - próbowałem wykazać się sceptycyzmem, bo miejsce faktycznie było suche, ale czyste z całą pewnością nie. Niestety - innego wyjścia nie było, musieliśmy się zapuścić w miejsce, które wyglądało, jakby mieszkał tam sam pan djabeł.

post-51726-0-61067000-1357601035_thumb.j

post-51726-0-16695800-1357601036_thumb.j

- Utknąłem! Dzwoń po straż pożarną! - doszło mnie stęknięcie gdzieś ze środka tunelu, gdy wyjmowałem pajęczyny z włosów po drugiej stronie jezdni.

- Poważnie ci mówię, nie mogę się ruszyć! - panikował Radosław zupełnie nieadekwatnie do tego, jak dużym chłopcem wydawał się być.

-Wyłaź, wyłaź! Przestań iść na kolanach, czołgaj się! Jesteś za duży, nie zmieścisz się na czworaka! - uświadomiłem kompana, po czym poczekałem aż pojawi się obok.

Potem nastały pola kukurydzy

post-51726-0-87753700-1357601036_thumb.j - tja.

rzeki, wiadukty, tory kolejowe, i wreszcie - STACJA! Kilometr przed zjazdem była! Piękna, duża, i co najważniejsze - po właściwej stronie jezdni! Byliśmy tak ucieszeni, że natychmiast rozbiliśmy namiot tuż obok niej i umywszy się chusteczkami wilgotnymi (taki podróżniczy substytut prysznica) poszliśmy w kimę.

post-51726-0-47763100-1357601037_thumb.j - Success!

Część piąta części pierwszej, czyli najwolniejszy odcinek wyjazdu

- Ok, to mamy remis - przyznałem się pokornie, gdy wreszcie gość na następnej stacji raczył nam powiedzieć gdzie jesteśmy. Radek niedługo cieszył się prowadzeniem w konkursie o puchar pana djabła na najwięcej głupot podróży - rano od razu pokazałem na co mnie stać.

- Dojcz? Inglisz? Franse? Ruski? Po polsku może? - próbowałem bez wyraźnego efektu przekonać pana kierowcę TIRa rodem z Rumunii, że umie się z nami porozumieć. Na nic - jedynym wymiernym wskaźnikiem tego, że nie gadam do manekina było bezradne rozkładanie rąk.

- Pacz pan! Tu (palec w mapę) Serbia. My (2 palce przed siebie) dwaj do Serbii. Wjechaliśmy na obwodnicę Budapesztu (palec na Budapeszt). Bardzo źle. Budapeszt. Serbia. Help plx! - dywagowałem w najlepsze, wzbudzając jednak w kierowcy żywe zainteresowanie swoim pokazywaniem.

- Możemy? OK? TAAAAK? RAAAAADEK, mamy transport! - zawołałem, i już w pół sekundy później siedziałem w kabinie. Karcący wzrok kierowcy nie pozostawił mi złudzeń - przesiadłem się potulnie na siedzenie pasażera pozostawiając to za kółkiem dla niego.

- Wszystko mu wytłumaczyłem, jestem królem języków - chwaliłem się w najlepsze, gdy pan kierowca, który jechał z Serbii wwoził nas głębiej w Budapeszt, bo tak się doskonale dogadałem.

Dzięki pomocy 2 polskich TIRowców udało nam się jednak dostać na właściwą drogę, i wieczorem zasiedliśmy na stacji benzynowej tuż przed granicą węgiersko-serbską. Tam postanowiliśmy iść spać, pogadawszy uprzednio z innym autostopowiczem z Polski, który też jechał na Kaukaz stopem, i który starał się wybić nam z głowy karierę naukową.

- 5 lat studiów, 4 doktoratu, godziny modlitw, lata nauki, przysięgi, plany, podpisy, publikacje - parafrazował w najlepsze brodaty jegomość,

- i po co to wszystko? Dla 2200 zł/miesiąc, k(umówmy się, że kurtka na wacie, przyp. tłum.) - żalił się.

Nie, nie pracował na żadnej wyższej szkole pchnięcia mlekiem - tę oszałamiającą pensję miał na jednym z największych uniwersytetów w kraju. Aż się chce zajmować nauką. ;]

A potem utknęliśmy. I mean, UTKNĘLIŚMY. Poczynając od 7 rano, przez następne 12 h złapaliśmy całe 0 (słownie - zero) podwózek. Gdy już na poważnie rozważaliśmy pójście pieszo za samą granicę zgodziło się nas przewieźć starszy pan z Austrii z córką. A tam znowu nic, tak więc kładliśmy się spać z poczuciem, że więcej byśmy przeszli pieszo - w dobę pokonaliśmy całe oszałamiające 15 km.

post-51726-0-84415100-1357601232_thumb.j - Co nie psuło nam humorów.

- Znowu khem, khem, khem Niemcy - zżymał się Radek rozczarowany mnogością aut na niemieckich blachach, które jednak dokładnie upchane były Turkami. Była 14, i tak, znowu nie ruszyliśmy się ani o kilometr. W akcie rozpaczy łapałem na kciuk na autostradzie, a Radek swoim niemieckim starał się coś ugrać wśród aut z niemieckimi rejestracjami, które jednak CO DO JEDNEGO zawierały wyłącznie Turków.

post-51726-0-67382100-1357601233_thumb.j - rozpacz, czemu się nie zatrzymujecie? Co z tego, że nie można? To przecież Bałkany!

Gdy już na poważnie rozważaliśmy odwrót i jazdę przez Rumunię podszedłem z rozpaczy do polskiego TIRa, którego kierowca nie bacząc na przepisy ulitował się nad nami, i zabrał nas za Belgrad, racząc barwnymi opowieściami, jak to tylko TIRowcy potrafią (poważnie, polecam - z nimi się naprawdę super rozmawia).

Część szósta części pierwszej, czyli plugawa Bułgaria

Plugawa. Piękny przymiotnik, od razu nam się spodobał. Zwłaszcza, że żeby opisać Bułgarię można wylewać wiadra pomyj, rzucać kurtyzanami, przyrównywać do niemytego kakaowego oka Europy, albo po prostu powiedzieć, że jest plugawa. Don't get me wrong, nie twierdzę, że taka jest naprawdę - taka nam się jednak wydała po pobycie tam. Dlaczego? Narracji punktowej jeszcze chyba nie było smile_prosty.gif

1) Kantor na granicy nie wymienia dolarów. Poważnie, nie wymieniają USD. Na pytanie jakie to międzynarodowe waluty honorują usłyszałem, że "Euro i serbskiego Dinara". No i gadaj z nimi.

2) Eee tam kantor, zapłacimy kartą! Hahaha, nie. Na pierwszej stacji benzynowej licząc od granicy na głównej drodze dojazdowej z Serbii do Sofii jak już ustaliłem z panią, że nie mówi po polsku, angielsku, niemiecku, francusku, rosyjsku i chińsku (tu w sukurs przyszedł Radek - posługuje się on całkiem komunikatywnie tym dość abstrakcyjnym językiem), analogowo wskazałem palcem, że chcę butelkę wody. Po wklepaniu w kasę gdy wyciągnąłem kartę zobaczyłem rozpaczliwe wymachiwanie rękami, i usłyszałem coś, co brzmiało jak "noł kard!". Trudno, motyla noga, grunt, że w akcie łaski przyjęli 1$ za butelkę. Najdroższa woda życia, dratwa nić...

3) Stolyca. Duma i chluba kraju. Ta bułgarska zaczyna się slumsami. Tak, regularnymi slumsami. Na stercie śmieci bawi się grupa dzieci, kilka z nich kalekich, a obok przy szałasie zbitym z trzech kawałków lachy banda chudych jak szkielety mężczyzn stoi obok konia, który wygląda, jakby miał zaraz zdechnąć z głodu.

4) Stolyca. Obwodnica Londynu jest autostradą. Obwodnica Paryża - autostrada. Obwodnica Warszawy - ekspresówka (no, w teorii). Obwodnica Sofii - w porywach jeden pas w każdą stronę.

post-51726-0-41862000-1357601234_thumb.j - Ot - rzeczona obwodnica.

5) Stolyca. Na "obwodnicy" stoją znaki - widma. Oznaczenia stacji benzynowych, które OD LAT nie istnieją. Nadzialiśmy się na to, jak w poszukiwaniu stacji przeszliśmy z plecakami 24 km (to nie jest rekord wycieczki, ale o tym później).

6) Stolyca. Na "obwodnicy" zaatakowały nas stada dzikich psów (musiał wysłać je pan djabeł, albo to one były djabłem - tu mamy spór w doktrynie). To już naprawdę waliło groteską, i gdyby nie to, że akurat byłem zajęty ratowaniem sobie życia uciekając tuż przed kołami samochodów na drugą stronę ulicy, czego psy nie zrobiły bo się bały, to pewnie biłbym się w udach i łkał ze śmiechu.

post-51726-0-38391000-1357601235_thumb.j - chwilę przedtem - to na co wskazuje Radek, wydawało nam się stacją. Nie muszę chyba dodawać, że źle nam się wydawało?

7) A wspomniałem, że "obwodnica" Sofii to jedyna stolica na Ziemi, w której widziałem wozy zaprzężone w konie?

VIII) (kto wymyślił tę emotkę?!?)Wyjeżdżamy. Uprzejmy Turek, który nas podwozi przed wjazdem do Turcji chce zatankować, bo w jego kraju droooogo!

post-51726-0-96376600-1357601235_thumb.j - miejsce, gdzie złapaliśmy Merca.

Stacja benzynowa numer 1:

scena rodzajowa, obsługa leży z girami na stole, dłubiąc w randomowych otworach ciała.

Zajeżdża Klyent (naszpan!).

Czekamy. Obsługa nas nie zauważa. Gwoli wyjaśnienia - tam wszystkie auta tankuje osoba z obsługi, podobno kwestia przepisów, tak w każdym razie mówił podwożący, który studiuje w Sofii.

Klakson numer 1. Obsługa dłubie w otworach jakby bardziej intensywnie.

Klakson numer 2. Jeden z nich zaryzykował rzut oka na bok, po czym podrapał się po mosznie.

Klakson numer 3. Wzrok obsługi mówi wyraźnie - "czego chcesz? Się leży, nie widzisz?".

- Przepraszam najmocniej, można zatankować? - to "nasz" Turek.

- ??? - spojrzenie z niedowierzaniem, podłbanie w zębach, i krótkie - nie.

- Jak to nie?

- Źle pan zaparkował.

Wkurzony do granic możliwości kierowca przeparkowuje.

- Teraz może być?

- ... Nie.

- Noż rwa, czemu nie?

- Ma pan zły wlew.

- Dobra, mogę sobie sam zalać?

- ... Nie.

- CZEMU?!?

- Bo tu są takie przepisy, że tylko ja mogę.

Stacja benzynowa numer 2.

Obsługi - brak.

Dopiero na trzeciej zatankowaliśmy.

//Tu słowo komentarza - od tego miejsca następują zalety Bułgarii, które "napotkaliśmy" jadąc do Polski. Tak, spoiler alert - nie zginęliśmy w górach Armenii ;]

9) Stolyca. Metro posiada. Tak jak i nasza stolica - całą jedną nitkę. Ale nie to jest dziwne - jak już dowiedzieliśmy się jak się dostać na stację metra, która dla odmiany nie byłaby zamknięta, to poszliśmy za wskazówkami. Weszliśmy na stację, i szok - czystko, schludnie - jak nie ten kraj. Tylko jakoś pusto. No nic, stanęliśmy obok torów, czekamy. Dobrze, że przyszedł strażnik, i powiadomił nas, że stacja otwarta przez pomyłkę, bo tę linię otwierają dopiero w tym roku, bo pewnie do teraz byśmy tam stali.

10) Woda w supermarkecie do kupienia tylko w hurcie - 2 butelki to za mało, musielibyśmy kupić 8. 16 litrów wody nie było nam potrzebne, więc podziękowaliśmy.

11) Bonusowe. Ja wiem, że trochę na siłę, ale kto nie jadł - niech nie je. FASOLA W PUSZKACH. Ta zabrana z Polski - niebo w gębie. Ta z Bułgarii? Hmm, no zdradzę tylko tyle, że wróciła z nami do Polski. Jedyne puszki zjedliśmy w górach, z musu - nie mieliśmy innego żarcia.

post-51726-0-72626700-1357601456_thumb.j - Fasolka nie wzbudzała entuzjazmu smakiem.

Bułgaria jednak ma mnóstwo nad wyraz miłych ludzi, tak więc jest dla tego kraju szansa.

post-51726-0-60460000-1357601236_thumb.j - "Nasz" Turek ;]

W miarę szybko przejechaliśmy, jeżeli pominąć to, że przez dobę staraliśmy się minąć Sofię.

Tuż przed granicą z Turcją złapaliśmy pięknego, nowego Mercedesa, który zawiózł nas pod samą

Bramę Orientu - Stambuł

post-51726-0-79750100-1357602960_thumb.j

O nim - w następnym odcinku, jeżeli ktokolwiek wyraża chęć czytania ;]

Link to comment
Share on other sites

Tez myślałem o wyruszeniu mojego spasionego tyłka na europę gdzieś w granicach wakacji, np rowerem, albo czymś tradycyjnym. Najbardziej boli, że nie mam z kim, kumple wolą jechać gdzieś, gdzie można sie narąbać.Autostop jak dla mnie na pierwszy raz jest zbyt hardkorowy no i zawsze wydawało mi sie, że w dzisiejszych czasach ciężko jest coś złapać.

Tak btw, to od kiedy podróżujesz autostopem i gdzie byłes nim pierwszy raz?

edit: Spasła ta relacja mógłby być z tego blog ;)

Link to comment
Share on other sites

Autostop jak dla mnie na pierwszy raz jest zbyt hardkorowy no i zawsze wydawało mi sie, że w dzisiejszych czasach ciężko jest coś złapać.

Prawda jest taka, że rzeczywiście nie jest łatwo coś złapać. Istnieje porażająca dysproporcja między tym, jak chętnie zatrzymują się choćby Gruzini, a tym, co się dzieje w Europie. Autostopu bać się nie ma po co - pomyśl, że statystycznie to kierowcy boją się bardziej, jako, że mają więcej do stracenia.

Tak btw, to od kiedy podróżujesz autostopem i gdzie byłes nim pierwszy raz?

Od 4 lat, pierwsza podróż - powrót z Trondheim do Nowej Soli.

Uczelnia nieco mnie przyciska, ale mimo to postaram się pojutrze zamieścić kolejną część ;]

Link to comment
Share on other sites

Cóż młody jestem, co daje mi możliwość wyjazdów na tzw. "kolonie" w innych krajach europejskich. Do tej pory byłem we Włoszech, Hiszpanii i na Węgrzech.

Hiszpania(dokładniej Katalonia) wybrzeże Costa Brava, Lloret de Mar. Najpiękniejsze miejsca za granicą jakie widziałem do tej pory. Piękne krajobrazy, miasto żyjące nocą i wycieczka do Barcelony. Miasto wręcz cudowne. Niewybudowana jeszcze Sagrada Familia (czy jakoś tak podobnie) Gaudiego, tamtejszy park oraz Camp Nou. Osobiście jestem fanem Realu Madryt, ale nie było możliwości, abym nie udał się zobaczyć stadion.

Mam także troszkę marzeń, które być może uda się zrealizować w przyszłości. Mianowicie: Nowa Zelandia, Francja, Skandynawia i Turcja/Tunezja.

Nowa Zelandia- oglądałem kiedyś pewien program dokumentalny pokazujący ten kraj. Coś niesamowitego, przepiękna przyroda. Największe marzenie to udać się tam na 2lub3 tygodnie, nawet jeden tydzień by wystarczył. Po prostu zwiedzić tyle ile się da, by mieć te wspomnienia na resztę życia.

Francja- kto nie chciałby zobaczyć Paryża? Mam plany, aby być może w te wakacje udać się właśnie do Francji. Szampania, Marsylia- cudowne miejsca.

Skandynawia- udać się tam zimą. Bardzo ciekawe miejsca, które chciałbym zobaczyć. W sumie to nieważne w jakim kraju bym spędził wakacje. Ważne jest to, żeby podziwiać skandynawski krajobraz zimą.

Turcja/Tunezja- Turcja, by zwiedzić Hagię Sophię. Ogólnie to chciałbym zobaczyć kraj muzułmański. Do takich "marzeń" zachęcił mnie kolejny program dokumentalny pokazujący bodajże Tunezję. Inna kultura, zwyczaje. Chętnie bym się tam udał

Mimo wszystko, Nowa Zelandia jest absolutnym "numerem 1" na liście wszelakich marzeń czy planów dotyczących podróży. :)

Link to comment
Share on other sites

post-51726-0-11760100-1358695273_thumb.j

Sorry za obsuwę, ale uczelnia nieco mnie przerosła.

Episode II - Imperium Osmańskie kontratakuje

Część pierwsza części drugiej, czyli Stambuł pełen cudów

Szczęka na ziemi. To pierwsze, co czeka każdego turystę wjeżdżającego do Stambułu. Można mówić, że jest ogromny, ale to tak jakby nazywać huragan Katrina wiatrem. Niby prawda, ale zupełnie nie oddaje skali zjawiska. To miasto - monstrum, państwo-miasto, samowystarczalny twór. Ma więcej mieszkańców, niż cała Bułgaria, cała Armenia i dorzucony jeszcze Kraków RAZEM. Ponad 100 km szerokości. ~2600 czynnych meczetów. 2 ponad 1-kilometrowe mosty. Gigant. Djabeł.

- Łoooo... - wydobył z siebie mój towarzysz. Ja milczałem, bo mi słów zabrakło. Radek miał nade mną tę przewagę, że był przez semestr na wymianie w Hongkongu, więc szok spotkał go nieco mniejszy niż mnie.

3 rano to generalnie niezbyt serdeczna pora, żeby się zabierać za szukanie noclegu, więc zaraz po sfotografowaniu się z Hagią Sofią przeszliśmy się nad Bosfor i tam kimnęliśmy na kamieniach.

post-51726-0-16694800-1358694274_thumb.j Most nad Bosforem w tle

post-51726-0-19362200-1358694276_thumb.j Tak wyglądają ulice w Stambule. Nieprzesadnie przypominają brudne azjatyckie targowisko.

Następnego dnia zakwaterowaliśmy się w "68 Hostel" i był to doskonały wybór. Raz - fajnie było się w końcu wymyć pod bieżącą wodą po 6 dniach, dwa - sam hostel jest wyborny. Koszt noclegu w wieloosobowym pokoju: 7 ojro/noc. Nie było sensu sobie żałować.

-Zaraz pęknę. Możesz zachować sobie wszystkie moje skarpetki - zaproponował mi wspaniałomyślnie Radosław po tym, jak zjedliśmy czwartego tego dnia kebaba. Nic mu nie odpowiedziałem, bo trochę bałem się podejmować jakiekolwiek czynności. Nawet nabranie powietrza do płuc groziło kolapsem grawitacyjnym.

Najlepsze kebaby jakie w życiu jadłem. Co prawda na dzień dobry każdy turysta musi zapłacić frycowe, bo kebaby potrafią kosztować nawet 20 lir tureckich, czyli niebagatelne 40 zł, ale standardem jest tamtejszy piątak. Mała dygresja - gdy wracając do Polski znowu zatrzymaliśmy się w Stambule nie płaciliśmy więcej, niż 2 liry za kebaba - to jest cena normalna w miejscach, gdzie jadają tubylcy. Spotkany w hostelu mieszkaniec Sztokholmu zarzekał się, że gdy zgubił się na przedmieściach udało mu się kupić kebsika za 1 lirę (2 zł). Szwed w ogóle okazał się być rozrywkowym kolesiem - do Stambułu z domu dojechał rowerem. Sztokholm - Stambuł to tak lekko licząc ze 3000 km w linii prostej. Doszedł pewnego dnia do wniosku, że nie bawi go jego dotychczasowe życie, więc zawiesił studia, sprzedał większość rzeczy które miał, spakował się, wsiadł na rower i pojechał. W czasie swojej podróży był w Polsce i na Ukrainie w czasie Euro. W Czechach zjadł knedle. Na Węgrzech - gulasz. W Rumunii napadli go cyganie i ukradli mu wszystko poza rowerem - wot, co kraj to inne atrakcje.

Cyganie zresztą okazali się być nad wyraz cywilizowani i gróźb, że włożą mu kosę pod żebro nie wprowadzili w życie, poprzestając na ograbieniu go ze wszystkiego poza rowerem (tego najbardziej nie mogliśmy zrozumieć - zabrali mu nawet paszport, ale rower zostawili) i lekkim sponiewieraniu. Co ciekawe, po tym jak zgłosił się z tą sprawą na policję już dobę później dostał cały swój dobytek z powrotem - jedynie kamera była rozbita, reszta w idealnym stanie. Ciężko mi powiedzieć, czy to tylko jakieś cool story, czy zdarzyło się naprawdę, ale fakty pozostają takie, że gość był przekozakiem.

Ze Szwedem najbliżej trzymał się pewien Honduranin (tak, dziwacznie to brzmi). Dziwnie blisko. Wszyscy szczególnie krzywo na nich patrzyli po tym, jak spytał on Szweda, czy pożyczy mu koszulkę. Zagadka wyjaśniła się, gdy siedząc w common roomie opowiadaliśmy po kolei jak się tu znaleźliśmy. Chłopak z Hondurasu najzupełniej zgodnie z planem wylądował samolotem lecącym z Egiptu, gdzie miał przesiadkę, natomiast jego bagaż poleciał poznawać Turkmenistan. Ubrany tylko w to co miał na sobie musiał czekać, aż linie lotnicze łaskawie odzyskają jego walizki, a do tego czasu musiał skombinować sobie jakieś ciuchy na zmianę.

- Nigdy tu nie przejdziemy - stęknąłem zrezygnowany po tym, jak po raz n-ty musiałem salwować się ucieczką spod kół samochodów z powrotem na chodnik z którego wyruszałem. Nasze nieporadne próby przejścia przez ulicę obserwowali z rozbawieniem porozkładani w malowniczych pozach na okolicznych ławkach brodaci mężczyźni. Szczególnie paniczne odwroty w połowie drogi były przez nich dodatkowo nagradzane wybuchami gromkiego śmiechu. W końcu jeden z nich raczył się zlitować.

- Musicie po prostu iść przed siebie. Samochody was nie potrącą, jeżeli będziecie iść zdecydowanie - oznajmił płynną angielszczyzną, którą posługiwali się w tym mieście wszyscy, po czym wrócił na swoje miejsce w loży szyderców.

- Raz kozie śmierć - powiedział Radek i ruszył przed siebie w straceńczym marszu ku drugiej stronie ulicy. Profilaktycznie zamknąłem oczy, bo kumpel ginący pod kołami tamtejszych wariatów drogowych zajmuje bardzo odległe miejsce na mojej liście "must see".

- Nie jest tak źle - wołał z położonego naprzeciw chodnika Radek i machał ręką. Trudno, wziąłem głęboki oddech, i wszedłem na jezdnię. Rzeczywiście nic mi się nie stało, ale minęło jeszcze sporo czasu zanim przywykłem do tamtejszego luzu w respektowaniu przepisów drogowych. Nie istnieje tam żaden zwyczaj karania za przechodzenie w niedozwolonych miejscach ani czerwonym świetle. O ile nie stwarza się zagrożenia - nawet jeśli radiowóz stoi tuż obok żadnego mandatu się nie dostanie. Na ulicach panuje niemożliwy do opisania hałas - ludzie używają klaksonów przy każdej okazji. "Głośniej być nie może" wydawało mi się - mylnie, jak potem pokazały doświadczenia w Gruzji i Armenii. Ruch nie jest intensywniejszy od tego na głównych ulicach dużych miast Polski. Wszystko to dzięki doskonale rozwiniętemu systemowi autostrad oraz wyjątkowo sprawnej komunikacji miejskiej. Do dyspozycji mieszkańców i odwiedzających oddano nie tylko tramwaje i autobusy (przez większość czasu kursujące po wydzielonych fragmentach szosy dokładnie pomiędzy pasami ruchu w obie strony) ale też i metro. I jeżeli miałbym oceniać - najładniejszy system w jakim byłem. Stacje czyste tak, że można jeść z podłogi (dosłownie). Częstotliwość kursowania ustalona tak, że tylko raz musieliśmy stać, ale tłoku nie ma. Linie dojeżdżające praktycznie na teren całego centrum (a w Stambule jest to obszar o promieniu ~20 km). Skubańcom ciągle mało, i obecnie kładą tubę na dnie Cieśniny Bosfor, bo mają ambitny plan połączenia linii po europejskiej części z tymi po azjatyckiej. Stefan "Siara" Siarzewski przyznałby, że mają rozmach.

- No nieee, chyba ich pogięło, nigdy w życiu! - protestowałem rozpaczliwie, podczas gdy Radek już pogodzony z losem odciążał swój portfel z 50 zł, jakich to zażądano za pojedynczy bilet wstępu do Hagii Sophii. W mojej głowie toczył się heroiczny bój między wężem, który normalnie pomieszkuje w mojej kieszeni a świadomością idiotyzmu wyprawy przez pół Europy i oszczędzaniu na biletach wstępu do największej atrakcji turystycznej w okolicy.

Budowla jednak wynagradza z nawiązką opłatę. Muzeum (bowiem tym właśnie jest od ponad 70 lat) swoim rozmiarem jest adekwatne do miasta w którym leży - główna nawa ma niebagatelne rozmiary 71 x 77 m. Nieziemski klimat połączenia meczetu i kościoła zapiera dech w piersiach. Z jednej strony Chrystus Pantokrator, z drugiej zdobiony złotem mihrab. Podłoga wyłożona marmurem, a budynek otoczony minaretami. W moim odczuciu nie ma w tym żadnego dysonansu - elementy te dobrze ze sobą współgrają tworząc coś, co nie ma odzwierciedlenia nigdzie na świecie. Każdy odwiedzający tę część świata powinien zobaczyć to na własne oczy.

post-51726-0-48398900-1358694277_thumb.j Wnętrze

- Czuję się lekko zrobiony w konia - oznajmił mój towarzysz, gdy przyodziani w świeżo nabyte czapki przemierzaliśmy plac leżący między Hagią Sophią a Błękitnym Meczetem. Też się tak czułem, więc milczałem, bo też zakupy okazały się ostatecznie wynikiem mojego braku asertywności.

Dla pana, który prowadził uliczny handel "tradycyjnymi tureckimi nakryciami głowy" z całą pewnością nie stanowiło dużego problemu zidentyfikowanie nas jako nietutejszych - kolor skóry, włosów i oczu jednoznacznie nas pogrążał.

- Hello maj frendz - zagaił przyjaźnie prezentując niewielkie braki w uzębieniu.

- Raczcie rzucić na to okiem - powiedział podając nam dwa egzemplarze czegoś. "Coś" było wyjątkowo szkaradną czapką na modłę turecką.

- Specjalnie dla Was - specjalna cena! 40 lir za obie! - oznajmił po czym z lekkim zdumieniem obserwował, jak obaj niczym na komendę oddajemy mu czapki.

- Łer ar ju from? - postanowił zapytać, celnie odgadując, że ekwiwalent 20 ojro to on może sobie żądać za swoje czapki - potwory od turystów z Norwegii, ale na pewno nie z Polski.

- Ok. Dla moim przyjaciół z Polski - 20 lir. I trzecią dorzucę gratis. - kontynuował, za żadne skarby nie chcąc wziąć swoich koszmarnych nakryć głowy z powrotem.

- Nie potrzebujemy żadnych czapek - starał się go uświadomić Radek, ale to tylko podbudowało naszego adwersarza.

- No niech stracę - 15 lir, i 3 czapki są Wasze. Potrzebuję pieniędzy - stwierdził płaczliwie.

Nie będę całego 15-minutowego dialogu tu przytaczał, powiem tylko, że ostatecznie ucieszył się jak dziecko, gdy za 4 czapki daliśmy mu 10 lir, żeby tylko raczył zostawić nas w spokoju. Rada od mądrego Polaka po szkodzie - nie bierzcie do rąk towaru, którego nie chcecie kupować. Ciężko się wykręcić od nabycia.

post-51726-0-46168600-1358694437_thumb.j My w naszych pięknych czapkach i twórca najlepszego kebabu w Stambule

Część druga części drugiej, czyli jak nie zostaliśmy miłośnikami Proroka

- Co za djabeł? - wyraził swoje zaniepokojenie mój kolega, gdy delikatnie, acz stanowczo pan odźwierny dał nam do zrozumienia, że tu do Błękitnego Meczetu nie wejdziemy. Buty zdjęliśmy, spodnie kryły kolana, czego on jeszcze chce? To, że próbujemy wejść wyjściem nie przyszło nam do głów od razu...

- Chcesz mi zatem powiedzieć, że to, że kobiety siedzą stłoczone przy wejściu, a mężczyźni leżą porozwalani po całej ogrodzonej i niedostępnej dla turystów części dywanu jest wyrazem szacunku dla niewiast? - za żadne skarby nie mógł uwierzyć Radek. Już od dobrych 30 minut siedzieliśmy w pokoiku, w którym rezydował niepozorny, ale za to świetnie mówiący po angielsku spec od Islamu. Kartka przed drzwiami głosiła: "Jeżeli masz pytania odnośnie Islamu - wejdź". Weszliśmy. Pan zaczynał powoli mieć nas serdecznie dość.

- Naturalnie, że tak. Przecież to chroni je przed napastliwymi i pożądliwymi spojrzeniami mężczyzn - wygłosił tonem absolutnej pewności, jakby stwierdzał, że widzimy świat za oknem, bo szyby są transparentne.

- Chyba będziemy już iść - oznajmiłem widząc, że Radkowi zbiera się na następne pytanie, i że tym razem będzie po bandzie - miał na twarzy uśmiech od ucha do ucha. Za wszelką cenę chciałem uniknąć ukamienowania.

- Weźcie po egzemplarzu Koranu. Tam znajdziecie odpowiedzi na resztę Waszych pytań - powiedział pan z budki dając nam po książeczce. Koran jeszcze tego samego dnia wieczorem sprawił nam kupę radości - zwłaszcza fragment, gdzie kobiety określa pieszczotliwym mianem "property". Radek miał do mnie szczery żal.

- Czemu chciałeś już wyjść? Miałem go właśnie spytać, czy skoro to tak źle być narażonym na spojrzenia, to czemu sam nie pomyka przy 50-stopniowym upale w stroju batmana, który muszą nosić kobiety.

-Pali się? Mordują kogoś? Marsjanie atakują? - snuł przypuszczenia mój niezawodny towarzysz, przeczesując swoje bety przy łóżku w hostelu w poszukiwaniu okularów bez których był ślepy jak kret. Nie wiedziałem. Jedyne co wiedziałem, to to, że była 2 w nocy, a na zewnątrz grały bębny. Od jakiś 10 minut. 100 decybeli co najmniej. Zagadka rozwiązała się rano, gdy w common roomie nie tylko my raczyliśmy się podzielić zdziwieniem odnośnie koncertu w czasie naszej pierwszej nocy w Stambule. Okazało się, że przyjechaliśmy do Stambułu w samym środku Ramadanu, zaś bębny zwołują wszystkich wiernych do posiłku. Ostatniego posiłku przed całodziennym postem. Spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem - tak miało być co noc? Do zawodzących 5 razy na dzień muezinów szło jeszcze przywyknąć, ale to? A mieliśmy zamiar zostać tu jeszcze kilka dni. Ostatecznie okazało się, że jeżeli człowiek się wystarczająco zmęczy, to mu to nie przeszkadza, a zasadniczo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby kłaść się już po bębnach.

Ramadan był też rozwiązaniem zagadki nad którą głowiliśmy się cały dzień - czemu na wszystkich ławkach zalegają tłumy ludzi, którzy pracowicie plują. Otóż, jak każdemu wiadomo, w czasie Ramadanu każdy wierny muzułmanin zobowiązany jest do zachowania postu. Ale nie jest to post, jak w Chrześcijaństwie - tu nie dość, że od wschodu do zachodu Słońca nie mogą absolutnie nic jeść - nie mogą też PIĆ, ani nawet PRZEŁYKAĆ ŚLINY. Przy codziennej temperaturze grubo powyżej 40 stopni. Może to się wydawać głupie, ale na mnie wrażenie zrobiło. Nie wiem, czy znalazłbym w sobie dość siły woli.

W całym mieście nie znaliśmy nikogo. No, ja nie znałem nikogo - Radek miał dwóch znajomych pochodzących ze Stambułu, razem z którymi był na wymianie w Hongkongu. Do obydwu wysłał maile - jeden nie odpisał, a drugi kazał dać znać, jak dojedziemy do miasta. Przypominam - miasto ma grubo ponad 100 km średnicy, ponad 11 mln mieszkańców. I na kogo wpadliśmy idąc ulicą? Na jedynego z dwóch Turków, których znał Radek. Prawdopodobieństwo pozostawiam do policzenia miłośnikom statystyki. Pewne jest, że tym zdarzeniem wyczerpaliśmy limit szczęścia na najbliższe 10 lat. Korzystając z okazji zapytaliśmy go jak najłatwiej dostać się na prom do azjatyckiej części miasta i umówiliśmy się z nim na herbatę. W Turcji kultura picia herbaty jest niezwykle żywa - napój ten pije się paląc sziszę, grając w szachy, do obiadu, śniadania i kolacji czy po prostu leniąc się na krześle obok wylegujących się na ulicach kotów. Właśnie, koty - jeżeli w mieście jest >11 mln ludzi, to kotów jest co najmniej 5 mln. Muzułmanie nie bardzo lubią psy - za to koty nikomu nie przeszkadzają. Łażą więc po ulicach, śpią na dachach i skaczą po płotach. WSZĘDZIE.

Stambuł tak nas przeraził swoim rozmiarem, że postanowiliśmy nieco oszukać i do granicy z Gruzją dojechać autobusem. Kupiliśmy więc bilety i dobę później wystawaliśmy już z kciukami w górze na drodze do granicy.

Część trzecia części drugiej, czyli nowa jakość autostopu

Wpatrzeni w falujący lazurowy bezkres mieliśmy chwilę zadumy - żadnego z nas po tej stronie morza Czarnego jeszcze nie było. Kawał drogi od domu - jak do ciężkiej zarazy ustawić te zegarki? Obaj włączyliśmy automatyczną aktualizację strefy czasowej, ja w pewnym momencie ją wyłączyłem, pogubiliśmy się w tym totalnie i nie wiedzieliśmy która właściwie jest godzina. 6? 7? 8?

- Djabeł - skwitował Radek wyłączając swój telefon. Co to właściwie za różnica która jest godzina? I tak działamy od świtu do zmierzchu.

Granica turecko-gruzińska okazała się być okazała. Budynek wielki, po drodze trzeba było przejść przez tysiące bramek - rozpacz dla posiadaczy walizek. Nam z naszymi plecakami nie robiło to zbyt wielkiej różnicy.

- Proszę - powiedziałem i podałem pani w budce swój paszport. Dla obywateli Unii Europejskiej wiza gruzińska jest za darmo. Próżno jednak oczekiwałem szybkiej wbity - pani najpierw dokładnie obejrzała sobie mój paszport, zadumała się nad brakiem jakiegokolwiek znaku na okładkach (paszport jest z 2004, orzełek się starł od międlenia go w łapach), potem nad zdjęciem przedstawiającym 14-latka, potem nad każdą wizą z osobna - najdłużej oglądała sobie mołdawską. W końcu nie mogła już dłużej czekać - wbiła pieczątkę i oddała mi czerwoną książeczkę. Położyłem plecak na ziemi i usiadłem. Jako, że Radek miał również paszport z 2004, na dodatek z powodu licznych podróży zostały mu już tylko 2 strony wolne, bo reszta ostemplowana i pozaklejana była pracowicie przez Chińczyków, Amerykanów i innych wesołych pograniczników - dla pani celnik zapowiadała się pasjonująca lektura.

- Czego ona tam szukała, listu miłosnego? - pieklił się Radosław dodatkowo podenerwowany tym, że przez poprzednie 30 minut obserwowałem go siedząc wygodnie na swoim plecaku, podczas gdy on musiał się schylać do okienka. Dobrze mu tak. Po co taki wielki rósł?

- No dalej od centrum nie jest już tak ładnie - zauważyłem odkrywczo po tym, jak z dzielnicy nędzy przechodziliśmy do dzielnicy nędzy i rozpaczy. Batumi ładnie wygląda właściwie tylko w centrum. Im dalej - tym bardziej biednie. Tu bieda nie piszczy, bo nie ma siły. Wrażenie przygnębienia potęguje potworny smród - samochody jeżdżą na, wnioskując po spalinach, tajemniczego pochodzenia mieszankach lawy i smaru. Oddychać się nie da. Ludzie za to szczególnie mile reagowali na Polaków, ze zrozumiałych względów.

- Izwinicje pażałsta, kak mnie dajechać w Achalcyche wuj znajetc? - zagadałem swoim beznadziejnym rosyjskim do dziadków raczących się tajemniczym trunkiem z 5-litrowego baniaka na poboczu.

- A odkuda wy? - odgryzł się pan uchylając się zręcznie od odpowiedzi.

- Z Polszy - przyznałem się i już chwilę później byłem posadzony na ławeczce z kubkiem w ręce i poklepywany mocno przez całe towarzystwo po plecach. Polaków lubi się tam wyjątkowo. Napój okazał się być piwem domowej roboty, smacznym nad wyraz.

Poinstruowani odnośnie dalszej drogi ruszyliśmy przed siebie z plecakami. Nie wiedzieliśmy dokładnie ile mamy przejść, ale mieliśmy nadzieję, że nie za dużo.

- Mam dość, przerwa - jęknął głos za mną po 4 godzinach marszu. Miasto uparcie nie chciało się skończyć. Przedmieścia nędzy przeszły płynnie w slumsy, a żadnego sensownego skrzyżowania za którym można by stanąć - ani widu, ani słychu.

- Patrz, sklep! - krzyknął Radosław, i dostał nagłego powrotu sił wyprzedzając mnie dziarskim truchtem. Sklep spożywczo-mechaniczny - takie atrakcje tylko na zakakuaziu.

- Uspokój się, wszyscy i tak się na nas patrzą - starałem się wzbudzić w Radku choćby odrobinę człowieczeństwa, bo jego donośny rechot po obejrzeniu cen na stoisku z alkoholem zwróciły na nas uwagę całego składu osobowego tego przybytku handlu. Fakt faktem - tak taniej wódki to od pobytu na Ukrainie nie widziałem. Ostatnim jednak na co mógłbym mieć ochotę przy tej temperaturze był mocny alkohol.

- Nie ozuię szemu sie ak a nas apiom - oznajmił Radek opluwając okolicę serem. Miałem kilka teorii, jedną z nich było to, że siedzieliśmy w czymś na kształt galerii handlowej między sklepami na kanapie jedząc ogromną kostkę ser jak jabłko i zagryzając go całym bochenkiem chleba, choć oczywiście mogłem się mylić.

post-51726-0-58928700-1358694278_thumb.j

Ostatecznie dotarliśmy do skrzyżowania. Tradycyjnie zagraliśmy w kamień, papier, nożyczki, przegrałem, więc to do mnie należała pierwsza 15-minutowa wachta.

- Hłe hłe, ale fuks - cieszyliśmy się jak dzieci ładując się 10 minut później do samochodu pamiętającego jeszcze czasy Stalina. Jak miało się okazać - był to nasz najdłuższy postój. Tak, najdłuższy. Zazwyczaj zatrzymywało się już pierwsze auto, a przeciętny czas wymachiwania kciukiem wynosił około dwóch minut. Podwozi każdy. KAŻDY. Łączyła ich zresztą jeszcze jednak cecha - gdy pokazywaliśmy im na mapie jak chcemy jechać pukali się w czoło i radzili zawracać.

post-51726-0-38648900-1358694281_thumb.j

- Nie kumam o co im chodzi - przecież na mapie to jest jedna z głównych dróg w tym kraju - rozmyślałem na głos. Nieco zaniepokoił nas moment, gdy skończyły się pasy na jezdni. Potem drogowskazy. Potem znaki drogowe. A potem asfalt.

- NI -GDY -W -ŻY -CIU -JUŻ -NIE -BĘ -AŁAAAAAA -DĘ -TĘ -AAAAŁ -DY -JE -CHAŁ! - zarzekał się Radosław waląc rytmicznie głową w dach sufit kabiny Kamaza, którym akurat tłukliśmy się po czymś, co miało być jedną z głównych arterii transportowych a okazało się polną drogą z lejami jak po bombardowaniu.

Kamaz skądinąd nie okazał się wcale najbardziej egzotyczną podwózką - o drugie miejsce walczą przejażdżka w 15 osób z leśnikami ich dżipem na pace oraz to, jak pan, cytuję "już tu niby miał skręcać, ale podwiezie nas jeszcze kawałek". Kawałek miał długość 70 km. Kwestia pierwszego miejsca jest akurat łatwa do rozstrzygnięcia, bo do teraz ciepło mi na sercu jak sobie to przypominam.

- No gdzie niby mamy wsiadać? - pytałem obserwując przyjazne machanie pana, który wychylał się z żółtego Cinquecento. Pan wyraźnie się zafrasował, bo pytanie było zasadne - samochód pusty nie był, a my poza swoimi osobami mieliśmy jeszcze plecaki sporych gabarytów.

- Wysiadajcie, musimy się przesiąść - zawołał kierowca do wnętrza samochodu, i wtedy zachciało mi się śmiać. Ze środka wyszła jego żona, jego brat i trójka dzieci. Oni już jechali w 6 osób, a chcieli zabrać też nas. I ZABRALI! Dla zainteresowanych - na przednim siedzeniu jechał kierowca, obok jego żona z dwójką dzieci na kolanach, z tyłu ja, Radek i brat kierowcy, i leżało na nas dziecko. Nasze plecaki jechały w otwartym bagażniku, bo były za duże, żeby się dało zamknąć. Ciężko przestać wierzyć w dobro w ludziach po czymś takim.

post-51726-0-22239300-1358694283_thumb.j Cała ekipa i rzeczone Cinquecento.

- No, dalej dzisiaj nie jedziemy - zarządził Radek, gdy pan, który "podwiezie nas kawałek dalej, bo nas polubił" zostawił nas mniej więcej na wysokości 2500 m. n. p. m. w górach. Ścieżka górska, która już dawno przestała zasługiwać na dumne miano drogi wiła się między wzgórzami malowniczą serpentyną. Rozbiliśmy więc namiot starając się za wszelką cenę nie zrobić tego na żadnym z owczych bobków, którymi gęsto przyozdobiona była okolica.

- Łoooo, popatrz! - zawołał Radek celując palcem w niebo. Spojrzałem, i dech mi zaparło. Nigdy nie widziałem tylu gwiazd. Droga Mlecza widoczna idealnie. Jako, że był środek sierpnia nieboskłon co chwilę przecinała jasna smuga "spadającej gwiazdy". Wywaliliśmy karimaty z namiotu i pogryzając kurczaka z torby oglądaliśmy widowisko, jednocześnie wspominając ofiarodawców kurczaka.

post-51726-0-31442100-1358694284_thumb.j

W autostopie nie ma nic gorszego, niż władować się do miasta - trzeba z niego wyjść. Minusem jechania po jedynej drodze w okolicy jest to, że każdy kolejny stop podwozi nas do miasta przez która ta droga przebiega, po czym trzeba z niego wyjść, celem dalszego łapania na wylotówce. Dreptaliśmy sobie więc pracowicie pod górę w niezłych humorach, gdy nagle usłyszeliśmy wołanie.

- Heeeej! Chodźcie tu! - krzyczał, machając na nas ręką pan siedzący na ganku domu. Podeszliśmy.

- Odkuda wy?

- Z Polszy

- Siadajcie, częstujcie się polscy przyjaciele! - zawołał pan, i od razu zaczął nalewać dwie szklanki tajemniczego napoju z baniaka.

Jedzenia na stole stało mnóstwo. Co chwilę do dwóch siedzących na ganku mężczyzn z wnętrza chaty wychodził inne osoby i dawały im pieniądze, za co ich nazwiska były wpisywane do zeszytu. Ze środka dochodził odgłosy muzyki i tańców.

- Mój bratanek się żeni! - poinformował nas z dumą pan, polewając kolejne szklanki wina.

-Stary, obżarliśmy się jak wieprze, może też coś rzucimy, co? - spytałem Radka, na co ten przystał.

-Proszę pana, chcieliśmy podziękować serdecznie za gościnę, i wręczyć tę symboliczną sumę dla Państwa młodych - wyjąkaliśmy wręczając dolary. Musieliśmy się zbierać - gruzińska gościnność powoli zaczęła nam uderzać do głów, a na pewno nie chcieliśmy tu zostać przez najbliższe 3 dni. Poza tym - mimo wszystko głupio ładować się komuś na wesele tylko dlatego, że pijany wujek poczuł przypływ sympatii do nacji kraju leżącego daleko na zachód.

- To piękne, dziękujemy, mam pomysł - wejdźcie i złóżcie życzenia parze młodej - wymyślił "wujek" i mimo protestów wepchnął nas do środka. Życzenia składane łamanym rosyjskim wywołały raczej uśmiech niż złość, ale mimo to woleliśmy już jechać.

-Weźcie trochę na drogę, przyda się Wam - pożegnał nas człowiek, który nas na całą tę imprezę zaprosił wręczając nam torbę pełną jedzenia. Było go na tyle dużo, że jeszcze w Armenii dojadaliśmy ostatnie placki.

post-51726-0-63083700-1358694609_thumb.j

Dlaczego w ogóle trafiliśmy do Gruzji? Wszak naszym celem była Armenia, a nie leżąca nad nią ojczyzna Grigorija - mechanika z "Czterech pancernych i psa". Otóż Armenia ma dość dziwną sytuację ze swoimi sąsiadami...

Kraik ten wielkością zbliżony do województwa Wielkopolskiego jest najstarszym krajem chrześcijańskim świata - religię tę przyjęli nawet zanim zrobiło to Cesarstwo Rzymskie. Mimo pracowitych wyburzeń prowadzonych przez okupujących ich co i rusz nacji muzułmańskich, wciąż największą jego atrakcją są monastery, których wiek budzi niemały respekt.

Graniczy z 4 krajami - od zachodu z Turcją, od północy z Gruzją, od zachodu z Azerbejdżanem i od południa z Iranem. Mimo tego, że sąsiadów ma 4 - granic otwartych jedynie 2 - te z Gruzją i Iranem. Sytuacja między Armenią a Turcją nie daje się nazwać delikatniej niż nieskrywana niechęć. Jest tak ze względu na to, że Turcy nie do końca chcą przyznać się do błędów w przeszłości. Z uporem maniaka twierdzą, że wydarzenia z lat 1915-1917 były jedynie wysiedleniami, które cokolwiek wymknęły się spod kontroli. Armenia zaś i cały cywilizowany świat stoją na stanowisku, że jeżeli w ciągu dwóch lat ginie 1,5 MILIONA osób, to to nie są wysiedlenia, tylko ludobójstwo.

Konflikt między Armenią a Azerbejdżanem zaś spowodowany jest głównie spięciami o pewien region, który nazywa się Górskim Karabachem. Obszar ten, choć w teorii stanowi autonomię, przez nikogo jako taka postrzegany nie jest. Autonomii tej nie uznają nawet Ormianie, w których kraju wydaje się wizy do Górskiego Karabachu. Azerbejdżanie uznają ten obszar za swój nie tylko dlatego, że był on im przyznany po I Wojnie Światowej, ale też i dlatego, że zajęły go zbrojnie przy pomocy armii radzieckiej na początku lat 90-tych. I na nic zdają się protesty, że teraz w 90% zamieszkany jest przez Ormian - ani jedna ani druga strona ustąpić nie chce. I tak kłócą się już od lat, doprowadzając do śmierci wielu żołnierzy w wyniku "incydentów na granicy" oraz okaleczeń tubylców, bo teren Górskiego Karabachu zaminowany jest niczym granica między Koreami. A szkoda, bo mieści się tam mnóstwo atrakcji, które na tę chwilę są raczej dla turystów niedostępne. O Armenii i powrocie do Polski - następnym razem.

post-51726-0-24982500-1358694286_thumb.j Piękna droga w Gruzji

Link to comment
Share on other sites



  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...