Jump to content

eliandir

Forumowicze
  • Content Count

    234
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

39 Neutralna

About eliandir

  • Rank
    Krasnolud
  • Birthday 12/11/1983

Sposób kontaktu

  • Discord
    Array
  • Strona WWW
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array
  • Zainteresowania
    Array

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  • Konfiguracja komputera
    Array

Recent Profile Visitors

4,368 profile views
  1. Sir Alistair Blackwood był osobą, której z całą pewnością nie można było pozwalać na siebie czekać, dlatego w dużym pośpiechu pokonywałeś kolejne kondygnacje gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych Imperium. Po marmurowych schodach w górę i w dół podążały tłumy zarówno pracowników, jak i petentów wszelkiej maści. Energicznie przestąpiłeś próg biura Pana Blackwooda – jego asystentka spojrzała na Ciebie zdegustowana sponad binokli w drucianych oprawkach i rzuciła – Lord Blackwood już Pana oczekuje Panie Black. Czym prędzej przekroczyłeś próg gabinetu. - Witaj James. – rzucił siedzący za ogromnym, rzeźbionym i zdobionym ornamentami z masy perłowej biurkiem, siwowłosy, dystyngowanie ubrany elf w podeszłym, nawet jak na przedstawiciela tej rasy wieku. – Usiądź proszę. – Jego surowy, nieznoszący sprzeciwu ton, nie pozostawiał wątpliwości, co do tego, kto na tym spotkaniu gra pierwsze skrzypce. Kiedy bez słowa sprzeciwu usiadłeś naprzeciwko swojego rozmówcy, kładąc na kolanach niesioną ze sobą aktówkę, Alistair oderwał wreszcie wzrok od przeglądanych przez siebie dokumentów, rozparł się wygodnie w dużym fotelu z rzeźbionego drewna, na którym siedział, łokcie oparł na poręczach, a palce smukłych dłoni złączył na kształt piramidy. Przez chwilę lustrował Cię zimnym spojrzeniem swoich stalowoszarych oczu. - Napije się Pan czegoś, Panie Black? – nutka fałszywej uprzejmości w tonie głosu elfiego arystokraty dała Ci do zrozumienia, że siedzący naprzeciw Ciebie mężczyzna przedstawicieli innych ras, a z pewnością rasy ludzkiej, traktuje zwyczajowo co najmniej protekcjonalnie. *** - Zastanawiasz się pewnie, po co Cię tutaj wezwałem. – rzucił Alistair, ciągle bacznie Ci się przyglądając. – Otóż Twoja popisowa dyskusja z grafem Manfredem Pankratzem nie pozostała niezauważona. Zdobyte dzięki niej informacje pomogły uniknąć nielichego skandalu, za co Królowa i Alfheim są Ci niebywale wdzięczni. Jednakże szkoda, żeby takie talenty w służbie JKM się marnowały, dlatego też Twoja osoba została przedstawiona jako dobry kandydat do pewnej dość delikatnej misji. – to mówiąc pochylił się w kierunku biurka i z jednej z szuflad po swojej prawej stronie wyciągnął teczkę, położył ją przed sobą i zapytał – Jesteś zainteresowany, James? *** Kiedy wyraziłeś swoje zainteresowanie, elf podał Ci teczkę, a Ty sięgnąłeś po nią i otworzyłeś ją, a Twoim oczom ukazała się przyczepiona stara fotografia i wpisane w rubryce na pierwszej stronie imię i nazwisko – Juda Schultz. - Twoją misją będzie odnaleźć tego gnoma, dowiedzieć się co knuje – on i jego ekipa, a także jeżeli się da, powstrzymać wszelkie działania, które mogłyby zaszkodzić Imperium. – w tym miejscu Blackwood przerwał i przyglądał Ci się chwilę w milczeniu – Jest jeden szkopuł. Z nieznanych nam na razie powodów sprawą zainteresował się wywiad Pontyfikału. Wysyłają do Orseaux swojego agenta – niejaką Pannę Ha Noi. Nawiążesz z nią kontakt oraz współpracę w takim zakresie jakiego będzie wymagała sprawa – oczywiście dyskretnie i w białych rękawiczkach. Masz mieć na nią oko i informować nas na bieżąco. Jakieś pytania? *** - To wszystko James. – Alistair Blackwood podniósł się z fotela tym samym sygnalizując koniec waszego spotkania. – Za kilka godzin masz pociąg do Orseaux. Pierwsza klasa oczywiście. Na miejscu zgłosisz się do naszej ambasady w dzielnicy Palais-Bourbon - Lord Richard Crowley, tamtejszy attaché będzie Twoim bezpośrednim przełożonym. Jemu będziesz zdawał wszelkie raporty. On też zorganizuje Ci zakwaterowanie na miejscu. – To mówiąc odprowadził Cię do drzwi gabinetu – Powodzenia. Królowa Tytania liczy na Ciebie. – rzucił na odchodnym. *** W półświatku zwana zazwyczaj „Czerwoną Królową” z racji zamiłowania do noszenia sukni w odcieniach czerwieni, a także niezłomnego charakteru – hrabina Penelope Brightburn na co dzień kojarzona jest jako dobrze prosperująca właścicielka licznych lokali rozrywkowych i innych nieruchomości w Lyonesse. Osoby nieco bardziej zaznajomione z ciemniejszą stroną miasta wiedzą, że Lady Brightburn z pewnością zaangażowana jest w handel czarnym lotosem, kradzionymi dziełami sztuki, stręczycielstwo i hazard. Zarówno z racji wysokiej pozycji społecznej, jak i powiązań jej męża Algernona Brightburna, ani inspektorom Alven Yardu, ani nawet agentom secret service nie udało się do dnia dzisiejszego niczego jej udowodnić. Być może dlatego, że wszyscy, którym przyszło do głowy próbować zaszkodzić jej interesom, zniknęli w tajemniczych okolicznościach albo kończyli martwi. *** Paromobil podjeżdża na tyły lokalu „Czarna Lilia” – to największy w dzielnicy i najbardziej ekskluzywny klub muzyczny, do którego wstęp mają nieliczni i tylko za okazaniem karty członkowskiej. Głowna część lokalu często spowita jest lotosowym dymem, a zaufani goście zwykle przesiadują w prywatnych alkowach. Szofer otwiera Ci drzwi pojazdu i gestem zaprasza byś wysiadł i poszedł za nim. Prowadzi Cię do drzwi od strony zaplecza, których pilnuje potężnej budowy ogr o nieprzeniknionym wyrazie twarzy. Zamienia z nim kilka słów po czym ogr obrzuca Cię uważnym spojrzeniem, otwiera opancerzone drzwi i gestem wskazuje byś szedł za nim. - Za mną proszę! – rzuca zdawkowo. – Szofer kłania Ci się uprzejmie i rusza w kierunku pojazdu. Zbierasz w sobie całą odwagę i ruszasz za ochroniarzem. Ogr prowadzi Cię przez zaplecze klubu, gdzie uwija się służba, kelnerki, tancerki, kucharze, muzycy i cała reszta obsady, która służy do zapewniania klienteli wszelkich wygód i rozrywki. Prowadzi Cię na wyższe kondygnacje Czarnej Lilii, gdzie jest ciszej i mniej tłoczno. Przed schodami na kolejne piętro stoi dwóch orkowych ochroniarzy ubranych w gustowne czarne smokingi, w rękach trzymają wypolerowane automaty z bębnowymi magazynkami, a do pasa przytroczone mają orientalnie wyglądające miecze. Ewidentnie pochodzą gdzieś z dalekiego Sunniru. Zatrzymują was i jeden z nich z pomocą dziwnego urządzenia – metalowej, płaskiej skrzynki z mnóstwem pokręteł, wielkości przeciętnej książki zakończonej poskręcaną antenką i niewielką tubą głośnikową z boku, zaczął przesuwać nim wokół Ciebie. Ewidentnie to jakiś technomagiczny skaner, być może wykrywacz broni lub żelaznych/stalowych przedmiotów. Po przeszukaniu ochroniarze puszczają was dalej, wchodzicie po schodach na ostatnie piętro lokalu, gdzie szeroki, gustownie urządzony korytarz prowadzi do dwuskrzydłowych, solidnych drewnianych drzwi, po bokach których stoi kolejnych dwóch ochroniarzy. Ogr podchodzi do drzwi, otwiera je i gestem zaprasza Cię do środka. Przekraczasz próg i drzwi zamykają się za Tobą bezszelestnie. Znajdujesz się w obszernym o ile nie olbrzymim gabinecie, urządzonym gustownie i z przepychem. Marmurowa podłoga wyścielana miękkimi dywanami, meble z inkrustowanego drewna, mnóstwo obrazów na ścianach, ornamentów, dzieł sztuki na podestach, do tego mnóstwo kolorowych roślin. Spod sufitu zwisają kryształowe żyrandole rozświetlane energią maniczną. Naprzeciw Ciebie po drugiej stronie pomieszczenia większą część ściany stanowi olbrzymia witryna z widokiem na resztę „Czarnej Lilii” – prawdziwe centrum dowodzenia. - Witaj James, ile to już minęło? – stojąca przy witrynie, tyłem do Ciebie, wysoka postać elfiej arystokratki oderwała wzrok od widoku roztaczającego się na zewnątrz gabinetu i powoli zwróciła się w Twoją stronę. Chwilę ciszy przerwał szelest jej olśniewającej sukni o barwie głębokiej czerwieni. W tym momencie przypomniałeś sobie, jak piękną kobietą była Penelope, piękną i śmiertelnie niebezpieczną. Podeszła do Ciebie na tyle blisko by owiała Cię aura jej delikatnych perfum o słodkawym zapachu – długie blond włosy swobodnie spływały na alabastrową skórę ramion, oczy barwy opali lustrowały Cię uważnie, a przyozdobione krwistoczerwonej barwy pomadką usta układały się w lekko ironicznym półuśmiechu. W palcach dłoni ubranej w długie, sięgające za łokieć rękawiczki, również czerwonej, jak suknia, trzymała kieliszek wybornego Chardonnay – jej ulubionego. - Napijesz się czegoś James? – zapytała wyczekująco.
  2. - Czy wiesz czemu Cię teraz nie zabiję? – Elegancko ubrany gnom, w nienagannie skrojonym, czarnym surducie wolnym krokiem podszedł do Ciebie i z kpiarskim półuśmieszkiem na twarzy spojrzał swoimi dwukolorowymi, jak u psów rasy Husky oczami prosto w Twoje. Dwa rosłe ogry wzmocniły uścisk swoich wielkich łap na twoich ramionach, tak abyś nie mógł poruszyć się nawet na centymetr do przodu. Lewą ręką ujął Cię za podbródek i spojrzał głęboko w oczy. - Nie zabiję Cię teraz, bo to byłoby zbyt proste, za mało zabawne stary przyjacielu – To mówiąc puścił Twoją twarz i z teatralnym gestem cofnął się obracając dookoła własnej osi, uśmiechając się przy tym szeroko. - A rozrywki po eonach straszliwej nudy łaknę jak niczego innego. Tyle się tu zmieniło od ostatniego razu… Cały ten postęp, technika, maszyneria, magia, nauka – CYWILIZACJA!!! Tyle sznurków za które można pociągnąć, tyle marionetek czekających na rękę mistrza… - gnom urwał w pół zdania i spojrzał na Ciebie przechylając głowę. Było w tym coś ptasiego, jak spojrzenie jastrzębia oceniającego odległość od ofiary by obrać optymalny tor lotu niosącego niechybną śmierć. - Dalej boczysz się na starego Judę za to co się stało na Purgatorii? – gnom doskoczył do Ciebie, stanął tuż obok i z zatroskaną miną spojrzał w Twoim kierunku. – No już już, Stefen, nic się nie stało, wszystko będzie dobrze, ooooo – mówiąc to gładził Cię po policzku dłonią, która z każdą sekundą robiła się coraz bardziej lodowata. Po chwili policzek zdrętwiał Ci z zimna a na brodzie pojawił się szron. - Wyglądasz jakbyś zmarzł biedaczysko – z udawaną troską Juda puścił Twoją twarz i z kpiącym uśmiechem przyglądał się Tobie. – Nie lubisz zimna co, Stefen? – miarowy stukot kół pociągu Wanadian Express zmierzającego z Alfheimu do Akwitanii przerwał odległy ryk syreny sygnałowej. Niechybnie zbliżaliście się do jakiejś stacji. - Oho, słyszysz Stefen? Piękna stolica Akwitanii wita strudzonych podróżników – Schultz uśmiechnął się szeroko. – Czas się pożegnać – to mówiąc Juda zbliżył się do Ciebie, nachylił się i przyciszonym głosem kontynuował. – Mam tu do załatwienia pewne nie cierpiące…hehe… zwłoki… że tak to ujmę, sprawy. Zatem Stefen, mój drogi, racz nie wchodzić mi więcej w drogę, nie szukaj mnie, nie przeszkadzaj i nie wpychaj nosa w nie swoje sprawy – To mówiąc położył palec na czubku twojego nosa, a Ty znów poczułeś jak mróz skuwa Ci twarz lodem. – Bo możesz go przypadkiem stracić. I nie tylko to… - zawiesił na chwilę głos. - Panowie. – Zwrócił się tym razem do rosłych ogrów i odwracając się ruszył do wyjścia w przeciwległym krańcu wagonu. Poczułeś mocne uderzenie w głowę, osuwając się na deski podłogi, gasnącym wzrokiem widziałeś plecy oddalającego się Schultza. Zapadła ciemność. *** Pierwszym, co poza potwornym bólem głowy powitało Cię po odzyskaniu przytomności było ostre światło słońca wdzierające się do wagonu bagażowego, w którym leżałeś przez odsunięte na oścież drzwi i rażące Twoje oczy. Drugim był szorstki głos, który przedarł się przez uderzające pod czaszką młoty kowalskie bólu i brzmiał: - Hej kolego, koniec podróży! Jak nie chcesz, żeby zgarnęła Cię żandarmeria, zabieraj się stąd! – Głos należał do barczystego orka, pewnie jakiegoś pracownika kolei, który wszedł do wagonu by wyładować z niego zgromadzone towary. Wolno zebrałeś się z podłogi wagonu, odruchowo zabierając swoją torbę podróżną i chwiejnym krokiem ruszyłeś po trapie w kierunku peronu. Od przybycia na stację musiało już minąć trochę czasu, pasażerowie już dawno wysiedli, a pociąg stał już na bocznicy kolejowej i czekał na wyładunek zawartości wagonów towarowych. Powłócząc nogami dotarłeś na peron. Na ścianie budynku widniała tabliczka „gare du Avignon” – dworzec Avignon. *** - Pst, przyjacielu, tutaj. – słyszysz gdzieś z boku spomiędzy poustawianych na peronie skrzyń – młody gnom wychyla się zza jednej z nich i macha zapraszająco ręką. Podchodzisz do młodzieńca, a ten wychodzi Ci spomiędzy skrzyń na powitanie. - Pan nie jest stąd, prawda? Wygląda Pan na trochę zagubionego. Mogę pomóc jeśli Pan pozwoli. – młody gnom wydaje się być przyjazny i serdeczny.
  3. Przed Wami trzecia sesja-prolog dla kolejnej z postaci w mojej wolsungowej drużynie. Tym razem bohaterem odcinka jest, grany przez mojego kolegę Mirka, James Black - arystokrata z Alfheimu w dyplomatycznej służbie Jej Królewskiej Mości królowej Tytanii. Archhetyp postaci, to salonowiec. Rola: arystokrata/dyplomata. Rasa: człowiek. Zapraszam do słuchania i życzę miłej zabawy :).
  4. Ponieważ od swoich graczy otrzymałem feedback, że moje powiedzmy literackie wstępy do sesji-prologów dla ich wolsungowych postaci bardzo się podobały. Postanowiłem podzielić się tymi tworami ze światem. Dzisiaj literackie fragmenty z sesji orczycy Ha Noi - agentki specjalnej Państwa Pontyfikalnego. *** Stojąc w oknie luksusowego apartamentu hotelu La Villette, znajdującego się w dzielnicy Palais-Bourbon – dyplomatycznej części Orseaux – stolicy Akwitanii, pełnej ambasad wszystkich największych krajów Wanadii i innych rejonów świata oraz gmachów administracji rządowej republiki, spoglądasz z rozmarzeniem na rozciągającą się przed tobą panoramę metropolii, delektując się smakiem wyśmienitego, czerwonego Pinot Noir. Praca w służbach specjalnych Państwa Pontyfikalnego miewa swoje uroki. Wróciłaś wspomnieniami do tego pamiętnego spotkania w Res – stolicy Pontyfikału, te kilka tygodni temu, w którego wyniku znalazłaś się w pięknej stolicy Akwitanii z nową misją. *** Kardynał Viktor Serrano, to szczupły, acz postawny mężczyzna w sile wieku o włosach przyprószonych siwizną i surowych rysach twarzy. W przeciwieństwie do znacznej części kardynałów, lubujących się w luksusie i nadużywających swych przywilejów w każdy możliwy sposób, Serrano zachowywał wyśmienitą kondycję zarówno fizyczną, jak i intelektualną. Jego bystry, analityczny umysł, niejednokrotnie przyczynił się do znaczących sukcesów służb specjalnych Pontyfikału, aby w końcu zaprowadzić go na ich szczyt jako głównodowodzącego. To właśnie wezwanie na audiencję u dowódcy, po zakończonej spektakularnym sukcesem misji w Czarnoborzu, przerwało twój zasłużony wypoczynek. - Czy słyszała Pani kiedykolwiek o organizacji zwanej „Towarzystwem Thule”, panno Ha Noi? – Serrano zadając to pytanie, rozparł się wygodnie w fotelu z rzeźbionego drewna i splótł palce dłoni przed sobą. Jego przenikliwe spojrzenie spoczęło na Tobie. Nie było w nim cienia uśmiechu. *** - Towarzystwo Thule (Thule-Gesellschaft), to odłam wotańskiej Loży Oświeconych Misteriów, powstały u progu Wielkiej Wojny w Heimburgu. Założona przez gnomiego maga Rudolfa von Rottendorfa organizacja całkowicie skupiła się na szukaniu potęgi poprzez zgłębianie okultyzmu, jego najmroczniejszych rytuałów i szukaniu najpotężniejszych magicznych artefaktów. Mało kto to wie, ale to dzięki członkom Thule Ven Rier poznał zakazane tajemnice nekromancji i sekrety przemiany liczowskiej, której dokonał na polach Nordalii. Za czasów Nieumarłej Rzeszy Towarzystwo działało prężnie na całym świecie, szukając zakazanej wiedzy i zbierając artefakty z najdalszych zakątków świata, ale nigdy nie wyszło z ukrycia. Zawsze działając zza kulis poprzez spiski i machinacje. Myśleliśmy, że koniec Wielkiej Wojny i przegrana Ven Riera sprawiły, że i Thule poszło w rozsypkę, ale byliśmy w błędzie. Na długie lata słuch o organizacji zaginął, ale od jakichś dwóch lat nasz wywiad donosi o wzmożonej aktywności jej członków. To mówiąc kardynał Serrano pochylił się do przodu i lewa ręką sięgnął do szuflady wyciągając z niej teczkę po czym położył ją przed Tobą. - Otwórz proszę. – wskazał na zamkniętą aktówkę. Sięgnęłaś po leżącą na stole teczkę i otworzyłaś ją, a Twoim oczom ukazała się przyczepiona stara fotografia i wpisane w rubryce na pierwszej stronie imię i nazwisko – Juda Schultz. - Podejrzewamy, że ten gnom ma coś wspólnego ze wzmożoną aktywnością agentów Towarzystwa – powiedział kardynał, podczas gdy Ty studiowałaś zawartość aktówki. - Przed kilkoma godzinami dostałem depeszę, w której poinformowano mnie, iż widziano tego jegomościa w Orseaux, stolicy republiki Akwitanii. – tu Serrano przerwał na chwilę spoglądając na Ciebie badawczo. – Tam też się udasz by zbadać całą sprawę. Pamiętaj, to delikatna misja, musisz działać subtelnie. Nie możemy dopuścić do skandalu dyplomatycznego, a jednocześnie nie możemy pozwolić agentom Thule realizować ich niecnych planów, bo te mogą zagrażać nie tylko Pontyfikałowi, ale całej Wanadii. – to mówiąc Wiktor Serrano wstał z rzeźbionego fotela i podszedł do okna, z którego rozciągał się widok na panoramę Res skąpanego w promieniach południowego słońca. Stał tak w milczeniu przez dłuższą chwilę, splótłszy dłonie za plecami, po czym westchnął głęboko i spojrzał w Twoją stronę. - Alfheimskie służby specjalne również zainteresowały się sprawą Towarzystwa, co zresztą nie dziwi, bo imperium słono przypłaciło zwycięstwo nad Ven Rierem i podobnie jak większość mocarstw Wanadii nie chciałoby powtórki z rozrywki. – rzucił Serrano znów spoglądając w okno, bardziej jakby do własnych myśli niż do Ciebie. – Na miejscu spotkasz się z wysłannikiem tamtejszego attaché, to niejaki James Black. Nawiążesz z nim współpracę, ale miej na niego oko – Alfheimczykom nigdy do końca nie można ufać. Za dwie godziny masz sterowiec do Orseaux. Masz dowiedzieć się kim dokładnie jest Juda Schultz, jakie są jego związki z Towarzystwem Thule, co robi w Orseux i jeżeli trzeba masz pokrzyżować im plany. Wszystko to oczywiście w białych rękawiczkach i z wrodzonym Ci wdziękiem. Powodzenia Panno Ha Noi. Idź już, nie trać czasu – to mówiąc podał Ci dłoń na pożegnanie i uśmiechnął się nieznacznie. - Oczekuję regularnych raportów – usłyszałaś za plecami, wychodząc z gabinetu. *** Z zamyślenia nad trzymanym w ręku kieliszku wina wyrywa Cię pukanie do drzwi pokoju hotelowego, w którym przebywasz. Co robisz? (poczekać na reakcję gracza) Otwierasz drzwi i widzisz, że przed nimi stoi młody boy hotelowy – elf, który na Twój widok peszy się okrutnie i wysuwa przed siebie srebrną tacę, na której leży biała koperta z pięknie wykaligrafowanym opisem: „Sz. P. Ha Noi, p. 308”. Chłopak duka: - Wiadomość dla Pani. (poczekać na reakcję) Kiedy zabierasz kopertę chłopak skłania się nisko i pospiesznie odchodzi, ewidentnie nie czuł się dobrze pod uważnym spojrzeniem pięknej orczycy. Koperta, którą trzymasz w dłoni, to zwykła biała koperta na listy, nie posiada żadnych oznaczeń, pieczęci czy logo. W środku znajduje się złożona kartka, która zawiera krótką, napisaną odręcznie, starannym pismem notkę: „Mam nadzieje, ze tutejsze Pinot Noir zachwyciło swym smakiem i bukietem. To tak, na początek naszej dobrej współpracy. Dzisiaj o 18:00 w restauracji La Grange podają wyśmienita kaczkę z jabłkami. Mamy wiele do omówienia, będzie wiec ku temu świetna okazja. Do zobaczenia na miejscu. Z wyrazami szacunku. James”
  5. Przed Wami zapis drugiej z sesji-prologów dla postaci z mojej wolsungowej drużyny. Bohaterem tego odcinka jest Matus i prowadzona przez niego postać gnomiego technomaga z Purgatorii - Stefena von Erwinga.
  6. Nie było mnie na tym blogu całe lata, aż dziw, że istnieje :). Dzisiaj chciałem się z Wami podzielić pierwszą z sesji RPG, jakie po latach przerwy zacząłem znów prowadzić. Tym razem gram online w czym pomaga mi posiadanie swojego serwera Discord. Bohaterką pierwszej sesji jest agentka specjalna Państwa Pontyfikalnego, orczyca Ha Noi. Wszystkie sesje publikowane będą później na moim kanale YT.
  7. Jak wstawiłeś do posta filmik z YT, że można go obejrzeć z poziomu wpisu? U mnie we wszystkich filmikach wstawionych jeszcze na starej wersji blogów są same białe ekrany.
  8. Dziś kolejny fragment z moich tzw. okruchów prozy: W moich myślach mówisz mi, że tęsknisz. Ale przecież ja jestem. Jestem wciąż blisko Ciebie, gdzieś na granicy dotyku, na wyciągnięcie ręki, na oka mrugnięcie. Nieprzerwanie trwam przy Twoim boku, jak opoka, jak skała, ogorzała od palącego słońca i porywistych wiatrów. Zawsze mam dla Ciebie uśmiech, gdy tylko zwrócisz w moją stronę swoją twarz. Jestem tuż obok, dla Ciebie, pomiędzy światłem i cieniem, ciemnością i świecą. Wytrwale czekam aż kolejny raz wpadniesz w moje ramiona bez słów, jak kiedyś. Moje myśli krążą wokół Ciebie za często i za gęsto. Pewnie częściej niż byś chciała, częściej niż bym sam chciał. Strzępki myśli, obrazów, wspomnień, emocji – kompozycja rzeczy, które przeżyliśmy razem i te, które przeżyliśmy razem tylko w mojej głowie, w niedoścignionych marzeniach, gdzieś w jednym z tych alternatywnych wszechświatów, które ponoć powstają zrodzone przez myśl i umierają wraz z nią. Tak, w rzeczy samej, tęsknię za tym by usłyszeć, że tęsknisz. *** Niewysłane listy z dna szuflady
  9. "Dziwne są ścieżki wilczych serc" Kiedyś przyjdziesz, samotny wilku Po raz ostatni w Twoją sierść księżyca zew wplącze wzorzec nocy Dziwne są ścieżki wilczych serc Jeszcze dziwniejsze echa Tych serc samotnych... Jak Ty i ja Samotny wilku, śnij wilczy sen O ostatniej swej pogoni Dziwne są ścieżki wilczych serc Jeszcze dziwniejsze drogi Naszych serc samotnych... Jak Ty i ja
  10. Poniżej zamieszczam kolejny fragment z cyklu "okruchy prozy". Mężczyzna stał oparty o balustradę małego tarasu przylegającego do południowej ściany domu, w którym odbywało się spotkanie towarzyskie grupki przyjaciół. Stał tak delektując się chłodnym, wieczornym powietrzem, wpatrzony w mrugające światła odległych domostw. Rozmyślał. Początkowo nie zwrócił uwagi na fakt, że od dłuższej chwili nie jest już sam. Młody, na oko kilkunastoletni chłopak, bezszelestnie stanął obok mężczyzny. Przez kilka chwil tkwili tak obaj, w milczeniu. W końcu ciszę przerwało nieśmiałe pytanie: - Kochasz mamę, prawda? ? pytanie zawisło w powietrzu niemalże materialne i nawet cykady koncertujące zajadle gdzieś w trawie jakby ucichły na chwilę. Mężczyzna wyrwany nagle ze swoich rozmyślań spojrzał na chłopaka, przez usta przebiegł mu cień uśmiechu. Onieśmielony tak własnym pytaniem, jak i uważnym spojrzeniem przenikliwych oczu pytanego, chłopiec zarumienił się i odwrócił wzrok. - Nigdy nie przestałem jej kochać ? odparł mężczyzna. Zza uchylonych drzwi słychać było śmiechy i gwar rozmów. - To dlaczego nie jesteście razem? ? spytał młodzieniec ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dali, nie mając zapewne odwagi by spojrzeć w oczy swojemu rozmówcy. - Próbowaliśmy, przecież wiesz ? odparł tamten. ? Ale nie wyszło. Taka kolej rzeczy. W życiu dorosłych ludzi tak bywa. Teraz Twoja mama jest szczęśliwa z kimś innym. Ty chyba też ? dokończył, uśmiechając się do ciekawskiego młodzieńca. - A Ty? Czy Ty jesteś szczęśliwy? ? chłopak nie ustępował w swojej dociekliwości. Na chwilę twarz mężczyzny przybrała melancholijny wyraz, rzucił przez ramię spojrzenie w kierunki drzwi wiodących do mieszkania. Po czym odpowiedział: - Jestem trochę szczęśliwy, a czasem trochę smutny. Kiedy wiem, że Twojej mamie dobrze się wiedzie i kiedy wiem, że jest szczęśliwa, wtedy i ja jestem trochę szczęśliwy. Czasem bywam smutny, bo tęsknię za czymś zupełnie już dla mnie nieosiągalnym. - Za mamą? - Tak, za nią też. Za jej uśmiechem, który mógłby być dla mnie, za wspólną poranną kawą, za spacerem po parku, za wspólnym robieniem zakupów, za zapaloną świecą w oknie. Dorośli tęsknią za różnymi rzeczami. Sam się kiedyś przekonasz. Nawet za odrabianiem lekcji można tęsknić. ? mężczyzna uśmiechnął się szeroko, choć był to uśmiech podszyty tęsknotą, która na krótki moment zeszkliła oczy mówiącego. - Odrabianiem lekcji? Nieeee. Poważnie? ? nie dowierzał Młody. - Tak, za tym również ? odpowiedział mężczyzna. ? Kiedyś to zrozumiesz. Jestem tego pewien. Chodź, wracamy do środka, bo zaraz zaczną nas szukać. ? to mówiąc, poklepał Młodego po ramieniu i ruszył ku drzwiom. Po chwili ociągania młodzieniec ruszył za nim. Koncert cykad na chwilę zagłuszyła salwa śmiechu rozbawionego towarzystwa. *** Niewysłane listy z dna szuflady.
  11. "Na dachu snów zatrzymam się" Jestem ofiarą wynikowej własnych decyzji ostrzy niespełnionych pragnień pułapek głupiego serca gubionego co krok Cięgle potykam się o kamienie codziennych dni walcząc z wiatrakami złudzeń że kiedyś spotkam Cię na jednej z dróg tak samotnych Któregoś dnia rozpłynę się Jak łzy w strugach deszczu Na dachu snów zatrzymam się jak Roy Batty
  12. eliandir

    Okruchy prozy

    Dorzucam do swojego małego i rzadko aktualizowanego bloga nowy dział/kategorię - okruchy prozy. Będę tu umieszczał fragmenty napisanych przez siebie tekstów i tekścików - nic konkretnego, żadne tam opowiadania, eseje, felietony etc. Po prostu różne moje zapiski, nie będące wierszami, a może posiadające czasami jakąś nutę poetyki. Czasem to tylko fragmenty moich przemyśleń, pod wpływem impulsu przelanych w słowa. Teksty w większości o charakterze dość osobistym i niosące (przynajmniej dla mnie) znaczenie głębsze od samej treści. Kiedyś może zlepię w jakąś sensowną, większą całość. Roboczo nazwałem ten "projekt": "Niewysłane listy z dna szuflady", chciałem "Z niewysłanych listów", ale taki tytuł był już zajęty przez pewną lubianą przeze mnie poetkę. Dlaczego tu? Bo to mój blog, mój kącik, a że z grami niespecjalnie związany... A musi być? Ale do rzeczy. Okruch 1 (choć tak naprawdę kolejność jest zupełnie przypadkowa): Dobrze jest mieć do czego wracać. Choćby to była tylko garść wspomnień ciepłych jak kubek herbaty... i koc. *** W samotne i długie wieczory, gdy jedynym towarzyszem muzyka sącząca się z głośników, a przyjacielem kolejny kieliszek wina, znowu wracam myślami do naszych letnich dni. Uświadamiam sobie wtedy, że choć mijają miesiące i lata, ja wciąż za Tobą cholernie tęsknię. Bezgłośna spowiedź do ściany, która wszystko przyjmie, jak papier. Dopijam ostatni kieliszek w beznadziejnym geście autodestrukcji mijającego dnia. Jutro przyjdzie kolejny, tak samo pusty, bezbarwny i bezcelowy jak poprzedni. A może to tylko pryzmat nocy... *** Nasze własne szczęście budujemy zawsze na gruzach marzeń i płonnych nadziei innych ludzi. *** "Niewysłane listy z dnia szuflady"
  13. eliandir

    Jak zawsze

    "Jak zawsze" Do szafy grającej wszystkich smutków i żalu wrzucam dziś żetony wspomnień Załkała cisza martwej struny dźwiękiem Kroków oddalających się naprędce Miłość odwróciła się na pięcie i wyszła trzaskając drzwiami, bez pożegnania Daleko za nimi Twoje szczęście Dla mnie tylko zimne dni Jak zawsze
  14. eliandir

    Ostatni raz

    "Ostatni raz" Ostatni raz spoglądam w głębiny Twoich oczu Szukając czegoś nieuchwytnego Ale to tyko cień minionych chwil To nie nasze dzisiaj plącze się u stóp Jakieś wczoraj było milion lat temu A jutro tak nie moje na bezdrożach snów... Na jedną chwilę moje serce w Twoich dłoniach zawołało - Bądź! Mimo wszystko Pośród głuchej ciszy niemych grobów zdeptanych marzeń Pokryta kurzem bezmyślnego gniewu bezbrzeżnego żalu utraconych złudzeń nadzieja legła stracona Po raz ostatni.
  15. "Refleksja bezśnieżnej zimy II" Jak wąż Uroboros gryzę własny ogon Schwytany w pętli historii, która kocha się powtarzać. Wczorajsze jutro Z poplątanych marzeń Gdzie proste ścieżki wiodą donikąd Początek i koniec gryzieniem ogona A skutek od zawsze ten sam...
×
×
  • Create New...