pavlaq89

Forumowicze
  • Zawartość

    1152
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O pavlaq89

  • Tytuł
    Skalny Troll
  • Urodziny 13.10.1989

Sposób kontaktu

  • ICQ
    0

Informacje profilowe

  • Płeć
    mężczyzna
  • Skąd
    osiołosie biorą się?
  • Zainteresowania
    Anime, gry, RPG, komiks, literatura fantasy, fechtunek i ogólnie to czym pawlaki się interesują

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Elder Scrolls III, IV, V, Heroes Of Might And Magic III, V, Dungeon Siege I, II, Icewind Dale I, II, Prince Of Persia: Warrior Within, Unreal Tournament 2004, Final Fantasy Tactics Advance, Devil May Cry 4, SMITE, Kozacy, Path of Exile, Audiosurf, Batman Arkham
  • Ulubiony gatunek gier
    RPG
  • Konfiguracja komputera
    Piecyk (Dispater)
    Windows 8.1.
    Intel Core i5-4430 @ 3.00GHz
    8 GB RAM
    GeForce GTX 760
    HDD 1TB
  • Wyróżnienia Smugglerkowe
    [2009] Blogopis roku
  1. [media=] Byłem w kinie na "Marsjaninie" Tak się składa, że uwielbiam filmy sicence-fiction i często są one pierwszym moim wyborem, kiedy mam coś obejrzeć. Tym bardziej w kinie. Wczoraj takim właśnie sposobem obejrzałem z moją lepszą połową "Marsjanina" i, chociaż nastawiałem się sceptycznie, film urzekł mnie prawie w każdym aspekcie. Aktorzy dawali z siebie wszystko, nawet Matt Damon, który o dziwo był bardzo przekonujący w swojej roli. Fabuła to, jak w przypadku Fury Road, reprezentant kina "W tę i z powrotem". Muzyka jest nawet nastrojowa - miejscami bardzo przypomina soundtrack z Mass Effecta. Bardzo ładnie prezentują się widoki marsjańskiej okolicy, kręcone pewnie na pustyni w Teksasie i przepuszczone przez czerwony filtr. Wnętrza bazy i statku są bardzo futurystyczne, ale realistycznie odwzorowują potencjalny rozwój technologii w niedalekiej przyszłości. Uważaj, bo to, co możesz za chwilę przeczytać nie jest spoilerem, ale może zepsuć Ci zabawę. No i jak to w science-fiction bywa, żeby film trzymał się kupy trzeba coś zmyślić. Kilka ciekawostek o czerwonej planecie, które tkwiły mi w głowie skutecznie mi o tym przypominały. Co zatem zostało przekłamane na potrzeby filmu? Mars jest martwy nie bez powodu. Pomimo, że znajduje się w strefie przyjaznej dla życia w Układzie Słonecznym, nie posiada pola magnetycznego, które by to ewentualne życie ochroniło przed wiatrem słonecznym i wszędobylskim promieniowaniem kosmicznym. Ryzyko wystawienia na to ostatnie wymienione są w filmiku promocyjnym z Neilem deGrasse Tysonem i wygodnie wytłumaczone kosmicznym smalcem. W porządku, a reszta? Zacznijmy od marsjańskiej atmosfery. Jej ciśnienie to zaledwie 7-9 hPa. W porównaniu do naszej normy 1013 hPa to prawie próżnia. Tak cienka atmosfera złożona w większości z dwutlenku węgla nie chroni absolutnie przed promieniowaniem UV, którym bombarduje słońce. Sama planeta znajduje się z 1,5-krotnie dalej od naszej gwiazdy niż my, ale skutki opalenizny byłyby o wiele gorsze. W trailerze widzimy okoliczności, w jakich nasz główny bohater zostaje rozdzielony z załogą - burza piaskowa. Świetnie pokazane zniszczenia a latające naokoło kawałki wyposażenia robią wrażenie zagrożenia i dodają dramatyzmu. Tyle, że nie odwzorowują rzeczywistości. Owszem, wiatry na Marsie są w stanie osiągnąć prędkość 300 km/h, jednak przy tej gęstości powietrza, nie miałyby one siły nawet załopotać amerykańską flagą, wbitą w marsjański grunt. Jedyne co zostaje porwane na wietrze to malutkie drobiny pyłu, które są w stanie wisieć w powietrzu dzięki niskiemu przyciąganiu planety. Widać to najlepiej na zdjęciach lądownika marsjańskiego Opportunity, który niestety nie był wyposażony w szczotkę do paneli słonecznych i musiał wyłączyć część funkcji w dalszej części misji z powodu niedoboru prądu. Selfie po 3 latach od lądowania I po 7 latach Największym problemem jest ziemia. Nie, nie Ziemia, a ziemia na Marsie. Jego gleba. Nie dość, że sama ma niewielką pojemność termiczną przez co na planecie jest tak cholernie zimno (to po części też zasługa mało funkcjonalnej atmosfery) to jeszcze jest trucizną dla człowieka. Dosłownie. W 2008 lądownik Phoenix dostarczył dane o tym, że Marsjańska gleba jest jeszcze bardziej obca niż nam się wydawało. Jest tak przez zawartość nadchloranów w jej składzie (ok 1%), które są mocnymi utleniaczami i w kontakcie ze skórą powodowałyby poparzenia, a wdychane - poważne uszkodzenia płuc. To nie jest coś, co chciałbyś przekopywać gołą ręką, tudzież trzymać w swojej kabinie. Plusy są takie, że dałoby się używać ich jako paliwa. Z tego powodu ziemniaki raczej by na marsjańskiej glebie nie wyrosły i główny bohater filmu najprędzej umarłby z głodu. Jeżeli w ogóle. Biorąc pod uwagę fakty, Mark i jego załoga nie mieliby w ogóle problemów z burzą piaskową i misja szłaby dalej jak z płatka. Dosłownie, ponieważ wszystko waży tam 1/3 tego, co na Ziemi. Film ma też kilka niekonsekwencji, ale to typowe dziurki w scenariuszu. Gdyby twórcy trzymali się absolutnego realizmu, nie mógłbym obejrzeć tej niesamowitej walki astronauty z przeciwnościami losu. Postać wykreowana przez autora powieści przejawia świetnie tok myślenia i pracę eksploratora kosmosu. "Marsjanina" nie czytałem, ale wiem to z innej lektury: "An astronaut's guide to life on Earth" Chrisa Hadfielda, którą bardzo polecam. Zadziwiająco twórcy pokazali Hermesa, który wiózł astronautów w tę długą podróż - cała stacja kosmiczną z kompletem przestrzennych modułów, które zapewne latami były montowane na ziemskiej orbicie i przygotowywane do najdłuższego, najdalszego lotu ludzi z dala od ich rodzimej planety. A czym jest kosmiczny smalec? Dawno temu, jeszcze w czasach gimbazy, czytałem internetowy komiks "LOSUX". Opowiadał on o trudach i zmorach licealnego życia (które po części się sprawdziły). Jednym z bohaterów był bałwanem, który bardzo lubił pić wódkę. Dziwicie się pewnie jakim cudem się nie roztapiał? Kosmiczny smalec jak dla mnie brzmi lepiej. Tak od tamtej pory nazywałem to, co jest opisywane jako plot device, czyli zasada, rzecz lub czynnik, który popycha fabułę dalej. Bez niej kluczowe elementy historii rozproszyłyby się a akcja nie dotarłaby do oczekiwanego finału. Tak więc kiedy będziecie się zastanawiać czemu pewne bzdurne rozwiązania są zawarte w aktualnie pochłanianej przez Was fikcji, wiedzcie, że to był moment, w którym twórca scenariusza musiał zasięgnąć po czerwony przycisk z napisem "plot device", żeby ją dokończyć. Im rzadziej przycisk jest wciskany, tym historia toczy się bardziej naturalnie. W moim odczuciu jeżeli twórcy przynajmniej wytłumaczą istnienie takiego urządzenia to wybaczam im jego użycie - w tym przypadku nieroztapiajacy się bałwan stał się w komiksie wiarygodną postacią, bo twórca określił zasadę, która działa w jego świecie i nikt nie może tego podważyć. Jednak w innych przypadkach, np. ktoś bełkocze o wielgachnym mechu, który utrzymuje się w pionie bo ma tytanowy szkielet i napędzany jest silnikami diesla(!) to krew mnie zalewa. Tak, mówię o Tobie, Pacific Rim. Koniec końców polecam każdemu obejrzeć "Marsjanina", bo to po prostu dobre kino sci-fi. Nawet jeżeli nie płaczecie ze wzruszenia na bliski widok startującej w kosmos rakiety, albo nie przechodzą Was ciarki kiedy postać w skafandrze stawia kroki na nieznanym gruncie, zapewniam, że nie będziecie się nudzić.
  2. ...z nudy wygooglałem "pavlaq89". Wujek pokazał mi jasno, że większość mojego sieciowego jestestwa zawieszona jest na FA. - Ile to już? 6 lat? 3 lata od ostatniej aktywności? Ilu ludzi zdążyło zapomnieć o moim istnieniu? Nie dziwię im się - byłem tylko jedną z tysięcy wirtualnych osobowości, zawieszonych na tym skrawku serwera. Jeżeli czytając te znaki spodziewacie się tego, co było kiedyś, to muszę Was rozczarować. Tak jak teraźniejszy 'ja' nie potrafi zasymulować stanu 'siebie' w przyszłości, tak samo te 6 lat temu nie miałem zielonego pojęcia kim będzie moja osobowość. Taka prawda, że nikt z nas nie potrafi. Podkładamy jedynie swoich obecnych 'nas' jako niezmienną do końca życia stałą. Oczywiście nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. - Czemu czuję się przywiązany do ciemnego ekranu z jasnymi znakami? Czemu ten widok uderza w dawno zapomnianą nutę nostalgii? Dlaczego zależy mi, żeby poświęcić czas na napisanie kilku setek słów w przestrzeni, do której już dawno straciłem poczucie przynależności? 6 lat to 2191 dni. Dni w których czas przytomności wykorzystuję na dziesiątki aktywności, które w jakiś sposób przygotowują mnie na jeszcze jeden kolejny dzień. Dają mi wiedzę, umiejętności, przyzwyczajenia, wspomnienia. Z każdym dniem jestem kolejną iteracją siebie z wczoraj. W ten sposób coś, co określam mianem 'siebie' codziennie znaczy co innego, jednak nieznacznie zmienionego. Jednak nakładając na siebie 2191 nieznacznych zmian można natrafić na wynik zaskakująco różny od stanu początkowego... - Co ja robiłem te 6 lat temu, że znalazłem się tutaj? Co podpowiada mi pamięć o tym okresie? - Po co w ogóle zacząłem odzywać się na forum pełnym obcych nicków i awatarów? No jasne, one mnie nie będą oceniały, nie wiedzą nic o mnie tak jak ja nie wiem nic o nich. Nie muszę wcale poznawać nowych ludzi, z resztą nienawidzę tego robić. Lepiej mi pisać niż mówić. Lepiej czytać niż patrzeć w oczy. Lepiej słuchać ciszy niż obcych śmiechów. Tak było lepiej przez chwilę. Zacząłem angażować się mocniej, obserwować więcej, pisać, czytać, tworzyć w głowie głosy dyskutujących osobowości. Wtedy zacząłem szukać siebie, w tej całej zasłonie dymnej po ewakuacji z płonącego budynku mojego dotychczasowego życia. Trzeba było rąk do pomocy, do noszenia wiader z wodą, potem cegieł i zaprawy. - No chodź, to jedyna taka okazja. - Nie wiem, nie lubię tłumów i zgiełku. - Przestań tak gadać, przecież będą grać za darmo! Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że koncert mojego najulubieńszego zespołu to spełnienie marzeń i przeżycie, które wtargnie do mojej świadomości jako niezapomniany stan największej euforii jakiej nawet nie byłem w stanie sobie wyobrazić. Oni towarzyszą mi do dzisiaj. Kilka miesięcy temu nawet miałem okazję im o tym opowiedzieć. Każde kolejne takie zdarzenie to dla mnie wielki czerwony punkt w kalendarzu z gwiazdkami i wykrzyknikami. Moje osobiste święto. - Czas najwyższy odświeżyć kilka kontaktów... Nie sądziłem, że ma numer gg. Heh, zabawne, on to samo sądził o mnie. Jeszcze ty, ty i ty. Może w coś pogramy razem? Codzienne zmagania z kolejnymi przedmiotami, kolokwiami, egzaminami mijały szybko, bo jedynym na co czekałem po powrocie do pustawego, ciasnego pokoju akademika było otwarcie pokrywy, wciśnięcie przycisku zasilania, założenie słuchawek na uszy. - Ale to było dobre! Dawno nie widziałem takiej dobrej animacji. Dzieło sztuki. Ciekawe czy ktoś jeszcze ma podobne zdanie. Nikt z osób, które widuję na co dzień nie podziela moich hobby. Może w internetach znajdzie się ktoś z okolicy... Nie przypuszczałem, że w bezpośredniej okolicy znajdę tylu zakręconych ludzi. Nie przypuszczałem nawet, że spędzę z nimi wiele długich wieczorów i godzin śmiechu. Nie sądziłem, że niektórzy z nich będą towarzyszyć mi jeszcze do czasów obecnego mnie. Poznałem ich sporo. Zjedliśmy nieco soli, wyrobiliśmy swoje własne żarty, znamy swoje charakterystyczne powiedzonka. W tamtym czasie dorwały mnie szalone nieokreślone uczucia nastolatków (mówiłem już, że nie lubię nastolatków?). Teraz są dla mnie trywialne i śmiechu warte. Skończyły się tak nagle jak się zaczęły. - Czas na nerdowanie! Kto ma największą chatę? Rozkładamy się u niego ze śpiworami, zasłaniamy okna i gramy w co popadnie! Erpegi, planszówki i oglądanie ekranu do późnej nocy leżąc pokotem w barłogu. Tak rozpocząłem znajomość z drugą częścią mnie. Tyle czasu minęło, a dla mnie to jak wczoraj. Do dzisiaj lubimy zwolnić tempo z jakim pędzimy przez codzienność, poleniuchować, dotknąć błogiej beztroski i zapomnieć o całym świecie. - Nie, nie wracam. Okres, po którym miałem zakończyć studia (te drugie) był ciężki. Z pustą kieszenią i CV w ręku łaziłem w tę i nazad po drodze dorabiając za marne grosze na czynsz. Ale to było jedyne słuszne wyjście. Jak miałbym zostawić wszystko i wrócić na stare śmieci? Przecież tyle trudu kosztowało mnie podniesienie się na nogi i wyruszenie stamtąd naprzód. Dalsza droga zaowocowała w stałe zajęcie przynoszące stały pieniądz, nawiązanie nowych kontaktów, uczenie się nowego środowiska, łapanie nowych nawyków i zwracania uwagi na to, co wcześniej uchodziło niezauważone. - Drugi stopień? Bring it on! Dam radę. Od tego momentu należy dodać liczne przeżycia, koncerty, wyjazdy, komiksy, gry, zakupione dobra różnego rodzaju, obejrzane godziny mówiących do mnie twarzy i oto jesteśmy tu i teraz. Cześć, jestem pawlak. Miło Cię poznać.
  3. @Ylthin bo trzabyło grać w więcej ludzi! Magicka solo jest strasznie trudna (miejscami niemożliwa). Znam tylko jednego rodzynka który przemordował ją samodzielnie.
  4. @Alf a do dziś już tylko jedna linia tramwajowa się ostała... Zdecydowanie nudno, nie polecam przyjeżdżać. @Ylthin A ja w DMC 3 pierwszego poziomu nie przeszedłem, bo stery pada się nie zgadzały i zamienił kierunki analoga o 90 stopni.
  5. Alfik, trza... a tu już 2012 minął...
  6. Ja gry dzielę na dobre i słabe. Czy to robił jeden człek czy stu nie ma dla mnie znaczenia. Gra dająca niezliczone godziny rozrywki ciekawym gameplayem przy tym kosztująca niewiele jest dla mnie więcej warta niż super_potrójne_A premiera, z której uciecha trwa kilkanaście godzin po czym zostawia niedosyt po wydanej ponad setce złotych. Kupując więcej tanich gier mam większą satysfakcję z grania, dlatego moim zdaniem warto inwestować (a raczej dawać jałmużnę) w Indie Bundle. Zadowolony jestem z Binding of Isaac, Audiosurf, Jamestown, Shatter, Beat Hazard, Dwarfs!?, które nie opuszczają mojego dysku i powracam do nich co i rusz. Do tego należy dodać że kupiłem je prawie za darmola. Czekają mnie jeszcze Krater i Torchlight, które dostałem za bezcen. Moim zdaniem to dobra cena za kilka (naście) godzin dobrej rozrywki. O Botaniculi się nie wypowiem, bo nie przekonała mnie rozgrywką. Swoją drogą pamiętam, że nudziłem się przy wychwalanym przez ludzi Tiny Big Story.
  7. Lycz: Pewna inna gra dreptała Dałnowi po piętach jeżeli chodzi o wymyślne taktyki, inteligentnie przeprowadzone natarcia i taktycznie użyte obszarówki. O ile Resident Evil 5 zgarnia tytuł najlepszej kooperacyjnej gry 2011, o tyle Magicka w pełni zasługuje na tytuł najlepszej antykooperacyjnej gry zeszłego roku. Przyznaj Pawlak sam ile radości dawało nam wysadzanie w powietrze własnych przyjaciół, kiedy goblińskie hordy nacierały z wszystkich kierunków? Pawlak: W trakcie ?Dunka-dunka? nasi bohaterowie zostali wysłani w pełną przygód i niebezpieczeństw oraz martwych łosi podróż. Z czego największym niebezpieczeństwem byli... oni sami. Lycz: Jeden z nich był niewdzięcznym gnojkiem, który cały czas krzyczał: ?Uwaga na*****am obszarówkę!?. Pawlak: Inny podpalał przeciwników swoim miotaczem ognia ?przypadkiem? zapalając szaty pozostałym magom. Lycz: Każdy z nich miał jednak duszę samatyra... symarani, no wiesz to brzydkiego słowo na ?S? z Biblii. Pawlak: Syry-dla-nina? Jakkolwiek by nie było, zaklęcie wskrzeszania było używane kilkanaście razy na minutę. Lycz: Zazwyczaj tylko po to, by znowu zabić ożywionego. Jedyna obowiązująca zasada brzmiała: ?Ale wiesz, żeby było śmiesznie?. Poza twoja czarodziejska laska naprawdę mi się podobała... Wszyscy chcieli leczyć rany swoich kompanów, nawet w zaświatach. Moc leczenia nie tylko uzdrawiała żywych, ale też działała destukcyjnie na martwych. A skoro do zaświatów prowadzi tylko jedna droga... Pawlak: Randomowe odpały, typu ?Kto zabije wszystkich wieśniaków? (w miejsce niesienia pomocy atakowanej wiosce) czy ?DAJ KAMJENIA? (któremu towarzyszyła salwa głazów miażdżących kogo popadnie) albo rzucanie kul ognistych pod nogi ostrożnie stąpającego po cienkim lodzie sojusznika bądź wywalanie losowemu graczowi niebieskiego ekranu za pomocą potężnego zaklęcia ?crash to desktop?. Hitem sezonu był jednak Vortex. Lycz: Zwany także Rectum Fortexem. Zaklęcie to miało za zadanie odkurzać. Zamiast jednak odkurzacza przywoływano gigantyczny wir czarnej materii zasysającej wszystko w swojej najbliższej okolicy. A zadaniem każdego było karmienie chciwej gęby Vortexa KAMJENIAMI. A moment w którym jeden z graczy zaczął unosić się w powietrzu powodował, że wszyscy sojusznicy pierzchli na wszystkie strony. Pawlak: Bo równie dobrze mógł być to czar, przywołujący burzę z piorunami... W momencie kiedy nagle spadał rzęsisty deszcz, a niebo przysłoniły granatowe chmury, zaczynała się desperacka walka o przetrwanie. A warto było przetrwać, bo za przeżycie uderzenia piorunem dostawało się adekwatnego achievementa. Lycz: Magicka to istny raj dla łowców ?aczików? osiagnięcia wpadały jedno za drugim za nieprawdopodobne wyczyny godne herosów, takie jak np. umieranie będąc żółtym, bądź zbyt długi dobór koloru szaty. Pawlak: Albo przywłaszczeniu sobie wyposażenia sojusznika po uprzednim sprzątnięciu go z powierzchni ziemi, albo wykonania pewnego sławnego kopa w podbrzusze lub ścięcie głowy pewnego górala. Lycz: Gra była wymagająca, ale nie raz puszczała oko do gracza dzięki czemu niektóre walki z bossami stawały się łatwiejsze. Na przykład jednego z bossów można było załatwić jednym ciosem przy pomocy jednego konkretnego artefaktu. Los jedna chciał, że obaj zdmuchnęliśmy niosącego kumpla (pozdrawiamy Cię Sony serdecznie) w przepaść, gdy on z rozwagą stąpał po wąskim kamiennym przejściu trzymając w ręku wzmiankowany przedmiot. Co prawda potem doigraliśmy się, kiedy Sony wbijał aczik polegający na pozostawieniu na śmierć swojej drużyny, podczas gdy samemu jest się niewidzialnym. Pawlak: Wybór czarów i mechanika ich działania dawały sporo frajdy i skłaniała do eksperymentowania. Najróżniejsze pociski, tarcze, eksplozje, promienie (pamiętaj: nigdy, PRZENIGDY, nie krzyżuj promieni) spadały na plansze. Były też czary, które nie cieszyły się zbytnią popularnością, np. smar albo przywołanie (niedorozwiniętego) feniksa. O ile efekt tego pierwszego był oczywisty, o tyle widok ognistego ptaka dumnie wzlatującego i lądującego dorodnym telemarkiem dziobem w glebę powodował głupi śmiech i głośne facepalmy. Lycz: Kiedy przeszliśmy kampanię (po całym zmaganiu się z naszymi wewnętrznymi demonami) zajęliśmy się wyzwaniami. Niczym w trybie hordy znanym z Unreal Tournament 2004 odpieraliśmy kolejne hordy wrogów. Oczywiście nasz zapał bojowy wzmacniała chęć zdobycia aczika za przetrwanie wszystkich 20 fal. Czuliśmy się niezręcznie słabi, aż do momentu kiedy na mapie pojawiała się książka z zaklęciem Vortex. Potem wystarczyło przygotować palce do jednej, jedynej kombinacji (poza W A), którą znało się na pamięć. Pawlak: Dużo zabawy dostarczył również dodatek, który przenosił magów w pachnące napalmem dżungle pełne goblinów z kałachami i trolli z CKMami i tu i ówdzie dzielnych amerykańskich komandosów wyposażonych w niszczycielskie łuki... Mowa oczywiście o dodatku Vietnam, który dodaje do rozgrywki przygodę - misję ratunkową, oraz wyzwanie, pełne ton ołowiu i nawiązań do klasycznych filmów wojennych. Lycz Oczywiście znalazło się dwóch cwaniaków, którzy udowodnili, że nawet amerykański komandos musi się strzec niezrównoważnych adeptów sztuk magii, ku przerażeniu Sonego i Thourivela (Ciebie też pozdrawiamy Thouri). Pawlak: Fajne były kostiumy dla graczy. Sterować można było magiem-macką, headcrabem, gangsterem, załogantem U.S.S. Enterprise, albo też magiem zakonu kosmicznej marynaty. Lycz: Nasza przygoda z Magicką nadal trwa, choć mieliśmy niedawno od niej małą przerwę. Oczekuje nas wielka przygoda z Cthulhu i wampirami, czyli pozostałe dwa dodatki do tego świetnego tytułu. I pamiętajcie: Vlad z pewnością nie jest wampirem!
  8. Lycz: W ponurej przyszłości, gdzie wszyscy mają dałna, jest miejsce tylko na jedno... NA ROZPIERDUCHĘ! Pamiętasz kiedy nagle wszyscy zarazili się dałnem? Na jedną komendę: ?Kto ma dałna!?? zapełniał się cały pokój. Pawlak: ?Wszyscy mają dałna! Mam i ja!? jako żywo zakrzyknął cały nasz zespół, ponieważ zarażaliśmy nim całkiem efektywnie - przez TeamSpeaka, GG a nawet fejsa. Mało czasu minęło a każdy z naszej paczki potrafił całkiem dobrze dałnić za pomocą swoich ulubionych nie-ludków. Lycz: Pośród nich wyrosło potężne imperium, straszliwych, niesamowitych wojowników, którzy jak prawdziwi mężczyźni walczyli tylko na dystans, najlepiej z przeciwległego końca mapy. A na imię im było NIGGA TAU! Ich wojskowa doktryna ?We gonna steal your shit for the greater good!? siała popłoch w sercach wrogów. A czego to nie wypuszczali na pole bitwy? Egzoszkielety bojowe, niewidzialne pancerze, antygrawitacyjne czołgi, psy, dinozaury, małpy z strzelbami i pierdzące wszędzie muchy. A najstraszliwsi pośród nich byli doktor ?Wielki? Knarloch, Krzysiu oraz oczywiście chłopcy w piżamach! Pawlak: A ludzie widząc, że armie wyparowują nagle w falach pocisków rakietowych znikąd wiedzieli już, że ?Aha, Skajrej?. Ja za to walczyłem słodkimi niczym marcepan i różowymi jak hello kitty KAWAII MARINES, których mottem było ?War is better when it?s MOE? i ?We fight for cuteness of the emperor?. Taktyka była prosta - zalać przeciwnika masą piechociarzy do tego stopnia, że cała mapa była różowa jak landrynka wystrzelona z działa Deadnoughta Słodyczy. Inni walczyli w naszej nieświętej wojnie z siłami Loli-kronów, Gay-darów, Herpy Derp Orków oraz Imperialnych Frajerów za pomocą armii Chaosu, Tau, mniej-gejowskich Eldarów i Nicponi. Z czego Nicponie byli strasznymi urwisami. Lycz: Ale i na nich znajdowało się taktyki. Ogniowi wojownicy znikąd, esperale, ?taktyka na NBA?, orczo-tausowa szarża, kradnące wszystko Stealthy, Heterotau, Killer Bees i Mexicarines to nazwy które przywodzą naszym wrogom na myśl najstraszliwsze koszmary. Pawlak: ?Niewidzialni ci? JA CI DAM NIEWIDZIALNYCH TYCH!!!? bo nazwa jednostki nie była istotna. Kiedy ktoś z nas zauważył że punkt zaczął przejmować się sam, padał tekst ?Ten punkt sam się przejmuje!? na to ktoś ?Punkcie, nie przejmuj się?. Punktem honoru (zwłaszcza dla Nigga Tau) było kradnięcie punktów, a w przypadku, kiedy w grze był Andżej grający Nicponiami, trzeba było jak najszybciej ukraść wszystkie relikty. Bo jak on dorwał się do reliktu, to zapominał że jego artylerzyści mają strasznego zeza i zwykle trafiają sojusznicze jednostki. Bejnblejd to już marka sama w sobie. Powoduje prawie taką reakcję jak ?O kurna, monolit!? aka Monolit. Aż dziwne że latarkowi chłopcy, robiący psiu-psiu laserkami mogą wytoczyć na planszę taką grubą Bertę. Drift transporterami Rhino (zwanymi też metal boksami) był na porządku dziennym. Zupełnie jak zwiad... całą armią orków. Lycz: Nie możemy oczywiście o naszej najwspanialszej kampanii wojennej, kiedy cztery bohaterskie armie porzucały różnice swoich poglądów, by razem, ramię w ramię stanąć w obliczu najpotężniejszego wroga, jaki kiedykolwiek położył swoje łapska na galaktyce Dałna. Mowa oczywiście o Ruchu Palikota. Pawlak: Zwłoki homoseksualnych legionów kosmicznych elfów kładły się jak dywan wespół ze zmiennopłciowymi Eldarami oraz tymi, którzy przeholowali z wstrzykiwaniem sobie maryhuaniny do żył. Zero tolerancji, zero litości dla szumowin kosmosu. Lycz: Swego czasu walczyliśmy też z specyficznym sojuszem składającym się z: Chaosu ?Andżej?, Nekronów ?Czemu?, Eldarów ?Nie? i Orków ?Grasz? ?. Pawlak: Albo szukaliśmy pokładów Żużelków na mapie. Problemem niekiedy były epickie rozmiary naszych armii. Kolumna spasionych kosmicznych Marinsów skutecznie torowała drogę Skajrejom, a wyrastające spod ziemi różowe demony (?Uważaj! On nasyła różowe demoniki!?) nie dawały przejść innym jednostkom. Lycz: Oczywiście nie było aż tak różowo. Nieco czasu zajmowało nam opanowanie buildów pozwalających na szybkie rozpoczęcie (?54 sekunda a ty jeszcze nie masz oddziału marinsów?! Z jakimi noobami przyszło mi grać...?), a nie raz zdarzało się nam padać pod naporem hord komputera typu very hard. Nie wspomnę co się działo, gdy walczyliśmy z obłąkanymi Gejdarami... Czasem mam wrażenie, że nieraz wspierał kompa Slaanesh siedzący wśród kartofli i psujący uprawy, a z tego co pamiętam Unia nie zwraca za to pieniędzy. Pawlak: Kiedy bitwa nie przechodziła po naszej myśli i musieliśmy się wycofywać, uciekaliśmy do tzw ?Arki Ogiego?, gdzie rozstawialiśmy swoje bazy i wspólnymi siłami opieraliśmy się hordom przeciwnika. W historycznej Arce Ogii przytrzymał z nami całe pół godziny. Przed każdą bitwą robiliśmy konkurs na spamowanie czatu lobby - kto napisał ostatni, wygrywał (a przeważnie była to osoba, mająca największe opóźnienie względem gospodarza). Rozrywkę w dałnie mieliśmy nawet obserwując scenki rodzajowe podczas ekranów ładowania, komentując ?o, a tutaj ten Monolit przypomina kotka?, ?a tu wszyscy tańczą?, albo ?czemu ten fajerowarrior celuje w odwrotnym kierunku niż jego oddział??. No i kapłan Gwardii smarujący tosty za pomocą swojego miecza łańcuchowego. Nie można zapomnieć także o dyskotece Terminatorów i Nigga Tau dobierających się do kieszeni marinsów. Lycz: By the way Soulstorm jest do bani! Dlatego cały czas prowadziliśmy Mroczną Krucjatę. To be continued...
  9. @Kathai - Resident 5 był chyba najśmieszniejszą grą z serii. Czasami nie mogliśmy grać bo tarzaliśmy się ze śmiechu po obydwóch stronach internetów. Nie, w portki nie graliśmy, bo Lycz ich nie posiada.
  10. Nie napisaliśmy "najlepszych gier wydanych w 2011" przecież. ^^
  11. *poke*

    1. Pokaż poprzednie komentarze  %s więcej
    2. Kathai_Nanjika
    3. Mr.ALFik

      Mr.ALFik

      A co tam, popsuje zabawem. *szturch*

    4. Kathai_Nanjika

      Kathai_Nanjika

      Psuja! D: Ale ten szturch poleciał do Pawlaka, o.

  12. Lycz: Ej Bro! Bro, budź się! Wiesz jaki jest miesiąc? Pawlak: No już lipiec... to może czas na noworoczny wpis na blogasku? Lycz: Czas najwyższy! Drodzy czytelnicy, czas Wam zaprezentować najlepsze gry 2011 roku. Pawlak: Takie, które dostarczyły nam najwięcej radochy! Głównie te, w które graliśmy razem... albo na raz. Lycz: Tak, po prostu nieraz czułem ten Twój oddech na moim karku... Pawlak: A ja rakietę... Lycz: No to bez dodatkowych wstępów! Oto nasza całkowicie subiektywna lista! Pawlak: Bo jeżeli się z nami nie zgadzasz, to... możesz. Ten rok był pełen hiciorów, prawda Bro? Lycz: O tak! Najwspanialsze tytuły, pierwszoligowe produkcje z najwyższej póki. Od którego by tu zacząć? Pamiętasz te pełne akcji godziny które spędziliśmy w tym tytule stawiającym na kooperację? Pawlak: Było ich kilka, ale jeżeli chodzi Ci o ten, w którym walczyło się z gigantycznych rozmiarów stolcem, to mile wspominam te godziny. Lycz: Stolce? A skrzynki?! Pawlak: Rozpalone słońcem afrykańskie sawanny... Zdezelowane ciężarówki, zapuszczone wiochy i Azjaci, Latynosi oraz Arabowie jako rdzenni mieszkańcy. Mudżiny butują swojego pobratymca, bo nie miał klapek Kubota, a my z Lyczem idziemy po broń do agenta, który jest naszym kontaktem... i sprzedaje mięcho. Lycz: Najstraszniejsi byli jednak ci wszyscy przeciwnicy. Mudżini krzyczący, że mamy kule, prezentujący swoje popisowe ruchy prosto z NBA. A do tego te eleganckie klapki Kuboty. Oraz najstraszliwszy przeciwnik ze wszystkich... Pawlak: BECZKI! Główny bohater, Chris (Kłyss) ?Wbiegający-po-drabinie-i-wyskakujący-dwoma-saltami-przez-okno-z-gatlingiem-w-jednej-ręce? Redfield, żywi śmiertelną urazę dla wszelkich beczek i skrzynek i od kiedy tylko wkroczy do pomieszczenia, gdzie znajdują się jakieś, od razu brutalnie rozbija je nożem machając w amoku. Beczki bowiem zabiły jego rodziców kiedy Kłyss był jeszcze mały. Lycz: Gra rozpoczyna się w momencie, gdy Kłis dowiaduje się o lokalizacji zabójców swoich rodziców. Wyrusza do Afryki by rozpocząć swoją krwawą wendettę na beczkach i skrzyniach. Pawlak: Po drodze zabija mnóstwo Bogu ducha winnych zarażonych mudżinów, kurczaków i koszykarzy oraz wysadza kilka mudżińskich wiosek.Dokonuje tego wszystkiego z towarzyszącą mu ciemnoskórą Shevą, której tyłeczek może przez cała grę podziwiać gracz, który wcielił się w Kłisa. Pierwsze co musieliśmy sprawdzić to... jak szybko można obracać postacią! ?Jacek patrz jak Kłis potrafi szybko się kręcić! Łiiiii!!? Lycz: Gra robi się dwa razy lepsza jak odblokuje się dla niej dodatkowe stroje. Strój: ?Sheva żąda od Kłisa wypełnienia pitu? oraz ?Sheva wyrwała się z buszu?. Pawlak: Rozbijanie beczek urozmaicały nam szalone wyścigi ciężarówkami, walenie w co popadnie z CKMu, powożenie się motorówką po moczarach, odbieranie kurom jajek. Do tego dochodzą potyczki z licznymi bossami (ładniejszymi i brzydszymi) oraz... Wesker. Lycz: GOD DAMN YOU WESKER!!! W pewnym momencie jednak odnaleźliśmy coś co przechyliło szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Pawlak: Za podkręcanie wyników poszczególnych misji gra oferuje sporo broni, ulepszeń i innych badziewi do odblokowania. Normalny jest tutaj pistolet z setką (słownie: STO) naboi w magazynku, łuk, albo minigun. Ale prawdziwą gratką okazała się NIELIMITOWANA AMUNICJA DO RPG przyznawana graczowi, który przeszedł grę w mniej niż 5 godzin. Lycz: I to ja byłem tym szczęśliwcem! Ahahahahaha!!! Muszę przyznać, że rakietnica była bardzo praktycznym przedmiotem. Chcesz zabić bossa w sekundę kiedy wcześniej we dwójkę tłukliście go dobre 5 minut? Załatwione. Chcesz poświecić przyjacielowi w tunelu, bo ciemno? Załatwione! Chcesz otworzyć skrzynkę? Jedna rakieta załatwi twój problem. Pawlak: Wrony wyjadają Twoje plony? Rakieta i po sprawie. Masz szczury w piwnicy? Nie ma problemu! Chciałbyś złowić rybę na obiad? Lepiej trafić nie mogłeś! Szewa z rakietką oczyści ci nawet szambo z Uroborosa. Lycz: Gra pokazała pazurki w momencie kiedy obaj wyposażyliśmy się w nielimitowane rakietnice. To szaleństwo. Ta feeria barw! Czułem się jak na Karnawale w Rio! Tylko, że wszyscy mieli rakietnice. Nielimitowane naboje pozwalały na puszczanie prawdziwych serii. Niesamowity wymysł techniki. RPG puszczające 50 pocisków na minutę. Swego czasu sprawdzaliśmy kto jest szybszy: Kłis, czy pocisk z RPG? Pawlak: Ekran trząsł się od eksplozji nieprzerwanie. Boss, z którym się męczyliśmy poprzednio układając taktyki i ginąc co rusz, odmawiał paciorek po przyjęciu jednej rakietki na nos. Rozpryskiwał się w drobny mak w huku eksplozji, a dzielna para protagonistów mogła skupić się na tym co najbardziej istotne... Lycz: ...rozwalaniu skrzynek! Pawlak: Potem wreszcie dobraliśmy się do tyłków Jill i Weskera. Zwłaszcza do tyłeczka tej pierwszej. Lycz: Rwaliśmy ją jak świeżą rzodkiew. Pawlak: Ją, a dokładniej pasożyta, którego miała w - zmysłowo głębokim - dekolcie. A Wesker wyrwał się z Matrixa, albo jest dalekim przodkiem Neo, bo wyczyny jakimi nam się naprzykrzał były miejscami mocno frustrujące. Na tyle, że zyskał on sobie tytuł ?GOD DAMN YOU!!? Weskera. Lycz: Niesamowite wrażenie robiła ścieżka dźwiękowa produkcji, zwłaszcza jej flagowy song w w wykonaniu Black Eyed Peas pod tytułem: ?Kara-bin-bin-bin?. A słowa leciały mniej więcej taki: ?Kara, bin, bin, bin. Kara, bin, bin, bin?. Plus rewelacyjna solówka Fergie: ?Kara, bin, bin, bin...?. Oczywiście nic nie zastąpi zrzucania swojego partnera w przepaść z mostu zwodzonego. Pawlak: Albo wyścigów do drzwi, tylko po to, żeby spamować wołanie partnera coby przyszedł i otworzył - ?Kłis! Kłis! C?mon Kłis!? słyszane po raz tysiuncpińcsetny potrafi wkurzyć. No to tyle, jeżeli chodziłoby o Resident Evil 5 - najlepszą grę kooperacyjną 2011 roku. Niedługo czas na kolejny tytuł...