-
Zawartość
844 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Posty napisane przez Tyt0k
-
-
Tytokus siedział raczej z tyłu i nie przeszkadzał walczącej Konishi. Wezwał tylko kilka bojowych pomarańczy, by pomagały rozszalałej Konishi. Wtem, podleciał do niego Anioł.
- No, ale...
Anioł odleciał i nie dał Tytokusowi nawet zacząć zdania. Tytokus wyglądał tak. Poprawił torbę na ramieniu, wezwał więcej bojowych pomarańczy, wyjął sztylet ze swojej torby i dobijał leżących na ziemi, nie do końca martwych zombie.
-
Sami jednak widzicie, że coś Wam sandboxy chyba się... nudzą? Lepiej prowadzić za rękę i iść jak po sznurku, nie pozwalając nawet spojrzeć na boki, ale za to przygotowując ciekawszą historię, akcję?
True, true...
Ale już nic nie mówię.
W sumie, miałem podobne zdanie jak Matrix, no, ale skoro możemy wszystko... Dobra, zobaczymy co da się zrobić.
-
Tytokus nie zauważył kota, a samą rozmowę słyszał połowicznie. Wyczyścił w końcu buty, wstał i podniósł swoją torbę. Poczuł, że jest dziwnie ciężka.
- Hej, ktoś mi wrzucił jakieś śmieci to torby?
Medyk zaczął grzebać w torbie szukając źródła ciężaru, po czym poczuł jakąś... sierść? Chwycił za to i po chwili wyciągnął kota. Wyrzucił go na ziemię.
- Zjeżdżaj stąd, pchlarzu, jeszcze mi torbę ubrudzisz!
Zamknął na klamrę swoją torbę, by ta sytuacja się nie powtórzyła. Znając naturę kota, wezwał kilka bojowych pomarańczy.
- Przydadzą się, jak będziemy badać teren. Kto wie, co nas czeka.
Ruszył za Konishi. Zwrócił się do niej:
- Kto w ogóle do nas gadał? Kto to był? Jakoś ich nie kojarzę. Zresztą nigdy nie widziałem, żeby licz był tak... szczęśliwy? Co?
-----------------
Sorry za manipulacje, ale to moja torba i mam prawo Cię wyrzucić.

-
Bumpuje temat, ale już bez CoDa: WaW.

-
Tytokus już miał gwizdać po swojego Pomarańczowego Ptaka, ale uznał, że to niepotrzebne, skoro Konishi tak bardzo chcę mu pomóc. Wszedł na krew i przeszedł powoli. Gdy dotarł na drugi brzeg oparł się tylko o ścianę i zaczął sprawdzać swój ekwipunek.
- Nudny się już robisz kocie.
Zerwał bandaże, które miał na sobie, gdyż rany się już wygoiły. Zobaczył, że mimo proszku bogini ma całe buty upaprane krwią. Usiadł więc, wyciągnął jakąś szmatkę z torby zdjął buty i zaczął je czyścić.
- Powiedzcie, jak skończycie.
I czyścił swoje buty, gwiżdżąc.
-
Tytokus bardzo się zdenerwował na kota, ale nic nie powiedział. W końcu przyda mu się głupiec, który będzie się za niego tłukł. Pomasował tylko lekko obolałą twarz i już obmyślał zemstę.
-...
Tyle mniej więcej powiedział Konishi. Nie spojrzał nawet w jej stronę. Nie miał teraz ochoty nikogo pocieszać, ani mówić, jak bardzo mu przykro. W sumie to nie byłoby mu przykro. Taki dzieciaczek jak kot musiał w końcu odreagować stresik.
Tytokus zachichotał. Uznał, że to też wyglądało idiotycznie. Przybycie chowańców bogini specjalnie go nie zajęło, postanowił sobie solennie, że musi je uderzyć i zobaczyć reakcje. Skoro Konishi zabroniła to musi być epicka. Nie robił już facepalmów, tylko poprawił torbę medyczną i ruszył. Nie oglądał się na kompanów, którzy zdecydowanie chcieli go ośmieszyć. Zamruczał tylko pod nosem:
- Świetna kompania mi się trafiła...
Wyjął z kieszeni latarkę i zaczął pomarańczowym światłem rozświetlać pomieszczenia.
-
Tytokus spojrzał na Konishi, która wzięła się znikąd. Popatrzył też na jej 'rozcięte' ramię. Spojrzał jeszcze raz na miecz, na strażnika, na ramię Konishi i w końcu krzyknął.
- Eureka!
Chwycił miecz, oparł o jedną ze skał, naparł na niego i... złamał go! W pół!
- Ten miecz leczył zamiast ranić! Czyli ten stwór był odporny na ranienie, czyli...
Spojrzał na nędzą połówkę miecza, którą trzymał w dłoni.
- Czyli jestem idiotą.
Zrobił facepalm, po czym wymachem w tył wyrzucił resztkę miecza jak najdalej od siebie. Wolał o nim zapomnieć. Chociaż może to lepiej? W wirze walki mógłby nagle wpaść we wrogów i uleczyć ich w decydującej fazie... Albo przypadkiem dźgnąć kogoś z boskiej brygady, kto zbytnio nie przepada za leczeniem, niesionym przez miecz? 'Wielka moc to wielka odpowiedzialność...'
- Sorry mieczu, nie jestem odpowiedzialny. - krzyknął, za wyrzuconą połówką miecza.
Uświadomił sobie, że to wyglądało idiotycznie. Poprawił, więc swoją torbę na ramieniu, podreptał troszkę nóżkami, po czym zapytał towarzyszy:
- Idziemy? No, przed siebie?
-
Ładuję, i pełną serią w behemorta!

1. Pierwsze co pomyślałeś/pomyślałaś, gdy zobaczyłeś/zobaczyłaś jego/ją na forum? Co to za dziwny człowiek?
2. Co myślisz|czujesz, gdy patrzysz na jego/jej avatar? Eh, te stare czasy Herosów...
3. Co byś mu/jej dał/dała co posiadasz? KOPA!
4. A co zabrałbyś/zabrałabyś? Cukierki!
5. Co Cię w nim/jej zachwyca/zadziwia? Jego zdecydowana zdolność do zachowywania cały czas dobrego humoru i świetnych pomysłów!
6. Co Cię w nim/jej bawi? Wszystko!
7. Jak wg Ciebie spędza lub powinien/powinna spędzać wolny czas? Nie powiem, czego się domyślam, bo mnie oskrażą, o propagowanie alkoholizmu.
(Żarty!)8. Czego mu/jej życzysz? Sto lat, sto lat!
9. Jaka jest jego/jej charakterystyczna cecha? Świetny styl pisania.
10. Co byś mu/jej doradził? Nic. Sądzę, że sam radzi sobie najlepiej.

11 Napisz jedno zdanie, które najlepiej jego/ją scharakteryzuje. 'Spokojny, pokojowy człowiek i perfekcjonista.'
12. Z jaką gwiazdą/sportowcem/politykiem Ci się kojarzy? Nie mam pojęcia.
13. Jakby był zwierzęciem, to byłby... i dlaczego? Yeti, bo podobne do behemo®ta
14. Jakie Twoim zdaniem jest jego/jej życiowe motto? 'Byle do przodu'?
15. Ulubiony cytat jego/jej słów. Dużo, dużo... przykłady wymienić ciężko.
-
Chwycił pewnie zyskany miecz i domyślając się jego przeznaczenia (a także dzięki okrzykom Kota) wyskoczył do przodu, uderzając przez twarz. Nigdy nie walczył mieczem dobrze, ale ten, jakoś tak 'uczył go' walki. Obrócił się i ciachnął w brzuch. Odskoczył czekając na efekt. Nie zastanawiał się nad tym, skąd miecz się wziął, chociaż wiedział, że powinien. Raczej nie chciałby go oddać. -
Tytokus nie słuchał początku wykładu duszka. Otrząsał się przez ten czas, ze straszliwej wizji, która go nawiedziła. Takiego bólu nie czuł od... dawna. Zrozumiał jednak w końcu o co chodzi. Chwycił pilota i kliknął zielony przycisk. Jego klon sobie odleciał, chociaż Tytokus w głębi serca wiedział, że to zły pomysł.
- Kocie! Chodź tu, wciśnij swój przycisk, bo nie wiem czy ja mogę!
Po krzyknięciu do kota, siadł pod ścianą i zaczął zmieniać swoje opatrunki, które już delikatnie przesiąkały krwią. Robił to szybko i sprawnie, gwiżdżąc przy tym.
-
Tytokus zdecydowanym ruchem wyrwał najpierw bełt z ramienia, a potem z nogi. Wyjął jakąś fiolkę z ładnie pachnącym płynem i przeczyścił rany. Następnie, mając dużo czasu zabandażował oba postrzały dokładnie i wstał. Otrzepał się z kurzu i podniósł swoją kusze, którą ponownie nabił. Popatrzył również na zniszczone pomarańcze i jednym ruchem ręki sprawił, że wszystkie truchła zniknęły. Podszedł do Kota, który właśnie groził nieznajomemu.
- Nie, spokojnie, kolega sobie żartuje, nic Ci nie zrobimy. Kim jesteś? - powiedział, piorunując kota wzrokiem.
-
Tytokus wezwał bojowe pomarańcze, przed wszystkie trzy bełty. Pomarańcze zostały przebite, ale zatrzymał w swoim twardym, pomarańczowym ciele bełty. To było jedyne, co zdążył zrobić Tytokus przed rzuceniem granatu. Kiedy opadł już kurz, zobaczył, że jedna jego kopia została zniszczona, ale za to Kot, mimo ataku obszarowego dostawał trochę bęcki! Wpadł, więc na genialny pomysł, zakrzywił lekko czasoprzestrzeń i na 0,5 sekundy zyskał moc panowania nad mlekiem, którego miseczkę stworzył przed jednym z sobowtórów. Zyskując troszkę kocie nawyki, kopia, zatrzymała się i zaczęła pić mleko. Tytokus wystrzelił w nieruchomy cel z kuszy i nie miał problemów z trafieniem.
- Ha! Cat down, cat down!
Zaczął wzywać kolejne bojowe pomarańcze, żeby zaczęły gnębić jego kopie. Zrobił to jednak za późno i zanim bojowe pomarańcze zaczęły zjadać kopie, dostał bełtem w nogę i upadł.
- Mam nadzieję, że to nie platyna...
Zaczął badać ranę.
-
Tytokus, lekko przytłoczony natłokiem działań w końcu załapał mniej więcej, że są na skraju śmierci. Ogarnia go lekka panika, widząc jeszcze straszną ranę Bajcarusa, ale stara się zachować zimną krew.
- No, może się nie wykrwawisz. Ewentualnie zrobimy Ci transfuzję krwi od jakiegoś dachowca i na pewno poczujesz się lepiej.
Bierze się za opatrywanie 'zniszczonej' części Kota, co idzie mu dość niemrawo, ale jednak udaje mu się zatamować krwawienie i posmarować plecy (grzbiet?) maścią, która spowoduje odbudowę tkanki. Wyciera ręce w szmatkę, którą wrzuca do lawy.
- Tak po prawdzie, to nie mam długu, bo ja teraz Ci uratowałem życie, bo mogłeś się wykrwawić i jesteśmy kwita. Muehehe.
Dopiero teraz zauważa, że ogarnął się już w nowej komnacie. Zobaczył także kilka istot, które zaczęły się świecić i rozciągać i nie wyglądały przyjaźnie. Tytokus wyjął tylko, już wyrobionym odruchem, kuszę, chociaż wiedział, że za dużo nie zdziała. Czekał.
-
Tytokus popychany przez Kota w końcu zostaje porządnie wkurzony i obraca się.
- Kociaku, uważaj, bo gdybyś nie był kotem, to bym zostawił Cię gdzie indziej!
Spluwa na podłogę, jednak w tym momencie pojawia się jakiś paskudny trollface (znaczy trollface fajny, ale twarz paskudna), a Tytokus już mając powiedzieć kilka słów o tym co myśli o całej tej misji, tym pomieszczeniu, kocie, trollface'ach, brodach, piekłach i reszcie bogów nie zdążył, gdyż portal zniknął. Zamiast tego, pojawiły się piękne, połyskujące platyną kolce.
- O, kocie, przecież ty jesteś specjalistą od kolców, ciągle na nie nabijasz swoje diabełki! Może wiesz, zrobisz coś z tymi?
Uśmiecha się złośliwie i odsuwa się, gotowy do wybuchu Bajcarusa.
-
Tytokus patrzy na Bajcarusa, a w jego oczach jest najprawdziwszy strach. Nigdy nie przepadał za nieumarłymi, a już na pewno nie za takimi, którzy wołają o pomoc. Zaczyna rozglądać się po otaczających ich grobach i mówi do Kota:
- Pomóżmy im! I tak nie mamy nic do roboty!
Nie czekając na Boga, idzie w stronę najbliższego grobu, aby pomóc umarłemu. Jego medyczna natura zwyciężyła nad rozsądkiem. Nie wie o Konishi i straszliwym niebezpieczeństwie w które jest 'uwikłana'.
-
Witam!
Chciałbym zakupić poniższe gry. Płacę za przesyłkę. Wszystkie oferty proszę na PW.

IL-2 Sturmovik: Birds of Prey
Call of Duty 3
Call of Duty: World at War -
Tytokus spojrzał na przewijające się cyferki po czym stwierdził:
- Hej, kurczę, z tym Piekłem to ja żartowałem!
Podrapał się po głowie i wezwał szklankę soku pomarańczowego. Zaczął pić, wysłuchując przemowy Markosa. Potem pstryknął palcami i szklanka zniknęła. Rozejrzał się po windzie, i podszedł najpierw do Barto, który wyglądał naprawdę źle.
- Nie ruszaj się jeśli łaska. Postaram się Cię poskładać.
Chwycił rękę Boga, unieruchomił ją, po czym obandażował dokładnie. Podał bogowi stad jakąś fiolkę i zalecił wypić. Kiedy już to uczynił, przewrócił Barto na plecy i wyjął pudełeczko z maścią, które położył obok oparzonego Boga.
- Teraz może troszkę zapiec.
Nakładając mu maść na plecy, widział jak skóra wręcz paruje od leczonego oparzenia. Ból dla leczonego boga musiał być spory, jednak Tytokus sądził, że go przetrzyma.
- Poleż tak z minutkę, to całkiem oparzenie zejdzie. Ale nie dotykaj pleców!
Tytokus wezwał dwie pomocnicze pomarańcze, które położyły się na rękach oparzonego boga, tak, aby nie dać mu szans się podrapać. Medyk wstał i podszedł do Markosa. Chwycił jedną z gaz, przemył ranę, a zobaczywszy, że nie jest zbyt głęboka, opatrzył mu zranione miejsce. Zauważył też przy okazji, że z głowy leci mu stróżka krwi. Obandażował sobie także głowę i wypił zawartość jednej z fiolek przyśpieszającej gojenie. Rozejrzał się po windzie.
- Ktoś jeszcze?
-----------------
Wszystkie manipulacje zrobione w dobrej wierze - przepraszam.

-
Mam (jak sądzę) talent do pisania oraz ogólnie dość otwartą wyobraźnię, więc widziałbym się na stanowisku Desingera oraz Pisarza. Ponadto, mikrofon mam, a wymagany minimum umiejętności aktorskich też posiadam, więc ewentualnie mógłbym także zostać 'dźwiękowcem'. Talentów programistyczno/graficznych posiadam okrąglutkie zero, więc na pewno to nie dla mnie.

-
Tytokus stał za Luckerem, kiedy została rzucona ogromna fala kakao, więc był przed nią zabezpieczony... do czasu. Podbiegł do jednej z komór i próbował ją otworzyć, ale ta złośliwie się zacięła. Kiedy szarpał się z otwarciem komory, próbując otworzyć zacięty mechanizm został uderzony jakimś kawałkiem macki bestii, która własnie ginęła. Upadł na ziemię, jednak dwie ostatnie pomarańcze poleciały w jego stronę, aby go osłaniać. Po krótkiej chwili, odzyskał całkiem świadomość i wezwał jeszcze pięć pomarańczy, aby go osłaniały podczas walki. Chwycił jedną z nich, i jej metalowymi zębami otworzył kapsułę. Wskoczył tam szybko, oglądając się jeszcze tylko, czy niczego nie zapomniał. Rzucił jeszcze klasyczne:
- Do zobaczenia w piekle!
-
Tytokus odzyskał świadomość, po tym jak uderzyło nim o ścianę. Otrząsnął się szybko, a widząc leżące przed nim Ostrze, chciał wystrzelić w je kuszą, ale nie miał jej w ręce. Została ona w miejscu, gdzie akurat swój Berserker Rage odprawiał Shadow, więc odzyskanie jej było niemożliwe. Postanowił zatem wrócić do bardziej praktycznych metod i po prostu zmiażdżył górną część, silnym kopnięciem, swoich wojskowych butów, które zabrał na wyprawę. Górna część jednak nie chciała się zniszczyć mimo silnych kopnięć, więc Tytokus wezwał kilka bojowych pomarańczy, które zniszczyły jeszcze niedawno niebezpieczne Ostrze. Tytokus wezwał jeszcze kilka, i nakazał im ruszyć do walki. Zagwizdał głośno na palcach, ale jego Pomarańczowy Ptak go nie słyszał, prawdopodobnie latał właśnie gdzieś wysoko nad osiedlem. Medyk przerzucił, więc torbę medyczną przez ramię, tak aby nie przeszkadzała mu podczas biegu. Zaczął biec przez pobojowisko w stronę 'upadłej' trójki - Markosa, Lunariona i Shakera. Pierwszych dwóch, którzy tylko upadli podniósł i pomógł im wrócić do walki, natomiast Shakera postanowił, że odciągnie, gdyż został w końcu prawie zmiażdżony przez kolumnę. Chwycił go więc pod pachami i zaczął ciągnąć w stronę jednego z miejsc najmniej ogarniętych walką. Kiedy w końcu udało im się tam dotrzeć, poprzez ruiny Iglicy medyk szybkim ruchem wyjął z torby jakąś szklaną fiolkę, którą otworzył i wlał Shakerowi do ust, pozwalając mu pić. Był to pewien płyn, który miał rozbudzić rannego Boga. Tytokus zauważył jeszcze, że ma lekko ranne lewe ramię, więc wyjął gazę i bandaże, i zabandażował ranę. Po tym, przykucnął w kącie, wezwał jeszcze kilka pomarańczy i rozglądał się, czy ktoś jeszcze nie potrzebuje pomocy. Jane chyba nie potrzebowała - śmigała na bestii, aż miło.
--------------
Przepraszam za delikatną manipulację. Jakby coś było nie okej, to piszcie.

-
A ja to grzecznie proszę - po rozwałce, zatrzymajmy się na rekonwalescencję (trudne słowo, dobrze napisałem?), bo wszyscy dostali ostro, a zaraz wszyscy pójdą zdrowo. Ja rozumiem, że jesteśmy bogami, ale dajcie mi trochę roboty.

<3
-
Tytokus oglądał akurat kapsuły, ale że był daleko od reszty, a poza tym był zajęty, nie słyszał słów Markosa, więc atak rzeźb całkowicie go zaskoczył. Ponadto, uderzenie kulą ognia rozproszyło go, kiedy akurat przeładowywał kuszę. Odrzuciło go trochę, ale jednak nic mu się nie stało. Obejrzał się szybko i zauważył, że żaden z Bogów nie odniósł ran, a nawet niektórym się to podobało! Wiedział jednak, że jeżeli komuś się coś stało to na pewno mu powiedzą. Zauważył, że jeden z golemów nie poddał się czarowi Glatryda i zamierzał go uderzyć w plecy. Tytokus szybko przystawił kuszę do twarzy i wystrzelił w golema. Potężny bełt przebił kamiennego golema na wylot, a ten rozleciał się pod wpływem potężnego uderzenia.
- Uważaj!
Stanął plecami do Glatryda i osłaniał go przy pomocy kuszy, cały czas szukając rannych.
-
Tytokus nie zdążył wiele powiedzieć, zanim wielka gromadka Bogów ruszyła na szybkie poszukiwania. Miał w planie pogadać z Markosem, ale uznał, że jednak nie będzie się pchał przed tłum. Tak samo, z Seleną, której dawno nie widział, ale postanowił nie przeszkadzać w spotkaniu kochanków. Dlatego, gdy lekko spóźniony (zapomniał o sztucznej nerce), dotarł przed Iglicę Holzena i zsiadł ze swojego pomarańczowego ptaka, którego puścił w niebo. Wszedł powoli w podziemia i ujrzał boską bandę zbierającą śmieci (czyt. papiery) i denerwującą zmarłych (czyt. otwierającą niby-trumny). Postanowił się nie odzywać, sprawdził tylko, czy malutką kuszę przybitą do spodni ma nabitą. Słyszał darcie się Shadowa, rozmowy bogów i przechwałki Bajcarusa, czyli ogólnie coś normalnego w tej boskiej gromadzie. Widząc, że Markos jest już dostatecznie wspomagany ruszył na jeden z najdalszych końców pomieszczenia i zaczął przeszukiwać niby-trumny, czekając na to, co się stanie dalej. -
Tytokus chwycił zdjęcia 3 małych istotek, które wesoło szczerzyły się ze zdjęć zrobionych przez Luckera. Wszystkie wyglądały słodko, ale Tytokus wiedział, że pewnie przerobili je w Bogoszopie.
- Fajne dzieciaki, w końcu znalazłeś jakichś potomków, nie tak jak ja. Ja to się starzeję, a nawet nie mam obiektu westchnień.
Bóg Pomarańczy odebrał medykamenty, które położył na biurku i alkohol, którego butelkę chciał od razu wypić duszkiem, ale zostało to przerwane przez rodzaj promieniowania, zrodzonego w samym dziewiątym kręgu Piekła i odwiedzającego cały wszechświat. Butelka wypadła mu z ręki i upadała na podłogę, rozbijając się, przez co Tytokus zaklął brzydko. Spojrzał w stronę pokazywaną przez Luckera. Ptak robił szybkie wymachy skrzydłami, i dotarł do dwójki Bogów. Tytokus wyciągnął rękę i okazało się, że przyleciały dwa ptaki, a ten duży ptak to był ptak kangur-mama, więc Tytokus wziął ptaka kangura-dziecko i przeczytał wiadomość. Jego mina podczas czytania pogarszała się bardzo, a na koniec powiedział tylko:
- Niefajnie.
Tytokus wstał z podstawionego krzesła i powiedział:
- Luckerze, wybacz, że nie możemy dokończyć rozmowy, ale Holzen był... tfu, znaczy jest moim przyjacielem, i pomógł mi wiele razy, i moim obowiązkiem, a raczej wolą jest pomóc mu w tej chwili próby. Bez względu na to, kim się stał i co się z nim dzieje, jestem zobowiązany mu pomóc. Chociaż w sumie mi się nie chcę.
Wziął swoją torbę i zaczął pakować medykamenty, bandaże, syropy, lekarstwa, zestaw operacyjny i wszystko co mogło być mu potrzebne do wyprawy.
- Nie chcę być niegrzeczny, ale chyba musimy się spieszyć. Idziesz ze mną, czy biegniesz jeszcze kogoś odwiedzić?
Tytokus mówił, odwiązując swojego pomarańczowego ptaka (jest on pomarańczowy, a nie płonący!) od barierki zamocowanej przed domem. Wbrew prawom logiki, nie wsiadł na niego i nie poleciał, ale zaczął go prowadzić w stronę punktu zbornego Markosa.
- Luckerze. Ruszasz ze mną?
Czekając na odpowiedź ruszył już wolnym krokiem.


Dyskusje o sesjach Warhammer Fantasy Roleplay
w Archiwum
Napisano · Raportuj odpowiedź
Witam panów.
Jakoś tak ostatnio wciągnąłem się do Warhammera, chociaż nie znam się tak bardzo jak pewnie wy, ale chciałbym spróbować. Co z tą sesją jest? Jest w ogóle? I można się przyłączyć?