Jump to content
niziołka

Niesamowite Przygody Barona Munchausena

Recommended Posts

Drogi Tajemniczy Szejku, opowiedz nam proszę szczegóły historii o tym, jak schwytałeś Feniksa i podarowałeś go królowej Annie?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Achh..Feniks. Legendarne stworzenie rodzące się raz na 500 lat, opisane przez Andersena, a od niedawna pupila królowej Anny. Jak ona go dostała, to tajemnica. I się nia podzielę.

Byłem wtedy jeszcze nieopierzonym studentem dyplomacji na uniwersytecie bagdadzkim. Jako jeden z najlepszych na roku(czyli po waszemu kujon) zostałem wybrany do towarzyszenia poselstwu do królowej Anny. Wyjeżdżaliśmy w lipcu i czekała nas długa droga do Konstatynopola, a potem przez Morze Międzylądowe. Nasza karawana składała się z ponad 200 osób i 60 wielbłądów. Towarzyszyć miałem bezpośrednio ambasadorowi, aby pobierać od niego nauki. Jak widać dzisiaj, przydały się. Wyruszyliśmy wieczorem, gdy były najlepsze warunki do podróży, a w czasie dnia odpoczywaliśmy pod namiotem. Podróż przez pustynie to nie przelewki, więc było ciężko. Wszędzie piach, trzeba było oszczędzać wodę. Parę razy minęła nas oparę kilometrów burza piaskowa, ale zawsze mieliśmy szczęście. Aż do tego dnia, dokładnie 13 dnia naszej wyprawy. Wpadliśmy wtedy po uszy w prąd piasku.

Każdy odpoczywał w namiocie, gdy nagle usłyszałem dziwny dźwięk. Przeraziłem się, ponieważ dobrze go znałem. Po 12 dniach takiej wyprawy łatwo wyczuć burzę piaskową. Wybiegłem przez namiot. Niestety, miałem rację. Krzyknąłem by ostrzec wszystkich, wyjąłem lunetę i zacząłem przeczysywać horyzont. Tak, są tam. Ruiny zapomnianego miasta, które wedle legendy ukazuje się zagrożonym przez burzę piaskową. Inni też to zauważyli i rozpoczął się szaleńczy bieg do schronienia. Mieliśmy nadzieję, że zdążymy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hrabina wyciąga z czarnej, jedwabnej sakiewki przewiązanej srebrnym sznurem jedną srebrzystą monetę i kładzie ją na stole.

-Och...Drogi szejku...Fascynujące. Ale jedno mnie dzivi...Jakże mogłeś osiągać tak niesamovite vyniki na universytecie, którego nie ma?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ej, wy Europejczycy tak mało o nas wiecie. Ma dworze kalifa był specjalny wydział przeznaczony dyplomacji, więc można to nazwać uniwersytetem, nie?<wykłada monetę>

Oto co było dalej:

Udało się. W ostatniej chwili wpadliśmy do środka. Mieliśmy na razie spokój. Lecz zaprzątała nas bardzo ciężka troska.. Uciekając w pędzie mieliśmy czas wziąć ze sobą tylko kilkanaście wielbłądów z zapasami wody i jedzenia na kilka dni. A do wykarmienia było ponad 200 osób. Zapowiadało się bardzo źle. Na dodatek byliśmy zmęczeni.

Ambasador postanowił zwołać naradę. Wysłaliśmy towarzyszące nam kobiety do sprawdzenia stanu zapasów. Rozpoczęliśmy debatowanie. Do najbliższego miasta było 10 dni drogi. Wielu z nas mogło tego nie przeżyć. Niestety, z zewnątrz nie można było oczekiwać pomocy. Musieliśmy radzić sobie sami. Ustalono nadzwyczajne oszczędzanie zapasów i odpoczynek. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy możemy kogoś wysłać po pomoc. Sytuacja wydawała się beznadziejna, gdy wtedy ktoś powiedział: ?Hola. To dopiero mały kawałek miasta, to co widzimy. Może tu coś znajdziemy??. Pomysł okazał się wyborny. Na zwiad miałem pójść ja i 4 żołnierzy z eskorty. Czułem się dość niepewnie, albowiem miałem przy sobie tylko swój sztylet, z którym się nie rozstawałem, a szabla, w której władaniu byłem mistrzem, zniknęła. Rad nierad postanowiłem pójść niemalże nieuzbrojony. W końcu sztyletem też mogę z powodzeniem walczyć. Bo wtedy nie byłem jeszcze aż tak otyły jak dzisiaj. Wzięliśmy pochodnie i troszkę prowiantu i wyruszyliśmy. Szliśmy przez miasto już kilka godzin, gdy przystanęliśmy na odpoczynek.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Strzepuje z monety puder kładzie na stole i mówi

- Pańska sytuacja była naprawdę niewygodna ale dziwi mnie jedno. Dlaczego z dwustuosobowej karawany na zwiad poszło tylko was pięciu?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wykłada monetę.

-Nie było sensu wysyłać więcej ludzi. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Nie mogliśmy ryzykowac życia dwustu ludzi. A nasza piątka była elita, mosci wygodnicki. Byliśmy najmłodsi, najsilniejsi i najzwinniejsi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hrabina wykłada kolejną monetę.

-Jednak mimo vszystko nie można nazvać tego universytetem. Specjalny oddział, a nie universytet. Poza tym, universytety są niezależne, jak taki może być na dvorze kalifa?

Share this post


Link to post
Share on other sites

No tak, hrabini, masz racje:

Znajdowaliśmy się na jakimś placu. Zapadał powoli zmrok, więc z rosnącej poblisko palmy(a było to dziwne)zrobiliśmy po jej ścięciu ognisko. Ustaliliśmy warty i poszliśmy spać. Nagle usłyszałem dziwny śpiew. Wstałem i poszedłem za nim. Kolega, który stał na warcie i najwyraźniej tego nie słyszał nie zwrócił na to uwagi, uważając że idę pozbyć się nadmiaru wody. Poszedłem za tym śpiewem, przygotowując sztylet. Wszedłem do obszernego budynku, na drzwiach którego wygrawerowany był płonący ptak. Wyglądało to na jakąś starożytną świątynię, której wyznawcy dawno upuścili miasto. Szedłem przez jej wielki hol, po czym wkroczyłem do głównej Sali. Była przepiękna. Wspaniała. Po środku stał wielki posąg Feniksa, a przed nim kunsztownie wykonany ołtarz ofiarny. Przeszukując przylegające sale znalazłem zamknięte pomieszczenie. Okazała się nim być spiżarnia, której zapasy były doskonale zachowane z powody braku wilgoci. Suche, aczkolwiek zdatne do jedzenia. Wróciłem do Sali. Obszedłem pomnik i z tyłu zobaczyłem wnękę. A w niej leżało jajo. Wziąłem je ostrożnie w me dłonie. Było duże, lecz lekkie. I coś w nim było. I to z niego dochodził śpiew. Zaczynało się robić ciekawie. Wtem zaczęło pękać. Po chwili wypadł z niego mały brzydki ptaszek. Siedział na ziemi i cicho śpiewał.

Nagle zapłonał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po przeszukaniu kieszeń których miał chyba ze sto lub więcej wyjmuje z kieszeni monetę i kładzie ją na stolę.

-Mój drogi Szejku ciekawi mnie jedna rzecz.Jak wam się udało ściąć palmę?Ich drewno jest bardzo twarde i śmiem wątpić aby pięcioro ludzi dało sobie z nią radę w pojedynkę.No i jeszcze jedna rzecz czemu nie sprowadziliście tam reszty ludzi przecież tam gdzie rosną rośliny musi być i woda.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kolejna moneta.

-A to dlatego, iż mamy topór. Takie cus do ścinania drzew. A reszty ludzi nie sprowadziliśmy, gdyż w mieście uliczki sa wąskie. A poza tym nie chcieliśmy ryzykować. I tak mieli jeszcze dość wody.

Stałem i patrzyłem na to, nie wiedząc, co robić. Chciałem biec po wodę, ale cos mnie trzymało, bym nic nie robił. Ptak płonął. Patrzyłem i myślałem-?Czy to możliwe? Nie, to nie może być FENIKS?. A jednak był, bo jak inaczej wytłumaczyć to, iż ptak samoczynnie zapłonął ogniem? Po chwili zauważyłem, że z popiołów powstała nowa istota. Pełnoprawny feniks. Spojrzał na mnie, i jakby uznając za swego pana, siadł mi na ramieniu i cichutko kłapnął dziobem. ?Jakiś ty piękny? pomyślałem. Jakże to wspaniałe! Ale nadal nie miałem wody. Stworzenie, jakby czując me rozterki, wzbiło się w powietrze i poleciało, jakby chcąc mi cos pokazać. Poszedłem za nim. I co znalazłem-fontannę!

Dzięki cudownemu ptakowi zabraliśmy zapasy i trafiliśmy do najbliższego miasta, gdzie dzięki funkcji mego mentora dostaliśmy nowe wielbłądy. Ruszyliśmy w dalszą drogę i tak po kilku miesiącach trafiliśmy na dwór Anny. Feniks nam towarzyszył i był naszym oparciem.

Dużo by się rozpisywać o uczynności pary królewskiej i urodzie królowej. Zachwyciła mnie. Jej włosy?Byłem tak zauroczony, ze w czasie uczty na cześć nowo zawartego porozumienia ogłosiłem jej wszem i wobec, iż oddaję w jej ręce mego feniksa. To był zaprawdę królewski dar.

Dni mijały szybko i musieliśmy wyjechać. Ja, jako awansowany zastępca ambasadora poprosiłem o rozmowę Annę. Wyjaśniłem jej, iż dzięki Feniksowi można utrzymać bezpieczny kontakt listowy. Dzięki temu posunięciu na miejscu czekał na nas kalif, gratulując nam udanej misji, o której powodzeniu dowiedział się listownie. Zaprawdę, cudowne z Feniksa stworzenie było.

Ale to było tak dawno temu?.Najważniejszym punktem mej eskapady było odwiedzenie starego przyjaciela, który potem spłonął. I tak na powrót feniksa będziemy musieli czekać kolejne 500 lat.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kładzie kolejna monetę na stole.

-A czy przypadkiem Feniksy nie żyją 500 lat i nie odradzają się zaraz po śmierci?Tak przynajmniej słyszałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moneta

-Źle waćpan słyszał, bo to między narodzinami upływa 500 lat. Legenda nie mówi, kiedy maja ginąć.

-Opowiedz, drogi kolego*, jak złapałeś irlandzkiego skrzata z garnkiem złota w Dzień Św. Patryka.

* - Jean Baptiste, czyli Adamnus - NZK

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ach to jedna z moich najlepszych historii.

Najpierw musze wyjaśnić czemu przebywałem w Irlandi która chcąc niechcąc była pod jurysdykcją Wielkiej Brytanii. Powodem była misja dyplomatyczna mającą umocnić naszą współpracę przeciw Brytyjczykom. Swoją drogą Brytyjczycy doprowadzili do perfekcji podburzanie swoich koloni jest to wręcz ich sport narodowy. Wyjechałem tam w marcu gdyż przygotowania do Dnia św. Patryka skutecznie zasłaniało nieżyczliwe oczy. Z resztą żaden Anglik nie odważyłby się wtedy zjawić na ulicy. Po zgodnym podpisaniu traktatów. Nadszedł czas na świętowanie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wykłada monetę-ma teraz 2.

-Kolego, ależ Irlandia to nie była angielska kolonia. Przecież należy do Wlk. Brytanii i nie jest formalnie kolonią.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przyjmuje monete w sumie masz rację, ale to jeszcze bardziej pogarsza moją opinię o Brytyjczykach ponieważ nie radzą sobie na własnym podwórku.

w sumie mam 7 monet

Zabawy Irlandczyków może nie są tak wykwintne jak Francuskie, ale za to bez troski o

właściwy moment chwycenia łyżeczki do sałaty. Bawiłem się świetnie w otoczeniu pięknych

rudowłosych dam (w końcu francuski to język stworzony dla piękna) co niestety nie spodobało

się ich mężom. Na pewno z łatwością sprostałbym bandzie wściekłych mężów (to dla mnie nie

nowość) ale dzisiaj moje piękno obróciło przeciw mnie całe miasto. Już miałem polec pod

zalewem rudej rzeki zawiści, kiedy wszystko zatrzymał tutejszy ksiądz i rzekł:

-panowie, dziś św. Patryka. Dzień wielkiego człowieka który walczył z barbarzyństwem naszych

dusz. Człowieka który nauczył nas wybaczania i miłości. Pokazał jak dobrze żyć. Dlatego

proszę pana dajemy panu...

Nie wiem co mi chcieli dać, ale w tym momencie właśnie wyskoczyłem przez otwarte okno

korzystając z okazji że wszyscy patrzą na kaznodzieje. Na szczęście niedaleko był las

musiałem tylko przejść rzeke po moście. Już mnie doganiali (nie zniechęceni razami które

rozdawałem najszybszym) kiedy wszyscy zatrzymali się przed mostem ja oczywiście wbiegłem do

lasu. Zadowolony nie zauważyłem że zbledli i przeżegnywali się zawzięcie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Biegłem jeszcze chwilkę wysłuchując odgłosów pościgu. Upewniwszy się że mnie nie gonią odsapnąłem chwile pod drzewem. Zauważyłem że mam dziurę w bucie (moja najlepsza para) no nic pomyślałem i poszedłem na południe w kierunku portu, który zabierze mnie z tego spalonego dla mnie kraju. Tak idąc wszedłem na polanę gdzie zobaczyłem chatkę z szewskim szyldem. Cóż dziwny kraj i tyle, dla nich dziwna jest biała peruka. Podchodzę do siedzącego dziecka z przodu sklepu i nagle widze że ma brode! On zobawszy mnie rzucił się do ucieczki. Naturalnie gonie go gdyż nie odpuszcze sobie jedynej zapewne okazji do naprawy butów. Pogoń skończyła się gdy brodacz wskoczył w krzaki nad rzeką. Szukałem go przez jakiś czas aż zobaczyłem jakąś osobę siędzącą na kamieniu nad rzeką.

Gdy się lepiej przyjrzałem spostrzegłem że to kobieta o białych włosach. Jak na gentelmena przystało spytałem

-co taka piękna dama robi sama w lesie - odwróciła swoją twarz w moją stronę - ty... ty... się mnie nie boisz? - a dlaczego miałbym się bać pięknego kwiatu nad tą rzeką? - mówią że zwiastuje śmierć - tu niektórzy z was pewnie uciekliby z przerażenia, ale dobre wychowanie i przyzwoitość wzkazywało na dotrzymanie towarzystwa - każdy kiedyś umrze - machnąłem ręką - a wiesz może co się stało z szewcem że tak uciekł przede mną? - aa, on uroił sobie że wszyscy chcą wykraść jego skarb. Ucieknie chyba że będziesz miał w ręku parę zepsutych butów. - tego można się spodziewać po szewcu w środku lasu. No to co idziemy? - Co? ja też? nie, nie mogłabym czekam na narzeczonegol.

Cóż poradzić poszedłem sam do szewca z podniesioną parą zepsutych butów.

Rzeczywiście zadziałało szewc nie uciekł na mój widok. Spokojnie przyjął zamówienie. Lecz zażądał horendalnie wielką cenę za usłógę. Nie było rady był jedynym szewcem w okolicy więc musiałem się zgodzić i kiedy czekałem na reperację na polanę wpadła dziwne stworzenie. Uznać by można za niedźwiedzia ale ale zamiast futra miało skórę gada i wielki spadzisty nos. -GDZIE ZŁOTO - rykneło. Szewc wybiegł naprzeciw stworowi - przecież mówiłem ci że pod spróchniałym drzewem - sprawdziłem każde próchno w tym lesie nie ma - a to nad jeziorem? - NIE MA - a to przy rzecze - NIE MA! DAWAJ ZŁOTO albo polecisz - szewc nie miał już argumentów na co stwór zareagował świetnym prawym podbródkowym (oczywiście nie tak dobrym jak mój, którym znokautowałem krokodyla albinosa z którym walczyłem ku uciesze królowej zaginionego miasta Saab). Szewc odleciał parę metrów i spadł na mnie. Teraz to była sprawa osobista, nie dość że rzuca we mnie karłami to jeszcze nokautuje mojego szewca. Załatwiałem gorszych typów jak na przykład ten rogacz z Moskwy był dwa razy brzydszy od tego tutaj a sobie poradziłem. Wyjąłem moją "wierną" (we Francji nigdy nie wiadomo) Joanne która natychmiast została odtrącona przez tego bydlaka (co za brak manier i dobrego smaku). Wzieliśmy się za bary, cóż moje ręce stworzono do dotykania piękna a nie do walki z brudnym drwalem. Już miał mnie powalić kiedy postanowiłem użyć tajnej techniki Francuzów... upudrować go! Nikt prócz Francuzów nie zniesie takiej dawki pudru jaką wyrzuciłem w powietrze. To z połączeniem z jego nosem przesądziło losy walki i stwór uciekł do lasu rozprzestrzeniając modę Franków.

Kiedy szewc się ocknął i usłyszał co działo dalej posmutniał i rzekł - trzymałeś mnie więc z technicznego punktu widzenia musze dać ci garniec złota możesz je sobie wykopać jest pod spróchniałym drzewem nad jeziorem - na co odparłem - dobrze się złożyło za twe usłógi zapłace tym złotem tylko wydaj mi resztę, która szacując wynosi 1 dukat - karzeł dziwnie zaniemówił oddał mi świetnie wycerowane buty i dziwnego dukata z koniczyną na rewersie. Po tej przygodzie już nic nie przeszkodziło mi w powrocie do domu. A jako dowód pokazuje tą oto monetę Four_Leaf_Clover_Bottle_Cap_Tag.summ.jpg

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uniżony Otto von Dunkelstrudel wykłada monetę

-Ależ powiedz mi, szlachetny towarzyszu, skąd wiedziałeś że różnica wynosi jeden dukat?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie wiedziałem, ale wiedziałem że nie mają wartości i wziołem jedną na pamiątkę

nie wiem czy ja dostaje monete czy FrankSlade

======

Opowiedz nam drogi kupcze jakim cudem udało Ci się przetrwać oblężnie fortu we Flandri przez nasze wojska w czasie wojny sukcesyjnej Hiszpanii.

Bardzo przepraszam za spóźnienie nie mam nic na usprawiedliwienie

Share this post


Link to post
Share on other sites

Aaa oblężenie Flandrii przez wojska Francuskie.

Wydaje mi się jakby to było wczoraj.Ale przejdźmy już to konkretów.Jako młodzieniec głodny przygód podróżowałem wraz z moim przyjacielem z miasta do miasta w poszukiwaniu rozrywki.Jako że były to niebezpieczne czasy postanowiliśmy zatrzymać się we Flandrii na kilka dni dłużej aby odpocząć po trudach podróży.Nasz spokój nie trwał jednak zbyt długo, późnym wieczorem do miasta przybył posłaniec aby ostrzec mieszkańców że do miasta zmierzają Francuskie wojska.Ogłosił on także że głównodowodzący obroną miasta zarządza aby każdy kto umie strzelać natychmiast zgłosił się do fortu gdzie otrzyma broń i mundur.Jako że byłem i jestem nadal wyśmienitym strzelcem zgłosiłem się bez namysłu.W koszarach otrzymałem broń a także pierwsze rozkazy z których wynikało że mam udać się na zwiad jak blisko są już Francuzi.Razem ze mną było jeszcze czterech ludzi w tym mój przyjaciel który może nie był najlepszym strzelcem ale nadrabiał to odwagą.Pozostali to żołnierze którzy stacjonowali we forcie.

Noc była bardzo pochmurna i zapowiadało się na deszcz gdy opuściliśmy fort przez południową bramę.Mijaliśmy po drodze ludzi uciekających z miasta wiozących swój cały dobytek na wozach.

Wszędzie panował chaos.Z tego powodu musieliśmy zjechać z drogi i poruszać się polami.

Jechaliśmy polami przez dość długi czas.Nagle pomiędzy drzewami naszym oczom ukazały się jakieś światła.Postanowiliśmy sprawdzić czy to nie aby ci przez których musimy jeździć w ciemną noc po bezdrożach.Zadanie sprawdzenia źródła tego światła spadło na mnie.Zacząłem przemykać między drzewami podchodząc coraz bliżej na wszelki wypadek wyjąłem nóż aby móc w razie czego mieć się czym bronić.

Gdy byłem naprawdę blisko okazało się że to nie Francuzi lecz miejscowi chłopi którzy widać uciekli przed wspomnianymi a teraz próbują ogrzać się przy ognisku.Przed powrotem do pozostałych aby poinformować ich o moim okryciu wyszedłem z ukrycia i spytałem się ludzi siedzących przy ognisku czy nie widzieli przypadkiem żołnierzy nieprzyjaciela.Gdy już miałem zdobyć potrzebne mi informację.Usłyszałem huk wystrzału.Nie wiadomo skąd wyskoczyło około 15 ludzi w mundurach krzyczących coś po francusku.Nie myśląc zbyt wiele podbiegłem do pierwszego żołnierza dźgnąłem go nożem i zabrałem mu muszkiet.Nie zdążyłem z niego skorzystać ponieważ podbiegł do mnie oficer francuski wymachując szablą.Zacząłem się bronić przed jego próbami zranienia mnie.Po chwili oficer leżał na ziemi ze zgruchotaną czaszką a ja zdobyłem wspaniałą szablę następnie wystrzeliłem do jednego z żołnierzy kula trafiła go w brzuch.Mimo mej wspaniałej obrony i pomocy chłopów wiedziałem że bez pomocy nie pociągnę zbyt długo.

Naglę usłyszałem dźwięk końskich kopyt gdy z ciemności wyłonili się moi towarzysze.Z ich pomocą wrogowie nie mieli najmniejszych szans.Zaraz po tym jak rozprawiliśmy się z ostatnim nieprzyjacielem wyruszyliśmy najszybciej jak się da w drogę powrotną do fortu aby o wszystkim zameldować.

Aktualnie posiadam trzy monety

Spieszyliśmy się tak jakby nas diabeł gonił.Wiedzieliśmy że liczy się każda minuta i że musimy jak najszybciej znaleźć się w forcie.Jechałam na końcu gdy nagle usłyszałem świst kuli koło mojego lewego ucha.Jadący przed mną żołnierz złapał się za bok aby po chwili sunąć się z konia i paść martwym na ziemię.Nie mieliśmy nawet czasu na to aby się zatrzymać i zabrać ciało naszego towarzysza ponieważ wiedzieliśmy że może nas spotkać ten sam los.

Gdy dojechaliśmy do fortu okazało się że tylko my powróciliśmy żywi ze zwiadu.Oprócz nas wysłano jeszcze trzy grupy.O żadnej już nigdy nikt nic nie usłyszał.Zaraz po naszym wjeździe na teren fortu bramy zostały zamknięte i odpowiednio zabezpieczone.Od żołnierzy dowiedzieliśmy się także że najprawdopodobniej nie mamy co liczyć na wsparcie.Jak nazłość zaczęła się jeszcze straszliwa ulewa.

Po złożeniu raportu dowódcy poszliśmy spać.

Z samego rana obudził mnie huk wystrzału.Zerwałem się z łózka na równe nogi szybko i czym prędzej pobiegłem na mury.Widok który tam zobaczyłem zmroził mi krew w żyłach.Cały fort otoczony był przez francuskie wojska gotujące się do szturmu.

Nie myliliśmy się. Następnego dnia rozpoczął się szturm.Poprzedził go ostrzał francuski9ch armat który nie tylko miał osłabić mury fortu ale i naszego ducha.Jednak to nic nie dało wszyscy obrońcy byli gotowi to odparcia ataku. Gdy ostrzał ustał zapanowała przerażająca cisza jak w oku cyklonu.Wiedzieliśmy że tak samo jak w już wspomnianym oku cisza i spokój nie potrwa zbyt długo. Wykorzystując ostatnie chwile spokoju część żołnierzy rzuciła się na mury aby odrzucić nieprzyjaciela który lada chwila mógł zaatakować. Gdy połowa garnizonu wybiegła na plac stało się najgorsze.

Francuzki dowódca rozkazał wznowić ostrzał.Powietrze znowu przeszył huk wystrzałów. A chwilę potem na ziemie spadły kule armatnie raniąc lub zabijając ludzi znajdujących się na placu lub murach. Zapanował kompletny chaos każdy starał się ratować nikt nawet nie zauważył że pod osłoną własnych dział francuska piechota rusza do ataku.Ostrzał potrwał jeszcze chwilę ale wróg musiał go zaprzestać ponieważ atakująca piechota znalazła by się w polu rażenia.Ci którzy przeżyli nie mieli najmniejszej ochoty walczyć. Wiedziałem że jeżeli nic nie zrobię fort upadnie a nas czeka niechybnie śmierć. Postanowiłem działać. Czym prędzej pobiegłem na mury i zacząłem ostrzeliwać atakujących to samo zrobił mój przyjaciel. Gdy inni zobaczyli jak walczymy z przeważającym wrogiem który był już praktycznie pod murami, odżyła w nich nadzieja na zwycięstwo. Każdy kto mógł rzucił się na mury aby nam pomóc obsługi dział zaczęły strzelać do szeregów wroga. Części wojsk francuskich udało się dostać na mury jednak w walce wręcz nie miały z nami najmniejszych szans. Ja osobiście zrobiłem użytek ze szabli którą zabrałem wspomnianemu już oficerowi. Walka trwała do późnego wieczora kiedy to Francuzi wycofali się na swoje wcześniejsze pozycję. Gdy dowódca wojsk zobaczył z jak walecznym przeciwnikiem mam do czynienia zarządził rozpoczęcie oblężenia. Postanowił nas wygłodzić.

-----------------------------------------

Nie wiem czemu ale wszystkie posty łączą mi się w jeden duży a tak w ogóle jest to już czwarty post.Posiadam nadal trzy monety

------------------------------------------

Share this post


Link to post
Share on other sites

Idę o zakład drogi kupcze że wtedy Francuzi sprowadzili swoją potężną bombardę która z łatwością zniszczy mury fortu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Podnosi monetę (którą jak sadze gdy się ze mną zakładałeś położyłeś) i chowa ją do kieszeni. Ma ich teraz cztery.

Mój drogi Jean Baptiste czytasz mi chyba w myślach. A może brałeś udział w tamtych wydarzeniach? Otóż miałem właśnie o tym powiedzieć. Po paru dniach bezczynności zrozumieliśmy zamiary francuzów. Dlatego postanowiliśmy wysłać posłańca z prośbą o posiłki. Na ochotnika zgłosiłem się ja i mój przyjaciel. Gdy mieliśmy właśnie wyruszać Francuzi znów zaczęli nas ostrzeliwać. Jedna z kul o uderzyła w mur obok mnie. Następnie poczułem straszny ból w lewej nodze okazało się że trafił mnie odłamek i zostałem unieruchomiony. Jako że jak już napisałem mój przyjaciel słynął z niebywałej odwagi postanowił iść sam.

Gdy zapadła noc wyruszył w drogę. Po godzinie usłyszeliśmy krzyki i strzały w obozie francuzów. Następne co zobaczyłem to jak mój przyjaciel biegnący po ziemi niczyjej goniony przez francuską jazdę w stronę bramy. Żołnierze nie czekając ani chwili otworzyli ogień do konnicy inni natomiast otworzyli wrota i wpuścili go do fortu. Okazało się że jedna z kul trafiła mojego przyjaciela w klatkę piersiową. Rana bardzo krwawiła wezwany natychmiast lekarz nie mógł nic poradzić. Mój wieloletni kompan umarł. Nim jednak wyzionął ducha z wielkim trudem powiedział trzy słowa "Francuzi mają bombardę". Każdy z nas wiedział co ta straszliwa broń może zdziałać. Natychmiast podjęto decyzję że zostaną utworzone dwie grupy. Pierwsza miała zniszczyć działo nim będzie gotowe do rozpoczęcia ostrzału. Druga natomiast miała spróbować przedrzeć się za linie wroga i sprowadzić posiłki. W skład każdej grupy wchodziło 10 żołnierzy. Reszta garnizonu miał odwrócić uwagę francuzów.Jako że byłem ranny w nogę nie mogłem przyłączyć się do żadnej z grup miałem pozostać w forcie i stamtąd osłaniać członków grup. Naszą operację rozpoczęliśmy nad ranem kiedy nie przyjaciel najmniej się tego spodziewał. Zaczęliśmy ostrzeliwać francuzów ze wszystkiego co posiadaliśmy. Późnym wieczorem powrócił jeden członek grupy która miała zniszczyć bombardę reszta poległa nie osiągając żadnych skutków. Naszą ostatnią nadzieją były posiłki nie wiedzieliśmy jednak czy odpowiedzialnej za ich wezwanie grupie udało się przebić. Następne pięć dni należało do najbardziej nerwowych w moim całym życiu. Po tym właśnie czasie z odsieczą przybyła nam nasza armia. Tak właśnie udało mi się przeżyć oblężenie fortu we Flandrii przez francuzów. Podczas tej wojny straciłem mojego kompana poznałem jednak wielu wspaniałych ludzi.

======[26 IX 2009]

Opowiedz nam hrabino Lady Draciula Anastasia Yedda Olga Albertina Lacyann Irmine von Schatten-Drache, jak to podczas wyprawy do Grecji odkryłaś w antycznych ruinach mapę do Atlandydy. I jakie niebezpieczeństwa napotkałaś podczas wyprawy do tego jakby się zdawało nieistniejącego miasta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ach...Atlantyda...Cóż to była za przygoda...Choć myślałam, że może spytacie mnie o jakieś przygody z moich rodzinnych krain. Ale no cóż...

Jako osoba vykształcona, pochodząca z vielce szlachetnej rodziny Schatten-Drache zgodnie z naszą przekazyvaną z pokolenia na pokolenie tradycją, a także vzorem vielu słavnych ludzi vyruszyłam v podróż po Europie, by zdobyć ogładę, ogólną viedzę o śviecie i naviązać znajomości.

Jak mogłabym v takiej podróży ominąć kolebkę naszej szlachetnej cyvilizacji, filozofóv, idei, pieśni, teatru, vszystkiego, co vzniosłe, szlachetne i piękne?

I tak oto znalazłem się v pevnej chvili na jednej z vielu, vielu vysepek Grecji, pod palącym słońcem, którego żaru nie mogła przygasić navet moje parasolka. Zniszczyło to na viele, viele dni mą nieskazitelnie białą skórę.

Kończąc tą krotką dygresję...Znajdovałam się na jednej z vysepek, której to nazvy nie vymienię, gdyż sekret Atlantydy jest dzięki temu tylko mój, a jako taki ma vartość i moc najviększą. Słońce ośvietlało pozostałości po kolumnach, blokach i ścianach jakiegoś davno opuszczonego miasta, gdzieś v oddali było słychać szum morza i krzyk ptakóv.

Podziviałam tą piękną scenerię, a następnie vyjęłam mój notesik, zebrałam suknię i usiadłam na jednym z kamieni. A potem zaczęłam szkicovać. Nieuviecznienie tego byłoby grzechem straszlivym, te ruiny były tak niesamovicie poruszające, szkoda tylko, że nie byłam v stanie uchvycić na kartkach zapachu niektórych roślin, które rosły v tym miejscu...

Kiedy skończyłam szkicovać przyjrzałam się svemu dziełu. Vyszło mi napravdę zgrabnie, nauka nie poszła na marne, miałam co vstavić do svojego dziennika....Nagle coś mnie uderzyło v nim, coś, czego nie zauvażyłam patrząc na całą scenę na żyvo.

Kolumny były ustavione regularnie!

Niby v architekturze greckiej to nic dzivnego, v końcu ta opiera się na symetrii...Ale te trzy kolumny układały się v trójkąt róvnoboczny, co nie pasovało do greckich kanonóv piękna. Coś tu było nie tak...

Vstałam vięc, otrzepałam suknię, vzięłam parasolkę i podeszłam do kolumn. Mój zmysł perspektyvy mnie nie zaviódł- faktycznie układały się v trójkąt róvnoramienny. Całość vyglądała na pozostałość czegoś v rodzaju nievielkiej kapliczki. Być może była ona pośvięcona jakiemuś teraz nieznanemu, lokalnemu bóstvu? Kto mógł rzec? Nie mogłam znaleźć żadnej vskazóvki, choć całość trzymała się nadzvyczaj dziarsko, jeśli vziąć pod uvagę jej viek.

Nagle jednak dostrzegłam coś ? jeden z kamieni stojących vevnątrz ovego trójkąta był trochę za regularny jak na coś stvorzonego tylko przez naturę. Poza ovą geometrycznością (vyglądał jak sześcian) był to zvykły, gładki blok piaskovca. Pchana mym słavnym instynktem, który już vielokrotnie uratovał mi życie v innych przygodach zaparłam się o niego i odvróciłam go tak, by zobaczyć, co jest pod spodem.

Zdjęłam rękaviczkę i otarłam z niego varstevkę piasku. Przeczucie mnie nie zaviodło- spód kamienia pokryvały greckie litery, zbyt jednak zatarte, bym mogła cokolviek odczytać.

Jednak znovu sprzyjało mi szczęście ? przypomniałam sobie o pevnej starej sztuczce. Podeszłam do jednego z okolicznych ciernistych krzevóv i urvałam z niego parę gałęzi, z których usypałam kopczyk. Następnie stanęłam przed nim, pogrzebałam chvilę v pamięci a następnie vyvrzeszczałam v stronę patyczkóv parę słóv zasłyszanych v vielorakich portach(viem, dama nie povinna, ale mamy tutaj sytuację szczególną).

Badylki dosłovnie spaliły się ze vstydu, a ja miałam garstkę popiołu.

Vyrvałam parę kartek z notesu, poustaviałam je tak, by zakryły cały spód kamienia (całkiem spory) i vtarłam veń popiół.

A potem odczytałam inskrypcję.

I uśmiechnęłam się szeroko, vidząc litery układające się v słova ???????? ?????.

Atlantyda. Atlantyda, mit. Atlantyda, którą opisyvał Platon.

A ja miałam przed sobą opis tego, jak ją znaleźć.

Myślicie, że vam poviem, gdzie to? Movy nie ma!

Co ciekave, nie była to żadna zagadka ani nic v tym rodzaju. Po prostu opis.

Nie mogłam oczyviście przegapić okazji zostania odkryvczynią ATLANTYDY, vięc udałam się do portu na ovej vysepce, na której się znajdovałam. Miejsce oznaczone v inskrypcji nie znajdovało nie na szczęście zbyt daleko, vięc nie potrzebovałam dużej łodzi.

Po prostu zapłaciłam któremuś z rybakóv za to, by mnie tam przetransportovał.

Rybak óv vraz z synem zabrali mnie na pokład nievielkiego rybackiego stateczku, którym to vyruszyliśmy na Morze Śródziemne.

Jak vszyscy viedza, najviększe przygody zdarzają się na morzu. Tym razem róvnież tak było.

Kiedy byliśmy już tak daleko od brzegu, że znikł nam on z oczu, do uszu naszych doleciała jakaś piękna, pełna tęsknoty pieśń. Już chciałam poprosić rybakóv, by mnie v tą stronę skierovali, gdy oni jakby przeczuli o co mi chodzi ? i sami zaczęli tam płynąć.

Tak, dobrze myślicie, to były syreny. Ptasie szpony, ptasie skrzydła, głosy piękniejsze od tych pierzastych stvorzeń. Chciały zaciągnąć v nas jakieś rafy, vidziałam, jak latały nad nami jak stado sępóv.

Nie mogłam pozvolić, by moi zauroczeni przevoźnicy vpakovali nas na ostre kamienie, vięc sama zaczęłam śpievać. Po raz kolejny lekcje pobierane na dvorze opłaciły się ? kobiety-ptaki zleciały z nieba i przysiadły na skałach.

I teraz słuchały mnie, tak samo jak mężczyźni vcześniej ich - zachvycone.

V pieśń vplotłam rozkaz, by kontynuovać podróż....

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wykłada monetę (ma ich teraz trzy).

-Dziwi mnie o pani jedna rzecz, że kamień z dokładną instrukcją jak dotrzeć na Atlantydę był ot tak sobie ukryty i niczym niechroniony.

A wracając do tematu który ci zadałem, wiele słyszałem o twoich przygodach jednak chciałem usłyszeć od ciebie o odkryciu Atlantydy. Ponieważ krąży tyle plotek jak tego dokonałaś, a każdy mówi co innego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

*Wykłada monetę. Ma teraz sześć. Albo dwie.*

Drogi panie, ależ Atlantyda nigdy nie była sekretem! Po prostu zagubiliśmy do niej drogę, czas zatarł ślady. Jak vidać coś przetrvało.

Tak vięc oddaliliśmy się od legoviska syren. Choć kocham przygody i niebezpieczeństva, to miałam nadzieję, że nic poza nimi nas nie spotka ? tak bardzo pragnęłam zobaczyć na vłasne oczy legendarne cuda Atlantydy.

Ale jednak nie dane nam było płynąć v spokoju. Słońce zdążyło poruszyć się na niebie tak, że było to zauvażalne, gdy spokojna vcześniej povierzchnia morza zmąciła się v jednym miejscu, z którego to vysunął się najobrzydlivszy potvór jaki v życiu vidziałam.

Vyobraźcie sobie - łeb podobny do spłaszczonej głovy końskiej (tak vielki, jak nasza skromna łupina) vyłupiaste, rybie oczy o poziomych źrenicach, vielkie rogi podobne do kozich i paszcza pełna ostrych zębisk. A za tym ohydnym łbem vije się róvnie ohydne, połyskująco zielonkavo i przyvodzące na myśl vęgorza długie cielsko ginące gdzieś v odmętach.

Vąż morski.

Stvór nieznanych povodóv zavisł tuż nad nami z otvartą paszczą, jak miecz Damoklesa, zamiast zaatakovać i pożreć nas jednym kłapnięciem szczęk.

Moi jak się okazuje nie-tak-dzielni marynarze stchórzyli i skulili się na dnie łajby (och, gdzież są mężczyźni, gdy dama jest v potrzebie). Zostałam tylko ja.

Miałam tylko nadzieję, że vąż zechce się przyjrzeć dokładniej temu, co złapał.

Zechciał.

Zamknął pysk, przekręcił głovę (oczy miał po bokach) i vlepił ve mnie krvavoczervone ślepie. Na to czekałam ? podniosłam moją parasolkę z dna łodzi i vbiłam ją potvorovi v oko.

Bestia ryknęła tak głośno, że musiałam zakryć uszy , odrzuciła łeb do tyłu i zanurkovała.

Na szczęście fala, jaką vzbudziła nie przevróciła łodzi.

Pozbierałam rybakóv do kupy. Byliśmy napravdę blisko.

V końcu dopłynęliśmy na miejsce. Znaki rozpoznavcze były na miejscu ? dvie skały o bardzo, bardzo charakterystycznym kształcie vystające z vody na samym środku morza...Ale Atlantydy nie było nigdzie vidać. Skryvały ją głębiny, masy vodne który pevnego dnia zvaliły się na to piękne miasto...

Moja vyprava poszła na marne. Mogłam się spodzievać podobnej porażki ? v końcu dlaczego ten legendarny ląd miałby vynurzyć się akurat dla mnie?

Choć nie vidziałam miasta, jestem pevna, że jest ona dokładnie tam. Choć odmęty były zbyt głębokie, bym dojrzała dno to z pevnością vidziałam v vodzie jakieś błyski. I nie było to słońce odbite od rybich łusek.

Tak vięc pravdą jest, że znam położenie tego legendarnego lądu...Ale nigdy nie chodziłam po jego ulicach. Choć mam pevną pamiątkę z niego. Kiedy v drodze przepłyvaliśmy koło jednej ze skał zauvażyłam, że coś zaplątało się v porastające ją vodorosty. Był to visorek v kształcie muszli zrobiony ze srebra. Mam go do dzisiaj v mojej szkatułce z kosztovnościami v rodovej rezydencji.

Mimo vszystko było varto. Cel nie został osiągnięty, ale spotkałam syreny oraz vęża morskiego...Można uznać to za udaną przygodę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Mój drogi, opoviedz mi proszę o straszlivych zimach, jakie masz podobno v svych rodzinnych stronach.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×