Jump to content
  • entries
    64
  • comments
    493
  • views
    59,334

Pat play in Mass Effect 2


Pat5

683 views

 Share

Mass Effect 2 - recenzja


Już dzień przed premierą miałem możliwość złożenia zamówienia na bardzo oczekiwaną przeze mnie grę. Wiadomo jaką. Efekt masy wytwarzał ogromną aurę na całym świecie, a jego blasku trudno było nie zauważyć. Już po premierze nominowana do gry roku, zebrała bardzo wysokie noty w wielu renomowanych serwisach. Czy słusznie? Odpowiem już teraz, by nie trzeba było się zastanawiać przez całą recenzję, a ma odpowiedź brzmi wyniośle: tak. Owszem, jestem tym osobnikiem, który będzie ją zachwalał i bronił we wszelki możliwy sposób. Dlaczemu? Po tą informację zapraszam dalej.

Widoki piękne, niczym naga kobieta w porannym świetle słońca

W stosunku do "jedynki", oprócz całej, ulepszonej grafiki, poprawiono także modele postaci oraz mimikę twarzy. Rozmowa więc, oprócz fantastycznej pracy kamery, wygląda realistycznie i wyśmienicie. Aż chce się gadać! Lecz o tym troszkę później. Wracając do pięknych widoków, to nikt zaprzeczyć nie może, że takowe w Mess Effect 2 dominują. Planety już się nie powtarzają, jak to było w jedynce, a wszystkie się różnią. Zdziwiłem się nawet, gdy mój prom wylądował na planecie pełnej zieleni, tropikalnych palm, kaktusowych krzaczków z biegającymi małpkami, które można było zabić <złowieszczy śmiech>, ćwierkających ptaszków i grzejącego słońca z dwoma księżycami po lewej stronie. Można też dodać, że było tam duże, rozciągające się do równoleżnika, niebieskie i najprawdopodobniej solone morze oraz piaskowe plaże, ale to recenzja całej gry, a nie jednej planety. Daje to do myślenia, jak wspaniale wszystkie planety są przemyślane i zaprojektowane, ile mamy tam szczegółów. Równie dobrze możemy trafić na planetę podobną do księżyca, jak też miasto pełne wysokich drapaczy chmur, nowoczesnych technologi i setki czerwonych taksówek stojących w korkach. Ogólnie rzecz biorąc, grafika stoi na bardzo wysokim poziomie, efekty specjalne wspinają się jeszcze wyżej. Jedyne, co mogę tutejszej oprawie graficznej zarzucić, to nieodłączne w grach BioWare'u niewidzialne ściany oraz przeciętne tekstury, jakie występują tylko na niektórych planetach. Dla oczu - cud, miód!

Nienawidzę techna. Jednak w tej grze mi to nie przeszkadza...

Techno jest niestety nieodłączną częścią wielu misji, czyli tego, co jest przecież jedną z najważniejszych rzeczy w grze. Jednak póki nie zwróciłem uwagi na to, że faktycznie jest to rodzaj muzyki, której nie lubię, grało mi się przy niej przyjemnie, nie zwracałem na nią uwagi. Wręcz pasowała do tego, co oferuje na Mass Effect 2 - czyli klimaty Sci-Fi. To świadczy o oprawie dźwiękowej bardzo dobrze. Jednak prócz techna, mamy (szczególnie na początku i w finale) cudowną, świetną, podniosłą i filmową muzykę. Sam nawet nie wiedziałem ile dobrych kawałków ma ta gra. Później okazało się, że naprawdę dużo - aż prosi się, by właśnie takie nuty dać w czasie, gdy my zajmujemy się eliminowaniem przeciwników ze snajperki. A są to przykładowo:
z samego (tylko, cholera) finału, czy "Normandy Reborn" - z bardzo dobrze zapamiętanego przeze mnie momentu, w którym po raz pierwszy widzimy Normandy SR-2.
Oprawa audio, to oczywiście także dubbing, który - nie licząc polskiego, z którym rozprawię się później - wypada znakomicie. Oprócz piekielnie seksownego głosu Shepardzicy (żeńskiej odmiany Sheparda, którą zdecydowałem nazwać właśnie tak, a co) mamy tu plejadę znanych aktorów. Na szczęście nie jest tu jak w Polsce i znane nazwiska równoważą się ze świetną grą aktorską. Reasumując, dźwięk oceniłbym na 85%, bo nie samym świetnym dubbingiem żyje człowiek. Dla uszu - cud i nie do końca miód.

Fabuła jest krótka i prosta, a zarazem świetna i epicka

Fabuła nie jest dziwna. Co prawda, można na nią narzekać, że to jest płytka, że to krótka, bo główny wątek ogranicza się jedynie do walki ze Zbieraczami, a później Żniwiarzami. Jednak każdy kto ową grę przeszedł, wie, dlaczego to właśnie questy poboczne są jej siłą i najlepszym elementem. To właśnie dzięki poświęconemu czasu w dużej mierze na pozyskiwanie towarzyszy i misje lojalnościowe dla nich, zżywamy się z nimi, chcemy prowadzić jak najdłuższe, ciekawe rozmowy ujawniające ich historię i nie tylko, oraz poprowadzić wątek miłosny ze swoją ulubienicą, bądź ulubieńcem (czemu tylko jeden!?). Jak ta zagrywka się sprawdziła? Wyśmienicie, jak pyszne śmietankowe lody z czekoladową polewą i bitą śmietaną. Jednak tym, którzy mają tej grze do zarzucenia krótki wątek fabularny, niestety zgodzić się trzeba. Lecz ma to swoje uzasadnienie, które podałem wcześniej - zżywamy się ze swoimi towarzyszami, a BioWare'owi oprócz jednego niewypału, świetnie udało się zapoznać nas z nimi i utworzyć więź, która sprawia wrażenie nieurywalnej. Świetnie objawia się to w finałowej misji, gdzie cały czas mamy świadomość, że ta misja może być ostatnią zarówno dla naszych sojuszników, jak i samego Sheparda. Był jeden moment, w którym siedziałem jak na szpilkach, gdy Mordin zsuwał się ku przepaści, a Shepard złapał go w ostatniej chwili. Gdyby główny wątek fabularny zawierał tysiąc misji, a tych dla naszych kompanów kilka, twórcom nie udałoby się utworzyć takiego przywiązania. Według mnie jest jak najlepiej, a twórcy poszli w dobrą stronę stosując takowe rozwiązanie, więc na stronę fabularną narzekać nie można. Druga sprawa to długość gry, o której też wspominali maruderzy. Sądzę, że wiąże się to z jakim nastawieniem podchodzimy do gry - jeżeli oczekujemy od niej czegoś wielkiego, co nas w sobie zakocha i pozwoli totalnie wsiąknąć w świat gry, to będziemy próbowali czerpać z niej jak najwięcej (zwiedzać wszystkie galaktyki, zrobić wszystkie questy, jak najwięcej rozmawiać z innymi), a znam osoby, którzy dobili się tutaj nawet do 60 godzin. Jeżeli jednak pójdziemy w drugą stronę i przelecimy tą grę, niczym żmudną strzelankę (zero zwiedzania planet, zero side-questów związanych z pomocą dla towarzyszów, robienie samych misji zalczających się do wątku głównego), to wynik może wahać się pomiędzy 20 godzinami. Ja ukończyłem ME2 prawie dwa razy szybciej, niż ten w pierwszym przypadku, bo ponad 30 godzin. Nie zaliczam się więc do ani jednej z wymienionych grup. Grałem "średnio" - nie gnałem szybko do przodu, aczkolwiek zwiedziłem może 30% wszystkich galaktyk. Jest to jedna z tych gier, którą przechodzę po raz drugi z pełną chęcią, a takiej (po za najnowszym Batmanem) dawno nie miałem. Choć misje będą te same, to chęć przejścia tych wspaniałych wydarzeń jeszcze raz jest ogromna, nie wspominając już, że każdą klasą gra się inaczej. Co prawda, można jeszcze za drugim razem podejmować inne decyzje przy rozmowach i grać stosunkowo złym, a nie dobrym Shepardem (lub odwrotnie), lecz chęć powiększenia sobie blizn na twarzy przez robienie złych czynów, jakoś tak do przodu nie ciagnie, jak ta wspaniała grywalność.

screen2.jpg

Ha! Wezmę go od tyłu!

Miranda ma ogromny tyłek. Aż chce się gadać!

Cała drużyna w Mass Effect 2 liczy dwnaście osób z przeróżnych ras. Naszą Normandią ugoszczą quarianie, kroganie, salarianie, a nawet ludzie - Shepard będzie więc w doborowym towarzystwie. Najlepsze jest to, że każdy ma nam do zaoferowania co innego - jeden jest świetnym biotykiem, drugi precyzyjnym inżynierem, trzeci zaś wspaniale nadaje się na szarżowanie i wyposażenie w strzelbę. Do wyboru, do koloru. Gdy zdobędziemy już wszystkich, czasami aż trudno jest wybrać dwóch członków załogi (bo tylko tylu możemy ze sobą zabrać), którzy zamiast leniuchować na leżaczku, pójdą z tobą do boju na misję. Kluczowym elementem - o którym wspominałem już wcześniej - są misje lojalnościowe. Po ich wykonaniu (nie koniecznie udanym) dana postać staje się bardziej bojowa, a co za tym idzie bardziej śmiercionośna oraz odblokowują się jej nowe moce i... nowy strój. Każdy nasz miły towarzysz, prędzej czy później otworzy się nam i wyzna trapiące go problemy. Owszem, wiele misji składa się ze strzelania, lecz na monotonność narzekać nie można w żadnym wypadku. Zróżnicowanie objawia się już w pierwszym dla oka momencie - planety. A tutaj wszystkie się od siebie różnią. Dalej są - nawet bardziej ważne, niż efekt wizualny - misje, które też się od siebie znacząco różnią. W kilku zadaniach nie jest nam dane strzelać, a np. znaleźć, wytropić i namierzyć kogoś, czy pomóc w zwabieniu zabójcy. To główny czynnik, który doprowadza do tego, że gra ani trochę się nie nudzi, a wręcz przeciwnie.
Wróćmy jednak do rozmowy, która mocno rzuca się w oczy. Jest tak, bo została wykonana w iście epicki i filmowy sposób - kamera lata od głowy do głowy, z ujęcia do ujęcia i rozmawiając mamy wrażenie, jakbyśmy uczestniczyli w interaktywnym filmie. Do tego trzeba dorzucić fantastyczne wręcz dialogi, a w niektórych sytuacjach (np. rozmowa przed wątkiem miłosnym) dorzucana jest piękna muzyka, która sprawa, że doskonale przenosimy się w tamtejszy klimat i przedstawioną nam sytuację. Sam pamiętam jedną taką - była to rozmowa z Tali, a po dorzuceniu do tego muzyczki, chciałem rozebrać ją z ubrania i rzucić się na nią z pikantną propozycją... Co prawda, mój Shepard uczynił to nieco później, niż bym chciał (troszkę po tej rozmowie), lecz było fajnie nastrojowo, romantycznie. Jeśli już przy wątkach miłosnych jesteśmy - nieco się na nich zawiodłem. Jednak nie chodzi mi tu o ostrość tych scen, bo ta z Mirandą jest naprawdę niezła, a o ich ilość i nijakie skutki tego w późniejszej grze. Bowiem do takiej sceny można doprowadzić tylko raz, a dzieje się to jeszcze w najmniej spodziewanym momencie, tuż przed rozpoczęciem finalnej misji, lecz zdradzanie co wtedy działo się na statku, byłoby zbyt wielkim spoilerem.

0.jpg

Miranda, nie znałem cię od tej strony...

Pań, których możemy zaprosić do łóżka jest kilka, a przez nasze decyzje będziemy mogli wybrać którą tylko chcemy (analogicznie odwrotnie jest, gdy gramy Shepardzicą, lecz ja przyzwyczaiłem się już do chłopa). Bardzo wiele osób narzekało na słabą intensywność wątków miłosnych i po części się z nimi zgodzę, bo gdyby wszystkie poprowadzone były tak fajnie, jak ten z Mirandą, nie byłoby się czego czepiać. Mimo tego, BioWare stworzył bardzo dojrzałą produkcję, a widać to w wielu rozmowach jakie przeprowadzimy oraz - oczywiście - po wątkach miłosnych. Dodam jeszcze tylko tyle, że pani Lawson ma wielki tyłek, na który po prostu nie sposób nie zwrócić uwagi, szczególnie, gdy się schyla (klik!).

Polacy nie gęsi, swój język mają

Zdania na temat polskiej wersji językowej są bardzo podzielone. Zdecydowana większość mówi jej stanowcze "nie!", jednak znajdą się i tacy, którzy zaciekle będą jej bronić. Ja zaliczam się od tej pierwszej, ale mam ku temu powody. Zacznijmy od tego, że moim zdaniem polski dubbing nie wypadł tragicznie. Wyszedł dobrze, lecz poprzeczka zawieszona przez aktorów użyczających głosów w oryginalnej wersji, została zawieszona trochę za wysoko. Sam nie jestem zwolennikiem spolszczania gier w takowy sposób, choć bardzo dobrze, że Electronics Arts wciąż interesuje się wieloma krajami - w tym Polski - i o nich nie zapomina. Warto dodać, że istnieje wiele osób, którzy bez polskich głosów gry nie kupią, sam nawet takich znam. W Mass Effect 2 więc sam polski dubbing problemem nie jest, a brak możliwości jego zmiany i ustawienia wersji kinowej. Wiadomo, że w pecetowych wersjach można jeszcze pogrzebać w plikach gry i tam to wszystko (legalnie, na szczęście) pozmieniać, o tyle źle jest na konsoli, gdzie zmienianie danych w folderach na dysku twardym dane nam nie jest. Przyjrzyjmy się jednak samej polonizacji. Zacznijmy może od tych, którzy moim zdaniem wypadli najgorzej, a są EDI (sztuczna inteligencja Normandy), która brzmi jak głos pani wydobywającej się z głośników na dworcu PKP oraz Miranda, do której... nie mam słów. Ta pani, która podkładała jej głos, całkowicie zepsuła smaczek ze świetnego intra gry. Jej głos brzmi, jakby jadła kwaśną cytrynę i miała kilkadziesiąt lat. To kompletnie nie pasuje do kobiety, jaką jest Miranda Lawson, z którą mimo woli spędzimy w grze dużo czasu. Co do głosu głównego bohatera, czyli Sheparda, mimo tego, że zaprzepaścił sporą ilość swoich kwestii wypowiadając je strasznie sztucznie oraz ciągłego stawiania mi się przed uszami hasła "jeszcze dziś w jedynce!" (tak, to głos pana Nowickiego, jakby ktoś nie zauważył), zastrzeżeń nie mam. Shepard w wersji w female nie grałem, bo ciężko było sobie psuć nastrój polską wersją, kiedy oryginalna aktorka zrobiła to fenomenalnie. Polski Joker poradził sobie jeszcze jako-tako, lecz najlepiej z całej polskiej stawki wypadli według mnie Mirosław Zbrojewicz i Maciej Maleńczuk. Ten pierwszy wcielił się w rolę Illusive Mana, czyli roli nie łatwej, jednak widać było, że zbytnio wysilać się nie musiał, a wychodziło mu to całkiem dobrze. Jego barwa głosu idealnie dobrana - świetnie komponowała się z postacią, którą dubbingował. Pan Maleńczuk, mimo moich bardzo złych obaw, odwalił kawał równie dobrej roboty. Choć widnieje na okładce pudełka z grą, to nie musiał on wypowiadać ogromnych ilości kwestii - był komandorem na jednej planecie i tak naprawdę pomógł nam tylko w jednej misji. Podsumowując, nie jest tak źle, jednak do oryginalnych aktorów jest nam wciąż daleko.

mass-effect-2-illusive-man.jpg

Illusive Man jako najbardziej tajemnicza postać w grze. Bez tego papierosa nie byłby sobą


Finalny miód

Takiego finału może pozazdrościć każda współczesna gra. Nie zawaham i nie narażę się nikomu ani trochę, mówiąc, że 'Suicide Mission' (finalna) to zdecydowanie najlepsza misja w całej grze - tutaj gracza po prostu przygniata ilość emocji, fantastyczna muzyka oraz świetne pomysły, które oddalają uczucie zwykłego strzelania. Mogę śmiało przysunąć, że ta misja to interaktywny film, w którym strzelanie jest tylko zwykłą przerwą od tego, co tam ujrzymy. Warto też dodać, że w każdym momencie gry możemy stracić towarzyszy, co jeszcze bardziej przyśpiesza tętno gracza, a sam finał możliwy jest do rozegrania na kilkadziesiąt różnych sposobów z tyloma samymi skutkami decyzji, podjętymi podczas gry. Pod koniec, gdy widzimy jedno wielkie "bum", mamy mieszane uczucia, które zależą od naszych wyników. Możemy czuć zadowolenie z powodzenia misji, wielkie emocje, przy których trzeba trzymać się krzesła, by z ich nadmiaru z niego nie spaść oraz wzruszenie, a te głównie objawia się po stracie którego kolwiek z naszych towarzyszy. Później mamy outro, które samo w sobie jest takie sobie i spokojne - uspokaja z tych emocji, które nabyliśmy przed chwilą oraz pokazuje rzeczy, które napędzają kolejną, trzecią już część, tej wspaniałej (nie koniecznie) trylogii. Teraz tylko czekać na kolejne, darmowe DLC, a te kolejne już 5 marca. Spodziewałem się gry bardzo dobrej, tymczasem dostałem wielki hit, który objawił się swą dojrzałością i świetnością, dlatego ostateczna ocena jest taka, a nie inna. Mass Effect 2 grą idealną nie jest, lecz na uznanie każdego szanującego się gracza oraz na ocenę powyżej 90% zasługuje. Dlaczemu? Patrz wyżej.

Ocena ogólna: 95%
 Share

11 Comments


Recommended Comments

Według mnie świetna gra. Przechodzę ją drugi raz, teraz jestem w bazie zbieraczy. Ale z pewnością przejdę ją trzeci raz ale wtedy jak ukończę ME1, której nie mam jeszcze.

Link to comment

Jak to mówią "chwytliwy tytuł, podstawą sukcesu" :P. Chciałem podkreślić, że moja recenzja trochę różni się od pozostałych. Przy tytule, jak i przy tej recenzji można się pośmiać, a taki był mój cel.

Link to comment

Zgadzam się z tobą w wielu kwestiach. Ja w finale też w tym momencie stałem jak na szpilkach, tylko zsuwał się Garrus. Z tych opinii o dubbingu wynika, że oryginalny jest najlepszy, a ja chyba jestem masochistą, skoro przechodziłem na polskim. Na angielskim spróbuję jak się wezmę za tą grę po raz drugi. Nie wiem jak ma się sprawa wątków miłosnych innych niż Shepard i Miranda, dlatego jeśli doświadczyłem najdojrzalszego to nie jestem rozczarowany. Muzyka jest moim zdaniem sporym plusem gry.

Link to comment
Błędów w tej recenzji od groma...

Wydaje mi się, że tak wiele to ich tu nie ma, jednak nie przeczę, że błędy językowe dość często mi towarzyszą. Po za tym, z interpunkcją myślę, że nie jest tak źle, a bykol ortograficzny chyba mi się nie wkradł :)

Link to comment

Wbrew temu co się dzieje na wielu blogach tutaj(po pierwszym akapicie, 3 zdaniach, wyłączam stronę), ten wpis czytało mi się bardzo przyjemnie. Recenzja jest napisana dobrze, ale nie uniknąłeś kilku błędów, takich jak "Mess Effect", czy "Cała drużyna w Mass Effect 2 w liczy dwnaście osób", ale jako całość czytało mi się przyjemnie :)

Link to comment
Knockers - nie za bardzo rozumiem, ale jak mógłbym grać 'nie serio'? :). A co do pytania kim grałem, to za pierwszym razem biotykiem, za drugim przejściem zaś inżynierem, jeśli o to chodzi. Na pewno też grałem Shepardem. Wiem, dziwne.
Link to comment
Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...