Jump to content
Black Shadow

American Dream

Recommended Posts

Luther Radomér

Siedziałem na krześle z cienkich metalowych rurek, jakich cała masa walała się po piętrze należącym do dziesiątki. A właściwie to po całym naszym budynku. W palcach, które, co z przykrością zauważałem, były już nieco powykrzywiane z racji wieku, tuliłem kubek kawy. Smakowała... no, tak jak można by się tego spodziewać po kawie z automatu, ale lata, które tutaj spędziłem nieodłącznie wiązały się z tym właśnie smakiem. Kiedy Burns wpadł do pomieszczenia wysłuchałem go, po czym podniosłem lekko rękę. Odnotowałem skinienie, jakim udzielił mi głosu Burns i odstawiłem kawę na zawalony papierami stół.

- Nie widzę wśród nas Cooney'a, więc będzie wam musiało wystarczyć moje wyjaśnienie sytuacji. A właściwie zaciemnienie, bo fakty, które mam wam do przekazania zamiast cokolwiek wyjaśniać jedynie wprowadzają trochę chaosu.- Urwałem, po czym ponownie zacząłem mówić. Opowiedziałem co z Faolanem zastaliśmy w porcie i dosyć dokładnie streściłem nasze spotkanie z młodym nadczłowiekiem i wampirami z Sangre. Kiedy skończyłem dałem znak Burnsowi, że to wszystko z mojej strony.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Faolan Cooney

Pod koniec dnia byłem wyczerpany. Pseudowampir stawiał niezły opór. Ciekawe, jak ta sprawa się rozwiąże. Co tam właściwie robiły te wszystkie wampiry i wilkołaki? No cóż, tym zajmę się jutro, teraz pora spać.

Obudziłem się i spojrzałem na zegarek. Cholera, zaspałem! Po wczorajszych zdarzeniach musiałem przespać budzik! Szybko przygotowałem się do pracy i wrzuciłem coś na ząb. Na szczęście nie było dużych korków, i do wydziału dotarłem tylko lekko spóźniony. Niemalże wbiegłem do sali odpraw, która okazała się być pusta. Kolejne kilka minut zajęło mi ustalenie właściwego miejsca spotkania, a gdy przybyłem, Luther właśnie kończył sprawozdanie. Wysłuchałem go do końca, i dodałem troszkę od siebie.

- Nie wiem, czy już to odkryliście, ale ten gość nie pachniał jak wampir. Jest metaczłowiekiem, ale chyba był ugryziony przez wampira. Możliwe, że miało to miejsce w magazynie ? streściłem jeszcze krótko, co wywąchałem. - A, właśnie. Przesłuchaliście już chłopaka?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Dzięki za dodanie kolejnych elementów układanki. - odparł Burns i może nawet by się uśmiechnął gdyby nie fakt, że sprawa była poważna. - Wczorajszej nocy w przeciągu godziny, może nawet dwóch, mieliśmy sekwencję trzech zdarzeń. Znajdujemy trupy wilkołaków i wampirów w portowym magazynie, na miejscu wywiązuje się walka z potencjalnym sprawcą, metaczłowiekiem ugryzionym przez wampira. Gdzieś indziej John znajduje miejsce masakry w jakieś zapadłej dziurze i znów, wszystkie ofiary nie były zwykłymi śmiertelnikami. A na koniec albo gdzieś z początku, zależy co ustalimy, inny nadnaturalny ozdabia ściany willi Martineza jego wnętrznościami, rozwala paru jego ludzi i ucieka przed przybyłymi jednostkami policji. - westchnął. - Najpewniej będziemy musieli z nim współpracować jeżeli zgodzi się na propozycję Verreta. Ta sprawa jest duża. Ogromna. Przyda się każda dodatkowa siła ognia nawet jeśli to Strażnik z mocami.

Burns pociągnął solidny łyk kawy i kontynuował:

- Mówiąc w skrócie, wszystkie ofiary wczorajszej nocy były powiązane z jedną sprawą i uwierzcie mi, będzie tylko gorzej. Ktoś albo coś, nikt nie wie kiedy choć podejrzewamy, że nie dalej jak miesiąc temu, zaczęło rozpuszczać plotki w całym mieście na temat potężnego artefaktu jaki ma przybyć do naszego miasta. Tak jest ludzie... - Mattie uśmiechnął się ironicznie. - Mamy własnego Świętego Graala na głowie. Nie mamy pojęcia jak wygląda, jakie są jego właściwości ani gdzie się znajduje, ale nie przeszkadza to każdemu sku******wi z Zachodniego Wybrzeża ruszyć na jego poszukiwanie. Będą walczyć o niego wszyscy, którzy mają pojęcie o istnieniu nadnaturalnego świata. Każdy zdegenerowany wampir, wilkołak, metaczłowiek, nieśmiertelny... cholera, może nawet przywieje tutaj jakiegoś maga z Zachodniego Wybrzeża. Oficjalnie Sangre, Sanctimonia i parę innych, mniejszych organizacji dogadało się, że otwarta wojna o Graala zaszkodzi wszystkim i za pośrednictwem wampirów skontaktowali się z nami prosząc o pomoc w poszukiwaniach i upewnienie się, że cokolwiek tym artefaktem jest nie wpadnie w niepowołane ręce. No, przy okazji wspomnieli coś o tym, że wśród wszystkich mamy zaufanie, że nie wykorzystamy tego cholerstwa do własnych celów. I nie wykorzystamy. - Burns wbijał wzrok w każdego po kolei pokazując, że nie żartuje. - Jeżeli znajdziemy to pierwsi zapieczętujemy to cholerstwo albo nawet zniszczymy jeśli się da. Istnienie tego czegoś powoduje zbyt dużo zamieszania. Na razie ofiarami są głównie nadnaturalni jak widzieliście, ale tylko czekać aż to ulegnie zmianie. Główne grupy obawiają się złamania Maskarady, więc jak słyszycie każdy ma coś do stracenia.

Nieformalny dowódca Wydziału Dziesiątego rzucił zgromadzonym teczki z kopiami naszykowanych na szybko raportów oraz analiz ze wczorajszych wydarzeń a przy okazji paroma służbowymi notatkami.

- Na razie, w ramach naszej operacji, będziecie mieli inne zadanie niż szukanie igły w stogu siana. Co prawda znaleźć tego gościa nie będzie łatwo, ale przynajmniej może zostawić za sobą ślad. - podniósł zdjęcie szaleńca schwytanego zeszłej nocy przez Faolana i Luthera. - Szukamy sprawcy masakry na nadnaturalnych w ruderze. Intuicja każe mi podpowiadać, że ma coś związanego z naszym niezbyt pomocnym więźniem, którego los, przy okazji, wiąże się tylko z zakładem dla obłąkanych. Może to jego wspólnik, może dał mu część mocy. Nie wiem. Czuję jednak, że jakkolwiek szalony by nie był ma w sobie tyle siły, żeby wymordować zaskoczonych członków spotkania i coś mi mówi, że także rozmawiali o Świętym Graalu. Tym samym dochodzimy do kolejnego wniosku. Nasz Szaleniec szuka tego samego. Musimy go dopaść i zatrzymać, raz a dobrze. Jakieś pytania co do mojego monologu? - pociągnął kolejny łyk.

* * *

- Szukamy Świętego Graala. - wyszczerzył zęby Verret. - No, może nie do końca... w każdym razie o to skrótowa wersja - po mieście rozeszły się plotki o niezwykle potężnym artefakcie. Nikt nie ma pewności jak wygląda, czym jest, jaką posiada moc, ale nie zmienia to faktu, że większość podziemia w tym Anarchiści, renegaci od wilkołaków i jeszcze milion innych ludków chce to dopaść. Jeszcze trochę a będzie toczyć się regularna wojna a do tego ani my ani Sagre ani Sanctimonia nie chce dopuścić. Złamanie Maskarady oznacza katastrofę. W najlepszych wypadku paru facetów w czerni z Wschodniego Wybrzeża weźmie kilkunastu magów i walną zaklęciem obszarowym na całe LA masowego wyczyszczenia pamięci albo coś w tym stylu. Gorzej? Z miasta zostaną ruiny choć nie, żebym sugerował, że się przejmiesz. - zaśmiał się z nutką ironii. - Mój nieformalny wydział tworzy jeszcze bardziej nieoficjalną grupę zadaniową, która ma się skupić tylko na rozwiązaniu tego kryzysu, odnalezieniu tego całego Graala i powstrzymaniu największych rozrabiaków, którzy go szukają. Na trop jednego już wpadliśmy. Gość jest silny, wpadł na spotkanie wilkołaków, wampirów i metaludzi, łącznie może z trzydziestu nadnaturalnych. Nikt się nie ostał. Jak słyszysz, będziemy potrzebowali każdej siły ognia jaką możemy znaleźć. To chcesz zrobić coś dobrego dla miasta, Strażniku?

* * *

Pogodność w tonie Arko nie zmieniła się ani o jotę przez cały jego monolog.

- Ktoś zasiał wiatry wojny w naszym pięknym mieście. - zaczął przypatrując się linii zabudowań za oknem. - Całe podziemie wliczając w to Anarchistów, renegatów niezwiązanych z klanami wilkołaków, jacyś metaludzie i tak dalej jest o krok od prowadzenia między sobą otwartych walk tylko aby dopaść przedmiot o jakim nie wiedzą nic. Nie dalej jak miesiąc temu rozeszły się plotki jakoby do Los Angeles zmierzał potężny artefakt, tak enigmatyczna informacja sprawiła, że wszyscy skoczyli sobie do gardeł i z zapałem szukają jakichkolwiek plotek o tym przedmiocie. Tym samym Maskarada jest zagrożona a Sangre, Sanctimonia i inne dosyć znane grupy zdecydowały się na nieformalny pakt dotyczącego tego... "Graala". Specjalne siły policji z Wydziału Dziesiątego także zostały wprowadzone w tą sprawę i to oni formują nieoficjalną grupę zadaniową aby znaleźć artefakt i... zapewne pochować go głęboko pod ziemią albo zniszczyć. Przy okazji utrzymać Maskaradę i powstrzymać najbardziej zażartych poszukiwaczy. Będziesz ich wspomagał. - wampir zebrał się do wyjścia. - To wszystko. Informacje o miejscu spotkania z grupą zadaniową otrzymasz później. Miłego dnia, Corb.

Teraz, po odebraniu sowitej zapłaty, wampir rozmyślał nad słowami przywódcy Sangre oraz tym co może go spotkać podczas tej roboty. Doszedł do wniosku, że także jego ostatni cel musiał być zamieszany w całą sprawę, ale nie wydawał się poważnym źródłem wiedzy, operował na plotkach tak jak wszyscy... Cóż, nie może teraz odmówić, w końcu przyjął zlecenie. Byłoby znacznie lepiej gdyby już się z nim skontaktowali.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Słucham przemowy szefa, czując powoli wzbierające zdziwienie i gniew. Chwytam w laskę mocniej w ręce, wstaję i kuśtykam do Burns'a.

- Matt, znamy się parę dobrych lat i podejrzewasz pewnie co teraz powiem. Rozumiem, że będziemy współpracowali z wilkołakami i wampirami, którzy wesprą nas swoimi... nie do końca legalnymi "wojownikami". Nic do nich nie mam, kierują się swoimi zasadami i dla Maskarady sami trzymają się w ryzach i nam pomagają. Jednakże obawiam się, że mogę mieć problem z działaniami Verreta i jego nowego kontaktu. Mamy Strażnika, osobę, która samym swoim istnieniem i działaniami stoi w sprzeczności z instytucją prawa i policji. Osobę, która zmasakrowała barona narkotykowego, kiedy my rozpracowujemy jego organizację. Ten Strażnik, kimkolwiek jest, popełnił morderstwo i nie ważne, kim były jego ofiary. Dlaczego ktoś taki miałby z nami współpracować?

Szybko przeglądam raport na temat omawianej zbrodni. Kontynuuję spokojnym głosem, lekko akcentując najważniejsze fragmenty.

- Widzisz? Krzesło na środku pokoju, kawałki taśmy klejącej. Związał go, torturował i rozsmarował na ścianach. W imię sprawiedliwości.-kręcę głową- Tej samej sprawiedliwości, którą próbujemy wprowadzić cywilizowanymi metodami. Już sam modus operandi na miejscu zdarzenia napawa niepokojem. Wyjątkowa brutalność, a to oznacza najpewniej nieprzewidywalność. Ba, może ten gościu wpadł do Martineza po spotkaniu w pewnej ruderze? Nawet jeśli to nie on jest naszym celem, rozważ proszę hipotetyczną sytuację... Walczymy z tym mordercą nadnaturalnych w ruderze, tuż obok mamy skarbiec ukrywający Gralla. Nasza strona wygrywa, lecz jedynym żywym pozostaje ten człowiek. Czy jesteś gotów zagwarantować, że w imię pojmowanej na swój sposób sprawiedliwości nie wykorzysta go przeciw miastu i w jego oczach przekupnej i nieudolnej policji? Poza tym, co zrobimy z nim potem? Musi ponieść karę.

Przerywam na chwilę.

- Zastosuję się do rozkazów, chcę tylko byś wiedział, co o tym myślę. Będę go mieć na oku, lecz oczywiście nie oznacza to, że zaryzykuję powodzenie misji, by go pogrążyć. Z drugiej strony, jeden podejrzany ruch, coś, co wskaże na zagrożenie dla misji i będę wnioskował za jego aresztowaniem.

Czekam na odpowiedź Burns'a i wracam na miejsce.

____

FP:5

PM:15

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Świętego Graala? Widzę, że eskalacja konfliktu przybiera format taki, jakiego nikt by się nie spodziewał... - nawet nie staram się ukryć uśmiechu, który mimo maski przebija przez ton mego głosu - Nazywasz mnie Strażnikiem i tak łatwo klasyfikujesz, jakbyś wszystko o mnie wiedział. Mylisz się w swoich założeniach, tak jak i wy wszyscy mylicie się, jeśli macie jeszcze nadzieję. To miasto jest zgubione już od dawna, a jego przeznaczeniem jest upaść. Godne podziwu, że chcecie walczyć... ale czy aby na pewno wszyscy? Tak bardzo ufasz swoim kompanom z Wydziału Dziesiątego, by zawierzyć im swoje życie? Jeśli tak, to czemu przychodzicie do mnie i... "oferujecie" współpracę, kiedy do tej pory walczyliśmy? Skąd pewność, że was nie wykorzystam?

Pozwalam sobie na chwilę przerwy, uważnie obserwując porucznika. Nie musi nic mówić... wystarczy wyraz twarzy, który może - choć nie musi - powiedzieć mi wiele.*

- A może przybywasz do mnie w imieniu swoim własnym? - podchodzę do policjanta, chcąc poczuć jego oddech na mojej twarzy. - Bez względu na powody, obaj wiemy, że nad miastem zbierają się chmury. A gdy już się zbiorą, spadnie z nich lodowaty, rzęsisty deszcz, który rozbije waszą śmieszną iluzję porządku i ładu. W Los Angeles zapanuje zamęt i chaos. Zapanuje mrok. A pośród tego mroku będę ja, przyglądający się wam, rozpaczliwie próbującym ratować resztki własnych przekonań...

Już teraz mój powolny, niewymuszony choć cichy śmiech podkreśla całość mych słów.

- Pomogę wam. I Tobie. Zrobię to jednak tylko po to, by być blisko was w waszych ostatnich chwilach. Byście mogli słyszeć mój śmiech...

_____

FP: 4

PM: 15/15

* - inteligencja wobec próby odczytania myśli Verreta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luther Radomér

Kiedy John skończył mówić w pokoju zapadła cisza, wydająca się być nieomalże lepka. Właściwie było to do przewidzenia- niemal niemożliwe jest pogodzenie tylu ludzi, czy raczej rozmaitych stworzeń od ludzi poczynając, nawet jeśli na horyzoncie pojawia się jakiś wspólny cel. Zbyt wiele lat wzajemnej walki i zupełna odmienność metod działania, oraz ideałów kierujących każdym z osobna, czy nawet szeroko pojętymi grupami. W takiej zbieraninie każdy będzie się starał uszczknąć coś dla siebie, a w największym szambie znajdujemy się my- bo tylko nasza strona jest całkowicie przewidywalna i wiadomo do czego będzie dążyć. Reszta stanowi właściwie jedną wielką zagadkę- każdy z zrzeszonych w chwilowym sojuszu może się z niego natychmiast wyłamać, upatrzywszy jakiś bardziej korzystny dla siebie cel. Naszym zakichanym obowiązkiem było niedopuszczenie do tego, ale jednocześnie nie mieliśmy wielkiego wyboru, jeśli chodziło, o potencjalne sprzymierzenie się z kimkolwiek, czy też nie uczynienie tego. Sami mieliśmy raczej nikłe szanse na utrzymanie spokoju w mieście, tym bardziej, że w przypadku odrzucenia potencjalnego sojuszu groziło nam zawiązanie się go pomiędzy odrzuconymi przez nas grupami, a takie przymierze niekoniecznie musiałoby być przyjaźnie do nas nastawione. Jasne, każdemu zależało na zachowaniu Maskarady- niektórym jednak mniej, a innym bardziej, a na nasze nieszczęście to my musieliśmy się tym martwić najbardziej. Nie dziwiłem się więc Johnowi i temu co powiedział. Mimo niejakiej sprzeczności ze słowami szefa jego zdanie miało sens i to wcale nie mały.

Postanowiłem jednak zachować swoje przemyślenia dla siebie i nie odzywać się na ten temat głośno. Mieliśmy na głowie ogromna sprawę i nie były nam potrzebne jakiekolwiek filozoficzne dyskusje na temat słuszności, takiego, czy innego postępowania. Krótko mówiąc trzeba było spiąć tyłki i zabrać się do tego, co najlepiej nam wychodziło- łapania przestępców. To, że tym razem motywem całego zamieszania był jakiś potężny artefakt nie miało najmniejszego znaczenia. No, może takie, że tym bardziej musieliśmy zabrać się do roboty.

- Ktoś zajął się przesłuchaniem naszego zatrzymanego w porcie kolegi? ? zapytałem. ? Płonna nadzieja, że coś uda się z niego wyciągnąć, bo prawdopodobnie nie wie niczego na czym mogłoby nam zależeć, ale nie możemy tego odpuścić. ? Teraz zwracałem się już bezpośrednio do Burnsa. ? Byłbym wdzięczny jeśli kogoś do tego oddelegujesz. Gdyby pojawiły się jakieś problemy mogę się nim zająć, ale większym priorytetem byłoby dla mnie zapoznanie się z jak największą ilością informacji dotyczących tego artefaktu, naszego Graala, jak byłeś łaskaw to określić. Niejedno już w moim nieco przydługim życiu widziałem, ale jakoś nie obiła mi się o uszy żadna wzmianka o czymś podobnym. No, chyba, że pod nieco inną nazwą.

Share this post


Link to post
Share on other sites

John Barclays

Słysząc, jak do rozmowy wtrąca się Luther i pyta o konkrety, skarciłem się w myślach. Uniosłem rękę w przepraszającym geście i spytałem się:

- Nieważne zresztą. Szefie, mógłbym porozmawiać z tym gagatkiem z portu i pójść jakimkolwiek znalezionym tropem. Jednak przedtem chciałbym poznać naszych nowych współpracowników z Sangre i reszty i z nimi kontynuować działania.

Czekam na odpowiedz i koniec narady, po czym przystępuję do wykonywania obowiązków.

__

FP:5

PM:15

Share this post


Link to post
Share on other sites

Raven

Święty Graal? Słyszałem o czymś takim wiele razy, ale nigdy nie miało to wiele wspólnego z realnym życiem. Owszem, każde kłamstwo zawiera ziarno prawdy, ale nigdy bym się nie spodziewał, że taki przedmiot zawita do LA. Taka informacja wśród przeróżnych degeneratów może stanowić poważne zagrożenie... Nie dość, że dla miasta, Maskarady i tak dalej, to na pewno dla mojej własnej [beeep]. Jednakże, uczucie niepokoju miesza się ze satysfakcją... Zazwyczaj moje zadania były proste. Tu kogoś zabij, tam kogoś okalecz i zabij, a jeszcze gdzieś zabij i weź coś, co podobno należy do zleceniodawcy. A teraz? Szukam jakiegoś artefaktu, który może sprowadzić na liczące prawie 4 miliony mieszkańców ogromne niebezpieczeństwo. Artefaktu, który niewątpliwie ma wielką moc, którą można zawładnąć... Brzmi interesująco... Niestety, współpraca z "Dziesiątką" nie napawała mnie optymizmem. W końcu też jestem pewnego rodzaju przestępcą, więc raczej nie czeka na mnie tam miła atmosfera... Nie wspominając o tym, że wolę działać sam. No, nic pozostaje mi tylko czekać, aż ktoś się ze mną skontaktuje w sprawie miejsca spotkania z tą "nieoficjalną grupą zadaniową".

__________

FP=4

SK=6

Share this post


Link to post
Share on other sites

Faolan

Wypowiedź Burnsa nie napawała optymizmem. W wielkim skrócie: przed nami gotuje się kocioł szajsu, a my nie mamy zielonego pojęcia co z nim zrobić. Nikt inny też nie miał żadnych informacji, na których moglibyśmy działać. Dopóki Verret nie przyniesie jakiś wiadomości, nie pozostaje nam nic do roboty. Nic oprócz przesłuchania tego psychola z portu.

- Jedyny Graal o którym ja słyszałem, to ten od Jezusa. Ale chyba nie o tym mowa. Skoro i tak mamy siedzieć na tyłkach dopóki Verret nie zaszczyci nas swoją obecnością, może zrobimy coś pożytecznego i pójdziemy przesłuchać tego drania? Bo jak nie, to ja bym chętnie coś wrzucił na ząb. Moje śniadanie nie było dzisiaj zbyt obfite.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Doskonale. - Verret uśmiechnął się szeroko zupełnie niezrażony tym co przed chwilą powiedział Tenebrael. Jego sympatyczny wyraz twarzy jakby rozmawiał z najlepszym przyjacielem pozostawał nieodgadniony i jego rozmówca mógł się tylko zastanawiać co też kłębi się w głowie funkcjonariusza (*1). - Bardzo cieszy mnie twoje zaangażowanie się w sprawę z tak szlachetnych pobudek jak robota grabarza... w końcu ktoś będzie musiał pochować ciała poległych. - zaśmiał się głośno. - Pozwól, że na odchodne również podzielę się z tobą jedną, dosyć istotną radą... pamiętaj, że kiedy spoglądasz w pustkę... pustka patrzy na ciebie. Nie sądź, że Wydział Dziesiąty nie będzie próbował mieć cię na oku... tak na wszelki wypadek. Powiadomię cię o miejscu i czasie pierwszego spotkania z resztą grupy. Miłego dnia, Tenebraelu.

Po czym, nie czekając na odpowiedź, Verret zniknął za najbliższym budynkiem zostawiając Strażnika sam na sam ze swoimi myślami.

* * *

- Panowie, spokojnie - odparł Burns na monolog John'a. - Sam mam wątpliwości i nie będę darzył nikogo spoza Dziesiątki zaufaniem dopóki sobie na nie nie zapracuje, ale nie mamy wyboru. Sami sobie nie poradzimy, nie ma takiej możliwości. Niemniej cieszę się, że nie muszę wykorzystywać swojej pozycji i rozkazem zmusić was do uczestnictwa w grupie, bo nie podobało by mi się to ani mnie ani wam... a prawda jest taka, że wam mogę zaufać i liczyć na wasze zdolności.

Na pytanie o gagatka z portu pokręcił przecząco głową.

- Nie ma szans. Rozmawianie, a raczej próba rozmowy, z tym szaleńcem jest tylko stratą czasu. Kompletnie stracił kontakt z tym światem. Dałem już znać komu trzeba i za kilka dni powinna pojawić się ekipa z jednego ze specjalnych centrów odosobnienia dla wyjątkowo niebezpiecznych okazów jak właśnie metaludzie albo nieśmiertelni bądź wampiry. Lokacja oczywiście ściśle tajna, nawet dla służb takich jak my. - ciężko było spodziewać się, że normalne więzienie, nawet o maksymalnie zaostrzonym rygorze, byłoby sobie w stanie poradzić z takimi delikwentami pełnymi mocy. - A więc teraz pozostało nam tylko poczekać na porucznika i...

- Ktoś mnie wołał? - do pomieszczenia wpadł nikt inny jak zawsze uśmiechnięty Verret. - Zgodził się nam "pomóc" i dodać trochę siły ognia, ale nie próbuje nawet udawać, że zechciałby zyskać nasze zaufanie. Będziemy musieli go mieć na oku, ale hej! Przecież spodziewaliśmy się tego od samego początku, prawda? Poza tym nawet jeśli będzie coś kombinował to wątpię czy znajdzie sobie sojuszników a tym samym będzie sam wobec nas wszystkich. Akurat moje światło nadaje się idealnie na walkę z jego mrokiem. - wyszczerzył zęby.

- Cóż - odparł Burns. - To chyba kończy naszą odprawę... Miejsce i czas spotkania naszej nieoficjalnej grupy z resztą spoza Dziesiątki zostało do ustalenia, ale pozwolicie, że załatwimy to na wyższym szczeblu. Zostaniecie powiadomieni stosowną drogą. A teraz - wstał do wyjścia - macie jeszcze jakieś pytania?

* * *

Raven czekał dalej. Wiadomość jeszcze nie przyszła (*2).

---

1 - fabularna rzecz, nie było rzutu wink_prosty.gif

2 - w tej kolejce nie musisz odpisywać, nie naszykowałem nic specjalnego dopóki reszta graczy nie skończy/skończyła swojej części ^_^

Share this post


Link to post
Share on other sites

John Barclays

Powoli idę do wyjścia, rozmyślając. Nagle przypominam sobie o czymś i odwracam się w kierunku zebranych. Stukam laską w podłogę chcąc zwrócić na siebie uwagę.

- Jako, że niemal błądzimy po omacku spodziewam się postępów w śledztwie dopiero po spotkaniu z "sojusznikami". Na razie musimy przeprowadzić rutynowe czynności. Mam zamiar pójść do koronera i techników, aby zobaczyć co mogą dla nas mieć. Tu dochodzę do sedna. Jak rozumiem, najbardziej w tej sprawie, jak na razie, siedzimy ja, Cooney oraz Radomer. Doskonale. Możecie mi pomóc? Podejrzewam, że wiedza nieśmiertelnego oraz węch wilkołaka mogą w tej sytuacji wychwycić coś, co mogło umknąć CSI. Swoje znaczenie ma też fakt, że jeśli gość z portu i Szaleniec mają coś wspólnego, to Faolan wychwyci jakieś podobieństwo zapachowe na ciałach ofiar lub śladach i potwierdzi nasze przypuszczenia. Zatem?

____

FP:5

PM:15

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tenebrael

Po odejściu policjanta stoję na dachu w bezruchu jeszcze dosyć długo. Intensywnie przenikające przez świadomość myśli kłębią się i kotłują, nie pozwalając na czyste przejrzenie tego, w czym się znalazłem. Nie miałem jednak żadnych wątpliwości co do jednego. Wyciągnąłem telefon, który pozwolił mi poznać swojego prawdziwego "pracodawcę".

- Nie mam złudzeń, musisz mnie słyszeć - rzuciłem, patrząc na spoczywający w mym ręku telefon. - Czas na renegocjowanie naszej umowy. Emocje mnie zaślepiły, a to, czego sobie zażyczę powinno ci przysporzyć jeszcze mniej problemów, niż moja poprzednia prośba. Czekam...

Odwracam się od krawędzi dachu i idę w stronę wyjścia, chowając telefon. Nie mam chęci czekać na mrok - nie tym razem. Czas wrócić na ulicę już teraz, wyczyścić, co zabrudzone. Obudzić strach przed zmrokiem, by w nocy rozpalić panikę...

Telefon się w końcu odezwie. Prędzej, czy późnej.

_____

FP: 4

PM: 15/15

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luther Radomér

Skłoniłem głowę w kierunku Barclaysa.

- Myślę, że niczego mądrzejszego w tej sytuacji nie wymyślimy. O ile nikt nie przygotował dla mnie niczego specjalnego chętnie pomogę.

Lustrując uważnie mężczyznę, z którym prawdopodobnie przyjdzie mi współpracować przy najbardziej pogmatwanej sprawie w całej długiej historii mojej bytności w Dziesiątce, czekam na odpowiedź Faolana. Niemniej brak zgody bardzo by mnie zaskoczył.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Faolan Cooney

Propozycja Barclaysa bardzo mnie zadowoliła. Być może miało to coś wspólnego ze wzmianką o moim wilkołaczym nosie.

- Jasne, i tak nie mam nic innego do roboty. Chętnie się zabiorę z tobą i Lutherem. Ale wstąpmy po drodze do jakiegoś fast-fooda.

Szykuje się duża sprawa. Z chęcią wezmę w niej udział. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć coś przeciwko tym wampirom. Jestem pewien, że mają z całą sprawą o wiele więcej wspólnego niż dają po sobie poznać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Telefon odezwał się jeszcze przed południem i głos po drugiej stronie słuchawki nie brzmiał na zadowolonego. Każde jego słowo dudniło niczym bębny wojenne:

- Nie uznaję renegocjacji, Tenebraelu. Nasz kontrakt został zawarty. - przez moment Widmo sądził, że na tym cała sprawa się zakończy, ale głos kontynuował: - Tym razem zrobię dla ciebie wyjątek. Jeden jedyny. Chcę jednak abyś mnie dobrze zrozumiał... to ode mnie zależy jak będzie brzmieć moja odpowiedź. Jeśli na nowe warunki odpowiem "twierdzącą" możesz uznać się za wielce szczęśliwego "człowieka", bo rzadko zdarza się abym zmienił swoje zdanie. Jeśli jednak powiem "nie" musisz żyć z moją ostateczną decyzją... ale jeśli w tym momencie i ty powiesz "nie" to, bez specjalnego przedłużania, mogę na zapas powiedzieć Ci tylko jedno. Przygotuj się na niespodziewane konsekwencje. - rozmówca na chwilę zamilkł. - Słucham zatem. Jak mawiają śmiertelnicy, czas to pieniądz.

* * *

Bez dwóch zdań szaleniec z portu oraz sprawca, za którym miała się teraz uganiać ich grupa mieli ze sobą powiązanie (*1). Ten drugi musiał w jakiś sposób wręczyć mu kawałek swej mocy a przy okazji przekazać mu także kilka chorób psychicznych i bez wątpienia ofiary w doku jak i na spotkaniu miały ten sam zapach śmierci... mocy i innych. Zawsze jakaś wskazówka. Faolan wyczuł także jeszcze jedną rzecz, która przekonała go o tym, że "rzeźnik" za jakim się uganiają ma naprawdę potężną siłę ognia. Zapach ofiar z doku był słaby, ulatniający się, czuć było, że ten który ich zabił był tak naprawdę słaby patrząc na skalę nadnaturalnych istot w LA. Natomiast jego "mentor", jego odór wwiercał się w umysł, był silny i niemalże trwały. Tyle zdołali wyciągnąć od ciał...

Niedługo potem przyszła wiadomość. Pierwsze spotkanie nieoficjalnej grupy miało się odbyć w bocznej alejce za klubem o wdzięcznej nazwie "Siedem", jaki znajdował się w ścisłym centrum miasta, gdzieś koło dziesiątej wieczorem (*2).

* * *

Raven zaczął powoli odczuwać pewne zniecierpliwienie, ale w końcu, gdzieś koło szesnastej wiadomość przybyła... Spotkanie miało się odbyć w bocznej alejce za klubem "Siedem", w ścisłym centrum miasta, gdzieś koło dziesiątej wieczorem (*3).

---

1 - autosukces =]

2 - nie wiem czy muszę dodawać, że postać brylanta i Fivtyena były z wilkołakiem tongue_prosty.gif

3 - no, długo chyba nie czekałeś mam nadzieję ^_^

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wyprawa do prosektorium na pewno przyniosła sporo korzyści śledztwu, jednocześnie zasiała jednak pewien niepokój w moim sercu. Ktoś tak potężny mógłby być wyzwaniem nawet dla całego Wydziału. Ktokolwiek był sprawcą, czekały nas spore kłopoty. Zastanowiłem się chwilę i połączyłem się z Burns'em, sugerując wzmocnienie eskorty więźnia przy przenosinach. Nie wykluczałem próby odbicia albo zatarcia śladów przez "Mentora". Skończywszy rozmowę spojrzałem na towarzyszy.

- Cóż, panowie, czeka nas ciekawa noc. Macie jakieś pomysły, jak zagospodarować te kilka godzin?

____

FP:5

PM:15

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luther Radomér

Sekcja powiedziała nam sporo ciekawych rzeczy, ale tak naprawdę nie było to nic, czego bym się już przynajmniej trochę nie spodziewał. Rozgrywające się właśnie wydarzenia niewątpliwie stanowiły wprowadzenie do jakiejś dużej sprawy, ogromnej wręcz mógłbym rzec, nawet zważając na swój bagaż doświadczeń, więc odpowiedzialne musiały być za nie potężne istoty. Dużo potężniejsze niż te, z którymi jak dotąd dane było się mierzyć Dziesiątce.

Niestety wiedza, która jak dotąd zdobyliśmy była prawdopodobnie małym kawałkiem z olbrzymiego kartonu puzzli, którego zawartość ktoś postanowił wysypać nad Miastem Aniołów.

- Wydaje mi się, że nie pozostaje nam nic oprócz czekania. Z tym co mamy nie zrobimy nic, potrzebujemy większej ilości informacji.

------------

FP: 5

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tenebrael:

- Nie masz nic, by mi grozić - odparłem chłodno do słuchawki. - Straciłem wszystko, co mogłem stracić a ty nie możesz mi nic odebrać. Nie chcę jednakże, byś poczytał to za brak szacunku - wracam do normalnego tonu - ignorancję czy hipokryzję. Po prostu zbyt późno dostrzegłem możliwości płynące z tej... współpracy. Chciałbym to naprawić...

- Verret to płotka. Nic nie znaczy - przerwa w mówieniu i kilka głębokich wdechów pozwoliły zebrać jeszcze raz myśli. - Wiem już... domyślam się, o co toczy się gra i dostrzegam w tym wielką szansę dla siebie... jestem ci potrzebny. Nie wiem do czego, ale nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Skoro zaś jesteś taki niewyobrażalnie potężny... daj mi siłę i moc, bym mógł godnie cię reprezentować. Bym mógł wykonać swoją część zadania. By to miasto, kiedy już nie będzie ci potrzebne, padło do moich stóp... wszyscy by zapłacili za wszystkie swoje występki...

___

FP: 4

PM: 15/15

Share this post


Link to post
Share on other sites

Raven

Tyle czekania, żeby czekać jeszcze dalej. No nic, te sześć godzin jakoś zleci. Zacząłem zabijać czas w swoim mieszkanku, czyszcząc sprzęt czy robiąc cokolwiek innego. Na szczęście w zabijaniu czasu jestem równie dobry, co w zabijaniu ludzi i nieludzi, więc kiedy nadszedł odpowiedni moment spakowałem swoje manatki i ruszyłem swoje cztery litery na miejsce spotkania. Podróż dachami nie powinna zająć mi dużo czasu, a przy okazji poćwiczę fizycznie...

_________

FP: 4

SK:6

Przepraszam za zwłokę. ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...