Jump to content
Black Shadow

Mass Effect Alternative

Recommended Posts

Rok 2183, Eden Prime. Załoga kapitana Andersona wraz z Nihlusem i drużyną zwiadowczą wyrusza w celu odebrania cennego znaleziska. Ludzka kolonia podczas wykopalisk natrafiła na nadajnik, istnieje cień szansy na to, że należał od do rasy Protean. Takie znalezisko mogłoby znacznie przyśpieszyć rozwój technologiczny wszystkich cywilizacji. Ten potencjał dostrzegł ambasador Udina. Dzięki swym kontaktom uzyskał zgodę na transport ładunku przez ludzki statek ? Normandię. Cała operacja miała przebiegać bezproblemowo, przylecieć, zabrać, odlecieć. Rada nalegała jednak na obecność Widma podczas misji, Nihlus wydał się wszystkim najbardziej odpowiednim kandydatem. Co prawda niejaki Saren uznawany był za najlepszego z najlepszych, on jednak tymczasowo był niedysponowany. Od pewnego czasu zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Przechwytywano skany Opiekunów, Widma ginęły bez śladu ? Turianin dostał wolną rękę, po prostu ktoś musiał to powstrzymać. A kto lepiej się do tego nadawał, jeśli nie on? Tak więc od tygodni słuch o Sarenie zaginął, krążyły plotki, że szykuje on oddział specjalny, jako Widmo był zbytnio rozpoznawalny, potrzebował wykfalifikowanej drużyny do infiltracji środowiska. On jednak działał sam, ta rasa chyba tak ma.

Podczas lądowania Normandia odebrała komunikat z ludzkiej kolonii. Nieznany obiekt zaatakował Eden Prime. Łączność szybko została przerwana, jednak obraz z omni-klucza jasno wskazywał na obecność gethów. Tak, najgorszy eksperyment Quarian właśnie pustoszył teren wykopalisk. Oddział kapitana Andersona był zbyt słaby, aby powstrzymać atak. W dodatku nie wiadomo co stało się z Nihlusem, już na samym początku oddzielił się od reszty zwiadu, po którymś z komunikatów stracono z nim łączność.

***

Godzinę wcześniej.

Saren stał przed wami skupiony. Mieliście wrażenie, że każdego z was mierzy swym chłodnym spojrzeniem. Pokój odpraw, w którym się znajdowaliście był słabo oświetlony ? może to i dobrze, przynajmniej nie musieliście się oglądać. Dopiero co zatrudniliście się u najlepszego Widma w Galaktyce, i już szykowała się większa akcja. Na brak rozrywek zapewne nie będziecie narzekać.

Ordnox 12, wasz statek był jednym z lepszych we flocie Cytadeli. Dobrze uzbrojony, wyposażony w zaawansowane systemy maskujące, w sam raz na podróżowanie incognito. Na dobrą sprawę nie mogliście lepiej trafić, byliście na usługach Widma, jedynym kodeksem jaki musieliście respektować był Saren ? to on miał decydujący głos we wszystkich kwestiach.

Widmo powoli podeszło do waszej grupy. Wszyscy naraz stanęliście na baczność, grunt to posłuch, prawda? Saren spojrzał się teraz prosto w oczy Marcusa White'a. Do niego skierował pierwsze słowa:

- Człowiek. W dodatku czarny. Nie przepadam za waszą rasą, a w dodatku wyglądasz tak, jakbyś całe życie się opieprzał. Na szczęście obaj dobrze wiemy, że to nieprawda. Wyrwałem cię z SOC, nie myśl jednak, że cię lubię. Po prostu przy mnie masz dużo większe szanse zginąć od celnego strzału z karabinu szturmowego niż gdybyś dalej siedział na tyłku w Cytadeli. Nie wymagam od was, ludzi, zbyt wiele. Musisz tylko wykonywać rozkazy, spokojnie, nie powinny być one zbyt wymagające nawet jak dla waszej prymitywnej rasy.

Kolejnym z brzegu był Helios. Nikt nie miał całkowitej pewności, ale Saren chyba się uśmiechnął. Szturchnął Turianina w ramię i powiedział:

- Życie pewnie jeszcze da ci w kość, mój drogi. Dzielny i oddany z ciebie żołnierz, to prawda. Jednak czy kiedyś uda ci się zapomnieć o twej przeszłości? Czy w ogóle istnieje dla ciebie jakaś przyszłość? Nie patrz się na mnie proszę takim wzrokiem, obaj dobrze wiemy o czym mówię. Nie przebierasz w środkach, potrafisz zachować zimną krew, w dodatku na pierwszym miejscu stawiasz sobie realizację wyznaczonego celu. Mogłoby być z ciebie dobre Widmo. Tylko to równouprawnienie dla wszystkich ras w Radzie? - Saren skrzywił się wypowiadając ostatnie zdanie, szybko jednak na jego twarzy znów zagościło beznamiętne spojrzenie. Jego oczy już były wpatrzone w Garry'ego Johnsona.

- Kolejny człowiek, ostatnimi czasy wszędzie się wpychacie, nie jestem tym faktem zbytnio zadowolony. Masz jednak dobre CV, w dodatku i ciebie może dosięgnąć przeznaczenie na polu bitwy?tak, pewnie wielu z was zginie. Chociaż może nie ty, w końcu odbyłeś szkolenie w samym Cerberusie, tam chyba potrafią nauczyć przetrwać choć minutę w ogniu walki, prawda? ? Saren odsunął się od ciebie. Nie z powodu obrzydzenia, którym darzył ludzką rasę, nie, po prostu chciał bliżej przyjrzeć się kolejnemu członkowi oddziału.

- Jack Freeman? Zwany również Syzyfem? Technologia Quarian chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Nie mam pojęcia jak to się stało, że żyjesz. Twoja obecność tutaj była obowiązkowa. Będę pierwszym Widmem, które miało w swoim oddziale pól getha, ciekawe uczucie. Jak to jest umierać? Czy w ostatnim tchnieniu widać światło? A może po prostu zatapiasz się w otchłań? Spokojnie, nie musisz mi odpowiadać. ? Widmo jednym krokiem zbliżyło się do Anrana'Xen nar Iriana.

- No proszę, mam pod sobą również Quarian, ciekawe czy polubisz się z Syzyfem. Przyda nam się tu dobry inżynier, obyś był tak dobry jak o tobie mówią. Nie chcę zawalić misji przez niekompetencję jakiegoś nowicjusza, rozumiemy się? Za bardzo moim zdaniem kierujesz się uczuciami, zadanie to zadanie, koszta się nie liczą. ? Na końcu szeregu stał Salarianin, i do niego podszedł Saren.

- Saran Limen. Wy, Salarianie jesteście dziwna rasą. Jakoś nie potrafię was zrozumieć. Może i wręcz nie chcę was rozumieć. Lubicie bawić się w bohaterów, prawda? Ostrzegam, pod mają komendą jesteście taką samą jednostką jak pozostali. Doceniam kreatywność, jednak jakiekolwiek narażanie bezpieczeństwa misji poskutkuje moją reprymendą, a ta nie będzie przyjemna, obiecuję.

Widmo stanęło przed wami, z założonymi rękoma Saren rozpoczął odprawę.

- Jeszcze kilka dni temu byliście nic niewartymi dla Cytadeli stworzeniami. Na szczęście los się do was uśmiechnął zsyłając mnie. Potrzebowałem dobrych, wykwalifikowanych żołnierzy, dostałem was, mówi się trudno. Ostrzegam, czekają nas ciężkie wyzwania, misje, których nie jesteście sobie nawet wyobrazić. Płacę dobrze, ryzyko śmierci jest jednak spore. Nastały ciężkie dni dla Galaktyki, jeszcze o tym pewnie nie wiecie, jednak wkrótce doświadczycie tego na własnej skórze. Liczyłem na to, że najbliższą misję odbędę samodzielnie, niestety, potrzebna będzie mi wasza pomoc. Może nie tyle mnie co pewnej ludzkiej kolonii na Eden Prime, jej nazwa musiała się wam kiedyś obić o uszy. Ludzkość, jedna z najgorszym z ras dostąpiła zaszczytu odnalezienia nadajnika. Obawiam się, że wąskotorowe umysły tych ludzi nie są nawet w stanie pojąć na jak wielką technologię natrafili. I dobrze by było, gdyby nigdy się nie dowiedzieli. Tak, lądujemy blisko wykopalisk. Ja zajmę się nadajnikiem, będzie tam jednak pełno gethów, musicie je jakoś zająć. Być może natkniemy się na załogę Nihlusa, Rada postanowiła wysłać zwiad. Oczywiście zaufali Udinie i nie przygotowali się zbyt dobrze do misji. Potrzebują wsparcia, my jesteśmy akurat w pobliżu. Nie każę wam im pomagać, to jest ich sprawa, mogli się nie pakować w sam środek tego bagna z ledwie dwójką żołnierzy, idioci. W zasadzie byłoby nawet lepiej, gdyby nie dowiedzieli się o naszej obecności. Pamiętajcie, nic o mnie nie wiecie, nie macie ze mną niczego wspólnego. Za samą wzmiankę na mój temat grozi wam śmierć. Czy to jasne? Doskonale?

eden-prime.png

Saren po raz ostatni omiótł was wzrokiem, po czym na odchodne rzucił w waszym kierunku:

- Za 30 minut lądujemy, przygotować się.

***

Eden Prime. 10 minut po wylądowaniu załogi Nihlusa.

Saren was opuścił, tak jak powiedział, on działa sam. Prawdopodobnie odszuka drugie Widmo, wy macie tylko oczyścić drogę do nadajnika. Zapadł już zmrok, mimo to niebo rozświetlają jasne błyski, to tylko świadczy o dalszej obecności gethów. Na zachodzie znajduje się wykopalisko, tam też pewnie znajduje się ładunek. Zapewne udała się drużyna zwiadowcza Nihlusa. Mogą potrzebować wsparcia, mogą już nawet nie żyć. Ze skanerów wynika, że poza gethami znajdują się tam też zombi, lepiej zachować ostrożność. Jest jednak i druga opcja. Jesteście w końcu w ludzkiej kolonii, prawda? Na wschodzie znajduje się baza, być może komuś udało się ocaleć. Odczyny i tam są dość niepokojące, oddziały gethów są jednak mniej liczne, czyżby wymordowały już wszystkich?

Jesteście drużyną, ale każdy może działać sam, wasze zadanie jest proste, likwidować gethy, próbować przedrzeć się do nadajnika. Być może natkniecie się tam na drużynę Nihlusa, według wytycznych Sarena nie możecie zdradzić im jego obecności na Eden Prime*. Nieco dalej znajduje się baza kolonii, być może komuś udało się tam przeżyć. Ryzyko jest jednak spore, w dodatku idąc na pomoc ludziom możecie nie zdążyć przejąć nadajnika. Wybór należy do was, po prostu sami zdecydujcie co jest ważniejsze.

*Jednak to przecież RPG, tu można wszystko poza łamaniem regulaminu. :]

  • Upvote 3
Link to comment
Share on other sites

Saran Limen

Saren... chyba najlepsze WIDMO we wszechwiecie wzięło nas ze sobą na misję. Chociaż, czy aby na pewno? Będąc na Cytadeli słyszałem wiele różnych informacji o Sarenie i żadna z nich nie straja mnie do tego zadania zbyt optymistycznie. W dodatku nigdy nie słyszałem o tym, by rada wysyłała na misję dwa Widma, w dodatku bez wiedzy jednego z nich. Coś mi się tu nie podoba...

- Sam się w to pchałem - szepnąłem sobie pod nosem.

Zastanawiam się czy mogę powiedzieć o tym moim towarzyszom. Przecież nie znam żadnego z nich i nie wiem, czy mogę im zaufać.

Ale nie to jest celem naszej misji. Trzeba obmyślić jakiś plan.

- Koledzy. Nie znam was i nie wiem czego jesteście w stanie dokonać, ale skoro Saren wybrał akurat nas, to znaczy, że każdy coś potrafi.

Zastanawiająć się co dalej powiedzieć rozglądam się po towarzyszach.

- Saren nas tutaj zostawił mówiąc tylko, że mamy zadanie do wykonania. Nie powiedział jak mamy to zrobić więc sądzę, że musimy opracować jakiś plan. Dodam także, że mam pewną propozycję.

- Najlepiej byłoby gdybyśmy podzielili się na dwie drużyny. Obie mogą pójść w stronę nadajnika, ale innymi drogami. Lub... jedna z nich może udać się w stronę ludzkiej bazy, może ktoś tam jeszcze żyje.

- Mam tutaj rozdarte serce, bo z jednej strony chciałbym pomóc ludziom, ale z drugiej wiem, że moje umiejętności zwiadowcze mogą się przydać w trakcie szukania nadajnika. Jednak podjąłem już decyzję.

- Aha. W trakcie pracy zawsze trzymam się nieco bardziej z przodu. Dzięki doświadczeniu i umiejętnościom jestem w stanie w trakcie działania rozmyślać nad nowym planem działania lub szukaniem innego sposobu na dostanie się do celu.

- Ja, Johnson i Anran - w tym momencie kieruję swój wzrok w stronę Quarianina - mogę tak do ciebie mówić? Twoje pełne imię jest za długie w wymowie, chociaż jako Salarianinowi nie powinno mi to przeszkadzać. Ale wracając do mojego planu. Nasza trójka mogłaby przedostać się do nadajnika po cichu. Pozostali mogliby się w tym czasie udać do ludzkiej bazy.

- A więc? Zgadzacie się, czy macie coś przeciwko?

Link to comment
Share on other sites

Marcus White

Gadka Widma Sarena... Słuchałem oczywiście tak bardzo, że aż prawie w ogóle. No dobra, był może w jakimś stopniu dobry, ale żeby MNĄ pomiatać?! Rasa ludzka... wróć. JA jeszcze nie raz udowodnię, że jestem wart swojej ceny. Swoją drogą, ciekawe ile by musiał za mnie zapłacić...

* * *

- O matko... co za smród. Jaka dziwna atmosfera.

Jeden człowieczek, a reszta to kompletne ufolce pod każdej możliwej postaci. Gdzie tu logika? Pewnie nigdzie. Z "zainteresowaniem" słuchałem Salarianina. HA! Nauczyłem się nazwy jego rasy. Podobno bardzo dużo lubią główkować. Takie, małe taktyczne osobniki, które nic innego nie robią tylko myślą. Pewnie podczas snu też obmyślają taktykę. Marcus słuchaj. Słuchaj! Bądź twardy. No nie wytrzymam!

- Oczywiście! Ja mam coś przeciwko! Z jakiej racji obmyślasz taktykę co? Jakiś wykwalifikowany taktyk z ciebie czy co? I z jakiej racji, mam iść z przedstawicielem... - zapomniałem nazwy, jak oni się zwali? ehh... - no z tym no... Jaszczurem mam iść i z tym robocikiem? O, mam jeszcze lepsze pytanie. Z jakiej racji jestem odciągany od największej akcji? Tam gdzie nadajnik, tam wiele przeciwników, a ja mam iść tam gdzie nuda? Bo co? Bo jestem CZARNY!?

Uruchomiłem pancerz technologiczny. Co on miał w tym momencie dać? Zwiększał moje gabaryty oczywiście. Stałem się większy, groźniejszy. Taki UH! No nie pogadasz dosłownie. Podszedłem do salarianina, który w tym momencie wyglądał przy mnie jak patyczak. Powstrzymałem z trudem śmiech.

- Wyślij tam z dwie osoby. Jaszczura i kogoś jeszcze. Na nadajnik niech idą cztery osoby. Zrobimy im w tyłkach zwarcie, MUWAHAHAHA!

Może nie był ze mnie jakiś wymyślny taktyk, no ale na logikę biorąc... po co mamy tam iść? Gdyby ktoś miał tam przeżyć, to by jakoś wyeliminował resztki przeciwników, po czym by zaczął wzywać jakoś pomocy. A tak? Tam gdzie akcja musimy iść! Szybka misja. Wpad i wypad. Nie ma co się zastanawiać. Przecież nie będziemy siedzieli nie wiadomo ile tutaj. Właśnie! Przypomniałem sobie o tym po pewnym czasie. Płacą za nadajnik tak? Tak. To po co łazić nie wiadomo gdzie, w szukaniu nie wiadomo kogo?

- Słuchajcie towarzysze broni. I ty Jaszczurko. Naszym zadaniem jest przejęcie nadajnika. Możemy sobie biegać nie wiadomo po co lub skupić się na swoim celu. Nie wiemy czy chcą go zniszczyć, wykorzystać. Im dłużej tu stoimy, tym mamy mniejszą szansę na zdobycie nadajnika w jednym kawałku. Mniejsza szansa na wypłatę! Ja idę w stronę tego, za co mi płacą. Złączyłeś kabelki i przeanalizowałeś TO?

Dodatkowo moja gestykulacja, jakże bujna i wykwintna, miała pomóc w zrozumieniu sytuacji. Nie będziemy przecież stać nie wiadomo po co i rozmyślać nad planem działania. Nie ma co rozmyślać. Trzeba działać! Ku chwale! Czy jakoś tak...

Edited by Sergeyevich
Link to comment
Share on other sites

Helios

Saren po prostu nami gardził. W każdym jego słowie czułem jakby dosłownie mówił ?niestety frajerzy jesteście mi potrzebni, chociaż gdyby to nie było samobójstwo pewnie wszystko załatwiłbym sam? i ten nonszalancki uśmieszek skierowany w moją stronę. Co to miało być? Drwina? Nie wiem, ale jedno było pewne: zajrzałem mu w oczy. Niektórzy sądzą, iż z oczu można wyczytać cały charakter. Może tak, może nie, fakt faktem dostrzegłem w Sarenie pewne podobieństwo do siebie. Pod tą całą maskaradą ?wielkiego, strasznego Widma? kryła się osoba która nie wie czego się spodziewać. Nawet wykonywanie misji jest przyćmione własnymi celami, ale trzeba być twardym. Bezapelacyjnie zasłużył na mój szacunek, a niech mnie, nawet trochę przypominał mi ojca. Kiedy trzeba, twardy, w innej sytuacji zdolny cię poklepać po ramieniu. Chociaż, może to tylko majaki zdesperowanego Turianina?

-------------------------------------------

Nie za bardzo odpowiadała mi obecna sytuacja. Szczerze: wolałbym iść z Sarenem, albo w ogóle, działać samemu. Dobrze, że wojsko nauczyło mnie prostej zasady: usłuchaj tego co mówi dowódca bo inaczej kiepsko na tym wyjdziesz. Kończąc rozmyślania, zacząłem wsłuchiwać się w śmieszną pogawędkę moich towarzyszy, kto wie, może nawet się podłączę pod dyskusje? Zresztą, co mi tam.

- Od ustalania strategii jest dowódca, nie ty ? wypowiedziałem beznamiętnie, kierując wzrok w stronę Salarianina ? chociaż z drugiej strony, jego tu nie ma i musimy sobie radzić sami. Chcecie się kłócić? Niestety muszę was zmartwić, to nie czas ani miejsce na kłótnie. Swoją drogą o wiele lepszym pomysłem byłoby podzielenie się na trzy grupy po dwie osoby. Niech każdy zdecyduje gdzie chce iść, a resztę się ustali ? spojrzałem w stronę wkurzonego człowieka ? jeżeli tak bardzo zależy ci na tym aby sobie postrzelać to po prostu dołącz do grupy kierującej się w stronę nadajnika, nikt nie kazał ci kogoś słuchać, to co powiedział, to tylko sugestia. Mnie szczerze mówiąc w ogóle nie zależy na ratowaniu jakiejś załogi, która na własne życzenie weszła rządkiem pod topór. Jeżeli będzie taka potrzeba mogę im nawet wpakować po kulce w łeb ? nawet mnie samego zadziwił ton głosu, w jakim to mówiłem. Zdecydowany, ale kryjący coraz większe pokłady złości.

Postanowiłem wreszcie podnieść się z kamienia na którym siedziałem przez cały ten czas i podejść bliżej załogi. Może przez głowę przeszło mi, iż w ten sposób zapewnię sobie większą wiarygodność? Nie wiem, ale muszę się trochę bardziej opanować żeby narastająca złość, spowodowana głównie kretyńską sytuacją w jakiej się znaleźliśmy, nie wzięła nade mną góry.

- Aha, jeszcze jedno Salarianinie ? chyba mój ton brzmiał już całkiem normalnie, a gniew całkiem się ulotnił ? nie sądzę aby dyrygowanie wszystkimi dało ci dużo słów poparcia. Nie zrozum mnie źle, wiem, że intencje były dobre, ale jeśli mamy wytrzymać w tym szajsie ? powiedziałem z pełnym zdecydowaniem ? grunt to trzymać się razem. Poza tym wracając słowem do początku, z całego mojego zobojętnienia, wolałbym jednak pójść po nadajnik. Pamiętajcie to on jest celem misji, a nie kilku pechowców, którzy być może, już nie żyją. Mam rację? ? moja postawa, chociaż wątpliwa moralnie wydała mi się jednak bardzo trzeźwym spostrzeżeniem.

Kończąc moją przydługą przemowę wróciłem do siedzenia na zimnym kamieniu i polerowania mojej ukochanej snajperki. Nie wiem czy mogę zaufać tym osobom, ale wojsko nauczyło mnie, iż każda drużyna, po czasie się ze sobą zżywa. Może nawet ktoś przyzna mi rację?

Link to comment
Share on other sites

Anran'Xen nar Irian

Do tej pory stałem z boku, przysłuchując się rozmowie pozostałych, jednocześnie odbezpieczając karabin, który trzymałem w rękach. My tu sobie gadamy a tak naprawdę wróg może kryć się w pobliżu, przygotowując się do ataku. Obserwowałem okolice, bo chyba pozostałym nie przyszło to do głowy. Słuchając wypowiedzi Salarianina, musiałem zgodzić się z jego planem podzielenia na dwie grupy. Jednak wolałem należeć do ekipy, która uda się na pomoc ludziom. Saren miał rację podczas odprawy, kieruję się uczuciami, ale nie uważam tego za słabość. Kiedy usłyszałem pytanie Sarana, skierowane do mnie, tylko pokiwałem głową, aby dać do zrozumienie, że może do mnie mówić Anran. Jednak kiedy chciałem zabrać głos wtrącił się Marcus, naskakując na Salarianina dziwnie wyrażając emocje, dość przesadną gestykulacją, która mogła wydawać się śmieszna. Jednak dla mnie ten występ nie był śmieszny, lecz godny pogardy, jak można nie przejmować się losem swoich braci. Kiedy jednak Helios dołączył do dyskusji miałem odczucie, że Turianin jest moim całkowitym przeciwieństwem. A jego tekst, że sam może wpakować im kulkę, przechylił szalę goryczy. Takich istot nie szanuję, zimnokrwiści mordercy, którzy z nikim się nie liczą. Po chwili sam postanowiłem wtrącić się do dyskusji, aby zaznaczyć swoje stanowisko.

- Ja idę po tych biedaków a nadajnikiem zajmijcie się wy. Nie mogę przejść obojętnie obok mordowanych istot, więc pójdę pomóc ludziom, odczuwam taki obowiązek moralny. Jak ktoś chcę iść ze mną to proszę bardzo, choć spodziewam się, że będziecie chcieli przypodobać się Sarenowi i większość z was pójdzie po nadajnik. Pójdę do tej bazy nawet jakbym miał iść na ratunek tym ludziom sam.

Link to comment
Share on other sites

Syzyf

Gah, żeby tak od razu zdradzać moją tożsamość wszystkim. Nie lubię tego całego Sarena, taki niby nie wiadomo co, patrzący na wszystkich z wysoka. Choć w sumie, nie zastanawiałem się nad tym co się wydarzyło tuż po mojej.... hmmm..... nieważne, muszę skupić się teraz na misji.... która polega na zabijaniu gethów. Ja nie jestem kurde żadnym komandosem! Co prawda umiem strzelać, całkiem nieźle jeśli mogę trochę podmuchać we własny róg, ale w pierwszej kolejności jestem przede wszystkim inżynierem! No i, fakt że będą tam gethy... nie wiem co o tym myśleć. Muszę jednak pozostać pozytywny, w końcu co może się takiego złego stać?

***

Po wylądowaniu Syzyf trzymał się na uboczu grupy, przysłuchując się tylko ich kłótni. Widok na planecie był w pewien sposób czarujący, szczególnie biorąc pod uwagę że poza cytadelą i Puck nie odwiedził żadnej obcej planety. Długo jednak nie napawał się widokiem, w pewnym momencie przez jego układ przebiegł impuls wywołując coś w rodzaju bólu głowy, pewno wywołany przez obecność innych gethów, to pierwszy raz kiedy znalazł się tak blisko któregoś z nich. Syzyf złapał swoją głowę dłonią na kilka sekund, po czy wrócił do normy.

Ygh, co to było? Jakbym poczuł morze igieł przebiegających mi przez głowę... jednak to chyba nic poważnego skoro już minęło. Czy oni ciągle się kłócą? Widzę że każdy chce sam podejmować decyzje i niektórzy z nich wolą nie przejmować się losem innych. Rozumiem że mamy zadanie do wykonania, ale żeby tak zostawić bezbronnych na pastwę losu? Szczególnie ta gadka Heliosa.... gdybym wciąż miał swoją skórę to ciarki by po niej przeszły po tym co powiedział. Może brak mi tej ich żołnierskiej dyscypliny i doświadczenia, ale chrzanić je jeśli miałbym stać się tak zimny. I to ja niby tu jestem maszyną.

-Jestem pewien że KTOŚ przeżył ten atak. Szanuję waszą... dedykację dla zadania- nieco się zahamował spoglądając na Marcusa -, ale nie można tak po prostu zostawić tych ludzi samych sobie jeśli istnieje szansa że wciąż żyją. Ja idę do bazy z Anranem.- oznajmił grupie.

Link to comment
Share on other sites

Garry Johnson

Poznałem Sarena, legendę galaktyki i najmłodsze turiańskie Widmo. Słyszałem dużo plotek o jego nienawiści do ludzi, ale dużo jest w tym przesady. Oczywiście, czuć niechęć z jego strony, ale do nienawiści to jeszcze daleko. Chyba nawet mnie trochę szanował. Dziwne uczucie pracować dla Widma...

* * * * * *

No dobrze, jest misja do wykonania. Mamy pokonać gethy i odzyskać nadajnik... Raz nawet z nimi walczyłem. Chyba na jakiejś misji dla Cerberusa. Bojowe roboty wyposażone w SI, najlepiej używać amunicji dysrupcyjnej - to od razu przychodziło mi na myśl. A i jeszcze jedno, ich moc wzrasta razem z liczebnością, czy coś takiego. Cholera, trzeba było lepiej przygotować się od strony merytorycznej. Może reszta drużyny wie więcej?

Przykładowo ten człowiek-geth, "Syzyf". O ciekawe jak na niego zareagują? Czy w tej postaci już się z nimi spotkał? Nie przejmą nad nim kontroli? A może to on może im jakoś namieszać? Zobaczymy...

O gethach na pewno wie więcej ten quarianin, Anran. Mam nadzieję, że wykaże się rozsądkiem i nie będzie wrogo nastawiony w stosunku do "Syzyfa". Spory w drużynie z pewnością nam nie pomogą.

Ale wracając do misji. Trzeba opracować jakiś plan. Ludzie są zagrożeni. Myślę jednak, że nadajnik jest ważniejszy. To on jest celem misji, to on jest tu najcenniejszy. Jeśli ktoś zechce ich ratować i tym samym ściągnąć na siebie gniew Sarena, to ja nie mam nic przeciwko. Później może nawet pomogę...

Stoję tu z moim zespołem, ale dlaczego panuje taka cisza? Wszyscy są aż tak zestresowani?

Wreszcie milczenie przerywa ten salarianin, Saran. W dodatku przedstawia dość dobry plan. Podzielimy się na dość uniwersalne drużyny. Ja, Saran i Anran w jednej, a w drugiej Helios (dobrze, że jest z nami też szanujący ludzi turianin), "Syzyf" i Marcus. Szkoda, że jedynie ten ostatni ma zdolności biotyczne, które idealnie wspomagają żołnierzy. Ale mówi się trudno.

- Zgadz... - chcę powiedzieć, ale natychmiast słyszę, że Marcus właśnie rozpoczyna swój potok słów. Mówi bardzo chaotycznie, szybko i niezrozumiale. Krytykuje pomysł podziału na drużyny i jest za jak najszybszym ruszeniem po nadajnik. Ma trochę racji, powinniśmy się pospieszyć.

Później odzywa się ten Turianin, Helios. Ma dość podobną ideologię do mnie, tylko trochę zbyt ekspresywnie ją wyraża. Możliwe, że za słabo panuje nad emocjami, a to może okazać się kiedyś zgubne.

Później zaczyna mówić ten Quarianin. Kiedy opowiada o swoim planie uratowania kolonistów, odczuwam ogromną ulgę. Sam chętnie bym mu pomógł, ale (ma rację) chcę się trochę przypodobać Sarenowi, poza tym, to naszym celem jest nadajnik.

Chęć przyłączenia do Anrana zadeklarował "Syzyf". Jeszcze lepiej. Mają większe szanse przeżyć.

- Anranie, "Syzyfie", powodzenia. - decyduję się podać im rękę - Ja mam swój cel do wykonania, ale, jak skończymy z nadajnikiem, przybiegnę wam pomóc najszybciej jak się da. Obyśmy się jeszcze spotkali.

Odwracam się do reszty i wreszcie przedstawiam swój plan:

- Powinniśmy działać szybko. Bez Anrana i "Syzyfa" podział na drużyny nie jest, moim zdaniem, dobrym pomysłem. Uważam, że pomoc kolonistom jest tu drugorzędna. Dostaliśmy zadanie odzyskania nadajnika i trzeba je wykonać. Powinniśmy się pospieszyć, ale jest jeszcze jeden problem. Dobrze by było, gdybyśmy wymyślili jakąś gadkę na spotkanie z odziałem Nihlusa czy kolonistami. Co tu robimy i tak dalej? Chwilowo nie mam pomysłu. Jakieś sugestie? - kończę moją mowę i oglądam twarze kolegów. Na razie nie widać na nich strachu. Oby tak pozostało...

Muszę jeszcze przemyśleć osobistą taktykę. Będę walczyć tradycyjnie, chować za osłonami, zdejmować oddalone cele ze snajperki, przy średnich dystansach używać karabinu szturmowego, a na bliskie odległości strzelby. Powinienem się też uspokoić. Nerwy przeszkadzają w walce. Więc spokój... Spokój...

Huuuu... Haaa... - biorę głęboki oddech i czekam na to, co uczynią moi kompani....

Link to comment
Share on other sites

Jedna wielka kłótnia, tylko tak można nazwać waszą próbę dyskusji. W zasadzie tylko w jednej rzeczy byliście zgodni, trzeba było działać. O ile wytyczne Sarena były proste, to sposobów ich realizacji była cała masa. Wam jednak nie udało się opracować choćby jednego. Niektórzy starali się zachować zdrowy rozsądek, reszta po prostu uznała, że rację ma ten, kto najgłośniej wyraża swoją opinię. W końcu jednak stanęło na tym, że Syzyf i Anran oddzielili się od oddziału. Widać, że jeszcze komuś zależało na życiu cywili. Pytanie tylko czy warto było ryzykować nadajnik dla kilku nic nieznaczących ludzi. Każdy miał inną odpowiedź na to pytanie.

Geth wraz z Quarianinem odeszli w kierunku wzgórza, to tam ulokowana była baza. Na niebie było widać ciemną smugę dymu, to nie oznaczało niczego dobrego. Reszta grupy patrzyła ze złością jak dwaj najemnicy Sarena powoli się oddalają. Byli źli, ci idioci ryzykowali całe bezpieczeństwo misji, szef się wścieknie. Chyba tylko Garry życzył im szczęścia. No i Saran Limen nie wyglądał na takiego, który chciałby zobaczyć zwłoki swoich towarzyszy. Marcus i Helios byli już jednak gotowi do drogi. Skupieni i opanowani, z nieco tylko ochrypniętymi gardłami.

Baza ludzi - część dla tych, którzy poszli na ratunek cywilom

Szliście dobrych kilka minut w milczeniu, nie wiedzieliście czy możecie sobie ufać. To takie dziwne, Quarianin idący z gethem ramię w ramię. Musieliście jednak pokonać wszelkie uprzedzenia, teraz zdani byliście tylko na siebie. Wróg miał przewagę liczebną, po drodze widzieliście płonące drzewa, zniszczone budynki. Jednak nie to było najgorsze?Po dotarciu na miejsce spostrzegliście dziwne kilkumetrowe kolce wystające z ziemi. Na ich czubkach ponabijani byli ludzie?w dodatku niektórzy wciąż żywi. Przez krótką chwilę patrzyliście jak nieszczęśnicy umierają w agonii. Krew z ich ciał powoli spływała po srebrnych bolcach. Jęk ginących pewnie zapamiętacie na długo.

DragonsTeethEdenPrime.jpg

Nagle dostrzegliście, że w oddali coś się dzieje. Zlokalizowaliście źródło hałasu. Jakieś 200 metrów dalej toczyła się walka. W jednym z budynków ktoś był! W dodatku zapewne był to żołnierz, a może to tylko któryś z naukowców zabrał poległemu towarzyszowi broń?W każdym bądź razie ów człowiek był w poważnych tarapatach. Kilku gethów próbowało się do niego dobrać. Usłyszeliście czyjeś krzyki, w budynku był ktoś jeszcze, musiał być jednak bezbronny. Walczył tylko jeden mężczyzna?zaraz, nie mężczyzna. Spod hełmu wystawały długie włosy, być może to kobieta broniła grupki naukowców.

Kolejny krzyk. Tym razem inny, głośniejszy. Zwłoki nabite na metalowe pręty zaczęły ożywać, byliście właśnie świadkami powstawania zombi. Nagle zostaliście otoczeni, sześć ciał zaczęło biec w waszą stronę. Alan szybko zajął pozycję obronną, Syzyf chciał zrobić to samo, jednak nagle dopadł go przeraźliwy ból. Gethy wyczuły jego obecność, on też je czuł. Miał wrażenie, jakby ktoś odczytywał jego myśli, on sam słyszał komunikat , może wręcz rozkaz wewnątrz swej głowy - Zabić!

Ból ustąpił, obaj już kucaliście za skałą, byliście jednak w poważnych opałach.

Teren wykopalisk - część dla tych, którzy skupili się na wykonaniu rozkazu

Teren wykopalisk przypominał poligon wojenny. Gdzieniegdzie walały się trupy pozarzynanych badaczy. Czuliście smród ich spalonych ciał, w dodatku dym wdzierał się wam do nozdrzy. W oddali spostrzegliście dwóch żołnierzy leżących na ziemi. Byli w skafandrach bojowych, pewnie należeli do grupy zwiadowczej. Tak też było w istocie. Gdy zbliżyliście się do dwójki mężczyzn od razu zauważyliście, że jeden z nich nie żyje. Jego twarz przypominała krwawą papkę?w zasadzie?on nie miał twarzy, krwisto-mięsista breja niczym nie przypominała ludzkiej twarzoczaszki. Drugi z żołnierzy również był ranny, najwyraźniej nie mógł się poruszać, jeden z gethów najwidoczniej trafił go w nogę.

- Nie, nie! Uciekajcie! - Człowiek wydzierał się jak opętany - Oni wciąż tu są!

Próbowaliście jakoś go uspokoić, po chwili mężczyzna nieco się opanował.

- Nazywam się Kaidan Alenko, przybyłem na Eden Primie z Nihlusem i Jankinsem. Widmo jest teraz w drodze na opuszczoną już stację kosmiczną. A mój kompan?leży teraz obok mnie. Gethy wzięły nas z zaskoczenia, byliśmy pewni, że wybiliśmy wszystkich. Niestety, myliliśmy się. W dodatku natknęliśmy się na jakieś zmutowane stwory, ku*wa, one wyglądały na zombie! Straciłem kontakt z Turianinem, nie mam pojęcia czy znalazł już nadajnik. Nie było go tutaj, więc Widmo poszło dalej, my mieliśmy poszukać ocalałych?Nie zdążyliśmy nawet przejść kilku metrów gdy nas zaatakowano. Radzę wam się stąd wynosić, o ku*rwa?

Nim Kaidan skończył mówić rozległy się pierwsze strzały. Kilkunastu gethów pojawiło się na północnym zachodzie. Z ich strony biegło też kilku zombiaków. Na bieżąco staraliście się ocenić sytuację, po szybkiej analizie wniosek nasuwał się tylko jeden - byliście w d*pie.

Zombie1.png

Nagle przypomnieliście sobie, że po drodze mijaliście budynek - magazyn na narzędzia wykopaliskowe, stamtąd mogliście prowadzić regularny ostrzał i osłaniać się przed atakami nieprzyjaciela. Problem był jeden. Do przebiegnięcia mieliście z 50 metrów, a gethy już rozpoczęły szturm. Widzieliście też, że Kaidan nie da rady iść o własnych siłach, decyzja o tym czy mu pomóc należała już tylko do was.

Link to comment
Share on other sites

Marcus White

Wychodzi na to, że zrobili tak jak mówiłem. Dwójka poszła ratować ludzi, którzy równie dobrze mogą nie żyć. Nasza czwórka ruszyła w stronę nadajnika. Genialne rozwiązanie? Oczywiście. Gdy będziemy ładować gdzieś na statek nadajnik, to może będzie akurat zajmował te dwa miejsca. Akurat dwójka zbawicieli zginie i Tadam! Mission Complete. Przecież to taki genialny plan, że aż jedyny i najlepszy. Każdy o tym wiedział, ale bał się przyznać.

Odszedłem od salarianina, bo jeszcze popadnie w kompleksy. Pancerz technologiczny wciąż świecił dumnie na mej klacie. W końcu mieliśmy iść na rzeź. Przytakująco kiwałem głową. Jak robocik, który zgadza się na wszystko. Chciałem już iść, nawet dreptałem w miejscu. Wyglądało to głupio, ale chciałem już IŚĆ!

Dobrze, wyruszyliśmy. Im dalej szliśmy, tym większy smród. Ciała, krew, flaczki co jakiś czas. Pełna paleta istnej wojny. W końcu dodatkowo dwa ludzkie ciała. W tym jedno gadające. Kaidan Alenko od Nihilusa.

- Czołem biały bracie. My od Sarena. Nie mów tak szybko - gestykulacja nie gwałtowna, taka slow, very slow - To mu raczej nie będzie potrzebne.

Chwyciłem za broń jego kompana. Raczej z tą "twarzą" wielu wrogów to on nie trafi. Tak szczerze mówiąc, to dużo nie zrozumiałem z jego przemowy. Zombie? No bez przesady. On się za dużo filmów naoglądał czy co?

- Dobra waćpanie. Biegać to ty raczej nie będziesz. Może tutaj zosta...

Gethy! Małe wściekłe oczka zalśniły mi pięknym blaskiem. Skoro już trzymałem broń tego zabitego, to zacząłem celować. Nie zwracałem uwagi na to ile już pocisków wystrzelili moi towarzysze. Ja nie wystrzeliłem ani jednego. Mierzyłem w tym momencie. Jedno oko przymknięte. Cofałem się odrobinę z językiem na wierzchu i mierzyłem. Strzał miał powalić zombie. *pif* Pierwszy strzał poszedł. Zaraz zaraz. Zombie?! No patrz, miał koleś rację! Faktycznie biega tu coś podobnego do nich. Za dużo ich. Nie damy raczej rady oddawać pokaźnej liczby strzałów jednocześnie wlekąc Kaidana. Trzeba go zostawić i osłaniać z odległości. Sam też mógłby leżąc paru zabić. Niech się przyda jak chce żyć.

- Strzelaj co? Przydaj się jak chcesz żyć!

Przydało by się czymś rzucić. Czymś wielkim, co by może zagrodziło drogę do nas, przez co gethy by musiały przeskoczyć. O wiele lepszy cel z nich by był. Ciężko tu się skupić i rozejrzeć pod takim ostrzałem. Znów zacząłem mierzyć. A jak to długo trwało... Cofałem się przy okazji. Nie miałem zamiaru wlec białego człowieka. Co to to nie. *paf* Kolejny strzał. Raczej nie ma co liczyć specjalnie na moją celność. Chociaż? Pod tym ostrzałem ciężko zobaczyć czy coś ubiłem. W końcu jednak postanowiłem użyć czegoś, co w moim przypadku ma większe prawdopodobieństwo na zabicie. Jak biotyka wygląda z boku? Człowieczek fajnie świeci. Bardzo fajnie. A jeszcze fajniej rzuca przeciwnikami, co właśnie w tym momencie chciałem zademonstrować na najbliższym biegnącym zombie czy tam gethcie. Co za różnica?

Link to comment
Share on other sites

Garry Johnson

Cholera, jak tu przerażająco. Wszędzie walają się trupy. W dodatku śmierdzi spalonym ludzkim mięsem, trzeba włączyć filtr w hełmie. Inaczej nie wiem, jak tu wytrzymam. Widać coraz więcej martwych. O! Tam leżą jacyś żołnierze, pewnie z załogi Normandii. Jeden z nich ma strasznie zmasakrowaną twarz - martwy. Drugi wygląda na żywego, nie może wstać, ma ranną nogę - prawdopodobnie gethy go postrzeliły. Wrzeszczy jak opętany. Pewnie dodatkowo wyje z bólu. Biedak. Lepiej go uspokójmy, jeszcze ktoś go usłyszy (oby gethy nie miały czujników dźwiękowych). Nareszcie się opanowuje. Będzie można coś z niego wyciągnąć. Okazuje się, że nazywa się Kaidan Alenko i jest z załogi Nihlusa. Dobrze by było dowiedzieć się od niego trochę o obecnej sytuacji.

- Czołem biały bracie. My od Sarena. Nie mów tak szybko. - wtrąca ze swoim głupkowatym uśmieszkiem Marcus.

Do cholery, co za skończony idiota. Już mam zamiar wpakować mu seryjkę z karabinu szturmowego, ale powstrzymuję się i ograniczam do przywalenia sobie w czoło (a dokładniej to w hełm). Saren mnie później wyręczy.

- Szeregowy Johnson. - salutuję - Proszę, nie słuchaj tego debila, Kaidanie. - oby potraktował słowa Marcusa jako kiepski żart...

Ten debil próbuje jednak wtrącić jeszcze jakiś komenta...

STRZAŁY! Za osłonę. Rozpoznanie sytuacji. Gethy. Duża przewaga liczebna. Zombie. Plan. Krótkie seria z karabinu szturmowego. Za osłonę. Przeładowanie. Znów seria. Za osłonę. Kaidan jest zagrożony. To nie cel misji. To nie priorytet. My musimy przeżyć. Nie on. Plan. Dobra kryjówka 50 metrów za nami. Cofam się. Stopniowo. Od osłony do osłony. Co z Kaidanem? Jak mu pomóc?

- Leż i udawaj martwego! - wrzeszczę licząc, że gethy tego nie rozumieją.

To zwiększy szanse jego przeżycia. Oby. Zostają jeszcze nasze. Plan. W grupie. W budynku. Stamtąd ostrzał. Więc do tyłu. Za osłonę. Przeładowanie. Seria. Do tyłu. Za osłonę...

Link to comment
Share on other sites

Saran Limen

Mam nadzieję, że tamtej dwójce nic się nie stanie. Z rozmyślań o tamtych wyrwał mnie jednak krzyk tego żołnierza, którego znaleźliśmy. Przedstawił się jako Alenko i mówi, że przybył z Nihlusem, a więc musi być z załogi Normandii.. W momencie gdy miałem się przedstawić rozpoczął się ostrzał nieprzyjaciela. Jak mogłem do tego dopuścić? Powinienem darować sobie uprzejmości i rozejrzeć się po okolicy. Może przynajmniej moglibyśmy się wtedy przygotować do obrony... Szybko analizuję teren, by znaleźć odpowiednie miejsce dla snajpera. Może ten budynek, który mijaliśmy? Nie, jest zbyt niski bym mógł mieć odpowiedni przegląd pola walki. Jednocześnie widzę jak White i Johnson nie bacząc na Alenko biegną w stronę tego magazynu.Słyszę tylko jak Johnson krzyczy do niego by leżał. Ta, z pewnością pomoże mu to przeżyć. Biegnę za jakąkolwiek osłonę i krzyczę do Kaidana:

- Uspokój się! Jeśli jesteć w stanie strzelać, to zajmij się tymi, którzy znajdują się w twoim zasięgu. Ja wejdę na to wzniesienie i przypilnuję żebyś to przeżył!

Tak, on musi to przeżyć, bo Normandia może być dla mnie szansą na przeżycie. Nie ufam Sarenowi, więc muszę być przygotowany na przyłączenie do załogi tego ludzkiego statku. Muszę zrobić wszystko co w mojej mocy, by ten facet przeżył.

Włączam kamuflaż taktyczny i biegnę na szczyt tego wzniesienia. Z tamtąd będę miał idealny przegląd wydarzeń, by stopniowo eliminować przeciwników. Muszę się spieszyć, bo mam mało czasu. Mam nadzieję, że pamiętam jeszcze jak się strzela ze snajperki...

Link to comment
Share on other sites

Helios

Starałem się iść miarowym krokiem, zbytnio nie oddalając się od mych towarzysz i nie zostawiając ich w tyle. Czułem się źle. Ojciec zawsze powtarzał mi, że nie ważne czyś jest dowódcą, wojakiem czy zwykłym majtkiem, odpowiedzialność za drużynę spoczywa zawsze na twoich barkach. Chyba nawet w niewytłumaczony sposób położyłem w mojej głowie nacisk na słowo zawsze. Można to było zrobić inaczej, mogliśmy w ogóle się nie rozdzielać. Najpierw poszlibyśmy po cywili, potem po nadajnik, razem. Niestety było już za późno.

----------------------------------------

Tak jak myślałem, przez moje majaki zostałem w tyle. Szybko jednak dostrzegłem moich kompanów, znaleźli kogoś. Z tego co wywnioskowałem z ich krótkiej rozmowy, to tyle, że nazywa się Alenko i tkwi w podobnym szajsie co my. Rozległy się strzały, moi kompani powędrowali za osłony, co i ja uczyniłem. Po wyciągnięciu mojej ukochanej snajperki spróbowałem oddać kilka strzałów. Nie wiem czy trafiłem, ale szybko zorientowałem się, iż na krótkim dystansie moja Wdowa nie ma szans z napływającymi jak powódź, siłami wroga. Szybko zorientowałem się też o tym w jak niedogodnej sytuacji jest ten cały Kaidan! Zrobiłem co mogłem aby przewlec go za osłonę, obok mnie. Wszystko działo się tak szybko, nie widziałem moich przyjaciół, słyszałem tylko strzały i swoje tętno. W oddali zobaczyłem małe wzgórze, które od razu przykuło moją uwagę. Wycelowałem aby przyjrzeć mu się bliżej i wywnioskowałem, iż to idealna pozycja strzelecka. Gdyby udało mi się tam dostać mógłbym bez problemu bardzo wesprzeć towarzyszy i zapewnić bezpieczeństwo ocalałemu. Przestałem być obojętny, zależało mi na czyimś życiu. Cóż, widzę jakiś postęp. Spróbuję zarzucić Kaidana na plecy i dobiec do tamtego wzgórza, sam w życiu nie dam rady. Oby mi się udało.

- jeśli dacie radę, proszę osłaniajcie mnie! ? krzyknąłem tak głośno, że kompani na pewno mnie usłyszeli, jeśli choćby jeden mi pomógł szanse powodzenia wzrosłyby kilkukrotnie. Dobra, dość planowania, muszę zacząć działać.

Link to comment
Share on other sites

Anran'Xen nar Irian

Dostrzegłem, że z Syzyfem jest coś nie tak, czyżby nawiązał jakieś połączenie z innymi Gethami.

- Syzyf wszystko w porządku? - Zapytałem po czym się wychyliłem, aby oddać pokaźna serię do Zombi, po chwili ponownie kryjąc się za osłoną. Czułem, że mogę zaufać Syzyfowi, nie jest taki jak pozostali, mimo swej obecnej postaci zachował resztki człowieczeństwa. Chyba tak jak ja nie nadaję się na zimnokrwistego mordercę. Geth walczący ramię w ramię z Quarianinem, tego jeszcze chyba nie było, ale nie czas teraz na takie przemyślenia. Chociaż co jak co, ale fakt że jest tu zemną mnie zaskoczyło. Szybko przeładowałem karabin i sprawdziłem czy działa mój omni-klucz. Świetnie wszystko gotowe. Omni-klucz przyda się jak te stwory jakimś cudem tu dobiegną.

- Syzyf ja ich odciągnę a ty biegnij do tamtych ludzi. - Rzuciłem do Getha

- Ciekawe czy tę tępaki złapią się na sondę - Szepnąłem rzucając w ich kierunku sondę. Planowałem wysłać sondę wpierw przed zombi, aby zwrócić ich uwagę a potem posłać ją na otwarte pole, gdzie będę mógł powili eliminować z karabinu stwory, które za nią podążą. Cóż może się uda, jak nie to trudno. Mam jeszcze parę pomysłów niekoniecznie genialnych, chociaż ten jest niezwykle wątpliwy. Każdy naukowiec powinien w końcu wychodzić poza schematy w swoich poczynaniach.

- Tak - szepnąłem uzyskując pełną kontrolę nad sondą. Po chwili przystąpiłem do mojego planu odwrócenia uwagi zombi, trzymając w pogotowiu karabin.

Link to comment
Share on other sites

Syzyf

O Boże, ci ludzie.... zaraz, czy oni... ONI OŻYWA-GHAAAAAAAYAH!

Syzyf ukląkł trzymając się za głowę.

Ja ich słyszę.... nie, NIE, ZERWAĆ POŁĄCZENIE NATYCHMIAST! Ugh, lepiej. W co ja się wpakowałem...

Syzyf podniósł się z ziemi i dołączył do Anrana za skałą.

-Tak, wszystko.... wszystko gra. Już mi lepiej.- odpowiedział. -Jestem gotów.-

Syzyf odbezpieczył pistolet i przygotował się do sprintu w kierunku budynku gdy tylko Anran wyśle sondę.

Kiedy tylko się odpowiednio zbliżę, wyślę sondę w kierunku gethów i rozpocznę ostrzał. Cholera, żebym tylko dał radę ich zdjąć...

Link to comment
Share on other sites

Tereny wykopaliska.

Natarcie Gethów i zombie nadspodziewanie mocno was zaskoczyło. Kaidan nie był wam wszystkim obojętny, jednak jedynie Helios gotów był zaryzykować własnym życiem, aby tylko uratować członka oddziału Nihlusa. Odgłosy walki mocno podniosły wam tętno, widzieliście jak Turianin z człowiekiem na plecach powoli przemieszczają się ku pobliskiemu wzgórzu. Garry Johnson robił co mógł, aby tylko ta dwójka cało dotarła do wzgórza, strzelał celne, choć wolno, sam również starał się powoli wycofywać na upatrzoną pozycję obronną. Chociaż Markusowi nie zależało na życiu Kardana, to jednak mimowolnie musiał mu pomagać. Zombie w oszałamiającym tempie zbliżały się do rannego, gdy jeden z niezmierzonych strzałów odstrzelił jednemu z nich głowę. Saran również nie próżnował, starał się przede wszystkim odciąć przeciwnika od ich pozycji, z całkiem niezłym skutkiem. Helios dotarł wraz z Kaidanem do wzgórza.

To jednak był dopiero początek walki. Mogliście się bronić, jednak zwykły ostrzał waszej piątki (Kaidan również postanowił zrobić użytek z broni) nie mógł wystarczyć do odparcia ataku. Gethy były coraz bliżej, choć niektóre padły od waszych strzałów, to jednak w dalszym ciągu byliście na straconej pozycji. Garry skupił się na precyzyjnym zdjęciu rywala, gdy zza jego pleców wyskoczył zombiak. Silne szarpnięcie rzuciło go na ziemię, był ogłuszony, widział jak przez mgłę, w dodatku smród bijący od tego stworzenia był nie do wytrzymania. Bestia już chciała dobrać się do swej ofiary, gdy nagle jakaś nadludzka siła uniosła ją w powietrze i odrzuciła w kierunku Gethów. Tak, Marcus zrobił użytek ze swej biotyki.

Garry szybko pozbierał się do kupy, Helios i Kaidan byli w opałach. Trójka nieprzyjaciół próbowała dobrać się do nich od tyłu. Ci, niczego nieświadomi byli o sekundy od śmierci. Jeden strzał - jeden trup, to jednak wciąż za mało. Na szczęście był jeszcze Salarianin. Choć rasa ta uchodziła za stosunkowo słabą, to jednak celować potrafiła. Otwór wielkości ludzkiej pięści w Gethcie sprawił, że rywal stracił ochotę do walki. Wciąż jednak przy życiu pozostawał jeden przeciwnik. Helios w ostatniej chwili dostrzegł zagrożenie. Strzał, wróg osuwa się na ziemię, za późno. Kaidan wydał z siebie cichy jęk, który usłyszał jedynie Turianin. Cała reszta zajęta była odpieraniem ostatniej fali ataku, gdy człowiek powoli odchodził z tego świata. Helios nie mógł mu pomóc, ledwo co zabił Getha, a już musiał zająć się nadbiegającym zombiakiem.

To była długa walka, walka z której wyszliście niemalże bez szwanku. Garry miał co prawda rozdarty policzek od pazurów oponenta, ale mimo to wszyscy byliście zadowoleni. Byliście pewni, że Gethów było więcej, z niewiadomych jednak przyczyn postanowiły się wycofać. Zombiaki natomiast były martwe, tym razem na dobre. Krótko trwała jednak wasza radość. We trójkę udaliście się do Heliosa, ten, choć wyczerpany, nadal był żywy. Nie cieszył się tak jak wy, klęczał przy leżącym Kaidanie, z ramienia Turianina spływała krew, widać mocniej oberwał. To nie na nim się jednak skupiliście, człowiek patrzył się na was błądzącym wzrokiem. - To koniec. - powiedział - Nie sądziłem, że tak szybko skończę swą służbę dla Nihlusa. To chora misja, Gethy, Zombie, skąd to się tu u diabła wzięło? Nie pakujcie się w to, mieliście nam pomóc, ale radzę wam raczej uciekać stąd jak najdalej. Nadajnik. To po to tu przybyliśmy. Widmo jednak powinno dać sobie radę, uciekajcie. - Patrzyliście się w zastygłe oczy Kaidana, wszyscy staliście w milczeniu. I chyba tylko na twarzy Marcusa przez moment widniał uśmiech.

- To co teraz robimy? - Zapytał któryś z was. - Skoro my tu mieliśmy takie problemy, to co teraz się dzieje z tamtymi? No i gdzie teraz do cholery jest nadajnik?

Ludzka baza.

Sonda poszła. Geth rzucił się sprintem do budynku, w którym skrywali się ludzie. Osłaniany przez Anrana zdołał dobiec do ocalałych. Przynajmniej teoretycznie. Od razu w ruch poszedł pistolet, zwłoki maszyny osunęły się na ziemię. Dreszcz. To tak, jakbyś zabijał swoich?Czułeś ból współmierny z cierpieniem odchodzącego Getha, czułeś, że?umierasz? Nie, musiałeś pozbierać się do kupy. Quarianin został sam, musiałeś działać szybko. Kolejna wymiana ognia na krótkim dystansie, znów poczułeś to samo uczucie. Dobiegłeś do broniącego się żołnierza. - Szybko, musimy pomóc twojemu towarzyszowi! - Tym razem to Anran zmuszony był do biegu pod ostrzałem. Na szczęście i jemu się udało.

Zabarykadowaliście drzwi, Gethy jednak dalej prowadziły ostrzał. Słyszeliście drapanie pazurów zombie o okna budynku. Z całą pewnością nie byliście jeszcze bezpieczni. Mieliście jednak chwilę na wzięcie oddechu.

- Ashley Williams, do usług. Dzięki za przybycie. To wy jesteście posiłkami z Normandii, tak? Nie spodziewałam się, że zobaczę tu Quarianina, a już na pewno nie Getta walczącego po naszej stronie?Jest ze mną Dr. Warren i Dr. Manuel, chyba ostatni żywi z kolonistów. Gethy wzięły nas z zaskoczenia, w dodatku te zombi?Nie wiem sama co o tym myśleć. Zdobyliście już nadajnik? Nie może się on dostać w niepowołane ręce. Zresztą, Williams, nie teraz. Macie jakiś pomysł, jak się pozbyć tych Gethów? Od razu uprzedzam, jedynym wyjściem z tego bagna są drzwi, które prowadzą wprost do piekła?

Link to comment
Share on other sites

YEA, właśnie tak! Ma biotyka wręcz rzucała przeciwnikami jak szmacianymi lalkami. 1:0 dla mnie. Pomogłem naszemu. Przypadkowo. Naprawdę nie chciałem tego robić. Mniej "ludzi" do podziału pieniędzy. No ale tak się miotał z tym stworkiem. Tak się miotał biedny. Aż mi było go żal. AH TAK mi go było żal. Musiałem mu pomóc, no MUSIAŁEM.

Walka się skończyła, a ja miałem na twarzy wypisane No gdzie jesteście bure sucze?! Rozglądałem się za kolejnym wyzwaniem, ale wszystko zwiało. Zobaczmy co tam u naszego bohaterskiego człowieczka, który dał się tak łatwo... zabić? On chyba faktycznie konał. O jaaaa jaki przegrany człek! Uśmiech? No tak, rzucił mi się trochę na twarz. Jak już odszedł do lepszego świata, pogwizdując zacząłem go bez namysłu przeszukiwać. Wiadomo. Kredyty, granaty, zniżki do fajnych klubów. Nie wiadomo co też on w kieszeni mógł mieć, a z wielką chęcią zabrałem się za przeszukiwanie... teraz już zwłok. Wywróciłem oczami słysząc pytanie no i gdzie jest nadajnik. To jak by kobieta pytała którzy to nasi podczas wojny.

- A z którego miejsca nadbiegli i rozeszli się przeciwnicy? - niczym mały nadajnik uniosłem rękę w górę, potem samą dłoń skierowałem w płaszczyznę poziomą. Palec wskazujący ukazał im kierunek, gdzie prawdopodobnie był nadajnik. Cel ich misji i źródło kasy. Największa moja chcica.

Dopiero teraz zauważyłem, że turianin oberwał najmocniej z naszej... czwórki. Medi-żel. Medi-żel. No mam, ale po co marnować. Wstałem więc przyglądając się mojemu pancerzowi technologicznemu. Nosz kurde jaki on był boski. Micha, potocznie mówiąc, cieszyła mi się ud ucha do ucha. Co robimy co robimy co ROBIMY? Nakręciły mnie te gethy. Nie powiem NIE. Tak sobie przy okazji stukałem zębami. Wkurzające to musiało być. Oj musiało.

Link to comment
Share on other sites

Garry Johnson

Huu... Nareszcie trochę postrzelaliśmy. Buzująca krew, adrenalina - brakowało mi tego. Walka poszła dobrze, ale jednak nie powinienem dać się tak zbliżyć zombiakowi. Hełm mi wtedy spadł. No właśnie, tu leży. Ale chyba nie zostałem nawet draśnięty. O! Co tak słono w ustach? Krew? A jednak. Nawet nie poczułem tego podczas walki. Niezła szrama, będzie się komponować z drugim policzkiem. Wycieram twarz ręką, pluję na palec i prowizorycznie dezynfekuję ranę śliną.

No dobrze, ale jak tam reszta? Wszyscy zdrowi... A zapomniałem o Heliosie, jest lekko ranny - jak chce to niech użyje medi-żelu, swojego - mój może przydać się mi. A co z Kaidanem... Cholera! Umarł? Nawet nie zauważyłem kiedy. Nie lubię, kiedy ludzie giną na służbie. No trudno. Niech Marcus go przeszuka i idziemy dalej. W sumie to chyba nawet się cieszę, że mamy go w drużynie. Idiota, ale praktyczny - tacy się przydają. Poza tym, zawsze dobrze, kiedy nie jest się samotnym człowiekiem wśród obcych.

- Jak znajdziesz coś ciekawego to powiedz! Może dowiemy się czegoś ważnego...

To gdzie jest nadajnik? Pewnie tam, gdzie gethy. Marcus też tak uważa (znowu ta dziwna gestykulacja). No to na co czekamy?

- W drogę? - mówię do drużyny i zakładam swój hełm.

Link to comment
Share on other sites

Saran Limen

- Jeszcze trochę, a było by ciężko - powiedziałem do pozostałych. - Szkoda jednak, że ten człowiek zginął. Mógł nam przekazać kilka informacji.

Jeszcze bardziej szkoda jego śmierci, bo mógł zabrać mnie na Normandię, pomyślałem. To była moja szansa ucieczki, a teraz trzeba wykonać zadanie. Chyba, że przy okazji dowiem się gdzie znajduje się Normiandia... albo uda mi się z nią skontaktować lub znaleźć Nihlusa. Tymczasem wypadałoby się zbierać na poszukiwania nadajnika. Gdzieś musi być miejsce, gdzie mogliby go przenieść w razie niebezpieczeństwa.

- Nadajnik musi gdzieś być. Skoro spodziewali się, że przyleci ktoś go odebrać, to musieli być przygotowani gdyby ktoś chciał go przejąć. A gdzie można szybko odebrać przesyłkę i odlecieć? W jakimś porcie. Myślę, że powinniśmy skierować się w stronę wskazaną przez White'a. Skoro gethy tam poszły, to tam musi znajdować się i nasz cel.

- Jeśli pozwolicie tym razem pójdę tam trochę szybciej. Zbadam teren, a gdy znajdę wrogów dam wam jakoś znać. Przyznam, że lepiej pracuję w pojedynkę, gdy mogę działać po cichu.

Link to comment
Share on other sites

Helios

Cóż nasza akcja ratownicza była równie skuteczna co próba gaszenia ognia benzyną. Wszystko wokół ucichło. Spojrzałem konającemu Kaidanowi w oczy. W jego żywe oczy, po raz ostatni. Wszystko a nic. Nie uratowaliśmy ocalałego, nie znaleźliśmy nadajnika, w dodatku nie wiemy co dzieje się z resztą załogi. Usiadłem ciężko przy jeszcze stygnących zwłokach Kaidana i dopiero teraz zauważyłem spływającą z mojego pancerza świeżą krew, moją krew. Na mojej twarzy pojawił się grymas bólu, złapałem się za ranne ramię. Cóż, po tym będzie ślad, nie mam wyboru muszę użyć medi-żelu bo inaczej nie uniosę nawet ręki z bronią. Trochę uszczypało i po bólu. Spojrzałem zrezygnowanym wzrokiem na moich towarzyszy:

-słuchajcie, ostro spieprzyliśmy sprawę. Gdyby tu był Saren to pewnie by nas wyśmiał. Najchętniej teraz każdy z nas, walnąłby mu w ten durny czerep co nas tu wysłał, ale przed przyjemnościami musimy zrobić coś jeszcze. Możecie się z tym nie zgodzić, ale ja idę odszukać resztę załogi i wynoszę się z tego bagna ? spojrzałem dookoła, nie spodziewam się iż ktoś przy zdrowych zmysłach pójdzie ze mną po tym co się tu stało ? gdybyśmy teraz nie popełnili błędu który popełniliśmy wcześniej moglibyśmy wyjść z tej misji cało, spróbujmy ich odszukać jeśli jeszcze żyją, jesteśmy im to winni, a w razie co zawsze możemy przeszukać zwłoki tych co tam stygną ? spojrzałem szyderczym spojrzeniem na Marcusa grzebiącego w zwłokach Kaidana. Oparłszy się o moją broń wstałem na równe nogi i otarłem wpół zaschniętą krew z twarzy. Zadecydowałem, że tym razem się lepiej przygotuję, naładowałem od początku wszystkie posiadane spluwy, przygotowałem Omi-klucz do walki i zacząłem nerwowo przeszukiwać najbliższy teren. A nóż znajdzie się coś przydatnego? Nikt jeszcze nie odpowiedział na mój apel o pomoc naszym towarzyszom, chociaż było to najmniej prawdopodobne to najlepiej byłoby gdybyśmy poszli tam wszyscy. Z doświadczeniem po tej walce nie dalibyśmy się już tak łatwo zaskoczyć.

- chłopaki, czeka nas jeszcze długi dzień.

Link to comment
Share on other sites

Anran'Xen nar Irian

Na szczęście jestem cały, żadna kula mnie nie trafiła. Chyba mogę uważać się za szczęściarza. Dobra barykada zrobiona, tylko on długo nie wytrzyma. Przez chwile przysłuchiwałem się kobiecie, jednocześnie zerkając w stronę zabarykadowanych drzwi.

- Williams tak? Zadajesz trochę dużo pytań. - Powiedziałem łagodnym tonem.

- Po nadajnik, udało się kilku naszych kolegów. Mam nadzieję, że jakoś dają sobie rade. W każdym razie nie jesteśmy posiłkami z Normandii. Jesteśmy tu z rozkazu wpływowej osoby, której tożsamości nie możemy zdradzić.

Zmierzyłem wzrokiem Ashley a następnie dwóch naukowców.

- Zgaduję, że żadne z nich nie trzymało broni w rękach. - Powiedziałem wskazując na dwójkę naukowców. - Nieważne pomyśle teraz nad planem ucieczki, jeśli pozwolicie. - Rzuciłem odchodząc kawałek.

Dobra co my tu mam granaty przydarzą się, ten pistolet mogę dać chyba jednemu z naukowców. Jak jednego zabiję to będzie dobrze. A więc tak:

- Musimy mieć jakieś barykady, znajdźcie sobie jakieś osłony nie wiem, przewróćcie stoły, biurka. Po prostu się za czymś schowajcie, tak abyście mieli dobrą pozycję do strzału. - Podchodzę do jednego z naukowców i mówię mu co i jak, dając jednocześnie mój pistolet

- Tu się odbezpiecza i możesz strzelać, to proste. - Powiedziałem spokojnym tonem z uśmiechem na twarzy.

- Williams ty trzymaj się na tyłach i osłaniaj naukowców. My z Syzyfem będziemy stać z przodu. - Po chwili odwracam się w stronę Getha i mówię po koleżeńsku. - Przyjacielu przydały by się nam twoje specjalne zdolności, ja będę głównie koncentrował się na Gethach. Przeciążenie powinny im dobrze zrobić. A i my powinniśmy zacząć, rzucaj granaty tam gdzie widzisz wdzierających się do środka zombi. Odpalimy je dopiero jak wszystkie będą na miejscu.

Ta taktyka wydawała się nieskomplikowana, granaty rozwalają większość zombi. Ja i Syzyf używam specjalnych mocy na Gethy. Ashley i doktorek strzelają do niedobitków zombi. Oczywiście każdy musi współpracować w razie kłopotów, więc jak będzie problem z zombi, to jestem gotów posłać odpowiednią ilość kul w ich stronę.

- Czy ktoś ma inny pomysł?

Link to comment
Share on other sites

Syzyf

Nosz kurrr... zupełnie jakbym strzelał do samego siebie. Potworne uczucie, ale muszę się przemóc, chodzi tu w końcu nie tylko o mnie. Jak tylko udało nam się przedrzeć do środka pozwoliłem Anranowi mówić, w końcu on jest tu jedynym.... stworzeniem, które zna się jako tako na strategii. Ustawiłem się we wskazanym miejscu i wysłuchałem jego planu.

- Przyjacielu przydały by się nam twoje specjalne zdolności, ja będę głównie koncentrował się na Gethach. Przeciążenie powinny im dobrze zrobić. A i my powinniśmy zacząć, rzucaj granaty tam gdzie widzisz wdzierających się do środka zombi. Odpalimy je dopiero jak wszystkie będą na miejscu. - Rzucił w moją stronę Anran.

-Brzmi jak plan, to do dzieła.- odpowiedział Syzyf szykując grana.....

um...... to się.... to się chyba tutaj naciska, tak? ........ chyba. CHOLERA ŻEBY NIE MIELI PROSTYCH ZAWLECZEK W KOSMOSIE...... OK! Mam, to ten tutaj, i wtedy rzucić, proste. Eh, ten gethowy mózg jest wyjątkowo przydatny kiedy trzeba coś szybko rozgryźć. Uffff, to do dzieła!

Link to comment
Share on other sites

Tereny wykopalisk.

Śmierć Kaidana nie wywarła na was większego wrażenia. Na służbie czasem się ginie, każdemu może się zdarzyć. Swoją drogą, lepszy on niż wy. Straciliście jednak potencjalnego sojusznika, co mogło w przyszłości okazać się niezwykle kosztowne. Niebawem musieliście dalej ruszać w drogę, Gethy mogły wrócić w każdej chwili. Marcus postanowił szybko przeszukać nieboszczyka, kto wie co mógł znaleźć? W kieszeni znalazł jeden granat, zwykły, mimo to dobrze użyty piekielnie mocny. Po dłuższych oględzinach w ręce człowieka wpadł również medi-żel. To jednak nie była najcenniejsza zdobycz. Uaktywnił się komunikator Kardana, doszedł was nieznajomy głos.

- Kaidan? Kaidan?! Słyszy mnie?! Zlokalizowałem nadajnik, znajduje się teraz na stacji transportowej, idźcie w kierunku wzgórza. Zaraz, moment?Czy to nie Saren? Co tu robi inne Widmo? Tzzzt!!!?. - głos zamilkł.

Przez chwilę staliście w milczeniu. Pierwszy głos zabrał Saran Limen. Zamierzał pójść przodem i zbadać teren. W razie czego mielibyście informacje o położeniu nieprzyjaciela. Marcus wraz Garrym również zbierali się do odejścia. Tylko Helios stał dalej w miejscu i myślał. W końcu spojrzał się na towarzyszy i powiedział:

- Idźcie beze mnie, wracam po tamtych. Dołączymy do was najszybciej jak się tylko da. Do tego czasu spróbujcie zbytnio nie narozrabiać.

Marcus tylko się zaśmiał.

- Zgłupiałeś? Jaki jest cel naszej misji? Ratowanie tyłka kolonistom, czy raczej zdobycie nadajnika? Skoro tamci dwaj zachowali się jak kretyni, to może chociaż ty zachowaj choć odrobinę rozsądku?

Turianin spojrzał się na człowieka, po czym odwrócił się na pięcie i pomaszerował w kierunku kolonistów. [soaps, przeczytaj też drugą część wpisu, pojawisz się tam.]

20 minut później, okolice stacji transportowej.

Zaskoczył was zupełny brak oporu. Nigdzie nie było ani śladu nieprzyjaciela. W nozdrzach nieustannie czuliście swąd spalonej ziemi i ludzkiego truchła. Nie zważaliście na to, zadanie było najważniejsze.

Przed wami ukazała się stacja transportowa. Ogromny obiekt, jeden z cenniejszych budynków na Eden Prime. Weszliście po stromych schodach we trójkę, musieliście znaleźć nadajnik, a wraz z nim zapewne Sarena i być może Nihlusa. Oczywiście zwykłe przeszukanie obiektu byłoby zbyt proste. Garry dostrzegł w oddali dwójkę Gethów. W okolicy zapewne było ich jeszcze więcej. Byliście żołnierzami, nie zawsze jednak walka bywa najlepszym rozwiązaniem. Zaczęliście rozglądać się po obiekcie skryci za skrzyniami, które zapewne zawierały racje żywnościowe dla kolonistów. Nadajnik musiał znajdować się w dalszej części stacji, tam prowadziły tylko jedne drzwi. Oddzielała je wąska ścieżka na której dostrzegliście nieprzyjaciół oraz kolej. Aby dostać się do drzwi musieliście albo zdecydować się na szybki przejazd koleją transportową, wysadziłaby ona was wprost u progu przejścia do kolejnych części stacji. Gethy jednak od razu by was namierzyły, dwójka nie powinna stanowić dla was większego problemu, nie wiedzieliście jednak czy nie ma ich w większej ilości. Dojść mogliście również schodami. Poręcze były dodatkowo wzmocnione metalowymi płatami od zewnątrz, była to zawsze jakaś osłona przed ostrzałem. Musielibyście jednak przejść potem całą ścieżkę, co byłoby szczególnie groźne, gdybyście natknęli się na wrogów. Wybór należał do was.

Baza kolonistów.

Anran począł wydawać rozkazy, wszyscy zaczęli wykonywać je bez namysłu. Już po chwili tył pomieszczenia został wypełniony przez krzesła i stoły. W samą porę, drzwi już ledwo się trzymały. Dochodziły do was jęki i stękania, w dodatku potworny odór ? wszystko to wynikało oczywiście z obecności zombie. Anran i Syzyf szybko zajęli pozycje obronne, w rękach dzierżąc granaty.

W samą porę, w pomieszczeniu rozległ się huk, drzwi w jednej chwili się rozwarły. Zobaczyliście kilku zombiaków stojących w progu. Nieco dalej stały Gethy, które natychmiast rozpoczęły ostrzał. Wydawało się wam, że wszyscy zmutowani ludzie zebrali się w jednym miejscu, więc cisnęliście w ich skupisko granatami. Wybuch powalił zarówno ich jak i was na ziemię. Z tą różnicą, że wy żyliście, choć byliście mocno poturbowani. Leżąc na posadzce byliście narażeni na atak Gethów, musieliście czym prędzej wczołgać się za osłonę.

Na moment ostrzał opadł, wykorzystaliście nagłą przerwę w ataku na zajęcie pozycji obronnych. Szybko jednak spostrzegliście, że Gethy są zajęte czymś innym. Helios przyszedł wam z pomocą. Teraz sam potrzebował wsparcia. Stojąc za skałami co i rusz oddawał celne strzały w kierunku nieprzyjaciela, który nie spodziewając się ataku stał na otwartej pozycji. Teraz jednak przygnieciony siłą rażenia Turianin nie był w stanie nawet wychylić czubka nosa zza swej osłony. Na szczęście wy mieliście go, a on miał was.

We troję - Anran, Syzyf i Ashley - przeprowadziliście ostrzał. Wzięte w krzyżowy ogień Gethy były zmuszone do wycofania się. Jednak i to im się nie udało. Helios wystrzelał uciekające niedobitki jak kaczki. Tymczasowo byliście bezpieczni.

Link to comment
Share on other sites

- Powinniśmy pojechać tą kolejką. Może wpadniemy w zasadzkę, ale nie możemy tracić czasu na obejście tego wszystkiego dookoła.

Po wypowiedzeniu tych słów myślami wróciłem do głosu z komunikatora Kaidana. To z pewnością był Nihlus. Jeśli jeszcze żyje, co wcale nie jest pewne skoro po drodze spotkał Sarena, to może on być moim wyjściem awaryjnym. Jego słowa utwierdziły mnie też w przekonaniu, że Saren coś kombinuje i z całą pewnością nie działamy tutaj z woli rady. Kompletnie mi się to nie podoba... muszę przyszykować jakiś plan.

Rozglądam się po okolicy i mówię:

- A więc? Jaka jest wasza decyzja? Którą drogą idziemy? W razie czego możemy się przekonać, czy w okolicy nie ma większe ilości Gethów. Myślę, że zdołałbym trafić tę dwójkę z mojej snajperki.

Link to comment
Share on other sites

Garry Johnson

A więc została nas tylko trójka. Wiem, że tamci chcą uratować kolonistów, ale to nie jest nasz cel. Do tej pory byłem im przychylny, lecz teraz, chyba zmieniłem zdanie. Jak można tak narazić misję dla garstki nic nieznaczących ludzi? Kompletny dowód krótkowzrocznego myślenia. Nie wiem, czy warto po nich później wracać. Co jeśli ten geth był zdrajcą, Anran został zabity, a Helios pakuje się wprost w łapska wroga? Trzeba brać i to pod uwagę. Spróbuję się z nimi skontaktować i upewnić się, czy jeszcze żyją. A co z Sarenem? Zabił NIhlusa? Jeden z nich jest zdrajcą? Który? Może obaj? Trzeba będzie się tego dowiedzieć.

Weźmy się za tę misję. Im szybciej się z nią uwiniemy, tym lepiej.

- Możemy strzelić naraz, Saranie - wyjmuję mój karabin snajperski - Przykładowo ja w lewego, ty w prawego - odwracam się w stronę drugiego pozostałego kompana - Zostajesz z nami, Marcusie? Chyba, że też zebrało ci się na ratowanie kolonistów? - znów zwracam się w stronę salarianina - Później, sprawdźmy teren - lepiej nie wpakować się w jakieś bagno. Myślę, że lepiej, jeśli byśmy poszli wpierw schodami, a później ścieżką. Gdybyśmy natknęli się na gethy, zawrócilibyśmy i pojechali koleją. Co wy na to? Gotowy, Saranie? -wskazuję głową na dwójkę gethów.

Link to comment
Share on other sites

Guest
This topic is now closed to further replies.


  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...