Jump to content
Lord Nargogh

Olympus Actionus IV

Recommended Posts

Łoś w końcu się zmęczył. 3-D próbowała go zachęcić do dalszej podróży. Nic z tego, zwierzę położyło się na trawie i odmawiało wstania.

-Nie to nie. Sama pójdę.

Rozejrzała się. Wokół dzicz i ani śladu konstrukcji z drewna czy czegokolwiek, co mogło służyć za dom. Słońce prześwitywało przez korony drzew. Było gorąco. A co za tym idzie, rudzielec poczuł pragnienie.

Śladu wody też nie było.

-Znajdę, zobaczysz! - wrzasnęła, wygrażając pięścią w korony drzew. Nie chciała zostawiać łosia, ale czas pędził nieubłaganie. Co mogła robić Nowa? A Uciekinierka? Nie było żadnej wskazówki co do tej drugiej...

3-D pogłaskała łosia i ruszyła w drogę. Wybrała stronę na chybił trafił. Szukała wody. Potem zajdzie do starej babki, o której mówił Matthew.

Link to post
Share on other sites

- To znowu Ty?! - Warknął Arias rozcinając płynnymi cieciami miecza dwóch łowców nagród, którzy ośmielili się podejść do upadłego. - Pewnie czegoś zapomniałeś. - Upadł skoczył w powietrze wykonując podwójne salto nad padającymi na ziemie sługami światła. Jak tylko bóg stanął twardo na ziemi szybko zaatakował praworządnego stojącego za nim. Wykonując silny wykop posłał praworządnego w stronę najbliższej kolumny na której umieszczone były rozliczne ostre jak brzytwy kolce. Nieszczęśnik nabił się ginąc niemalże na miejscu, a błysk błyskawicy ukazał, że każda kolumna w sali jest w ten sposób udekorowana.

- Niech zgadnę przyszedłeś po mój kamień dusz? - Powiedział spokojnie Arias ciskając kulami ognia w najbliższych praworządnych. - To wiedz, że go nie dostaniesz. Chyba że po moim trupie. Bo jak widać twoim kolegą po fachu się nie udało. - Zaśmiał się Arias uświadamiając Azazelowi, że zostali już sami w sali. - Chociaż może chcesz pójść na układ z diabłem. -Roześmiał się po chwili upadły.

Link to post
Share on other sites

Postać poruszyła się nerwowo w kokonie. Płyn zafalował w środku, na krótką chwilę ukazując postać dokładniej. Była dorosłym mężczyzną z ciemnozielonymi włosami i zielonymi płomieniami wokół oczu. Skórę miał białą jak kreda, jego strój wisiał w strzępach.

Nagły ruch spowodował pęknięcie kokonu. Mężczyzna wyleciał z niego i z wrzaskiem wylądował w bagnie, razem z podejrzanym płynem, w którym wcześniej spoczywał.

-Zajęli ci lepsze miejscówki? - spytał Salvador, gdy mężczyna wygrzebał się z bagna.

-Nie - odparł. -Po prostu... sytuacja wyjątkowa.

-Pobili cię. - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.

-Nie.

-Ścigają cię.

-Tak.

-Salazarze, cóż się z tobą stało? Uciekać? To do ciebie niepodobne.

-Gdybyś ICH widział, zrozumiałbyś, dlaczego nie walczę.

-Dlatego skryłeś się w kokonie?

-Gwarancja bezpieczeństwa.

-Jaka tam gwarancja. Raz się poruszyłeś i poleciałeś.

-Twoja wina, obudziłeś mnie. Skończmy. Czego ode mnie chcesz?

-Niczego. Po prostu wpadłem zobaczyć, jak się miewasz.

-Bardzo dobrze. Nie widać?

-Niezbyt, szczerze mówiąc...

-Czuję się znakomicie. A ty... znów gonisz za babą?

Link to post
Share on other sites

Azrael po kilku naprawdę zadziwiających seansach boskich halucynacji wytoczył się za drzwi, zamykając je szczelnie. Miał już dość tego, że bogowie pojawiają się i znikają, widocznie rezygnując ze swych bytów tak szybko, że nawet nie sprawiają im przyzwoitego pochówku. Cóż, ich strata - jak to lubił mawiać bóg, bo teraz nie mógł nic wymówić, ponieważ wpadł do jednej z tajemniczych dziur, które rozpanoszyły się w Boskim Pałacu. Bóg śmierci dziwnym trafem spadł na pędzącego przez dziwny las łosia z dziwnym rudym bóstwem na grzbiecie.

Dziwne - pomyślał bóg, ale niewiele miał czasu, bo łoś chyba zaczął się drażnić.

Azazel sprawnie odbił kilka ciosów, nadlatujących z nieprzewidzianych stron. to chyba były cieniste uderzenia - specjalna umiejętność świetlistych łowców głów. Jedno z takich cięć właśnie celowało w głowę Ariasa, więc Azazel kopnął go płytowym butem w pierś, by uchronić go od irytującego ciosu. Niestety przesadził z siłą, bo upadłego wbiło z mocą w kolumnę tak, że kamień rozpadł się na kawałki, a z góry poleciało trochę grubo ciosanych kamieni. Bóg skrzywił się, jakoby było mu przykro, że demoluje komuś przypadkowo mieszkanie. Ale nie było.

- Układ? - zdziwił się, chowając miecz - Ja nie zawieram "układów", chyba że o czyjąś głowę. - roześmiał się, po czym pomógł podnieść się bogu. - Tak, wróciłem po kamień, ale nie przejmuj się, bo to nic ważnego. - poklepał Ariasa po ramieniu, odwrócił się i stracił zainteresowanie bogiem. Teraz mówił bardziej do siebie. - Ten kamyk do niczego Ci się nie przyda, bo masz tam ledwie kilku biurokratów, za którymi niewielu będzie płakać. Jak go oddasz, to może skrócą nagrodę za Ciebie, ale nie mnie tu decydować. JA tylko wiadomość dostarczam. - Otrzepał zbroję, rozwinął skrzydła i przygotował się do startu. Zanim poleciał powiedział jeszcze:

- Mam teraz ważniejsze sprawy, jakaś Bianca jest poszukiwana! - zniknął w przestworzach.

Link to post
Share on other sites

Trochę się już oddaliła, gdy usłyszała ryk łosia. Wróciwszy, ujrzała, jak zwierzę zrzuca z głowy czarną figurkę. Figurka uderzyła o drzewo i z hukiem spadła na ziemię. 3-D podeszła ostrożnie, nie za blisko, ale na tyle blisko, by określić, kim jest figurka.

-Znowu TY?! - ryknęła. Chwyciła najbliższe, powalone drzewo i rzuciła je na nekromantę.

-Rusz się, byle z dala od niego - rzuciła do łosia i razem odeszli. Gdy byli już wystarczająco daleko, rudzielec pociągnął nosem. Poczuł wodę, więc poszli w tą stronę.

Ujrzeli mały strumyczek. 3-D spróbowała wody.

-Jest czysta, możesz wypić - oznajmiła łosiowi. Za późno zdała sobie sprawę, że to zły pomysł. Nim się zorientowała, woda znikła.

Niczego po sobie nie okazała.

Link to post
Share on other sites

Azrael wciąż był osłabiony wybuchem Bogopoly, więc nie mógł nic poradzić na wyjątkowo wściekłe miotnięcie nim przez 3-D. Leciał przez kilka minut, zahaczając o ciemne gałęzie, skórzaste liście i purpurowe pajęczyny by ostatecznie zatrzymać się na skale.

Zaklął kilka razy, po czym postanowił podążać za 3D, czy jej się to podoba, czy nie. Unosząc się na chmurze zielonego dymu leciał za boginią, wykrzykując i narzekając.

Link to post
Share on other sites

W wyschniętej ziemi znajdowały się drzwi.

-No proszę, odsłoniłeś tajemne przejście - 3-D zwróciła się zgryźliwie do łosia. Podeszła i pociągnęła za klamkę. Drzwi ustąpiły bez trudu. Ba, wręcz z entuzjazmem - wyleciały z zawiasów.

-Później to naprawię - wyrzuciła drzwi i zajrzała do ukrytego w ziemi miejsca. Ujrzała ciemność. Pociągnęła nosem. Truskawki. Mnóstwo truskawek. I cebula. Wytężając słuch, słyszała śpiew.

-No, chyba gospodarz się nie obrazi, jak wpadnę na niezapowiedzianą wizytę, czyż nie?

Łoś był zajęty żuciem drzewa, więc nie odpowiedział.

-Pilnuj. Jeśli zjawi się Azrael, wykop go. - po tych słowach wskoczyła do środka.

Leciała jakiś czas. Wylądowała w bujanym fotelu. Pokój, do którego trafiła, był przytulny. Podłoga z dębowych desek, ściany w różową tapetę, kuchenka, wieszak. Koty. Białe, czarne, szare, rude. Półki pełne podejrzanych specyfików. Wielki kocioł. A przy kotle stara kobieta, odmierzająca składniki na małym stoliku.

Spojrzała na 3-D,

Trwał pojedynek. Uważne, gniewne purpurowe oczy Salvadora spoglądały w pozbawione tęczówek, wręcz rozbawione oczy Salazara.

-Wygrałeś - Sal machnął ręką. -Skąd to wiesz?

-Widać, że coś się z tobą dzieje. Przybyłeś tu ze smokiem. -spojrzał ponad ramieniem młodszego brata. -Nigdy nie lubiłeś smoków. Musisz mieć naprawdę ważny cel, skoro użyłeś takowego... złotego na dodatek... tak z ciekawości: skąd go wziąłeś?

-Nie twoja sprawa.

-Czyli ukradłeś.

-Pożyczyłem.

-Ha! Widzisz? Tyle lat minęło, odkąd ostatni raz się widzieliśmy, a nadal potrafię z łatwością zdobyć od ciebie interesujące mnie rzeczy.

-A ja w każdej chwili mogę zapoznać cię ze swoim chowańcem. Chcesz tego?

Salazar przełknął ślinę.

-Dobra, dobra... już, jestem cicho.

-Nie masz być.

-Ach, racja. Wracając do twojej podróży... Wieści mówią, iż Mika Złotousta wróciła. Uznałem więc, że zapewne chcesz ją odszukać. Sądzę, iż dla niewielu osób byłbyś w stanie zdecydować się na podróż ze smokiem.

-Tak.

-No właśnie.

Edited by BlackMoon
Link to post
Share on other sites

Bóg z rozmachem wylądował na latającej wyspie 3-D. Jego informatorzy potwierdzili, że to właśnie tam po raz ostatni widziano poszukiwaną Biancę. Potem odleciała gdzieś na smoku, lecz kierunku nie można było określić. Azazel rozejrzał się, ale na wyspie panowała martwa cisza. Jedynie kwiat szemrały swoje piosenki. Bóg zapukał w grube, dębowe drzwi, lecz nikt się nie odezwał. Za to na okrągłych drzwiach pojawił się krzywy uśmiech ze szpiczastymi zębiskami.

- A czego szuka? - wrzasnął opryskliwie, odsłaniając płonące wnętrze za zębami. Azazel był zdezorientowany, nie miał pojęcia, czy rozmawia z 3-D, czy to po prostu służalczy imp w drzwiach. Stawiał na to drugie.

- Szukam 3-D, czy jest w środku? - spróbował ostrożnie, starając się zignorować fakt, iż okiennice łypią na niego podejrzliwie.

- Niech to go nie obchodzi! - znów wrzasnęły drzwi, szczerząc zęby. - Pani ma dość niepokoju ze strony bogów, wynoś się!

Bóg zastanawiał się przez chwilę czy by nie potraktować wrót egzorcyzmem, ale szybko z tego pomysłu zrezygnował. W międzyczasie drzwi pokazały mu język.

- Czy wiesz zatem gdzie mogę ją znaleźć? - spytał, starając się utrzymać nerwy na wodzy. Drzwi zaśmiały się pogardliwie.

- Głuchy jest? Pani sobie nie życzy widywać zmartwychwstałych pajaców światła i zrzędliwych bogów gnijących truposzy. Precz!

Azazel odstąpił od drzwi i opuścił wyspę, podczas gdy drzwi wykrzykiwały za nim paskudne obelgi jeszcze przez jakiś czas.

Azrael przez klika minut dostać się do jaskini, ale łoś uporczywie mu to uniemożliwił. Po obrzuceniu zwierzęcia pogardą bóg nieumarłych usiadł na pobliskim kamieniu i czekał aż 3-D wróci. Koś musiał go odesłać z tego wariatkowa.

Link to post
Share on other sites

-To jest szopa? - zdziwiła się 3-D, jeszcze raz rozglądając się po pomieszczeniu. Istotnie, nie wyglądało ono na szopę. Jak wygląda przeciętna szopa? Rudzielec spróbował sobie przypomnieć. Szopa powinna znajdować się na wsi, najlepiej niedaleko domu gospodarza, wykonana winna być z drewna, a zawierać powinna rupiecie lub rzeczy rupieciopodobne. Ewentualnie siano. Raczej mało która szopa ma różową tapetę w kwiatki, kuchenkę i znajduje się pod ziemią.

Widać, każdy ma własny gust.

-Tak - odpowiedź była krótka, ale wystarczająca. Bogini jeszcze chwilę siedziała w fotelu, nie wiedząc, co zrobić. Zagaić rozmowę? Pogłaskać kota? Kot nawinął się pod rękę, więc spróbowała. Podniósł głowę, rzucił jej pogardliwe spojrzenie i odszedł.

To mój kot, przemknęło Wzgardzonej przez głowę. Nie zdążyła się otrząsnąć, bowiem stara kobieta wcisnęła jej coś w ręce. Przypominało podrapany kubek, w którym pływała zielona substancja.

Gdzieś w oddali zabrzmiał gong i krzyki. Nagle cała pewność siebie Salazara zniknęła. Rozejrzał się, spłoszony.

-Idą po ciebie - podpowiedział Salvador. -Na twoim miejscu radziłbym się schować.

Nie trzeba było tego powtarzać. Salazar wziął głęboki oddech i z całej siły uderzył w drzewo. Został po nim tylko śluz, nerwowo wspinający się na gałęzie.

-Obrzydliwe - mruknął Sal. Usłyszał kroki za sobą. Powoli się odwrócił.

-W imieniu Jej Książęcej Mości, zostajesz aresztowany!

-Pij - rozkazała kobieta. 3-D spróbowała się sprzeciwić, ale Przeczucie ją powstrzymało. Przynajmniej wreszcie się zaczęło odzywać.

Płyn był ohydny. Ohydny, to mało powiedziane. Sprawił, że rudy żołądek, znakomicie obeznany z najdziwniejszymi rzeczami, jakie musiał trawić, zaczął jęczeć i wykręcać się. Ręce się trzęsły, włosy podrygiwały nerwowo. Całe ciało poczuło niesamowitą ulgę, gdy kubek był wreszcie pusty.

-Co to było? - zachrypiało dziewczę, oddając kubek.

-Twoje lekarstwo - odparła krótko kobieta, wracając do kotła.

Chwila zastanowienia.

-Czy ja jestem chora?

-Nie.

Zapadło milczenie.

-Przeszkadzam?

-Nie.

-To dobrze. Mam pytanie.

-Już zadałaś.

-Drugie pytanie.

-Pytaj.

-Szukam tak zwanej... Uciekinierki.

-To szukaj.

-Jak mam znaleźć? Nawet nie wiem, jak wygląda.

W tymże momencie umysł podsunął obraz.

Link to post
Share on other sites

W Azraelopolis (nie)życie toczyło się powolnym tempem. Niedawne zniszczenia, dokonane przez Hyperiona poszły w niepamięć, a robotnicy zajmowali się już tylko dopieszczaniem szczegółów poszczególnych budowli. Arystokrata, który niegdyś porwał się na resztki smoczych łusek na Dragorii już dawno rozpadł się, gdy podczas pierwszego pojedynku Azraela z Azazelam (który przeistoczył się w swoją formę poprzez biednego Gronka) uciekł do tajemnego przejścia, z którego nie było wyjścia. Tym samym tajemnicza grupa spiskowców rozpadła się, a ich podziemna siedziba zawaliła się, gdy desant przeprowadzał Hyperion. Stary Architekt siedział w swoich komnatach i kreślił stare pomysły, powoli przyrastając do biurka, wojska zamieniły się w stojące w koszarach pomniki odrazy i zniszczenia. Jedynie codzienne trudy i ekonomia powoli trwały, podczas gdy reszta nieumarłego świata odeszła w zapomnienie.

Azrael z niechęcią patrzył na otaczające go widmowe marzenia, w których to 3-D starała się rozwiązać nieznane mu zagadki. Pod czujnym okiem dużego zwierzaka bóg nakreślił kilka znaków w powietrzu i znalazł wyrwę w ciasnej siatce magicznych więzów. Kilka minut później był już w swojej Cytadeli, a gdy zobaczył, że praktycznie nic się już nie dzieje usiadł jedynie na swoim tronie i zapadł w drzemkę.

Tymczasem Azazel opuścił latającą wyspę i skierował się do pustki, w której ostatnio zostawił Morta. Myśli o sprowadzeniu tej nieznanej mu Bianci odrzucił, bo nie widział już w nich sensu. Teraz dryfował pośród niczego, szukając jakichkolwiek śladów swojego dawnego chowańca. Po chwili zobaczył słaby strzępek cienia, migoczący pośród bieli. Podążył za tropem.

Azrael poczuł, że coś jest nie tak. Ostatnio często tak mu się zdawało. Ktoś zbliżał się do jego miasta. Dlaczego czuł, że ten ktoś ma skrzydła?

- Tu jesteś, mój dawny panie. - szept przeszył ciszę, zmroził Azazela i przyspieszył jego ruchy. Pośród pustki lewitowała niewielka, sześcienna kostka o matowej powierzchni. Bóg złapał ją i zajrzał do wnętrza. Zobaczył tam steki tysięcy pomniejszonych Mortów, unoszących się w czarnej pustce.

- Czy to ma właściwie jakiś sens? - wyrzekł chór głosów, monotonnym, zimnym tonem.

- O czym ty mówisz? - zapytał Azazel, ale nie doczekał się odpowiedzi. Nie wiedział, czy chowaniec go ignoruje, czy nie słyszy. W każdym razie schował przedmiot do kieszeni i uciekł z pustki, prosto do Boskiego Osiedla. A stamtąd wyruszył do Azraelopolis, bo zobaczył ogień.

Ogień, spadał falami na stolicę nieumarłych, miażdżąc budynki i zamieniając ich mieszkańców w pył. Nad całym miastem roznosił się ryk płonących nieumarłych, a ponad nim wirowało setki smoków różnej wielkości i kolorów. Widocznie ocaleni z Dragorii postanowili się zemścić. Azrael z uporczywością stał na szczycie swojej cytadeli i ściągał z nieba potwory, używając promienia śmierci. Ale na próżno, bo kolejne budynki i zikkuraty upadały, aż w końcu nie było widać nic - pył przesłonił widok na wszystko. Azrael w kiepskim humorze zszedł do podziemia, a tam już czekał na niego Azazel.

- Dlaczego tu jesteś? - krzyknął bóg nekromancji, z wściekłością ciskając w niego kolejne fale martwej mocy.

Zielone promienie odbijały się od zbroi boga, nie pozostawiając żadnych śladów.

- Aby to dokończyć! - rzekł Azazel, wyciągając miecz. - Nie pozostało Ci już nic! Lustrzana Pani odeszła, a wraz z nią odszedł Mort, który przecież był naszą ostatnią nadzieją, by powrócić tam, skąd nas obu wygnano! To w nim tkwiła moc, która teraz jest rozdarta! - bóg rzucił sześcian pod stopy Azraela. Ten milczał przez chwilę, by następnie uderzyć trzonkiem swojego kostura w sześcian. Cichy szept wydobył się z roztrzaskanego przedmiotu, a setki, tysiące kawałków lustra pokryło podłogę.

Obaj bogowie stali w centrum lochów, gdzie niegdyś stoczyli pierwszą walkę.

- Nic mnie to nie obchodzi! - krzyknął Azrael, a w oczach miał łzy - Nie obchodzi, rozumiesz? Mam już dość tego, że przez ostatnie millenia jestem banitą i nikt nie potrafi tego zaakceptować. Ale nie odejdę, rozumiesz? Nie!

Ale było już za późno. Lustrzana podłoga wystrzeliła z siebie setki promieni światła, które oświetliły cały loch, oślepiając boga śmierci. Kostur wypadł mu z ręki, a wtedy Azazel szybkim ruchem znalazł się obok przeciwnika i jedynym ciosem przebił go swoim mieczem.

Azrael był zaskoczony.

- Przecież.. wiesz.., że to mnie... nie może... zabić. - wykrztusił, wypluwając czarną maź mocy.

- Nie mogło - stwierdził smutno bóg.

I wtedy Azrael zrozumiał. Poznał błękitne żyły, które oplatały rękojeść miecza, widział, jak wtapiają się w stalową rękawicę Azazela, łącząc się z jego ciałem. To był artefakt, który łączył obu bogów w jedność, a teraz jeden z nich umierał.

- Przynajmniej... nie... odejdę sam - zakaszlał bóg, uśmiechając się krzywo.

Na podłodze w lustrach pojawił się na moment kobiecy uśmiech, lecz zniknął szybko.

Cytadela już więcej nie zniosła. Architekt zamknął oczy, gdy smoczy ogień wypełnił jego pokoje, miażdżąc ściany i podpory. Cytadela Mroku przechyliła się.

Nad głowami bogów pojawiły się pęknięcia, powoli wypełniające się ognistą czerwienią.

- Cóż, chyba ich zawiodę. - mruknął bóg śmierci - Nie będą zadowoleni, że nie dorwali mnie żywcem. - zaśmiał się przez chwilę - Ufff. Przynajmniej to koniec.

- Koniec? - zapytał Azazel. Jego twarz była pokryta siecią błękitnych żyłek, skóra straciła kolor, a oczy zaszły błękitnym bielmem - Nic nie ma końca.

A potem był już tylko krzyk, a gdy i on znikł, cała planeta wybuchła, a smoki odleciały zadowolone uczynionym przykładem. Gdzieś w przestrzeń uciekła strużka mocy, złotawego kolory i o zapachu mocno sfermentowanych jabłek.

Link to post
Share on other sites

Portal stał otworem.

Przy portalu stała Uciekinierka. Była wychudzona, blada, słaba. Wielkich sił musiało od niej wymagać wyciągnięcie ręki w stronę 3-D.

Nic nie mówiła, ale mówiła. 3-D ją słyszała.

Mówiła o końcu, o śmiertelności, o utracie boskości... o powrocie.

Wszystko się wymaże. Powrócą na Ziemię. Ona i ojciec. I Artysta.

-Czy to oferta?

Pojawiła się Nowa. Mówiła o ignorowaniu tamtej, o zachowaniu boskości, o potędze...

-Po cóż mi potrzebna boskość? - zwróciła się 3-D do Nowej. Ta zamarła.

Rudzielec wstał z fotela.

-Tęskniłam - zwróciła się do Uciekinierki i podała jej rękę.

...

Otwierając oczy, zdała sobie sprawę, że siedzi w fotelu w swoim salonie. Na jej kolanach spało smocze pisklę. Artysta.

Promienie słońca wpadły przez okno. Rudzielec uśmiechnął się.

Wrócił do domu.

Smok obudził się, wspiął się na ramię towarzyszki. Wstała i podeszła do okna. Niebo było czyste, ale gdzieś tam, w oddali, coś znikło.

-Żegnajcie - szepnęła spokojnie 3-D.

Edited by BlackMoon
Link to post
Share on other sites

Stare Bogi nie umierają.

Stare Bogi trwają od zawsze, są zawsze i będą zawsze.

Stare Bogi patrzą i widzą.

Stare Bogi nie są zadowolone.

Stare Bogi popadają w gniew.

Stare Bogi słuchają i słyszą.

Stare Bogi w swej mądrości zmieniają wyroki.

Stare Bogi zmieniają niezmienialne.

Stare Bogi uśmiechają się.

Stare Bogi wiedzą, kiedy kłamiesz.

Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.


×
×
  • Create New...