Jump to content
Cardinal

Recenzje płyt

Recommended Posts

Wykonawca: In Flames

Tytuł płyty: Come Clarity

Rok wydania: 2006

Gatunek: melodic death metal

180px-InFlames-ComeClarity.jpg

In Flames zawsze byli dla mnie legendą, zawsze chciałem mieć taki głos Andres i takie dredy :) Oczywiście dalej chcę!

Crawl Through Knives, bo taka była pierwotna nazwa tego albumu, wyróżnia się spośród innych luzem, który nie przytłacza, ciężkością, która nie powoduje, że skronie nam pękają i rytmem. Chłopaki pokazali klasę ukazując nam, że gitara rytmiczna wcale nie musi piszczeć jak stado wygłodniałych nietoperzy. Skoro już przeszedłem do gitar - zarówno gitarzysta prowadzący, jak i ten rytmiczny prezentują rzemiosło, po przez wspaniałe riffy, genialne solówki, które nie gryzą się z całością. Na plus, zasługuje również basista i perkusista, którzy pięknie budują klimat piosenki. Dążąc ku końcowi wypada wspomnieć, również o Andresie, który wciąż nie wypadł z formy, zaś jego screming staje się z krążka na krążek lepszy.

Na płycie znajdziemy takie hity jak "Take this life", czy tytułowe "Come clarity".

10/10

________________

Moja pierwsza recenzja, proszę o wyrozumiałość.

Link to comment
Share on other sites

Electric Six

Fire

2003

Płyta w polsce znana dzięki przebojom "Danger! High Voltage" i "Gay Bar" głównie dzięki videoclipom i mniej znanemu, ale rewelacyjnemu "Dance Commander". Jeśli skoncentrujemy się jednak na powyższych singlach dużo moim zdaniem stracimy. LP obfituje w niesamowite smaczki poczynając od krytyki usa i wojska po ciekawe metafory (idiotyczne zdanie). Muzycznie zespół dużo czerpie z wczesnych dokonań GN'R i innych tytanów hard rocka. Teksty dają do myślenia, a muzyka choć wpadająca w ucho daje naprawdę niezłego kopa. Brakowało mi takiej kapeli na muzycznym rynku, wypełnia lukę po choćby w/w gnr. Nie ma tu miejsca dla zniewieściałych numetalowców (bez urazy). Dobry brudny rock dla naprawdę twardych facetów (jestem oporny na kontrargumenty8D)Polecam.

Link to comment
Share on other sites

Wykonawca: Iron Maiden

Tytuł płyty: Iron Maiden

Rok wydania: 1980

Gatunek: Heavy Metal/New Wave of British Heavy Metal

Iron-Maiden.jpg

Żelazna Dziewica, jedna z legend heavy metalu, przez wielu uważany za boga bogów starej, dobrej Brytyjskiej muzyki heavy metalowej.

Iron Maiden, tak nazwano pierwszy album jaki wydała w/w kapela. Pokazuje ona wszystko to co dobrej w niej jak i heavy metalu. Dla mnie nie jest to zwyczajny przeciętniak. Z Dziewicami miałem styczność podczas zagłębiania się w tak wspaniały gatunek muzyki jak metal. Oczywiście po dzień dzisiejszy uwielbiam ich i cenię za to co dla mnie zrobili. A proszę mi uwierzyć na słowo zrobili wiele. Iron Maiden to na pierwszy rzut oka zwykły krążek, na który nagrano osiem kawałków, na dodatek nie postarali się z okładką. Phi! Co to ma być?! Otóż nie, muzyki nie ocenia się po okładkach, tak samo jak książek. Mimo, że Eddie na powyżej ukazanej wygląda niczym punk, to muzyka prezentuje się znakomicie. Szybkość, rytm, wgniatające w fotel solówki i genialny głos Paula Di`Anno to największe zalety tej płyty.

Na koniec mogę jedynie napisać, iż polecam z całego serca. Na prawdę nic od dawna nie zachwyciło mnie tak bardzo jak właśnie Żelazna Dziewica. Mam nadzieję, że ludzie nie znający tego zespołu, sięgający po krążek z ciekawości nie zaliczą ostatniego pocałunku dziewicy.

Link to comment
Share on other sites

Sabaton. Art of war. 2008

Nieczęsto kupuję płyty z muzyką. A nawet mógłbym powiedzieć, że w ogóle tego nie robię. Jednak po przesłuchaniu kilku piosenek szwedzkiego zespołu, postanowiłem ruszyć swoje 4 litery do sklepu muzycznego i nabyć "Sztukę wojny".

Rzadko kiedy bywa, że na jednej płycie znajduje się tyle świetnych kawałków. W sumie każdy kawałek mógłby być tym "najważniejszym" na płycie.

Za plytkę dalej 55 złotych, jednak nie żałuję ani grosika. Co prawda brakuje mi na niej "attero dominatus" i "Primo Victoria", jednak ja tam nie marudzę. Art of war jest moją ulubioną płytką. Forever and ever...czy jak to lecie ;)

Najlepsze kawałki? Rewelacyjne 40:1, Union i Panzerkampf. Dodadkowo, jako wsparcie, dochodzi Ghost division i art of war.

Pozostałe kawałki również są świetne. Price of Mile, Cliffs of Gallipoli.

I wszystko o wojnie. Oryginalne i świetne ;]

9+/10.

Dyszki nie dałem, bo nie. ;) Płytka jest świetna, ale brakuje mi tej małej kropki nad "i" ;)

Jednak jest super.

Edited by Nicek
Link to comment
Share on other sites

Iron Maiden

Somewhere Back In Time: The Best Of 1980 - 1989

heavy metal

2008

325041_Somewhere_Back_In_Time_The_Best_O

A więc tak. Ta płyta skromnie napiszę: Jest genialna! Po przesłuchaniu jej zacząłem interesować się metalem. Był to taki elementarz. Mam 13 lat i wtedy nie podobały mi się jeszcze ostre metale. Na krążek natknąłem się przypadkiem. Po przesłuchaniu pierwszych utworów stwierdziłem, że to będzie moja ulubiona muzyka...

No dobra to se popisałem a teraz konkretnie o płycie. SMIT jest esencją wszystkich najlepszych utworów Iron Maiden. Okładkę zdobi ciekawa grafika. A na płycie miodzio oto

spis utworów:

1 Intro (churchill's Speech)

2 Aces High (live) - Świetny utwór wrzyna się w pamięć jak brzytwa.

3 2 Minutes To Midnight

4 The Trooper - Nieśmiertelna kompozycja.

5 Wasted Years

6 Children Of The Damned

7 The Number Of The Beast

8 Run To The Hills - Na to radziłbym zwrócić szczególną uwagę. Świetny wokal a całość aż wibruje mocą. Polecam słuchać w drodze do pracy czy szkoły.

9 Phantom Of The Opera (live)

10 The Evil That Men Do

11 Wrathchild (live) - Klasyka...

12 Can I Play With Madness - Ciekawy utwór powiedziałbym raczej wesoły niż mocny.

13 Powerslave

14 Hallowed Be Thy Name

15 Iron Maiden (live)

Jak dla mnie geniuszem tego zespołu jest to, że ta muzyka morze być zaakceptowana równie pzez przeciętnych zjadaczy chleba jak i fanów prawdziwego Metalu przez duże "M"

Link to comment
Share on other sites

Slipknot

All Hope is Gone

Data wydania- 25 sierpnia 2008

Rodzaj-metal alternatywny

Wytwórnia-Roadrunner Records

Producent-Dave Fortman,Slipknot

post-45695-1241864164_thumb.jpg

Czwarta płyta zespołu z Iowa. Co ciekawego po czterech latach przerwy "ugotowali" nam popaprańcy z Des Moines?

Zacznę od recenzji piosenek

1. Execute - chyba najciekawszy wstęp do płyty z wszystkich albumów Slipknota. Zaczyna się niewinnie ale z sekundy na sekundę staje się agresywniejszy. Do tego świetny tekst wypowiadany przez Coreya (wokalistę Slipknota) o tym że sami jesteśmy winni światu który stworzyliśmy. Ogólnie oceniam te piosenkę (jak można tak powiedzieć o tym oryginalnym utworze) na 5/5. Czas trwania 1:48

2. Gematria (the killing name) - jeden z najcięższych utworów na płycie. Wspaniała gra perkusji, ciekawe riffy i doskonały wokal. Nie podobają mi się przejścia z zwrotki na refren -są takie jakieś nijakie ;) Chociaż całość jest naprawdę dobra. Kolejny minusem jest fakt że piosenka trwa 6 minut, a nie ma zbyt dużego zróżnicowania w poszczególnych fragmentach. Ocena 4/5 Czas trwania 6:01

3.Sulfur- piosenka singlowa posiadając swój teledysk (który jest taki sobie). Podoba mi się tutaj szczególnie śpiew Coreya w zwrotkach, natomiast w refrenach jest taki...przesłodzony? Nie za bardzo mi pasuje do tej piosenki po prostu, dopiero gdy w ostatnich refrenach Coreyowi pomaga chórek czuć ten power. Ocena 4+/5 Czas trwania 4:37

4. Psychosocial- kolejny "teledyskowy" utwór. Nie podoba mi się tutaj gra perkusji. Wyraźnie czuć że Joey nie miał za bardzo pomysłu co z tym zrobić - ten sam groove w 1 jak i 2 zwrotce. Jakieś nie wyraźne wyjście z refrenu (tam gdzie śpiewają Psychosocial) . Plusem jest bardzo dobry śpiew Coreya- zarówno w refrenach jak i zwrotce, oraz piękna solówka gitarowa. Ocena 3+/5 Czas trwania- 4:43

5. Dead Memories- najbardziej mało metalowa, ale jedna z moich ulubionych piosenek :D Perkusja - świetna (szczególnie po bridgu) Wspaniała melodyczna gra gitar. No i śpiew bardzo, bardzo dobry. Teledysk także jest świetny. Może nie jest ona w klimacie Slipknota ale jest bardzo dobra. Ocena 5/5 Czas trwania 4:28

6. Vendetta- kolejny świetny kawałek. Piękne riffy i partie perkusyjne. Jest bardzo "Slipknotowa" Naprawdę nie mam jej nic do zarzucenia. Ocena 5/5 Czas trwania- 5:15

7. Burcher's Hook- Kolejny mocny, metalowy kawałek. Niby wszystko jest poprawnie technicznie i tekstowo, ale brakuje jej tego czegoś. Nie jest to piosenka którą zapamiętam i będę nucić pod nosem czy będzie mi "kołotać" w głowie. Jest naprawdę spoko ale mnie nie przekonała. Ocena 3/5 Czas trwania- 4:14

8. Gehenna - hmm dziwny, niespokojny i bardzo mroczny kawałek. Bardzo ciekawy eksperyment, mimo takiej nijakiej gry perkusji, jest świetny (na uwagę zasługuje też ciekawa dobrze wymyślona solówka gitarowa). Szczególnie podoba mi się fragment od 1:50 do 2:20. Szkoda że takich agresywnych kawałków nie ma więcej w tej piosence mogło być jak np w Skin Ticket z albumu Iowa. Ocena 5-/5 Czas trwania 6:53

9. This Cold Black- kolejna nijaka piosenka. Nie podoba mi się solówka, brzmi jak by ktoś kaczkę gwałcił :tongue: Bardzo dobry refren to trochę za mało, chociaż lepsze od BH, widocznie nie moje klimaty ;) Ocena 4-/5 Czas trwania- 4:40

10. Wherein Lies Continue - fajny utwór, dosyć agresywny, bardzo podobny do Sulfura. Podoba mi się i zapadł w pamięci. Trochę nie pasuję refren do całości, ale jest ok. Do dziś wystukuje rytm z początku tego utworu :tongue: Ocena 4+/5 Czas trwania- 5:36

11. Snuff- hmm kolejny eksperyment. Bardzo wolna piosenka, którą można wręcz nazwać balladą. Coś w stylu Circle lub Vermilliona pt2 z vol3. Ciekawy tekst i melodia. Jednak bardziej podjeżdza to do Stone Sour, niż do Slipknota. Mimo to piosenka bardzo mi się podoba jest nostaligczna i daje do myślenia. Polecam dla tych co chcą się uspokoić :whistling:

Ocena 4+/5 Czas trwania 4:36

12. All Hope is Gone - piosenka z tytułu albumu. Po smętnym Snuffie dostajemy szoku (a może pobudki ;) ) I tu uwaga: złe ułożenie piosenek! Po Snuffie mogła by być Gehenna, po prostu psuje nastrój taki nagły atak perkusji. Ale do rzeczy strasznie agresywna perkusja oraz wokal, świetny tekst i ciekawa gra gitar. Jedna z moich ulubionych piosenek.

Ocena 5/5 Czas trwania 4:47

13. Child of Burning Time (piosenka bonusowa)- hmm myślę że to eksperyment chłopaków z Iowa. Podjeżdza ona do Dead Memories ale perkusja jest mniej agresywniejsza zarówno jak wokal. Taki bardziej rock się robi. Ocena 4/5 Czas trwania 5:09

14. Vermillion pt 2 (bloodstone mix) (piosenka bonusowa)- po prostu zmiksowane 2 części Vermilliona z poprzedniego albumu. Nic ciekawego 3-/5 Czas trwania 3:39

15.Till We Die- (piosenka bonusowa) ostatnia piosenka w albumie grana także na zakończenie koncertu (a raczej puszczana z głośników) Znów ni to rock ni to metal - po prostu trudno określić. Raczej do rozmyślania i do słuchania podczas smutnego nastroju. Fajna ale nie w stylu Slipknota. 4/5 Czas trwania 5:45

Ogólnie rzecz biorąc fajnie że Slipknot próbuje coś zmienić, każda płyta się od siebie różni, gdy chce posłuchać sobie coś mocniejszego włączam album Iowa, gdy chcę mroku włączam All hope is Gone . Nie jest tak że cały czas grają to samo, próbują coś zmieniać a to nie zawsze przynosi skutki. All Hope is Gone jest dobrą płytą jednak brakuje tego czegoś co było w poprzednich albumach. Dla fanów Slipknota jest to pozycja obowiązkowa jednak mogą niektórzy się zawieźć "bo to nie to co w Iowa" utwory są naprawdę zróżnicowane i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. POLECAM! :thumbsup:

Ocena ogólna 4/5

Link to comment
Share on other sites

Amorphis-Skyforger.

Nazwa zespołu: Amorphis

Tytuł płyty: Skyforger

Utwory: 'Sampo', 'Silver Bride', ' From the Heaven of My Heart', 'Sky is Mine', 'Majestic Beast', 'My Sun', 'Highest Star', 'Skyforger', 'Course of Fate', 'From Earth I Rose'.

Wykonawcy: Tomi Joutsen-Vocals, Tomi Koivusaari-Rhythm Guitars, Esa Holopainen-Lead Guitar, Niclas Etelävuori-Bass, Santeri Kallio-Keyboards, Jan Rechberger-Drums, Marco Hietala - Backing Vocals.

Wydawcy: Nuclear Blast Records

Rok wydania: 2009

Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Oj muszę powiedzieć, że nowe dzieło Amorphis totalnie mnie zaskoczyło. Fanem fińskiego zespołu nie jestem, także tej odmiany metalu nie namiętnie nie słucham. Spodziewałem się przebojowej, melodyjnej i co najważniejsze solidnej płyty w klimatach 'Eclipse' (2006) czy 'Silent Waters' (2007), ale to co usłyszałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

'Skyforger' to najlepsza płyta Finów, jaką dane mi było usłyszeć. Kompozycje są przemyślane, bardzo przebojowe (ale w czym to przeszkadza ?), z metalowym pazurem. Klimatem przypominają ostatnie dokonania Amorphis, jednak całość jest równiejsza, kawałki nie odstają od siebie tak bardzo, jak miało to miejsce m.in na 'Eclipse'. Doskonale sprawdza się patent: śpiewana lub growlowana zwrotka+majestatycznie wyśpiewywany refren. ? propos, growlu na tej płycie są śladowe ilości. Bodajże tylko w ostatnim 'From Earth I Rose' znajduje się go więcej niż czystego śpiewu. Co nie oznacza, że Amorphis poszedł na łatwiznę i gra teraz miłe piosenki dla nastolatek. O nie, czyste wokale są wspaniałe, dodają muzyce majestatu i podniosłości. Sama warstwa muzyczna jest wprost idealna. Charakterystyczne dla tego zespołu riffy, dużo klawiszy i całkiem niezła perka tworzą wspaniałą jedność. Utwory szybko zapadają w pamięć, refreny świetnie nadają się do śpiewania przy goleniu czy pod prysznicem.

Podsumowując-Amorphis nie zmienia koncepcji, udoskonala ją, dodaje jeszcze więcej wniosłości i majestatu. Wszystko trzyma się kupy, kawałki różnią się tylko stopniem 'wpadania w ucho'. Tak prosta muzyka, a jak cieszy. Oby więcej takich zespołów i płyt, bo Amorphis odstresowuje i umila czas jak nic !

Link to comment
Share on other sites

Nazwa zespołu: Soilwork

Nazwa płyty: Stabbing The Drama

Rodzaj metalu: Melodyjny Death Metal

Rok wydania: 2005

Strona internetowa: http://www.soilwork.org/

Soilwork na tej płycie według mnie pokazuje trochę łagodniejsze oblicze niż w poprzednich płytach. Wielu serwisom nie spodobała się ta płyta ponieważ przechodzi ona w niektórych kawałkach nawet w nu-metal. Mnie osobiście przypadła do gustu. Soczysta perkusja i odpowiednio dobrany głos Speed'a poprawia wiele piosenek, które bez tych elementów nie zostały by w ogóle zauważone.

Spis utworów:

1. Stabbing The Drama (Dobry początek, lepszy środek, chociaż głos w refrenie mógłby być soczystszy) 9/10

2. One With The Files (Mocny, szybki, po prostu w idealnym miejscu, lecz są momenty które tu nie pasują...) 8/10

3. Weapon Of Vanity (Jeden z moich ulubionych kawałków, bardzo dobrze skomponowany) 9.5/10

4. The Crestfallen (Także jeden z najlepszych kawałków, perkusista się napracował) 9/10

5. Nerve (Trochę niepoprawne miejsce [powinien być z tyłu] ale ogólnie daje radę) 8.5/10

6. Steelmate (Chyba najszybsza piosenka w całym albumie, nie pasuje do innych utworów) 7/10

7. Distance (Dobry początek, zapowiada się bardzo fajnie, do końca jest bardzo melodyjnie) 8.5/10

8. Observation Slave (Refren daje radę, a cała piosenka "tylko" dobra) 8/10

9. Fate In Motion (W dobrym miejscu, bardzo fajny początek, cały kawałek już jakby obniża tętno) 8.5/10

10. Blind Eye Halo (Nie w porę po Fate In Motion, przypomina trochę poprzednie płyty, ale do całego albumu ma się jak piernik do wiatraka...) 6/10

11. If Possible (Ten utwór powinien być 10, dobre zwrotki, refren trochę za słaby, ale daję radę) 8.5/10

12.Wherever Thorns May Grow (dobre zamknięcie całej płyty, refren dobrze ochładza atmosferę, a zwrotki podgrzewają) 9/10

Ogólnie płyta dobra dla nowicjusza, aby zacząć przygodę z Soilworkiem, jest łatwo przyswajalna, jako ktoś kto lubuje się w albumie "Dancing With The Dead" Pain'a i "All Hope Is Gone" Slipknot'a - z czystym sumieniem polecam.

PS. To moja pierwsza recenzja czegokolwiek, nie pastwić się. :smile:

Link to comment
Share on other sites

Wykonawca: Sabaton

Tytuł płyty: Coat Of Arms

Wydawca: Nuclear Blast

Rok wydania: 21 maja 2010

Sabaton_CoatofArms_100.jpg

Sabaton, w chwili obecnej jest jedną z 3 moich ulubionych kapel rockowo-metalowych. Pozostałe to Rammstein i Nightwish, ale nie wskażę tutaj obecnie zdecydowanego numer jeden, gdyż nie jestem w stanie tego zrobić.

Rozochoczony takimi kawałkami jak 40 to 1, Attero Dominatus, czy Light in Black, poszedłem do EMPIKu i wybór padł na płytkę Coat of Arms, gdyż innej - niestety nie było (kochany EMPIK :dry: ).

Zaskoczył mnie, początek tytułowego, pierwszego kawałka na płycie, noszącego tą samą nazwę. Był on bardzo spokojny, lecz ku mojej uldze, po kilku-kilkunastu sekundach się rozkręcił i było już tylko lepiej.

Następnie, nadszedł czas na króciutki Midway. Nie ma w nim żadnego szału i jest to chyba najsłabszy kawałek na tej płycie. Minus za długość i nudę (mówienie przez krótkofalówki w zwrotkach jest imho nietrafionym pomysłem).

Dalej podeszłem sceptycznie, po Midway'u, ale pozytywnie się zaskoczyłem przy 3 utworze - Uprising. Po kilku sekundach wolnej muzyki, następuje mocny wstęp (WARSAW! RISE! ^^), a dalej już w przyzwoitym, niezbyt szybkim tempie toczy się ta całkiem fajna piosenka.

Screaming Eagles - od razu głośny, mocny początek, potem następuje głośne granie, z głosem w tle powtarzającym chyba "Alone!" (ale nie jestem pewny, nie chce mi się sprawdzać). Kawałek na plus ;].

Poza tym wyróżnię jeszcze kawałek Aces in Exile, który właśnie leci, gdy to piszę ;p. Bardzo fajny rytm (może trochę cieniutko w zwrotkach, ale to chyba jedyna wada).

Link to comment
Share on other sites

Abused Majesty

Chapter One: ...so Man created god in fis own image

Chapter Two: Worship Gods of Immortality

Symphonic black/death metal

2009

Witching Hour Productions teraz w promocji za 15 zł.

abusedmajestyfrontcover.jpg

Mimo iż Arbuzy istnieją już od 1998 roku, to ten podwójny digi pack jest ich dopiero drugim albumem (no, reedycją drugiego albumu, pierwszy pojawił się w Thrash'em All ok. roku wcześniej niż w Wiedźmie). Cóż, dotknęło ich to, co większość kapel - problemy ze składem. Poza tym, większość członków AM brało udział w reaktywacji Hermh, co też niezbyt pozytywnie wpłynęło na aktywność macierzystego zespołu. Ale nieważne. Nowy album jest i na nim się skupię.

A co my tutaj mamy? Muzykę, którą określa się mianem symphonic black/death metalem. I co do tego black/death metalu się zgadzam, natomiast nie bardzo wiem, skąd ten symphonic się wziął. Bo to, że mają w kładzie parapet, wcale nie znaczy, że muzyka się nagle symfoniczno-bombastyczna robi... Jest agresywnie, jest masywnie i melodyjnie, ale patosu, czy innej podniosłości nie uświadczyłem na tym krążku (nie licząc jednego utworu - Immortality Crusade pt. 3 - ale i tak tam jest więcej industrialu, za to bez metalu). No dobra, ale o szufladkowanie to jednak nie chodzi. W końcu to ma być recenzja.

Album składa się z dwóch części, które postaram się pokrótce opisać.

Chapter One: ...so Man created god in fis own image

Czyli drugi longplay. Na którego czekałem 4 lata i... w końcu o nim zapomniałem. Ale już go mam, więc ok.

W stosunku do poprzedniej płyty (i demówek) mamy dalsze kierowanie się w stronę death metalu. Niespecjalnie mi to przeszkadza, bo pasuje mi stawianie na ciężar i bardziej szarpane riffy, które miażdżą, a nie tną :]. No i przede wszystkim, nie wali już tak wspomnianym wcześniej Hermh. Reaktywacja tego zespołu, to całkiem fajna sprawa, ale Arbuzom się nie za bardzo przysłużyła. Teraz mają nowego/starego gitarzystę (Rob-D, który szarpał struny na trzecim demo), a który nie ma nic wspólnego z kapelą Barta, więc i tylu podobieństw między tymi dwoma zespołami już nie ma. Dzięki temu ...so Man... nabrał własnego charakteru.

Choć, nie oszukujmy się, oryginalna muzyka to to nie jest. A skoro już to napisałem, to przydałoby się wspomnieć, z czym mi się kojarzy. I tu mam lekką zagwostkę, bo rzadko takiej muzyki słucham. Ale myślę, że odesłanie do pierwszych płyt Dimmu Borgir będzie jak najbardziej trafne.

Teraz pewnie, gdy o DB wspomniałem, to większość ma przed oczami przesłodzone i pompatyczne kawałki. Błąd. I to duży. Patosu mamy bardzo niewiele, a sam muzyka, to intensywna jazda bez trzymanki. Na szczęście jest to jazda zróżnicowana (a mimo to spójna) i w ogóle nie męcząca. Co jest bardzo dużą sztuką.

Sama muzyka jest na tyle spójna, że nie jestem w stanie wyłuskać jakiegoś specjalnie wyróżniającego się utworu (czy to in plus, czy in minus). Nie licząc oczywiście wspomnianego wcześniej Immortality Crusade pt. 3, który to jest swoistym interludium. No tek, zapomniałbym o Omnivorous Sonatina, w którym słyszymy przede wszystkim bas, perkusję, klawisze i oczywiście wokal. Klimatycznie wyszło.

Aż mnie dziwi, że tak dobra kapela, jak Abused Majesty nie jest promowana. Przedstawiają sobą spory potencjał komercyjny, nie dając przy tym ciała. Nie rozumiem. Ale widocznie niektórzy mają po prostu pecha. Albo nie nadeszło jeszcze ich 5 minut.

Chapter Two: Worship Gods of Immortality

Ten krążek, to zbiór wszystkich dotychczasowych demówek, jakie wydali (lata 1999 - 2006). Nie będę się nad tym rozpisywał, bo prócz zatwardziałych fanów (którzy i tak pewnie już je mają) nikogo nie interesują. Warto jednak "rzucić" na nie uchem, bo pokazują, jaką drogę kapela pokonała od stricte blackowej, do tego, co mamy dziś (choć klawisze mają od początku).

Całość oceniam na 8.5/10.

Porządny kawał metalowego mięcha.

Link to comment
Share on other sites

Temat nie jest zbyt popularny, ale dodam od siebie 1.99 zł (grosika będę winny).

Wykonawca: Iron Maiden

Tytuł płyty: The Final Frontier

Wydawca: EMI

Rok wydania: 2010

The-Final-Frontier_Iron-Maiden,images_bi

No cóż. Zdania wobec tej płyty są bardzo podzielone. Niektórym podoba się sajensfikszyn w wydaniu Żelaznych, innym (głównie "starym" fanom) już nie bardzo. Ja jestem raczej po środku. Niektóre kawałki są w porządku, inne nudne, kolejne przeciętne. Dlatego każdy utwór postaram się krótko zrecenzować osobno.

1. Satellite 15... the final frontier - już na samym początku mamy utwór bardzo ciekawy. Pierwsze 4 i pół minuty to w sumie smętna, niezbyt ciekawa "muzyczka". Dopiero w 4:48 piosenka się rozkręca. I daje kopa.

2.El Dorado - kawałek, który Ironi udostępnili jeszcze przed premierą. Osobiście uważam ją za jedną z najlepszych na płycie, szczególnie dlatego, że podczas jej słuchania przypomina mi się Uncharted: Drake's Fortune.

3.Mother of Mercy - raczej cichy początek - lekka gitara, cicho brzdękający bas i genialny śpiew - nie zapowiada tego, że utwór "uderzy" i będzie brzmiał w głowie długo po przesłuchaniu.

4.Coming Home - nie wiem, czy mogę użyć tego sformułowania, ale cytując kolegę "ta piosenka miażdży suty". Ja jego zdanie jak najbardziej podzielam.

5.The Alchemist - niestety, ale jest to jedyny przyzwoity kawałek na tej płytce. Świetna od początku do końca.

6.Isle of Avalon - no po prostu nie wiem, co powiedzieć. Kilka minut wolnego grania, później chwila mocy i znowu spadek szybkości. Jak dla mnie - porażka.

7.Starblind - kawałek wypadający na tle pierwszych 5 piosenek bardzo blado. Mętne granie nie wryło się w mą pamięć

8.The Talisman - mógłbym napisać dokładnie to samo, co przy Starblind

9.The Man Who Would Be A King - długi tytuł, długa piosenka, długa nuda. W tym kawałku po prostu nic nie ciekawi

10.When the Wild Wind Blows - utwór zamykający płytę. W sumie to źle wyraziłem się przy 5. - to także jest dosyć przyzwoity utwór. Najdłuższy na płycie (11:01), ale w przeciwieństwie do 9. nie nudzi, mimo wolnego początku chce się słuchać dalej.

Ogólnie mógłbym wystawić dla tej płyty 9-, ale jednak przez wzgląd na The Number of the Beast, lub Brave New World, które przyćmiewają Frontiera moja ocena to...

8+

Edited by Roni13321
Link to comment
Share on other sites

Naumachia

Black Sun Rising

Progressive death/black metal

2009

WitchinHour Productions teraz w promocji za 10 zł.

naumachia2009blacksunri.jpg

Zanim zacznę swoje wypociny tutaj wypisywać, macie jeszcze jedną reckę, tym razem z blogów:

KLIK

Poczytałem sobie trochę recenzji w necie, zanim zabrałem się za swoją i jestem nieco zdziwiony dużą rozbieżnością opinii na temat Black Sun Rising. Jedni mieszają z błotem Naumachię za brak oryginalności (co imo w ogóle nie jest wadą, bo nie mam zamiaru słuchać dziwadeł tworzących dźwięki, a nie muzykę) lub zbytnie wyeksponowanie klawiszy (które są oczywiście nieoryginalne). Inni znowuż twierdzili, że ten krążek, a właściwie muzyka na nim, jest dość oryginalna i jest to plusem. Heh, i co ja biedny mam na to stwierdzić? Czyżby każdy z recenzentów słuchał tak naprawdę czego innego?

Ale dość o tym, bo to ma w końcu być moja recenzja.

Szczerze, to na początku (pierwsze dwa przesłuchania albumu) muzyka do mnie w ogóle nie dotarła. Owszem, głęboki wokal i mięsiste riffy, które momentami kojarzyły mi się z Meshuggah, nawet mi się podobały, ale jakoś tak nie bardzo jednak. Miałem już rzucić płytkę w kąt, żeby obrosła kurzem. Ale jako, że ze mnie taki Jaś Wędrownik, to potrzebowałem muzyki do mojej empetrójki, by mi czas podróży szybciej mijał. Wgrałem sobie ją i... zaskoczyło. Jako, że dużo chodzę, to i dużo słucham. A że idąc, nic mnie nie rozprasza, to mogłem się spokojnie skupić na słuchanej akurat muzyce. Dzięki temu zacząłem "dostrzegać" wiele smaczków zawartych na płytce. A jest ich sporo. Bo, co oczywiste, to oprócz głębokiego growlu i kanonady perkusji, mamy także wspomniany przeze mnie wcześniej "parapet". I tu następuje rozbieżność moich poglądów z tym z recenzji. Bo imo prawda leży gdzieś po środku (jak to ma w zwyczaju). Klawisze momentami świetnie budują niepokojący, nerwowy i mroczny klimat, a momentami nieco przeszkadzają. Niestety. Wymieniał poszczególnych utworów nie będę, bo to nie ma sensu. Bo jak ktoś nie słuchał, to i po co komu nazwa danego utworu? Ważne natomiast jest to, że klawisze na ogół "plumkają" w zdecydowanie pozytywny sposób, świetnie się zazębiając z resztą instrumentów.

Wcześniej wspomniałem o Meshuggah i podobieństwie riffów. Pewnie co poniektórzy zrobili wielkie oczy. Posłuchajcie sobie ich dokonania i dokonania Naumachia. Riffy wykazują pewne podobieństwo. Wokalnie natomiast momentami kojarzy mi się z Behemothem. W jednym utworze myślałem nawet, że to Nergal się udziela. A jego wokalu nie lubię. Na szczęście podobieństwo growlu Nergala i Soyaka mocno uwidocznia się tylko w jednym utworze, więc nie jest źle.

A jak przedstawiają się same kompozycje? Tutaj mamy standard, czyli zwrotka/refren. Nie jest to wadą, bo nigdy nie widziałem potrzeby zbytniego kombinowania w tej kwestii. Najważniejsze jest to, że każdy utwór na płycie ma inną melodię i jest ciekawy. Nie ma tutaj nudy. Wszystko do siebie pasuje (tylko "parapet" czasami leci sobie... gdzieś), a to w metalu jest najważniejsze.

Warto też wspomnieć o Mortifikation Study, czyli takim interludium, przerywniku. Jest to utwór, którego najłatwiej jest określić jako mieszanina ambientu i industrialu. Mnie się niestety nie podoba. Dla mnie to najsłabsza część tej płyty. Nuuda.

Ah, bym zapomniał. Dużo osób narzeka na okładkę. I tu muszę przyznać im rację. Bo niby co to ma być? Kubek z kawą?

Przyssać się też nieco muszę na akcent wokalisty. Soyak niestety często dziwnie wyrykiwuje angielskie słowa. Większości osób to totalnie nie przeszkadza, ale ja taki dziwny jestem i mi tak. Ale bardziej mnie to śmieszy niż denerwuje.

Tak więc podsumowując, mamy na Black Sun Rising mieszaninę death metalu z odrobiną blacku i progresji. Bardzo sprawnie nagraną i po dłuższym odsłuchaniu wpadającą w ucho i zapadającą w pamięć. A o to przecież najbardziej chodzi, prawda?

Krążek, jako całość oceniam na 7.5/10. Jednak kilka mankamentów ma.

Link to comment
Share on other sites

Jeśli nie ma przeciwwskazań, wklejam recenzję, którą napisałem dla swojej gazetki szkolnej.

387_judas_priest_unleashed_in_the_east.j

Judas Priest

Unleashed in the East

heavy metal, NWOBHM

Wydany oryginalnie w '79, wznowiony chyba jakoś w 2001

Znam trzy rozwinięcia skrótu "JP". Jedno, wywołujące (przynajmniej u piszącego te słowa) raczej mało przyjemne skojarzenia. Drugie, po dodaniu rzymskiej dwójki kojarzy się z jednym z bardziej znanych na świecie Polaków. Wreszcie trzeci, ten do którego zmierzamy - Judas Priest. Chyba nie trzeba nikomu przedstawiać tego zespołu - nie wierzę, by ludziom choć trochę "siedzącym" w muzyce metalowej nie obiła się nigdy ta nazwa o uszy, a całej reszty i tak to nie obchodzi. Przejdę więc do rzeczy.

Na rok przed pamiętnym British Steel i na jedenaście lat w tył od wydania Painkiller bogowie metalu z JP wyruszyli w trasę po Nihonie. Efektem tego jest album koncertowy Unleashed in the East - nagrany w '79, a w nowym tysiącleciu wznowiony przez Sony Music Entertaiment, wraz z dodanymi do niej paroma bonusowymi trackami.

Album zawiera trzynaście kawałków i trwa nieco ponad godzinę - może trochę za długo, ale w moim przypadku nie była to godzina stracona. Tu prawie nie ma słabych momentów. Mamy potężny bas Iana Hilla, świetną, acz odniosłem wrażenie, że niestety niekiedy wytłumioną i "wycofaną" perkę Lesa Binksa. Mamy przebojowe kawałki (Running Wild, Genocide), gęsto (choć w numerach bounsowych potraktowano ten aspekt nieco "po macoszemu"; najlepiej w tym względzie sprawdza się ostatni Starbreaker) przetykane świetnymi solówkami i zagrywkami gitarowego duetu Tipton-Downing, świetnie brzmiącego podczas gitarowych "dyskusji", a fantastycznie, gdy grają "to samo". Momy wreszcie górujący nad tym wszystkim wysoki wokal Roba Halforda.

Choć jest tu trochę zwolnień, większość utworów utrzymywanych jest w średnich i szybkich tempach, które, nie ukrywam, dla mnie są po prostu esencja priestowego grania - wszak od cięższych, ale i "wolniejszych" kawałków mamy inną legendę - Black Sabbath.

Oprócz drobiazgów, zabrakło mi tu trochę jednej rzeczy: publiczności. Choć bywają okrzyki radości i bezkresnego uwielbienia dla ekipy, zdarzają się one stosunkowo rzadko. Nie wiem, czy jest to spowodowane produkcją, "przytłaczającym" (oczywiście w pozytywnym sensie) występem kapeli czy po prostu anemicznością japończyków, ale fajnie byłoby mieć tu więcej wyrazów tego, że to płyta "live".

To wszystko jednak to w dalszym ciągu szczegóły, nie wpływające za nadto na jak najlepszy odbiór całości z mojej strony. Ten album to świetny kawałek klasycznego, heavymetalowego dziedzictwa.

Ocena: mocne 9/10

Setlista:

1. Exciter

2. Running Wild

3. Sinner

4. The Ripper

5. The Green Manalishi

6. Diamonds and Rust

7. Victim of Changes

8. Genocide

9. Tyrant

10. Rock Forever <===Bonus track

11. Delivering te Goods <===Bonus track

12. Hell Bent for Leather <===Bonus track

13. Starbreaker <===Bonus track

Link to comment
Share on other sites

Isis - Panopticon
Ipecac Recordings
19 października 2004
Sludge Metal/Post Metal



1118cd4.jpg


Isis jest jednym z tych zespołów które zdobyły uznanie własną ciężką pracą, świetnymi albumami oraz niezwykle klimatycznymi koncertami. Trudno zaprzeczyć że odmienili oni oblicze muzyki metalowej, chociaż nawet samo przypięcie zespołowi jakiejkolwiek łatki może mijać się z celem. Nie uświadczymy tu żadnych rozdmuchanych popisów, muzyka Isis to coś więcej. Nawet łatka post-metalu może być krzywdząca, z całą pewnością dużo tu eksperymentów oraz czerpania garściami z ambientu, sludge?a czy post-rocka. Niezwykły ciężar, instrumentalne pasaże, długie rozbudowane utwory w których każdy dzwięk ma swoje miejsce. Wszystko to pozostaje w głowie na długo.

Panopticon to obok oscylującego wokół morskiej tematyki Oceanic najmocniejsza pozycja w dorobku grupy. Sam koncept jest niezwykle trudny w odbiorze ale zarazem genialny, wyobrazmy sobie więzienie w którym więzniowie są poddawani ciągłym obserwacją, nie wiadomo jednak dokładnie przez co lub przez kogo, czy jest to siła wyższa, lub osoba. Wszystko to bez wątpienia odnosi się także do obecnego modelu społeczeństwa. Wyrazną inspiracją dla Aarona Turnera bez wątpienia był Jeremy Bentham ze swoją wizją ?więzienia idealnego? oraz Michael Foucalt i jego słynny esej.
Album jest jednolity, poszczególne utwory tworzą jedną całość. Jak przystało na Isis główną rolę odgrywa tu klimat, atmosfera jest jednak nieco mniej przytłaczająca niż w wymienionym już Oceanic. Można nawet dojść do wniosku że gdzieniegdzie pada trochę światła i nadziei. Cały klimat budowany jest na ciężkich riffach które momentami cichną by zaraz znowu uderzyć w nas ciężarem, utwory są dosyć przytłaczające, skupiają na sobie całą uwagę słuchacza, mimo ?skupionych gitar? brzmienie jest dość uwypuklone także bez problemu słyszymy każdy instrument. Nie jest to łatwa muzyka, wymaga nieco cierpliwości oraz zrozumienia. Ale warto wsłuchać się w nią z uwagą, nagroda w postaci satysfakcji jest ogromna. Zwłaszcza gdy pozwolimy by klimat nas ?przeżuł i wypluł?.

Wokal jest tu instrumentem pobocznym, ale nie można go nazwać ozdobnikiem gdyż dużą rolę odgrywają także teksty. Czysty wokal Turnera zostaje tu często łamany przez krzyki oraz dość specyficzny Growl. Osobiście przypomina mi to wzajemną grę światła i mroku, jest to jednak zabieg niezwykle oszczędny, wszystko to sprawia że album jest jeszcze bardziej emocjonalny, nagrany z precyzją chirurgiczną. Skalpel Isis tnie ostro i głęboko. Bez dwóch zdań jest to dzieło ?otwarte?, tajemnicze oraz z drugim dnem, podczas każdego odsłuchania możemy doszukać się czegoś nowego. Album pozostawia nas z tym wszystkim, żadnych podpowiedzi nie uświadczymy.

Dramaturgia albumu na pewno nie pozostawi nikogo obojętnym. Myślę że nawet niemożliwe jest przejście obok tego albumu bez jakiejkolwiek reakcji. Polecam przesłuchanie owego krążka ze słuchawkami na uszach w ciemnym pokoju, lub przy małej lampce, niezwykle klimatycznie jest także oddanie się Panopticon gdy nastaje świt. Godzinna huśtawka klimatu, złowrogiej aury oraz promyczków światła gwarantowana. Album idealny.

10/10

1 So Did We - 7:30
2 Backlit - 7:43
3 In Fiction - 8:58
4 Wills Dissolve - 6:47
5 Syndic Calls - 9:39
6 Altered Course - 9:57
7 Grinning Mouths - 8:27


  • Upvote 1
Link to comment
Share on other sites

Throes of Dawn

"Binding of the Spirit"

Rok: 2000

Gatunek: Dark metal

Skład:

Henri "Kaamos" Koivula -Vocals

Jani Heinola -Guitars, Keyboards, Vocals

Matti Suomela -Bass

Teemu Jokinen -Drums

Toni Jokinen -Guitars (lead)

Utwory:

1. The Last Rainbow Warrior is Dead 07:47

2. The Warprophet Dreams 07:48

3. Binding of the Spirit Onto Earth 06:20

4. The Hermit 05:03

5. Master's Garden 04:34

6. The Wanderer 04:37

7. On Broken Wings of Despair 07:43

8. Stardestroyer 02:12

Od czego by tu zacząć?

Throes of Dawn jest mało znanym, fińskim zespołem grającym muzykę określaną jako dark metal. Czym jest ten gatunek? Można go w sumie określić jako melodyjna wersja black metalu. Panowie grają dość ciężką w odbiorze muzykę, w ich utworach bardzo często przewijają się szybkie, ciężkie riffy wzbogacane o potężne perkusyjne blasty z towarzyszącym wysokim, skrzeczącym growlem. To jednak nie wszystko. Niektóre utwory cechują się trochę wolniejszym rytmem, pełnym melancholii, gdzieniegdzie pojawiają się czyste partie wokalne a w tle da się usłyszeć instrumenty klawiszowe i przejmujące dźwięki syntezatorów. Zdecydowanie jest to raczej płyta, jak i zespół, który bardziej spodoba się fanom wolniejszych brzmień, pokroju Tristanii czy Draconian, niż np. fanom Sepultury czy Cannibal Corpse. Zacznijmy jednak od początku płyty:

The Last Rainbow Warrior is Dead

Tęczowi wojownicy w dzisiejszych czasach mogą kojarzyć się z jednym. Błąd. Panowie nie mają w zwyczaju pisać prozaicznych, głupich tekstów. W utworze doszukać się możemy nawiązań prawdopodobnie do biblijnych apostołów ("Bitter funerals in silence held; twelve coffins laid to earth"), a także do legendy indian Hopi, wedle której Tęczowi Wojownicy, póki żyją na Ziemi, zapewniają nam spokojne życie. Całkiem ciekawy i nieczęsty motyw w muzyce metalowej. Sam utwór zaś to szybkie, mroczne, melancholijne i, chcialoby się żec - potężne wejście, w którym od samego początku jesteśmy bombardowani potężnym riffem, szybką perkusją, piekielnym motywem granym na syntezatorze i wrzaskiem Kaamosa. Klimat całości (potęgowany jeszcze dodatkowo przez wkomponowane bicie dzwonów gdzieś w połowie utworu) w moim umyśle tworzy obrazy apokaliptyczne, jakgdyby nasz czas dobiegał końca. Utwór zwalnia ze 2 razy, dając nam na chwilę odetchnąć, m.in. przy dźwiękach akustycznej gitary, po czym znowu bombarduje ścianą dźwięku. Niesamowita sprawa. Jeśli ktoś chce spróbować - można go znaleźć na YouTube

/watch?v=sktk0ToG0u0

The Warprophet Dreams

Ten utwór wita nas wolnym motywem granym na gitarze akustycznej, który bardzo szybko się rozkręca - włączają się pozostałe instrumenty a nad wszystkim znów przebija się wrzask Kaamosa. Mimo wszystko tempo tego utworu jest trochę wolniejsze od poprzednika, a przez większą część czasu jego trwania oscyluje on wokół jednego, zapętlonego motywu

Binding of the Spirit onto Earth

Tu już mamy do czynienia z wolną, melancholijną nutą, właściwie balladą, w której główną rolę gra motyw jęczącej elektrycznej gitary, czemu wtórują także intstrumenty klawiszowe. Całości towarzyszy przejmujący wokal Henriego, a tekst zahacza o tematy depresji, śmierci czy przemijania. Nie można odmówić mu pewnego specyficznego rodzaju piękna, o ile ktoś lubi growl i takie klimaty. Niesamowite dzieło, również obecne na YT - polecam z całego serca

The Hermit

Po zwolnieniu czas na kolejne przyspieszenie. The Hermit to kolejny mocny utwór na tej płycie, na którym po raz pierwszy pojawia się czysty wokal. Blasty i potężne riffy odzyskują panowanie, chociaż chwilami ustępują miejsca akustykowi, na którym Toni pokazuje swój kunszt.

Master's Garden

Dziwny, trochę oniryczny, powolny utwór, na którym partie wokalne, nieliczne, składają się w głównej mierze z jęków Kaamosa. Główną rolę pełnią gitary, którym przygrywa całkiem szybki, lekki rytm perkusji. Całość wpisuje się idealnie w klimat płyty i tematy, o które zahaczają teksty - jest niepokojąco, mrocznie, melancholijnie. No i główny gitarzysta popisuje się umiejętnościami, które ma całkiem spore.

The Wanderer

I kolejny raz chłopaki z ToD przyspieszają tempo. Znowu na dzień dobry bombardują nas riffy elektrycznych gitar, perkusja jest wściekle atakowana, a Kaamos ochoczo wydziera się do mikrofonu. Kompozycja jest bardzo podobna do poprzednich utworów - mamy szybkie, mocne wejście, potem chwilowe zwolnienie, po czym agresja wraca. Osobiście uważam że jest to najsłabszy utwór na płycie, co nie znaczy jednak że jest zły. Ot trochę tak jakby nie ma pomysłu na swój własny styl. Kończy się szybko i ustępuje miejsca perle tej płyty

On Broken Wings of Despair

Druga ballada na tej płycie, i jak dla mnie najlepszy utwór. Ten utwór można w sumie traktować jako kwintesencję stylu Throes of Dawn. Całość rozpoczyna się pięknym motywem granym na gitarze akustycznej, czemu wtóruje powolna gra na perkusji. Po chwili włączają się klawisze, utwór nieznacznie przyspiesza a do całości dochodzi jeszcze czysty wokal Henriego. Mamy tu także partie pianina, syntezatorów, w pewnym momencie pojawia się także growl. Wszystkie elementy idealnie się przenikają i współgrają, wolne motywy płynnie przyspieszają i znów zwalniają; czysty śpiew perfekcyjnie współgra z wrzaskiem. Całość przepełniona jest melancholią i smutkiem, które potrafią przy odpowiedniej wczuwce autentycznie dotknąć.

Stardestroyer

Krótki, instrumentalny utwór na zakończenie, głównie bazujący na syntezatorach. Tak jak i całość charakteryzuje się pewnym mrocznym, niepokojącym klimatem

Na zakończenie gorąco polecam poznać ten zespół. Wydali jak do tej pory 5 płytek, z czego BotS jest z pewnością najlepsza. Z biegiem czasu styl tych panów dość mocno się zmienił - Pakkashera oscyluje blisko typowego black metalu, Dreams of the Black Earth klimatem jest prawie identyczne jak BotS, Quicksilver Clouds z kolei cechuje się znacznie mniejszą agresją i bardziej progresywnym brzmieniem, co nie zmienia fakut, że nadal trzyma bardzo wysoki poziom. Niestety, ostatnia płyta, The Great Fleet of Echoes jest już tylko dobrą płytą, na której klimat poprzedniczek niemal nie występuje. Jest bardziej nowocześnie, nadal melodyjnie i melancholijnie... ale to już nie to samo.

Binding of the Spirit - 9+/10 + znak jakości

Link to comment
Share on other sites

Przyznaję rację Roosterowi - zaciekawiła mnie jego recenzja i po przesłuchaniu kilku utworów muszę przyznać, że Isis absolutnie miażdży i wymiata. Panopticon jest genialną płytą.

Muszę przyznać, że Isis miejscami kojarzy mi się z Tool. Jest jakby jego cięższą wersją

Link to comment
Share on other sites

Widzę, że wątek ostatnio słabo kwitnie, więc postaram się go ożywić recenzją płyty, która w tym roku powaliła mnie na nogi.

Nazwa zespołu - Rotting Christ

Nazwa płyty - KATA TON DEMONA EAFTOY

Rodzaj metalu - Dark Metal, Black Metal, Extreme metal, Folk Metal (bardzo oryginalna muzyka której nie można zakwalifikować do

jednego gatunku

Wydawca - Season of Mist, Dystrybucja w Polsce - Metal Mind Production

Rok Wydania - 2013

Strona internetowa - http://www.rotting-christ.com

----------------

Zawsze byłem ciekawy jakim kierunku pójdą bracia Tolis po wydaniu krążka AEALO. Każdy fan zespołu wie że twórczość zespołu charakteryzuje się melodyjnymi riffami oraz mistycznym klimatem. Najważniejsze jest to że nigdy nie powatarzali się pod względem komponowania utworów. Tym razem bracia Tolis stworzyli muzykę która zagłębia słuchacza w świat starożytnych wierzeń tj. mitologie: Azteków,Sumerów,Słowian itp. Pierwszy utwór - In Yumen/Xibalba doskonale obrazuje tajemniczą atmosferę, która będzie panowała przez kolejne kilkadziesiąt minut, do których nieraz będzie się chciało wracać. Nie będe dużo na ten temat pisał bo ktoś powiedział kiedyś: "mówić o muzyce to tak jak tańczyć o architekturze". Dlatego zachęcam wszystkich do przesłuchania albumu i dostrzeżenia w tym rodzaju Sztuki czegoś więcej niż jak nazywane przez upośledzonych muzycznie robotów "darcie mordy".

Moja ocena płyty to +10/10

Pozdrawiam, hetfield

Edited by hetfield
Link to comment
Share on other sites

Dobra a więc i napisze mini recenzje.

ISIS idzie na pierwszy ogień jako że jestem ich fanem słucham tego od 3 lat dzień w dzień, kawa rano i so did we, bez tego chodzę jak trup.. Ale do rzeczy wink_prosty2.gif

Na początek:

Nazwa Zespołu: ISIS

Nazwa Płyty Panopticon

Rodzaj metalu: Sludge Metal, Metal ,,eksperymentalny"

Wydawca to Ipecac Recordings

Rok wydania 2004

Jest to album dość niesamowity... Powolne ciężkie riffy z znakomicie dopasowaną perkusją, magiczne wykonanie. Nie da się praktycznie tego opisać, zawsze wpadam w trans jak tego słucham po prostu tego trzeba skosztować sekunda, po sekundzie. Najlepszym kawałkiem jest So Did We, jest to kwintesencja tej kapeli w 7 minutach i 30 sekundach gorąco polecam. wink_prosty2.gif

edit@ dodam ocene jak hetfield :)

Moja ocena to 10/10

Edited by BardzoCiezkieBrzmienia
Link to comment
Share on other sites

Ten rok był obfity w doskonałe wydawnictwa metalowe ( co się zdarza bardzo rzadko), więc pora na kolejną recenzję

Nazwa zespołu - Darkthrone

Nazwa Płyty - The Underground Resistance

Rodzaj metalu - Speed Metal, Thrash Metal

Wydawca - Peaceville

Rok wydania - 2013

Każdy fan black metalu z pewnością słyszał o Darkthrone - kultowym duecie, w którego skład wchodzą Nocturno Culto oraz Fenriz.

Do 2006 roku zespół stworzył doskonałe albumy w stylu black metal oraz death metal, następnie skierował się ku oryginalnemu brzmieniu, które inspirowane jest klasycznym speed/trash metalem lat 80, a także punkiem oraz hard rockiem. "The Underground Resistance" to płyta niezwykle "żywa" oraz szybka o niezwykłej mieszance wokali ( czysty wokal Fenriza oraz "brudny" Nocturno Culto). Jest to wydawnictwo, które zasługuje na wysoką ocenę. Świetny mastering oraz nagrane utwory stwarzają doskonały klimat.

Darkthrone jest jednym z niewielu zespołów, których nowe płyty są coraz lepsze od swoich poprzedników. Polecam wszystkim.

Moja ocena +9/10

Edited by hetfield
Link to comment
Share on other sites

Jako że muzyki nigdy za wiele, wezmę się za kolejną recenzję.

Nazwa zespołu - Rush

Nazwa Płyty - 2112

Rodzaj metalu - metal progresywny/heavy metal ( czuć też rock progresywny)

Wydawca - Mercury Records

Rok wydania - 1976

Jestem bardzo ciekawy czy jakiś "true metalowiec" słyszał o tym wspaniałym zespole, który ma duży wkład w powstanie sceny metalowej. Album jest bardzo ciekawie skomponowany, pierwszy utwór który jest zatytułowany tak jak nazwa płyty trwa ponad 20 minut, jest to opowieść o mistycznym świecie podzielona na 4 części, która doskonale zapowiada dalszą część albumu. Usłyszymy tu świetne szybkie solówki Alexa, charakteryczny wokal Geddy'ego oraz specyficzną grę na perkusji Neila. Wszystkie te elementy tworzą niepowtarzalne i oryginalne brzmienie zespołu. "2112" powinien byc interesującą propozycją dla ludzi, którzy w muzyce doceniają więcej niż tylko dźwięki. Rush jest zespołem charakteryzującym się mocno podkreśloną gitarą basową. Zachęcam do oglądania koncertów, ponieważ trio brzmi moim zdaniem najlepiej w wersji live.

Moja ocena 8/10

Edited by hetfield
Link to comment
Share on other sites

Nazwa zespołu - Black Label Society

Nazwa Płyty - Sonic Brew

Rodzaj metalu - Heavy / Stoner Metal

Wydawca - Spitfire

Rok wydania - 1999

Album ten poprzez swoją nierówność jest bardzo trudny w ocenie. Nierównością nie jest tutaj umiejscowienie na płycie akustycznych ballad i szybkich, ciężkich utworów, gdyż to jest rzeczą normalną. Ta nierówność (czy raczej niejednolitość) tyczy się jakości, bowiem nawet po zestawieniu dwóch kawałków z Sonic Brew wydają się one z dwóch różnych płyt, np. Peddlers of Death i World of Trouble. Tak więc nie można mieć fazy na cały ten album, bo znajdziemy tu mocarne utwory, których nie powstydziliby się słuchać Hell's Angels. Są też szybkie, ciężkie, ale niezbyt udane pioseneczki, których raczej nie ma się ochoty słuchać więcej niż 3 razy. Mamy tu również ballady, grane na pianinie, akustyku i elektryku zazwyczaj w refrenach. Płyta ogólnie jest dosyć dziwna, miałem wrażenie jakby Wylde nagrywał ją po kilku głębszych łykach Black Labela Johnnie Walker.

Trudno wywnioskować skąd ta niejednolitość - Zakk Wylde miał spore doświadczenie muzyczne jeszcze przed wydaniem tego albumu (a jest to pierwszy album BLS). Grał z Ozzy'm Osbourne'm i wydał solowy album. Jednak BLS to już inna bajka, a pierwsze albumy zespołów metalowych spoza kanonu zazwyczaj nie mają więcej niż 4 piosenek w tym samym stylu.

Spokojnie, tak tu jadę po tym albumie, ale ten ma jeszcze zalety. Do głównych należy oczywiście sam Zakk na wokalu i gitarze - nie nagrał się tu co prawda najlepiej, ale nie można mu odmówić niesamowitych umiejętności. W dodatku jest to jedyna płyta, gdzie można usłyszeć różne odmiany wokalu - idąc dalej w dyskografię cały czas mamy ten wysoki wokal (może z wyjątkiem 1919 Eternal, gdzie ma już określony styl, ale jest niski i "prawidłowy" wink_prosty.gif). Co więcej, wielką zaletą płyty jest brzmienie. Niesamowicie brudne, ciężkie. Słuchając większości piosenek czuć klimat zadymionego garażu pełnego butelek whiskey, petów, benzyny, motocykli Harley Davidson z podpitym gangiem motocyklowym w środku. Takiego brzmienia nie ma żadna płyta BLS, bo po Sonic Brew stało się ono strasznie "suche", mało energiczne i trwało to aż do Shot to Hell (2006), a ostatni album jest już bardzo "żywy".

Podsumowując, płyta warta uwagi, nie jest to rewelacja.

7/10 - ocenę raczej odrobinę zawyżyłem, bo w wakacje nie mam wielkiego parcia na katowanie metalu godzinami i nie "wchodzi" najlepiej.

Edited by tervaskanto
Link to comment
Share on other sites

W takim razie kolej na moją recenzję. Mam nadzieję, że was zainteresuję. smile_prosty.gif

Nazwa Zespołu - Van Canto

Nazwa Płyty - Break The Silence

Rodzaj metalu - A cappella Hero Metal

Wydawca - Napalm Records

Rok wydania - 2011

Utwory:

1. If I Die In Battle

2. The Seller of Souls

3. Primo Victoria

4. Dangers In My Head

5. Black Wings Of Hate

6. Bed Of Nails

7. Spelled In Waters

8. Neuer Wind

9. The Higher Flight

10. Master Of The Wind

Album Break The Silence jest czwartym albumem studyjnym niemieckiej grupy Van Canto reprezentującej gatunek A cappella Hero Metal. Dla nieobeznanych należy się kilka słów wyjaśnień. Zespół jako jedynych instrumentów używa perkusji i własnych głosów. W skład zespołu wchodzą wokaliści: Denis Schunke, Inga Scharf, Stefan Schmidt, Ross Thompson i Ingo Sterzinger, oraz perkusista Bastian Emig. Wielu ludziom wydaje się, że podczas niektórych utworów słyszą gitary. Można tak powiedzieć, gdyż wokaliści zespołu wykorzystują wzmacniacze gitarowe przy pomocy odpowiednich dźwięków i manipulacji wydychanego powietrza wydają odgłosy podobne do gitar elektrycznych. Większość utworów trzyma dość spokojny poziom pozwalający na chwilę relaksu i rozładowania. Na płycie znajdziemy utwory w językach niemieckim i angielskim, w tym cover zespołu "Sabaton" z występującym gościnnie Joakimem Brodenem pod tytułem Primo Victoria. Cały zespół spisał się na medal wydając ten utwór i jestem gotów zarzec się, że ten zespół moim zdaniem jest jednym z najlepszych zespołów niemieckich i polecam każdemu choć na chwilę zagłębić się w twórczość Van Canto.

Moim zdaniem zespół tym albumem zasłużył na ocenę 9/10

Edited by Wakahiko
  • Upvote 1
Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.



  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...