Jump to content
niziołka

Studia

Recommended Posts

No ja UWM wybrałem ze względu na wygodę. Nadal mogę mieszkać z rodzicami, ale coraz poważniej zastanawiam się nad ucieczką na stancję. Dzielenie pokoju z młodszym bratem jednak nie jest tym czego potrzebuję ;) Kortowo ma niesamowity klimat, szczególnie w wakacje, jednak sam uniwersytet nie ma zbyt wielkiej renomy. Aczkolwiek Instytut Historii jest chwalony jako jeden z lepszych;)

Link to comment
Share on other sites

Jak to jest u was z zamieszkaniem?

Mieszkam z dwoma kumplami z liceum w wynajętym mieszkaniu. Minusy są następujące: koszty. Na łebka wychodzi prawie 6 stów miesięcznie, wliczając rachunki i tak dalej. Do tego trza dołożyć jeszcze inne wydatki, typu jedzenie i takie tam. Jako że dość często ktoś przychodzi/gdzieś się wychodzi, to można się zdziwić ile to człek jest w stanie wydać na głupoty. Poza tą niedogodnością jest doprawdy wspaniale - w końcu to 'własne' mieszkanie. Sąsiedzi nie narzekają (bo to w większości również studenci, przyzwyczajeni naturalnie do całonocnych hałasów), jest spokojnie (mamy ochronę! <szpan>) i całkiem komfortowo. Oczywiście nie ma tego charakterystycznego klimatu jaki panuje w akademikach, ale jeśli ktoś posiada duże mieszkanie, gdzie mieszka z 8 osób, to wtedy robi się naprawdę ciekawie. Trzeba jedynie trafić na dobrych sąsiadów, bo jak narazie nie dane mi było uczestniczyć na jakiejś w miarę cichej/spokojnej/grzecznej imprezie... Inna sprawa, że takich chyba w ogóle nie ma. Zwłaszcza wśród studenckiej braci. ^^

Chciałem od razu powiedzieć, że strasznie denerwują mnie te wszystkie stereotypy studentów - pijaków, palaczy i wiecznych imprezowiczów.

Zależy gdzie się trafi. Ludzie są różni, ale tych których wymieniłeś raczej nie brakuje. Co widzę między innymi po sobie i znajomych. :P Poza tym niektórzy naprawdę nie mają co robić, bo praktycznie nie muszą się uczyć (przedmiotów mało, do sesji daleko), więc siłą rzeczy szukają sobie jakiegoś rozrywkowego zajęcia. Tak jest na przykład w moim przypadku i kolegi z mieszkania. Od października równo się obijamy, kpiąc z drugiego kumpla, który co chwila siedzi przy książkach, coś tam rysuje, projektuje i wkuwa wzory. Ale on akurat musi to robić, bo prawie na każdych zajęciach ma jakieś kolokwia, wejściówki, zaliczenia... Koszmar. Choć to i tak nic w porównaniu do innego kolegi, który studiuje medycynę - ten człowiek to ma dopiero przerąbane. Jak zobaczyłem co on musi umieć, to miałem ochotę umrzeć... Żeby to wszystko ogarnąć trza się uczyć praktycznie non-stop. Co też ów kolega czyni. Z wielkim trudem naturalnie, ale daje radę, za cholernie go podziwiam - ja bym w życiu tak nie mógł funkcjonować. No ale czego się można było spodziewać po medycynie. :D

Przy okazji, studiuję europeistykę na UAM-ie, I rok.

EDIT:

T_T

Wiem, wiem... No ale ścisłowiec ze mnie żaden. Humanista zresztą też... A trza gdzieś studiować. :D

Edited by 47
Link to comment
Share on other sites

Plan zajęć? Ja mam beznadziejny. Przez niekompetencję osob które go układały, mamy mnóstwo niepotrzebnych okienek. Rezultat jest taki, że nawet nie mając dużo zajęć, muszę siedzieć na uczelni do wieczora. Zresztą - co ja będę pisał - zobaczcie sami:

http://www.phys.put.poznan.pl/studia/plan/...mestr_3_inz.pdf

(grupa druga)

Przy okazji, studiuję europeistykę na UAM-ie, I rok.

T_T

Przy okazji; co mówi doktorant UAM-u do studenta Politechniki?

- A może frytki do tego? xD

Nie no, żartuję, no offence, mate. Tak to już jest że lubimy sobie z UAMem podogryzać.

Link to comment
Share on other sites

Zamieszkanie? Jak przystało na dorosłego studenta, który wkracza w prawdziwe, pełne trudów i niebezpieczeństw życie, mieszkam z mamusią i tatusiem :). Mówiąc szczerze, czasami aż głupio się do tego wśród znajomych przyznać, bo na UW zjeżdżają ludzie z całej Polski (i zagranicy) i czasami na zajęciach tylko ja się tutaj urodziłem i mam rodzinę, a oni muszą mieszkać po stancjach/akademikach. Jak przystało na rodzinny dom, mam pełen serwis - jedzenie, spanie, dach nad głową :). Przez to właśnie czasami się głupio czuje, bo oni wszyscy muszą sobie gotować, prać i prasować, a ja mam to w domu. Cóż, mi się to podoba... :P No i przecież nie będę wyjeżdżał z Warszawy, gdzie pod ręką mam UW, tylko po to, żeby mieszkać samemu. Na to jeszcze przyjdzie czas.

Link to comment
Share on other sites

Arnie - ja też mieszkam na miejscu z rodzicami i wcale nie jest mi głupio przed kumplami, ba - wręcz jestem z tego dumny. :D Szczególnie, że w sumie w mojej grupie niewiele osób mieszka w akademikach czy wynajmuje mieszkanie, tylko dojeżdżają.

Mieć dom na miejscu to pełen luksus, i powód do dumy, a nie do wstydu. Na twoim miejscu bym się cieszył z tego, że możesz jeszcze pomieszkać z mamusią i mieć wyprane gacie, podane jedzenie, umyte naczynia i posprzątany dom (chociaż czasami stary potrafi nieźle mnie [ciach] wnerwić).

Regulamin się kłania. I pamiętaj o przykazaniach, a szczególnie o tym "nie będziesz wystawiał na próbę cierpliwości moderatora swego" :-)

[wies.niak]

Edited by wies.niak
Link to comment
Share on other sites

No. Znam to. W grupie mam chyba tylko 3 osoby co są z Wawy (w tym ja:D) Śmiechowo jednak jest, bo sporo ma tu rodziny i jak opowiadają o swych ekscesach to jest przy czym boki zrywać. Tylko jak tak dobrze liczę, to spędzam z grupą 3 godziny w tygodniu! Takie mam studia xD

Link to comment
Share on other sites

krzyhu, tak narzekasz na akademiki... przejdź się od PG ulicą Traugutta pod górę i zobaczysz najgorszy koszmar - DS2. Dzięki niemu poznałem znaczenie wyrażenia "sodoma i gomora". Mieszkałem na piątym piętrze w trzyosobowej klatce. Drzwi wypadały z zawiasów (musieliśmy czymś zastawiać żeby nikt się nie włamał do pokoju), stare lodówki, zamrażające cały dobytek, w łózkach może i nie było moli, ale kurzyło się niemiłosiernie z (przemoczonego różnymi płynami) materaca. Prysznice były na całe piętro (ktoś dowcipny nawet zamienił napis "natryski" na "wy-") i akurat było tam wyłamane okno, a na korytarzu po obydwóch stronach palili papierosy przy otwartych oknach - i weź nie dostań zapalenia płuc po wyjściu spod prysznica. Windy były przeważnie nieczynne i wiecznie naprawiane, a jeśli działały, to zwykle pakowało się w nie 20 Chińczyków. Siłownia była zabawna - miała w podłodze kratery jak na księżycu. W kuchni za to były aż dwie kuchenki gazowe - z czego działał tylko jeden palnik (reszta gasła). Pewnego wieczoru usłyszeliśmy komunikat (ze szczekaczki >.<), nakazujący natychmiastową ewakuację budynku - nikt nie wyszedł nawet na korytarz. Na drugi dzień sufit kuchni był cały w smole. Pan z portierni codziennie pytał się mnie czy ja tu mieszkam i jak się nazywam. A imprezy ani się nie zaczynały, ani się nie kończyły. Trwały cały czas. Hałas? Nocna schadzka u sąsiadki obok? Wiercenie w środku nocy zamka łącznika obok, bo ktoś zgubił klucz?

Słuchawki.

Przeżyłem tam pół roku i powiem tylko: THIS IS SPARTA!!!

Link to comment
Share on other sites

My właśnie skończyliśmy Filipa i Aleksandra :D Za 1,5 tygodnia zaczynamy Rzym, i mam takie głupie wrażenie, że chyba całą starożytność mamy przerobić w 1 semestrze @_@

Hehehe - z tego co pisałaś, wcześniej wyglądało to o niebo lepiej. Ja akurat uczęszczałem na Szewską w trybie pięcioletnim. Wiązało się to z bardziej rozbudowanym a jednocześnie lżejszym rozkładem tematów związanych z konkretną epoką. Starożytną miałem przez cały pierwszy rok (średniowiecze jedynie w pierwszym semestrze II roku - szkoda, że tak krótko...). W semestrze zimowym przerabialiśmy Egipt (Stare, Średnie i Późne Państwo), Bliski Wschód (Sumerowie, Hetyci, Huryci, Babilonia, Asyria), Grecję (a raczej Helladę :wink: ) a skończyliśmy na Aleksandrze Wlk. i Persji . Oczywiście po drodze pojawiały się takie smaczki jak np. Fenicjanie czy Pontus.

Przedbiegi Rzymu w postaci Italików, Etrusków, pięciu pawimentacji itp. mieliśmy dopiero na początku semestru letniego.

W sumie nie wiem skąd wniosek, że zdawalność egzaminu ze starożytnej to 10%...Raz, że to jest nielogiczne bo statut wydziału jasno mówi(ł), że przy tak niskiej zdawalności, egzamin ulega unieważnieniu i jest powtarzany a po drugie, myślę, że chcieli Was po prostu nastraszyć, pokazać, że to są studia a nie jakieś tam prace klasowe w ogólniaku itp. :wink:

Spokojnie - systematyczne uczenie się musi zaowocować sukcesem. Szczególnie, że egzamin jest a przynajmniej był w formie pisemnej. Wyglądało to mniej więcej tak:

Całość składała się z dwóch części: pierwsza to 20-25 (może więcej - nie pamiętam) luźnych haseł np. Artemida, triara, falanga, Drakon - generalnie: miejsca, wydarzenia, postacie itp.(pełne spektrum - od tych banalnych po jakieś kosmosy). Należało oczywiście podać jak najwięcej (najlepiej pięć) informacji na temat konkretnego hasła.

Druga część to wypracowanie. Jak zdawałem swój egzamin, to całe audytorium zostało podzielone na 4 grupy - każda miała swój zestaw haseł oraz temat wypracowania. Szczerze mówiąc, miałem farta z tym drugim. Trafił mi się temat, jak się później okazało, lekki łatwy i przyjemny: wojny grecko-perskie. Jednak temat w oryginale brzmiał nieco enigmatycznie: "Wojny z Persją". Ogarnęła mnie poważna wątpliwość: czy chodzi o wojny Persji z Grecją czy o te Persji z Aleksandrem Wlk. ? Na szczęście szybka konsultacja z prof. Suderem rozwiązała me rozterki: temat miał traktować o Termopilach, Maratonie, Gaugameli itp. :)

Mój fart polegał na tym, że inne grupy miały, jak dla mnie, cięższe tematy "Kultura Mykeńska i Minojska-porównanie (nie trawię sztuki itp.), "Grecką Kolonizację" i "Wojnę Peloponeską" (akurat ten temat również by mi pasował).

Egzamin z Rzymu, czyli ten w sesji letniej, wyglądał analogicznie do powyższego. Nie ukrywam, że akurat tematyka Imperium Romanum zawsze była dla mnie ciekawsza niż te, niemalże mityczne :wink: , "przygody" Hellenów. Na egzaminie, poza rzeczonymi hasłami, trafił mi się świetny temat wypracowania: "Pryncypat" :)

Pamiętam, że na ponad setkę studentów na roku, pierwszy egzamin ze starożytnej oblało 16 osób (poprawkę zaliczyli wszyscy). Z Rzymem było już gorzej - nie zdało ponad 20 osób (nie wiem jak wypadły poprawki).

Mariusz poruszył temat dziekanatu. Drodzy moderatorzy: czy w tym jednym, jedynym wątku, można by na chwilę zapomnieć o jednym z punktów regulaminu? Chodzi oczywiście o ten zakazujący bluzgania :wink:

Żarty żartami, ale coś w tym musi być - nieważne kto i z jakiej uczelni w naszym cudownym kraju: zawsze coś jest nie tak z dziekanatem, a raczej z tymi "uroczymi", tryskającymi zawsze dobrym humorem i rzecz jasna mega altruizmem, "serdecznymi" paniami...

Oczywiście przekoloryzowałem. Na politologii, we Wrocku na Koszarowej, załoga dziekanatu zasługuje na medal. Na prawdę nie było przypadku potraktowania z góry, jak intruza czy upierdliwca. Owe panie pomagały jak mogły, zawsze udawało się znaleźć złoty środek, zawsze było jakieś wyjście. Słowem - do rany przyłóż.

Co innego dziekanat nauk pedagogicznych na Szewskiej...Magiczna "caryca" Pani K. - trzęsła (i chyba cały czas to robi) całym dziekanatem (samym dziekanem również). Nic nie mogło być zatwierdzone, bez tej "szarej eminencji". Fakt faktem mnie nic przesadnie bolesnego nie dotknęło ale byłem wiele razy świadkiem, traktowania studentów jak półgłówków, nieuków (komentowanie złych ocen w indeksie??? Co to ma być???). Do tego niemal jak w kabarecie Laskowika: wchodzisz i momentalnie wyczuwasz atmosferę gościnności i słyszysz: "czego?!", "zaraz!", "nie mam teraz czasu, poza tym nie wszedłeś na kolanach!!". Tak to mniej więcej wyglądało. Słowem: jak się nie podpadło Pani K. to był spokój, w przeciwnym razie...dziekanat mógł pokazać jak irytująca potrafi być biurokracja.

Edited by Ferrou
Link to comment
Share on other sites

No tak. Studia bez dziekanatu to jak Lipski bez ... :) U nas (Bogu dzięki!) jeszcze nie mierzyliśmy się z "wesołymi" paniami, ale też mnie zgroza chwyta za serce jak pomyślę, że trzeba będzie. Już na samym początku roku dowiedzieliśmy się, żeby im "nie przeszkadzać" - cokolwiek to oznacza xD

Link to comment
Share on other sites

Pawlaki studiują mechatronikę na bydgoskim UKW. Mieszkają w akademiku (świeżo wyremontowanym)...

I am stalking you. Tak dla niewtajemniczonych: mieszkam sobie bardzo blisko tego akademika :happy:

Studentem co prawda już nie jestem, ale może znów zostanę. Znaczy się - obecnie mam licencjat z filologii angielskiej, ale SUM nie robiłem. Do tego dorobiłem sobie podyplomowe studia z tłumaczeń ekonomiczno-prawnych i na razie mi starcza. Żona i spółka naciskają, ale chwilowo mam odroczenie do następnego lata :happy: Studia kończyłem sobie na UAMie (pozdrowienia dla Lorda), którego filologia angielska jest ponoć uważana za jedną z lepszych. I tu mała dygresja - jak to jest z tymi 'ponoć' lepszymi? Zawsze o tym mówili nam ludzie z uniwerku - jak w ogóle sprawdzić takie 'hasła'? Tak czy siak - studiowało mi się całkiem nieźle. Nie miałem w zasadzie większych przebojów - przez 3 lata dwie poprawki: jedna z egzaminu praktycznego, a druga z metodyki, która była moją zmorą.

Jeśli chodzi o ciężkie przedmioty to różnie z tym jest - sporo zależało od danej osoby i od osoby prowadzącego, ale jeden przedmiot był ogólnie 'koszący', a mianowicie tzw. syntax, czyli po naszemu składnia języka angielskiego. Rozkładanie zdań i wyrazów na części pierwsze, a potem jeszcze bardziej, a do tego deep structure i takie tam. Dla wielu zmorą był coroczny, trzyczęściowy egzamin praktyczny. Ja tam najbardziej strachałem się zawsze przed częścią ustną, bo z mą wymową nie było nigdy za dobrze, ale zawsze udawało mi się treścią i słownictwem nadrobić.

Dziekanat - w trakcie studiów nie miałem żadnych problemów. Wręcz przeciwnie - było miło i pomocnie. Od innych osób słyszałem czasem 'zue' historie, ale wynikały one bardziej z głupoty regulaminu, a nie samej obsługi dziekanatu. Jedyną przygodę miałem gdy chciałem po długim czasie odebrać swój dyplom - musiałem do tego mieć wypełnioną obiegówkę, którą musiałem pobrać z dziekanatu. Dzwonię w poniedziałek, czy mogę następnego dnia o godzinie otwarcia przyjść. Pani powiedziała, że OK, więc ja następnego dnia samego rana z Bydgoszczy... Lecę, pędzę, jestem, a tu... Dziekanat zamiast od 9, to od 11 z powodu zebrania. I przez to musiałem dwa razy wędrować do Poznania i nazad.

Link to comment
Share on other sites

Chciałem od razu powiedzieć, że strasznie denerwują mnie te wszystkie stereotypy studentów - pijaków, palaczy i wiecznych imprezowiczów.
Podpiszę się pod tym :D Póki co dla nas zderzenie ze studiami po liceum i 4-miesięcznych wakacjach dalej jest tak mocne, że marzenia kończą się na 'ech, chciałbym mieć to wszystko przeczytane i iść już spać', i poza informacją od 1-2 osób z całej grupy(20 osóB) nie słyszałam, żeby ktokolwiek był na jakiejkolwiek imprezie od rozpoczęcia roku :D

Mówiąc szczerze, czasami aż głupio się do tego wśród znajomych przyznać, bo na UW zjeżdżają ludzie z całej Polski (i zagranicy) i czasami na zajęciach tylko ja się tutaj urodziłem i mam rodzinę, a oni muszą mieszkać po stancjach/akademikach. Jak przystało na rodzinny dom, mam pełen serwis - jedzenie, spanie, dach nad głową
I punkt dla ciebie ;) Nie rozumiem ludzi, którzy mając w pobliżu świetne uniwersytety, albo chociaż dobre, wyjeżdżają gdzieś daleko. Ok, rozumiem - szkoła życia, rozpoczęcie nowego etapu itd, ew - gdzie indziej jest jakiś specjalny kierunek, którego nie ma nigdzie indziej. Ale żeby przeprowadzać się na drugi koniec polski, bo 'tam jest uniwersytet/politechnika, o której ktoś mi kiedyś powiedział, że jest o jeden punkt wyższa niż uniwersytet w moim rodzinnym mieście/tuż obok mojego miasta', to mnie śmiech bierze ;]

Z drugiej strony - może mam po prostu kiepskie rozeznanie, bo chociaż wiele osób proponowało mi UJ(ale dlaczego? 'no bo to UJ!'), postanowiłam jednak wybierać między UWr a UO, do których mam mniej więcej równą odległość - 40 minut osobówką(chociaż to wybór taki jak żaden, bo jednak pomiędzy UWrem - z jednym z najlepszych Instytutów Historii w Polsce i UO - jednym z najgorszych xD ).

A jeśli chodzi o przygody z dziekanatem - do tej pory miałam tylko przyjemne:) Jasne - kolejki są często długie, ale dziekanat znajduje się o rzut kamieniem od mojego Instytutu, a mimo tego, co pisało na stronie (od dnia xx we wrześniu można odbierać legitymacje), a po przyjeździe panie z żalem oznajmiły, że wszystko jest, ale nie przysłano im jeszcze formularzy odbioru, więc nie mogą im wydać, ale z przyjemnością wydadzą je po immatrykulacji(i rzeczywiście to zrobiły ;) ), przepraszając przy tym za kłopot, spotkałam się ze strony Pań z Dziekanatu tylko z tym, co najlepsze - zawsze przyjazne i zaangażowane w pomoc :) No ale z drugiej strony - zamiast przychodzić do nich z postawą 'jak do urzędnika' albo kogoś, kto 'musi' mi pomóc, mam nastawienie 'to są bardzo miłe osoby, które być może będą na tyle uprzejme, aby mi pomóc, ślicznie dziękuję i miłego dnia' :D

krzyhu, tak narzekasz na akademiki... przejdź się od PG ulicą Traugutta pod górę i zobaczysz najgorszy koszmar - DS2. Dzięki niemu poznałem znaczenie wyrażenia "sodoma i gomora". Mieszkałem na piątym piętrze w trzyosobowej klatce. Drzwi wypadały z zawiasów (musieliśmy czymś zastawiać żeby nikt się nie włamał do pokoju), stare lodówki, zamrażające cały dobytek, w łózkach może i nie było moli, ale kurzyło się niemiłosiernie
Jak jeszcze mieszkałam w akademiku, jak byłam w liceum, miałam fajną sytuację :D Wracam ze szkoły, proszę ochroniarza(dorabiał jako recepcjonista xD) o klucz do 106...A on mi go podaje z pytaniem: 'hej, to u was w pokoju są te szczury?' Zbladłam i powiedziałam, że nie, chyba pomylił pokoje... Ale rzeczywiście w nocy słyszałam jakieś dziwne dźwięki xD

Pamiętam, że na ponad setkę studentów na roku, pierwszy egzamin ze starożytnej oblało 16 osób (poprawkę zaliczyli wszyscy). Z Rzymem było już gorzej - nie zdało ponad 20 osób (nie wiem jak wypadły poprawki).
No to mnie pocieszyłeś :) Podzielę się tą informacją z grupą, jak będą już naprawdę zdołowani i będą potrzebować pocieszenia :D Póki co jednak wiem, jak spędzę Święta - na nauce :D Póki co robię sobie z każdego przerabianego materiału notatki(są o tyle fajne, że potrafią zawierać 10 stron tekstu na jednej stronie takiej 'piguły' - samych najważniejszych rzeczy, podkreślonych kolorkami itd :D , a do tego człowiek wtedy ma pewność, że jest skupiony robiąc je, bo wyłapuje wszystkie fakty... no i łatwiej się z tego uczy i przewozi np. do nauki w pociągu :) ), więc będę się uczyła z nich... ale skoro przerabialiśmy do tej pory trochę inne materiały, niż te, które obowiązują na sesję (np. zamiast samych trojaczków: też Flaceliera, Bravo-Wipszycką itd.), to dla nowych materiałów zrobię sobie osobne notatki :D Powinno wystarczyć :D

A, jeszcze mam jedno pytanie - czy uczył cię może dr B. od Vadamecum Nauk Historycznych? Jeśli tak, to czy on od zawsze rozsiewa taką grozę? :D

Link to comment
Share on other sites

Converse uczyłeś się tam, że tak twierdzisz? Ja przed pójściem na historię słyszałem o niej dobre rzeczy. Samo studiowanie raczej tez mnie nie rozczarowuje. UWM nie jest byłą szkołą rolniczą. Fakt, uniwersytet powstał z połączenia ART, WSP i Warmińskiego Instytutu Teologicznego. Teraz powiedz mi jak połączyć te szkoły z Wydziałem Humanistycznym UWMu?

Uniwersytet Wiecznego Melanżu. Owszem lubię sobie poimprezować, ale bez nauki raczej nie mam na historii czego szukać. Więc nie rozumiem za bardzo sensu Twojego postu :)

Edited by Leftjack
Link to comment
Share on other sites

A, jeszcze mam jedno pytanie - czy uczył cię może dr B. od Vadamecum Nauk Historycznych? Jeśli tak, to czy on od zawsze rozsiewa taką grozę? :D

Nie miałem takiego przedmiotu. Myślę, że jest to coś w stylu "Wstępu do badań historycznych".

Ów przedmiot miałem z prof. K (widnieje na Twoim planie).

Rzeczonego dr B. w ogóle nie kojarzę. Jednak moja małżonka miała z nim demografię na swoim wydziale, na matematyce. Wspomina go bardzo pozytywnie - jako miłego, niegroźnego, nieco chaotycznego faceta. Rozumiem, że u Was emanuje nieco innym profilem psychologicznym? ;)

W ogóle patrząc na Twój plan mam porównanie jak sporo się pozmieniało: nie było Vademecum Nauk Historycznych, Historii Sztuki, Historii Śląska, Archiwistyka (przedmioty ze specjalizacji wchodziły znacznie później). U mnie natomiast były: Wstęp do badań historycznych, statystyka (w najprostszej wersji: mediany, średnie ważone itp), demografia historyczna, informatyka (czyt. nauka obsługi Office'a...). Zauważyłem, że nie masz ćwiczeń ze starożytnej z "moją" doktorką, Panią Gustowską... Świetny dydaktyk.

W sumie, jak na pierwszy rok, sporo jest tych zajęć.

Aha, co to za przedmiot S. WOS? Od razu powiem, że jak jest prowadzony przez Panią dr. D, to zaiste "dużo" wyniesiecie z tych zajęć...

Link to comment
Share on other sites

Nie miałem takiego przedmiotu. Myślę, że jest to coś w stylu "Wstępu do badań historycznych".

Ów przedmiot miałem z prof. K (widnieje na Twoim planie).

Rzeczonego dr B. w ogóle nie kojarzę. Jednak moja małżonka miała z nim demografię na swoim wydziale, na matematyce. Wspomina go bardzo pozytywnie - jako miłego, niegroźnego, nieco chaotycznego faceta. Rozumiem, że u Was emanuje nieco innym profilem psychologicznym? wink_prosty.gif

Powiem tak: ma ogromną wiedzę i bardzo chętnie się nią dzieli i to w bardzo przystępny sposób. Jednak jest osobą o bardzo bardzo bardzo silnym charakterze i mówiąc w skrócie: jeśli zadaje pytanie, i zna się na 99% odpowiedź, to ma się wrażenie, że jednak ten 1% nie jest wart wygłupienia się :D Poza tym - na samym początku powiedział, żebyśmy jeśli do tej pory opieraliśmy naszą wiedzę o książki N. Daviesa i Wołoszańskiego, to on nam to dzieciństwo zniszczy i w ramach tego zasypuje nas specjalistycznymi dziełami dotyczącymi historii i boleśnie wyrywa z nas wszystkie głupie pomysły i teorie, które do tej pory mieliśmy względem historii(ba, względem całego świata :D ) i lepi od nowa ;) . Z drugiej strony - aż żal serce ściska, jak grupa 30 dorosłych ludzi stara się naraz siedzieć grzecznie prosto i kulić w fotelach :D

Historia Sztuki i Architektury to elementy specjalizacji Dokumentalistyka Konserwatorska(na początku mieliśmy do wyboru 4 specjalizacje - 2 spośród archiwistyki, dokumentalistyki i regionalistyki bądź amerykanistykę). Jest jeszcze na naszym roku Historia Nauczycielska z 2 specjalizacjami: z dodatkowym WOSem(o którym wspominasz) albo angielskim(jak dla mnie, trochę kosmiczny pomysł, żeby historyk uczył angielskiego, ale w podstawówce miałam nauczycielkę uczącą polskiego, historii, angielskiego i do tego z wychowawstwem :D ).

Zauważyłem, że nie masz ćwiczeń ze starożytnej z "moją" doktorką, Panią Gustowską... Świetny dydaktyk.
Nie, mamy z doktorem A.W. ;) I uważam, że jest fantastycznym ćwiczeniowcem(chociaż nie mam porównania z innymi). Co prawda na początku każdych zajęć mamy kolokwium z tekstów, które były zadane (np. 'co to są fyle?' albo 'etap dekelejski w wojnie peleponeskiej'), to chociaż zwykle dostaję z nich 4+ - 5, a przymus każdorazowego czytania tekstów mobilizuje i uczy regularnej pracy, to nigdy ich nie polubię :P

(Niedawno mieliśmy specjalną - do zaznaczenia 156 nazw geograficznych/poleis/wysp na mapie basenu morza śródziemnego, Egiptu i Bliskiego Wschodu :D ).

* - stąd nam się przyjęła nazwa 'Vadamecum Niszczenia Dzieciństwa'.

Link to comment
Share on other sites

Póki co robię sobie z każdego przerabianego materiału notatki(są o tyle fajne, że potrafią zawierać 10 stron tekstu na jednej stronie takiej 'piguły' - samych najważniejszych rzeczy, podkreślonych kolorkami itd :D , a do tego człowiek wtedy ma pewność, że jest skupiony robiąc je, bo wyłapuje wszystkie fakty... no i łatwiej się z tego uczy i przewozi np. do nauki w pociągu :) ), więc będę się uczyła z nich... (...) dla nowych materiałów zrobię sobie osobne notatki :D Powinno wystarczyć :D

Jeeej... Nie wiem, czy to zależy od kierunku, czy też może (nie)chęci do roboty, ale ja jak na razie wszystko (a to rzecz diablo względna) zapisuję w jednym zeszycie A4, w efekcie czego panuje tam pieruński chaos, fonologiczne znaczki specjalne mieszają się z tłumaczeniami i wyrwanymi z kontekstu zdaniami z dowolnego innego przedmiotu, ale jak trzeba coś znaleźć, to idzie to całkiem sprawnie. No i nie trza dużo dźwigać ze sobą, dzięki czemu do plecaka można wepchnąć dodatkowe kebaby! Ale jak się z tego uczy nie mam pojęcia, bo jeszcze nie testowałem. 8)

W kwestii planu jest tak sobie, chociaż na samym początku zdarzały się okienka po 5 godzin, które skutecznie eliminowały chęci do pójścia na zajęcia po nich następujące. Teraz nam to trochę poukładali, nieco czekania zostało, ale da się przeżyć. No, ktoś też rozsądnie rozkminił piątki i wrzucił tam tylko wykłady (i to ich znakomitą większość), wszak zawsze to lepiej mieć dłuższy weekend czy inną okazję do wyspania się. :)

W dziekanacie nie byłem (nawet nie wiem, gdzie jest), ale ludziska powiadały, że nikogo tam nie mordują, a nawet czasem przypadkowo pomogą. Natomiast ogólny bajzel organizacyjny wynika raczej z wieloletnich tradycji uczelni, więc winni są Sarmaci albo inne Liberum Veto.

Link to comment
Share on other sites

Jeeej... Nie wiem, czy to zależy od kierunku, czy też może (nie)chęci do roboty, ale ja jak na razie wszystko (a to rzecz diablo względna) zapisuję w jednym zeszycie A4, w efekcie czego panuje tam pieruński chaos, fonologiczne znaczki specjalne mieszają się z tłumaczeniami i wyrwanymi z kontekstu zdaniami z dowolnego innego przedmiotu, ale jak trzeba coś znaleźć, to idzie to całkiem sprawnie. No i nie trza dużo dźwigać ze sobą, dzięki czemu do plecaka można wepchnąć dodatkowe kebaby! Ale jak się z tego uczy nie mam pojęcia, bo jeszcze nie testowałem. 8)
Ależ moje też ciężkie nie są :D Pakuję wszystkie notatki z zajęć+kserówki+notatki z kserówek do osobnych, kolorowych teczek - a ponieważ w szale nauki zwykle robię dookoła siebie bałagan nieziemski, to teraz zamiast kartek walających się po dywanie, podłodze, biurku i wszelkich innych powierzchniach płaskich, mam kartki i teczki xD No i zawsze można w nich 'posprzątać jeszcze raz', kiedy człowiek chce mieć wrażenie, że robi coś przydatnego, a za nic nie ma ochoty się uczyć xD

A czemu teczki? Zaczynałam się już gubić w papierach, bo teraz to już nie wiem, czy ich ilość mierzyć w metrach czy w kilogramach :/

Heh, kolejny dzień katuję prezentację z Muzeów na VND i nie umiem skończyć, a efekty póki co marne -_- (A i tak w sumie już jakiś miesiąc temu miałam ją prowadzić, ale ciągle coś wypada ;] ).

Link to comment
Share on other sites

Notatki? A w plecaku leży sobie taki fajny, szary, podniszczony segregator. W środku jest ileś koszulek, ileś czystych, dziurkowanych kartek ( tak! Specjalnie sobie dziurkacz do tego kupiłem! ), ileś dziurkowanych kartek w kratkę, kupowanych w pakiecie po bodaj sto i... to tyle.

*Jęk zawodu publiczności*

Wcześniej myślałem o kilku zeszytach do przedmiotów różnych, ale zmieniłem zdanie po krótkim czasie. Mało praktyczne. Tak samo jeden do wszystkiego ( weź się potem z tego ucz. Powodzenia ). Ostatecznie wygrał kołonotatnik, bo zawsze da radę wyrwać z niego stronę albo dwie i do segregatora wsadzić. A że mam tam różne papiery, w tym notatki na sesje, jakieś projekty i inne duperele, tedy jak mi się nudzi, to przerzucam i coś tam gryzmolę.

I najważniejsze - wszystko jest razem, w jednym miejscu i się nie rozłazi. A żeby się nie zgubić, to jeszcze numeruję strony. Przy moim stylu pisma niewiele muszę cyferek kreślić w prawym, dolnym rogu ( zdania pisane kratka pod kratką, małe literki, bardzo zbity tekst ), niewiele muszę mieć też kartek. Oszczędny jestem, a co!

Akurat dziekanat na historii UG jest w porządku. Do tej pory rządziła tam Pani Agnieszka, kobieta na poziomie, która miała dla każdego miłe słowo i uśmiech. Potem jej nieco brzuch urósł a na zewnątrz chciał się wydostać kolejny obywatel, więc aktualnie wszedł na jej miejsce ktoś inny. Imienia nie znam, ale konfliktów nie robi, więc jest ok.

A... Przypomnieliście mi, że mam jeszcze odebrać certyfikat za egzamin z angola... I dokończyć na jutro konspekt. GH!

Link to comment
Share on other sites

Ja mam gustowną czarną teczkę (taką trochę sztywniejszą), a w niej blok a4, z którego kartki wyrywam i trzymam trochę zapisanych kartek z wcześniejszych zajęć. Jak już będzie ich dużo, to walnę na półkę, a przy sesji wybiorę i posegreguję "przedmiotami". Piszę daty i numeruję strony w obrębie jednego wykładu, żeby coś się nie zagubiło. Poza tym piszę "braki", gdy jakieś dziury znajdą się w materiale. Zresztą i tak zwykle uczę się z notatek skserowanych od koleżanek, starczy się miło spojrzeć i uśmiechnąć i są :), ale warto też zawsze mieć swoje, dla porównania.

A studiuję administrację na UŁ, Wydział Prawa i Administracji. To taki biuralistyczny potworek, ten mój kierunek :)

Link to comment
Share on other sites

Notatki? Jakie notatki?

Jeśli chodzi o uważne i pilne notowanie, to robię to tylko na macie i fizyce. Do reszty żałuję, że kupiłem sobie zeszyty, bo wszystko sobie i tak kseruję/skanuję od innych i wrzucam do teczek/trzymam na dysku.

Inna sprawa, że wykładów jako takich to mam mało na budownictwie (w środy przez dziewięć godzin, z czego chodzę tylko na trzy maty i jedną fizę i dwie godzinki we wtorki rano, na których odsypiam noc), reszta to jakieś ćwiczenia i inne tego typu zajęcia. No ale by nie było zbyt różowo, to muszę ciągle domki rysować (rysunek techniczny), ew kreślić bryły (geometria wykreślna), więc jak ktoś się do mnie odezwie kiedyś na gg, to niech się nawet nie pyta co robię, bo prawie na pewno rysuję. :P

Co by tu nie mówić o moim podejściu do studiowania, to pewnie się to z czasem jeszcze nie raz zmieni, albo (co jest pewniejsze) wywalą mnie na zbity pysk. :P

A teraz cieszę się chwilami nicnierobienia, bo wczoraj zarwałem noc na rysowaniu, więc dziś mogę sobie siedzieć bezproduktywnie przy komputerku, bądź trzecim tomie Pieśni lodu i ognia. :P

Link to comment
Share on other sites

Numerowanie jest obowiązkowe, ono się rozumie samo przez się :D W prawym dolnym rogu każdej strony umeiszczam skrót(najczięściej od pierwszych liter przedmiotu, ew. daję po 2 literki, żeby odróżnić np. Wstęp do Administracji od Wstępu do Archiwistyki :D ), następnie numer strony. A nad nimi zostawiam sobie 2-3 linijki na wpisywanie dat :)

Niestety, pomyślałam o tym tylko względem notatek z czytanych materiałów, więc jak już pewnie rozpakuję na święta mój starożytny prezent(chociaż już teraz mi teczka pęka w szwach, chyba od Rzymu zacznę korzystać z nowej ;/ ), to przyszyję notatki do tekstów, muesesese! :D <tak, zszywacz stał się moim najlepszym przyjacielem, wspiera moje kserówki :P ).

Natomiast kartki kupuję od razu dziurkowane i noszę zapas w miękkim segregatorze(chociaż chyba wymienię go na jakiś sztywniejszy, żeby się wygodniej pisało notatki w pociągu :P

Zresztą i tak zwykle uczę się z notatek skserowanych od koleżanek, starczy się miło spojrzeć i uśmiechnąć i są
Tylko jeśli się skupiam, mam ładne, czytelne pismo - kiedy na zajęciach trzeba pisać na czas, albo na szybko, bo jest dyktowane/szybko zmieniane slajdy, ew. piszę na kolanie w pociągu, tworzę zupełnie nową wartość dla epitetu 'brzydkie pismo' :P A jednak - co mnie zaskakuje - ludzie i tak ode mnie kserują notatki! :D Chyba tylko w celach samoumartwiania :P

Dobra, wracam do moich Ptolemeuszy, z prezentacją mam czas do następnego poniedziałku :P (tak, a po drodze 2 kolosy ze starożytności, 1 z angielskiego, cała III.deklinacja +liczebniki na łacinę i kilkadziesiąt stron tekstu na VSH, no i wypadałoby czytać już teraz materiały na następny tydzień ze starożytności), ale kiedy próbuję się zabrać do prezentacji z muzeów, jakoś zajmuję się wszystkim innym, tylko nie tym :/ Więc przynajmniej nie zmarnuję czasu, a materiały dopracuję(bo niby już mam prawie gotową) na 4-godzinnym okienku w bibliotece w środę :/ ).

Link to comment
Share on other sites

Numerowanie jest obowiązkowe, ono się rozumie samo przez się W prawym dolnym rogu każdej strony umeiszczam skrót(najczięściej od pierwszych liter przedmiotu, ew. daję po 2 literki, żeby odróżnić np. Wstęp do Administracji od Wstępu do Archiwistyki ), następnie numer strony. A nad nimi zostawiam sobie 2-3 linijki na wpisywanie dat

Żółwik, tylko te daty to tak rozstawione po stronie, przy tematach najczęściej, co by było wiadomo kiedy co miałem.

cała III.deklinacja +liczebniki na łacinę

Dawne czasy... Miałem tego farta, że zdałem łacinę bez egzaminu, na czitirie et pół. Ale deklinację III wspominam jako dość mocno porąbaną. Widać Rzymianom ostro się nudziło, w wolnej chwili siedli i stwierdzili:

- Ej! Zróbmy własny język!

- Tylko niech będzie łatwy i trudny zarazem!

- Jasne!

Bum. I tak powstała Cho... Lingua latina.

ale kiedy próbuję się zabrać do prezentacji z muzeów, jakoś zajmuję się wszystkim innym, tylko nie tym

Od dwóch godzin staram się zabrać za dokończenie jednej prostej rzeczy na dydaktykę i mi nie idzie ( w tym przez to wredne forum ), więc wizja pracy o północy staje się coraz bliższa. Poza tym, że jest to prosta robota przepisywaniowa.

A że tak spytam - mieliście już W-F? Jakie spostrzeżenia?

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.



  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...