Jump to content

MetalurgPL

Forumowicze
  • Posts

    715
  • Joined

  • Last visited

Reputation

0 Neutralna

About MetalurgPL

  • Rank
    Elf
    Elf
  • Birthday 10/26/1993

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  • Konfiguracja komputera
    Array

Sposób kontaktu

  • Discord
    Array
  • Strona WWW
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array
  • Zainteresowania
    Array
  1. Ano, nawet bardzo daaawno mnie tu nie było i widzę ześ super moderator (a wcześniej raczej nie byłeś z tego co pamiętam). Niczego od wokalu nie chcę, bo jak na moje ucho nie wyszedł źle. Napisałem tak, ponieważ spotkaliśmy się ze sporym linczem na wokal, dlatego wolałem uprzedzić i być na to przygotowany
  2. Witajcie drodzy forumowicze. Właśnie skończyliśmy z zespołem ostatnie prace nad naszym materiałem. Proszę o wyrozumiałość, ponieważ nasz gitarzysta wokalem zajmuje się tylko od 2 miesięcy. Aczkolwiek proszę Was o szczerą opinię. Pozdrawiam! Eta Nearrum - Event Horizon demo
  3. I znów nieco czasu minęło, odkąd nie bywałem na jakimś dobrym koncertem, więc i na ten musiałem pojechać. No i było zdecydowanie blisko, czyli jak nie Klub Ucho w Gdyni, to tym razem Klub Parlament w Gdańsku... Tym razem prawie się spóźniłem - kiedy już wchodziłem do klubu, akurat na scenie instalował się już pierwszy support, czyli Morowe. Debiutancki album całkiem udany był, więc na koncercie żadnych przykrości z Ich strony nie odczułem, a wręcz przeciwnie - dużo ciekawych niespodzianek było: każdy z muzyków (a było ich 6, z czego 2 na wokalu) był ubrany w bluzę z kapturem i miał na sobie maskę, coś na styl masek znanych nam Anonymusów z 4chana. Setlista morowego nie była zaskoczeniem, ale warto było posłuchać utworów w koncertowej aranżacji, które nabrały większej mocy, zniszczenia, jak na przykład: "Komenda", "Tylko Piekło.Labirynty.Diabły", "Czas Trwanie Zatrzymać" czy "Wężowa Korona", a także nowy kawałek nie pochodzący z albumu "Dziurawy Świat". Nihil wraz ze swoją "bandą" udowadnia, że można wykreować ciekawy Post-Black Metal, znoszący wizerunek black metalowego grania bez tony blastów, który świetnie brzmi nie tylko studyjnie na albumie, ale i także na koncercie. Po Morowym nastała wiadoma przerwa techniczna, podczas której na scenie rozkładał się Blindead, zespół który tego wieczora znacznie odbiegał od standardów i od którego zalatywało wżerającą się w mózg psychodelą. Ale żeby załapać klimat, jaki wytworzył podczas występu Blindead trzeba było wczuć i skupić się albo po prostu się nudziło. Na setlistę Blindead'a, składał się ich ostatni album o nazwie "Affliction XXIX II MXMVI", który był zagrany od samego początku do końca bez ani jednej przerwy i podczas którego była wyświetlana projekcja, związana z motywem przewodnim owego albumu. Jak już wcześniej mówiłem, różne rzeczy się odczuwało i tak samo różne dźwięki emanowały z głośników. Raz to był wyraźnie odczuwalny ciężar podczas utworu "My New Playground Became", na którym ni z gruchy ni z pietruchy pojawiło się pogo czy wżerająca się psychodela podczas trwania "Dark and Gray" na który składała się elektronika, perkusja, bas i wokal z megafonu. Występ Blindead na szczęście został przyjęty końcowo sporą ilością braw. Następnie, wiadomo - nastąpiło przerwa techniczna, nieco dłuższa, ale i podczas której można było obejrzeć projekcję najnowszego teledysku Behemotha do utworu "Lucifer" na nie zdjętym jeszcze ekranie projekcyjnym. Oprócz tego, tuż przed koncertem na scenie pojawił się Krzysztof Azarewicz, ideolog zespołu, czytając przy tym jakiś cytat i zapowiadając przy tym koncert Behemotha. Koncert rozpoczął się tak samo, jak dwa lata temu, czyli 'otwieraczem' ponownie został kawałek "Ov Fire and the Void", a zaraz po nim "Demigod". I jeszcze pomyśleć, że Nergal przeszło rok temu ciężko zachorował, czego na koncercie nie dało się po Nim poznać. Zachowywał się energicznie przez cały czas trwania koncertu, co przekonywało do tego, że Behemoth, jak sugeruje nazwa trasy koncertowej, odrodził się niczym feniks z popiołów i jest w pełni sił. Nie w sposób też powiedzieć o dobrze wykonanej oprawie plastycznej, składającej się rzecz jasna z efektów świetlnych, ale i dymu, ognia czy finałowego konfetti. Natomiast setlista składała się z tradycyjnych utworów (standardowo odśpiewanego alternatywnie przez publiczność "Decade of Therion", "Conquer All", "Antichristian Phenomenon" czy "At the Left Hand of God"), ale też pojawiły się też te rzadziej spotykane, jak "Moonspell Rites", "Heru Ra Ha (Let There Be Might)?, "The Thousand Plagues I Witness" - jednak znowu, jak dwa lata temu nie przyszło się doczekać skandowanego przez publiczność "Lasy Pomorza". Bis również rozpoczął się rzadko granym utworem, a był nim "23 (The Youth Manifesto)?. Ostatnim tego wieczora był tak samo, jak dwa lata temu "Lucifer". Ogólnie rzecz mówiąc, koncert był bardzo udany, tylko dawało odczuwać się niedociągnięcia w jakości przetwarzanego dźwięku przez co trochę podczas występu Behemoth czytelność dźwięku lekko pobladła. Ale było, jak było. Koncert uważam w pełni za udany. *** Podsumowanie Gdzie? - Gdańsk Główny, Klub Parlament Kiedy? - 9 października Czas trwania - ok. 19:00 - 23:00 Plusy: + Behemoth w dobrej formie + Świetne supporty + Jak zawsze atmosfera i klimat koncertu... Minusy: - Mógłby być chociaż jeszcze jeden support (2 za mało, 4 za dużo, 3 idealna liczba supportów) - Trochę słaba jakość dźwięku, ale nadal czytelna - Znowu nie zagrali Lasów Pomorza Ogółem: 9/10 *** *** Setlista Morowe: 1. Zakończenie 2. Komenda 3. Dziurawy Świat 4. Czas Trawnie Zatrzymać 5. Wężowa Korona 6. Tylko Piekło.Labirynty.Diabły Blindead: Cały album "Affliction XXIX II MXMVI", tzn.: 1. Self-consciousness Is Desire and 2. After 38 Weeks 3. My New Playground Became 4. Dark and Gray 5. So, It Feels Like Misunderstanding When 6. All My Hopes and Dreams Turn Into 7. Affliction XXVII II MMIX Behemoth: 1. Ov Fire and the Void 2. Demigod 3. Moonspell Rites 4. The Seed Ov I 5. Before The Aeons Came 6. Heru Ra Ha (Let There Be Might) 7. Conquer All 8. Antichristian Phenomenon 9. Alas, Lord is Upon Me 10. The Thousand Plagues I Witness 11. Decade of Therion 12. Shemhamforash 13. Slaves Shall Serve 14. At the Left Hand of God 15. Chant for Eschaton 2000 Bis: 16. 23 (The Youth Manifesto) 17. Lucifer
  4. - Mówiłem Ci, że prędzej, czy później nakryją nas na ściąganiu... - Kolegą widzę, pracuje jako statua w Liberty Direct, ja muszę robić za Pana Pikusia w Aviva... (jak się ogląda reklamy, to się wie o co chodzi )
  5. Każdy, kto siedzi w scenie muzyki grindcore'owej, a także deathcore'owej, chyba powinien znać Seth'a Edward'a Putnam'a przeważnie z zespołu Anal Cunt (znany także pod nazwami AxCx lub A.C.). Ale i jest jeszcze jeden projekt, który z pewnością też powinniście znać, a jest nim Impaled Northern Moonforest - prekursor total trv akvstycznegho blakk metalu. Ale ja niestety przychodzę z dość przykrą wiadomością, która może was otrząsnąć... 11 czerwca 2011 roku (czyli w minioną weekend), w wieku 43 lat Seth Edward Putnam zmarł na zawał serca... Odszedł od nas kolejny znany muzyk. Śmierć znowu zbiera żniwa, tak samo, jak w poprzednim roku (Ronnie James Dio, Paul Gray, Petrus Thomas Ratajczyk aka Peter Steele). Kto następny będzie? Oby nikt... Za Sethem pozostaną wspomnienia oraz necrowizard, który tkwi i będzie tkwić w nas, hail.
  6. MetalurgPL

    Zmiana avatara

    To jest gościu, który teraz pełni funkcję twego avatara...
  7. MetalurgPL

    Pytania do Tura

    Dlaczego postanowiłeś być sławny i bogaty? Czy zgadzasz się z przysłowiem, że pieniądze szczęścia nie dają? A może dają? Podziel się swoją opinią...
  8. Sporo minęło czasu od mojego poprzedniego koncertu, więc na ten musiałem bez wątpienia jechać. I się opłaciło pod pewnymi względami, aby zobaczyć, jak daję sobie macierzyste zespoły muzyków z Behemotha, czyli: Vesania Oriona oraz Nomad Setha... Ale zacznijmy od tego, jak dojechał do Gdyni Głównej, a dokładniej do odwiedzanego przeze mnie klubu muzycznego Ucho. Tutaj was nie zaskoczę, ponieważ musiałem dojechać busem do Gdańska Głównego, a następnie pociągiem do Gdyni Głównej, z przesiadką w Sopocie. Problem niestety był taki, że kiedy dojechałem na miejscy to się nieco spóźniłem... Ehhh... Nie ma to jak nasza tocząca się kolej polska - to raz. Natomiast po drugie, to też trochę z mojej winy, gdyż sam źle zaplanowałem wyjściem. I w taki sposób nie obejrzałem pierwszego supportu, którym był niejaki Sinful Carrion. Jednak słyszałem od ludzi, że zespół ten zabił nudą, więc chyba nic tak poważnego nie przegapiłem... Jeśli chodzi natomiast o frekwencję, to mało osób było... gdzieś tak ok. 50-70 ludzi... Wróćmy jednak do zespołów... Na scenie akurat trwała przerwa techniczna, podczas której rozstawiał się Sammath Naur. Moje oczy przeważnie skierowane były na sześciostrunową gitarą basową, ponieważ jest to moje pierwsze takie zdarzenie, kiedy widzę taką gitarę z tak grubym gryfem. Tak, to w większości widuję pięcio- lub czterostrunowe basówki... Jeśli natomiast chodzi o występ Sammath Naur, to bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Niestety, nie wiem, jakie kawałki wykonali, ale z tego mi to wiadomo, ich setlista przeważnie skupiona była wokół kawałków, pochodzących z albumu, które premiera lada chwila oraz 2 kawałki ze starych nagrań. Mimo tego, to ich awangardowy styl Black/Death Metalu bardzo mi się spodobał - kilka melodycznych solówek, nietypowe bicia czy same nietypowe riffy. Mimo tego, że nie było symfonicznych sampli (jeśli ktoś słuchał np. EP'kę, to wie o co chodzi), to bez tego Sammath Naur potrafił dać kawał dobrego koncertu... Po niespełna 30 minutowym koncercie, nastąpiła przerwa techniczna, na której rozstawiał się Nomad, czyli macierzysty zespół sesyjnego muzyka Behemoth - Seth'a, który i tutaj również popylał na wiośle. Po kilku minutach, pojawiły się pierwsze brzmienia, również nietypowe... Nomad przeważnie skupił się na promowaniu najnowszego albumu "Transmigration of Consciousness", który zresztą potem kupiłem... Tylko to wiedziałem, natomiast setlisty w ogóle, jak z poprzednim występem - nie znałem. Lecz i to nie przeszkadzało w odbiorze dobrej dawki death metalu - przynajmniej tak wszędzie jest napisane, ale je jeszcze tutaj wyczuwam kawał old dchoolowego grania i eksperymentowania... (Ale o tym później - będziecie musieli poczekać na recenzje "ToC") Tak, czy siak... - death metalowe granie, że aż morda się cieszy... Nomad grał, jeśli dobrze pamiętam 45 minut... Po nim oczywiście pojawiła się przerwa techniczna, na której poprawiano brzmienie nagłośnienia oraz rozstawiał się ostatni zespół wieczoru - Vesania, czyli macierzysty zespół basisty Behemotha - Oriona, który tym razem stanął za mikrofonem oraz trzymał w łapskach gitarę elektryczną, nie bas... Nagle oświetlenie zgasło, a w tle rozbrzmiewało intro. Na scenę weszli muzycy w corpse paincie oraz rozbrzmiewały pierwsze dźwięki do utworu "God The Lux". Zaraz po nim można było usłyszeć "The Dawnfall (Hamartia and Hybris)". W tym momencie zaczęło pojawiać się pierwsze pogo/mosh (niepotrzebne skreślić). Przy takiej frekwencji mnie to nie dziwi, ale warto, że wreszcie coś takiego zostało rozkręcone... Podczas koncertu mogliśmy również usłyszeć takie kawałki, jak "Rage of Reason", "Hell is for Children" ("... i tak g***o wiecie na temat zła" - rzekł Orion) czy "Infinity Horizon". Między utworami, można także usłyszeć takie smaczki, jak dość ciekawą solówkę Valeo'a, czy drum solo Daray'a, nasycone toną blastów, masą przejść czy dużą ilością talerzy - standard z pewnością, ale i tak robi piorunujące wrażenie. Dwoma utworami, kończące koncert tego wieczora, było już kultowe "Marduke's Mezermerising" oraz "Aesthetis". W taki oto sposób skończyło się ponad godzinna setlista symfonicznego Black/Death Metalowego grania, na którym się nie zawiodłem... W sumie nagłośnienie koncertu przez cały czas było na bardzo dobrym poziomie, jednak najbardziej w oczy dawała po sobie mizerna frekwencja. Mimo tego i tak uważam koncert za dość udany... Mimo, że koncert skończył się o 23, to do domu powróciłem do domu dopiero o 2 w nocy. Ale, jak mówiłem wcześniej, nie ma na co narzekać... *** Podsumowanie Gdzie? - Gdynia Główna Kiedy? - 15 maja Czas trwania - 19:00 - 23:00 Plusy: + Dobre i wyraźnie nagłośnienie koncertu przez cały czas + Atmosfera i klimat koncertu (jak zawsze... ) Minusy: - Fatalna frekwencja na koncercie - Spóźniłem się na koncert (ale to już moja wina... ) Ogółem: 8.5/10 *** Setlista 1. Intro 2. God the Lux 3. The Dawnfall (Hamartia and Hybris) 4. Synchroscheme 5. Phosphorror 6. Intro 7. Hell is for Childrem 8. Drum Solo 9. Rage of Reason 10. Guitar Solo 11. Posthuman Kind 12. Infinity Horizons 13. Rest in Pain 14. Marduke's Mezermerising 15. Aesthetis
  9. Też rozmyślam nad tym, aby nie zakupić jakiejś konsoli. Tyle, że mój wydatek miałby być o wiele droższy. Mianowicie na oku mam PS3 wraz z kontrolerem Move... Miałem okazję go przetestować i strasznie mi się spodobało.
  10. Sporo czasu minęło od mojego poprzedniego wpisu. Trochę zaniedbałem swój blog, ale to nie moja wina. Przez ten czas zmieniałem miejsce zamieszkania. Przez to moje stanowisko pracy (mój laptop) było odcięte od internetu. Ale teraz już mam i wszystko jest jak najbardziej ma miejscu. O wiele, wiele wcześniej miałem internet, ale na krótko by się nacieszyć - wymagany był reinstal windowsa. No i także ostatnio mało czasu na blog... Ale wracając do naszego tematu wpisu... Już minęło prawie pół roku odkąd mamy 2011 rok i skończył się 2010 rok. Był to wyjątkowy rok. Zresztą każdy rok jest wyjątkowy na swój własny sposób... W 2010 świat ujrzało wiele ciekawych albumów muzycznych, jak i wiele, wiele koncertów. Dużo się działo, jak zwykle. Z tego powodu chciałem ponownie zrobić jedną wielką ankietę, aby wyłonić najlepsze albumy z wszystkich możliwych gatunków metalu... Ale sobie już odpuściłem... Zamiast tego, postanowiłem wymienić pięć najlepszych albumów roku 2010 według mojego uznania. A więc... do dzieła! *** 1. Ghost - Opus Eponymus Moje największe zaskoczenie 2010 roku. Album bardzo prosty, ale za to bardzo, bardzo chwytliwy, który wraca do starych i prostych, jak konstrukcja cepa rozwiązań w graniu starego heavy metalu/psychedelic rocka z lat siedemdziesiątych. Klawisze brzmiące niczym kościelne organy czy przejrzysta niczym łza linia gitary basowej. No i te okultystyczne teksty, dzięki którym dowiadujemy się, że granie black metalu i sławienie "Pana z Dołu" już jest niepotrzebne i nieprawdziwe. Dla mnie natomiast Ghost to muzyka końca świata. Nie będzie tam chaosu. Koniec świata będzie się z nas nikczemnie śmiać i pożre nas... a my nawet tego nie zauważmy, gdyż nas zahipnotyzuje - jak to zrobił ze mną Ghost. To o muzyce, a co o członkach zespołu? Po za tym, że są szwedami i pochodzą ze Sztokholmu w ogóle nic nie wiemy - nawet, jak wyglądają rzeczywiście, gdyż zawsze są zamaskowani. *** 2. Drudkh - Handful of Stars Drudkh jest to twór od naszego sąsiada, a mianowicie z Ukrainy. Jest z nim prawie jak z Ghostem, ale na inny sposób. Od wielu lat Drudkh wyznaje zasadę potrójnego Ż: żadnych zdjęć, żadnych wywiadów i żadnych koncertów. Mimo tych zasad, to Drudkh wytworzył silną więź pomiędzy sobą, a swoimi wiernymi fanami. W najnowszym do tej pory albumie, zespół ten pokierował się twórczością w inną drogę. Teraz już zanika w nim Black Metal na rzecz Post-Black Metalu/Post-Rocka. Jak poprzednio, znowu mamy cztery utwory po dziewięć minut, lecz tym razem są one bardziej hipnotyzujące, bardziej wciągające niczym makaron. Nie w sposób mi było się oderwać od tak popuszczających fantazji kawałków, jak ?Towards The Light? czy ?The Day Will Come?. Teksty nadal są po ukraińsku i odnoszą się do natury, ale tym razem album jakościowo jest lepszy, przez co już można odgadywać wypluwane słowa, gdyż sporo czasu minie, zanim wyciekną jakieś liryki. Ale na szczęście już są. Warto też wspomnieć tutaj o dodatkowych parach kaloszy, którymi są dwa bardzo interesujące covery i limitowanych edycjach kolekcjonerskich - polskiego Sacrilegium, czy czeskiego Master's Hammer, gdzie można odczuć bardziej blackowy powiew. *** 3. Alcest - Écailles de lune Z kolei Alcest to twór pochodzący z Francji. Natomiast za tym tworem stoi na czele niejaki Neige, który znany jest z udzielania się w różnych zespołem i co najważniejsze, w kombinowaniu z mieszaniem black metalu z elementami post-rocka i shoegaze. Shoegaze mówiąc w skrócie to odmiana rocka alternatywnego, charakteryzująca się gitarową ścianą dźwięku oraz ściszonym, mało wyraźnym, ale bardzo melodyjnym wokalem. Nie narzekam na to, co on tworzy, bo muszę przyznać, że bardzo mu to dobrze to wychodzi - mogę posłuchać coś, co jest oryginalne i niepowtarzalne. Alcest jest w stanie wytworzyć bardzo klimatyczne kawałki, które mogą wciągnąć na długo. Mamy tutaj do czynienia z spokojnymi i kojącymi fragmentami. Znajdzie się tutaj nawet miejsce na black metalowe wątki, gdzie utwory na chwilę przybierają ostry pazur pod postacią tony blastów, charczącego wokalu. Bardzo przyjemny album w odbiorze i bardzo dobrze skomponowany, ale trochę krótki, lecz można to wybaczyć. Pod względem ciekawej zawartości jest to jeden z pięciu moich tutejszych faworytów. *** 4. Agalloch - Marrow of the Spirit Długo się zastanawiałem na tym, kiedy w końcu amerykański Agalloch wreszcie da od siebie jakiegoś długograja. I wreszcie oto został wydany "Marrow of the Spirit". Otrzymałem znowu dobrze dopracowaną i przemyślaną, klimatyczną muzykę, lecz niestety nadal twierdze, ze nic nie przebije, jakże wybitnego "Ashes Against the Grain". Wiec w tym przypadku "Marrow of the Spirit" otrzymuje miano godnego konkurenta. Ale tak samo, jak w przypadku swojego poprzednika, tutaj także znajdziemy całkiem solidnie i ciekawie wykonaną muzykę, która rozłożona jest na 5 długich kawałków, które większości trwają więcej niż dziesięć minut (w tym także intro trwające ok. 4min.). Po kilku przesłuchaniach krążka myślimy, że już znamy dobrze go, ale wg. mnie tak nie jest. Mamy do czynienia z utworami skomplikowanymi, w których aż roi się od ukrytych muzycznych smaczków. Za każdym razem, kiedy przesłuchujemy album, znajdujemy coraz to inne, poukrywane w utworach folkowe melodie. Zatem, jeśli kogoś zainteresował "Ashes[...]", warto, aby także zainteresował się tym krążkiem... *** 5. Triptykon - Eparistera Daimones + Shatter EP Chyba większość was kojarzy w pewnej mierze Celtic Frost - szwajcarska legendarna horda, która była jednym z protoplastów Black Metalu. Niestety, ale zakończył on działalność 3 lata temu. Na szczęście powstał Triptykon, gdzie na czele stoi Tom G. Warrior, który mówił, że Triptykon to kontynuacja twórczości Celtic Frost, a dokładniej ostatniego "Monotheist", który przeważnie miał przeciętne oceny wśród krytyków. Debiutancki album Triptykon w pewnej mierze kontynuuje te dzieło. Mamy nieco podobne brzmienie, ale w porównaniu z poprzednikiem, nikt obojętnie nie przejdzie wśród jeszcze bardziej potężnych, głębszych brzmień gitar, jak i bardziej dopracowanej, przemyślanej oraz skomponowanej muzyki. Nie jest to kopia "Monotheist", ale zostały w bardziej dojrzały sposób rozwinięte pomysły zawarte na nim. Dużo też tutaj ciekawego mieszania w gatunkach, choć przeważnie jest to Doom Metal z elementami black, death metalu, a szaleńczo szybkiego thrashu. Wszystko to w połączeniu tworzy ciekawą mieszankę, ale jednak za to jest on w pełni poukładana, więc nie ma mowy o pogubieniu się. Debiutancki album to nowe, lepsze oblicze Celtic Frosta, na które warto zwrócić uwagę. A jakby komuś było mało, to niech też obczai EP'kę Shatter, która zawiera dwa kawałki niewykorzystane z sesji nagraniowej do albumu, dość mroczny ambientowy przerywnik oraz dwa koncertowe covery kultowych kawałków Celtic Frosta, gdzie w jednym na wokalu wydziera się do mikrofonu Nocturno Culto z Darkthrone. *** I tak dochodzimy do końca 5 najciekawszych według mnie albumów metalowych minionego 2010 roku. Wybór było ciężko dokonać. Każdy album co innego od siebie oferował, a ich było dużo. Więc oto podam jeszcze albumy, które nie znalazły się w moim zestawieniu, ale są też warte uwagi. Oto one (kolejność losowa): - Burzum - Belus - Kvelertak - Kvelertak - Morowe - Piekło.Labirynty.Diabły - Rotting Christ - Aealo - Non Opus Dei - Eternal Circle - Moon - Lucifer's Horns - Aborym - Psychogrotesque - Finntroll - Nifelvind - Kalmach - 12 Gauge - Troll - Neo-Satanic Supremacy - Zorormr - Kval
  11. Z czeskiej sceny metalowej, warto sprawdzić Umbrtka, który gra black metal w stylu atmosferyczni/awangardowym. Ciekawym faktem jest to, że istnieją od 2000r., a już na koncie mają... 16 albumów, a ich przybywa dalej. Co roku tłoczą 2-3 albumy. Widać, że sporo od nich kipi inspiracji i pomysłów - choć wg. mnie zalatuję tutaj trochę Master Hammer... Język tekstów, jak najbardziej to ojczysty, czyli w tym przypadku czeski. Strona zespołu na myspace - Tutaj
  12. Nuclear Vomit - Obora - nie wiem czy była już padnięta taka nazwa, ale najwyżej warto sobie przypomnieć ten krążek. Zakręcony ze względu na teksty porno/goregrind z Katowic/Częstochowy. Mimo, że "Obora" pochodzi z 2008, warto przykuć uwagę. A bonusowo promo track
  13. Ghost - Opus Eponymus - Według mnie jest to największe zaskoczenie 2010 roku. Nadal nie mogę rozwiązać zagadki, czy to robią na poważnie czy na serio. Ale jest jedno pewne grają stare patenty z lat późnych 60 i 70, stylizując się na Coven: doom rock, powerpop, heavy metal i psychedelic rock. Patenty zgrane i wciągające, a to wszystko przesycone lirycznie okultyzmem.
  14. Wstęp Rok 2010 powoli zbliżał się ku końcowi... Zostały w zanadrzu jeszcze mniej niż 3 miesiące. Może to mało, może to jeszcze dużo. Ale w czym rzecz? Otóż na światło dzienne wyszedł debiut, który z nie znanych przyczyn, mający być dużym ryzykiem, to jednak takim nie był. Mowa tutaj właśnie o Ghost. Czym jest Ghost? Jakie jest jego oblicze? I o co właściwie chodzi? O tym za chwile... *** Mini-Biografia Zespół został założony w Szwecji w Sztokholmie w 2008r. Więc jest dość młodziutkim zespołem. Oprócz tego należy obecnie do dwóch wytwórni muzycznych - Rise Above / Iron Pegasus. No i na tym nam narazie wiadomo o biografii Ghost... Jak widać zastosował on tani, ale skuteczny chwyt marketingowy. Nie wiadomo nic o muzykach zespołu, nawet nie ukrywają się pod pseudonimami artystycznymi. Sami muzycy koncertują, ale oczywiście zamaskowani są. Ubrani są w habbity z kapturami, a sam wokalista za kapłana... No i do tego mimo wyglądu, ich tematyka tekstów oscyluje wokół satanizmu. *** Recenzja albumu Nie wiem czy to żart, czy to jest tak naprawdę... Ale jedno wiem, że muzyka szwedzkiego Ghost jest jednym wielkim zaskoczeniem roku 2010. Zrobił to, co z pewnością nie zrobił nikt w dzisiejszych czasach i to, co okazywało się być trudną rzeczą, choć jej recepta jest bardzo prosta na zaskoczenie słuchacza, a w tym mnie. Muzyka Ghost to powrót do przejawu fascynacją okultyzmu z lat 60 i 70, nawiązując z pewnością do znanego w tych latach innego zespołu Coven. Nie mamy z tego powody żadnych nowych pomysłów na muzykę. Muzykę, która już na starcie powinna skazać szwedów na porażkę. A tutaj proszę... Odkurzenie półek, a szczególnie tej z podpisem "Psychedeliczny Rock lat 70-ych" w rękach brzmi... - oryginalnie i świeżo. To trochę wydaje się być dziwne i śmierdzieć mi oksymoronem. No cóż... Takie już mamy czasy... W sumie Rise Above Records też zrobiło tu swoje wydając ten krążek w limitowanych ilościach, co nakręcało ludzi. Ale przejdźmy już do sedna sprawy, czyli najpierw do przejrzenia zawartości tego krążka. Pierwszym utworem na albumie jest intro zatytułowane "Deus Culpa". Mamy tutaj do czynienia z półtorej minutową grą na organach, które swoim brzmieniem nawiązują do tych kościelnych. Z jednej strony brzmi żałobnie i będący idealną przygrywką na pogrzeb. Choć to tylko pozory mogą być. Z drugiej strony natomiast w pewnym rodzaju świetnie wprowadza w klimat albumu. No i te melancholijne granie, które wciąga... Drugim kawałkiem na albumie jest "Con Clavi Con Dio". Pierwsze, co się rzuca w słuch to czysta jak łza linia basu, która rozpoczyna utwór i wprawdzie wyraźna jest do samego końca. Riff metalowy brzmi, jakby już na początku złapał zadyszkę i z tegoż powodu sapie. Ale to tylko są pozory - posłuchacie, to chyba zrozumiecie, o co mi chodzi. Ciekawym smaczkiem rzecz jasna są tutaj klawisze, które w pewnych momentach są mocno akcentowane, choćby w refrenie. Wokal tak samo, jak bas - jest czysty jak łza i pełny atmosferycznych wstawek. Przykładem jest tutaj partie wokalu brzmiący niczym sakralny chór. Wszystko to łączy się w pełną prostoty budowę, jak większość utworów na albumie, choć ten tutaj niezbyt wpada w ucho, ale jest za to ciekawy na start. Dopiero kolejny kawałek noszący nazwę "Ritual" może niejednemu wpaść w ucho. Otwieraczem jest tutaj spokojna przygrywka na gitarze, która potem zamienia się już w przewodni riff, który zaskakująco jest chwytliwie melodyczny. A najbardziej to można zauważyć w refrenie z wyakcentowanymi rzecz jasna klawiszami. W połowie natomiast następuje na krótką metę zmiana klimatu, kiedy riff zmienia się w nieco bardziej mięsistą rzecz, przyjmując podobną formę do poprzedniego kawałka. Czyli brzmi, jakby był przyduszony. Warto też wspomnieć o solówce, która mimo swej tandety (w pozytywnym znaczeniu) i prostoty wpada na długi czas w ucho. Takie solówki, jakie robi John Petrucci z Dream Theater niepotrzebnie się wysila, gdyż te Ghosta z pewnością są bardziej chwytliwe i łatwe do zapamiętania. Kolejny kawałek "Elizabeth" (Bathory - tak, o nią chodzi) nie ma żadnego intra, jeśli to tak można nazwać. Już na samym początku kawałek jedzie już z charakterystycznym, przyduszonym riffem, choć tym razem ma on wyrazisty psychodeliczny posmak. Powoduje to, że przez prawie cały czas mamy do czynienia z dość mięsistym, old schoolowym kawałkiem. Lecz rolę odwracają się, kiedy pojawia się intro. Jak poprzednie kawałki - wyakcentowane klawisze, chwytliwy i melodyczny refren. Następnym utworem na albumie jest "Stand By Him", który rozpoczyna się dość rytmiczną pracą perkusji, do której potem dołączają gitary, które już nie są aż tak przyduszone. Tym razem jest to ciągła rytmiczna praca z mięsistym akcentem, a nawet w dwóch momentach riff rozpędza się na kilka sekund do thrash metalowego szaleństwa z prostą, ale urzekającą solówką w tle. Refren nie zmienia tutaj swojej budowy. Nadal pozostają w nim wyakcentowane klawisze i chórki żywcem wyciągnięte z jakiegoś pop-rocka. Pomijając jeden utwór, kolejnym jest "Death Knell", który wraz z "Ritual" są najlepszymi utworami na albumie. Kawałek rozpoczyna krótkie intro odgłosu deszczu i burzy, po którym następuje rytmiczna perkusja, a po niej czysta, jak łza linia basu. Po basie zaś dołącza riff przewodni. Jak w większości utworów na albumie jest on charakterystycznie przytłumiony, lecz wrzucono jeszcze elementy doom rocka, co sprawia, że jest to robione wolniej i efektywniej, co nadaje specyficzną atmosferę. Kolejnym utworem jest "Prime Mover", który jest chyba najcięższym kawałkiem na albumie. Oprócz dość ciekawych przejść, prezentuje już odmienną stylistykę wokalną niż na pozostałych utworach na albumie. Nie ma już wyrazistych chórków czy dość mocno wyakcentowanych klawiszy w refrenie. Przez niemal cały utwór wokal przybiera okrytą tajemniczością formę. Ostatnim utworem na albumie jest instrumental "Genesis". Przez cały utwór przewija się charakterystyczne brzmienie klawiszy. Nie jest to już te a'la Deep Purple. Mają one tutaj wyraźny posmak progresji w formie kosmicznego brzmienia. Oprócz tego solówka, która trwa niemal przez cały utwór jest jak najbardziej na dobrym poziomie. Dobrze też wypada zmiana klimatu na akustyczne zakończenie utworu. Po Genesis oraz poprzednim Prime Mover wyraźnie widać, że te kawałki zostały napisane później niż całość. Klimat towarzyszący im jest odmienny od pozostałych numerów. Jak posłuchacie, to z pewnością zauważycie tą różnice. Jedynie, co mnie nie pokoi to, że wyraźnie widać, że Genesis i Deus Culpa stanowią przeważnie rolę wypełniacza. Wg. mnie można by było zamiast nich wstawić jeszcze 2-3 dodatkowe utwory. Cały album jest bardzo prosty, ale za to chwytliwy. Przytłumione riffy gitarowe to tutaj podstawa, ale są odskoki od standardu w kilku przypadkach. Skoro jest to metal rodem z lat 70 to właśnie po tym widać. Zero skomplikowanych zagrań, które trudno zapamiętać. Solówki nie porażają rzecz jasna swoim technicznym graniem, bo nie jest to wymagane. Bardziej jest to miły dla ucha dodatek i który też świetnie wkomponowuje się w całość danego utworu. Jak też wiadomo, ciężko jest w jakiś konkretnych albumach posłuchać jakąś linię basu. A tutaj proszę - wyraźna i do tego czysta, jak łza... Wokal z kolei to przeładowany na słodko głos, rodem z jakiegoś pop-rockowego grania. Do tego też w refrenach dołącza chór. Ale mnie zamiast denerwować, to podoba mi się. Klawisze mimo swojej skromnej obecności, stanowią tutaj jeden z ważnych elementów. Takie stare zespoły, jak wcześniej wymawiany Deep Purple też używały tego sprzętu, więc i widać tutaj chyba pewne inspiracje. Ale ze strony lirycznej tekstów to już inna bajka. Muzyka ma za zadanie odwrócić od nas uwagę na nie... albo odwrotnie. Mi nie jeden raz zdarzało się nucić te utwory, a czasem wypowiadać liryki, które są przesycone okultyzmem i satanizmem... Podsumowując nasuwa się pytanie: Po co w takim razie grać black metal i drzeć się do mikrofonu, wypluwając teksty o Satanie? Widać, że można inaczej. Black Metal kojarzy się nam właśnie tym Panem z Piekła i jak coś jest złe, to musi też grane o tym agresywnie? Najwidoczniej nie. Można grać i na wesoło. Nie wiadomo, czy Ghost robi to na serio czy na niby - robi on nas po prostu w balona. To Ghost tutaj rozdaje karty, mimo, że patenty, które używa są przestarzałe i przewidywalne. Jak dla mnie zaskoczenie 2010, które warto posłuchać. Tracklista: 1. Deus Culpa 01:33 2. Con Clavi Con Dio 03:33 3. Ritual 04:28 4. Elizabeth 04:01 5. Stand by Him 03:56 6. Satan Prayer 04:38 7. Death Knell 04:36 8. Prime Mover 03:53 9. Genesis 04:03 Total playing time: 34:41 *** Podsumowanie Kraj: Szwecja Gatunek: Heavy Metal/Psychedelic Rock Plusy: + Doskonały debiut + Świetne użycie starych patentów Minusy: - Za mało utworów, w tym 2 sztuczne wypełniacze Ogółem: -9/10 *** Bonus Oficjalna strona zespołu na Myspace http://www.myspace.com/thebandghost
×
×
  • Create New...