-
Zawartość
844 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Typ zawartości
Profile
Fora
Kalendarz
Blogi
Wszystko napisane przez Tyt0k
-
Hej, a mojej wypowiedzi o twojej inicjatywie to nie ma w samocenach, co? =D Ja już się nie liczę? ;<
-
Biorę, już piszę wierszyk i editnę posta. Gdyś Nieobudzonego zabić próbował, wtedy pod kamykiem mocno żeś się schował. Potężny nekromanta wezwał cię do siebie, byś się rozprawił ze smokami latającymi po niebie. Co się okazuje zaraz wam przedstawię, smoki nie latają, łatwiej ci w wyprawie. Wiem, wierszyk tragiczny, nie liczyłem sylab, a tylko patrzyłem na rymy. Zagadka pewnie prosta, ale dopiero się uczę.
-
Wchodzi na salę operacyjną, gdzie "operowany" jest Markos. - Nie znacie się na tym. Widać, że nie spał. Szkoda mu trochę, że wszyscy już narzekają na jego pomarańcze, ale co innego można jeść w cytrusowym kraju. Podchodzi do Markosa, i usypia go. - Uzupełniłem swoje zapasy. Śpij. Bóg Bardów zasypia. Tytokus rozpoczyna operację, dzięki której zatrzyma i odwróci mutację. Po godzinie udaje się. - Proszę cię, Rav, nie próbuj już na nas tych mikstur. Wyciera ręce w szmatkę. Nadbiega draeneiski posłaniec. - Jakieś wieści? - Nieoficjalnie, pakt zawarli pan... Kinv'... Kjnf'... Eee... - Książek. - No, Pan Książek i Pan Lucker zawarli nieoficjalnie pakt o nieagresji. - Podobno pakty są po to, żeby je łamać. - W istocie, panie. Posłaniec odchodzi. Tytokus zwraca się do kilku draeneiek-pielęgniarek. - Rozbudźcie go, i wyślijcie do jego cywilizacji. Dobrze będzie, jeśli przy niej będzie. Zastanawia się. - Wróć. Dobrze się stanie, jeśli przy niej będzie. Siada na swoim fotelu, z którego ma widok na całą PWB. - Nie sądziłem, że kiedyś się to stanie... ----------------------- No, trochę akcji ludzie! Nie mieliście chęci nigdy, walnąć się ramię w ramię z kumplem (pardon, i kumpelą ) i rozwalić kogoś, kto was denerwuje, albo krzywo się na was popatrzył podczas wyprawy? Śmiało! Nikt nie ma prawa się obrażać. Tak, w ogóle, chyba nie napisałem tego zbyt dokładnie. Kryształ daje moc władania całym PWB. Oczywiście, będziecie rządzić swoimi cywilizacjami, ale będzie nad wami zwierzchnik. I nie mówcie, że nie chcecie rzeźni. Ja wiem co kręci Bogów.
-
Trzeba się z kimś sprzymierzyć, np. i połączyć wojska. Wtedy podzielicie zdobyte ziemie. Najważniejsze, to się ustawić, a potem już idzie z górki. Można także modlić się o szczęście i zaatakować samemu. Jeśli się uda, będziecie potężni bez paktów, a jeśli nie, to was rozwalą jak chcą! No i bitwy będę rozstrzygał ja. Po prostu piszecie kogo atakujecie, i stajecie na polu walki. Nie czekamy na jego zgodę, bo odmówić nie może. Rzucam kostkami, wszystkie dane zostaną wam podane jak już napiszę opis bitwy. Ten kto przegra, traci jedną ziemię, i zostaje mu tylko pospolite ruszenie w wielkości 40 piechoty. @edit Achamaru: Już odpowiadam. Bardzo mi przeszkadza, bo wiem, że najchętniej byście się powyrzynali do cna, ale to ryzyko, i mogą się niektórzy obrazić itd. Można oczywiście drogą dyplomacji, ale co to za zabawa?
-
Bogowie siedzą, zajadają, narzekają i rozmawiają. Wtem słychać stuk kopyt i laski na posadzce. Do sali wchodzi mag. - Wreszcie. Staje przy prawym ramieniu Tytokusa, i zaczyna mówić. - Witajcie Bogowie! Nadeszła godzina rozrachunku dla waszych cywilizacji! Na naszą ziemie spadł potężny kryształ. Pokazuje kryształ. Zmienia po kolei kolory, tak jak zmienne są kolory bogów. - Otrzyma go jedynie cywilizacja, która wespół z inną zdobędzie 7 ziem. Kosztem innej. Dyplomacją, siłą, krwią lub czymś innym. Może urokiem kobiety? My nie możemy go zatrzymać, gdyż jesteśmy neutralni, i nie możemy go wziąć. Kryształ przestaje świecić na pomarańczowo. - Musi nadejść rozliczenie. Wasze wyczyny w tamtym świecie spowodowały powstanie kryształu. Musicie zapłacić, za to, co zrobiliście. Wszyscy słuchają go w milczeniu. - Wasze cywilizacje mogą umrzeć. Możecie pokazać wrogość i nienawiść do innych. Ta gra nie ma zasad. Podnosi kryształ jeszcze raz. - Ten, kto go zdobędzie stanie się panem tej planety. Będzie mógł ją zniszczyć, lub pozwolić jej mieszkańcom żyć. Nie istnieję tu sprawiedliwość. Jest tylko wojna i nasza neutralność. Kończy swoją przemowę. - Nie da się tego jakoś... zmienić? Może dobrowolnie oddamy komuś kryształ? - Kryształ musi być obkupiony krwią. - Ale ja nie chcę krwi! Musi być jakiś inny sposób! - Nie ma. - Mamy się mordować? - Wy, panie, nie musicie. Jesteście neutralni. Po policzku Tytokusa spłynęła łza. Szybko ją otarł i wstał. - Przyjaciele! Udajcie się do swoich cywilizacji. Przygotujcie je na wojnę... Ale błagam was... Nie zalejcie tej planety krwią. Mag uderza kosturem w ziemię. - Wszyscy nie posiadający swych cywilizacji, zostają tutaj. Wszyscy, których stolica padnie, przybywają tutaj. Tytokus po kolei wypuszcza każdego, i przy okazji po przyjacielsku ściska. Gdy już wszyscy ci, którzy idą do swych cywilizacji, stoją przed pałacem, Tytokus krzyczy. - Nie dajcie się zabić! Bogowie odchodzą. Tytokus wraca do sali balowej, gdzie bogowie bez cywilizacji, nadal siedzą oszołomieni. Zwala się na fotel, i wpatruje się w jakiś nieokreślony punkt. ---------------------- Nie dajcie się zabić...
-
Tytokus wbiega do pobocznej sali, gdzie siedzą bogowie. Widzi rozwaloną ścianę i robi facepalma. - Święci my... Ja was chyba miotłą rozgonię. Rozwalcie coś jeszcze, to was zabije! Podchodzi jakiś draenei z papierami. - Dajcie mi już spokój. Daj to radzie starszych. I zawołaj tego maga. Straciłem cały dzień, bo zajmowałem się rządzeniem czterema miasteczkami. Wzdycha. - Mam nadzieję, że miło spędziliście popołudnie. Markos widzę, byłeś ranny, ale Rav cię uleczył. Współczuje. Wypij to. Rzuca mu jakiś eliksir. Patrzy na stół. - Widzę, że rozgrzaliście się przed ucztą. Zapraszam. Wchodzą do głównej sali. Stoi tam stół, otoczony dziesiątkami zbrojnych draenei. Najpiękniejsze draneiki z pałacu robią za kelnerki. Na stole stoją przede wszystkim pomarańcze. Jabłka o smaku pomarańczy, pomarańcze, gruszki o smaku pomarańczy, zupa pomarańczowa, ciasto pomarańczowe na deser, i wyjątkowo mięso krowy, ziemniaki i sałatka pomarańczowa. Cała sala jest w kolorze pomarańczowym. - Siadajcie i posilcie się. Wszyscy jedzą i wesoło rozmawiają. - Musimy poczekać na tego maga. Pewnie czaruje coś. Rozmawia z Markosem siedzącym po jego prawej stronie. ------------------ Ujawnienie strasznej prawdy... o... 22!
-
Możesz zmienić patronat, oczywiście. Tylko nie kradnij innym. Pytania drugiego nie rozumiem. Natomiast nie pisz na nowo karty, tylko wstukaj sobie do opisu, tak jak radzi Markos.
-
Markos, bardzo dobry pomysł. Już dawno miałem to napisać, ale zapomniałem. Gratuluję incjatywy. Tak jak James, cytuje siebie w odpowiedzi na pytanie: Więc jeśli możesz rozbuduj informację o swojej cywilizacji i zrób ją na mapie. A dałem pustą, bo v2, była już pełna i musiała być v2.1 Questa zaczniemy w środę. Dziś zrobimy ucztę.
-
Uff... W końcu udało nam się wydostać. Jutro zrobimy wielką ucztę, na której wszystko zostanie wytłumaczone. Mapkę postaram się wrzucić dzisiaj, ale niestety późnym wieczorem. Mapka! Oczy mi się kleją, ale obiecałem... Ah, no i proszę się budować, bo w środę zaczynamy ostatecznie. I te wolne miejsca, są tylko dla tych, którzy nie mieli miejsca na pierwszej. Nie wolno ich przejmować. Można tylko kraść innym bogom. Symulator z plemion: Obrońca będzie typowany kostkami, poziom muru i wszystko też. To tyle. Dobrej nocy.
-
Rzuca pomarańczą w Rava. - Ja tu ciągle jestem i ciągle to słyszę. Wysyła pocałunek draeneice. - Sam trafię. Widać mnie potrzebują. Jutro pogadamy. Rzuca następną pomarańczą w Rava. - Ta cała ewakuacja troszkę mnie nadszarpnęła. Nie wszystko ogarniam. Rzuca jeszcze raz w Rava. - I zostaw moich draenei! Klęka przy Selene, i poprawia spartolony przez Rava opatrunek. Polewa rany eliskirem, zaszywa je i ponownie owija w bandaż. - Koleżanko, zajmiesz się tym Luckerem? Nie widziałem jego ran. A ja wolę się zając naszymi rannym dziewczynami. Drapie się tępym sztyletem po głowie. - Hm. Robi się ze mnie casanova. Opatruję Kendrę i zszywa rany. Daje obu dziewczynom eliksir. - Wypijcie to, a nie będziecie miały blizn. Podchodzi do opatrzonego Luckera. - Ty również. Siada na fotelu obok Rava, zamachuje się pomarańczą, ale jednak nie rzuca. - Ależ jestem zmęczony. Chodźmy już spać. Idzie do swojego pokoju i pada na łóżko. ------------------- Rav: Sorry za to bombardowanie. Chyba się nie obrazisz?
-
Wskakuje do portalu. - Och, tak, cholera! Jesteśmy! Są w hali jego pałacu na planecie. Pałac jest w większości pomarańczowy, a kilka pięknych draeneiek patrzy się na nich i chichota. - Taak, wśród nich Selene na pewno znajdziesz więcej towarzyszek. Wstaje. Mówi do pewnego maga, który stoi na uboczu. - Musimy wracać na osiedle. - Nie da się, panie. Musicie najpierw rozstrzygnąć krwawy spór. - Jaki spór? - Jesteście zmęczeni panie. Może idźcie spać. Dowiecie się wszystkiego na jutrzejszej uczcie. - No dobrze. Obraca się i wydaje kilka poleceń. - Moje piękne draeneiki zaprowadzą was do pokoi. Tylko proszę ich w nich nie zamykać na noc. Bierze swoją kompankę pod rękę, i daje się prowadzić. ------------------ Pisałem kupę czasu-nie możemy wracać na osiedle, i jesteśmy na PWB. Ah, Mapka mapka. Będzie coś. Na pewno. Dziś albo po północy.
-
Kopuła znika. Tytokus wyrywa miecz z kolejnego gondorczyka i spluwa na niego. - A my wam pomogliśmy... Gandalf wybiega i zaczyna rzucać potężne zaklęcia, które mają dosięgnąć Bogów, jednak niszczą tylko zjednoczoną armię. Balrog upada na kolana. Oczy Tytokusa stają się pomarańczowe. - PRZYBĄDŹCIE! POTRZEBUJE WAS! TERAZ! Ciało Balroga rozchodzi się na dwie części w miejscu gdzie jest klatka piersiowa. Pojawią się tam pomarańczowe światło, i po chwili zaczynają wyskakiwać z niego uzbrojeni draeneie. - Do ataku! Za Tytokusa! Portal zmienia kolory i wyskakują z niego wojska wszystkich cywilizacji. Wreszcie siły są wyrównane, a z rzeźni bogów, zaczyna się rzeź śmiertelników. Do Tytokusa podbiega draeneiski dowódca. - Panie, weź swych przyjaciół i uciekaj do portalu! To jedyna szansa! Serce Balroga posłużyło za siłę napędową portalu, ale pośpieszcie się! Ono się topi. Tytokus krzyczy. - ODWRÓT! DO PORTALU! Pogania innych bogów. Biegnąc kopie w odbyt Gandalfa, który wpada do lawy. - To tak za karę. -------------------- James, zlituj się... To już przegięcie, zaginasz czasoprzestrzeń. MarkosBoss, miło mi cię powitać w naszych szalonych szeregach.
-
- Nie mam pojęcia kogo atakować... No kurczę! Czemu ja muszę podejmować takie decyzję... Musi być mądra i sprawiedliwa... Hm. Tytokus po chwili zastanowienia krzyczy. - WYRŻNĄĆ ICH WSZYSTKICH! Ponownie wzywa ciągle swoje bojowe pomarańcze. Natomiast mag i Balrog pobiegli i pojedynkują się pod dziwną kopułą. - Balrog jest mi potrzebny! Niestety, gobliny i drużyna zaczęły napierać na bogów, którzy ich bezczelnie mordowali, kiedy to oni mieli się zamiar wymordować. Połączyli siły. - Pokażemy im co to znaczy potęga! Musimy się bronić dopóki Balrog i Gandalf nie skończą się pojedynkować! - I see you! 9 jeźdźców wjeżdża na swoich czarnych koniach i napiera na Bogów. - Płonąłem w lawie. Ale przeżyłem! Poznajcie mój gniew. Przez tego mlekofila prawie umarłem! Teraz macie przekichane! Bogowie czują się osłabieni. - Nie damy rady... Zarżną nas... Tytokus wzdycha. Jego oczy stają się pomarańczowe. Całkowicie pomarańczowe. Zwraca się do kogoś. - Wzywam was... Jesteście mi potrzebni. Po tym zaczyna wzywać mnóstwo bojowych pomarańczy. - Jeśli mamy zginąć, zginiemy jak wojownicy. - Zdobyliście Helmowy Jar bez nas! I jeszcze go rozwaliliście! - Zamieniliście Osgiliath w ruinę! - Popatrzyliście się na mnie krzywo! - Rozwaliliście naszą wioskę! Wszystkie armie śródziemia, zjednoczyły się przeciwko Bogom, którzy narobili najkrwawszych kilku tygodni w historii tego świata. Każdy z bogów jest zmęczony. Tytokusowi skończyły się lekarstwa. Wzdycha. - Jesteśmy w d****. Nadszedł czas krwawego rozliczenia za grzechy bogów w tym świecie... -------------------- Zobaczcie do czego doprowadziły wasze grzechy! Wszyscy chcą nas wyrżnąć! To dopiero zło! Módlcie się, żeby humor mi się nie pogorszył. I pamiętajcie-jesteśmy śmiertelni, ale praktycznie niezabijalni, możemy zostać ogłuszeni. Wszystkie nasze moce pozostały, ale jesteśmy zmęczeni. Powodzenia... Nie zmieniajcie mi tego co zamierzam. Walczcie tylko.
-
Słyszy pytania Jamesa. I szybszą odpowiedź. - Uśpiłem cię. Ale widzę, już żyjesz. Nie pamiętam, chyba pod Osgiliath wpadłeś w śpiączkę. Często tobą rzucało, pojawiały się miecze świetlne, które raniły nas i twoich ludzi, którzy przybyli pod Helmowym Jarem. Starałem się ci już pomóc, ale nie udało się. Dopiero teraz. Nie pamiętam historii nowszej, ale to już ci powiedzieli. Kanxi jest ciężko ranny po twoich ostatnich popisach, jak już powiedział Damirastus. Ale już go opatrzyłem. Grzebie w torbie medycznej, i pytanie zadaje Shaker. - Nie wiem jaki jest... ------------ Zaraz dokończe, ksiądz przyszedł. =S
-
Podbiega do rannego Kanxiego. - Oddychaj... Opatruje jego rany. - Nie umrzesz... Chyba. Uwinął się niezwykle szybko, i położył go na ziemi. Podchodzi do Jamesa, i wstrzykuje mu w szyję dziwną substancję. - Wybacz. Muszę ci pomóc. Czeka, by substancja zaczęła działać. James powoli traci przytomność. Podchodzi do Śmierci. - Witaj, ale muszę powiedzieć, że cię nie lubię. Zbyt często bierzesz mi pacjentów... Eh. Jamesa traci przytomność i upada. Tytokus klęka przy nim, i trzyma dłoń tuż nad jego twarzą. Zaczyna coś szeptać, a w jego ręce pojawia się szarawy dym. Rzuca go w lawę. - Wstawaj James. Już po wszystkim. Klepie go po twarzy. - No, wstawaj. Widzi biegnące w ich stronę gobliny. Goni ich dzięwiątka... czy ósemka świrów, którzy rzucają w nie wszystkim. Znikąd pojawia się Balrog. Tytokus wzdycha. - Drużyna przyszła. -------------------------- Łoo, kurczę niedobrze, my już uciekamy, a tu mapki nr 2 nie ma! =/ Dziś ją zrobię, bo i tak walki się dziś nie zaczną. =S
-
Ah! Ależ wy sobie grabicie! Zostawić was na jeden dzień, a wzywacie śmierć i chcecie ją okraść. Prawie dwie strony spamu... Wybaczcie, ale szanuje moje oczy, więc tylko ogólnikowo wiem co się dzieję, jak się pomylę, to pardon. Drużyna już idzie! I Won od Gandalfa! Najpierw musi mi coś zrobić.
-
Bierze merrychristianium i tworzy rzeźbę draeneiki. - Popatrzcie tylko! Piękno w czystej postaci. Słyszy pytanie Dactonus-a. - Chwilowo tak. Ale raczej już niedługo, bo albo umrę, albo zapanuje anarchia. Albo jedno i drugie. Przyłączyć się możesz, każdy może się przyłączyć. Spogląda na swoja draeneikę. - Ładna jest, co nie? Poprawia rzeźbę, ze wszystkich niedoskonałości. Wzywa sok pomarańczowy i wrzuca do niego merrychristianium. - Poświętujmy jeszcze pojawienie się tego ziela. I tak nie widać, żeby drużynka się śpieszyła. Wypija sok. - Ktoś potrzebuje mojej pomocy? Hm? -------------------- Rav: A nie przypadkiem kątem? Ale ja lubię was poprawiać! Nic się nie zmienia, do Poniedziałku odpoczywamy.
-
To się nazywa RP, od tego są specjalne serwery i specjalni gracze.
-
Kieł budzi śpiącego Tytokusa swoją wypowiedzią. - Co znowu, do cholery? Słyszy prośbę o właściwe nogi. - Zaraz się tym zajmę. Wstaje, kładzie kła i usuwa wolnobetonium. Potem, wynajduje miksturę na dnie torby i wylewa ją na otwartą teraz ranę. Natychmiast zaczyna rosnąć tkanka, i nogi powracają do dawnego stanu. - Ja to bym uważał na tego Jamesa. Wymorduje nas wszystkich w końcu. Kładzie się z powrotem na posłaniu, i przykrywa kocem. - Spać! Nie wiem co będzie z Balrogiem i Drużynką, ale to nie będzie zabawne. Zwraca się do Aquosa. - Weź się pośpiesz z tą wódkę, to jak wrócimy, to się napijemy. Zasypia.
-
Wraca do swojego młodego ciała. - Wreszcie! Bierze rozcieńczone mleko. - Nie jestem alchemikiem, tym zajmuje się Kieł. Może dajmy mu to, żeby wyjął z tego pierwiastki, czy co. Niech znajdzie odpowiedzialny za to gen. Rozcieńczonego mleka jest cały kanister. Bierze cztery pełne strzykawki. - Dobra, Selene, Kieł, Kazama, Aquos... Przygotujcie się do zastrzyku. Przylatuje Edori, z niechętną chęcią pomocy. - Nie, dziękuje ci. Dam sobie radę. Może Kieł będzie czegoś potrzebował. Wstrzykuje czwórce wymienionych bogów rozcieńczoną miksturę odmładzającą. - Powinno działać, chodź nie znam składu tego mleka. Dopiero teraz, Tytokusowi udało się zauważyć, że tunel się skończył. - Dotarliśmy. Podchodzi do uchylonych drzwi. Widzi rzeki lawy i kilka ocalałych jeszcze mostów. - Moria. Moria, wygląda jak Moria, tyle, że jeszcze nie ma Balroga. Może przyjdzie później. - Widać Drużyna Pierścienia, jeszcze tu nie dotarła. Musimy na nią czekać. Wzdycha, i patrzy na rozcieńczone mleko. - Będziemy mieli co robić. --------------------------------- Dobra, jesteśmy w Morii, ale dziś tłuc się nie będziemy. Uciekniemy stąd w Wigilię! Będziemy okazyjnie pisać posty, i powinno się udać!
-
3# Znaleziona na bagnach żaba, okazała się kobietą. Tylko jak ją odczarować? Na szczęście, w oddziale był Kniv'trop, który okazał się specjalistą w tym temacie. I cóż z tego, że palenie fajki, kąpiele w mleku, czy żabie całusy nie pomogły? Przecież, najważniejsze są chęci. Achievement unlocked: Żabi specjalista ------------- Jak pomyliłem ci kolor Golomanie, to napisz mi na PW poprawny. I teraz kolor acziwka Ravena jest poprawny. (Dzięki Goloman) Zawsze się mylę z tymi waszymi kolorami.
-
Black: Wybór należy do ciebie, no i mam nadzieję, że to nie moja wina. Twój awatar, będzie sobie istniał, i jak zechcesz, to może wrócisz... Rav: Zastrzelę cię! Jak mam efektownie leczyć, przy hemoroidach i łamiących się kościach?
-
Czyta list. - Nie. Zwraca się do Kła. - Nie będziemy niszczyć Perwolu, chyba, że spadnie przed nami i krzyknie, żebyśmy go dobili. Wtedy się zastanowię. Poprawia torbę. - Mam mało medykamentów. Nie wiem dokąd prowadzi ten tunel, ale póki co, jesteśmy bezpieczni. Patrzy jeszcze raz na "medyczną" część listu. - To nie jest po medyckiemu. Ktoś po prostu rozpisywał pióro. Wzdycha. - Ten świat, w ogóle nie istnieje. Tak myślę. Sródziemie, było tylko jedno, a przez nasze zabawy z czasem, stworzyliśmy antyświat. Namieszaliśmy już za dużo, przesunięcie wymiarowe powinno go unicestwić. Czyta list jeszcze raz. - Hobbity był złe? Chciały opanować świat? I tak trochę mi ich szkoda. Wzywa superszybką pomarańcze. - Leć sprawdź, ile zostało. Wraca po 5 sekundach, i czyta. - 12,3 km... Już niedaleko. Żwawo! ------------------------------ Wladzio: Tyt0k piszę się, przez zero "0", a nie przez O, ale luzik.
-
Tak jak powiedział Ravenos, ty zacząłeś palić chatki, czyli wywołałeś bunt hobbitów. Nie wiem, kto zainicjował to "safari" w Śródziemiu, ale ja myślę, tylko o tym, żebyśmy stąd spadali. Zresztą, ode mnie zależy tylko główny zarys, a od was reszta. Cuda, panie, cuda! Tak wgl. to jestem dumny, że wszyscy przyjęli twoją (wymyśloną przeze mnie) ksywkę "Książek". Tak to jest, jak się nazywasz trudnym imieniem

