Czarna Biblia Pawlaka

  • wpisy
    63
  • komentarzy
    580
  • wyświetleń
    72078

O blogu

czyli treści pawlakowej egzystencji (których i tak nikt nie czyta)

Wpisy w tym blogu

pavlaq89

[media=]

Byłem w kinie na "Marsjaninie"

Tak się składa, że uwielbiam filmy sicence-fiction i często są one pierwszym moim wyborem, kiedy mam coś obejrzeć. Tym bardziej w kinie. Wczoraj takim właśnie sposobem obejrzałem z moją lepszą połową "Marsjanina" i, chociaż nastawiałem się sceptycznie, film urzekł mnie prawie w każdym aspekcie. Aktorzy dawali z siebie wszystko, nawet Matt Damon, który o dziwo był bardzo przekonujący w swojej roli. Fabuła to, jak w przypadku Fury Road, reprezentant kina "W tę i z powrotem". Muzyka jest nawet nastrojowa - miejscami bardzo przypomina soundtrack z Mass Effecta. Bardzo ładnie prezentują się widoki marsjańskiej okolicy, kręcone pewnie na pustyni w Teksasie i przepuszczone przez czerwony filtr. Wnętrza bazy i statku są bardzo futurystyczne, ale realistycznie odwzorowują potencjalny rozwój technologii w niedalekiej przyszłości.

Uważaj, bo to, co możesz za chwilę przeczytać nie jest spoilerem, ale może zepsuć Ci zabawę.

No i jak to w science-fiction bywa, żeby film trzymał się kupy trzeba coś zmyślić. Kilka ciekawostek o czerwonej planecie, które tkwiły mi w głowie skutecznie mi o tym przypominały. Co zatem zostało przekłamane na potrzeby filmu?

Mars jest martwy nie bez powodu. Pomimo, że znajduje się w strefie przyjaznej dla życia w Układzie Słonecznym, nie posiada pola magnetycznego, które by to ewentualne życie ochroniło przed wiatrem słonecznym i wszędobylskim promieniowaniem kosmicznym.

Ryzyko wystawienia na to ostatnie wymienione są w filmiku promocyjnym z Neilem deGrasse Tysonem i wygodnie wytłumaczone kosmicznym smalcem. W porządku, a reszta?

Mars_atmosphere.jpg

Zacznijmy od marsjańskiej atmosfery. Jej ciśnienie to zaledwie 7-9 hPa. W porównaniu do naszej normy 1013 hPa to prawie próżnia. Tak cienka atmosfera złożona w większości z dwutlenku węgla nie chroni absolutnie przed promieniowaniem UV, którym bombarduje słońce. Sama planeta znajduje się z 1,5-krotnie dalej od naszej gwiazdy niż my, ale skutki opalenizny byłyby o wiele gorsze. W trailerze widzimy okoliczności, w jakich nasz główny bohater zostaje rozdzielony z załogą - burza piaskowa. Świetnie pokazane zniszczenia a latające naokoło kawałki wyposażenia robią wrażenie zagrożenia i dodają dramatyzmu. Tyle, że nie odwzorowują rzeczywistości. Owszem, wiatry na Marsie są w stanie osiągnąć prędkość 300 km/h, jednak przy tej gęstości powietrza, nie miałyby one siły nawet załopotać amerykańską flagą, wbitą w marsjański grunt. Jedyne co zostaje porwane na wietrze to malutkie drobiny pyłu, które są w stanie wisieć w powietrzu dzięki niskiemu przyciąganiu planety. Widać to najlepiej na zdjęciach lądownika marsjańskiego Opportunity, który niestety nie był wyposażony w szczotkę do paneli słonecznych i musiał wyłączyć część funkcji w dalszej części misji z powodu niedoboru prądu.

PIA15114_sol1282_L456atc-500x429.jpg

Selfie po 3 latach od lądowania

PIA15115_sols2811-14_L456atc_br2small-500x416.jpg

I po 7 latach

Największym problemem jest ziemia. Nie, nie Ziemia, a ziemia na Marsie. Jego gleba. Nie dość, że sama ma niewielką pojemność termiczną przez co na planecie jest tak cholernie zimno (to po części też zasługa mało funkcjonalnej atmosfery) to jeszcze jest trucizną dla człowieka. Dosłownie. W 2008 lądownik Phoenix dostarczył dane o tym, że Marsjańska gleba jest jeszcze bardziej obca niż nam się wydawało. Jest tak przez zawartość nadchloranów w jej składzie (ok 1%), które są mocnymi utleniaczami i w kontakcie ze skórą powodowałyby poparzenia, a wdychane - poważne uszkodzenia płuc. To nie jest coś, co chciałbyś przekopywać gołą ręką, tudzież trzymać w swojej kabinie. Plusy są takie, że dałoby się używać ich jako paliwa. Z tego powodu ziemniaki raczej by na marsjańskiej glebie nie wyrosły i główny bohater filmu najprędzej umarłby z głodu.

Jeżeli w ogóle.

Biorąc pod uwagę fakty, Mark i jego załoga nie mieliby w ogóle problemów z burzą piaskową i misja szłaby dalej jak z płatka. Dosłownie, ponieważ wszystko waży tam 1/3 tego, co na Ziemi. Film ma też kilka niekonsekwencji, ale to typowe dziurki w scenariuszu. Gdyby twórcy trzymali się absolutnego realizmu, nie mógłbym obejrzeć tej niesamowitej walki astronauty z przeciwnościami losu. Postać wykreowana przez autora powieści przejawia świetnie tok myślenia i pracę eksploratora kosmosu. "Marsjanina" nie czytałem, ale wiem to z innej lektury: "An astronaut's guide to life on Earth" Chrisa Hadfielda, którą bardzo polecam. Zadziwiająco twórcy pokazali Hermesa, który wiózł astronautów w tę długą podróż - cała stacja kosmiczną z kompletem przestrzennych modułów, które zapewne latami były montowane na ziemskiej orbicie i przygotowywane do najdłuższego, najdalszego lotu ludzi z dala od ich rodzimej planety.

A czym jest kosmiczny smalec?

Dawno temu, jeszcze w czasach gimbazy, czytałem internetowy komiks "LOSUX". Opowiadał on o trudach i zmorach licealnego życia (które po części się sprawdziły). Jednym z bohaterów był bałwanem, który bardzo lubił pić wódkę. Dziwicie się pewnie jakim cudem się nie roztapiał?

KcSL1.jpg

Kosmiczny smalec jak dla mnie brzmi lepiej. Tak od tamtej pory nazywałem to, co jest opisywane jako plot device, czyli zasada, rzecz lub czynnik, który popycha fabułę dalej. Bez niej kluczowe elementy historii rozproszyłyby się a akcja nie dotarłaby do oczekiwanego finału. Tak więc kiedy będziecie się zastanawiać czemu pewne bzdurne rozwiązania są zawarte w aktualnie pochłanianej przez Was fikcji, wiedzcie, że to był moment, w którym twórca scenariusza musiał zasięgnąć po czerwony przycisk z napisem "plot device", żeby ją dokończyć. Im rzadziej przycisk jest wciskany, tym historia toczy się bardziej naturalnie.

W moim odczuciu jeżeli twórcy przynajmniej wytłumaczą istnienie takiego urządzenia to wybaczam im jego użycie - w tym przypadku nieroztapiajacy się bałwan stał się w komiksie wiarygodną postacią, bo twórca określił zasadę, która działa w jego świecie i nikt nie może tego podważyć. Jednak w innych przypadkach, np. ktoś bełkocze o wielgachnym mechu, który utrzymuje się w pionie bo ma tytanowy szkielet i napędzany jest silnikami diesla(!) to krew mnie zalewa. Tak, mówię o Tobie, Pacific Rim.

Koniec końców polecam każdemu obejrzeć "Marsjanina", bo to po prostu dobre kino sci-fi. Nawet jeżeli nie płaczecie ze wzruszenia na bliski widok startującej w kosmos rakiety, albo nie przechodzą Was ciarki kiedy postać w skafandrze stawia kroki na nieznanym gruncie, zapewniam, że nie będziecie się nudzić.

pavlaq89

Tymczasem po sześciu latach...

...z nudy wygooglałem "pavlaq89". Wujek pokazał mi jasno, że większość mojego sieciowego jestestwa zawieszona jest na FA.

- Ile to już? 6 lat? 3 lata od ostatniej aktywności? Ilu ludzi zdążyło zapomnieć o moim istnieniu? Nie dziwię im się - byłem tylko jedną z tysięcy wirtualnych osobowości, zawieszonych na tym skrawku serwera.

Jeżeli czytając te znaki spodziewacie się tego, co było kiedyś, to muszę Was rozczarować. Tak jak teraźniejszy 'ja' nie potrafi zasymulować stanu 'siebie' w przyszłości, tak samo te 6 lat temu nie miałem zielonego pojęcia kim będzie moja osobowość. Taka prawda, że nikt z nas nie potrafi. Podkładamy jedynie swoich obecnych 'nas' jako niezmienną do końca życia stałą. Oczywiście nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

- Czemu czuję się przywiązany do ciemnego ekranu z jasnymi znakami? Czemu ten widok uderza w dawno zapomnianą nutę nostalgii? Dlaczego zależy mi, żeby poświęcić czas na napisanie kilku setek słów w przestrzeni, do której już dawno straciłem poczucie przynależności?

6 lat to 2191 dni. Dni w których czas przytomności wykorzystuję na dziesiątki aktywności, które w jakiś sposób przygotowują mnie na jeszcze jeden kolejny dzień. Dają mi wiedzę, umiejętności, przyzwyczajenia, wspomnienia. Z każdym dniem jestem kolejną iteracją siebie z wczoraj. W ten sposób coś, co określam mianem 'siebie' codziennie znaczy co innego, jednak nieznacznie zmienionego. Jednak nakładając na siebie 2191 nieznacznych zmian można natrafić na wynik zaskakująco różny od stanu początkowego...

- Co ja robiłem te 6 lat temu, że znalazłem się tutaj? Co podpowiada mi pamięć o tym okresie?

Rozgoryczony porażką jeszcze nastolatek pozostawiony w punkcie wyjściowym swojego prawie dorosłego życia. Dni i noce spędzone na bezsensownej wegetacji zlepiają się w jedno. Beznadzieja i pustka złamanej ambicji pozostawia ziejącą dziurę. Ucieczka do papierowego, wirtualnego świata daje ukojenie.

- Po co w ogóle zacząłem odzywać się na forum pełnym obcych nicków i awatarów? No jasne, one mnie nie będą oceniały, nie wiedzą nic o mnie tak jak ja nie wiem nic o nich. Nie muszę wcale poznawać nowych ludzi, z resztą nienawidzę tego robić. Lepiej mi pisać niż mówić. Lepiej czytać niż patrzeć w oczy. Lepiej słuchać ciszy niż obcych śmiechów.

Tak było lepiej przez chwilę. Zacząłem angażować się mocniej, obserwować więcej, pisać, czytać, tworzyć w głowie głosy dyskutujących osobowości. Wtedy zacząłem szukać siebie, w tej całej zasłonie dymnej po ewakuacji z płonącego budynku mojego dotychczasowego życia. Trzeba było rąk do pomocy, do noszenia wiader z wodą, potem cegieł i zaprawy.

- No chodź, to jedyna taka okazja.

- Nie wiem, nie lubię tłumów i zgiełku.

- Przestań tak gadać, przecież będą grać za darmo!

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że koncert mojego najulubieńszego zespołu to spełnienie marzeń i przeżycie, które wtargnie do mojej świadomości jako niezapomniany stan największej euforii jakiej nawet nie byłem w stanie sobie wyobrazić. Oni towarzyszą mi do dzisiaj. Kilka miesięcy temu nawet miałem okazję im o tym opowiedzieć. Każde kolejne takie zdarzenie to dla mnie wielki czerwony punkt w kalendarzu z gwiazdkami i wykrzyknikami. Moje osobiste święto.

- Czas najwyższy odświeżyć kilka kontaktów... Nie sądziłem, że ma numer gg. Heh, zabawne, on to samo sądził o mnie. Jeszcze ty, ty i ty. Może w coś pogramy razem?

Codzienne zmagania z kolejnymi przedmiotami, kolokwiami, egzaminami mijały szybko, bo jedynym na co czekałem po powrocie do pustawego, ciasnego pokoju akademika było otwarcie pokrywy, wciśnięcie przycisku zasilania, założenie słuchawek na uszy.

- Ale to było dobre! Dawno nie widziałem takiej dobrej animacji. Dzieło sztuki. Ciekawe czy ktoś jeszcze ma podobne zdanie. Nikt z osób, które widuję na co dzień nie podziela moich hobby. Może w internetach znajdzie się ktoś z okolicy...

Nie przypuszczałem, że w bezpośredniej okolicy znajdę tylu zakręconych ludzi. Nie przypuszczałem nawet, że spędzę z nimi wiele długich wieczorów i godzin śmiechu. Nie sądziłem, że niektórzy z nich będą towarzyszyć mi jeszcze do czasów obecnego mnie. Poznałem ich sporo. Zjedliśmy nieco soli, wyrobiliśmy swoje własne żarty, znamy swoje charakterystyczne powiedzonka. W tamtym czasie dorwały mnie szalone nieokreślone uczucia nastolatków (mówiłem już, że nie lubię nastolatków?). Teraz są dla mnie trywialne i śmiechu warte. Skończyły się tak nagle jak się zaczęły.

- Czas na nerdowanie! Kto ma największą chatę? Rozkładamy się u niego ze śpiworami, zasłaniamy okna i gramy w co popadnie!

Erpegi, planszówki i oglądanie ekranu do późnej nocy leżąc pokotem w barłogu. Tak rozpocząłem znajomość z drugą częścią mnie. Tyle czasu minęło, a dla mnie to jak wczoraj. Do dzisiaj lubimy zwolnić tempo z jakim pędzimy przez codzienność, poleniuchować, dotknąć błogiej beztroski i zapomnieć o całym świecie.

- Nie, nie wracam.

Okres, po którym miałem zakończyć studia (te drugie) był ciężki. Z pustą kieszenią i CV w ręku łaziłem w tę i nazad po drodze dorabiając za marne grosze na czynsz. Ale to było jedyne słuszne wyjście. Jak miałbym zostawić wszystko i wrócić na stare śmieci? Przecież tyle trudu kosztowało mnie podniesienie się na nogi i wyruszenie stamtąd naprzód. Dalsza droga zaowocowała w stałe zajęcie przynoszące stały pieniądz, nawiązanie nowych kontaktów, uczenie się nowego środowiska, łapanie nowych nawyków i zwracania uwagi na to, co wcześniej uchodziło niezauważone.

- Drugi stopień? Bring it on! Dam radę.

Od tego momentu należy dodać liczne przeżycia, koncerty, wyjazdy, komiksy, gry, zakupione dobra różnego rodzaju, obejrzane godziny mówiących do mnie twarzy i oto jesteśmy tu i teraz.

Cześć, jestem pawlak. Miło Cię poznać.

pavlaq89

Lycz: Pewna inna gra dreptała Dałnowi po piętach jeżeli chodzi o wymyślne taktyki, inteligentnie przeprowadzone natarcia i taktycznie użyte obszarówki. O ile Resident Evil 5 zgarnia tytuł najlepszej kooperacyjnej gry 2011, o tyle Magicka w pełni zasługuje na tytuł najlepszej antykooperacyjnej gry zeszłego roku. Przyznaj Pawlak sam ile radości dawało nam wysadzanie w powietrze własnych przyjaciół, kiedy goblińskie hordy nacierały z wszystkich kierunków?

Pawlak: W trakcie ?Dunka-dunka? nasi bohaterowie zostali wysłani w pełną przygód i niebezpieczeństw oraz martwych łosi podróż. Z czego największym niebezpieczeństwem byli... oni sami.

Lycz: Jeden z nich był niewdzięcznym gnojkiem, który cały czas krzyczał: ?Uwaga na*****am obszarówkę!?.

Pawlak: Inny podpalał przeciwników swoim miotaczem ognia ?przypadkiem? zapalając szaty pozostałym magom.

Lycz: Każdy z nich miał jednak duszę samatyra... symarani, no wiesz to brzydkiego słowo na ?S? z Biblii.

Pawlak: Syry-dla-nina? Jakkolwiek by nie było, zaklęcie wskrzeszania było używane kilkanaście razy na minutę.

Lycz: Zazwyczaj tylko po to, by znowu zabić ożywionego. Jedyna obowiązująca zasada brzmiała: ?Ale wiesz, żeby było śmiesznie?. Poza twoja czarodziejska laska naprawdę mi się podobała... Wszyscy chcieli leczyć rany swoich kompanów, nawet w zaświatach. Moc leczenia nie tylko uzdrawiała żywych, ale też działała destukcyjnie na martwych. A skoro do zaświatów prowadzi tylko jedna droga...

Pawlak: Randomowe odpały, typu ?Kto zabije wszystkich wieśniaków? (w miejsce niesienia pomocy atakowanej wiosce) czy ?DAJ KAMJENIA? (któremu towarzyszyła salwa głazów miażdżących kogo popadnie) albo rzucanie kul ognistych pod nogi ostrożnie stąpającego po cienkim lodzie sojusznika bądź wywalanie losowemu graczowi niebieskiego ekranu za pomocą potężnego zaklęcia ?crash to desktop?. Hitem sezonu był jednak Vortex.

Lycz: Zwany także Rectum Fortexem. Zaklęcie to miało za zadanie odkurzać. Zamiast jednak odkurzacza przywoływano gigantyczny wir czarnej materii zasysającej wszystko w swojej najbliższej okolicy. A zadaniem każdego było karmienie chciwej gęby Vortexa KAMJENIAMI. A moment w którym jeden z graczy zaczął unosić się w powietrzu powodował, że wszyscy sojusznicy pierzchli na wszystkie strony.

Pawlak: Bo równie dobrze mógł być to czar, przywołujący burzę z piorunami... W momencie kiedy nagle spadał rzęsisty deszcz, a niebo przysłoniły granatowe chmury, zaczynała się desperacka walka o przetrwanie. A warto było przetrwać, bo za przeżycie uderzenia piorunem dostawało się adekwatnego achievementa.

Lycz: Magicka to istny raj dla łowców ?aczików? osiagnięcia wpadały jedno za drugim za nieprawdopodobne wyczyny godne herosów, takie jak np. umieranie będąc żółtym, bądź zbyt długi dobór koloru szaty.

Pawlak: Albo przywłaszczeniu sobie wyposażenia sojusznika po uprzednim sprzątnięciu go z powierzchni ziemi, albo wykonania pewnego sławnego kopa w podbrzusze lub ścięcie głowy pewnego górala.

Lycz: Gra była wymagająca, ale nie raz puszczała oko do gracza dzięki czemu niektóre walki z bossami stawały się łatwiejsze. Na przykład jednego z bossów można było załatwić jednym ciosem przy pomocy jednego konkretnego artefaktu. Los jedna chciał, że obaj zdmuchnęliśmy niosącego kumpla (pozdrawiamy Cię Sony serdecznie) w przepaść, gdy on z rozwagą stąpał po wąskim kamiennym przejściu trzymając w ręku wzmiankowany przedmiot. Co prawda potem doigraliśmy się, kiedy Sony wbijał aczik polegający na pozostawieniu na śmierć swojej drużyny, podczas gdy samemu jest się niewidzialnym.

Pawlak: Wybór czarów i mechanika ich działania dawały sporo frajdy i skłaniała do eksperymentowania. Najróżniejsze pociski, tarcze, eksplozje, promienie (pamiętaj: nigdy, PRZENIGDY, nie krzyżuj promieni) spadały na plansze. Były też czary, które nie cieszyły się zbytnią popularnością, np. smar albo przywołanie (niedorozwiniętego) feniksa. O ile efekt tego pierwszego był oczywisty, o tyle widok ognistego ptaka dumnie wzlatującego i lądującego dorodnym telemarkiem dziobem w glebę powodował głupi śmiech i głośne facepalmy.

Lycz: Kiedy przeszliśmy kampanię (po całym zmaganiu się z naszymi wewnętrznymi demonami) zajęliśmy się wyzwaniami. Niczym w trybie hordy znanym z Unreal Tournament 2004 odpieraliśmy kolejne hordy wrogów. Oczywiście nasz zapał bojowy wzmacniała chęć zdobycia aczika za przetrwanie wszystkich 20 fal. Czuliśmy się niezręcznie słabi, aż do momentu kiedy na mapie pojawiała się książka z zaklęciem Vortex. Potem wystarczyło przygotować palce do jednej, jedynej kombinacji (poza W A), którą znało się na pamięć.

Pawlak: Dużo zabawy dostarczył również dodatek, który przenosił magów w pachnące napalmem dżungle pełne goblinów z kałachami i trolli z CKMami i tu i ówdzie dzielnych amerykańskich komandosów wyposażonych w niszczycielskie łuki... Mowa oczywiście o dodatku Vietnam, który dodaje do rozgrywki przygodę - misję ratunkową, oraz wyzwanie, pełne ton ołowiu i nawiązań do klasycznych filmów wojennych.

Lycz Oczywiście znalazło się dwóch cwaniaków, którzy udowodnili, że nawet amerykański komandos musi się strzec niezrównoważnych adeptów sztuk magii, ku przerażeniu Sonego i Thourivela (Ciebie też pozdrawiamy Thouri).

Pawlak: Fajne były kostiumy dla graczy. Sterować można było magiem-macką, headcrabem, gangsterem, załogantem U.S.S. Enterprise, albo też magiem zakonu kosmicznej marynaty.

Lycz: Nasza przygoda z Magicką nadal trwa, choć mieliśmy niedawno od niej małą przerwę. Oczekuje nas wielka przygoda z Cthulhu i wampirami, czyli pozostałe dwa dodatki do tego świetnego tytułu. I pamiętajcie: Vlad z pewnością nie jest wampirem!

pavlaq89

Lycz: W ponurej przyszłości, gdzie wszyscy mają dałna, jest miejsce tylko na jedno... NA ROZPIERDUCHĘ! Pamiętasz kiedy nagle wszyscy zarazili się dałnem? Na jedną komendę: ?Kto ma dałna!?? zapełniał się cały pokój.

Pawlak: ?Wszyscy mają dałna! Mam i ja!? jako żywo zakrzyknął cały nasz zespół, ponieważ zarażaliśmy nim całkiem efektywnie - przez TeamSpeaka, GG a nawet fejsa. Mało czasu minęło a każdy z naszej paczki potrafił całkiem dobrze dałnić za pomocą swoich ulubionych nie-ludków.

Lycz: Pośród nich wyrosło potężne imperium, straszliwych, niesamowitych wojowników, którzy jak prawdziwi mężczyźni walczyli tylko na dystans, najlepiej z przeciwległego końca mapy. A na imię im było NIGGA TAU! Ich wojskowa doktryna ?We gonna steal your shit for the greater good!? siała popłoch w sercach wrogów. A czego to nie wypuszczali na pole bitwy? Egzoszkielety bojowe, niewidzialne pancerze, antygrawitacyjne czołgi, psy, dinozaury, małpy z strzelbami i pierdzące wszędzie muchy. A najstraszliwsi pośród nich byli doktor ?Wielki? Knarloch, Krzysiu oraz oczywiście chłopcy w piżamach!

Pawlak: A ludzie widząc, że armie wyparowują nagle w falach pocisków rakietowych znikąd wiedzieli już, że ?Aha, Skajrej?. Ja za to walczyłem słodkimi niczym marcepan i różowymi jak hello kitty KAWAII MARINES, których mottem było ?War is better when it?s MOE? i ?We fight for cuteness of the emperor?. Taktyka była prosta - zalać przeciwnika masą piechociarzy do tego stopnia, że cała mapa była różowa jak landrynka wystrzelona z działa Deadnoughta Słodyczy. Inni walczyli w naszej nieświętej wojnie z siłami Loli-kronów, Gay-darów, Herpy Derp Orków oraz Imperialnych Frajerów za pomocą armii Chaosu, Tau, mniej-gejowskich Eldarów i Nicponi. Z czego Nicponie byli strasznymi urwisami.

Lycz: Ale i na nich znajdowało się taktyki. Ogniowi wojownicy znikąd, esperale, ?taktyka na NBA?, orczo-tausowa szarża, kradnące wszystko Stealthy, Heterotau, Killer Bees i Mexicarines to nazwy które przywodzą naszym wrogom na myśl najstraszliwsze koszmary.

Pawlak: ?Niewidzialni ci? JA CI DAM NIEWIDZIALNYCH TYCH!!!? bo nazwa jednostki nie była istotna. Kiedy ktoś z nas zauważył że punkt zaczął przejmować się sam, padał tekst ?Ten punkt sam się przejmuje!? na to ktoś ?Punkcie, nie przejmuj się?. Punktem honoru (zwłaszcza dla Nigga Tau) było kradnięcie punktów, a w przypadku, kiedy w grze był Andżej grający Nicponiami, trzeba było jak najszybciej ukraść wszystkie relikty. Bo jak on dorwał się do reliktu, to zapominał że jego artylerzyści mają strasznego zeza i zwykle trafiają sojusznicze jednostki. Bejnblejd to już marka sama w sobie. Powoduje prawie taką reakcję jak ?O kurna, monolit!? aka Monolit. Aż dziwne że latarkowi chłopcy, robiący psiu-psiu laserkami mogą wytoczyć na planszę taką grubą Bertę. Drift transporterami Rhino (zwanymi też metal boksami) był na porządku dziennym. Zupełnie jak zwiad... całą armią orków.

Lycz: Nie możemy oczywiście o naszej najwspanialszej kampanii wojennej, kiedy cztery bohaterskie armie porzucały różnice swoich poglądów, by razem, ramię w ramię stanąć w obliczu najpotężniejszego wroga, jaki kiedykolwiek położył swoje łapska na galaktyce Dałna. Mowa oczywiście o Ruchu Palikota.

Pawlak: Zwłoki homoseksualnych legionów kosmicznych elfów kładły się jak dywan wespół ze zmiennopłciowymi Eldarami oraz tymi, którzy przeholowali z wstrzykiwaniem sobie maryhuaniny do żył. Zero tolerancji, zero litości dla szumowin kosmosu.

Lycz: Swego czasu walczyliśmy też z specyficznym sojuszem składającym się z: Chaosu ?Andżej?, Nekronów ?Czemu?, Eldarów ?Nie? i Orków ?Grasz? sad_prosty.gif?.

Pawlak: Albo szukaliśmy pokładów Żużelków na mapie. Problemem niekiedy były epickie rozmiary naszych armii. Kolumna spasionych kosmicznych Marinsów skutecznie torowała drogę Skajrejom, a wyrastające spod ziemi różowe demony (?Uważaj! On nasyła różowe demoniki!?) nie dawały przejść innym jednostkom.

Lycz: Oczywiście nie było aż tak różowo. Nieco czasu zajmowało nam opanowanie buildów pozwalających na szybkie rozpoczęcie (?54 sekunda a ty jeszcze nie masz oddziału marinsów?! Z jakimi noobami przyszło mi grać...?), a nie raz zdarzało się nam padać pod naporem hord komputera typu very hard. Nie wspomnę co się działo, gdy walczyliśmy z obłąkanymi Gejdarami... Czasem mam wrażenie, że nieraz wspierał kompa Slaanesh siedzący wśród kartofli i psujący uprawy, a z tego co pamiętam Unia nie zwraca za to pieniędzy.

Pawlak: Kiedy bitwa nie przechodziła po naszej myśli i musieliśmy się wycofywać, uciekaliśmy do tzw ?Arki Ogiego?, gdzie rozstawialiśmy swoje bazy i wspólnymi siłami opieraliśmy się hordom przeciwnika. W historycznej Arce Ogii przytrzymał z nami całe pół godziny. Przed każdą bitwą robiliśmy konkurs na spamowanie czatu lobby - kto napisał ostatni, wygrywał (a przeważnie była to osoba, mająca największe opóźnienie względem gospodarza). Rozrywkę w dałnie mieliśmy nawet obserwując scenki rodzajowe podczas ekranów ładowania, komentując ?o, a tutaj ten Monolit przypomina kotka?, ?a tu wszyscy tańczą?, albo ?czemu ten fajerowarrior celuje w odwrotnym kierunku niż jego oddział??. No i kapłan Gwardii smarujący tosty za pomocą swojego miecza łańcuchowego. Nie można zapomnieć także o dyskotece Terminatorów i Nigga Tau dobierających się do kieszeni marinsów.

Lycz: By the way Soulstorm jest do bani! Dlatego cały czas prowadziliśmy Mroczną Krucjatę.

To be continued...

pavlaq89

Lycz: Ej Bro! Bro, budź się! Wiesz jaki jest miesiąc?

Pawlak: No już lipiec... to może czas na noworoczny wpis na blogasku?

Lycz: Czas najwyższy! Drodzy czytelnicy, czas Wam zaprezentować najlepsze gry 2011 roku.

Pawlak: Takie, które dostarczyły nam najwięcej radochy! Głównie te, w które graliśmy razem... albo na raz.

Lycz: Tak, po prostu nieraz czułem ten Twój oddech na moim karku...

Pawlak: A ja rakietę...

Lycz: No to bez dodatkowych wstępów! Oto nasza całkowicie subiektywna lista!

Pawlak: Bo jeżeli się z nami nie zgadzasz, to... możesz. Ten rok był pełen hiciorów, prawda Bro?

Lycz: O tak! Najwspanialsze tytuły, pierwszoligowe produkcje z najwyższej póki. Od którego by tu zacząć? Pamiętasz te pełne akcji godziny które spędziliśmy w tym tytule stawiającym na kooperację?

Pawlak: Było ich kilka, ale jeżeli chodzi Ci o ten, w którym walczyło się z gigantycznych rozmiarów stolcem, to mile wspominam te godziny.

Lycz: Stolce? A skrzynki?!

Pawlak: Rozpalone słońcem afrykańskie sawanny... Zdezelowane ciężarówki, zapuszczone wiochy i Azjaci, Latynosi oraz Arabowie jako rdzenni mieszkańcy. Mudżiny butują swojego pobratymca, bo nie miał klapek Kubota, a my z Lyczem idziemy po broń do agenta, który jest naszym kontaktem... i sprzedaje mięcho.

Lycz: Najstraszniejsi byli jednak ci wszyscy przeciwnicy. Mudżini krzyczący, że mamy kule, prezentujący swoje popisowe ruchy prosto z NBA. A do tego te eleganckie klapki Kuboty. Oraz najstraszliwszy przeciwnik ze wszystkich...

Pawlak: BECZKI! Główny bohater, Chris (Kłyss) ?Wbiegający-po-drabinie-i-wyskakujący-dwoma-saltami-przez-okno-z-gatlingiem-w-jednej-ręce? Redfield, żywi śmiertelną urazę dla wszelkich beczek i skrzynek i od kiedy tylko wkroczy do pomieszczenia, gdzie znajdują się jakieś, od razu brutalnie rozbija je nożem machając w amoku. Beczki bowiem zabiły jego rodziców kiedy Kłyss był jeszcze mały.

Lycz: Gra rozpoczyna się w momencie, gdy Kłis dowiaduje się o lokalizacji zabójców swoich rodziców. Wyrusza do Afryki by rozpocząć swoją krwawą wendettę na beczkach i skrzyniach.

Pawlak: Po drodze zabija mnóstwo Bogu ducha winnych zarażonych mudżinów, kurczaków i koszykarzy oraz wysadza kilka mudżińskich wiosek.Dokonuje tego wszystkiego z towarzyszącą mu ciemnoskórą Shevą, której tyłeczek może przez cała grę podziwiać gracz, który wcielił się w Kłisa. Pierwsze co musieliśmy sprawdzić to... jak szybko można obracać postacią! ?Jacek patrz jak Kłis potrafi szybko się kręcić! Łiiiii!!?

Lycz: Gra robi się dwa razy lepsza jak odblokuje się dla niej dodatkowe stroje. Strój: ?Sheva żąda od Kłisa wypełnienia pitu? oraz ?Sheva wyrwała się z buszu?.

Pawlak: Rozbijanie beczek urozmaicały nam szalone wyścigi ciężarówkami, walenie w co popadnie z CKMu, powożenie się motorówką po moczarach, odbieranie kurom jajek. Do tego dochodzą potyczki z licznymi bossami (ładniejszymi i brzydszymi) oraz... Wesker.

Lycz: GOD DAMN YOU WESKER!!! W pewnym momencie jednak odnaleźliśmy coś co przechyliło szalę zwycięstwa na naszą korzyść.

Pawlak: Za podkręcanie wyników poszczególnych misji gra oferuje sporo broni, ulepszeń i innych badziewi do odblokowania. Normalny jest tutaj pistolet z setką (słownie: STO) naboi w magazynku, łuk, albo minigun. Ale prawdziwą gratką okazała się NIELIMITOWANA AMUNICJA DO RPG przyznawana graczowi, który przeszedł grę w mniej niż 5 godzin.

Lycz: I to ja byłem tym szczęśliwcem! Ahahahahaha!!! Muszę przyznać, że rakietnica była bardzo praktycznym przedmiotem. Chcesz zabić bossa w sekundę kiedy wcześniej we dwójkę tłukliście go dobre 5 minut? Załatwione. Chcesz poświecić przyjacielowi w tunelu, bo ciemno? Załatwione! Chcesz otworzyć skrzynkę? Jedna rakieta załatwi twój problem.

Pawlak: Wrony wyjadają Twoje plony? Rakieta i po sprawie. Masz szczury w piwnicy? Nie ma problemu! Chciałbyś złowić rybę na obiad? Lepiej trafić nie mogłeś! Szewa z rakietką oczyści ci nawet szambo z Uroborosa.

Lycz: Gra pokazała pazurki w momencie kiedy obaj wyposażyliśmy się w nielimitowane rakietnice. To szaleństwo. Ta feeria barw! Czułem się jak na Karnawale w Rio! Tylko, że wszyscy mieli rakietnice. Nielimitowane naboje pozwalały na puszczanie prawdziwych serii. Niesamowity wymysł techniki. RPG puszczające 50 pocisków na minutę. Swego czasu sprawdzaliśmy kto jest szybszy: Kłis, czy pocisk z RPG?

Pawlak: Ekran trząsł się od eksplozji nieprzerwanie. Boss, z którym się męczyliśmy poprzednio układając taktyki i ginąc co rusz, odmawiał paciorek po przyjęciu jednej rakietki na nos. Rozpryskiwał się w drobny mak w huku eksplozji, a dzielna para protagonistów mogła skupić się na tym co najbardziej istotne...

Lycz: ...rozwalaniu skrzynek!

Pawlak: Potem wreszcie dobraliśmy się do tyłków Jill i Weskera. Zwłaszcza do tyłeczka tej pierwszej.

Lycz: Rwaliśmy ją jak świeżą rzodkiew.

Pawlak: Ją, a dokładniej pasożyta, którego miała w - zmysłowo głębokim - dekolcie. A Wesker wyrwał się z Matrixa, albo jest dalekim przodkiem Neo, bo wyczyny jakimi nam się naprzykrzał były miejscami mocno frustrujące. Na tyle, że zyskał on sobie tytuł ?GOD DAMN YOU!!? Weskera.

Lycz: Niesamowite wrażenie robiła ścieżka dźwiękowa produkcji, zwłaszcza jej flagowy song w w wykonaniu Black Eyed Peas pod tytułem: ?Kara-bin-bin-bin?. A słowa leciały mniej więcej taki: ?Kara, bin, bin, bin. Kara, bin, bin, bin?. Plus rewelacyjna solówka Fergie: ?Kara, bin, bin, bin...?. Oczywiście nic nie zastąpi zrzucania swojego partnera w przepaść z mostu zwodzonego.

Pawlak: Albo wyścigów do drzwi, tylko po to, żeby spamować wołanie partnera coby przyszedł i otworzył - ?Kłis! Kłis! C?mon Kłis!? słyszane po raz tysiuncpińcsetny potrafi wkurzyć. No to tyle, jeżeli chodziłoby o Resident Evil 5 - najlepszą grę kooperacyjną 2011 roku. Niedługo czas na kolejny tytuł...

pavlaq89

Quo vadis, Hero?

might-magic-heroes-vi_173k1.jpg


Tak jakoś się złożyło, że załapałem się na klucz do bety najnowszej części Heroes... pardon - Might an Magic: Heroes VI. No dobra, skoro hirołsi mają być podtytułem dla Might and Magic (którą to serię mile wspominam), to czemu, do jasnej anielki, dodany jest szósty numer? Przecież dotyczył on serii Heroes (of might and magic)... To dopiero początek czepiania. Po pokonaniu systemu rejestracji, ściągnięciu 4,5GB paczki, instalacji, ponownemu wpisaniu klucza, obejrzeniu loga producenta, oczom moim ukazało się najmniej przejrzyste menu w historii gier komputerowych.

Może przesadzam, ale dlaczego twórcy pomyśleli, że najlepiej będzie najistotniejsze funkcje zminimalizować do małych przycisków w rogach ekranu, a dodatki typu listy znajomych, skype, newsy, czat zajmują główną przestrzeń menu? Taka podstawowa funkcja jak wczytanie gry z multi wymaga aż pięciu kliknięć. I czemu wczytuję grę na wielu graczy po wejściu w menu gry singleplayer? Nielogiczne. Ten wyczekujący pan w zbroi, który niecierpliwi się z każdą sekundą spędzoną na studiowaniu przycisków jest pewnie mojego zdania.

Z ciekawości zajrzałem jakie ustawienia grafiki program przyjął dla mojego leciwego laptopika, który zwykł krztusić się na wyższych detalach piątki. Gra ustawiła wszystko na max. Co prawda nie pozwala to na więcej niż 10-14fps na moim sprzęcie ale... gra wygląda cudnie. O tym później, bo zanim załączymy potyczkę, trzeba najpierw...

Stworzyć sobie postać. Moje zdziwienie spotęgował fakt, że opcji jest całkiem wiele. Postanowiłem odpalić skirmisha zanim jeszcze zacząłem scenariusz, aby przyswoić sobie rozgrywkę, a tu nagle taka niespodzianka. Z tego co przychodzi nam wybrać tworząc postać, wywnioskować od razu można, że z góry decydujemy czy heros będzie kobietą czy mężczyzną, specjalizował będzie się w walce czy w magii (kluczowe są tu słowa might i magic) oraz co będzie jego podstawowym atutem - czyli wszystkie kwestie, które w poprzednich częściach ustalone były z góry. Tutaj możesz nawet nazwać postać jak chcesz. Według mnie całe to tworzenie własnego herosa (który do końca unikatowy nie jest - wygląd jest stały, a portretów niewielka ilość) zaliczyć należy na wielki plus. Tak więc Volken na mapie świata napotka Immortalysa, Thourivela, czy nawet Jacka.

?Jesteś potomkiem rodu Gryfów! Sam jesteś kowalem swego losu. Musisz wybrać, czy będziesz hartować go we krwi, czy we łzach..?

Nowością jest system reputacji, który jako żywo zapożyczony jest z KOTORa czy innego Masz Efekta. Działa on prosto - jeżeli będziesz szczędził życie przeciwników, którzy będą uciekać oraz rozwijał defensywne moce, pasek ładował się będzie w stronę ścieżki łez. Jeżeli będziesz lubował się w zabijaniu za wszelką cenę - wstąpisz na ścieżkę krwi. W wyniku tego odblokowujesz z czasem dodatkowe zdolności - odmienne w zależności od ścieżki. I tutaj mamy zgrzyt - przy tworzeniu postaci wybierasz jedną ze ścieżek, automatycznie blokujesz inną. Nie wiem co twórcy chcieli przez to osiągnąć. Moim zdaniem powinni dać graczowi wolną rękę w prowadzeniu herosa.

Reputationtcm4614641.jpg


Wchodząc do gry pierwszym co rzuca się w oczy jest to co widać, czyli grafika. Nie wiem co mam napisać na ten temat - jest po prostu prześliczna. Wszystko co ma migotać migocze, co ma błyszczeć błyszczy w słońcu, falować faluje... Kwiatki, lawa, drzewa, pył, pustynia, morze - wszystko oddane z bajkowym smakiem. Muzyka jest ładna, ale nie wpada w ucho niczym rozpędzony trzmiel - gra raczy nas stonowanymi kawałkami, które wtapiają się w tło.

Częściową transformację przeszły frakcje. Pomimo, że są to zamki znane z poprzednich części, ich jednostki niekiedy bardzo różnią się od tego, do czego przywykliśmy.
Przystań zmieniła się najmniej, jednostki również te same. Rycerze, kusznicy, gryfy, kapłanki (bardziej przypadły mi do gustu od piątkowych zakonników :P), anioły, jeźdźcy - standard. Jedyną nowością jest Promienista Ajglaja... cokolwiek tłumacz miał na myśli. W ogólnym charakterze zamku dominuje moc światła. Brakuje tylko mieczy świetlnych i błyszczących się wampirów...
Inferno również prezentuje się jak zwykle (czyli najmniej ciekawa frakcja - ale może to się zmieni jeżeli sobie nią pogram): cerbery, diabły, demony, sukkuby. Nowością są maniacy i dręczyciele - wywalono nic niewarte koszmary. Najdziwniejszym stworem jest reproduktor, który ma u mnie wielkiego plusa ze względu na fajne odnóża (ale totalnie nie wiem jak sprawuje się w walce).
Nekropolia pozbyła się kościanych smoków. Mamy tutaj szkielety z workami ości wieloryba, leczące nieumarłych duchy z cyckami, padlinożernych kuzynów Wolverine'a, bardziej badassowe licze (nie wyglądają już jak nieumarła panna młoda). Wampiry już nie biegają z buta, tachając miecz cięższy od nich samych. Teraz teleportują się w mgnieniu oka i wywijają mieczem jakby machali łyżeczką do ciasta. Nowością jest nieumarły Lammasu - czyli wariacja tworu babilońskich rzeźbiarzy oraz pajęcza bogini wprost z uniwersum pewnego popularnego systemu RPG (i do tego jest transformersem!).
Twierdza powraca do tego co znamy z trójki i dzikich hord piątki - mamy cyklopy, orczych siepaczy, gobliny z bumerangami, centaury, szamani wprost z dżungli amazońskiej, elitarnych orków i harpie (pasują bardziej tu niż w podziemiu).
Najbardziej rewolucyjna jest Świątynia - reprezentuje mitologię typowo japońską. Mamy tu kobiety śniegu, kappy, nagi, wodne nimfy, młodszego brata Shen Longa i... rekinołaki. Ten zamek kojarzy się głównie z wodą.
A PODZIEMIA NIE MA! A krasnoludy zniknęły zapomniane (jak w Morrowind). Inna sprawa - tylko w świątyni uświadczymy smoki, i to zupełnie inne niż te do których przyzwyczaił nas kanon zachodniego fantasy. Odczuwam też, że tym razem gra serwuje więcej humanoidalnych stworów, co za tym idzie - więcej żeńskich typów... WĘŻE Z CYCKAMI! TO JEST TO!

Remote%20Island%20of%20Ashantcm4613229.j


Zmiany są też odczuwalne w samej mechanice gry, jednak łatwiej będzie wymienić nowinki, pozostawiając całą resztę jak ją wszyscy dobrze pamiętacie. Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy - interfejs zminimalizowany do minimalnego minimum. Mało obrazków, mało tekstu, małe przyciski. Opisy są zwięzłe, a jeżeli chcesz kupić jednostki w zamku, potrzebujesz lupy. Kolejna rzecz, o której głośno było już po wycieku pierwszych screenów - nie ma oddzielnego widoku miast. W okienku jest co prawda jakaś trójwymiarowa miniatura, ale najmniejszym stopniu nie oddaje monumentalności, spektakularności i szczegółów siedliszczy, którymi rozpieszczała nas część piąta. Zmiany są minimalne (znów to słowo) - jedynie ulepszenie 'ratusza' zmienia wizerunek miasta. Chętnie przystałbym na dodatkowy ekran ładowania żeby tylko móc podziwiać cudowną architekturę.
Pozbyto się części surowców - tym razem oprócz złota, kamienia, drewna i kryształu... nie ma nic więcej. Nie wiem czy to wada czy zaleta - wydawałoby się że przez tę zmianę spadnie waga przejmowania kopalni, ale nic bardziej błędnego. Na mapie specjalnie w sektorze jednego gracza nie ma wystarczającej ich ilości, co zmusza do ekspansji, a pilnowanie kopalń nadal jest obowiązkiem z racji nowej opcji - sabotażu. Niewielkie zmiany zaszły w walce - doszły osłony, chroniące częściowo przed pociskami, a bohater na powrót może działać w rundzie kiedy chce (w piątce czekał w kolejce jak reszta jednostek). Ukłonem w stronę (rewolucyjnej jak by nie patrzeć) czwartej części są opcjonalne budynki w każdym z miast. Budując jeden, żegnamy się z możliwością postawienia drugiego, więc trzeba zdecydować które premie przydadzą się naszemu bohaterowi i będą korzystniejsze w danym scenariuszu, bo z tego co zapewniają twórcy - nierzadko będzie miało to wielki wpływ na rozgrywkę. Póki co, jeszcze tego nie odczułem.
Dużo zmienili się sami bohaterowie. Oprócz tworzenia postaci i systemu reputacji, nowością jest możliwość wyboru dowolnej umiejętności. A tych jest sporo - dzielą się na trzy rodzaje i sporo kategorii. W kategorii Mocy znajdą się okrzyki bojowe, atuty ekonomiczne i zdolności pomagające w walce bohaterowi jak i jednostkom. Ze strony Magii czary są logicznie pogrupowane na odpowiednie dyscypliny (plus jasność/ciemność w zależności od wybranej ścieżki reputacji). Co ważniejsze, czary są teraz zdolnościami i odkrywasz je tak samo jak inne umiejętności bohatera - nie ma potrzeby budowania gildii magów w mieście, która będzie losowo dobierała zaklęcia. Podobnie przy awansie - zamiast kilku losowych talentów do wyboru masz ich kompletną listę i o ile twój bohater osiągnął dostateczny poziom, możesz je odblokować. Jedną zdolność na poziom. Dosyć prosty system, ale dający spore pole do popisu. Do tego plusem jest możliwość zapoznania się z wszystkimi dostępnymi zdolności od samego startu, przez co można zaplanować rozwój herosa.

MMH6_S_011_BAT_NECRO_V02tcm4610916.jpg
interfejs aktualnej wersji gry jest bardziej minimalistyczny niż ten ze screenshota

Najnowsza część niesie ze sobą garść zmian i odświeżoną oprawę. Porównania do trzech ostatnich części aż same cisną się na usta. Rewolucji nie będzie, ale nie jest to przeszkodą żeby zarwać kilka(dziesiąt) wieczorów klikając rundy kolejnego hirołsa. Z fabułą i sposobem prowadzenia kampanii jeszcze się nie zapoznałem, dlatego opisuję grę jedynie z mechanicznego punktu widzenia. Beta jeszcze pełna jest błędów - a to się obiekty opornie wczytują, muzyka zapomina się zmieniać, wnerwiający przycisk w górnym prawym rogu raz po raz przypadkowo klikany wywala nas do pulpitu. Na wspomnienie zasługuje automatyczne przesyłanie zapisanych gier do chmury Ubisoftu, co niestety trwa parę chwil. Może to tylko na potrzeby bety, kto wie. Ogólnie gra się bardzo miło, zobaczymy jakie zmiany przyniesie czas. Ja już teraz jestem pewien że raczej kupię ten tytuł.
Kilka lat po premierze, ale zawsze. ^_^
pavlaq89

19.10.2010

Czyli najnormalniej w świecie opowiem jeden dzień z życia pawlaka. A był to dzień bardzo wyjątkowy...

52392817.jpg

Oczekiwanie na tę datę zaczęło się już w maju, kiedy to w przypływie euforii zaklepałem w internetowym sklepie bilety dla siebie i kumpla, którego w życiu na żywo nie widziałem pomimo, że znaliśmy się od ładnych paru lat... Bilety te były przepustką do magicznego świata baśni, powieści, legend oraz ukochanego przeze mnie power metalu - czyli koncertu Blind Guardiana.

Ach, jakim pięknym był ten poranek, obserwowany z okna pociągu, którym jechałem wraz ze starym (a jednak młodszym o miesiąc) przyjacielem, rozmawiając z rozrzewnieniem o dawnych czasach, kiedy to poznawaliśmy pierwsze erpegi, odkrywaliśmy muzykę i zaczęliśmy kształtować siebie takich, na jakich teraz spogląda reszta świata. Gardła zaczęły nas piec od nieustannej paplaniny, więc wspomożeni mocą czarnego halls'a ruszyliśmy w podbój stołecznej betonowej dżungli... 

Na nieprzyjaznym dla przyjezdnych dworcu podszedł do mnie pewien poważny jegomość i powitawszy mnie wymownym "dzińdybry" przyłączył się do gawędy o wszystkim i niczym zarazem. Poznałem więc osobiście owego jegomościa, Ramzesem trzynastym zwanego, a potem na scenę wkroczył wcześniej wspominany kolega znany jedynie z internetu. Tańcom godowym i uściskom nie było końca - zupełnie jakbyśmy przeżywali długą rozłąkę, niźli spotykali się pierwszy raz w życiu. 

Do imprezy mieliśmy dobre sześć godzin, które spożytkowaliśmy na zwiedzaniu miasta. Zawitaliśmy między innymi w miejsce, gdzie stał krzyż oraz pan na wysokim słupie. Po drodze spotkaliśmy kilka ciekawych dziwów, które udokumentowaliśmy zdjęciami (KLIK oraz KLIK). Po kilku godzinach szlajania się po mieście przyciśnięci głodem zawinęliśmy do restauracji z sieci Burdel King, gdzie posililiśmy się kilkoma kanapkami z gumy i oleju. Cały czas rozmawiając o głodujących dzieciach w Afryce. Albo o tym jak atak na WTC powiódłby się za pomocą jednego samolotu, z okien którego terroryści rzucaliby jajkami w drugą wieżę. W drodze do Stodoły, która to droga mijała w nieustającej nerdowskiej dyskusji, nie zauważyliśmy nawet kiedy... zabłądziliśmy! Kumpel bowiem orientacją w terenie dorównywał pewnemu zielonowłosemu samurajowi, który potrafił zgubić się w toalecie. Całe szczęście Ramcio wykazał się umiejętnością identyfikacji tubylca, przez co każdy, kogo zapytał o drogę, wiedział gdzie jesteśmy i jak mamy dojść na miejsce przeznaczenia. A tam czekała na nas już spora kolejeczka czarno przywdzianego ludu...  

Która posuwała się raczej żwawo, a bilety były kasowane z prędkością huaraganu. Strażnicy przy wejściu sprawdzali każdego (przynajmniej w teorii, bo czasem zdarzyli się tacy, których to ominęło), głównie po to, aby nikt nie wniósł niebezpiecznych przedmiotów, ani... picia i prowiantu! Wyobraźcie sobie miny biedaków z drugiego krańca Polski, którzy zostali pozbawieni kanapek, parówek, zupek chińskich i wody mineralnej w środku nocy. Na stosie "zarekwirowanych" przedmiotów widziałem też słoiczek tabletek na astmę. Całe szczęście moich kanapek ani lekarstw na żołądek nie ruszyli, za to pożegnałem się z wodą. Gdybym o tym wiedział wcześniej, wypiłbym całą butelkę przed wejściem, bo dwie godziny później zdychałem z pragnienia. Wewnątrz klubu szatnia była obowiązkowa (i oczywiście płatna), co krok kij z piwem, na które tylko popatrzeliśmy, bo drogie było niemożebnie. Sama sala również nie prezentowała się nadzwyczajnie. Nie dość, że było tam strasznie ciasno, sufit był nisko, a o czymś takim jak klimatyzacja można było pomarzyć - całe szczęście powietrze przez szyby dostarczały nam wentylatory, bo inaczej udusilibyśmy się tam zanim zespół wyszedłby na scenę. 

Co miało rychło nastąpić, bo jakiś czas wcześniej doszła nas wiadomość, że jeden z zespołów supportujących nie pojechał w trasę. Zatem bez zbędnego owijania w bawełnę zaczął grać Steelwing - szwedzcy hairmetalowcy. Zagrali pięć żwawych (ale zalatujących parafiną) piosenek, wokalista pochwalił się kolczykiem w sutku i zapowiedział Blind Guardianów - nikt nie prosił o bis, publika jako tako się rozgrzała. Następne 20 minut przerwy technicznej minęło w nerwowym wyczekiwaniu i gorączkowym zajmowaniu dogodnych miejsc. Pogowcy i tak wbili się najbardziej do przodu, więc unikając ścisku, ulokowaliśmy się jakieś 4 metry od barierki. W międzyczasie z głośników leciały jakieś zapełniające piosenki (na tyle cicho, że można było rozmawiać). Po którejś z kolei zniecierpliwiony lud zaczął się domagać wyjścia bardów. Głośne skandowanie "GUARDIAN! GUARDIAN!" ucichało, kiedy z głośników wydobył się kolejny kawałek na poczekanie. I tak jeszcze kilka razy... 

... aż do momentu, kiedy zgasły światła. Wraz z ciemnością nastało szaleństwo: krzyki, oklaski, skandowanie i jeszcze więcej krzyku. Symfoniczny wstęp do Sacred Worlds przytłumił nieco publikę, jednak do czasu, kiedy na scenie ujrzeliśmy Hansiego. Pierwsze takty piosenki tonęły w naszym krzyku. Zaczęło się. To na tę chwilę czekaliśmy tak długo. To właśnie dla tej chwili się spotkaliśmy, jadąc setki kilometrów... Coś wspaniałego. Majestatyczna melodia umiarkowanym rytmem wsiąkała do naszych uszu, serc i umysłów. Każda nuta, każdy dźwięk odbijał się w naszych głowach, przeszywała ciało na wylot. Stopa perkusji bębniła w naszych rozgorzałych płucach. Włosy na całym ciele stawały dęba, głowy same uginały się do wszechogarniającego rytmu. Ręce wystrzeliwały w górę, a gardła wtórowały władcom sceny z całych sił. Kiedy piosenka dobiegała końca, orkiestra powoli kołysała nas do snu, przenosząc do świata marzeń, dziwów i magii. Tak oto przeszliśmy na drugą stronę lustra.

Na powitanie wybuchliśmy nieziemskim jazgotem tysiąca mord, spragnionych muzyki jak powietrza. ?GUARDIAN! GUARDIAN!? darliśmy się niczym jeden mąż, klaszcząc z całej siły aż ręce zaczęły boleć. Ciągnęliśmy to ładne pół minuty i z pewnością ciągnęlibyśmy dalej, gdyby Hansi nie zapowiedział kolejnej piosenki. Powitał nas śmiercią. 

- Welcome to??

- Dying!

- Welcome to??

- DYING!!!

Rozbrzmiało Welcome to dying, a my skakaliśmy i machaliśmy czuprynami. Energia płynąca ze sceny rozsadzała nas od środka. Fale potężnych riffów uderzały jedna po drugiej, a melodia refrenu płynęła z naszych ust, łącząc się z instrumentami. Zakończenie piosenki przyniosło ze sobą kolejne gorące owacje. 

Kolejna mocna piosenka, Born in a Mourning Hall, jeszcze bardziej porwała publiczność. Jak zwykle wszyscy bez wyjątku pomagali Hansiemu śpiewać refren, tworząc potężny chór. Żywioł pod sceną odwzorowywał żywioł na scenie ?wszyscy byli wchłonięci w wir muzyki. 

Głośne ?GUARDIAN! GUARDIAN!? na powrót rozgorzało po zakończeniu kawałka. Hansi zapowiedział piosenkę o zdradzie i Noldorach, czyli stały element każdego koncertu ? Nightfall. Melodia porwała publiczność prosto do Śródziemia. Jednak wtedy nie wiedzieliśmy, co ma jeszcze nastąpić?

Zespół uraczył nas doskonałym Fly, który z każdego wymusza rytmiczne oklaski. Szaleństwa nie było końca. Naszym zwyczajem po piosence rozpętaliśmy istną nawałnicę owacji, co bardzo ucieszyło bardów. Więcej, byli zachwyceni i zdumieni naszą reakcją ? co i rusz kłaniali się, rozkładali ręce, machali, a z twarzy nie znikał im szczery uśmiech szczęścia i satysfakcji. Hansi dla rozluźnienia opowiadał jak to im podoba się w Polsce, jak to skosztowali naszą ?kiełbasę?,?bigos?, ?piwo?, a przede wszystkim jak bardzo nas polubili od poprzedniego występu w Płocku. Podejrzewam, że spodziewali się ciepłego przyjęcia w Warszawie, ale chyba przeszliśmy wszystkie ich oczekiwania. Wyraźnie daliśmy im do zrozumienia, jak mocno ich lubimy i jakich oddanych fanów mają w naszym kraju. Pomiędzy Time Stands Still i rzadkim The Quest For Tanelorn okazało się, że basista, Oliver, akurat obchodził urodziny. Kiedy tylko Hansi to ogłosił, od publiczności poleciała głośna i długa wiązanka wszystkich możliwych piosenek urodzinowych - zupełnie jak na weselu >A<. Solenizant nie posiadał się ze szczęścia - napełniliśmy go sporą dawką pozytywnej energii, bo później zamiast kryć się z tyłu w cieniu, jak zwykł robić grając na koncertach, wychodził na przód sceny i bardziej śmiało uczestniczył w występie, a twarz miał roześmianą od ucha do ucha.

Następną piosenką miało być Goodbye My Friend, jednak ludzie zaczęli krzyczeć "MAJESTY! MAJESTY!". Hansi zamienił słówko z gitarzystą, Andre, i powiedział, że nie mieli grać tej piosenki, ale chyba nie mają wyboru. Przy okazji dodał, że już dawno nie widział Andre w tak dobrym humorze, na co publiczność zareagowała głośno skandując jego imię (niektórzy wołali "Andrzej!" >.<"). Zmusiliśmy go żeby odezwał się do mikrofonu, czego nigdy nie robi. I tym sposobem BG zmienili dla nas repertuar i zagrali Majesty, a Hansi w pewnym momencie zapomniał tekstu, co rozbawiło wszystkich jeszcze bardziej.

Dalsza część koncertu przemijała w równie dobrej, serdecznej atmosferze. Bardowie ukołysali nas z The Past And Future Secret, uraczyli rzadko granym genialnym Turn The Page, po którym nadszedł szybki Tanelorn.

Wykonanie było perfekcyjne, solówki zagrane z dokładnością co do nuty, a Hansi znakomicie wyciągał wyższe tony. Jak zwykle po każdej piosence hałasowaliśmy ze wszystkich sił i skandowaliśmy głośno "GUARDIAN! GUARDIAN!". Ja śpiewałem od początku do końca każdego kawałka, robiąc chór z resztą publiczności, ale już przy piątej piosence miałem doszczętnie zdarte gardło. Cały czas bez skutku powtarzałem sobie: "następną piosenkę będę stał cicho", ale adrenalina brała górę i darłem się dalej jak leciało.

Kiedy skończyło się Imaginations From The Other Side, a zespół zszedł ze sceny, publiczność bez przerwy nawoływała. Setki gardeł darły się do rytmu setek klaszczących rąk, a setki ciężkich buciorów waliły w drewniane płyty podłogi, tworząc istny tajfun połączony z trzęsieniem ziemi. Takie coś musiało być słyszane za kulisami, bo bis zaczął się dźwiękiem skrzypiec, fletów i bębenków, czyli niesamowitym Wheel Of Time. Ta piosenka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, kiedy po raz pierwszy przesłuchałem najnowszą płytę, ale na żywo po prostu nas zmiażdżyła. Ludzie stali zafascynowani z rozdziawionymi ustami. Tego nie da się opisać.

Następna piosenka była kulminacją całego występu. Dla niektórych był to wystarczający powód, żeby w ogóle pojechać na ten koncert. Żeby doświadczyć tych kilku magicznych chwil. Żeby zaśpiewać sztandarową piosenkę Guardianów - Bard's Song. Bo na ich koncerty bynajmniej nie idzie się aby jedynie słuchać. My również jesteśmy bardami, którzy uczestniczą w zgromadzeniu. Dlatego niezależnie jak nasze losy się potoczą, jakimi drogami się rozejdziemy, kiedy dane będzie nam się spotkać ponownie, zawsze będziemy pamiętać te magiczne piosenki. Zawsze pozostaną w naszych myślach i naszych snach, zawsze będą w naszych umysłach. Te piosenki o hobbitach, krasnoludach, ludziach i elfach przyjdą, kiedy zamkniesz oczy. Też możesz je zobaczyć...

Już drugi raz śpiewałem piosenkę bardów i nadal magia tego utworu mnie zadziwia. Czuć jest tę namacalną więź, łączącą zespół i ludzi, śpiewających jednym głosem. Dałbym wiele, żeby znów tego doświadczyć. Tymczasem na wykonanie czekał kultowy hymn, którego również nie mogło zabraknąć na żadnym koncercie. Mowa o Valhalli, która od zarania dziejów jest stałym punktem występów Guardianów. Prosta, rzekłbym prymitywna, piosenka z chwytliwym refrenem przyjęła się nadzwyczaj dobrze i jest uwielbiana przez publiczność. Bez wyjątku tym razem była śpiewana zdartymi, ale nadal niesłabnącymi głosami.

Chłodne powietrze owiewało mój spocony kark, czułem jak moje mokre włosy uderzały mi w twarz, nogi uginały się coraz częściej, ręce ledwo unosiły się ponad głowę, gardło piekło, mięśnie szyi zesztywniały kompletnie a usta wyschły na wiór. Wiedziałem, że to już koniec. Koncert dobiegał swego czasu, kiedy to miała rozbrzmieć ostatnia piosenka - Mirror Mirror. Nie tylko ja byłem tego świadom i wraz z innymi skandowałem "MIRROR MIRROR!", przełykając gorzką gulę żalu. Na twarzach muzyków wymalowało się zdziwienie "już wiedzą że to konieć? chcą ostatniej piosenki?" i wtedy Hansi zrobił jeden ruch, który w ułamku sekundy uciszył wszelkie głosy, a kiedy wszystkie oczy skierowane były w jego stronę, ogłosił rzecz niebywałą: "We'll play one extra". Publika oszalała z radości - zechcieli zagrać piosenkę, której tak nam brakowało - Władcę Pierścieni! Kumpel obok mnie nieomal nie wyskoczył ze skóry.

Po tym byliśmy już przygotowani na Mirror Mirror i koniec tego cudownego wieczoru. Nuty tej pełnej optymizmu i nadziei piosenki nadal rozbrzmiewają w mojej głowie. Jeszcze kiedyś się na pewno zobaczymy, nawet jeśli miałoby to być wybrzeże Valinoru...

pavlaq89

No i masz panie efekt

  Teraz będzie trochę rozwolnie.... luźno, wakacyjnie. Historia zaczyna się pewnej soboty, kiedy to opuszczając Bydgoszcz popełniłem małą pomyłkę...

Jak zwykle wszystkie okoliczności zbiegły się dokładnie tak, żeby poprzestawiać mi szyki. Zostałem oddelegowany z domu z nadwyżką funduszy, co od samego początku wydawało mi się strasznie podejrzane (jechałem bowiem na niecały dzień). Równie dziwny wydawał mi się fakt, że tydzień wcześniej nie wydałem ani grosza na mangowym konwencie, na którym stoły uginały się od wszelkiego rodzaju dóbr. Po całej eskapadzie ruszyłem na PKS załatwić sobie bilet na godzinę 18:00. W tym momencie moja podświadomość już chichotała w zakamarkach pustej czaszki, ponieważ okazało się, że w soboty to połączenie nie kursuje. Ogólnie rzecz biorąc byłem gotów do powrotu tak wcześnie, bo nie wybraliśmy się z ekipą nad jezioro (jak się potem okazało, rozpętał się tam pożar i relaksowalibyśmy się w atmosferze spalenizny i wybuchających samochodów). Dlatego też musiałem czekać dodatkowe 20 minut. Postanowiłem zrobić coś z taką kupą czasu, do osiemnastej nieco brakowało, i przeszedłem się do pobliskiego centrum handlowego na kanapkę z Burdelkinga. Potem mimochodem ruszyłem pogapić się na półki w Zaturnie. Zaczęło się od muzyki i poprzez gry na playstation zawędrowałem do gier na blaszaki. Los chciał, że doszedłem do samiuśkiego końca półki, gdzie stał on... Pocieranie oczu nic nie dało. Szczypanie się w policzek ani wywracanie gał do wewnątrz również. W tym momencie całkowicie zgłupiałem. Całe szczęście nieopodal stał pan z obsługi, który rozwiał moje wszelkie wątpliwości.

- Yyy, przepraszam, czy to kosztuje tyle ile widzę, że kosztuje?

- Tak, to tyle kosztuje.

Oczywiście na półce stał
MASS EFFECT 2
z wielką, czerwoną nalepką, oznajamiającą, że
I-EJ
chce za niego jedynie
39 zł
. W tym momencie odezwał się rozsądek:
nie ma co się podniecać, bo najpierw przydałoby się mieć jedynkę
, ale jednocześnie poczułem, że moja ręka natrafiła w kieszeni na sztywne zwitki papieru...

I tak oto biedny pawlak stał się nagle w posiadaniu dwóch części Massz Effekta... 

Dzisiaj lista płac drugiej części gry zawędrowała w górę ekranu. Końca dobiegło ratowanie galaktyki (a raczej niewielkie opóźnienie jej unicestwienia), a mną miotają różne uczucia. ME najwyraźniej jest stworzony właśnie w tym celu. Ale przyjmując ton głosu elkora najpierw przejdę do kwestii technicznych, zwłaszcza do kluczowego w tym przypadku gameplayu.  

Czyli po kolei - to, co nie podobało mi się w jedynce, to szczegóły, na które wścibski pawlak zwraca uwagę. Najmniej z całej gry lubiłem eksplorowanie planet pojazdem Mako. Łazik wlókł się niemożebnie, miał słabe bronie i sterowało się nim tragicznie. Cały tryb eksploracji planety jest moim zdaniem po prostu zbędny. Ile przecież można badać pustkowia? Zdziwilibyście się, bo tak upływa nam większość czasu gry. Na planetach, które szło zwiedzać, jedyne co wyrastało ponad poziom gruntu, były wraki, złoża surowców i rachityczne zabudowania baz i ośrodków badawczych. Woda? Obce formy życia? Wysoka roślinność? Zapomnij! Organizmy żywe na wolnych planetach ograniczają się do glonów i porostów, które orze się kołami. Czasami zdarzają się robale, idiotycznie nazwane 'miażdżypaszczami', które, zdaje się, potrafią podróżować w przestrzeni kosmicznej z prędkością światła i żywią się piachem, bo spotykamy je nawet w światach bez atmosfery. A nieprzyjazne życiu światy są bogato usłane... górami. Strome granie skutecznie ograniczają manewrowość i trzeba się nieco napocić, żeby dostać się w jakieś trudno dostępne miejsce naszym łazikiem-pierdzikiem. A najcenniejsze rzeczy leżą właśnie w takich miejscach. Najdziwniejsze jest to, jak z całej planety można wybrać kilometr kwadratowy, na którym szczęśliwym trafem znajdzie się kilka złóż rzadkich pierwiastków, artefakt zaginionej rasy, wrak obcego statku, satelity oraz miejsce, powiązane z jakąś mało istotną misją poboczną. Które to misje, przyznać trzeba, gryzą glebę. Większość z nich polega na zwiedzeniu budynku (każdy jest zbudowane na jeden z kilku identycznych wzorów) i wyrżnięcia wszystkiego po drodze, ewentualnie kliknięcia kilku terminali żeby dowiedzieć się co się stało oraz co i z jakiej racji właśnie wyrżnęliśmy.

  Kolejnym mankamentem jest sam wygląd planet. Na mapie galaktyki wszystko prezentuje się fajnie, mgławice są po części oryginalnymi zdjęciami, wizerunki planet też są niczego sobie. Ale kiedy już na jakiejś wylądujesz, to masz przed sobą brzydkie jałowe pustkowie. Mało tego, patrząc w niebo można doznać małego szoku - na nieboskłonach dwóch różnych planet widzimy bowiem... tarczę Marsa. Perfidnie zerżniętą, jedynie odwróconą bądź odbitą. Tak samo większe gwiazdy - w układzie binarnym widać, że obydwa słońca są tym samym zdjęciem, bo nawet plamy mają identycznie rozłożone. Jak już przy gwiazdach jesteśmy to najbardziej zawiódł mnie błękitny nadolbrzym. Zajmował ponad połowę powierzchni nieba i prezentował sobą niesamowity widok, tyle że fałszywy. Gwiazdy tego typu mają to do siebie, że świecą
dziesiątki tysięcy razy
jaśniej niż nasze słońce. Spróbuj spojrzeć w niebo na naszą żarówkę (bo tak wypada w porównaniu z błękitnym nadolbrzymem) to będziesz wiedzieć o co mi chodzi.

  Kolejną sprawą są minigierki, a raczej minigierka, bo wszystko, od hackowania poprzez rozbrajanie do identyfikacji robimy za pomocą tej samej, wtórnej do bólu sekwencji. W pewnym momencie odechciało mi się zbierać dodatkowe surowce i bronie z zamkniętych pojemników (do tego dochodzi fakt, że otwierać/hackować mogłeś dopiero jeżeli miałeś przy sobie specjalistę w elektronice/rozszyfrowywaniu). A ekwipunek też pozostawiał wiele do życzenia. Pomijając fakt, że była to najzwyczajniejsza, konsolowa lista przedmiotów, to nigdy nie dało się jej posortować i sprzedając przedmioty w sklepie nie do końca wiedziałem ile sztuk mam w plecaku, a był on ograniczony do 150 miejsc. Do tego dochodzi bzdurne 'zróżnicowanie' przedmiotów, które różniły się tylko... kolorem. A nawet jeśli miały inne statystyki, to mogły być po prostu egzemplarzami innego poziomu, ale tego samego modelu. I tak kasa w grze leciała ciurkiem, aż licznik zablokował mi się na samych dziewiątkach, co w połowie rozgrywki starczyło na sprzęt z najwyższej półki dla całej drużynki.

  Co do postaci - nie podobał mi się Kaidan. Był nieciekawy, bezbarwny i nudny. Nigdy nie brałem go na misje, a kto grał ten wie jaki los go spotkał. Tak samo nie podobała mi się defaultowa
, bo twarzą tego nie nazwę. Całe szczęście, że dało się to naprawić i mój Volken wyglądał bardziej ludzko. Samo nazwisko to zalatuje parafiną i
.

  Graficznie jedynka prezentowała się fajnie, ale na moim archaicznym kompie (z jednordzeniowym prockiem) rzadko kiedy wyciągała więcej niż 18fps. A poniżej standardu Obliviona grać nie będę, zwłaszcza, że ME w gruncie rzeczy prezentował głównie zamknięte pomieszczenia (oraz najdłuższe windy we wszechświecie). Ogólnie rzecz biorąc to świat Mass Effecta był bardzo mały i ciasny. Kilka planet w kilku układach w kilku gromadach. I tyle, bo w przypadku większości światów (w tym naszej Ziemi) interakcja kończyła się na przeczytaniu opisu planety, ewentualnie zbadaniu jej z orbity jednym kliknięciem. Nie czułem się jak malutkie ziarnko piasku w olbrzymim wszechświecie, co przytłaczało mnie w Homeworldzie czy X3. Nie czułem kosmosu, tylko sztuczne węzły skromnych lokacji. Dlaczego nie wykorzystano potencjału grawitacji? Na przykład lądowanie na planecie o 1,5-krotnie większym przyciąganiu - walka na jej powierzchni byłaby nie lada przeżyciem. A co z nieważkością? Co ze spacerami w otwartej przestrzeni, naprawiając poszycie statku, albo penetrując wraki bądź asteroidy? A co z błądzeniem w próżni? Do dziś tkwi mi w pamięci moment z FFVIII, kiedy ratowaliśmy Rinoę, dryfującą w dal. Co do łazika wspomnę, że Mako zachowuje się dokładnie tak samo na planecie (o nieco większej grawitacji niż ziemska), jak i na zaledwie 22-kilometrowym kawałku kosmicznego kamlota.

  Dlaczego tak się rozpisałem o takich, dla niektórych mało istotnych, rzeczach? Bo boli mnie, że ta gra nie jest idealna, a zasługuje na to. Nie zasługuje na dobre noty, nie zasługuje na uznanie, a powinna. Dlaczego więc powinna być idealna, pozbawiona jakichkolwiek błędów i pomyłek? Ponieważ jest jedynym w swoim rodzaju przeżyciem. Pomijając fakt, że to strzelanka, która udaje RPG, że ma do bólu schematyczne dialogi, pomijając nawet patetyczną, wyniosłą atmosferę kosmicznej krucjaty, ma to coś, co powoduje, że graczowi los galaktyki i żyjących w nim osób nie jest obojętny.

  Szepart nie dowcipkuje - jest albo wyniosłym obrońcą prawa i moralności, albo zimnym sukinsynem, chociaż jakby się postarać może być i tym i tym, cierpiąc na rozdwojenie jaźni. To, co czyni kapitana, to jego statek i załoga. A dorównują oni tym z One Piece (co - mówiąc niewtajemniczonym - jest komplementem ostatecznym). Najbardziej polubiłem Garrusa oraz Wreksa - właśnie z takimi przyjaciółmi mógłbym być zrzucony we wnętrzu bazy wroga, po której podłodze pełzają jadowite węże, a zasadzki ustawiane są jedne na drugich. Polubiłem też... nie, to coś więcej niż zwykła przyjaźń - Tali Zorah jest jedną z najbardziej niesamowitych dziewczyn w historii gier komputerowych. Emanuje
, pomimo, że nawet nie wiadomo jakiego koloru są jej oczy.
quarianka mówi tak miłym głosem (pani Lizy Sroki), że chciałoby się słuchać jej gadki na okrągło. Jej dziwny, obcy (żeby nie było wątpliwości -
angielski
) akcent tylko podkreśla nietypową osobowość. Niestety, wątek romantyczny nie jest niczym szczególnym (kto grał chociażby w Jade Empire, ten wie), a wybór mamy niezbyt ciekawy.

talizorah.jpg

  Fabuła, pomimo, że krótka, jest całkiem niezła i wciągająca. Finał każe nam sądzić, że to dopiero początek większej kabały, w którą wpakował się nasz protagonista. Już na pierwszy rzut oka widać, że misje fabularne (jak i te związane z towarzyszami) są bardziej starannie przygotowane niż standardowe przynieś/zabij/pozamiataj. Vemire daje graczowi niezłego kopa w tyłek, rażąc intensywnością, a Ilos rozpościera mistyczny klimat. W obydwóch przypadkach swój udział w budowaniu nastroju ma muzyka, która jest doskonale skomponowana i wpada w ucho przy każdej nadarzającej się okazji. 

  No dobra, skopawszy blady tyłek pewnemu jegomościowi, obejrzawszy końcowe scenki z wybuchającymi rzeczami, wsłuchawszy się w ładną piosenkę przy napisach końcowych, zabrałem się od razu za drugi odcinek. Tak, odcinek, ponieważ jedynka zajęła mi zaledwie 30 godzin, z czego 3/4 tego czasu rozbijałem się łazikiem po piaskach pustkowi. I już podczas instalacji gra wypięła się na mnie, bo nigdzie nie było opcji zmiany wersji językowej, a polskich głosów słuchać nie miałem zamiaru. Więc musiałem pobawić się w podmienianie nazw plików, żeby uzyskać normalne, kinowe, spolszczenie. Samo tłumaczenie złe nie jest, ale kiedy człowiek słyszy tysiącpińcsetny raz te same, mówiące bez przekonania głosy, to aż się niedobrze robi. Tak więc przebrnąwszy przez instalację i odkopawszy sejwa z pierwszej części, byłem gotów do gry.

  Zaczęło się niewinnie, bo

ZNISZCZENIEM NORMANDII I ŚMIERCIĄ SZEPARTA

, a przedstawienie wgniotło mnie w fotel tak głęboko, że mój zadek wystawał z drugiej strony oparcia. Potem budzimy się na stole operacyjnym i dochodzimy do wniosku, że to nie jest ten sam Masz Efekt, który znamy. Broń nagle zaczęła potrzebować amunicji (a raczej chłodziwa) i celuje się z niej tak jakoś podejrzanie lepiej. Karta postaci ma mniej statystyk, zniknął ekran ekwipunku... WHAT THE...? Strzelanka, oto co jest grane. Cieszy mnie, że ME2 przestał silić się na udawanie rasowego cRPG i zaczął być po prostu strzelanką TPP z elementami cRPG. Więc co? NAPIER***Ć!! Jakby to pewien znany kapitan powiedział, ale tym razem nie jest tak łatwo. Nie można już polegać na statystykach postaci i broni, tylko trzeba główkować, kryć się, pauzować, wydawać polecenia, używać mocy i specjalnej amunicji, co rusz zmieniając taktykę. Tak, walki w ME2 stały się bardziej zróżnicowane (ale nie przesadnie wymagające). Wcześniej gracza gilało czy przeciwnik ma barierę biotyczną, czy silne tarcze - wystarczająco mocna spluwa przebijała się przez wszystko (pod koniec jedynki biegłem na rambo, puszczając świszczące rakiety mimo uszu). To uproszczenie zasad i utrudnienie rozgrywki bardzo zdynamizowało walkę, ale też przyniosło ze sobą pół kilo steku bzdur. Dzięki różnym częściom, ulepszeniom, zdolnościom postaci zyskujesz premie, wyrażane w procentach. Sęk w tym, że nie wiadomo do czego się one dodają. Na przykład perk daje ci +25% do obrażeń... czyli ile? Twórcy nie raczyli poinformować gracza ile bronie zadają obrażeń, ile życia ma przeciwnik ani jak mocno bije, a jedyne co można poznać to ilość punktów życia postaci (co w ogóle nie odzwierciedla jej skuteczności w walce). Więc pozostaje kalkulowanie "na oko" i pakowanie w co popadnie, bo statystyki są w dwójce jedynie dla picu. Jeżeli mają być liczby, to niech będą wszystkie, albo niech nie będzie żadnych. 

  Rzuciły mi się w oczy również wkurzające menusy, w których (zgodnie z konsolową modą) nie można było poruszać się za pomocą klawiszy (enter ni spacja nie dawały effectu), przez co zmuszony byłem co i rusz chwytać za mysz i nią merdać, żeby zmienić ustawienie, dodać punkty postaci, przeczytać coś w dzienniku, czy dobrać części i kolor pancerza, co było strasznie upierdliwe!

  Jak już mówiłem ekwipunku jako takiego nie ma, ale nadal zdobywamy kasę a w miastach są sklepy. Ale tutaj kupuje się w nich ulepszenia (zdobywane również w trakcie misji), które potem można zainstalować w laboratorium na statku. Myk jest taki, że musisz poświęcić na nie pewne surowce (pierwiastek zero, platynę, iryd, pallad), które (o zgrozo!) wydobywa się na planetach. Tym razem nie musimy jeździć tym przeklętym rosomakiem, a przeskanować CAŁĄ powierzchnię planety z orbity i wysyłać (jednorazowe) sondy na pobór, sugerując się odczytami z wykresu. Pierwsze kilkanaście planet mogłem jeszcze przeżyć, ale potem już najzwyczajniej minigierka zaczęła nudzić. Najgorsze jest to, że sond na pokładzie jest ograniczona ilość i zanim nie dokonamy stosownego ulepszenia musimy zapierniczać w tę i nazad po nowe. Paliwo też kosztuje, a jeżeli paliwa zabraknie, to - nie zgadniecie - marnują się nasze ciężko uciułane zasoby! I tym oto sposobem twórcy ciągają nas po różnych układach i spędzamy 1/3 czasu macając kursorem planety wzdłuż i wszerz. Drobny tip: opłaca się skanować jedynie skalne planety, bo gazowe giganty są zbyt duże (przez co skan zabiera zbyt dużo czasu) i ubogie, a ja dziękuję niebiosom, że mam przycisk przełączania czułości na myszy, bo jeszcze więcej czasu by mi to zajęło. I tutaj znów wychodzi ułomność liczb - zdobywając surowce nabijamy ich liczniki... punktów, bo nigdzie nie jest powiedziane czy to są mole, kilogramy, litry, sekundy, metry czy pierdziakryle trójkwadratogrzylowe. Twórcy najwyraźniej nie mieli fizyki w szkole.

  Ostatecznie skanowanie planet można sobie odpuścić, bo od pewnego momentu nie potrzebujemy już żadnych surowców i możemy się skupić na tropieniu anomalii na planetach, co wiąże się z lądowaniem i rozwiązaniem problemu na piechotę przy użyciu żelaznych argumentów. W trakcie takich wypraw, praktycznie nie ma z kim rozmawiać, bo albo idziemy po nadgnitych trupach, dowiadując się kto ich tyle nasłał, albo sami eksterminujemy wszystko co się rusza. W dwójce większość misji bowiem rozgrywa się dookoła ważniejszych skupisk ras inteligentnych, czyli miast. I tutaj kolejny zgrzyt - nie można przerwać misji w trakcie, bo toczy się ona jako zamknięty epizod, pod koniec którego dostajemy doświadczenie i nagrody. O ile zadania dla napotkanych mieszkańców są zróżnicowane, lekkie i krótkie, o tyle główna oś fabuły daje nam najbardziej soczyste kawałki. A są nimi członkowie naszej załogi, których zwerbowanie jest częścią scenariusza, ba!, jest wymagane do rozegrania finału. Na swojej drodze spotykamy starych druhów, zapoznajemy nowych, pomagamy im uporać się z ich problemami, zyskujemy lojalność. Wszystko po to, żeby jak najlepiej przygotować się do samobójczej wyprawy w samo serce kosmicznego cyklonu! Fakt, można rzucić się tam wcześniej, jednak nikłe są nasze szanse na utrzymanie przy życiu kompanów jak i siebie. Jeżeli nie chcemy na wszystkich postawić krzyżyka, lepiej poświęcić więcej czasu grze i przy okazji dowiedzieć się sporo wartościowych rzeczy o świecie, za który przychodzi nam ginąć.

  A świat ma potencjał i ciekawą historię, rozwiązujemy sporo zagadek, idziemy szlakiem galaktycznych spisków i poznajemy najciemniejsze sekrety otaczającej nas ciemności. Jak już wspomniałem, każdy kompan jest uwikłany w jakąś sprawę, którą przyjdzie nam rozwiązać, jednak brakuje mi tego samego, co w jedynce - prawie w ogóle nie ma interakcji pomiędzy nimi podczas misji (np kiedy wziąłem Grunta na misję Mordina) oprócz jednozdaniowych komentarzy, za to są jakieś na pokładzie Normandii - głównie kłótnie. Wyobrażam to sobie na przykładzie odmienności poglądów, kiedy jeden z członków teamu nie wytrzymuje i musi powstrzymać drugiego, albo jeden ma za zadanie zabić najlepszego przyjaciela tamtego - scenariusze tego pokroju. Same dialogi są nadal strasznie schematyczne - lewa strona kółka to informacje, kolorowe kwestie rozwiązują sprawę z odpowiednim bonusem, górna prawa opcja to przyjaciel, dolna to niemiluch. Rozmowy jednak warte są wysłuchania ze względu na głosy postaci, które dodają im głębi. Znów mamy podobny podział moralny bohatera, ale tym razem jest on bardziej subtelny, nie ma czarno-białego rozwiązania każdego problemu i czasem trzeba zyskać punkty w drugiej stronie mocy. Do tego dochodzą działania podczas rozmowy, wynikające z dobrych, lub złych pobudek Szeparta. A to kogoś uratuje, a to komuś innemu sprzeda kulkę w łeb zanim ten zdąży powiedzieć "homogenizowany hanar".

  Parę linijek wcześniej napisałem, że świat ma potencjał, jednak teraz zauważyłem jego poważną wadę - unifikację. Droga Mleczna w ME jest wypełniona schematami, typowymi dla ludzi. Większość inteligentnych istot ma dwie ręce, dwie nogi i głowę, mówi ustami, ma oczy, uszy i nos, oraz wszystkie rasy są praktycznie jednakowego rozmiaru. A co gdyby w kosmosie była rasa inteligentnych gigantów wielkości wieloryba? Albo międzyplanetarna społeczność centymetrowych ludków? Dobrze, że przynajmniej niektóre nie są przystosowane do warunków życia homo sapiens, a takie warunki we wszystkich ważniejszych miastach można usprawiedliwić potrzebami wszędobylskich Asari. Język angielski też można wytłumaczyć tym, że jest najłatwiejszy w galaktyce, ale w takim razie jak się rasy dogadywały ze sobą zanim na scenę wkroczyli ludzie? I dlaczego w ogóle nie odzywają się po swojemu (jak to miało miejsce chociażby w KOTORze)? Co do unifikacji, podejrzanie wszystkie obce rasy mają takie same rodzaje broni co ludzie (z którymi wszak weszli w kontakt dosyć niedawno), a bawi mnie widok Kroganina, ściskającego w wielkich łapskach malutki karabin. Nikt też w galaktyce nie słyszał o broniach białych ani walce wręcz. Za to wszyscy lubią upijać się alkoholem ze swojego świata oraz oglądać niebieskie babki, wywijające tyłkiem. A klubów nocnych w ME nie brakuje - to ma podkreślać 'dorosłość' i 'powagę' gry, która ma znaczek 18+. Równie dobrze wątek miłosny mógłby rozwijać się tylko w dialogach, albo w ogóle, a kluby zastąpić mogłyby restauracje i kosmiczne karczmy.

  W pewnym momencie byłem mile zaskoczony, że ktoś inny zauważył paradoks błękitnego olbrzyma i w jedna z misji toczyła się na planecie, opiekanej przez starzejącą się gwiazdę - radiacja była tak silna, że przegrzewała tarcze i paliła wszystko do gołej skały. Ogólnie rzecz biorąc większość mankamentów z jedynki została poprawiona - można poderwać Tali, planety wyglądają ładniej, lokacje są bardziej dopracowane, strzały w głowę zabierają więcej życia, do hackowania i deszyfracji są dwie oddzielne minigierki, które są bardzo dobrze przemyślane, lokacje nie muszą doczytywać się co chwila, nie brakuje humoru, możemy hodować rybki w akwarium, a co najlepsze - pomimo, że grafika jest zdecydowanie ładniejsza niż w jedynce, to silnik jest lepiej zoptymalizowany, przez co dwójka utrzymywała u mnie solidne 50fpsów. Owszem trafił mi się jeden śmieszny bug, który możecie zobaczyć w filmiku poniżej, ale to był tylko jednorazowy wybryk. Tak samo jak wykrzaczanie się gry w pierwszym lepszym ekranie ładowania - pacz załatwił sprawę.

  Podobnie jak w jedynce, nadal gra jest dosyć ciasna jak na mój gust. Cytadela została jeszcze bardziej okrojona, a reszta miast to po prostu kilka wąskich korytarzy, połączonych ze sobą. W oddali widzimy jedynie płaską teksturę. Nikomu nadal nie przyszła na myśl możliwość skakania, bądź latania jetpackiem. Co do latania, to nowa Normandia prezentuje się okazalej od pierwszej, co daje więcej komfortu pomiędzy misjami. Gra serwuje nam też pyszne widoki, czy to miast, stacji, nieba i różnych na nim obiektów. Najbardziej podobał mi się czerwony nadolbrzym (oczywiście przefiltrowany do mocy kilku żarówek) za plecami Człowieka Iluzji, symbolizujący nieuchronną śmierć oraz spektakularny koniec. 

  O Mass Effect 2 z całą pewnością można powiedzieć "SPEKTAKULARNY". Sceny ryją kratery w pamięci, a całość ma formę wysokobudżetowego interaktywnego filmu sci-fi, który ogląda się z przyjemnością. Głosy są świetnie dobrane, muzyka epicka, sceny bardzo dobrze wyreżyserowane, pomimo, że większość z nich jest renderowana na silniku gry. Do kompanów przywiązujemy się niczym do prawdziwych ludzi, utożsamiamy się z Shepardem i jego przekonaniami. Losy galaktyki nie mogą być nam obojętne, kiedy jest o co walczyć. Tym razem ME bardziej zbliżyło się do stanu ideału ambitnego shootera roleplayowego i naprawdę niewiele mu brakuje. Tym samym mam coraz większe oczekiwania co do trójki - spodziewam się prawdziwego majsterszytku, połączenia niesamowitej przygody, szlifu techniki, piękna przekazywanej wizji oraz satysfakcji, która będzie napełniać nasze piersi po dokonaniu niemożliwego. Myślę, że powinienem zakończyć mój nudny wywód. Jeżeli oczekiwaliście, że tak jak w recenzji podsumuję to w kilku myślnikach, po czym wystawię ocenę to grubo się mylicie. Jeżeli nie obeznaliście się jeszcze z Mass Effect, to po przeczytaniu tego tekstu powinniście wyciągnąć swoje wnioski i ewentualnie zmienić swoje podejście do gry, która z resztą wywołała u mnie taki napad pisaniny o późnej porze. A mojej autobusowej pomyłki wcale nie żałuję.

A na koniec kilka skrinszotów :

oraz kawałków z gry:

See you next time, space redeemer

pavlaq89

 Kto interesuje się japońskimi tworami? - ręka w górę! Hmm... A spośród tych - kto bywa na konwentach? ... 

Tak, chodzi o mangowe konwenty, czyli zjazdy pasjonatów, fanów i wszelkiego rodzaju -tardów czy -konów. Do niedawna słyszałem o nich jedynie z opowiadań. Do niedawna, ponieważ w tym roku postanowiłem osobiście uczestniczyć w tym, jakże ociekającym zUem, wydarzeniu. Jako że daleko mi od doświadczonego konwentowicza, poradziłem się kolegów z klubu co do wyboru imprezy. Padło na Ecchicon 5ummer 5pecial, który odbywał się w stolicy. A zapowiadał się naprawdę dorodny spęd - prawie dwa tysiące mangowców, upchanych w jednym budynku przez dwie doby. Pomijając nużącą podróż pociągiem i błądzenie na beznadziejnie zaprojektowanym dworcu oraz dojazd na miejsce przeznaczenia wypchanym po brzegi conBusem, pełnym spoconych otaków*, to konwent zaczął się całkiem miło. 

S5004076.JPG

Humoru nie zepsuło mi nawet półtoragodzinne czekanie w kolejce po identyfikator. I tak nie było najgorzej, jako że wylądowaliśmy wcześniej, zaczynaliśmy od połowy dystansu kolejki pokazanej na zdjęciu i dostaliśmy się do sali noclegowej, zwanej potocznie sleep roomem. Zastanawia mnie, czy nie opłacałoby się bardziej dodać do kosztu konwentu te parę złotych na kopertę i znaczek, aby wejściówki rozesłać wcześniej niczym bilety, a przy wejściu jedynie sprawdzić ich autentyczność. Zaoszczędziłoby to nieco czasu - zwłaszcza biedakom, którzy dostali się do środka dopiero wieczorem, kiedy całe przedsięwzięcie rozgorzało na dobre. 

A atrakcji było od groma - każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Główna tematyka konwentu, czyli szeroko pojęte ecchi*, nie jest moją dyscypliną i niezbyt przypada mi do gustu, ale nawet ja zdołałem odnaleźć się w gąszczu rozkładu zajęć. Było w czym przebierać - od piątkowego wieczoru do niedzielnego południa plan zapakowany był panelami, konkursami, warsztatami i grami, które działy się równolegle w różnych miejscach (których było -naście). Plan był napięty i trzeba było dobrze manewrować żeby być zawsze tam, gdzie chce się być. No i tutaj wyszła pierwsza bolączka organizacyjna - pomimo, że każdy uczestnik dostał plan budynku, to gubił się, ponieważ nie naniesiono na niego numerów poszczególnych sal (jak to na gmach szkoły przystało) i przez pierwszą godzinę konwentowicze, czytając kartki na drzwiach, krążyli w tę i nazad zwiedzając wszystkie korytarze. Które w większości i były usiane gęsto śpiworami i materacami, ponieważ dla sporej części nie starczyło miejsca w roomach, które z resztą były tak upchane, że nie szło szpilki wcisnąć. Całe szczęście rozstawiłem się z posłaniem w takim miejscu, gdzie żadna obca stopa nie miała możliwości miziania mnie podczas snu po twarzy.

S5004080.JPG

Cóż, niektórzy nawet nie pozwolili sobie na rozłożenie się, biegnąc w pośpiechu do hali, gdzie mieściły się stoiska z wszelkiego rodzaju dobrami. Przechadzając pomiędzy straganami widziałem plakaty, kubki, smycze, koszulki, poduszki, figurki, pluszaki, torby, artbooki, modele, komiksy, dvd, gry, i smakołyki prosto z Japonii. Bez przesady - to najnormalniejsze w świecie jedzenie, które zdobi półki tamtejszych spożywczaków, tak jak u nas zwyczajne chińskie zupki z Radomia. Druga sprawa - ceny. Niemal wszystkie produkty (oprócz tych made in Poland) kosztowały więcej niż powinny. Na przykład figurki, pokroju mojej Konaty, były droższe niż zamawiane pojedynczo z eBaya (wliczając koszt przesyłki). Nie dziwię się - ludzie, którzy te rzeczy sprowadzają, chcą na tym zarobić. Dlatego też nic nie kupiłem. Byłem świadom tego, że gdyby zależało mi na danym produkcie to równie dobrze mogę go zdobyć nie ruszając się z domu i nie wyjmując gotówki na światło dzienne. Pomijając fakt, że 99% artykułów nie wzbudziło mojego zainteresowania. Owszem, dostrzegłem kilka rzeczy wartych uwagi, ale jednocześnie niezbędnych jak orangutan w basenie.

S5004091.JPG

A że pogoda była dobra, konwentowicze pluskali się w brodziku, rozłożonym na świeżym powietrzu. Wszelkie fizyczne rywalizacje (catfight, kartonowe sumo, air guitar contest itp) odbywały się na zewnątrz - największym powodzeniem cieszyły się walki w kisielu i wyścigi w miniówkach. Co jak co, ale nazwa imprezy zobowiązuje. W salach miały miejsce konkursy wiedzy, umiejętności, turnieje gier i warsztaty, ale o nich wiele nie napiszę, bo po prostu w nich nie uczestniczyłem. Zainteresowały mnie bardziej panele, czyli prelekcje bądź dyskusje na różne tematy. Tematów było sporo, ale łatwo było się połapać kiedy o czym mowa. Niektóre zmuszały do aktywnego uczestnictwa słuchaczy, inne były po prostu zwykłymi wykładami. Jednak czasem trudności sfery organizacyjnej psuły efekt. A to nie działa komputer, nie ma prezentacji, prowadzący się nie zjawia, albo trzeba czekać aż skończy się poprzedni, który ciągnie się nadzwyczaj długo. Niektóre tematy miały zbyt mało czasu, inne nie wypełniały całego. Jedni prowadzący mówili szybko i wyraźnie, inni niestety nie. Pomimo, że obstawiłem sporo paneli, to tak naprawdę dowiedziałem się bardzo niewiele. Albo świadczy to o mojej wiedzy, albo o ilości materiału, przygotowanego na panele. Myślę, że raczej o tym drugim. Dla przykładu: pogawędka o Tengen Toppa Gurren Lagann prowadzona była zupełnie spontanicznie - większość czasu minęło w żywiołowej dyskusji, aby pod koniec wszyscy jednomyślnie doszli do wniosku, że TTGL jest awesome i nie ma co snuć żadnych niepotrzebnych domysłów. Za to panel o loliconach* w społeczeństwie japońskim pełen był historii i mało ciekawych faktów oraz szczegółowych konkretów. Oczywiście wykłady na bardziej kontrowersyjne tematy przeznaczone były dla pełnoletnich uczestników, co z resztą było skrupulatnie przestrzegane. Jak już pisałem, niczego nowego się z nich nie dowiedziałem. 

S5004130.JPG

Chodząc po korytarzach można było natrafić na... zombie! Pierwszego dnia bowiem na terenie konwentu rozgrywał się LARP* Resident Evil, w ramach którego jedni gracze jedli drugich. Widok zakrwawionego, powłóczącego nogami i wołającego "móóóóó" zombiaka nie wzbudzał większego zdziwienia. Tak samo jak widok dziewczyn z kocimi uszami lub/i w mundurkach szkolnych. Sobotnim gwoździem programu był bowiem cosplay*. Cała prezentacja trwała dosyć długo, bo grup, udających mangowe postacie było całkiem sporo. Poziom był bardzo zróżnicowany, były akcenty humorystyczne, scenki, piosenki. Nagrodę za najlepszą grupę dostali ci, którzy dokonali największego wkładu pracy (oraz wystąpili najliczniej), a nagrodę dla pojedynczego cosplayu zgarnęła najbardziej skąpo ubrana dziewczyna. Standard. Poza tym od rana do rana scena rozbrzmiewała dźwiękami popularnej muzyki, która mieściła się jeszcze w granicach mojej tolerancji. Co do muzyki, to jedna sala była przeznaczona tylko i wyłącznie dla k- i j-music*. Tak samo jak w innej non-toper leciały AMVki*. W kolejnej za to ludzie bez wytchnienia rżnęli w mahjonga, zdzierali gardła w singstarach, maltretowali plastikowe wiosła i gary, czy wymachiwali pilotami. W głowie nie mieściło mi się jakim cudem można zająć 2 tysiące konwentowiczów, a jednak system ten zdawał egzamin, bo nikt nie narzekał na nudę, wszędzie było coś do roboty. Chociaż i tak nadal znajdowały się osoby, które najwyraźniej przyjechały... spać. Ilekroć przechodziłem obok, leżały w tym samym miejscu. Może tylko takie odniosłem wrażenie, będąc porażony ilością przetaczającego się przez małą przestrzeń ludzi. Co do tłoku, kolejnym składnikiem konwentu był zapach. Pomijając kwestię czystości, sam fakt takiego zagęszczenia w trzydziestostopniowym upale robi swoje. Całe szczęście wszystkie okna były cały czas otwarte na oścież, przez co nigdzie nie zalatywało starymi skarpetkami.  

 

No cóż - byłem, zobaczyłem i nie żałuję. Pomijając cały trud i liczne niewygody, warto było ruszyć tyłek z miejsca i pobyć w towarzystwie kilkuset osób, które interesują podobne rzeczy. Powoli leczę się z mojego społecznego zacofania, a konwent napełnił mnie nowymi siłami do brnięcia dalej w świat japońskiej animacji, przez co z zapałem sięgam po nowe tytuły. Radzę każdemu miłośnikowi japońszczyzny wybrać się kiedykolwiek na jakiś konwent temu poświęcony. Bo czasem dwie nieprzespane noce są więcej warte niż cały miesiąc życia.

S5004177.JPG

PS Szkoda, że nie było mr Jedi :[

PS2 All photoz by meh and my toy camera

_______

1* otaku (jap.) - fan (najczęściej mangi i anime)

2* ecchi (bądź etchi) - gatunek mangi i anime, pełen podtekstów seksualnych, skierowany do męskiej grupy odbiorców

3* lolicon (od lolita complex) - zainteresowanie młodymi dziewczynkami

4* LARP (Live Action Role Playing) - odgrywanie gry fabularnej na żywo

5* cosplay (od costume playing) - przebieranki

6* j-music - japanese music; k-music - korean music

7* AMV (Anime Music Video) - teledysk z anime 

pavlaq89

Kursorem po mapie

Zdarzyło się Wam kiedyś znaleźć w wirtualnym świecie miejsce, które chcielibyście odwiedzić osobiście? A może był to cały świat, który cieszył różnorodnością, bogactwem kształtów, kolorów i szczegółów? Do niektórych miejsc można żywić sentyment, inne mogą przytłaczać lub odstraszać - po prostu rodzić emocje, które zostają wryte w ściany i mieszkają tam na długo po naszym odejściu. Przesiąknięte zapachami, które tworzy nam wyobraźnia, miejsca po drugiej stronie ekranu zdają się żyć własnym życiem. Zapraszamy na krótką wycieczkę po lokacjach, które zapadają w pamięć.





Mass Effect 2 - Klub nocny Afterlife (Zaświaty) na stacji kosmicznej Omega

94647143-2.jpg


Każdy kto chce się liczyć musi zajść do klubu Afterlife, żeby potańczyć, bądź walnąć sobie kielicha batariańskiej gorzałki. Nam jednak w ramach wycieczki zwanej Mass Effect 2 przysługuje darmowy wstęp. Do środka zaprasza nikt inny jak sama Aria. Niczym mityczna Persefona zasiada ona jako królowa tego miejsca. W przeciwieństwie jednak do swojej greckiej odpowiedniczki, nie musi zmywać garów dla swojego mężusia Hadesa. To ona trzęsie tym miejscem, a cała stacja kosmiczna truchleje, kiedy tylko pomyśli o jej gniewie.

Chojrackim krokiem przekraczamy próg przybytku. Elkorski bramkarz nawet nas nie przeszukuje. W uszy uderza fala dźwięku. Beat muzyki powoduje, że nogi same rwą się do tańca. Przedstawiciele każdej możliwej rasy wywijają biodrami w rytm szalonej muzyki. Piękne, niebieskoskóre tancerki go-go wiją się wokół rur, wprawiając mężczyzn w osłupienie i wywołując dziwne swędzenie w pewnym specyficznym miejscu. Tutaj możesz sobie pozwolić na wszystko. Wszelkie hamulce puszczają. Moralność to mrzonka, rzecz zakazana na stacji Omega. W Zaświatach wymagana jest nieskrępowana niczym zabawa. Romanse i brudne interesy odnajdują tutaj swoje siedliska. Łatwo o zarobienie kulki w łeb, a podejrzane typki bacznie obserwują twoje kroki, czekając na każde twoje potknięcie.

Tutaj odnajdziemy szemrane typy, które zlecą nam zadania, których stróżowie prawa nie uznają za legalne. Wypijemy drinki z każdego możliwego zakątka Wszechświata i popatrzymy na piękne kobiety. Mimo czekającej w trakcie naszej wycieczki samobójczej misji jeszcze wiele razy zawitamy w to miejsce, tylko po to, żeby odnaleźć chociaż troszkę rozrywki. Adrenalina gromadząca się w żyłach w trakcie odwiedzin Zaświatów uzależniają jak najmocniejszy z narkotyków (które i tutaj zapewne można zakupić). Będziemy tu wracać ciągnięci przez niewidzialną siłę, a może to przez nasze uzależnienie od panującego tutaj niesamowitego klimatu, tylko po to, żeby chociaż przez minutę pochodzić po parkiecie najlepszego nocnego klubu we Wszechświecie.





Wędrowcze! Zapewne słyszałeś o krainie Morrowind zwanej i o wyspie Vvardenfell, po środku której cieniem straszy Czerwona Góra. Odizolowany nieprzenikalnym murem, pochłonięty spaczeniem szczyt widoczny jest z każdego zakątka wyspy. Przynajmniej dla tych, którym udało się rozwiać gęstą niczym mleko guara mgłę, panującą wszędzie, gdzie stopę się postawi. A spacerować po traktach tego urokliwego skrawka lądu jest niezwykle przyjemnie. Pod warunkiem, że jesteś przygotowany na rozbójników, czarownice, dzikie bestie oraz daedry, które bez wątpienia staną nie raz na Twej drodze. Czy to wietrzne pustkowia Popielnych Ziem, czy zielone łąki Pastwisk, moczary Gorzkiego Wybrzeża, pagórki i doliny Zachodniej Wyrwy, klify Wybrzeża Azury czy nawet wulkaniczne rowy Molag Amur - pełne są pielgrzymów (którzy w akcie wiary podejmują niebezpieczną wędrówkę szlakiem wytyczonym przez patriarchów Kościoła Trójcy) jak i handlarzy (przewożących swe dobra z miasta do miasta).

Podróżując przez te okolice wzrok twój cieszyć będą zarówno cuda natury jak i cywilizacji. Miasto Vivek na południu Wysp Askadyjskich słynie jako siedziba żywego boga, jednego z Trójcy, oraz niesamowitej architektury - wyrastających z wody monumentalnych dzielnic miasta, kryjących we wnętrzu sklepy, apartamenty, rynki, siedziby gildii i szlacheckich rodów. Nad dzielnicą świątynną unosi się utrzymywany magiczną mocą Dekanat Prawdy - kolosalna lita skała, mieszcząca we wnętrzu rygorystyczne więzienie. Vivek można uznać za cud Dunmerskiej architektury, jednak inne miasta również charakteryzują się kulturą rdzennego ludu Vvardenfell. Główne siedziby trzech wielkich rodów - Hlaalu, Redoran i Telvanni prezentują zupełnie odmienne style architektoniczne. Hlaalu słyną z foremnych lepianek, czego najlepszą manifestacją jest Balmora, którą niewątpliwie miałeś okazję odwiedzić. Redoran, żyjący na Popielnych Ziemiach budują swe siedziby na szczątkach wielkich krabów, czego najlepszym przykładem jest Ald'ruhn wraz z dominującą nad miastem skorupą dzielnicy szlacheckiej (w której mieści się wielki ród). Trzecim, najdziwniejszym z punktu widzenia ludzi, jest styl Telvanni. Ekscentryczni magowie tworzą swe siedziby w wielkich, poskręcanych pniach magicznie wyhodowanych roślin. Do tych dziwnych domów czasem dostać się można jedynie za pomocą lewitacji, ponieważ drzwi znajdować się mogą wysoko nad gruntem. To samo dotyczy wnętrz tych domostw - oprócz poziomych korytarzy na porządku dziennym są tam pionowe szyby, bo przecież lewitacja jest wygodniejsza niż chodzenie po schodach, czyż nie? 

Nie można zapomnieć jednak że Morrowind jest prowincją Cesarstwa i siły Legionu również tutaj stacjonują. Liczne forty porozsiewane po kluczowych miejscach pomagają utrzymać porządek cesarskim stróżom imperialnego prawa niemal wszędzie (jedynie Vivek polega na swej świątynnej straży). Z kolei najlepszym przykładem zachodniej (oraz częściowo północnej) kultury na ziemiach Dunmerów jest górnicza osada Caldera. To niedaleko na północ od Balmory - jeżeli będziesz w okolicy, nie wahaj się wpaść do tawerny Shenka (może spotkasz tam pewnego khajiita, Rankinem zwanego).

Vvardenfell jest cudowną krainą na zetknięciu wielu kultur, gdzie władza współdziała z religią, magią oraz tradycją. W połączeniu z różnorodnymi okolicznościami natury tworzy miejsce, w którym chciałoby się mieszkać przez resztę swych dni. O ile nie umniejszy ich żadne dzikie zwierzę, ani żadna z wielu chorób lub nawet zaraza. Nie wspominając o daedrach z otchłani, czekających na niedzielnych turystów zapuszczających się w starożytne ruiny. Poza grasującymi nocami wampirami, fanatycznymi sługami Szóstego Rodu, syndykatem Camonna Tong, oraz pomniejszymi przestępcami i łowcami niewolników, to prawie żadne poważniejsze zagrożenia nie czyhają tam na wędrowców. Dochodzi jeszcze pewien szczegół związany z dawnym proroctwem ale to już nie nasze zmartwienie.

Tak czy owak, wybierając się do krainy Dunmerów, nie korzystaj z łazików, łodzi czy teleportów - piesza wycieczka dostarcza niezapomnianych wrażeń i przeżyć o których będziesz opowiadał wnukom przy kominku... o ile do tego dożyjesz.






Fallout - Vault 13 (Krypta 13) w słonecznej Kalifornii (west side postnuklearnego USA)

659149-twnmap00_super.jpg


A gdzie Ty chcesz spędzić swoją przyszłość, kiedy bomby upadną na naszą kochaną amerykańską ziemię? Chcesz spędzić ten czas nad morzem, opalając się w świetle atomowego wybuchu (a pamiętaj, że grozi to przynajmniej rakiem skóry), czy wolisz już teraz dołączyć do tysiąca innych szczęśliwych Amerykanów, mających bezpieczne lokum w domu przyszłości. Domu, który za malutką opłatą może stać się Twój! Nie zwlekaj i już dziś odwiedź Kryptę 13! Pośród sterylnych, grubych na kilkanaście centymetrów ścian odnajdziesz spokój i rodzinną atmosferę. Stwórz z nami lepszą, jaśniejszą przyszłość!

Z miejsca zapewniam. Tutaj będziesz bezpieczny, a żyć będziesz jak pączek w maśle. Na górze wojna zdewastuje gigantyczne połacie terenu. Radiacja i inne źródła mutacji stworzą nową faunę i florę, która będzie pragnąć zasmakować w Twoim mięsie. Nie obawiaj się jednak! Krypta 13, wybudowana pod ziemią, ochraniania jest gigantycznymi drzwiami z jednego z najtwardszych metali świata. Doskonale wyposażone w najnowocześniejsze technologie pomoże przetrwać kilku pokoleniom. Rzecz jasna nigdy nie odwiedzisz powierzchniowego świata, ale za to poznasz ludzi, którzy tak jak Ty byli na tyle mądrzy by wykupić miejsce dla siebie i swoich rodzin oraz przyszłych pokoleń. Jesteś samotny? Odwiedź Vault 13! Może odnajdziesz tam miłość swojego życia?

Zapewne obawiasz się o standard życia? Nie bój nic! Na miejscu będą roboty i komputery. Doskonale wyposażone sale chirurgiczne oraz bogata kolekcja holotaśm, które zapewnią Ci rozrywki na najbliższe dziesiątki lat, które spędzisz pod ziemią. Krypta 13 to arka, która uratuje świat. Kiedy jej hermetyczne wrota oddzielą Cię od niebezpieczeństwa spędzisz resztę swojego życia pośród ludzi, którzy Cię pokochają, pośród swojej nowej rodziny. Głową tego szczęśliwego klanu jest nasz kochany Nadzorca, który naprawdę potrafi docenić czyjeś starania. A wiesz o chipie, którego zadaniem jest kontrola nad procesem uzdatniania wody? Ten niesamowity wynalazek sprawi, że nigdy nie będzie problemów z wodą pitną, a Krypta 13, będzie niczym dom, którego nie będziesz chciał opuścić... no chyba, że chip się zepsuje, ale to się raczej nie wydarzy, no nie?





Test Drive Unlimited - Wyspa Oahu

Chinaman_s%20Hat_%20Oahu_%20Hawaii.jpg

Gdzie najchętniej poszalałbyś swoim Lambo? Czy wypuściłbyś konie swojego Ferrari na polskie drogi? A może to niemieckie autostrady czesałbyś oponami swojego McLarena? A co powiesz na gorące plaże Hawajów i autostrady pośród tropikalnego buszu? Tylko Ty, rozpalony asfalt, cztery koła i 500 koni pod maską... 

Ta mała wysepka ma chyba więcej autostrad niż nasz kraj, a jadąc wzdłuż brzegu, okrążysz całą po niespełna 200km. Ten cudowny skrawek lądu mieści nieco ponad tysiąc mil dróg, które chce się pokonać co do metra, rozkoszując się widokami, jakie przesuwają się za szybami. Otworzyć szyberdach i odetchnąć zapachem drzew, morskiej bryzy i czasem... kurzu spod opon innego miłośnika motoryzacji. Takich jak Ty na wyspie jest wielu. Też kochają samochody i również lubują się w wycieczkach krajoznawczych. Jednak przede wszystkim chcą się ścigać. W okolicznościach tropikalnej Ziemi Obiecanej zwycięstwo smakuje wspaniale, a każdą porażkę osłodzi zachodzące w tafli oceanu słońce, uspokajając, że
jutro też jest dzień
. Asfaltu nikt nie zwinie, po imprezie możesz wyspać się w swoim luksusowym 200-metrowym apartamencie i śnić o kolejnych zwycięstwach, a razem z Tobą śnić o nich będzie dziesięć bryk w garażu. 

Raj na Ziemi. Żyć nie umierać. Hula(j) dusza.





Icewind Dale - Kuldahar

Icewind_Dale_Kuldahar_Tree_by_vermaden.j 


Przenieśmy się w zimniejsze regiony... Daleko na północ Faerunu, do Doliny Lodowego Wichru. Mieści się tam jeden z największych cudów natury, który jest jednocześnie ostatnią ostoją cywilizacji w tej mroźnej krainie. Pośród lodowców i stromych urwisk rośnie potężny, przeogromny dąb, który swoim ciepłem rozgrzewa całą okolicę. Ten fenomen utrzymywany jest przez druidów, którzy od niepamiętnych czasów pilnują, aby od drzewa biła życiodajna energia. Nasza drużyna odwiedza to miejsce nie raz - jest to bezpieczne, ciepłe schronienie, które zdaje się odstraszać siły zła. 

Lokacja ta wywarła na mnie kolosalne wrażenie. Powaliła klimatem i obrzuciła moje zmysły doznaniami, a w wyobraźni rozkwitła kompletna wizja tego magicznego miejsca. Dzięki wspaniałej muzyce (Jeremy Soule <3), ciepłym kolorom (które kontrastują z krajobrazem zimnego pustkowia) i całej reszcie czynników gracz czuje ten niepowtarzalny mikroklimat. Czuje świeży powiew górskiego powietrza i ciepło bijące spod stóp. Sam dąb jest monumentalny i sprawia wrażenie jakby tworzył swoją koroną i korzeniami sferę ochronną, tuląc osadę w życiodajnym uścisku. 

Do takich miejsc chce się wracać.






Painkiller - PIEKŁO

screen156.jpg

Wkraczamy w zupełnie inną strefę klimatyczną. Piekło. To jedno słowo wyraża bardzo wiele. Niemal każdy interpretuje je na swój sposób. Niektórzy wyobrażają sobie je jako tygiel płomieni, siarki i lawy, jeszcze inni jako mroczne podziemia Hadesu. Do mojego wyobrażenia piekła najbardziej zbliża się Painkiller. Bowiem w tej lokacji panuje niepodzielnie to, co jest najgorszą rzeczą, jaką może wywołać człowiek - wojna. Przemierzamy istne pole armageddonu, zatrzymane w wiecznej walce, wiecznym bólu, wiecznej śmierci i zniszczeniu. Mijamy machiny wojenne, którymi ludzie urozmaicali tą odwieczną rozrywkę diabła - trebusze, katapulty, armaty, karabiny, czołgi i... bombę atomową, która świeci nad polem bitwy niczym słońce swym nieustającym, nuklearnym blaskiem.

Kolejna lokacja, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Kiedy odwiedzałem ją po raz pierwszy nie mogłem wyobraźnią ogarnąć tego, co widzę. Projektanci z PCF zaserwowali nam piekielnie udaną kompozycję, która w pierwszej sekundzie chwyta każdego twardziela za jego męskość i z szyderczym uśmiechem chrypie mu do ucha "
witaj w piekle, chłoptasiu
". W całej negatywności tego miejsca oceniam je jak najbardziej pozytywnie. It's just AWESOME.






Planescape: Torment - Sigil (centrum Wieloświata)
 
sigil.jpg 
 
 

Co? Chcesz ze mną potrukać o tym gdzie jesteśmy? Dobrześ trafił, bo ja to krwawnikiem w sumie jestem. Słuchaj no uważnie pierwszaczku, bo w Sigil to łatwo szukając śpiewki można w mordę dostać. Myślisz, żeś sobie na wakacje tutaj przyjechał? Mylisz się kiepie, oj mylisz się srodze. U nas w Sigil to pełno cieni jest. Gdzie nie zajrzysz tam już na ciebie coś dybać może. Czym jest Sigil? To jest twoje pytanie? No nie... ale z ciebie skórogłowy jest! Sigil to centrum Wieloświata. Miasto nad iglicą, które jest domem wszystkich możliwych istot. Ludzi, diabłów, bariaurów i innych cholerstw, w tym tych cuchnących diabląt. Eh...

No dobra... widzę, że przykminienie ci raczej z trudem przychodzi. Powiem więc prościej. Sigil to miasto czarów. Utworzone z samej istoty magii przeplatającej Wieloświat. Tutaj nie ma bogów, nie ma dobra i zła. Wszyscy żyją tu według zasad Pani Bólu. Pani jest potężna, nawet bogowie boją się jej cienia. A nieszczęśnik, który z nią zadrze zginie od ostrzy lub zostanie zamknięty w labiryncie. Z czego to drugie jest znacznie gorsze. Słuchaj uważnie i kmiń szybko. W mieście musisz uważać na brzdęk. Miedziaki mogą uratować ci życie lub odnaleźć coś naprawdę niezwykłego. Demoniczna czekolada? Spokojnie. Nie taki towar tu kupisz. Różne jazdy oczekują na śmiałków, którzy nie boją się pytać. Sigil to miasto portali, a co drugie drzwi prowadzą do jakiejś innej sfery. Chcesz trafić do Arboeri, albo Hadesu? Po prostu wpadnij na odpowiednie drzwi.

Jednym z licznych problemów tego miasta są frakcje. Grupy istot podążających za jakąś główną myślą tworzy taką organizację i napatacza się innym. Dajmy na to Harmonium, twardogłowych. Wredoty te chodzą w swoich złotych zbrojach i pilnują porządku. Oni są jednak jeszcze w porządku! Uważaj na Łaskobójców. Pomyleńce ci wychodzą z założenia, że każdą niesprawiedliwość należy karać śmiercią, a litość to wymówka tych, którzy obawiają się sprawiedliwości. Dodajmy do tego Stronnictwo Doznań, Wolną Ligę i kilkanaście innych organizacji i dostaniesz szalony misz-masz cholernych filozofii.

Radzę ci pierwszaczku. Lepiej zjeżdżaj do którejś z swoich pierwszych i zostaw Sigil daleko za sobą. To nie miejsce dla mięczaków bez ikry. Jak się boisz, to zasuwaj do mamuni. A czekaj... przecież nie bez powodu nazywa się Sigil "Klatką". Jak myślisz, jak się teraz stąd wydostaniesz, co?





Toby (na razie ;j) było na tyle
(a przecież o dziesiątkach innych miejsc nawet jednym słowem nie wspomnieliśmy...)
. Domyślam się, że i tak większość z Was zna te lokacje, a jeśli nie, to może będziecie mieli ochotę je odwiedzić w przyszłości i poczuć się jakbyście rzeczywiście tam byli...

 

pavlaq89

Godless and wicked

featured.png

Czas na pawlakowe zestawienie najstraszliwszych, najokrutniejszych i najbardziej zapadających w pamięć antagonistów spośród znanych mi anime. Źli, brzydcy, plugawi, przerażający, a czasem niepozorni, posiadający wiele twarzy bohaterowie to nieodzowna część każdego animowanego tworu. Poniżej wymieniam tych niewzbudzających uśmiechu politowania ani zażenowania (a jest ich dosyć niewielu). UWAGA! Spoilerów co niemiara! Te poważniejsze postaram się zasłonić, ale nic nie gwarantuję.

Zaczynając od:

anime: Afro Samurai

Jeden z przeciwników, stający na drodze zemsty Afro. Nieustraszony szermierz, który wydaje się mieć za coś żal do głównego bohatera. Jego twarz zasłania wielki łeb misia. Jak się okazuje

jest on przyjacielem z czasów dzieciństwa Afro i cudem uniknął śmierci, przez co musiał poddać swoje ciało cybernetyzacji - głowa misia skrywa urządzenia podtrzymujące życie

. Jego walka z głównym bohaterem wymiata, a moment w którym ujawnił swoją tożsamość wywołał ciarki na plecach. Swoją drogą design postaci kopie zadek - charakterystyczna głowa misia łatwo zapada w pamięć. Złym bym go nie nazwał - prędzej zrozpaczonym i zdesperowanym bohaterem tragicznym. Trafił na tą listę jako wyróżnienie - za dobry, zapadający w pamięć wizerunek.

Broly

02broly.jpg

anime: Dragon Ball Z: Broly - Legendary Supersayajin

Broly jest najlepszym shwartzcharakterem, który pojawił się w dragonballowych kinówkach. Pośród innych nie wyróżnia się praktycznie niczym, oprócz tego, że jest... niewyobrażalnie potężny. To wszystko - ten koleś to czysta, żywa moc. W końcu jest legendarnym supersaiyaninem, który rodzi się raz na tysiąc lat. Jego moc przechodzi wszelkie pojęcie, a kiedy wpadnie w szał, to niszczy całe galaktyki jedna po drugiej. W momencie, kiedy wyzwala energię jego ciało pęcznieje (dosłownie), a oczy wywracają się na drugą stronę (przynajmniej tak to wygląda). Jego ojciec jakoś panował nad jego temperamentem (skonstruował nawet urządzenie w tym celu), jednak spotkawszy Goku (za którym niezbyt przepadał), Broly postradał wszystkie zmysły i wpadł w straszliwą furię. Nic go nie mogło powstrzymać przed tym, żeby zrobić z Kakarotto krwawą miazgę. W trakcie trwającej pół filmu walki, Broly masakruje wszystkich protagonistów - Vegetę, Goku, Gohana, Trunksa, którzy pomimo przemiany w supersayian nie są w stanie kiwnąć palcem w bucie. W trakcie starcia Broly z lubością skacze po przeciwnikach, rzuca nimi, miażdży ich, wbija w skały i bombarduje pociskami energii. W pewnym momencie z wkurzonego dzikusa przeistacza się w rozrywkowego sadystę. Co tu dużo gadać. To jest taka postać, na widok której ucieka się gdzie pieprz rośnie, popuszczając uprzednio w spodnie. Chociaż ucieczka i na nic się nie zda...

Kiedy oglądałem film byłem pod wrażeniem jego dominującej siły. Najbardziej udzieliła mi się atmosfera desperacji i beznadziei, która towarzyszyła walce z tym potworem. Zasługuje na miejsce na tej liście.

Dung Beetle

3457.jpg

anime: Bokurano

Żuk gnojarz - tak kazał się nazywać. Dziwna, unosząca się w powietrzu istota, która trzyma pieczę nad poczynaniami głównych bohaterów. Co nie znaczy, że mu na nich zależy - od samego początku jest złośliwy, sarkastyczny i niemiły (to mało powiedziane). Nie szanuje nikogo poza sobą samym i bez wahania skazuje na śmierć kolejne ofiary, czerpiąc z tego rozrywkę. Żuk gnojarz bowiem jest okrutnym sadystą, który uwielbia czynić innym co jemu niemiłe. Od samego początku nie wdraża dzieciaków w szczegóły gry i podaje jedynie szczątkowe informacje o zasadach, żeby potem móc obserwować biedne małolaty w desperackiej walce, w której od samego początku byli przegrani. Do samego końca zachowuje się jak asshole i

przypłaca to wreszcie życiem

. Okazuje się, że Gnojek był wcześniej

jednym z dzieci, uczestniczących we wcześniejszej 'grze o świat' i cudem wyłgał się od wyroku śmierci - od tamtego czasu dostał to dziwne ciało i sam wziął udział w organizacji okrutnej gry

. Rzadko znajduje się postać równie przesiąkniętą złem do szpiku kości. Równocześnie tak niepozornie wyglądającą.

Tetsuo

Tetsuo-nice-anime.jpg

anime: Akira

Tetsuo był zwyczajnym nastolatkiem. Zwyczajnym jak na realia, w których działa się akcja "Akiry". Olewał szkołę i rozrabiał z resztą motocyklowego gangu Kanedy. Zawsze ostatni, wyśmiewany przez kolegów niezdarny dzieciak z dużym czołem. Sytuacja zmienia się, kiedy Tetsuo dziedziczy moc Akiry, czyli potężną i niszczycielską telekinezę. W tym procesie doświadcza licznych halucynacji i omamów, w wyniku czego jego osobowość zmienia się. Z zakompleksionego nastolatka staje się bezwzględnym potworem. Powstrzymuje pociski w locie, miażdży czołgi niczym aluminiowe puszki, zrywa mosty, przebija ściany, burzy budynki, a ludzi rozgniata jak pomidory (robiące przy tym głośne "splurt"). W pewnym momencie przestaje panować nad narastającą mocą i zamienia się w groteskową maszkarę, której widok powoduje torsje. Bezkształtna organiczna masa, zmieszana z metalem i kablami, przemieniająca się w wielkiego, obrzydliwego bobasa, wypala w pamięci głęboki ślad.

Mroczna aura, ogarniająca obdarzonego mocą Tetsuo i jego aroganckie nastawienie do świata świadczą, że złym może być każdy, wystarczy dać mu nieco władzy. Tym niemniej miejsce na mojej liście ma zagwarantowane.

Anti-spiral

55742.jpg

anime: Tengen Toppa Gurren Lagann

Nienawidzący wszystkiego co gwintowane, przeciwny spiralnej logice kosmosu i ewolucji byt, który kiedyś również był spiralną istotą, jednak w obawie przed końcem wszechświata porzucił swoją naturę. Od niepamiętnych czasów anti-spirale zwalczali ludzi, powoli rosnących w siłę. Aby zminimalizować ich wpływ na kosmiczną równowagę wprowadzili limit mieszkańców Ziemi - kiedy zostanie przekroczony, wkraczają 'strażnicy ładu' i przeprowadzają eksterminację całej planety. Anti-spiral to wyprana z emocji postać bez oblicza, dążąca do celu bez względu na środki. Nie wyznaje idei dobra, moralności ani miłości - to są wady, które w rezultacie mogą doprowadzić do kosmicznej katastrofy. Żeby jej uniknąć jest gotów poświęcić miliony, a nawet miliardy istnień. Z punktu widzenia człowieka, nieodgadniony jest sens życia tych istot, które tak naprawdę nie żyją. One trwają. Od zawsze, tylko po to, aby niszczyć wszystko co tworzy spiralę - czy to broń w postaci wiertła, czy nić DNA, symbolizującą ewolucję i rozwój.

Jest to byt wrogi, zimny i obcy. Stanowi przeciwieństwo wszystkiego co ludzkie. Według mnie kandydat na antagonistę ostatecznego - jeżeli pojawiłby się pod koniec świata, to nie zdziwiłbym się.

Char Aznable

charp.jpg

anime: Mobile Suit Gundam

Jeden z najlepszych pilotów Zeonu, siejący strach na licznych polach bitew, weteran wojny jednorocznej, otrzymał przydomek "czerwona kometa". Char jest postacią bardzo tajemniczą i intrygującą. Ukrywa w sobie nienawiść do rodziny Zabi, jednocześnie służąc w jej armii

- jego planem jest wspięcie się po drabinie militarnej kariery i w ramach zemsty zabicie przywódców Zeonu

. Charyzmatyczny, inteligentny, sprytny, odważny i ambitny - można by go opisywać jako bohatera, jednak ja włożyłem go do gara czarnych charakterów. Od samego początku masakruje siły federacji dobrze prowadzonymi atakami - w odróżnieniu od wojskowych głupców wie kiedy się wycofać, przegrupować siły, aby uderzyć ze zdwojoną siłą w najmniej tego oczekiwanym momencie. Stał się postrachem wrogów jak i sprzymierzeńców, a także koszmarem Białej Bazy. Spędzał jej załodze sen z powiek i nękał notorycznymi atakami - zadającymi straty nie tyle fizyczne, co psychiczne. Jako mistrz manipulacji często wykorzystywał innych o swoich celów i dokonywał niemożliwego. Jego buntownicza natura zmuszała go do ciągłego stania w opozycji - to człowiek czynu, którego żywiołem jest wojna - żyje od konfliktu do konfliktu i jest zawsze tam, gdzie komuś dzieje się krzywda, niezależnie od tego czy ma pomagać, czy zabijać. Nie jest wypraną z emocji maszyną - zależy mu na rodzinie (ojcu, którego chce pomścić i siostrze, która walczy po drugiej stronie barykady). Unika niepotrzebnych śmierci i dba o swój wizerunek - w pierwszej wojnie skrywa swoją twarz maską, później okularami (okulary przeciwsłoneczne +10 do cold as ice). Podsumowując: jest to urodzony żołnierz, dowódca, rewolucjonista, polityk. Federacja miała pecha, że akurat stanął po stronie tych złych.

Char wynosi określenie "awesome" na wyższy poziom. Ice cold, baby! W tym przypadku jestem gotów stwierdzić, że zło jest cool.

Tenzen Yakushiji

91019.jpg

anime: Basilisk

Tenzen jest zaprzysięgłym wrogiem klanu Kouga. Kiedy Oboro staje głową ninja Iga, Tenzen wdraża swój plan w życie. Manipulując młodą dziewczyną, stopniowo wybija przeciwny klan co do nogi. Dość, że ambitny, zawzięty i chciwy typ to do tego inteligentny i przebiegły. Zastawia zasadzki na przeciwników, których nie jest w stanie pokonać, dezorientuje, prowadza w błąd, knuje i spiskuje. Od samego początku prezentuj sobą niezwykłe sk***ysyństwo (

w pewnym momencie nawet gwałci swoją przywódczynię

). Musi wysługiwać się innymi, bo sam zbyt wiele by nie zdziałał - jego umiejętności ninja są dosyć ograniczone, za to ma jeden, potężny atut, który kilkukrotnie daje mu ogromną przewagę -

jest NIEŚMIERTELNY

- sprzedał swoje ciało demonowi, który potrafi go

wskrzesić

. Wyobrażacie to sobie? Jak można walczyć, z kimś, kto może

zmartwychwstać

?! Kawał drania - mocno go znielubiłem, ale wzbudził we mnie szacunek wystarczający, żeby się tutaj pojawić.

Griffith

7454-griffith_large.jpg

anime: Berserk

Zapewne zastanawiacie się, jak ten rycerz w błyszczącej zbroi może być jednym z największych złoczyńców? Ano może, bowiem Griffith jest maniakalnym egocentrykiem. Jego marzeniem jest ustanowić własne królestwo - po to się urodził. W tym celu oddał duszę demonom i rozpoczął wojenną karierę dowodząc "Bandą Jastrzębia". Niczym dziecko szczęścia werbował samych najlepszych do swojego oddziału, w tym Gatsa, i zaskarbił sobie ich bezgraniczne zaufanie. W walce miał tyle samo szczęścia co w życiu osobistym - z pomocą nadprzyrodzonej aury szybko wspiął się po społecznej drabinie, ale wyszło na to, że tak naprawdę wdrapywał się na stertę zwłok. Wrogów jak i przyjaciół. Jego przeklęta misja doprowadziła go (

okaleczonego w więziennych lochach

) przed ołtarz demonów, które, aby spełnić jego życzenie zagwarantowały mu nieludzką potęgę i uczyniły jednym z nich. Na tymże ołtarzu miał poświęcić wszystko, co było mu bliskie - w tym jego przyjaciół, którzy mu ufali. Wywinął ohydny numer i wystrychnął ich na dudka, krótko mówiąc. Szczerze to życzyłbym mu, żeby skwierczał w piekle na wolnym ogniu, między innymi za

zgwałcenie ukochanej najlepszego przyjaciela na jego własnych oczach

.

Johan Liebert

JohanLiebert2.jpg

anime: Monster

No to dochodzimy do ścisłej czołówki. Macie przed sobą człowieka, któremu tamci mogą buty czyścić. Niech się Yagami Light schowa w skrzynce na listy, bo oto nadchodzi Johan Liebert - tytułowy potwór. Kim jest ten przystojny, charyzmatyczny młodzieniec o zimnym spojrzeniu? Seryjnym mordercą. Najgorszego gatunku, największego kalibru. Jako niezwykle inteligentny chłopak jest świadom wszystkiego, co się wokół niego dzieje. Wszystko przebiega zgodnie z jego planem i przewidywaniami - nikt nie śmie go nawet podejrzewać o zbrodnie, a on bez problemu dociera do kolejnych celów i eksterminuje je z zimną krwią, po drodze zabijając wszystkich świadków. Johan nie sprzedał duszy diabłu - on nim jest. Co może czuć osoba, która celuje do niego z pistoletu, kiedy on spokojnie, bez żadnego wyrazu twarzy, nakazuje jej strzelać w czoło? Co może czuć osoba, która jest namierzona przez niego i próbuje uciec nawet na drugi koniec świata, czując jego oddech na plecach? Wiedząc, że może być zawsze i wszędzie, tylko po to, żeby władować jej kulkę w brzuch i pójść dalej? Johan napawa przerażeniem, czasem doprowadza do maniakalnej fobii - on może być każdym, wtopić się w tłum niezauważonym, tkając sieć... Potem czekając cierpliwie aż ofiara, czegokolwiek by nie zrobiła, wpadnie w pułapkę i będzie się szarpać bezsilnie w desperacji. A wtedy chwyci brzytwy, którą ten jej poda...

Nie powiem nic o jego życiorysie ani nie napomknę fabuły. Z tym potworem trzeba zmierzyć się samemu. Johan wzbudził we mnie autentyczny strach. Kiedy pojawiał się na scenie, ogarniał mnie zimny dreszcz, ręce zaczynały się pocić, oddech się skracał. On jest drapieżnikiem, a wszyscy inni to ofiary, które potrafi zabić spojrzeniem. A jego spojrzenie może z łatwością skruszyć wolę oraz pewność siebie.

Czas na ostatniego, łotra nad łotrami. Przed wami (tadadadada):

Frizer

01friza.jpg

"Cut the crap"

anime: Dragonball Z/Kai

Jak powiedział o nim Son Goku: największy bydlak we wszechświecie. Te słowa doskonale oddają to kim jest Frizer. Jest władcą kosmicznego imperium, podbijającego galaktykę. Zniewolił on krocie światów i jeszcze więcej ras. Ci, którzy nie chcą się do niego przyłączyć giną, albo pracują jako niewolnicy, pozostali kończą w szeregach jego armii. Taki los spotkał również Sayianów. Jednak ci kosmiczni wojownicy poczuli, że uwłacza to ich godności i wszczęli bunt, który przypłacili życiem. Frizer po prostu zmiótł ich planetę na proch. Bohaterowie historii wpadają na niego na planecie Namek, gdzie poszukują smoczych kul. Niestety tego samego chce Friezer. Morduje on całe nameczańskie wioski jedna po drugiej, aby spełnić swoje marzenie o nieśmiertelności - wtedy mógłby rządzić całym wszechświatem! A jest bezwzględnym tyranem. Wysługuje się innymi, a sam działa jedynie w ostateczności. Jedyne co zapewnia mu autorytet jest potęga, którą przekracza wszystkich o niebo - potrafi jednym ruchem niszczyć całe planety. Sam jest praktycznie niezniszczalny - jego organizm jest w stanie przetrwać w przestrzeni kosmicznej. Nie dość, że jest niesamowicie potężny, to jeszcze, jak się okazuje, potrafi dokonać przemiany, która jeszcze bardziej powiększa jego moc. Z wyglądu niepozorny, niski i cherlawy kosmita przemienia się w potężnie zbudowanego wojownika, a później w maszkarę o niesamowitej szybkości, aby na końcu przyjąć prostą, niewielką formę, w której może skutecznie zapanować nad 100% swojej potęgi w pojedynku. Jego techniki, takie jak strzelanie skondensowanymi pociskami energii z palców, więzienie w eksplodującej kuli energii, czy promienie z oczu, są precyzyjne i zabójcze - to czyni go trudnym przeciwnikiem, który nie musi niszczyć wszystkiego co popadnie, aby zabić jednego wroga.

Dlaczego zostawiłem go na sam koniec zestawienia? To proste - jako złoczyńcy, Friezerowi jest najbliżej do największych zbrodniarzy i władców, jakie nosił świat. Potężny dyktator, wzbudzający powszechny lęk i szacunek. Okrutny i bezwzględny dla wrogów oraz swoich sług. Tym samym najpotężniejsza istota we wszechświecie. Czego jeszcze trzeba? Ja jestem usatysfakcjonowany - byleby nie zapukał do naszych drzwi...

PS Z pewnością mogłoby być tego więcej. Przedstawiłem jedynie najlepszych z mojego punktu widzenia. No i to pierwszy dłuższy wpis od jakiegoś czasu.

pavlaq89
Miło wspominam czasy liceum. Pomimo, że czułem się nieco zmęczony codziennym hałasem, to warto było. Do szkoły nie chodziłem żeby się czegoś nauczyć, ale głównie dla rozrywki. Teraz zapewne pukacie się w czoło "rozrywki? w budzie?!". Owszem.
Każdy dzień przynosi ze sobą niepowtarzalne sytuacje, czasem przezabawne albo zapadające w pamięć. Codziennie budziłem się z wirującym w głowie pytaniem "Co takiego ciekawego dziś się zdarzy?" i szedłem do szkoły poobserwować.
Co będę mówić nauczyciele, jak będą zachowywać się kumple z klasy, jaki numer tym razem odstawią. Kto dostanie pałę, kto zwieje z lekcji, kto będzie owijał w bawełnę przy tablicy. To wszystko było niczym reality show, który przynosił wiele rozrywki. Ja byłem przeważnie widzem. Siedziałem na widowni i obserwowałem grę aktorów na scenie. Od czasu do czasu odezwałem się, napisałem jakiś sprawdzian, ale większość chwil chłonąłem otoczenie wszystkimi zmysłami. Oceny leciały ciurkiem i mało mnie interesowały, bo nie musiałem się zbytnio wysilać, żeby wyciągać średnią nieco powyżej wartości pi. Mógłbym stwierdzić, że nie robiłem praktycznie nic. W szkole jedynie chłonąłem, a w domu odpoczywałem/grałem/czytałem/oglądałem. Pełna beztroska.

Czemu tak nagle naszło mnie na wspominanie? Co ma z tym wspólnego środa popielcowa?

Otóż postanowiłem związać swoje życie z matematyką i przedmiotami ścisłymi, pomimo, że nie byłem z nich zbyt dobry. A to za sprawą jednego człowieka, który wbił to do mojego pustego łba.
- Tylko techniczne studia zrobią z was ludzi. Socjologia, psychologia, filologia - to są studia dla kobiet, które z resztą potem wychodzą za mąż za dobrze zarabiających inżynierów - zwykł mawiać opierając się o framugę drzwi. Wiem, że nieco przesadzał, ale to dlatego, że mu zależało. Zależało mu na nas - nie chciał, żebyśmy skończyli tak jak on (albo nawet gorzej) - schorowany belfer, tyrający za liche pieniądze. Wbijał na do głów trygonometrię, algebrę, analizę i geometrię. Upychał to tak, że aż prawie oczy wyskakiwały, przeorany dwoma godzinami tej mordęgi mózg palił żywym ogniem, a skronie pulsowały jak szalone. Nie spoczął, póki każden jeden, czy pisał maturę, czy była mu całkowicie obojętna, nie opanował tych elementarnych podstaw świata liczb. Doradzał, upominał, powtarzał, tłumaczył. Uczył.

- Bądź pan cwany! - wołał do męczącego się przy tablicy nieszczęśnika, wytypowanego do zadania, oznaczonego trupią czaszką.
- Kłamiesz pan. - wybijał bzdury i herezje niczym kopnięciem z półobrotu.
- Panie, chcesz pan w kostkę? - kiedy ktoś nie łapał aluzji.
- Sierpień piękny miesiąc... - najmocniejszy motywator.
- Wiesz pan co to jest? Granat zaczepny - jak zaczepi, to nie puści - i chwytał drewniany 'breloczek' klucza od sali.
- Srają muchy, będzie wiosna - fraszka o nieodgadnionym sensie.
- Życie jest jak g*wno na kole, raz na górze, raz na dole - egzystencjonalne myśli również urozmaicały nam lekcje.

Jakoś udawało nam się zaliczać, pomimo niemałych trudności. Sprawdziany były pisane na czas, na dwójkę trzeba było zrobić zadanie z rozszerzonej matury, albo z ruskiego zbioru, który wydany był jeszcze przed naszymi narodzinami. Odpytka przy tablicy zwykle kończyła się wynikiem 5:0 dla niego.
Co nam zostawało? Modlitwa. Powtarzana tak mantra pobrzmiewała na korytarzu przed drzwiami do sali.

Dobry Wiesiu, a nasz panie
daj nam dwójkę na sprawdzianie.


Czasami jednak nie pojawiał się w szkole. Leżał w domu albo nawet w szpitalu. Cieszyliśmy się wtedy, a zastępstwo mieliśmy z innymi nauczycielami. To już nie była matematyka - prędzej lekki spacerek. Czasem nie było go tydzień, dwa, miesiąc. Żartowaliśmy sobie, że "tym razem kopnął w kalendarz". Ale zawsze wracał. Pokonywał wszystkie przeciwności i przychodził nas uczyć. Matematyka podtrzymywała go przy życiu. Podejrzewaliśmy, że opanował tajemne arkana, które uczyniły go nieśmiertelnym.

Jednak materialny świat nie daje łamać swoich zasad nawet matematyce... Na początku nie wierzyłem, myślałem, że kumpel po prostu robi mnie w konia. Wszak wiele razy już słyszałem jak mówił "Dobi umarł", więc moją reakcją było "znowu?".
Tym razem jednak nie żartował.

Jednak on żyje w nas cały czas i pojawia się zawsze, gdy trzeba obliczyć objętość, wyznaczyć ekstrema funkcji, policzyć wyznacznik czy sinus.
Niech w spokoju odlicza do nieskończoności.
pavlaq89

 Dawno już nic nie pisałem. Całe (nie)szczęście człowieków ci u nas dostatek i urozmaicają ony* nasze nudne żywoty.

Dziś miałem przyjemność dowiedzieć się, że przyjechałem 75 kilometrów całkowicie na próżno. Zadowolony z tego faktu pobieżyłem więc po swe klamoty i udałem się na pekaes. Szedłem nieco zamyślony - wyobrażałem sobie te wszystkie katusze, które chętnie wypróbowałbym na panu profesorze, który właśnie odesłał mnie weg z pustymi rękami. Moje skupienie przerwał krzyk z godziny dziewiątej...

- Ej, gdzie przechodzisz?! - darł się.

Co to za prostak tak... o, to przecież pan policjant. Okazało się, że przeszedłem na czerwonym. Nerwowe łypnięcie na zegarek (którego nie posiadam) w drodze do zaparkowanego nieopodal radiowozu nie ukoiło mojego zirytowania.

- Masz dowód?

No i począł mnie spisywać, a w jego notesiku zauważyłem już mnóstwo wpisów z dzisiejszą datą - chłopaki musieli się baaaardzo nudzić. To nie wróżyło dobrze. Nie ma nic gorszego niż znudzony policjant.

Kiedy doszedł do mojego miejsca zamieszkania, nagle skojarzył fakt, że jesteśmy 200m od dworca autobusowego. Wiedziałem to, bo na jego twarzy wyrósł szczery uśmiech.

- Wiesz ile wynosi kara za przejście na czerwonym świetle?

Drugi już zwijał się ze śmiechu.

- Nie mam pojęcia. Nie miałem okazji się o tym przekonać.

- Sprawdźmy...

Wyjął cieniutką książeczkę*** i zaczął uważnie ją studiować. Jego kolega na siedzeniu pasażera pękał ze śmiechu. Nie dałem się sprowokować i cierpliwie wytrwałem do momentu aż znajdzie właściwą pozycję. Tytanicznym wysiłkiem powstrzymałem język za zębami, żeby nie palnąć komentarza typu "no pan policjant to powinien wiedzieć".

- Sto złotych! Chcesz zapłacić mandat?

Mtaaa... jakbym chciał. Pomyślmy. Sto złotych, to samo sto, co do grosza, za złamanie przepisu na ważnej, ruchliwej drodze, gdzie może to skutkować karambolem, zabierającym na drugi świat kilkanaście osób i to samo sto złotych za przejście świateł...

wjazdu do stacji paliw. Nawiasem mówiąc: na chodniku. Czy to prawo jest takie ułomne, czy stróże prawa tak cwani, że znajdują takie łatwe miejsca do 'zarobku'?

No ale puścili mnie wolno. Na autobus zdążyłem, bo byłem mądrzejszy i przewidziałem taką ewentualność (coś mnie tknęło, żeby nie dojeść tej bułki). No i przynajmniej zapewniłem rozrywkę dwóm znudzonym gliniarzom, bo jako pokutę zadali mi 5 przysiadów... Doprawdy, bardzo śmieszne...

Nie pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją (oraz w niej uczestniczyłem). Jakie z tego wnioski? Uśmiechać się, rżnąć głupa. Na znudzonego policjanta nie ma bata.

Znów przydają się nauki mojego ojca: jeżeli się gdzieś spieszysz to wyrusz/wstań wcześniej oraz głupszym się ustępuje. Zapamiętajcie, drogie dzieci.

Swego czasu zastanawiałem się dlaczego tak jest z przedstawicielami prawa w naszym pięknym kraju. Oczywiście powodem jest, że żyjemy w państwie odwrotności. Tutaj policjantami nie zostają ambitni, uczciwi i dobroczynni wspomożyciele społeczeństwa, a nieudacznicy i odpadki, które nie nadają się nigdzie indziej. Tak zwana selekcja negatywna. Idąc dalej tym tropem, mogę stwierdzić, że typowy przedstawiciel "pokolenia JP" w przyszłości wylądować może równie dobrze w mundurze, co w więzieniu.

Z drugiej strony, jak już mówiłem - wystarczy kropla dziegciu w stogu siana... eee... No, że pośród 100 osób wystarczy jeden ludź, aby uprzykrzyć życie reszcie w bardzo dotkliwy sposób. Może i jest ich niewiele, ale to właśnie obecność człowieków jest najbardziej odczuwalna i bolesna.

Nawet jeśli 99% policjantów to wzorowi stróże prawa.

_________

* ony (ryp**) - oni/one

** rypiński

*** "Prawo, lewo, prawo - kodeks drogowy dla niemowlaków" Artur Pozerski, wydanie I ? Pipidowo 1979

pavlaq89

Ani be, anime.

 Unikałem tego jak mogłem, ale już nie dałem rady wytrzymać - muszę napisać coś o anime. Obyci z tematem mogą odpuścić sobie lekturę. Ci, którzy krzywią się na widok wielkich oczu i mundurków szkolnych niech lepiej nie rozpędzają się pochyleni ku najbliższej ścianie... Sam już nie wiem dla kogo to piszę...

"Te głupie chińskie bajki robią dzieciom sieczkę z mózgów, powodują epilepsję i zboczenia seksualne. A w tych komiksach dla małych dzieci są gołe tyłki, brutalne sceny i tryskająca krew!" - zetknęliście się już z tym? A może ktoś Wam znajomy nadal ogląda animowane bajki, pomimo że już ma -dzieści lat na karku? Pół biedy gdyby to były rodzime "Reksia", "Pomysłowe Dobromiry" itd. Przeszłyby nawet disneje albo inne hamerykańskie zwariowane melodie. Ale nie, to muszą być te chińskie crapy z oczami na pół twarzy. Co sprawia, że ludzie to oglądają? Na czym polega ten fenomen?

Dlaczego japońska animacja jest taka popularna?

Bo nie ma ograniczeń. Powstają tytuły dla dzieci (tych jest stosunkowo niewiele), młodzieży i dorosłych. Są to przedstawiciele każdego rodzaju filmowej rozrywki: sci-fi, komedie, horrory, kryminały, romanse, filmy akcji, kung-fu a nawet muzyczne. Każdy znajdzie coś dla siebie. Stylistyka jest też całkowicie różna - od przerysowanych, karykaturalnych postaci, umownych konturów, surrealistycznych wizji po bardziej realistyczne i szczegółowe ujęcie świata. Światy również są bardzo zróżnicowane - szarobure, kolorowe, fantastyczne, realne. Fabularnie serie prześcigają się o coraz to wymyślniejsze historie, chociaż nie brak kilku schematów, należących do kanonu danego gatunku. Na drodze zdarza się napotkać istne arcydzieła jak i niskobudżetowe gnioty. Tak samo jak w świecie 'żywych' filmów.

Pytanie tylko: czemu bez aktorów?

 O tym lepiej opowiedziałby Mr Jedi, który niestety nie ma zbyt wiele czasu, ciesząc się urokami polskiej wszechgłupoty... Więc napiszę swoje własne pseudointeligentne wywody na ten temat. 

No właśnie, czemu? [zastanawia się] Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Ale od początku. A na początku anime jako takie nie istniało. Zaczęło rozwijać się dopiero w latach 50' za sprawą wpływów pana Walta D , pewnych Braci W od zwariowanych melodii i pewnej wytwórni z lwem w ramce (w której pracowali panowie Wiliam & Józek). Sic, japońska animacja powstała właśnie dzięki tej ze wschodu. Tytuły takie jak Astro boy, Czarownica Sally czy Biały Lew Kimba zdobyły sobie niemałą popularność. Jednak nadal były tylko niszową rozrywką dla najmłodszych.

Dragonball_Disney_by_TetraGyom.jpg

Przełom nastąpił dopiero w latach 70', kiedy Japonia już otrząsała się z kryzysu powojennego (może nie otrząsała, ale wszczęła szybki postęp). Pieniędzy nie było, a filmy robić się chciało. Pozostawała produkcja animowana z uwzględnieniem cięć kosztów (klatki kopiuje się nawet dzisiaj), a że zaplecze mangowe miało się całkiem dobrze, to materiału na ekranizacje nie brakowało. To właśnie wtedy powstał obecnie najdłuższy serial animowany na świecie który emitowany jest do dziś. Sazae-san, o której mowa, na początku tego roku dobiła do 2000 (dwóch tysięcy) odcinków.

W miarę jak rynek się rozrastał, a konsumpcja stworzyła wielkie wytwórnie, takie jak Kadokawa (która produkowała również gry). Od zarania japońskiej animacji (lat 50) przetrwało Bandai, które pochłonęło już bezliku mniejszych studiów. W latach 80 wyrosło mnóstwo małych i prężnie rozwijających się stajenek. W jednej z nich narodził się mesjasz świata animowanego, a stajenką tą było Ghibli. Hayao Miyazaki to Michał Anioł ręcznej animacji i Juliusz Verne pośród reżyserów. Jeżeli zobaczycie kiedyś jego nazwisko w liście płac to miejcie świadomość, że macie do czynienia z arcydziełem gatunku. Ale nie samym Miyazakim rynek żyje.

Do dzisiaj anime rozrosło się do gigantycznych rozmiarów i jest jednym z najistotniejszych dziedzin rozrywki w Japonii. Stoi na równi z filmem i grami komputerowymi. Ostatnio mówi się o recesji, ale spowodowane jest to rozległością i rozdrobnieniem - powstają tak mało oryginalne twory, że Japończykom najnormalniej w świecie nie chce się ich oglądać. A stereotypem typowego studia jest ciasne pomieszczenie zawalone papierami, gdzie przy biurku siedzi zarośnięty facet w średnim wieku i przerysowuje w transie kolejne kadry żywiąc się jedynie kawą i dostaje za to śmieszne pieniądze, które starczają mu jedynie na utrzymanie egzystencji w zapuszczonej kawalerce, w której cieknie kran, a okna są brudne. Pomnóż to kilkadziesiąt razy i będziesz miał wielkie studio.

Co się ogląda?

Tyle tych przyziemnych dywagacji, czas skupić się na produkcie.

Większość anime jest ekranizacjami mang (jap. - komiks) oraz tak zwanych light novels - czyli lekkiej literatury (której powstają megatony). Tendencja konsumpcji postępuje z roku na rok - nowe tytuły muszą być bardziej 'hip' od starszych, muszą przyciągać większe grono widzów, być bardziej reklamowane. Rezultatem jest tzw. hype na dany tytuł - wszyscy oglądają, wszyscy rozmawiają i dyskutują tylko o tytule, który odniósł sukces - czyli po prostu stał się szeroko promowanym fastfoodem.

Do takich rzeczy lepiej podchodzić z rezerwą, bo opinie często nie są adekwatne do rzeczywistej jakości i przeważnie znajdzie się mniej popularny a bardziej wartościowy tytuł.

Hype najczęściej powodują animce z półki shonen - czyli jak sama nazwa wskazuje, skierowanych do nastoletnich chłopców. Takie produkcje charakteryzują się wartką, trzymającą w napięciu akcją, widowiskowymi pojedynkami, supermocami i rozbudowaną (czasami wręcz tasiemcową) fabułą.

http://www.youtube.com/watch?v=1DMTIKS1aJo

typowi przedstawiciele gatunku

Jednak warto poszukać głębiej i sięgnąć po kultowe klasyki oraz poważniejsze produkcje przeważnie skierowane do dojrzałego widza. Oznaczenie "seinen" (jap młody człowiek) noszą tytuły, tworzone z myślą o bardziej wymagających odbiorcach. Zwykle prezentują bardziej mroczne, poważne historie, niekiedy ubarwione purpurą i flakami. Berserk, Monster, Blame, Black God - te nazwy mówią same za siebie. Oczywiście nie samymi sugestywnymi klimatami człowiek żyje, więc natrafić można również na twory, typu Cowboy Bebop (sci-fi blues), Trigun (western sci-fi), Spice and Wolf (... tego raczej się nie zaszufladkuje), 5 Centimeters Per Second (romans), Ghost in the Shell (sci-fi), Cat Soup (filozficzny), Mindgame, Perfect Blue (psychologiczne), Mushishi (okruchy życia, fantastyka), Tengenn Toppa Gurren Laggan... No właśnie. Przy tym ostatnim wchodzimy na grunt jednego z większych prądów japońskiej rozrywki i fantastyki naukowej - Wielkich Robotów.

hahahaha.JPG

Nie ma to jak biegające i strzelające kilkunastometrowe stalowe kolosy, naszprycowane elektroniką i kosmicznymi technologiami. Pociąg do technologii Japońców skutkuje coraz bardziej wyszukanymi maszynami (dominują pancerze w stylu samurajskiej zbroi, jednak zdarzają się takie dziwadła w stylu Evangeliona, Zeartha czy Rahxephona) i anime z nimi w roli głównej. Jednak nie zawsze tak jest. Generalnie takie anime dzielą się na dwie kategorie: "o robotach" i "z robotami". Jak już się domyślacie, w tych pierwszych wszystko kręci się wokół mechów - są jedyną nadzieją ludzkości, mają supermoce a czasem nawet są inteligentne. Takie super-roboty. Druga odmiana traktuje mechy bardziej ... hmm... przedmiotowo. Bohaterami są piloci, a mechy są jedynie ich bronią i pancerzem. Mamy więc realistyczne opowieści wojenne z linii frontu, jak Mobile Suit Gundam albo epickie sagi pokroju Generała Daimosa. To tyle o robotach - więcej o nich byłby w stanie opowiedzieć pewien ImpulseM, któremu metal w żyłach płynie (a jest on ekspertem w temacie).

Kolejnym nurtem w japońskiej animacji jest fanserwis. Jeżeli firma podupada to musi jakoś przypodobać się potencjalnym klientom. W tym celu rozpieszcza widzów mało skomplikowanymi tworami, w których pełno ładnych panienek, majtek i biustonoszy, głównemu bohaterowi często leci krew z nosa, a humor opiera się na dwuznacznych sytuacjach. Ze względu na lekko erotyczne zabarwienie, takie tytuły określa się mianem ecchi. Więc jeżeli chcecie sztuk walki i zdzierających się ubrań, to Ikkitousen, Sekirei albo Tenjou Tenge zdają egzamin. Są też klimaty fantasy (Zero no Tsukaima, Queen's Blade), satyryczne (Colorful) i przybliżające się do romansideł (Love Hina).

danbooru_unf-p-114701928186916.jpg

Kolejna ofiara fanserwisu

Romansów również jest ci u nas dostatek - chociażby taki Clannad czy Toradora. W sumie mógłbym wymieniać tak dalej, podając przykłady z każdego istniejącego gatunku, ale to nie miałoby sensu, bo największą przyjemnością (przynajmniej dla mnie) jest samodzielne odkrywanie interesujących tytułów.

Na koniec chciałbym zachęcić wszystkich do odwiedzenia naszego kącika na FA - można poczytać o wielu interesujących tytułach, albo poradzić się tutejszych ekspertów w dziale polecanek. Jeżeli chcecie bardziej oficjalnego źródła informacji, to polecam serwis http://tanuki.pl . Przydatny jest również portal http://myanimelist.net , który zawiera jedną z najbardziej kompletnych baz tytułów, jak i legion użytkowników. Rzadko kiedy można spamiętać wszystko co się widziało - uporządkowana lista bardzo ułatwia życie.

Jeżeli nie oglądacie anime, a jesteście ciekawi ki to diaboł, wiedzcie, że z tym jest jak z grami - jeżeli trafi się jedno, które się spodoba, to człek wyciąga ręce po więcej. A dna nie widać, bo ile się nie odkryje, to zaledwie czubek góry lodowej.

pavlaq89

 No dobra, ale co to ma wspólnego z grami i o co temu pawlakowi chodzi?

Pamiętacie Celebrity Deathmatch? Nieco głupkowaty program w MTV, gdzie plastelinowe sławy robiły sobie nawzajem kuku na różne bardzo (i niezbyt) wyszukane sposoby. Otóż wpadł mi w ręce link do strony pewnych rosyjskich chrupków*, które reklamują się serią świetnych animacji. Wykonanie nie pozostawia sporo do życzenia - animacja stoi na wysokim poziomie, a efekty dźwiękowe (i muzyka w tle!) są odgrywane za pomocą ludzkiego głosu.

Jesteście ciekawi czy Bill Gates wygra z szalonym naukowcem? A może Bomberman załatwi czołg z pegasusowego superhitu? Czy Wolverine poszatkuje myszkę Miki? Czy Shrek da popalić Jackowi Sparrowowi? Czy Robocop zdekapituje Zorro? Kto obstawia na Larę Croft w starciu Indym? Czy Książę persji poradzi sobie z krewetką? A może PacMan zje wąsatego hydraulika na kolację? Jak potoczy się walka Frodo Bagginsa przeciwko Harremu Potterowi? Czy Godzilla wyjdzie cało z potyczki ze statuą wolności? Czy Maska upiecze królika Bugsa na rożnie? Który kop jest potężniejszy - Czakowy półobrót czy THIS IS SPARTA Leonidasa?

Dowiecie się jeśli klikniecie na poniższy link:

http://www.tvigle.ru/category/animation/versus-a/all

Animacje lecą jedna po drugiej, więc wystarczy włączyć pierwszą z brzegu, usiąść wygodnie i stracić godzinę z życiorysu rżąc i parskając.

Chrup, chrup, bejbe!

________

*a może to kanapki... kto go tam wie, ja pa ruski ni panimaju

pavlaq89

#%@$#&*!

 Świąteczno-noworoczna przerwa jest dobrą okazją do oglądania filmów. W telewizji jak co roku Kevin zostaje sam w domu, więc ojciec jak zwykle zaklepuje w wypożyczalni najbardziej atrakcyjne tytuły, a kino domowe wyrabia roczną normę. Po obejrzeniu któregoś z filmów naszła mnie nagła refleksja, po czym upewniłem się jeszcze raz - DVD, do których miałem zastrzeżenia były z tego roku. Co to oznaczało? Really deep sh*t. Ale po kolei...

Znacie ten skecz? A kto nie. Szczerość i trafność gagu wywoływała zdrowy śmiech... Do czasu.

No i tu pojawia się kwestia filmów. Nie będę rozwodził się na temat tłumaczenia tytułów, bo to już zupełnie inna bajka. Chodzi mi właśnie o przekleństwa. Amerykańskie filmy zdążyły nas już przyzwyczaić do ichnich faków w ilościach hurtowych. Zwykle było to tłumaczone po ludzku, jednak ostatnio coraz częściej natrafia się na płyty z filmami, gdzie lektor śmie beznamiętnie rzucać soczystym mięsem. Brakuje tu konsekwentności. Nie mam na myśli cenzury, bo takowej nie ma - możesz wyłączyć lektora i słuchać przekleństw po angielsku. Ale jeżeli lektorzy przez tyle lat umiejętnie zamieniali takie teksty na terefere żeby zbytnio nie raziło, to czemu mieliby przestać to robić? Oczywiście same słowa nie są złe - to ludzie przypisują im złe znaczenia, ale kiedy słyszę takie czy inne faki, to są one mi obojętne, bo mam z nimi styczność jedynie w filmach. Jednak kiedy słyszę przetłumaczoną na polski wiązankę, to aż uszy cierpną. Nie żebym był nietolerancyjny, ale nie chcę żeby oglądanie dobrego filmu (oglądaliśmy między innymi "Bękarty Wojny", "Bangkok Dangerous", "What Just Happened" oraz "Burn After Reading") kojarzyło mi się z dresami pod blokiem czy wizytą w jednostce wojskowej albo w więzieniu. Wiem, że nie można zmienić scenariusza i dialogów, ale lektor wcale nie musi rzucać k***ami jak stary marynarz. No bo sami powiedzcie: czy lepiej brzmi tłumaczenie "What the hell?!" jako "Co do cholery?!" czy "Co do k***y nędzy?!" - a znaczenie jest przecież takie samo. Ta kwestia będzie mnie trapić jeszcze przez jakiś czas... (nie, nie "what the hell").

asterix01.jpg

Taka mała dygresja - pamiętacie odcinek South Park, kiedy na antenie telewizyjnej rzucili g*wnem? Do czego to doprowadziło? Bez przesady, wołając do diabła nie otworzę bram piekieł (kurde :/ ), ale uczynię innym nieprzyjemność słuchania jak zaklinam. Jestem przychylny wymyślaniu własnych i adoptowaniu bardziej finezyjnych klątw. Czasem nawet z innego języka, bo nie będę zniżał się do słownego poziomu menela, który zna tylko dwa słowa. Ot, co! Dlatego prędzej będę życzył komuś, żeby go drzwi ścisnęły albo piorun strzelił, mleko mu skwaśniało itp. Żeby wyładować frustrację wzywam chorobę, która nie zagraża już ludzkości, albo pożyczam z japońskiego. "Świętych" przekleństw nie lubię, nie ze względu na drugie przykazanie, a na ludzi, którzy szanują religię. Toby było na tyle.

Obyście nie sczezli niczym przeklęci sodomici w rzyć bez łoju chędożeni.

pavlaq89

Wesołego czegośtam.

featured.png

- Świeczki są, choinka ustrojona, firanki ozdobione, ładny obrus na stole też, pod obrusem sianko. No i sałatka, pierożki, karp na półmisku, obok jeszcze filety, zupa grzybowa, owocowa, mandarynki, sernik, makowiec...


Scrooge%20McDuck%20-%20Christmas%20Carol


Mtaa... Niedługo niedługo oczekiwane święta - czas wydawania pieniędzy, obłudy, pozorów i bezbożnej konsumpcji.

Stop.
Dlaczego to robię? Co komu po drogim prezencie, kartce pocztowej? Co to w ogóle jest kartka pocztowa? Nie lepiej sklecić jakiegoś jpg i spamować po necie? Co niby mają oznaczać te czerwone ubrania z tymi idiotycznymi pomponami? Co ten niemowlak robi w oborze?! Czemu wszędzie widzę czerwonego grubasa z brodą? Co ma symbolizować ten wypchany po brzegi wór? Dlaczego ludzie powtarzają że mam się cieszyć?

Dziwię się i szukam odpowiedzi na te wszystkie pytania. Chcę zrozumieć dlaczego oni postępują tak a nie inaczej. Chcę wiedzieć czemu ja nie widzę w tym sensu.


... prezenty już leżą pod choinką, słodycze również. Gwiazdka już się pojawiła... to już chyba wszystko.
- Wszystko?
- Tak, można zaczynać.
- Na pewno o niczym nie zapomniałeś?
- O czym niby?
- Nie o czym, a o kim...

santa-anime.jpg

Dla niektórych święta są czasem przemyśleń, czasem dla bliskich albo po prostu czasem wolnym. Dla mnie są tym wszystkim na raz. Zastanawiałem się co tak dokładnie ludzie świętują, z czego się cieszą w święta. Niby chodzi o Jezusa, Mikołaja i te wszystkie religijne zwyczaje, ale można dostrzec tutaj zamaskowany sens. Nie ukryty, a zawalony tonami reklam, przebierańców, gadaniny i propagandy. Bóg się rodzi - co w tym niezwykłego? Każdy kto istnieje, istniał lub dopiero będzie istnieć, podlega narodzinom. Jest to początek drogi przez czas na materialnej płaszczyźnie rzeczywistości i nieistotne jest to że się rodzimy, a to gdzie i kiedy. Pomyślcie sobie, że równie dobrze moglibyście urodzić się kiedykolwiek, w którymkolwiek zakątku świata - wasza świadomość utknęłaby w zupełnie innej części czasoprzestrzeni. Chcielibyście tego? Urodzić się w brudnej, zimnej, śmierdzącej stajence? Czy taka perspektywa nie napełnia lękiem? Lękiem przed nieznaną rzeczywistością? To prawda - człowiek boi się nieznanego, a przyzwyczajenie bierze górę. Tak jak nigdy nie przywykniemy do śmierci, tak nigdy nie przywykniemy do narodzin. Warto więc cieszyć się, że jesteśmy akurat tu i teraz, prawda? Zawsze mogło być gorzej. Moglibyśmy w ogóle nie wejść w jakikolwiek kontakt, bliscy mogliby być kimś zupełnie innym, moglibyśmy narodzić się na zupełnie innej planecie, w zupełnie innym wszechświecie... Opcji jest nieskończenie wiele, więc cieszmy się, że nasz duch w ogóle zdecydował się przybrać cielesną powłokę. Cieszmy się, że jesteśmy. Right here, right now.

A co z innymi ludźmi? Chciałbyś znać kogoś innego? Czy nie znać nikogo w ogóle? Albo mieć zamiast bliskich, przyjaciół czy kochanków samych bezwzględnych wrogów? Ciesz się, że znasz te osoby, które znasz. Wyraź to - podaruj im prezent. Jeżeli coś kupisz, to w ten sposób uszczęśliwisz kogoś, kogo nawet nie znasz - nie masz za co być wdzięczny takiej osobie. Wystarczy słowo - bezpośrednio z ust do ucha - "cieszę się że jesteśmy teraz i tutaj" - dla mnie to jest wystarczający prezent świąteczny. Jakoś te słowa nie chcą przejść przez gardła ludzi. Ich pośrednikiem jest czerwony, brodaty, gruby staruszek, który z autentycznym świętym ma wspólną tylko jedną cechę. On cieszy się, że my wszyscy tu jesteśmy. Jakkolwiek nie bylibyśmy oddaleni, dla niego zawsze jesteśmy tutaj. To jest lepsze wytłumaczenie niż renifery osiągające prędkość światła, elfy i wór bez dna, prawda? Jak łatwo ludzka myśl może naginać przestrzeń.

Dochodzę do wniosku, że bez względu na porę roku, okres, wierzenia i przekonania, ludzie zawsze ustanowią święto, w którym będą dziękować za swoje miejsce na tym świecie. Ja dziękuję za moje - które jest między innymi właśnie tutaj. Ty też tu jesteś, więc...

Wesołych Świąt



na koniec prawdziwy duch Bożego Narodzenia, czyli kiedy kolęda zamienia się w Muzykę przez wielkie "M":

http://www.youtube.com/watch?v=sR3CKEC3lbs

http://www.youtube.com/watch?v=45wmyMgyZuY

i sławne "Wizards in Winter" w wykonaniu... domu

http://www.youtube.com/watch?v=szLmAPW39uE
pavlaq89

Wypłaszczony

featured.png

- Witam, dzisiaj w naszym studio mamy specjalnego gościa. Jest nim Steven Johnson, wete... Auć, proszę uważać z tym wózkiem!
- Najmocniej przepraszam, tak jakoś zahaczyłem, nie jestem jeszcze przyzwyczajony do tych kółek.
- W porządku. Jak już mówiłem, pan Johnson...
- Mów mi Steve.
- Proszę mi nie przerywać!... Steve. Jak już mówiłem, Steve jest weteranem, we właściwym tego słowa znaczeniu, turnieju totalnej destrukcji. Czy mam rację?
- W zupełności. Widzisz z resztą ten wózek.
- Co mógłbyś powiedzieć młodym, żądnym adrenaliny pasjonatom tego sportu? Czym różni się od zwykłych wyścigów?
- Mogę im powiedzieć tyle: dzieciaku, jeśli myślisz że jesteś kowbojem, koksem czy kozakiem, to nie wiesz w jakie g*wno się pakujesz. To nie jest zabawa. Mówię to ja - 40-letni wrak człowieka na wózku inwalidzkim, nie potrafiący nawet samodzielnie skorzystać z kibla.
- Jak to się stało?
- Chyba żartujesz, że jeszcze się o to pytasz. Nie widziałeś co dzieje się na torze? Nie wiesz nic o tych zawodach?
- Ja wiem, ale słuchacze raczej nie. Wytłumacz im proszę.
- Zacznę od samego początku. Przyszedł do mnie menedżer kiedy brałem udział w zawodach nascar. Lubiłem to - ryk silników, zapach spalin, opon rozgrzanych do wrzenia, skwar asfaltu w południowym słońcu. To jest piękno Ameryki. No i menedżer powiedział że szykuje się rajd, w którym można zgarnąć wielką kasę i sławę. Cóż, zgodziłem się. Przekazałem mu moje środki i wybrał dla mnie jakieś kółka. Kiedy zobaczyłem te samochody, to myślałem że wyciągnę kopyta. Stare graty z podrasowanymi silnikami a karoseria trzymała się jedynie na klatce bezpieczeństwa. Ale były tanie, więc skorzystałem, bo możliwości miały naprawdę spore. Mówił że na początek muszę brać udział w wyścigach najniższej klasy, potem kupię sobie lepszy samochód i wyjadę na szosy. Nieco się zdziwiłem, bo co ja kurde, po wsi miałem tym zaiwaniać? Na pierwszym wyścigu...

... dwanaście maszyn rozgrzewało silniki przed linią startową. Pryskały błotem boksując w miejscu, po chwili ruszyły. Ogłuszający ryk silników i kiepskawego amerykańskiego rocka z głośników wypruł w siną dal, po drodze kosząc drzewa, znaki, płoty, bandy, niszcząc stacje benzynowe, słupy telegraficzne, przyczepy kempingowe, farmy i szklarnie...

- ... to była masakra! Takiej rozwałki nigdy w życiu nie widziałem. Opony latały wszędzie, odpadały drzwi i maski, a po jednym okrążeniu większość samochodów nie miało żadnych szyb. Dobrze że to jakieś tanie, anonimowe gruchoty.
- Skąd taka wielka destrukcja?
- Bo widzisz, panie, w samochodach zamontowane są takie sprytne urządzenia. Pierwsze to nitro, które doładowuje się, kiedy tylko skosisz jakiś element otoczenia albo jak przywalisz przeciwnikowi. Taaa... to jest tutaj najważniejsze. Nie musisz mieć szybkiego samochodu - wystarczy że będziesz eliminował kolejnych frajerów, którzy stoją ci na drodze do zwycięstwa.
- A ta druga rzecz, która skłania do niszczenia czego popadnie?
- To kasa. Pod koniec wyścigu podliczane są wszystkie stłuczki i kraksy, za które dostaje się kasę! Im mocniej przywalisz innemu ścigantowi, tym więcej forsiaków zgarniesz, niezależnie czy będziesz pierwszy czy ostatni na mecie. Możesz nawet nie dotrwać do końca, jeżeli dasz się skasować. Bryki są dosyć mocne (zwłaszcza te najbardziej toporne) i trza kilka razy dobrze pieprznąć w mur, żeby miało to wpływ na ich stan. Nawet jak fajczy ci się silnik, odpadnie koło, urwiesz wydech, to nadal możesz pruć ponad stówą po polnej drodze. No i tutaj zaczyna się bolesna część. Jeśli zbyt mocno cmokniesz mur, to wylatujesz przez przednią szybę na nawet kilkanaście metrów. Najgorsze jest to, że za to dostaje się nitro! Czasem żeby móc odrobić straty po prostu wybierałem miejsce i rozbijałem się. Pewnego razu źle wyleciałem i urwało mi nogę. Przywiązałem se sztachetę od płotu i nawet wygrałem ten wyścig. Hehe...
- Niesamowite... A co powiesz o przeciwnikach?
- Długo jeszcze będę ich wspominał... Wy nazywacie ich 'sztuczna inteligencja' czy jakoś tak? Ja bym raczej powiedział 'banda przeklętych sukinkotów'. Nie mają skrupułów żeby wjechać ci w tył, albo obrócić cię jak kota ogonem. Jeżdżą jak totalni idioci, chyba nawet żaden z nich nie wie co to prawo jazdy. Jedyne co umią to wciskać gaz i nitro. Ta zgraja jełopów doprowadzała mnie do szewskiej pasji, bo zawsze po pierwszym okrążeniu zostawiali po sobie mnóstwo śmiecia na drodze. A nawet jak jechałeś pierwszy to mogłeś na kolejnym kółku rozbić się przez ten cały syf na trasie. Wystarczy że przesuną wrak samochodu na środek, albo zrobią skocznię z jakiegoś kawałka blachy, czasem wystarczy jeden kamień, żebyś wyleciał w kosmos i przywitał się z aniołkami.
- Ale jakoś wygrywałeś, prawda?
- Mtaa... wymarzona kariera nie ma co. Potem przesiadasz się na jeszcze szybsze bryki. Im lepsze i droższe, tym delikatniejsze - w klasie 'street' i 'race' nieco trudniej dojechać do mety w jednym kawałku. Oczywiście pomaga tuning - można odpicować trochę cztery kółka, pozamieniać części. Jakby nie patrzeć to obowiązek - daleko bez tego nie zajedziesz, a lepiej podrasować starą gablotę niż kupować nową.
- Więc to tak sprawa się prezentuje. A co z pucharem?
- Puchar, szmuchar. Najpierw trza przejechać wszystkie trasy w tę i z powrotem żeby awansować do kolejnego poziomu w klasie. Klasy są trzy: derby (czyli najfajniejsza), street (czyli rozwałka na ulicach) i race (ta najmniej ciekawa). Do każdej masz inny typ samochodów - najgorsze jest to, że w ostatniej klasie trza jeździć najlepszymi wózkami po... błocie! Większego koszmaru nie mogli zgotować. W miarę jak wygrywasz kolejne spotkania, to odblokowujesz następne i lepsze bryki. Potem jest wielki finał, gdzie nie ma ograniczenia co do samochodów. Co tu dużo gadać - najlepsze są destruction derby odblokowywane w początkowych ściganinach - tam dopiero można poszaleć. Potem dochodzi ósemka, nascarowy speedbowl i inne tego mutacje. Rozwałka jest niesamowita i daje mnóstwo frajdy! A wracając do spotkań - składają się z kilku wyścigów i nie bój żaby jeśli raz czy dwa wylądujesz na gorszym miejscu - suma punktów może dać ci końcowe zwycięstwo. Jednak z tym idzie największy przekręt jaki widziałem - wkurzałem się na to nie na żarty.
- Jaki to przekręt?
- Benton. Jack Benton. Ten przeklęty psi bękart używa czitów albo ma wtyki u sędziów, bo w ostatniej klasie ma najlepszą brykę. Menda faworyzuje wszystkie wyścigi i żeby go przebić trzeba być zawsze pierwszym - inaczej nie zdobędzie się złota. W końcu jednak znalazłem sposób na gnojka. Starałem się eliminować go już przy starcie i uparcie na niego polowałem na trasie. Chłopak najwyraźniej narobił w porty, bo dalej już tak nie fikał.
- A czym są te 'dodatkowe wyzwania'?
- Aach.. wisienka na torcie! To genialne dyscypliny - skok w dal, skok w zwyż...
- Samochodem?
- Ha! Właśnie że kierowcą! W samochodzie zamontowana jest katapulta i trzeba się wystrzelić żeby np. zbijać kręgle. Mtaa... raz przy kręglach złamałem sobie 7 żeber i uszkodziłem czaszkę...
- Toż to szaleństwo!
- Szaleństwo? ...
- ...
- Gdybym nadal miał nogę to kopnąłbym cię tak, że poleciałbyś przez okno. Panie, to największy urok tych zawodów. Ale co ty możesz wiedzieć... Jesteś tylko jakimś skrybą, liczącym że ludziom spodobają się twoje wypociny. Nigdy jeszcze nie byłeś za kółkiem tak na poważnie. Cipcia.
- Tylko proszę bez wyzwisk, prawko mam, ok?
- Niech ci będzie.
- Przejdźmy do następnego pytania. Czy miałeś okazję 'pościgać się' z innymi żywymi przeciwnikami?
- A po co? Nie miałyby mi wystarczyć te chamskie <tfu> kukły? Z resztą sponsor zawodów, nijaki Małymiękki postawił jako warunek transmisję na żywo!, a mój telewizor nie odbiera satelity, ani nie jest na linie z nimi. Taki sam problem miał pewien Markus z wojennej skrzyni biegów. Ponoć do teraz nikt nie pomógł mu z tymi przeklętymi robalami, co mu całe pole owsa zeżarły...
- Zbaczamy z tematu. Przyznaję, że te ciekawe konkurencje mogą przydać się na rozruszanie parapetówki na wsi, ale chciałbym jeszcze usłyszeć coś o technice zanim czas nam się skończy.
- Mtaa... samochody mają radio. Leci w nich jakiś wiejski rock - kilka piosenek, które powtarzają się do zrzygania. Po jakimś czasie zaczęło mnie wkurzać i odpaliłem sobie moje ulubione Highway to Hell - bardziej pasuje. A co widać? No ładnie, panie, słoneczko w gały razi, drzewa zasłaniają zakręty, kurz spod opon imbecyla z przodu zasyfia całą szybę. Czasem jak się wypadnie daleko z trasy albo spada z jakiejś przepaści to widać koniec świata! Raz takie coś widziałem i potem skończyłem z whisky. Wioski są malownicze - nie ma to jak szyć 180 po polnej drodze, a uwierz mi - na amerykańskiej wsi drogi są nawet gorsze niż u was, w tym małym kraju gdzieś w Europie, gdzie macie kaczki w sejmie.
- Jeszcze gorsze?! Niewiarygodne!
- Ano tak, kamienie na poboczach, muldy i koleiny to normalka. Zwykle szoruje się po płotach i przejeżdża przez obory jak nie ma lepszej drogi. W kanionie jest tak średnio - są niby asfaltówki, ale nadal przeklina się na śmieci, wraki i kamienie, o zepsutym moście nie wspominając. Potem jest rozwałka na ulicach miasta - totalny odlot. Kosmiczne prędkości na trasie, place budowy i przejazdy przez centrum handlowe. Tylko dziwne, bo ludzi tam żadnych nie ma. Tory są kiepskie. To znaczy asfalt jest dobry, ale to już nie to co na wsi. Hyh, ten nasz sponsor to musi być serialnie biedny, bo tor zwykle jest jeszcze w trakcie budowy.
- O widzę, że czas nas goni. Proszę o jakieś podsumowanie.
- Hmm jak widzisz skończyłem przez to na wózku, w niektórych momentach doprowadzało mnie to wszystko do białej gorączki, ale w sumie warto, bo radocha jest przednia! A i sypnęło się z ubezpieczenia, a renta i emeryturka dosyć wysoka, nie licząc wygranej kasy, więc resztę życia mam zamiar spędzić na Hawajach.
- Z naszym ZUSem to by nie przeszło...
- Że co? To wy nie macie emerytur?
- A z wygranej jeszcze podatek byś u nas dawał...
- Sweet Jesus... Jak wy tu żyć możecie?!
- Ale to już temat na inną okazję. Dobranoc państwu.



- Naprawdę macie prze*** GET BRAINS, MORANS! GO USA!
- Dosyć tego, zjeżdżaj.
pavlaq89

Windą do nieba

 Ludzie od wieków budują mityczną wieżę Babel, aby pewnego dnia sięgnąć gwiazd. Kiedy jedna runie, na jej gruzach wznoszą kolejną, jeszcze wyższą. To leży w naszej naturze i nie widzę w tym nic złego.  

Postęp cywilizacji symbolizują właśnie wieże. Empire State, Petronas, Seras, Taipei, Burj Dubai...

A co powiecie na wieżę, która sięgnie orbity naszej planety? I na windę, która będzie wjeżdżała na sam jej szczyt, a nawet dalej?

Mowa o projekcie

Space Elevator

Space_elevator-Frazetta-Sty.jpg

To wcale nie jest fantastyka naukowa, a fantastyczność nauki. Ponad 100 lat temu pewien zwariowany Rosjanin (dzięki któremu m in powstały rakiety kosmiczne) wpadł na pomysł konstrukcji, która sięgałaby orbity geostacjonarnej (to taka szczególna orbita, na której satelita jest praktycznie nieruchomy względem planety >KLIK<). Miałaby ona na celu wynoszenie różnych obiektów w kosmos stosunkowo niskim kosztem. Rewolucyjna idea przetrwała do dziś w niemal niezmienionej formie - sznura długości 36 tysięcy kilometrów z zaczepionym na nim satelitą. Po linie miałyby jeździć w górę i w dół tzw wspinacze, przewożące ładunek oraz naprawiające linę. Bardzo istotna jest też właściwa przeciwwaga, która napinałaby windę niczym strunę gitary - mowa tu o przymocowanej na końcu asteroidzie (!) lub dalszej 'lince' o długości, bagatela, kolejnych 144tys km. Jakkolwiek absurdalnie to by nie brzmiało - TO JEST MOŻLIWE.

150px-Tsiolkovsky.jpg

Konstanty Ciołkowski - podręcznikowy przykład szalonego naukowca

Na drodze do zbudowania windy stoi na razie najpoważniejsze ograniczenie - brak materiału. Konstrukcja wymagałaby liny mocnej na tyle, aby utrzymać nie tylko swój własny ciężar, ale też stacji, przeciwwagi i wspinaczy. Wymagana odporność na zerwanie szacowana jest na poziomie 30-50 MPa (licząc na chłopski rozum: jeden centymetr kwadratowy materiału miałby wytrzymać 300-500 ton ciężaru). Dla porównania stal posiada odporność rzędu 1 (jednego) MPa. Dwa razy więcej w przypadku kevlaru. Nawet włókna z czystego diamentu zerwą się przy 6-8 MPa (tak! diament też można rozerwać!).

Wydawałoby się że to mission impossible? Jednak wtem na scenę wkraczają...

<tadadadadam!>

Nanorurki węgla

250px-Types_of_Carbon_Nanotubes.png

Że co niby? Jakieś tam węglowe ruloniki są w stanie przebić wytrzymałość diamentu?! Już to zrobiły - najwyższa zbadana odporność przewyższa diament pięciokrotnie, osiągając 40 MPa przy gęstości sześciokrotnie mniejszej niż stal!

Co z tego liczbowego bełkotu wynika? Że wystarczy wieeeelka kupa takich rurek i możemy już pakować walizki i wsiadać do pociągu na orbitę.

Problem w tym, że nie wynaleziono jeszcze skutecznej i wydajnej metody produkcji masowej tego cudownego tworzywa. Póki co cena jednego grama waha się od 50 do 100 dolarów. I tu znów optymistyczny fakt - ceny te spadają w zastraszającym tempie, a ośrodki badawcze poświęcone nanotechnologii pracują pełną parą wspomagane przez miliardy dolarów pompowanych przez rządy najbardziej rozwiniętych krajów (przodują Stany i Japonia). Mała ciekawostka: W 2004 roku grupa naukowców z MIT zaprezentowała metodę wytwarzania włókna dowolnej długości w tempie kilku centymetrów na sekundę (wyprodukowane w ten sposób włókno miało ponad 100 metrów długości).

gustafson_-_jack_and_the_beanstalk-72676

Czy nanorurki okażą się łodygą magicznej fasoli?

Początek liny miałby być zaczepiony gdzieś w okolicach równika i musiałby mieć dookoła siebie całą infrastrukturę. Rozmyśla się nad podstawą stałą i ruchomą. W pierwszym przypadku najlepszym rozwiązaniem wydaje się wieża o wysokości 15 kilometrów (obok sznura to małe piwko), od której dopiero zaczynałaby się właściwa winda - wszystko po to, aby zminimalizować wpływ atmosfery. W przypadku mobilnej podstawy mają na myśli ogromną pływającą platformę, która mogłaby się przemieszczać.

Pewnie zastanawiacie się jak będzie się tam wjeżdżać? Przecież pokonanie odległości dorównującej równikowi potrwa miesiące!

'Wspinacze' mają tylko taką nazwę. Kto uważał na fizyce ten wie co to moment pędu i siła odśrodkowa. Nie będę przynudzał wzorkami, których sam nie znam, ale faktem jest to, że od pewnej wysokości pojazd będzie coraz bardziej przyspieszał. Mało tego - im będzie on cięższy, tym prędkość będzie większa!

Dochodzę teraz do pojęcia prędkości kątowej. Wyobraź sobie, że masz w ręku sznurek i kręcisz się wokół własnej osi. W trakcie obrotu... ejejejej! Trzymaj ten sznurek! W trakcie obrotu na sznurek zakładasz luźną obręcz i ją puszczasz. Co się stanie?

To chyba logiczne. Teraz wyobraźcie sobie że ten sznurek ma 180 tysięcy kilometów i robi z wami jeden obrót na 24 godziny... Z obliczeń wynika, że pojazd, który dałby się wystrzelić z takiej procy miałby wystarczającą prędkość, aby opuścić ziemskie pole grawitacyjne i dolecieć do Saturna (!!!).

Daje możliwości, co nie?

Pozostają takie małe kwestie jak niszczycielski wpływ promieniowania kosmicznego, drobne kosmiczne śmieci, wpływ tlenu atomowego z termosfery, niesprzyjających warunków pogodowych oraz kilku innych, z którymi prędzej czy później damy sobie radę.

04_gundam00_ep5f.jpg

Jeśli spadniesz, to nawet nie dolecisz do powierzchni...

Już teraz organizowane są naukowe konkursy na najlepsze rozwiązania w których każdy może przedstawić swój projekt i zgarnąć niebagatelną sumkę zielonych. Przeprowadzane są też najprzeróżniejsze symulacje i badania w mniejszej skali, pozwalające już teraz przewidzieć skutki np. zerwania się "linki".

Od tej niesamowitej konstrukcji dzieli nas jedynie włos z nanorurek. Kiedy będziemy mogli wspiąć się na orbitę?

Według niektórych analiz można spodziewać się uruchomienia pierwszej działającej windy jeszcze przed rokiem 2030.

A więc świdry w dłoń!

Czas przewiercić niebo na wylot!

16-space-elevator-concept-design.jpg

Ech, ciasteczka się skończyły...

pavlaq89

Szósta planeta układu

 Wracamy do programu Kupuj z Pawlakami, gdzie przedstawiamy kolejne zmagania ze sklepami. Tym razem padło na preferowany przeze mnie market, w którym żerują sknery. Pomimo, że niewiele tam produktów z wyższej półki, to mają duży wybór gier, filmów i muzyki. 

Co ciekawe znalazłem tam nawet anime na DVD, większość to drogie średniaki, ale jeden tytuł przykuł moją uwagę. Powęszyłem i znalazłem paczkę z dwoma DVD, oraz obydwa woluminy oddzielnie. Ta druga opcja była 6zł tańsza, więc wybór był oczywisty. Porwałem opakowania z półki i pobieżyłem do kas. Wróciłem do siebie i zabrałem się za zdzieranie dziewiczej folii. Co ciekawe jedno opakowanie było zawinięte dwukrotnie, z czego wewnątrz widniała wyższa cena. Hyh, pewnie obniżyli bo nikt nie kupował. Ludzie nie wiedzą co dobre. Pierwsza płyta trafiła do napędu, który pokrztusił się nią kilkadziesiąt sekund, po czym wypluł. Chyba już się czytarka psuje powoli.... Druga płyta - to samo. Spojrzałem na krążek od spodu - ładny wzorek szpeciły głębokie ślady czegoś ciężkiego. Pozostaje reklamacja.

Na drugi dzień w drodze do sklepu postanowiłem poddać jego obsługę i moją cierpliwość sprawdzianowi bojowemu. Jak zwykle komplikując sprawę i utrudniając działanie obsługi jak to tylko możliwe. Włożyłem zatem obydwie płyty do opakowania (które było sprzedawane z woluminem drugim) i zamiast skierować się do serwisu, wlazłem na salę kupić coś, żeby jeszcze bardziej pogmatwać sytuację. Padło na inne DVD, na które też ostrzyłem sobie zęby. Przebiwszy się przez kasy podszedłem do obsługi i przezornie zacząłem czytać ogłoszenia oraz zasady. Wynikało z nich jasno, że klient powinien otworzyć opakowanie na miejscu i sprawdzić zawartość - inaczej reklamacji nie uwzględnia się. I tak będę próbował. (Rozpakowałem nowy nabytek ale okazał się niewadliwy) Podszedłem do pani za biurkiem i przedstawiłem sytuację. Odesłała mnie z płytami do sprawdzenia w dziale CD (który znajdował się na piętrze sali - właśnie stamtąd wróciłem, grrr) i poleciła skonsultować się z panem ochroniarzem żeby wiedział co wnoszę.

Pan ochroniarz już taki miły i opanowany nie był, jednak bardzo się starał. Pokazałem mu dwa paragony, minutę mocował się z opakowaniem aby sprawdzić zawartość. Pukał, potrząsał, wyginał - uszkodzi jeszcze bardziej - pomyślałem, jednak obserwowałem jego ręce z kamiennym wyrazem twarzy. Wypisał parafkę, którą potem niechcący podarł wyrywając z bloczku. Kleił ją taśmą, nerwowo łypiąc na przejście. W głębi duszy pękałem ze śmiechu... Nie ma to jak stresująca praca, aż ręce się trzęsą. Nie musiałem mu pomagać - cierpliwie czekałem aż wepchnie pudełko w drugie i w jeszcze jedno, oczywiście robił to na siłę. Oddając mi opakowania rzucił pod nosem: już sobie w dziale z płytami to wyjmą, a mnie czekała wędrówka na piętro.

Przy biurze działu płytowego poczekałem parę minut aż pani z obsługi zjawi się za ladą. Niezwłocznie zabrała się do wypakowywania zawartości (jej poszło gładko) i ładowania krążków do wbudowanego odtwarzacza. Obydwie płyty działały, z czego jedna nadawała się do wymiany przez widoczne gołym okiem uszkodzenia. Spodziewałem się tego - drugiego egzemplarza nie było na stanie. Gdybym mógł wymienić obydwa woluminy, wziąłbym wspomnianą wcześniej nieco droższą paczkę. Zostałem odesłany z powrotem do obsługi klienta. Po drodze znów odwiedziłem pana ochroniarza, który znów miał przyjemność dokonać procedury sprawdzenia zawartości ^^. Tym razem poruszony współczuciem pomogłem mu.

Pani w biurze obsługi najpierw zadzwoniła na piętro upewnić się, wklepała do komputera co trzeba było, zrobiła kopię paragonu, jednak miała problemy ze zidentyfikowaniem produktu. Cierpliwie wytłumaczyłem co jest z czym i dostałem dokument upoważniający mnie do wymiany produktu. Skoro nie ma, to zażądam zwrotu pieniędzy - pomyślałem i udałem się do kas. Tam pan wytłumaczył mi, że nie mogę dostać pieniędzy z powrotem, bo na kartce widnieje 'zamiana'. Miałem kupić coś równowartościowego albo droższego z potrąceniem kwoty wymienianego przedmiotu. What the check?! Czemu sklep tak niechętnie rozstaje się z gotówką? Cierpliwie czekałem aż kasjer zadzwoni do biura obsługi aby zidentyfikować film, bo na wydruku miał napisane 'various artist' (?!). Kiedy wszystko się wyjaśniło polecił mi ponowne zrobienie zakupów, a dotychczasowe dobra miał sprawdzić pan ochroniarz (>.<).

Ten jednak najwyraźniej już miał dość i tylko machnął ręką. Znów powędrowałem na drugi koniec sklepu. Damn! Czemu przy wejściu muszą być pralki i lodówki, których nikt nie kupuje, a na drugim piętrze to, po co przychodzi większość klientów?! Phuck you! Wziąłem z półki płytę, którą miałem wysoko na mojej liście things-to-buy i znów przemierzyłem całą drogę do kas. Moja irytacja rosła do niebezpiecznego poziomu, ale nie dałem tego po sobie poznać. I już trzeci raz w ciągu dwóch dni usłyszałem przy kasie pytanie o kod pocztowy... Jeszcze dla pewności sprawdziłem płytę.

Jej zawartość właśnie wlewa się do mojej głowy - nie żałuję zakupu. Podsumowując rachunek: wczoraj miałem dwie części jednego filmu, dziś ostała się jedna, za to wzbogaciłem się o inny oraz kawał(ek) świetnej muzyki. Kupiłem po prostu to, na co i tak miałem zamiar wydać pieniądze... ale nie dziś. Dzięki temu sklep szybciej zarobił, a ja za te dwa tygodnie znów będę miał chętkę na coś nowego. 'Odzyskałem' 19zł a tym samym kieszeń jest lżejsza o 53zł względem poprzedniego dnia...

Reklamacja to pic na wodę. Służy jedynie sklepowi. Obsługa uporała się z moim zadaniem dosyć szybko - oceniłbym ich na 5... w dziesięciopunktowej skali. Pan ochroniarz zasługuje na osobne wyróżnienie.Ta półtoragodzinna lekcja nauczyła mnie, że lepiej sprawdzać towar na miejscu.

Chyba przerzucę się na sklep nie dla idiotów bo, jak się okazuje, sknery to głupcy.

pavlaq89

Spotkałem Boga


featured.png

893ddd7f03020792d28a297d62506568.jpg




Czekał na mnie w kościele. Wybiegł mi na przeciw i powitał z uśmiechem:
- Dawno się nie widzieliśmy. Wiedziałem, że jednak będziesz o mnie pamiętał.
- Witaj, tak jakoś brakowało mi cię ostatnio.
- Cieszę się, że przyszedłeś. O! Idą następni! Jak to miło, że tak dużo mnie odwiedza.
- i pobiegł ich przywitać.

Msza się rozpoczęła. Spacerował pomiędzy ławkami, wchodził pod ołtarz, zaglądał do chrzcielnicy, podziwiał bukiety kwiatów, otwierał drzwi.
- Czemu oni ciągle zamykają drzwi? - spytał - Przecież mój dom powinien być otwarty dla każdego.
- Gdyby wszystkie drzwi były pootwierane, ludziom zrobiłoby się zimno. - próbowałem Go uspokoić.
- Przecież i tak wszyscy siedzą w kurtkach!
- ...

Podchodził do ludzi, zaglądał im w twarze, mówił do nich swoim słabym głosikiem. Nie zwracali na Niego uwagi - patrzyli na ołtarz, na księdza albo po prostu gapili się w ścianę. Zrobiło mi się Go żal... Jeden parafianin raczył spojrzeć na Niego, uśmiechnął się, wymienili parę zdań ze sobą. Po chwili wrócił do mnie.
- Dlaczego oni nie chcą mnie widzieć? Nie chcą mnie słuchać? Nie szanują mnie, odpychają, a ja tylko chcę żeby byli szczęśliwi... - zaczął płakać.
- Nie wszyscy są tacy. Widzisz? Ten jeden cię zauważył. - starałem się Go pocieszyć, jednak sam miałem ochotę rozpłakać się razem z Nim - Na pewno uda ci się im pomóc, Wierzę w ciebie. W nich też wierzę. Przy odrobinie cierpliwości...
- Jak mogę być cierpliwy, jeżeli wkrótce może mnie nie być? Jeżeli oni o mnie zapomną? Popatrz - modlą się, ale już nie do mnie, a do samych siebie. Raz na tydzień odwiedzą mnie, a potem pakują mnie do swoich samochodów, jedziemy do ich domów, a po chwili zapominają że jestem razem z nimi! Nie chcą o mnie pamiętać, o tym, że ich kocham.
- Pamiętają. Przecież zesłałeś jego -
wskazałem na krzyż.
- Ech... zawiodłem was, jego i siebie. To była moja największa porażka. Nie tak to miało wyglądać. Od tamtego czasu żaden człowiek nie powinien był stracić życia z rąk innego człowieka. Ten miał być ostatni. A skutek był odwrotny od zamierzonego... Rozumiesz? Gdybym zesłał nawet tysiąc takich jak on, to ludzie nadal by się nie zmienili! Teraz muszę liczyć aż łaskawie raczą na mnie chociażby spojrzeć. Nie rozumieją co do nich mówię, jakbym bełkotał. Nie chcą mi zaufać, jakbym ich oszukiwał. Kiedy płaczę to też nie wiedzą czemu, wtedy jeszcze bardziej chce mi się płakać.
- Nie wiem jak ci współczuć - nie jestem nawet świętym.
- Mylisz się. Byłeś, ale ludzie nauczyli cię jak nim nie być. Przypomnij sobie: dziwiłeś się czemu ludzie walczą ze sobą, zabijają się - przecież to nienaturalne, niepotrzebne. Co ci odpowiedzieli?
- "Bo tak to już jest"...
- Nie chcą nawet przyjąć do wiadomości, że może być inaczej, może być lepiej. Wszyscy mogą być szczęśliwi. A tak tworzą podziały. Sieją nienawiść, której nie powinno być. I co najgorsze, nie chcą mojej pomocy. Nie chcą zrozumieć że w gruncie rzeczy jesteśmy jednym i tym samym. Tworzymy ten świat razem... Ale dosyć już tej pogawędki, moi idą po mnie... Już nawet po własnym domu nie można pochodzić swobodnie. Do zobaczenia, pamiętaj o mnie.
- Trzymaj się, wierzę w ciebie i w ludzi.
- A ja wierzę w ciebie - ty też jesteś w stanie im pomóc.
Msza dobiegała końca - ludzie ustawili się po tygodniową porcję spokojnego sumienia. Ksiądz pobłogosławił ich na drogę, zszedł z ołtarza, ludzie zaczęli wychodzić... Wsiadali do samochodów i odjeżdżali do swojej codzienności... Tak jakby na co dzień nie szukali szczęścia w życiu, nie chcieli poprawić siebie ani otaczającego świata. Nie chcieli pamiętać o Bogu...

Bóg, którego spotkałem nie był mężczyzną. Kobietą również.

To było ono - dziecko.

To było ono - życie.

Czekające, aż je dostrzeżesz, uszanujesz, pokochasz.
pavlaq89

Rachu ciachu!

featured.png

Nadszedł ten czas - będzie wpis o grach. Kolejny "oryginalny" w moim kąciku, a jeden z wielu na tym forum. Czyli kolejna porcja moich rewolucyjnych poglądów na trywialne tematy.

Zajadając ciasteczka i popijając jogurtem zacząłem rozmyślać na temat komputerowych rolplejów. Może nie rozważałem głębiej fabularnych walorów, bo pod tym względem mistrz gry ze mnie żaden. Bardziej interesuje mnie mechanika - trzewia każdej gry tego typu - szkielet na którym trzyma się rozgrywka. Zbyt wiele "dużych" systemów* nie dane było mi poznać (bo aż dwa), tak samo nie dane było mi rozegrać zbyt wielu wirtualnych przygód, ale co tam.

38210_k3clh4chsr_l.jpg


Duże liczby to wróg każdego systemu - kiedy potęga bohatera dewaluuje do setek, a nawet tysięcy, robi mi się niedobrze... Niby wszystko w porządku - potwory również są silniejsze i również zadają setki obrażeń, mają tysiuncpińcset-sto-dziewińćset HP i pancerz, przez który nie przejdzie nawet promieniowanie kosmiczne... i co z tego? Zmieniają się jedynie liczby - można by potrącić jedno lub dwa zera i nie zrobiłoby to różnicy. Złudne i sztuczne wyolbrzymianie do niczego nie prowadzi - daje jedynie graczowi iluzję potęgi i skłania go do dalszego podbijania statsów. Co z tego, że Thourivel stał się na tyle potężny, że zadawał niemal tysiąc obrażeń, skoro walka z równym sobie przeciwnikiem (bogiem orków - Grummshem) trwała zaledwie trzy rundy (około 20 sekund), a los wygranej wisiał na kości? Co z tego, że moja postać w MMO zadaje 534-789 obrażeń, skoro nadal ma trudności z byle pająkiem? Co z tego, że w hack'n'slashu pokonuję bossa, którego życie liczy się w dziesiątkach tysięcy? Jakie to ma znaczenie, skoro zabijam go w ten sam sposób - rąbiąc i siekąc. Jeszcze większy mętlik, więcej zer, dewaluacja. To do niczego nie prowadzi. Grałem w Final Fantasy 8 - tam na początku postać "z ręki" razi za ponad 100, a w takim FF Tactics Advance, pomimo wzrostu od przedziału kilku do kilkuset, walki są tak samo emocjonujące? Dlaczego?
Bo prawdziwy wojownik nie wygrywa walk za pomocą obrażeń i punktów życia, tylko umiejętności. O życiu i śmierci świadczy to, czy powstrzyma szarżę przeciwnika, czy uda mu się go przyszpilić do muru, czy obejdzie go z flanki, zrzuci z przepaści, obali, umiejętnie sparuje jego cios, czy da radę zmylić go wprawną fintą, wrazi ostrze w witalny punkt, wykorzysta przewagę sytuacji i zaatakuje z zaskoczenia, lub użyje otoczenia albo zastawi wcześniej pułapkę. Bo nieważne jak potężny jest przeciwnik - odpowiednią taktyką walki można pokonać każdego. Udowodnił mi to jeden z moich graczy. Alex, bo to o nim mowa, grał wtedy kawalerem - świetnie wyszkolonym jeźdźcem, prawdziwym czołgiem na kopytach. Stanął wraz ze swoją rycerską drużyną oko w oko olbrzymiej bestii - magicznie wyhodowanego jaszczura. Nie wygrałby tej walki, gdyby nie to, że dobrze zainwestował w odpowiednie umiejętności. Odrobina szczęścia (mtaaa... w jego przypadku trzy dwudziestki pod rząd to odrobina) i pokonał dinozaura jednym ciosem, przebijając go lancą na wylot. Kiedy grałem w Obliviona, trafiłem na potężnego daedrę. Mogłem męczyć się z nim uderzając i lecząc się co chwilę, ale wolałem podbiec, użyć paraliżującego ciosu, rozbroić oponenta, po czym odrzucić go na parę metrów w tył i spokojnie wykończyć. W Dark Messiah of Might and Magic w niektórych przypadkach wystarczał kopniak. Pamiętam jak męczyłem walcząc z przywódcą orków - zażądał honorowej walki na miecze, a gdybym oszukiwał to do walki włączyliby się jego żołnierze. Jakimś cudem udało mi się go "uczciwie" pokonać zużywając wszystkie mikstury leczenia. Za drugim razem oblałem go oliwą i podpaliłem kulą ognia. Kiedy drugą kulą zwęgliłem resztę, było po walce.
Twardy przeciwnik, walczący wręcz? Wdrapać się na wysoką pozycję i razić na odległość. Niepodatny na magię? Telekinezą naruszyć sklepienie jaskini i pozwolić spadającym głazom zrobić swoje. Wnerwiający przeszkadzacze na drodze? Zepchnąć ich do lawy byczą szarżą. Pancerny robot, strzegący wejścia? Zajść go od tyłu i poprzestawiać kabelki. Nie walczyć liczbami a taktyką i sprytem.
W tym miejscu wszystkie hack'n'slashe oraz większość cRPG mogą zalać się rumieńcem ze wstydu. Ot, co!

vgclitterfront.jpg


Kolejna rzecz, która bardzo mnie irytuje - awansowanie na wyższy poziom.
Zwykle to po prostu <DING!> LEVEL UP! i bohater momentalnie zaczyna wymiatać jak huragan. Co za bzdura. Diablowskie "czuję znaczny przypływ sił" to parodia sama w sobie. Czy bohater rozwiązał zagadkę znikającej bielizny przesiadując w karczmie, czy właśnie zabił Krwiożerczego Kłapiszona Szczękoczólnego O Wielkich Nogawicach, rezultat jest identyczny - stuknął mu level, przelała się czara XPków - odpala perka. Dostaje garść HPków, zwiększa mu się atak, poznaje nowe czary, umiejętności, sztuczki albo nagle zaczyna mówić nieznanym wcześniej językiem... Absurd. Skąd ktoś, kto w życiu nie wiedział jak wygląda wytrych, umie po odpaleniu paru punktów w środku dziczy otworzyć zamek skrzyni? Czarodziej dostaje nagłego olśnienia i jest w stanie rzucać nowy czar? Jakim cudem wojownik jest w stanie założyć pancerz, na który przed chwilą mógł tylko patrzeć?
Nie lubię sztucznych poziomów - wyznaję ideę treningu. Ale nie takiego idiotycznego jak w Gothicu, gdzie trzeba było ganiać za nauczycielem... żeby nauczyć się strzelać z kuszy. Na Teutatesa... kusza jest prostą bronią - każdy wieśniak umie ją nakręcić i nacisnąć spust - to żadna filozofia. Że nie mieli tam instrukcji obsługi? A jaka byłaby instrukcja posługiwania się kijem? Trening powinien zachodzić naturalnie - poprzez praktykę. Co z tego, że jest magiem? Od następnego poziomu dobierze sobie atut, dzięki któremu będzie mógł walczyć halabardą. A co! Takim bzdurom mówię stanowcze NIE! To, czy jesteś dobry w walce mieczem, zależy od tego jak dużo nim władasz, to czy masz dużą rezerwę many zależy od tego jak często nadwątlałeś jej zapas, to czy jesteś dobry w strzelaniu z łuku zależy od tego ilu wrogów już naszpikowałeś strzałami. Praktyka czyni mistrza - nie powinno być tak, że wojownik dobierze sobie drugą klasę - czarodzieja, i kilka następnych poziomów w rzucaniu czarów otrzyma nabijając doświadczenie w walce wręcz. Co z tego, że w Falloucie używam tylko pistoletów, skoro mogę cały czas inwestować w bronie energetyczne, których moja postać w życiu nie widziała?
Pod wym względem najlepsze są gry, które częściowo, a nawet w zupełności przestały polegać na punktach doświadczenia jako jedynym źródle potęgi. W Morrowindzie i Oblivionie wszystkie umiejętności rozwijało się przez praktykę. Chcesz skakać wyżej? Skacz więcej! Chcesz zadawać więcej obrażeń mieczem? Używaj go w walce! Chcesz lepiej naprawiać sprzęt? Baw się w domowego kowala. Poziom i atrybuty (dla niewtajemniczonych - cechy fizyczne i mentalne) będą zależały od tego które umiejętności będziesz rozwijał - nie na odwrót! Jeżeli chcesz być mistrzem we wszystkich umiejętnościach, to... nie ma przeciwwskazań!. Możesz używać ciężkich pancerzy walczyć sztyletami, ale równie dobrze razić czarami ofensywnymi i otwierać zamki albo władać magią leczącą. Do tego mistrzostwa zbliżyły się dwie gry, w które miałem okazję grać - genialny i nowatorski (do teraz) Dungeon Siege oraz Final Fantasy Tactics (Advance), w którym można było dowolnie przekwalifikowywać postacie, które potem uczyły się umiejętności poprzez wykorzystanie ich w walce (podobny system został użyty, o ile się nie mylę, w dwunastej części skośnego rolpleja Kwadratowych).
Doświadczenia się nie nabija do puli - trzeba je wypracować!

rabbit.gif


Nie lubię też zrównoważenia wyzwań. Ale na to cierpią WSZYSTKIE cRPGi.
Gdzie się gracz nie ruszy, pod topór podchodzą mu przeciwnicy, z którymi sobie poradzi. Może gdzieś pojawi się silniejszy boss, ale i on nie napyta bohaterowi tyle biedy, żeby ten uciekał z podkulonym ogonem. Dajcie spokój... Czemu wszyscy przywódcy i wszystkie potwory licznych krain, które przemierzamy są uporządkowane rosnąco pod względem poziomu? Czyli jeśli pójdę do Krainy Latających Osiołosi to tam każda żaba będzie miała 20 poziom?! To co by było, gdyby te żaby wyemigrowały do miejsc wcześniej przez gracza zwiedzonych? Zwykłe moby podbiłyby cały kraj! Genialne! A gdyby zwykły śmiertelnik chciał wybrać się do innego miasta, to po drodze musiałby uważać na każdą żabę, która mogłaby go zabić? A co jeśli, w modłę Obliviona, cała fauna dostosowuje się do poziomu bohatera? Kiedy odbijałem Kvatch na pierwszym poziomie, garstka ocalałych strażników towarzyszyła mi do samego końca, bowiem mieli do czynienia z zaledwie kilkoma chochlikami. A gdy za innym razem podchodziłem do tego zadania inną postacią na 30 poziomie - od razu polegli przy pierwszej bramie, z której wysypały się hordy potężnych maszkar (które odpowiadały mi poziomem). Jak racjonalnie i logicznie wytłumaczyć taką sytuację? Byłem zbyt potężny żeby ich ocalić?
Druga strona medalu - Gothic II. Potwory są poustawiane z góry i chociażbym nie wiem jak chciał to na pierwszym poziomie nie zwiedzę dalszego zakątka mapy, bo na drodze stoi mi wilk, który zjada mnie jednym kłapnięciem. Bo on tam stoi jak stał od zawsze - to nic że to środek drogi, którą powinni chadzać ludzie - on musi tam stać, pomimo, że w pobliżu nie ma żadnego pożywienia, a 100m dalej pasą się ścierwojady, które jednym kęsem połknąłby na śniadanie. Ale nie - on musi blokować mi drogę. A ja muszę chodzić jedynie w miejscach, które jestem w stanie zwiedzić. Tak jak w Pokemonach - jednak ten wielki eRPeG (a co!) nie ukrywał, że jest do bólu liniowy, a Gothic jedynie sprawia pozory wolności. I jak tu dogodzić?
Losowym stopniem wyzwania. Idę sobie przez las i spotykam króliczki, sarenki oraz parę pokojowo nastawionych orków (co do Gothica i orków - to dziwię się, skoro były to takie potężne bydlaki, to czemu nie wyrżnęły w pień tych wieśniaków od razu? tylko czekały aż Bezimienny urośnie w siłę...) a drugim razem, spotykam buszującego w krzakach trolla, który akurat szukał obiadku... I tym samym znalazł. Pakując się w nieznane okolice bohater powinien mieć świadomość, że może nie wyjść z tego w jednym kawałku. Może, ale nie musi. Tak samo błądząc po Mokrych Jak Woda Z Kranu Umywalki I Mrocznych Jak Cień Drzewa O Pełni Księżyca Mglistych Moczarach Zapomnienia Imprezy Dnia Wczorajszego może nie napotkać żadnego niebezpieczeństwa, bo wszystkie żaby spały, a zielone smoki odleciały na tarło.
Pojedynek na zróżnicowanie poziomu trudności przegrywają ze mną wszystkie komputerowe erpegi. Bo kiedy pawlak miszczuje, to nawet na głowy pierwszopoziomowców spadają z drzew ogry**, a epiccy bohaterowie czasem wtargną do obozu orków posiać panikę, pobawić się w najefektowniejszą rzeź i ogólnie rozerwać się trochę.

magic_item.jpg


Co jeszcze mnie irytuje? Ekwipunek. Po co postacie mają zbierać złoto, skoro dobry sprzęt wypada z losowych potworków? To jest domena hack'n'slashy - wybitnie udowodnił to Legend: Hand of God, gdzie udało mi się uzyskać miecz oburęczny z... wilka (Now THIS is really f*cked up)! Dobry sprzęt powinien móc znaleźć się w sklepach - chyba nie po to handlarze przemierzają kraje i kolekcjonują rzadkie okazy magicznego złomu. Płatnerz żyje z wykuwania pancerzy, a kowal broni... przynajmniej tak mi się zdawało, bo w większości gier i ten i ten jedynie podkuwa konie. Heh, w naszym kraju to by nie przeszło - od razu związki zawodowe rozpętałyby burzę. Kupcy powinni mieć też interes w poszukiwaczach przygód zapuszczających się do starych grobowców pełnych skarbów. Ale nie! Bohater woli pójść w las i upolować wilka! W Falloucie w ogóle nie korzystałem z usług sklepikarzy, w h'n's rzadko kiedy znalazło się coś ciekawego pośród tych śmieci oferowanych przez kupców. W MMO handluje się jedynie z innymi graczami, którym się poszczęściło albo którzy wytwarzają cudeńka własnoręcznie (co oznacza że my też możemy - przez co rola kupców coraz bardziej maleje). Idiotyczny jest też motyw na pełnopłytowe zbroje wypadające z przeciwnika. To, że pokonało się go w taki a nie inny sposób (przeważnie wręcz) oznacza, że zrobiło się w nim dziurę (czyli w pancerzu również). Logiczne w grach jest, że bohaterowie wolą nosić zakrwawiony, uszkodzony pancerz, który na dodatek nie ma prawa na nich pasować. Wiem co to zbroja i wiem, że powinna być robiona na miarę - inaczej wręcz utrudnia walkę wręcz. Mowa nawet o przeszywanicy (mierzi mnie, kiedy widzę płyty na gołe ciało, co jest w grach normą :/ ), która sama krępuje ruchy w znacznym stopniu - co dopiero niedopasowana.
Pominę dalej pancerze, bo tutaj mógłbym rozpisywać się, psiocząc na fantazję twórców. Co jest jeszcze bardziej idiotyczne - mikstury i zwoje z potworów! Skąd troll ma mieć zwój kuli ognistej, którego nawet nie potrafi użyć? Po co orkowi mikstura życia, skoro w zagrożeniu i tak z niej nie skorzysta, tylko pozwoli bohaterowi zabrać ją ze swoich zwłok?! Jeszcze bardziej zastanawiają mnie skrzynie w legowiskach bossów, a precyzyjniej: w siedzibach przywódców. Czemu walczył krótkim mieczem miernoty +2 skoro w skrzyni za tronem miał schowany ostry miecz świstania za uszami +4? Może lubił topory?
Zastanawia mnie skąd wszędzie tyle magicznego żelastwa. Bo chyba takie przedmioty nie powstają same z siebie. Zwykły kowal nie jest w stanie wykuć umagicznionego oręża - od tego jest czarodziej (który z kolei przeważnie w ogóle nie zna się na wytwarzaniu fizycznej broni), a raczej wymagana jest współpraca tych dwóch fachów (i tak jest przyjęte w większości gier). To skąd każdy niemal potwór ma przy sobie magiczny przedmiot? Zdobył od innego poszukiwacza przygód, przemierzającego krainę? Znalazł przy zwłokach? Sam wyprodukował? A może artefakt leżał na ziemi? Ot, tak sobie, jakby spadł z drzewa. Można przyjąć teorię, że na wojnę magiczny oręż był produkowany masowo, przez co mnóstwo śmieci wala się po polach bitew i różne tałatajstwo to zbiera... jednak toby powodowało małe zróżnicowanie ekwipunku i wątpliwy stan użyteczności. Albo przedmioty te są niesamowicie odporne na niszczenie i leżą wiekami, lub przekazywane są z rąk do rąk. W takim przypadku nie powstawałyby nowe, które byłby lepsze. Trzecia teoria - magiczne przedmioty robi się bardzo łatwo, na przykład kładąc przedmiot w pobliżu źródła magii - wtedy nią nasiąka... Co za bzdura! W takie sposób równie dobrze wszystkie przedmioty mogłyby być magiczne, a magowie wylecieliby na bruk na swoich miotłach. Już nie chce mi się nad tym myśleć - jestem otwarty na Wasze teorie.
W takim Falloucie 3 najpotężniejsze pukawki leżą sobie luzem w dziwnych miejscach - czasem nawet nie ma śladu po ich byłym właścicielu. Oblivion za to serwuje nam daedryczne scyzoryki z każdej napotkanej humanoidalnej maszkary - aż nie ma gdzie tego żelastwa trzymać, a co dopiero sprzedawać. W Morrowindzie za to trzeba było przetrząsnąć najciemniejsze zakamarki całego Vvardenfell (czasem nawet okraść kogoś), aby poparadować sobie w jedynym w grze zestawie daedrycznego pancerza. W Baldur's Gate większość porządnych klamotów zdobywało się po bożemu - wykonując zadania. Wesołe hack'n'slashe rozrzucają itemy na lewo i na prawo za pomocą hord potworów. Wyjątkiem jest tu Titan Quest, gdzie pokusili się o realistyczne odwzorowanie łupów - wypada tylko to, co niemiluch w łapie/kieszeni trzyma. MMO często dają graczowi w rękę młotek, klej i nożyczki z instrukcją "zrób se kurde sam". I bądź tu bogatym kupcem...
Pod tym względem bezsprzecznie wygrywa Mount&Blade - tutaj sporo trzeba się naharować, żeby pozwolić sobie na odpicowanego rumaka i nabiegać się po sklepach niczym kobieta po obuwie żeby trafić na dobrą broń bądź pancerz (a wtedy i tak wystarczy kilku wieśniaków z kuszami...).

camy-pro-gear-hero-pack-wii-200711150328


Następny punkt: sterowanie. Nieodzownym elementem każdego rolpleja jest wczucie się w animowaną postać. Niektóre zakładają bardzo osobisty kontakt z graczem, inne bardziej "narratorski", jednak najmniej podoba mi się zręcznościowy. Nie lubię sterować komputerowym ludzikiem niczym marionetką - na tą chorobę choruje większość konsolowych erpegopodobnych siekanin, typu Fable lub Sudeki oraz przeważająca część hack'n'slashy. Czemu muszę trzymać W/LPM, żeby postać przemieściła się tam, gdzie chcę? Rozumiem, w grach, gdzie patrzy się z oczu postaci takie sterowanie jest nieodzowne i płynie żyłami wraz z krwią. Ale czemu mam merdać kończynami kukiełki, zawieszonej przed moim nosem? Klikać kilka razy każdego przeciwnika, wystukując/wyklikując magiczne kombinacje. Gdybym chciał zagrać w zręcznościową grę akcji w TPP to Lara czeka przy najbliższej latarni, Altair już przepycha się przez tłum, a Książę biegnie po suficie - i to w nich lepiej się wczuję, niż w przepakowanego niemowę z aureolą/rogami, albo czarnoskórego ludka w lśniącej zbroi (ilekroć widzę paladyna w Diablo to chce mi się śmiać - gorzej dobrać nie mogli). Co ratuje sytuację? Aktywna pauza - podstawa życia w większości rasowych erpegów (a nawet jednego chlubnego hack'n'slasha). Wyznaczyć nowy cel członkowi drużyny? Uleczyć szybko innego? Zmienić amunicję na kościane szczały kwasu żołądkowego +3? Nic prostszego - walisz w spację, po czym rozkazujesz do woli. I tu dochodzę do sedna - w cRPGach, gdzie świat ukazują nam oczy postaci powinno WSADzić się gracza w jego skórę, za to tam, gdzie widzimy jego plecy gracz powinien wydawać mu rozkazy, a nie pociągać za sznurki. Co do rozkazów i aktywnej pauzy, mile widziana rozgrywka turowa - czy to w pamiętnych Falloutach ( nawet V.A.T.S.-owej wersji Bethesdy), czy w świetnej Świątyni Pierwotnego Zła, a nawet wciągających Final Fantasy z rewelacyjnym systemem "tury czasu rzeczywistego", lub totalnie taktycznej wersji tegoż tytułu. Co do turowej rozgrywki, glebę zalicza Neverwinter Nights przez głupie trzymanie się zasad 3E D&D i podziału walki na 6-sekundowe kolejki. To wychodzi już na samym początku: bohater atakuje przeciwnika ...... przeciwnik oddaje ...... znów atak bohatera, tym razem pudło ...... przeciwnik trafił, ale pokazała się niezsynchronizowana animacja, przez co wyglądało to nienaturalnie i kiczowo. W tym przypadku cała nieskończona nauka BioWare poszła w las - nie po to genialnie przenieśli walkę turową na rzeczywisty czas (za pomocą opóźnienia akcji), żeby odwalać taką gafę w ich pierwszym trójwymiarowym dziele (które pomimo wielu niedociągnięć, ograniczeń i krótkiej rozgrywki zostało dosyć ciepło przyjęte). Dziwne, że w Icewind Dale II ostała się realtime'owa walka, pomimo przejścia na nowszy system. Na szczęście niesmak zmyła wspomniana wcześniej Świątynia. To prawdziwa erpegowa gratka! Stuprocentowo turowa walka pozwoliła na przemycenie niespotykanej dotąd ilości papierowych zasad na grunt niestety bardzo niedocenionej gry.
Mogę powiedzieć też sporo dobrego o sterowaniu w Mount&Blade. Że niby zręcznościowe? Nic z tych rzeczy! To jest czysty symulator, a oddziałom i tak można wydawać rozkazy, aby dobrze ustalić taktykę (co prawda nieco to kuleje, ale w Warbandzie powinno się poprawić; no i campienie z kuszą wymiata :P ).
Co do sterowania w MMO muszę zauważyć, że większość czerpie pełnymi garściami od Dungeon Siege'a. Zaznaczasz przeciwnika, a bohater młóci już go sam - w przeważającej większości trójwymiarowych sieciówek jest właśnie tak, czyż nie? Diabelskie sterowanie powinno przejść już do lamusa dawno temu.
Najbardziej dziwię się Chrisowi Taylorowi. Znany jest ze swoich rewelacyjnych (i przeważnie rewolucyjnych) pomysłów na rozgrywkę, o czym świadczy pierwsze Oblężenie Lochów. Tylko czemu przy okazji drugiej odsłony poddał się presji i "udiablowacił" rozgrywkę? Rozumiem, pierwsza część była nieco ograniczona - nie było żadnych specjalnych ataków, drzewko umiejętności nie wykiełkowało, tylko po kiego grzyba w dwójce trzeba dusić myszą przeciwnika, żeby go zaatakować? Czyżby Krzyś zmienił zdanie i przyznał rację szatanistycznemu h'n'sowi? Okazało się być to zgubne dla DSII, ponieważ ten system sterowania przeznaczony jest dla jednej postaci - nie w sposób dowodzić drużyną. Tutaj całą taktyczną warstwę diabli wzięli. Zamiast towarzyszy mamy statystów, którym dajemy ekwipunek, po to, żeby zwiększyli nieco DPS***. Owszem, można niektóre opcje poprzestawiać na starą modłę (co prawda tracimy wtedy udogodnienie automatycznego czaru), ale sama obecność diabła w DS'ie mnie irytuje.
Wraz ze zręcznościowym sterowaniem idą w parze umiejętności bohatera. Co z tego, że w Titan Queście klikam na potwora, skoro postać w niego pudłuje?! What the...?! Czemu w Morrowindzie spudłowałem pomimo, że wycelowałem z łuku prosto w przeciwnika? Albo dają sterowanie, albo ustalają, że gracz wydaje jedynie polecenia. W Oblivionie to felerne celowanie oraz skradanie się poprawili, ale w diablopodobnych siekaczach postać nadal potrafi pudłować jak Zezowaty Złowieszczy Łoś.


Uh, ciasteczka się skończyły... czas najwyższy na podsumowanie...
Ciągle czekam na cRPGa doskonałego. Kilka tytułów zbliżyło się w niektórych aspektach, inne odbiegają od mojego ideału o lata świetlne. Zapewne dziwisz się dlaczego wrzuciłem tyle różnych gier do jednego wora? Po prostu gry, mające nawet mało wspólnego z odgrywaniem ról, potrafią w niektórych aspektach utrzeć nosa rasowym przedstawicielom świętej rozrywki nerdów. Nie wspomniałem tutaj o Jade Empire, Knights of the Old Republic II, Loki oraz kilku innych, w które miałem okazję zagrać głównie dlatego, że nie wprowadzają do rozgrywki praktycznie nic nowego. Teraz czeka na mnie Baldur's Gate, do którego zabierałem się już wiele razy i zawsze jakimś cudem utknął mi w przełyku, Planescape Torment - bo to wstyd nie poznać takiej legendy, oraz (odłożyłem już środki na) Mass Effect - przekonam się wreszcie czy jest tak miodny, na jakiego go opiewają.

A wiec, miłego Grania w Granie wszystkim miłośnikom wirtualnych światów.

PS Wyszło długie jak wyszło, ale nie mam zamiaru wysłuchiwać narzekań. Know thy place, lower creature!
______
* poprzez odniesienia do prowadzonego przez mnie erpega mam na myśli D&D 3E
** nie wiedzieliście że ogry chodzą po drzewach?
*** Damage Per Second
pavlaq89

Daj się przykleić

featured.png*

Czyli krótki poradnik dla początkujących blogowiczów, made by pawlak.

Nasze blogowe zbiegowisko posiada coś takiego jak "promowany wpis". Jest to świetny sposób, aby zwrócić na siebie uwagę i złapać nieco więcej dusz w sieć swojego blogaska. Każdego dnia pewien niestrudzony moderator musi przebrnąć przez wszystkie nowo powstałe wpisy (wyczuwam nutkę masochizmu) i wytypować najciekawszy z danego dnia, który raczy przykleić do głównej strony. Wraz z wielkim obrazkiem użytkownika. Moja odrażająca gęba wisiała tam już (a może dopiero) cztery razy.

Przechodząc do konkretów - ten poradnik nie jest uniwersalny (nie licz, że staniesz się drugim Kominkiem) i piszę go głównie dlatego, że chcę poczytać więcej ciekawych rzeczy od tutejszych użytkowników.

1. Nie zaczynaj bloga. Wpisy, typu "cześć", "mój blog" itp. od razu są omijane przez większość odwiedzających.
2. Pobaw się z bocznymi paskami - zwykle przyda się jakaś notka odautorska, żeby biedna dusza wiedziała do jakiego gara trafiła, przydadzą się ciekawe linki, albo widget twittera, gdzie będziesz mógł ćwierkać kiedy można się będzie spodziewać następnego wpisu.
3. Wybieraj mało poruszane tematy - nikomu nie będzie chciało się czytać piątej z rzędu recenzji tej samej gry, z drugiej strony nikt nie zajrzy do felietonu na temat pieczenia chleba (hmmm... może jednak?).
4. Jak już ma się ogólny temat i zarys to może jakiś chwytliwy tytuł? Jeżeli ma być długi to lepiej dokończyć sentencję we wpisie, ponieważ na liście blogów jest ograniczona ilość znaków na tytuł.
5. Nie spamuj - lepszy dłuższy tekst raz na jakiś czas niż codzienne popierdółki.
6. Nie pokazuj (_!_) czytelnikowi - dbaj o poprawność i przejrzystość tekstu (nikt nie lubi czytać bełkotu, nie sprawdzają się też przeróżne wymyślne czcionki). Kiedy już napiszesz, przejrzyj uważnie słowo po słowie w poszukiwaniu błędów - autokorekta to najlepszy przyjaciel. Czasem przydaje się szybki refleks po opublikowaniu - poprawiaj co się da.
7. Treść mile widziana - lepiej żeby tekstu było więcej niż obrazków. Jeżeli uważasz, że napisałeś wystarczająco dużo, to jesteś w błędzie - dopisz jeszcze jeden lub dwa akapity.
8. Jeszcze milej widziane są obrazki/screenshoty nawiązujące do treści (nie na odwrót). Wybieraj rozważnie ze względu na limit, oraz rozmieszczaj z umiarem.
9. Nawet najbardziej subiektywny i opinio-wyrażający tekst nie obejdzie się bez szczypty wiadomości i faktów (oraz ciekawostek).
10. Lepiej, żeby nie zabrakło wniosku/podsumowania.
11. Unikaj wpisów, typu "patrzcie, co znalazłem! co o tym sądzicie?" - to Twój blog i to Ty wyrażasz swoją opinię (czytelnicy jedynie się do niej odnoszą ze swojego punktu widzenia). Nie rozpętuj komentarzowego czatu.
12. Teksty pod publiczkę/prowokacje nie zdają egzaminu, zdjęcie ładnej panny też nic nie da przy marnym tekście - CormaC jest tylko jeden.
13. Nie pisz o wpisach kogoś innego, chyba że w ramach 'odpowiedzi-na-wpis'.
14. Nie używaj niezrozumiałych słów, jeśli już to tłumacz je przypisami - niektóre pojęcia oczywiste dla Ciebie mogą być dla innych bełkotem.
15. Przyjmij charakterystyczny dla siebie styl - uznanie kilku stałych czytelników to więcej niż chwila uwagi setki przypadkowych przechodniów.
16. Nie śpiesz się - drąż tematy, omawiaj wszystkie aspekty szczegółowo i wyczerpująco. Tak, żeby nikt nie mógł niczego dodać w komentarzu. Jeżeli to potrwa dłużej, to rozbij sobie pisanie na raty, poprzez edycję szkicu. Warto na początku sporządzić ogólny zarys i po kolei rozbudowywać akapity.
17. Jeżeli dany temat jest na czasie, albo dotyczy aktualnych zdarzeń, to bądź gotowy, że powstanie co najmniej jeden wpis na ten temat, który może okazać się ciekawszy od Twojego.
18. Czekaj na dobrą okazję - publikuj wpis w dniach, kiedy nikomu się nie chce pisać ani w porach wieczornych nie ukazało się nic ciekawego.
19. Nie licz na wypromowanie Twojego wpisu. Jeżeli nie zobaczysz go na pierwszej stronie o północy, to znaczy, że musisz dalej się starać i czekać na swoją okazję. A kiedy ta nadejdzie to, kto wie, może ludzie zauważą resztę Twojej twórczości.
20. Nie sugeruj się liczbą odwiedzin, komentarzy, ani wpisów. Są blogi dobre i kiepskie - niezależnie ile ktoś w nich pisze ani od jakiego czasu.

A więc do roboty! Czas nabijać w butelkę rzesze niewinnych dusz!


Powyższe rady wynikają z moich własnych blogaskowych doświadczeń - każdy z tych aspektów przetestowałem na własnej skórze (a raczej skórze czytelników), zaobserwowałem reakcje i zinterpretowałem. Jeżeli powyższe porady okażą się komukolwiek pomocne, będę rad. Jeżeli nie, to trudno.
______
* to ci dopiero ironia...
pavlaq89

Patent No 1266351

 Nie lubię piwa... Dziwię się ludziom, że są w stanie wlewać w siebie litry tych sików. Nie da się tego traktować jako napój, smakuje ohydnie a alkohol tylko pogarsza sprawę. Szeroko promowany na każdym kroku, sączony hurtowo przez starych i młodych. Rzygać mi się chce. Chyba specjalnie od samego początku jest żółty, bo przechodzi przez ludzki organizm w dużej mierze bez zmian. Ciało wie, że śmieci należy się pozbywać i jak najprędzej wyrzuca z siebie bezwartościowe płyny. 

Jednak, jak wiadomo, od każdej reguły są wyjątki. A w tym przypadku jest nim Guinness. Nie będę rozpisywał się, jakie dobre jest to czarne słodko-gorzkie piwo, powstające w Irlandii na słodzie jęczmiennym, bo nie o tym ma być ten wpis (a jeszcze odpowiednie osoby posądziłyby mnie o promowanie spożywania alkoholu).

Przechodząc do rzeczy: pewnego razu, kiedy kupiłem puszkę owego piwa, usłyszałem w środku pukanie. Ciekaw co je powodowało, po opróżnieniu rozciąłem puszkę i w środku znalazłem plastikową kulkę. Nieco zgłupiałem, bo pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. "Po kiego grzyba, do jasnej ciasnej, ktoś wkłada kulkę do puszki?" Zbadałem sprawę i odkryłem bardzo ciekawy wynalazek.

180px-Guinness_floating_widget.jpg

Beer Widget, czyli wynalazek Guinnessa, opatentowany w 1969 roku.

Do puszek i butelek wkładane są plastikowe, puste w środku, kulki o średnicy 3 cm. Sposób ich działania jest dosyć prosty.

Otóż, podczas napełniania, do piwa dodawany jest ciekły azot, który tworzy mieszankę wraz z dwutlenkiem węgla. Po zapieczętowaniu pojemnika, azot przechodzi w stan gazowy, przez co zwiększa ciśnienie wewnątrz puszki, do tego stopnia, że zaczyna wypełniać kulkę (która ma w tym celu jeden otworek o średnicy około 0,6mm). W dodatku część azotu rozpuszcza się w samym piwie, co pomaga w powstawaniu mniejszych bąbelków, które aby przedrzeć się przez powierzchnię cieczy, muszą posiadać większe ciśnienie wewnętrzne. Sam dwutlenek węgla nie wystarcza do osiągnięcia takiego ciśnienia, stąd wybór azotu.

W momencie otwarcia pojemnika, następuje spadek ciśnienia, przez co skondensowane bąbelki azotu gwałtownie ulatniają się z cieczy, a kulka wydmuchuje z siebie skompresowane gazy z wielką prędkością. To powoduje powstawanie malutkich bąbelków w otaczającym piwie.

A po polsku? Otrzymujemy gęstą, kremową pianę.

180px-Guinness.jpg

Tą technikę stosuje jeszcze kilka brytyjskich wytwórni.

W każdym zakamarku otaczającego nas świata, są wynalazki, których nawet nie zauważamy. Czasem proste rozwiązania są w stanie przynieść wielkie rezultaty. jednak w większości przypadków, rewolucyjność wynalazku nie polega na wymyśleniu czegoś nowego, a wymyśleniu nowego zastosowania dla dobrze znanej rzeczy.

Bo kto by wpadł na pomysł, żeby dodawać ciekły azot do piwa?

pavlaq89

Z wielką siłą idzie...

... norma personalistyczna.

Wpis ten jest rezultatem zbiegu dwóch zdarzeń, które miały miejsce mniej więcej w tym samym czasie. Jednym z nich jest wykład z etyki, który uświadomił mi, że jestem zły do szpiku kości, a drugim - Spider-man 3. 

Spider-Man_3,_International_Poster.jpg

Mtaaa... filmy zazwyczaj oglądam od święta, ale tym razem podreptałem do wypożyczalni bez żadnej okazji. Padło na Człojąka. Pierwszą część obejrzałem kiedyś na swoim kinie domowym, na drugą wybrałem się nawet do kina. Względnie podobałby mi się obydwie poprzednie części, chociaż nie brakowało w nich zgrzytów (na przykład krew w jedynce - a fe!). Tym razem miałem mięszane uczucia.

Nie zacznę zwyczajowo od początku, ale od końca. Po obejrzeniu adaptacji książki o przygodach nastoletniego czarodzieja brzmiałoby to lepiej, ale to tutaj

Harry ginie

. Zdenerwowała mnie nieco fabuła. Niczego wielkiego się nie spodziewałem, ale praktycznie rozdrobnili ją na piasek.

img05.jpg

Fakt - pojawił się przeciwnik, którego nie znałem wcześniej - sandman. Nie był tak efektowny i sugestywny jak łanpisowy Krokodyl, ale potrafił przysporzyć pajączkowi kłopotów. No ale kłopotów to pajączek miał aż nadto. Nie dość, że znęcał się nad nim jego najlepszy przyjaciel, a pewien natręt, skądinąd znany jako Eddie Brock, wygryzł go ze stołka, to jeszcze jego ukochana strzelała fochy.

Na pomoc (albo raczej niemoc) przybył kosmiczny_czarny_glut, który sprezentował pajączkowi nowy imidż. Rozwijając dalej rolkę fabuły, dochodzę do jej największego mankamentu - przesycenia. Co za dużo to niezdrowo, panie.

Wzięli koncepty na 4 kolejne epizody, wrzucili do kruszarki, po czym wymieszali z wodą i wapnem. Tak powstały betonowe buciki, które miały aż 2,5 godziny żeby związać i zabrać film na dno. No, może przesadziłem, ale tylko trochę.

Czym ta nieudolna metafora skutkuje w praktyce? Wszystko dzieje się po kolei. Fabuła jedzie jak po sznurku.

Najgorzej rzuca się to w oczy pod sam koniec. Teraz uwaga - spoilery! Team deathmatch 2vs2 - Pete i Harr walczą z Sandmanem, którego wspólnik - Venom - nic nie robi! Nie ma go w środku akcji, jakby czekał za kulisami na swoje wejście. Oczywiście pozwala im unieruchomić swojego ziomka i dopiero potem się pojawia, turbując Harrego. Ten pada na ziemię i CZEKA aż Spidey rozprawi się z Venomem, pogada z piaskoludkiem i dopiero podejdzie do niego.

ocb?! Co to ma być? Turowa rozgrywka?! Przecież to film - akcja powinna toczyć się bez przerwy - każdy bohater powinien poruszać się w czasie (dla filmu) rzeczywistym. Tak samo czemu czarny glut nie przylepia się do Petera od razu, tylko czeka aż ten dostanie wciry raz i drugi, po czym zawali randkę? Sam fakt, że właśnie na niego trafił wydaje się być nieco naciągany...

No i dochodzę do drugiej poważnej bolączki - rachunku prawdopodobieństwa.

Może ktoś wytłumaczyć jakim cudem glut, spadający losowo z kosmosu, wylądował paręnaście metrów od Petera i to akurat w momencie, kiedy nie było niemal nikogo w pobliżu? No dobra, mógł być inteligentny. Wyśledził naszego bohatera z orbity, po czym krążył, czekając na dogodną chwilę.

Kolejna sprawa - jakim cudem Marko, uciekając z więzienia, wpadł do dziury, w której akurat odbywał się eksperyment? Skutki są wiadome, ale czy każdy ośrodek badawczy buduje się koło więzienia? Czyżby twórcy sugerowali jakieś powiązania?

Wszystko dzieje się w odpowiednim momencie, z dokładnością do sekundy i metra. Czy bohaterowie filmu są mistrzami Feng-shui czy co? Superwróżki?

Tak swoją drogą, gdzie podział się pajęczy zmysł? Ani razu nie uratował Sieciomiotowi skóry. Za to kulki z sieci zdawały egzamin, nie wspominając o szkolnym numerze z napiętą linką. Ludzie... to są superbohaterowie, nie uczniowie podstawówki. Może to miało być śmieszne? Ogólnie to film nie miał prawie żadnych humorystycznych motywów. Hej, mówimy przecież o luzackim pajęczaku, rzucającym błyskotliwe komentarze w środku walki, prawda? Nic z tych rzeczy - tu mamy małomównego protagonistę.

Jedynym, który ratuje sytuację jest nie kto inny jak J. Jonah Jameson. Sceny z jego udziałem to klasa sama w sobie. Aktor genialnie wcielił się w postać i jestem gotów stwierdzić, że jest najlepszy z całej obsady.

J.K._Simmons_as_Jameson.gif

Czego nie mogę powiedzieć o reszcie. Nie lubię głupkowatego 'domyślnego' wyrazu twarzy Maguire'a, Kirsten Dunst nie jest dostatecznie czarująca jak na M.J. (nawet sam film strzelił ironią w postaci krytyki na temat odgrywanej przez nią postaci). Aktor, grający Harrego bardzo się starał - plus za chęci. Pozytywnie zaskoczyła mnie postać Gwen Stacy - koleżanki parkera i córki szefa policji. Pomimo, że aktorka jest niezbyt urodziwa, to zagrała ładnie. Z początku myślałem że wlepili do filmu kolejną blond słodką idiotkę - manekina. Pewna scena z jej udziałem mile mnie zaskoczyła.

spider-man-3-gwen-stacy.JPG

Teraz jedna z ważniejszych rzeczy - glut. Czyli kosmiczny pasożyd, podkręcający emocje żywiciela. Coś jakby żyjący narkotyk... Widać że twórcy mieli w zamierzeniach dać jakiś ukryty przekaz ich dziełu, ale wątpię czy odniosło to skutek... Bo Venom jest zajefajny! To jeden z najlepszych i najbardziej sugestywnych czarnych charakterów Marvela. Czarnych, i to dosłownie.

venom_vol3.jpg

A komu nie podoba się ciemny strój pajączka? Spidey na kosmicznym haju potrafi rzeczy, o których mu się nie śniło. Sądziłem, że w filmie stanie się arogancki i pewny siebie. To co wyszło to jakaś parodia... Emo Peter (bo taki nowy imidż sobie sprawił) jest raczej zgorzkniałym świrem. Miałem chęć przewinąć scenę, w której Maguire pląsał po ulicy z wdziękiem wielbłądzicy ze szkorbutem. Naprawdę, mogli postarać się o kogoś kto lepiej wczuje się w rolę, bo raczej nie zrezygnowaliby z gluta w filmie.

A Venom był taki sobie. Nie dość, że Brock był po prostu wymoczkiem bez grama mięśnia, który w postaci zębiastego potwora napęczniałby dziesięciokrotnie, to jeszcze w ogóle nie męczył Pajączka częstym pojawianiem się znikąd (powinien hackować pajęczy zmysł) i swoimi intrygami. Bo od tego był Harry, czyli Goblin Junior. A wychodziło mu to niezbyt dobrze, gdzieś w połowie filmu doszedł do wniosku, że jest małą płotką pośród rekinów.

To co mi się podobało (yay! było coś takiego!) to efekty. Do 'realistycznego' poruszania się Pajączka zdążyłem przywyknąć, ale akrobacje, które wyprawia w trzeciej części filmu przyprawiają o wymioty. Wybuchy oraz destrukcja cieszyły oko i ucho. Świetnie wyszedł motyw ożywającego piasku przy narodzinach Sandmana. Brawa.

Śmieszna (w negatywnym sensie) była scena, kiedy to Peter walczył 100 pięter nad ziemią o... pierścionek. Typowy efekciarski wypełniacz. :/

Do muzyki nie mogę się przyczepić :ok: .

Co dalej? Pozostało jeszcze wielu bohaterów pająkowego uniwersum: Carnage, Jaszczur, Scorpion, Rhino, Vulture (z nim żywię największe nadzieje) i kilkadziesiąt pomniejszych złoczyńców. Jeszcze przydałoby się wykorzystać (dziwnie to zabrzmiało) Czarną Kotkę :3 (takie koty to ja lubię, Ramzes).

Byleby nie serwowali ich hurtem tak jak zrobili to trójce. Z umiarem, panowie.

Ale o co chodzi z tą normą personalistyczną? Tak ni stąd ni zowąd się wzięło.

Chodzi o koncepcję etyczną niejakiego Kanta. W wielkim skrócie polega ona na wypełnianiu obowiązków, narzuconych poprzez postawę, przyjętą względem innej osoby. Sprzedawca w sklepie może nie lubić klienta czy swojej pracy, ale powinien wypełnić swój obowiązek jako sprzedawca, jeżeli tego nie zrobi to zachowa się niemoralnie. Inny przykład: nie ważne, że podoba Ci się gra - jeżeli chcesz być jej fanem, powinieneś ją kupić, bo to obowiązek fana. Jeżeli zaś lubisz grę i ją spiracisz, to znaczy, że nie jesteś fanem - wręcz przeciwnie - wyrządziłeś jej twórcom krzywdę. Zachowałeś się niemoralnie. Bez wykręcania się o to czy ktoś jest fanem czy nie - konsumentem jest się zawsze - nie płacąc za produkt również nie spełnia się obowiązku konsumenta, więc zachowuje się nieuczciwie.

Co odnosi się do filmu, to pojęcie miłości. Peter kocha M.J. i wierzy, że jego uczucie wystarczy. Później dopiero dowiaduje się jak wielki popełnił błąd w założeniach. Bo miłość to nie tylko uczucie, a pewna postawa moralna wobec innej osoby. Innymi słowy - wypełnianie obowiązków. Nawet jeśli człowiek nie ma na to ochoty, wstaje w środku nocy do płaczącego dziecka, wysłuchuje swojej drugiej połowy, poświęca swoje dobro dla dobra kogoś innego.

Postępuj tak byś osoby (czy to swojej czy innego człowieka) używał zawsze jako celu, nigdy tylko jako środka.

I to chce przekazać nam ten film, serwując podniosłe sceny i ckliwą muzykę pod koniec.

Podsumowując: pomimo, że trzeci film był słodko-kwaśny, to Uncle Ben zaserwował kawał dobrego sosu. Odpowiedzialność jest również obowiązkiem względem innych i nie tyczy się tylko superbohaterów a każdego z nas. Według Kanta jestem zły i niemoralny - nie dlatego, że nie wypełniam obowiązków, ale dlatego że ich unikam. Żeby uciec od rozkazów, które daje mi sumienie, unikam kontaktów z ludźmi. Nie zniósłbym świadomości, że poprzez swoją samolubność krzywdzę innych. Zwłaszcza tych bliskich. Używając innych osób nie jako celu, a jedynie środka do jego osiągnięcia...

PS Chaotyczny styl zamierzony.