Jump to content

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

P_aul

[Free] Star Wars

Recommended Posts

dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...

STAR WARS

Free Sesja

Republika i Zakon Jedi przeżywają złoty wiek. Pokój przerywa przerażający przeciwnik z Odległych Rubieży. Mandalorianie, doskonale wyszkoleni i posiadający przewagę technologiczną przeciwnicy pod dowództwem Mandalora Ostatecznego wygrywają kolejne bitwy. Republika przegrywa, a Rada Jedi w obawie przed Ciemną Stroną zakazuje rycerzom ruszyć do walki. Kilku decyduje się jednak postąpić wbrew nakazom i rusza na front na własną rękę, co całkowicie zmienia obraz Wojen Mandaloriańskich. Największą chwałą okrywają się Jedi Revan i Malak, którzy ostatecznie przechylają szalę zwycięstwa na strone Republiki.

Obawy Rady okazują się jednak niebezpodstawne. Wkrótce po zwycięstwie niedawni bohaterowie stają sie nowym zagrożeniem. Uzbrojeni w potęgę Ciemnej Strony i Gwiezdnej Kuźni - stoczni kosmicznej napędzanej Mocą - Mroczny Lord Sith Darth Revan i jej uczeń, Darth Malak podbijają kolejne planety. Uczeń postanowił jednak zabić swego mistrza i samotnie przejąc władzę nad Galaktyką. Wykorzystując atak Jedi na okręt Revan zniszczył pokład, na którym się znajdowała. Ocaliła ją dowódca grupy uderzeniowej, Bastila Shan. Zakon postanowił częściowo wymazać pamięć dawnej mistrzyni Malaka, chcąc by zaprowadziła ich do Gwiezdnej Kuźni. Nadano jej nową tożsamość, zwerbowano do floty Republiki i połączono jej losy z Bastilą.

Kiedy pamięć Revan, za sprawą jej dawnego ucznia, wraca, kobieta pozostaje na stronie światła i odrzuca wszystko, co łączyło ją z Sithami. Dzięki wparciu swoich przyjaciół oraz kochającego ją pilota Republiki Cartha Onasi, udaje jej się zniszczyć fabrykę uzbrojenia i zabić Malaka.

Revan wiedziała, że są jeszcze inni, potężniejsi Sithowie, ukrywający się w Nieznanych Regionach galaktyki. Nie mogąc zaznać spokoju, chcąc wynagrodzić swoje złe czyny, w tajemnicy przed przyjaciółmi wyruszyła w poszukiwanie Imperium Sithów, ślad swoich planów zostawiając w pamięci robota, T3-M4.

Tymczasem buntownicy z czasów Wojen Mandaloriańskich muszą odpowiedzieć za swe decyzje przed Radą Jedi. Jednym z nich jest Wygnaniec Jedi (Jedi Exile), skazany za wytworzenie niszczącego Echa w Mocy w czasie pierwszej bitwy o Malachor V. Wygnaniec odciął się od Mocy, aby uniknąć śmierci spowodowanej "raną" w sile używanej przez Jedi. Po miesiącach tułaczki na Zewnętrznych Rubieżach, znalazł się na stacji paliwowej Peragus. Tam spotkał tajemniczą kobietę posługującą się Mocą, Kreię, która zaoferowała mu pomoc w ucieczce, a także trening i przywrócenie zdolności rycerza. Dowiedział się o wydarzeniach po Cywilnej Wojnie Jedi: zniknięciu wszystkich członków Rady, opanowaniu większości światów przez Sithów i nagrody za głowy ich wrogów. Odnalazł również statek należący niegdyś do Revan: Mrocznego Jastrzębia.

Wygnaniec postanowił odnaleźć mistrzów, którzy go skazali i pomóc im w walce z Sithami oraz uleczeniem Echa w Mocy. Kiedy nastąpiło spotkanie z Radą, jego nauczycielka Kreia ujawniła swą prawdziwą tożsamość- Darth Trayi. Po bohaterskiej obronie Telos, Exile ponownie wyruszył na Malachor V, by powstrzymać Kreię przed zniszczeniem Mocy i zniszczyć źródło jej uszkodzenia.

W końcu Wygnaniec oszczędził swoją starą mistrzynię, wyciągnął z niej informacje na temat Revan oraz jej podróży w poszukiwaniu Imperium Sithów, zniszczył Malachor V uzdrawiając Moc i podążył śladem bohaterki, która zniszczyła Gwiezdną Kuźnię.

Republika znowu zaznała tak upragnionego spokoju. Bohaterowie niespokojnych czasów rozchodzą sie w rózne strony i zajmują własnymi sprawami. Bastila wraz z Visas Mar i Juhani budują zaufanie wśród mieszkańców Dantooine i rozpoczynają werbunek młodych Jedi w tamtejszej akademii, Handmaiden i Bao-Dur wracają do akademii Atris (gdzie Handmaiden zostaje archiwistka i historyczka, i zajmuje się analiza archiwów by znaleźć błędy, które popełnił Zakon w dotychczasowym szkoleniu Jedi), Bao-Dru wraca do wspomagania projektu restauracji planety po wojnie z Revan i Malakiem, Atton i Mira wracają na Nar-Shadda by pomagać uchodźcom i walczyć z kantorem, Disciple z kolei wędruje do serca Zakonu czyli na Coruscant by stamtąd wspomagać Republikę swa mądrością. Zalbar powraca na Kaashyyk by objąć przywództwo nad swym ludem (wszak posiada miecz, który zapewnia mu prawa do tronu), Carth Onasi jak wiadomo jest admirałem floty Republiki. G0-T0 powraca do swego szefa. Jolee Bindo zostanie na Dantooine w akademii Jedi, aby propagować swoją filozofię na temat nieszkodliwości czystej miłości dla wszystkich Jedi, T3-M4 dołączy do Cartha Onasi, jednocześnie ukrywając informacje od Wygnańca i Revan o ich podróży w Nieznane Regiony. HK-47 zostaje najemnikiem. Hanharr ginie podczas eksplozji Malachora V.

Darth Traya zakłada nową Traius Akademię w systemie Malachor, gdzie szkoli Sithow skoncentrowanych nie tyle na nienawiści i chęci niszczenia, co na pragnieniu realizowania własnych celów i zdobywaniu potęgi. Pozostałe niedobitki Sithow grupują się na Korriban, gdzie odbudowują swa akademie. Sion dołącza do pobitych Sithów na Korriban, Mandalor Canderous Ordo jednoczy rozbite klany.

Link to comment
Share on other sites

Nar Shaddaa

Okret wylonil sie z nadprzestrzeni, czy moze raczej zostal z niej wyrwany przez studnie grawitacyjna ksiezyca. Natychmiast zaczal wykonywac ociezaly skret na prawa burte. Najwyrazniej skok mial zakonczyc sie nieco wczesniej, jednak uszkodzony naped nadswietlny nie pozwolil wykonac go precyzyjnie. Zreszta nie byly to jedyne uszkodzenia. Jeden z poteznych silnikow nie pracowal, drugi gubil kawalki poszycia. Na lewej burcie najwyrazniej jeszcze nie dawno szalaly plomienie. Plyty pancerza byly w wielu miejscach stopione i ponownie zestalone w fantastyczne ksztalty. Wiekszosc stanowisk ogniowych zastapily nieduze kratery. Zaledwie pare sekund pozniej pojawil sie kolejny statek. Po nim rowniez widac bylo slady stoczonej bitwy, jednak uszkodzenia byly nieporownywalnie mniejsze. Takze jego mozliwosci manewrowe byly wieksze i nim pierwszy z pojazdow zaczal oddalac sie od pulapki studni grawitacyjnej, drugi zablokowal mu te mozliwosc. Chwile pozniej rozpoczela sie dosc jednostronna wymiana ognia. Bardziej uszkodzony okret zostal zalany strumieniami energii, sam odpowiadajac niemrawo z funkcjonujacych jeszcze dzial. Walka trwala krotko, tarcze dzialajace z minimalna skutecznoscia musialy sie poddac i po chwili laserowe blyskawice zaglebily sie w poszyciu. Zaledwie kilka sekund pozniej potezna eksplozja rozerwala okret na dwie czesci, ktore nie mialy jak walczyc z grawitacja i zaczely z gracja opadac w kierunku powierzchni ksiezyca. Napastnik oddal jeszcze kilka strzalow dla pewnosci, zmieniajac przy tym obie czesci w mniejsze kawalki poskrecanego metalu. Mieszkancy Ksiezyca Przemytnikow mieli okazje ogladac piekny pokaz fajerwerkow, gdyby tylko ktorykolwiek z nich interesowal sie takimi rzeczami. Oni jednak mieli wlasne sprawy, problemy, walki do wygrania. Miast w niebo spogladali w ziemie. Dlatego tez nikt nie zauwazyl, ze jeden z odlamkow nie poruszal sie po naturalnej trajektorii...

Link to comment
Share on other sites

-HOLERA, GDZIE DRUGI STATEK?!- wrzeszczałem

-Uwaga! Paziom mocy 60%

-LEPIEJ NIE GADAJ TYLKO STRZELAJ!!! –odpowiedział mój kumpel Diu, z sąsiedniej wieżyczki.

-Uszkodzenia napędu na poziomie krytycznym

-ZA DUŻO ICH!!!- krzyczałem, a po chwili usłyszałem głośny wybuch- CO JEST?!

-Uwaga! Napęd zniszczony

- NO TO NIE UCIEKNIEMY!!!

- WIĘC ZAMKNIJ SIĘ I STRZELAJ!!!

- TO NIC NIE DA! ZA DUŻO ICH!!!

Nagle usłyszeliśmy głos kapitana statku -Do wszystkich jednostek! Wygraliśmy! Okręt dowodzenia wroga zniszczony! Wróg przygotowuje się do skoku w nadprzestrzeń!

- HURAAA!!!- dało się słyszeć ze wszystkich działających wieżyczek

- WRESZCIE PO WSZYSTKIM!!!- wrzeszczał Diu.

*

Zostałem wezwany na mostek więc po krótkim odpoczynku udałem się do dowódcy.

- Pan mnie wzywał Sir? – powiedziałem z zakłopotaniem

- Tak, mam dla ciebie zadanie Kon. – odpowiedział dowódca poważnym tonem.

- Co mam zrobić?

- Jak wiesz drugi z naszych statków zaginął podczas starcia. Według ostatnich wysłanych koordynatów z Tango II, skok nadprzestrzenny wyrzucił ich nad księżycem Nal Hutta – Nar Shaddaa. Statek ten przewoził cenny materiał, niestety nie mogę powiedzieć ci co to jest, ale mogę ci powiedzieć, że było to przewożone w bardzo wytrzymałym pojemniku, któremu ani wybuch, ani lot przez atmosferę, ani upadek nie mogły zagrozić.

- Więc co mam robić Sir? – zapytałem pewniej niż poprzednio

- Twoje zadanie to wyruszyć na Nar Shaddaa, odnaleźć ten pojemnik, i wrócić z nim do najbliższej ambasady Republiki. Zrozumiano?

- Tak jest Sir… choć mam jedno pytanie.

- Mianowicie?

- Jak poznam ten pojemnik?

- Nie trudno go przegapić biorąc pod uwagę to że ma 5 m i są na nim barwy re…

- PIĘC METRÓW??? PRZECIEŻ TEGO NIE PRZESUNĘ!

- Spokojnie, dostaniesz przenośniki grawitacyjne.

- Ach tak… Dobrze Sir. Kiedy mogę ruszać?

- Najlepiej zaraz. Idź już Kon. Masz zadanie do wykonania.

- Tak jest Sir.

Link to comment
Share on other sites

-Niezłe fajerwerki co, Glick? – powiedziałem spokojnie do mojego Drone’a – Ale walka trwa zbyt krótko, żeby mogła to być wielka bitwa…

Spojrzałem przez makrolornetkę.

– Wydaje mi się, że jest to jedna średniej wielkości kanonierka klasy Destrukt… - przerwałem widząc, że jeden ze statków zaczyna spadać. – Eee… była kanonierka klasy Destruktor, ale nie widzę barw. Drugi statek to… - wpatrywałem się w obraz próbując wychwycić charakterystyczne elementy poszycia statku. - …Speedcarcer. To na pewno okręt Republiki, bo tylko jej siły ich używają. Sądzę więc, że ten zniszczony statek należał do piratów, w końcu jesteśmy na Nar Shaddaa!

Gluck w odpowiedzi zasyczał parę razy i zawirował mi koło głowy.

- Też tak sądzę – odparłem sarkastycznie. – Ale uważam, że powinniśmy kontynuować nasze poszukiwania. Już prawie go mamy!

Potarłem podbródek. Wyczułem sztywny, dzienny zarost.

„Chyba czas wrócić na pokład. Za parę godzin wzejdzie słońce, a muszę być wypoczęty, jeśli chcę jutro coś zdziałać. I muszę o siebie zadbać, bo wkrótce zacznę wyglądać jak Bantha.”

* * *

Po 3 godzinach medytacji czułem się jak nowo narodzony.

„Moc to potężne źródło energii, trzeba tylko wiedzieć, jak z niego korzystać” – pomyślałem.

- Włącz się, Glick, czas ruszać! – rozkazałem Drone’owi - Ech… Gdzie jest ten cholerny miecz?!

W końcu udało mi się odnaleźć broń i o całkiem niezłej godzinie wyruszyć, by kontynuować poszukiwania.

- Co powiesz na małe śniadanie? – uśmiechnąłem się. – może zajrzymy do kantyny „Pod Upieczoną Banthą”? mam ochotę na porządny stek!

Po 2 minutach znalazłem się w kantynie. Rozejrzałem się dookoła i nie zauważyłem nic dziwniejszego, niż Ithorianina pijącego razem z Quarrenem. Wtem poczułem coś dziwnego. Nie było to związane z mocą, bo wrażenie byłoby inne i pewniejsze. To była jakaś ulotna myśl, niepokój… Natychmiast zrozumiałem, że po raz kolejny ostrzega mnie mój instynkt! Usiadłem przy stoliku udając, że nic się nie stało, ale spod przymkniętych oczu penetrowałem otoczenie.

I nagle, na ułamek sekundy, poczułem wyjątkowo silne zawirowanie Mocy. Pochodziło z pewnością od stojącego przede mną Twileka. Przyjrzałem się mu dokładnie. Miał na sobie stary, znoszony kombinezon lotniczy bez żadnego godła zdradzającego nację, do której należał. Nie odważyłem się wybadać go Mocą, bo mógłby to poczuć.

Ale nie miałem wątpliwości! Z pewnością on był Sithem, którego szukałem! To był Krisnus Uhrat!

Link to comment
Share on other sites

-Warren, do jasnej cholery, natychmiast na mostek! Za moment wyskoczymy nad Nar Shaddaa! - głos z interkomu, brzmiał wyjątkowo nieprzyjemnie - Nie mam zamiaru sprowadzać tego pudła sam do doku!

Zwlokłem się z pryczy i nacisnąłem guzik nadajnika. - Aye, aye panie komandorze! - wrzasnąłem najgłośniej jak umiałem, parodiując kretyński styl wojskowych - Czy przekazać załodze i reszcie floty, by przygotowała się do walki? Może nakazać im naładowanie dział laserowych? albo przygotować się do bombardowania planety bronią biologiczną? - ostatnia uwaga odnosiła się do naszego "śmierdzącego" ładunku.

-Żarty się znowu ciebie trzymają? - warknął kapitan Geret - Masz szczęście, że ten frachtowiec potrzebuje dwóch pilotów do lądowania. Daję ci 3 minuty, żebyś się zameldował na mostku. Wyłączam się.

Wstałem szybko i ubrałem się...

Nareszcie! Trzy koszmarne dni na "Róży" dobiegały końca... Nie żebym miał coś przeciwko wielkim 5000 tonowym frachtowcom z serii Tytan. Podróżowanie w żółwim tempie, bez uzbrojenia i osłon przez Zewnętrzne Rubieże daje zawsze ten wspaniały dreszczyk emocji... Gorzej, jeżeli ten frachtowiec przewozi nawóz, a szczelność grodzi między ładowną i kwaterami załogi jest żadna....

Wyszedłem na korytarz, biorąc od razu do kokpitu wszystkie moje rzeczy. Nie zamierzam pozostawać dłużej na pokładzie tego statku, niż to konieczne.

W końcu wkroczyłem na mostek. Minąłem nawigatora - wiecznie pijanego bothanina, Sel'kelasa, jednak ten nie zwrócił na mnie większej uwagi. Mój wzrok napotkał na niechętne spojrzenie kapitana.

Wyprostowałem się służbiście i wrzasnąłem kretyńsko.

-Sir, melduje sie na mostku, sir! Przed czasem, sir!

-Daruj sobie Warren - Geret nie był widać w dobrym humorze - Nie bawiło mnie to 3 dni temu, nie bawi mnie teraz. Jakaś dyscyplina musi na tym statku być, więc się łaskawie nie spóźniaj!

- Tak rozumiem... Moja nieobecność na mostku podczas wyjścia z nadprzestrzeni może spowodować na przykład.... wybuch supernowej. Ale już współrzędne do skoku wytyczone w pijanym widzie zawsze są poprawne - spojrzałem wymownie na Bothanina, który zasnął i chrapał teraz w najlepsze. - Widzę tu brak konsekwecji, Geret.

Kapitan wzruszył ramionami i prychnął

- Współrzędne Sela zawsze są poprawne, już ci to tłumaczyłem. A poza tym wynajęcie pijanego bothanina jest tańsze niż kupno robota astronawigacyjnego.

- Powalająca logika. - Przyznałem ironicznie - Jak będzie nas wciągać czarna dziura to ci te zaoszczędzone kredyty na pewno pomogą. Na przykład tą czarną dziurę zapchają.

Usiadłem na swoim fotelu i sprawdziłem kontrolki. Wszystko w normie, do Nar Shaddaa pozostały dwie minuty. Więc marudziłem dalej. Rozszczelnienie grodzi do ładowni i wszędobylski smród nie nastrajał mnie zbyt optymistycznie.

- Z wyjściem z nadprzestrzeni poradziłbyś sobie przecież sam, nie musiałeś mnie wzywać przed kontaktem z kontrolą doków.

- Poradziłbym sobie, ale jestem wrednym starym prykiem. A do tego twoim pracodawcą. Wiec musisz wykonywać moje rozkazy. Masz twoja zapłata. - kapitan rzucił mi moje 500 kredytów za pilotowanie statku - tylko spróbuj mi porysować kadłub przy lądowaniu! To nie jest jeszcze koniec twojej roboty.

Na ostanią uwagę nie odpowiedziałem, bo zaraz mieliśmy wyjść z nadprzestrzeni. Zacząłem odiczanie.

- 5....4....3...2....1.... Teraz!.

Kapitan pociągnał za dźwignię hipernapędu.

Moim oczom ukazał sie Księżyc przemytników. Jednak coś było nie tak.... Przed iluminatorem przeleciały wiązki strzałów laserowych.

-Cholera, Kto atakuje frachtowiec pełen [beeep]? -mruknął z niedowierzaniem kapitan.

Statek zatrząsł się od trafień. Wychyliłem stery maksymalnie w dół... jednak Myśliwiec to to nie był. Frachtowiec powoli zaczął wykonywać manewr. Zbyt powoli. Kadłub zatrząsł się od nowych trafień, a światła w kokpicie zgasły.

-Straciliśmy zasilanie!- Wrzasnął przerażony nawigator.

-Naprawdę?!- warknąłem - A myślałem, że to ktoś tylko sobie żarty stroi.

Statek przestał reagować na stery... grawitacja księżyca ściągał go w stronę planety.

-Zobaczcie! - pokazałem na dwa statki, w dosyć bliskiej odległości od nas, ostrzeliwujące siebie nawzajem - widać wyskoczyliśmy między nimi, w sam środek bitwy...- w tym właśnie momencie jeden z okrętów eksplodował i przełamał się na pół. Jego szczątki, podobnie jak "Róża" spadały w atmosferę...

Kapitan nacisnął guzik interkomu - Maszynownia! zgłoście się! co z generatorem? Możecie przywrócić moc? Nie mamy zasilania i za parę minut spadniemy na powierzchnię księżyca.

Wśród trzasków i zakłóceń rozległ się niepewny głos- Kapitanie.... maszynownia została całkowicie zniszczona, a generator wyparował. Nic nie mozemy zrobić. Siadł nawet układ podtrzymywania życia. Zalecam szybkie opuszczenie statku.

- No to raczej nie mamy wyjścia -mruknął Geret -Do wszystkich! miło się z wami pracowało chłopaki. Opuścić natychmiast statek. Byle szybko, macie najwyżej 5 minut.

Zerwałem się z fotela i pobiegłem w stronę kapsuł za kapitanem i nawigatorem. Całe szczęście ktoś ulokował je w pobliżu mostka. Wszedłem do pierwszej jednoosobowej z brzegu, zamknąłem za sobą właz i ją odpaliłem. Nikt z nas nie chciał tracić czasu na jakies głupie pożegnania.

-Następnym razem, kupię sobie bilet na pasażerskim liniowcu, a nie będę próbował dostać się "niepostrzeżenie" na planetę.... - mruknąłem do siebie, patrząc jednocześnie na ginący frachtowiec.

A tak chciałem nie ściągać na siebie uwagi...

Link to comment
Share on other sites

Barka poruszała się po ulicach Nar Shaddaa co chwila pokasłując, jakby łapiąc oddech przed kolejnym wysiłkiem. Wnętrze było równie urocze jak cały księżyc. Za sterami siedział gruby Gamoreanin, palący jakieś ziele. Doprawdy... Odór nie do wytrzymania...

W końcu "rejs" dobiegł końca, wysiadłem pewnie postawiwszy nogę na platformie. Już chciałem się oddalić, kiedy grubas rozpaczliwie i trochę wrogo zakrzyknął w moim kierunku:- Hej, ty! Za to należy się opłata! Jeśli nie chcesz, żeby Durg...

Bez słowa rzuciłem Gamoreaninowi należne kredyty. No tak, zapomniałem o tym, że tutaj rządzi pieniądz. Ach, dałbym wiele aby wrócić na ojczystą planetę z dala od tego gwaru, ale mam zadanie do wykonania. Nar Shaddaa - gniazdo zepsucia. Miejsce toczone nieustanną zgnilizną, odorem przemytników, narkomanów, odszczepieńców rasowych i sekciarzy. Na Mandalora, bardzo się poświęcam, żeby wypełnić misję.

Stąd już nie mam daleko, przejdę się...

* * *

Kilkanaście minut później byłem już prawie na miejscu. Bar "Pod Upieczoną Banthą" to miejsce gdzie miałem go szukać. Nie wiem jak ktoś może w ogóle myśleć o dotykaniu Banth, a co dopiero robieniu z nich potraw. Ci "Cywilizowani" są rzeczywiście niespełna rozumu...

Mam nadzieję, że stary przyjaciel wciąż mnie pamięta... Musi... Wiele razem przeszliśmy... Gdyby nie ja już po stokroć byłby trupem, on to samo może powiedzieć o mnie. Bar był pełen różnego rodzaju kreatur, Quareen i Ithorianie należeli tu do najprzyjemniejszych. Rozejrzałem się dokładnie po pomieszczeniu. Przecież musi gdzieś tu być...

Przy barze stał średniego wzrostu, czarny, mężczyzna z brodą ogolony na łyso. Podszedłem bliżej i zakrzyknąłem: - Angelo! Ze wszystkich zawodów świata wybrałeś najgorszy, z miejsc chyba też...

Początkowo mnie nie rozpoznał, na jego twarzy widoczne było zdziwienie, ale chyba po prostu przypominał sobie bo nie był dłużny:- Ragg? Powinienem lepiej zapytać co TY robisz TU?!

Serdecznie się uściskaliśmy po czym Angelo zaprowadził mnie na zaplecze. Tam w jakimś odosobnionym miejscu mogliśmy mówić bardziej swobodnie:

- No dobra, dość tych uprzejmości. Powiedz po co tu przyjechałeś, stary wariacie? - spytał mnie wprost.

- Czy nie można już odwiedzić przyjaciela z odległej galaktyki? - odpowiedziałem pytaniem dodatkowo się uśmiechając.

- Znam te twoje numery i wiem, że czegoś ode mnie chcesz. Nie wiem tylko czy będę w stanie ci pomóc?

- Oj! Na pewno będziesz! - Zaśmiałem się głośno - Takich rzeczy się nie zapomina. Pamiętasz naszą ostatnią akcję? - zmieniłem teraz ton na dużo bardziej poważny.

- Ostatnią... Co ty do diabła knujesz? Oczywiście, że pamiętam!

- Przybyłem tutaj, żeby policzyć się z naszym wspólnym znajomym - panem Kirthem Boolem. - wymawiając nazwisko ściszyłem głos do szeptu, tak żeby nikt inny nie mógł usłyszeć.

- Chcesz mi powiedzieć, że ten typ jest tutaj, a ty przyleciałeś żeby go załatwić? Tylko czego oczekujesz ode mnie?

- Niewiele, tylko kilku informacji. Przede wszystkim w jakich barach mogą przesiadywać oficerowie Republiki? Znasz ich miejsca spotkań?

- Nie obnoszą się tutaj swoją przynależnością, ale jest ktoś kto na pewno to wie, to Hutt Tellfa. Kręci się gdzieś tutaj o barze. I jeszcze jedno, jak będziesz wyprawiał Boola na tamten świat to nie omieszkaj wspomnieć o pozdrowieniach od Mrocznych Mścicieli...

Miałem się już pożegnać, kiedy wyczułem jakieś zawirowania w mocy. Ktoś z gości jest Sithem, albo Jedi...

Link to comment
Share on other sites

Nie atakowałem od razu. Za dużo świadków. Zapewne każdy ma tu blaster, więc gdybym zaczął rozróbę, goście na pewno skorzystaliby z okazji do walki… Nie! Muszę poczekać!

Jeszcze bardziej zamknąłem się na Moc. Nie lubiłem tego, gdyż wtedy czułem się jak ślepiec.

Nagle zobaczyłem, że Krisnus się podnosi i wychodzi. To moja szansa! Poczułem, jak adrenalina uwalniana jest do mojego krwioobiegu. Zacząłem wszystko odbierać szybciej. W tym stanie potrafię rejestrować każdy niemal szczegół, więc nie uszedł mojej uwadze dziwny wyraz twarzy jednego z gości. No tak! Odruchowo otworzyłem się na Moc! Sith na pewno mnie wykrył! Tak! Już ucieka!

Nie myśląc wiele rzuciłem się w pogoń, czerpiąc z Mocy siły potrzebne do długiego sprintu. Nagle Krisnus wyskoczył wysoko w powietrze i z podwójnym saltem wylądował na dachu niskiego domku przed nami. Uśmiechnął się szyderczo. Był pewien, że mi uciekł, ale nie wiedział, kim jestem! Skoczyłem na ścianę stojącego tuż obok wieżowca i odbiłem się od niej, kierując się w stronę przeciwnika. Wyćwiczonym przez lata ruchem wyjąłem i włączyłem miecz. Z sykiem wysunęło się srebrne ostrze.

Tak! Srebrne! Starannie zbadałem budowę zdobycznego oręża i skonstruowałem własne, bardziej mi odpowiadające.

Z siłą rozpędzonego smoka Kraytońskiego spadłem na Sitha. Ten, zaskoczony, z najwyższym trudem odbił pędzące ostrze i odsunął się, bym nie powalił go swym impetem. Przygotowany na to, przetoczyłem się i pchnąłem w bok. Ostrze musnęło nogę Krisnusa. Sith upadł. Wstałem i ciąłem w dół. Przeciwnik sparował cięcie. Zaatakowałem ponownie, z podobnym skutkiem. Przy trzecim ataku zablokowałem rękę Uhrata Mocą tak, by nie mógł nią poruszyć. Potężny cios przeciął Sitha na pół. To był koniec.

Wyczerpany po długotrwałym korzystaniu z mocy, usiadłem. Sprawdziłem, czy nikt nie widział całego zajścia i usunąłem się w cień wieżowca, by tam odpocząć.

* * *

Z medytacji wyrwał mnie syk mojego Drone’a. Zaniepokojony podniosłem głowę i spojrzałem prosto w oczy… Krisnusowi Uhratowi!

Link to comment
Share on other sites

Właśnie czyściłem blaster, kiedy w głośnikach rozległ się głos:

– Wszyscy maja natychmiast stawić się w kantynie! NA JEDNEJ NODZE!!

Odłożyłem broń i jak najszybciej udałem się do messy. Kiedy do niej dotarłem, wszyscy siedzieli już na miejscach. Kapitan spojrzał na mnie swoim zdrowym okiem i powiedział:

- Kasha, co tak długo! Nawet sparaliżowany ślimak byłby tu szybciej niż ty!

Wyprężyłem się w salucie i odpowiedziałem:

- Przepraszam SIR! To się więcej nie powtórzy SIR!

- Mam nadzieję! A teraz siadaj na miejsce.

Następnie kapitan odwrócił się do wszystkich i kontynuował przerwany wątek:

- Jak już powiedziałem, mamy za sobą wyjątkowo ciężkie, ale i owocne trzy miesiące. Zarobiliśmy sporo kredytów, a dodatkowo nasz statek wymaga kilku napraw. Dlatego też uznałem, że wszystkim nam należą się wakacje.

Tu przerwał na chwilę, i poczekał aż ucichną wszystkie gwizdy i okrzyki radości, a następnie ciągnął dalej.

- Jak wiecie, przed chwila wylądowaliśmy na Nar Shaddaa. Uznałem, że jest to najlepsze miejsce, jeśli chodzi o rozrywkę. Nie sądzę więc, abyście mieli coś przeciwko temu wyborowi. Ja zostanę na statku, aby osobiście dopilnować wszystkich spraw związanych z pieniędzmi i naprawami, ale wy możecie robić co chcecie. Naturalnie nadal możecie nocować w swoich kajutach. Każdy z was dostanie tyle kredytów ile będzie chciał. Reszta jak zwykle zostanie odłożona w bezpiecznym miejscu. Każdy z was ma też przed wyjściem do miasta zabrać ze sobą komunikator. Na trzy dni przed startem wyślę do was wiadomość, abyście mogli wrócić na czas. To wszystko, możecie odejść.

Godzinę później, stałem już na placu w pobliżu portu. Ponieważ zbrzydły mi pozbawione smaku papki, jakie serwował nam nasz kucharz, zacząłem rozglądać się za jakimś barem. W oczy rzucił mi się szyld z napisem „Pod Upieczoną Banthą”. Nie miałem pojęcia, czym jest Bantha, ale wszystko będzie lepsze od tej zielonej mazi. Po wejściu do środka podszedłem do baru i zacząłem przyglądać się menu w poszukiwaniu jakiś znajomych nazw.

Link to comment
Share on other sites

Moje potwierdzenia sprawdziły się. Jeden z gości, Twilek pognał w stronę wyjścia, a człowiek ruszył za nim. Sądząc po nienaturalnej szybkości z jaką to uczynili, musieli mieć w sobie Moc. Nie wiem czy powinienem, ale poszedłem za nimi. Przez jakiś czas straciłem trop, ale Moc mnie nie opuściła. Zobaczyłem w oddali jak jeden z nich stoi nad drugim z wyciągniętym mieczem. Ten drugi był najwyraźniej bardzo wyczerpany i próbował zebrać siły, lecz byłbez szans. Twilek podniósł miecz w górę i wtedy obudziły się we mnie stare mandaloriańskie zasady. Nie godzi się zabijać bezbronnego przeciwnika, gdy ten jest dodatkowo osłabiony.

Podjąłem decyzję. Podbiegłem do Twileka i wykonując półślizg, przy jednoczesnym wyciągnięciu miecza przebiłem go na wylot.

Przeciwnik osunął się martwy na ziemię, człowiek leżał oparty o ścianę budynku, wciąż był bardzo osłabiony. Próbując go podnieść staram się przyjaźnie spytać o ostatnie zajścia:

-Co ci się stało przyjacielu? Nie wiem o co poszło, ale spróbuję ci pomóc...

Link to comment
Share on other sites

Trzask. Głośne kroki. Krzyk.

Przed oczami cała galaktyka, oślepiający blask gwiazd, wirujące planety…

Jaskrawożółte niebo staje się czarne, zupełnie ciemne, nic nie widać.

Głowa mi pęka… Do czego służy ta ciężka kurtyna, którą powoli podnoszę?

Powieki. To, co łaskocze mi policzki to rzęsy.

Otworzyłam oczy. Ktoś prowadził mnie rzęsiście oświetlonym korytarzem, w obstawie czterech Gammoreanów. Przesunęłam językiem po podniebieniu i poczułam metaliczny posmak krwi. Stłumiłam jęk, kiedy napłynęła kolejna fala bólu głowy.

Wysoki mężczyzna z prawej zauważył, że się obudziłam.

- Chłopcy, skręćcie do najbliższej celi, jest już przytomna. I zawołaj Nikkę, powinna opatrzyć i zdezynfekować jej tę ranę na głowie. Później stawcie się w moim gabinecie, trzeba ją zabrać na przesłuchanie.

Brutalnie wepchnięto mnie do malutkiego pokoju z leżanką. Ostrożnie na niej usiadłam i powoli próbowałam się położyć- głowa wciąż była niesamowicie ciężka, a starannie ułożone rano włosy, posklejane krwią. Westchnęłam i zamknęłam oczy.

Kiedy się obudziłam, byłam już opatrzona. Zza drzwi słychać było kroki, po chwili usłyszałam szczęk zamka. Już całkiem sprawna, wstałam i pozwoliłam się związać.

Tym razem doprowadzono mnie do końca korytarza, weszliśmy przez duże, szklane drzwi do wyłożonego płytkami w ciemnych kolorach pomieszczenia. Stało tam kilka krzeseł i stolik z lampą, przy którym siedział cynicznie uśmiechający się mężczyzna. Tuż obok, zauważyłam szczelnie owiniętą w szaty postać, z maską zasłaniającą twarz. Wyglądała zupełnie jak Exar Kun na ilustracjach w hologramie do historii i gdyby nie dramatyczna sytuacja, w jakiej się znajdowałam, zapewne zachichotałabym.

Dziwna istota nie mówiła, jej głos rozlegał się w mojej obolałej czaszce. Używała bardzo ozdobnego języka, starannie dobierając słowa.

-TO SIĘ JESZCZE OKAŻE. ZBYTNIA PEWNOŚĆ SIEBIE GUBIŁA JUŻ POTĘŻNIEJSZYCH OD CIEBIE.

Strażnik, który mnie pilnował puścił moje ramiona, podszedł do przesłuchującego mężczyzny i strzelił mu z blastera prosto w głowę. Nieco zdezorientowany, opuścił broń i zaczął masować swoje skronie.

Wrzasnęłam z przerażenia, gdy maska nieznanej istoty zwróciła się w moją stronę, a szaty powoli zaczęły sunąć w moim kierunku.

Link to comment
Share on other sites

Siedząc we wnętrzu statku przemytniczego zastanawiamy się. Przemierzając ciemną pustkę kosmosu zbliżamy się do celu, na razie jest on jeszcze bardzo odległy, ale jesteśmy cierpliwi. W kabinie pilota świeci się skromna lampa umieszczona na suficie, która słabym blaskiem oświetla przestrzeń. Wypełniają ją dwa fotele i konsoleta, dwa kroki za siedzeniami są zamykane automatycznie drzwi oddzielające to pomieszczenie od reszty statku. Idealne zabezpieczenie. I pułapka. Żyjący byt siedzi obok nas, jego obecność jest nam niemiła, ale to konieczność. Człowiek wykonuje kilka ruchów przy konsolecie, statkiem wstrząsa, gdy opuszcza nadświetlną. Przed nami pojawia się Nar Shaddaa, Księżyc Przemytników - nasz cel.

- Pamiętaj, że mamy umowę - odzywa się kapitan lekko zachrypniętym głosem, który nie może ukryć faktu, że jego właściciel nadużywa wielu szkodliwych substancji.

Skinęliśmy głową. Istota ludzka mruknęła coś pod nosem i zaczęła podchodzić do lądowania. Nikt o nic nie pytał. Ziemia zbliżała się szybko, aż wreszcie statek wylądował lekko na lądowisku. Kask pilota obrócił się w naszym kierunku, jego wzrok staje się natarczywy, wyciągamy kredyty. Ręka człowieka prędko chwyta pieniądze, jest ograniczony do swoich pierwotnych żądz. Niedoskonały organizm. Żałosna istota...

Kiedy kapitan przelicza trzęsącymi się rękoma otrzymaną zapłatę podnosimy się z siedzenia i stajemy za oparciem. Ręka znajduje rękojeść pistoletu. Trajektoria pocisku zostaje prawidłowo obliczona. Palec naciska spust. Pocisk trafia cel w nieosłonięty kark, ofiara chwyta się za trafione miejsce, ale toksyna, którą pokryta była igła, działa prędko. Następuje paraliż mięśni. Pilot jest całkowicie bezbronny, widział zbyt dużo, by tak po prostu go zostawić. Potrzebne są dalsze kroki. Ofiara z pewnością odbiera informacje z otoczenia.

- Wybaczy pan, kapitanie, ale przekona się pan, że wszystkie kroki jakie podjąłem mają na celu uratowanie pańskiego życia - mówimy.

Podchodzimy do istoty organicznej i kładziemy ją na podłodze, w pozycji leżącej, brzuchem do góry. Podciągamy rękaw i ściskamy miejsca na łokciu taśmą, by uwidocznić żyłę. Po krótkiej chwili wyciągamy rozłożoną na części strzykawkę, która jest w ten sposób łatwiejsza do ukrycia. Montowanie jej to moment, wypełniamy ją narkotykiem znanym powszechnie jako Niebieska Rokna. Silny narkotyk, który powoduje utratę pamięci. Dawka jest spora, nie możemy sobie pozwolić na pomyłkę... Wbijamy igłę w żyłę i opróżniamy komorę. Narkotyk zostaje wprowadzony do organizmu. Podchodzimy do konsolety naciskając przycisk otwierający przejście. Podnosimy pilota i układamy go w pozycji siedzącej przed przyrządami, głowa opuszczona, bezwładna, ale pasy trzymają ciało na miejscu. Przed wyjściem podnosimy kredyty, to bardzo dobry środek płatniczy - pozwala wydobyć potrzebne informacje bez uciekania się do przemocy. Przydatne. Opuszczamy rampę przy pomocy innego przycisku i wychodzimy na lądowisko. Po kilku godzinach - mniej lub więcej - kapitan nie będzie pamiętał nic z tego co zaszło przed kilkoma ostatnimi godzinami. Pora na fazę drugą. Sprawdzamy, czy mamy maskę na twarzy, by utrudnić rozpoznanie, i kierujemy się w stronę ulic mieszając się z tłumem.

Link to comment
Share on other sites

Postac za sekretera pada na podloze. Martwa nim jej zwiotczale nagle czlonki siegna gruntu. Plonace strzepki twarzy malowniczymi łukami opadaja na pulpit pelen przelacznikow o nie znanym mi przeznaczeniu. To nie ma znaczenia.

Podchodze do skutego wieznia pelnego strachu. Nie sadzilem nigdy, by strach byl wada. Odpowiednio wykorzystany, potrafi byc uzyteczny, wszystko zalezne jest od tego w jaki sposob go ukierunkowac. Powoli przesuwam rekawica, tym co bylo niegdy ma... dlonia po skorze jej twarzy. Drobne wyladowania Mocy przenikaja przez material drazniac jej skore. Lekkim ruchem przyslaniam jej policzek. Nie wie co sie dzieje w swym leku bezwolnie poddaje sie mej pieszczocie. Czlowiek... kobieta... czysta. Obrazy powoli wylaniajace sie z mrokow pamieci, niepowiazane ze soba wizje, skladajace sie na strzepy zdan.. ochlapy wyrwane z szczek silnej woli. To nie ma znaczenia. Tych wazniejszych poznam pozniej. Poznane z jej slow... lub skradzione ze slow. Cofam swa reke, wiezien prawie natychmiast odzyskuje pelnie swej przytomnosci. Napreza miesnie w salwie wscieklosci. Strach wynikajacy z niewiedzy... przerazenie ze strachu... przerazenie odwracajace sie w pelen szalu atak. Przenikam swym poznaniem jej okowy. Nieznany mechanizm, lecz na tyle prosty by szybko pojac zasade dzialania. Prymitywny material ustepuje pod naporem woli. Okowy leniwie opadaja. Emocje... zdziwienie... jak niewiele rozumie. Plynnie odwracam sie, niechaj dziecko da upust swemu przerazeniu... niech zblizy sie do zrozumienia.

Wyczuwam jak zwinnym ruchem wyrywa oszolomionemu straznikowi bron. Szybkim ruchem zbliza sie dzierzac w dloni uksztaltowany w ostrze kawalek stali. Bierze zamach probujac w bezrozumnej furii odciac mi glowe. Ostrze zatrzymuje sie cal przed ma szyja. Probuje je wyszarpnac... daremny trud. Cialo nie moze rownac sie potedze Mocy. Jedna ulotna mysla odrzucam ja na sciane... przyciskam do niej... zmuszam by jej dlon zacisnela sie na ostrzu. Niemal do bolu... az odplynie z niej krew... niech poczuje stal... pozna ja.. i pozna siebie. Kolejna mysl i kobieta upada... ostrze wyslizguje sie z obolalej reki... pomiedzy jej rozstawionymi, drzacymi rekoma znajduje sie cialo z wypalona twarza. Spadajace lzy obmywaja skrwawiona podloge.

- a wiec poznalas juz czym jest strach i poznalas jego cene. Pozostal tylko wybor: isc ze mna do zywych, lub zostac ze zmarlymi. Nie znajdziesz u mnie odpowiedzi, nie musisz tez znac przyczyny. Przed Toba jedynie sekrety, przy Tobie ci, co odeszli. Wstan i podnies swa bron, Czysta. Ja teraz opuszcze ta posiadlosc. Podaz, lub pozostan.

Wolnym krokiem udaje sie wraz z kontrolowanym straznikiem do wyjscia...

Link to comment
Share on other sites

Po odprawie udałem się do hangaru. Po drodze zahaczył mnie Diu.

- Co tam u kapitana? Może kazał ci wyszorować korytarze za tą wpadkę z gi…

- Nawet mi o tym nie przypominaj! Nie, mam znaleźć wrak Tango II i zabrać jakąś skrzynię.

- A co w niej takiego jest, że tak bardzo kapitanowi potrzebna?

- Żebym to ja wiedział…

- No dobra. Więc powodzenia stary.

- Dzięki. Muszę już ruszać.

*

Po wylądowaniu udałem się do centrum miasta. Pomyślałem: Hmm… Nie będę przeszukiwał całej planety. Muszę znaleźć kogoś kto mógłby mi powiedzieć gdzie to mogła spaść ta skrzynia.

Nagle w oczy rzucił mi się napis ,, Pod Upieczoną Banthą”.

To pewnie jakaś kantyna. Ktoś tam musi wiedzieć gdzie spadł Tango II.

Po wejściu zauważyłem pewną ciekawą rzecz… a raczej trzy ciekawe rzeczy. Były to trzy nie wypite Tarazjańskie piwa. Z doświadczenia wiem, że żadna istota której ten trunek nie otruje, wypije do dna. Najwyraźniej ktoś się spieszył.

Chwila…Co ja wyprawiam! Kapitan przysłał mnie tu bym odnalazł szczątki statku, a nie szukał niedoszłych pijaczków.

Przy jednym stoliku siedział Rodianin. Wyglądał na zapoznanego z tym co się dzieje na planecie. Niestety… Los chciał, że Tango II rozbił się nad planetą przemytników i tekst w stylu. ,,Hej. Jestem z Republiki. Powiesz mi gdzie rozbił się nasz statek?” Mógłby zakończyć się dla mnie tragicznie. Jednak ujrzałem okazję z pod torby Roidanina wystawała talia kart do Pazzaka. Na szczęście do mojego niezbędnika zalicza się także i ten przedmiot. Podszedłem do ,, robaczka” i zapytałem:

- Miałbyś może ochotę na partyjkę czy dwie?

- Pewnie. Jestem zawsze gotów ale gram tylko o większe stawki i na pięć rund.

- Więc kładę pięćset kredytów, plus informację.

- Informację? Nie rozumiem.

- Proste. Ja wygram, ty musisz odpowiedzieć na moje pytanie. Wygrasz ty to ja odpowiadam na twoje.

- Zgoda. Gotowy?

- Tak. To na jaką furę gramy? Może czterdzieści?

- Zgoda. Lubię wyzwania.

Już przy pierwszej rundzie zrozumiałem, że będę się musiał postarać.

- Ha! Wygrałem – ucieszył się Rodianin

- Spoko jeszcze cztery rundy. Dawaj dalej.

I tak zaczęliśmy grać o losy moich poszukiwań…

Link to comment
Share on other sites

Postać w długich szatach zbliżała się, a mnie sparaliżował strach. Szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w nią, kuląc się pod ścianą gabinetu, czekając na cios.

Uniosła rękę i dotknęła mojego policzka. Poczułam dziwne mrowienie na całym ciele, kiedy powoli przesuwała palcami po skórze. Nie wiedząc co robię, wtuliłam twarz w gładzącą mnie dłoń i przymknęłam oczy.

Cofnęła rękę.

Wtedy się obudziłam, mocno zdenerwowana i głęboko zawstydzona. Strach przed istotą obudził się na nowo, kiedy zobaczyłam ciało zastrzelonego mężczyzny, ale tym razem się nie poddałam. Odebrałam strażnikowi mój wibromiecz i zamachnęłam się w stronę odwróconej do mnie postaci. Dygotałam z wściekłości, wstydu, przerażenia, za wszelką cenę chciałam go zranić- coś mówiło mi, że istota jest mężczyzną.

Już, już sięgałam jego szyi, gdy trafiłam na niewidzialną barierę. Broń.. hm... zaklinowała się tuż przed istotą, a ja, nie mogąc jej wyszarpnąć, prychnęłam z wściekłością.

Chwilę później mocno uderzyłam w ścianę, unosząc się kilka centymetrów nad ziemią. Dłoń sama zaciskała mi się boleśnie na rękojeści wibromiecza, poczułam ciepło spływającej z palców krwi. Przed oczami widziałam już czarne plamy, jeszcze chwila i zemdlałabym…

Opadłam z powrotem na posadzkę. Parę sekund na chłodnych płytkach i byłam w stanie podeprzeć się rękami, by wstać. Wstrzymywane tygodniami łzy nagle same wypłynęły mi z oczu, obficie mocząc twarz i kapiąc na podłogę. Dlaczego akurat dzisiaj?!

Usłyszałam tajemniczy głos postaci w długich szatach.

-a wiec poznałaś juz czym jest strach i poznałaś jego cenę. Pozostał tylko wybór: iść ze mną do żywych, lub zostać ze zmarłymi. Nie znajdziesz u mnie odpowiedzi, nie musisz tez znać przyczyny. Przed Tobą jedynie sekrety, przy Tobie ci, co odeszli. Wstań i podnieś swa bron, Czysta. Ja teraz opuszczę ta posiadłość. Podąż, lub pozostań.

Istota zaczęła wolno podążać w stronę wyjścia, prowadząc za sobą oszołomionego strażnika.

Wstałam, podpierając się na wibromieczu, otarłam policzki i wzięłam głęboki oddech. Udało mi się zrobić kilka chwiejnych kroków.

- Mogłeś być delikatniejszy- burknęłam, masując obolałą dłoń.

Maska zwróciła się w moją stronę.

Gorączkowo zastanawiałam się, co mam zrobić. Towarzyszenie nieznanym lewitującym szatom Sitha, posługującym się Mocą zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, ale kiedy wyobraziłam się, co zrobi mi Kantor, jeśli znajdzie mnie w towarzystwie zabitego pracownika, mimowolnie się wzdrygnęłam. Cóż, w pewnym sensie nowy znajomy ocalił mi skórę…

- Dobrze -powiedziałam głośno- pomogę ci, cokolwiek chcesz zrobić, ale mam jeden warunek. Jesteśmy w Sektorze Uchodźców, parę przecznic stąd znajduje się mój statek. Jeśli nie masz nic przeciwko, to chciałabym chociaż na chwilę do niego wstąpić.

Chyba nie myślisz, że będę paradowała po ulicach potargana i uwalana krwią?

Link to comment
Share on other sites

Ostrze swobodnie przeszyło ciało na wylot, kiedy Twilek osunął się na ziemię zorientowałem się, że leży tu jeszcze jedno ciało - najprawdopodobniej po wcześniejszej walce. Uratowany był na skraju sił, ale wykrzesał z siebie dość energii na rozmowę:

- Ten Sith… którego zabiłem… to był sobowtór… gdyby nie ty… podzieliłbym jego los… Dziękuję… że mi pomogłeś…

- Po co go ścigałeś skoro jest... w zasadzie... był tak potężny – uśmiechnąłem się szyderczo.

- To jest moja sprawa… nie musisz wiedzieć, czemu. – padła szorstka odpowiedź.

- Czyżbym nie mógł poznać godności mej ofiary? Zazwyczaj lubię wiedzieć kogo wyprawiam w zaświaty... – Ten człowiek zaczynał mi coraz bardziej działać na nerwy, mógłby okazać więcej szacunku swojemu wybawcy. Nie dałem po sobie poznać, że się tym przejąłem – lata spędzone w kopalni zrobiły swoje...

- Wasz zwyczaj. Wystarczy ci wiedzieć, że był to Sith. Bardzo okrutny. Zwał się Krisnus Uhrat.

- To już jakiś początek... Lepiej ci pomogę, chyba nie jesteś w stanie dalej iść sam.

- Poradzę sobie – mężczyzna wstał po czym zachwiał się i musiałem go podtrzymać, ratując tym samym przed bolesnym spotkaniem z ziemią.

- Chyba jednak przyda mi się twoja pomoc…

- Podtrzymam cię, ale zanim usiądziemy wyjaw mi swe imię człowieku. – Przecież nie jestem instytucją charytatywną żeby pomagać nieznajomym.

- Scofield Graavis. A ty, jak się zwiesz?

- Jestem Ragg. Mandalorianin.

- Więc chodźmy, Ragg. Mój statek jest o cztery kilometry stąd.

- Chyba oszalałeś! Nie będę cię targał przez pół Nar Shaddaa! Odpoczniesz w karczmie, z której przed chwilą wybiegłeś! – Chyba wciąż nie doszedł do siebie po walce. Przecież nie dam rady - a poza tym nie chce mi się – dźwigać go na taki dystans!

- Nie mogę! Zbyt dużo osób mnie widziało! Przecież nawet Gammoreanin się zorientuje, że jestem Jedi! A tu Jedi nie są mile widziani…

- Masz rację, mam tam kumpla, wejdziemy tylnym wejściem. Zaczekaj chwilę, muszę go tylko uprzedzić i wszystko wyjaśnić.

To było najlepsze wyjście. Poszedłem od tyłu i zapukałem w blaszane drzwi. Zastanawiałem się przez chwilę co mi przyjdzie z tego aktu dobroci. W pewnym sensie zyskanie sprzymierzeńca, dość potężnego jest dużą korzyścią. Moje rozważania przerwał głos z komunikatora w drzwiach:

- Kto tam i czego chce?

- Nazywam się Ragg i przyszedłem do swojego znajomego Angelo Dicka, który tutaj pracuje. – Niepewnie oczekiwałem na odpowiedź. Nie wiadomo czy na stróżówce nie stał jakiś służbista.

- To znowu ty? – Poznałem głos Angela – Myślałem, że już się zmyłeś?

- Mam pewną sprawę do ciebie. Czy nie mógłbym przyjść tu ze znajomym, który chce uniknąć spojrzeń gapiów i wchodzić od frontu?

- Dobra tylko szybko zanim ochrona się nie połapie!

Wróciłem do rannego i zakomunikowałem:

- Droga wolna. Możemy iść.

Link to comment
Share on other sites

- Droga wolna. Możemy iść.

Ragg podał mi rękę i pomógł dojść do kantyny. Po drodze, choć wcale tego nie chciałem, opowiedziałem mu o sobie, o swoim zajęciu… Nie wiem, jak mnie do tego nakłonił… Podejrzewam, że wykorzystując moje osłabienie wpłynął na mnie Mocą… Gdy nabiorę sił, będę musiał z nim o tym pogadać. Ale przynajmniej sam coś więcej o sobie powiedział. Nie wiem jednak, ile z tego, co mówił, było prawdą. Za pewniaka przyjąłem jego pochodzenie i szkolenie, to jest gdzie i u kogo je odbył. Mówił o tym sam jego wygląd oraz zachowanie. I stopień zjednoczenia z Mocą…

Weszliśmy do kantyny od strony zaplecza. Znaleźliśmy się w małej kuchni zajętej przez dwa roboty. Przyrządzały jakieś danie, którego odór przyprawiał o ból głowy. „Roboty… Czy Huttowie MUSZĄ jeść takie świństwa, że żadna żywa istota nawet nie spróbowałaby ich przyrządzić? Okropność”. Z kuchni wychodziły dwa korytarze. Jeden prowadził zapewne do „jadalni”. My skręciliśmy w ten drugi. Ściany, podłoga i sufit wykonane zostały z takiego samego, obdrapanego metalu. Nie było centymetra kwadratowego bez plamki rdzy. Całości dopełniał okropny zaduch. Na szczęście korytarz był krótki, więc zaraz weszliśmy do dosyć dużego pokoju. Wystrojem przypominał… wnętrze mieszkania Mandaloriańskiego! „Już wiem, skąd Ragg zna gospodarza.” Rozejrzałem się uważnie. Na środku stało polowe łóżko. Na ścianach wisiały najróżniejsze rodzaje broni: wibroostrza, blastery, karabiny szturmowe, detonatory termiczne, a nawet kusza Wookiech. Na podłodze leżał niewielki zielony chodnik. Był on tam jedynie ze względów praktycznych, jak chociażby utrzymanie czystości w mieszkaniu. Obok łóżka stała lama termowolframowa, dająca bardzo jasne światło. Gospodarz wskazał mi i Raggowi krzesła stojące pod ścianą, a sam usiadł na łóżku.

- No dobrze… Może teraz wreszcie mi ktoś powie, o co tu chodzi? I mam nadzieję, że znajdziecie cholernie dobry pretekst, żeby ponownie odwołać strażników?

Link to comment
Share on other sites

-Dobry jesteś. Remis. Dwa do dwóch. – odezwał się Rodianin na koniec czwartej rundy.

-Więc co gramy do końca czy uznajesz, że nie wygrasz. – powiedziałem złośliwie.

-Czemu ty mówisz do siebie? – odgryzł się Rodianin.

-Dobra gramy… - burknąłem ze znudzeniem po 20 minutach gry

Dobra to ostatnia runda, gramy na furę 40. w ręku mam dwie karty. Dwójkę plus i trójkę minus.

Pierwsza karta dla mnie – 8

Rodianin – 9

Ja – 4

Rodianin – 5

Ja – 6

Rodianin – 6

Ja – 5

Rodianin – 10

Ja – 9

Rodianin – 6

Widzę, że przeciwnik przygląda się kartom. Pewnie liczy wynik. Rodianin bierze kartę z dłoni, plus trzy. Cholera! Muszę mieć furę.

-Kończę. – powiedział i gdyby jego twarz na to pozwalała to byłby na niej szyderczy uśmiech.

Dobra gram dalej. – pomyślałem – nie będę przecież rozpaczał. Nie raz byłem w takiej sytuacji… Hmmm… Ale tylko raz wygrałem w takiej sytuacji.

Następna karta – 5

Są trzy opcję. Albo liczę na to, że wypadnie trzy, albo, że wypadnie jeden, albo, że wypadnie sześć. Bo następnej rundy nie chcę rozgrywać. Ufff… Niech się dzieje co chce.

Biorę następną kartę.

-Trójka. Tak! – powiedziałem szczęśliwie.

-Dobry jesteś człowieku. Bierz kredyty pytaj i idź już. – odezwał się Rodianin z widocznym niedowierzaniem, że przegrał.

-Więc tak. Załatwiam sprawę dla Republiki i… - zorientowałem się, że właśnie powiedziałem, że pracuję dla republiki, czego miałem NIE mówić.

-Co?! Pracujesz dla Republiki?! Wiesz ilu moich kumpli siedzi przez Republikańskich żołnierzy?!

- Ale ja z tym nie mam z tym nic wspólnego. – starałem się uspokoić tego narwańca

- Trudno, skoro załatwiacie sprawy za innych, to obrywać też będziecie za innych. *gwizd*

Chłopaki ktoś z Republiki do nas.

Szybka orientacja w sytuacji. Przede mną Rodianin z blasterem i Twilek z wibroostrzem.

Po lewej dwóch ludzi z blasterami. Za mną jakiś najemnik z karabinkiem blisterowym.

Wyjąłem mój miecz.

- Tak spieszno wam do piekła? Skrócić wam oczekiwania?

W tym Momocie usłyszałem kilka strzałów, poczułem kilka uderzeń i upadłem żywy lecz nieprzytomny na podłogę.

Link to comment
Share on other sites

Zadanie jest skomplikowane, musimy być ostrożni, to nie jest zwyczajna misja. Maszerujemy wśród tłumu organicznych istot, brzydzimy się tym, ale nie mamy innego wyboru. Pierwsza faza - przybycie na planetę - zakończyliśmy pomyślnie, pora na kolejną. Jest o wiele istotniejsza, od niej zależy dalszy przebieg misji. Celem jest wiedza, a taki cel uświęca środki...

Wchodzimy do kantyny, miejsca gdzie zbierają się wszystkie szumowiny na planecie, a także świetnego serwisu informacyjnego. Potężny człowiek, to oznacza potężne zabezpieczenia, ale każda ochrona ma jakieś słabe punkty. I my odszukamy go. Jest nam potrzebny. Odda nam to co uważa za swoje. Nawet jeśli tego nie zechce. Jego słabość będzie naszą siłą, zaskoczenie da nam przewagę. Musimy to wykorzystać.

Rozglądamy się uważnie, wybieramy istotę, która przekaże nam to co wie. Za odpowiednią cenę... Po krótkiej lustracji odnajdujemy Hutta, jego rasa łasa jest na kredyty i gotowa jest zamienić wiedzę na korzyści finansowe. Posłużą naszym celom. Podchodzimy i stajemy obok niego, nie odwracając głowy pytamy:

- Masz coś, co chciałbym kupić - oznajmiamy beznamiętnie w języku Meese Caulf.

- A cóż to takiego? - pada odpowiedź Hutta, który wydaje się również nie okazywać żadnego zainteresowania rozmową.

- Informacja.

- To kosztuje - replikuje tubylec.

- Ile?

- Pięćdziesiąt za jedną.

- Niech będzie - kiwamy głową.

- Najpierw kredyty - przerywa Hutt.

Sto kredytów zmienia właściciela, rozmowa toczy się już w innej atmosferze, atmosferze interesów.

- Co chcesz wiedzieć?

- Szukam kogoś. Nazywa się Gar Talin. W jakich lokalach najczęściej można go spotkać?

- W kilku. Restauracja "Pan Piktt" na osiemdziesiątym ósmym poziomie, kantyna "Płonąca Deska", rzadko pojawia się u "Różowej Maddy". Wszystkie te miejsca znajdują się w sektorze Corelliańskim.

- Ktoś mu towarzyszy?

- Jest biznesmenem. Choć stara się ukrywać fakt, że pracuje dla Kantoru, to wszyscy o tym wiedzą. Ma dwóch zaufanych strażników, stać go na to.

Kierujemy się w stronę wyjścia, Hutt dalej obserwuje tańczące Twi'lekianki. Ale my już wiemy. I zamierzamy zrobić z tej wiedzy użytek..

Link to comment
Share on other sites

Wybor, ktory nie jest wyborem. A wiec uczyniono pierwszy krok, tak jak ona teraz czyni wlasny.

- Mogłeś być delikatniejszy - jest rozgoryczona sposobem w jaki ja potraktowalem, oburzona. Nie zdaje sobie sprawy, ze nie bylo innego sposobu. Nie mialo tez sensu poszukiwac. Zapamietala lekcje poprzez bol, poprzez szok nauczyla sie, ze atak nie ma sensu. Jej uczucia nie maja znaczenia, dopoki pamieta lekcje.

- Dobrze, pomogę ci, cokolwiek chcesz zrobić, ale mam jeden warunek. Jesteśmy w Sektorze Uchodźców, parę przecznic stąd znajduje się mój statek. Jeśli nie masz nic przeciwko, to chciałabym chociaż na chwilę do niego wstąpić. Chyba nie myślisz, że będę paradowała po ulicach potargana i uwalana krwią?

Sektor Uchodzcow... przecznica... statek... slowa pozbawione znaczen, prozne, dzwieczace pustym echem w umysle. I obrazy. Wysokie wieze laczone podniebnymi kladkami... szaty wykonane z obcego materialu... technologiczna bryla o nieznanym mi zarysie.

- Twe slowa pozbawione sa dla mnie znaczenia... obce... puste. Lecz dobrze, jesli taka jest twa wola bedziesz mogla zmienic swoj przyodziewek. Jednakze dopoki nie opuscimy schronienia naszych wrogow bedziesz mym sluga. I niczym sluga wykonasz kazde me polecenie, a ja jako Twoj mistrz nie zniose nieposluszenstwa.

Wscieklosc uderza na jej oblicze. Duma i przekonanie o wlasnej wartosci odezwaly sie w niepokornym sercu. Niefortunnie ku memu zalowi nie mam czasu przekuc ich w bardziej wskazane cechy. Jednak przypomnienie lekcji moze okazac sie koniecznym. Siegam poprzez Moc ku broni, ktora Czysta wciaz trzyma w reku. Gwaltowne szarpniecie niemal przewraca ja, lecz puszcza niezdarnie wykute ostrze. Zwracam je kontrolowanemu straznikowi.

- Jestes sluga i wiezniem. Wiezniem prowadzonym na skazanie. Totez zachowuj sie niczym wiezien i wygladaj jak wiezien. Lecz jesli lekcja jest zbyt ulotna widmo krat i cierpienia moge uczynic bardziej wyraznym. A teraz chodz... slugo.

Gniew.... zacisniete piesci... nie maja znaczenia. Wazne, ze podaza... jako wiezien.

Link to comment
Share on other sites

W co ja się wpakowałem. Mam nadzieję, że on jest tego wart. Podchodzę do właściciela i zaczynam wyjaśniać:

- Przepraszam bardzo za to zamieszanie. Mój przyjaciel wypił trochę zbyt dużo Coreliańskiego piwa. Nie chciałem, żeby koledzy widzieli go zataczającego się i gadającego od rzeczy.

Z kieszeni wyciągam plik banknotów i staram się wpłynąć na gospodarza Mocą:

- Oto zapłata za pańską fatygę, proszę to wziąć i oddalić się stąd czym prędzej. Nie widział nas pan.

Mężczyzna bierze kredyty i wychodzi bez słowa z pokoju.

- Muszę jeszcze załatwić parę spraw. Ty zostań tu i staraj się nabrać sił. Wisisz mi niezłą kasę. - mówię, po czym wychodzę z pomieszczenia.

Kieruje się w stronę baru. Spoglądam na gości hotelowych w poszukiwaniu Hutta Tellfy. Na szczęście nie jest to zbyt trudne. Jego masywna sylwetka jest widoczna z daleka. Nie zmienił się ani o jotę od naszego ostatniego spotkania. Na mój widok od razu promienieje i zaczyna rozmowę:

- Kogo to moje oczy widzą? Ragg Falco! Dawno się nie widzieliśmy! Jak tam idą interesy?

- Idą. Nie po to tu przyszedłem. Potrzebuje informacji Hucie. Nie wiesz gdzie mogę znaleźć oficera Republiki Kirtha Boola? - pytam podając mu należna sumę...

Link to comment
Share on other sites

Wpatrywałam się w maskę, czekając na odpowiedź istoty. W pewnej chwili zaczęłam myśleć, że posunęłam się za daleko i zdenerwowałam go… Nie chciałam znowu wylądować na podłodze, już miałam powiedzieć coś więcej, gdy przemówił.

-Twe slowa pozbawione są dla mnie znaczenia... obce... puste. Lecz dobrze, jeśli taka jest twa wola będziesz mogła zmienić swój przyodziewek. Jednakże dopóki nie opuścimy schronienia naszych wrogów będziesz mym sługą. I niczym sługa wykonasz każde me polecenie, a ja jako Twój mistrz nie zniosę nieposłuszeństwa.

Prychnęłam z niedowierzaniem. Nawet jeśli ta nadęta sterta szat robiąca efektowne sztuczki jest w stanie mnie przewrócić, jakim prawem mam być jej posłuszna? Myśli że mnie zastraszy? Uniosłam głowę, spojrzałam chłodno na istotę i położyłam wolną rękę na biodrze, wyrażając sprzeciw.

Coś szarpnęło, odrzuciło mnie w tył- to wibromiecz wyrywał się z mojej dłoni, więc szybko go puściłam. Lewitował chwile w powietrzu, a później wylądował w ręce strażnika.

- Jesteś sługą i więźniem. Więźniem prowadzonym na skazanie. Toteż zachowuj się niczym więzień i wyglądaj jak więzień. Lecz jeśli lekcja jest zbyt ulotna widmo krat i cierpienia mogę uczynić bardziej wyraźnym. A teraz chodź... sługo.

Kiedy odwrócił się, stałam jeszcze chwile w miejscu. Pomijając jego wygłoszone patetycznym tonem groźby, mówił z sensem. Byłam na listach w Kantorze od kilku dobrych miesięcy, wiele osób tutaj może mnie rozpoznać…

Jeszcze raz otrzepałam ubranie, podeszłam szybkim krokiem do oszołomionego strażnika i zacisnęłam jego dłoń na swoim przegubie, zwiesiłam głowę. Wyszliśmy z pokoju przesłuchań na znany mi korytarz, przez kilka minut nie spotkaliśmy nikogo, a strażnik zdawał się wiedzieć, gdzie nas prowadzi.

- Zin, gdzie ich prowadzisz?- rozległ się niski, męski głos- Andon już skończył?

- Taak… Dogadał się z… nim- strażnik kiwnął na istotę- Mamy odprowadzić dziewczynę…

Nowo przybyły mężczyzna podszedł bliżej, mocno złapał mnie pod brodę i spojrzał swoimi zimnymi oczami w moje oczy. Uśmiechnął się drwiąco widząc, jak jestem przerażona i wrogo nastawiona jednocześnie.

-Więc odprowadzajcie. Ale wezwij kogoś z patrolu, ten kwiatuszek może sprawić ci sporo kłopotu. Zobacz, ma oczy jak dzika tuk’ata, wielkie i wściekłe…

Zatrzymał wzrok na moim nowym towarzyszu, patrzył chwilę, odwrócił się i skierował się do najbliższego gabinetu, stukając obcasami wojskowych butów.

Szczęśliwie nie spotkaliśmy nikogo więcej. Tuż przy wyjściu, nasz przewodnik potrząsnął głową, spojrzał na nas i pobiegł z powrotem do budynku. Nie było czasu do stracenia.

Lewitujące szaty poruszały się we wcale niezłym tempie, więc do statku dotarliśmy za kilka minut. Kiedy zamknęły się za mną drzwi do „Eolii”, odetchnęłam z ulgą i poczułam się bezpiecznie.

-Rozgość się- rzuciłam w stronę istoty i pobiegłam do łazienki.

Prysznic podziałał orzeźwiająco, olejek z zieloną lawendą uspokoił mnie, a ręce przestały mi się trząść. Przeszłam do garderoby i przez chwilę mocowałam się z zepsutymi drzwiami. W końcu dałam dobie spokój- co mnie obchodzi, że niematerialna, nadęta istota z nieznanej części galaktyki zobaczy mnie w bieliźnie?

Włożyłam czyste spodnie oraz długi sweter z miękkiego materiału i przeszłam do centralnej części statku. Istota już tam była.

- Chcesz wyruszyć natychmiast? Szybko nas tutaj nie znajdą, a ja jestem trochę zmęczona i chętnie bym odpoczęła. Z drugiej strony, im szybciej zaczniemy uciekać, tym lepiej.

Jeśli ma to dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, nazywam się Lylei.

Link to comment
Share on other sites

Powoli odzyskałem przytomność.... ostatnią rzeczą jaką pamiętam był komunikat na głównej konsoli: "silniki hamujące nie działają" Nawet nie zdążyłem zapiąć pasów... Kapsuła musiała wpaść ze zbyt dużą prędkością w atmosferę, a ja pewnie rąbnąłem głową w ścianę i straciłem przytomność.... to by tłumaczyło ten potworny ból głowy...

Otworzyłem oczy i rozejrzałem się. Wnętrze kapsuły było w opłakanym stanie wszystkie monitory potłuczone, konsolę sterującą trawił ogień, a fotel w jakiś sposób został wyrwany ze swojego miejsca i leżał pod ścianą....

Jednak jeszcze żyję, a to znaczy, że repulsory automatycznie się włączyły i zamortyzowały trochę upadek.

Nagle, usłyszałem przytłumione głosy, które z każdą chwilą robiły się głośniejsze. Ktoś zblizł się do kapsuły. Niemrawo zacząłem zbierać sie z podłogi i szukać mojej torby. Tam schowałem blaster.

Jak znam życie i Nar Shaadda nie była to żadna grupa ratownicza. Najpewniej Kantor, Huttowie, albo Złomiarze. Byc może któryś z gangów... Od czasu mojego ostatniego pobytu na tej planecie raczej nie stali się altruistami. W najlepszym wypadku tylko mnie okradną, a w najgorszym..

W końcu udało mi się wstać... po chwili znowu zwałem się na ziemię. Zrobiło mi się czerwono przed oczami. Miałem najpewniej wstrząs mózgu.... po prostu cudownie. Głosy ucichły. Ktoś otworzył właz do kapsuły. Światło z zewnątrz oślepiło mnie na moment. Po chwili usłyszałem odgłos odbezpieczanego blastera.

- Na twoim miejscu nie robiłbym zbyt gwałtownych ruchów... - głos był twardy i nieprzyjemny, jednak bez wątpienia należał do człowieka.

-Słuchaj....

- ....i nic bym nie mówił - człowiek przy drzwiach bezceremonialnie mi przerwał.

- Spike! Ktoś tu jednak jest! Chodź tu szybko!! - mężczyzna wrzasnął na zewnątrz, przyprawiajac mnie przez to o kolejny ból głowy.

Do wnętrza wgramoliła sie druga istota. Twi'lek.

- No, no - Obcy rozejrzał się bystro po wnętrzu i podszedł do mojego plecaka. Chciałem ruszyć się i mu przeszkodzić, ale facet przy drzwiach ostrzegawczo uniósł broń i uśmiechnął się szyderczo. Był to jeden z tych uśmiechów "No dalej, uprzyjemnij mi dzień".

Zrezygnowany oparłem się o ścianę i czekałem na rozwój wypadków.

-Cholera! - Twi' lek zerwał się z podłogi. W ręku trzymał mój miecz świetlny. Po chwili wyciągnął blaster i wycelował go w moją stronę.

- Co prawda, nie ma już żadnej nagrody za Jedi, ale Goto na pewno chciałby się z toba spotkać.

- Nie jestem...

Zanim zdążylem dokończyć, Twi'lek wystrzelił. Dostałem błękitną wiązką w pierś. Całe szczęście była to tylko broń ogłuszająca.

Straciłem przytomność.

Link to comment
Share on other sites

Właśnie kończyłem jeść zamówiony posiłek, gdy usłyszałem gwałtowną wymianę zdań między jakimś Rodianinem i młodym człowiekiem. Z tego co usłyszałem wywnioskowałem, iż mężczyzna pracuje dla Republiki, co nie podobało się jego rozmówcy. Wraz ze swoimi kolegami zaatakował on człowieka, który po chwili padł nieprzytomny na ziemię. Jednak bójka wyraźnie ożywiła przebywających w barze, którzy chętnie przyłączyli się do walki. Tamten człowiek pracuje dla Republiki... A Republika zawsze dobrze płaci tym, którzy jej pomogli... Może więc warto by go stąd wyprowadzić? Zastanawiałem się tak dłuższą chwilę, po czym podjąwszy decyzję podniosłem się z krzesła i uniosłem do góry. Następnie lecąc ponad głowami walczących dotarłem do człowieka, którym chwilowo nikt się nie interesował. Nachyliłem się nad nim i wymierzyłem mu kilka policzków mówiąc:

- Obudź się! Szybko!

Link to comment
Share on other sites

Tak naprawdę w każdym świecie istnieje nieskończona wielość innych, mniejszych światów, które nieustannie nakładają się na siebie. By to dostrzec trzeba stać z boku i uważnie obserwować, wtedy wszystko stanie się jasne... Wnętrze jest delikatnie oświetlone lampami zwisającymi z sufitu, światło pada na czarne ściany odbijając się od nich. Podłoga jest błyszcząca i wypolerowana jak lustro, a w oknach, zasłoniętych czerwoną kotarą, wstawiono pancerne szyby, które oddzielają ten świat od tego znajdującego się na zewnątrz. „Pan Piktt” był restauracją znaną, to tutaj spotykali się nieuczciwi politycy, skorumpowani stróże porządku i bossowie przestępczego światka. Najczęściej razem. Przy jednym stole. Przy tych stołach, krytych czerwonym suknem, rozgrywały się batalie świata przekrętów. Bitwy, w których wygrywano ogromne fortuny, a tracono jeszcze większe. Kłamstwo i obłuda były nieodłączną częścią tej rzeczywistości, a życie miało tu najmniejszą wartość. Zdecydowanie istnienie żyjących to najtańszy towar w handlu, gdzie gra się o władzę i wpływy. Tutaj rozgrywał swoje partie szachów Gar Talin. Idealne miejsce, by wyprowadzić niespodziewane uderzenie. Wykorzystanie ślepej siły w miejscu takim jak to traciło sens, o wiele lepiej wyciągnąć go stąd. Gdzieś, gdzie byłby bardziej podatny na atak i - jednocześnie - można było przejść do kolejnej fazy planu. Cokolwiek on wiedział, nam tego nie powie, a skoro nie będzie chciał współdziałać trzeba to załatwić w inny sposób. Pora zagrać w tę grę. Po sali kręciło się kilku kelnerów płci obojga, wypatrzyliśmy nasz obiekt zainteresowania i podeszliśmy doń z przygotowanym napiwkiem. Człowiek stał w kącie z kilkoma innymi humanoidami. Czekali na zamówienia i nowych klientów popijając jakieś trunki.

- Przepraszam - zaczęliśmy ostrożnie, by nie spłoszyć zwierzyny. Nie zdejmujemy kaptura. Ani osłony, to byłby nierozsądne. - Jest tu jakaś toaleta? - gest w określonym kierunku, ignorujemy go. Już wcześniej rozpoznaliśmy teren, by móc skutecznie zadziałać.

- Dziękuję, dobry człowieku - wciskamy mu w dłoń solidny napiwek i zamawiamy mu drinka. Kiedy znajdujemy się odwróceni plecami do kelnera wrzucamy do trunku środek na rozwolnienie.

Podajemy go z gorącymi słowami podziękowania i wróciliśmy do stolika, by móc obserwować sytuację. Po kilku minutach - oraz solidnych drinkach - nasz cel odstawił szklankę i udał się do ubikacji. Ostrożnie wstajemy i idziemy za nim. Tak, by nie zostać spostrzeżeni. Widzimy szereg drzwi, na klamce jednej z nich spoczywa wywieszka z napisem „nieczynne”, człowiek mija ją i wchodzi do przyległego pomieszczenia.

W toalecie nikogo nie ma, czekamy aż kelner skończy załatwiać swoje organiczne potrzeby. Kilka powolnych minut mija w ciszy przerywanych od czasu do czasu podśpiewywaniem niczego nieświadomego obiektu. Wreszcie zasuwa zgrzyta, a człowiek otrzymuje cios nasadą dłoni w kark. Pada ogłuszony. Zamiana ubrań trwa kilka chwil, gorzej z ukryciem ciała. Ciało zostało przebrane w nasze odzienie. Ofiara zostaje odurzona narkotykiem, który barwi palce na pomarańczowo.Nieszczęśnik działając pod wpływem nielegalnej substancji stłukł szkło... - uderzamy dłonią o lustro - ...następnie pochwycił jeden z odłamków... - podnosimy stosowny element - ...i podciął sobie żyły. Wykonujemy odpowiedni ruch ułamkiem i czerwona ciecz zaczyna barwić podłogę. Upewniamy się, że niefortunny humanoid wykrwawił się na śmierć i zamykamy drzwi do toalety zmieniając przy tym wywieszkę miejscem, by ktoś nie natknął się na ciało zbyt wcześnie. W stroju kelnera wybieramy miejsce jakie zajmował nasz poprzednik. Grupa najwidoczniej musi pełnić swoje obowiązki w związku z wzrastającą liczbą gości. Czekamy. Jesteśmy bardzo cierpliwi.

Link to comment
Share on other sites

Otworzyłem oczy… pierwsze co ujrzałem to… gęba Toydarianina.

Mówił:

- Obudź się! Szybko!

Pomyślałem:

Świetnie. Nie dość, że mnie skopali to jeszcze sprzedali jak niewolnika.

-Wstawaj! Bo nas zgniotą! – mówił dalej obcy.

Podniosłem się. Pierwsze co zrobiłem to podniosłem mój miecz.

- Uwaga! – krzyknął.

W naszą stronę leciał jakiś człowiek. Odskoczyliśmy na boki.

- Za ladą musi być tylne wejście! Choć! – powiedział mój tymczasowy partner.

Toydarianin poderwał się do lotu i już za chwilę był za ladą.

- No choć! – krzyknął.

- Łatwo ci mówić. – mruknąłem.

Najpierw przeskoczyłem nad jakimś leżącym Rodianinem. Zobaczyłem kilka stołów ustawionych na boku, blatami do środka sali. To moja okazja – pomyślałem. Krótki rozpęd, ślizg i już jestem za stołami.

- Ruszaj się! – usłyszałem głos partnera.

Od Lady dzieli mnie jakieś trzy metry.

- Daleko co?

- Tak ale mog… - odwróciłem się i zobaczyłem Rodianina z którym wcześniej wygrałem w Pazzaka.

Przeciwnik spróbował mnie uderzyć pięścią… i niestety mu się to udało. Ale ja się trochę odsunąłem i kopnąłem go z pół obrotu. Koleś leżał nieprzytomny. Oby ciebie naprawdę sprzedali jako niewolnika – pomyślałem.

- Długo mam czekać?! – pogonił mnie Toydarianin.

Rozglądam się co można zrobić. Aha. Lampa pod sufitem. Skok, łapię się i… zatrzymuję na środku sali. Wszyscy zwracają się do mnie przodem i ustawiają na około mnie. Chyba czas wypróbować ten trik z filmów. Podskakuję i stawiam nogę na twarzy pierwszego kolesia. Potem następnego i następnego. Aż zaczynam biec po nich trzymając się cały czas lampy. Przeciwnicy padają jeden po drugim.

- Pięknie! Ale oni już długo nie poleżą. Chodźmy! – powiedział partner.

Przeskoczyłem przez blat. Skręciliśmy w korytarz i już widzieliśmy tylne wyjście...

Link to comment
Share on other sites



  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...