Jump to content
Sign in to follow this  
Black Shadow

[Free] Monster Hearts

Recommended Posts

UAeMm1Zs.jpg

Monster Hearts

Ponieważ nie mam żadnego pomysłu na jakieś sensowne wprowadzenie powiem tylko tyle - bawcie bawmy się dobrze i oby sesja szybko nie umarła a miasteczko Fairhills nie zmieniło się w płonący krater...zbyt szybko biggrin_prosty.gif

PS. Także przypomnienie, żeby rzuty robić przez dice cloud a linki wklejać w posty ;]

Share this post


Link to post
Share on other sites

8 września 2013, niedziela, 17:00, klif w pobliżu Fairhills

Odruchowo trąciłem palcami struny gitary. Akord rozbrzmiał w cichym, ponurym lesie. W dole szumiała rzeka. Gdzieś z oddali dało się słyszeć jakieś nawoływanie. Policja. Dziś rano w lesie znaleziono niezidentyfikowane ciało. Oczywiście oficjalnie nikt nic nie mówił, ale wszystkie plotki potwierdzają jedno - coś strasznego stało się z twarzą ofiary. Oczywiście plotki mówiły o tym, że się stopiła, że zniknęła, że jakaś potworna choroba, albo dzikie zwierzę. Wszystkie równie prawdopodobne. Heh, gdybym zdecydował się na spacer nad rzekę rano, zamiast po południu, pewnie to ja bym na nie trafił. Tymczasem znalazł je jakiś inny uczeń z naszej szkoły, póki co nie wiadomo kto konkretnie. Wyjdzie pewnie jutro.

- Co o tym wszystkim myślisz? - spytałem siedzącą plecami do mnie Vi. Majtała nogami w powietrzu, siedząc na krawędzi klifu.

- Ciekawe czy cierpiał...

- Co?

- No, czy żył jeszcze gdy coś stało się z jego twarzą.

- Jeśli to niedźwiedź, to pewnie niezbyt długo. Jeśli coś innego... - no właśnie. Coś innego. Trzy miesiące temu nie miałbym innych pomysłów, ale świat okazał się dużo bardziej skomplikowany...

***

4 lipca 2013, późny wieczór

Gdzieś tam pod miastem trwała impreza. Nie, właściwie, jak się później dowiedziałem, to drobny wypadek ze sztucznymi ogniami sprawił, że właśnie wtedy impreza z okazji Dnia Niepodległości zmieniła się w płonące szaleństwo. A ja pierwszy raz spotkałem... ją. Wcześniej zdawałem sobie sprawę z jej istnienia, jedna z wielu dziewczyn w naszym miasteczku. Nie chodziliśmy wcześniej razem do klasy, ale to się miało zmienić. Tymczasem stałą przede mną, wyrosła z mroku nocy. Dziwne, nieziemskie światło tam gdzie powinny być oczy. Intensywny zapach, sam nie wiem czego. Powoli szła w moim kierunku, otworzyła usta. Zalała mnie fala gorąca i usłyszałem słowa, które brzmiały jak wypowiadane przez nią, gdzieś spod ziemi, w mojej głowie, tubalnym głosem, brzmiącym jak cały legion wrzeszczący...

- Ktoś musi mieć cię na oku.

Dobre sobie. Mam wrażenie, że to ja wyciągam z kłopotów ją, nie na odwrót. Nigdy nie powiedziałem Cloe co wtedy widziałem, a ona wydaje się nie pamiętać. Albo bardzo dobrze gra głupią. Cóż, taka najwidoczniej wola naszych mrocznych władców. Istot, w które aż do wypadku nie wierzyłem, a które teraz kierują moim życiem.

***

8 września, kontynuacja

- Wierzysz w demony? - spytałem Vi.

Wzruszyła tylko ramionami, nie odwracając się do mnie. Poczułem nadchodzący wykład o naturze ludzkiej. Albo o tym, czemu niektórzy wierzą w nadprzyrodzone. Vi już taka była, pełna rad i przemyśleń, którymi dzieliła się rzadko, ale gdy już się zdecydowała, zawsze były bardzo pomocne. Nie jestem pewien czy to ja lubiłem jej towarzystwo czy ona moje, grunt, że często siedzieliśmy razem na klifie, nad rzeką, milcząc lub gadając o głupotach.

- A gdybyś spotkała kiedyś... dżina dajmy na to, czego byś najbardziej... zresztą nieważne. - Nie. Jej tego nie zrobię. - Muszę lecieć - wstałem energicznie - od 20 gram u Mamy. Może Cloe ruszy swój kościsty zad i zaśpiewa coś ze mną. Choć po niej nie można się spodziewać ani dotrzymywania obietnic, ani punktualności - skrzywiłem się lekko. - Myślisz, że mogłabyś jakoś na nią wpłynąć? Razem dostajemy lepsze napiwki...

Share this post


Link to post
Share on other sites

8 września, niedziela, 8:35, dom Chloe

Z błogiego snu wyrywa mnie dzwoniąca komórka. W pokoju rozbrzmiewa, na pełny regulator, Vampire Heart, który w tym momencie brzmi jak młot pneumatyczny. Przeklinając pod nosem, z ogromnym wysiłkiem, wyciągam rękę po telefon leżący na stoliku obok łóżka i odbieram:

- Halo? - rzucam zirytowanym i zaspanym głosem.

- To ja. Znalazłem...coś. - potrzebowałam długiej chwili aby przetrawić tych kilka słów i zorientować się, że mój rozmówca jest jakiś dziwnie, bo ja wiem, podekscytowany. Nadal jednak nie potrafiłam dopasować głosu do twarzy.

- Co za "ja"?

- No... ja. - głos po drugiej stronie odparł zdziwiony. - Noah. - Ah, oczywiście, nasz klasowy dzi...chwila, CO?!

- Noah? Skąd do licha ciężkiego masz mój... - zawieszam głos. Wzdycham ciężko: - W sumie nieważne. Nie, wróć, ważne. Po co dzwonisz, człowieku? Jest środek nocy.

- Ah... - wydał z siebie dźwięk sugerujący jakby właśnie zdał sobie sprawę z popełnionej pomyłki. Z niepewnym głosem dodał: - C-Chloe?

- Bingo! A teraz gadaj co co chodzi.

- Przepraszam. - odpowiedział zmieszany. - Głupia pomyłka. Miałem w sumie dzwonić do Gabriela...

- Tak! - wcinam się mu się w zdanie wkurzona. - Doskonały pomysł! Dzwoń do swojego kumpla* i nie zawracaj mi więcej głowy! - rozłączam się nim cokolwiek odpowiedział. Odstawiam telefon i moja głowa ląduje chwilę potem w poduszce.

* * *

Tego samego dnia, 14:00, opuszczony cmentarz

Czasami gdy w mieście wiało wyjątkową nudą albo najciekawsze rzeczy miały wydarzyć się dopiero wieczorem - i to jeszcze w weekend - łaziłam sobie po różnych ciekawych miejscach. Miały w sobie to... coś co mnie przyciągało a poza tym były wielofunkcyjne. Jeżeli chciałam odpocząć od tych wszystkich ludzi mogłam przyjść sobie, przykładowo, tutaj i na moment zapomnieć o miasteczku, o klasie, o rodzicach, którzy słysząc o znalezionym z rana ciele - czego kompletnie nie skojarzyłam z telefonem Noaha - załączyli się... albo próbowali w tryb "trzymania pod kloszem"... Z drugiej strony lokalizacja była świetna na niezwykle przyjemne i prywatne spotkania, w dodatku na świeżym powietrzu. Nie bywałam tutaj za często, ale jednak już po paru minutach zobaczyłam coś odstającego od normy.

To jest opuszczony cmentarz, co nie?, zaczęłam prowadzić dialog we własnej głowie: No tak, czyli w sumie od jakiegoś czasu nikogo tutaj nie chowali? Dokładnie. I pewnie też nie planowali. Zgadza się. Jest problem... Czemu zatem widzę tutaj jakąś rozrzuconą ziemię, częściowo zapadniętą dziurę? Ktoś tutaj kopał czy jak? Potrzebowałam jakieś sekundy od zadania pytania aby dojść do wniosku, że w sumie nie chcę wiedzieć, teraz miejsce straciło swoją "romantyczność" i pora wracać do cywilizacji.

* * *

19:55, "Mama Greta"

Szczęśliwie mój umysł wybudził się już całkowicie po paru godzinach i wreszcie sobie przypomniałam jaka to ciekawa rzecz, w każdym razie ciekawsza niż wszystko dookoła, miała dziać się dzisiaj u Grety! Kochany Justin gra... i w sumie chyba ja też?... Długa, mentalna pauza. Oops...

Ostatecznie wpadam do lokalu na kilka minut przed oficjalnym rozpoczęciem w swym wyjściowym stroju, próbując zamaskować fakt kompletnej zadyszki i z całą dostępną gracją przejść przez diner do strojącego swe urządzenie Justina. Uśmiecham się szeroko:

- Hej złotko! - zarzucam mu ręce na szyję i całuję w policzek. - Specjalnie dla ciebie nawet się nie spóźniłam. To jak, gotów rozruszać towarzystwo?

---

*jakby to nie było wystarczająco jasne - daje okazję brylantowi do wcięcia się w akcję ^_^

Share this post


Link to post
Share on other sites

12 sierpnia 2013, kancelaria prawnicza

- Tym samym kończymy odczytanie testamentu państwa O'Brian, czy wszystko jasne? - powiedział elegancko ubrany prawnik streszczający grupce zebranych w pokoju krewnych wolę moich zmarłych w 'tragicznych okolicznościach' rodziców. Niewyjaśnione okoliczności... Na samo wspomnienie tamtego lipcowego wieczoru bierze mnie na mdłości, jednak nie odczuwam już tego tak silnie jak wcześniej, moje emocje stały się dziwnie przytępione. Przymknęłam oczy udając, że słucham go uważnie, w wyobraźni wciąż widziałam siebie przed płonącym domem, ludzi zbierających się wokół, przyjazd straży... Po wszystkim z domu oraz ich szczątków zostały jedynie ciężkie do zidentyfikowania zgliszcza, nigdy nie udało im się znaleźć sprawcy podpalenia. Któż w małym, spokojnym Fairhills śmiałby podejrzewać zapłakaną, osmaloną dziewczynę rozpaczającą przed domem? Uśmiechnęłam się smutno do wspomnień.

- Tak więc podsumowując, od tej chwili pani Diana O'Brian zostaje uznana za osobę pełnoletnią, zdolną dysponować majątkiem pozostawionym przez rodziców. Czy wszystko jasne? - powtórzył, moja ciotka ze strony ojca, którą ledwie znałam potwierdziła to ochoczo. Najpewniej ulżyło jej, że nie będzie musiała sama się mną zajmować. Po wszystkim stałam i po prostu wyszłam, nie rozmawiając z nikim. Czas rozejrzeć się za nowym domem.

***

18 sierpnia, niedziela, 19:40

- Co się ze mną dzieje?! - wydusiłam z siebie przerażona siedząc przed otwartymi na oścież drzwiami lodówki. I czułam Głód. Nie zwykły głód, chęć przekąszenia czegoś. To był oszałamiający, ogłuszający zmysły GŁÓD - Tylko nie znów, proszę! - czegoś takiego nie czułam od nocy, kiedy zabiłam i pożarłam rodziców. Łzy ciekły po moich policzkach kiedy wyciągałam na oślep z lodówki wszystko co pachniało choć odrobinę kusząco. Warzywa, pieczony kurczak, jakieś jogurty, wszystko napełniało mnie obrzydzeniem. Jedyną rzeczą pachnącą choć odrobinę zjadliwie były resztki krwistego steku z dzisiejszego obiadu. Nie myśląc wiele złapałam go i wgryzłam się w chłodne, miękkie mięso. Natychmiast poczułam, że to nie wystarczy, podświadomie zdając sobie sprawę, że to jedynie półśrodek.

***

7 września, sobotni wieczór, las nieopodal klifu Fleishman

- Teraz jesteś tylko moja, malutka - powiedział głosem, który pewnie miał być uwodzicielski.

Uśmiechnęłam się, na nieszczęście dla oczekującego przyjemnie spędzonych chwil chłopaka był to uśmiech drapieżcy. Nie wiem jak to działa, ale Justin miał rację, nie miałam żadnych problemów z poderwaniem upatrzonego faceta. Jak pies prowadzony na smyczy wymknął się wraz ze mną z imprezy w ruinach starej szkoły. Teraz jego niecierpliwe ręce ochoczo wsunęły się pod moją bluzkę, pieszcząc piersi. Oparłam się o drzewo, udając podniecenie, chociaż jedyne o czym myślałam i co widziałam to jego szyja, którą objęłam ustami, przesunęłam po niej językiem. Biedak, wciąż myśli, że to jakaś gra wstępna przed ostrym seksem. Czułam, jak moje sutki twardnieją, ciało zaczyna reagować... bynajmniej nie od dotyku jego dłoni, po prostu perspektywa zaspokojenia Głodu jak zwykle mnie nakręcała. W następnej sekundzie moje oczy się zamgliły, przygryzłam lekko zębami jego szyję, objęłam ją ustami. Przesunął ręce w kierunku moich ud jedynie po to, by w następnej sekundzie krzyknąć rozdzierająco, krwawiący płat jego ciała zwisał z moich ust. Usiłował mnie odepchnąć, jednak zabrakło mu sił. Połknęłam pierwszy kęs praktycznie w całości i trzymając go mocno rozpoczęłam ucztę. Jeszcze przez jakiś czas po lesie niosły się ciche krzyki, zakończone dopiero w momencie, kiedy wygryzłam dolną część jego twarzy. Czy był już wtedy martwy? Kto wie, nie obchodziło mnie to w tamtej chwili. Liczyła się jedynie rozkosz zaspokajania Głodu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

8 września, niedziela, 8:37, kościół

Siedziałem w ostatniej ławce w świątyni, słuchając wraz ze sporą częścią mieszkańców kazania pastora O'Donnela. Kapłan mówił z werwą i natchnieniem, żywiołowo, inspirując ludzi do bycia lepszymi. Ostatnio lubiłem tu przychodzić i rozmyślać o tym, co się stało. Atmosfera tego miejsca dawała uspokojenie i nadzieję. Liczyłem także, że moje modlitwy usłyszy konkretna osoba.

Szczęśliwie mój telefon był wyciszony, więc gdy poczułem wibracje, mogłem spokojnie wyjść i odebrać. Pastor mógł te wyjście uznać za objaw mego smutku, więc nie będzie miał mi tego za złe.

- Gabriel? To ty?- Noah mówił cicho i niepewnie.

- Tak. Co chcesz?

- Zna... znalazłem w lesie ciało. To jest jakiś Saw czy inna masakra piłą mechaniczną! Musisz to zobaczyć!

Noah od jakiegoś już czasu zdawał sobie sprawę z mego nietypowego "hobby". Nic dziwnego, skoro powstrzymałem moją własną matkę przed wyrwaniem mu serca. Skoro mówił, że muszę coś zobaczyć...

- Uspokój się, wdech i wydech. Zapamiętaj dokładnie, co widzisz, cyknij jakąś fotografię i bierz dupę w troki. Sprawca może tam jeszcze być- rozmówca jęknął przerażony.- Zadzwoń do szeryfa i powiedz mu wszystko, co widziałeś. Pogadamy później.

Rozłączyłem się i spojrzałem na świątynię. Chciałem tam wrócić, lecz z drugiej strony chciałem się upewnić, czy z fajtłapą będzie wszystko w porządku i samemu się rozeznać w sytuacji.

Jednak szeryf był na miejscu przede mną. W sumie bez różnicy, gdyż i tak nie chciałem na scenie zbrodni zostawiać własnych śladów. Rozejrzałem się trochę, przyglądając się gapiom i wróciłem do siebie. Spędziłem resztę dnia na nauce, wiedząc, że muszę czekać.

8 września, niedziela, 19:40, Mama Greta

Siedziałem przy stoliku pod ścianą, jedząc frytki. Na scenie do występu szykował się Justin. Ciekawe, czy dziś zagra razem z Chloe? Oboje mieli talent i doskonale się uzupełniali. Nagle ktoś zasłonił mi oczy.

- Zgadnij kto?- zawołała dziewczyna wesołym tonem.

- Niki, przestań.

Blondynka usiadła naprzeciw mnie, uśmiechnięta. Zawsze się uśmiechała, nawet wtedy gdy szyła mi krwawiącą ranę na ramieniu w gabinecie swego ojca. Nawet nie wiedziałem, jak się wtedy tam dostałem.

- Wezwali ojca do pomocy we wstępnych oględzinach- zaczęła- Jak wrócił, był wstrząśnięty i musiał się napić whisky. Gabriel, on nigdy się tak nie zachowywał. Nawet nie musiałam go wypytywać, od razu powiedział mi, że chłopakowi urwano całą twarz i kawałki mięsa z całego ciała. Następnie kazał mi obiecać, że nie będą przez najbliższy czas łaziła po lesie.

Skinąłem głową. Będę musiał przeszukać książki mamy, ale chyba wiedziałem, o co chodzi.

- Wiadomo kto to?

- Znaleźli przy nim jakieś dokumenty, ale ojciec nie chciał mi nic powiedzieć. Twierdził, że i tak się jutro tego dowiem.

Skinąłem głową. Nigdy nie mogło być za łatwo. Niki wstała i zaczęła zbierać się do wyjścia.

- Będę już lecieć, muszę napisać artykuł do gazetki na ten temat i zrobić parę innych rzeczy. Cześć.

- Na razie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- 8 września, niedziela, godzina... 10:21.

Rozpoczynam nagranie, siedząc w swojej klitce na strychu. Teraz panuje w niej gęsty półmrok, ale wiem, że ściany są obklejone zdjęciami i luźnymi kartkami. Sam je wszystkie zrobiłem. Po kątach walają się natomiast stosy gazet, książek, luźnych wycinków i notatek. Udało mi się wcisnąć tutaj nawet jakieś stare, nieduże biurko, które znalazłem na strychu i postawić na nim laptop. Ogółem straszny tu ścisk i syf, ale się w nim orientuję, a to najważniejsze.

- Ponoć znaleźli kogoś w lesie. Odgryziona twarz, rozległe rany, zbrodnia popełniona z nieludzkim okrucieństwem. Muszę się temu przyjrzeć. Nie mogę mieć pewności, że... że to nie ma związku z Tym. Może ten biedak się czegoś dowiedział, albo na coś trafił. Może nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Potrzebuję nowych tropów. Tak czy inaczej, teraz muszę tylko poczekać aż...

Przerwała mi wibracja telefonu. Poklepałem się po kieszeni.

- Jak zwykle niezawodna. Koniec nagrania.

***

Ten sam dzień, 12:04

Siedzieliśmy we trójkę w kafejce. Ja popijając herbatę, Betty z małym deserem lodowym (znowu jej wszystko jedno) i Jolyne, która nie zamówiła niczego. Wezwała mnie oczywiście ta ostatnia, z typową dla siebie werwą. W naszej szkolnej gazetce teoretycznie nie było żadnego przewodniczącego czy "redaktora naczelnego", a całym przedsięwzięciem opiekował się pan Edward Summers, nauczyciel. Wszyscy jednak wiedzieli, że to jego córka zarządza i rozdziela zadania, a on popija kawę i czyta. Taki układ wszystkim wszystkim pasował, a na pewno jej. Lubi być u steru, typ przywódcy. Interesuje się dziennikarstwem od praktycznie zawsze. Uwielbia koty, ma ich 5. Niedawno wymieniła okulary na soczewki.

- A więc postarasz się zdobyć cokolwiek? Nic drastycznego, po prostu jakieś ładne ujęcie.

- Chyba już tam wszystko wysprzątali?

- Nie jestem pewna. Idź i sprawdź. Poprosiłam Niki o opisanie całości, ale nie ma czasu zrobić zdjęć - skrzywiła się.

- No dobra. - Mówiłem lekko zbolałym tonem, ale w rzeczywistości czułem delikatną satysfakcję.

***

15:48

Dotarcie na miejsce chwilkę zajęło, a do tego policja już wszystko zgarnęła. Cóż, to dość oczywiste. Rozejrzałem się, ale nie widać żadnych śladów, poza delikatnym zagłębieniem tam, gdzie znaleźli trupa. Robię szybkie zdjęcie, po czym szukam innego kąta.

I widzę To.

Mignął mi tylko przez sekundę, przez najdrobniejszą chwilę, coś za drzewem, cień. Zniknęło, natychmiast, ale zdążyłem je uwiecznić. Serce zabiło mi szybciej i natychmiast się stamtąd zabrałem. Śledziło mnie. Jestem pewien. Całą drogę do i z. Cały czas. Cały cholerny CZAS. Dopiero w swoim sanktuarium poczułem się bezpiecznie. I zacząłem się zastanawiać. Chodziło o mnie, czy o to, co się tam zdarzyło? Muszę wiedzieć więcej, a póki co odetchnąć i sprawdzić, co mam. Okazuje się, że nic, bo zdjęcie jest zamazane. Z przerażającego zarysu pozostała tylko plama, która może być czymkolwiek. Okazja zmarnowana. Pierwsza i być może ostatnia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niedziela 20:00

Patrzę po twarzach zgromadzonych u "Mamy". Nie wyglądają na specjalnie przybitych, raczej zmęczonych. Jest jednak ciszej, poważniej. Jest też mniej osób niż zwykle. Część jest na specjalnej mszy zorganizowanej przez Pastora. Ci, którzy przyszli tu, nie szukają teraz zadumy czy powagi. Nie chcą oczyszczenia w obliczu śmierci. Chcą zabawy, oderwać się od tej smutnej rzeczywistości...

- Cloe, jedziemy.

No to jedziemy.*

***

W chwili przerwy mogę popatrzeć na zgromadzonych raz jeszcze. Szukam wzrokiem... sam nie wiem czego. Szansy najpewniej. Niby od ostatniego kontraktu nie minęło wiele czasu, ale zawsze muszę szukać kolejnej okazji. Chwili słabości. Kilka dziewczyn ze szkoły gapi się na mnie. Te byłyby prostym celem, ale nie daje się broni atomowej do rąk osobie gotowej użyć tej broni przeciw mnie... prawda? Jutro w szkole będzie łatwiej. Wieści już się rozchodzą, wszyscy powinni być wystraszeni, będą szukali wsparcia... albo nadnaturalnej pomocy. Uśmiecham się lekko i wołam na Cloe, że czas końćzyć przerwę.

***

Poniedziałek 8.00

Czego nie chcesz najbardziej na świecie na początku kolejnego tygodnia nauki? Kolejnego wystąpienia szanownego Dyrektora. Tym bardziej, że to początek roku i poprzednie wystąpienie było raptem tydzień temu. Tym nie mniej nie masz wyboru, stoisz na sali gimnastycznej i słuchasz pierdzielenia o bezpieczeństwie, wzajemnej pomocy i och jakże strasznej tragedii. Ludzie umierają. Ten biedak akurat był uczniem i podszedł za blisko niedźwiedzia, albo innego dzikiego zwierzęcia, bywa. Jak tak myślę... Diana wzięła ode mnie Dar żeby poderwać... kogoś? Jego? Ha, może coś wie, chyba trzeba będzie podpytać, jak już ta cała szopka... o właśnie.

Wracamy nieśpiesznie do klas. Każda sekunda straconej lekcji jest w końcu cenna. Podchodzę do Diany i odciągam ją nieco na bok z tłumu.

- Cześć Ropucho - z pełną premedytacją użyłem jej najbardziej znienawidzonego przezwiska. Już widzę jak nadyma policzki by zaraz wybuchnąć gniewem. - Spokojnie, chciałem tylko spytać jak poszło. Wiesz, zwykle to faceci pytają mnie jak poderwać laskę, więc nie jestem pewien czy moje pomysły coś ci dały... zwłaszcza ta sztuczka z podnoszeniem samooceny - jakoś musiałem ją namówić do zamykającego kontrakt pocałunku...

---

*tak wiem, polska piosenka, ale tekst tak pasuje xD

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niedziela, 20:55

Wliczając przerwę graliśmy prawie godzinę, idealny moment, żeby zakończyć dzisiejszy pokaz. Szczerze mówiąc i tak byłam zaskoczona, że ludzie, którzy przybyli - a paru doszło w trakcie - zostali do samego końca. Przez tą całą atmosferę czułam się bardziej nie jak na zabawie, ale... właściwie trochę jak taki doktor duszy, który hipnotyzuje wszystkich zebranych i pozwala im na moment zapomnieć o świecie istniejącym na zewnątrz. Dzisiaj było to wręcz namacalne. Niby nie przeszkadzało, ale po każdym kawałku czułam coraz większą chęć... "rozluźnienia się".

- Daje chłodem... - zwracam się szeptem do Justina z miną niewiniątka. - Jeżeli miałbyś chęć jakoś bardziej się... rozgrzać dzisiejszej nocy wiesz gdzie mnie szukać i jak przywołać. - uśmiecham się serdecznie a chwilę potem zauważam wciąż siedzącego w środku Gabriela. Miałem wrażenie, że moje oczy na moment przypominały drapieżnika, który właśnie wypatrzył sobie nowy cel. Siedzi sam, wytrzymał godzinę pośród tej bandy smutasów... tak, zdecydowanie chcę go... pocieszyć. Zdusiłam chichot i odchodząc rzuciłam jeszcze do Justina: - Jeśli się zdecydujesz dzwoń. - dodaję jeszcze z szerokim i chytrym uśmiechem: - Tobie nie odmówię.

Chwilę potem znajduję się już przy stoliku Gabriela i bez pytania siadam zaraz obok niego starając się do niego bardzo mocno przytulić:

- Hej Gabrielu. - zarzucam cichym, wymownym tonem niemalże szepcząc mu w ucho*. - Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że przyszedłeś na nasz występ choć akurat dzisiaj było trochę inaczej... co w sumie mogłeś poczuć. Zawiało chłodem i nie wiem jak ty, ale jeszcze nie udało mi się... rozgrzać. - chichoczę urokliwie. - Noc jest jeszcze młoda i znam kilka ustronnych miejsc, w których mogliśmy spędzić przyjemne chwile... w ramach podziękowań, że wysiedziałeś tutaj do końca, to naprawdę słodkie. Zainteresowany?

9 września, 7:50, szkoła

Gdzieś w oddali mignęła mi Reyes a za nią jej wierne, choć nadal fajne i zapewne bardzo... chrupiące, chłopaki. Kiedyś będę musiała poznać ich bliżej.

Sama "królowa" chyba przez moment spojrzała w moją stronę. Z szerokim uśmiechem jej pomachałam, ale nie wiem czy zauważyła czy postanowiła mnie zignorować. Nie wiem... gniewała się na coś? Może za ten drobny, mały sekret? Nie, to niemożliwe, w końcu to wyjątkowo niewinna rzecz a zresztą sam typek się o to prosił... nieszczęśliwa miłość. Jego serduszko zabiło mocniej nie do tej osoby co trzeba a on sam nie miał niczego co mogło by spodobać się Reyes. Nie ten typ faceta. Nie zrozumiał przekazu. Reyes wysłała swoją trójcę aby... "przemówili mu do rozsądku". Nie zrozumiał, miłość chyba ostro pomieszała mu w głowie. Udali się do niego drugi raz i dali mu popalić a przy okazji zrobili kilka kompromitujących zdjęć. Wiem, że "królowa" ma kopie. Ze dwie czy trzy fotki nawet widziałam... "przypadkiem". Jej chłopakom wyobraźni na pewno nie brakowało. Chłopak, mocno znerwicowany i ze złamanym, nie tylko, sercem, przeniósł się w końcu gdzie indziej.

A potem przypomniałam sobie, że dzisiaj kolejne, denne wystąpienie dyrektora...

---

*rzut na Hota (+2), ruch turn someone on na Gabriela - 9(2d6) +2 = 11; dostaję trzeciego stringa a sytuacja rozgrywa się dalej ;]

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niedziela, 21:00

Podnoszę powoli szklankę ze schłodzoną pepsi i piję, nie zważając na ból gardła. Bez skutku. Serce bije jak oszalałe, pompując krew po całym organizmie, a zdrowy rozsądek zaczyna się pakować, robiąc miejsce pożądaniu. Przymykam oczy, podejmując decyzję, jedną z tych młodzieńczych, podjętych przez niedoświadczoną osobę. Wstaję i ściskam dłoń Chloe. Urocza, piękna, z dziwnymi iskierkami w oczach. Co ja wyprawiam?

- Chodźmy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

21 sierpnia, wieczór

Postanowiłam sobie, że pójdę na przechadzkę do Fleishman. Kiedy tam dotarłam zmierzchało już. Trawa uginała mi się pod stopami, a powietrze było takie cudownie czyste. Wdychałam je pełną piersią. Czułam je na skórze. Czułam się taka... żywa. Było to dla mnie dość nowe uczucie, ostatni raz w świecie żywych byłam ponad dwa tysiące lat temu, wspomnienia zdążyły mi się już zatrzeć. Dziwna rzecz, życie. Ulotna. Zwłaszcza dla mnie. Dla mnie życie było tylko skórą daną mi przez Panią, czymś co można zedrzeć jednym ruchem. Żywa. Martwa. Martwa. Żywa.

Potrząsnęłam głową. Znowu zaczynałam popadać w melancholijny nastrój. A powinnam się cieszyć!

A potem zobaczyłam Ją.

Znałam ten widok aż za dobrze. Widziałam go setki, tysiące razy. Mała ludzka figurka stojąca na skraju przepaści. Bez chwili namysłu zaczęłam biec w jej stronę.

Figurka okazała się młodą, szczupłą, chorowicie wyglądającą dziewczyną o bardzo długich włosach. Musiała mnie usłyszeć, bo odwróciła się w moją stronę.

Miałam do niej tylko jedno pytanie: - Dlaczego?

Spojrzała na mnie niewidzącym wzrokiem i odpowiedziała ledwie słyszalnym szeptem: - Głód... czuję Głód. A nie chcę już zabijać, nie chcę być potworem, ten jeden raz wystarczy...

- Nie każdy, kto zabija jest potworem. Nie każdy, kto jest potworem zabija. Nad wszystkim można zapanować. - Miałam nadzieję, że to choć trochę pomoże. Naprawdę nie chciałam być świadkiem samobójstwa. Nie tutaj, nie teraz. - Naprawdę masz zamiar skakać?

- Nie wiesz o czym mówisz! - krzyknęła. Czułam, że moje słowa do jej nie dochodzą. Jej rysy na chwilę spotworniały, miałam wrażenie, że w jej ustach błyszczą kły. Tak, nie widziała mnie i nie słyszała. Z czymkolwiek walczyła - przegrywała tą walkę. - Ja nie jestem już nawet człowiekiem! Z każdym dniem czuję, że moje uczucia słabną, z każdą chwilą coraz mniej mnie obchodzi, czy kogoś zabiję! - Zaczęła powoli iść w moją stronę, oblizując wargi czerwonym, czerwonym językiem. - Coraz trudniej mi się powstrzymać... - Jej dłonie zaczynały zamieniać się w szpony. Nagle zatrzymała się. - Sama widzisz?

Uśmiechnęła się smutno, zrobiła parę kroków do tyłu i zwaliła się w dół, w przepaść.

Coś było nie tak. Czułam to. Zrzuciłam więc swoją skórę i rozpostarłam skrzydła.

Parę chwil później byłam już u stóp klifu, z powrotem w ludzkiej formie. Musiałam przyznać, że widok martwej dziewczyny nie był zbyt przyjemny. Widziałam jednak gorsze rzeczy. Usiadłam sobie na kamieniu obok trupa i zaczęłam czekać. Z lekkim zdziwieniem zauważyłam, że rany na połamanym ciele zaczynały się zasklepiać.

Po około pół godziny jej powieki drgnęły. Uśmiechnęłam się lekko. Otworzyła oczy i odwzajemniła uśmiech własnym, dużo słabszym.

- Czyli nie uwolnię się od tego tak łatwo - mruknęła, po czym zaczęła przyglądać się swojemu zdrowemu ciału - Co ty tu robisz? Nie uciekasz...? Przecież widzisz, jestem potworem, nawet upadek z kilkudziesięciu metrów nic nie zdziałał.

Uniosłam brew. - Dlaczego mam uciekać?

- Chyba nie codziennie widzisz kogoś wstającego po czymś takim - powiedziała wstając i otrzepując się z kurzu. Po chwili usiadła na kamieniu obok mnie. Zauważyłam, że z jej uda ciągle jeszcze sterczy naga kość. - Mi w tym momencie już wszystko jedno, ale tobie nie powinno. Ostatkiem sił powstrzymuję się, żeby cię nie skrzywdzić. Uciekaj, dla własnego dobra - westchnęła i zamknęła oczy. Chyba chciała się uspokoić.

Potrząsnęłam głową, wstałam i zrzuciłam skórę. Jej mina była naprawdę bezcenna. - Nie tylko ty jesteś potworem. - uśmiechnęłam się szeroko. Jako szkielet nie miałam zbytniego wyboru.

- Co... ale... - odsunęła się ode mnie - Jesteś Śmiercią? Dlaczego w takim razie mnie nie zabrałaś... - powiedziała już spokojniej, patrząc w moje oczodoły.

- Nie jestem Śmiercią. To moja szefowa. A ty jak dla mnie wyglądasz całkiem żywo... Poza tym jestem na wakacjach. - Znowu mentalnie się uśmiechnęłam. - Wiesz, Głód czy nie, rzucanie się z klifu nigdy jest dobrą odpowiedzią. Szkoda, że nie udało mi się ciebie powstrzymać? - westchnęłam.

To było już chyba dla niej trochę za wiele. Umilkła na dłuższą chwilę. W końcu odezwała się: - Wiesz , ja nie potrafię tego powstrzymać... Próbowałam, ale to... Głód po prostu jest silniejszy. Więc jeśli nie zabierzesz mnie teraz, będą ofiary, będę zabijać - dokończyła ze smutkiem.

- Nie mogę. "Żyjesz". Poza tym urlop. A co do Głodu... Jeśli nie możesz go pokonać, to przynajmniej spróbuj z nim walczyć. - Zamyśliłam się na chwilę. - Spróbuję ci jakoś pomóc. A nawet jeśli nie, to na pewno nie zostawię cię samej.

- Rozumiem - Spojrzała na mnie jakby trochę radośniej, uśmiechnęła się i wstała. - Z kimś kto chociaż postara się pomóc... to może być odrobinę łatwiejsze - wyciągnęła do mnie dłoń - Diana. Przynajmniej mam pewność, że ciebie nie zjem - chyba zaczął jej dopisywać humor.

- Jestem Vi.

Poniedziałek 9 września

Pierwszy tydzień szkoły mija mi całkiem miło. Nie nudzę się, okazuje się, że nie wiem wielu rzeczy o świecie żywych. Rok szkolny zapowiada się naprawdę przyjemnie.

Większość uczniów nie podziela jednak mojego entuzjazmu. Marudzą na kolejne wystąpienie dyrektora. Trochę ich rozumiem, było dość nudne, choć tyczące się ważnego problemu. Biedny chłopak. Znowu zaczęłam zastanawiać się, czy bardzo cierpiał. Potrząsnęłam głową. Z rozmyślenia wyrwał mnie głos Justina. Odwróciłam się w stronę, z której dochodził i zaklęłam cicho pod głosem. Rozmawiał z Dianą.

Wstałam z ławki i zaczęłam iść w ich stronę. Z tego co wiedziałam o obojgu to nie mogło się skończyć dobrze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niedziela, 21:50

- Ah... - ciche westchnięcie wydobyło się z moich ust gdy poczułam falę ekstatycznej przyjemności rozchodzącej się po całym ciele. Drugi czy trzeci raz. - Spisałeś się, mój słodki... - mruczę w ucho Gabriela: - Na tym jednak zakończymy nasze dzisiejsze spotkanie. - mówiąc to chwytam za wiszącą na pobliskiej gałęzi koszulę i ubieram się nieśpiesznie: - W końcu zawsze mamy jutro, jeżeli będziesz chętny. - dodaję z typowym dla siebie uśmieszkiem. - Może tym razem u ciebie. - Nie, żeby obrzeża lasu okalające Fairhills się nie nadawały...

Nie daję po sobie poznać, że jest coś, na pewno drobny, nieważny szczegół będący ostatecznie wytworem mojej, jak się okazuje, bujnej wyobraźni. Po prostu jakoś...nie wiem... przez moment miałam wrażenie, że Gabryś zaraz mi zemdleje i nie dociągnie do końca, jakoś bladszy się zrobił, ale to chyba sztuczki ze światłem Księżyca, jak zawsze. I musiałam po prostu tak bardzo wczuć się w tą cielesną przyjemność, że zdawało mi się jakbym wysysała od niego coś jeszcze... w ogóle dziewczyno, co ty, za wampira się teraz uważasz? Tylko, że zamiast krwi wolisz wysysać coś innego? Za dużo głupich romansideł...

- Widzimy się niedługo. - posyłam udawanego całusa w jego stronę i ruszam do domu zdając sobie sprawę, że pewnie rodzice będę suszyli mi głowę. Jeśli jednak wcisnę im dobry kit z Gabrielem w roli głównej jako dobrym kolegą do nauki...moooże się udać...

Poniedziałek, 8:05

Widzę Justina. Słyszę słowo "ropucha". Potem dostrzegam do kogo było skierowane. Diana. Nie mija chwila a zauważam nadciągającą Vi. W tym momencie tłuką się we mnie dwie myśli, czy chcę być w środku tego zgromadzenia i co ciekawego z niego wyniknie.

---

*Aktywuje się sex move inkuba a tym samym "wysysanie duszy", rzut na Dark (+1) - 6(2d6) +1 = 7. Ofc Gabriel "przeżywa" i daję mu moc gniewu a tym samym biorę na niego czwartego stringa. Sam dostaję moc dominacji i exp'a =]

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poniedziałek, 8:00

Czułam się nieco dziwnie stojąc na apelu dotyczącym bezpieczeństwa wiedząc, że to ja jestem źródłem niepokoju. Czy było mi smutno z powodu tego co zrobiłam? Nie. Przypomniała mi się rozmowa z Vi po tym... wydarzeniu w wakacje. O tym, że moje emocje są coraz bardziej wytłumione, że najpewniej nie będę potrafiła się powstrzymać. Cóż, miałam rację. Chociaż to nie tak, że nie próbuję z tym walczyć. Od tamtego czasu, od spotkania z nią starałam się kontrolować. Kiedy odzywał się Głód jadłam krwiste steki, ba, do tej pory z obrzydzeniem wspominam pożeranie zwykłego, żywego psa, byle tylko nie zaatakować kogoś w drodze z kina. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że to były jedyne środki zastępcze, marny substytut tego, czego chciałam naprawdę...

- Cześć Ropucho - z rozmyślań wyrwało mnie znienawidzone przezwisko wychodzące z ust Justina, reszty wypowiedzi wysłuchałam powstrzymując się przed rozszarpaniem mu gardła. Moje emocje mogą być przytłumione, ale on... on zawsze mnie irytował. Zawsze? Może to przesada, prawdą jest, że skręcało mnie na myśl o jego przyjaźni z Vi.

- A co cię to obchodzi, grajku? Do tej pory zbiera mnie na wymioty kiedy pomyślę, że pozwoliłam ci się pocałować* - spojrzałam na niego zdegustowana, wyobrażając sobie, że jest obleśną gumą przyklejoną do podeszwy, której z uporem staram się pozbyć - Ale tak, twój pomysł zadziałał - odpowiedziałam szybko, czując, że moje serce bije odrobinę szybciej, poczułam się odrobinę bardziej żywa. Zbliżała się Vi. Na moich ustach wykwitł uśmiech.

- Hej Vi, co u ciebie?

****

* rzut na Cold (+2), używam Shut someone down na Justinie - 2d6+2 = 9 (zapomniałem wrzucić do rzutu bonus z colda, więc dodaję tutaj). Oboje tracimy na siebie po Stringu.

Stringi Diany:

Vi - 3 (2 z backstory, jeden za wiedzę, kim Vi jest)

Exp: *

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas bez zmian

- Ach tak? To czemu niby... e... A nie ważne - machnąłem ręką i odwróciłem się na pięcie*. Nie poszło to do końca tak jak miało pójść. Trzeba będzie podziałać subtelniej. Póki co lepiej skupić się na fakcie, że jest nowy tydzień, a to oznacza nowe "zlecenia" i minima do spełnienia. Cóż, po szkole trzeba będzie się rozejrzeć za jakąś świeżą krwią. W trakcie szkoły trzeba będzie się rozejrzeć za jakimiś ofiarami. W tej chwili zupełnie nie mam pomysłu.

----

*5(2d6) = 5 na shut someone down. God dammit, przynajmniej exp poszedł...

EXP*

stringi:

Alex:

- widziałem dziwne zapiski tego paranoika...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poniedziałek 8:30

Siedziałam sama w kafejce nieopodal szkoły, nie mając za bardzo ochoty na pójście do niej. Bardzo milusiński kelner chyba ze 20 razy zapytał mnie czy nie spóźnię się na zajęcia zanim powiedziałam mu, że dziś żadnych nie mam. Kłamałam. Od jakiegoś czasu miarowo brzęczał mi też telefon. Pewnie któryś z chłopaków zastanawiał się dlaczego nie ma mnie w domu i co mogę porabiać. A iż ostatnio musiałam się opędzać od jednego wyjątkowo natrętnego typa musieli być podwójnie znerwicowani. Czy można powiedzieć, że wstałam lewą nogą? Owszem, nawet wspomnianemu kelnerowi się dostało i z całych tych nerwów najwyraźniej zapomniał skasować mnie za to co zamówiłam. Chowając telefon do kieszeni wstałam zwinnym ruchem z krzesła i powędrowałam w stronę zapominalskiego. Dałam mu do ręki pieniądze, przebąkując coś o tym aby nie próbował nawet szukać grosika w ramach reszty i wyszłam na zewnątrz. Zdecydowanie w tej chwili potrzebne mi było towarzystwo. Postanowiłam zatem odpisać na... cholera, 20 wiadomości.

Zamiast się tłumaczyć skleciłam tylko: weźcie chłopaków z kliki i migiem na cmentarz.

*20 minut później*

Och, moje chłopaki to zawsze potrafią mnie zaskoczyć. Czekali na mnie już na miejscu. Wszyscy poza Tobym, podobno się rozchorował i siedzi w domu. No cóż, trudno. Zastanawiam się czasem czym w ogóle ta klika dla mnie jest. Zaczęło się w sumie niewinnie, bo od spotkań w klubie okultystycznym, utworzonym cichaczem, a obecnie... lubię jak się złapie za fraki przypakowanego, typowego szkolnego dręczyciela/zawadiakę, posadzi na nagrobku i porządnie sklepie paszczę. Nienawidzę gdy jakiś uczeń pokazuje jak to jest fajny i silniejszy od innych. Jeszcze gorzej dla niego jak zadziera z członkiem mojej kliki. A w niej członków trochę jest. Oprócz moich najbliższych przyjaciół czyli Adama, Ryana i Michaela jest jeszcze wspomniany Toby, Hannah, Thomas, Julietta, Scott i Seth. Ci ostatni to bracia, pochodzą z małej wioski położonej nieopodal miasta. W każdym bądź razie każdy z nich czymś się przysłużył i osobiście sklepał tego i tamtego. Nie wszystkim się takie zachowanie podoba, bo raz kazałam przyprowadzić do mnie jednego gościa, wrzucić do grobu i przysypać lekko piaskiem co spowodowało jego wyniesienie się z miasta. Po prostu niektórzy ludzie mnie nie rozumieją. Nie rozumieją, że od dziecka posiadam silne poczucie sprawiedliwości, a tam gdzie jej nie ma - trzeba wprowadzić.

Trochę głupio spotykać się akurat na cmentarzu, bo trochę nas tu widać, ale co poradzić.

W końcu z ust Ryana wyleciało pierwsze pytanie:

- Coś się stało, że musimy siedzieć tutaj zamiast w szkole Rey? - zawsze nazywał mnie zdrobniale Rey, nie powiem, dość to lubiłam.

Odpowiedziałam szybko i pewnie:

- Będę miała do was sprawę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poniedziałek, 8:00

Uśmiecham się lekko do Diany: - U mnie wszystko w porządku. Co u ciebie? Widzę, że przyczepił się do ciebie Justin. - Westchnęłam - Ma coś do ciebie?

Miałam nadzieję, że raczej on miał coś do niej niż ona do niego. Mimo wszystko lubiłam drania i nie chciałam, żeby została z niego kupka ogryzionych kości.

Share this post


Link to post
Share on other sites

9 września, poniedziałek, 8:00

- Justin? Coś do mnie? - udałam zdziwienie - Nie, nie, po prostu niezbyt się dogadujemy, to wszystko - po tych słowach uśmiechnęłam się nieśmiało do Vi - Idziemy do klasy? Za moment zaczną się lekcje.

Ten sam dzień, 15:15

- Jak to zostać 2 godziny w kozie, za co?! - krzyknęłam zirytowana, nauczyciel chemii, pan Thompson spojrzał na mnie mściwym wzrokiem.

- Panno... O'Brian - ociągając się udawał, że szuka w dzienniku mojego nazwiska - Rozumiem, że lubi pani... poszaleć, ale nie znaczy to, że zaakceptuję pani zachowanie na moich lekcjach. Te szepty z innymi uczniami, zabawa telefonem komórkowym? - patrzyłam coraz bardziej zdziwiona, jak na bieżąco wymyśla oskarżenia - Dwie godziny kozy po lekcjach nauczą panią odpowiednich zachowań, nie tylko w szkole.

Powlokłam się bezsilnie do biblioteki. No tak, nie zapomniał mi tego kawału z poprzedniego Halloween. Usiadłam między innymi ukaranymi, westchnęłam i zaczęłam skrobać w zeszycie, wyobrażając sobie, jak powoli skręcam kark staremu zgredowi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poniedziałek, 8:55

Królowa musiała znaleźć się w szkole tylko przelotnie, bo nie zaszczyciła swą obecnością wystąpienia dyrektora jak i pierwszej, owszem, nudnej lekcji prowadzonej zresztą przez tego pamiętliwego zgreda. Oczywiście jej trzech ochroniarzy również nie było. Wnioskując po jego minie to pan Thompson dodał sobie Reyes do listy przypadków, którym się nie zapomina i nie wybacza*. W końcu jakim prawem ktokolwiek miał czelność nie pojawić się na moich zajęciach?, udając jego głos prowadziłam pasjonujący, na pewno bardziej niż zajęcia, monolog, to niedopuszczalne! Hurr durr! Gdziekolwiek królowa była raczej nie należało się o nią martwić. Miała swoją grupę znajomych do obrony i coś albo ktoś to załatwił tego chłopaka musiałoby być naprawdę głupie aby próbować podobnej sztuczki z nią...

Wreszcie zadzwonił dzwonek. W pierwszej kolejności toaleta aby "przypudrować nosek", upewnić się co do swojego wyglądu i "złapać okazję"... może jeśli jakaś by była. Tylko przez moment, jeszcze raz, zastanowiłam się co może porabiać Reyes i ból głowy skoczył na mnie jak tygrys... Jestem w szkole...Nie, jestem na cmentarzu. Ale kim jestem...? Wpatruję się w lustro. Nie, chowam się za jakimś nagrobkiem i obserwuję grupkę młodzieży...nie... to jest... ona? Moja koleżanka... Nie, moja...** W jednej chwili, gdziekolwiek mój umysł wędrował, znalazł drogę z powrotem i "wylądował" z hukiem.

Potrzebowałam dłuższej chwili, żeby zorientować się iż nie stoję a osuwam się o ścianę i ktoś z przejęciem w głosie woła moje imię. Robię kilka głębokich wdechów i staram się ogarnąć co dzieje się dookoła mnie.

- Chloe? Hej, Chloe - rozpoznaję twarz Niki. - Wszystko w porządku?

- Uh... - ułożenie jakiegoś sensownego zdania zajmuje chwilę: - Nie... to znaczy tak... po prostu poczułam się wyjątkowo słabo, to pewnie przez ciśnienie...

- Na pewno? - wyciągnęłam rękę aby pomogła mi wstać. - Nie zaprowadzić cię do pielęgniarki?

- Nie trzeba. - uśmiecham się słabo i wstając na nogi od razu obejmuję Niki i... daję jej całusa w policzek***. - Twoja troska rozgrzewa moje serce. - lekko się rumieni.

- N-Nie ma sprawy.

---

*zgodnie z zasadami fikcji - nie łażenie na lekcje ma/powinno mieć swoje konsekwencje ;]

**miałem problem ze zdecydowaniem co robić, więc jakaś wizja nie zaszkodzi - gazing into the abyss i rzut na Dark (+1) -> 7(2d6) +1 = 8, wizja jest w miarę dokładna i dostają kondycję drained, także zakreślam expa

***cóż, sytuacja do tego pasowała, więc turn someone on na Niki (to NPC) -> 7(2d6) +2 = 9... i wydaje mi się, że w zgodzie z fikcją po prostu "wybiera" opcję dania stringa

Stringi:

Gabriel - 4 (dwa za backstory, jeden za hota, jeden za wręczoną moc)

Reyes - 1 (za backstory)

Niki - 1 (za hota)

EXP: oo

Share this post


Link to post
Share on other sites

9 września, poniedziałek, 19:15

Po odsiedzeniu kary wstąpiłam tylko do marketu, zrobić trochę zwykłych zakupów. Hm, może zwykłe to nie jest dobre określenie, pewnie nie codziennie nastolatki kupują kilkanaście kilogramów krwistych steków. Pryszczaty chłopak przy kasie - pewnie ktoś z naszej szkoły - kasował zdziwiony zakupy, jak zwykle nie mogąc się zdecydować, czy bardziej interesują go moje cycki czy praca. Stałam tam, czując jedynie znudzenie, sprawy śmiertelników obchodziły mnie coraz mniej. Sprawy śmiertelników? Pomyślałam nagle rozbawiona, odkąd to tak na nich mówię? Cóż, w sumie to mam rację.

- To będzie 100,25 - chłopak uśmiechał się do mnie niepewnie, dopiero po chwili zorientowałam się, że zapewne mój nagły uśmiech wziął za jakąś zachętę. Przyjrzałam mu się przez chwilę, podając kartę. Oprócz pryszczy nie był wcale gorszy od tego ostatniego, może jeśli będzie miał pecha zainteresuję się nim bliżej. Ciekawe, jak smakuje...

Po kilkunastu minutach weszłam do mieszkania i skierowałam się do lodówki. Stałam, pogwizdując jakąś wibrującą mi w głowie melodię, wspominając ostatnie... polowanie. Zaczęłam rozważać możliwe konsekwencje, oprócz oczywistego policyjnego śledztwa. Do tej pory starałam się o tym nie myśleć, ale skoro istnieję ja i Vi, to czy są także inni?

- Czy istnieje w naszym świecie, naszym miasteczku coś mogącego mi zagrozić? - wyszeptałam pół żartem, pół serio pytanie, które wydawało się dziwnie na miejscu w tym momencie. Poczułam nagle silny zawrót głowy, dziwny śmiech, głos, szepty rozległy się w mojej głowie, ale czułam, że są także wokół mnie, nie potrafiłam tego określić. Pojawiły się obrazy, urywki jakby filmu, jednak przedstawiały rzeczywistość*. Jakiś chłopak robił zdjęcia miejsca, w którym pożarłam ofiarę. Para nastolatków uprawia seks gdzieś na zapleczu Mamy Grety, Vi w swoim pokoju... Kolejne sceny migały zbyt szybko bym mogła je spamiętać, kiedy nagle wizje stały się wyraźniejsze, ukazując mi klif, z którego skoczyłam kilka miesięcy temu. Na jego brzegu stało... COŚ. Na szczęście nie widziałam TEGO wyraźnie, było zbyt ciemno i czułam, że jedynie to ratuje mnie przed utratą zmysłów. Młoda dziewczyna, którą TO trzymało nie miała tyle szczęścia, wrzeszcząc przeraźliwie. W tym momencie wizje się urwały a ja zwymiotowałam wprost na podłogę po czym opadłam na plecy, dysząc ciężko, łzy ciekły mi po policzkach. Nie wiedziałam, co, dlaczego i w jaki sposób widziałam. Wiedziałam jednak jedno - natychmiast muszę udać się na klif i porozmawiać z ofiarą. Chwyciłam kurtkę i pobiegłam.

***

* rzut na Dark (-1), używam Gaze into the Abyss - 2d6-1 = 10 (pomyliłem stat i użyłem +1 zamiast -1, tutaj poprawiam). Wizje są wyraźne i pokazują mi, co muszę zrobić, dostaję +1 do wykonania tej czynności.

Stringi Diany:

Vi - 3 (2 z backstory, jeden za wiedzę, kim Vi jest)

Exp: *

Share this post


Link to post
Share on other sites

W drzwiach domu minąłem się z Panią Herthway, domową nauczycielką Lucy. Moja siostra właśnie porządkowała zeszyty sprawnie poruszając się między biurkiem a półką na książki na wózku inwalidzkim.

- Jak dzień? - spytałem z uśmiechem.

- Pani Herthway się na mnie denerwuje, że mi nie wychodzi liczenie funkcji kwadratowych - Lucy zrobiła smutną minę. - Dostałam 20 zadań do zrobienia na jutro.

- Może ci później trochę pomogę... A jak rehabilitacja?

- Nieźle - teraz się rozpromieniła. - Robię postępy. Za dwa miesiące może będę mogła już chodzić.

- Nie przeciążaj się tylko. Nie chcemy żebyś znowu zasłabła, prawda?

- Mhm, a co u ciebie?

- Stara nuda...

- Grasz dzisiaj?

- Nie, ale pewnie wyjdę wieczorem. Mam kilka spraw do załatwienia. Ok, idę teraz do siebie, nie wchodź pod żadnym...

- Tak tak, wiem. Robisz te swoje eksperymenty chemiczne i jeśli ci się ręka omsknie to wysadzisz nas wszystkich w powietrze.

- Nie prawda. Po prostu cały dom będzie śmierdział siarkowodorem.

Eksperymenty chemiczne. Wymówka dobra jak każda inna. Wszedłem do siebie, na wszelki wypadek zamknąłem drzwi na klucz. Spokojnie przygotowałem wszystko - świeca, gliniana miska, sztylet o wąskim ostrzu. Wreszcie sięgnąłem do klatki z myszami, wyjąłem jedną i szybkim ruchem poderżnąłem jej gardło. Dno misy wypełniło się krwią. Wystarczy. Truchło rzuciłem do klatki węża. Idealny sposób utylizacji dowodów zbrodni. Wsypałem do krwi zestaw ziół, wreszcie wyczyściłem ostrze sztyletu, wysterylizowałem nad płomieniem i naciąłem sobie palec dodając kilka kropel własnej krwi do mieszanki. Wreszcie usiadłem wygodnie i szepcząc pół głosem Słowa wpatrzyłem się w krew. Nie wiem nawet skąd wiem jak to robić, wiedza przyszła wraz z innymi zdolnościami.

Wizja uderzyła jak zwykle niespodziewanie, gdy już zaczynałem się zastanawiać, czy wszystko zrobiłem dobrze. Najpierw krew zaczęła bulgotać, jakby gotowana, potem pojawiły się obrazy. Z początku chaotyczne, z czasem zaczęły formować coraz spójniejszą całość. Wreszcie poznałem twarz mojego Celu. Siły, które dały mojej siostrze życie, chcą abym skorumpował kolejną osobę. Wiem, że są zadowoleni z każdego Daru, jaki oddam, ale ten jeden chłopak jest z jakiegoś powodu szczególnie ważny. Gabriel. Widzę go w różnych codziennych sytuacjach. Nie ma tam nic co mógłbym łatwo wykorzystać. Aż wreszcie... W ręku ma broń. Zabija kogoś. Wiem, że to już się stało. A potem kolejna wizja. On i Cloe w lesie. No, to jesteśmy w domu. Wizje się kończą a ja sięgam po telefon.

- Cześć Cloe... Będę miał sprawę.

---

Rzucam na Dark - 11(2d6) +1 = 12 - Wizje są dokładne. Działając zgodnie z nimi mam +1 forward, zakreślam expa i jeśli ktoś potwierdzi, że to nie przegięcie, biorę stringa na Gabriela.

EXP **

Stringi:

Alex:

- widziałem zapiski paranoika

Gabriel:

- w moich wizjach widziałem, że kogoś zabił (?)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poniedziałek, 11:30

Miałam dosyć. Naprawdę. Może to przez tą cholerną wizję czy co to było, ale na każdej lekcji później lawirowałam na granicy snu i jawy. Weszłam w totalną fazę "mi-to-wisizm" i chyba tylko przez mocno bladą cerę uniknęłam bury od jednego czy dwóch belfrów...

Jedyne czego pragnęłam to końca szkoły. Nie chciało mi się "zbliżać" do kogokolwiek z klasy, nawiązywać nowych znajomości ani czegokolwiek innego. To nie w moim stylu, ale zaraz gdy skończą się zajęcia idę do domu i walnę się na wyro.

Ten sam dzień, 16:30

Ah, błogi, wspaniały sen...Cholera! Minęło ledwie...pięć...minut? Spoglądam się półprzytomnym wzrokiem na dzwoniącą komórkę a właściwie to na czas. Szesnasta coś. Minęło półtorej godziny. Maksimum. Musiałam poświęcić chwilę, żeby doczytać się kto dzwoni.

- Hej mój złoty. - mówię odbierając telefon i słysząc głos Justina. Oczywiście brzmię zaspana, bez tych paru godzin drzemki po szkole byłoby znacznie gorzej choć i tak jest daleko od perfekcji. - Co mogę dla ciebie zrobić?

- Gabriela. - wydaję z siebie zduszony chichot. - A poważniej, to musimy się pozbyć twoich nudziaży z chaty na nocke. Mam kilka piw i kilka planów. Konkretniej to właśnie z Gabrysiem chciałem się napić, pogadać trochę. U mnie, jak rozumiesz, nie ma warunków.

- Pozbyć się wapniaków z chaty powiadasz... Hum. - zamyślam się przez chwilę. - Co ja... Dobra, impreza... umm... - musiałam sobie przypomnieć gdzie tak naprawdę pracowali moi starzy: - Taaak, ojciec ma dzisiaj nocny dyżur w szpitalu, więc z nim problemu nie będzie. Gorzej z matką. O ile nie nastąpi jakaś katastrofa to nie będzie miała specjalnie dużo roboty w domu starców.

- Matką się nie przejmuj, mam pewien plan.

- Jeżeli ten plan nie zakłada spalenia domu starości to w porządku. Czyli co, poza tym załatwiasz jeszcze alkohol?

- Jasne, coś tam przyniosę, jak masz więcej to też się nie obrażę.

- Się zobaczy. Kto ma dzwonić do Gabriela? Ja czy ty?

- Myślę, że ty masz... lepsze argumenty.

Wybucham głośnym śmiechem:

- Dwa na pewno. Widzimy się wieczorem. - żegnam się z Justinem i rozłączam. Impreza. Ok. Gabriel? Tym bardziej okej. Spędzam jeszcze dwie dłuższe chwile na łóżku próbując się mentalnie ogarnąć.

Przeciągam się. Ziewam. Próbuję robić mentalną listę rzeczy do zrobienia. Starzy nie będą problemem, ale sprzęt i owszem, trzeba będzie pochować co cenniejsze rzeczy. Ziewam raz jeszcze. Goście... taaak... może poza Gabrysiem uda się królową i ich znajomych zaprosić... Może. W końcu przezwyciężam siłę grawitacji łóżka i powłócząc nogami ruszam do łazienki. Tam pakuję swój łeb pod kran zimnej wody. Trochę bardziej orzeźwiona zakładam nowe ciuchy i ruszam do salonu odnotowując po drodze rzeczy, które mogą się zepsuć. Telewizor, waza, wieża stereo... pewnie coś jeszcze. W międzyczasie przeglądam listę kontaktów w swej komórce. Reyes... to później. Na tą chwilę ważniejszy był Gabriel. Dzwonię:

- Heeeej Gabriel, kochanie! - przywdziewam najbardziej entuzjastyczny głos na jaki mnie stać. Chyba przesadziłam.* - Uh... przejdę od razu do rzeczy. Organizuję imprezę. U siebie. Byłoby wspaniale gdybyś mógł wpaść.**

---

*rzut na Hota (+2) - 3(2d6) +2 = 5

**żeby nie przedłużać to od razu deklaruję, że jeżeli się waha to oferuję Gabrielowi stringa - jeżeli zgodzi się pójść na moją imprezę dostanie xp'a (jeżeli odmówi to xp'a nie dostanie a ja stringa nie tracę... jeżeli nic nie pomyliłem)

Stringi:

Gabriel - 4/3 (dwa za backstory, jeden za hota, jeden za wręczoną moc... trzy jeżeli Gabriel zdecyduje się przystać na moją propozycję)

Reyes - 1 (za backstory)

Niki - 1 (za hota)

Moce: 1x dominacji

EXP: oo

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niedziela, 23:00

Jeszcze nigdy droga do domu mi się tak nie dłużyła. Czułem zmęczony, wypompowany z sił. Było jednak coś jeszcze... Jakieś dziwne ciepło rozchodzące się po ciele, jakby adrenalina, uśpiona i gotowa do wyzwolenia. Oświetlone licznymi lampami ulice były dziwnie puste, ale nie martwiło mnie to zbytnio. Jakby co, dam sobie radę.

W pewnym momencie potknąłem się i zacząłem lecieć do przodu. Szykowałem się już na zderzenie z ziemią, gdy ktoś mnie złapał i pomógł odzyskać równowagę.

- Dziękuję- mruknąłem.

- Nie minęły nawet trzy miesiące- w głosie mężczyzny brzmiał gniew i pogarda.- A ty już ganiasz się za panienkami...

Powoli obróciłem się w stronę Dicka Vegi i spojrzałem na jego przystojną, poważną twarz, wykrzywioną w niepokojącym grymasie. Poczułem, jak wzdłuż mego kręgosłupa zaczyna pełznąć zimno przerażenia. Nie wiem, czy dawny przyjaciel mojej matki chciał zabić mnie tu i teraz, czy też spuścić tylko łomot, ale jego pięść z impetem wylądowała na moim żołądku.

- Pamiętam o tobie, draniu- dodał, wznosząc pięść do kolejnego ciosu. Był ode mnie starszy, silniejszy i bardziej doświadczony. W desperacji uprzedziłem go kopniakiem w okolice kolana, który o dziwo trafił i popchnąłem go na stojący obok samochód.

Nasze miasteczko jest stosunkowo porządne i spokojne, a alarmy samochodowe są dość rzadko słyszane. Reakcja była natychmiastowa, z domu obok dały się słyszeć krzyki:

- Ej, co wy wyprawiacie! Dzwonię po policję!

Uśmiechnąłem się do Vegi, założyłem kaptur i dałem w długą. To było w końcu moje miasteczko, więc udało mi się go zgubić, albo w ogóle zrezygnował z pogoni.

Poniedziałek, 21:00

Nie wiem, czemu podjąłem tą decyzję. Była ze wszech miar nierozsądna biorąc pod uwagę wczoraj, a jednak... Było coś, co kazało mi tu przyjść. Jakiś instynkt, pierwotna żądza? Nie wiem. Czułem jednak, że potrzebuję jakiejkolwiek odskoczni, czegoś, co pozwoli mi na chwilę zapomnieć, udawać, że jestem zwykłym nastolatkiem z pełnej i szczęśliwej rodziny, mającym normalne życie i żadnych problemów w stylu "kiedy zginę". Zapukałem i po chwili Cloe zaprosiła mnie do środka.

---

Rzut z bonusem +2 na ucieczkę, wynik 8, wybieram "zrób scenę".

Exp: **

Stringi

Niki, Noah * (backstory)

moc gniewu x 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poniedziałek, kontynuacja

Kilka telefonów później zrobiłem dość zamieszania, by nikt nigdy nie zorientował się, co się właściwie stało. Grunt, że matka Cloe dostała "awaryjną" nocną zmianę. Zdolność zmieniania głosu okazała się przydatna i mniej bolesna niż pełna transformacja w kogoś innego. Nikt nie może zarzucić, że moce ciemności nie dają swoim agentom narzędzi do działania. To był jednak dopiero początek, impreza w trzy osoby, mogłaby być podejrzana... i niezręczna, jeśli dobrze się domyślałem, co stało się po ostatnim występie. Warto powiadomić jeszcze kilka osób. Vi, telefonicznie. Diana, lepiej smsem (no hard feelings, babe). Reyes? Lepiej nie, ona nie bywa sama. Niki i Jolyne dostały info, ale raczej nie przyjdą, z Betty mam w zasadzie gorszy kontakt niż nawet z Dianą. Oh well... są jeszcze papużki, Rikki, Emma i Cleo. Te raczej wpadną, bo myślą o mnie jak o przyszłej gwieździe, którą warto już teraz poderwać. Chyba... Nagle zorientowałem się, że w mojej klasie jest masa dziewczyn. Cóż, Gabryś powinien się ucieszyć z tak doborowego towarzystwa.

***

Wieczorem...

Gabriel przyszedł krótko po mnie i chyba nie do końca ucieszył go mój widok. Ciekawe co powie na "zdobyczne" piwo, którego dwa małe kegi stały na stoliku w otoczeniu gotowych do akcji kufli. Gonna be a fun night.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poniedziałek, 16:45

- Gdzie ja do cholery mam to teraz schować... - rzuciłam pod nosem kilka minut później kończąc wstępne ogarnianie sytuacji, zwłaszcza w salonie.

Patrząc, a w sumie to wyliczając, ilość rzeczy, które teoretycznie wypadałoby schować, bo byłoby nie fajnie jakby się zniszczyły - a że dojdzie do jakiś zniszczeń, świadomych bądź nie, byłam niemalże pewna - rozmyślałam równie ostro nad bardziej podstawowym pytaniem... gdzie? Przy wymieszaniu procentów z bandą nastolatków przewidzenie tego jak rozwinie się impreza było niemożliwe. I dzięki temu piękne. Czasami straszne jeżeli ktoś bawi się z domowym miotaczem ognia, ale cóż... jak to mówią, najlepsze party zostaje w aktach.

Po skreśleniu całej górnej części domu - znając życie trafię na jedną czy dwie "pary" zażywające prywatności w mym pokoju albo "zezłomowanego" delikwenta w wannie, poza tym kto by kurde chował sprzęt do łazienki - jedynymi sensownymi opcjami były garaż i piwnica. Wychodząc z założenia, że może uda się zminimalizować straty rozmieszczając ważny stuff nie w jednym, lecz dwóch punktach zabrałam się do roboty. Co cięższe rzeczy, których nie miałam zamiaru taszczyć po schodach na dół, jak np. telewizor poleciały do garażu schowane gdzieś w rogu i przykryte jakąś plandeką czy czymś podobnym. Nawet jeżeli o czymś zapomniałam to po tych dwóch godzinach z hakiem chciałam jedynie opróżnić butelkę z barku rodziców. Jako dobry gospodarz musiałam wytrzymać jeszcze trochę...

...a w międzyczasie, bo prawie zapomniałam, wydzwoniłam do paru osób. Spora część z nich miała już informacje od kochanego Justina. Królowa nie odbierała telefonu, jej strata, ale pozytywnie zaskoczył mnie jeden z jej "snujących się cieni". Nie trzeba było specjalnie namawiać Ryana, żeby przeszedł, ba, spytał nawet czy może przyprowadzić swoich znajomych, bodajże Hannę i Setha. Planowałam przywitać ich wszystkich z otwartymi ramionami.

Tego samego dnia, wieczorem

- Cześć Justin. - całus w policzek i pochwalny wzrok skierowany na właśnie wnoszone przez niego piwa. Jeden z kluczowych punktów programu został zapewniony.

A jak się okazało chwilę później drugi z nich znajdował się zaraz za nim:

- Hej Gabriel! - mówię radosnym tonem zarzucając mu ręce na szyję i dając szybkiego całusa*. Nawet nie myśl o tym aby mnie opuszczać. - Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że zdecydowałeś się przyjść. Chodź do środka, impreza już się rozkręca... - z tymi słowami kolejny z gości, i pewnie najważniejszy z nich, wszedł do środka gdzie klimat przybierał już odpowiedni ton. Piwo się lało, w kolejce czekała butelka... nie pamiętam czy whisky czy innego trunku... wprost z barku rodziców, w powietrzu już dudnią typowo house'owe kawałki przeplata z czymś do czego faktycznie da się tańczyć albo z czymś do mocniejszego machania głowy. Przy "stanowisku" DJa swoją wojnę na nuty prowadził, co ciekawe, Ryan i Seth. Zwłaszcza tego pierwszego nie postrzegałam nigdy jako muzyka. Heh, ciekawe...

Jako, że większość gości przybyła - cóż, pojedyncze marudy najwyżej stracą trochę z tej zabawy - puknęłam kilka razy otwieraczem o butelkę po piwie:

- Witam was wszystkich serdecznie moi kochani! Jako gospodyni tego domu nie lubię za wiele gadać a zatem mam wam do powiedzenia tylko jedno... niech alkohol się leje! Bawmy się! - w myślach nie mogłam się doczekać co takiego zaplanował Justin dla naszego, a zwłaszcza "mojego" Gabrysia. Dopóki jednak nie weźmie się do roboty mogłam ruszyć na "polowanie". Alkohol, skąpe ubranie i głośna muzyka. Czułam, że dzisiejszego wieczoru mogłam nawet "zdobyć" jedną ze świętej trójcy**...

---

*rzut na Hota (+2) - 9(2d6) +2 = 11; mam z powrotem cztery stringi ;]

**ofc jakby kto nie zczaił to mam na myśli Rikki, Emmę i Cleo

Stringi:

Gabriel - 4 (dwa za backstory, jeden za hota, jeden za wręczoną moc)

Reyes - 1 (za backstory)

Niki - 1 (za hota)

Moce: 1x dominacji

EXP: oo

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×