Jump to content

louiress

Forumowicze
  • Content Count

    22
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

3 Neutralna

About louiress

  • Rank
    Hobbit

Recent Profile Visitors

1,349 profile views
  1. Ja bardzo ciepło wspominam grę Mortyr. Pamiętam że miałem to z gazety ( CDA albo coś innego ) i nie rozumiem dlaczego na zachodzie została tak wyśmiana. Była trochę za konkurencją ale dawała radę. Szkoda że dalsze części nadawały się do Kaszanka Zone.
  2. Doskonale wiem że nie umiem pisać. Robię to rzadko i zawsze z bykami. Staram się poprawiać ale niestety idzie mi to wolno. Bardzo daleko mi do najlepszych na tym forum ( blogi czy zwykłe posty ) ale także uważam że nie jest aż tak źle. Dałeś 1 gwiazdkę - rozumiem ortografia zła a styl wymaga poprawy ale z tym Gimnazjum pojechałeś klasyką niczym Kapitan Bomba gdy zabrakło argumentów/słów. Wybacz kolego ale ten "feedback" nie dał mi żadnych konkretnych wskazówek. Sam piszesz lepiej niż ja z tego co widzę ale Elitą także nie jesteś. Więcej konkretów i troszkę więcej pokory. Zamiast jeździć po kimś i wgniatać w błoto podaj pomocną dłoń. W takim "community" lepiej się wspierać. Tak wiem zrobiłem pewno sporo byków tutaj. Tragedia prawda?
  3. DCU od samego początku miało w sobie coś co mi przeszkadzało. To było jak swędzenie pod skórą. Nie potrafisz dokładnie zlokalizować punktu zapalnego i drapiesz się aż oszalejesz. Albo jak kawałek jedzenia który wbije się między zęby i powie im: „Ja tu teraz mieszkam”. Dopiero całkiem niedawno po ponownym obejrzeniu „Legionu Samobójców” częściowo zrozumiałem co mi tam siedziało między zębami i dlaczego bałem się że „Bright” okaże się filmem słabym. David Ayer jest moim zdaniem utalentowanym reżyserem. Mimo licznych wad w jego filmach widziałem że ten facet ma instynkt i wyobraźnie. Problemem dla mnie była sterylność części filmów przy których maczał rączki. Podczas oglądania Legionu cały czas odnosiłem wrażenie że mam do czynienia z wyrobem rzemieślniczym w którym zabrakło weny. Ładnie opakowanym chaotycznym wyrobem w którym trochę za mało jest wyrazistych postaci. Było parę ciekawych ponieważ sama obsada była świetna lecz to zostało w sporej części zasłonięte przez poszatkowany scenariusz. To sprawiało wrażenie potworka Frankensteina. Dlaczego mimo to uważałem że Dejwid ma potencjał? Ano „Furia” dla mnie dzieło sztuki. Film z wadami które w żadnym stopniu nie przeszkadzały w odbiorze całości. Gdy zobaczyłem trailer do „Bright” byłem zachwycony! Do momentu gdy przeczytałem właśnie wspomnienie o Legionie. Targały mną bardzo sprzeczne uczucia. To co widziałem na kilkuminutowym trailerze bardzo mi się podobało lecz nie raz dałem się oszukać takim sztuczkom. Jestem graczem i Wiele razy dałem się oszukać ładnie opakowanemu „cukierkowi” i wpadałem w straszną pułapkę zwaną „Hajpem”. Zostawiając nawet za sobą uzasadnione obawy o udział Ayera w tym przedsięwzięciu, przez te wszystkie zawody podszedłem do tego filmu jak pies do jeża. Czekałem i czekałem aż w końcu nadszedł dzień premiery. Z miejsca wziąłem się za czytanie pierwszych recenzji. Nie muszę chyba wspominać że delikatnie mówiąc nie były najlepsze. Odniosłem wrażenie że mam do obejrzenia jeden z najgorszych filmów w historii kina. Film był dosłownie miażdżony i obijany z każdej niemal strony. Lecz ja jako osoba przekorna postanowiłem dać Dejwidowi Hase...Ayerowi kolejną szansę. Wiecie co z tego wyszło? Gigantyczne zdumienie i głębokie przekonanie że krytycy filmowi oglądali zupełnie inny film. Napiszę to wprost. Dla mnie „Bright” jest jednym z lepszych filmów 2017 roku i generalnie jednym z lepszych filmów tego typu. Większość moich znajomych którym o tym powiedziałem nie brało mych słów na poważnie głównie przez uwagę na to że lubię taki filmy jak: „Oskar” czy „Bitwa o Ziemię”. Fabuły „Bright” szczegółowo przytaczać nie będę ponieważ w internecie przed premiera znajdowały się chyba trzy trailery. Ja jak wspomniałem wcześniej, obejrzałem tylko ten pierwszy i to polecam także wam. Powód jest prosty, mimo tego że film nie ma jakieś bardzo rozbudowanej fabuły to dalsze trailery moim zdaniem zawierają zdecydowanie za dużo informacji i za mało pola dla wyobraźni ( jak w przypadku większości filmów). Mamy tutaj do czynienia z czasami współczesnymi w których „obok” siebie żyją takie rasy jak: Ludzie, Elfy, Wróżki i pewno jeszcze kilka innych. Sposób w jaki zostało to przedstawione ja widzę jako luźny miks Spakowskiego, Pratchetta i Bad Boys II. Czy to wada? Absolutnie nie ponieważ zostało to polane bardzo klimatycznym sosem o dość ciężkiej konsystencji. Jeżeli ktoś choć w minimalnym stopniu uważał na lekcjach historii w szkole, to widział że ludzie o innym kolorze skóry w stanach w XX wieku nie mieli łatwego życia. Niewolnictwo było już widmem przeszłości lecz to nie zmieniało faktu że Afroamerykanie nie mieli wtedy łatwego życia. Powszechne lincze na które policja nie reagowała lub aktywnie w nich uczestniczyła były niemal codziennością. To samo było ze spychaniem na margines społeczeństwa co w „Bright” jest bardzo dobrze odwzorowane tylko że tutaj przerąbane mają Orki. W tamtych czasach sporym wydarzeniem było przyjęcie czarnoskórych na uniwersytet razem z białymi. Był to polityczny i społeczny szok dla wielu i dość ważny krok do przodu. W przypadku „Bright” takim szokiem było przyjęcie Nicka Jakobyego do Policji w ramach pewnego rodzaju równouprawnienia. Przydzielono go do Warda. Widzieliście trailery? Znacie więcej niż mniej fabułę filmu więc napiszę teraz parę słów o jego jakości. Wiecie już że uważam to za film co najmniej świetny. Jednym z głównych plusów tego filmu jest gra aktorska. Will Smith i Joel Edgerton dali z siebie wszystko za co bardzo ich cenię. Zawsze lubiłem rzemiosło Smitha więc tu zaskoczenia nie było lecz tutaj cała reszta z Edgertonem na czele także pokazała że stać ich na wiele. Kolejnym elementem filmu który zrobił na mnie spore wrażenie był bardzo wiarygodnie zbudowany świat. Konflikty na tle rasowym nie jest łatwo pokazać w filmie tak aby nie ociekało to przesadnym patosem czy koloryzowaniem ( no pun intended). W „Bright” zostało to ukazane tak naturalnie jak tylko się dało. David Ayer i Max Landis który był odpowiedzialny za scenariusz mają za to u mnie przynajmniej plusa i spory kredyt zaufania ponieważ widzimy tu świat w którym chyba nie chcielibyśmy się znaleźć. Film jest podzielony jakby na dwie części. W pierwszej zostaje ukazane całe tło społeczne o którym wcześniej wspomniałem. Częściowo mamy wyjaśniony powód dlaczego jest tak a nie inaczej. To samo tyczy się innych ras. Głównym zarzutem względem tego filmu wśród recenzji które czytałem jest coś co nie do końca rozumiem. Chodzi tu głównie o to że „Bright” nie zadaje widzom konkretnych moralnych pytań i nie stawia im przed nosem twardych dylematów. Mamy tu ukazany rasizm lecz jest to tło fabularne a nie intencjonalne stawianie widza w miejscu gdzie łopatologicznie wbija mu się do głowy: „To jest tak jak pokazuję i za cholerę nic innego”. Plączę się trochę, wiem. Lecz tak moim zdaniem powinna być poprowadzona historia w tego rodzaju filmach. W akcie drugim widzimy konkretne zawiązanie akcji lecz tu nie będę wgłębiał się w wydarzenia bo sam uważam ludzi robiących innym spoilery za największe zło we wszechświecie. Mamy dwuch głównych bohaterów z których jeden jest postawiony w miejscu w którym nikt nie chciałby się znaleźć. Czy film ma wady? Owszem. Znajdzie się tu parę dziwnych i nielogicznych fragmentów które mogły zostać zrobione inaczej ale nie psuję to ogólnego odbioru filmu. Teoretycznie powinienem bardziej rozpisać się o wadach tylko że nie potrafię ponieważ nie potrafię do końca opisać co mi w tym filmie nie pasowało. To jest właśnie jak to swędzenie pod skórą w bliżej nie określonym miejscu czy kawałek jedzenia między zębami. To co wcześniej opisałem czyli fabuła i całe tło jest zrobione bardzo dobrze. Tak samo nie mam zastrzeżeń do efektów. Jest ich sporo ale nie mamy tu przesadnego CGI które w wielu produkcjach tego typu aż kłuję w oczy. Wszystko jest zrobione bardziej niż poprawnie i warstwa techniczna nie pcha się bezczelnie na pierwszy plan zostawiając wszystko bardzo dobrej grze aktorskiej i scenografii. „Bright” jest dla mnie świetnym filmem. Netflix wydał na to ponad 90 mln dolarów i uważam że to bardzo dobrze wydaje zielone. Nie zobaczycie tego w kinie więc nie wiem jak oni chcą odzyskać inwestycję lecz nie martwię się tym. „Bright 2” został już potwierdzony i trzymam kciuki aby część druga była co najmniej tak dobra jak pierwsza. Z tego co chciałbym w niej zobaczyć to rozwinięcie niektórych wątków tego ( z braku lepszego określenia ) uniwersum. Sporo ludzi słusznie zauważyło że Bright lepiej zadziałał by jako serial i z tym się akurat zgadzam ponieważ wtedy można by ukazać znacznie więcej jednocześnie nie pokazując za dużo. Moja ocena nowego filmu Davida Ayera to: 8+/10 i znak jakości Mentala.
  4. Co do cioteczki to nie do końca się z tobą zgodzę. Przede wszystkim dlatego że ja tylko parę razy w życiu [ i to dawno temu ] miałem w ręku jakiś komiks Marvela. Więc z mojego punktu widzenia nowy "spiderman i jego ciotka są dobrze obsadzeni. Gdybym czytał komiksy prawie na pewno miałbym inne odczucia. Konflikt między Starkiem Rogersem uważam za autentyczny co nie zmienia faktu że trochę się z tobą zgadzam. Owszem, sa tam czasami nie do końca sensowne sceny lecz mimo to nadal pozostaje przy swym zdaniu. Wydaje mi się że zachowanie Starka da się choć w części wyjaśnić czy zrozumieć. Śmierć tego jednego chłopaka faktycznie nim wstrząsnęła ale nie zapominaj że ten facet [postać] całe życie zmagał się z jakimiś demonami. Najpierw była to tragiczna utrata rodziców, alkocholizm etc a dużo później konsekwencje poczynan jego i jego firmy uderzyły go prosto w twarz. To samo tyczy się Rogersa - co zostało facetowi który stracił Wszystko? Najlepszy przyjaciel...tak wiem że to zabrzmi banalnie ale sam nie raz spotykałem się z dziwnymi i niezrozumiałymi ludzkimi rekacjami na różne problemy więc tu także można go w jakimś stopniu usprawiedliwić. W ich przypadku nie staram się na siłe szukać wyjaśnienia tylko, zrozumieć. Stark jak napisałem, stracił sporo i jego psychika na tym ucierpiała a scena ze śmiercią jego matki i atakiem na Bucka...myślę że to mogła by być naturalna ludzka reakcja, zwyczajnie coś w nim pękło. Co do zamknięcia w klatkach to nie wydaje mi się aby zrobił to specjalnie. Takie więzienie musiało być ogromnym projektem rozpoczątym na długo przed kłopotami w jakie wpali Avengersi i wydaje mi się że w scenie gdy mówił że nie spoedziewał że jego towarzysze skończą w klatce, mówił szczerze...przynajmniej w części. Psychologiem nie jestem ale w przypadku filmów lubię sobię wyobrażać co mogło by byc w tych lukach które pozostawił po sobie film. Iron man 3 moim zdaniem nie było złe. Trochę prześlizgnęło się po publicznej świadomości ale mimo wszystko prztjemnie mi się to oglądało a co do Dark World to ocenił bym to na 7+/10 bo przym tym także miałem ubaw. Filmy w sam raz na wieczór po pracy, dla relaksu i odmóżdżenia :] Wspomniałes także o Panterce...ponownie - nie miałem komiksu w ręku ani nie czytałem lore o tej postaci więc tu nie jestem objektywny. Zmęczenie materiały troche widać lecz mimo wszystko Civil War udanie próbuję z tym walczyć. Zobaczymy co będzie dalej.
  5. Zanim przejdę do faktycznej recenzji chciałem wspomnieć tylko o czymś co mnie od dawna denerwuje we współczesnych premierach. Są to trailery. Przed seansem nie widziałem nawet kawałka pierwszego trailera do "Civil War" i bezpośrdnią winę ponosi Deadpool Red Band Trailer 2. Po premierze sporo ludzi zastanawiało się dlaczego internet nie zalała fala spoilerów. Niestety, nie przez dojrzewanie [...] którzy lubią psuć innym zabawę. Red Band 2 pokazywało zwyczajnie za wiele. Do tego stopnia że nie było praktycznie niczego do spilowania. Fenomen zaczął się prawię dekadę temu po premierze Iron Mana który miał sporą szansę na pogrążenie studia Marvel, lecz stało sie zupełnie odwrotnie. Nie bez poświęceń i sporego ryzyka...ale się udało. Od tamtego czasu jeżeli chodzi o filmy o super bohaterach konkurencja praktycznie nie istnieje. Całkiem niedawno temu ukazał się Batman v Superman lecz jak wszyscy wiedzą, reakcja widzów i krytyków była dość chłodna. Dlaczego filmy o postaciach z uniwersum Marvela są tak popularne? Bo są tak dobre. Proste wyjaśnienie ale moim zdaniem wystarczające. Wszystkie części Iron Mana ( perfekcyjna obsada ), Thora, Avengersy i obie części Capitan America, są filmami które bawią w świetny sposób. Problem jednak w tym że nawet najsmaczniejsze danie serwowane za często, zwyczajnie się nam przejada. Capitan America: Civil War nie jest w żadnym razie próbom nowej jakości w uniwersum lecz czymś lekko odświeżonym, otwartym na oczekiwania fanów i wyzwania konkurencji. Mam tu konkretnie na myśli wcześniej wspomniany Batman v Superman. Wojna Bohaterów ( ughhhh ) oczywiście nie jest tak mroczna, lecz wydaje mi sie że filmowe uniwersum Marvela powoli dojrzewa. Nie będzie spoilerem to że podczas seansu na pewno będą momenty gdzie publiczność będzie rechotać ze śmiechu, lecz jest też dużo poważniej niż we wcześniejszych odsłonach. Konflikt pomiędzy Tonym Starkiem a Stevem Rogersem wypadł bardzo autentycznie. Każda strona ma swoje przekonania i choć duchem jestem po jednej z nich to dzięki umiejętnie poprowadzonej fabule, rozumiem także motywy drugiej. Wiadomo że prędzej czy później musiało dość do zderzenia gigantycznego Ego Starka z sumieniem Rogersa i bałem się że ten konflikt będzie ukazany strasznie banalnie i będzie Tylko wstępem to "radosnej" rozwałki. Na szczęście się myliłem. To znaczy...radosnej rozwałki jest sporo lecz cała reszta także prezentuje świetny poziom. Szczerze mówiąc to cały czas czekałem aż ten gość pojawi się na ekranie. Nie przeszkadza mi wiek aktora. Jestem gotowy zaryzykować stwierdzenie że w przypadku uniwersuum Avengers ów wiek to zaleta. Widać że to dzieciak. Zwyczajny nie przerysowany dzieciak który zderza się z wielkimi "nazwiskami". W internecie można znajeźć więcej żartów z aktora niż faktycznych informacji lecz w Civil War zagrał świetnie i mam nadzieję że zobaczę go również w innych filmach Marvela. A co tyczy się cioteczki to to narzekanie także jest kompletnie idiotyczne. Ludzie, ta aktorka ma 51 lat a to że prezentuje się doskonale to już plus a nie powód do mardzenia i memów. Na uwagę zasłużył także Ant-Man. Przyznam się szczerze że filmu nie widziałem ale tutaj wypadł bardzo dobrze. Wszyscy aktorzy spisali się świetnie lecz w przypadku nowości na moje największe uznanie zasłużył Chadwick Boseman grający Czarną Panterę. Nie widziałem jeszcze żadnego filmu z tym aktorem lecz teraz mam zamiar zadrobić zaległości. W Civil War "Czarna Pantera" nie jest największą gwiazdą lecz mimo to jest postacią bardzo ważną i z niecierpliwością czekam na 2018 rok kiedy do kin wchodzi film poświęcony właśnie jemu. Podsumowując. Capitan Americ: Civil War jest filmem bardzo dobrym, zdecydowanie lepszym niż się spodziewałem. Nie było w nim miejsca dla Samuela "Mother$%&*$%" L. Jacksona jak w Avengersach czy Zimowym Zołnierzu lecz to akurat jest zaletą. Mimo swego rozmachu ja odniosłem wrażenie że jest to film na swój dość unikalny sposób bardziej kameralny. Na tą chwilę moja ocena to 9/10. Może z czasem podejde do tego filmu z dystansem lecz wyadje mi się że ocena się nie zmieni. Teraz czekam tylko na Iron Mana 4 i kolejnego Thora który po powrocie zrobi wielkiego Facepalma i zaklnie pewno siarczyście "What The F**k?" :] /ponownie przepraszam za byki - staram się z nimi walczyć ale zawsze zajmuje mi to sporo czasu.
  6. Dawno temu w odległej...dawno temu trochę znudzony i zawiodziony najnowsza produkcją Zamieci ( w tym tekście bedzie z oczywistych powodów sporo nawiązan i porównań ) i całkiem obiecującymi zapowiedziami produkcji świeżutkiego Grinding Gear Games, postanowiłem zaufać ich debitanckiej grze Path of Exile. Przez pare lat które minęły od tamtego czasu moje spojrzenie na ten gatunek znacznie się zmieniło. Chciałbym z góry zaznaczyć że nie jestem hardocrem więc nie mam w PoE ( Edgar był by dumny ) ani jednej postaci na 100 lvl ani nie craftowałem jeszcze 6 Linkowego elementu ekwipunku lecz po prau latach mam o niej całkiem dobre pojęcie. Ten tekst będzie głównie czymś w rodzaju recenzji ale znajdziecie tu także trochę zapowiedzi i moich oczekiwań. *** Parę lat temu gdy znudzony Diablo III które okazało się nie być tym czego oczekiwałem w sumie całkiem przypadkiem trafiłem na zapowiedź całkiem obiecującego hack'n'slasha. Nie posiadał on zaawansowanego silnika graficzego ( co teraz niestety odbija sie czkawką na stabilności ) lecz posiadł pewien urok. Z ciekawości zacząłem wertować wszystkie materiały jakie wpadły mi w łapki i wpadłem po uszy. Path of Exile okazał sie być bardzo ambitnym dziełem które jest dość mocno inspirowane Diablo lecz GGG od samego początku jasno dali nam do zrozumienia że przedmiotem inspiracji nie jest najnowsza produkcja Blizza lecz gra która uczyniła ta firmę wielką. Zaraz po tym widać jednak że elementy które zaczerpnięto to na szczęście przede wszystkim KLIMAT. Od pierwszych chwil mamy poczucie jakbyśmy znaleźli się w mrocznym i bardzo nieprzyjaznym świecie gdzie wszedzie może czekać na nas koniec. Wystarczy że tylko na sekunde utracimy koncentrację. W gre mamy siedem "klas postaci". Wziąłem te słowa w cudzysłów ponieważ w przeciwieństwie do innych hack'n'slashów klasy mają tu znaczenie mocno umowne. A to wszystko dzięcki jednemu z najoryginalniejszych ( nie to nie o tobie Toffik ) i najważniejszych elementów tej produkcji. Passive Still Tree ( drzewko umiejętności pasywnych ) to zbiów grubo ponad 200 nodów które są ściśle ze sobą powiazane. Jak można wywnioskować ze slowa "passive" nie sa to umiejętności aktywne a coś w rodzaju kody genetycznego naszej postaci nad którym mamy wpływ. Mamy tu mniejsze kółeczka które dają nam podstawowe statystyki takie jak: Strength, Dexterity czy Inteligence a także dobre bonusy do szybkości ataku etc. Prócz tego są także większe pasywy takie jak: Resolute Technique, dzięki któremu nasza postać nie zadaje obrażeń krytycznych ale za to ma 100% szans na trafienie przeciwnika. W połączeniu z innymi pasywami zwiększającymi szybkość ataku i tymi które dają regenerację zdrowia przy trafieniu, daje nam to całkiem spore pole do kombinowania. Niektóre buildy wymagają danej klasy postaci ponieważ np. Czarownicy będzie bliżej do niektórych cech niż Templarowi. Dzięki temu można tworzyć też buildy ktorych w innych grach napewno nie widzieliście. Najlepszym przykładem jest wielki Marauder z kijkiem w ręku castujący totemy. Tutaj prawie wszystko jest możliwe. Mała rada do początkujących graczy: ZACZNIJCIE od gotowych biuldów ponieważ punkty dzięki ktorym rozwija się drzewko dostaje sie co lvl a także z niektóych zadań a cofnąć je moż tylko przypomocy Orbów ( o tym nieco później ) lub przy okazji resetu drzewka który jest przy wiekszych aktualizacjach. Kolejnym aspektem Path of Exile ktory jest ciekawą innowacją względem innych produkcji z gatunku sa Gemy, czyli kamienie które zastepują nam tradycyjne skille. Każdy przedmiot może mieć w sobie sloty które za pomoca tzw. Orbów można tworzyć i łączyć. Łączenie jest bardzo ważne z tego wzgledu że gemy dzielą się na dwa rodzaje. - Kamienie Aktywne czyli takie które dają nam konkretne skille np. Gound Slam - atak fizyczny ( są tez magiczne ) który powoduję falę która zadaje obrażenia jednostką w zasięgu jednocześnie zwiększa szanse na stun. - Do skilla aktywnego za pomoca linku możemu podłączyć gem pasywny np. Faster Attacks dzięki któremu wcześniej wspomniany Gound Slam będzie zamiast np. 2 ataków na sekunde będzie miał 4. Gemów aktywnych i pasywnych jest w tej grze ogrom więc nie będę opisywał wszystkich lecz chciałem tylko podać przykład możliwości. Do jednego aktywnego można podpiąć więcej niż jeden pasywny dzięki czemu możemy uzyskać jeszcze lepszy efekt. Są także takie gemy jak Cast on Critical Strike które po podłączeniu powodują że skill aktywny nie może być aktywowany ręcznie tylko sam się odpala gdy strzelimy komuś crita. Kolejną rzeczą są wcześniej wspomniane Orby czyli przedmioty których w PoE używa się nie tylko do ulepszania przedmiotów ale także do handlu. Nie mamu tu złota ani nic w tym rodzaju. Jeżeli chcemy coś kupić musimy grzecznie przygotować orby które sprzedający chce otrzymać, możemy się ewentualnie potargować o ilość. W grze mamy sporo rodzajów Orbów ( na ta chwilę 25 ) i każdy daje nam cos innego. Na przykład - Orb of Alchemy zamienia nam zwyczajny bialy item na żółty ( rare ) - Chaos Orb dodaje do naszego przedmiotu lub mapy losową właściwość - Orb of Fusing dzieki któremu możemy połączyć sloty w przedmiocie - Orb of Regre umożliwia nam cofnięcie wydanego punktu umiejętności. Orby wymieniamy za przedmioty lub inne orby o wiekszej wartości lub takie jakich aktualnie potrzebujemy do craftu. Jedną z rzeczy ktora bardzo mi sie podoba to wachania rynku dzięki ktorym orby moga stracić lub zyskać na wartości. To samo tyczy się przedmiotów. Czasami da się kupic coś wartego sporo za niską cenę a czasami przedmiot na który zbieraliśmy dwa tygodnie nagle straci na wartości do tego stopnia że walnięcie głową w ścianę. Bardzo ciekawą rzeczą w Path of Exile są Hideouty czyli prywatna przestrzeń gracza która za pomoca kilku "Mistrzów" możemy upiększać i po jakimś czasie powiekszyć. Mistrzowie to element który został dodany juz jakiś czas temu w dodatku Forsaken Masters. Mamy tu do dyspozycji kilku specjalistów których możemy zaprosić do hideouta ( maksymalnie 4 naraz lecz można ich wymieniać ) i każdy z nich ma swoją stacyjke do craftu przedmiotów ( owe stacyjki umieszczamy w hideoucie ). Stacyjki poszczególnych mistrzów różnia się od siebie przeznaczeniem. Jedna służy tylko do uzbrojenia za to inna do biżuterii. Inna sprawa to craftowanie map - to robimy sami z poziomu stasha. Każdego mistrza można levelować przy pomocy robienia ich Daily Quests max do 8 poziomu. Codziennie po wykonaniu zadania mamy szansę kupna jakiegos unikalnego przedmiotu. Po każdym wykonaniu zadania dostajemy jakby punkty dzięki ktorym można kupować elementy wyposażenia. Ja bardzo lubię ten aspekt schronień ponieważ każdy gracz może nadać swojemu bardzo indywidualny charakter. *** Teraz gdy opisałem po części aspekty gry które moim zdaniem są świetnymi innowacjami przejdę troszkę do opisu gry jako całości i trochę ponarzekam. Grafika Wcześniej wspomniałem o silniku graficznym napędzanym PoE. W 2006 roku gdy 4 osoby zabrały się za produkcję nie było open sourcowych silników graficznych z których można by skorzystać a wersje komercyjne były zbyt drogie więc GGG stworzyło swój autorski silnik. Podziwiam ich za ogrom pracy jaki przy tak małym składzie w grę włożyli co nie zmienia faktu że ten silnik jest niestety strasznie niestabilny i zwyczajnie nie wyrabia przy użyciu niektórych skilli. Na przykład ja mam build oparty o tzw Discharge czyli niebiskie kulki energii które szybko zdobywam i zadaje obrażenia podczas ich wybuchu. Wiekszość buildów w mniejszycm lub większym stopniu daje rade nie mordując kompa lecz gdy w dużej grupie stworków odpalam Discharge (mjolner based) i na ddoatek jeden ma mod z nieśmiertelnością to ekran zwyczajnie staje. Czasami są klatki i fps spada do 1 i wtedy bardzo łatwo zginąć jeżeli w porę nie zdoła się uciec. Nie jest to problem ze sprzetem bo u znajomego na komputerze za grubo ponad 5 tys złtych jest bardzo podobnie. W PoE są niestety tak zwane Lag Builds i w tej chwili nic sie z tym nie zrobi do zmiany silnika. Na szczęście obecnie naprawia luki. Nie wiadomo dokładnie czy wezmą się za jakis open source czy stworzą nowy silnik od nowa lecz mam nadzieję że tym razem bardziej sie postarają. Jest to bardzo małe studio ( teraz chyba 10 osób) i stabilniejsza gra na 100% przyciągnie więcej ludzi co da im więcej pieniędzy na dalszy rozwój. Udźwiękowienie Moim skromnym zdaniem Voice Acting w Path of Exile jest zdecydowanie jednym z najlepszych w gracz RPG w ostatnich latach. Każda postać jest idealnie dobrana. Od menu tworzenia postaci po krótkie monologi mistrzów czy innych npc. Wszystko jest dograne idealnie i za to moim zdaniem należy się ocena 10/10. Poszczególne dźwieki także sa zrobione całkiem nieźle i nie przypominam sobię momentu w którym na coś narzekałem. Grywalność W Path of Exile mamy trzy poziomy trudności. Pierwsze dwa czyli Normal i Cruel nie stanowią absolutnie żadnego problemu. Schody zaczynają się powoli w przypadku Merciles gdzie odporności spadają i trzeba szukac mocniejszego sprzętu. Wtedy się tego tak nie odczuwa lecz po dodaniu czwartego aktu poprzeczka podskoczyła. Mimo to idzie to jakoś przeżyć jeżeli dobrze zbalansuje się obrażenia i obronę. Inna sprawą sa wcześniej wspomniane mapy które po odpowiednim wycraftowaniu sa już znacznie trudniejsze. Mapki sa podzielone na Tiery i każdy Tier odpowiada konkretnemu poziomowi mapki. Jeżeli Tiery od 1 do 8 sa banalnie prostę to wyżej jest już znacznie trudniej. Kiedyś gdy był tylko akt trzeci to End Game była Piety a dziś mapki. GGG moim zdaniem postąpiło dość dziwnie w przypadku Dominusa czyli ostatecznego Bossa z 3 aktu jak i u bossa z Aktu 4. Za żadnego z nich nie ma nagrody. W przypadku Piety nagroda były 2 pasywne punkty co dawało fajnego boosta lecz potem nie ma nic. W przypadku aktu 4 spora część ludzi zwyczajnie nie kończy 4 aktu tylko po zrobieniu zadania z dodatkowym punktem..od razu przechodzi do robienia map. Czwarty jest dośc krótki lecz moim zdaniem powinni graczy jakoś zaczhęcić do jego ukończenia. Podsumowanie Generalnie ta gra nie ma wielu wad. End game oparty na mapach jest świetnym rozwiązaniem ponieważ niedzielni gracze moga sobie farmić podstawowe Tiery a resztą zajmą się ci bardziej wytrwali. Problem pojawia sie właśnie w stabilności klienta i momentami w pułapkach. O co mi chodzi? Gra na mapach na wysokich poziomach jest czasami zwyczajnie nieuczciwa. Wiadomo że trzeba uważać co sie robi lecz nawet najbardziej wykoksana postać może paśc na Hita od zwykłego białego stwora co jest już lekkim absurdem. Inna sprawą są tzw. wybuchające kręci zadające obrażenia od żywiołów, czasami stoisz w miejscu i po walce z grupą magicznych stworów zwyczajnie giniesz w sekundę. Jak? Ano w ciągu tej sekundy wokoło pojawia się kilkanaście kręgów i zanim wybuchną nie zdążysz nawet rzucić "k....". Na Merciles po śmierci traci się 10% doświadczenia a na 94 lvl to jest około 5 godzin expienia. Podoba mi sie poziom trudności tej gry i owe kręgi sa dobrym elementem który motywuje ludzi do uważnej gry lecz moim zdaniem powinno to zostać znerfione. *** W chwili gdy to piszę firma przygotowuje się do wprowadzenia najnowszego rozszerzenia: Ascendancy. Nie wgłębiałem się w każdy szczegół lecz wydaje mi się że to ma potencjał. Gra jest moim zdaniem przykładem jak powinien wyglądac nowoczesny Hack'n'Slash i Diablo III pod względem mechaniki i grywalności przy PoE wygląda jak Call of Duty przy CS:GO. Nie zrozumcie mnie źle, Diablo to świetna gra i sam czasami ją odpalam ale to właśnie PoE dało mi to czego oczekiwałem od Blizzarda. Moja ocena na ta chwilę 9/10
  7. louiress

    Roge

    Głodnemu chleb na myśli :3
  8. louiress

    Roge

    [Jest to początek opowiadania nad którym teraz pracuje. Koncepcja nie jest znana nawet mi więc wszystko wyjdzie w trakcie - miłego czytania ] Gdzieś około drugiej w nocy gdy nawet lekko podchmieleni studenci i pracownicy portowi wrócili do domów, na głównym placu Derrywood pojawiła się dziwna postać. Był to męszczyzna, niespecialnie wysoki i niezbyt wyróżniający się właściwie pod żadnym względem. Jedyną rzeczą która go wyróżniała było spojrzenie. Z jednej strony było puste, jakby jego właściciel był zwyklą maszyną. Z drugiej jednak strony wyglądały jakby należaly do paranoika który za każdym razem gdy ma przejśc przez ulicę, staje za latarnią w obawie że za chwile zza zakrętu wyjedzie szalony kierowca i w niego uderzy. Nieznajomy był ubrany w czarny kiepsko skrojony garnitur, brudna koszulę. W jego ubraniu mogły dziwić tylko buty. Były czyste, tak jakby ktoś codziennie po ciężkiej pracy pucował je z braku jakiegokolwiek innego zajęcia. Po krótkim czasie po rozejrzeniu się na wszystkie strony nieznajomy niepewnym krokiem ruszył w stronę Roland Street, jednej z ulic Derrywood gdzie zapuszczały się tylko dzieciaki chcące zaszyć się w cichym koncie jednej z wielu opuszczonych ruder; albo nieliczni dilerzy chcący owej młodzieży sprzedać tanią działkę. *** Amanda Willson doskonale wiedziała że rodzice będą na nią wściekli. Jej ojczym nie był specjalnie pobożnym człowiekiem ani nie trzymał ją i żadnej z jej sióstr twardą ręką. Wiedziała że z powodu późnej godziny matka będzie się o nią zamartwiała a Billy który z natury jest spokojnym człowiekiem w końcu zdenerwuje się jej zrzędzeniem. - Jak mogłaś być tak glupia ? mruczała ze złością sama do siebie gdy przypomniała sobie że nie trzeba było przyjmować zaproszenia na spacer od jednego z pierwszorocznych z pobliskiego uniwersytetu. Delikatnie pocierając pięść którą uderzyła go w twarz po tym jak bez żadnego ostrzeżenia chwycił ja za pośladek, klęła po cichu do siebie i skręciła w ścieżkę która prowadziła przez tyły Derrywood National Museum. Amanda nie specjalnie lubiła zapuszczać się w ta część miasta. Nie lubiła wąskiego zaułka po którym kręciły się różne podejrzane typki a przede wszystkim zwyczajnie się bała. Blisko trzydzieści lat wcześniej właśnie w tym zaułku który w tamtych czasach był ruchliwą ulicą zaginęło bez wieści kilka osób. Lokalni policjanci starali się zrobić co w ich mocy aby znaleźć zaginionych, lecz nigdy im się to nie udało. Idąc niepewnym krokiem prawie wyszła na główną ulicę z której było już dość blisko do domu lecz w pewnym momencie wpadła na kogoś. Zwykle chodziła z głowa w chmurach więc potrącenie przez obcego męszczyzne w takim miejscu kompletnie wytrąciło ją z równowagi. Amanda wpadła na stojący obok śmietnik i upadła. - Przepraszam moda damo ? wyjąknał nieznajomy po czym delikatnie podniósł nadal lekko zszokowaną Amandę i postawił ją na nogach ? długo żyłem w odosobnieniu. Czasami bywam nieuważny. - Nic nie szkodzi ? głos lekko jej się łamał lecz gdy doszło do niej że nie trafiła na seryjnego mordercę lub gwałciciela, emocje powoli zaczęły ją opuszczać ? To ja przepraszam, miałam bardzo zły dzień...to znaczy , wieczór. Przez chwilę oboje stali obok siebie w niezręcznej ciszy. Amanda miała na sobie dość lekka letnią sukienkę która pasowała do upałów które tego lata niespodziewanie nawiedziły Derrywood, lecz pogoda która zaczęła się lekko psuć spowodowała że niezręczną cisze przerwał dźwięk szczękania zębów. - Och...prosze mi wybaczyć ? w pewnej chwili zreflektował się nieznajomy, po czym zdjął marynarkę i podał ja dziewczynie która była zbyt wstrząnięta całą sytuacja aby zaprotestować ? nie martw się moje dziecko, nie jestem przestępcą. To znaczy, przesiedziałem swoje ale nie jestem złym człowiekiem. Proszę odprowadzę Cię. Mam na imię Louis. Derrywood było dość małym miastem z główną ulica która swą długością ustępowała nawet przeciętnemu chodnikowi w Nowym Jorku więc ku jej uldze nie musieli iść zbyt długo. Już dotarli do zakrętu zza którego miała bardzo blisko do domu i już chciała pożegnać się ze swoim wybawicielem gdy nagle Louis stanął jak wryty jakby się czemuś uważnie przesłuchiwał. - Panie...to znaczy Louis, coś się stało ? - Nic moja droga ? uśmiechnął się lekko jakby z jakiegoś powodu sam poczuł ulgę ? daleko jeszcze? - Ni..nie ? dłoń trochę jej spuchła co przypomniało Amandzie o bardzo kiepskiej randce i o tym że następnego dnia przy pomocy swojej stopy będzie musiała boleśnie przypomniec pewnemu młodzieńcowi jak nie postępuje się z damami ? Niech się pan...Louis nie gniewaj się na mnie lecz nie chcę aby rodzice zobaczyli jak wracam na boso z obcym facetem o czwartej nad ranem. Podała mu marynarke i ruszyła w stronę domu ? Bardzo dziękuję za nie okazanie się seryjnym gwałcicielem i odprowadzenie! - Nie ma sprawy ? Louis chwilę patrzył jak dziewczyna znika za rogiem. Przez chwilę stał w milczeniu po czym założył marynarke i ruszył dalej główną ulicą. *** Oficer Jay Childs nie był typem gliny z wieloletnim stażem który widział już wszystko tylko dość typowym małomiasteczkowym gliną który w życiu nie wystrzelił ze służbowej broni poza strzelnica i który po powrocie do domu zazwyczaj lubił otwierać zimne piwo. Zawsze działało to na nerwy jego żony która straciła przez marskość wątroby brata lecz rutyna to rutyna. Zazwyczaj gdy dostawali jakieś zgłoszenie to dotyczyło ono jakiegoś pijaczka który awanturował się przed sklepem monopolowym albo faceta który po powrocie do domu postanowił pomylić żonę z workiem treningowym. Lecz tym razem było inaczej. Około 7 nad ranem na posterunek zadzwoniła starsza pani i histerycznym krzykiem zaczęła opowiadać o tym że gdy zaniepokojona ponad dwugodzinnym szczekaniem psa sąsiadów zapukała do ich drzwi. Z początku nikt nie odpowiadał lecz gdy zapukała mocniej drzwi lekko się uchyliły a wtedy ujrzała dwa ciała leżące w sporej kałuży krwi. Po chwili trochę się uspokoiła i Jay był w stanie zapytać o adres. Nie mieli zbyt daleko więc gdy po dziesięciu minutach cały posterunek policji w Derry w liczbie czterech osób dotarł na miejsce ujrzeli coś co na długo miało pozostać w ich pamięci. Na środku trawnika przed domem leżało dwoje sanitariuszy. Obydwoje nie wyglądali zbyt dobrze; ich skóra była szara jakby przez dłuższą chwilę przebywali w pomieszczeniu bez powietrza. Tak samo oboje leżeli w pozycji embrionalnej. Jeden z nich Owen, zarzygał cały uniform i najwyraźniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Jay patrząc to na sanitariusza to na swoich podwładnych którzy byli tak samo jak on , zniesmaczeni chciał wziąć Owena za szmaty i doprowadzić do porządku aby dowiedzieć co tak naprawdę się stało. Zanim jednak zdążył to zrobić Bobby, najmłodszy z jego gromadki poszedł do drzwi domu i lekko uchylił drzwi aby zajrzeć do środka. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Bobby prawie natychmiast wybiegł z domu i zataczając się wpadł na radiowóz. - Dwa...trupy szefie ? wybełkotał chwile przed zniszczeniem mundru w ten sam sposób co sanitariusz ? [beeep] nędza...ja tam nie wchodzę. cdn...
  9. Pewnego dnia w 2003 roku wybrałem się z rodzicami do marketu. Taki standard, zakupy na cały tydzień w połączeniu z niewyobrażalną nudą. Zwykle w takich przypadkach szwędałem się między regałami, szukałem wzrokiem młodych dziewczyn dorabiających sobię na studia [ w skąpych odzieniach ] i przekopywałem kosze z płytami w przecenach. Czasami nawet w takim miejscu można znaleźc jakąś perełkę. I tak się właśnie stało. Jakiś czas wcześniej czytałem...za cholere nie moge sobię przypomnieć w jakiej gazecie... zapowiedzi nadchodzących płyt i moja uwage przykuła przede wszystkim najnowsza wtedy płyta Blink 182 nazywająca się...Blink 182. Było to całkiem dawno temu, więc ze strzepów mojej pamięci wyłaniają się tylko takie określenia jak "ugrzeczniony punk rock" czy "zespół w spokojniejszym tonie". Wiem że nie było to bardzo zachęcające lecz jak wcześniej napisałem, tak teraz rozwine - byłem znudzonym dzieciakiem szukającym czegoś zabawnego i energicznego do słuchania. Więc chwyciłem płytę z nadzieją że starczy mi kasy ( z ulotek wiele nie miałem). *** Od tamtego dnia minęło ponad 12 lat i teraz gdy siedzę przed komputerem i słucham Enema Strikes Back to jestem bardzo zadowolony że tamtego dnia chciało mi się ruszyć tyłek z domu. Nie zrozumcie mnie źle, Blink 182 nie jest najlepszym zespołem na świecie. Nigdy nim nie był lecz do teraz pamiętam w jakim szoku byłem gdy po raz pierwszy przesłuchałem płyte jakby ugrzecznionego zespołu uschyłku swej kariery ( o tym miałem się ze smutkiem dowiedzieć jakiś czas potem ). Do dziś pamiętam jaką nieskrępowaną radochę i przypływ energii dawało mi słuchanie Feeling This, Stockholm syndrome czy GO. W muzyce tego zespołu odnalazłem to czego od Dawna szukałem. Był to okres gdy jako młody padawa...tzn młody człowiek, dopiero poznawałem czeluści dość szerokiego gatunku jakim jest Rock więc wcześniej zdążyłem już zaznajomić się z legendami i klasykami którzy wszyscy szanowali i uwielbiali ( niektóre tolerowali ) ale to czego potrzebowałem znalazłem w zespole który był i nadal jest przez większość ludzi znających ten gatunek, zwyczajnie pogardzany. Nie oszukujmy się, jeżeli ktoś z was czyta ten tekst to znaczy że lubi Blink 182 albo zastanawia się: "To [beeep] jeszcze istnieje?". Nie pamiętam już nawet ile razy zostałem wyśmiany przez rockową brać za słuchanie tego, na szczęście nigdy sie nie poddałem. Wracając do albumu który dał mi tyle wspomnianej radochy która trwa do dziś, to Blink 182 był czymś bardzo oczywistym a jednocześnie nie do końca jasnym. Dobrą muzykę poznaje sie głównie po tym że po przesłuchaniu danego albumu czy piosenki melodia nadal siedzi w głowie słuchacza. Nie chodzi mi o puszczanie jakiegoś utworu bez przerwy przez tydzień i nie wracaniu do tego przez jakiś czas. Sam wiele razy tak miałem - odkrywałem niesamowity kawałek aby po paru dniach maniakalnego powtarzania wyrzucić to z pamięci. Z Blink 182 sprawa miała się inaczej. Po paru Tygodnich słuchania w koło tego samego albumu w którego skład wchodziły... 01. Feeling This 02. Obvious 03. I Miss You 04. Violence 05. Stockholm Syndrome 06. Down 07. The Fallen Interlude 08. Go 09. Asthenia 10. Always 11. Easy Target 12. All Of This 13. Here's Your Letter 14. I'm Lost Without You 15. Anthem Part Two (Live In Chicago) 16. Not Now (bonus UK) ...nie miałeść dość. Pamiętam że pierwszym utworem jaki usłyszałem było Feeling This. W połączeniu ze świetnym i zabawnym teledyskiem piosenka dawała mi niezłego kopa. Szczerze mówiąc nie miałem wtedy zbyt wielkiego pojęcia o czym była bo moja znajomość angielskiego nie była wtedy najlepsza, lecz pierwsze wrażenie chyba jest najważniejsze a ów singiel miał To Coś. Drugim singlem z albumu było bardzo często puszczane w TV i radio Down. Piosenka miała w sobię energię która polubiłem w tym zespole od pierwszego wsłuchania ale miała także coś za co jeszcze bardziej polubię Blink trochę później. Sam do końca nie wiem jak to określić bo nie jestem w tym dobry lecz... miało to pewien rodzaj melancholii który działał na mnie w pozytywny sposób. Cała płyta miała swój specyficzny charakter. Wokale Toma i Marka nie wydały mi się specjalnie wyjątkowe ale były wystarczająco dobre aby w połączeniu ze świetną gra na perkusji Travisa Barkera, zbudować całkiem fajny klimat. Sam nie wiem jak do teraz określić co dokładnie spodobało mi się w tym klimacie prócz wcześniej wspomnianej energii. W samych stanach co roku powstaje Masa podobnych zespołów pop-punkowych czy pop-rockowych. Niektóre z nich są całkiem znośne ale znaczna większość z nich to typowe "copy-paste". Gdy odkryłem Blink 182 zainteresowałem się tym gatunkiem bo sporo zespołów których słucham od lat poznałem przez przypadek, lecz poszukiwania niestety za wiele mi nie dały. Blink 182 był dla mnie genialnym albumem lecz chciałem więcej więc przeszukałem czeluści internetu, zbiory znajomych i ( ponownie ) kosze z muzyką w przecenach w marketach ( za małe pieniądze można do teraz znaleźć bardzo fajne płyty ). W tamtych czasach szybkość mojego internetu była niezbyt zadowalająca. O ile pamiętam było to mniej niż 1 mb/s więc poszukiwania były dość problematyczne ale jakoś dawałem radę. W ten sposób jak i przy pomocy MTV które faktycznie miało wtedy ostatnie podrygi jako "Music Television", mogłem oglądać clipy Blinka których było całkiem sporo i które były dokładnie takie same jak muzyka - cholernie zabawne. Jakis czas po rozpoczęciu intensywnych poszukiwań i rozniesieniu od cholery ulotek udało mi sie skompletować całą dostępną dyskografię. Wtedy także Blink 182 zawiesiło swoją działalność. Szczerze mówiąc to mimo uwielbienia do tego zespołu to nie specjalnie zagłębiałem się w ich Biografię i przez parę lat po tym nie miałem pojęcia dlaczego przestali razem grać. Zawód jaki odczułem gdy przeczytałem o rozpadzie osłodziły mi wszystkie albumy jakie wydali na przestrzeni lat. Nie była to specjalnie gigantyczna lecz wystarczająca ilość. *** "[beeep] a Dog" Cenzura na blogach nie pozwala mi na wpisanie całego tytułu piosenki lecz bardzo łatwo znaleźć to w sieci. Dokładnie nie pamiętam w jaki sposób na to trafiłem ale do teraz gdy słucham jednej z najbardziej prześmiewczych piosenek tego zespołu, to zwyczajnie nie wyrabiam ze śmiechu. Nie mam pojęcia o czym to jest i nawet nie szukałem wyjasnienia w sieci. Pamiętam tylko że pewnego letniego popołudnia wybrałem się z kumplami rowerami na mały wyścig i po drodzę razem wesoło śpiewaliśmy calutki "refren". Teraz już wiem że to nie był najlepszy pomysl ale..serio...to jest zabawna metafora...i tego będę się trzymać. Nigdy nie bawiłem się w biografa tego ani żadnego innego zespołu więc teraz nie będe wgłębiał się w szczegóły. Mogę napisać tylko że przez lata które minęły od czasu zakupienia przez mua ich pierwszego albumu poznałem masę świetnych piosenek. Nie jestem głuchy i wiem że Blink 182 ma też mniej udane utwory a niektóre nawet całkiem hmmm....nie przemyślane, lecz specjalnie mi to nie przeszkadzało. Przez te lata muzyka tworzona przez tych trzech głupków na przemian mnie bawiła i ( szczerze ) czasami dawała do myślenia. W następnych akapitach w skrócie opiszę pare kawałków które najbardziej wryły mi się w pamięć. Dammit - Podobno tekst tej piosenki Mark Hoppus napisał w 10 min przed wejściem na scenę. Posiada ona typowe dla zespołu przerywane tempo. Wydaje mi się że ma on związek z zerwaniem z dziewczyną. Taką bardzo jędzowatą Happy Holidays, You Bastard - Serio. Teraz gdy przypomniałem sobie o tym 42 sekundowym utworze i przesłuchałem go kilka razy to w pewnym momencie spadłem z krzesła i dławiąc się ze smiechu dopiero po minucie wróciłem na swe miejsce. Jest to jeden z kilku utworów o tematyce świątecznej. Blink nie ma ich dużo w swoim repertuaże lecz ten jest zdecydowanie wart polecenia, szczególnie po kłótni przy świątecznym stole Won't Be Home For Christmas - Jest kolejnym utworem utrzymanym w tematyce świątecznej lecz na szczeście jest sporo dłuższy od 42 sekundowego życzenia "szczęścia" i "pomyślności". Wydaje mi się że żaden człowiek o zdrowych smysłach nie lubi dekoracji świątecznych dwa miesiące przeg Wigilią. To samo tyczy się wkurzających kolędników którzy swoją radością ( i puszką którą z cielęcym wzrokiem przystawiają nam przed nosy ) potrafią czasami skutecznie zirytować. Święta są super ale dla takich marud jak ja ów utwór jest wprost idealny. Swoją drogą ciekawe czy wszyscy potrafią tu wyłapać fragment który przypomniał mi seriaz "Oz". Adam's Song - Jest to jedna z pierwszych piosenek Blink 182 która faktycznie mna poruszyła. Nie w specjalnie sentymentalny sposób lecz wydaje mi się że została napisana i zaśpiewana przez człowieka który miał w życiu problemy i odczucia podobne do tych zawartych w tekście. Blink nigdy nie starał się być specjalnie głebokim zespołem ( i chwała szat...Kolesiowi za to ) lecz Adam's Song jest jednym z kilkunastu przykładów jakie pokazują że nawet oni potrafią stworzyć coś co dotknie człowieka ( Cholera...znów przypomniało mi się "Oz" ). Stockholm Syndrome - Mark i Tom którzy z tego co wiem byli głównymi autorami piosenek stworzyli tyle jajcarskich tekstów na przestrzeni lat że ta perełka musiała zostać przez mua wspomniana. Podobnie jak poprzednia, ta porusza inną nutę niż zwykle. W połączeniu ze znakomitym Stockholm Syndrome Interlude w które zaangażowano aktorkę Joanne Whalley mamu tu dość emocjonalne podejście do tematu nie zrozumienia między dwojgiem bliskich sobie ludzi. Osoby które znają temat pewno wiedza o tym więcej niż ja a tym które dopiero chcą poznać - Polecam! Stay Together For The Kids - Miało być zabawnie a zrobiło się trochę emocjonalnie. Nic na to nie poradzę, ta piosenka działa na mnie jak każda wzmianka o HL 3 dla wyposzczonego fana. Do teraz nie wiem jaki dokładnie był zamysł przy pisaniu tekstu, to samo tyczy się całkiem fajnie zrealizowanego clipu. Nie wiem i nie chcę czytać "oficjalnych" opisów i wyjaśnień. Wole sam włączyć wyobraźnie. Skit 28 - Z innej d...Beczki jest to żart którzy znalazł się na The Mark, Tom and Travis Show ( The Enema Strikes Back ). Podobnie jak Happy Holidays, You Bastard jest to dość krótka wariacja podczas której Szatan miał coś bardzo ważnego do powiedzenia publiczności. Zespół ma jeszcze tony świetnych piosenek lecz tutaj podrzucę tylko tytuły niektórych z którymi szczególnie warto się zapoznać: Aliens Exist, All The Small Things, Asthenia, First Date, Always, The Rock Show, I'm Sorry, I Miss You...i wiele WIELE innych. Historia "Najnowsza" Parę lat temu gdy z ciekawości szukałem czegoś nowego do słuchania znów szczęśliwie przez przypadek trafiłem na coś ciekawego. News głosił: "Blink 182 Powraca!". Nie wyobrażacie sobię nawet jak się cieszyłem. Zespół przez te lata był w zawieszeniu i tylko wielcy optymiści spodziewali się powrotu lecz to nie był jednak sen i album Neighborhoods ukazał się we we Wrześniu 2011 roku. Szczerze mówiąc po pierwszym przesłuchaniu miałem mieszane odczucia. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo podobało mi się to co usłyszałem lecz nie do końca było to czego oczekiwałem. Nie raz jednak miałem tak przy albumach innych wykonawców gdzie musiałem sie dopiero do czegoś przekonać. Tak samo było tutaj. Po trochę dłuższym wgłębieniu się nowy materiał doszło do mnie że to jest stary dobry Blink tylko że trochę jakby...Starszy i dojrzalszy. Nadal można było odczuć tu radość z tworzenia muzyki jaka była ich motorem napędowym przy tworzeniu poprzednich longplayów lecz tym razem klimat całości bardziej przypominał Addam's Song czy Down niż choćby What's My Age Again?. Tom Mark i Travis to w końcu faceci dobiegający 40 wiosen więc oczywistym było to że zachowując część młodzienczego klimatu uderzą w trochę spokojniejsze noty. Przez te wszystkie lata sam dojrzałem pod paroma względami i troche inaczej odbieram ich wcześniejsze utwory więc ten album mimo trudnego początku w moim Blinkowym panteonie stanął bardzo wysoko. Nie będę wymieniał poszczególnych utworów ponieważ całość zasługuje na uznanie. Bardzo widoczne jest to że pod wieloma względami jest to album stworzony przez ludzi którzy długo ze sobą nie współpracowali i najwyraźniej miał służyć jako pewien rodzaj rehabilitacji. Udało się? Jak najbardziej. Blink 182 teraz. Ludzi którzy znają temat może dziwić to że w tym wpisie nie wspomniałem o rewelacjach które wypłynęły całkiem niedawno temu. Konkretnie chodzi mi o wywiad którego dla Rolling Stone udzielili Travis i Mark. Ja sam byłem w szoku gdy przeczytałem jakie według nich były kulisy wcześniejszego zawieszenia zespołu. To samo tyczy się drugiego rozłamu po wydaniu Neighborhoods. Nie wiem jak dla was ale dla mnie jest to szalenie smutny tekst w którym w szerokim skrócie można się dowiedzieć że oba "rozłamy" były wynikiem niezdecydowania i kaprysów Toma. Travis i Mark przedstawili sytuację dość jasno i w tym momencie nie można mieć żadnych złudzeń że zespół w składzie: Tom DeLonge, Mark Hoppus i Travis Barker - nie zagra już nigdy. Tom zareagował na ów wywiad zaprzeczeniem i wyraził chęć grania w przyszłości z Markiem i Travisem pod starym szyldem ale to sie nie stanie. Blink 182 to w tym momencie już nie Mark, Travis i Tom lecz Mark, Travis i Matt. Tekst miał być napoczątku wspomnieniem jak poznałem ten zespół ale znacznie się zapędziłem. Zrozumcie że muzyka o której napisałem jest ogromną cześcią mojego życia i ważne było dla mnie wyrzucenie z siebie tego wszystkiego. Ostatnie rewelacjeo których wczesniej wspomniałem nie napawają może optymizmem lecz mimo to trzymam kciuki za "Blink legacy" i mam nadzieję że powstaną nowe albumy już z Mattem. Możliwe jest to że Mark i Travis mówili prawde o tym wszystkim co sie stało przez te lata lecz nawet mimo to zwyczajnie mi szkoda że nie usłysze już nowego materiału nagranego w oryginalnym składzie. PS. Doskonale wiem jaką Blink 182 ma opinię u większości ludzi w naszym kraju którzy kojarzą ten zespół więc proszę o uszanowanie pracy którą włożyłem w ten wpis. PS2.Podczas edytowania tekstu starałem się jak mogłem wyłapać jak najwięcej baboli lecz mimo to jestem na 100% pewien że część osób które to przeczyta uzna mnie za grafomana który jakimś cudem przedarł sie przez najniższe szczeble edukacji. Miejscie trochę wyrozumiałości
  10. louiress

    non-t

    Drogi przyjacielu Teraz gdy o zmierzchu mego istnienia Nie jestem już przykuty do łóżka wreszcie mogę zaczerpnąć świeżego powietrza I spróbować czegoś nowego Chyba kiedyś o tym słyszałeś...to powietrze zawiera pewien sekret Zawiera ono Lekki posmak melancholii i silną nutę zawodu Lecz tym razem nie są one fundamentem Tym razem w moich marzeniach posunąłem się o krok dalej Teraz czuję coś nowego Drogi przyjacielu Ty... Ty zawsze wiedziałeś Bo znałeś mnie lepiej niż ja sam Ja nigdy nie wiedziałem czy wdycham to co chcę Lecz wiesz jakim byłem człowiekiem Zawsze nie określonym Byłem sobą Byłem tobą Byłem istotą której wydawało się Że silne zapachy przyszłości i określonych pragnień Zawsze do czegoś prowadzą. Lecz tak nie było. Bo w naszym świecie mimo wielu bodźców, to nigdy się nie zdarzało. Drogi przyjacielu Teraz gdy dotykam swego odbicia w kartce papieru Widzę coś na kształt nowej drogi..coś w rodzaju wyjścia Teraz czuję coś nowego Teraz gdy łóżko do którego byłem przykuty całe dzieciństwo I większość dorosłego życia ...zwyczajnie się rozpadło Teraz powinno być dobrze Ty Byłeś moim jedynym przyjacielem przez złe i dobre chwile Lecz teraz muszę odejść i zacząć może nawet mroczniejsze życie Tym razem bez wymówek. Bez łańcuchów Bez podpowiedzi Zabiorę ze sobą trochę nadziei i cały wór obaw A ty żyj własnym życiem Drogi przyjacielu..kiedyś bym się na to nie zdecydował Lecz gdy łańcuchy się zerwały i w lustrze widzę twe odbicie ...wiem że muszę sobie pójść. Pora abym u kresu swego istnienia w naszym małym ciasnym świecie, zaczął marzyć trochę odważniej. Czasem się spotkamy i wymienimy doświadczeniami lecz to jest pożegnanie. Nie wiem czy radosne...chyba nigdy się tego nie dowiemy. ...Jeżeli wszystko pójdzie dobrze. Do zobaczenia po drugiej stronie.
  11. Brałem mało Z życia które było przede mną Informując swa podświadomość Raz za razem ?że i tak się nie uda Banalnie rzecz ujmując Byłem ...jestem Martwy I w momencie gdy nie spodziewałem się niczego Pierwsza i jedyna zmienna w mym życiu znów ożyła Zaczęła oddychać Płytko lecz stabilnie Głęboko na dnie piwnicy mego domu Hej ty!... Do Ciebie mówię To jest twoja historia Jesteś żywą istotą Może nie najlepszą na tym świecie lecz Ja za długo obijałem się o kolorowe ściany Mego znudzonego Ja i wiem lepiej niż inni że grube liny Którymi związałem twe wątłe ciało ...tak naprawdę nie nikogo nie więzią Tak...więc Brałem mało Bo wiedziałem że nie będę musiał od siebie dać wiele Zbyt dobrze rozumiałem ludzką naturę Zbyt jasno wyjaśniono mi jak ten świat działa Brałem mało a ty mimo otwartych drzwi pokoju bez klamek Wciąż mieszkasz w mej piwnicy Czekając
  12. Problem tkwi w tym że nie potrafię za bardzo rozwlekle opisać swoich wrażeń z gry albo filmu więc często to wygląda jak opisałeś. Dzięki za uwagi :]
  13. Dzięki. Nie znam jeszcze dobrze tego edytora
  14. Recenzja napisana jakiś czas temu. Z drobnymi poprawkami [na edytorze innego serwisu] wstawiona tutaj dlatego pojawiły się czarne ramki - teraz chciałem zaprezentowac ją również na tym blogu - miłego czytania - w razie spostrzeżenia babolków prosze o koment to zaraz poprawię. Gdy po raz pierwszy natknąłem się na informacje prasowe na temat The Last of Us studia Naughty Dog przeczuwałem, że może to być coś ciekawego. Twórcy znakomitej i utytułowanej serii Uncharted, która zdaniem wielu nawet bardziej niż przygody Lary Croft łączyła ze sobą akcję i różnego rodzaju zagadki, chcieli pokazać światu, że stać ich na coś więcej. Autorzy przygód Nathana Drake'a chcieli zrobić grę trochę inną, wolniejszą, a jednocześnie nadal spektakularną. Czy im się udało? Ponad miesiąc po przejściu kampanii Single Player na wszystkich poziomach trudności z całą pewnością mogę powiedzieć, że tak, po stokroć tak. W poniższym tekście chciałbym ukazać wam mój punkt widzenia na grę, która miesiąc temu chwyciła mnie za gardło i nadal nie chce puścić. Zaczynając podróż Historia rozpoczyna się 20 lat po wybuchu tajemniczej zarazy, która przy pomocy nieznanej odmiany grzyba atakuje ludzki organizm zamieniając swe ofiary w mordercze i bezmyślne bestie, a władzę nad wszystkim sprawuje wojsko, które wprowadza ostry reżim we wszystkich aspektach życia obywateli. Wtedy również poznajmy dwójkę przemytników, naszego głównego bohatera Joela i jego towarzyszkę Tess. Joel jako postać z trudną przeszłością z początku przypomina typowy archetyp gbura w grach video. Jest szorstki bezpośredni i mentalnie odseparowany od wszystkiego na czym nie można zarobić. Faktyczna przygoda zaczyna się, gdy Joel i Tess po pewnych trudnościach są zmuszeni do przyjęcia propozycji nie do odrzucenia. Szefowa paramilitarnej organizacji ?Świetliki? Marlene, która od samego początku toczy brutalną walkę z siłami wojskowymi zleca naszej dwójce najemników przetransportowanie 14 letniej dziewczynki Ellie do pewnego miejsca. Jeżeli zadanie się powiedzie Joel i Tess otrzymają wcześniej skradzioną im broń, która znalazła się w rękach świetlików. Jeżeli mam być szczery, to pierwsze 2-3 godziny gry mnie nie porwały. Mimo świadomości faktu, że ta gra jest czymś innym niż wspomniany Uncharted, to akcja rozwijała się powoli. Joel razem z Tess [uwaga Spoiler - Tess towarzyszy Joelowi i Ellie tylko na początku] i potem Ellie przedzierają się przez miasto, które przez dwadzieścia lat obróciło się w ruinę. Jak wcześniej napisałem ze względu na obecność wojska i zagrożenie zarazą jest to bardzo nieprzyjazne środowisko. Tym bardziej, że w grze naszymi przeciwnikami są także ludzie, którzy jak stwierdził jeden z NPC, są nawet straszniejsi od zarażonych, ponieważ są nieprzewidywalni. Quo Vadis Ellie? [beeep] you Joel! Czyli o fabule I NPC Wspomniana niżej fabuła jest tu przedstawiona głównie podczas wspaniale wykonanych i zagranych cut-scenkach, które to właśnie chwytają za gardło. Po sukcesie serii Uncharted, a szczególnie części trzeciej Studio Naughty Dog miało sporo pieniędzy i czasu aby dopieścić ten aspekt gry do perfekcji. Aktorzy podkładający głosy pod Joela (Troy Baker) i Ellie (Ashley Johnson) stanęli na wysokości zadania swoją grą budując niesamowity klimat i w niektórych momentach autentycznie mnie poruszając. Na wyróżnienie zasługują także aktorzy wcielający się w pozostałych NPC. Krzysztof Banaszyk i Anna Cieślak, którzy wcielili się w Joela i Ellie w wersji zdubbingowanej wykonali swą pracę poprawnie, lecz moim zdaniem oryginalne głosy brzmią tutaj dużo lepiej. Na czym to polega The Last of Us jest grą akcji TPP w stylu Uncharted (i wielu innych), gdzie kierujemy naszym bohaterem przy pomocy widoku zza pleców i właściwie na tym podobieństwa między tymi tytułami się kończą. Nie ma żadnych zagadek, jedynie w kilku momentach trzeba coś gdzieś przesunąć, aby dostać się na wcześniej niedostępną pozycję. To samo tyczy się sposobu eliminacji wrogów. Tutaj nie a mowy, aby Joel wpadł z kałaszem do pomieszczenia i jedną serią wytłukł wszystkich wrogów. Nasz przemytnik nie jest mocarzem, który jednym walnięciem w nerki jest w stanie zabić przeciwnika. Zarażeni i ludzie są odporni, więc trzeba bardzo kombinować i technicznie rzecz biorąc, w wielu momentach ta gra zmienia się także w skradankę w której musimy zabijać po cichu, ponieważ ze względu na realizm produkcji czasem jeden szmer czy nierozważny ruch mogą kosztować nas życie. Na najwyższych poziomach trudności mrok i klejenie się do osłon będą naszymi jedynymi przyjaciółmi. Kulką czy cegiełką, oto jest pytanie! To samo tyczy się sposobów uśmiercania wrogów. Jak wcześniej wspominałem nie uświadczymy tu sytuacji, gdzie z jednym magazynkiem kałacha lub przy pomocą innej z 10 broni, którą nosimy na grzbiecie, wytłuczemy wszystkich wrogów w okolicy. Do dyspozycji mamy co prawda parę sztuk uzbrojenia, lecz pod ręką mamy jedynie 2-4, z których możemy szybko skorzystać. Amunicji także tutaj jest mało, a czas przeładowywania często był dla mnie powodem ponownego wczytania gry. Na szczęście ostra amunicja nie jest jedynym sposobem eliminacji wrogów. Do dyspozycji mamy także koktajl mołotowa i coś w rodzaju bomb zbliżeniowych, które Joel może sklecić z surowców, które znajdujemy eksplorując świat gry. Często znajdujemy także metalowe rurki, drewniane kije czy kije bejsbolowe, które pomagają szybciej spacyfikować wrogów. Kliku kliku Chlasty chlastu Czyli krótko o przeciwnikach Nasi wrogowie dzielą się na dwie kategorie: ludzi i zarażonych. Ludzie jak to ludzie korzystają z podobnego uzbrojenia jak gracz. Bardziej problematyczni są zarażeni, którzy dzielą się na parę rodzajów, z których do każdego trzeba mieć inne podejście. Podczas, gdy zwykli świeżo zarażeni, są łatwi do ubicia to już Klikacze potrafią ubić za jednym gryzem. Ostatni rodzaj to najbardziej wymagający przeciwnicy, czyli zarażeni z największym stażem. Są to wielkie i powolne monstra które dość trudno ubić. Jak widać gra pod tym względem nie jest zbyt różnorodna, lecz moim zdaniem te parę rodzajów przeciwników spokojnie starczy, aby zająć graczowi sporo czasu i dać jeszcze więcej satysfakcji z ich ubijania. Joel, gdzie twoja pałka trafienia +3424325 % Crita? Tutaj dochodzimy do jednego z fajniejszych aspektów rozgrywki. W The Last of Us zaimplementowane zostały proste w obsłudze i rozsądnie wyskalowane elementy RPG, a mowa tu o craftingu i rozwoju postaci. Jak wcześniej wspominałem, podczas rozgrywki eksplorując różne zakamarki można znaleźć surowce, z których w czasie rzeczywistym tworzymy przydatne przedmioty. Mimo, że czuć tutaj czasami ducha MacGyvera czy Drużyny A (z nożyczek i saletry można zrobić bombę zbliżeniową) to crafowanie większości przedmiotów jak na uproszczony system, jest sensowne. Z rurki i nożyczek robimy broń, która zabija za pierwszym ciosem, po którym nożyczki się niszczą. Za pomocą taśmy klejącej można to zrobić. Gra jest dobrze wyważona także pod tym względem, ponieważ prawie nigdy nie ma się tylu materiałów, aby zapełnić cały plecak. To samo tyczy się rozwoju postaci, która jest genialna w swej prostocie. Podczas gry zbiera się coś w rodzaju pigułek. Gdy zbierze się ich odpowiednią ilość podbijamy jedną ze statystyk. Warto zaznaczyć, że podczas jednokrotnego przechodzenia singla nie jesteśmy w stanie wykasować wszystkich, możemy to zrobić dopiero, gdy ukończymy grę i zaczniemy nową z tymi, które już posiadamy. Ostatnim aspektem craftu jest ulepszanie przedmiotów. Można to robić tylko przy specjalnych stołach, które są rozlokowane dość rzadko. Mamy dostępnych parę poziomów ulepszeń. Każdy następny jest możliwy dopiero po znalezieniu odpowiednich narzędzi. Przy ulepszaniu broni korzystamy ze znalezionego wcześniej złomu. Sprawy techniczne The Last of Us jest napędzane ulepszoną wersją autorskiego silnika Naughty Dog i w tym momencie jest jedną z najładniejszych gier na Ps3. Czasami można natknąć się na małe zgrzyty graficzne i niedoróbki, takie jak słabe tekstury samochodów, lecz generalnie ta gra wyciska z wysłużonej konsoli niemal wszystko na co ją stać. Zniszczone i zarośnięte miasto wygląda wspaniale i gra nawet przy największym zamieszaniu nie traci na płynności. Ciepłe słowa należą się również ekipie, która jest odpowiedzialna za animacje postaci. Chodzenie, bieganie, kucanie, skradanie etc. To wszystko wygląda bardzo naturalnie. Kiedy Joel musi kucnąć i przykleić się do osłony wszystko odbywa się całkowicie naturalnie i automatycznie. Gdy kuca za niską i przesuwa się w jakimś kierunku to np. jego dłonie w bardzo naturalny sposób przesuwają się po powierzchni owej przeszkody. Jedyny zgrzyt, który nie tylko mnie irytował jeżeli chodzi o animacje to Ellie, która jest praktycznie niewidzialna dla wrogów. Gdy Joel kuca i przesuwa się między osłonami, ona często biega robiąc spory hałas i wystawia kończyny poza osłonę. Wrogowie na to jednak nie reagują. Nie zgadzam się także ze zdaniem wielu recenzentów i graczy, którzy twierdzą, że Ellie jest bardzo pomocna podczas rozgrywki. Bardzo cieszy mnie fakt, że nie przeszkadza i nie trzeba jej co chwilę ratować, lecz mimo to nie ratuje nam co chwilę tyłka jak twierdzą ludzie, którzy tą grę przede mną przeszli. Multiplayer Naughty Dog w serii Uncharted całkiem nieźle poradziło sobie z trybem Multi i jest to jeszcze bardziej rozbudowane. Gracze dzielą się na dwie frakcje, które znamy z kampanii. Są to Świetliki i Łowcy. My wcielamy się w przywódce klanu. Sesje trwają 12 wirtualnych tygodni, podczas których rozgrywamy 84 wirtualne mecze. Wtedy także zbieramy zasoby, dzięki którym nasze klany się rozrastają. Sposoby zdobycia: Obalenie przeciwnika, egzekucję, leczenie towarzysza, wytworzenie przedmiotu oraz wykonanie zadania. W wypadku nie zebrania odpowiedniej ilości surowców klan głoduje i w efekcie jego członkowie umierają. W Multi mamy parę mechanizmów z rozgrywki Single Player, takich jak nasłuchiwanie Joela czy klejenie się do osłon. Na szczęście brak autoregeneracji zdrowia i craftingu. Mecze są czasami dość powolne, ale to nawet dobrze, ponieważ dzięki temu nawet multi ma ciekawy klimat. Warto? Jasne że warto. Jak napisałem we wstępie The Last of Us jest grą wyjątkową, która w moim osobistym rankingu jest w tej chwili murowanym kandydatem do Gry roku. Nie pamiętam kiedy ostatnio jakaś produkcja tak długo siedziała w mojej głowie ponad miesiąc po zakończeniu rozgrywki. Współczesne gry zwykle są łatwe i rzadko kiedy angażują emocjonalnie, lecz tutaj jest zupełnie inaczej. Przygody gburowatego Joela i pyskatej Ellie zaangażowały mnie do tego stopnia, że za tydzień, może dwa przejdę tę grę raz jeszcze. Z czystym sumieniem piszę, że możecie kupować tę grę w ciemno. Plusy Grafika wyciskająca z Ps3 ostatnie soki Cutscenki genialnie budujące klimat Długość ? na normalnym poziomie trudności TLoU przechodziłem 20 godzin Genialnie zagrane postacie główne, jak i poboczne Ciekawy multiplayer Minusy Sporadyczny spadek rozdzielczości niektórych tekstur Ellie niewidoczna dla wrogów ...kiedyś się kończy Ocena końcowa: 10/10
  15. Takie życie..tzn klimat. Ile bym książek przeczytał nadal robię głupie byki. Frustrujące dla mnie strasznie ;]
×
×
  • Create New...