Jump to content

Sonda!  

529 members have voted

  1. 1. Ile książek czytasz średnio w ciągu roku?

    • wogule nieczytam xD
      10
    • 1-2
      9
    • 3-5
      42
    • 6-10
      86
    • 11-20
      96
    • 21-30
      77
    • 31-50
      46
    • 51-100
      40
    • ponad 100
      25
    • Och, ależ nie liczę przeczytanych książek.
      106


Recommended Posts

Jak w temacie. Jeśli przyszło Ci do głowy coś, co nie ma swojego tematu, chcesz sobie podyskutować o książkach w oderwaniu od konkretnych autorów lub tytułów, podzielić się spostrzeżeniami na temat różnych koncepcji i gatunków - pisz tutaj.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Trzeba nieco temat rozkręcić.

Temat Bystrego o "Łups" przypomniał mi o jednym, dość istotnym problemie nierozerwalnie związanym z książkami. Tłumaczenia - czasem potrafią zepsuć radość z czytania, czasem stanowią oddzielne dzieło sztuki. Jakie tłumaczenia przypadły Wam do gustu, a do jakich nie zbliżylibyście się bez kija w łapce?

Ja osobiście mogę bardzo nie polecić tłumaczenia dokonane przez p. Łozińskiego, który z Bagginsa zrobił Bagosza, a z Fremenów Wolan. To przykład tłumaczenia, które wywołuje u człowieka odruch wymiotny i nieprzemożoną chęć ucieczki w dowolnie wybranym kierunku.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest Ruffian

A w jakiej książce? Bo ja mam "Władcę Pierścieni" w jego wykonaniu i wszędzie jest Baggins. Są jednak pewne błędy w tekście (np. mylenie Saurona z Sarumanem), ale to pewnie wina wydawcy (tak jak to, że jedną stronę wydrukowali odwrotnie, tzn. 348 przed 347, długo szukałem brakującego fragmentu na początku i na końcu każdego tomu, a wystarczyło odwrócić kartkę :/ )

A właśnie, czy Łoziński miał swój przekład tego tekstu o pierścieniach? Bo w książce jest wersja Gumkowskiego.

A nawiązując do błędów w sztuce wydawniczo - drukarskiej - miałem kiedyś z biblioteki książkę dokumentalną Wołoszańskiego, coś o ZSRR, nie pamiętam co. Otwieram, czytam, przewracam kartkę... pustki! Paskudna sprawa. Książki nie dało się czytać, bo co 3 strony brakowało ( tzn. strony były, ale niezadrukowane). :/

@Turambar - Wydanie I Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2001. Ale Podgórek i Hardostopczykowie (niestety) byli :/

Edited by Ruffian

Share this post


Link to post
Share on other sites

@ Ruffian - musiałeś czytać późniejszą, poprawioną wersję. W pierwotnej serio było Bagosz, Podgórek, Hardostopczykowie. Czyli porażka na całej linii. A tekst o pierścieniach... Nie pamiętam, może znajdzie się ktoś lepiej zorientowany.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tłumaczenia, ach tłumaczenia. Na początek ogólne przemyślenie/porada. Jeśli tylko dysponujecie odpowiednimi środkami, możliwości oraz umiejętnościami, czytajcie w oryginale! Dla wielu pewnie jest to oczywiste, ale i tak warto podkreślić. Według mnie, im bliżej oryginału, tym bliżej zamysłów autora, a tym samym 'prawdziwej' książki. Pomijam tu już rozważania o tym, że prawdziwa książka istnieje tylko potencjalnie, bo za każdym razem i tak tworzy się na nowo w naszej głowie. Ale przynamniej jesteśmy bliscy na poziomie językowym. Wielu odstraszają ceny... Niepotrzebnie. Jak sam wiele razy pisałem na tym forum - czasem czytanie w oryginale jest tańsze. I nie mówię tu o przypadkach, w których w Polsce mamy dwa tomy, ale także o sytuacjach 1:1. Owszem, czasem książki bywają sporo droższe, ale jest tak głównie w przypadku pozycji z półki 'literatura wysoka'.

Wracając jednak do samych tłumaczań, a i częściowo do kwestii pana Łozińskiego. Z jednej strony, jako czytelnik, uważam, że jego tłumaczenie było gwałtem na Władcy Pierścieni. Niektóre tłumaczenia były tak komiczne, że aż śmieszne. Całe szczęście, gdy pierwszy raz czytałem WP, czytałem w przekładzie Skibiniewskiej. ALE. Z drugiej strony, jako tłumacz i filolog, zastanawiam się jak brzmią oryginalne imiona dla native speakerów. Za przykład niech posłuży Malazańska Księga Poległych, której tłumacz zdecydował się tłumaczyć wszystkie przetłumaczalne nazwy, imiona i tak dalej. A trzeba dodać, że Steven Erikson ma zamiłowanie to tzw. telling names. Mamy więc postaci o pseudonimach Fiddler, Bottle, Smiles, Sorry, a także bardziej złożonych pokroju Shadowthrone. Dla nas imię/pseudonim Tron Cienia może brzmieć komicznie, ale czy tak samo nie brzmi Shadowthrone dla angoli? Ano właśnie. Dlatego też w najlepszej sytuacji jestem ja, czytelnik nie będący ojczystym użytkownikiem języka angielskiego, który czyta Eriksona w oryginale. A dlaczego? Gdyż dla mnie nazwy, które Anglikowi mogą wydawać się śmieszne, takimi się nie wydają - wręcz przeciwnie, brzmią jak nazwy własne, mroczne i chwytliwe.

Bardzo ciężko jest osiągnąć złoty środek pomiędzy tłumaczeniem, a nie tłumaczeniem w takich właśnie przypadkach. Nie zazdroszczę tłumaczom dzieł fantastycznych.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeśli tylko dysponujecie odpowiednimi środkami, możliwości oraz umiejętnościami, czytajcie w oryginale!

Jak najbardziej się z tym zgadzam. Stuprocentowo dokładne tłumaczenie książki jest chyba niemożliwe, bo "trzeba by było przetłumaczyć również odbiorców", czy jakoś tak. To powiedziawszy, przyznać muszę, że (oprócz kilku prostych w podstawówce) nigdy żadnej książki po angielsku nie czytałem (bo żadnego innego języka obcego nie znam). Widzę takie w empiku i czasem mnie kusi, jednak jest przeszkoda tej natury - książki kupione czytają również inni domownicy. Dlatego mając do wyboru kupno książki po polsku czy po angielsku, zawsze wybiorę tę po polsku. Ostatnio rozważałem zakup "Romance of the Three Kingdoms", ale tu już przeszkodą okazała się porażająco wysoka cena.

Share this post


Link to post
Share on other sites

@ Qb. Ja też im współczuję. Ale na przykład czytając WP doużo bardziej komfortowo czuję się, gdy świat jest zaludniony choćby Underhillami, miast Podgórkami. Dlaczego? Uważam, że nazw własnych nie powinno się tłumaczyć. IMO to zbędny zachód, tym bardziej gdy tłumaczenie danego nazwiska nie jest zbyt oczywiste. No i gdy ktoś nazywa się John Smith a tłumacz przetłumaczy na Jan Kowalski, to IMO to dyletant a nie tłumacz ;)

Co do czytania w oryginale - szkoda, że w bibliotekach nie mają książek w obcych językach. Przynajmniej w mojej. To by było coś, dla kogoś, kto zaopatruje się tylko w książnicach, bo na kupowanie książek ma za płytką kieszeń... (ostatnią kupiłem w lutym - "Kolor Magii :D).

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rowniez jestem zdecydowanie za czytanie dziel w oryginale. Co prawda moje skille jezykowe pozwalaja mi czytac jedynie po polsku i angielsku, bowiem wiecej jezykow w wystarczajacym stopniu nie znam, ale angielski wystarcza. Taki Pratchett mimo, ze tlumaczony jest wrecz genialnie to jednak bardziej smieszy w oryginale. Toma Clancy´ego to czytalem jedynie po zagranicznemu, bo po polsku dostac nie moglem. I smutna prawda jest, ze ksiazek anglojezycznych w biblioteach nie uswiadczysz. Ja mam to szczescie, ze mama jest anglistka, wiec poniekad z musu dosc duzy odsetek mojej domowej kolekcji jest w jezyku Szekspira.

Zas co do cen - posluze sie tu przykladem. Harrego Pottera 7 czesc kupilem po angielsku za 100 zl. Bo nie moglem doczekac sie po polsku. A jak juz wyszedl po naszemu bywaly ksiegarnie, gdzie mozna bylo go dostac za 60 zl. Wiec roznica jest spora.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Ostatnio rozważałem zakup "Romance of the Three Kingdoms", ale tu już przeszkodą okazała się porażająco wysoka cena.

Przejdź się po lumpeksach albo od kogoś pożycz :cool: Spraw sobie po prostu jakąś książkę (niekonicznie zaraz Eriksona) w oryginale i zobacz w ogóle, czy w ogóle Ci to leży. Nie ma sensu wydawać pieniędzy, jeśli czytanie miałoby się okazać drogą przez męki.

Zawsze możesz wpaść do Bydgoszczy i coś pożyczyć :happy:

Ale na przykład czytając WP doużo bardziej komfortowo czuję się, gdy świat jest zaludniony choćby Underhillami, miast Podgórkami. Dlaczego? Uważam, że nazw własnych nie powinno się tłumaczyć.

OK... Tylko, że Underhill to jest Podgórek :cool: Czy też Podgórski lub coś w tym rodzaju. Są to nazwy własne, ale pochodzące od znanych wyrazów. Nazwiska tak kiedyś przecież też tworzyły się w Polsce. Anglik Underhill mieszkałby under the hill, a Polak Podgórski gdzieś pod górką. A czujesz się bardziej komfortowo, bo dla Ciebie Underhill brzmi obco i podświadomie nie kojarzysz go ze słowami under i hill. Dla Polaka Underhill będzie brzmiał dużo bardziej srogo niż jakiś tam Podgórski, a dla Angola Underhill to będzie Podgórski.

Nie zmienia to jednak faktu, że rzeczywiście Underhill dla Polaka brzmi lepiej i jest to poważny argument 'za'. Ja tylko bawię się nieco w advocatus diaboli i przedstawiam sprawę z nieco akademickiego punktu widzenia.

No i gdy ktoś nazywa się John Smith a tłumacz przetłumaczy na Jan Kowalski, to IMO to dyletant a nie tłumacz ;)

Jeśli mamy do czynienia z Johnem Smithem, który mieszka sobie w USA czy też UKeju, to tak. Ale jeśli mamy do czynienia z Johnem Smithem, który mieszka sobie w nienazwanej wiosce, gdzieś pośrodku nikąd albo w jakimś wymyślonym królestwie, to już niekoniecznie.

Share this post


Link to post
Share on other sites
OK... Tylko, że Underhill to jest Podgórek

Ja to wiem, Qbusiu :) Po prostu dużo lepiej mi się czyta książkę napisaną przez Anglika, gdy nazwiska są po angielsku. Nie wiem, to pewnie jakaś krzywota mojej mózgownicy, albo inny przykład dziwactwa ;)

eśli mamy do czynienia z Johnem Smithem, który mieszka sobie w USA czy też UKeju, to tak. Ale jeśli mamy do czynienia z Johnem Smithem, który mieszka sobie w nienazwanej wiosce, gdzieś pośrodku nikąd albo w jakimś wymyślonym królestwie, to już niekoniecznie.

Zgadzam się. Ale gdy w powieści występuje więcej nazwisk, w tym takie nieprzetłumaczalne, to taki Kowalski wśród innych Higginsów, Beckhamów i innych wygląda co najmniej dziwnie... Choć to, jeśli dzieje się w neverlandzie już tak nie kłuje mojego poczucia nie wiem, czego :)

Nie zmienia to jednak faktu, że rzeczywiście Underhill dla Polaka brzmi lepiej i jest to poważny argument 'za'. Ja tylko bawię się nieco w advocatus diaboli i przedstawiam sprawę z nieco akademickiego punktu widzenia.

I dobrze. Trzeba trochę dyskutować. Chociaż wywód zupełnie niepotrzebny, bo w trakcie czytania WP od razu wiedziałem, co Underhill znaczy. Aż tak słaby z inglysza nie jestem 8)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeszcze Podgórka dało się zdzierżyć, bo wpisywał się nieźle w prowincjonalną atmosferę Shire i Bree, gorzej natomiast gdy pojawia się Szarogrzywy, jakoś mało dostojnie to brzmi...

Edited by ogonmaster

Share this post


Link to post
Share on other sites

@ Ogon - w którejś wersji tłumaczeń Łozińskiego znalazłem całkiem fajne imię konia Gandalfa - Cienistogrzywy. IMO całkiem ładne. Chociaż nie mam pojęcia, jak ów koń nazywał się w oryginale. Może ktoś pomoże? Nasz anglista Qbuś?

Share this post


Link to post
Share on other sites

AFAIR 'konik' nazywał się Shadowfax, choć mogę się mylić;] Mówi to rav, niedyżurny anglista;] A co do tłumaczeń książek: mocno 'dostosowujące' do Polski, ale i świetne było tłumaczenie książki Roalda Dahla 'Wielkomilud'. Niestety, zostało potem zastąpione gniotem o nazwie Bardzo Fajny Olbrzym. Może to drugie wierniejsze, ale szpetne jak najczarniejsza noc. Czytał ktoś którąś z wersji?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Co do tłumaczeń, każdy chyba zna znane powiedzenie, że "przekład może być albo wierny, albo piękny". W sumie nie sposób się z tym nie zgodzić, zwłaszcza w świetle tego co napisał Qbuś. Tłumacz często ma dylemat, tłumaczyć dosłownie, pozostawić oryginalną nazwę czy przetłumaczyć "po swojemu". Ciekawym przykładem tutaj jest wg mnie seria o Harrym Potterze. Można tej serii nie lubić (chociaż ile osób z tych, które jej nie lubią wzięło się i przeczytało chociaż pierwszy tom? no właśnie:P), narzekać na wycięte fragmenty i pewne udziecinnienie tłumaczenia, jednak jedno Polkowskiemu można przyznać: odwalił kawał dobrej roboty przy tłumaczeniu dziwnych nazw stworzeń i miejsc wymyślonych przez Rowling. Nad wieloma myślał sam, przy wielu zastosował się do sugestii i propozycji fanów i wyszło mu to świetnie, tym bardziej, że na całe szczęście zostawił oryginalne nazwiska.

W sumie inne skopane tłumaczenia niż to najbardziej znane, Łozińskiego, nie przychodzą mi do głowy (chociaż słyszałem niepochlebne opinie o tłumaczeniu niektórych książek ze świata Dragonlance). Obijają się gdzieś tam o moją sklerotyczną pamięć niezbyt dobre opinie na temat "Eragona", jednak mogła to być po prostu wina prostego języka stosowanego przez Paoliniego, na który tłumacz niewiele mógł poradzić.

Bardziej natomiast denerwuje mnie inna rzecz: wspominane tu już wcześniej puste/brakujące strony w książkach. Nie wnikam, czy to wina błędu w drukarni czy osób, które szykowały ostateczną wersję książki. Po prostu nie ma nic bardziej denerwującego niż wydanie kilkudziesieciu złotych na książkę po czym przekonanie się, że brakuje kilkunastu stron bądź co któraś strona jest czysta:/ W moim wydaniu "Malowanego Człowieka" (polskim) jest kilka powtórzonych stron, co jednak na szczęście nie wpływa na całokształt książki.

Share this post


Link to post
Share on other sites
W moim wydaniu "Malowanego Człowieka" (polskim) jest kilka powtórzonych stron, co jednak na szczęście nie wpływa na całokształt książki.

Powiedz, które strony, bo swojego egzemplarza jeszcze nie zacząłem czytać. Sprawdzę jak jest u mnie. :)

Co do Łozińskiego, to pragnę oznajmić, iż jego tłumaczenia mi się podobały. W posłowiu do "Władcy" napisał, dlaczego zdecydował się tłumaczyć tak, a nie inaczej i mnie przekonał. Bardzo podoba mi się to, że zrezygnował z 'krasnoludów' na rzecz 'krzatów' (nie mylić ze skrzatami!) Krzatowie - to brzmi dumnie! Świetne jest wyjaśnienie, że słowo krzat pochodzi od krasnoludzkiego khazad - tak przecież w swoim języku mówili o sobie przedstawiciele tej rasy.

Wykłócać się w sprawie Łozińskiego nie zamierzam, takie rzeczy są kwestią gustu, a o tym (tj. o gustach) rozmawiać nie ma sensu.

Na koniec tego posta, chciałbym przestrzec przed czytaniem książki "Najdalszy brzeg" (trzeci tom cyklu Ziemiomorze Ursuli K. LeGuin) w przekładzie Jacka Kozerskiego. Facet tłumaczył tak jakby nie znał jedynych przekładów wcześniejszych dwóch tomów, w efekcie czego mamy wiele nazw wymyślonych od nowa. Wyobraźcie sobie, że kupujecie jakąś trylogię, w pierwszych dwóch tomach poznajecie bohaterów i miejsca, wszystko ok, a tu nagle w trzecim te same rzeczy, postacie mają całkiem inne nazwy. Bystre Oko zmienia się w Dalekopatrzącą, Wewnętrzny Gaj w Las Immanentny, itd. Jakbyście zareagowali, gdyby z jakiegoś powodu Cholewa nie mógł tłumaczyć dalej (odpukać), a nowy tłumacz zaproponowałby swoje wersje nazw dla miejsc i postaci, inne od tych funkcjonujących w kilkudziesięciu już książkach ze Świata Dysku?

Tak więc, jeśli po przeczytaniu pierwszych dwóch tomów Ziemiomorza najdzie was ochota na tom trzeci, poszukajcie wydania w innym tłumaczeniu niż pana Kozerskiego.

Edited by Tzar

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hmm i teraz złapałem niezłego zonka. Pisząc posta zajrzałem do książki i znalazłem te strony, szukając ich teraz - za cholerę nie mogę ich znaleźć. Są więc trzy wyjścia: albo to znów moja skleroza i wydawało mi się, albo strony gdzieś tam są a ja nie mogę ich teraz znaleźć. Trzecie wyjście jest takie, że mogła to być też zupełnie inna książka:D

Co do zmiany tłumacza: tutaj akurat mogę znów wspomnieć o serii "Jeźdźcy smoków..." bo mimo że nie mam jej pod ręką to jestem pewien, że po kilku tomach (2,3?) zmienił się tłumacz i kilka nazw jest tłumaczone inaczej. A jako, że nie lubię zmiany rzeczy, do którch się już przyzwyczaiłem to fakt ten wbił mi się w pamięć, aczkolwiek bez żadnych szczegółów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Dragon Lance", niezłe hece rozgrywały się z tłumaczeniami tych książek. Być może to wina ich ilości, (powstało ich chyba kilkadziesiąt) tym niemniej można się ostro wkurzyć kiedy taka Goldmoon zostaje Złotą Luną...

Ja wiem, że to przetłumaczenie nazwy do najgorszych nie należy, ale czytając 4 książki po jakieś 600 stron można się przyzwyczaić do Goldmoon prawda? A takich kwiatków jest znacznie więcej, niestety.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Zgadzam się. Ale gdy w powieści występuje więcej nazwisk, w tym takie nieprzetłumaczalne, to taki Kowalski wśród innych Higginsów, Beckhamów i innych wygląda co najmniej dziwnie...

Zgadzam się w 100%, dlatego pisałem o tej trudnej równowadze. Czasem chce się tłumaczyć wszystko, a tu nagle wyskoczy coś, czego się nie da... I albo trzeba wypaczyć treść i przerobić na coś choć trochę zbliżonego albo zostawić w oryginale. I tak źle, i tak niedobrze. Najgorzej natomiast jest, gdy tłumacz raz robi tak, a raz inaczej. Tego już nie da się wytłumaczyć.

Chociaż wywód zupełnie niepotrzebny, bo w trakcie czytania WP od razu wiedziałem, co Underhill znaczy. Aż tak słaby z inglysza nie jestem 8)

Wiem, że wiesz i że wiedziałeś. Ale nie o to mi chodziło. Zresztą ten Underhill to niezbyt wdzięczny przykład. Lepiej już wziąć na tapetę Cienistogrzywego/Szarogrzywego Shadowfaxa. O ile jeszcze nazwisko może być 'łykane' bez specjalnego nad nim się zastawiania (w przypadku zwyczajnych nazwisk), to już obok takiej nazwy nie przechodzi się tak obojętnie. Ogonmaster pisał, że Szarogrzywy brzmi dla niego mało dostojnie, a czy np. dla Anglika pretensjonalnie nie może brzmieć Shadowfax? A co by było gdyby w polskiej wersji Shadowfax Shadowfaxem pozostał? Oto jest pytanie. Na tym skończę, bo chyba się powtarzam :ermm:

A co do tłumaczeń książek: mocno 'dostosowujące' do Polski, ale i świetne było tłumaczenie książki Roalda Dahla 'Wielkomilud'. Niestety, zostało potem zastąpione gniotem o nazwie Bardzo Fajny Olbrzym.

To ja może posłuże się przykładem nieco rzadszym, bo w drugą stronę. Czytelnicy Lema pewnie kojarzą słówotwór 'awruk'. Nie trzeba chyba tłumaczyć skąd słówko się wzięło. Okazało się jednak, że tłumacze Lema mieli spory problem z przełożeniem tego słowa na swoje języki. Tylko jeden tłumacz na język angielski zaczaił czaczę i utworzyć słowo 'tickuff'. Było to opisane w felietonie na końcu jednej z książek z obecnej kolekcji GW, ale nie pomnę w której. Zresztą tłumaczenie Lema do też wyższa szkoła jazdy - jego słowotwórstwo pewnie niejednego przyprawiło o migotanie komór i palpitację szarych komórek.

Można tej serii nie lubić (chociaż ile osób z tych, które jej nie lubią wzięło się i przeczytało chociaż pierwszy tom? no właśnie:P), narzekać na wycięte fragmenty i pewne udziecinnienie tłumaczenia, jednak jedno Polkowskiemu można przyznać: odwalił kawał dobrej roboty przy tłumaczeniu dziwnych nazw stworzeń i miejsc wymyślonych przez Rowling. Nad wieloma myślał sam, przy wielu zastosował się do sugestii i propozycji fanów i wyszło mu to świetnie, tym bardziej, że na całe szczęście zostawił oryginalne nazwiska.

Ano właśnie. Przykład tłumaczenia Potterowych przygód można chyba uznać za bardzo bliski tego złotego środka. Można by było dla zasady czepiać się pojedynczych słówek, ale byłaby to raczej kwestia gustu. Pierwsze tomy czytałem po polsku, a następne w większości po angielsku. Pewne problemy z przesiadką były, ale dzięki temu wiem, że rzeczywiście Andrzej Polkowski dobrze się spisał.

Zresztą ogólnie tłumacze to tacy cisi bohaterowie. O ile do fabuły i przekazu tłumacz nic od siebie nie dodaje, to jednak o niego zależy w dużym stopniu, czy książka 'dobrze się czyta'. A o ile o świetnych językowo pisarzach mówi się często, to ilu tłumaczy potrafimy wymienić z imienia i nazwiska? Cholewa, Barańczak, Andrzej Sawicki iiii?

Share this post


Link to post
Share on other sites
Ogonmaster pisał, że Szarogrzywy brzmi dla niego mało dostojnie, a czy np. dla Anglika pretensjonalnie nie może brzmieć Shadowfax?

Ot, po prostu może autorowi wcale nie chodziło o wymyślenie jakiegoś szczególnego imienia dla przywódcy koni Rohanu... Ale my, czytelnicy wymagamy najwyraźniej od książki czegoś więcej. Tym bardziej, gdy obok tych wszystkich Aragornów, Golasów, Smeagolów pojawia się "zwyczajny" Szarogrzywy można czuć jakieś zdziwienie lub zawiedzenie... Ale akurat imię tego konika nie rzuciło mi się w oczy in minus. Jak widać innym - owszem...

Najgorzej natomiast jest, gdy tłumacz raz robi tak, a raz inaczej. Tego już nie da się wytłumaczyć.

Jak każdą niekonsekwencję. W te, albo wewte.

A o ile o świetnych językowo pisarzach mówi się często, to ilu tłumaczy potrafimy wymienić z imienia i nazwiska? Cholewa, Barańczak, Andrzej Sawicki iiii?

Ja pamiętam jeszcze Skibniewską, Królickiego, Marszała... No i tego pana Łozińskiego ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest Ruffian

Mnie się tam miano Szarogrzywy bardzo podobało. Niby mało dostojnie, proste, aczkolwiek poprzez tą prostotę wyraża piękno (zrozumieliście coś? Nie? Nie dziwię się). To coś jakby książę z gminu - szlachectwo z zachowaniem pewnej zwyczajności. Głupio brzmi, ale tak to w moim odczuciu wygląda.

A ta wybrakowana książka Wołoszańskiego, o której wspominałem na początku, to "Tajna Wojna Stalina" - niestety nie wiem na czym ta tytułowa tajna wojna polegała, bo książki nie dało się czytać :(

Edited by Ruffian

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moja siostra miała też wybrakowane kartki w książce ''Niesamowite przygody Tomcia Serdecznego'' :P

A tak na marginesie czytał ktoś ''Herezje Horusa'' bo podobno w Ameryce jest juz kilka części a w Polsce jest dopiero jedna :confused:

Edited by Add3k

Share this post


Link to post
Share on other sites
Ot, po prostu może autorowi wcale nie chodziło o wymyślenie jakiegoś szczególnego imienia dla przywódcy koni Rohanu... Ale my, czytelnicy wymagamy najwyraźniej od książki czegoś więcej.

Dla mnie wymyślanie imion to byłaby istna męczarnia. Współczuję i podziwiam wszystkich twórców fantasy, a zwłaszcza tych, w których dziełach roi się od postaci. Ciężko wybrać odpowiednie 'zwykłe' imiona i nazwiska (np. Pieśń Lodu i Ognia), a co dopiero tworzyć różne pseudonimy, opisowe ksywki czy imiona w językach danego świata. Gdy tylko sobie przypomnę ile czasu zajmuje mi wybranie imienia dla mojej postaci w jakiekolwiek grze i porównam to z ogromem powieściowej twórczości, aż ciarki przechodzą po plecach.

W te, albo wewte.

Z czepialskiego obowiązku, pisze się: 'we w te'.

No to teraz na nieco inne tory - co z tłumaczeniem poezji?

Share this post


Link to post
Share on other sites
No to teraz na nieco inne tory - co z tłumaczeniem poezji?

Auć! Auć!

Ostatnio jak sprawdzałem to to co mam w sygnaturce zostało przetłumaczone jako

"Nie pomyl się, bo śmiali tak

Nie śpimy nocy tej - księżyc i ja!"

Co w sumie nawet udało się biednemu tłumaczowi i dość dosłownie i z zachowaniem sensu, a nawet rymu! A przecież nie zawsze tak można... Ale tu zaczynam chyba sypać truizmami więc ucichnę :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

A tam - dobry truizm nie jest zły. Zwłaszcza, że na tym forum dyskusje o poezji należą do zdecydowanej rzadkości. Myślę, że przy tłumaczeniu poezji najtrudniej jest z zachowaniem dosłowności oryginału. Wymagania danego języka w ramach odzwierciedlenia 'atmosfery', rytmiki czy też sensu wiersza przeważnie wymuszają odejście od słów oryginału. Plus jest taki, że w poezji o dosłowność chodzi dość rzadko. Z drugiej strony - czy wtedy nie mamy do czynienia ze zbyt dalekim odejściem od pierwowzoru? W takich przypadkach stosunek wkładu oryginału do wkładu tłumacza przechyla się raczej na tę drugą stronę. Nie ma co się dziwić, że poezję tłumaczą często poeci... I w sumie wychodzi na to, że trzeba nie tłumaczyć, a interpretować raczej.

A tak dla przykładu, pociągnę z grubej dwururki. Czemu 'dwu-'? Abo i poetka trudna, i tłumacz wielki.

***(The Soul selects her own Society) ? Emily Dickinson

The Soul selects her own Society ?

Then ? shuts the Door ?

To her divine Majority ?

Present no more ?

Unmoved ? she notes the Chariots ? pausing ?

At her low Gate ?

Unmoved ? an Emperor be kneeling

Upon her Mat ?

I?ve known her ? from an ample nation ?

Choose One ?

Then ? close the Valves of her attention ?

Like Stone ?

Dusza dobiera sobie Towarzystwo -

I ? zatrzaskuje Drzwi -

Jak Bóg ? ma w sobie prawie Wszystko -

A z Reszty sobie drwi -

Nie dba ? że tłoczą się Rydwany

U jej pochyłych Bram -

Że na wytartym jej Dywanie

Przyklęka Cesarz sam -

Wiem, jak z nią jest ? gdy z Rzesz wybiera

Kogoś Jednego ? raz -

Zamyka się jak Śluza ? zwiera

W sobie ? jak Głaz -

[tł. Stanisław Barańczak]

Share this post


Link to post
Share on other sites
A tak dla przykładu, pociągnę z grubej dwururki. Czemu 'dwu-'? Abo i poetka trudna, i tłumacz wielki.

To ja muszę się zapytać: czy wiesz, kto najlepiej przełożył "The Raven" Poe'a? Bo to jedno tłumaczenie jakie widziałem - dalibóg nie pamiętam czyje - to było raczej marnych lotów, a przecież nie bez powodu katują tym wierszem dzieci w Stanach.

I tak całkiem na marginesie, Poe pisał poetry, nieźle mu się nazwisko udało ;D

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...