Jump to content
P_aul

Crossover

Recommended Posts

Wielka rozgrywka miała się wkrótce rozpocząć. Przedstawiciele różnych światów zostali wybrani. Każdy wybór niósł ze sobą niezwykły potencjał, każdy w jakiś sposób intrygował Mistrza. Areny Gier zostały przygotowane. Wiedział, że tym razem nie popełni błędu, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Gdzieś w głębi jego jestestwa gościł jednak niepokój. Obawiał się Anomalii. Jedynej rzeczy, jakiej nie był w stanie kontrolować w uniwersum, które powstało z jego Woli, które ukształtował własną Myślą. Wiedział jednak, że Anomalia może zostać powstrzymana. Zniszczona. Jeśli tylko się pojawi...

***

Czy śniłeś kiedyś sen tak niepokojący, że po przebudzeniu nadal byłeś przerażony? Czy spadałeś kiedyś w nieskończoność by wreszcie uderzyć w łóżko? Otworzyć oczy, czuć przesiąkniętą zimnym potem pościel przyklejającą się do ciała... Pamiętasz? Walczyłeś... z czymś? Albo kogoś goniłeś? Co to było? Przestępca? Obrabował bank? Jego imię zaczynało się na M? Nie... to był... struś? Bestia? Wielki potwór z piekieł? Z innego wymiaru, grożący kilku światom? Bohater, planujący cię powstrzymać?

Każdy ma własne sny, własne koszmary. Potem budzisz się. W nie swoim łóżku, w obcym, pustym pokoju. Ascetycznie urządzonym, jednolicie białym. Budzisz się w czystej pościeli, a mimo to w ubraniu czy kostiumie i w pełnym ekwipunku. Tylko co mniej wygodne rzeczy, jak broń, leżą w pobliżu, na niewielkim biurku. Jest też krzesło. I to wszystko. Nie, nie prawda. Są jeszcze drzwi. Otwierasz je i, wciąż nie rozumiejąc czy nadal śnisz, trafiasz do restauracji. Nieduże stoliki przykryte obrusami, drewniane krzesła, ściany nadal śnieżnobiałe. Aż bolą oczy. Nie jesteś jedyną osobą. Czy może istotą, bo nie wszyscy są tu ludźmi. Szyld na jednej ze ścian głosi dumnie:

"Restauracja na krańcu Multiwersum"

wita szacownych gości

Link to comment
Share on other sites

Udało mi się. Ziemia jest wolna, choć nie mam pojęcia, co teraz będzie z duszami przeklętych. Ja sam zostałem uwięziony z własnej woli w sercu piekła...

Budzę się. Miejsce nieznane, ekwipunek tylko podstawowy... Nieprzyjemnie znajomy widok, nawet jeśli jest lepszy niż za ostatnim razem. Z ciężkim westchnieniem podnoszę się, zabieram ze sobą ekwipunek - piekło było na tyle "miłe", że zostawiło mi piłę łańcuchową - i opuszczam pokój.

Na widok sali pełnej ludzi... i niezbyt ludzi... odruchowo wyciągam strzelbę, ale (na razie?) nic nie wykazało agresji. Dopiero po chwili dojrzałem znak - "Restauracja na skraju Mulitwersum". Hm, czy przypadkiem Multicośtam nie było jakąś zapadłą dziurą gdzieś w Ohio? Czy mają tu autobusy? Ech...

Równie dobrze mogę się czegoś napić. Czegoś mocnego. Siadam przy najbliższym wolnym stoliku, opierając strzelbę o stół...

Link to comment
Share on other sites

Prawie go miałem. Niemal złapałem go za tę jego tłustą szyję i zatopiłem w niej zęby. Wypełniłbym wtedy to, co obiecałem ojcu. I wtedy spadł na mnie kamień z katapulty, który wystrzeliłem parę godzin wcześniej.

BIP.

BIP.

Zerwałem się z niemym krzykiem przerażenia. Dopiero po chwili zrozumiałem, że nie jestem na pustyni. Kierując się instynktem opuściłem wygodny pokój.

"Multiwersum"? Zbliżyłem się do ściany i uważnie przyjrzałem się literom. Mój intelekt pogalopował przez annały literatury lingwistycznej. Spojrzałem na zbieraninę różnych istot, z których wiele widziałem pierwszy raz w życiu. Czyżby...?

Szczęki szukałem na podłodze. Gdy wreszcie zamocowałem ją na miejscu, podszedłem chwiejnym krokiem do najbliższego stolika i siadłem obok gościa ze strzelbą. Sięgnąłem po tabliczkę.

"Trochę tu dziwnie, nie?"

Link to comment
Share on other sites

Mmmm, miałem taki miły sen... Przeciągnąłem się wygodnie. Usiadłem na brzegu łóżka, ziewając i przeczesując włosy, których gumowy dotyk jak zwykle... Moment... Poklepałem się po głowie.

- Co do cholery... Znów usnąłem w kostiumie?

Ale przecież wyraźnie pamiętam, jak kładłem się wczoraj spać. Zdecydowanie była to moja wygodna piżamka w misie, a nie lateksowe rajstopy.

- Cioooociu Maaaay! - krzyknąłem, w tym samym momencie odskakując na przeciwległą ścianę, kiedy zdałem sobie sprawę, gdzie jestem.

Komornik? Reality Show? Ten biały, pusty pokój niczym z jakiegoś filmu sci-fi zdecydowanie nie był mój. Ostrożnie opuściłem się na podłogę, czujnie rozglądając wokół. Ale pajęczy zmysł nie zareagował ani razu, więc po chwili trochę się rozluźniłem i sprawdziłem pokój. Z moich rzeczy było tu jedynie kilka kompletów kostiumu, kapsuły z siecią i wyrzutnie plus to, co miałem na sobie.

Mimo dziwnej i potencjalnie niebezpiecznej sytuacji wciąż nie wyczuwałem zagrożenia. Cóż, tutaj niczego się nie dowiem. Wyszedłem na długi korytarz.

Spokojnie Peter, spokojnie... Mógłbym uwierzyć, że towarzystwo w 'Restauracji' to jakieś zgromadzenie superbohaterów, gdyby nie... gdyby nie... CO DO CHOLERY ROBI TU TEN KOJOT!

Ta jedna rzecz całkowicie wytrąciła mnie z równowagi. Po chwili kojot przysiadł się swobodnie do jakiegoś faceta, po czym wyciągnął tabliczkę. Wrodzona ciekawość wzięła górę.

- Straszna dziś pogoda, prawda? - rzuciłem, przysiadając się do kojota i jego towarzysza.

Link to comment
Share on other sites

Podeszło do mnie coś w brązowym futrze. Jakby pies, wilk, czy coś w ten deseń, tylko że dwunożne. Zmarszczyłem brwi i zerknąłem czujnie w lewo, prawo i znów lewo. Tymczasem człekopies (gdzie ja go, do licha, widziałem?) wyciągnął tabliczkę. Przeczytałem i pokiwałem głową.

Po chwili przysiadł się do mnie jakiś niebiesko-czerwony stwór... A nie, czekaj, to tylko strój. Co to ma być? Gdzie ja trafiłem?

- Nie wiem, nie wyglądałem na dwór, ale podobno w Ohio jest dość sucho o tej porze roku - odpowiedziałem mu tymczasem.

Nic się na mnie jeszcze nie rzuciło, nie czuję zapachu siarki, nie widzę nigdzie opętanych - czyli to faktycznie nie jest piekło, chyba że jakaś jego wyjątkowo nudna część. Hm, kumpel z bazy pochodził z Ohio i w sumie to, co widzę, zgadzałoby się z tym, co mi opowiadał. "Nudno i nic tylko same dziwadła".

Link to comment
Share on other sites

-.....rzeczywiście, ale ja jeszcze nie do końca przegrałem....- Powiedział Rugal wyciągając przycisk autodestrukcji.

-WODNY GRÓB CZEKA!- Wykrzyczał, po czym nacisnął guzik i.... nagle ogarnęła go nicość. Obudził się w białym pokoju, w swoim garniturze, zupełnie zregenerowany po walce.

-....czy ja..... umarłem? Szczerze, piekło wyobrażałem sobie inaczej..... dużo więcej czerwonego przede wszystkim, ooooch tak, przyda się tu mała renowacja, potrzeba tylko kilku dawców.- Powiedział do siebie Rugal, po czym wyszedł z pokoju wprost do miejsca, które wyglądało na restaurację. W okolicy wyczuł kilka sygnatur chi, lecz się nimi nie przejął, jeśli coś stanie na jego drodze po prostu to zabije. Na ścianie zauważył szyld z napisem "Restauracja na krańcu Multiwersum". Po szybkim momencie namysłu dotarło do niego co się wydarzyło.

A więc to tak. Oczywiście! Temu dzieciakowi tylko się poszczęściło, no bo w końcu kogo wybraliby na reprezentowanie własnego świata, jak nie samego Boga? Tylko ktoś z innego wymiaru ma jakąś szansę stawić mi czoła, i dobrze! Może znajdę tu kogoś godnego do swojej kole-.

W tym momencie Rugal zauważył zbiorowisko istot siedzących przy jednym stoliku, które wywołały u niego niezbyt przyjemne uczucia.

-....czy to jest jakiś żart?- powiedział do siebie Rugal po czym rozejrzał się po pomieszczeniu próbując znaleźć jakieś wyjście, ostatecznie jednak usiadł przy ostatnim stoliku, z dala od reszty.

Ktokolwiek mnie tu ściągnął niech lepiej tłumaczy się ze swoich durnych pomysłów. Mam czas, poczekam, w międzyczasie może się czegoś napiję i zabiję kilka osób, byle nie kazał mi czekać ZBYT długo. Mam leprze rzeczy do roboty niż bawienie się z cyrkowcem i zmutowanym kojotem, zabicie ich nie sprawiłoby mi nawet żadnej satysfakcji.

Link to comment
Share on other sites

Towarzystwo przy stoliku powiększyło się o człowieka w dziwnym kostiumie. Biedaczek. Sam dobrze wiedziałem, co się może stać, gdy przebierasz się w jakiś dziwny strój(taki zielony ze skrzydłami dla przykładu), lecz jego chyba nikt jeszcze nie uświadomił.

- Straszna dziś pogoda, prawda?

Szczerze się zdziwiłem i spojrzałem w górę. Przecież nie pada kowadłami, no nie? Wzruszyłem ramionami i wysłuchałem wypowiedzi tego uzbrojonego faceta.

Czyżby pochodził ze Stanów? Ciekawe, ciekawe. To dodaje kolejny element do układanki. Zaraz, zapomniałem o dobrych manierach.

Podaję towarzyszom wizytówki, dobrotliwie i wyrozumiale się uśmiechając.

"Wile E. Coyote, Geniusz"

Niech wiedzą, z kim mają do czynienia.

Link to comment
Share on other sites

Był rok 1255. Geralt "polował" w Temerii. Właśnie udało mu się zabić leszego, dzięki czemu stać go było na nocleg w karczmie. Przez pięć lat próbował zapomnieć o... niej. -Geralt, nie zachowuj się jak... Jak kto? Człowiek? Przecież ty jesteś mutantem, bezwolnym golemem, zimnym profesjonałem! Emocje są ci obce! Wiedźmini nie mogą kochać ani nienawidzić. A jednak, ty możesz! Coś poszło nie tak? Geralt, zmęczony życiem i walką, położył się spać.

Obudził się w dziwnym pomieszczeniu, całym białym. Był w swojej skórzanej kurtce, a na szyi miał medalion. Obok, na biurku leżały dwa miecze i skrzynka z eliksirami. Wiedźmin sprawdził, niczego nie brakowało. Nie wiedział, co go czeka, więc do pasa przypiął oba miecze, stalowy i srebrny, po czym przerzucił pas przez pierś. Zobaczył drzwi. Geralt właśnie tam skierował swoje pierwsze kroki.

Zobaczył dziwną kompanie siedzącą razem przy stoliku. Byli tam: jakiś przerośnięty wilk na dwóch nogach, facet w jakimś dziwnym ubraniu i oraz mężczyzna z jeszcze dziwniejszym przedmiotem w ręku. Przy innym stoliku siedział samotnie jakiś mięśniak. Wiedźmin wolał dołączyć do większej grupy. Do tego jego srebrny miecz mógł przydać się w walce (jeśli do niej by doszło) z wilkołakiem. Przywitał się z grupką -Jestem Geralt z Rivii, wiedźmin. Można wiedzieć co tu wszyscy robimy oraz kim jesteście?- przywitał się z grupką.

Link to comment
Share on other sites

Sen, który śniłam był okropny. Walka z Phibrizo odbyła się tak dawno temu, ale widać zapadła mi w pamięć duzo bardziej, niżbym chciała... Przebudzenie nie było lepsze. Natychmiast zerwałam się z łóżka i zlustrowałam całą komnatę oraz przeszukałam wszystkie kieszenie. Zasnęłam na świeżym powietrzu, a obudziłam się pod dachem. Gdzie jest Gourry, Zelgadis, Amelia? Gdzie są moje pieniądze?! Na stoliku obok znajdowała się tylko niewielka sakiewka, zwykły miecz oraz mój płaszcz i amulety. Natychmiast zabrałam wszystko i ruszyłam w stronę drzwi.

Dotarłam do sporej, wypełnionej ludźmi i nie tylko sali. Niestety, tam też nie było nikogo znajomego. Wcześniej miałam delikatną nadzieję, że reszta też obudziła się w podobnych salach i teraz się znajdziemy... Zamiast tego widzę między innymi białowłosego wojownika, jakiegoś osiłka w dziwnym pancerzu i z jeszcze dziwniejszą bronią, pokracznego, chudego wilkołaka i niebiesko-czerwonego stw... a nie to też człowiek, ale nie wiem, co go zmusiło, żeby się tak ubrać. Gdzieś w pomieszczeniu wyczułam też bardzo niepokojącą aurę, ale zamiast spodziewanego uśmiechniętego kapłana ze zmrużonymi oczami znalazłam tylko kolejnego brutala. Cóż, napis na ścianie określa to miejsce mianem "restauracji". Tyle dobrego.

- Kelner! - wołam, siadając do stolika. - Czy jest tu kelner? Co to za restauracja bez kelnera?!

Roztropnie wybrałam stolik tuż obok dziwnego zbiorowiska. Nie chcę się do nich przysiadać, a tak powinnam wszystko słyszeć. Zaczynam powoli podejrzewać, że mogą to być mieszkańcy innych światów stworzonych przez Panią Koszmarów, tak jak Sirius, Erulogos i Armace. "Na krańcu Multiwersum" na to wskazuje.

Link to comment
Share on other sites

Uwaga, ukryłem dość spore spoilery do drugiego sezonu serialu "Sherlock". Kto planuje oglądać niech nie odsłania... I tak te fragmenty nie mają znaczenia dla sesji ;) - P_

Ale proszę, jeszcze tylko jedna rzecz, jeszcze jedna rzecz, jeszcze jeden cud, Sherlocku, zrób to dla mnie i skończ być? martwy. Mógłbyś to dla mnie zrobić? Po prostu przestań. Przestań?

Oh, John? Zabawny i naiwny John. Gadanie do grobu? Dzięki. Będziesz wyglądać tak zabawnie, gdy w końcu poznasz prawdę. Z uśmiechem na ustach spoglądając na wykradzione z Baker Street skrzypce, postawiłem kołnierz płaszcza w osłonie przed wiatrem, po czym rzuciłem ostatnie dzisiaj spojrzenie na znajomą elewację Bartsa, przymknąłem powieki i zasnąłem?

Nie. Nie jesteś. Rozumiem. Nie jesteś zwyczajny. Nie. Jesteś mną. Jesteś mną! Dziękuję ci, Sherlocku Holmesie. Dziękuję. Błogosławię Ci.

Moriarty! Otwarłem oczy. Łóżko? Rozejrzałem się wokół. Biały, niemalże pusty pokój. Przeszukałem kieszenie płaszcza. Rewolwer, szkło i cała reszta na swoim miejscu. Obok mnie leżały skrzypce. Sięgnąłem po nie i machinalnie zagrałem kilka szybkich dźwięków.

Co się stało? Ostrożnie podszedłem do drzwi. Nacisnąłem klamkę i wszedłem do skromnie urządzonej restauracji. Szybkie spojrzenie po gościach. Spider-Man? Wile E. Coyote? Niezadowolony z życia białowłosy typ? Komandos? "Restauracja na krańcu Multiwersum"?! Co się dzieje? Nic przecież nie brałem.

Gaz? Eksperyment podobny do tego z Baskerville? Dziwaczny narkotyk, jako zemsta wspólników Moriarty?ego? Jego samego? Nie, to raczej niemożliwe. Przecież wspólnicy już dawno się rozproszyli. On sam nie żyje. Ja oficjalnie w sumie też?

Usiadłem w pobliżu stolika, wokół którego zgromadziła się większość z tych indywiduów. Dyskretnie zacząłem przysłuchiwać się ich rozmowie.

Link to comment
Share on other sites

- Kelner! - zawołała Lina. - Czy jest tu kelner? Co to za restauracja bez kelnera?!

Wspomniany wynurzył się zza kontuaru. Był to mierzący niemalże dwa metry, ogolony na łyso, z okularami słonecznymi Afroamerykanin o twarzy wyrytej w kamieniu i mającej tyle samo wyrazów. Czyli żadnego.

- Witam wszystkich szanownych zgromadzonych, czy nie spodziewaliście się może czasem--HISZPAŃSKIEJ INKWIZYCJI?! - stojący za ladą był ubrany w walący po oczach czerwony strój jakiegoś kapłana, w lewej ręce trzymał coś co wyglądało na królewskie berło a w dodatku jego głowę przyozdabiała staromodna czapka lotnicza. Przy okazji jego głos z bezbarwnego stał się dziki i ostry, tak jakby był zupełnie innym człowiekiem. Albo kimś. - Zaraz, gdzie podziała się pozostała dwójka?! - zdegustowany, rozglądając się dookoła zanurkował w podłogę.

Chwilę później, obok szwedzkiego baru, otworzyły się drzwi - których wcześniej nie było - i za ladę wszedł ten sam Murzyn, ale tym razem zakuty w najdroższy oraz najbardziej błyszczący się garnitur na świecie.

- Pragnę was serdecznie powitać w "Restauracji na krańcu Multiwersum". - jego głos był sztywny niczym kij od mopa. - Nie mamy tutaj zbyt wielu gości i tym bardziej miło, że postanowiliście wpaść tak różnorodną oraz szanowną gromadą. A zatem...? - urwał widząc, że wszyscy wpatrują się w niego tym dziwnym, natarczywym wzrokiem. Niebieskie kreski pojawiły mu się pod oczami.

Zgiął się w pół i z całej siły wbił swoją głowę w blat.

- Musicie mi państwo wybaczyć, ale jestem odrobinę nieśmiały. - dodał tym samym sztywnym, bezbarwnym głosem. - W czym mogę służyć?

Link to comment
Share on other sites

Spojrzałem na kelnera, po czym ponownie na mały tłumek, jaki zebrał się w okolicy, po czym znów na kelnera.

Zmieniłem zdanie. Napić się mogę gdzie indziej, nawet jeśli własnoręcznie będę musiał oczyść knajpę z zombie i diablików.

- Potrzebny jest transport do najbliższej bazy UAC... Jak najszybciej.

Link to comment
Share on other sites

-W czym mogę służyć?-

Co za dowcip. Tak, inaczej tego ująć niemożna. Czy to ten pajac mnie tutaj sprowadził? Chce ze mnie zrobić jakąś atrakcję turystyczną, razem z resztą tych klaunów? Lepiej żeby miał jakiś NAPRAWDĘ dobry powód, i nie chodzi mi o ratowanie świata. Choć patrząc z drugiej strony...... sygnatury chi tych wojowników co niedawno się pojawili są dość intrygujące. Po ubiorze wnioskuję że mają JAKIEŚ doświadczenie bitewne, muszę to później sprawdzić, ale najpierw..... hmmm, mógłbym przysiąc, że cyrkowiec puścił mi szybkie oko. W każdym razie, czas zająć się sprawą najważniejszą:

-Czemu zostałem tu sprowadzony?- Odpowiedział pytaniem Rugal.

Link to comment
Share on other sites

Geralt z niedowierzaniem i rozbawieniem patrzył na to co wyczyniał kelner. Ale najbardziej zdziwiło i zdenerwowało go pytanie zadane przez kelnera.

-Czym możesz służyć??- warknął wiedźmin- Ty dobrze wiesz czym możesz służyć! Gdzie jesteśmy, dlaczego tu jesteśmy i dlaczego MY tu jesteśmy? I kim są ci lu...- spojrzał na wilka- te istoty?

Białowłosy oczekiwał odpowiedzi. Dlaczego nie jest w Temerii? Po co został tu przetransportowany? Czyżby był do czegoś potrzebny? Ale do czego? I kim są ludzie będący tu z nim?

Link to comment
Share on other sites

- UAC? To jakiś nowy model Uniwersalnego Automatu Czekolady? - spytał nadal niewzruszony kelner polerując jeden z kieliszków.

Potem rozglądał się przez dłuższy czas po zgromadzonych, którzy zasypywali go pytaniami i w końcu postanowił odpowiedzieć, nadal stoicko niczym twarze na Mount Rushmore.

- Widzę, że zaszło tutaj pewne nieporozumienie za co przepraszam. - w międzyczasie czyścił kolejne kubki, dzbany, kielichy albo pakował wytworne butelki wina do lodówki. - Pozwolę sobie zatem uściślić, że specjalizuję się w drinkach oraz trunkach mocniejszych szeroko pojętych a także, od czasu do czasu jeśli szanowni goście sobie życzą, jestem w stanie przygotować jedną z wielu wyśmienitych potraw począwszy od kuchni południowoamerykańskiej poprzez francuską a kończąc na japońskiej. Czy zatem mają państwo jakieś życzenia? - pstryknął palcami. - Byłbym zapomniał, do moich obowiązków jest jeszcze utrzymywanie porządku, bo opieka nad dobrym samopoczuciem gości rozumie się sama przez. Pozwolę sobie zasugerować specjalność na ten tydzień... czyli Kociołek Panoramixa.

Znów czując na sobie spojrzenia całej grupy ponownie postanowił schować swą głowę, tym razem w ścianie między stoiskami z mocniejszymi trunkami.

Link to comment
Share on other sites

Facet wydaje się groźny jedynie sam dla siebie, ale jakoś... nie mam zamiaru się z nim próbować. Szczególnie widząc, że rozbijanie ściany głową nie robi na nim wrażenia. Cóż, nie ma się co spinać, dowiem się w swoim czasie co się dzieje.

- Jeden dobrze wysmażony stek w takim razie, amigo. Inaczej z głodu zacznę polować na muchy.

Link to comment
Share on other sites

Wygląda na to, że jest tu tylko kelnerem, choć sam bym do go raczej nie zatrudnił do ŻADNEJ roboty. Ale kto wie, może on tu jest szefem i się z nami bawi..... nienawidzę kiedy ktoś nie bierze mojej pozycji poważnie, tyle sprzątania zostaje.

Rugal wstał ze swojego miejsca i podszedł do lady, przy której znajdował się jegomość.

-Zawołaj swojego szefa, muszę z nim pogadać.- Zwrócił się Rugal do twarzy wbitej w ścianę.

Link to comment
Share on other sites

Zachowanie kelnera mieściło się w granicach normy i prawdę mówiąc, zdziwiło mnie trochę nieufne, trochę chamskie zachowanie pozostałych gości. Pokręciłem głową i czując głód podszedłem do kontuaru. Co by tu... No tak. Niby strusia miałem złapać samemu, ale królik to co innego. Uderzyłem w blat i złożyłem zamówienie.

"Poproszę pieczonego królika i ten Kociołek. Poza tym, czy znając życie, nie jesteś tylko kucharzem, barmanem i kelnerem, ale"

Za mała tabliczka, do strusia! Wyciągnąłem drugą.

"Ale także szefem?"

Poczekałem na odpowiedź i wróciłem do stołu.

Link to comment
Share on other sites

Obudziłem się nagle. Z miejsca zaniepokoiły mnie okoliczności. Nieznane otoczenie, ja w kostiumie i te dziwne odgłosy w oddali. Coś tutaj się nie kleiło. Wstałem i rozejrzałem się. Ciężko jednak jak na razie odgadnąć, co się dzieje. Póki co trzeba iść wedle cudzych zasad. Ruszyłem w kierunku głosów.

To, co tam zobaczyłem, naprawdę mnie zaskoczyło. Czy to jakiś alternatywny wymiar, czy może jakaś naprawdę szalona sztuczka któregoś z moich wrogów? Strange? Nie. Gdyby tak było, już od pierwszego kroku próbowałby mieszać mi w umyśle. Poza tym, to, co tutaj widzę, nie pasuje do jego metod. Istota rodem z kreskówek, inna pochodząca z komiksów, kolejna? nawet nie wiem skąd ten człowiek pochodzi, rudowłosa nastolatka i personifikator Sherlocka Holmesa. Co tutaj się wyprawia?

Nie odezwałem się. Mogłem tylko domniemywać na razie, czy nazwa tego miejsca ma coś wspólnego z moim obecnym położeniem. Mam złe przeczucia i pewnie jak zwykle się nie rozczaruję. Usiadłem w pobliżu. Tutejsi osobnicy nie wydają się być agresywni, ale lepiej nie ryzykować i milczeć w tej chwili. Może z czasem coś zacznie tutaj mieć sens.

Link to comment
Share on other sites

Oooohh...Gdzie ja jestem? Co się ze mną stało? I co to za budynek? Mimo usilnych starań nie mogłem się za żadne skarby Pandory połapać w zaistnialej sytuacji. Całe szczęście, że chociaż mój wierny Krwawoskrzydły tu jest. Podniosłem się i wtedy usłyszałem odgłosy z oddali. Ruszyłem w ich stronę, bo co innego mogę zrobić.

Gdy wszedłem, oniemiałem ze zdumienia. Sherlock, Batman, jakiś postawny rudy gość, Spiderman, białowłosy mężczyzna z dwoma mieczami na plecach, koleś z piłą łańcuchową i kojot. Abstrakcja. Powoli ruszyłem w kierunku towarzystwa. Nagle dostrzegłem tabliczkę z napisem "Restauracja na krańcu Multiwersum. Witamy." Jeszcze bardziej nie wiedzialem o co chodzi.

Po chwili wahania zdecydowałem się usiąść gdzieś i poczekać na rozwój wydarzeń. Tymczasem próbowałem podchwycić, o czym rozmawiali ci znamienici osobnicy.

Link to comment
Share on other sites

- Szef? - odparł kelner najpierw przechylając głowę ostro w lewo a potem w prawo.

Stał teraz plecami do zgromadzonych pracując nad zamówionym stekiem. Buchał ogień, zapach mięsa unosił się w powietrzu a ręce kucharza co rusz chwytały przypraw.

- Z technicznego punktu widzenia tylko ja zarządzam restauracją choć nie zajmuję się spraszaniem tak szanownych osobistości. Jestem pewien, że sława tego lokalu sięga już daleko. - odparł tym samym stoickim głosem. - Goście przychodzą i odchodzą, pojawiają się nowe twarze, czasami wracają stare a ja robię wszystko aby ich pobyt tutaj okazał się maksymalnie przyjemny, zwłaszcza w walorach smakowych. Przygotowuję drinki, smażę potrawy, moim powołaniem jest jak najlepsza służba społeczna dla wszystkich odwiedzających. A teraz... - odwrócił się z gotowym stekiem na talerzu i błyskawicznym ruchem podał go klientowi w czerwono-niebieskim kostiumie. - Bon appetit.

Link to comment
Share on other sites

- Mmmm, wiesz czo? Czałkiem ci to... - przełknąłem głośno i wytarłem usta, bo jednak maski odchyliłem tylko tyle, żeby w spokoju zjeść - Wychodzi. Palce... lizać - jak powiedziałem tak zrobiłem.

Zaczyna mi się tu podobać. Nikt nas nie atakuje, przynajmniej chwilowo, jedzenie serwują dobre, kucharz jest co najmniej ekscentryczny, ale na robocie się zna. Jeszcze jakby mieli basen... Chociaż w moim wdzianku tak czy inaczej pływanie dla przyjemności odpada.

- Szefuńciu, czoś dobłego do popiczia by szie przydało - wskazałem palcem na jedną z butelek, nie przejmując się zupełnie, że usta wciąż mam pełne pysznego mięsa.

Link to comment
Share on other sites

-....polej mi Visanto Argiros, najstarsze jakie masz.- Odpowiedział zrezygnowany Rugal.

Czyli wszyscy znajdujący się w tym pomieszczeniu nie mają pojęcia jak i w jakim celu zostałem tu przyzwany. No nic, prędzej czy później ten kto nas tu wszystkich zesłał w końcu się pokarze i powie, co mu się wymarzyło. W zależności od humoru MOŻE nie odrąbię jego głowy kiedy już się wytłumaczy. Napije się trochę wina i jeśli zjawienie się zajmie tej osobie zbyt długo, po prostu zacznę sprawdzać jak silni są ci wojownicy i czy warto tu dalej przesiadywać.

Link to comment
Share on other sites

Pojawiły się jeszcze dwie osoby. Kolejny cudak w kostiumie oraz chudzielec w dziwnym skórzanym hełmie (Czy to na pewno hełm?).

-Nikt was nie uczył, żeby przedstawiać się przy spotkaniu z obcymi osobami?- sarkastycznie spytał wiedźmin- Ja jestem Geralt z Rivii, wiedźmin. A wy?

Geralt poczuł zapach mięsa jedzonego przez pierwszego błazna- tego w kostiumie z motywem pająka. Sam poczuł głód. I pragnienie czegoś mocniejszego na rozluźnienie po obudzeniu się w nieznanym miejscu.

-Macie tu żytniówkę? Albo chociaż temerskie piwo?- zagadnął kelnera- Do tego podaj to samo co temu w kolorowym kostiumie.- Geralt przeszukał kieszenie, ale znalazł tam tylko kilka monet.- Psiakrew, musieli okraść mnie w karczmie...- mruknął- Mam nadzieję, że to wszystko na koszt tego co nas tu sprowadził?

Link to comment
Share on other sites

- Batman. ? odpowiedziałem prosto, nie mówiąc nic dalej.

Zaczyna mnie zastanawiać poziom mentalny tutaj zgromadzonych. Wszyscy wydają się być nadzwyczaj pobłażliwi dla okoliczności, a sam współczynnik akceptowalności jest wręcz niepokojąco wysoki. Powoli zaczynam podejrzewać, że to jakiś sztucznie indukowany rodzaj snu. Co potem? Do tego miejsca wpadnie jakiś Kaiju?? Nie. Czas wreszcie wyciągać odpowiedzi.

Zwróciłem się w kierunku osobnika, który zajmuje się obsługą tego miejsca. Jego zachowanie może być prawdziwe, ale z drugiej strony miałem już do czynienia z takimi, co mówią jedno, a ukrywają całkiem sporo.

- Mógłbyś może wyjaśnić, czemu się tutaj znaleźliśmy? Wydajesz się być na tyle dobrze zorientowany w sytuacji, żeby nie być zdziwionym czymkolwiek, co tutaj się stanie. Może wiesz coś, z czego my sobie nie zdajemy sprawy.

Link to comment
Share on other sites

Guest
This topic is now closed to further replies.


  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...