-
Zawartość
117 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Typ zawartości
Profile
Fora
Kalendarz
Blogi
Wszystko napisane przez konjel
-
Ostatnio przeglądałem sobie zespoły na lastfm z kategorii Power Metal i zwróciłem uwagę na jeden z nich, który wyróżniał się swą nazwą - ???????? czyli Epidemia po rosyjsku. Od razu checknąłem ową grupę, gdyż bardzo lubię ten język i chciałbym się go nauczyć. Po przesłuchaniu albumu z 2005 roku stwierdziłem, że jest super i zacząłem namiętnie słuchać owych piosenek (a dzięki temu, że język podobny do naszego i ciuteńkę z niego kojarzę to mogłem sobie przyjemnie zasłuchiwać znane, bardziej lub mniej, słowa). Zespół gra melodic fantasy power metal. Dla chętnych 3 ulubione piosenki: Wysadenik z loda (Jeździec z lodu [?]) http://www.youtube.com/watch?v=zgBuAgdeL2o&fmt=18 Zwon Moniet (Dzwon Monet) http://www.youtube.com/watch?v=RZrfZZsW5YA&fmt=18 Znowa byt z taboj (Znów być z tobą) http://www.youtube.com/watch?v=cn9hwOmmrIw&fmt=18
-
Zadania domowe. Czemu służą? Pogłębianiu wiedzy przez uczniów w domowym zaciszu. Jaka jest najczęstsza forma zadań domowych? "Pierwsze, drugie, ósme i Sprawdź czy umiesz do domu...!". Czy takie zadanie jest satysfakcjonujące? Może dla nauczyciela. Wygląda na to, ze szkoła nie ma uczyć, a mówić czego masz się uczyć. Zadania domowe najczęściej są nudne i trudne (zwłaszcza dla osoby, która np. wróciła po dłuższej chorobie, wyjeździe i nie ogarnia materiału). Jednak nie musi tak być. Przykład? Proszę bardzo. Historia-II Wojna Światowa-Kampania Polska... oraz niejaki p. Jack. Nauczyciel historii. Pasjonata wojskowości, modelarz, czytelnik... Zadanie domowe? "Zróbcie to i to w ćwiczeniach."? Nie... Czy tak ciężko jest wymyślić dobre, mądre, satysfakcjonujące zadanie domowe, które pozwoli uczniowi na pogłębienie, utrwalenie i poszerzenie wiedzy, a nauczycielowi na dowiedzenie się niejednokrotnie czegoś z innego punktu widzenia? Czy tak ciężko wymyślić zadanie tak świetne w swej prostocie? Zadanie takie jak "Opisz wybraną bitwę Kampanii Polskiej"? Jak widać nie... A to efekt mojej trzygodzinnej pracy... Tak! To jest prawdziwe zadanie domowe! Obrona Wizny W poszukiwaniu informacji spędziłem kilka godzin na różnorakich stronach oraz forum historycznym http://forum.histmag.org. Wiele informacji było niekompletnych, opartych na fałszywych danych lub w innym stopniu nieprawdziwych. Starałem się odnaleźć jak najprawdziwsze dane dotyczące bitwy i sił, jednak przyszło mi to z ogromnym trudem. Pomimo dogłębnego przewertowania kilku stron i forów nie udało mi się odnaleźć dokładnych sił niemieckich, które walczyły z polskimi obrońcami. Po rozważeniu wszelkich za i przeciw określiłem, że polskie pozycje atakowało od kilku do kilkunastu tysięcy żołnierzy. Pośród natłoku kłócących się użytkowników ciężko wyłuskać konkretne informacje. Jako iż w znajomości Wehrmachtu jestem zielony podam jedynie to co wydawało się najbardziej zrozumiałe. Mam nadzieję, że poniższy tekst odda jak najlepiej realia Bitwy pod Wizną. Linia obrony Spodziewając się ataku ze strony Prus Wschodnich już wiosną 1939 roku na odcinku Narwi i Biebrzy rozpoczęto budowę umocnień obronnych. W ich skład wchodził ośrodek obrony ?Wizna?, w którym zbudowano 6 ciężkich i 6 średnich schronów bojowych zamykających prowadzącą przez Wiznę drogę z Łomży do Białegostoku i Zambrowa (Warszawy). System umocnień uzupełniono prowizorycznymi zaporami przeciwczołgowymi oraz stanowiskami dla piechoty. Budowy schronów nie udało się ukończyć do wybuchu wojny, więc były one w dużej mierze niezamaskowane, bez wentylacji i kilku kopuł pancernych co ograniczało możliwości obronne tego punktu. W sierpniu 1939 roku w schronach obsadzono 3 Kompanię Forteczną Batalionu ?Osowiec?, 8 Kompanię Strzelecką, 8 Kompanię 135 Pułku Piechoty, 136 Rezerwową Kompanię Saperów, dwa plutony pozycyjne artylerii 75mm i Pluton Pionierów. 3 Kompanią dowodził młody, niedoświadczony w boju oficer- kapitan Władysław Raginis, który 2 września objął formalne dowództwo nad całym odcinkiem obrony, który liczył wówczas ok. 720 żołnierzy, w tym 20 oficerów i 700 szeregowców (niektóre źródła podają, że żołnierzy mogło być niewiele ponad 500). Odcinek obrony rozciągał się prostopadle do rzeki Narew na długości ok. 9 km, posiadał 3 pozycje wysunięte na ok. 10 km w dół rzeki. Do obrony pozostawał obszar nieco większy niż 100 km?. Były to tereny bagienne, miały one być naturalną zaporą dla nieprzyjaciela, jednakże lato tego roku było wyjątkowo suche, więc obszar nie stwarzał spodziewanych utrudnień. Stan uzbrojenia polskiej obrony przedstawiał się następująco: 5 dział lekkich, 24 ciężkie karabiny maszynowe, 18 ręcznych karabinów maszynowych oraz 2 karabiny przeciwpancerne. Tak skromne uzbrojenie, brak naturalnych barier i wielka odległość najbliższych jednostek polskich (ok. 30 km) sprawiły, że obrona Wizny nie miała większych szans. Przebieg bitwy 5 września w godzinach przedwieczornych pozycje obronne pod Wizną zostałe ostrzelane ogniem artylerii niemieckiej z rejonu Jedwabna. 6 września ostrzał był kontynuowany, cały odcinek pierwszej linii był ostrzelany. Pierwsze pododdziały niemieckiej 10 Dywizji Pancernej pojawiły się 7 września. Próbowały one przebić się w kierunku Brześcia. Polscy saperzy wysadzili most na Narwi zatrzymując natarcie, które wycofało się po silnym ostrzale z polskich pozycji. Następnego dnia siły 10 Dywizji wzmocnione zostały XIX Korpusem Armijnym Guderiana. W skład tych sił wchodziły 2 Dywizja Zmotoryzowana, 3 Dywizja Pancerna i Brygada Forteczna Lötzen. Siły niemieckie mogły liczyć do ok. 32.000 żołnierzy oraz ok. 200 czołgów. Załogi schronów na pierwszej linii wybiegały z umocnień szukając schronienia w lejach, gdyż poszycie okopów zapaliło się na skutek długotrwałej suszy, a nadto pył i piach wdzierały się do schronów podczas ostrzału artyleryjskiego (nie było w nich wentylacji). Już wtedy zginął woźnica dowożący skrycie żywność? pierwsza linia umocnień została odcięta. Od nocy do południa dnia następnego trwał ostrzał artylerii oraz ataki ze strony Luftwaffe. 9 września Guderian rzucił do walki czołgi. Maszyny blokowały schrony, uniemożliwiając skuteczny ostrzał polskim obrońcom, następnie do ataku ruszała piechota uzbrojona w granaty oraz miotacze ognia. Schrony, pozbawione możliwości obrony, padały jeden za drugim. Mimo tej sprytnej taktyki Niemcy odnieśli tego dnia wiele strat. Artyleria polska została odcięta wraz z 8 Kompanią. Pododcinek ?Giełczyn? padł. Most na Narwi został spalony, dwa działa, pluton pionierów, kompania saperów i nieco piechoty z północnego skrzydła wraz z rannym dowódcą porucznikiem Kiewliczem zdołały wycofać się w stronę Białegostoku. Porucznik Brykalski zginął, a Raginis został ranny w schronie dowodzenia ?Góra Strękowa? . Na odcinku południowym ?Kurpiki? natarcie niemieckie do godziny 17 dociera poza południową część umocnień, ciężki schron Maliszewo-Lynki ostrzeliwuje nacierającego wroga. Piechota 8 Kompanii rusza do kontruderzenia i mimo ciężkich strat dociera do schronu. 9 września, tak kpt. Szmidt wspominał ostatnie chwile walki: ?Ok. godziny 15 straciłem pierwszy cekaem i zostałem tak oślepiony, że straciłem wzrok. Do godziny 18 nieprzyjaciel uszkodził wszystką broń maszynową w obiekcie, raniąc ciężko mnie i pięciu szeregowców. Stan rannych w jednej, zupełnie ciemnej izbie wśród stłoczonych dwudziestu sześciu ludzi stale się pogarszał, broni maszynowej już nie było. Zdecydowałem się poddać obiekt?. Rankiem 10 września załogi niektórych, otoczonych już, schronów nadal się bronią mimo, że Niemcy nacierają już na Brześć. Ok. godziny 10, kiedy ostatni schron z obrońcami był już na celu czołgów, do kapitana Raginisa przychodzi niemiecki parlamentariusz. Stawia on ultimatum, jeżeli obrońcy się nie poddadzą, z rozkazu generała Guderiana wszyscy jeńcy polscy spod Wizny zostaną rozstrzelani. Po godzinie kapitan poddaje załogę i nakazuje jej opuścić schron. Sam natomiast rozrywa się granatem wypełniając wcześniej złożoną przysięgę.
-
Myślę, że ten film nie potrzebuje komentarza. http://www.youtube.com/watch?v=cmDzaD4oGuw&fmt=18
-
Hm... Ciężkie sterowanie? Na Xboxie? Jakoś z GoWem nie miałem tego problemu. Parę chwil nauki, a potem jak po maśle.
-
Gdy noc była bliska, wieczoru pewnego Pisarza wzięło na coś nowego Flaszkę odstawił, do spodni wskoczył I do gabinetu swojego wkroczył Zasiadł w fotelu, lampkę zapalił Sięgnął po fajkę, aby popalić Chwycił za pióro, kartkę podsunął I plan misterny wtem mu odfrunął ?O czymże pisać??-mruknął do siebie I tak myślami pogrążył się w niebie Czy pisać o kraju, o sytuacji O gospodarce, sejmie i nacji? Czy o Lepperze, Tusku i Rywinie Których to miejsce w Faktach nie ominie? A może coś wymyślnego I jął się przenosić do kraju barwnego Gdzie paladyni w srebrzystych zbrojach Gdzie potwory i mary w podziemnych pokojach Gdzie krasnoludy pod ziemią ryją Gdzie elfi łucznicy w lasach się kryją ?Niee..?-rzekł pisarz ?To zbyt banalne? ?Lepiej się przenieść na sprawy moralne? O bogu pisać, o teologii O tym jakie filozof przekracza progi Czymże jest honor i śmierć w boju A czym stos jabłek w starym pokoju Pisarz siedział, myślał i ślęczył Lecz pomysłu żadnego już nie wymęczył Porzucił pióro, fajkę odłożył I na blacie biurka zmęczon się położył I tak kiedy sen nań schodził W jego umyśle pomysł się narodził Ujął pióro w dłoń, przytrzymał kartkę I na papier przelał słowa tego warte Skończył dość szybko, uśmiechnął się szeroko Na błędy własne przymknął nawet oko Odszedł od biurka, ubranie złożył I pod kołdrą puchową ciało ułożył I smutek z głowy pisarza pierzchł Bo napisał jak i o czym napisać wiersz?
-
Będąc w Hel(l)u ostatnie 3 dni postoju przeznaczyłem na sesyje D&D oparte wyłącznie na storytelling'u i okazjonalnych rzutach kośćmi wraz z niesamowitym gościem zwanym Rennkar. Osoba potrafiąca tak opisywać, że po długim opisie musiałem jakieś 10 minut go trawić i dochodzić do normalnego stanu. Pierwsza sesja: Akcja rozgrywa się w Dolinie Lodowego Wichru, fabuła na książce o pewnym dobrym drowie oparta była. Grałem krasnoludzkim wojownikiem z rodu Battlehammerów żyjącego w mieście pod Kopcem. Ogólnie sesja bardzo krótka, podejrzewam, że wszystkie sytuacje żywcem wyjęte z książki. Zaprzyjaźnienie się z Drizzitem Do'Urdenem było jednym z barwniejszych i fajniejszych momentów. Nie pamiętam dokładnie na jakim momencie sesja się skończyła, ale pewnie gdzieś w okolicy rozmowy z Breonorem Battlehammerem, który zdążył już rozmawiać z drowem, do którego był wcześniej negatywnie nastawiony. Druga sesja: Prowadzona przeze mnie. Wykorzystałem stary, niewykorzystany patent na sesję. Bohaterowie- mag Rennkar wraz z Mistrzem i od pewnego momentu wędrowcem Martinem (obie postacie jako NPCty). Opiszę nieco realiów: Stary zakątek świata, pozostałość po państwie, którego nazwy nikt już nie pamięta. Niegdyś władca tego kraju sprowadził krasnoludy do Gór Księżycowych, do Doliny Żelaznej, aby tam wydobywały niezwykły kruszec. Żelazo o niezwykłej lekkości. Gdy połowa miasta Mardangal tworzonego z celem bycia punktem przerzutowym metalu, a także wstępnego przetopu została ukończona żelazo... znikło. Ruda wydawająca się być żyłą złota skończyła się. Krasnoludy opuściły pospiesznie teren Doliny, a wraz z nimi odeszło szczęście i bogactwo. W kraju nastała bieda, stolica stała się zwykłym miastem, a mieszkańcy musieli przerzucić się na rybołówstwo. Mieszkańcy Mardangalu zaczęli handlować z przyjaźnie nastawionymi svirfneblinami, które pojawiły się w kopalniach, ale po pewnym czasie i one zniknęły. Dodatkowo od niedawna na powierzchni zaczęły pojawiać się stworzenia znane tylko z bajek i opowieści. Podziemne stworzenia... W takiej mniej więcej scenerii zaczyna nasz bohater wraz z Mistrzem w karczmie "Na Rozdrożach", rzut kamieniem od stolicy Forwold jak i od Mardangalu. Sesja przebiegła bosko, wzajemnie się uzupełnialiśmy. Rennkar coś rzucał, ja coś dodawałem. Ja rzucałem coś, on to wypełniał. Bohaterowie szybko wyruszyli do Mardangalu wraz z nowym towarzyszem. Był nim podróżnik Martin, typowy łowca lubujący się w zabijaniu potworów, dodatkowo pracujący dla Rady Miasta Forwold. Szybko dowiedziano się o magu-miłośniku czarnej magii osiadłego w okolicy Mardangal w celu badania resztek rudy, jej sił magicznych i wpływu na wykonane zeń przedmioty. Po drodze do kopalni bohaterowie znaleźli protoplastę reaktora atomowego (no co?! ) w ruinach starej wieży pseudonekromanty i dowiedzieli się o co w tym wszystkim dyga. Na koniec mag zamknął portal magicznym amuletem maga-nekrofila Abaddona... w postaci polimorfanego orka, demon w portalu musiał się zdziwić . Mimo, że nie wszystko poszło tak jak miało być w oryginale to ta sesja należy do jednej z najlepszych w mym życiu. O trzeciej sesji już wkrótce.
-
Przez kilka miesięcy udało mi się zrobić dwa sensowne filmy. Jest to po prostu zlepka fajnego filmu i fajnej muzyki. Myślę, że nieźle pasuje. http://www.youtube.com/watch?v=5wKwY0DxuL4 Jest hołdem dla Polski. I jednocześnie potwierdzeniem, że my, Polacy, jesteśmy "Masters of the World"
-
Kolejny dowód na to, że radzieckie militaria były trwałe i mocne. T-55 to uczestnik wielu kampanii na bliskim wschodzie, pierwszy czołg, w którym zastosowano osłony antyradiacyjne. Zaiste piękny w swej prostocie.
-
Bardziej rozpoznawalny M113A1, transporter opancerzony. Wielu kojarzy go z filmu "Full Metal Jacket", był wykorzystywany przez USA od końca II Wojny praktycznie przez resztę wieku. Ciekawostką jest, że żołnierze często siadali an dachu, aby uniknąć uderzeń głową w sklepienie na wybojach.
-
Dawno mnie tu nie było, warto więc cosik dodać. NA początek chciałbym przybliżyć wam zapewne nieznany temat- modelarstwo. Zapewne wielu z was kojarzy tą nazwę z fanatycznymi i mozolnymi składaczami w okularach -100. Otóż wcale tak to nie wygląda. Modelarstwem zainteresowałem się już właściwie w wieku 11 lat, gdy zacząłem kupować serię pism "Władca Pierścieni: Gry Strategiczne w Śródziemiu", a także wykonywałem dodawane doń figurki. No, ale cena pisma rosła, a ilość dodatków nie, więc poprzestałem na mojej liczącej ponad sto różnych figurek armii. Nie tak dawno czyli jakieś 2 lata temu zainteresowałem się modelarstwem plastikowym, konkretnie militarnym. Zapewne zadziałały tu geny dziadka, który również jest zapalonym modelarzem (aktualnie składa Bismarck'a), a nadto służył w LWP więc na militariach też się zna. Na szczęście w szkole istniało już kółko historyczno-modelarskie, które prowadzi przesympatyczny nauczyciel historii (z którym nawet wymieniamy się grami ). Dołączyłem do kółka i zrobiłem swój pierwszy model takiego rodzaju- Sherman w skali 1:72. Cóż, pięknością to on nie był, ale jak na mój pierwszy model plastikowy wyszedł... nieźle. Dziś moją pasją są czołgi, tudzież wszystko inne co jeździ, pełza, turla się lub chodzi. Nie mam jakiejś specjalności, znam się nawet na czołgach Amerykańskich i na Radzieckim sprzęcie, potrafię także nieźle wykonać figurki. Co ważne skal jest kilkadziesiąt, wspomniane 1:72, 1:400, 1:35, 1:76, 1:24, 1:48, 1:42 i wiele wiele innych, dlatego każdy może znaleźć coś dla siebie. Niestety modelarstwo nie należy do tanich hobby. Niektóre modele kosztują grubo ponad 200 złotych, ja na szczęście nie mam takiego problemu, gdyż modele pojazdów i figurek kosztują najwięcej około 50 zł i tej górnej granicy się trzymam. Do tego dochodzą jeszcze farby, noże, pilniki i cała masa innych narzędzi. Niektórzy mogą już dostać szału na samą myśl o koszcie, ale modelarstwo ma ukryte wielkie zalety. Przede wszystkim modelarstwo militaryjne uczy historii. Przed składaniem modelu należy czegoś się o nim dowiedzieć, jak wyglądał jakie ma szczegóły, jakie miał wersje tak normalne jak i malowania, gdzie walczył itd. jednak ktoś może pomyśleć by zajrzeć gdzieś głębiej, może była jakaś wyjątkowo heroiczna batalia, w której czołgi danego typu uczestniczyły? Po drugie modelarstwo uczy cierpliwości i tego wyjaśniać chyba nie muszę i nie będę. Po trzecie uczy także godzenia się z porażką (ach ten mój PzKpfw IV), bowiem często jeden głupi błąd potrafi zepsuć cały model. Niejednokrotnie może się zdarzyć, że modelarz będzie rzucał mięsem gdzie popadnie i zadecyduje o jak najszybszym wyeksmitowaniu modelu do kosza. Ale zaraz! Przecież nawet rozwalony model można wykorzystać. Masz zniszczonego Tygrysa, nad którym pracowałeś wiele dni? Dokończ go i ustaw na zimowej makiecie jako dymiący wrak. Takie rozwiązania często umilają życie tak modelarzom jak i oglądaczom. Ostatnia rzecz to to, ze modelarstwo jako tako wyrabia pewną rękę i uszy malowania. Oczywiście, niektórzy mogą uczyć się czegoś latami i nadal tego nie umieć, a jakiś nowy pasjonata zrobi to bez drgnięcia palcem, ale mimo to każdy modelarz ma inne asy w rękawie. Pewnie zapytacie jakie ja mam asy . No to potrafię zrobić oczy figurkom w skali 1:72. Nie, pewnie, że nie są to pełnoprawne oczy, ot czarne przecinki ustawione na bok. Ale czasem uda mi się dzięki odpowiednim ustawieniu i namalowaniu oczów wywołać fajny efekt. Na przykład ostatnio malowałem oczy amerykańcowi i wyszło mi coś takiego- O.< a jako iż żołnierz jest w pozycji "wybiega" i trzyma się ręką za hełm wygląda to jakby miał ból głowy, albo chciał jak najszybciej dzidnąć za najbliższą osłonę. No, każdy modelarz ma inne techniki i inne umiejętności, pośród 50 modeli takiej samej firmy, skali i nawet wersji malowania nie znajdziecie nigdy dwóch takich samych modeli, każdy będzie inny i przez to każdy będzie miał duszę. Czyli: Modelarstwo to świetny sposób na wyładowanie weny i pieniędzy w coś co uczy cierpliwości, historii, wyrabia silną wolę i jest niesamowitą frajdą. Każdemu zdecydowanemu bliżej poznać to zagadnienie polecam forum www.dioramy.fora.pl gdzie panuje fajna atmosfera, każdy może wstawić zdjęcia warsztatu i gotowych modeli, można tam podyskutować, wymienić doświadczenia i wiele więcej. A teraz mała galeria moich modeli: Nieznany polski czołg o nazwie 7TP. Niewielu wie, że Polska miała czołgi przed II Wojną. Maszyna innowacyjna (jako jedna z pierwszych na świecie korzystała z silnika wysokoprężnego) i zdolna do równej walki z niemieckimi PzKpfw I i II.
-
Nie mogę skanować, gdyż komiksy zawierają "Adult Content" w postaci przydawek upiększających, a jedyną osobą mającą w posiadaniu i potrafiącą obsługiwać skaner to mój ojciec
-
W skromnym domostwie Rączki, w chacie z sosnowych bali, gdzieś na lesistych, mroźnych stokach Gór Miedzianych, trwało ogólne podniecenie. W wysokim salonie stała potężna choinka. Rączka, znany jako Wergosil Nambalung syn Ninque Narmo, oczekiwał na gości żmudnie zawijając prezenty. Po chwili do drzwi, przez zaspy śniegu, dobili się Inu, ten ubrany w gustowny czarny płaszcz, skórzany kubrak i wysokie buty, wraz ze swoją siostrą Kashią, ta odziana była, jak na wikińską wojowniczkę przystało, w łuskową zbroję z elementami skórzanymi, dumny, skórzano-stalowy hełm, i dziarską, szeroką tarczę na plecach. Gdy oboje weszli Inu z miejsca postanowił przygotować przysmak z dawnych lat- zapiekany chleb z serem i przyprawami, a Kashia zadeklarowała pomoc w ubiorze choinki. Nie minęło wiele czasu, gdy do domu dotarli kolejni goście. Pierwszym z nich, krępym, brodatym krasnoludem w okutej zbroi ozdobionej licznymi symbolami mężności, był Dex Kanon, wraz ze swoją małżonką hobbitką o imieniu Fern. Zaraz za nimi Wergosil witał kolejno- medyka pałającego się w wolnych chwilach trubadurstwem Vojciecha z Lubii, potężnie zbudowanego Symona von Okolum wraz z niskim, acz bystrookim Blarzeyem z Witkowic. Za nimi nadciągali już dwaj znani bardowie, pan Jarkin wraz ze swoim towarzyszem Wawerem. Jakby tego było mało od strony południowej nadeszli jeszcze Sabcio von Zalabskinen, woj Thesior, mag Cro, oraz inni- Odys, dziarski Nomadin, a także mężczyzna zwany Fiołek. Gdy tylko za ostatnimi drzwi zamknięto rozpoczęło się szykowanie posiłku. Co roślejsi mężowie ustawiali stół i krzesła, natomiast ci mniej rośli mężowie pomagali pani Kashii w rozwieszaniu ozdób, szykowaniu prezentów czy też pichceniu i szykowaniu potraw oraz zastawy. Wtenczas do drzwi dobił się również Matthew Raven podróżnik z odległych krain. Podczas szykowania rozpoczęły się rozmowy o najróżniejszych tematach, od wojen orków, poprzez nowoodkryte krainy i wyspy na południu i wpływy polityczne króla Verdonii Darkona II na ekonomię aż do broni, tych nowatorskich jak i najzwyczajniejszych. Gdy wszystko zostało ukończone goście i gospodarz byli zachwyceni. Choinka ozdobiona była setkami różnokolorowych bombek, dzwonków, cukierków, błyszczących kamieni, świetlistych łańcuchów i igrających świateł, a na jej szczycie wyobrażona była wielka, błyszcząca gwiazda. Każdy kąt domu, każdy mebel i przedmiot opatrzony był jakąś ozdobą, począwszy od papierowych choinek, baranków, aniołków i prezentów poprzez magiczny brokat, włosy anielskie, aż do wyspecjalizowanych zapachów kwitnącej wiśni, wanilii czy też magnolii. W powietrzu unosiły się dziesiątki wyczarowanych, świecących różnokolorowo owadów, muszek, ważek, motyli i innych. W powietrzu unosił się wabiący zapach tymianku, bazylii, pieprzu, czosnku, gałki muszkatołowej i różnorakich ziół których nazwy mogły przyprawić o połamanie języka. Na potężnym, dębowym stole otoczonym rzeszą krzeseł, na pięknym obrusie ustawione były talerze, kubki, kieliszki, podstawki, półmiski, tace, miseczki, rondelki, serdelki, pudełeczka, wazy, dzbany, dzbaneczki i antałki przepysznych potraw i napojów. Wśród nich wyróżniały się wszelkiej maści ptactwo, zasmażane z ziemniakami kurczęta, pieczone gęsi, kuropatwy ze śliwkami, pawie i bażanty ozdobione masą listków, kwiatków i orzeszków, były tam także tace i półmiski z karpiami, flądrami, śledziami, mątwami, pstrągami, szczupakami, a także krewetki, małże, a nawet rekin. Pośród tych pyszności były również kiełbasy, szynki wędzone, duszona konina w sosie grzybowym, delikatna cielęcina z ogórkami, udźce z kóz czy bawołów i również cała moc owoców i warzyw głównie w przepięknie skomponowanych sałatkach, były to między innymi wszelkiej maści grzyby, kapusty, marchew, pietruszki, dynie, ziemniaki, groszek, fasola i wiele, wiele innych. Pośród trunków wprawne oko dostrzegłoby piwo jasne i ciemne z najlepszych browarów w tej części Ertiery, wina, księżycówki i wódki w tym te elfiego pochodzenia z najlepszych winnic i piwnic. Gdy wszystkie oczy napoiły się tym wyśmienitym widokiem, a także zapachami wszyscy zasiedli na wcześniej ustalone miejsca. Rączka podniósł rękę w geście uciszenia, wszystkie szmery ucichły. Wtedy podniósł się, wraz z trzymanym w ręku kuflem piwa i rzekł: -Moi mili znajomi, przyjaciele, podróżnicy, wojowie, magowie, smokobójcy, płatnerze, kowale, rzemieślnicy, grajkowie? Witam was w dniu 24 Zazimnia 222 roku 5 Ery, znanego krasnoludom jako 24 Grazvim, a elfom 24 Legferdel. Witam was w moim skromnym domostwie, w dniu Święta Narodzenia Bogów! Mam zaszczyt widzieć was w tak wielkim gronie, dziękuję, że wszyscy daliście radę przebić się przez skute lodem szczyty Gór Miedzianych, aby dotrzeć tutaj na wspólne świętowanie. Chciałbym z okazji tego dnia życzyć wam dużo zdrowia, szczęścia na co dzień, pomyślności w sprawach osobistych i jawnych, spełnienia nawet najskrytszych marzeń, miłości i ciepła w życiu, a także dużo złota, wiedzy, abyście zachowali w sobie najlepsze cechy i byśmy na wieki, aż do Czwartego Sojuszu Bogów pozostali przyjaciółmi! Wszystkiego najlepszego! Goście natychmiast obrzucili okrzykami rozradowania postać Rączki. Zaczęło się wychwalanie pod niebiosa przygotowań, ozdób i potraw a także drobne przechwałki, dyskusje, rozmowy, rozprawianie o sprawach doczesnych i wiecznych, nadmienić trzeba, ze podczas tej uroczystości poruszonych zostało tyle tematów, że wątpię czy w jakiejkolwiek księdze świata starczyłoby stron, aby wszystkie je opisać. Jak na komendę po rozpoczęciu rozmów rozpoczęło się ucztowanie. Goście zajadali się serami, świeżym pieczywem, zupami, przekąskami, mięsem, surówkami, sałatkami i całą resztą potraw popijając piwem, winem czy innymi trunkami, których tego dnia na tym stole było wiele. Po kilku godzinach rozmów i jedzenia goście stwierdzili, że nie zmieszczą już ani kęsa, a trzeba wam wiedzieć, że pochłonęli wszystko co było wystawione na stole, a także większość zapasów z kuchni i piwnic domostwa Rączki, samego piwa potrzeba było trzy beczki, to jest dwanaście antałków, które dają czterysta osiemdziesiąt kufli piwa. Gdy goście orzekli jednomyślnie koniec uczty przyszedł czas na rozdawanie prezentów i śpiewanie. Prezentów było tak wiele, że (wedle szacunków mych) pięciu rosłych mężczyzn miałoby problem z ich przetransportowaniem. Wśród grania i śpiewania udzielali się trubadurzy Vojciech, Jarkin i Wawer, śpiewał akompaniament osób, co jakiś czas zmieniając się, aby odebrać prezent. Podarunków owych było bez liku, wśród najbardziej wyróżniających się były- topory, miecze i sztylety wykonane misternie przez najznamienitszych krasnoludzkich kowali, drewniane ozdoby i drobne instrumenty wyrobione przez elfickich mistrzów, magiczne różdżki zmieniające kolor, tarczki z obrazkami, komplety ubrań i obuwia sprowadzone od najlepszych kupców Ertiery, a także wisiorki, diademy, naszyjniki, pierścienie wykonane kunsztownie przez najlepszych jubilerów. Gdy każdy nacieszał się swoim prezentem krasnoludy tradycyjnie urządziły konkurs picia, zwyciężyli, o dziwo na równi, Dex Kanon i Wergosil Nambalung. Po chwili wszyscy odśpiewali kilka znanych pieśni, a także wysłuchali najpopularniejszych ballad mistrzów lutni. Nikt nawet nie zauważył, że dawno minęła północ. W końcu jednak zabawa musiała dobiec końca. Każdy dziękował jak mógł za wyśmienity posiłek, prezenty i ogół uroczystości. Starzy i nowi znajomi żegnali się bądź zabierali do wspólnego marszu. Dwie godziny minęły na samych pożegnaniach gości. Gdy wszyscy opuścili domostwo pełni radości, podarków i szczęścia Rączka uaktywnił runę zakupioną specjalnie na tą okazję, która miała za zadanie posprzątać po zabawie. Dzień ten na całe lata zapadł w pamięci wszystkich zaproszonych tego dnia do Wergosila. Na całej Ertierze w najodleglejszych i najnowszych czasach nie było tak hucznego, radosnego i wspaniałego obchodzenia uroczystości Narodzenia Bogów?
-
Czyżby to pył radioaktywny?! A nie... to tylko śnieg Czyli wpis Świąteczny
wpis na blogu dodał konjel w Blog imć Rączki
Z Czerwonego Lasu choinka Z Kordonu ozdób skrzynka Z Jantaru prezentów moc Temu kałasz, jemu wódka a tym dwóm duży koc W bazie śpiewanie Żarcie i chlanie No i zabawianie Wspólne świętowanie Stalkerzy cały lud Zony wezwali Nawet Powinność i Wolność rękę se podali Wojskowy z Bandytą razem zajarali Najemnik ze Stalkerem flaszeczkę wychlali Każdy po prezencie chciał A więc Sid rabaty dał Barman z wódką nie nadąża Każdy stolik dziś okrąża Konkurs picia zakończony Wasia jest więc nawalony Śnieg na zewnątrz napier*ala Zombie śpiewa: Tralalala! Gigant, pijawa i kontroler Też zabawę mają w dole Z okazji tych świąt w Zonie Niech twój plecak w kasie tonie Niech ci kałasz się nie zatnie Niech cię mutas żaden nie drapnie Żebyś artów znalazł moc Byś miał farta dzień i noc Żebyś w Zonie długo żył I nogami się nie nakrył Z serca całego życzę tego ci Przyjacielu stalkerze, mordo moja ty! No tak, święta nadeszły. Opuśćmy na razie stalkerów i ich całkowicie bezalkoholowe(xD) harce w Zonie i przejdźmy do rzeczywistości. Wszystkim znajomym, sąsiadom, czytelnikom, oglądaczom z okazji tegorocznych świąt chciałbym życzyć dużo zdrowia, spełnienia marzeń, osiągnięcia życiowych celów, masy prezentów i kasiory, wymarzonych dziewczyn/chłopaków, samochodów, motocykli czy innych traktorów, dużo wiedzy, humoru, miłości i obiektywizmu no i... no to by było na tyle. Mimo wszystko jeszcze parę słów dodać chciałem. Jeśli masz w komentarzu wklepać jakieś durnowate dzieło chorego gibona zamieszczone na necie to lepiej nie pisz. Jako ateista właściwie nie powinienem obchodzić świąt, ale... Chodzi o to, że w tym wyjątkowym dniu cała rodzina (no, prawie) zbiera się razem, zasiada do posiłku, rozmawia, składa życzenia, jest razem... I o to chyba chodzi! Bo to, że raz w roku rodzina zbiera się żeby się za przeproszeniem nażreć, nachlać i nażygać dodatkowo zapominając o prawdziwym sednie tego czasu (którym jest Narodzenie Pana Jezusa u was chrześcijan) to to uważam za... dobra, dziś obędzie się bez brzydkich słów . Jednak w dzisiejszych czasach nie tylko to jest dziwne, nadto święta są taką okazją do chapania forsy, że nie da się tego opisać. Ale temat był już opisywany i tutaj go rozgrzebywać nie będę. Pamiętajmy, że liczy się duch świąt, a nie rzeczy materialne! Wpis kończę i wstydu sobie oszczędzam. Wesołych Świąt! -
Stwierdzam z całą pewnością, że jeśli chodzi o robienie filmów to krąży nade mną jakieś fatum... Ech, w każdym razie przedstawiam wam moje kolejne "zaje*iste" dzieło... http://www.youtube.com/watch?v=qX3f5lCl16U&fmt=18
-
Otóż chciałbym przedstawić tutaj mój krótki komiks, który stworzyłem dobre parę miechów temu. Cienkie, nudne, brzydkie... ale (mam nadzieję) że śmieszne . Prace nad komiksem... cóż, ciężko mi stwierdzić bo niby cośtam dorysowywowywuję co jakiś czas aaale... jak bedzieta chcieli to wrzucę 1. http://img233.imageshack.us/img233/5751/img0655w.jpg 2. http://img140.imageshack.us/img140/2903/img0656w.jpg http://img188.imageshack.us/img188/6407/img0657l.jpg 3. http://img140.imageshack.us/img140/1181/img0658e.jpg http://img233.imageshack.us/img233/4782/img0659a.jpg http://img170.imageshack.us/img170/1796/img0660t.jpg Bonus: http://img132.imageshack.us/img132/6058/img0661t.jpg 4. http://img233.imageshack.us/img233/9672/img0663r.jpg 5. http://img268.imageshack.us/img268/8089/img0664p.jpg http://img233.imageshack.us/img233/6233/img0667.jpg Kampania (czyli zbiór odcinków w miarę konkretnie powiązanych fabularnie): http://img148.imageshack.us/img148/8771/img0668w.jpg 1.K http://img268.imageshack.us/img268/6359/img0669r.jpg 2.K http://img169.imageshack.us/img169/4346/img0673.jpg http://img132.imageshack.us/img132/1972/img0674.jpg http://img170.imageshack.us/img170/43/img0675b.jpg 3.K (Pomysł by Inu) http://img132.imageshack.us/img132/16/img0676.jpg http://img233.imageshack.us/img233/2316/img0677w.jpg 4.K-Koniec http://img228.imageshack.us/img228/2974/img0679h.jpg 6. http://img216.imageshack.us/img216/7599/img0681q.jpg http://img268.imageshack.us/img268/7303/img0682yze.jpg 7. http://img228.imageshack.us/img228/3686/img0683l.jpg http://img233.imageshack.us/img233/9971/img0684m.jpg
-
Pustynia. Jak okiem sięgnąć góry, sterty, hałdy? morze złocistego piasku skrzącego się od promieni słońca. I taki widok od czterech tygodni mam przed sobą o każdej porze. Wlokąc nogę za nogą, grzęznąc po kostki w piasku myślę. Myślę jak w jednej chwili człowiek może stracić wszystko? Straciłem dom, rodzinę, przyjaciół? Jedyne co mi zostało to podarte łachmany i niewystarczające zapasy? zbytnio niewystarczające. Gdy wyszedłem z bezpiecznego schronienia, gdy chciałem znaleźć rodzinę, której nie zdążyłem uchronić, zobaczyłem piasek i poza nim nic nie było. Idę tak cztery tygodnie i nie wiem czy jeszcze żyję czy już jestem trupem, nawet nie mam siły się modlić, otwieram tylko i zamykam miarowo spieczone usta. I nawet to nie jest najgorsze. Nie jest najgorszy brak możliwości przeżycia na dłuższą metę, brak celu, brak jedzenia i wody? tylko samotność. Ta świadomość, że być może tylko ty jeden chodzisz po tym globie. Nikt do ciebie nic nie powie, nie zaśmieje się z twojego dowcipu, nie poda ci ręki gdy się potkniesz, nie pomilczy z tobą w marszu? Nikt nie dobije cię gdy będziesz dogorywać w męczarniach, nikt cię nie pogrzebie, nie uroni łzy nad twoimi szczątkami, nie postawi ci krzyża? I tak będzie aż do usranej śmierci. Nie ma tu nic żywego, ani ptaków, ani owadów? nic. Nawet chmury zniknęły. Jaki jest jeszcze mój sens życia? Nie mam dla kogo żyć, bo już prawdopodobnie nikogo nie ma na świecie i nie ma po co żyć, bo też już nic nie ma. Teraz nawet schron, w którym się ukryłem jest już głęboko pod warstwą piasku. Ale prę naprzód. Co mną kieruje? Nadzieja? Samotność? Instynkt? Nie wiem? Jak ludzie ludziom taki los zgotować mogli? Ludzie nie nadają się do budowy cywilizacji. Wszystko wokół siebie niszczymy, a budujemy tylko po to, żeby mieć co zniszczyć. I jakaś siła sprawiła, że ludzie zniknęli. Jestem tylko ja na całej, bezkresnej planecie Ziemi. Idę tak i mimo, że powinienem minąć dwa duże miasta i z milion mniejszych osiedli to nadal widać tylko piach. Nie ma żadnego, najmniejszego śladu cywilizacji. Ani śrubeczki, ani kawałka papieru? Nic. Przystaję na moment. Daję spocząć obolałym nogom. Otwieram ostatnią butelkę, widzę na dnie ostatnie krople. Ostatnie kropeleczki życiodajnej wody na Ziemi, kropeleczki, którymi nie napoiłaby się nawet mrówka? ale mrówek też nie ma. Przechylam butelkę i pozwalam kroplom zsunąć się powoli do mej wyschniętej na wiór gardzieli. Biorę nóż i rozkrajam butelkę żeby wylizać resztki wody? Za późno, już wyparowała. Nie wiem co zrobić z butelką. Gdyby to był park miejski dwa miesiące temu pewnie wyrzuciłbym ją do stojącego nieopodal zardzewiałego pojemnika na śmieci. Być może za parę tysięcy lat jakiś archeolog odkryłby ją i tym samym okrył się zaszczytami i chwałą. Ale już nie ma nikogo kto by nawet spojrzał na nią. Mimo wszystko kładę ją obok na górce piasku. Wyciągam ostatniego suchara. Wkładam go ostrożnie do ust i przeżuwam dopóki ślina nie wypłucze całego smaku. Połykam powoli i ostrożnie zmielone na papkę resztki, aby nie podrażnić gardła. Sprawdzam co mam w plecaku. Kompas, i aparat fotograficzny, nóż leży na mej nodze. Sprawdzam aparat? nie działa. Piasek dostał się do środka, słyszę jak grzechocze pośród mechanizmów gdy potrząsam aparatem. Wobec tego też go odkładam. Wyjmuję kompas? Nie wierzę? Stoi w miejscu. Obracam go, podrzucam, stukam, walę w niego pięścią? i nic. Wskazówka nie rusza się, nie wyznacza kierunku. Nawet to zabrali? Jak mogli?! Zabrać pole magnetyczne?! Nie wierzę? Ciskam go za siebie. Plecak jest pusty? Słońce dochodzi do zenitu. Jest potwornie gorąco, pot leje się ze nie niczym wodospad. Czuję ból w nogach i w głowie. Nagle budzę się?. Leżę na piasku, ale nie widzę plecaka i reszty rzeczy. Czy usnąłem i nieświadomie poszedłem dalej? Patrzę za siebie, śladów nie ma, ale piach mógł je zmyć. Klękam i patrzę w niebo. Nic już nie wiem. Czy ja wariuję? Możliwe? Czuję potworną suchość w ustach, głowa pulsuje od bólu. Ciężko mi oddychać? Padam na pierś, a może nie padam? Nie wiem? Nic nie czuję, nic nie widzę, nie słyszę? Zapadam w mrok, wiem cóż to za mrok? Objęcia śmierci? Umieram samotny pośród wiecznych pustkowi Ziemi? Nawet nie mogę się wykrzyczeć ani wypłakać? Nie mam sił. Nie oddycham, ale mimo to nie boli mnie. Po chwili czuję chłód, przyjemny chłód? Obolałe mięśnie przestają boleć? Cisza? Ciemność? *** -Ej, Greg, co znalazłeś?! -Jakiegoś gościa? Poor bastard. Chyba umarł z wycieńczenia. -Już lecę? Ma coś przy sobie?! -Nie? Ej, prawie [beeep]ałeś mi w oko tym karabinem! -Zamknij się, i tak masz twardy plastik w goglach. No popatrzmy? -Ech? Nic tu po nas? Wracajmy do bazy, głodny jestem, a w ogóle to słońce niedługo będzie w zenicie? -Może chociaż go pogrzebiemy? -Nie ma czasu? Pieprznij krzyżyk na piasku butem? Zawsze coś? -Ale? -Chodź do cholery? -No? dobra?
-
Poranek był ciepły i rześki, Łysy zauważył, że mocno zaspał, niemniej odczuł miłe zaskoczenie, gdy przed namiotem, w rozwalonej skrzynce, zobaczył dwa, w miarę dobre, kombinezony EKO-1, sześć paczek liofilizowanej żywności, butelkę wody, pięć magazynków do kałacha i trzy do M4. Dla pewności przejechał nad towarem licznikiem, ale nie zauważył groźnego poziomu radiacji. Zapakował trzy paczki jedzenia i magazynków do plecaka, po czym ruszył do bunkra, do Profesorka, po lekarstwa na drogę. Pobiegł do zniszczonego domu i poszedł w prawo do skarlałych drzew, przeszedł przez stary plac budowy, przelawirował między krzewami i zobaczył niewielkie, szare wejście do bunkra z żelazobetonu. Tytanowe drzwi były w wielu miejscach powgniatanie i czerwone od rdzy. Przekręcił właz trzy razy w lewo i raz w prawo, z niemałym trudem zresztą, i wszedł do środka. Bunkier tonął od gęstej, lepkiej i wilgotnej ciemności. Łysy wyciągnął rękę do włącznika i zaraz ciemności rozwiały się. Poczuł smród znany z apteki, usłyszał ciche zgrzytanie wolno kręcących się wentylatorów, rozejrzał się. Nic się nie zmieniło od jego ostatniej wizyty, pomyślał, i miał rację, jedynie rury ciągnące się przez cały korytarz, pod sufitem, bardziej pordzewiały, zniknęło też kilka większych pajęczyn. Łysy westchnął i pomaszerował schodami w dół, ciągnęły się niemiłosiernie i kiedy stracił już nadzieję na dojście na dno przed końcem dnia, wtem ujrzał znany mu dobrze wyłamany z zawiasów właz. Drzwi na powierzchni były nowe, eksplozja bomby o dwieście kilometrów dalej wyrwała oba włazy, ale tego na dole nikt nie chciał reperować. Poszedł szarym korytarzem prosto, innej drogi nie było. Po bokach było mnóstwo drzwi, żaden ze znanych Łysemu ?obieżyświatów? nie przekroczył progu żadnych z nich, chyba, że umierając na noszach. Łysy zobaczył na końcu korytarza drzwi do pokoiku Profesorka. Zapukał, ze środka usłyszał ciche ?Proszę?, przekręcił klamkę i wszedł. Profesorek podniósł nań zapadnięte oczy. Postarzał się chłop, pomyślał Łysy, biedak, już włosy ma siwe, a dwa razy tylko na wyprawę poszedł. Profesorek rzeczywiście się postarzał, włosy miał białe jak śnieg, twarz przecinały liczne i głębokie zmarszczki, okulary tylko pogarszały wszystko jeszcze bardziej. -Jak babcię kocham- zakrzyknął chrypliwym głosem Profesorek.-Toć sam stalker Łysy złożył mi wizytę! -Jaki tam stalker- Łysy machnął ręką i usiadł na malutkim krzesełku naprzeciwko biurka. -Przyszedłeś na badania? Dawno nie byłeś, a chciałbym zobaczyć jak tam twoje zdrowie. -Nie, nie jestem na badania, ale moja wizyta ma dużo wspólnego z moim zdrowiem, o które się tak lękasz. -Ach?- westchnął Profesorek.- Więc idziesz na wyprawę, mówiłem ci żebyś już nie chodził. Po ostatnich wynikach zaniepokoiłem się bardzo, na szczęście nie jesteś nowicjuszem i przynajmniej zabijasz się powoli, ale dawałem ci najwyżej dwadzieścia lat.- rzekł doktor z wyraźnym smutkiem.- Teraz pewnie spadnie to do piątki albo i niżej. -Nie martw się o mnie Profesorku- powiedział Łysy, chcąc pocieszyć przyjaciela.- Mnie się nic nie stanie jeśli dasz mi teraz leki. -A daleko idziesz- zapytał lekarz wstając do szafeczki z medykamentami. -Niezbyt, na Czarne Skały i Żwirową Drogę. Doktor zamarł, odwrócił powoli głowę na Łysego, jakby nie dosłyszał. Teraz wydawał się jeszcze bardziej stary. Westchnął i wyciągnął z szafki trzy napełnione strzykawki, dwie małe buteleczki i trzy niewielkie saszetki. -Tu masz to co zwykle, jodek potasu- Profesorek postawił buteleczki na biurku.- preparat wapniowy i leukocyty.- obok buteleczek wylądowały saszetki i strzykawki.- Może chcesz płukankę? -Nie, płukankę zrobię sobie po powrocie- Łysy zgarnął wszystko do dużej kieszeni, a strzykawki wsadził do plastikowego pudełeczka i schował do drugiej kieszeni. -Będziesz na siebie uważać? -To zależy od wysokości nagrody, przecież wiesz- Łysy uśmiechnął się i wstał.- Im większa tym mniej na siebie uważam- uścisnął pomarszczoną dłoń lekarza i wyszedł. Kiedy dotarł z powrotem do obozu Żyd i Charlie już na niego czekali, ubrani w kombinezony i z całym wyposażeniem. -Gdzieś ty był? Czekamy z pół dnia. -Po prezenty- Łysy rzucił Żydowi dwie saszetki, a Charliemu jedną buteleczkę. -O, dzięki- zawołali obaj i schowali lekarstwa do plecaków. Łysy ubrał się pośpiesznie, ale dokładnie. Zarzucił plecak na plecy, a mavera zawiesił na rzemiennym pasku, na ramieniu. -No to co- oznajmił.- Paciorek i w drogę! Łysy zawsze jak szedł na wyprawę zabierał ze sobą manierkę z czyściutką wódką, nie zdarzyło się nigdy, aby zapomniał zabrać, czy nie napełnił jej. Tym razem nie napełnił, a na dodatek zapomniał. -Ech, golnąłbym sobie- powiedział zniekształconym przez maskę, basowym, szumiącym głosem.- Niech to szlag trafi. -Nie rozpaczaj- odrzekł Charlie identycznym głosem.- Po powrocie będziesz sobie mógł całą cysternę wódki kupić. Wszyscy się zaśmiali, a Łysemu wrócił humor. Lubił wspólne wypady, chłopaki w razie czego zawsze wiedzieli jak go rozbawić. Trójka szła gęsiego, jak wataha wilków, stąpając dokładnie po swoich śladach. Pierwszy szedł Żyd z licznikiem Geigera w dłoni, trzymał go daleko przed sobą, za nim szedł Łysy, z karabinem w pogotowiu i rozglądał się dokładnie od czasu do czasu, na końcu szedł Charlie też z dozymetrem, ale blisko przy sobie. Wszyscy usłyszeli trzeszczenie, Łysy jak na komendę krzyknął: -Stać!- wszyscy stanęli w pół kroku jak wryci i nawet się nie poruszyli, nawet nie drgnęli. Przed nimi leżało rumowisko kamieni obrośnięte trawą, mogli je wyminąć z lewej, w kierunku fabryki albo z prawej, w kierunku starych maszyn rolniczych i wzgórz. -W lewo zwrot, dozymetry daleko na prawo! Grupa skręciła, a Żyd i Charlie oznaczyli plamę promieniowania z lewej strony. Liczniki przestały trzeszczeć, gdy zbliżyli się do zabudowań fabryki. Z tego co od miejscowych dowiedział się Łysy, była tu kiedyś fabryka śrubek i małych, metalowych części. Weszli przez otwarte drzwi hangaru, w środku była nawet jasno, liczne dziury w suficie, ścianach i oknach wpuszczały do środka dużo światła. Teraz Łysy wyprzedził Żyda i poprowadził grupę do progu, jedynie wykrzywione, zardzewiałe zawiasy świadczyły o tym, że kiedyś stały tu drzwi. Ściany były pokryte kafelkami, gdzieniegdzie zerwanymi. Podłoga była z czarnego jak smoła betonu. Zobaczyli przed sobą szerokie okno, a obok metalowe schody prowadzące w górę. Weszli ostrożnie, aby konstrukcja się nie zawaliła, przeszli przez kolejny próg i znaleźli się na dachu. Dach był jak najbardziej zwyczajny, pokryty papą i smołą, w wielu miejscach podziurawiony. Tuż przy kominie zauważyli niemały szałas z dachem z falistej blachy, podparty rurami. Pod nim były dwa drewniane posłania oraz przerdzewiała, czarna od węgla, beczka. Usiedli, Łysy zajął się podpalaniem szczapek drewna w beczce, a tymczasem Charlie i Żyd szykowali skromny posiłek. Były to między innymi warzywa i mięso, wraz z pieczywem zlepione w coś w rodzaju bułki, kilkucentymetrowy termosik wypełniony wodą i mała tabliczka czekolady. Podgrzali ?bułkę warzywną?, jak to nazywali, nad ogniem i jedli, każdy po jednym gryzie, popijając wodą. -Ile już idziemy- zapytał Charlie i zjadł ostatni kawałek ?bułki warzywnej?. -Trzy godziny, plus minus czterdzieści minut. -A daleko do tych Czarnych Skał? Hę, Łysy? Łysy dumał, nie powiedział nic, tylko odkręcił buteleczkę z jodem potasu w płynie i wypił wszystko jednym haustem. Płyn miał obrzydliwy smak, według Łysego smakował jak trociny wymieszane z błotem i krowim łajnem, polane psim moczem, ale w tym wypadku każdy miał inne skojarzenia. -Osiem kilometrów i sześćset dwa metry jak mnie pamięć nie myli. Przez prawie cztery godziny uszli ledwo pięć kilometrów, ale to było nawet normalne, bo Łysy był ostrożny i kazał omijać nawet najmniejsze plameczki promieniowania. Chmury burzowe zakryły słońce, zrobiło się ciemno. Kompania zjadła czekoladę i Łysy oznajmił, że czas wyruszać. Zebrali się szybko i wyszli z fabryki. Musieli założyć maski bo zerwał się wiatr i zaczął podnosić kłęby pyłu. Szli powoli, doszli do lasu, stamtąd zobaczyli jezioro i udali się w jego kierunku. Zalew owy był silnie napromieniowany, woda nie wyglądała jak woda, raczej jak ciemnozielone gluty o konsystencji plasteliny. Na środku była wysepka, a na niej wagon. Przekrzywiony lekko, wyglądał jak ogromna cegła, niemalże brunatny, ze śladami ściekającej z wybitych okien wilgoci. Wbrew oczekiwaniom Łysego jeziorko rozrosło się i zablokowało przejście przez kotlinkę, w jednym miejscu przeprawa miałaby powodzenie, ale to było bardzo ryzykowne, jednakże zawrócenie i wejście na wzgórza, aby obejść bajoro zajęłoby za dużo czasu, a musieli znaleźć schronienie przed zbliżającą się burzą. Łysy podjął szybką decyzję: -Przeprawiamy się, ale teraz słuchajcie mnie uważnie. Choćby nie wiem co, choćby ziemia się pod wami rozstąpiła nikt nie zbliża się nawet o centymetr do wody, ja prowadzę i za mną idziecie krok w krok. Jasne?! -Tak jest- odpowiedzieli razem. Łysy poszedł przodem, trzymając dozymetr nisko. Doszli do urwiska, tuż przy skraju jeziora, stał tam jeden, zawalony budynek. Łysy ostrożnie postępował kroczek za kroczkiem, omijając duże kamienie. Skala na liczniku dawno przekroczyła dwieście radów, a sam dozymetr trzeszczał niemiłosiernie. Nagle Łysy dostrzegł coś w wodzie, coś podobnego widział tylko w programach telewizyjnych o krokodylach. Dwa wyłupiaste ślepia wynurzyły się lekko nad powierzchnię zmulonej wody i wpatrywały się w niego. -Łysy- zawołał nagle Żyd.-Idziemy czy nie?! -Tak, tak. Chodźmy!- kiedy Łysy spojrzał znowu na wodę nie zobaczył już ogromnych ślepi. Poszli dalej, niejednokrotnie musieli się podeprzeć plecami o ścianę skalną, aby nie zsunąć się do wody, ale w końcu doszli do domku. Tu byli bezpieczni, ściany chroniły przed promieniotwórczym bajorem. Wyszli tylnym przejściem i znaleźli się na równinie upstrzonej kępami zżółkłych traw, skarłowaciałymi drzewami oraz paroma domami. Nieco dalej bystre oko mogło dojrzeć szczyty Czarnych Skał. Znaleźli w miarę nienaruszony dom i natychmiast rozbili obóz. Ku wielkiej uciesze kompanii w piwnicy leżał spory stos drewna, na szczęście lekko tylko skażony. Rozłożyli posłania wokół trzeszczącego ogniska, a wejście zabarykadowali kilkoma znalezionymi cegłami i częściami mebli. Wypili tylko kilka łyków wody i poszli spać, Żyd został na warcie, ale po jakimś czasie i jego zmorzył go sen. Noc była spokojna, jeśli nie wzięłoby się pod uwagę jęków i kwików dochodzących z daleka oraz grzmotów i dźwięku spadających kropel. Poza tym nie działo się nic niepokojącego.
-
Od czasów dawien dawnych wpisu nie było żadnego. Otóż jak wiecie leń ze mnie niesamowity i nawet posiadawszy natchnienie nie chce mi się pisać. Aby przerwać nudę załączam tu krótki wycinek mojego starego, niedokończonego opowiadania. BUNKIER Prolog Ziemia rok 2066. Kończące się na świecie zasoby ropy naftowej oraz gazu ziemnego doprowadziło do ogólnego konfliktu. Zjednoczone Państwa Narodu Ameryki przejęły Alaskę, Amerykę Południową oraz Europę. Grupa Krajów Azjatyckich przejąwszy Afrykę, Japonię i Rosję utworzyła linię frontu na zachodzie, w górach Ural, zaniepokojeni równowagą sił i nieruchomością frontu użyli bomb z ładunkiem najgroźniejszych wirusów oraz mutantów bakterii, a następnie broni chemicznej, wszystko odpalane było na wysokim pułapie, aby roznieść śmiercionośne choroby i substancje. ZPNA użyli największej swej siły, ale nie przewidzieli, że zaszkodzą nie tylko wrogowi. 17 sierpnia 2067 roku około 1200 rakiet międzykontynentalnych z głowicami atomowymi zostało wystrzelonych na Eurazję. Rosjanie też mieli rakiety atomowe, obie strony postanowiły zgładzić siebie nawzajem. Opad radioaktywny w latach 2067-2069 był 800 razy większy od opadu z bomb zrzuconych na Hiroszimę, Nagasaki, wybuchu w Czarnobylu i detonacji Bomby Cara razem wziętych. Wojna się skończyła, Azja to podziurawione kraterami pustkowie, a Afryka została przetopiona na szkło, USA to potężne gruzowisko. Ci cywile, którzy mogli, schronili się gdzie się tylko dało, w szybach kopalń, jaskiniach, tunelach metra czy schronach uruchomionych przez rządy państw w trakcie wojny. Niewielu ocalało, choroby, skażenie promieniotwórcze i substancje nie figurujące na tablicy Mendelejewa rozniosły się po całym globie, 30% wyemitowało w przestrzeń kosmiczną. Grupki ocalałych wyszły na powierzchnię w poszukiwaniu żywności, wody i lekarstw. Powoli próbują odbudować cywilizację zmiecioną z powierzchni przez broń ABC? Rozdział 1 Przez szary korytarz przeszedł pisk kółek noszy oraz kroki. Zza drzwi wyłoniła się grupka ludzi w białych strojach upstrzonych gdzieniegdzie krwią. Na noszach leżał człowiek, a raczej coś co go przypominało, bowiem to dziwne stworzenie było czarne, całkowicie, jak węgiel. Wyglądało jak kawałek skały, nie miało włosów, zapieczone oczy i usta nie otwierały się, pierś nie oddychała, ale to był człowiek. Doktor Arnold Wallson wciąż nie mógł się nadziwić ludzkiej głupocie, po odebraniu karty ofiary od starszego asystenta udał się szarym korytarzem w towarzystwie szumiących wentylatorów. Spojrzał w górę, tyle razy przechodził tym korytarzem, zawsze był taki sam, szary, cichy, ponury. Ale gdy spojrzał na sufit zawsze był inny, rury były za każdym razem coraz bardziej rude, niedługo się zawalą, tak samo wentylatory, ale one przynajmniej chodziły. Sufit był wręcz czarny, gdzieniegdzie pojawiały się plamki rdzy zdradzając żelbetonową konstrukcję. Pająki uciekały przed ludźmi, bały się ich. Doktor prawie zawsze spotykał tu jakiegoś niechcianego owada, ale nie wyciągnął spreju ze stężoną Lincykronominą, nie spryskał nigdy sześcionogiego, lub ośmionogiego, przybysza, który mógł przenieść w swym organizmie chorobę zdolną zabić cały bunkier w kilka dni. Nie, doktor po prostu nie miał ochoty patrzeć jak stężona w spreju trucizna zabija, a następnie rozpuszcza powoli owada. I tak patrząc na sufit doszedł do końca długiego, szarego korytarza. Otworzył powoli drzwi do swojego gabineciku i zamknął za sobą. Rzucił kartę na burko, spadła obok klawiatury, prosto na stos innych, podobnych kart. Zmęczony lekarz przysiadł na skraju bialutkiego łóżka, jego wzrok skierował się na niebieski ekran monitora, na środku którego widniało okienko z napisem ?Podaj hasło:?. Ekrany w większych bunkrach prawie zawsze na okrągło się świeciły, komputery, wentylatory i wskaźniki elektryczne prawie zawsze działały. Energia geotermiczna, pomyślał, przynajmniej tego nie mogli nam zabrać. Wstał powoli, ociężale, jakby był po nocnej operacji. Starzeję się, pomyślał i usiadł na fotelu, cholera, starzeję się. Wklepał na klawiaturze ?APOKALIPSA ŚWIĘTEGO JANA?, wcisnął Enter i czekał aż system się załaduje. Powitał go ten sam niebieski ekran, szary pasek u dołu i cztery ikonki, ?Karty ofiar?, ?Karty pacjentów?, ?Choroby i leki? oraz jego ulubiona ?Informacje?. Bez namysłu najechał kursorem na ?Karty ofiar? i kliknął podwójnie. Otwarty ekran przypominał tabelę, rubryczki do wpisania danych i małe podpisy. Wziął nową kartę i wpisał wszystkie dane. Przeczytał na głos wszystko po kolei dla pewności. -Wiek, około dwadzieścia pięć lat? Wzrost, waga? mhm? Data i czas zgonu? Prawdopodobna przyczyna zgonu? W tym momencie ktoś zapukał, doktor zaprosił do środka i ukazała mu się kobieta. Ubrana w biały strój, z charakterystyczną czapką, siostra Anweldwood, w jednym ręku trzymała styropianowy kubek z kawą, a w drugim plastikowy talerz z pączkiem. -Kawa dla pana profesorze- powiedziała dźwięcznym głosem i ustawiła wszystko na skraju biurka.-Jak minął dzień profesorze? -Ach, nienajgorzej, zwłaszcza, że właśnie moja ulubiona asystentka przyniosła mi kawę- odpowiedział z uśmiechem doktor. Siostra Anweldwood zarumieniła się niezauważalnie i życzywszy miłego dna wymknęła się za drzwi. Doktor wiedział, że zdobycie pączka to nie lada wyzwanie, podziwiał ?swoją asystentkę? za niezwykłą zaradność i dar przekonywania. Przyciągnął bliżej oba podarunki, ugryzł pączka i wypiwszy łyk orzeźwiającej, gorącej kawy wrócił do sprawdzania. -Na czym to ja? ach tak. Prawdopodobna przyczyna zgonu? pro-mie-nio-wa-nie- przesylabował powoli i wpisał w rubryce ?Ewentualna przyjęta dawka? trzycyfrową liczbę, 530 radów. Łysego obudziło szturchnięcie w ramię. Nie spał od trzech dni kiedy to wyruszył na szukanie ?błyskotek? i chciał się w końcu wyspać, ale nie mógł przez długi tego zrobić czas po lekach przeciwradiacyjnych. W końcu usnął, ale jak się okazało nie na długo. -Co za skur? a, to ty Charlie-zobaczył nad sobą znajomą twarz chłopaka i od razu zmienił ton.- A cóż się stało, że budzisz mnie z upragnionego snu? -Jest robota stary- uśmiechnął się Charlie i pomógł wstać kompanowi, był ubrany jak większość nowych, gruby, gumowy kostium z kapturem, na szyi wisiała mu maska przeciwgazowa, a na ramieniu, na rzemiennym pasku, kołysał się kałach. ?Żyd dostał zlecenie od przyjezdnego sprzedawcy. -A to taka robota?- westchnął Łysy i pocieszył się myślą, że będzie mógł spać do woli po wykonaniu zlecenia.-A co dokładnie? -Ten przyjezdny, sprzedawca znaczy się, mieszkał tu kiedyś, ale przed wojną wyemigrował. W domu zostawił jakieś ważne dane na pendrive?ie, a jako, że nie zna terenu to potrzebuje kogoś, kto mu to przyniesie. -Doobra, to idziemy do Żyda? -No chodź, tylko weź jakąś kasę bo trzeba trochę żarcia kupić. Łysy nadal nie mógł uwierzyć jak szybko nazwy ?kasa?, ?forsa? i ?pieniądze? całkowicie zmieniły znaczenie. Teraz ?kasa? oznaczała ołowiane pociski do broni. To było raczej ciężkie i trudne do zdobycia, ale dwie firmy wciąż produkowały w Stanach broń i naboje, więc nie było to niemożliwe. Otworzył plecak, wziął jeden magazynek do swojego M4 i wsadził go do kieszeni, następnie wyciągnął nowoczesną maskę strażacką, założył ją i poszli. Minęli kilka, podobnych do jego, namiotów, szarych, brudnych, dziurawych, ale zawsze własnych. Przeszli obok zniszczonego domu i skręcili nieco na lewo, w stronę baru. Bar o przytulnej nazwie ?Świecący Wyszynk? był duży, jak na standardy powojenne oczywiście, sala główna była wielkości dużego salonu, zaraz naprzeciwko drzwi stała duża, przewrócona szafa służąca za blat baru, kilka stołów i nieduże radio to było wszystko co tu stało, po wojnie bardzo trudno było znaleźć nienaruszone krzesło i barmani zabijali się o względy stolarzy. Obdrapane z tynku ściany i podziurawiona podłoga nie obchodziły nikogo. Po prostu, nikt nie miał czasu na przyglądanie się, ludzie w tym barze byli bardzo zajęci, odbywali spotkania ze znajomymi, handlowali, grali w karty, czy po prostu topili swoje smutki w szklance radioaktywnej wódki. Nie inaczej było tego dnia, barman miał pełne ręce roboty, ktoś biedny prosił o ?Radio-wodę?, ktoś przeciętny o piwo w tekturowym kubku, a jakiś bogacz o Drinka Cytrynowego z pieprzem, koniecznie trzeszczącego mniej od otoczenia. Weszli, nikt się tym nie przejął, zdjęli maski, w tym momencie kilku ?obieżyświatów? spojrzało na nich i natychmiast odwróciło wzrok. Sława znacznie ich wyprzedzała, nic dziwnego, jako pierwsi przeszli przez Kwaśne Bajora i dotarli do Magazynu 66, jak ?obieżyświatowi? nazywali przedwojenny, zbombardowany poligon wojskowy, a na dodatek udało im się wrócić w jednym kawałku i to z nie byle jakim towarem, przez tamte dni żyli w luksusie, szastając ?błyskotkami? na prawo i lewo. A nie byle co przynieśli, trzy ?kostki wapienne?, osiem ?lampek śmierci?, pięć ?kocich kłaków? i nawet jednego ?białego klocka?. Teraz ci, którzy chodzili na Białe Tereny i przebywali aktualnie w barze, czując głęboki respekt odwracali wzrok, Łysy był uważany niemal za stalkera, ale jak sam wiedział daleko było mu do tego miana. Weszli więc i skierowali się do stołu, przy którym stał Żyd i rozmawiał z jakimś tęgim mężczyzną w szarym stroju, oprócz czarnej kamizelki. Żyd był niski, Charliemu sięgał do nosa, a Łysemu ledwo do ramion, ale był uzdolnionym technikiem, znał się na komputerach i tym całym pasztecie, o którym Łysy nie miał bladego pojęcia. -Cześć stary, siemasz Charlie- znajomi uścisnęli sobie dłonie.-A to jest właśnie pan Sugersfoot.- Pulchny sprzedawca był pod wyraźnym wrażeniem doświadczenia, jakie Łysy miał wypisane na twarzy. -Witam, miło mi panów poznać. -Dzień dobry.- Łysy niechętnie uścisnął dłoń sprzedawcy, poczuł jak trzeszczą mu kości w ręce, ale nawet nie mrugnął. Nie lubił takich typów, to że mieli nieco więcej szczęścia niż inni dawało im władzę, możliwość manewrowania innymi. Ale z drugiej strony, gdyby nie ci sprzedawcy nie byłoby ?obieżyświatów?, także jakoś znosił ich uśmiechnięte, pulchniutkie mordki.-Mam jeszcze pytanie co do położenia, hmmmm? celu.-usiadł na krześle obok Charliego. -Mój dom stoi sto sześćdziesiąt kilometrów na południowy-zachód od Nowego Jorku, w mieście Bargound. -Hmmmm? To będzie gdzieś pomiędzy Czarnymi Skałami, a?- tu przerwał, wiedział, że Czarne Skały da się przejść. Raz nawet tam był ze znajomym, niestety znajomy był durny i poleciał przodem machając dozymetrem jakby odganiał rój wściekłych os, no i wleciał prosto w plamę promieniowania. Na dzień dobry dostał jakieś pięćset radów, a Łysemu tylko trup drogę pokazał. Ale dwa kilometry od wschodniej granicy Czarnych Skał rozciągał się teren znany jako Żwirowa Droga, długi na ponad dwieście, a szeroki na sześćdziesiąt kilometrów pas zawalony tonami zeszklonego piasku i radioaktywnej masy żwirowej, niedaleko były nawet dwa kratery. Łysy krzyknął do barmana, aby przyniósł piwo, a sam oparł czoło na pięści i zaczął myśleć jakie leki trzeba będzie kupić po powrocie, o ile się stamtąd wróci. Barman w tempie szybszym niż mogłoby się wydawać przyniósł tekturowy kubeczek wypełniony jaskrawożółtym płynem ze śladowymi ilościami białej piany. Łysy wypił łyk, i następny, trzeciego nie można było wypić, bo już nie było piwa w kubeczku.-To jest bardzo? osobliwy teren.- podjął znowu.- A my nie mamy ani sprzętu, ani pieniędzy na zakup sprzętu. -Mogę wam załatwić kombinezony. -Tu nie tylko o kombinezony chodzi, potrzebujemy lekarstw, żywności i amunicji. -Lekarstwa- handlarz założył ręce za głowę.- i żywność wam załatwię. Ale dwa kombinezony? -Wystarczą- powiedział szybko Żyd.- Ja skombinuję coś dla siebie. -Ale amunicja.. No, to będzie problem. Mam tu znajomego człowieka, kiedyś dałem mu coś co uratowało mu życie, więc może teraz się odwdzięczy. -No, to mamy ustalone.- powiedział z uśmiechem Łysy.-Wymarsz, jutro, czwarta rano.- już chciał wyciągnąć na stół magazynek jako zapłatę, ale sprzedawca szybko wyciągnął z kieszeni swój magazynek. -Zapłacę, za siebie też, musiałem spłacić u tutejszego barmana dług. Miło było mi poznać panów. -Mnie bardziej, do widzenia panie Sugersfoot.- Łysy uścisnął pulchną dłoń i wyszedł razem z kompanami. Oczywiście język Charliego rozkręcił się zaraz po wyjściu z baru. -Szykuje się niezła kasa- rzekł z niekłamanym uśmiechem.- Widać, że nie byle kto, miał amunicję od M3A. -Pożyjemy, zobaczymy- odparł jakoś bez przekonania Łysy. Takich zleceń było na pęczki i sprzedawcy płacili za nie marne pieniądze. Wrócili do obozowiska i rozeszli się, Żyd musiał poszukać czegoś co nadawałoby się na kombinezon, a Charlie pobiegł w sprawie ?ważnych interesów? w bliżej nieokreślonym kierunku. Łysy pomyślał, żeby odwiedzić starego znajomego, doktora Arnolda Wallsona, zwanego przez niego Profesorkiem, ale szybko poniechał tę myśl i postanowił, że pójdzie do namiotu odespać chociaż te parę minut.
-
Zalecenie Rządu Stanów Zjednoczonych Ameryki Dla obywateli oraz obcokrajowców znajdujących się na terenie USA Jeśli posiadacie niniejszy materiał on-line bądź na nośniku HDD (lub pochodnym) wydrukujcie go! Zalecane jest posiadanie materiału cały czas przy sobie, zawiera on informacje pozwalające na uniknięcie skutków pandemii tzw. wirusa zombie X/A/H1N1. 1. Zalecenia zachowania bezpieczeństwa W związku z tzw. falami pandemii wirusa zombie Centralny Ośrodek Epidemiologiczny USA oraz Wojskowy Instytut Higieny i Bakteriologii we współpracy z Komisją ds. Pandemii Wirusa X/A/H1N1 przygotowały niniejszy materiał zawierający wskazówki i informacje, które pomogą zapobiec zakażeniu wirusem X/A/H1N1. Przeczytaj je uważnie i postępuj według nich, a zwiększysz swoje szanse na przeżycie. Zombifikacja wywoływana jest przez zakażenie wirusem z rodziny Ortomyksowirusów (z tej rodziny pochodzą A/H1N1 czy H5N1 oraz zwykła, niegroźna grypa) X/A/H1N1. Wirusy z tej rodziny mają skłonność do częstych mutacji i wymian materiału genetycznego między całymi szczepami wirusów co sprzyja powstawaniu nowych odmian wirusów. Ta własność komplikuje stworzenie skutecznej szczepionki przeciw nowym odmianom wirusów, które mają tendencję do szybkiego uodparniania się na przeciwwirusowe środki medyczne. 2. Unikanie zagrożenia Wirus rozprzestrzenia się bez przeszkód wszystkimi możliwymi drogami, lecz najczęściej drogą kropelkową. Zaleca się unikanie dużych zgromadzeń, komunikacji miejskiej oraz miejsc publicznych w celu zminimalizowania zagrożenia zakażenia wirusem. Należy pamiętać o częstym myciu rąk po kontakcie z przedmiotami narażonymi na częste dotykanie przez osoby potencjalnie zarażone (klamki, poręcze, przyciski w windach itp.). Zaleca się też możliwy brak kontaktu z osobami z potwierdzoną obecnością wirusa. W przypadku personelu medycznego lub medyczno-wojskowego należy ograniczyć do minimum kontakt z zarażonym, korzystać ze specjalnej odzieży, rękawiczek, masek i gogli, które po każdorazowym kontakcie z zakażonym należy wyrzucać do specjalnych pojemników, a w ostateczności dokładnie zdezynfekować przed ponownym użyciem. Ciała ofiar zmarłych w wyniku zakażenia należy poddać dokładnej kremacji, a w razie niemożności takiego działania trwale oddzielić głowę od tułowia. Nie należy zakopywać zwłok niepoddanych kremacji lub oddzieleniu głowy od tułowia! 3. Objawy Według naukowców i medyków ok. 29% populacji, z nie do końca jeszcze znanych przyczyn, jest odporne na działanie wirusa przenoszącego się standardowymi drogami zakażenia, informacja ta została potwierdzona przez wszystkie większe, międzynarodowe organizacje zdrowia na świecie. Jeśli do dzisiaj (tj. 30 listopada 2011 roku) nie masz objawów zakażenia wirusem to na 98% jesteś na niego uodporniony! Reanimowane zwłoki wykazują ekstremalną agresję wobec niezarażonych (o tym w dalszej części materiału), więc zakażenie może zajść poprzez ugryzienie. Osoba z niżej podanymi objawami powinna niezwłocznie udać się do specjalnego punktu medycznego. Od ugryzienia do 5 min.: -rana po ugryzieniu obficie krwawi, czuć specyficzny ból przejmujący daną część ciała Od 5 min. do 15 min.: -krwawienie i ból ustają -ofiara odczuwa zmęczenie i senność, a następnie bóle głowy, dreszcze i bardzo wysoką gorączkę (ok. 40-45 stopni Celsjusza) Od 15 min. do 30 min.: -gorączka ustaje i przechodzi w oziębienie (ok. 15-20 stopni Celsjusza) -następują silne drgawki, krwawa biegunka, wymioty i kaszel z krwią Od 30 min. Do 1 godz.: -następuje śmierć ofiary Po czasie wynoszącym kilka minut od śmierci ofiary następuje reanimacja ciała przez wirus. 4. Reanimowane ofiary (Zombie) Reanimowane zwłoki wykazują minimalną aktywność fizjologiczną. Poruszają się bardzo powoli, bez celu. Zombie z medycznego punktu widzenia nie wykazują aktywności życiowej, często są w stanie (mniejszego lub większego) rozkładu, mają charakterystyczną, szarą skórę i bardzo ciemną krew. Płuca nie przeprowadzają wymiany gazowej, a jedynie rytmicznie kurczą się i rozkurczają (co powoduje, że zombie wydają charakterystyczne pomruki, stęknięcia itp.). Reanimowane ciała wykazują pewne przebłyski pamięci, np. byli listonosze chodzą do najlepiej zapamiętanych odbiorców. Kilku zombie nie stanowi większego zagrożenia, najlepszym wyjściem jest je po cichu ominąć lub przebiec między nimi zanim zdążą zareagować. Z niewyjaśnionych przyczyn reanimowani w większej grupie robią się szybsi i bardziej podatni na bodźce takie jak dźwięk czy światło. Jeśli zostaniesz przyuważony przez zombie nie próbuj się ukryć! Zombie, w odpowiednich warunkach, mogą wyczuć zdrową osobę nawet z odległości pół kilometra. Zombie na dłuższą metę można się pozbyć tylko w jeden sposób- poprzez poważne uszkodzenie jego mózgu lub oddzieleniu głowy od tułowia. Zombie posiadają niezwykłą wytrwałość, potwierdzone przypadki wskazują, że potrafią wytrzymać kilka bezpośrednich strzałów pistoletowych w tułów. Zombie atakują tylko zdrowych (nie wiadomo nic o tym jak wyczuwają i rozróżniają osoby zdrowe od zakażonych). Jeśli mają taką możliwość gryzą w kark lub szyję, jeśli im się nie uda starają się ugryźć zdrową osobę w inną część ciała. Zombie, po udanym obaleniu ofiary, zaczynają ją pożerać. Badania naukowe dowodzą, że nie odżywiają się ludzkim mięsem, gdyż ich żołądki nie wykazują możliwości trawienia, jednak nie wiadomo co skłania je do pożerania swych ofiar. Nigdy nie pożerają ich w całości, więc każda ofiara ugryzienia (nie mówiąc już o częściowym zjedzeniu) stanie się reanimowanym. Nie wahajcie się zabijać zarażonych! Nie są oni waszymi znajomymi, sąsiadami czy członkami rodziny, każda sekunda wahania może zadecydować o waszym życiu! 5. Schronienie i ewakuacja Pierwszą decyzją, którą powinniście podjąć w wypadku pandemii i ogłoszenia kwarantanny obszaru, na którym się znajdujecie jest zostać czy uciekać. Powinna być ona uzależniona od tego, czy w pobliżu miejsca, w którym się znajdujecie, istnieją jakieś punkty oporu oraz czy spodziewacie się ewakuacji z regionów objętych kwarantanną. Schronienie Ten wybór jest dobry na krótką metę, prędzej czy później zostaniecie zmuszeni do opuszczenia schronienia (w poszukiwaniu zapasów czy ucieczki). Dobre schronienie powinno: -być położone nie za wysoko i także nie pod ziemią (te dwa czynniki mogą znacząco utrudnić ewakuację) -być odpowiednio oznakowane (najlepszym rozwiązaniem jest namalowanie jaskrawym kolorem na dachu i ścianach budynku napisów informujących np. ?S.O.S.? lub ?Tu są żywi!? ułatwi to odszukanie was przez wojskowe grupy do zwalczania zagrożeń biologicznych) -posiadać odpowiednie zapasy: wodę pitną, stały dostęp do gazu i prądu (lub agregat prądotwórczy i butle z gazem), żywność, zapasy medyczne, broń i dostęp do CB radia (gdyż sieci komórkowe najprawdopodobniej nie będą dostępne) -mieć przynajmniej jedno wyjście awaryjne (na wypadek sforsowania wejścia głównego przez reanimowanych) -mieć zablokowane wszelkie miejsca, przez które mogą dostać się zombie (warto zwrócić uwagę na osłonięcie drzwi i okien oraz zabezpieczenie ewentualnej piwnicy i dachu) Po odnalezieniu schronienia powinniście skontaktować się ze zdrowymi ludźmi w okolicy. Najlepiej użyć do tego CB radia (odradza się nawoływanie, gdyż głośne dźwięki przyciągają zombie). W grupie macie większe szanse na przeżycie! Ewakuacja/ Uzupełnienie zapasów Jeśli w pobliżu nie ma optymalnego schronienia lub ilość zombie stwarza duże zagrożenie należy podjąć decyzję o ucieczce. Nie można uciekać w panice, należy przemyśleć najbezpieczniejszą trasę do punktu oporu czy też innej grupy ocalałych. Na drogę należy wyposażyć się w broń (ręczną i palną), zapasy wody pitnej, żywności i opatrunków. Najlepiej uzupełniać zapasy po drodze i robić krótkie przerwy. Należy unikać miejsc gdzie istnieje możliwość występowania dużej ilości zarażonych (kolej, metro, sieci handlowe, lotniska, miejsca publiczne) oraz robienia hałasu. Po ewakuacji z danego terytorium należy odnaleźć w pobliżu miejsce, gdzie prawdopodobieństwo występowania zombie będzie minimalne (czyli odosobnione miejsce z dala od siedzib ludzkich). Idealne miejsce musi mieć dobrą widoczność wokół. Najlepszym jest domek na rozległej łące, lub niewielkiej wyspie. W drodze do takiego punktu należy poszukiwać odpowiedniego środka transportu. Najlepszym będą opuszczone Humvee lub samochody terenowe. Ciężarówki, dostawczaki i autobusy, mimo sporej masy, są mało zwrotne i trudne w obronie. Pamiętajcie, aby uzupełniać po drodze zapasy paliwa i innych produktów. Na pierwszym miejscu w zdobywaniu zaopatrzenia powinna być woda pitna. Należy zbierać hermetycznie zamknięte butelki z wodą i unikać otwartych zbiorników (mogą się w nich rozkładać zwłoki sprawiając, że woda staje się skażona wirusem). Żywność powinny stanowić zamknięte puszki oraz jedzenie liofilizowane (należy unikać mięsa, nabiału, pieczywa itp. gdyż może być ono skażone). Następnym krokiem są środki medyczne. Podczas ich zdobywania zaleca się unikanie szpitali, gdyż wewnątrz mogą się znajdować setki reanimowanych. Najlepsze do tego celu będą apteki i małe przychodnie. Zbierać należy witaminy, antybiotyki, środki opatrunkowe i dezynfekujące. Należy także wyposażyć się w broń, może to być topór strażacki, kij bejsbolowy, a w skrajnych przypadkach nawet kawałek metalowej rury czy gitara elektryczna. Prędzej czy później natraficie na broń palną (jej posiadanie jest wpisane w konstytucję, więc nie powinno być z tym problemu). Szukać jej należy w pobliżu placówek wojskowych i policyjnych, sklepach z bronią oraz u kolekcjonerów. Należy wybierać broń wedle umiejętności jej obsługi! Dla niezaawansowanych najlepsze będą pistolety 9 mm jak chociażby SIG Sauer P220 czy Glock 17. Dla początkującej osoby będą w sam raz. Zaawansowani użytkownicy i znawcy mogą pokusić się o posiadanie pistoletów maszynowych, takich jak Ingram Mac 10, czy nawet karabinów szturmowych (M16, M4, AK-47 itd.). Dobrą bronią będą także wszelkie fuzje myśliwskie i strzelby gładkolufowe pump-action. Pamiętajcie, aby z broni korzystać rozważnie, nie strzelać i nie uderzać na oślep, a celować w głowy zombie. Tylko tak można ich unieszkodliwić w stu procentach! Wojskowe grupy zwalczania zagrożeń biologicznych przetransportują wszystkich ocalałych z miejsca kwarantanny do poligonów i baz wojskowych (po uprzednim przebadaniu). Nie bójcie się zabijać zakażonych! To nie są już członkowie waszych rodzin, znajomi, sąsiedzi, a nawet ludzie! Każda chwila zwłoki może zadecydować o waszym życiu! Jeśli zajdzie konieczność Centralny Ośrodek Epidemiologiczny USA oraz Wojskowy Instytut Higieny i Bakteriologii we współpracy z Komisją ds. Pandemii Wirusa X/A/H1N1 wydadzą kolejne materiały dla ocalałych. Z poważaniem: Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Barack Obama Zarządca Centralnego Ośrodka Epidemiologicznego Dr Erick J. Hansfield Dyrektor Wojskowego Instytutu Higieny i Bakteriologii Gen. Dyp. Sir Jorge Jackans Szef Komisji ds. Pandemii Wirusa X/A/H1N1 Harold Muldgey
-
"W Rosji sklepy masowo wycofują z półek Call of Duty: Modern Warfare 2. Powodem jest oczywiście słynna już scena masakry na lotnisku. Modern Warfare 2, która zalewa media jest zatrważająca i wywołuje przesyt. Tym razem wiadomość jest jednak mało przyjemna dla twórców i dystrybutorów gry. W Rosji tytuł wywołał wiele kontrowersji i właśnie jest zdejmowany ze sklepowych półek. Decyzja została podjęta przez komisję dopuszczającą tytuły do dystrybucji, a więc jest de facto zakazem sprzedaży gry w Rosji. Powodem tak drastycznych działań jest kontrowersyjna scena masakry na lotnisku. Do tego władzom, jak również samym graczom, nie podoba się sposób przedstawienia w grze ich ojczyzny. Infinity Ward przygotowało specjalną łatkę, która usuwa misję na lotnisku z rosyjskiej wersji gry na PC (również w dystrybucji cyfrowej). Z półek znikają wersje konsolowe, które doczekają się nowej, ocenzurowanej edycji. Co ciekawe, nawet pocięta gra może nie przejść ponownej certyfikacji. Według rosyjskich źródeł władze mają od 10 do 20 dni na podjęcie decyzji, czy wersja ocenzurowana może być wprowadzona do obrotu. Możliwe, że gra zostanie całkowicie zakazana na terytorium Rosji." News z serwisu Gram.pl Czytając komentarze owego newsa na gramie zauważyłem tendencję do pisania "Ruskie były kiedyś złe to sie tera niech nie czepiają". Nie powinno się właściwie rozpatrywać takich zdarzeń na podstawie dawnych niesnasek. Ale... jest to trafne określenie bo Rosjanie jakoś nie chcą polepszać swojego kraju w oczach świata. Rosja jest świetnym dowodem na ewolucję wsteczną-wracają klimaty komunistyczne oby tak dalej panie Putin... Btw. Czy jest jakiś sposób, żeby stworzyć na blogu ankietę? (tak jak na gramsajcie na przykład)
-
http://www.youtube.com/watch?v=7WbE2wgWoTQ&fmt=18 Prześwietny filmik, mógłbym go oglądać całymi godzinami. Wszystkie dialogi są w opisie filmu (jakby ktoś nie zrozumiał ). Od razu mówię, że nie jest to moja produkcja (na JuTubje jestem znany jako konjel).
-
http://www.youtube.com/watch?v=IR5ISm0_Y5k /\ Gdyby takie reklamy puszczali w telewizji być może przekonałbym się w końcu do pasztetu ^^" Niestety, takich reklam nie ma. Od czasu gdy w telewizji zacząłem widzieć coś więcej niż kreskówki i zwierzaczki dochodzę do wniosku, że albo ludzie robią się coraz mądrzejsi, albo reklamy coraz głupsze (obstaję przy tym drugim). Weźmy chociaż taki proszek do prania- pojawiają się coraz to nowsze enzimy i nieenzimy pozwalające usuwać plamy z dokładnością radzieckiego snajpera. Ale po cholerę konstruować coraz to nowsze i nowsze rzeczy? przecież potencjał proszku kiedyś też się skończy, nie może służyć do wszystkiego. Niedługo to chyba proszki będą usuwać plamy zanim się pojawią. Dalej- ilość reklam w TV. Ja wiem, że potencjalnego klienta trzeba obrzucać obrazami zachwalającymi pod niebiosa kolejne technologie kremu do odmładzania skóry (chyba od NASA te technologie wyciągnęli...), ale ludzie, bez przesady! Jeśli włączam serial 50 minutowy, podczas którego są trzy bloki reklamowe (w tym pierwszy po 5 minutach od rozpoczęcia serialu -.-) no to coś mnie trafia. Dodatkowo ta oczo*ebna durnota reklam jak chociażby pan Turbodymoman, którego widuję częściej niż podłogę w salonie. Albo te wszystkie pasty do zębów (to chyba cud, że nie mają [jeszcze] opcji złocenia zębów), które powoduję, że zęby są białe niczym #FFFFFF (a kto wie czy nie bardziej) i świecą się niczym uran w ciemnym pokoju. A mistrzostwem było załapywanie dziewczyny na parówki Jedynki, muszę cholera spróbować... I nie jest tak tylko w TV. Gdzie nie spojrzeć uderzają nas Czikity, SuperNiewiarygodnieTanie kostki do zmywarki usuwające tłuszcz ze struktury molekularnej talerza czy dwudziestowarstwowy papier miękki niczym pięć kołder puchowych czy też czipsy tak dobre, że w 50% same się zjadły (tutaj akurat wcale nie przesadzam). Wkurza mnie też nieodpowiednie umiejscowienie reklam (choć większość filmów ma przynajmniej pięć odpowiednich momentów). Oczywiście reklamy mają służyć temu, abyśmy nie musieli zapieprzać 25 godzin żeby zapłacić za miesięczny abonament i kanały bez reklam, ale czy tak trudno jest nadać reklamie chociaż minimalny sens(jak chociażby w przypadku reklamy Pepsi czy niektórych piw)? Wygląda na to, że niektórzy mają z tym trudności...
-
Who knows
-
Tja... Jak dla mnie nieporuszanie tematu kojarzy się źle. Czy jakąś ujmą jest dla mnie to, że 'wracam na jasną stronę Mocy'? Odnośnie nieporuszania tematu-"Wystarczy, aby dobrzy ludzi nic nie robili, a zło zwycięży"
-
Czyli mam okłamywać czytelników? Nie wydaje mi się to dobrym pomysłem. Wiem, nie jest to powód do dumy, ale nie każdy pirat zostaje piratem do końca życia. Btw. Zrobiłeś literówkę, pisze się konjel Btw2. To jest blog nie forum (chociaż można ująć, że jest na forum )
