Jump to content
Sign in to follow this  
  • entries
    11
  • comments
    37
  • views
    6,597

Rozdział pierwszy.

Strusiek

482 views

Słowo wstępu - proszę brać pod uwagę to, że jest to tylko skrypt. Piszę kiedy mam chwilę np na nocce w pracy, dlatego na poprawki przyjdzie pora kiedy całość będzie ukończona, więc proszę mnie nie ganić za literówki, bo to wszystko pójdzie pod korektę - jeśli wgl przypadnie komuś do gustu:)

Jeżeli forumowiczom się spodoba, mogę założyć osobny blog dla tej hmmm "powieści" - póki co, rozdział pierwszy:)

- No, na reszcie jesteś! ? Jen powitała go promiennym uśmiechem. Spojrzała przez ramię na zegar wiszący na ścianie.

- Szybko się uwinąłeś!

- To dla ciebie, słońce ? rzucił jej słaby uśmiech i szybko poszedł na zaplecze.

Pracowali razem z Jen w sieci popularnych restauracji. Może nie była to praca marzenie, ale chcieli się gdzieś zahaczyć ?na chwilę?, zanim znajdą jakąś poważną pracę. To ?na chwilę? trwało już prawie 3 lata. Jednak nie narzekali, praca nie była aż tak ciężka, można było się najeść za darmo, a do tego nieźle płatna. Czego chcieć więcej?

Podwinął rękawy koszuli, zawiązał zapaskę i przyjrzał się sobie w lustrze. W ogóle nie wyglądał jakby dopiero przed kwadransem przejechał po nim walec drogowy. Ale tak się czuł.

Podrapał się po podbródku, na którym widać już było ciemny meszek 2-dniowego zarostu.

Spróbował ręką przygładzić swoje niesforne popielate włosy, ale te jak zwykle odmawiały współpracy. Właściwie to nie wiedział komu zawdzięcza taki nietypowy kolor włosów. Nie znał swoich rodziców. W ogóle mało pamiętał wydarzeń sprzed swoich 18-tych urodzin. Pamięta, że obudził się w czyimś samochodzie. Mężczyzna, który nim kierował mówił, że znalazł go przy drodze całkiem nagiego, bez żadnych dokumentów.

Zawiózł go do szpitala. Tam zajęli się nim lekarze. Wypytywali o wszystko. Nie potrafił udzielić odpowiedzi na żadne z ich pytań. Tak samo mężczyzna, który przejął się jego losem tak bardzo, że podał się za jego opiekuna.

Mężczyzna był wdowcem. Jego żona zmarła wiele lat wcześniej, przy porodzie. Na imię mu było Semir. Czuwał przy młodym, dopóki nie poczuł się lepiej. A gdy to nastąpiło, zaproponował mu mieszkanie. Chłopak zgodził się bez wahania. Bo co mu pozostało?

Cieszył się, że ma nowy dom, nowe życie i nowe imię.

Sawyer.

Westchnął ciężko. Jego odbicie uczyniło to samo.

- Co ci tak ciężko, przystojniaku? ? zapytał sam siebie. ? Zycie jest piękne! Taa? Jeśli odpowiednio dobierzesz środki psychotropowe.

- Ciężka noc? ? Jennifer szturchnęła go w ramię.

- Nieee, a czemu pytasz? ? rzucił jej niewinne spojrzenie.

- Jak nie, to znaczy, że zmieniłeś orientację i w końcu mogę się przestać bać o twoje podchody ? no tak. Choć nigdy nie byli razem, chłopak czasami próbował namówić ją na jakąś niewinną randkę czy wypad do parku rozrywki.

Nie rozumiał jednak, o co jej chodziło z tą zmianą orientacji, wobec czego rzucił jej pytające spojrzenie.

Dziewczyna zamiast odpowiedzieć wskazała głową na jego bojówki.

Chłopak uderzył się otwartą dłonią w czoło. Z jednej kieszeni zwisało ramiączko stanika. Szybko wepchnął je do kieszeni.

- Jaki rozmiar? ? nie dawała mu spokoju.

Sawyer warknął cicho, żeby zagłuszyć jej chichot. Na dalsze rozmowy nie było jednak czasu, bo do restauracji weszła grupka młodzieży. Ale ciąg dalszy na pewno nastąpi!

- Czym mogę służyć? ? przybrał wyuczony wyraz twarzy. Gdy klienci złożyli zamówienie, rzucił standardowym tekstem:

- I frytki do tego?

- Niee, ale daj 5 puszek Sin.

Chłopak wzruszył ramionami i przekazał zamówienie do kuchni, a sam poszedł do suchego magazynu, gdzie mieli zapas Sinister. Wziął jedną puszkę do ręki.

Nagle świat znów zawirował mu w głowie. Oparł się o ścianę, żeby nie upaść.

- Szlag by to.. Muszę ograniczyć picie.

Przyjrzał się napisom na puszce. Wydawało się, że widzi je jak za mgłą. Przetarł dłonią oczy, ale bez większego efektu.

- A nie wierzyłem, jak mówili, że od wódki można oślepnąć!

Wrzucił puszkę do skrzynki i wyniósł ją całą za ladę.

Jen właśnie zanosiła do stolika zamówione jedzenie, kilka browarów. Sawyer odebrał kolejną tacę z kuchni, dołożył dwie puszki napoju i podszedł do kolejnego stolika.

- Smacznego życzę ? ukłonił się lekko.

- Dzięki ziomek. Masz tu na żyletkę. Ogol się ? najstarszy rzucił mu monetę. Chłopak nie zareagował, tylko odszedł za ladę.

- O co chodziło? ? zapytała Jen, otwierając z głośnym sykiem puszkę.

- O nic. Czemu pijesz to [beeep]?

- Jakie [beeep]? Dobre ? posłała mu jeden z tych swoich rozbrajających uśmiechów i wypiła kolejny łyk.

Saw tylko westchnął ze zrezygnowaniem. Ten nowy napój ? Sinister ? pojawił się niespodziewanie jakiś czas temu i z miejsca stał się towarem nr 1 wśród klientów wszelkich barów, kawiarni czy restauracji. Zdetronizował takie marki jak cola czy sprite nim ktokolwiek się zorientował.

Co było o tyle dziwne, że wg Sawyera, napój smakował jak uryna. Stąd jego zdziwienie za każdym razem, gdy ktoś pił Sin. Czy ci ludzie nie mieli nosa?! A może to on był po prostu uprzedzony do tego smaku i zapachu.

- To powiesz mi, co to za stanik? ? Jen klepnęła go w kieszeń.

- Nie..

- No nie bądź taki!

- W tym sęk, że sam nie wiem ? westchnął. Posłał jej jedno ze swoich łobuzerskich spojrzeń. ? Ale mam zamiar się dziś tego dowiedzieć!

- Powodzenia, Armando!

Chłopak tylko machnął ręką i poszedł do kolejnego stolika przyjąć zamówienie.

Oby ten dzień szybko się skończył!

- Nooo, myślałem, że już nigdy się nie skończy! -sapnął, zakładając ostatnie krzesło na stolik.

Dochodziła północ, ostatni klienci już dawno opuścili lokal, a im pozostało sprzątnięcie syfu, który po sobie zostawili. Po podłodze walało się pełno puszek po Sin. Podczas, gdy Sawyer ogarniał sale, Jennifer szalała na zmywaku. Też padała ze zmęczenia po całym dniu, dlatego chciała się uwinąć jak najszybciej. Kucharze też już posprzątali swoje królestwo i poszli spać, dlatego Jen i Sawyer zostali sami w restauracji.

Usiadł na ladzie, podczas gdy dziewczyna poszła się przebrać. Wyjął z kieszeni stanik i przyjrzał. Może znajdzie jakąś wskazówkę, gdzie zacząć poszukiwania, bo, szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętał, co i gdzie robił poprzedniej nocy.

- Ładny. Musi być bardzo odważna ? Jen usiadła obok niego.

- Taaa? Ciekawe kim jest?

- Nie wiem. Ale chyba nawet mój rozmiar.

- Chcesz przymierzyć? Mogę ci pomóc ? mrugnął okiem. Trzepnęła go w odpowiedzi w ramię.

- Chodź już, trzeba zamknąć ten burdel i iść spać.

Wyszli przed restaurację, Jen zamknęła drzwi, uścisnęli się na pożegnanie i odeszli w swoją stronę.

- Ejjj, Saw!

Spojrzał na nią przez ramię.

- Jak chcesz sobie przypomnieć, gdzie byłeś wczoraj, to zapytaj Chase?a! mieliście się spotkać, więc pewnie z nim balowałeś!

- Dzięki, skarbie! Odwdzięczę ci się ? posłał jej buziaka.

Jen udała, że go obija dłonią.

- Wystarczy, że się jutro nie spóźnisz do pracy!

Pomachała mu na pożegnanie i zniknęła w mroku nocy.

Chłopak zarzucił ?katanę? na ramię i ruszył na przełaj przez park.

Była ciepła letnia noc. Jeśli wczoraj bawił się z Chesterem, to wiedział dokąd powinien się udać. Chłopak jest maniakiem gier komputerowych. Każdą wolną chwilę spędza w salonie gier.

Szybko ruszył przez park.

Nagle wydało mu się, że ktoś za nim idzie. Obejrzał się przez ramię, ale w słabym świetle latarni nikogo nie dostrzegł. Przyspieszył kroku. Wokół niego rozległy się niepokojące szepty.

Wydawało mu się, że rozpoznaje pojedyncze słowa, jednak było to bez sensu, ponieważ w okolicy nie było nikogo. Nawet delikatny wiatr nie poruszał liśćmi.

Wydawało mu się, że ciemności wysuwają się macki próbujące go schwytać. Potknął się, ale szybko złapał równowagę. Teraz szepty nasiliły się. Wyraźnie słyszał ?złapać go?, ?nie pozwolić się wymknąć?.

Sawyer głośno przełknął ślinę i zaczął biec. Wyjście z parku było już tuż-tuż, ale ? co wydawało się niemożliwe ? gdy się do niego zbliżał, wyjście się do niego oddalało. Zupełnie jakby park się wydłużał.

Tymczasem macki były coraz bliżej.

Drzewa przybrały upiornych kształtów, a niebo z ciemnogranatowego stało się purpurowe.

- [beeep], co się dzieje?! ? wysapał.

Nie przestawał biec przed siebie. Czuł, że gdy się zatrzyma ? zginie.

Zaczął biec sprintem, jednak wyjście wciąż się oddalało.

Nagle do głowy przyszła mu dziwna myśl. Była tak szalona, że w pierwszej chwili chciał ją zignorować, ale w sumie co miał do stracenia? Zamknął oczy i biegł dalej. Szło mu teraz ciężej, bo co chwilę się potykał, ale parł przed siebie.

Po kolejnym potknięciu wylądował na kolanach. Omal nie otworzył oczu ze strachu, gdy poczuł coś na swoim ramieniu. Z obrzydzeniem odtrącił oślizłą mackę i poderwał się z kolan.

Jeszcze tylko kilka metrów.

Pod stopami poczuł twarde płyty chodnikowe, potknął się o krawężnik i poleciał do przodu. Wykonał przewrót przez ramię i usiadł na asfalcie. W końcu mógł otworzyć oczy..

W sam raz, żeby spojrzeć w żółte reflektory pędzącego wprost na niego samochodu. Pojazd znajdował się kilkanaście metrów przed nim. To koniec. Nie ma czasu na żadną reakcję?

Kątem oka dostrzegł wypadającą z przecznicy z piskiem opon furgonetkę policyjną.

Czas zwolnił. Sawyer przesłonił ręką twarz ? jakby cokolwiek mogło to pomóc ? i szeroko otwartymi oczami oglądał to, co działo się kilka metrów od niego.

Rozpędzona furgonetka z pełnym impetem uderzyła w osobówkę, taranując ją i dosłownie wbijając w mur oddzielający park od ulicy. Wydawało się, że kierowca samochodu dosłownie ?eksplodował? ? wszędzie było pełno krwi, metr od Sawyera wylądowała urwana dłoń.

Z oddali słychać było już syreny wozów strażackich i policji.

Chłopak poderwał się szybko i pobiegł w stronę najbliższej przecznicy.

Nie mógł uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. Był dziwnie spokojny. Zupełnie jakby ludzka śmierć była dla niego czymś normalnym, spotykanym na co dzień.

?Nie, to się nie dzieje naprawdę!?. Przyspieszył kroku, nie oglądając się za siebie.

Nie zauważył, jak z nad ciała kierowcy furgonetki unosi się ledwo dostrzegalny cień i ulatuje w kierunku jedynego z budynków.



4 Comments


Recommended Comments

Wiesz co, sugeruję jednak najpierw choć raz rzucić okiem i popoprawiać błędy, a potem wrzucać na blog. Zdecydowanie sprawi to lepsze wrażenie.

Liczebniki w prozie - z nielicznymi wyjątkami - zapisuje się tylko słownie.

Share this comment


Link to comment

Wiesz co, sugeruję jednak najpierw choć raz rzucić okiem i popoprawiać błędy, a potem wrzucać na blog. Zdecydowanie sprawi to lepsze wrażenie.

Liczebniki w prozie - z nielicznymi wyjątkami - zapisuje się tylko słownie.

Na razie skupiam się na treści, potem na formie, ale faktycznie zgadzam się z Tobą. Co do liczebników, to w kilku książkach spotkałem się z pisanymi liczbami również, więc nie jest regułą to, co mówisz;)

Share this comment


Link to comment

Zależy, o jakich sytuacjach mowa i o jakich książkach. Od tej reguły są wyjątki (np. daty i nazwy własne, o ile te drugie zawierają liczby), do tego sam w jednej pozycji widziałem liczebniki zapisane cyframi, a było to "Piekło pocztowe" Terry'ego Pratchetta. Tyle że był to utwór tłumaczony z angielskiego. Nie jestem pewien, jak to wygląda tam, ale w polskim stylu literackim zapisywanie liczebników słownie jest jak najbardziej regułą i odstępstwa od niej po prostu uznaje się za błąd.

Share this comment


Link to comment
Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...