Jump to content

TheBiggie85

Forumowicze
  • Content Count

    265
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

23 Neutralna

About TheBiggie85

  • Rank
    Człowiek
  • Birthday 04/24/1997

Sposób kontaktu

  • Discord
    Array
  • Facebook
    Array
  • Strona WWW
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array
  • Zainteresowania
    Array

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  • Konfiguracja komputera
    Array
  1. Coop jak najbardziej, na multi by mi się nie chciało. Fajnie, gdyby można było po prostu w jednej firmie cisnąć i zatrudnieni pracownicy to mogliby być twoi znajomi. Modderzy?
  2. Na The Walking Dead czekałem, byłem ciekaw jak potoczą się losy ocalałych, którzy znaleźli swoje schronienie w opuszczonym więzieniu. Nie wiem, czy dałbym radę wytrzymać tyle czas, umarłbym z niecierpliwości. Na moje szczęście uwagę mą przykuł kolejny sezon Sons of Anarchy, czyli kolejnego serialu, który śledzę. Bez tego chyba mój wrzesień byłby naprawdę smutnym miesiącem, pomijając fakt, że wróciły wszystkie obowiązki razem z końcem wakacji. Na koniec wstępu dodam, że w tekście znajdują się spoilery. Sądziłem, że pierwszy odcinek będzie dłuższy, niż standardowe czterdzieści pięć minut, jednak się myliłem. Początek był spokojny, wprowadził on nas łagodnie w życie społeczności, która zdążyła się wybudować przez miesiąc od wydarzeń fabularnych z sezonu trzeciego (bo tyle prawdopodobnie trwała ta przerwa), następnie zaś ekipa wybrała się na zwiad, a Rick jako dobry gospodarz poszedł po mięso do lasu. Nie będę tutaj streszczał wszystkiego, co się wydarzyło, bo nie ma to najmniejszego sensu, ale opowiem wam za to co mnie najbardziej wryło w ziemię. Zacznijmy od mniejszego kalibru, czyli metamorfozy jaką przeszedł Rick i Carl. Zdaje mi się, że twórcy posłuchali narzekań fanów i z Carla zrobili typowego nastolatka, a Rick znowu jest myślami tam, gdzie powinien być, a nie zachowuje się jak wariat. Ciężko to opisać, ale jak obejrzycie, zrozumiecie o co mi chodzi. Jeśli miałbym wybierać najlepszą scenę w odcinku, to szczerze powiem, że nie mogę tego zrobić. Wskażę za to dwa momenty. Pierwszy, to gry Rick przychodzi z napotkaną kobietą do jej obozu i okazuje się, że jej mąż zamienił się w Szwędacza, a ona popełnia samobójstwo, żeby być z nim. Z tego całego zamieszania najbardziej spodobały mi się pytania szeryfa, a szczególnie te ostatnie. Dlaczego? Druga scena, która zapadła mi w pamięć, to reakcja blondynki na wieść o śmierci jej chłopaka. Jeszcze w poprzednim sezonie była płaczliwą małolatą, a teraz widać, jak ten świat odbił piętno na jej charakterze. Niewzruszona informacją powiedziała Darylowi, że ona już nie płacze i jedyne co zrobiła, to zmieniła liczbę na tablicy "liczba dni od ostatniego incydentu" z 30 na 0. Gdy usłyszałem, że w tym sezonie pojawi się postać, która będzie twierdziła, że wie, skąd się wzięła zaraza ucieszyłem się niezmiernie. To jest dokładnie to, czego mi brakowało w trzecim sezonie! Wreszcie wróci mój ukochany wątek w The Walking Dead, czyli poszukiwanie prawdy. Mam nadzieję również, że będzie mało wątków z Gubernatorem, którym się już znudziłem. No i dla ludzi, którym nie podoba się to, że ekipa jest w więzieniu tak liczną grupą (a jest to dość spore grono fanów serialu) na pocieszenie powiem, że pod koniec odcinka problem ten zostaje rozwiązany. Nie pozostaje nic, tylko czekać i oglądać.
  3. Ah, kolejny raz łapię się na tym, że za mało opisuję na czym gra polega. Mam nadzieję, że wybaczysz venomizzy Jest to trzecioosobowa sieczka, która polega na wyeliminowaniu drużyny przeciwnika. Póki co tyle mi wiadomo, bo jest to alpha, ale obstawiam, że będą też tryby ze zdobywaniem punktów kontrolnych, albo inne wymyślne zabawy.
  4. Swoją przygodę z alphą War of the Vikings zacząłem od kupna Humble Weekly Sale, w którym to Paradox wystawił swoje produkty. Szczerze, to nie wiedziałem nawet o tym, że dostanę tę grę w zestawie, bo kupiłem go dla zupełnie innej produkcji, ale gdy tylko odpaliłem kontynuację War of the Roses zakochałem się w niej. Na samym wstępie dodam, że nie jestem fanem pierwszej części, przestałem w nią grać równie szybko jak zacząłem. Ucieszyłem się, gdy po pierwszych dwudziestu minutach spędzonych w War of the Vikings zobaczyłem, że większość z rzeczy, które nie przypadły mi do gustu, zostały w tej produkcji zmienione na lepsze. Cała rozgrywka polega na walce pomiędzy Wikingami, a Saksonami i toczy się tylko przez multiplayer. Każda ze stron ma do wyboru te same klasy postaci, czyli tarczownik, topornik i łucznik. Jest to moje własne tłumaczenie z angielskiego i mam nadzieję, że nie brzmi głupio, a obrazuje wygląd tych trzech specjalizacji. Mi osobiście najprzyjemniej grało się tym pierwszym, ale na nie zdarzyło mi się, żeby na serwerze nie było przynajmniej paru reprezentantów danej profesji. Tarczownicy mają do dyspozycji miecz jednoręczny i drewnianą tarczę, a za pasem trzymają dwa toporki do rzucania. Ich atutem jest to, że często mogą używać specjalnego ciosu, czyli długiego pchnięcia i są szybsi, jeśli kogoś gonią, a potem przy użyciu tarczy mogą ich przewrócić i dobić. Topornicy używają wiadomo jakiej broni, a na podorędziu mają aż sześć noży. Dobrze sprawują się w walce z tarczownikami, których mogą unieszkodliwić uderzeniem z wyskoku. Łucznicy zwalczają przeciwników ze sporych odległości, ale są również bardzo zabójczy w walce w zwarciu. Do obrony na krótki dystans mają mały toporek, który nie zadaje dużych obrażeń, ale można uderzyć z obrotu i jeśli ktoś nie sparuje tego ciosu, to czeka go szybka śmierć, a często też dekapitacja. Z rzeczy zmienionych względem War of the Roses chyba najbardziej mnie ucieszył zmieniony system dobijania. Jak w pierwszej odsłonie trzeba było robić jakieś tajemnicze wygibasy nad powalonym przeciwnikiem przez pięć sekund, tak w War of the Vikings wystarczy chwila na zatopienie ostrza w ciele leżącego wojownika. Wyrzucono też poddawanie się, teraz gdy zdecydujemy się na natychmiastowy respawn zamiast czekać na pomoc zwyczajnie umrzemy. Dzięki temu na polu walki nie ma takiego chaosu, bo nie widać za każdym rogiem klęczącego rycerza. Dodany został też system grup, ale póki co ogranicza się on tylko do podświetlania na zielono ludzi, którzy są z tobą w jednej ekipie, ale ma to zostać bardziej rozbudowane. Na uwagę zasługują również animacje i wygląd wojowników. Chociaż jest to dopiero alpha, to modele postaci są dopracowane i nie zauważyłem jakiegoś znaczącego błędu. Czasem tylko szwankowały hitboxy i spotkałem paru brodaczy z toporkami wbitymi w czerep, ale nie wątpię, że zostanie to niedługo poprawione. Żeby nie było tak dobrze, muszę też ponarzekać na parę błędów i niedogodności, których nie udało się uniknąć. Przede wszystkim po zakończeniu rundy nie da się jej opuścić, tylko trzeba czekać, aż kolejna bitwa się zacznie. To jest kompletny nonsens i nie wiem czemu nie zostało to poprawione jeszcze przed early access. Chciałbym też mieć możliwość zobaczenia na tabeli wyników, kto ma jaką klasę, żebym mógł łatwiej dostosować swój wybór do całej drużyny, co jest aktualnie nie możliwe. Jeśli chodzi o sam wybór postaci, to niestety nie da się przeczytać umiejętności danych klas, ponieważ gdy się zjedzie myszką z nazwy profesji, to automatycznie wyrzuca nas do tarczownika. Jeśli teraz miałbym oceniać War of the Vikings, to gra dostałaby ode mnie dobrą ocenę. Chociaż jest to jeszcze alpha to już jest diabelnie grywalna, chociaż powtarzalność map i klas po jakimś czasie sprawia, że nie ma się ochoty do tego wracać. Póki co jednak produkcja zapowiada się dobrze, więc będę czekał z niecierpliwością do premiery i mam nadzieję, że uda mi się dostać ją do recenzji! Oryginał
  5. TheBiggie85

    Recenzja Shelter

    Nie raz w grach przychodziło mi ocalić świat przed kosmitami, uratować Europę przed nazistami, czy chociażby zniszczyć tron wrogiej drużyny w DOTE 2, ale nigdy nie musiałem opiekować się pięcioma małymi borsukami. Powiem Wam, że to było o wiele trudniejsze, niż cokolwiek innego. Bycie matką to duża odpowiedzialność i przekonałem się o tym na własnej skórze w Shelterze. Grę zaczynamy w norze z piątką potomków, jednak jeden z nich jest głodny i trzeba go nakarmić, ponieważ nie wygląda na takiego, co byłby w stanie przejść chociażby paru kroków. Po nakarmieniu go wyruszamy całą gromadą na zewnątrz w poszukiwaniu nowego, bezpieczniejszego domu. Po drodze przez cały czas musimy dbać o pożywienie, ponieważ sytuacja z początku gry może powtórzyć się w trakcie podróży, a wtedy nie będzie za dobrze. Na szczęście jesteśmy w lesie, a w nim jest pełno jabłek, marchewek, czy żab. Czasem też przydarzy się okazja na upolowanie lisa, którym uda się nakarmić wszystkich. Musimy też rozdzielać jedzenie racjonalnie, bo jak nie, to największy z potomstwa będzie zabierał rodzeństwu ich porcje. Oprócz problemu z głodem napotkamy też masę innych zagrożeń, jak pożar, powódź, czy jastrząb polujący na nas z góry. Jedynym sposobem obrony jest chowanie się, bo chociaż borsuki to silne stworzenia, to nie na tyle, aby stoczyć walkę z większymi drapieżnikami. Najgorszą karą jaka może być, jeśli popełnimy błąd, to widok oddalającego się borsuczka w szponach wielkiego ptaszyska i ten przerażający pisk w tle. Czytając opis gry spodziewałem się, że otrzymam otwarty świat, w którym będę mógł robić co mi się żywnie podoba, aby osiągnąć dany cel. Myślałem, że będę musiał przejść Sheltera parę razy, żeby w końcu udało mi się go ukończyć. Jednak się pomyliłem, choć na początku mi się to nie podobało, to na samym końcu wiedziałem, że to było potrzebne. Twórcy potrzebowali tej liniowości, aby wprowadzać kolejne zmiany w rozgrywce i utrzymać klimat oraz co najważniejsze ? zrobić takie zakończenie, jakie zrobili, ale o nim nie chcę pisać, żeby nie psuć wam zabawy. Zmiany pór roku w grze odzwierciedlają nasz postęp. Każdy etap to inny czas, nowe zagrożenia i przeszkody do pokonania. W trakcie roztopów nasze młode może porwać woda, a gdy zapadnie noc to trzeba trzymać się razem, bo jak spuścimy z oczu przestraszonego bądź jedzącego borsuczka, to możemy go już nigdy więcej nie zobaczyć. Oczywiście twórcy zadbali o to, by wszystko wyglądało atrakcyjnie wizualnie. Paleta barw jest bardzo dobrze dopasowana do momentu i pomaga w odbiorze produkcji. Wszystko jest to bardzo proste, ale nie przeszkadzało mi to, bo w końcu nie można wymagać od indyka wodotrysków graficznych. Twórcy w bardzo prosty sposób osiągnęli taki efekt, jakiego potrzebowali, trzymając się przy tym ograniczeń Unity. Ciężar straty jednego z naszych podopiecznych jest ogromny. Z jednej strony tracimy nasze potomstwo, wystarczy chwila nieuwagi i zamiast pięciu małych, naśladujących nas łasicopodobnych stworów mamy ich już tylko cztery. Z drugiej strony szybciej rosną i trzeba zdobywać mniej pożywienia, niż wcześniej. Czy warte jest takie poświęcenie na rzecz drobnych ułatwień? Wystarczy spojrzeć na te małe, kartonowe, smutne ryjki i już jest człowiekowi ich żal. Matko naturo, czemu jesteś taka okrutna?! Niestety, gra nie nadaje się do ponownego przejścia, bo nie odkryjemy nic nowego. Za każdym razem wszystko potoczy się tak samo (oczywiście może przetrwać więcej borsuczków, bo to od nas zależy), zakończenie będzie te samo i tutorial również będzie się wyświetlał. Jest to duży minus tego, że twórcy zdecydowali się na zrobienie z tego gry liniowej. Biorąc też pod uwagę długość tej produkcji, muszę ze smutkiem stwierdzić, że Shelter jest bardzo, bardzo krótką produkcją. Niektórzy mogą być trochę zawiedzeni, że gra jest liniowa i nie oferuje nam otwartego świata, ale jest naprawdę intensywną, chociaż nie za długą podróżą, w trakcie której przeżyjemy parę skrajnych emocji, od euforii po udanej ucieczce, do załamania przy stracie wszystkich młodych. Nie jestem jednak pewien, czy taka podróż jest warta 36zł, ale to już wam pozostawiam w ocenie po przeczytaniu recenzji. Pełna recenzja z oceną na GameFaction.pl
  6. Również miałem nadzieję, że tym razem się uda ;/ Jakbym mógł was prosić (a w tym wypadku to Ciebie) to śmiało komentujcie też na GameFaction, "żeby było miło".
  7. TheBiggie85

    Recenzja Space Hulk

    Sięgając po Space Hulk nie do końca wiedziałem, za co się biorę. Z paru screenów i jednego streama dowiedziałem się tyle, że to turowa strategia w świecie Warhammera 40,000, a to wystarczyło, żebym chciał sam w to pograć. Gdy tylko nadarzyła się okazja zainstalowałem tę grę na Steam i odpaliłem ją. Niestety, ale na streamach ta produkcja bardziej mi się podobała, niż kiedy sam w nią grałem. Klimat jest tym, czym ta produkcja mnie zachęciła. Dostałem to, czego oczekiwałem, poczucie osaczenia z każdej strony przez Genokrady (z angielskiego Genestealers) i śmierć czekającą za każdym zakrętem. Na screenach, które możecie oglądać w tej recenzji, starałem się uchwycić najbardziej dramatyczne chwile, których w grze jest pełno. Często spotykaną sytuacją było obstawianie każdego zaułka przez moich Space Marine, aż po paru turach, któryś z nich umierał i trzeba było kombinować jak załatać ?braki w personelu?. Dodajmy do tego fakt ograniczonej amunicji u niektórych postaci, psujące się blastery i mamy to, co w tej grze przypadło mi do gustu. Niestety, ale sam klimat nie nadrobi całej reszty... Dodam też parę słów o fabule, choć naprawdę nie ma, o czym pisać. Teoretycznie przed każdą misją mamy odprawę i opis aktualnej sytuacji i nawet jest to spójne, ale nie jest to motyw, jakiego oczekiwałem. Po tych wszystkich walkach w trakcie tej siedmiogodzinnej katorgi oczekiwałem lepszego finału, a pod koniec gry tempo akcji dramatycznie spada. Wcale nie pomagają takie głupotki, jak konieczność ucieczki z obiektem X do punktu Y, żeby misję później dowiedzieć się, że każdy Terminator ma osobisty teleport. Opisując gameplay można by po prostu napisać, że jest to przeniesienie planszówki na ekrany naszych komputerów z paroma wyjątkami. Niestety, nie jest to takie proste, bo gra planszowa zebrała fanów, a wersja na PC ich odrzuciła. Co poszło nie tak? Po kolei. Animacje postaci, rozumiem, ciężko by było bez nich, ale brak możliwości ich pomijania to jakaś pomyłka. Przez to sporą część mojej gry spędziłem na słuchaniu stukotu buciorów Space Marines po metalowej podłodze statku, a trwało to dosyć długo, bo przemieszczają się oni mozolnie. Przyspieszyć nie można, ale cofnąć czas się da, przez co łatwo oszukiwać. Spudłowaliście? Nic nie szkodzi, jeden przycisk i możecie próbować jeszcze raz! I tak do skutku. Na samym początku poziom trudności był dosyć wygórowany i czułem satysfakcję z pokonywanych poziomów, ale gdy tylko odkryłem wspomnianą wyżej sztuczkę, to automatycznie zacząłem częściej wygrywać i przez to nie raz zdarzało się, że dominowałem mapę, czyli Genokrady nie mogły się przebić przez moją linię obrony, a ja spokojnie realizowałem postawione przede mną zadania. Zadziwiająca jest też mała różnorodność misji, na początku tego nie czuć, ale mniej więcej w połowie wszystko opiera się na tych samych zasadach, zmienia się tylko tło fabularne. Żeby było zabawniej, na końcu dowiadujemy się, że to nie kwestia tego, że twórcy nie mieli już pomysłów, ponieważ w przedostatnim zadaniu pojawia się nowy typ Genokradów, a w ostatnim mamy okazję pograć na lokacji z dwoma piętrami. Jak tak można, gdyby Full Control, czyli deweloperzy, wrzucili to do gry wcześniej, to nic by nie stracili, a tylko zyskali, bo była by większa różnorodność. Domyślam się, czemu taka sytuacja miała miejsce. Niedługo ma pojawić się edytor map, a że twórcy, gdy to wymyślili mieli już gotowe misje, postanowili wepchnąć nowe elementy byle jak do kampanii, żeby tylko było do dyspozycji we wspomnianym edytorze. Dodam też parę słów o sztandarze, chociaż jest on kompletnie bez znaczenia, ponieważ jest widoczny tylko w menu głównym. Możemy go edytować i dodawać do niego nowe rzeczy, które odblokujemy po przejściu kampanii, ale niestety trzeba ją przejść kilka razy, bo za pierwszym podejściem nie dostaniemy wszystkich opcji zmiany jego wyglądu. Na szczęście ja nie przykładam do tego żadnej uwagi, ponieważ, jak już wspomniałem, nikt tego sztandaru oprócz nas nie zobaczy. Skoro jesteśmy już przy takich wizualnych sprawach jak sztandar, to nie zaszkodzi wspomnieć trochę o grafice w Space Hulk. Terminatorzy wyglądają przyzwoicie, masywnie i mają sporo szczegółów, Genokrady również są na poziomie. Niestety tekstury nie są ostre, przez co wygląda to, po prostu średnio. Uroku odbierają nietrafiające pociski, które zabijają przez zamknięte drzwi, słabe efekty krwi i odlatujące sześciany, które udają odpadające części ciała. Znacie zapewne przysłowie o łyżce dziegciu w beczce miodu. Tutaj jest na odwrót, czyli w beczce dziegciu łyżka miodu, a mianowicie oprawa audio. Soundtrack przypadł mi do gustu i pasuje do Space Hulk, oddaje klimat uniwersum Warhammera 40,000. Również dźwięki wystrzałów, zgniatanych czaszek Genokradów, czy uderzenia młotem są fantastycznie dobrane. Chociaż odgłosy przemieszczających się Space Marines po paru godzinach zaczęły mnie irytować, to oddawały masywność Terminatorów, przez co czułem tę potęge, jaką miały moje oddziały, a gdy dopadali mnie obcy, to słychać było jak ich pazury przedzierają się przez pancerze i rozdzierają ciało na kawałki. To by było na tyle z dobrych rzeczy, bo również multiplayer nie uratował tej produkcji. Jest on zrobiony fatalnie. Gdy chcemy zagrać, to zapraszamy do gry kogoś, kto najpierw musi to zaproszenie zaakceptować, a potem gra toczy się nie w czasie rzeczywistym, bo tury są rozgrywane, gdy ktoś wejdzie i zrobi jakiś ruch, czyli w praktyce może to się ciągnąć w nieskończoność. Dodatkowo można bezkarnie opuścić rozgrywkę, co wcale nie pomaga w rozegraniu partii. Mi niestety nie udało się wypróbować tego trybu, bo nie da się tego zrobić bez znajomego, z którym naprawdę się nad tym usiądzie i poświęci te trzydzieści minut. Warto również wspomnieć, że mapy są dokładnie te same, co w kampanii i mamy na nich te same zadania... Jeśli miałbym tę grę komuś polecić, to tylko fanom planszówki, którzy chcą sobie przypomnieć jak w to się kiedyś grało, jeśli jednak lubicie uniwersum Warhammera 40,000 i liczycie na dobry gameplay lub, po prostu szukacie fajnej turówki, to niestety trafiliście pod zły adres. Z taką ceną i poziomem grywalności nie warto sięgać po Space Hulk. Oryginalnie zamieszczone na GameFaction.pl, tam też znajdziecie ocenę!
  8. Ostatni tydzień wakacji, więc należy go jakoś dobrze zacząć, dlatego po przerwie wracam do tworzenia dla Was cyklu Darmowe Indyki, w którym przedstawię wam ciekawe, moim zdaniem, produkcje tworzone przez mniej znanych developerów. W tym odcinku skupię się na produkcja, które powstały w trakcie akcji 7DFPS, czyli dość specyficznego wyzwania dla twórców gier, w którym w ciągu siedmiu dni trzeba stworzyć jak najlepszą grę. Hunted Ostatnio moją uwagę przyciągnęła produkcja Sir, You Are Being Hunted, a Hunted oddaje klimat tej gry, dlatego właśnie ten indyk najbardziej przypadł mi do gustu. Całość sprowadza się do uniknięcia śmierci, ponieważ wpadliśmy w sidła jakiegoś człowieka chorego psychicznie, który zamknął nas na terenie ogrodzonym siatką i strzela do nas jak do kaczki. Biegamy od ściany do ściany, aż dobiegniemy do jego wieży i go dopadniemy... Albo umrzemy, co jest bardziej prawdopodobne. Tutaj mamy tylko jedne życie, postrzał oznacza restart. SUPERHOT SUPERHOT urzekł mnie sympatyczną oprawą graficzną, którą możecie zobaczyć na obrazku powyżej oraz gameplayem, który jak na FPSa jest naprawdę zacny. Możemy powalić przeciwnika w walce wręcz albo zabijając go z pistoletu, brzmi znajomo? Owszem, ale najważniejszym elementem gry jest to, że gdy przestaniemy się ruszać, to czas zwolni, co sprowadza się do tego, że możemy niczym Neo z Matrixa unikać kul. Liczę na to, że rodacy, bo to Polski wyrób jest, wykorzystają motyw w kolejnej swojej grze, bo czuję niedosyt po czterech misjach, jakie są aktualnie dostępne. Probably Archery Szczerze to nie wiem, czemu umieszczam tę grę w tym spisie, ale bardzo miło wspominam moją przygodę ze strzelaniem z łuku i może dlatego Probably Archery się tutaj znalazło. Jest to produkcja inspirowana Surgeon Simulatorem i QWOP. Za pomocą kombinacju paru klawiszy ustawiamy w odpowiedniej pozycji ręce naszego "prawdopodobnie łucznika" i oddajemy strzały do tarcz. To wszystko, geniusz w swojej prostocie. Warto spróbować, lecz prawdopodobnie przypadnie to tylko do nielicznego grona. First Person Seppuku Można powiedzieć, że jest to FPS pełną gębą, ponieważ gra nazywa się First Person Seppuku. Sam opis sprawił, że siedząc przed komputerem uśmiechnąłem się mimowolnie. Wedle tego, co napisał twórca, należy jak najszybciej popełnić Seppuku, żeby nie stracić swojego honoru. Jak powiedział, tak zrobiłem, wybrałem katanę, ale dla osób mniej staroświeckich polecam pistolet, którym też można popełnić wspomniane już Seppuku. Do przetestowania wystarczy nam myszka i przeglądarka, jeśli nie macie aktualnie nic do zrobienia, to katany w dłoń i do roboty! Oryginalnie opublikowano na serwisie GameFaction.
  9. A, już widzę, poprawiłem. Dzięki!
  10. Mocno się zastanawiałem, czy nie dać 8,5/10, ale jednak stanęło na 8, ale to jest bardzo mocna ocena według mnie i tak, Indie GOTY 2013
  11. Humble Bundle początkowo dawało możliwość kupna wybranych gier od niezależnych twórców za dowolną kwotę, przez co tak naprawdę nazywało się Humble Indie Bundle. Wszystkie te produkcje nie miały DRMów i były przeznaczone na Windowsy, Linuxy i Mac OS Xy. Potem zaczęto wprowadzać również możliwość kupna soundtracków, e-booków, gier na Androida i produkcji AAA, przez co spod nazwy Humble Bundle wychodzą teraz takie hybrydy jak Humble Android Bundle, Humble Music Bundly, czy nawet Humble THQ Bundle! Po przelaniu pieniędzy można wybrać do kogo one trafią, do wyboru mamy następujące opcje: deweloperzy odpowiedzialni za zakupione produkty, administracja całego Humble Bundle i organizacje charytatywne, czyli Child's Play, Electronic Frontier Foundation, charity: water i Amerykański Czerwony Krzyż. Pierwsze wydanie tej akcji zostało przeprowadzone przez niezależne studio Wolfire Games, które możecie znać na przykład z Overgrowth, po sukcesie tej akcji założono specjalną firmę odpowiedzialną za organizację tych wyprzedaży, czyli Humble Bundle Inc. Humble THQ Bundle Wspomniane wyżej Humble THQ Bundle można zaliczyć do jednego z najbardziej udanych zestawów, ponieważ zarobił on aż 5,098,641.23$ (słownie - pięć milionów dolarów), był też on wyjątkowy z innego powodu, jako pierwszy złożony był z samych gier AAA: Darksiders, Metro 2033, Red Faction: Armageddon, Company of Heroes, Company of Heroes: Opposing Fronts i Company of Heroes: Tales of Valor, a dla tych co zapłacili powyżej średniej dodatkowo: Saints Row: The Third, Titan Quest i Warhammer 40,000: Dawn of War. Imponująca lista, jak za 5,76$, bo tyle właśnie wynosiła średnia wpłata. Jeśli ktoś śledził na bieżąco sprawę z bankructwem THQ, to właśnie ta akcja była ostatnią próbą odbicia się od dna, jak teraz wiemy, niestety nieudaną. Rekordy w Humble Bundle Przeglądając statystyki sprzedaży różnych wydań Humble Bundle zdziwiłem się, gdy na pierwszym miejscu największej ilości zebranej gotówki nie stanęło Humble THQ Bundle, chociaż te zestawienie zostało najwięcej razy kupione. Okazało się, że najbardziej dochodową edycją było Humble Indie Bundle V, które zawierało takie perełki jak Amnesia, Limbo, Psychonauts, czy Bastion. Było tego jeszcze trochę, ale to te produkcje zdecydowały o tym, że akurat ten zestaw był najlepiej sprzedającym się w historii Humble Bundle. Sprawdziłem też z ciekawości ludzi, którzy wpłacili największą jednorazową kwotę i okazało się, że byli to Bronies, czyli fani My Little Pony. Zbierają się oni i za każdym razem wrzucają duże kwoty na cele charytatywne w różnych bundlach, nie tylko tym omawianym dzisiaj. Pomyślałem jednak, że to nie fair, ponieważ ich jest więcej i poszukałem pojedynczej osoby o największej jednorazowej wpłacie. Znalazłem dwie, które wpłaciły tę samą kwotę, czyli 10 000$, był to Notch dla Humble Indie Bundle 6 i Jason Rubin, czyli były prezes THQ dla Humble THQ Bundle. Charytatywna strona Humble Bundle Na samym początku wypisałem, na jaki cel możemy przeznaczyć swoje pieniądze. Administratorzy akcji nie ukrywają i nawet pozwalają wybrać do kogo pójdzie zapłata/darowizna co do centa. Za każdym razem mamy do wyboru deweloperów (z czego możemy ustalić, do którego pójdzie jaka kwota), Humble Bundle Inc. i moim zdaniem najważniejsze, czyli organizacje charytatywne. Do każdego bundla wybierane są dwie organizacje, na które pójdą pieniądze, a są to: Child's Play, Electronic Frontier Foundation, charity: water i Amerykański Czerwony Krzyż. Z moim obserwacji wynika, że najczęściej wybierane są te dwie pozycje, ale to żadna reguła. Child's Play funduje wszelkiego rodzaju zabawki, gry oraz książki do szpitali dla dzieci, a zostało założone przez autora popularnego komiksu Penny Arcade. EFF to amerykańska fundacja, która walczy o wolność słowa i prawa człowieka w internecie. Ogółem zajmują się ona łapaniem hakerów, ale również wspiera wszelkie oprogramowanie, które gwarantuje anonimowość w sieci. Charity: water natomiast zajmuje się, jak sama nazwa wskazuje, zabezpieczaniem i dostarczaniem pitnej wody do krajów trzeciego świata. Amerykański Czerwony Krzyż nie różni się zbytnio od polskiego, zajmują się oni szkoleniami z Pierwszej Pomocy, czasem też wspieraniem ludzi potrzebujących, czyli na przykład domów dziecka lub jadłodajni dla ubogich. Oryginał na GameFaction *klik*
  12. Jest końcówka roku 1982, jesteś mieszkańcem biednej wioski w sowieckim państwie Arstotzka, zostałeś wybrany na celnika w nowo otwartym punkcie kontrolnym na zachodniej granicy, razem ze swoją rodziną zostałeś przeniesiony do apartamentu ósmej klasy niedaleko swojego miejsca pracy. Jest to szansa na poprawienie waszego stanu materialnego, ale równie dobrze twoja przygoda może zakończyć się w więzieniu, jeśli okażesz się niekompetentnym pracownikiem. Tak prezentuje się wstęp fabularny do Papers, Please, czyli logicznej gry mieszającej elementy puzzle i roguelike. Cała produkcja opiera się na biurokracji, czyli tak zwanej papierkowej robocie. Codziennie rano przychodząc do pracy zaczynamy od otworzenia posterunku i wpuszczenia do środka kolejnego już delikwenta, który chce przekroczyć granicę Arstotzki. Z dnia na dzień wychodzą nowe dekrety, dodając na naszą głowę więcej papierów do sprawdzania. Za każdą obsłużoną osobę dostajemy pięć kredytów, a to oznacza sprawdzenie: poprawności zdjęcia z twarzą osoby, numeru paszportu z tym podanym na przepustce, wagi, wzrostu, cech szczególnych, wszystkich dat ważności, czy miasto znajduje się rzeczywiście w tym kraju, czy dany dystrykt jest w Arstotzke, czy dana persona nie przenosi kontrabandy, czy nie jest poszukiwana przez władze, no i oczywiście, czy ta osoba ma te wszystkie dokumenty ze sobą. I tak za każdym razem, nie jest łatwo. Może brzmieć to monotonnie, ale za pierwszym podejściem zatopiłem się w tej grze na ponad dwie godziny i udało mi się odblokować jedno z dwudziestu zakończeń, niestety nie było ono satysfakcjonujące, więc następnego dnia spróbowałem raz jeszcze. Sekret tego, że Papers, Please przyciąga, tkwi w tym, że rozgrywka jest przepełniona rożną ilością intryg, ludzie próbują cię przekupić albo oszukać, współpracownicy namawiają do dorabiania sobie na boku, przełożeni pozwalają wpuszczać swoich znajomych, a tajemnicza organizacja chce obalić teraźniejszy rząd i potrzebuje w tym twojej pomocy. Niemalże każdego dnia jesteś zmuszony do dokonania jakiegoś wyboru, czy wpuścić handlarza narkotyków, który nas przekupuje, żeby móc tej nocy włączyć ogrzewanie i nakarmić rodzinę? Może pozostać posłusznym Arstotzke i odmówić, przez co nasz syn zachoruje i trzeba będzie wydać ostatnie oszczędności na pierworodnego? Dostępny jest też tryb endless w trzech wariantach, czyli odprawienie, jak największej ilości interesantów w dziesięć minut, jak najdłuższa gra do pierwszego błędu albo granie, dopóki nie uzyskamy negatywnego balansu wpuszczonych nie do końca legalnych imigrantów. Ten tryb dostępny jest dopiero po ukończeniu gry po stronie Arstotzki. Gameplay jednak nie ustrzegł się błędów, gdy podchodzimy do produkcji drugi raz, to widzimy, że wszystko jest oskryptowane i zawsze tego samego dnia o tej samej godzinie przychodzi ten sam facet i oferuje nam praktycznie to samo co poprzednim razem, chociaż w niektórych wypadkach zależy to od naszych poprzednich wyborów. Mimo to Papers, Please i tak prezentuje się świetnie od strony gameplayu i gwarantuje dużo zabawy. Może słowo zabawa jest nie do końca poprawne, jeśli mówimy o produkcji przedstawiającej niebezpieczny świat po sześcioletniej wojnie pomiędzy Arstotzką, a Kolechią. Oprawa audiowizualna doskonale oddała klimat świata, jaki chcieli wykreować twórcy. Do dźwięków nie mogę się przyczepić, gdyż są idealnie dopasowane, ale grafika nie jest najlepsza. Spełniła swoje zadanie, bo kolorystyka była dobrze dobrana, ale czasem nie sposób było rozpoznać, czy odciski palców są takie same, albo czy osoba na zdjęciu, to ta, co stoi przed nami. Jest to dosyć istotny element Papers, Please, więc twórcy powinni się bardziej postarać pod tym względem. Generalnie polecam wydać 9? na tę produkcję, gdyż jest ona naprawdę dobra od strony gameplayu i fabuły. Ja się w niej zakochałem od pierwszego wejrzenia i jest to jedna z lepszych gier indie, w jakie grałem, jeśli również Was pociąga mroczny świat pełen intryg równie tak samo, jak mnie, to naprawdę warto, a jeśli nie należycie do tego typu ludzi, ale szukacie czegoś do pogrania wieczorami, to również Papers, Please jest odpowiednim wyborem. Oryginał znajduje się na GameFaction wraz z oceną *klik*
  13. Kagor pierwszy post był zbędny Czyli ta co podał Omas jest w porządku? To fajnie, może o nią się pokuszę ;]
×
×
  • Create New...