Jump to content

ArryBlog

  • entries
    41
  • comments
    320
  • views
    38,409

Zakończenie Space Opery czy...


Arry

741 views

 Share

Mass_Effect_3_Game_Cover.jpg

Mass Effect 3

Zakończenie serii z komandorem Sheppardem w roli głównej wzbudzało i nadal wzbudza wiele emocji. Trzecia część Mass Effect miała mocne podwaliny w postaci poprzednich gier. Dość ciekawy świat przedstawiony, dobrze napisanych towarzyszy oraz intergalaktyczny konflikt, mający się najprawdopodobniej zakończyć w tejże produkcji. Jednakże poprzeczka oczekiwań jaką twórcy sami sobie narzucili poprzez swoje wcześniejsze dwie produkcje była naprawdę wysoka.

Zatem komandor Sheppard wrócił z samobójczej misji w dójce. Wszyscy są happy i się cieszą a Ziemię atakują żniwiarze... Ale co? Jak? Kiedy? Dlaczego? Na te pytania nie otrzymujemy odpowiedzi. No chyba, że ktoś wybuli dodatkową kasę i zakupi jakiś DLC do dwójki wyjaśniający te newralgiczne dla fabuły pytania. Ja tego nie zrobiłem, więc nie wiem.

Od samego początku przebijamy się z kapitanem Andersonem przez atakowaną przez siły Żniwiarzy Ziemię, aby wyrwać się z oblężenia i zebrać siły obcych, które rozwalą wielkie maszyny i wyzwolą naszą planetę.

I tu pojawia się jeden z największych zgrzytów fabularnych gry. Jest powiedziane, że siły, które zaatakowały Palaven, planetę Turian (według samych scenarzystów największej siły militarnej w całym uniwersum ? poza Żniwiarzami oczywiście) zniszczyły w ciągu doby dużo ponad połowę planety, a Ziemia, którą zaatakowało najwięcej przeciwników trzyma się dzielnie dopóki nie uda się zebrać wystarczających sił. Czyli klasyczne ? zagłada świata poczeka, ty rób co chcesz.

Pod względem fabuły kuleje też drugi ?główny zły?, czyli Cerberus. Albowiem patrząc się na siły i środki, którymi oni dysponują człowiek zastanawia się po pierwsze jakim cudem może być to wyjęta spod prawa organizacja rządowa, która nie dostaje już dotacji, po drugie, dlaczego ożywienie Shepparda w dwórce było dla niej takim obciążeniem finansowym, a po trzecie, dlaczego oni sami nie wezmą na klatę Żniwiarzy i później nie opanują galaktyki?

Ogólnie, storyline kuleje. Składa się z dużej ilości rzeczy wciśniętych na siłę ? np. japoński ninja walczący ichniejszą kataną-czy-co-to-jest w świecie rodem science fiction, gdzie każdy ma nowoczesną spluwę. I jeszcze żeby to były miecze świetlne ze Star Warsów, to bym zrozumiał, ale to zwykły kawałek metalu. No bez przesady...

gość powoduje tym swoim mieczem uszkodzenie i wybuch promu służącego do lotów przekraczających atmosferę, po czym kilka misji dalej Sheppard bierze ten miecz na przedramię i go łamie...

Drugim składnikiem głównego wątku fabularnego są sceny epickie. Jednak te nie ratują ogólnego wydźwięku fabularnego. Owszem, fanie się ogląda te wszystkie walki, i przemowy, jednakże nawet one mogą znużyć.

Osobną kwestią są zadania poboczne. Dość zróżnicowane. Od zwykłego przynieś-zanieś, do bardziej złożonych. Oczywiście główny duch Mass Effect jest oddany i w większości przypadków trzeba kogoś zabić, coś zniszczyć/znaleźć/ocalić, czy komuś przegadać.

maxresdefault.jpg

Pod względem technicznym nie mam się do czego przyczepić. Graficznie gra trzyma poziom i prezentuje się lepiej niż poprzedniczka, a tak soundtrack, jak i udźwiękowienie jakie takie są dobre (po tym co zaserwowano mi w dwójce, postanowiłem grać w całości po angielsku).

Rozgrywka w swym założeniu niewiele się zmieniła od dwójki. Nadal jest koło dialogowe z opcjami paragon/renegade. Nadal walka polega na trzecioosobowej strzelaninie zza osłon. Nadal jest system do bólu przypominający magazynki we wszystkich współczesnych shooterach.

Mimo wszystko uświadczymy kilka zmian. Przede wszystkim powrócono do opcji modyfikacji broni. Nie tak rozbudowanej jak w jedynce, ale jest kilkanaście broni, które można ulepszyć do wyższych poziomów (zwiększających skuteczność) oraz zainstalować kilka przydatnych dodatków. Nowością jest udźwig postaci. Nasz Sheppard ma taką statystykę, po której przekroczeniu zwiększa się czas ładowania umiejętności, ale jeżeli będziemy mieć sprzęt ważący mniej niż bohater może dźwigać, to skille będą się ładować szybciej.

2140334-masseffect3demo_2012_02_29_01_02_43_86.jpg

Zmniejszeniu uległa jednak pula towarzyszy. Znów, tak jak w jedynce, mamy szóstkę, a dość mocno nakreślone w dwójce relacje pomiędzy komandorem a załogą zeszły jakby na dalszy plan i uległy spłyceniu. Niestety, ale wydaje mi się, że pośród politycznej poprawności serii, zabrakło miejsca na rozwinięcie świata i przedstawionych w nim ras ? turianka ponoć pojawia się w jakimś DLC (a nigdzie nie jest powiedziane, że nigdy nie wychodzą na świat i są kurami domowymi), a całkowite zakrycie kroganki czymś w rodzaju burki jest wręcz śmieszne. Może zamiast wprowadzania kolejnych czarnoskóro-azjatyckich homoseksualnych postaci, twórcy w przypadku Andromedy nakreślili by wyraźniej inne rasy, i wprowadziliby jakąś różnorodność na tym polu? Bo jak do tej pory to kolejne rasy obcy nie są niczym więcej niż projekcją pewnych poszczególnych cech ludzkości.

Inną zmianą, która wywołała u mnie konfuzję była zmiana systemu niektórych przerwań na system QTE. Ogólnie w trzeciej części nie wiedziałem czy wciśnięcie odpowiedniego przycisku w dialogu będzie wpływać na moją reputację, czy może spowoduje jakiś inny efekt.

Reputacja też swoją drogą uległa zmianie. Teraz mamy maksymalny poziom reputacji, w której jest stosunek punktów renegade do paragona. Spowodowało to, że mój sposób grania umiarkowanym renegade, czyli racjonalnym badassem, zaowocował tym, że nie mogłem w pewnym momencie używać żadnych opcji dialogowych związanych z moralnością. Bo mówiąc szczerze niektóre wybory moralne z rodzaju renegade nie miały żadnego sensu z punktu widzenia postaci i świata przedstawionego.

sheplooblog-1024x556.png

Swoją drogą, wybory moralne z poprzednich części, dla mnie okazały się rzeczą bardzo kosmetyczną. Np. uratowanie rady z jedynce zmieniło... kolor stroju poszczególnych jej członków. Ale do wyborów jeszcze wrócę.

Inną rzeczą jest uproszczenie skanowania planet. Tym razem szuka się już jedynie anomalii, które mogą zwierać zasoby, dodatkowych sojuszników i zadania poboczne.

Nie wiem jednak dlaczego, gdy wleci się do układu i puści się impuls, który ma odkryć planety i miejsca, w których znajduje się coś wartego uwagi, powoduje zwiększenie zainteresowania Żniwiarzy tymże kawałkiem kosmosu. Po kilku takich ?pingach? do układu pakuje się kilka statków wroga, które gonią Normanię, a gdy ją dorwą, to... wraca się do ostatniego checkpointa, czyli momentu przybycia do układu. Całkowicie to zabija jakiekolwiek emocje związane z eksploracją, bo wystarczy puścić kilka-kilkanaście pingów, dać się złapać wrogowi, a następnie już, wiedząc gdzie puszczać pingi, eksplorować miejsca warte uwagi, bez zwracania nadmiernej uwagi przeciwnika na nas.

Jeszcze jedną wartą ?uwagi? rzeczą są sekwencje snu Shepparda. Całkowicie pozbawione sensu i jakiegokolwiek wyjaśnienia ślamazarne etapy, które sprawiały, że miałem ochotę wyłączyć grę i nie wracać do tytułu.

Ostatnią rzeczą, o której należy wspomnieć, to zakończenie. W momencie premiery dostaliśmy singla, który, aby móc mieć do wyboru wszystkie zakończenia potrzebował zebrać ileśtam punktów gotowości galaktycznej. Problem w tym, że grając normalnie nie dało się tyle zebrać. Trzeba było wykupić specjalny program na iOSa albo grać w multi i zwiększać gotowość poszczególnych części galaktyki wygranymi meczami. Nie lubisz multi, nie chcesz płacić? Nie dostaniesz pełnej gry.

Okazało się jednak, że gracze są nie w ciemię bici i zrobili rwetes. Więc wypuszczono darmowe DLC, które obniżało wymagany poziom gotowości galaktycznej do takiego, który dało się osiągnąć grając jedynie w singla oraz uzupełniało zakończenia. Ja grałem już z tym DLC i mówiąc szczerze jestem mocno rozczarowany.

Dostajemy kilka wręcz niewiele różniących się od siebie wyborów, które w dodatku nijak nie wynikają z naszych poprzednich poczynań oraz pseudo-filozoficzne rozważania na temat wojny. Zasadniczo, według mnie, bida z nędzą i brak jakiegokolwiek pomysłu.

Podsumowując Mass Effect 3 miał wysoko postawioną poprzeczkę, do której jednak nie doskoczył. Bo o ile sama rozgrywka trzyma jeszcze poziom poprzedniczki, i technicznie też jest dobrze, to fabularnie tytuł woła o pomstę do nieba, traktowanie prze EA graczy zakrawa o komedię, a samo zakończenie to jakieś kuriozum. Cytując moją rozmowę z koleżanką:

? - Jak się nazywa taka sytuacja, że daje się komuś poczucie wyboru?

- Mass Effect 3??

Być może lepiej jednak jest udawać, że ta gra nigdy nie wyszła, i tylko od czasu do czasu wzdychać do Bio Ware, że szkoda, iż nie dokończyli trylogii o komandorze Sheppardzie...

 Share

4 Comments


Recommended Comments

mass effect rozpoczęło jako obiecująca space opera z lekkimi elementami cprg ze średniej-wyższej półki, a zakończyło się jako gigantyczny fan service cierpiących na urojenia smutasów chcących space waifu

  • Upvote 1
Link to comment

Mass Effect 3 cierpi na zbytnią amerykańskość. Często wygląda jak jakiś "Armaggedon" albo inny tego typu film. Mnie takie emocje nie biorą za bardzo, bo to trochę kiczowate jest.

Link to comment
I jeszcze żeby to były miecze świetlne ze Star Warsów, to bym zrozumiał, ale to zwykły kawałek metalu.

Ale wiesz, że w uniwersum SW istnieje coś takiego jak wibroostrze, nie?

Link to comment

Mass Effect 3 według mnie wspomnianą poprzeczkę przeskoczył z dużą rezerwą. Jedyne zastrzeżenia można mieć do nałożonej na koniec narracji, która nakłada na serię perspektywę czasu, historii odległej i niemal mitycznej. Poza tym ME3 to epicka przygoda, której nigdy nie zapomnę.

Link to comment
Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...