Jump to content
Cardinal

Recenzje płyt

Recommended Posts

Zespół: Led Zepplin

Tytuł: How the west was won

Rok wydania: 2003 (nagrane w 1972)

How the west was won to 3płytowe nagranie dwóch koncertów z roku 1972 (Los Angeles i Long Beach). Muzyka zawarta na tych trzech płytach jest po prostu genialna (dźwięk jest świetnie odrestaurowany). Obok hiciorów takich jak Whole lotta love pojawiają się niesamowite po prostu improwizacje. Właśnie dzięki tym improwizacjom (11 minutowe solo na perkusji:D :twisted: ) płyta nie nudzi się i można bez śladu znudzenia wysłuchać wszystkie 3 cd cięgiem. Wydanie jest bardzo estetyczne.

Moja ocena: 9+/10

Ej, a od kiedy Led Zeppelin gra metal? :> Aż takim złoczyńcą nie jestem, żeby Ci tą - skromną bo skromną - ale zawsze pracę wywalić w otchłań, ale delikatne upomnienie masz. To, że w nazwie topiku nie ma "metal" nie znaczy, że można pisać o dowolnym gatunku muzyki - wszak cały board nazywa się Królestwem Metalu.

MiM

Nie oni grali disco polo, albo nie - oni grali hip-hop. Led Zepplin był zespołem Heavy Metalowym. Może posłuchaj najpierw czegoś z ich dyskografii zamiast wszystkie stare zespoły traktować jako "miękkiego" rocka plizzz.

Nie, grali bluesa, w porywach rock&roll czy hard rock. Heavy-metal powstał na długo po nich. Owszem, pewnych korzeni hm można się w muzyce LZ doszukiwać, ale sami Zeppelini heavy-metalu jako takiego NIE grali.

Dla Twojej wiadomości - mam całą ich dyskografię (oryginały) i wszystkich płyt SŁUCHAŁEM.

Na tym kończę dyskusję.

Mimizu

Link to comment
Share on other sites

Iced Earth - The Dark Saga

Rok wydania: 1996

Rodzaj metalu: speed metal

The Dark Saga moim zdaniem jest jednym z dwóch najlepszych albumów IE konkurować z nim może tylko Something Wicked This Way Comes (1998 rok). The Dark Saga jest niczym innym jak genialne przedstawienie jednego z najpopularniejszych i najmroczniejszych postaci amerykańskiego komisksu - Spawn'a. Już pierwszy utwór Dark Saga buduje wspaniałą atmosferę. I Died For You kolejny utwór na płycie tworzy z historii Spawn'a dramatyczne love story, a ten utwór jak Dark Saga jest wykonany wyśmienicie, mimo że jest typową balladą. Potem mamy Violate, utwór który z pośród trzech otwierających album budzi największe emocje i widać w nim jak Matt Barlow wczuwa się w słowa piosenek IE. Kolejne dwa utwory też nie są wcale gorsze od poprzednich (The Hunter i The Last Laught). Najsłabsze dwa utwory na całej plycie to Scarred i Depths Of Hell. Scarred jest I częscią trylogi The Suffering, która zamyka płytę ale Slave To The Dark, a w szczególności A Question Of Heaven tworzą idealne zakończenie dramatycznej historii. W dodatku absolutnie niesamowity jest chór jaki można usłyszeć w A Question Of Heaven :twisted:

Podsumowując:

The Dark Saga to prawdziwe arcydzieło w wykonaniu Jon'a Schaffer'a, Matt'a Barlow'a i innych muzyków z Iced Earth :twisted:

Ocena: 10/10 (w oczach fana twórczości IE) :twisted: :twisted:

Link to comment
Share on other sites

Wykonawca: Nargaroth

Tytul: Black Metal Ist Krieg

Wytwornia: No Colours

Rok: 2001

Jako ze ostatnio pojawiaja sie tu same recenzje jakichs powerow i gothikow postanowilem zaprezentowac kawalek prawdziwej muzyki (nie bierz tego do siebie Cormac:P) Otoz najwazniejsza osoba w Nargaroth jest Kanwulf (obecnie jedyna:D) ktory , jak widac w textach, czuje sie bardzo silnie zwiazany ze scena norweska. Ale przejdzmy do plyty - BMIT to juz drugie wydawnictwo Nargarotha i moim osobistym zdaniem najlepsze! Charakteryzuje sie pieknymi motywami ktore sprawiaja ze chcemy od razu posluchac plyty od nowa...

Zaczynamy...

--Intro 2:03

Swietne klimatyczne intro polegajace na darciu japy prze Kanwulfa - moi starsi nie mogli tego kiedys wytrzymac:D Jest jednak lepsze niz to z nastepnej plyty, gdzie przez 4 minuty tylko pada deszcz:D

--Black Metal Ist Krieg 5:01

Soczysty kawal wojennego Black Metalu, zadnego mighty, blaskhyrk itp. po prostu czysty wojenny Black! Kultowy kawalek znakomicie reprezentujacy BM... Opetanczy przesterowany lekko wokal nie daje spokoju, tak samo jak pilujace gitary i perka - klasyk klasyk klasyk:D

--Far Beyond The Stars (Azhubham Haani cover) 4:48

Kower malo znanej kapeli, lecz wykonany co najmniej poprawnie (tzn lepiej od oryginalu). Troche wolniejsze tempo, ale nadal bardzo "szalone":D

--Seven Tears Are Flowing To The River 14:47

Piekny utwor, niemalze balladowy (tzn nie balladowy w stylu Maidenow:D)

gdzie prze 14 minut walkowany jest ten sam riff z drobnymi zmianami.. piekna rzecz naprawde warta uslyszenia:D

--I Burn For You (Lord Foul cover) 2:56

Fajny wstep, a potem taka "Black&rollowa" jazda... zwykly, wpadajacy w ucho demona kawalek, lecz nadal bardzo dobry..

--The Day Burzum Killed Mayhem 9:20

Na poczatku jakas niemka opowiada nam w swoim jezyku o wiadomych wydarzeniach, a potem przechodzimy do jednego z glownych punktow plyty - Fenomenalny text (polecam przeczytac) , piekna muza sa wyrazem holdu dla dwoch najwiekszych bandow BM, ktore pisaly historie ( a wlasciwie dla ich liderow....) Niesamowite, jak wielki jest szacunek Kanwulfa do Nich:D

--Pisen Pro Satana 2:40 (root cover)

Kolejny kower, kolejny bardzo dobry utwor - jednak mi podoba sie najmniej z calej plyty gdyz jest deko monotonny:D

-- Amarok Zorn Des Lammes Part III 9:30

Jeden z moich faworytow na tej plycie (tworzacej calosc przeciez, nie zapominajmy:D) - fantastyczny wstep, potem wchodzi "opetanczy" riff i tak przez pare minut po wejsciu chorkow.. a potem juz jazda ala Nargaroth, czyli kawal mrocznego Blacku...

--Erik, May You Rape THe Angels? 6:58

Fajny, Wchodzacy w glowe a zarazem kopiacy po dupie:D "erik, erik, may you rape the angels?" hehe:D w ich stylu po prostu

--The Gates Of Eternity 5:04 (Moonblood cover)

Niezla przerobka, ja jednak wole oryginal - ale faktem jest ze sam kawalek zostal dobrze dobrany i pasuje do klimatu plytki:D

--Possessed By Black Fucking Metal 6:33

To jest to o czym marzylem przez caly czas pisania recenzji.. i wreszcie piesci moje uszy.. Hold dla calego BM wyrazany jest przez Nargarotha w sposob nie pozostawiajacy zludzen co do tego ze on jest fanatykiem i ze tak powiem "dzieckiem Quorthona".. hehe... niesamowicie kopiaca dupe koncowka i srodek, z parokrotnym powtorzeniem slow zawartych w tytule.. <zgon... :D>

Podsumowujac, tej plyty nie moze nie miec zaden fan BM - jets to przyklad na to ze BM jeszcze nie zginal i ma sie dobrze... hehe niedlugo recenzja trzeciej plyty Nargarptha, Geliebte Des Regens.. przygtujcie sie:D

Ocena 9/10 (obiektywna, bo subektywna to oczywiscie 666/10:D)

No i gdzie ta "prawdziwa muzyka", ktora miales zaprezentowac? Wylecialo z glowy? :P - CormaC

Link to comment
Share on other sites

System Of A Down - Mezmerize

rok wydania: 2005

5190002.jpg

Wstyd się przyznac, ale o tym zespole nigdy nie słyszałem. Na ów płytę wpadłem przez przypadek :) Okładka zaintrygowała mnie, więc z ciekawoscią zaglebiłem się w zawartosc płyty..

Pierwsze wrażenie - szok! Kawałki szybko wpadają w ucho - są takie..hm..skoczne, rytmiczne ;) Mógłbym od razu napisać - "marsz do sklepu albo ściągnąc skądś to się przekonacie"...ale w koncu to ma byc jako-taka minirecenzja...:P

Tylko pierwszy utwór - intro jest spokojny. Kolejne to istna masakra artystyczna (oczywiscie w pozytnym zanczeniu tego slowa). To dzieła sztuki, które po wysłuchaniu będziecie szcić i słuchac miliony razy...Właśnie - ta plyta w ogole się nie nudzi! Chocbyscie sluchali jej w nieskończonosc, zawsze czyms nowym zaskoczy, czego nie zauważyliscie podczas poprzedniego sluchania :)...Poraża też róznorodnością, naprawdę trudno okreslic wrażenie jakie robi na słuchaczu...Wciąż jestem pod wrażeniem i trudno mi jakos w chłodny sposób opisac tę płytę :) Szok jednak daje osobie znać :)

Mezmerize to krok milowy w dziejach rocko-metalu (tak to chyba mogę nazwac :)). Wnosi powiew świeżosci, tak jak zrobiła to Mettalica albumem St.Anger czy Korn "Take A Look In The Mirror".

Gorąco polecam, w skali od 1-10 stawiam jej 11 - zresza...posłuchajcie ich "brzdąkań" a oskarzycie mnie o profanacje - że taka niska ocena...

Link to comment
Share on other sites

Guest El Zabbul

Nazwa zespołu: Bathory

Nazwa płyty: Blood On Ice

Rodzaj metalu: Viking

Po wylądowaniu płyty w odtwarzaczu. usłyszymy najpierw klimatyczne "Intro", a zaraz po nim pierwszy prawdziwy utwór... Tytułowy "Blood On Ice" to prywatnie jedna z najlepszych piosenek jakie znam. Świetny wokal, muzyka wpadająca w ucho... taaak, to jest to! Zaraz potem kolejna piosenka "Man Of Iron" - cóż nie powaliła mnie, nie można w żadnej mierze powiedzieć, że jest zła - w porównaniu do całości tylko dobra. Dalej - "One Eyed Old Man" to moim zdaniem najsłabszy utwór na płycie. Nie ma w nim nic złego, aczkolwiek też niczym specjalnym się nie wyróżnia. Nie psuje jednak płyty w żaden sposób, jest niezły, ale nie genialny, z całą pewnością gdzieś indziej mógłby być perełką, ale nie tutaj... Tym bardziej, że teraz "The Sword" - wolny, ciężki, ale też pełen mocy. Bardzo dobre wokale oraz perkusja. Następny - "The Stallion" dość podobny do poprzedniego, aczkolwiek należy tu wyróżnić świetne riffy i pojawiającą się od czasu do czasu akustyczną gitarę w tle. Bardzo dobra piosenka. "The Woodwoman" - pełen geniusz Bathory, jedna z moich ulubionych piosenek. Ładny początek, potem ostre riffy i perkusja. I wokal - całkowicie genialny, przykuwający, świetny tekst. Rytm piosenki tylko wszystko potwierdza - to dzieło. Rozochoczony poprzednim utworem, liczę na coś równie dobrego... i dostaję - może nawet lepszą piosenkę? "The Lake" - wolniejsza, różni się mocno od "The Woodwoman", całkiem niezła do pewnego momentu... Kiedy to pojawia się chór - ależ genialnie on brzmi ! To on dodaje blasku tej piosence! Chwalę także dobry wokal Quorthona i świetne gitary. Razem z "The Woodwoman" reprezentatywny utwór płyty, piękny. A teraz... "Gods Of Thunder, Of Wind, And Of Rain." Szybka piosenka, chociaż początek w żadnym stopniu na to nie wskazuje. W pewnym momencie daje 'kopa' słuchaczowi, taak, to jest to! I znów chórki - inaczej brzmią niż poprzednio, ale równie dobrze. Zwracam uwagę na świetne solówki na gitarach - wymiatają. Ogólnie rzecz biorąc kolejna miażdżąca piosenka, dla mnie troszkę za "Blood On Ice", ale różnice minimalne. "The Ravens" - spokojna, odpoczynek po ostatnich zabójczych kawałkach. Nic specjalnego, ale ciągle bardzo dobry utwór. "The Revenge Of The Blood On Ice" - pierwsze wrażenie - hej, ja skądś to znam... Ale kiedy tylko zaczną się wokale, widać, że nie mam doczynienia z kalką "Blood On Ice". Boska harmonia głosu, przebijającego się ponad instrumenty słyszane w tle. Słychać tu znajome kawałki z płyty, można by zarzucić, że muzykom nie chciało się tworzyć nowego kawałka. Ja powiem co innego - a po co mieli to robić, skoro wokale Quorthona tak zmieniają ten utwór ? Zakończenie świetne, podobnie jak wszystkie piosenki na płycie - nie są tak naprawde żadne słabe, ot co, parę niczym się nie wybija ponad pewien wysoki poziom. Gdyby one same zaistniały na jakiejś płycie, dostałaby ona conajmniej 9/10... A tak, skoro większość utworów jest genialna to płyta w pełni zasługuje na 10/10. Klasyk gatunku, wstyd nie znać.

Żeby nikt się nie czepiał - taka sama praktycznie recenzja znajduje się na portalu muzycznym musiq.pl... ponieważ jest mojego autorstwa.

Link to comment
Share on other sites

Nazwa zespołu: Tool

Tytuł płyty: "Lateralus"

Utwory: The Grudge; Eon Blue Apocalypse; The Patient; Mantra; Schism; Parabol; Parabola; Ticks and Leeches; Lateralus; Disposition; Reflection; Triad; Faaip de Oiad

Gatunek: Metal progresywny

Wydawcy: Pomaton EMI

Rok wydania: 2001

Niezwykle trudno pisac o plycie, która - jak wiadomo - zachwycił sie ostatnio cały metalowy i rockowy świat. Zespół Tool, którego - gwarantuje - 95% naszego społeczenstwa nie zna nawet z nazwy, w pierwszym tygodniu sprzedazy wspiał sie swoim nowym albumem na szczyty list przebojów na całym świecie. Również w Polsce. I to wcale nie wykonujac muzyki przystepnej i łatwej. Wrecz przeciwnie - często wiele wymagajacej od słuchacza, zmuszającej do uwaznego, kilkakrotnego przesłuchania. Trudno, gdyz napisano o "Lateralus" juz chyba wszystko.

Jak wiedza wtajemniczeni, płyta ta jest następczynia niezwykle udanego albumu "Aenima", wydanego piec lat temu. Piec lat przerwy to w tej branzy dosc długi okres, przez ktory panowie trochę pokoncertowali, popracowali nad innymi projektami (wokalista Maynard James Keenan i jego grupa A Perfect Circle). W koncu zebrali sie do nagrania płyty i efekt, jak wiemy, przeszedł chyba ich najsmielsze oczekiwania.

"Lateralus" nie jest plytą łatwa w odbiorze. Mysle, ze jej prawdziwa, wysoka wartosc poznaje sie dopiero po kilkunastu przesłuchaniach. Co nie znaczy wcale, ze nie mozna sie nia zachwycic od razu. Panowie z grupy Tool stawiaja przede wszystkim na klimat, atmosfere. Na kontrasty miedzy fragmentami spokojniejszymi, kontemplacyjnymi wrecz, a partiami pełnymi jakiejs pierwotnej, mocnej energii. A takze na psychodelie. Podczas słuchania tej płyty, gdy próbowałem znalezc w tej muzyce jakieś punkty odniesienia, na mysl przyszły mi dwa zespoły. Współczesny i trochę juz zapomniany. Ten pierwszy to Radiohead. Drugi to wczesny Pink Floyd. Od pierwszych wzieli niezwykła łatwosc poruszania sie w klimatach bardzo niekiedy od siebie oddalonych, a takze pewna pogarde dla tego, co w dzisiejszej muzyce pop okresla sie mianem "potencjału komercyjnego". Od drugich natomiast umiejętnosc wykreowania za pomocą prostych niekiedy srodków niezwykłej, psychodelicznej atmosfery. Wszystko to ubrali w cięzkie, raz melancholijne, raz pełne energii, metalowe srodki wyrazu i stworzyli dzieło wybitne.

Mysle, ze akurat w tym przypadku nie ma sensu rozpisywać sie o poszczególnych utworach. Z wyjatkiem tradycyjnych u Toola krótkich przerywników sa one wszystkie długie, przewaznie oparte na schemacie powolne rozwinięcie - kulminacja - wariacje (w sensie muzycznym oczywiście, nie psychicznym). Wyróznic warto na pewno swoiste misterium dźwięków, jakim jest "The Grudge", przestrzenny "The Patient" oraz singlowy "Schism" czy tez "Ticks & Leeches", ale jestem pewien, ze innej osobie mogłyby sie spodobać bardziej zupełnie inne utwory. To juz zalezy od preferencji. Jednak najlepiej płyta ta smakuje jako całosc i choc jest to porcja muzyki całkiem obfita (79 minut), to o niestrawnosc raczej nie ma obawy.

Link to comment
Share on other sites

Nazwa zespołu: Tiamat

Tytuł płyty: "Clouds"

Utwory: In A Dream; Clouds; Smell Of Incense; A Caress Of Stars; The Sleeping Beauty; Forever Burning Flames; The Scapegoat; Undressed

Gatunek: Black/Ghotic Metal

Wydawcy: Metal Mind Productions / Century Media Records

Rok wydania: 1992

Jeżeli można cokolwiek krótko napisać o twórczosci Tiamatu, to tylko to, ze kazdym wydawnictwem zespół potrafi zaskoczyc. Tak było również z albumem "Clouds". Patrząc na okładkę, mozna domyślać sie, ze zawartość moze być przynajmniej równie interesujaca. Tym razem nie jest to piekna okładka do wielkiej pomylki. Już po pierwszych tonach słychac, ze zespół przeszedł pewną metamorfoze, co jednak nie zmniejszyło wartości artystycznej jego dokonania. Miedzy "Clouds" a debiutanckim "Sumerian Cry" słychac wielka roznice.

Na pierwszy ogien idzie "In A Dream", jeden z najciekawszych utworów tej płyty. Później, budując niezapomniany klimat, Tiamat obdarowuje nas "Smell Of Incense", "The Sleeping Beauty" i "Undressed".

Ten ostatni to pewnego rodzaju zapowiedz tego, co miało dopiero nastąpic. Tiamat nie spoczywa na laurach, rozwija sie, ewoluuje. "Clouds" to ciężkie riffy i głęboki wokal Johanna. Sprawiają one, że po przesłuchaniu chce się ponownie włączyć płytę, wrócić w sen, jaki ukazuje się dzięki niej. Na "Clouds" jest tylko osiem utworów i trudno określić, które z nich są lepsze, które gorsze. Takich po prostu nie ma. Zespół pokazał piekno i głebie, jaka można wydobyc z ciezkich, metalowych brzmien instrumentów. W skali od 1 do 10 daje 10. Jest to bez watpienia moja ulubiona plyta Tiamatu(oprocz Wildhoney oczywiscie), ktora na dlugo zostanie w mojej pamieci!

Link to comment
Share on other sites

Kapela: OPETH

Płyta: DAMNATION

Gatunek: ACOUSTIC DOOM (jak ktoś ma lepsze propozycje, zapraszam :-))

Data narodzin: 2003

Otchłań: www.opeth.com

Ja wiem, że znajdą się ludzie którzy będą krzyczeć, że ta płyta to nie metal i to nie Opeth jakiego wszyscy znają, ale każdy ma swoje zdanie :-) Dla mnie do niedawna była to płyta roku. Przed zakupem "Damnation" byłem fanem Opetha. Z całej dyskografii najbardziej chyba podobała mi się BlackWater Park. "Damnation" tego nie zmieniło. Bo jakby mogło? To są kompletnie inne gatunki muzyki! Poprzednie płyty Opetha atakowały umysł dysharmoniczną kompozycją, rytmiką i gardłowym growlem Akerfelda. "Damnation" jest kompletnie inne. Zapomnijcie o tym co słyszeliście. Opeth stworzył nowe opus magnum. Płyta wciągnęła mnie do takiego stopnia, że obecnie jestem posiadaczem jej wersji vinylowej i dvd z koncertem Lamentations Live at Shepherd's Bush 2003. Sam Akerfeldt stwierdza: "only that it's slightly mellow doesn't mean it's less evil, does it?" I takie te piosenki są. Już od pierwszego kawałka "Windowpane" wpędzają w słuchacza w ciemny, melancholijny nastrój i nie wypuszczają aż do końca. Kawałki są długie jak na utwory akustyczne, większość ma około albo ponad 4 minuty. Nie nudzą się jednak! A to wszystko za sprawą genialnej aranżacji. Opeth znów pokazał na co ich stać. Dawniej w swoje ciężkie utwory w stylu "The Master's Apprentices" wplatali akustyczne, spokojne przerywniki, które zaskakiwały tym jak łatwo łączyły się w całość z ciężkimi częściami piosenek. Za każdym rogiem czaiło się kompozycyjne zaskoczenie. Nie inaczej jest z Damnation. Dwie gitary korzystające momentami z bardzo ciekawych efektów i pogłosów (ale prawie zawsze brzmiących czysto) wspierane są basem, klawiszami, które tworzą genialny klimat (dla mnie jakby żywcem wyjęty z progresywnego rocka lat 70tych... chodzi mi o brzmienie klawiszy a nie o muzykę, żeby nikt się nie oburzał ;-) ) i perkusja... Tak. Tym razem perkusja to często główny nośnik utworu. Martin Lopez siedzący za bębnami po prostu czaruje. Każdy kawałek składa się z 5 - 6 albo i więcej głównych części, które są powtarzane po kilka (czasem i 8 ) razy. Brzmi jak nuda? Powinno. Ale tak nie jest! Właśnie dzięki pracy pana Lopeza. Ścieżka bębnów jest nieregularna. Niemal za każdym razem gdy gitary grają w kólko to samo, Lopez gra inaczej. Tu doda przejście tam talerze. Wszystko sprawia wrażenie arytmiczności, ale jakże pięknej. Te bębny są właśnie genialnym urozmaiceniem i nie pozwalają wkraść się nudzie. Dodać do tego wszystkiego należy spokojny jakby przydymiony wokal Akerfeldta i otrzymujemy cudowną mieszankę melancholii, mroku i niepokoju. Ta płyta zmusza do rozmyślań, a gdy ktoś wsłucha się w teksty utworów, odnajdzie w niej kolejne dno. Teksty to kompletnie inna sprawa. Piosenki takie jak In my time of need czy Hope leaves, mówiące o tęsknocie i samotności, albo takie jak To rid the Disease, które mogą być interpretowane na wiele sposobów, sprawiaja, że niektóre linijki tekstu mimowolnie powracają do naszej pamięci i zmuszają nas do ponownego przesłuchania płyty. Cała płyta aż promieniuje emocjonalnym wkładem muzyków. W mojej opinii i skali ocen skromne 9+/10. Dlaczego nie 10? Gdyż (uczciwie ostrzegam) jest to zmuła tak totalna i wszechwładna, że ciężko się z niej wyzwolić. Epatuje pesymizmem i smutkiem i zwyczajnie dołuje. Ale ja tam własnie za to uwielbiam ta płytę :D

Link to comment
Share on other sites

Satyricon-Rebel Extravaganza

stayricon.jpg

Trzy lata, trzy bardzo długie lata przyszło czekać fanom największego i najlepszego zespołu naszego globu na czwartą płytę, zatytułowaną "Rebel Extravaganza". Satyricon zdążył wyrobić sobie opinię absolutnej legendy po wydaniu w 1996 r. trzeciej płyty "Nemesis Divina". To już prawdziwy klasyk, którego powinien posłuchać każdy amator metalu (zresztą nie tylko metalu, polecam w szczególności raperom). W końcu nadszedł jednak czas na nowe (arcy)dzieło. Porzucony został styl opierający się na dużej dozie melodyjności oraz nagminnym wykorzystywaniu klawiszy w celu zwiększena klimatu (który zresztą zwalał z nóg lub wbijał w fotel; jak kto woli). RE to w pewnym sensie powrót do korzeni- prymitywne granie z kilkoma riffami na utwór, kosmiczna prędkość i mało melodyjny wokal. Niezupełnie. Wokal. To chyba jedyna rzecz, która pozostała niezmieniona od ostatniej płyty. Reszta tak, jak npisałem kilka chwil wcześniej. Daje to z jednej strony poczucie świeżości, z drugiej mówimy: "jakbym gdzieś to już słyszał/a". Nie podlega jednak dyskusji to, że jest to (arcy)dzieło kompletne, nie mjące sobie równych, po prostu . . . Ale po kolei. Najpierw witają nas wolne riffy w "Tied in bronze chains". Zanim uśniemy wkracza potwornie szybki wokal, dalej spada nieco tempo zarówno instrumentów jak i śpiewu. Taki obrót spraw trwa dość długo, a na koniec część intrumentalna, niezbyt szybka, ale naprawdę porządna w heavy metalowym stylu. Niestety, pora kończyć naszą 11-minutową wizytę na orgii, gdzie wino zgnilizna występują na jążdym kroku, o innych rzeczach już nawet nie wspominając. Udajemy się na spotkanie z osobą, o wdzięcznym przydomku "Filthgrinder". Piosnka z deczka podobna do poprzedniej, ale ciut krótsza nie ma takiej zmiany tempa (spadku, rzecz jasna). Po spotkaniu ze szlifierzem bródu (okropny typ), dobrze by było wysłuchać rapsodii bródu ("Rhapsody of Filth"). I tu następuje pierwsze zaskoczenie. Jest to bowiem utwór wyłącznie instrumentalny i czerpiący garściami z poprzedniej płyty. Wyszło jednak dość marnie. Kiedy przebrniemy przez tego kotleta, czeka nas nagroda- "Havoc Vulture". To najbardziej heavy metalowa piosenka, z wyraźnie zarysowanym refrenem i szybkim tempem. A propos refrenu, w końcu możemy usłyszeć klawisze. Są one niezwykle subtelnie zaznaczone, raptem trzy, cztery nuty, ale zwiększają wartość tegoż refrenu dwukrotnie. Dalej następuje Prime Evil Renaissance". Zaczyna się-no zgadnijcie, jak? Brawo, zgadliście, bardzo szybko (i tak zostaje). W przerwie zwrotek występuje ciekaww kombo gitary i zabójczej perkusji. Jeszcze parę słów o tekście. Przypomina mi on-niestety-grę Wisły w pucharach. Cały czas słyszymy tylko "chcielibyśmy . . ." i na tym się kończy (choć w kontekście piosenki to raczej dobrze). Kiedy skończymy świętować powrót grzechu (przypominam, że zostaje to nadal w kwestii zachcianek), zaczynamy nadźwiękową podróż ("The Supersonic Journey"). Otwarcie tradycyjnie, lecz dalej jest praktycznie tak samo, przypomina to początek lat 90-tych i ówczesny BM. Jednak w pewnym momencie następuje superextrahiperklimatyczna część- na scenę wkraczają klawisze i dołownie przenoszą nas w kosmos, wsadzaję do promu i możemy poczuc się jak pionierzy prędkości nadświetlnych oraz poczuć metafizyczną stronę kosmosu. Jest po prostu niesamowicie klimatycznie, a do tego nie zerżnięte z "Nemesis Divina". Powoli trzeba schodzić na matkę ziemię, a towarzyszy nam przy tym kolejny przerywnik (to napewno nie jest utwór instrumentalny)- "End of Journey". Następnie następuje chwila jasności po tym pobycie w mrocznym, niezbadanym i nieokiełznanym kosmaosie ("A Moment Of Clarity"). Chwila ta kompletnie niczym się nie wyróżnia i stanowi najgorszą część albumu. "Down South Up North"- to już przegięcie- kolejny bezsensowny przerywnik! Uff, to już ostatni na szczęście. I zaraem ostatnia "normalna" piosenka- "The scorn of torrent". Zaczyna się z morderczą szybkością, później następuje dośc znaczne zwolnienie, aw nim między innymi zupełna nowość-kobiecy wokal (szczątkowy, ale zawsze coś). Na ostatnie trzy minuty uaktywnia się prawdziwa perkusyjna masakra (czyli napieprzanie na maksa plus krótkie riffy). Po prostu bród, smród i ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymienać (na lekcji religii). Prawidłowe zakończenie. Co ja mieałem powiedzieć . . . aha, plyta jest naprawdę genialna, jeden z najlepszych black metalowych tworów, który daje porządnego kopa w mordę. Po prostu kolejny klasyk, który wręcz trzeba usłyszeć!!! Polecam każdemu, absolutnie każdemu, niezależnie od tego, jakie muzyki słucha na codzień.

Ocena: 10/10 (nie mogło być inaczej)

Lista utworów: Tied in Bronze Chains; Flithgrinder; Rhapsody in Flith; Havoc Vulture; Prime Evil Renaissance; Supersonic Journey; End of Journey; A Moment of Clarity; Down South Up North; The Scorn Torrent

Skład: Satyr, Frost

Rok wydania: 1999

Link to comment
Share on other sites

Kapela-Rammstein

Tytuł płyty-"Rosenrot"

Rok-2005

Wczoraj trafiła do mnie najnowsza płytka Rammsteina o tytule "Rosenrot". Rzut okiem na okładkę i miałem już dobre przeczucia. Jest naprawde genialna. Nie tylko jest najlepsza w historii zespołu ale jest bodajże najlepsza którą w ogóle widziałem. Wkładam płytkę do wieży i zaczęło się. Pierwszy utwór to Benzin. Jak na nich to przeciętny aczkolwiek ma parę smaczków. Dwa kolejne utwory podobnie. Juz byłem nieco zniesmaczony gdy w słuchawkach pojawiły się pierwsze akordy utoru "Spring" No! Nareszcie coś naprawdę porządnego! Świetne połacznia ciężkich gitarowych brzmień z lekkimi motywami klawiszowymi. Ten utwór przywrócił mi wiarę w jedną z moich ulubionych kapel. Kolejne nagranie to "wo bist du" i kolejne pozytywne wrażenie. Pomyślałem sobie, że jak reszta będzie trzymac taki poziom to ta płyta będzie naprawdę dobra. I nagle cios. Mocny i nieoczekiwany. Utwór "Stirb nicht Vor mir"...Dno i 5 metrów mułu. Porażka. Tragedia. Nie mam słów które określiłyby dobitnie to, jak bardzo byłem zawiedziony tym utworem. To nawet nie był rock. To był po prostu łzawy pop z jakąś prowincjonalną gwiazdeczką śpiewającą do kotleta. Z ulgą przyjąłem fakt, że kawałek ten dobiegł końca...Miałem cholernie wielkie obawy co do następnego utworu. Ale zamiast kolejnego gniota zacząl się jak potem się okazało, IMO najlepszy kawałek z całej płyty. "Zerstoren". Mistrzostwo. Zaczyna się dość szybką perkusją z orientalnymi motywami w tle by nagle huknąć całą mocą cięzkich, gitarowych brzmień. Kolejną miła niespodzianką był utwór "Tu qiuero puta!" Skomponowany specjalnie dla fanów z Meksyku i śpiewany w ich ojczystym języku. Szczerze mówiąc spodziewałem się po tym utworze niewiele a dostałem coś bardzo miłego;] Ostatni kawałek to już wręcz relaksacyjny utwór. Bardzo miło mi się go słuchało mimo, że nie był on za bardzo "rammsteinowy".

Podsumowując płyta jest conajmniej bardzo dobra. Tylko do mnie osobiście trafiła w całości dopiero po drugim przesłuchaniu(chodzi mi o 3 pierwsze utwory, ale "numer 6" dennym był i dennym pozostanie.). Lecz mimo wszystko polecam nie tylko fanom

Rammsteina.

Link to comment
Share on other sites

Dimmu Borgir-Puritanical Euphoric Misanthropia

Puritanical%20Euphoric%20Misanthropia.jp

Dimmu Borgir zadziwił kiedyś cały świat. Nastąpiło to w 2001 r., pierwszym roku XXI wieku. Norweska horda powitała nowe milenium w doskonałym stylu- wydając swoją bezsprzecznie najlepszą płytę. Takie uwagi przytacza się z reguły na koniec, ale od razu powiem, że "Puritanical Euphoric Mosanthropia" (swoją drogą skomplikowany i niewiele mówiący tytuł) to świetne dzieło, kompletne w każdym elemencie, taka płyta, którą można słuchać na okrągło i wziąć na bezludną wyspę (chociaż tam ciężko byłoby ze słuchaniem). Pierwsza nowość to korzystanie z usług orkiestry symfonicznej z Gothenburga. Mówiąc jaśniej, do grona instrumentów typowych dla black metalu, dołączyły te "poważne", a w zasadzie tylko smyczkowe, nie ma instrumentów dętych. I całe szczęście- trąbki i inne dziwadła mogłyby stworzyć jakiś pseudo-średniowieczny klimat. Skrzypce i reszta znakomicie wywiązują się ze swojego zadania, co słychać już w pierwszej piosence pt. "Fear and wonder". Jest to utwór instrumentalny i zagrała go tylko orkiestra. To w zasadzie takie intro, sugestywne i efektowne zarazem. Dalej jest już "normalnie". "Blessings upon The Throne of Tyranny" wykorzystuje orkiestrę w refrenie, podkreślając lekko podniosły charakter utworu. "Kings of The Carnival Creation" zaczyna się od partii klawiszy, brutalnie przerwanej przez riffy bardziej death niż black metalowe, zresztą utrzymujące się do końca i ogólnie robiące pozytywne wrażenie. Jest miejsce na rozluźnienie, czyli wokal basisty Vortexa oraz spokojna solówka gitarowa, a tak utrzymuje sie raczej średnie tempo. To naprawdę genialny kawałek, głownie ze względu na dużą liczbę różnorodnych i nie powtarzających się motywów, z których każdy jeden jest co najmniej bardzo dobry. "Kings . . ." jest ulubioną piosenką bardzo wielu fanów Dimmu Borgira i nie ma się co temu dziwić ."Hybrid Stigmata" trochę przypomina poprzedni utwór, bo jest "rozweselający" wokal Vortexa, trochę orkiestry itd., ale całość prezentuje się nieco gorzej. "Architecture of A Genocidal Nature" wydaje się być mniej skomplikowane, a na uwagę zasługuje ciekawy nastrój i jeden industrialny moment. Skoro mowa o industrialiźmie (nie trzeba chyba tłumaczyć tego słowa w kontekście muzycznym), to "Puritania" jest nim wręcz przesycona- wyszło dość ciekawie, jednak to nie w takich numerach upatrywałbym przyszłości zespołu. O to na szczęście martwić się nie muszę. "IndoctriNation" pokazuje rock'n'rollową stronę black metalu (za coś takiego Darkthrone został kiedyś solidnie zjechany) plus ciekawa współpraca instrumentów smyczkowych i "metalowych". "The Maelstrom Mephisto" to kolejny solidny utwór zawierający to, co większość poprzedników. Następnie "Absolute Sole Right". Pierwsza część to typowe blackowe granie z jednym wyróżniającym się motywem, ale nie granym na siłę zbyt często. Po 4 minutach na scenę wkracza Mustis i potęguje mroczny klimat klawiszami, po chwili także gitara i powstaje świetna solówka. Następnie trzecia, ostatnia część, prosta i genialna zarazem- jedna gitarowa zagrywka, ale do tego malutka, lecz wyczuwalna dawka futuryzmu (czyli znowu industrializm) i mogę powiedzieć, że „Absolute Sole Right” to jak dla mnie najlepsza piosenka na tym albumie. Nawet, jeżeli „Kings . . .” jest lepsze technicznie, to numer 9 podoba mi się bardziej. „Sympozium”, czyli kolejny kawał bardzo dobrej roboty. I na koniec „Perfection or Vanity”- bez wokalu, ale tym razem do orkiestry dołącza gitara i perkusja. Kawałek o znacznie bardziej pogodnym nastroju niż intro, ale o tym nieco później. Teraz pora na teksty. Nigdy wcześniej nie zagłębiłem się tak w liryczną stronę żadnej płyty. Ale „Puritanical Euphoric Misnthropia” to zmieniła. Teksty są naprawdę świetne, a złożone w całość ukazuję przesłanie płyty. „Fear and Wonder” wprowadza mroczny, tajemniczy nastrój, ukazujący raczej strach niż cud. „Blessings upon The Throne of Tyranny” potwierdza złe przeczucia, gdyż ludzie często są ślepi na to, co robią i przez to są wykorzystywani, świadomie bądź nie, a wszystko przez chęć zaspokojenia własnych potrzeb. Ubóstwiają wyimaginowane istoty, którez czasem ich opętują i pozbawiają własnego rzumu (" Kings Of The Carnival Creation"). Później chcą uciec od dwulicowych szarlatanów („Hybrid Stigmata”). Lecz co dalej? Tracą resztki nadziei, dotyczy to całych nacji, wszyscy giną przez własny brak poczucia rzeczywistości („Architecture of A Genocidal Nature”). Chaos triumfuje pokazując wyższość nad pokonanymi („Puritania”). Spójrz na te istoty bez życia, które przegrały przez swoją dumę, a teraz został im tylko strach („Indoctrination”). Zapominają o swojej przeszłości wykrzesując z siebie najdziksze instynkty i chowają swoje cienie w najgłebszych miejscach ziemi („The Maelstrom Mephisto”). Woda zmienia się w krew, niebo ciemnieje- to Ziemia nienawidzi was za waszą chęć do poznania wszystkich rzeczy wszechświata i zaspokojenia niewyczerpanych potrzeb („Absolute Sole Right”). Świat umiera, nienawiść miesza się z szaleństwem, walka nie ma sensu, poddaj się duchom. Nastąpił eschaton („Sympozium”). Teraz należ wybrać: perfekcja czy może próżność? Co doprowadzi do armageddonu? To zależy od ludzi, którzy podejmą się stworzenia obrazu całego świata. Jeśli ktoś to czyta, dziwi się zapewne tym wywodom, być może nawet uzna mnie za szalonego. Coż . . . Madness in it's sweetest form. . .

1. Fear and Wonder (Intro)

2. Blessings upon The Throne of Tyranny

3. Kings of The Carnival Creation

4. Hybrid Stigmata-The Apostasy

5. Architecture of A Genocidal Nature

6.Puritania

7. IndoctriNation

8. The Maelstrom Mephisto

9. Absolute Sole Right

10. Sympozium

11. Perfection or Vanity

Shagrath - Vocals,

Erkekjetter Silenoz - Lead Guitar,

Galder - Lead Guitar,

Nick Barker- Drums & Percussion,

ICS Vortex- Bass,

Mustis - Synthesizers & Piano.

Rok wydania: 2001

Link to comment
Share on other sites

A teraz cos z wyzszej, malo znanej półki :)

Rage

Przygodę z tym zespolem zaczalem przypadkowo - podczas oglądania filmu Gwiezdne Jaja: Zemsta Swirow spodobał mi się pewien metalowy kawalek (Straight To hell) i postanowilem sobie go sciagnac i odsluchac w spokojniejszej atmosferze...

Utwór mnie zauroczyl i postanowilem odsluchac innych kawalkow tegoż zespolu. W cudowny sposob zdobyłem całą dyskografię i zaczalem odsluchiwac poszczegolnych plyt....COŚ WSPANIAŁEGO! To jest moj zywiol :) Wpadające w ucho utworki, czesc jakby juz obila się o uszy...W tej opinii utwierdzilem mnie utwor Soundchaser - chyba nie ma rockmana czy metala, ktory nie zna tego utworu ;)

I tak po kilkudziesięciu godzinach wyselekcjonowalem (wedlug mnie) najlepsze albumy tegoż zespolu. Są to:

Rage - Soundchaser [2003]

Rage - XIII [1998]

Rage - welcome to the other side [2001]

Rage - Unity [2002]

Rage - Ghosts [1999]

Reszta mniej do mnie dotarła- może dlatego ze muzyka z lat 80 i poczatku 90 byla taka..inna? Albo za mlody jestem :P

Niemniej owe 5 albumow mogę polecic ze spokojnym sumieniem. Ponizej jeszcze krociutka charakterystyka kazdej z plyt.

Unity:

Wsrod utworow tej plyty niewątpliwym rodzynkiem jest Dies Irae, który rozpoczyna się spiewem choru i ma się wrazenie, ze pomylilismy plyty z Gregorians :) Kawalek jest bardzo fajny i szkoda ze nie nagrali podobnych wiecej...widać chlopaki lekko eksperymentowali ;) Mozna powiedzieć, że jest to plyta malych eksperymentow. Niektore naprawdę sie udaly jak juz wyzej wspomniany Dies Irae.

Soundchaser:

The best of The best. Kazdy kawalek to geniusz. Zaczyna się dosc nietypowo 'Orgy of Destruction' - kawalkiem, ktory zapowiada naprawdę ciekawe granie. I tak sie staje. Z utworu na utwór jestesmy co raz bardziej wkręcani :) Plyta konczy się nieco Heloweenowym "French Bourreé".

welcome to the other side & XIII & Ghosts:

Od Welcome to the other side wlasciwie zaczalem przygodę z zespolem (wlasnie z tej plyty jest Straight To Hell), więc musi miec w sobie 'to coś'. Proponuję lwasnie od tej plyty rozpoczac swoją wędrowkę ;)

Płyta zatytulowana wbrew pozorem nie oznacza, że jest to najbardziej pechowa plyta (acz nie wiem, czy np na studio nagrań nie spadł meteoryt, albo pies wokalisty nie zjadł jego nutek ;)). Plyta nie jest jakas wyjątkowa, ale dobrze się jej slucha.

Ghost to balladowa płyta :) Nie uswiadczysz tutaj ostrych kawalkow w stylu Straight To hell. Spotkac za to mozemy doskonale podklady pod bajki dla dzieci (np. Tomorrow's Yesterday). Plyta doskonale nadaje się na randki dla rockmanow :P

BTW Gdyby ktos nie byl nadal przekonany i chcial odsluchac jakiegos mp3 to ew moge jakies tam udostepnic. Jak cos to zapraszam na pw.

Link to comment
Share on other sites

Pink Floyd

The Wall

B000006TRV.03.LZZZZZZZ.jpg

Co tu dużo mówić? Toż to klasyka rocka progresywnego. Album, który każdy powinien chociaż znać. No to lecimy :wink:

Cały album jest pomyślany jako historia Pinka Floyda - muzyka rockowego mającego problemy z otwarością wobec innych i próbujących się odgrodzić od nich tytułowym Murem. Protoplastą Pinka był sam Roger Waters. Przez pierwszą połowę płyty poznajemy jego dzieciństwo: śmierć ojca na II wojnie, problemy z nauką i nadopiekuńczą mamuśką. Później Pink dorasta, żeni się z dziewczyną z liceum, która znudzona mężem niezwracającym na nią kompletnie uwagi zdradza go od dawna, pojawia się problem uzależnienia heroinowego, na końcu zostaje osądzony przez wszystkich a karą jest "zburzenie" Muru. Tyle o tekstach.

A jak się przedstawia część muzyczna? Pierwsza część wita nas łagodnymi utworami (z czołowymi "Mother" i "Goodbye Blue Sky"), później jest coraz ostrzej. Co tu dużo mówić? To trzeba po prostu usłyszeć. Dla mnie jest to jedna z czołowych płyt Pink Floydów i naprawdę warta przesłuchania. THE END

Rok wydania: 1979

Lista utworów:

CD1

1. In The Flesh?

2. The Thin Ice

3. Another Brick In The Wall (part I)

4. The Happiest Day Of Our Lives

5. Another Brick In The Wall (part II)

6. Mother

7. Goodbye Blue Sky

8. Empty Spaces

9. Young Lust

10. One Of My Turns

11. Don't Leave Me Now

12. Another Brick In The Wall (part III)

13. Goodbye Cruel World

CD2

1. Hey You

2. Is There Anybody Out There?

3. Nobody Home

4. Vera

5. Bring The Boys Back Home

6. Comfortably Numb

7. The Show Must Go On

8. In The Flesh

9. Run Like Hell

10. Waiting For The Worms

11. Stop

12. The Trial

13. Outside The Wall

OCENA: BEZ(O)CENNY

Link to comment
Share on other sites

Może będę trochę monotematyczny, no ale cóż. Chciałbym napisać o mniej znanej i niedocenianej płycie Ołowianego Sterowca pt."In Through The Out Door". Do niedawna był to ten krążek Zeppelin'ów, do którego praktycznie w ogóle nie wracałem. Ba, mogę nawet powiedzieć, że przez parę lat słuchania Led Zeppelin, rzadko kiedy udawało mi się dotrwać do końca tej płyty. Ale ostatnio nastąpił przełom, który nawet mnie samego zdziwił. Spróbowałem raz kolejny dokładnie wsłuchać się w dźwięki tego LP i sprawdzić, czy w końcu będę tego słuchał z przyjemnością. Okazało się, że ta muzyka mnie porwała, zaciekawiła jak nigdy. Za chwilę szerzej opiszę moje wrażenia, wypowiadając się na temat samej zawartości płyty, ale na początek może trochę historii.

Jest rok 1979'. Led Zeppelin ma już swoje najlepsze lata zdecydowanie za sobą. Dwa lata wczesniej (1977' rok), zmarł syn Roberta Planta, Karac, i od tamtego czasu muzycy bardzo rzadko się widywali. W grudniu 1979 zdecydowali się jednak na wyjazd do Sztokholmu w celu nagrania dziewiątej płyty Sterowca. Utwory zostały napisane i nagrane w wygodnych i profesjonalnych studiach Polar, należących do ABBY. Rejestracja i zmiksowanie kawałków trwało jedynie 3 tygodnie. Muzyczną kontrolę nad zespołem objął jak zawsze przytomny i uważny John Paul Jones, ponieważ Jimmy Page był w tym czasie zbyt odurzony narkotykami, aby pracować sumiennie nad jakąkolwiek płytą. Nie słyszymy więc na tym krążku żadnych wybitnych popisów gwiazdora, ciekawych zagrywek ani nic, co mogłoby wprawić w taki zachwyt jak poprzednie nagrania Sterowca. Przypomnę także, że materiał został napisany głównie dzięki duetowi Jones & Plant. Sami autorzy, jak opowiadają, po prostu najwięcej czasu spędzali ze sobą, podczas gdy Bonham i Page ustawicznie spóźniali się na próby. Tyle od strony historycznej, teraz pokrótce opiszę płytę.

"In Through The Out Door" rozpoczyna się jedną z lepszych kompozycji zawartych na krązku, czyli mrocznym "In The Evening". Utwór zaczynają mgliste 'pajączki' w wykonaniu Jimmy'ego i wspaniałe partie perkusji Bonham'a. Słychać tutaj duże wpływy The Rolling Stones. Brzmienie zespołu, sposób gry na gitarze i podstawowe rytmy bardzo przypominają kompozycje grupy Jaggera. Tym, co na pewno wyróżnia ten utwór, jest napewno bardzo ciekawy riff, wymyślony przez Page'a. Głos Plant'a jest tutaj wyjątkowo zniekształcony, przez co niestety jego dobre partie wokalne stają się praktycznie niesłyszalne. Kompozycja niesie w sobie jednak ogromną dostojność i niemal symfoniczny wymiar. Kolejny, leciutki i "łatwo strawny" utwór to już "klasyczny Led Zeppelin". Utwór "South Bound Saurez" zawiera w sobie to, co Page lubi najbardziej, ekspresyjne partie gitary, pełne dysonansów, a wspaniałe partie klawiszy w wykonaniu Jones'a powodują, że mamy do czynienia z bardzo interesującą piosenką. Gdyby nie paskudne chórki w końcówce ('sialalala'), to nie miałbym się do czego przyczepić. Następnie rozbrzmiewa numer pt. "Fool In The Rain". Rozpoczyna się jak typowy kawałek Zeppelin'ów. Wówczas jednak Jones fascynował się muzyką brazylijską, tak więc utwór nabiera zupełnie innego klimatu, kończąc się uliczną sambą, przepełnioną różnymi gwizdami i krzykami. Mi osobiście te klimaty nie odpowiadają, ale to już wyłącznie kwestia gustu.

Kolejnym, kompletnie nieudanym kawałkiem jest "Hot Dog". Do dzisiaj okropnie ciężko mi przesłuchać ten kawałek do końca bez chęci przełączenia na inną piosenkę. "Hot Dog" to "zabawna" parodia muzyki country, której niestety szczerze nie lubię. Rozpoczyna sie świetnym solem Page'a, które powinno zwiastować bardzo dobry kawałek, lecz dalej niestety, jestem poprostu zawiedziony. Nawet największym wrogom nie polecam tego utworu (chociaż na pewno troche przesadzam). Przejdźmy teraz do genialnej, trwającej blisko 11 minut wielowątkowej "Carouselambry". Jest to epicka pieśń, oparta na rozmaitych, rytmicznych dźwiękach syntezatorów, z ciekawym tekstem, w który Plantowi udało się wpleść fragment mowy pogrzebowej na cześć pewnego skandynawskiego wodza. Nawał i rytmiczność dźwięków, a także zakręcone partie wokalne Roberta przypominają jazdę na karuzeli. Zespół jest szczególnie zadowolony z tego utworu, na tej tonącej w melancholii płycie. Kolejną kompozycją, z której Zeppelini byli zadowoleni, to "All My Love", która zadedykowana została zmarłemu dwa lata wcześniej synowi Planta. W tekście poruszono tematy narodzin, śmierci, rozpaczy. W "All My Love" możemy usłyszeć syntetczyne skrzypce, a także wspaniałą solówkę zagraną na trąbce. Jest to piosenka wyjątkowo przygnębiająca, na już na naprawdę smutnej płycie. Kolejnym i ostatnim utworem jest "I'm Gonna Crawl", na którym Page zagrał przesycone bluesem, dobre, przepite solo. Na tej płycie najwyraźniej zabrakło mu już pomysłów, toteż sięgał po sprawdzone już wzorce. "I'm gonna crawl" rozpoczyna się syntetyczną falą dźwięków, które ciągną sie przez cały utwór. Plant pokazuje, że stać go było jeszcze na dobre popisy wokalne.

Jedynym muzykiem, do którego po raz kolejny nie można się przyczepić, pozostał na tej płycie nie kto inny, jak genialny John Bonham. Na pewno nie polecam tego albumu nikomu, kto pierwszy raz będzie miał styczność z Led Zeppelin. Do tego krążka trzeba po prostu dojrzeć - mi się to udało. Oprawa wizualna longplaya jest dobra, może nie jakaś specjalnie interesująca, ale też nie irytuje. Przedstawia ona "Dear Johna" w różnych pozycjach przy barze. W samej książeczce znajduje się parę interesujących zdjęć, co także zaliczam na +.

Hmm ... okolo 7.9/10 , choc fani Zeppelinow (jak ja) moga sobie dodac conajmniej jeszcze jeden punkcik.

Link to comment
Share on other sites

Black Sabbath

Black Sabbath

B00004Y3CR.02.LZZZZZZZ.jpg

Jest początek roku 1970. Led Zeppelin wydało "II", wydaje się, że nie ma nic ostrzejszego. Aż pojawiają się jakby spod ziemi Black Sabbath z charyzmatycznym Ozzym Osbournem na czele.

Płyta zaczyna się mrocznym, niesamowicie wręcz jak na tamte czasy ciężkim tytułowym utworem. Zaczyna się odgłosami burzy, potem wchodzi trójdźwiękowy riff Iommiego powtarzający się przez resztę utworu. Następnie jest już "pijany" głos Osbourne'a. "What is this - that stand before me?" woła. Później wchodzi rwany riff Iommiego i solówka, zapadająca w pamięci na dłuuugo.

Po tym jakże niesamowitym przeżyciu następuje dużo szybszy The Wizard. Melodyjny utwór typowy dla Sabbathów ale równie dobry jak poprzednik.

Behind The Wall Of Sleep. Jeden z moich faworytów na tej płycie. Słucha się go jakby śniąc na jawie, nawet głos Ozziego jest zmiksowany bardzo szeroko. Do takich kawałków Sabbath przyzwyczaja na następnych płytach.

A teraz N.I.B. Mój ulubiony kawałek na płycie. Zaczyna się wibrującym popisem Butlera na basie (wstęp ten nazywany jest Bassically) następnie jest ściana z gitar. Bardzo melodyjny utwór z ciekawym tekstem ("My name is Lucifer, please take my hand").

Evil Woman (początkowo był tylko w wersji europejskiej płyty) to cover piosenki zespołu Crow. Dla mnie najgorszy utwór na płycie ale może się podobać.

Sleeping Village zaczyna się brzdąkanym wstępem gitarowym, później przekstałca się w popis wszystkich muzyków.

Warning to następny cover tyle, że zespołu Ansley Dunbar's Retaliation i jest tak jakby kontynuacją poprzedniego. Można odnieść wrażenie, że to dalej ten sam utwór (w najnowszym wydaniu płyty są one połączone). Ten kawałek to ponad 10-minutowy kawał dobrej roboty.

Wicked World był w amerykańskim wydaniu zamiast Evil Woman, ale znalazł się również w europejskim w 1996 roku. Bardzo fajny kawałek, początek przypomina trochę utwory bluesowe. Tekst krytykuje poczynania niektórych polityków.

Płyta wzbudziła niemałe zamieszanie w rockowym światku. W dużej mierze ze względu na ciężkie utwory, "dziwaczny" dla niektórych wokal Osbourne'a, oraz zainteresowanie muzyków okultyzmem, przez co przylgnął do nich na stałe wizerunek satanistów. Ciekawostką jest, że angielskie wydanie pojawiło się w sklepach 13 lutego 1970 roku... w piątek 13 :D

Spis utworów z wersji z 1996 roku:

1. Black Sabbath

2. The Wizard

3. Behind The Wall Of Sleep

4. Bassically*/N.I.B.

5. Evil Woman

6. A Bit Of Finger*/Sleeping Village

7. Warning

8. Wicked World

* nazwy kilkunastosekundowych wstępów, poktórych następuje właściwy utwór.

Edit: Heh, z zachwytu zapomniałem oceny podać :)

Ocena: BEZ(O)CENNE

Link to comment
Share on other sites

Bardzo często, kiedy wspomina się podczas dyskusji o zespole Yes, możemy usłyszeć takie oto znamienne słowa "o tak! "Close To The Edge" i "Tales From Topographic Oceans" są wspaniałe". Nie żebym to zdanie potępiał! Absolutnie się z tym zgadzam, bo również uznaję te dwie płyty za szczytowe osiągenięcie panów z Yes, ale wydaje mi się, że odrobinę nie docenia się wcześniejszych nagrań grupy. A mianowicie chodzi mi tu o albumy "Fragile" oraz "The Yes Album". Dzisiaj opiszę ten drugi, gdyż po prostu bardziej trafił w moje gusta.

Jest burzliwy 70' rok. Niedawno zostały wydane płyty "In The Court of The Crimson King" Crimson'ów oraz "Ummagumma" Floyd'ów. Publika pragnęła nowych muzycznych doznań i eksperymentów. Te wymagania mogła spełnić grupa pana Jona Andersona oraz Chrisa Squire'a, w której skład wchodzili wtedy (oprócz założycieli): Tony Kaye (klawisze), Peter Banks (gitara prowadząca) oraz Bill Bruford (instrumenty perkusyjne). Przed nagraniem "The Yes Album" grupę opuszcza gitarzysta Peter Banks. Panowie próbowali wtedy pozyskać na jego miejsce młodziutkiego, fantastycznego wioślarza Jeffa Becka, jednak jego wymagania pieniężne były nie do przyjęcia. Miejsce Banksa zajmuje więc wybitnie uzdolniony instumentalista Steve Howe. Obecnie znany jest ze swojej doskonałej techniki oraz subtelnej i wyrafinowanej gry na gitarze. Pierwsze utwory, które napisał na płytę to wesoły, instrumentalny kawałek na gitarę akustyczną "Clap" oraz interesująco rozwijający się, pełen kontrastów utwór "Yours Is No Disgrace". Wspaniale sprawdzają się tutaj klawisze Kaye'a, które prowadzą na początku kompozycji swoisty dialog z gitarą Howe'a. Potem następuje wejście nieco "piskliwego" Jona Andersona. Bruford fanstastycznie radzi sobie za perkusją, grając zakręcone rytmy i bardzo dobrze wprowadzając coraz to wymyślniejsze zmiany rytmu. Bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie niemal 10 minutowa, wielowątkowa suita "Starship Trooper", która podzielona jest na trzy części. Pierwsza, "Live Seeker" została napisana przez Andersona, który popisuje się tutaj swoją ogromną skalą głosu. Chris Squire, jeden z "mózgów" zespołu, wymyślił drugą partię pt. "Disillusion" przepełnioną brzmieniami gitary akustycznej oraz mistrzowskimi liniami basu. Steve Howe dograł do tego bajeczne solówki, co razem złożyło się na naprawde interesujący utwór.

"I've Seen All Good People" zaczyna się a'capella tzn. bez żadnego podkładu muzycznego. Anderson, Squire oraz Howe (jak zapewne już zauważyliście główni kompozytorzy zespołu ;)) świetnie budują swoimi głosami harmonię. Następnie mamy wejście akustycznej gitary Steve'a i delikatny podkład perskusyjny Bruforda. To wszystko dopełniałą fantastyczne klawisze, które dobrze budują wszechobecną w utworach Yes harmonię, kontrapunktując gitarę. Kolejny kawałek na płycie, to w całości napisany przez Jona Andersona "A Venture". Kompozycja ta różni się odrobinę od pozostałych, gdyż nie wnosi takiego pozytywnego klimatu jak np. "Clap" albo "I've Seen All Good People". W tym utworze popisać mogli się Kaye, który zagrał na pianinie bardzo interesującą partię do której Howe dograł dziwną solówkę. Całość jednak wypada bardzo pozytywnie z wysokim wokalem Andersona. Na koniec dostajemy chyba najlepszy utwór na płycie, napisany przez Jona oraz Squire'a. Jest to "Perpetual Change", który bardzo przyciąga swoim klimatem oraz napięciem. A prawdziwy "cud, miód i orzeszki" rozpoczyna się gdziś na wysokości 4:20 minuty, kiedy Howe improwizuje z Kayem. Ten kawałek do dziś grany jest na koncertach grupy, gdyż wszedł już do kanonu najlepszych kompozycji Yes'ów.

Szczerze polecam płytę "The Yes Album" każdemu, komu do gustu przypadły takie dzieła jak np. "Close To The Edge" albo "Journey To The Centre of The Earth" Wakemana. Być może nie jest to ten sam wysoki poziom co "Tales From Topographic Oceans", ale warto odnotować, że ta płyta to pierwszy większy sukces zespołu.

Link to comment
Share on other sites

Antigama "East Clintwood" / Deranged Insane "Human Shit" SPLIT

limitowane do 100 sztuk, moja kopia #019

Label: Mortville

Wydawca PL: Selfmadegod

Rok wydania: 2004

Tracklista:

Antigama:

1.The Official Truth for a New Generation

2.Bloodmaker

3.Tapeworm

4.Stardust

5.Sick I Am

6.Electronova

Deranged Insane:

1.Tormenta

2.Sickness

3.Rottness

4.Sadistic Self-Laceration (Tumor)

5.There Is No Truth

6.Nightmare City, Intro/Evolution

7.Fear of My Mind

8.Sem Razao

9.Indigente

10.Dor De Ser

Antigama: No cóż...wpadł mi łapki ten limitowany do 100 sztuk splicik i co? Oczywiście warszawscy grinderzy nie zawodzą. Jest to materiał nieco inny od takich arcydzieł jak "Intellect Made us Blind" , "Discmomfort" czy b. dobrego "Zeroland". Na tym splicie znajdziemy 6 naprawdę poschizowanych i przejaranych kawałków jakich jeszcze Antigama nie grała 8) Płytę otwiera The Official Truth for a New Generation które jest zlepkiem krzyków, dziwaczynych i zarazem przerażających dźwięków, totalny noise 8) Następnie wkracza miażdżącyBloodmaker, utwór który można było usłyszeć również na późniejszym "Discomfort", lecz tutaj brzmi nieco inaczej, jest jakby...surowszy i z bardziej syntetycznym growlingiem. Kolejne...Tapeworm oraz Stardust i Sick I Am... grind/noiseowa jazda o której nie opłaca się rozpisywać, to trzeba po prostu usłyszeć 8) Materiał Antigamy zamyka Electranova, która jest kolejnym wyłacznie elektronicznym tworem, ale...tutaj nawet jest pewna melodia i da się (i to jak najbardziej!) słuchać.

Deranged Insane: brazylijski zespół rezydujący w Japonii. Duet który traktuje nas potężnym noiscore/goregrindem. 10 tracków, które na pewno zniszczą wam mózg. Jest to materiał łatwiejszy w odbiorze niż antigama, ale na pewno nie ustępuje brutalnością, ba, jest to naprawdę solidny kopniak w twarz. 10 błyskawicznych numerów i koniec. Świetna sprawa. Ciekawostką jest, że na wokalu/gitarze jest...kobieta 8) Ale nie spodziewajcie się wysokich screamów...Cynthia ryczy jak poje*ana a pomaga jej w tym perkusista Kiko 8)

Link to comment
Share on other sites

ZESPÓŁ: Dream Theater

Płyta : "Awake"

Płytę dostałem w arcymiłych okolicznościach :D Otwieram pudełko - brak książeczki, jest takie rozwijane cóś z tyłu przedstawiające dreamów w studiu, a z drugiej strony teksty. Jest ok. Płyta ląduje w odtwarzaczu, mam lekko przykręcony bas, bo wiadomo co Myung wyczynia ;)

pierwszy utwór - "6.00" perkusyjne intro, połamana gitara, bardzo dobry luźny tekst, zwraca uwagę bardzo dobry wokal La Brie. Poo dkoniec utworu jest take solo, że głowę urywa. Następnie mamy dwa lekkie, rockowe utwory (innocence faded oraz caught in a web) po których następuje solówkowo popisowa orgia - "Erotomania" kto zna dreamów zna pewnie i ten utwór - bardzo dużo zmian tępa, popisów, solówek, zwolnień itd. Po utowrze następuje mój ulubiony utwór na płytce - "Voices" z pyszną solówką. Dalej mamy akustycznego "Silent mana" (te trzy utwory stawnowią jakby całość. Po nim następuje jakby drastyczna zmiana - utwory są cit cięższe i chyba trochę mroczniejsze. Wspólna gra na utworze 10 "Sacred" zabija. Ostatni kawałek jest nostalgiczny i wolny, zostawiając słuchacza sponiewieranego techniką, brzmienie, zgraniem i wyczuciem jakim dysponuje ten zespół.

na płycie nie ma słabego utworu. polecam

ocena - 10/10

Link to comment
Share on other sites

Zespół: Gamma Ray

Płyta: Powerplant

Track'i:

1.Anywhere In The Galaxy (9/10)

2.Razorblade Sigh (8/10)

3.Send Me A Sign (7.5/10)

4.Strangers In The Night (8/10)

5.Gardens Of The Sinner (9/10)

6.Short As Hell (6/10)

7.It'a A Sin (8/10)

8.Heavy Metal Universe (5/10)

9.Wings Of Destiny (7/10)

10.Hand Of Fate (7/10)

11.Armageddon (9/10)

Jestem wielkim fanem tego zespołu. Tak wielkim, że słucham przynajmniej 15-20 utworów Gammy na dzień, a takie kawałki, jak Heart Of The Unicorn czy Rebellion In Dreamland są przeze mnie przesłuchiwanie regularnie codzień juz z przyzwyczajenia. Bardzo lubię niemal wszystkie ich płyty, jednak ten album jest inny od pozostałych.

Nie chodzi o to, że jest lepszy... bynajmniej. Pod pewnymi względami jest on genialny, jednak pod innymi wręcz kiepski. O co mi chodzi? Zaraz wyjaśnię...

Większośc utworów na Powerplant to hity. Otwierający ją Anywhere In The Galaxy to znakomity, bardzo mocny i szybki opener, który posiada nalezyty "wykop" i idealnie pasuje tam, gdzie się znalazł. Ale to w zasadzie standard dla tego zespołu, który doskonale potrafi zaczynać swoje albumy. Następny Razorblade Sigh już jedank pokazuje, że ta płyta jest zupełnie inna od pozostałych tego zespołu. Średnie tempo, zupełnie inne brzmienie i... dość kiepski wokal Hansena bardzo zaskakują. Po nim jest Send Me A Sign - dość dziwny początek, jednak utwór po 30 sekundach rozkręca się i dalej jest dużo lepiej. Dość prosta budowa, wpadająca w ucho melodia - typowy power metalowy singiel i w sumie całkiem fajny utwór. Po nim następuje Strangers In The Night. Robi się coraz bardziej podniośle... i szybko. Następny Gardens Of The Sinner, jeden z najlepszych utworów na płycie. W dalszym ciągu utrzymany jest dośc patetyczny styl gry, jednak bez przesady. Kiedy już myślę, że dalej może być jeszcze lepiej to przychodzi Short As Hell. Utwór ten zupełnie tutaj nie pasuje, słychac to od samego początku. Wokal ponownie nie wyrabia, tempo jest zdecydowanie za wolne, krótko mówiąc - przynudza. Następny idzie cover zespołu Pet Shop Boys pt. "It's A Sin". Naprawdę nieźle wykonany, ponownie różni się od całej reszty, jednak tym razem ten nietypowy styl kawałka miło urozmaica płytę i dobrze wpływa na jej klimat. A potem znowu przynudzanie, czyli Heavy Metal Universe. To nie jest Gamma! Tak grać sobie moga cieniarze pokroju Manowara czy Hammershita. Banalne riffy i to ciągłe błaganie o to, by chłopcy przyspieszyli choć trochę... na darmo. Wings Of Destiny jest lepsze, wreszcie wraca klimat, jednak wciąż brakuje mi tego "czegoś", co prawie zawsze towarzyszy mi, kiedy słucham Hansena i spóły. Ot, dobry utwór, który nie niesie ze soba specjalnych emocji. Hand Of Fate też jest całkiem niezłe, przy jego słuchaniu wyraźnie można wyczuć, że do końca płyty już nie daleko, a takie powinno właśnie być zadanie tego kawałka - wprowadzenie do końca. Ostatni Armageddon b. dobrze kończy płytę. Jest długi, ale nie przynudza. Jest szybki, ale w odpowiedznich momentach zwalnia. No i ten chwytliwy refren.

Może już niektórzy zdążyli domyślić się, jaka jest największa wada tej płyty. Jest nią to, że te wszystkie kawałki, mimo iż żaden z nich nie jest szczegółnie kiepski, a niektóre są wręcz znakomite - po prstu kupy się nie trzymią. Nie ma tego klimaty, co na Land Of The Free czy Somewhere Out In Space, a różnorodnośc stylów zbyt często irytuje zamiast wprowadzać ciekawe urozmaicenie do tego troche już zastygłego gatunku, jakim jest heavy metal. Prawie wszytkie utwory z Powerplanta świetnie wypadłyby na żywo, jednak w domowym zaciszu, kiedy człowiek oczekuje raczej dobrze zbudowanej atmosfery z odpowiednim naciskiem na cos szybkiego i coś wolniejszego, taki chaos, jaki panuje czasem na tym albumie może być trochę męczący. Daję 8/10 za to, że to dobra płyta. Nie daję więcej za to, że nie tego oczekiwałem od Gammy. Na pewno bez wątpienia każdy powinien posłuchac tej płyty z ciekawości - dla wielu ludzi to najlepsza płyta GR, jednak wiele osób (w tym ja) ma o niej zupełnie inne zdanie. Sprawdź, czy tobie ona podejdzie bardziej niż mnie. Jednak dla początkujących znajomośc z twórczością tego zespołu radziłbym zacząć raczej od No world Order, SOIS bądź Land Of The Free.

EDIT: Zaliczyłem małe niedopatrzenia przy ocenach kawałków, poprawione.

Link to comment
Share on other sites

Zespół: Gamma Ray

Płyta: Insanity & Genius

Znowu płyta Gammy (chciałbym zrecenzować wszystkie) i znowu nie będę się przy niej rozpływał (na to przyjdzie czas jeszcze :) ). W zasadzie mozna te recenzję skrócić do jednego zdania: pół tej płyty jest [beeep]iste, a drugie pół średnie albo do [beeep]. :D Ale po kolei...

1.Tribute To The Past (9/10)

2.No Return (8/10)

3.Last Before The Storm (8/10)

4.The Cave Principle (7/10)

5.Future Madhouse (7.5/10)

6.Gamma Ray (7.5/10)

7.Insanity & Genius (8/10)

8.18 Years (5/10)

9.Your Turn Is Over (7/10)

10.Heal Me (9/10)

11.Brothers (6/10)

No to jedziemy. Pierwszy utwór na płytce kopie w zad od początku do końca. To jeden z najwiekszych klasyków GR i jeden z moich ulubionych utworów tego zespołu. Świetny tekst, wokal, niesamowita szybkość i wyjechana solówka Hansena 8) . Po nim tempo trochę zwalnia, ale to wcale nie znaczy, że No Return jest niewarty uwagi. To naprawdę wyborna kompozycja, podobnie jak następny Last Before The Storm. Uff... póki co jest znakomicie. Niestety następny Cave Priniciple jest bardzo wolny i zbyt długo się rozkręca, przez co trochę przynudza miejscami. Następujące po nim Future Madhouse i Gamma Ray to solidne kawałki, ale niestety i tak sporo gorsze i utrzymane w innym klimacie niż trzy pierwsze tracki. Tytułowy utwór z tej płyty ponownie daje po nerach. Tempo wciąż dosyć wolne, jednak świetna kompozycja, tekst i ponownie znakomity wokal Scheepersa tworzą niepowtarzalny klimat. 18 Years to jakaś pomyłka: początkowo myślałem, że płyta jest zrąbana i muzyka nie leci, ale wystarczyło porządnie pogłośnić wieżę, żeby dosłyszeć smętny wokal Ralfa. No i to tempo, ślimacze wręcz. Your Turn Is Over to dośc ciekawy kawałek z tego względu, że śpiewa na nim basista Dirk Schlachter. Utwór niezły, ale nie wybijający się ponad przeciętność. Pół-ballada Heal Me to po Tribute... najlepszy kawałek na płycie. Fantastyczne zmiany tempa, Hanson na wokalu i szczypta humoru - ten utwór mógłby idealnie zakończyć ten album. Szkoda tylko, że ktoś zupełnie niepotrzebnie wcisnął tu jeszcze ten czysto rockowy utwór Brothers, gdyż zupełnie on tu nie pasuje, mimo iż słucha się go nawet całkiem miło.

Ogólnie rzecz biorąc płyta na 7+. dałbym osiem, gdyby tylko wywalić z niej 18 Years i Brothers. Bez nich byłaby ona co prawda krótsza, ale za to bardziej spójna. Tym niemniej niezły materiał i warto wydać na niego te 4 dychy choćby tylko dla genialnych Heal Me i Tribute To The Past.

Link to comment
Share on other sites

Zespół: Gamma Ray

Płyta: Heading For Tomorrow

No to jedziemy dalej... tym razem pod młotek biorę debiut tego świetnego zespołu. Jest to płyta utrzymana w klimatych bardziej Keeper'owych, fani Walls'ów moga mieć problemy z nadmiarem "słodyczy" jaki cechuje HfT.

1.Welcome

2.Lust For Life (9/10)

3.Heaven Can Wait (8/10)

4.Spaceeater (7/10)

5.Money (6.5/10)

6.The Silence (8.5/10)

7.Hold Your Ground (7.5/10)

8.Freetime (8.5/10)

9.Heading For Tomorrow (9/10)

10.Look At Yourself (8/10)

Otwierające płytę Welcome jest takie sobie, ale nastepujący po nim Lust For Life to należyty kop na dobry początek. Oczywiście na wokalu Ralf Scheepers sprawujący się lepiej niż na Insanity... Nastęny Heaven Can Wait to przede wszystkim bardzo chwytliwy refren i melodia, która każdego wprawi w dobry nastrój. Czuć wyraźnie ten luz, jaki cechuje prawie wszystkie utwory na tym albumie, dzięki temu jest ona tak łatwa w odbiorze i nawet ludzie zupełnie nie trawiący metalu mogą się do niej szybko przekonać. Nie chcę opisywać wszystkich utworów z osobna, dlatego skupię się jeszcze na trzech, które wybijają się zdecydowanie ponad resztę. Pierwszy z nich to ballada The Silence. Jest ona cholernie klimatyczna i zawiera to, co lubię najbardziej: mianowicie częste zmiany tempa. Nie dam jej 9 dlatego, że odnosze wrażenie, jakby ciut w jej przypadku jednak "przesłodzono" w paru miejscach, poza tym chór nie zawsze daje rade. Następny jest Freetime. Wpadająca w ucho, typowa prosta hard rockowa kompozycja, której słucha się naprawdę wysmienicie. Ponownie czuć, ze podczas tworzenia tego kawałka chłopaki z Gammy naprawdę dobrze się bawili. Poza ty, muszę pochwalić znakomitą solówkę w 3 minucie utworu. Ostatnim kawałkiem, który chcę omówić, jest 14 i pół minutowy Heading For Tommorow. Pierwsze 4 minuty są utrzymane w średnim tempie i nalezy tutaj zwrócić uwagę na znakomitą robotę, jaką odwalił chór. Potem od 4 do 8 minuty mamy baaardzo długa przerwę, która zaczyna się niemalże ciszą z niezauważalną grą gitar i powoli rozkręca się aż do momentu wejścia w ostatnią, najszybszą fazę utworu. Mimo, iż HfT jest tak długi, ani razu podczas jego słuchania nie odczułem znużenia. Po prostu muzykom udało się utworzyć odpowiednią atmosfere, która trzymie mnie przy tym kawałku do samego końca.

No, a na zakończenie mamy ładny cover Look At Yourself zespołu Uriah Heep.

Polecam tę płytkę każdemu fanowi bardzo melodyjnego metalu. Nie zaznacie tutaj ani trochę cięższych riffów (nawet się nie "drom" za bardzo xD ), ale dostaniecie za to świetną atmosferę, dzięki której nie wyłączycie wieży zanim nie dosłuchacie płyty do końca.

A ocena: 8.5. Dałbym 9, ale niestety jeden utwór zupełnie mi nie podszedł. Chcecie wiedzieć jaki to popatrzcie na oceny poszczególnych kompozycji.

Link to comment
Share on other sites

Dream Theater

"Metropolis pt.2"

Niesamowicie progresywna płyta. Pierwsza z Rudessem na klawiszach. Cała płyta kręci się wokół zabójstwa pewnej dziewczyny w roku 1928, a kazdy kolejny odkrywa jej tajemnicę....

płyta jest dość mocna w porównaniu do poprzednich. Rozpoczyna się tykaniem zegara i głosem hipnotyzera, który wprowadza w trans. Po tym następuje lekkie gitarowe intro i już możemy zagłębiać się w płytę. Kolejy utwór - "Ouverture 1928" to esencja tego za co lubię DT - harmonia, zgranie, technika, lekkość. Po nim mamy "Strange deja vu" i kolejne zaskoczenie. Płyta jest zbudowana w formie sztuki, a teksty są wypowiadane przez różna osoby. Cała jest jednak śpiewana przez Jamesa.

Nawet na siłę nie da się znaleźć słabszych momentów na płycie. Są mocne uderzenia ("Beyond this life", "Home" - z ciekawie wprowadzonym sitarem), są i lżejsze. Płyta urywa głowę. Polecam miłośnikom dobrego rockowego grania.

Link to comment
Share on other sites

EMPEROR

In The Nightside Eclipse

BM

1994

Pierwsza plyta jednej z legend bm. Wczesniej byl tylko demo Wrath of the tyrant.na poczatku powiem subiektywnie ze jest to moja wielka milosc na tej muzyce doroslem, slow uczylem sie na pamiec takze ocena bedzie wysoka. czas na troche obiektywizmu. zaczynamy od swietnego 50sek industrialnego intra, ktore jest znakomitym wprowadzeniem do plyty pozniej leci Into the infinity of thoughts, najdluzszy kawalek na plycie, ale po nim jest the burning shadows of silence, prawdziwe arcydzielo o niesamowitym klimacie. Ishan ma bardzo specyficzny skrzek, ale pasujacy do muzyki. tak jest w kazdym utworze emperora, tylko jak czasem przestaje skrzeczec i zaczyna gadac to juz troche przesadza, ale to drobny mankament. moge dlugo opowiadac o kazdym utworze, bo kazdy jest dobry, ale na szczegolne uwage zasluguje wlasnie ten, towards to pantheon oraz finalny inno a satana. ta plyta to mocna muzyka (ale z pewnoscia nie najmocniejsza), nie dla kazdego. ale jezeli lubisz muzyke z klimatem, nie przeszkadza ci to ze czasem nie rozumiesz o czym kto spiewa i jakie dzwieki gra (generalnie tak jest, ale ta plyta jest jeszcze dosc czytelna jak na bm) to polecam. najlepiej sluchac w zimie w lesie :P

10/10

Link to comment
Share on other sites

PanterA

Cowbos From Hell

1990

Trash

Wydana w 1990 roku plyta Cowboys From Hell zespołu PanterA to moim zdaniem plyta którą powinno się wymieniać (jeśli mówimy o najlepszych plytach trash'owych) na równi z Master Of Puppets i Regin in Blood. Tego albumu nie da się opisać slowami. To czysta energia(oczywiście pozytywna) metalowa, która rozwala wszystko wokół już od pierwszych sekund włączenia jej w odtwarzaczu. Te mistrzowskie riffy, solówki, blasty, eh... czysty geniusz. Dlugo by pisać o wszystkich utworach bo każdy jest wyjątkowy ale wymienie te które koniecznie trzeba uslyszeć. A więc: Cemetery Gates, Medicine Man, Clash With Reality, The Art Of Shredding, Psycho Holiday no i oczywiście Cowboys From Hell(który według mnie powinien być hymnem headbangerów). Cała wyjątkowość tej płyty to w ogromnej mierze zasługa Dimebaga Darrella, który jest i pozostanie dla mnie na zawsze najlepszym gitarzystą metalowym. I teraz mała refleksja, dlaczego tak wspaniali ludzie muszą odchodzić tak wcześnie(i w tak tragiczny sposóB), kiedy mają jeszcze tyle do zrobienia? :cry:

To czego dokonała PanterA na tym albumie wymyka się spoza wszelkich skal oceniania.

Wiem, że może ktoś może być zawiedziony zbytnią lakonicznością tej recenzji ale o takich rzeczach nie da się mówić ot tak po prostu(wiedzą to na pewno ci którzy słyszeli już ten krążek). Więc każdy kto uwielbia świetną muzykę musi sięgnąć po ten album!!!

METAL UP YOUR ASS!!!!

Link to comment
Share on other sites

THE BERZERKER

The Berzerker

hyperfastindustrialdeathgrind (powaga! czasem od takiego szufladkowania mozna sie porzygac... :-& )

hmmm...ja tu od niedawna i widze ze w kingdom of metal duzo, a raczej wcale o bardzo ciezkiej muzie sie nie mowi. ta muzyka jest bardzo szybka, brutalna, glosna i duzo w niej skrzeku i growlu. przy tym jest bardzo odmienna od takiej klasycznej formy grania- duzo elektroniki, przesterowana perkusja. apropos perkusji- to nie zaden program czy automat. tak gra czlowiek. dla tych co chca szybko grac na garach polecam- facet nalezy do czolowki swiatowej.

utwory sa czesto poprzedzane intrami o lekko gorowej tresci.

jesli chodzi o sama muzyke to jest bardzo szybka, duzo w niej industrialu. po prostu dla wiekszosci ludzi ryje beret, a nawet dla tzw. metalowcow jest nieprzyswajalna i powodueje bezwarunkowy odruch wkladania sobie palcow do uszu. dla mnie to plus slucham tego typu muzy ze dwa lata i zdazylem sie przyzwyczaic.

znam z autopsji, ze do takiej muzy przekonuje sie baardzo malo ludzi.

ja polecam polecam polecam, a wszczegolnosci:

reality

forever

burnt

chronological order of putrefaction

humanity

deform

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.



  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...