Jump to content

Turkut

Forumowicze
  • Content Count

    20
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

8 Neutralna

About Turkut

  • Rank
    Hobbit
  • Birthday 10/05/1988

Dodatkowe informacje

  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  • Konfiguracja komputera
    Array

Sposób kontaktu

  • Discord
    Array
  • Facebook
    Array
  • Strona WWW
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array
  • Zainteresowania
    Array
  1. 10 i 11 grudnia. 2 dni koncertów pod rząd. Obydwa w tym samym miejscu. W warszawskiej Stodole. Oba bardzo mocno różniące się między sobą. Afromental i Jelonek. Środa Na pierwszy ogień poszedł koncert Afromental. Z tego co mi wiadomo był to koncert kończący ich "X-Tour". Przyznaję się bez bicia - nie jestem ich fanem. Znam tylko ich parę utworów, ostatnią płytę przesłuchałem tylko dlatego ze została mi podsunięta pod nos. Nie lubię tego typu muzyki. Jestem zatwardziałym fanem rocka i heavy metalu. Na ten koncert poszedłem dla towarzystwa. Grali kawałki z nowej płyty oraz ze starych płyt. Mieli jakichś gości. Nie mam zielonego pojęcia kim byli Ci ludzie. DJ, który grał przed Afromental w moim odczuciu wyszedł z założenia że zmiksowanie paru utworów z tego i zeszłego roku, dodanie paru efektów będzie wystarczające. Przed wejściem do warszawskiej Stodoły kolejka była zaskakująco duża. Pierwsze osoby stały już od 13. A "wejście" do klubu było od 18. Wytrwali fani. Albo cierpiący na nadmiar czasu. W momencie gdy pojawiłem się ze znajomą pod klubem wszystko stało się dla mnie jasne - większość z tych ludzi były to osoby w wieku 16-18 lat. W głębi ducha wiedziałem co to oznacza, a samo rozpoczęcie się głównego koncertu potwierdziło moje przypuszczenia - oznacza to przenikliwy pisk. Przenikliwy do bólu. Sam koncert mogę uznać za udany. Owszem, był momenty gdzie zamiast muzyki słyszałem "łomot", ale nie mogę darować dźwiękowcom tego, że za cholerę nie byłem w stanie rozróżnić słów. A byłem już na różnych koncertach, w różnych miejscach - nie spotkałem się jeszcze z takim problemem. Od koncertów na otwartej przestrzeni do koncertów w halach sportowych różnego rodzaju czy klubach. Głuchy też wcale nie jestem. Podsumowując - ujdzie. A mówi to ktoś, kto nie przepada za tego typu muzyką. Czwartek Czwartek to już zupełnie inny typ muzyki. Typ muzyki, który bardziej mi odpowiada. W czwartek, w tym samym klubie swój koncert miał Jelonek. Sam koncert zaczynał się supportem w postaci Normalsów o 18.30, wejście do klubu było od 18. I już na samym wejściu miła niespodzianka - pusto. Żadnej kolejki. Żadnego wściekłego tłumu. O 18:05 byłem już środku, parę chwil później pozbyłem się też kurtki. Na środowym koncercie "supportem" był DJ. W czwartek - supportem był normalny zespół. Z krwi i kości - Normalsi. Ludzi może nie było sporo pod sceną, ale słuchało się przyjemnie. Była to moja pierwsza styczność z tym zespołem, ale była to pozytywna styczność. Nie mogę o nich powiedzieć złego słowa. Mieli nawet niespodziankę - płytę w naprawdę promocyjnej cenie. Niedrogo - w sam raz do samochodu żeby posłuchać w drodze do pracy. Po supporcie nastąpiło główne wydarzenie wieczoru - koncert Jelonka. Klub zdążył się do tego czasu wypełnić po brzegi. Nie było tak jak poprzednio - ludzie przychodzili stopniowo, w mniejszych lub większych grupkach. Poprzednio było "kupą mości panowie" - tłum był od razu. I tu pierwsza różnica - średnia wieku była znacznie większa. Owszem, był osoby w wieku 16-18 lat, ale nie było ich przerażająco dużo. Gdy na scenie pojawił się klawiszowiec i perkusista słychać było ryk a nie pisk. Sam koncert był bardzo fajny - widać że Jelonek ma dystans do siebie i do publiki. Widać, że on lubi to co robi. Prowadził pewnego rodzaju muzyczny dialog z publiką. Zaprosił nawet na scenę 2 osoby z publiki - "Chodź tutaj niegrzeczna dziewczynko. Uderzała cały czas głową w ścianę, więc musi być bardzo niegrzeczna." "Chodź tutaj chłopcze, na kolanko do Mikołaja. O jezu, co Ty tam masz?" Nie zabrakło też klasycznego wężyka czy szabelek. "WARSZAWA! Ale macie fajne, mroczne mordki. Takie uśmiechnięte." Stodoła podczas koncertu Jelonka sama wiedziała, kiedy pasuje pogo. Mosh pit utworzył się sam. Podczas koncertu Afromental czegoś takiego mi brakowało. Jak pisałem - byłem na różnych koncertach. Iron Maiden, Black Sabbath, Metallica, Hunter, Slayer, Coma, Lady Pank, Dżem, T-Love. I na tych koncertach bawiłem się dobrze. Było tłoczno i głośno, ale bawiłem się dobrze. Jelonek to Jelonek. Zabawa sama w sobie. Idąc na ten koncert wiedziałem czego się spodziewać. Dobrej zabawy. Idąc na Afromental szedłem z czystej ciekawości. I trochę zawiodłem. Zabrakło mi jakiegoś muzycznego dialogu z publiką. Odbębnili swoje i już. Ale pisze to zatwardziały fan rocka i metalu. Ciężko trafić w gust u takiego człowieka. Człowieka, który w czwartek był niesamowicie zmęczony po jednym koncercie. Człowieka, który odżył w piątek po drugim koncercie. I który dopiero w sobotę, po przespaniu 14 godzin wrócił do żywych.
  2. @Sergi nie wiem jak jest teraz, ale pół roku temu miałeś tylko jeden domyślny GUI - zwany po prostu Ubuntu. Dopiero po doinstalowaniu pakietów mogłeś sobie zmienić GUI. Może ma dobrą teraz, ale z pół roku temu krzaczyło mi się to niesamowicie.
  3. Przeglądając bardzo późną nocą swojego prywatnego maila natknąłem się na bardzo interesującą wiadomość mailową od Canonical Ltd., a dokładniej od ekipy związanej z usługą sieciową zwaną UbuntuOne. Dotyczy ona likwidacja rzeczonej usługi. Jest to dla wielu zapewne wielkie zaskoczenie, ale takie są fakty. Z dniem 1 czerwca 2014 r. usługa zostaje wyłączona. Dla "niewtajemniczonych" śpieszę z wyjaśnieniem. UbuntuOne jest zintegrowaną z systemem usługą dysku sieciowego, która instalowała się razem z każdą dystrybucją Ubuntu począwszy od maja 2009. Za pierwszy system z poprawnie działającą usługą można więc uznać Ubuntu 9.10. Śmiało można określić UbuntuOne jako alternatywę czy konkurencję dla takich usług jak GoogleDrive, Dropbox czy SkyDrive (obecnie OneDrive). Z punktu widzenia użytkownika UbuntuOne miało nad powyższymi jedną przewagę. Nawet sporą na jednej płaszczyźnie - działało doskonale na systemach z rodziny Ubuntu. Z niektórymi środowiskami graficznymi były małe problemy, ale wszystko działało tak jak powinno. Dla mnie, jako człowieka lubiącego czasem popracować na Linuksie był to niesamowity plus. Nie musiałem się martwić zgodnością - wystarczyło pobrać pakiet, zainstalować go pamiętając o zależnościach (większość instalatorów robi to za użytkownika) i można było korzystać ze swoich plików. I nie tylko plików. UbuntuOne dawało też dostęp do usługi zwanej UbuntuMusic. 10-15 minut klikania i mam dostęp do wszystkich niezbędnych dokumentów i plików konfiguracyjnych. Wystarczy nazwa użytkownika. W porównaniu do reszty usług reszta parametrów wygląda standardowo - 5GB na swoje pliki, synchronizacja między urządzeniami, płatne pakiety premium, etc... Jednak to właśnie integracja z systemem operacyjnym i możliwość ustawienia backupów ważnych dokumentów na ten folder sprawiło, że w każdej nowej dystrubucji Ubuntu starałem się mieć podłączoną tą usługę. Dodatkowym plusem była masa opcji konfiguracji - takich jak możliwość wstrzymania synchronizowania plików, narzucenie ograniczenia prędkości, priorytetu wysyłania. Jednak firma Canonical Ltd. zdecydowała się o wyłączeniu usługi UbuntuOne. Oficjalne stanowisko podane w mailu i oficjalnej notce prasowej jest chęć skoncentrowania się na wydaniu systemu Ubuntu na wielu platformach. Nie tylko na komputerach, ale także na tabletach i telefonach. Oraz, że firma nie widzi sensu ładowania kasy w usługę. Tyle. Społeczność jednak nie uważa tego posunięcia za słuszne. W przeciągu 5 lat istnienia UbuntuOne na tyle zgrało się z systemem, że dla wielu użytkowników korzystanie z niego jest czymś naturalnym. Pojawiają się głosy, że Canoncial stara się iść za najnowszymi trendami i konkurować z Windowsami i Androidem. Wystarczy wspomnieć "nowy" interfejs Ubuntu jakim jest Unity - linuksowy odpowiednik kafelków z Winodwsa 8. Wielu użytkowników uznało to za zło konieczne, chociaż pojawiły się poradniki pokazujące jak się pozbyć tego interfejsu na rzecz ładniejszego Gnome'a czy KDE. Dodatkowo dochodzi integracja z usługami wyszkiwania Amazona - po jaką cholerę? Wydawać by się mogło, że Canonical porzuca sprawdzone rozwiąznia na rzecz "nowinek technologicznych". Nowinek, które nie zawsze wyjdą im na dobre. Z punktu widzenia zwykłego użytkownika Canonical stara się zrobić z jeszcze darmowego Ubuntu linuksową kopię Windowsa. I może im się to odbić czkawką. Nie można bowiem zapominać, że świat OpenSource jest szeroki i zawsze znajdzie się jakaś alternatywa. W świecie Linuxa warto liczyć się z głosem społeczności, bo jest to system tworzony przez użytkowników dla użytkowników. Warto też pamiętać, że w jednym z punktów GNU GPL jest: "wolność udoskonalania programu i publicznego rozpowszechniania własnych ulepszeń, dzięki czemu może z nich skorzystać cała społeczność". Więc może znaleźć się ktoś, kto stworzy system przyjaźniejszy od obecnej wersji Ubuntu. I wtedy Canonical będzie w kropce. Na szczęście pozostałe dystrybucje oparte na Ubuntu, czyli Kubuntu, Lubuntu czy Xubuntu są w trakcie implementowanie (o ile już nie zaimplementowały) innych usług, działających na tej samej zasadzie co UbuntuOne. Warto więc pomyśleć nad przesiadką na inne środowisko, mniej zależne od Canoncial...
  4. Większość osób z pewnością kojarzy ten tekst z reklamy Mamby. Jeżeli komuś jednak udało się jakimś sposobem ominąć tą reklamę daję link do .Odrobinę parafrazując stwierdzenie z początku wpisu pozwolę sobie napisać ?Wszyscy mają Kijek Prawdy, mam i ja.? Premiera ostatniego dzieła Obsidian Entertainment miała premierę całkiem niedawno ? dosłownie tydzień temu (premiera światowa odbyła się 4 marca 2014 r.). Jak już wszyscy pewnie zdążyli się zorientować jest to gra na licencji bardzo popularnego serialu, jakim jest South Park. Nie ma chyba na tym świecie osoby, która nie słyszałaby o tym kontrowersyjnym amerykańskim serialu animowany, dla którego nie istnieją tematy tabu. Dlatego nie będę się o nim rozpisywał, skupię się na grze. Tak jak już wspomniałem twórcami tej gry jest Obsidian Entertainment, twórcy takich hitów jak Fallout: New Vegas czy Neverwinter Nights 2. Innymi słowy ? mają już ?trochę? wprawy w tworzeniu gier, a co za tym oczekiwania związane z ?Kijkiem Prawdy? są bardzo wysokie. SPOILER ALERT. You have been warned. ?I name thee? Sir Douchebag.? Sama gra jest ?typowym? RGPiem. Tworzymy postać od podstaw, podobnie jak w większości tytułów jest to początkowo bohater bez imienia (z czasem zostajemy nazwani? Dupkiem), określamy główne cechy fizyczne i? koniec. Sama scena nadania imienia jest symboliczna, niezależnie jakie imię wpiszemy i tak skończymy z imieniem nadanym nam przez Cartmana. Nie określamy żadnych parametrów, statystyk, ilości HP i tym podobnych. Twórcy uznali to za zbędny dodatek i nie mam im tego za złe. Ta gra nie ma uchodzić za najlepszą na świecie grę RPG, ma być tytułem przy którym świetnie spędzimy czas z uśmiechem na twarzy. ?NAGASAKI!? Na początku nie określamy nawet klasy, jaką będziemy chcieli grać ? to dopiero nastąpi później. Razem z określeniem klasy naszej postaci przechodzimy też przez mały tutorial zasad walki. A ta jest dziecinnie prosta ? oparta na turach, każda z kierowanych przez nas postaci może wykorzystać podczas swojej kolejki umiejętność specjalną i atak (dystansowy, wręcz oraz pier? emmm?, ?magiczny?). Należy wziąć pod uwagę że wszystko odbywa się w świecie miasteczka South Park, więc zarówno ataki magiczne jak i klasy postaci są oryginalne. Żeby zachować jako taki balans rozgrywki nasi przeciwnicy awansują razem z nami. Nie dziwi więc, że pod koniec gry przeciwnik, który na początku miał 100 punktów życia ma ich nagle 8000. Każdy z elementów ekwipunku (zarówno broń jak i pancerz) możemy modyfikować poprzez zmianę koloru oraz dodanie ?łatki? modyfikującej. Maksymalnie możemy sobie pozwolić na 2 takie łatki. Osobiście większość gry spędziłem z jednym zestawem modyfikatorów ? dodającym obrażenia od obrzydzenia i regenerującym pewną ilość życia co turę. Broń, którą znalazłem na początku zmieniłem po raz pierwszy dopiero w połowie gry. Później zrobiłem to tylko jeszcze 2 razy. ?Before he was 5 he had 3.2 billion friends on Facebook.? (oraz nieśmiertelne - ?Oh my God, you?ve killed Kenny! Again.?) Fabuła tylko na początku wydaje się prosta ? razem z naszymi rodzicami wprowadzamy się do miasteczka South Park i mamy zdobyć jak najwięcej przyjaciół. W tym celu wychodzimy z domu i udajemy się na spotkanie przygody. W ten sposób spotykamy Butters?a, który namawia nas do wzięcia udziału w zabawie w ?Ludzie i Elfy?. LARP pełną gębą. Gra w grze. W ten sposób spotykam Kenny?ego, Cartmana, Stana, Kyle?a, Clyde?a, Jimmy?ego i całą resztę dzieciaków z South Park. Cartman wprowadza nas w zasady gry, pokazuje tytułowy ?Kijek Prawdy?, o który toczy się zacięta walka pomiędzy ludźmi Cartmana a Elfami Kyle?a. Fabuła wydaje się banalna, prawda? BŁĄD! Tak wygląda tylko pierwszy ?akt?, później fabuła zostaje wywrócona do góry nogami, pojawiają się agenci rządowi, kosmici, Al Gore, Jezus, Mr. Slave i cholera wie co jeszcze. BA! Nawet Morgan Freeman pojawia się na chwilę. Brakuje chyba tylko Yeti. Chyba, bo mógł mi gdzieś umknąć. Zwroty akcji jest łatwo wyczuć, ale za cholerę nie idzie się domyśleć jak w danym momencie może zostać ona wywrócona do góry nogami. Albo kto nagle zdradzi. Albo kto się pojawi. Albo co spadnie z nieba. Albo... [SIEG HEIL!] Tia... Fabuła jest naprawdę mocną stroną tej gry. ?Screw you guys, I?m going home.? Całość gry jest do przejścia w jakieś 8-9 godzin. Ja na to potrzebowałem soboty i niedzieli. Jak każdy tytuł cierpi jednak na swoje bolączki, nie są jednak wyjątkowo upierdliwe. Owszem, musiałem parę razy ładować ostatni zapis, bo podczas walki gra mi wariowała i nie wykonywała moich ataków. Raz postać mi gdzieś wyparowała, ze 2 razy nie wiedziałem gdzie dalej iść lub jak się dostać do następnej lokacji. Jednak nie są to problemy, które uniemożliwiłyby mi czerpanie radości z tego tytułu. Mimo że serialu jako takiego nie oglądam, było parę scen przy których szeroko się uśmiechnąłem. Nawet ciągłe drwienie ze Skyrima nie jest denerwujące, a 8-bitowa Kanada ma swój klimat. Jak dla mnie jest to tytuł, w który warto zagrać. Nawet jeżeli nie zna się serialu.
  5. Jestem świeżo po obejrzeniu drugiej części ?Hobbita? ? ?Pustkowie Smauga?. Osobiście wolę oryginalny tytuł (?The Desolation of Smaug?), ponieważ wydaje się bardziej? mroczny. Nie chcę z tego tworzyć recenzji, bo się na tym nie znam. Opiszę pokrótce swoje odczucia jakie mam po tym filmie. A są mieszane. Owszem, Jackson stanął na wysokości zadania ? kolejny film z epickim rozmachem, cudowne krajobrazy, idealna gra aktorska. Można tak wymieniać w nieskończoność. Efekty specjalne są piękne, bardzo mi się podobały. Zwłaszcza pierwsze przedstawienie Saurona w ?Hobbicie? (poniekąd także pokazuje w fajny sposób genezę jego nowej formy ? Oka). Jednak film to nie tylko efekty specjalne i gra aktorska. Główną częścią każdego filmu jest fabuła. Rozszerzona wersja ?Władcy Pierścieni? trwa w sumie ponad 12 godzin. Pół dnia. Jeżeli ktoś jest wytrwały może obejrzeć to w przeciągu jednego dnia. Główną zaletą ?Władcy? było trzymanie się książek Tolkiena. Scenarzyści nie wrzucali na siłę swoich własnych pomysłów, starali się dokładnie przenieść na wielki ekran powieść. Pierwsza część ?Hobbita? również miała pewną ilość zbędnych wstawek, nie były jednak one aż tak nachalne (z wyjątkiem sceną w jadalni, ale to jeszcze jakoś jestem w stanie im wybaczyć). To co mnie najbardziej uderzyło w Hobbicie to zbędne wątki. Mam właśnie przed oczami książkę i? jestem mocno rozczarowany. Pomijam głupotki fabularne, które zostały zmienione w celu uatrakcyjnienia akcji. Ale są rzeczy których nie sposób darować. Mógłbym zacząć wymieniać różnice fabularne, ale nie widzę w tym celu. Po pierwsze ? spoilery. Nie chcę psuć nikomu książki ani filmu. Za bardzo. Ale jednak jestem do tego zmuszony. Wątek miłosny!? Fili (a może to był Kili) zraniony strzałą Morgulu!? Orki atakujące królestwo elfów!? Serio? To są trzy przykłady, których nie widzę w książce, a mimo wszystko są w filmie. Jest tego dużo, dużo więcej? Cały dodatkowy wątek dotyczący Gandalfa też nie wiem skąd się wziął. Ale to akurat miało sens. Owszem, wiem że zaraz się ludzie zaczną czepiać. Że to ma na celu uatrakcyjnienie filmu. Że się tylko czepiam. Sprawienie że będzie przystępniejszy. Bardziej naładowany akcją. DŁUŻSZY. Nie oszukujmy się, pierwszy ?Hobbit? w wersji animowanej trwał ze 2 godziny. Ale było to wierne przeniesienie książki na ekrany. Boję się co scenarzysta wymyśli na trzecią część ?Hobbita??
  6. Ja w tym wpisie miałem ich znacznie więcej, ale wszystkie sukcesywnie starałem się wyłapać w kolejnych edycjach
  7. Każdy mniejszy lub większy fan motoryzacji wie, co oznacza ta melodia. Od blisko 11 lat kojarzy się z Top Gear, brytyjskim programem motoryzacyjnym. Programem jedynym w swoim rodzaju, bowiem nie zajmuje się samochodami dla typowego Kowalskiego. Zajmuje się samochodami z najwyższej półki, opisując ich osiągi, zachowanie na drodze i ilość frajdy, jaką daje prowadzenie supersamochodu. Ale są też wyjątki. Na magię tego programu składa się specyficzny sposób prowadzenia przez Jeremy'ego Clarksona, James'a May'a oraz Richard'a Hammond'a, niesamowita aura tajemnicy wokół kierowcy testowego znanego jako STIG, okazjonalne zadania specjalne wymyślane przez producentów i prowadzących, dziwne testy samochodów oraz podejście do tematu. W sobotę 21 września każdy, kto nabył bilet na to show mógł na własnej skórze poczuć i zobaczyć w czym tkwi ta magia. Według organizatorów na Stadionie Narodowym w Warszawie zebrało się blisko 58 tysięcy ludzi. 58 tysięcy ludzi czekających na Chomika, Orangutana oraz Powolnego i ich brytyjski humor. Przedsmakiem wszystkiego była edycja specjalna "Verva Street Racing". W moim odczuciu zostało to wstawione jako specyficzna "zapchaj dziura". Łatwo było odnieść wrażenie że wyścigi były po prostu ustawione, od samego początku było wiadomo kto wygra. Ale takie prawo organizatora... Wyścigi drifterów, wyścig samochodów biorących udział w Dakarze, pokaz Mercedesów AMG, wyścig samochodów z różnym typem napędów, samochód NASCAR z widlastą ósemką... Było na co popatrzeć oraz czego posłuchać. Ale to tylko była przystawka. To co nastąpiło później można opisać dwoma słowami - F*CKING AMAZING! Na sam początek bez zbędnego przeciągania prowadzący zrobili rundkę honorową swoją sceną. Tak, tą samą sceną, z której prowadzą swoje show w Anglii. "Using a hammer only" Clarkson zamontował do niej silnik V8 z Corvetty. Ten sam silnik, który wykorzystał do budowy swojego blendera. Oraz bujanego fotel, który zdezintegrował babcię... "Ladies and gentleman, alive, fat and kicking - Jeremy Clarkson. Born 50 years ago already in his fifties - James May. Little one and kicking - Richard Hammond. And don't forget about our team racing driver - the Stig!" Każdy kto widział choć jeden odcinek Top Gear wie, jakie poczucie humoru mają prowadzący. Zaczęło się od Niemców, książek Clarksona oraz hydraulików. W trakcie całego show oberwało się też naszemu "basenowi narodowemu" i pływaniu synchronicznemu: "- We can't open the roof. - Why not? - It's not raining. - So.... you open the roof when it rains? - Yes, and then you have the national swimming pool." Well played chaps, well palyed. Wracając do tematu. Motywem przewodnim show były igrzyska olimpijskie. A dokładniej - ich motoryzacyjna odmiana. Dostaliśmy więc ceremonię otwarcia z popisami "Top Gear Stunt Team", curling samochodami, wyścigi rydwanów, skoki przez "płotki", pokaz piękności oraz wyścig. W przerwach między kolejnymi dyscyplinami swoimi popisami nasze oczy cieszyli kaskaderzy - płonące samochody, drift ciężarówką, jazda precyzyjna, przejazdy pod koparkami... Wszystkie dyscypliny zaczęły się od wyścigów rydwanów. Rydwanów, w których konie zostały zastąpione skuterami. Tak więc zamiast mocy 1-2 koni każdy rydwan dysponował mocą 28 koni. Mechanicznych. Jak powiedział Clarkson "I've built them last week using nothing else but a hammer. Those outfits too." Do wyścigu dołączył Stig, który jak zawsze (no prawie zawsze...) - wygrał bez problemów. Następnie mieliśmy curling. W rolę kamieni wcieli się dwa samochody, specjalnie przygotowane do tej konkurencji. Czy jest coś bardziej radującego oko niż widok pędzącego samochodem Hammonda, który za wszelką cenę chce uderzyć w samochód Clarksona? Dla mnie nie ma. Po curling James i Richard próbowali ulepszyć bieg przez płotki. Początkowo płotki chcieli zastąpić gokartami. Dla zawodowca nie stanowiło to problemu. James więc podniósł poprzeczkę, tłumacząc że osoby z wyższych rzędów nic nie widziały. Zastąpił więc gokarty samochodem. I to nie byle jakim. Użył w tym celu Lamborghini Gallardo. Jednak to też nie stanowiło przeszkody dla sportowca. Poskładany w całość po curlingu Clarkson wpadł na pomysł pokazu piękności. Na płytę wjechały takie cudeńka jak Aston Martin DBS, Lamborghini Aventador, Ferrari 458, Ariel Atom, KTM X-Bow, Dodge Viper, Rolls-Royce Phantom, Porsche 911 GT3, Fotd GT, Morgan Aero, Audi R8 V10, Lamborghini Gallardo. Padło jedno pytanie - którym samochodem chciałbyś wrócić do domu i używać go na co dzień? "- 458. - You're an idiot James. - Why? - You own an 458. - Yes. - A yellow one. Like this one. - Yes. - So you want a second one? - Yes. - You're an idiot. - Hammond, and what about you. - 911 GT3. - Moron! - ?! - We are in capitol of Poland and you've chosen car desinged by Hitler! - What!? - It's a Bettle! - No it isn't. - Yes it is!" Po tym pokazie nastąpił krótki pokaz umiejętności kaskaderskich. Po nim - wyścig. Relikty polskiej motoryzacji - Polonez, Fiat 125p i Maluch reprezentujący Polskę kontra samochody na miarę Top Gear. Panie i panowie - RELIANT ROBIN! Żeby wyścig był fair do Brytyjczyków dołączył Stig. Ale wynik i tak był łatwy do przewidzenia. Na każdym okrążeniu Robiny co najmniej raz leżały na boku, więc nawet Maluszek nie miał problemu z dojechaniem do mety na zaszczytnym trzecim miejscu. Dachujący Stig nie jest częstym widokiem. A już na pewno nie oszukujący i jeżdżący na skróty. Całość show zamknął mecz piłki nożnej. W samochodach. Wynik - 6:3 dla Polski. Pod koniec meczów Swifty były bardzo mocno poobijane. Czy warto było iść? TAK, TAK, TAK! Każdy kto uważa inaczej jest w błędzie. Była to chyba najlepsza impreza jaka miała miejsce w Warszawie w ostatnich miesiącach. Oby było więcej takich! Jeremy Clarkson - "Now a bit of health and safety. Remember, you are on public roads, so for heavens sake - DRIVE FAST"
  8. Opera 12 była taka sama przed zmianami w Operze Link trzymam wszystkie hasła, zakładki, szybkie wybieranie i całą resztę. Dodatków nie trawię, nie cierpię i nie potrzebuję - dlatego cieszył mnie fakt że ten pliki INI rozwiązywał problem reklam. Słowniki - zintegrowane. Nawet klient poczty działał, co do szybkiego podglądu służbowego maila wystarcza. Co do szybkości działania, każdy patrzy pod innym kątem. Jeżeli otwierasz na starcie przeglądarki mnóstwo kart wszystko straci na płynności.
  9. Dla większości użytkowników internetu słowo "opera" kojarzy się z przeglądarka internetową. Nie jest ona zbyt popularna, w rankingach popularności przegrywa z Mozilla Firefox i Google Chrome (średnio zdobywa 2-3% w badaniach). Jednak to, co wyróżniało przeglądarki spod znaki czerwonej litery "O" była innowacyjność. Karty, gesty myszy ułatwiające obsługę, oddzielna zakładka dla pobieranych plików, zintegrowany klient pocztowy i czatu, wsparcie protokołu BitTorrent itp. Niestety "wyróżniało", ponieważ od momentu porzucenia silnika Presto na rzecz bardziej popularnego WebKita przeglądarka stała się bardzo mocno podobna do konkurencji. Czemu o tym piszę? Ponieważ widząc Operę 15 miałem wrażenie, że programiści postanowili mieć w nosie przyzwyczajenia "starych" użytkowników. Osobiście z Opery korzystam od roku 2006, więc parę wersji stabilnych i testowych mam już za sobą. I do tej pory wszystkie wprowadzane zmiany były postępowe i łatwo było je zrozumieć. Niestety, nadszedł czas zmian. Dużych zmian. Już w momencie pobierania przeglądarki byłem zdziwiony - do tej pory Opera była tworzona zarówno pod procesory 32-bit jak i 64-bit, jak również dla większość systemów operacyjnych (w tym Linux, na którym pracuję). Teraz na stronie pobierania jest dostępna tylko jedna wersja - 32-bitowa dla systemów Windows... Dla Linux'a jest na całe szczęście wersja 12 (dostępna jest też na serwerze FTP dla innych platform). A to tylko dotyczy poziomu samej aplikacji i jak została napisana. W samej Operze też zaszły drastyczne zmiany. Zacznijmy od znanej i lubianej opcji "Opera Link". Otóż - zniknęła. Owszem, Opera 15 importuje wszystkie ustawienia i hasła ze swojej poprzedniczki. Robi to jednak w sposób tak nieudolny, że 30 zakładek trzymanych na pasku wskoczyło mi na szybkie wybieranie. ocb?! Samo szybkie wybieranie stało się dziwnie ograniczone i już na starcie sugeruje Twitera, Facebook'a i YouTube. Po co? Ceneo, portal Opery i Google nie wystarczało? Straciłem 10 minut na porządkowanie całego tego bałaganu. Z powodu braku tej opcji można zapomnieć o szybkim imporcie swoich zakładek na innym komputerze - wcześniej wystarczyło się zalogować na swoje konto i gotowe - dane ściągały się same. Teraz niestety tak się nie da. Owszem, programiści piszą na forach że pracują nad implementacją tej opcji, ale zapewne trochę czasu minie zanim będzie to działać. Idąc dalej za ciosem - Opera 12 słynęła z dobrze zabezpieczonych zapamiętanych haseł i łatwego sposobu ich używania. Kombinacja "Ctrl+Enter" automatycznie logowała na stronach gdzie zapamiętaliśmy hasła, niezależnie od lokalizacji formularza logowania. Przydatne na forach, gdzie takowy formularz jest na samym dole - kombinacja Ctrl+Enter nie kazała mi przewijać na sam dół żeby się logować... Także hasła były zabezpieczone - Opera zapisywała wszystkie dane do szyfrowanego pliku wand.dat. Dodatkowo można było ustawić hasło główne - podawane raz na początku sesji lub co określony czas. Nie było jednak możliwości podejrzenia haseł, ale nikt się tym nie przejmował - wspomniana wcześniej Opera Link kopiowała i przenosiła między przeglądarkami też hasła. Owszem, są programy które łamią ten plik, ALE nie zmienia to faktu braku możliwości podejrzenia haseł "na żywo" w ustawieniach (tak jak ma to miejsce w Firefox'ie). Funkcja "Opera Turbo" cały czas jest, zmieniła tylko nazwę na "Tryb off-road". Dużo z tego nie korzystałem, podejrzewam że zasada działania jest taka sama - kompresuje strony przy w celu ograniczenia zużycia transferu. Pozwalało to uniknąć konieczności ładowania dużych grafik czy wyłączenia części filmików. W przypadku reklam niektórzy użytkownicy narzekali na brak AdBlocka. Twierdzili że byli przytłaczani przez reklamy. W Operze 12 AdBlock był zbędny, ponieważ w sieci istnieje gotowy plik INI, który je filtruje. Nie obciąża zbędnie systemu, a działa. Po wrzuceniu go do folderu Opery SKUTECZNIE blokował 99% reklam. W przypadku AdBlocka nie wszystkie reklamy są blokowane. Niestety w Operze 15 ten plik nie działa i jedyną nadzieją jest raczkujący AdBlock napisany dla Opery na nowy silniku. Próbowałem z niego korzystać, ale uparcie nie chciał załadować definicji reklam. Nawet gdy mu się to udało były problemy z ich blokowaniem. Sam panel ustawień przeglądarki wygląda na wyjęty żywcem z Chrome'a. Nie otwiera się w postaci osobnego okna dającego dostęp do 110% opcji konfiguracji tylko jako dodatkowa karta w przeglądarce. Dodatkowo wersja 12 dawała dostęp do nadmiaru opcji po wpisaniu w pasku adresu "opera:config" (samo wpisanie "opera:" pozwala zobaczyć co jesteś w stanie sprawdzić i zmienić. Jest tego naprawdę dużo). Również sam sposób uruchamiania Opery 15 jest inny. Wcześniej był to jeden proces, który potrafił pożerać mnóstwo pamięci (Opera.exe zajmująca 2.5GB, z powodu 50 kart...). Bywały czkawki i lagi, jednak działało. Teraz każda karta to oddzielny proces. Rozumiem że ma to poprawić stabilność, ale jak dojdziemy do tego, która karta nam się zawiesiła? Porównałem też zużycie pamięci w wersji 12 i 15 dla tych samych otwartych kart. Poprzedniczka miała niższe zużycie pamięci, 15 otworzyła wszystko w osobnych kartach i czuć było że zwolniła. Chciałbym jakoś podsumować to moje narzekanie, ale nie bardzo wiem jak. Opera 12 ostatnimi czasy ma wyraźnie swoje problemy z obsługą Facebook'a i części innych stron (na forach pada podejrzenie na źle napisaną wtyczkę Flash) i poniekąd zmusza to do szukania alternatywy. Jednak Opera 15 (spory skok w numeracji) wprowadza ZA DUŻO innowacyjności na raz, sprawiając że użytkownik przyzwyczajony do 12 może się czuć zagubiony. Będąc praktycznie pod ścianą musiałem porzucić swojego wieloletniego przyjaciela na rzecz konkurencji - w domu korzystam z Firefox'a. Porzuciłem go jednak tylko częściowo w pracy bowiem pozostałem przy Operze i starych nawykach (głównie z powodu pracy na Linuxie, gdybym miał inny system też niestety musiałbym się z nią pożegnać... ). Quo vadis, Opera?
  10. Darwinię dopiero co ściągnąłem. w Multiwini ogarnąłem dopiero tutorial Nie dałem rady jeszcze w nie zagrać bo cały czas gnębię Uplink
  11. No właśnie ma zakończenie Jeżeli pomożesz Andromedzie w pracach nad Revelation Twoim ostatnim zadaniem jest zainfekowanie tylu systemów ile fizycznie dasz radę Później dostajesz EndGame z informacją że Revelation zainfekował Twój gateway mi się też przytrafił endgame, bo non-stop mieli na mnie haka, ale domyślam się że to mój błąd był - nie zaczynałem bouncingu od InterNICu i nie kasowałem logów
  12. Czym jest Humble Bundle każdy internauta już mniej więcej wie. Można powiedzieć że jest to pewnego rodzaju wyprzedaż. W odróżnieniu jednak od "Steam Summer Sale" czy "GOG.com Holiday Sale" to my określamy kwotę za jaką chcemy kupić oferowany w danym momencie pakiet gier (najczęściej od jednego producenta). Od pewnego czasu istnieje także "Humble Weekly Sale" zmieniający co tydzień swoją ofertę. Nie zmienia to jednak faktu, że za oferowany gry możemy zapłacić 1 dolara. W przypadku części tytułów możemy dostać klucz Steam, czasem może się jednak zdarzyć że instalator musimy pobrać samodzielnie - albo bezpośrednio z serwera producenta albo przy wykorzystaniu sieci BitTorrent. Na chwilę obecną w ofercie "Weekly Sale" są tytuły stworzone przez Introversion Software. Płacąc dowolną kwotę dostajemy gry Uplink, DEFCON, Darwinia oraz Multiwinia. Dzisiaj jednak chciałbym napisać o pierwszym z tych tytułów oraz wspomnieć co nieco o drugim. "Uplink: Trust is a weakness" jest tytułem wypuszczonym na rynek w 2001 roku. Tytuł ten można określić symulatorem hackera. Ale nie takiego, który przy pomocy swojej wiedzy pisze programy łamiące zabezpieczenia czy wykrada ściśle tajne dane wywiadowcze. Jest to raczej hacker w filmowym znaczeniu. Gracz wciela się w agenta korporacji Uplink, która zrzesza hackerów. Z początku nie widać w grze żadnego zalążku fabuły - wykonujemy po prostu poszczególne zadania, ulepszamy swój sprzęt, oprogramowanie i zdobywamy doświadczenie. Dzięki temu jesteśmy w stanie włamywać się do coraz trudniejszych systemów. Włamanie się do banku i zrobienie paru "lewych" przelewów na nasze własne konto wydaje się banalne. Musimy jednak pamiętać o zacieraniu śladów. Inaczej korporacja Uplink wyprze się nas a my skończymy w więzieniu. W pewnym momencie jednak można dostrzec coś na kształt fabuły. Dostajemy wiadomość od jednego z hackerów, który nawiązał współpracę z jedną z korporacji i podejrzewa, że chcą oni doprowadzić do zagłady Internetu. Później dostajemy ostrzeżenie od rzeczonej korporacji że o nas wiedzą i że mają dla nas "ofertę nie do odrzucenia". Od tego momentu wszystkie nasze decyzje mają wpływ na całokształt sieci - czy pomożemy tej korporacji czy będziemy starać się ich powstrzymać to nasz wybór. W zależności od tego co zrobimy koniec gry może być różny. Mimo, że gra została wypuszczona w 2001 roku, a jej fabuła jest osadzona w roku 2010 tytuł jest bardzo wciągający. Zanim się zorientowałem Steam oznajmiał mi, że czas spędzony w grze to 10 godzin... Mimo swojej prostoty tytuł zainteresuje każdego. Dodatkowym plusem jest muzyka, która wpada w ucho. Drugim tytułem, o którym chciałbym wspomnieć jest "Defcon: Everybody Dies". Gra została wydana w 2006 roku i jest symulatorem globalnej wojny termonuklearnej. Nie miałem jeszcze okazji zagrać w dłuższą sesję, ale tytuł wygląda na interesujący. Gra nawiązuje do filmu "WarGames" z 1983 roku. Głównym celem gracza jest unicestwienie swoich przeciwników. Do dyspozycji dostaje międzykontynentalne rakiety balistyczne, okręty wojenne uzbrojone w rakiety balistyczne krótkiego zasięgu, łodzie podwodne oraz myśliwce. Zaraz po rozpoczęciu rozgrywki mamy chwilę na rozstawienie swoich jednostek i wprawienie w ruch flot. Wraz z rozpoczęciem gry mamy DEFCON 5. Wraz z postępem czasu poziom obronności stopniowo rośnie. Od poziomu 3 rozpoczynają się pierwsze działania zbrojne. Wraz z osiągnięciem DEFCON'u 1 do akcji wchodzi broń atomowa. W zależności od wybranego typu rozgrywki warunki zwycięstwa mogą być różne, jednak najczęściej chodzi o zupełną dominację. Mimo że gra wydaje się prosta osiągnięcie zupełnej dominacji może być trudne. Tytuł ten polecam głównie z powodu innego typu rozgrywki niż w pozostałych RTSach, gdzie ciągle uzupełniamy jednostki. Tutaj musimy sobie poradzić głównie z tym, co dostajemy na początku rozgrywki.
  13. Wakacje oficjalnie się zaczęły, więc sklep Steam zaczął swoje letnie wyprzedaże. Bardzo często można natrafić na taką grafikę z tym faktem związaną: Niestety i mnie w tym roku dopadły steamowe wyprzedaże. Ponieważ dużo czasu na granie mimo wszystko nie mam, postanowiłem pójść po minimum i zakupiłem tylko dwa tytuły za mniej niż 10 euro - GTA IV oraz rzeczony w temacie Sniper Ghost Warrior 2. Dzisiaj o tym drugim. Sniper Ghost Warrior 2 jest kontynuacją gry Sniper Ghost Warrior. Tak samo jak w poprzedniej grze jesteśmy "samotnym" strzelcem za liniami wroga. Tia... Może to ładnie brzmi, ale gra jest znacznie bardziej banalna. Na pierwszy ogień weźmy tą "samotność". W odróżnieniu od Sniper Elite i Sniper Elite V2 od Rebellionu gdzie przez cały czas jesteśmy zdani na siebie i własne umiejętności strzeleckie, tutaj towarzyszy nam obserwator w postaci kierowanego przez AI NPCa lub głosu z centrali. Tylko 2 razy byłem zdany tylko i wyłącznie na siebie. Ale trwało to krótką chwilę. Podczas wykonywania zadań jesteśmy uzbrojeni tylko w dwie bronie - karabin snajperski i wytłumioną broń krótką. Do tego dochodzą 2 apteczki i ekwipunek specjalny (noktowizor lub termowizor). Niestety broni nie da się ich w żaden sposób modyfikować czy zmienić - uzbrojenie, które dostajemy na początku misji mamy ze sobą do jej zakończenia (bardzo rzadko można podnieść karabin snajperski poległego wroga). Czasem można dokonać cichego zabójstwa nożem, ale zastanawiam się po co. Równie dobrze mogę stanąć 2 metry za przeciwnikiem i wpakować mu kulkę w plecy z broni krótkiej. Na szczęście twórcy zrezygnowali z etapów, w których dostajemy w ręce karabin i idziemy "Fast N' Loud". Tym razem wszystko odbywa się tylko przy użyciu wytłumionej broni. Mimo że sercem gry jest CryEngine 3 znany wszystkim z Crysisa 2 i Crysisa 3 nie bardzo da się to odczuć. Etapy są bardzo liniowe, nie pozwalają na żadną inwencję twórczą - cały czas idziemy zgodnie z wytyczoną trasą, nie można zastawić pułapki czy nawet się rozejrzeć po okolicy. Sama mechanika oddawania strzału jest wykonana bardzo dobrze, jednak bullet cam jest okropny. Równie dobrze można go wyłączyć. W Sniper Elite mamy podgląd jakie zniszczenia w ciele dokonuje nasz pocisk. Tutaj - trasę lotu pocisku i moment uderzenia. Podziękuję za to. Na poziomie łatwy i średnim w celowaniu pomaga nam czerwone kółko, które pokazuje gdzie uderzy pocisk. Natomiast poziom trudny jest prawdziwym wyzwaniem - sami musi wiedzieć gdzie trafimy, nie mamy żadnego wspomagania. Fabularnie gra jest bardzo przewidywalna. Mamy przejąć niebezpieczny ładunek podczas czarnorynkowej transakcji. Okazuje się jednak że jest to zasadzka, później następuje retrospekcja i nadchodzi czas na zemstę. Bardzo znany schemat. Nudny schemat. Całość jest podzielona na 3 dość krótkie akty. Akt I odbywa się w bliskiej przeszłości gdzieś na filipinach, zgodnie z chronologią gry - "tydzień temu". Akt II przenosi nas 20 lat wstecz, do roku 1993 na tereny Serbii. Akt III przenosi nas do dnia dzisiejszego na teren Himalajów. Jeżeli wierzyć Steamowi ukończyłem grę w jakieś 9 godzin - przy czym przez 2 godziny gra była zminimalizowana na pasku a ja zajmowałem się czymś innym. Czytając oficjalną stronę City Interactive mam wrażenie że grałem w inny tytuł niż opisywany. Owszem, zróżnicowanie terenu było. Nie wniosło ono nic do rozgrywki, cały czas mamy liniowe lokacje, w których ciągle idziemy przed siebie. CryEngine 3 przecież pozwala na stworzenie dużych otwartych powierzchni, na których można rozmieść odpowiednie cele. Szkoda, że taki potencjał został zmarnowany. Szkoda, że kupiłem ten tytuł w ślepo, bez obejrzenia gameplaya na YT... Z całej gry zapamiętałem tylko jedno zdanie. Zdanie z "Rifleman's Creed": "My rifle is my best friend. It is my life."
  14. Łódź, 3 lipca 2013. Gdańsk, 4 lipca 2013. Te dwie daty doskonale pokazują że starych wyjadaczy nie można w łatwy sposób przekreślić. W tych dniach miały miejsce w Polsce dwa koncerty najwybitniejszego zespołu heavy metalowego, Iron Maiden. A wszystko w ramach trasy "Maiden England World Tour". Supportem dla obu tych koncertów był brytyjski zespół Voodoo Six. Miałem to szczęście że byłem na łódzkim koncercie w tzw. Golden Circle. Były to pierwsze koncerty Żelaznej Dziewicy w Polsce od 2008 roku i ich ostatniego koncertu w Warszawie. Koncerty, które jak zawsze przyciągają tłumy fanów i frekwencja wynosi co najmniej 100%. Co najmniej, bo często poza sprzedanymi biletami wiele osób stoi tuż za ogrodzeniem byle tylko usłyszeć zespół. Koncerty, które zawsze mają rozmach. Tak jak wcześniej wspomniałem trasa nazywa się "Maiden England World Tour". Jest to nawiązanie do nagrania wideo z trasy "7th Tour of a 7th Tour" z 1988 roku. Film został wydany w 1989 z tytułem "Maiden England". Podczas tamtej trasy zespół promował swój album "Seventh Son of a Seventh Son". W związku z tym cała scenografia i setlista nawiązywała do tamtej trasy. Podczas środowego koncertu w Łodzi scena została przygotowana w odcieniach niebieskiego, przedstawiając lodowiec widoczny na okładce albumu "Seventh Son of a Seventh Son". Całość koncertu zaczyna się od intra w postaci " " nagranego przez Nicka Ingmana oraz Terry'ego Devine-Kinga. A później jest tylko lepiej.Ironi zaczynają od "Moonchild", następnie płynnie przechodzą do "Can I Play with Madness". "We want information, information" doskonale wszystkim mówi, że następnym utworem w kolejności będzie "The Prisoner". Szybkie intro gitarowe i od razu mamy "2 Minutes to Midnight". Dopiero teraz następuje chwila przerwy. Bruce wspomina poprzednie koncerty, stara sobie przypomnieć kiedy ostatni raz grali w Łodzi - było to bardzo dawno temu... Przypomina koncert z Anglii, gdzie podczas wykonywania "Aces High" nad sceną przeleciał Spitfire. Pada parę miłych słów o Polakach. Całość wypowiedzi podsumowuje pytaniem "Are you <<Afraid to Shoot Strangers>>?". Więcej mówić nie trzeba. Spokojne intro gitarowe i standardowo refren zostaje wyśpiewany przez całą halę. Każde wykonanie "The Trooper" wiąże się z pojawieniem się Bruce'a z "Union Jackiem" w mundurze stylizowanym na brytyjski "red coat". Przed "The Number of the Beast" są pewne problemy techniczne, intro zacina się parę razy i zapętla. Na szczęście nie są one poważne, po chwili wszystko działa. Oświetlenie w międzyczasie zmienia się z czerwonego na zielone. Dodatkowo na scenie pojawia się "Beast" we własnej osobie! W trakcie rozpoczęcia refrenu każdemu uderzeniu w perkusję towarzyszy słup ognia - idąca falą z jednej strony sceną na drugą aby na "yeah" strzelić wszystkimi dyszami na raz. Kolejne krótkie intro mówione przez Bruce'a i zaczynamy "Phantom of the Opera". Solówki gitarowe były wydłużone do bezpiecznego maksimum, pozwoliły one złapać Dickinsonowi złapać oddech za sceną. Ale nie ma mu się co dziwić - biega po scenie jak szalony, stara się być w dwóch skrajnych punktach sceny równocześnie. "Run to the Hills" zaczęło się standardowo, jednak podczas wykonywania utworu muzykom towarzyszyła kolejna wariacja Ediego - tym razem w postaci 3 metrowej postaci ubranej w mundur konfederata i z szablą w ręku. "Wasted Years" pozwoliło wszystkim muzykom złapać większych oddech, utwór praktycznie "przeleciał" bez zauważenia. W przypadku "Seventh Son of a Seventh Son" za perkusistą na scenie pojawił się Eddie ze szklaną kulą: Tak samo jak na obrazku powyżej, na scenie były też świece z obu stron. Podczas całego utworu unosił się z nich płomień. Dodatkowo pojawił się manekin grający na organach. "The Clairvoyant" zaczął się solówka na basie w wykonaniu Harrisa. Solówce, która trwała odpowiednio dłużej jak na koncertowe standardy."Fear of the Dark" nikomu nie trzeba było przedstawiać. "Are you afraide of the dark?". W górę powędrowały nieliczne zapalniczki, a Bruce mógł nic nie robić. Cały utwór został praktycznie wyśpiewany przez ludzi na hali. Musiał tylko odpowiednio zaczynać kolejne zwrotki, ale to wszystko. Czasem wspierał publiczność na dłużej. Słowa "Fear of the dark, fear of the dark" chyba słyszał każdy w promieniu paruset metrów wokół Atlas Areny. Całość głównego występu muzycy zakończyli utworem"Iron Maiden". Razem z Eddiem: Czy to było wszystko? Nie. Brawa i okrzyki "Maiden!" brzmiały dłuższą chwilę. Jednak po chwili z głośników dało się słyszeć przemowę Churchilla: "We shall go on to the end. We shall fight in France, we shall fight on the seas and oceans, we shall fight with growing confidence and growing strength in the air, we shall defend our island, whatever the cost may be. We shall fight on the beaches, we shall fight on the landing grounds, we shall fight in the fields and in the streets, we shall fight in the hills; we shall never surrender." Jeżeli ktoś jest fanem Ironów doskonale wie co to oznacza. Resztę odsyłam . Nic dodać, nic ująć. Panie i panowie - "Aces High". Tak samo jak w poprzednich utworach tak i tutaj efekty pirotechniczne towarzyszyły muzyce w ważniejszych momentach. "The Evil That Men Do"... Refren wyśpiewany przez fanów. "...lives on and on!" Na sam koniec zagrany został utwór z pierwszego singla. Poniekąd najmniej pasujący do późniejszego klimatu Ironów. "Running Free". Utwór, który Bruce Dickinson wykorzystał do pożegnania się z fanami i przedstawienia każdego z członków zespołu. "I'm running free yeah, I'm running free!" Dave Murray, Adrian Smith, Janick Gers, Steve Harris, Nicko McBrain. O każdym pada parę słów. Szkot, Walijczyk, polskie korzenie, kolejny Szkot, "wychodzi na to że jestem jedynym anglikiem." "Thank you Poland, you were amazing!" Refren "Running Free" jest jeszcze parokrotnie powtarzany, ale wszyscy już wiedzą że niebłagalnie zbliża się koniec. Dwie bite godziny doskonałego grania. Mimo wysokiej ceny za bilet nie żałuję ani jednej wydanej złotówki. Gdybym miał możliwość siedziałbym dzisiaj w Gdańsku i wykrzykiwał "I'm running free!". Mogę powiedzieć napisać tylko jedno (głosu jeszcze nie odzyskałem, więc z mówieniem mogą być problemy) - "UP THE IRONS!" Setlista: "Moonchild" (from Seventh Son of a Seventh Son, 1988) "Can I Play with Madness" (from Seventh Son of a Seventh Son, 1988) "The Prisoner" (from The Number of the Beast, 1982) "2 Minutes to Midnight" (from Powerslave, 1984) "Afraid to Shoot Strangers" (from Fear of the Dark, 1992) "The Trooper" (from Piece of Mind, 1983) "The Number of the Beast" (from The Number of the Beast, 1982) "Phantom of the Opera" (from Iron Maiden, 1980) "Run to the Hills" (from The Number of the Beast, 1982) "Wasted Years" (from Somewhere in Time, 1986) "Seventh Son of a Seventh Son" (from Seventh Son of a Seventh Son, 1988) "The Clairvoyant" (from Seventh Son of a Seventh Son, 1988) "Fear of the Dark" (from Fear of the Dark, 1992) "Iron Maiden" (from Iron Maiden, 1980) Bis: "Churchill's Speech" "Aces High" (from Powerslave, 1984) "The Evil That Men Do" (from Seventh Son of a Seventh Son, 1988) "Running Free" (from Iron Maiden, 1980)
  15. Wracam do tematu, który lubię. Do tematu muzyki. Parę dni temu przeglądając pewne forum w poszukiwaniu nowości muzycznych w kategorii "metal" natrafiłem na pozycję brzmiącą "Shadow Alliance [Heavy/Power Metal]". Z czystej ciekawości zacząłem szukać informacji na temat tego zespołu i znalazłem ich stronę na MySpace oraz na wszędobylskim Facebook'u. Jak się okazało SA to całkiem młody zespół z Holandii grający metal inspirowany takimi zespołami jak Judas Priest, Iron Maiden czy Dragonforce. Podawanie takich zespołów jako inspiracji zobowiązuje i bardzo wysoko stawia poprzeczkę. Według informacji zawartych na oficjalnym fanpage'u zespołu oraz na ReverbNation grupa została powołana do życia w 2009 roku. Jest to pierwszy krążek zespołu. Właśnie z tego powodu nie spotkałem się z możliwość zamówienia fizycznej płyty (możliwe też, że umknęło mi to), więc musiałem się ratować wersją cyfrową. I nie żałuję, że kupiłem tą płytę! Po przesłuchaniu próbek na CDBaby i utworów na YouTubie wiedziałem, że jest to płyta którą warto mieć. Cena $9.99 to niewiele jak na takie granie. Na całość płyty składa się 8 utworów dających w sumie 48 minut dobrego grania. Już na początku pierwszego utworu wyraźnie słychać, że inspiracje innymi zespołami power metalowymi wyszły holendrom na dobre. Szybka perkusja, dobrze wpasowana melodyjna gitara oraz wokal nasuwają na myśl Judas Priest i Blind Guardian. Niesamowite riffy oraz piękne, nagłe zwolnienia tempa (zwłaszcza w "Weakling Surrender") pozwalają wierzyć że zespół ma przed sobą świetlaną przyszłość. W części riffów słychać inspirację zespołem Dragonforce, ale utworom wychodzi to przeważnie na dobre (przeważnie, bowiem w "Initiate the Masterplan" jest on trochę za cichy i przestrojony). Mimo wszystko, jeżeli tak ma wyglądać przyszłość heavy i power metalu jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Shadow Alliance to zespół, na który warto co jakiś czas spoglądać. Może się okazać, że uda im się odnieść światowy sukces. Ocena: 8/10 Skład zespołu: Jeroen van Holst, Kay van Holten, Lizanne Muller, Dave Rapmund, Chris Scheffers Tracklista: Heart of the Matter (07:19) Part of the Masses (06:26) Weakling Surrender (05:58) Initiate the Masterplan (06:01) Killingfields (04:39) Firestorm (06:02) 1001 Arabian Nightmares (05:15) True Heroes Never Die (07:17)
×
×
  • Create New...