Skocz do zawartości

konjel

Forumowicze
  • Zawartość

    117
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wpisy blogu napisane przez konjel

  1. konjel
    "Czerwona fala"
    Czerwona fala, o kolorze świeżej krwi, zalała bezkres pustyni
    Spłynęła wzgórzami, by poszerzyć granice
    By zdobyć, zwyciężyć
    By bladoczerwony łopot był widoczny
    Na ostatnim wzgórzu.
    Chwytają dzień, gdy nocni łowcy czają się wśród skał,
    nosiciele zielonych hełmów.
    A, gdy zapada ciemność
    i wiatr, dmąc porusza delikatnie pył w rozpadlinach,
    wychodzą na polowanie duchy.
    Z kałasznikowem przy sercu
    Wiernym nożem z białą gwiazdą na rękojeści
    Przekradając się między zdradliwymi motylami
    Zaczynają zabijać.
    Po cichu, we śnie
    Nożem po gardzieli, sunącym spokojnie,
    dzierżonym w spoconej dłoni partyzanta
    Jasny umysł i determinacja, są atrybutami ducha,
    A zwycięstwo zbliża się
    Z każdym karmazynowym gardłem
    W oczach bez życia dla ojczyzny
    W oddechu z pogardą dla sprawy, za którą giną
    Wysłannicy czerwonej gwiazdy
    "Czołg"
    Blaszana dusza
    Żelazne serce
    Żyły z rur, przewodów i baków
    Przewodzą życiodajne płyny:
    Benzyna, olej, prąd
    Wprawiają w ruch ciężkie nogi kolosa
    Gąsienicowe, z bliznami nitów
    Potwór z metalu
    Także głowa jego, jak dzwon
    Masywna i próżna
    Wyzierająca z niej paszcza
    Pozornie drobna
    W rzeczywistości śmiercionośna
    Głodna ostrych pocisków
    Trzytonowe przedsionki
    Budzą bestię do życia
    Z chrap unosi się kłąb czarnego wyziewu
    Jeszcze jeden haust ogromnych płuc
    I rusza opasłe cielsko
    Łaknące mordu
    I krwi sycącej odnóża
  2. konjel
    "Dwa tysiące lat temu,
    Jakoś tak to było
    Dwunastu z Jezusem na Bliskim Wschodzie żyło
    I choć ludźmi byli dobrymi
    Z serca i duszy
    To tylko byli w dobrym miejscu o czasie
    Stworzyli oni postać mistyczną i wielką
    Która każdego człowieka obdarza miłością piękną
    Ponad wszystkim on jest król sam
    Bóg Jahwe on zwan
    Księgi spisali, jakoby przez niego
    I cierpieli wielce za odmienność swoją
    A najbardziej Jezus, który chyba zrozumiał
    Że zapanować już nad tym nie będzie umiał
    ?Boże mój! Boże mój! Czemuś mnie opuścił?!?
    A później było tylko gorzej?
    ?W imię Boga Najwyższego zabić was musimy
    Lub na naszą wiarę przejść przymusimy!?
    A wszystko dla pieniędzy, ziemi i sławy
    Lub też z czystej chęci krwawej zabawy
    Przeczyli sami sobie, święcie przekonani
    Że wraz ze swą wiarą, muszą być Świata władcami
    Nie zważali na miłość, honor i braterstwo
    O którym mówili jednym, a zabijali drugich
    Wcześniej ulżywszy sobie, zadawając ból
    Mordując i gwałcąc na masową skalę
    Przy aprobacie tłumów, który wiedział wcale
    I choć wielu powstało
    Prawdziwą wiarę głosić
    Ich Bóg rozkazał wszystkich roznosić
    Pod przymusem, pieniądzem lub zbrojną napaścią
    Zyskali dominację i władzę
    I już wtedy zatarły się słowa Jezu Chrysta-
    ?Liczy się, bracia, tylko miłość czysta?
    Mieli Boga na ziemi, w monecie i sławie
    Dalej oddając się plugawej zabawie
    I powstają ludzie, jak rośliny na pogorzelisku
    Lecz każdy kto ich obrazi dostaje po pysku
    Sprytna manipulacja i już tłum skanduje
    ?Ateiści to sataniści, masoni i ch*je!?
    Crimen Sollicitationis, przyjaźń z faszystami,
    Tajne dokumenty, Illuminaci,
    Zakrywanie śladów i kompromitacji
    Prawdziwy obraz tego co serwuje nam Watykan
    Tych ludzi nawet kijem nie tykam
    Czy ktoś usłyszy, pośród zgiełku i krzyków:
    ?Na stos! Na stos!?- milionów Kościelników
    Cichy krzyk opętanego, antychrysta i szatana
    Żyda, masona, judasza, esbeka
    Który jest głosem zwykłego człowieka?"
  3. konjel
    Przy okazji wizyty na tym blogu zapowiedzieć chciałem rzeczy kilka. Po pierwsze, po mym powrocie z Hel(l)u (czyli za tydzień) postaram się wrzucić relację z marszu w lasach Ostromecka oraz na kilka dni przed wakacjami odpalić "wersję beta" PBFa (może nawet jakąś reklamę uda mi się walnąć). Od razu mówię, że nie przeczytałem w sumie nic z Tolkiena (ino Silmarillion zacząłem), a to z tegoż powodu iż czytałem Bożych Bojowników, Wspomnienia z Frontu Wschodniego Leona Degrelle'a, Stalingrad Antony'ego Beevor'a (tak zarypiste że skończyłem w tydzień, mimo iż ma 500 stron, naprawdę masa tekstu) oraz zajmowałem się najzwyczajniejszym opie*dalaniem na całego. A z okazji (lol) iż tema nasz reenactingowy się nieco uszczuplił zrobiłem małego adverta filmowego:
    http://www.youtube.com/watch?v=MxNNe5Clq0g
  4. konjel
    Marsz był zaplanowany przez 40 Royal Marines Commando ?Bravo Coy?, grupę rekonstrukcyjną z Bydgoszczy. W marszu udział wzięli także członkowie ?niemieckiej? Jäger Regiment 42 oraz jeden ?amerykaniec? z Delta Force Przyłęki. Trasa marszu była prosta jak w mordę strzelił, Dolina Śmierci w Fordonie do Tartaku w Osielsku i z powrotem. Jednak to tylko pozory. Podczas rozpoznania terenu, tydzień przed marszem, przekonałem się, że trasa momentami jest dość ciężka, czasem nużąca. Lecz Siriusowi (dowódca 40 RMC) udało się wytyczyć dobrą drogę. Nasz marsz (podczas którego pięknie rozwaliłem sobie pięty) został ukoronowany jakże zacnym stwierdzeniem mojego dzwonka SMSowego ?Jestem hardkorem!?.
    Rozpoczęcie marszu zostało zaplanowane na godzinę 21, w sile ok. 10 ludzi. Ważnym aspektem w moich przygotowaniach było pakowanie. Jak to zwykle bywa najwięcej wziąłem tego, czego nie potrzebowałem (na przedzie ze śpiworem, który zajmował najwięcej miejsca w plecaku, a nawet go nie ruszałem), ale jak to mówią ? mądry Polak po szkodzie. Naturalnie ubrałem mundur, kajdany na nogi znane jako Jungle Boots i inne pierdoły w kamuflażu, lub bez. Zbiórka nastąpiła w domu Siriusa, gdzie przyszło luda sześć osób, czyli nasz gość z Delty oraz brytofile. W pokoju zostaliśmy poczęstowani zimnym Pepsi, a atmosfera była utrzymana w klimacie Waffen SS (nie chcę nikogo narażać na wizytę Counter-Terrorists, więc szczegółów nie zdradzę). Odebrałem magi od Siriusa coby się dociążyć i ruszyliśmy do punktu zbiórki czyli na górki. W drodze zgarnęliśmy jeszcze jednego Niemca, a na samych górkach, w okolicy pomnika upamiętniającego ofiary hitleryzmu odkryliśmy nasze pukawki (pewnie zaraz dostanę w łeb, przecież to były przenajświętsze strzelacze ASGejowe!), każdy dokonał kosmetycznych poprawek i pajechali. W punkcie zbornym na rozległym wrzosowisku poprzecinanym piaszczystymi drogami zrobiliśmy małą przerwę w oczekiwaniu na resztę gości (niektóre fakty z tego popasu również są poufne). Nastąpiło uroczyste odpalenie lightstick?ów i gdy wszyscy byli gotowi dowódca ustalił szyk (zostałem ustawiony między scoutem i dow.), omówił trasę ze zwiadowcą i już w jak najbardziej poważnej atmosferze? Albo chociaż w dość poważnej atmosferze ruszyliśmy. Początkowa trasa szła przez wrzosowisko do skraju lasku, lecz (nie wiadomo jakim cudem) zboczyliśmy zbyt na południe, więc parę razy trzeba było skorygować kierunek marszu. Wróg był czujny, gdyż scout sporadycznie informował o ?Contact left!!?. Lecz na przybraniu bojowej postawy i oddaniu kilku strzałów ostrzegawczych w hasające na skraju zagajnika króliczki (dobra, teraz to już przesadziłem ) się skończyło. Niestety później stanęła przed nami ściana gęstego młodnika, w który wbiliśmy się z zamiarem wyjścia z drugiej strony. Niestety, na zamiarach się skończyło i całą grupą utknęliśmy w gęstwinie niskich, biczujących twarz i ciało, iglastych gałązek. Gdy wszyscy pojęli bezradność naszego położenia, ktoś dobrze skwitował naszą sytuację ?Dobra chłopaki, wracamy.?, ?Ale gdzie jest wyjście??. Jednak dzielny Gęsik (alias Pan Gęsikowski) zbudowany niczym Marcus Fenix utorował drogę powrotną, chwała mu za to! Później, gdy wyszliśmy na drogę leśną, było sprawnie, marsz przez ciemny las w akompaniamencie rozgardiaszu i zabawy latarkami gdzieś z tyłu (Niemcy). Następnie, gdy udaliśmy się asfaltówką w kierunku Osielsko/Zamczysko mogliśmy oglądać zdziwione twarze mijających nas kierowców, byliśmy jakoś dziwnie ubrani czy co? Dalszą trasą były łąki i polne drogi pomiędzy polami. Zejście z pewnej zarośniętej stromizny umilił nam nieco Turbo, który spróbował turlania (brawa za odwagę!). Następnym etapem było przejście przez pole, które w zamierzeniach mieliśmy ominąć. Mimo lata i dość ciepłej temperatury poletko było trochę mokre, a zboże wysokie, więc spodnie szybko mi zwilgotniały. Ciekawy był etap przy jakiejś, usytuowanej przy wspomnianym polu, willi, gdzie pojawienie się auta na drodze, którą całą szerokością zajmowaliśmy wywołało pospolite ruszenie w pole żyta, gdzie Sirius zgubił magazynek. Później wywalono taktyczną mapę z planem Tartaku (czyt.: karteczka z narysowanymi długopisem obwódkami i dwoma samoprzylepnymi, żółtymi papierkami o okrojonym opisie) na ziemię i przyszykowano latarki, kto miał ten miał. Moja mocna czołówka raczej się nie przydała, Turbo ofuknął mnie, że normalnie bym zaraz dostał heda i miał rację. Tak samo nieprzydatny okazał się kolimator na mojej eMce, którego plamka nocą, przez delikatne zaparowanie szybki rozmywała się po całej jej powierzchni i silnym światłem uniemożliwiała mi celowanie, dlatego od tej pory jak koli to tylko na dzień. Podzieliliśmy się na dwie grupy (brytofilska i niemiecko-amerykańska) i dokonaliśmy taktycznego ?czyszczenia? paru budynków. Później wszyscy udali się do garażu, aby oddać się odpoczynkowi, jedzeniu, piciu i, oczywiście, pogawędkom. A tematy były różne i, jak to w męskim gronie bywa, niektóre niezbyt cenzuralne. Powiem tylko, że poznałem ciekawe powiedzonko odnośnie ?Małego niedołężnego? oraz jak potocznie zwie się członków Obrony Przeciwlotniczej. No i było bardzo wesoło. Nad rankiem musieliśmy się rozdzielić i ruszyliśmy w drogę powrotną. I choć rosa nieco zamoczyła mi obuwie, to widoki na potężną i przepiękną mgłę były świetne. Warto podkreślić wartość Turbo w ostatniej fazie marszu, który puszczając alternatywną muzykę i rozprawiając o tematach, że tak się wyrażę, doczesnych i wiecznych, sprawiał, że ten marsz szedł jakoś lżej (chłopie idź do radia albo telewizji, masz świetny głos!). Początkowo prowadziliśmy my, ale na wrzosowiskach widać udzieliło się nam powiedzenie ?Pier**lę, nie robię? i zrobiliśmy małą przerwę (a ja zresztą przez większość powrotu byłem w roli tylnej straży, że tak powiem ), podczas której odkryłem, że człowiek może parować, a Turbo przymierzył osprey?a Siriusowego. Dalsza trasa, dalszy powolny chód i dotarliśmy do przystanku, gdzie pożegnaliśmy się z Turbo i Vito (a ja w oczach pewnych z Rączki stałem się Stópką ^^). Pod blokiem Siriusa czekał już mój ojciec, który uwiecznił nasze pozy zombi. No i w sumie to by było na tyle. Wzorem mojego kumpla Dexa postanowiłem spisać sobie wnioski z tejże przygody:
    -Prawdą jest, że każda zabrana rzecz następnego dnia waży dwa razy więcej
    -Osprey makes you sexy
    -Brytofile lubią gadać o Wehrmachcie
    -Niemcy lubią gadać. Ogólnie. Głośno. I lubią bawić się latarkami.
    -Latem noce są ciepłe, a trawa rano mokra
    -Na marsze trzeba zabierać lekkie żarcie, bo gdy nie jesz przez kilka i dalszych kilka godzin, to płatki śniadaniowe z Biedronki smakują jak wykwintny obiad z restauracji
    -W terenie małe rzeczy lubią się gubić
    -Latarki nie zakładać na łeb, a nocą kolimatora nie zabierać
    -Przez taką noc można się dowiedzieć wielu mniej lub bardziej ciekawych rzeczy o pewnych sprawach
    -Nutka ?Twoja Stara Zapie**ala? umila marsz
    No i to by było na tyle, zdjęcia soon (na zadupiu modem rzecz święta, ale brak 3G wkurza).
  5. konjel
    Tak tak... Trochę po czasie ale w końcu jest nowy wpis. Coby tu rzec, może na początek dobre wieści. Udało mi się ukończyć szkołę z wynikiem mocno satysfakcjonującym oraz dostałem się do V LO w Bydzi, do klasy humanistycznej. Z tego powodu jestem wielce uradowany, ponieważ okolica szkoły jest nader priekrasna, dojazd łatwy, a w klasie chłopa 11 sztuk, reszta dziewczyny (^^). Udało mi się przetrwać Marsz Nocny Fordon-Osielsko Osielsko-Fordon organizowany przez grupę rekonstrukcyjną 40 Royal Marines Commando Bravo Coy Bydgoszcz. Jak będzie mi się chciało to relację, ze zdjęciami wstawię, może nawet dziś lub jutro (takie traumatyczne przeżycia ciężko zapomnieć xP). Wakacje rychło spadły mi na łeb, lecz zakupom sprzętu ASGejowo-rekonstrukcyjnego nie ma końca. Czeka na mnie zakup jedzonka samopodgrzewającego, pałatki, magazynków oraz okularów. I to na pewno nie będzie koniec. Udało mi się zakupić płytkę Sabatona Coat of Arms, kawał zacnej muzyki, tak samo jak zdobyty przeze mnie nowy album Epidemii. Póki co udałem się w dalekie strony zadupia określanego mianem Rogacze, gdzie działkę mają moi dziadkowie. Modem z komórki ratuje mi skórę, dzięki niemu mogę wam tego wpisa napisać. W przerwach w spacerowaniu, moczeniu się w basenie, pogawędkach z sąsiadami itp. zajmuję się poczytywaniem wspomnień pana Degrelle'a z Frontu Wschodniego, albowiem Bożych Bojowników Sapka już skończyłem. Zostaję tu jeszcze kilka dni, a potem się zobaczy. Od razu chciałem przedstawić kilka punktów do zrealizowania w czasie wakacji, z których ja i wy mnie rozliczycie . Otóż są to:
    -Przyszykować nowego PBFa przez te dwa miechy
    -Przeczytać wszystko od Tolkiena co się u mnie w domu wala, to jest: Biografia Tolkiena, tłusty omnibus Władcy Pierścieni, Silmarillion, Hobbit, Niedokończone Opowieści, Dzieci Hurina, Atlas Śródziemia... chyba wszystko, więc jest to wyzwanie
    -Kupić wspomniany sprzęt ASGejowo-rekonstrukcyjny
    -Napisać w końcu jakieś pełnometrażowe opowiadanie i wpuścić je do pajęczyny przez bloga
    -Przetrwać i zrelacjonować kolejne marsze
    -Pewnie z czasem parę "questów" mi dojdzie, będę je wypisywać
    A więc czymajta za mnie kciuki i do następnego!
  6. konjel
    Mapka Metra Moskiewskiego Anno Domini 2033. Tłumaczenie na polski ja + czasem podpieranie się książką. Btw. mapa z książki jest dokładnym zerżnięciem rosyjskiej wersji poniższej, przy czym nasi dzielni wydawcy zapomnieli o paru szczegółach (jak choćby o znaczkach na stacjach). Mapka zostanie użyta w nowym PBFie, ale o tym sza...!

  7. konjel
    Wiersz ten dedykuję Szanownej Pani Romie J, nauczycielce matematyki, za miłą postawę wobec uczniów w przedostatni piątek przed końcem roku.
    Do szkoły przychodzę upalnego dnia
    Wszyscy zmęczeni raz-dwa
    Słońce prażyło, człek się smażył
    Lecz nauczyciel na to nie zważył
    Sprawdzian napisać, gdy słońce pali
    Wzory, równania, by w Polo mnie nie oszukali
    Proszą uczniowie, nawet kujony
    Lecz matematyk co tam - Nieruszony!
    Na nic się zdały prośby, błagania
    Na koniec roku presja pisania
    Komu potrzebne te dyrdymały
    Lecz w końcu uczeń musi mieć pały
    Głowa mnie boli, żar żyć nie daje
    Względem oświaty Polska dziwnym jest krajem
    Lecz co gadać będę... Niedouk głupi
    Straszne, że ja - debil, nic nie zakupi
    Wszak do zakupów - wszystkim to znane
    Funkcje trygonometrii są wymagane
  8. konjel
    Chcesz się poczuć jak amerykański żołnierz w bazie Wietnamskiej? A może chcesz posłuchać przebojów lat '60? Radio Vietnam jest dla ciebie!
    http://www.live365.com/stations/wanderlust2k3
  9. konjel
    Dawno, dawno temu, kiedy Rączka był mały... Dobra, pomińmy wstęp do czasów prehistorycznych. Mała seria małych opowiadanek o tematyce Gothic'owej. Datowanie: 2-3 lata temu. Można zauważyć jak zmienił się u mnie styl pisania. Uwaga! Ortografia i interpunkcja oryginalne!
    Droga do wolności-historia więźnia Rika.
    Rozdział 1: Nowy dom.
    -W imieniu mego władcy, króla Rhoba...
    -Może nieco szybciej!?-powiedział Rik i ziewnął.
    -Jak śmiesz śmieciu! Pana Vengardu. Skazuję teg...
    -Mam dość, uszy mi pękają!-Rik zerwał się trzymającym go paladynom i wskoczył na rampę, która już była opuszczana do Górniczej Doliny. Bariera była coraz bliżej, bliżej, aż w końcu rampa z towarami przeszła przez nią. Rik poczół mrowienie na całym ciele, a po chwili znajdował się już w Dolinie. Gdy rampa zatrzymała się przy pomostku na jeziorku, więzień zeskoczył z niej prosto do wody. Kiedy wyszedł na brzeg usłyszał kroki ze strony malutkiego kanionu. W końcu kilka osób weszło na plażę. Było ich trzech, jeden na przodzie, rosły mężczyzna z ciemnymi włosami i surowym wyrazem twarzy. Drugi łysy i z długimi wąsami i trzeci chudy i z grymasem niezadowolenia na twarzy.Wszyscy mieli skórzane zbroje z kolorowymi elementami czerwieni i szarości, Rik wiedział, że są to zbroje martwych strażników. Pierwszy podszedł do Rika.
    -Co my tutaj mamy? Świeże mięsko. Ha, ha.-zaśmiał się do swych towarzyszy.
    -Jestem Bullit.-zmierzył Rika wzrokiem.
    -Ja jestem... och!-Rikowi przerwała pięść Bullita, która trafiła go prosto w policzek. Biedak upadł na kolana i zaczął sprawdzać swą ranę. Miał rozciętą skórę na policzku. Cała trójka rechotała. Nagle Bullit niespodziewanie wpadł do wody. Pozostała dwójka stała jak wryta i patrzyła z przerażeniem na wielkiego, bardzo umięśnionego i czrnego mężczyznę, który kopnął Bullita prosto w zadek. Ten wojownik miał na sobie solidny pancerz zrobiony ze skór wilków i z niebieskiego metalu. Miał on na plecach ogromny topór.
    -Ts-ts-ts. Nieładnie Bullit, znęcać się nad nowymi.-powiedział z przekąsem.
    -Chol*ra! To on! Chodu chłopaki!
    Cała trójka huliganów uciekła scieżką w dół kanionu. Nieznajomy uklęknął obok Rika. Wyjął bandarze i pomógł mu opatrzyć ranę.
    -Czemu mi pomogłeś?-zapytał Rik.
    -Bo potrzebowałeś pomocy. Masz szczęście dzieciaku, żadko tutaj bywam. Gdyby nie ja Bullit i jego chłopcy sprali by cię na kwaśne jabłko. Jestem Gorn.-nieznajomy podał Rikowi rękę.
    -Ja mam na imię Richard, ale wszyscy mówią na mnie Rik.-Rik uścisnął przyjaźnie rękę Gorna. Poszli razem ścieżką. Później obeszli las dookoła i doszli do wielkiej bramy pilnowanej przez dwóch chłopów ubranych podobnie do Gorna. Podczas tej podróży Rik poznał Ratlforda i Draxa, myśliwych oraz dowiedział się wiele na temat Górniczej Doliny.
    -No chłopcze. Tutaj mieszkam to Nowy Obóz o którym ci mówiłem. W środku popytaj o Laresa, on skieruje cię do mojego kumpla Lee. Powodzenia!-Gorn poszedł przez bramę do obozu. Rik westchnął i poszedł za nim.
    Rozdział 2: Wyprawa i wypadek.
    Był już wieczór. Rik był bardzo zmęczony i postanowił poszukać Laresa następnego dnia. Chciał zobaczyć okolicę obozu. Powiadomił o tym Gorna, który dopiero rozpoczynał wartę.
    -Tylko nie odchodź za daleko! Nawet w pobliżu można natknąć się na groźne kreatury.
    -Spokojnie, będę ostrożny. To tylko spacerek.
    -Hmmm... Jednakże potrzebna jest ci jakaś broń.-rzekł Gorn i zaczął grzebać w swoim plecaku. Po chwili wyjął niewielki sztylet, dobrze naostrzony i z pięknymi zdobieniami na rękojeści.
    -Weź go.Kiedyś ukradłem go jakiemuś handlarzowi, ale mnie się już nie przyda.
    -Wielkie dzięki. Od razu czuję się bezpieczniejszy.-powiedział Rik i założył swą nową broń za pas. Było bardzo widno pomimo zachodu słońca gdy Rik wychodził z obozu. Poszedł ścieżką i poszedł przez most nieco na prawo. Było tak pięknie, ptaki świergotały dookoła, kilka zajączków biegało przy drodze. Rik zatrzymał się przy opuszczonym ognisku. Spostrzegł, że w krzakach nieopodal znajduje się skrzynka. Była w niej butelka piwa i kawałek pieczystego. Rik zjadł pieczeń ze smakiem i popił piwem. Zrobiło się ciemno. Wziął kawałek palącego się drewna z ogniska i ruszył dalej. Po dłuższej chwili usłyszał dziwny dźwięk, jakby obwąchiwania. Zagasił pochodnię, co okazało się później błędem. Dźwięk dochodził zza niewielkiej skały. Rik podkradł się do niej i zobzczył węszącego zębacza, który poszedł nieco dalej. Rik ruszył za nim utrzymując odpowiedni dystans. Nawet nie zauważył gdy zszedł z ubitego szlaku. W końcu zębacz zaatakował coś w zaroślach. Po krótkiej walce pożywiał się już martwym ścierwojadem. Rik postanowił wrócić do obozu gdy zdał sobie sprawę z okropnej prawdy, ZGUBIŁ SIĘ. Nie wpadł w panikę, tylko usiadł nieco dalej i zaczął myśleć. "Skoro ze szlaku skręciłem na północ i potem na wschód to teraz muszę iść na południowy-zachód, czyli gdzieś tam". Rik szedł myśląc, że wróci na ścieżkę, ale nie wiedział, że później skręcała ona na południe. Nagle jego stopę pochwycił wystający korzeń. Rik upadł prosto do strumienia, kilka kamieni zasypało mu nogę."To już koniec" pomyślał, "Umrę tutaj, a nawet nie spisałem testamen...".Przypomniał sobie o kartce papieru i piórze, które nosił zawsze przy sobie. Wyjął kartkę i napisał na niej:
    "Pomocy! Jestem Rik i zboczyłem ze szlaku. Wpadłem do strumienia i nie mogę się wydostać. Szukajcie mnie w promieniu dwóch mil od Nowego Obozu.".Przeczytał go kilka razy i sięgnął po łódkopodobny kawałek kory. Położył na nim list i wysłał go w podróż w dół strumienia. Myślał, że nikt nie znajdzie tego listu, był tego pewien, ale nie wiedział, że strumień przemienia się później w rzekę płynącą kilkanaście metrów od Starego Obozu.
    Rozdział 3: Nowa nadzieja
    Ranek był chłodny. Brom wstał z łóżka, załorzył swój ekwipunek i ruszył na patrol wokół obozu. Przeszedł przez Północną Bramę i udał się wyschniętą fosą na obchód. Nie zauważył nic dziwnego. Parę ścierwojadów pasło się w pobliżu, jaszczury odpoczywały w cieniu przyleśnych drzew. Robiło się corac cieplej i jaśniej. Brom sięgnął po manierkę. Potrząsnął nią. Była pusta.
    -Cholera!-splunął i podszedł do brzegu rzeki. Napełnił manierkę czystą wodą i od razu trochę popił. Był bardzo spragniony. Nagle przez środek rzeki coś przepłynęło. Był to kawałek kory, a na nim złożona kartka papieru. Brom rzucił się do wody. Pływanie utrudniała mu ciężka zbroja, ale radził sobie świetnie. Chwycił papier i płynął do brzegu myśląc, że to mapa za którą mógłby dostać trochę rudy. Parskając i ociekając wodą wyszedł na brzeg. Otworzył kartkę, która trochę się zmoczyła. Było na niej coś napisane, lecz tekst w wielu miejscach był nieczytelny lub rozmyty. Brom chciał już wyrzucić kawałek papieru gdzy zauważył pierwszy wyraz w liście, "Pomocy!". Spojrzał dokładniej. Zdołał odczytać taki tekst:
    "Pomocy! ... Rik i zmoczyłm .. szlaku. Wpadłem do str..mnia i nie mogę się wydst. Szmch...e mnie w promieniu dwóch mil od Nowego Obozu"
    -Hmmm...-zastanowił się- Może to żart, ale na wszeli wypadek popytam Thorusa i Grahama.
    Wrócił do obozu. Dzień minął tak szybko jak się zaczął i zrobiło się ciemno. Tylko pochodnie rozstawione co kilka metrów dawały nikłe światło. Graham nic nie wiedział o żadnym liście. Ale Thorus bardziej się zainteresował tą sprawą.
    -Pokaż to jeszcze raz. -Thorus przeczytał kilka razy cały tekst, przyjżał się dokładnie wszystkim wyrazom.- Zaczekaj u siebie. Muszę pomówić z Gomezem, potem wrócę do ciebie.
    -Thorus wszedł na plac zamkowy. Minął trenujących walkę strażników i udał się do siedziby Gomeza.
    -Stać! Kto idzie?!-Thorusa zatrzymał jeden ze strażników.
    -To ja ty ślepy idioto! Mam ważną sprawę do Gomeza.
    Thorus nie oczekując odpowiedzi wszedł do środka. Skręcił w lewo i dostał się niewielkim przejściem do sali tronowej. Stało tam kilku magnatów oraz suto zastawiony stół. Kruk i Blizna przyglądali się 'panience lekkich obyczajów' tańczącej seksowny taniec przed Gomezem.
    -Suń dupę dziwko!-krzyknął Thorus gdy podchodził do swego dowódcy. Przerażona dziewczyna natychmiast pobiegła do kuchni korytarzykiem na prawo.
    -Czym zawdzięczam twoją wizytę Thorusie?-rzekł Gomez surowym tonem.
    -Ten list znalazł jeden z naszych. Przoszę przeczytać.-podał list Gomezowi. Ten przeczytał go i zapytał.
    -O co tu chodzi? Wyjaśnij mi, proszę, bo nie zrozumiałem.
    -Już wyjaśniam! Więc dzisiaj rano...
    Wyjaśnienie Thorusa nieco zdziwiło Gomeza.
    -...i nie wiem czy wysyłać drużynę, w końcu może to być ktoś od nas.
    -Nawet jeśli tak nie jest to wyślesz drużynę. Jutro rano. Skoro litst przypłynął rzeką to wzdłuż rzeki będą się kierować.
    -Tak jest. Mogę list?
    -Proszę bardzo. Odmaszerować.
    Thorus ukłonił się i udał się do chatki Broma. Brom już szykował się do snu.
    -Masz swój list. Jutro wyślemy drużynę. Jeśli to będzie nasz to dobrze jeśli to nie będzie nasz... to jeszcze lepiej. A to mała nagroda za znalezienie listu.- Thorus wrzucił do środka skąpo ubraną, przerażoną i drżącą dziewczynę.
    -Masz ją na noc.-po czym odszedł pełnić swoje obowiązki.
    Brom nie był okrutnym gwałcicielem jak inni w Starym Obozie. Podszedł do niej i powiedział:
    -Nie bój się, nie skrzywdzę cię. Jesteś głodna?
    Dziewczyna potrząsnęła głową potakująco.
    Rozdział 4: Najpierw wolność potem loch.
    Przez noc woda w strumieniu przybrała. Sięgała już Rikowi do klatki piersiowej. Był bardzo wyziębiony i głodny. Prawj nogi, przywalonej kamieniami, już nie czuł. Leżał tak w wodzie i myślał o swym nędznym losie."Powinienem zginąć w boju, jak wojownik i człowiek prawy, a nie jak zwykły nierób, w strumieniu. Tak rozmyślał z zamkniętymi oczami gdy nagle usłyszał głosy. "Pięknie! Teraz ześwirowałem już do reszty. Mam wrażenie, że słyszę kogoś.".Ale teraz głosy robiły się wyraźniejsze i jakby bliższe.
    -Hej!
    -Jest tu kto?!
    -Te ślady są niewyraźne.
    -Pomocy! Tutaj, w strumieniu!-krzyknął Rik mając nadzieję, że to ludzie z Nowego Obozu przybyli go szukać.
    Otworzył oczy i zobaczył nad sobą troje, może czworo ludzi. Ubrani oni byli w stroje strażników. To było niesamowite opancerzenie, dużo czerwieni i stali. Nosili oni przy bokach długie miecze.
    -Żyje jeszcze!-zawołał jeden z nich do swych kolegów.
    -Na Innosa! Jak on tutaj przeżył?! Szybko! Odsuńcie te kamienie.
    -Hej. Nic ci nie jest?-powiedział jeden z nich do Rika.
    -Jeść.-tylko na to krótkie jęknięcie pozwalały siły Rika. Wszystko robiło się coraz bardziej zamazane.
    -Traci przytomność, szybciej durnie! Chłopcze nie odpływaj. Słyszysz?
    Nastała ciemność.
    Rik obudził się. Leżał w niskim łóżku. Dookoła było pełno ludzi poubieranych jak szlachta nadworna króla. Krzątali i rozmawiali ze sobą. Co chwila ktoś kradł kawałek mięsa z suto zastawionego stołu. Rik obejrzał się za siebie. Kilka skąpo ubranych dziewczyn tańczyło przed umięśnionym starcem na tronie.
    -Panie! Zbudził się.-krzyknął ktoś. Starzec podszedł do Rika.
    -Zawołajcie Thorusa! Reszta won! Ale już! Jak się czujesz chłopcze?-starzec zapytał troskliwie.
    -Głodny jestem.
    -Saya! Jadła mu daj, szybko!-jedna z dziewczyn poszła do kuchni. Po chwili wróciła z bogato zastawionym talerzem i kuflem piwa. Podała Rikowi obiad i pośpiesznie uciekła. Rik z apetytem zjadł pyszną pieczeń, ziemniaczki smażone i gotowaną cebulę, a wszystko popił piwem. Po chwili w sali zjawił się wysoki strażnik z kilkoma innymi z mniej zdobionymi zbrojami.
    -Skąd pochodzisz?-Rik domyślił się, że to Thorus zadał pytanie.
    -Z Kontynentu.
    -Za co cię tu wsadzili?
    -Za liczne kradzieże i próbę morderstwa.
    -Z jakiego jesteś obozu?
    -Z żadnego, ale mam zamiar dołączyć do Nowego. Znam tam pewnego człowieka.
    -Wiesz gdzie teraz jesteś?
    -Nie.
    -W Starym Obozie, a ty jesteś szpiegiem Laresa.
    -Zamknijcie go!-krzyknął starzec. Dwóch strażników chwyciło Rika pod pachy i wyprowadziło z sali. Trzeci zawiązał mu opaskę na oczach tak aby nic nie widział. Gdy zdjęli mu opaskę pierwsze co zobaczył to była cela. Wrzycili go do niej i zamknęli drzwi na wielki klucz. Cela była niewielka, tylko 2 metry na 2 metry.
    Trzy tygodnie minęły Rikowi w lochu. Lepiej nie mówić czym się wtedy żywił. Pająki, dżdżownice, czasem prawdziwym rarytasem był chrząszcz. Do picia miał tylko zamuloną wodę z kałuży w rogu celi. Pewnego dnia trzej strażnicy przyszli do celi. Jeden zawiązał my opaskę na oczach, a dwaj pozostali wzięli go pod pachy i wynieśli. Po dłuższej chwili zdjęli opaskę i rzucili pod tron, który Rik widział kilka tygodni wcześniej. Owy starzec siedział na tronie i patrzył na Rika z obrzydzeniem. Spodnie i koszulę Rik miał poszarpane, brudne i obłocone, włosy rozczachrane i tłuste, usta zaschłe i zapiekłe z pragnienia.
    -Potwierdzono, że jesteś szpiegiem z Nowego Obozu. Teraz zostaniesz wywieziony do Starej Kopalni i będziesz tam pracował jako kopacz. Może jednak na coś nam się przydasz.-Rik miał ochotę zabić starca swym sztyletem, ale strażnicy zabrali mu wszystko oprócz ubrania. Strażnicy ponownie przewiązali mu oczy i po pewnym czasie zdjęli mu opaskę. Rik leżał spętany na wozie z dostawami do kopalni. Wóz jechał przez las. Dwóch strażników ciągnęło wóz, a pięciu szło po bokach.
    -Ej, Drako! Może zabawimy się z tym chłoptasiem? Nikt nie patrzy.-zapytał jeden strażnik drugiego.
    -W sumie...-strażnicy złapali Rika za koszulę, wyciągnęli z wozu i poczęli go kopać, bić, opluwać, przeklinać i śmiać się z niego.
    -Dobra zostawmy go bo jeszcze nie dotrze żywy do kopalni.
    -Zaczekaj! Tylko go jeszcze...-zakrwawiony i umierający Rik patrzył jak Drako brał gruby kij zza krzaków i z całej siły walnął go w czoło. Krew polała się na błotnistą drogę. Rik upadł do kałuży. "Umarłem. To już koniec.", pomyślał. Robiło się coraz ciemniej i ciemniej, i wtedy usłyszał świst strzał lecących w powietrzu, krzyki wielu osób i pluski wody do której wpadały martwe ciała. Ciemność nastała ponownie...
    Rozdział 5: Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
    Rik powoli otworzył oczy. Straszliwy ból w całym ciele uniemożliwiał mu jakikolwiek ruch. Leżał na najlepszym łóżku w swoim życiu. Przed łóżkiem stała wysoka szafa. Rik kątem oka zauważył, że jest to jaskinia, a przy prawej ścienie jest stolik ze świecznikiem. Świece dawały nikłe światło oświetlające postać siedzącą przy biurku i piszącą jakiś dokument. Był to wysoki, krępej budowy mężczyzna z ciemnymi włosami i oliwkowatym kolorem skóry. Miał on na sobie gruby pancerz zrobiony ze skór wilczych oraz naramienniki i nagolenniki z niebieskiego metalu. Przez pierś miał przewieszony długi łuk, a na plecach miał kołczan pełen strzał.
    -Fdfie ja jeftem?-Rik nie zdołał wymówić słów dokładnie przez brak kilku zębów. Mężczyzna siedzący przy biurku wstał i powoli podszedł do łórzka na, którym leżał Rik.
    -Nic nie mów. Musisz odzyskać siły. Mało kto przetrwałby takie katusze. Jesteś twardy jak skała chłopcze.-mężczyzna uśmiechnął się.
    -Kim jefef?
    -Cśśś! Jestem Lee. Jesteśmy w Nowym Obozie, a ty jesteś...?
    -Fik.
    -Rik? Ładne imię.
    Wtem drzwi do jaskini otworzyły się i stanął w nich Gorn.
    -Generale, mam ważne... Rik!-Gorn podbiegł do łóżka.-Na Innosa! Jak się czujesz? Widziałem ciebie jak nieśli cię całego połamanego i zakrwawionego. Rik zacisnął pięść i uniósł kciuk do góry, po czym spróbował się uśmiechnąć.
    -Co mu się stało generale?-powiedział Gorn do Lee.
    -Coż...-Lee wyprostował się i skrzyżował ręce na piersiach.-Ma pękniętą czaszkę, złamaną rękę, połamane cztery żebra, złamany goleń, pękniętą łopatkę i zapadnięte płuco, ale szybko wraca do zdrowia. To naprawdę twardy chłopak.
    -I szczęściarz. Moi ludzie byli tam tylko na polowaniu. Gdyby nie oni prawdopodobnie umierałbyś już w kopalni.
    -Dobra! Dosyć gadania, chłopak musi się wyspać. Zaśnij Rik. -Rik zaczął zamykać oczy, ale usłyszał jeszcze co powiedział Gorn do Lee.
    -Generale, dziś przyszedł jakiś nowy. Nie dołączył jeszcze do żadnego obozu. Podobno zna Mordraga i to on go tu zaprowadził. Znasz go?
    -Nie znam. Dziwne. Hmmm... Kto to może być?
    To pytanie zaprzątało Rikowi głowę przez pewien czas, ale po chwili pogrążył się w błogim śnie.
    -Co takiego?-wrzasnął Brom.-Dlaczego mnie nie powiadomiłeś?!
    -I tak nie będzie już nam zawadzał.-odpowiedział spokojnie Thorus.
    -THORUS!!!-wrzasnął na całe gardło Gomez. Cała sala tronowa opustoszała. Strażnik, który właśnie zdał raport Gomezowi odchodził szybko w kierunku wyjścia.-Co to do cholery ma znaczyć?!-Gomez podał Thorusowi świstek papieru dokładnie zapisanego raportem o dostawie wysłanej do Starej Kopalni. Thorus po dokładnym przeczytaniu raportu oniemiał.
    -Ja, ja nie wiem... ja naprawdę...
    -Co się stało?-zapytał Brom podchodząc do Thorusa.
    -Ludzie z Nowego odbili go.-odpowiedział Thorus przerażonym głosem.
    Rozdział 6:Pierwsze kroki.
    Rik nie mógł spać dalej. Gdy tylko zamykał oczy widział strażników bijących go oraz potężnego starca na tronie. Leżał na łóżku z otwartymi oczami. "Lee już pewnie śpi od dawna", pomyślał. Nie chciał leżeć bezczynnie, owinięty bandażami jak jakiś połamany staruch. Spróbował wstać. Nie powiodło się. Prawa, złamana, noga strasznie mu ciążyła. Spróbował ponownie. Udało się, zdołał usiąść na skraju łóżka. Wszędzie panowały ciemności, noc była okropnie ciemna. Wstał i kuśtykając dotarł do biurka. Wymacał w ciemności przedmiot. To było krzesiwo. Lecz nie miał krzemienia ani hubki, ale zaraz, jest. Leżało tuż obok. Brakuje jeszcze krzemienia. "But!", powiedział w myślach Rik, "Od zawsze miałem go w bucie".Wrócił po omacku do krawędzi łóżka, sięgnął do podłogi i zaczął wyszukiwać swego lewego trzewika. Znalazł. Po chwili wyjął krzemień i ponownie podszedł do biurka. Zaczął teraz obmacywać biurko w poszukiwaniu pochodni. Po jakimś czasie dzierżył już w ręku jażącą się na końcu pochodnię. Teraz było o wiele lepiej. Pod biurkiem dostrzegł skrzynkę pełną drewna. Wziął jeden długi i bardzo gruby drąg. Wrócił do łóżka i wyjął z buta mały kozik. Wciąż był ostry jak brzytwa mimo długiego czasu od jego zrobienia. Wbił pochodnię w podłogę, która nie miała desek i zaczął strugać w kawałku drewna.Godzina mijała za godziną. W końcu powstał owoc jego ciężkiej pracy, solidna, długa i twarda kula. Mógł teraz chodzić bez oporu podpierając się nią. Sprzątnął wiury pod łóżko, załorzył buty i po zgaszeniu pochodni i odłożeniu jej na biurko wyszedł przez mocne, drewniane drzwi. Pierwsze promienie słońca spoglądały zza horyzontu. Było około godziny szóstej. Dopiero teraz Rik zobaczył obóz w całej okazałości. Wiele drewnianych i kamiennych chat mieściło się w ogromnej jaskini. Wszystko było podzielone na poziomy. Na najwyższym poziomie stały wysokie, drewniane chaty Magów Wody, z tego kierunku co chwila dało się słyszeć dzwięki czarów. Na drugim poziomie, na tym, na którym teraz znajdował się Rik, stało kilka kamiennych chatek. Paru najemników przechadzało się do kotła z zupą aby nabrać jej trochę na talerz. Na trzecim poziomie mieściło się dużo kamiennych chat. Było tam bardzo wiele najemników, jedni rozmawiali inni pili i jedli, a jeszcze inni ostrzyli broń. Na czwartym poziomie znajdowały się drewniane chatki szkodników. Było ich tam całe mrowie, większość jadła i rozmawiała. Na piątym poziomie mieściły się wyłącznie drewniane chaty, które należały do uboższych najemników i szkodników. Chodziło tam także dwóch lub trzech ludzi z Bractwa. Na ostatnim, szóstym, poziomie była wielka krata strzeżona przez Maga Wody. Gdy Rik tak roglądał się po wnętrzu obozu nie zauważył, gdy podszedł do niego Lee.
    -Hej!? Nie śpisz? Musisz wypoczywać. Ooo... co ja widzę, nie mów, że to ty zrobiłeś tą kulę.
    -W istocie, to ja.
    -Jesteś niezwykle uzdolniony.Ale nie stójmy tak jak czubki. Pójdziemy do Wilka, on da ci jakieś porządne ubranie. Ale najpierw dam ci trochę polewki. Dzięki tobie kucharz miał co dać do kotła.
    -Dzięki mnie?-zapytał ze zdziwieniem Rik.
    -Właściwie to tak. Zebraliśmy towary z Placu Wymian, tam gdzie zrzucają więźniów no i wzięliśmy też rzeczy transportowane z tobą do Starej Kopalni. Ale dość już gadania, zapewne widziałeś Karczmę?
    -Tak.
    -Więc udamy się tam teraz i zjesz suty posiłek, ja stawiam.-Lee mrugnął do Rika po czym zeszli powoli ze wszystkich poziomów i udali się do Karczmy Na Jeziorze na śniadanie.
    Rozdział 7: Przygotowania.
    -Achhh! To było wyśmienite.-powiedział Rik i wypił ostatni łyk piwa.
    -Cieszę się, że ci smakowało.-odpowiedział Silas.
    -Dobra, było miło, ale musimy już spadać Rik.
    -Masz rację Lee.-Rik wstał i razem z Lee szli do wyjścia. Na progu Rik jeszcze raz podziękował za przepyszne śniadanie. Poszli na szósty poziom. Minęli kilku ludzi Bractwa. Baal Kagan zaoferował Rikowi darmowe ziele. Razem z Lee porozmawiali trochę z Kaganem o Bractwie, ale gdy ziele się wypaliło poszli dalej. Obeszli sporą grupkę szkodników jedzących zupę i weszli do niewielkiej, kamiennej chatki na uboczu.
    -Nie przeszkadzamy?-zapytał Lee w przejściu.
    -Ależ nie! Proszę, wejdźcie i usiądzcie.
    Rik zobaczył średniej postury mężczyznę, dobrze umięśnionego i z szarymi włosami, Rik wiedział, że świadczyły one nie o starości, lecz o wielu przygodach. Mężczyzna ten był ubrany w brązowe, płócienne bryczesy, solidne buty, szarą koszulę i korzuch z wilczej skóry, wszystko było lekko zabarwione na niebiesko.
    -Rik poznaj, to jest Wilk, nasz najznamienitszy myśliwy. Sprzedaje ubrania, zbroje i kupuje myśliwskie trofea.
    -Bardzo mi miło.
    -Mnie również.-obaj podali sobie ręce.-Więc co cię do mnie sprowadza Lee?
    -Potrzeba kupienia paru ubrań.-odpowiedział Lee siadając na ściętym pniu drzewa służącym za taboret.
    -Wnioskując z twego wyglądu, chyba nie dla ciebie?
    -Nie, nie! Dla tego oto młodzieńca. Jestem pewien, że widziałeś jak nieśli go całego we krwi do mnie.
    -To ty? Chłopcze jestem pod wrażeniem, że żyjesz. Niewielu przeżyło po torturach strażników Gomeza.
    -Dość gadania. Co masz najtańszego, ale w miarę przyzwoitego?
    Wilk pomyślał chwilę i zaczął grzebać w swojej wielkiej skrzyni. Po chwili wyjął płócienne, bladożółte bryczesy, białą koszulę i parę wysokich, brązowych trzewików.
    -To będzie razem... Sześćdziesiąt bryłek rudy.
    -Proszę, reszty nie trzeba.-Lee podał wilkowi woreczek z rudą.
    Rik przebrał się ostrożnie, aby nie uszkodzić bandaży, w swoje nowe ubranie. Był niezmiernie zadowolony ze swojego wyglądu. Razem z Lee pożegnali się z Wilkiem i poszli na drugi poziom. Z tej wysokości Rik zauważył, że jakiś nieznany mu człowiek rozmawia z Baal Kaganem. Był on wysoki, dobrej postawy, ubrany był w szarą koszulę bez rękawów, nabijane krawsze na przedramionach, długie, ciemnoszare spodnie i grube, czarne buty. Miał blond włosy z niewielkim kucykiem.
    -Kto to jest?-zapytał Rik wskazując palcem na nieznajomego faceta.
    -Nie wiem?-odparł Lee mrużąc oczy i próbując przyjżeć się dokładniej obcemu.-Nigdy go tu nie widziałem. Nie przejmujmy się tym teraz, trzeba zacząć przygotowania.
    -Przygotowania do czego?
    -Do przyjęcia ciebie do naszego obozu.-odparł Lee i poklepał Rika po plecach.-Trzeba jeszcze tyle zrobić.
    -Taak...-powiedział Rik i rzucił ostatnie spojrzenie w kierunku obcego mężczyzny. Już go nie było przy Baal Kaganie."Kim on tak wogóle jest?", ta myśl nie dawała spokoju Rikowi do końca dnia, do czasu gdy zasnął. Jeszcze nikt w Górniczej Dolinie nie podejrzewał, że ten obcy człowiek, który zjawił się w Nowym Obozie dokona niesamowitych czynów.
    Rozdział 8: Najemnik
    O poranku Rika zbudził ubrany już Lee.
    -Wstawaj chłopie! Dziś twój wielki dzień. Które bandarze możesz zdjąć?
    -Wszędzie oprócz klatki piersiowej.
    Lee ostrożnie poógł Rikowi zdjąć opatrunki z wskaznych miejsc. Rany goiły się świetnie po interwencji magów. Lee podał mu zamiast zwykłego ubrania, lekką zbroję najemnika. Rik ubrał się pospiesznie po czym ruszył ,ramię w ramię z Lee, do siedziby magów. Lee podał strażnikom hasło i przeszli dalej. Na środku placyku stała już niemała liczba najemników i magów, w tym Wilk i Saturas, oraz Lares. Lee stanął na płaskim kamieniu i skinął głową Rikowi, aby uklęknął.
    -Witajcie moi oddani przyjaciele!-zaczął Lee- W dniu, w którym przybyłem do Kolonii nawet nie marzyłem o takiej społeczności jaką jesteśmy. Razem z Magami Wody zbudowaliśmy ten obóz chatka po chatce, kamień po kamieniu, aż doszliśmy do dnia dzisiejszego, kiedy to w naszym obozie jest tyle szczęśliwych osób. Każde z nas jest inne, ale razem jesteśmy nierozrywalni, jak pęk strzał! Mam wielką nadzieję, że tak pozostanie póki będzie istniała Bariera. Ten oto młody Richard, zwany Rikiem, przeżył kilka tygodni nieziemskich wrunków i został pobity przez Strażników ze Starego Obozu, przetrzymał noc w strumyku. Zwykły człowiek tego by nie wytrzymał, lecz on jest o wiele silniejszy niż się wydaje. Dziś nastał najpiękniejszy dzień dla ciebie Riku, i mam nadzieję, że dla nas wszystkich. Bowiem dziś Rik przystaje do naszych szeregów i będzie naszym przyjacielem. Riku, czy obiecujesz zostać w naszym obozie i nie robić nic przeciw niemu i jego członkom?
    -Tak.
    -Czy obiecujesz każdego dnia poprawiać stan naszego obozu?
    -Tak.
    -Czy lubisz szpinak i grochówkę z wkładką?
    -Ymmm... Tak.
    -Dobrze bo to będzie jeden z głównych posiłków.-Lee uśmiechnął się.- Więc od dnia dzisiejszego drogi Riku nalerzysz do naszej społeczności, a oto medalon, który jest podarowywany każdemu nowoprzybyłemu. Niech chroni cię, twych przyjaciół i spuści na ciebie łaskę Adanosa.-Lee wyjął z sakiewki mały, złoty medalion na łańcuszku przedstawiający wilka z górami w tle. Lee zawiesił na szyi Rika owy medalion. Rozległy się oklaski magów, jaki najemników, Laresa, Wilka, Bustera. Wszyscy cieszyli się z nowego członka ich obozu.
    Po tej ceremonii wszyscy rozeszli się do swych chat. Lee i Rik także.
    -Rik, jestem bardzo szczęśliwy, że wstąpiłeś do nas. Jutro powiem ci o misji.
    -Jakiej misji?
    -Jutro. Idź już spać.
    Rik tak też zrobił.
    Rozdział 9: Ścieżka Nieboszczyka cz. 1
    Rik obudził się. Chata, którą zaofiarował mu Lee była nawet wygodna. Po przeciwnej stronie miękkiego łóżka stała półka z kilkoma szufladami u podstawy. W rogu stał kamienny kominek, a obok niego leżał mały stos drwa. Rik przebrał się szybko w zbroję najemnika i ruszył z wolna do kwatery Lee. Po drodze zaczepił go jeden z kretów.
    -Hej! Ty!
    -Czego chcesz?
    -Przepraszam, że zapytam, ale czy ty jesteś tym najemnikiem o imieniu Rik?
    -Tak, to ja we własnej osobie.-odpowiedział Rik unosząc z dumą głowę.
    -Jestem Gorand. Słyszałem, że dobrze znasz się z Lee. Bo widzisz, mam do niego sprawę.
    -O co chodzi?
    -Kiedy wczoraj szedłem do Aidana, naszego myśliwego, po zapasy napadła mnie grupa bandytów. Oczywiście nie byłem sam, ale tamci dali nogę. Bandyci zagrozili mi mieczami i powiedzieli, że jeśli nie oddam im swojej rudy to mnie zabiją. Musiałem im dać cały owoc miesięcznej pracy.
    -Cóż za podłe zbiry!
    -To nie wszystko. Te gnojki ukradły również mój amulet. Dostałem go dawno temu od jakiegoś handlarza. Wybuliłem niezłą sumkę, ale podobno miał on włąściwości magiczne. Teraz nie mam ani za co kupić jedzenia, ani amuletu. Jesteś blisko Lee i proszę cię abyś mu opowiedział o mej tragedii. Może da radę coś z tym zrobić.
    -Tak. Na pewno mu to przekażę. To dla ciebie, na jedzenie.-Rik wyciągnął z kieszeni małą sakiewkę i wręczył kretowi.
    -Wielkie dzięki!-Gorand pobiegł do jednego z kucharzy, tymczasem Rik dotarł już do mieszkania Lee.
    -Oh! Witaj przyjacielu! Jak się spało w nowym domu?
    -Świetnie! Lee, mam do ciebie sprawę.
    -O co chodzi?
    Rik powiedział mu całą historię Goranda i poprosił o pomoc dla niego.
    -Wiesz co? Sam się tym zajmiesz, ale dopiero po wykonaniu nowego, ważniejszego zadania. Masz piwo.-Lee wziął spod stołu butelkę piwa, a drugą wręczył Rikowi. Oboje odkręcili i zaczęli powoli pić.
    -Magowie poszukują... jakby to powiedzieć, kamienia.
    -Kamienia?
    -Nie takiego zwykłego kamienia. Jest to jakaśtam magiczna runa, czy coś takiego. W każdym razie wiedzą gdzie ona jest, lecz nie chcą ryzykować utraty jednego z nich więc poprosili mnie abym wysłał tam oddział zwiadowczy i dowiedział się co w trawie piszczy. Składa się tak, że będziesz dowodził tym oddziałem. Proszę, to plecak z potrzebnymi rzeczami, prowiantem i mapą z zaznaczoną drogą do tego miejsca.-Lee podał Rikowi niewielki, ale dosyć ciężki, plecak.-Przy wyjściu z obozu spotkasz trzech ludzi. Pódziesz z nimi według mapy. Powodzenia!
    Rik i Lee wypili do końca piwo i pożegnali się. Rik szybko wyszedł z obozu i spotkał ową grupę. Zapoznał się ze wszystkimi i ruszyli. Mapa wskazywała miejsce między Starym, a Nowym Obozem niedaleko góry. Marsz szedł im szybko. Omijali wszystkie zwierzęta aby nie opóźniać zadania. W końcu dotarli. Była to niewielka kopalnia. Kilka rozdrabniaczy stało na zewnątrz. W środku było mokro i duszno. W powietrzu roznosił się zapach zgnilizny. Zapalili pochodnie, gdyż zbliżał się zmrok i weszli do środka. Nagle Rik usłyszał za sobą ciche chrząkanie. Inni też to dostrzegli. Gdy się obrócili zobaczyli pięciu zombie. Natychmiast wyciągnęli miecze i ruszyli aby zarąbać żywe trupy. Niestety zombie powoli wybierały sobie przewagę. Zabijały po kolei i powoli, aż został w końcu sam Rik. Wiedząc, że w tym pojedynku nie ma szans krzyknął z przerażenia. Coś się zatrzęsło. Pękanie podpór, dźwięk kruszonych kamieni i straszliwy huk. Wszystko zlało się w jedno. Strop skruszył się i spadł prosto na grupę zombie grzebiąc ich pod tonami żwiru i skał oraz blokując przejście Rikowi.
    -Jasna cholera!
    Rozdział 10: Ścieżka Nieboszczyka cz. 2
    Kiedy pył opadł Rik obejżał dokładnie gruzy aby sprawdzić czy zombie na pewno już nie wstaną. Pomodlił się za dusze swych współtowarzyszy i poszedł w głąb tunelu. Było strasznie ciemno więc zapalił pochodnię. Powietrze było ciężkie i wilgotne, ściany porastała mozaika mchów, porostów i grzybów wszelkiego rodzaju. Rik zebrał kilka z nich i poszedł dalej. Powoli otoczenie się zmieniało, kamienne, nierówne ściany i strop zastępywały brązowe, równo ułożone cegły, a piaszczysta podłoga zamieniła się w chodnik z szerokich płyt. Nagle coś się zatrzęsło, Rik stracił równowagę i upadł. Chodnik zapadł się. Rik znajdował się w jakimś naturalnym tunelu pod chodnikiem. Próbował wyjść, ale był za niski. Podniósł pochodnię i poszedł dalej. Po chwili dotarł do groty, przez którą płynął mały strumyczek. Rik aż krzyknął ze strachu kiedy zobaczył przybity do ściany szkielet, z którego zwisało jeszcze trochę mięsa. Rik napił się ze strumienia i poszedł wzdłuż ściany skalnej. Zauważył jakieś wgłębienie, włożył doń ostrożnie rękę i chwyciwszy jakąś dźwignię przekręcił ją. Coś zaskrzypiało i obok otworzyło się tajne przejście. Rik poszedł nim i dotarł do jakiegoś pomieszczenia. Naprzeciwko stały podniszczone, drewniane drzwi, po prawej stronie stało niepościelone łóżko, obok niego była szafa, całą lewą stronę zajmował stół alchemiczny z różnymi kolbami, probówkami, stalowymi i szklanymi rurkami i słoikami z dziwnymi, kolorowymi płynami. Rik zauważył w rogu stojak na książki i leżącą na nim, otwartą książkę. Podszedł i zaczął czytać.
    "Dzień 24, Arugas
    Badania prowadzone od dłuższego już czasu nie przyniosły żednych, widocznych skutków. Wszędzie tylko pełno tych magów. Udało mi się stworzyć z roślin rosnących w wielkiej sali nową miksturę, która pozwala oddychać pod wodą, ale nie jest dopracowana i nie wiem jakie efekty uboczne może wywołać.
    Dzień 30, Arugas
    Magowie znaleźli nowy tunel i chcą wysadzić przejście aby zobaczyć co jest w środku. teraz słychać tylko wybuchy i wstrząsy. Nawet nie mogę spać bo pył ciągle sypał mi się na głowę.
    Dzień 32, Karodor
    Wybuchy ustały. Magowie znaleźli runę, której tak bardzo szukali, ale nadal nie wiadomo gdzie spoczywa starożytna broń. Runa jes pokryta pismem runicznym, ale czarodzieje nie wiedzą JESZCZE co to pismo oznacza.
    Dzień 37, Karodor
    Nastąpił potężny wstrząs, kilkunastu magów zostało przygniecionych kilkoma tonami skał i gruzu, wielka sala zasypana! Nie wiem co się teraz stanie, prawdopodobnie będziemy szukać dalej. Znalazłem też prawdopodobnie jedyny egzemplaż rośliny Raccudus medicus na świecie! Sporządzam teraz miksturę zdolną wyleczyć nawet przebite serce.
    Dzień 49, Rakkur
    Magowie się wynoszą, badania zostały przerwane, a runa zagubiona. Ostateczny werdykt mówi, że miecz nie istnieje. Powoli się pakuję, ale zostawię cały sprzęt, może ktoś potem zeń skorzysta."
    Następne strony były puste, ale ten ktoś napisał, że się wynieśli, a sądząc z tego łóżka i stołu alchemicznego ktoś niedawno ich używał. Tu musiał być ktoś jeszcze. Nagle z książki wypadł stary, zardzewiały i zaśniedziały klucz. Rik podniósł go i zabrał kilka małych mikstur ze stołu. Następnie zabrał się do otwierania drzwi...
    Rozdział 10: Ścieżka Nieboszczyka cz. 3
    Klucz ledwie dał się przekręcić, w końcu zawiasy zaskrzypiały i stare dzwi otworzyły się. Rik znalazł się w dużej, naturalnej, jaskini. Stało w niej mnóstwo nieznanych mu sprzętów, ale także łopaty, kilofy i inne podobne do tych używanych w kopalniach. Przeszedł parę kroków dalej, nagle usłyszał dziwny dźwięk, jakby sapanie i kroki, schował się szybko za jakąś skałę. W ostatniej chwili, bo do jaskini gdzieś z dala wchodziło kilka humanoidów, Rik rozpoznał trzech orków w starych, zardzewiałych kolczugach oraz jednego człowieka, wyglądającego na maga, w czarnym stroju.
    -W takim razie zbadajcie następny korytarz durnie!-Rik usłyszał rozmowę.
    -Panie, jeden z tuneli... jakby to... nooo.
    -Mów do cholery!
    -Zawalił się... jakby.
    -Cooo?!-mag krzyknął na całą salę, aż echem się odbiło. Następnie wskazał palcem na orka, który stanął na baczność jak wryty, mag zacisnął rękę, ork począł się dusić, a gdy mag zacisnął pięść, ork padł martwy na ziemię.
    -Do roboty, macie znaleźć tą runę!
    -T-tak jest...
    Dwóch pozostałych orków odeszło gdzieś na prawo tymczasem mag wykonał okrąg ręką w powietrzy, okrąg zmienił się w jaskrawe koło zawieszone w powietrzu. Mag wszedł doń po czym całe zjawisko znikło. Rik nie wiedział co myśleć, miał znaleźć runę, więc musiał dostać się do tuneli orków, ale jak...
    -Zaraz, zaraz-powiedział Rik- mam tu ubranie orka, może bym je wziął i...
    Rik zaczął się pośpiesznie przebierać w szaty orka, były o wiele zaduże, śmierdzące i niewygodne, ale Rik wyglądał prawie jak ork. A prawie robi wielką różnicę...
    Rozdział 10: Ścieżka Nieboszczyka cz. 4
    Rik w nowym "wdzianku" poszedł tam gdzie przed chwilą udało się dwoje orków. Po kilkunastu krokach zauważył ogromny tunel, po bokach stały beczki, naprędce zrobione posłania, worki z zapasami i tym podobne. Poza tym wzędzie pałętali się orkowie z kilofami, pochodniami i beczkami.
    -Ostrożnie z tym śmierdzący gnoju!-zawołał wysoki ork ze stalowym naramiennikiem i opaską na oku do innego orka, który upuścił beczkę.
    -To jest proch do cholery! Pozbieraj to!
    Ork szybko zebrał garściami proch do beczki i ruszył w głąb tunelu.
    -Masz.-jakiś ork nagle podszedł do przebranego Rika i podał mu kilof.-Nowy co?
    -Ekhm... Taa.
    -Lepiej bierz się do roboty bo jak Rugash zobaczy, że tu stoisz to ci spuści lanie.-ork zaciągnął Rika w głąb tunelu, aż do samego końca.
    -Co tu się dzieje?
    -Pytasz co się dzieje? Kopaczu, skąd ty jesteś? Kopiemy tunel dla naszego Mistrza, chce znaleźć jakąś...
    -Runaaaaa!!!-przerwał mu krzyk jakiegoś orka, który kopał w ścianie.
    -Runa! Patrzcie, na końcu tego korytarza!
    -Odsuńcie się niezguły!-do gromady orków podszedł ork-dowódca, Rugash.
    -Niech mnie pełzacze zeżrą, to żeczywiście runa! Szybko, nanieście tu prochu. Żywo, żywo!
    Po chwili wszyscy orkowie (nie wyłączając Rika) zanieśli pod dziurkę w ścianie tunelu całą górę beczek z prochem. Rugash rzucił na nią pochodnię nie przejmując się losem orków-kopaczy.
    -Co on wyrabia?!! Uciekać!!!
    Rik zdążył przebiec kilka króków, wtedy eksplozja wyrzuciła go do przodu prosto na stertę skrzynek. Usłyszał za sobą wielki huk, chmura pyłu zasłoniła mu wszystko, po chwili spadły nadpalone odłamki skalne. Gdy już wszystko ucichło Rik wstał i obejżał całe ciało. Jeszcze mam nogi i ręce, pomyślał, to dobrze bo również głowy mi nie urwało. Jednak wielu orków nie miało tyle szczęścia, podniosły się jęki rannych, niektórzy szukali zagubionych kończyn, inni nie żyli. Rugash przeszedł po gruzach i wszedł do wielkiej komory, Rik utrzymując dystans wszedł za nim. Była to zwykła, tyle, że duża, komora, ściany pokryte były dziwnymi runami, w rogach rosły kilkumetrowe kryształy, a na środku, na prostym, kamiennym stole leżał mały, zaokrąglony kamień, najdziwniejsze było to, że był niebieski. Rugash podszedł i wziął go w dłonie, wtem coś grzmotnęło. Wprost spod jego nóg zaczęła tryskać woda, ork stracił równowagę i upadł. Cały kompleks się zatrząsł i wtedy wszędzie pojawiła się woda, całe podziemia tonęły. Rik rzucił się do wody i szukał po omacku runy, która wypadła dowódcy orków. Gdy nurt wody porwał jego hełm Rugash wykrzyknął przekleństwo w orkowym języku i rzucił się z gołymi pięściami na Rika. Biedak dostał po twarzy i upadł w wodę, która szybko wypełniała tunel i komorę. Rugash kopnął go w brzuch i Rik upadł na samo dno, tuż przed sobą zobaczył runę. Chwycił ją mocno i przypomniał sobie o miksturze znalezionej w laboratorium polowym. Wyciągnął buteleczkę, na szczęście nie była rozbita, odkorkował i szybko wypił całość. Nic nie poczuł, czuł się zfrustrowany. Przeżyłem spotkanie z nieumarłymi, eksplozję i cios orka aby teraz poprostu utonąć, pomyślał. Gdy zabrakło mu powietrza otworzył usta, poczuł jak jego płuca wypełniają się wodą i... ulga. Zdziwił się. Zrobił kolejny wdech, ale i tym razem się nie udusił. Wyciągnął miecz i podpłynął pod powierzchnię wody, gdzie orkowy dowódca szamotał się uporczywie szukając powietrza.
    -To za tych wszystkich, niewinnych orków!
    Dźgnął go mieczem, ostrze wdarło się pod metalową łuskę i przebiło wnętrzności orka. Po chwili szamotanie ustało, a w wodzie pojawiła się krew. Rik usatysfakcjonowany zaczął wypływać z kompleksu, przepłynąd przez tunel, wielką salę i pokój z laboratorium, następnie dotarł do skał, które pogrzebały jego ludzi i zombie. I co teraz, zasmucił się, przecież nie odgarnę tych kamieni. Poczuł, że moc mikstury zaczyna się wyczerpywać, każdy kolejny chaust wody powodował coraz większy ból i kaszel. Rik popatrzył na runę, następnie skierował ją zarysowaną stroną w kierunku kamieni. Poczuł, że się dusi, wydał ostatni krzyk rozpaczy i... fala uderzeniowa wybiła z runy i zmiotła kamienie na zewnątrz. Rik wraz z wodą wypłynął na trawę. Przez chwilę leżał, cały mokry, zmęczony i na wpół żywy, ale żywy. Po chwili wstał, wypluł resztki wody oraz przeczyścił uszy i poszedł chwiejnym krokiem w kierunku Nowego Obozu nucąc jakąś wesołą, pijacką melodię.
  10. konjel
    24 lata temu, w nocy z piątku na sobotę (25-26 kwietnia) o godzinie 01:24 nastąpił wybuch reaktora nr 4 w Elektrowni Atomowej w Czarnobylu. To wydarzenie zadecydowało na życiu setek ludzi, był to największy wypadek w historii energetyki nuklearnej. Do dziś nie wiadomo co dokładnie stało się tego dnia, czy zawiodła obsługa, czy też sam reaktor. Jednak pewne jest, że nikt nigdy nie powinien zapomnieć o tym wydarzeniu, które przypomina nam czym staje się energia atomowa, gdy wymknie się spod kontroli. Z tej okazji chciałbym podziękować wszystkim likwidatorom, żołnierzom, lekarzom, naukowcom i wielu innym ludziom, którzy przyczynili się do ujarzmienia atomu w Czarnobylu, a dziś są cichymi bohaterami... Chcę też oddać hołd tym, którzy oddali swe życie, aby uratować świat przed grozą czarnobylskiego atomu... Z tej okazji przedstawiam wam mój skromny artykuł, który napisałem kilka lat temu o tejże tragedii.
    ?I trzeci anioł zatrąbił. I spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia, a spadła na trzecią część rzek i źródła wód.
    A imię gwiazdy zowie się Piołun. I trzecia część wód zmieniła się w piołun, i wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie?
    Apokalipsa Św. Jana 8, 10-11

    Zanim przeczytasz
    Aby bardziej zrozumieć mój artykuł na temat katastrofy polecam poniższe linki:
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Czarnobyl
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Radioaktywno%C5%9B%C4%87
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Promieniowanie_beta
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Promieniowanie_alfa
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Promieniowanie_naturalne
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Choroba_popromienna
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Promieniowanie_jonizuj%C4%85ce
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Promieniowanie_naturalne
    Kilka z nich sam przeczytałem i szczerze polecam ich lekturę.

    O promieniowaniu słów kilka
    Promieniowanie standardowo mierzy się w mR/h (mikrorentgenach na godzinę) przez urządzenie zwane licznikiem Geigera. 1 000 mikrorentgenów to jeden milirentgen a 1 000 milirentgenów to 1 rentgen. Tak więc jeden rentgen to 100 000 razy więcej niż wynosi promieniowanie w typowym mieście. Dawka 500 rentgenów w ciągu 5 godzin jest mordercza dla ludzi. Takie promieniowanie nie występuje już w Czarnobylu, w pierwszych godzinach po wybuchu promieniowanie sięgało do 30 000 R/h, czyli 3 000 000 000 razy ponad normę. Pierwsi wysłani do pożaru elektrowni strażacy byli dosłownie usmażani przez promieniowanie w ułamkach sekund.
    A więc są trzy typy promieni-alfa, beta i gamma. Zaczniemy od tych ostatnich, promienie gamma potrafią przenikać nasze ciało, ale mają efekt kumulacyjny, czyli odkładają się w naszym organizmie powodując pozytywne, lub negatywne skutki, w zależności od przyjętej dawki. Promienie gamma przenikają wszystkie ciała stałe, ciekłe i gazowe, dopiero gruba płyta z ołowiu może je zatrzymać całkowicie. Właśnie najwięcej promieni gamma wydostało się z reaktora podczas wybuchu zatruwając potężny obszar, nawet poza granicami Ukrainy i Białorusi. Pora teraz na nieco mniej destrukcyjne promieniowanie-alfa i beta. Cząsteczki promieniowania alfa mają największą masę, promieniują do 12 cm od źródła, a więc moglibyśmy spokojnie grać w bilard kulami z czystego plutonu, cząsteczki promieniowania beta są bardzo lekkie, ale martwe komórki skóry potrafią w dużej mierze uchronić nas przed nimi, więc nawet żonglowanie takimi kulami byłoby w miarę bezpieczne. Cząsteczki promieniowania gamma praktycznie nie mają masy więc wędrują najdalej od źródła i są najdłużej aktywne.

    Eksperyment
    Czarnobylska Elektrownia Atomowa miała się składać z trzech par reaktorów, pierwsze dwa pracowały bez zarzutu, trzeci oraz najnowszy czwarty znajdowały się w jednym budynku. Budowę pozostałych dwóch reaktorów przerwano po wypadku. Czwarty blok został uruchomiony 31 grudnia 1983 roku, ale już po kilku latach wymagał generalnego remontu. Dyrekcja zaplanowała wyłączenie go na 25 kwietnia 1986 r. Była to dobra okazja żeby przeprowadzić pewien eksperyment mający na celu zwiększenie wydajności elektrowni.
    Może się to wydawać śmieszne, ale do produkcji prądu elektrownia potrzebuje? prądu. Podczas pracy urządzenia wykorzystują część wyprodukowanej przez siebie energii. Problem pojawia się przy nagłym wyłączeniu reaktora, systemy muszą być włączone, a rozgrzaną maszynerię trzeba jakoś schłodzić. Uruchomienie awaryjnego generatora energii trwało aż prawie minutę, a w sytuacji kryzysowej liczyła się każda chwila.
    Naczelni operatorzy wpadli na pomysł, aby w czasie uruchomienia agregatu czerpać prąd z turbiny, wytwarzającej energię, która obracałaby się siłą rozpędu. Wystarczyło obliczyć jak długo turbina obracałaby się po wyłączeniu reaktora. O eksperymencie nie powiadomiono resortu energetyki i władz z Kijowa, zapewne rząd chciał zachować informacje zdobyte podczas testu jako as w rękawie w przypadku prawdziwej awarii.

    25.04.1986
    Tuż po północy zaczyna się trudny proces zmniejszania mocy reaktora z 3200 megawatów do 1700 megawatów. Wszystkie pozostałe reaktory w razie niebezpiecznego zwiększenia mocy szybkość ich reakcji samoczynnie spadnie. Nie ma więc możliwości aby cokolwiek poszło nie tak, ale tam stało się inaczej. Przy wysokich obrotach moc także wzrastała, potrzebne więc były skomplikowane systemy kontrolne, aby maszyna nie rozpędziła się do niebezpiecznego poziomu mocy. Kiedy moc bezpiecznie opadła do 1700 megawatów wyłączony zostaje system chłodzący, aby nie zakłócał testu. Nagle, zmiana planów-W Kijowie chcą więcej prądu!- woła dyspozytor po rozmowie telefonicznej.- Musimy przesunąć eksperyment.

    26.04.1986
    W nocy eksperyment rozpoczyna się na nowo, tym razem obowiązki przejmuje nocna zmiana młodych, niedoświadczonych, pracowników. Moc jest utrzymywana na poziomie ok. 800 megawatów, jest to granica, poniżej której reaktor staje się nieobliczalny.
    00:28 ?Z nieznanych przyczyn moc drastycznie spada. Technik nadzorujący test, Leonid Tuptonow, musi szybko zdecydować się, kontynuować test, czy wyłączyć reaktor. Wie, że przy takich obrotach moc może szybko skoczyć bez żadnego ostrzeżenia. Po konsultacji z zastępcą szefa bloków trzeciego i czwartego, Anatolija Diatlowa, decyduje się kontynuować test. Wyjęte zostają pręty spowalniające(tzw. pręty bezpieczeństwa) reakcję oprócz 26. Moc nie podnosi się do oczekiwanych 700 megawatów, a tylko do 200 i skacze w dół i w górę. Reaktor zaczyna się przegrzewać.
    01:03 ?Aby zmniejszyć temperaturę włączone zostaje dodatkowe chłodzenie. Nagła zmiana temperatury prowadzi do wielkiego spadku mocy, komputer nakazuje natychmiast wyłączyć reaktor. Technicy ignorują go i wyciągają następne pręty bezpieczeństwa aby zwiększyć moc.
    01:23:10 ?Tuptonow zauważa, że moc utrzymuje się mniej więcej na poziomie 200 megawatów. Nakazuje rozpocząć test, odcięta zostaje para z turbin produkujących prąd, również dla reaktora. Zaczyna się mierzenie czasu.
    01:25 ?Po wyłączeniu turbiny temperatura i ciśnienie gwałtownie rośnie. Reaktor sam się rozpędza, a we wnętrzu wytrąca się wodór. Cały budynek zaczyna drżeć, technicy uciekają ze stanowisk. Wskaźniki wariują, ciśnienie pary nadal rośnie. Tuż przed wybuchem moc reaktora wynosiła 30 000 megawatów.
    01:27 ?Noc rozdziera wielki huk. Ciśnienie pary wysadza pokrywę antyradiacyjną reaktora w powietrze, sekundę potem następuje eksplozja mieszaniny wodorotlenowej i innych gazów, która wyrzuca gruzy, grafit i radioaktywne części na kilometry od elektrowni. Grafit, który pozostał w gruzach zapalił się w połączeniu z tlenem. Budynek staje w ogniu. Z krateru strzela w górę kolorowy, niczym tęcza, słup zjonizowanego powietrza.
    01:32 ?Do pożaru przybywa grupa strażaków w sile trzydziestu ludzi. Gdyby wiedzieli jakie jest zagrożenie nawet nie podchodziliby do ruin, ale nikt nie powiedział im o wysokim promieniowaniu. Wylewają na ogień hektolitry wody, tylko pogarszając sytuację, paliwo jądrowe ?gotuje się? i pokrywa jeszcze większy obszar. Dwóch, na skutek silnego promieniowania, zostaje usmażonych na miejscu, 28 pozostałych zginie w ciągu kilku następnych tygodni.

    27.04.1986
    Nad ranem Gorbaczow, pierwszy sekretarz stanu w ZSRR, dostaje informację o pożarze w Elektrowni Atomowej w Czarnobylu. O poranku do Prypeci, miasta oddalonego o trzy kilometry od elektrowni, przybywa pułkownik Władimir Grebeniuk, wraz ze swymi żołnierzami ma opanować sytuację w mieście. Żołnierze dokonują pomiarów w różnych częściach miasta. Promieniowanie często przekracza 200 milirentgenów, czyli 200 000 razy ponad normę. Grebeniuk nie wie o co chodzi, w nocy było tylko siedem. Aby zorientować się w sytuacji posyła patrol pod samą elektrownię, pierwszy pomiar wynosi 2 080 rentgenów. Na takim poziomie wystarczy kilkanaście minut, aby zabić człowieka. W Instytucie Kurczatowa dane wywołują istny szok, nigdy nie zanotowano takiego poziomu skażenia. Gorbaczow tworzy w pośpiechu rządową komisję złożoną z wybitnych naukowców, przewodzi im akademik Legasow. Naukowcy jadą natychmiast do Czarnobyla. Władze, aby uniknąć paniki, nie informują ludności w Prypeci o niebezpieczeństwie. W tym momencie powinno się trzymać zamknięte wszystkie drzwi i okna oraz łykać tabletki jodowe, aby przeciwdziałać skutkom promieniowania.

    28.04.1986
    Władze zaczynają działać, w Moskwie nie ma autobusów, wszystkie pojechały do Prypeci odwieźć całą ludność (prawie 50 000 ludzi) w bezpieczne od promieniowania miejsce. Ludzie muszą zostawić tu cały swój dobytek, do dziś można natknąć się w mieszkaniach na ślady dawnego życia. Wysokie promieniowanie mogło narazić ich na groźne nowotwory. W opustoszałym mieście zostaje tylko wojsko i delegacja naukowców zakwaterowanych w hotelu ?Prypeć?.
    Tymczasem pracownicy Elektrowni Atomowej w Forsmark, we wschodniej Szwecji, idą do pracy. Przed wejściem do elektrowni muszą przejść przez specjalną bramkę sprawdzającą poziom promieniowania. Okazuje się, że żaden z pracowników nie może przejść. Wezwany zostaje technik, ale mówi, że maszyna działa poprawnie. Okazuje się, że w jakiś sposób napromieniowane zostały buty pracowników. Szwecka minister Energetyki Atomowej dzwoni do Hansa Blixa, szefa IAEA (Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej) mówi, że poziom promieniowania w elektrowni Forsmark wzrósł, ale doszli do wniosku, że skażenie przyszło zza granicy. Kreml milczy, a w radiach biją na alarm, gdzieś w Europie doszło do katastrofy nuklearnej.
    Do Czarnobyla przybywa generał Nikołaj Antoczkin, wraz ze swoją flotą powietrzną w sile 80 śmigłowców. Mają za zadanie sprawić, aby promieniowanie przestało uchodzić z krateru, aby można było się bardziej doń zbliżyć i wykonać pozostałe prace. Generał przelatuje pierwszy nad reaktorem na wysokości dwustu metrów. Wskazówka licznika Geigera doszła do końca skali, do 300 R/h, i po prostu zwariowała. Temperatura, nawet na tej wysokości, wynosi 150 stopni Celsjusza. Z frontu w Afganistanie ściągnięci zostają najlepsi piloci, żołnierze na pokładzie zrzucają gołymi rękami worki z piaskiem wprost do krateru. Piasek zanim dociera do podłoża zamienia się w szkło pod wpływem temperatury. Pierwszego dnia 110 lotów, następnego 300, promieniowanie przekracza 3 000 rentgenów. W końcu udaje się zagasić pożar na powierzchni oraz wzrost promieniowania tonami piasku i kwasu borowego.

    01.05.1986
    Wiatr zmienia kierunek i radioaktywny pył kieruje się nad Kijów. Mimo poważnego zagrożenia władze zachęcają ludność do udziale w paradzie z okazji Święta Pracy, w czasie gdy ludzie paradują na ulicach pod ulewą promieni gamma, komunistyczni ministrowie i politycy uciekają w głąb kraju, wiedzą, że zagrożenie jest duże.

    02.05.1986
    Kolejny etap ewakuacji. Wyludnione zostaje miasto Czarnobyl o siedem kilometrów od elektrowni, następnie wywiezieni zostają mieszkańcy wiosek w promieniu 30 kilometrów od elektrowni. Powstaje zamknięta dla reszty świata strefa o promieniu 30 kilometrów. Wielki rejon, w kilka godzin wykorzeniony, pozbawiony mieszkańców i kultury, startych przez niewidzialnego wroga.

    05.05.1986
    Gorbaczow osobiście zaprasza do Czarnobyla Hansa Blixa, przelatuje on ponad ruinami obiektu. Pod ruinami i korkiem z piachu pali się nadal 195 ton paliwa uranowego. Żar w końcu stapia piasek, pojawiają się otwarte przestrzenie, rośnie temperatura. Fundament pod reaktorem nagrzał się do tego stopnia, że popękał i przepuścił część magmy pod fundament, a tam, w betonowym basenie, zmagazynowała się część wody, której używali strażacy. Gdyby niespełna tona materiału radioaktywnego zetknęła się z wodą, ta momentalnie zmieniłaby się w parę i rozsadziła całą elektrownię, to coś jak zatapianie statku wojennego z czterema reaktorami nuklearnymi na pokładzie. Wysłana zostaje grupa strażaków, aby wypompowali wodę spod fundamentu. Otrzymają tytuły bohaterów ZSRR, ale do końca życia będą cierpieć na skutych choroby popromiennej. Aby obniżyć temperaturę za dwa dni piloci generała Antoczkina będą zrzucać do krateru 2400 ton ołowiu. Metal dobrze zaabsorbował ciepło, a topiąc się zalewał szczeliny krateru, ale część ołowiu ulatuje jako gaz i odkłada się w organizmach pilotów i żołnierzy. Kończy się rola pilotów w Czarnobylu, za kilka miesięcy umrą wszyscy, co do jednego. Ale ich wysiłki dają tylko kilka dni wytchnienia, loty helikopterami nie rozwiążą problemu, pożar jest przykryty, ale nie wygasł. Trzeba jakoś zejść w ruiny, ale jak?

    11.05.1986
    Gruba techników w strojach ochronnych przedziera się w kierunku strefy aktywnej tunelem zbudowanym z grubego betonu, którym biegną kable i rury, pod elektrownią. Droga jest niełatwa, tunel częściowo zawalił się, ale w końcu docierają na miejsce. Palnikiem wypalają dziurę w ścianie hali reaktora i wsuwają przez nią przyrządy mierzące promieniowanie, termometry i kamery. Wyniki są przerażające, promieniowanie jest olbrzymie, a gorąca magma przetopiła się do basenu pod spodem. Jeśli przesączy się do podłoża to skazi wodę doprowadzaną do całego kraju przez odgałęzienia systemu wodnego biegnącego pod elektrownią. Pada pomysł nowego posunięcia, ale to wymaga kolejnych ludzi narażonych na niebezpieczeństwo.

    12.05.1986
    Wiceminister górnictwa informuje górników spod Tuły i Zagłębia Moskiewskiego, że w Czarnobylu potrzebują najlepszych kopaczy z ich regionu. Górnicy mają dotrzeć do reaktora jedyną możliwą jeszcze drogą, pod ziemią. Tam mają wykopać komorę 2x30x30 metrów. Ma w niej stanąć skomplikowany układ chłodzenia ciekłym azotem.

    13.05.1986
    Górnicy kopią 13 metrów chodnika dziennie, nie ma tam wentylacji a temperatura dochodzi do 50 stopni Celsjusza, poziom promieniowania to minimum 1 R/h. Nikt nie nosi masek, szybko wilgotniały w nich filtry, a nowych nie było, więc wszyscy je zdejmowali. Panuje wielki upał, górnicy piją wodę z otwartych butelek wprowadzając do organizmu radioaktywne cząsteczki.

    14.05.1986
    Hans Blix i władze radzieckie organizują w Moskwie konferencję prasową. Na oczach 500 reporterów z całego świata Hans Blix zapowiada międzynarodową konferencję w Wiedniu, na której Rosjanie podzielą się danymi o wypadku. Ludzie ze Związku Radzieckiego w końcu mogą zaufać swym władzom, w kraju, w którym dotychczas tuszowano wszystkie informacje. To było zwycięstwo głasności. ZSRR zgadza się na pełną współpracę z Zachodem, zapoczątkowuje to nową erę otwartości, polityczne zwycięstwo Gorbaczowa, którego było mu bardzo trzeba. W Czarnobylu magma nie jest już zagrożeniem, ale zniszczony budynek nadal stanowi niebezpieczeństwo.

    15.05.1986
    Do Czarnobyla przybywa generał Nikołaj Tarakanow, aby przejąć dowództwo nad siłami lądowymi. Oficerowie i szeregowcy, żołnierze i cywile tworzą razem armię likwidatorów. Ich zadanie to oczyszczenie terenu wokół strefy, likwidacja promieniowania. Igor Kostin z agencji informacyjnej Novosty, który dzień po wybuchu przelatywał nad reaktorem, jest jednym z pięciu reporterów upoważnionych do informowania o walce. To nowość w kraju, w którym wszystko dotąd trzymano w tajemnicy. Trzech z jego kolegów już nie żyje. Robi zdjęcia okolicy i ludzi, sam został poważnie napromieniowany. Przez Czarnobyl przewinęło się 100 000 żołnierzy i 400 000 cywilów, robotników, inżynierów, pielęgniarek, lekarzy i naukowców ze wszystkich republik ZSRR. Związek Radziecki toczy swoją ostatnią, wielką kampanię. Na ziemi brygady likwidatorów oczyszczają teren i wszystkie zabudowania. Dom po domu zmywają radioaktywny pył. Niektóre budynki zostały zburzone i zasypane ziemią. Powołano specjalne drużyny myśliwych, dawano im myśliwską broń i chodzili po wsiach, po lasach i odstrzeliwali zwierzynę, w sierści zwierząt odkładał się radioaktywny pył. Wieczorem ludzie i maszyny wracają pokryci radioaktywnym kurzem.

    07.1986
    Buldożery zgarniają 300 000 metrów sześciennych ziemi z terenu wokół elektrowni, wsypują do wielkich wykopów i zalewają betonem. Rozpoczyna się największa operacja- aby na dłuższą metę ograniczyć poziom promieniowania trzeba odizolować cały budynek. Lev Poczarow jest inżynierem, który zaprojektował ogromną budowlę ze stali i betonu okrywającą ruiny, to sarkofag.

    08.1986
    Rusza ostateczny atak mający zatrzymać śmiertelne skażenie. Promieniowanie na placu budowy jest tak silne, że można tam wysyłać tylko zdalnie sterowane maszyny. Ale najpierw musi je na miejsce doprowadzić człowiek. Dźwigi ?Demark 4000? zostały sprowadzone jako części i złożone już w Czarnobylu. Podczas budowy trzeba być niezwykle ostrożnym, jedna pomyłka, a raz osadzonego elementu już się nie da podnieść. Mimo tak ekstremalnych warunków budowa posuwa się na przód.

    09.1986
    Budowę przerywa odkrycie rumowiska grafitowych odłamków izolacji prętów uranowych reaktora na dachu elektrowni. Wysyłane są tam roboty zbudowane do badania Księżyca, które spychają gruzy poza krawędź, tam inne zagarniają gruzy do wykopów i zalewają betonem. Jednak promieniowanie zabija nawet te maszyny, nie wytrzymują obwody, roboty psują się, wariują, nie działają tak jak trzeba. Trzeba je jednak zastąpić ludźmi.

    17.09.1986
    Do akcji wkraczają tzw. bio-boty, czyli żołnierze, którzy zastąpili roboty. Każdy musi wykonać własny ołowiany pancerz. Na dźwięk syreny na dach wybiega grupa ośmiu bio-botów i zrzucają z dachu promieniotwórczy gruz, większe kawałki przenoszą rękoma. Najpierw pracują przez dwie minuty, potem 40 sekund i tak coraz krócej, aby ograniczyć wpływ promieniowania. Bio-boty mają płytę z przodu, na plecach, na potylicy, podwójne rękawice, ołowiane wkładki w butach, kaptur, hełm budowlany, maska przeciwgazowa, gogle, aby chronić przed promieniowaniem beta, rentgenowski fartuch, cały pancerz ważył ok. 30 kilogramów. W oczyszczaniu dachu udział wzięło około 3,5 tysiąca ludzi. Promieniowanie przekracza 12 000 R/h , w takich warunkach nie powinno się tam nikogo posyłać. Z trudem bio-boty oczyściły dach z gruzów, w nagrodę każdy otrzymał od armii dyplom i premię w wysokości 100 rubli, czyli mniej więcej 100 dolarów.

    10.1986
    Udało się oczyścić strefę wybuchu i zakończyć sarkofag, w akcji oczyszczania Czarnobyla wzięło udział 500 000 ludzi. Cywilów i wojskowych. Na zakończenie działań, specjalnie dla wszystkich uczestników, zatknięto sztandar na szczycie kominu elektrowni. Każda brygada likwidatorów świętuje zakończenie operacji, podpisują się na ostatniej płycie, która zostanie wmontowana jako część sarkofagu. Sarkofag to mauzoleum, panteon, mogiła energetyki atomowej, po tym wypadku Związek Radziecki przestał budować elektrownie atomowe.

    22.12.1986
    Na Czarnobyl spadł pierwszy śnieg, nie topnieje on nawet na sarkofagu, co oznacza, że nie przepuszcza ciepła. Sarkofag ma przetrwać 30 lat. Wojskowi i likwidatorzy wyjechali do domów, reaktory 1, 2 i 3 pracują normalnie. Bitwa o Czarnobyl wygrana, ale to tylko początek wojny, która trwa do dziś?

    Klinika nr 6
    Od początku zmagań w Czarnobylu wszystkie ofiary poważnego napromieniowania (norma wojskowa-25 rentgenów) odsyłano do Szpitala nr 6 w Moskwie. Promieniowanie alfa i beta odkładają się w płucach i powodują raka płuc oraz raka tarczycy. W tych dwóch przypadkach nie jest źle, na miarę Czarnobyla, bo promieniowanie gamma wywołuję tzw. chorobę popromienną. Ofiara poważnego napromieniowania najpierw odczuwa nudności, wymiotuje, ma biegunkę i złe samopoczucie, następnie opada z sił. Potem następuje dwu, trzytygodniowa faza bezobjawowa. Często dopiero w klinice ukazują się najgroźniejsze symptomy, gnicie szpiku kostnego, czarne oparzenia, złuszczające skórę i powodującą krwawienie ze wszystkich otworów na ciele. Z Ameryki sprowadzona Roberta Gale?a, specjalistę w przeszczepach szpiku kostnego, niestety tylko dwie osoby przeżyły po operacji, wszystkie były tak osłabione, że pojedyncza bakteria mogła ich zabić. Wiele osób miało ponad 15 przeszczepów skóry. Teraz nie mogą oni dotykać benzyny ani oleju, skóra by zeszła, a krew nie krzepnie normalnie w ciałach napromieniowanych osób. Po tragedii zrodziło się wiele dzieci z rakiem tarczycy oraz mutacjami kończyn.

    Początek końca
    W 1987 roku, zapewne znany wam z mego artykułu, akademik Legasow wrócił do domu, po wygłoszeniu raportu przy drzwiach zamkniętych z ekspertami, wyciągnął pistolet i praktycznie sprawdził czy działa? na sobie. Wtedy zaczęły się demonstracje na ulicach Ukrainy i Białorusi. Aresztowanych zostało osiem osób, zastępca dyrektora, Anatolij Diatlow, dostał 10 lat pozbawienia wolności, przeżył pięć i umarł na zawał serca w 1995 roku. Dyrektor elektrowni, Nikolai Fomin, dostał 10 lat ciężkich robót, ale zwrócono mu wolność z powodu załamania psychicznego. Likwidatorzy nie dostali ŻADNYCH zasiłków, przecież w Czarnobylu nic się nie stało-tłumaczyli komuniści. Ale już wtedy ludzie wiedzieli, że to koniec Związku Radzieckiego. Wiele osób pracujących w Czarnobylu do dziś musi spędzać kilka miesięcy w Klinice nr 6. W 1991 roku główną ulicą Kijowa przemaszerowała ogromna manifestacja ludzi, rozpoczęła się głodówka studentów, domagali się sprawiedliwego wyroku za Czarnobyl i zamknięcia elektrowni. 11 października 1991 roku nastąpił pożar w hali turbin Reaktora nr 2. Nikt nie ucierpiał, nastąpił minimalny wyciek składników radioaktywnych, po tym incydencie definitywnie zamknięto blok drugi. W 1995 roku nastąpił ostatni wypadek, zginęła jedna osoba wskutek napromieniowania od zużytych prętów paliwowych, które wysypały się z kontenera podczas wymiany w Reaktorze nr 3.
    W 2000 roku Elektrownia Atomowa w Czarnobylu została oficjalnie zamknięta. Byli przy tym wszyscy pracownicy elektrowni (którzy przeżyli) oraz kilku likwidatorów. Od tej pory w Elektrowni pracuje kilkunastu ludzi, którzy reperują zniszczenia w Sarkofagu.

    Strefa dziś
    Dzisiaj strefa Czarnobylska to opustoszałe, ciche miejsce. Jedynymi ludźmi są milicjanci poustawiani na posterunkach kontrolujących wszelkie ?wycieczki? do Czarnobyla. Wiele osób i całe rodziny pozostały w swoich wioskach. Żyją tam z tego co uprawiają, dzień po dniu zabijając się po trochu. Nikomu nie pozwolono powrócić do Prypeci lub Czarnobyla. Teraz to opuszczone blokowiska, w których zostało całe życie mieszkających tu kiedyś osób. Nawet teraz u bram elektrowni licznik Geigera pokazuje co najmniej 400 R/h. Mimo to robotnicy pracują tu, jedzą, śpią oraz przeprowadzają niezbędne naprawy, sarkofag ma wiele dziur i wymaga remontu. Trzy lata temu powstał projekt nowego sarkofagu, mającego otaczać całą elektrownię. Ale nadal nie ma na to pieniędzy. Nadal istnieją tu tereny gdzie spacerowanie to samobójstwo. Licznik Geigera to najlepszy przyjaciel w strefie, na terenie Czarnobyla są miejsca gdzie zakopano radioaktywne gruzy. Są lasy i napromieniowane domy? I tak będzie przez jakieś 900 lat kiedy to cząsteczki radioaktywne zapadną się w grunt lub zanikną i nie będą groźne dla człowieka. Ale są miejsca gdzie nie powróci już życie, rozpad połowiczny (czyli czas w jakim połowa atomów zamieni się w atomy innych pierwiastków) cezu-131 wynosi ok. 25 000 lat, a to tylko połowa. Pod sarkofagiem promieniowanie często przekracza 1 000 rentgenów. Przyroda jednak kwitnie, zwierzęta i rośliny pozbawione ograniczeń, wynikających z obecności ludzi, rosną i zamieszkują niegdyś zamieszkiwane tereny. Do strefy mają wstęp tylko osoby pełnoletnie, posiadające rządową przepustkę. Większość wsi stoi na mapach, ale w rzeczywistości są pogrzebane pod ziemią. W niektórych wioskach pozostali starsi ludzie, którzy nie chcą wyjeżdżać, tu się urodzili i tu umrą, mówią. Miasto Prypeć to miasto duchów, można się w nim natknąć na ślady dawnego życia, są tu zdjęcia, część mebli, zabawki i całe stosy masek przeciwgazowych. Przez otwarte drzwi i okna wdzierają się do domów drzewa. Zwierzęta na terenie Strefy żyją najzupełniej normalnie, nie potrzebują ludzi do przeżycia, wręcz przeciwnie. Do wielu miejsc poza samą elektrownią nie ma do dziś wstępu i raczej nie dowiemy się jakie promieniowanie tam jest. Na przykład cmentarzysko pojazdów o powierzchni 2 000 metrów kwadratowych. Są także miejsca nieznane, miejsca gdzie zakopano część ziemi i odpadów radioaktywnych. Te miejsca nie są oznaczone, także trzeba się mieć na baczności. Większość dróg prowadzących do opustoszałych wiosek jest zablokowana dla samochodów. Mimo to coraz więcej ludzi odwiedza Czarnobyl.
    Opowiedziałem wam skróconą historię Czarnobyla. Odpowiedzi na poniższe pytania raczej już nie otrzyma nikt na świecie. Ile osób zginęło wskutek eksplozji? Jaka dawka promieniowania ich zabiła? Ile narodziło się chorych dzieci? Dlaczego reaktor wybuchł? Kto za to wszystko odpowiada?
    Osoby, które spisywały Biblię widać ujrzały Czarnobyl:
    ?I trzeci anioł zatrąbił. I spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia, a spadła na trzecią część rzek i źródła wód.
    A imię gwiazdy zowie się Piołun. I trzecia część wód zmieniła się w piołun, i wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie?
    Apokalipsa Św. Jana 8, 10-11
    Bylia to po ukraińsku piołun (bylica), Czarnobyl to Czarny Piołun?
  11. konjel
    Wczoraj na Polaków spadła wielka tragedia - samolot z najważniejszymi osobami w państwie rozbił się w okolicach Smoleńska. Drzewa Katyńskie po raz drugi chłoną ludzką krew. W tym nieciekawym momencie trójka przyjaciół znalazła okazję żeby porozmawiać o tym zdarzeniu.
    Dex Kanon: O tragedii dowiedziałem się z rana, gdy napisał do mnie kumpel. Z początku śmiałem się, strzeliłem żart, mniej więcej o tej treści: "w końcu ruski zrobili coś porządnie". Lecz też momentalnie siadłem na większe serwisy informacyjne na necie. Gdy było coraz pewniejsze to że nikt nie przeżył, targały mną mieszane uczucia - z jednej strony nie lubiłem gości, a z drugiej... żal ludzi.
    Sapcio Zalabski: Dobrze powiedziałeś, ludzi. Mi osobiście nie spodobało się, że we wszelakich wiadomościach jest mowa niemal tylko o prezydencie. Ja rozumiem, że to jest ważna osoba, ale chyba więcej trudności dla narodu to utrata generałów, ministrów i różnych prezesów, niż prezydenta, którego po godzinie od wypadku zastąpiono. No i nikt nie mówi o bliskich ofiar katyńskich sprzed 70 lat...
    Rączka: Ja słyszałem już teraz całkiem sporo informacji o Katyniu sprzed 70-ciu lat. Dodam, ze zgodzę się z Sapciem, padło praktycznie zarządzanie armią, szefowie najważniejszych organizacji-NBP, IPN, a także kombatanci. I to tych ludzi przez długie dekady nikt nie zastąpi. Miejmy nadzieję, że (jak to moja matka mówi) PO nie wykorzysta z okazji. Od ciotki z Warszawy słyszałem, że ludzie szemrają o ukartowanym zamachu...
    DK: O ukartowaniu zamachu zapomnijmy - toż są to tylko teorie spiskowe. Moja mama uważa że pilot samolotu był islamistą... Ale to na bok. Spójrzmy raczej na otoczkę wokół śmierci prezydenta (o reszcie będę kontynuował później). Jest to chyba jedyny i ogromny powód okazywania mojego totalnego olania całej sprawy. Jasne, prezydent - więc i muszą być kameralne uroczystości. Jednak czy to nie ten prezydent, dla którego ogłaszanie żałob narodowych weszło już w nawyk? Co jakaś tragedia to i żałoba. Poprzez przyzwyczajenie się do tych 'uroczystości' nie widzę podniosłości tego wydarzenia...
    SZ: Fakt, znaczenie żałoby troszkę wyblakło ze względu na ich częstość... Co by jednak nie mówić, obecna katastrofa jak dla mnie ma pełne prawo być powodem żałoby. 96 ludzi, i tu jedynie można dowartościować Lecha, zginął prezydent kraju więc zdarzenie ma rangę bardziej narodową niż czysto ludzką, przynajmniej pod względem urzędowym. Bo tak naprawdę zginęło 96 zwykłych ludzi, z których to bodaj 3 miało zawodowe zagrożenie życia i konieczność jego poświęcenia (BOR), wypełnili tą służbę. Jeśli kogoś jest mi naprawdę żal, to rodzin ofiar z Katynia. Zginęli z powodu tego, że chcieli upamiętnić śmierć swoich bliskich. Nie zdążyli tego zrobić, dołączyli do tych, których chcieli uczcić.
    R: Jeśli chodzi o żałobę narodową to polecam utwór Martina Lechowicza pod tym tytułem. Może i wyblakło na tle tych licznych żałob, ale mimo wszystko żałoba to żałoba, a tym 96 osobom (z czego 88 to elita kraju) na pewno się należy.
    DK: O widzisz stary - sam miałem teraz podrzucić ten utwór. I zgadzam się - żałoba im się należy. Jednak będąc już w temacie samej żałoby, wczoraj rozśmieszyło mnie jedno - w opisie znajomej zobaczyłem zlepek trzech znaków interpunkcyjnych - chodzi o popularną "świeczkę" [*] - jak dla mnie jest to już przegięcie. Głupiutkie dzieci, które chcą pokazać jak bardzo współczują - zapalają kilkubajtową świeczkę i myślą że spełniły dobry uczynek. A tu nie o to chodzi! A gdzie refleksja na temat ich śmierci?
    SZ: Właściwie to... lepsze jest [']. Ja nie mam negatywnych odczuć do kilkubajtowej świeczki, ale śmieszne jest jej masowe używanie. Można jej użyć czasem, ale nie robić takiego poważnego, że aż śmiech, śmietnika przykładowo w opisach na gg. Tak jak powiedziałeś, celem żałoby nie jest "kto ma żałobniejszy opis" a jakowaś chęć przemyśleń. Co do moich przemyśleń... są one skromne, pozbawione jakichś... metafizycznych gdybań. Po prostu ujrzałem jak szybko może się wszystko zmienić, jak szybko można zniknąć.
    R: Tak, to małe gówienko-> [*] jest już chyba wstawiane metodą kopiuj-wklej. Ludzie wlepiają sobie opisy i świeczuszki wszędzie, tylko, że nic z tym nie robią. Walną opis na gadu i dalej napieprzają w tego CS'a czy inny syf. Ehh...
    Wszystko się zmienia... szybko się zmienia... Jednak uważam, że poniekąd politycy sami kładli sobie minę pod nogami z nadzieją, że odpowiednio zbalansują. Chodzi tu o przewóz. Pamiętamy Casę, sprzed roku, czy dwóch. Najważniejsi ludzie w polskim lotnictwie w jednym punkcie i wszyscy zginęli. Znacie metodę trzymania kasy na wycieczkach? Trochę tu, trochę tam - jak ktoś nam coś zarąbie to zostanie kilka banknotów schowanych po kieszeniach. I tak samo mogło być teraz gdyby się do tego zastosowano nie zginęliby wszyscy. Poza tym (to kłuje w oczy) podczas, gdy po niebie śmigają nasze F-16, a technicy robią już Black Hawk'i na amerykańskiej licencji to najważniejsze osoby w państwie nadal latają tym tanim, radzieckim badziewiem...
    DK: Wiesz... Podobno były pomysły by kupić nowy rządowy samolot, ale ludzie zaczęli się wydzierać że politycy trwonią pieniądze na [beeep]. I teraz patrz jaka ironia: ludzie którzy wydzierali się o ten nowy samolot opłakują śmierć osób z rządu (pomijam już ludzi którzy Kaczyńskiego nienawidzili z całego serca, a teraz go opłakują - brak własnego zdania czy co?).
    SZ: Jeśli już poruszyliśmy temat Rosji... ja mam ciche nadzieje, że katastrofa choć odrobinę zbliży oba kraje. Identyfikacja zwłok i tym podobne sprawy, wspólne śledztwo, może po miejmy nadzieję miłej współpracy zostaną nam udostępnione, i całe zbliżenie" zacznie nabierać prędkości.
    R: Ujmująca jest wypowiedź jednej z Rosjanek: "Wybaczcie, ze to zdarzyło się na naszej ziemi". Choć widziałem też jak milicja utrzymywała kordon wokół miejsca wypadku nie wpuszczając dziennikarzy. Pożyjemy - zobaczymy. Choć z kumplem rozważaliśmy też teorię spiskową mówiącą o tym, że Rosja pozbędzie się najważniejszych ludzi (jeszcze najlepiej jak premier będzie na terytorium USA), a potem "obejmie nas ramieniem pomocy". No, ale fantastykę zostawmy na Maskon (www.maskon.pl <- pseudoreklama! )
    DK: Cóż, jakoby nie patrzeć teorie spiskowe tworzą się same. Jednak nie ma co ich rozstrząsywać. Błąd pilota. Wada maszyny - na razie mamy tyle prawdopodobnych przyczyn, więc po co mamy zwalać winę na jakieś wymyślne układy które nie istnieją?
    SZ: Ja wcale nie myślę o żadnych spiskach i tym podobnych sprawach. Jaki w tym sens? Zamiast pochłonąć Polskę Ruskie pokazały by całemu światu, że jest taki kraj - Polska. I myślę, że wczorajsza katastrofa odwaliła całą robotę za Euro 2012. Jeszcze nie odbył się żaden ważny mecz, a już byliśmy w wiadomościach na całym świecie. Każdy widział biało czerwone szczątki samolotu. To chyba jest w pewnym sensie "korzyść". Bo będą sobie patrzeć jak to wybieramy prezydenta(którym będzie Komorowski) i ogólnie spojrzą na nas. Niech patrzą, bo Polska ma co pokazać .
    R: Cóż... Postrzeganie tej katastrofy jako reklamę Polski oceniłbym jako pyrrusowe zwycięstwo. Chociaż... coś w tym jest... Mimo wszystko nie ulega wątpliwości, że straciliśmy elitę krajową.
    DK: Wiesz co Sapcio... na Euro 2012 nie odbędzie się żaden mecz (hłe hłe hłe). W każdym razie, ja od siebie dodam na koniec że mam nadzieję że ta tragedia pozwoli wszystkim rządzącym w Polsce na pojednanie - by nie myśleli o jakimś wyścigu szczurów, w którym to ich partia ma wygrać - bo tu chodzi o to, by wygrała Polska. Wygrała swoje lepsze jutro. I to tyle ode mnie - dziękuję za rozmowę panowie .
    SZ: I ja mam nadzieję, że będzie wygrywała Polska a nie poszczególne partie polityczne. Dziękuję za rozmowę.
    R: A mnie pozostaje się z tym zgodzić. Dziękuję również.
  12. konjel
    Dowiedziałem się o tym dziś, tuż przed wycieczką szkolną. Początkowo myślałem, że to niesmaczny żart. Potem dowiedziałem się, że to prawda. W czasie wycieczki, wiadomo, obojętność, rozmowy, ognisko. Dopiero jak wróciłem i zobaczyłem te 88 nazwisk poczułem pewien rodzaj strachu. Co teraz będzie? Głowa państwa, zarządcy partii politycznych i najważniejszych organizacji, dowódcy wojskowi najwyższej rangi... I najważniejsze pytanie - co czuli w ostatnich chwilach swego życia? Widziałem wielokrotnie "Katastrofa w przestworzach" na National Geographic i wypowiadających się tam ludzi, tych, którzy przeżyli. Ale zastanawia mnie właśnie, co myśleli wszyscy najważniejsi ludzie w państwie w chwili, gdy wiedzieli, że jeśli nie wszyscy, to na pewno większość, zginą... Co czuli w tej chwili? Czy myśleli o chaosie, który przyniesie to zdarzenie?
    Czy to był przypadek? Pamiętamy wciąż wypadek samolotu Casa. Czas przyniesie odpowiedź...
    Kaczyński nie był dobrym prezydentem? Ok. Ale przecież nie tylko on zginął. Poza tym ciężko nie współczuć z powodu śmierci innego człowieka.

  13. konjel
    Dla osób chcących podziwiać moją szpetną gębę (oraz ewentualnie dla tych, którzy są zainteresowani tego typu zabawami) proponuję kilka fotek z dzisiejszej "wyprawy" na tereny Papierni.
    http://www.speedyshare.com/files/21828843/...RAR_archive.rar
  14. konjel
    Refren:
    ????? ? ????? ????
    ????? ? ????? ??????
    ?????? ?? ????? ?
    ?? ??? ?? ?????.
    ????? ?? ??????,
    ???, ?? ?? ????,
    ????? ??? ??????-
    ????? ???????!
    ***
    Wragi w naszym domie
    Zemlja w mukah stoniet
    Ubijca na tronie -
    On zlo wa plati
    Wojna na parogie
    Uwy, my nie bogi,
    Nazad niet darogi-
    Tuman wperedi!
  15. konjel
    1. Jesteś idiotą, bo nie potrafisz dotknąć językiem wszystkich swoich zębów.
    2. Jesteś idiotą, bo właśnie to sprawdziłeś.
    3. Jesteś idiotą, bo teraz śmiejesz się z tego.
    4. Jesteś idiotą, bo zaraz poszukasz kolejnych idiotów, którzy to zrobią.
  16. konjel
    Jak to często się zdarza w naszym życiu, że opatrznie rozumiemy czyjeś słowa. Czyż nie? Ktoś mówiąc "Potrzymaj moją kiełbasę..." ma na myśli dosłowne trzymanie kiełbasy, takiej do jedzenia, a tymczasem wielu rozpoznaje w tych słowach podtekst erotyczny. I tak od wielu wieków, rozumowanie świata sprawia, że ludzie nie mogą się dogadać. Jedno słowo możne mieć w tym świecie setki znaczeń, czasem zupełnie innych niż by się mogło wydawać. Przez złe rozumienie słów często stajemy się pośmiewiskiem - "No jak to, nie wiesz co to znaczy?!" albo sami śmiejemy się z popełnionego błędu. Mój dobry przyjaciel przez Xfire opisał mi, że został na noc sam, z jakąś dziewczyną, że poszli spać o 3 rano i ona do 10 jeszcze spała. Konkluzja nasuwa się sama, czyż nie? Zwłaszcza, że jest on tuż po zakończeniu poprzedniego związku i wcale nie zdziwiłby mnie taki obrót spraw. Tymczasem po snuciu teorii spiskowych i wymyślaniu pytań "Jaka jest? Skąd się znacie? itd." dowiedziałem się, że to jego... kuzynka. Żałujcie, że mnie nie widzieliście jak to przeczytałem... A więc halab aszn aszarer i uważajcie na słowa!
  17. konjel
    Niedawno postanowiłem odświeżyć me opowiadanie pt. "Bunkier". Zainspirowany grą Metro 2033 (ej czy to nie jest dziwne? - zanim gra wyszła, czyli jakiś rok temu, wpadłem na pomysł płacenia amunicją w postapokaliptycznym świecie i umieściłem akcję opowiadania w 2066 roku... dokładnie 33 lata po historii z "Metro 2033" O.o"). Więc przedstawiam wam początek świeżutkiego opowiadanka:
    BUNKIER
    Nagły rozbłysk w umyśle obudził go. Otworzył oczy, powoli, jakby bojąc się tego co ujrzy. Zobaczył przed sobą deskę rozdzielczą ubrudzoną zeschłą, ciemną krwią. W tym samym momencie, jakby ktoś nagle przełączył odpowiedni bezpiecznik w jego mózgu, usłyszał głośny szum padającego deszczu. Obrócił powoli głowę i spojrzał przez zabrudzone błotem okno. Na zewnątrz zobaczył błotnistą drogę zmiękczaną przez ulewę, oświetloną delikatnym płomieniem wydobywającym się spod maski stojącego obok samochodu terenowego. Sięgnął rękoma do twarzy, były brudne i obite do krwi. Rozmasował skroń zaciskając oczy i oprzytomniał nieco. Straszny smród z pewnym źródłem po lewej stronie zmusił go do spojrzenia w tym kierunku. Zachłysnął się powietrzem i rozwarł usta, gdy zobaczył martwe ciało zasiadające za kierownicą. Trup leżał, a raczej siedział, tutaj już długi czas, jego skóra zrobiła się jasnoszara. Mężczyzna zauważył dwie spore dziury w kamizelce wojskowej oblanej uschłą już, ciemną krwią. Przytomność umysłu wróciła mu po sekundzie, lecz nadal niczego nie pamiętał. Zaciskając zęby i odwracając wzrok sięgnął do mapnika trupa. Wyjął kilka starannie złożonych kawałków papieru. Rozpostarł jeden z nich wydający się mapą. Zobaczył nic nie mówiące mu rysunki terenu oznaczone zielonymi i brązowymi plamkami, jakieś kolorowe kółka i krzyżyki, a było to opatrzone kilkunastoma napisami. Rozumiał ten język, język rosyjski, ale mimo to nie wiedział czego to jest mapa. Odpiął pas bezpieczeństwa, aby zaczerpnąć powietrza i ułatwić ruchy. Sięgnął ręką do schowka, znalazł tam paczkę papierosów, zapalniczkę i dwie baterie. Wyłożył to na znalezione papiery i położył na kolanach. I wtem rozbłysk pamięci ? sięgnął do kieszeni, nie znalazł nic. Sięgnął do tej w oliwkowej bluzie, którą miał na sobie i wyciągnął małą, laminowaną kartę wyglądającą na jakiegoś rodzaju legitymację oraz małą książeczkę opatrzoną napisem paszport. W paszporcie odnalazł swoją fotografię, brudna i starą, lecz jakimś sposobem wiedział, że to on. Raczej okrągła twarz z pieprzykiem na brodzie o piwnych oczach wyłaniających się spod długich, kasztanowych włosów patrzyła na niego śmiertelnie bezwyrazowym tonem. Obok znalazł swoje informacje, wysokość, wagę, kolor oczu i włosów, grupę krwi, lecz nigdzie nie było imienia czy nazwiska. Na dalszych stronach opisanych jako WYJAZDY i PRZYJAZDY odnalazł kilka podobnych pieczątek z nieznanymi mu symbolami. Spojrzał na legitymację, była cała pokreślona, a zdjęcie zostało wyrwane. Ktoś napisał niedbale na wolnej przestrzeni na odwrocie napis, który uderzył go niczym młot kowalski. Z tyłu odnalazł jedyny napis stwierdzający jego, taką, czy owaką, tożsamość ? Rączka. Miał tego dość, wszystkie znalezione papiery wsadził do lewej kieszeni, papierosy wraz z zapalniczką i bateriami do prawej, a paszport i legitymację wetknął do tej na piersi po czym otworzył drzwi. Wysiadł ostrożnie trzymając się drzwi i rozglądnął się. Hałas deszczu nie ustawał i jakby nasilał się, wielkie krople z każdą chwilą coraz bardziej moczyły mu głowę i ubranie. Nie widział w pobliżu nic oprócz palącego się wraku pojazdu obok. I wtedy przyszły te pytania ? gdzie ja jestem? Kim ja jestem? Co tu robię? Jaki to rok, miesiąc, dzień? Na żadne z nich, pomimo wielkich chęci nie mógł znaleźć odpowiedzi. Po chwili stania w deszczu usłyszał pluski. Początkowo nie różniły się od dźwięku spadających w błoto kropel, ale z każdą chwilą nasilały się, aż mógł w nich rozpoznać ludzkie kroki. Gdy się odwrócił usłyszał cichy trzask i oślepiło go blade światło. W uszy wbił się chrapliwy głos wymawiający zrozumiałe dla niego słowa:
    -To człowiek!
    W tym momencie coś pękło, za dużo rzeczy w zbyt krótkim czasie. Nawet nie spostrzegł, kiedy leżał już twarzą w zimnym, lepkim błocie pogrążając się w mrok.
  18. konjel
    Kolejne zadanie domowe - z historii, a jakże! Zadaniem tym było opisanie losów wybranego członka rodziny w czasie II Wojny Światowej. Wyszedł mi raczej jakiś biogram i zapomniałem dopisać o losach przedwojennych, ale mimo wszystko zrobiłem to co miałem zrobić. Postacią tą jest mój pradziadek ze strony ojca. Wykształcony weterynarz, który, pomimo braku większych umiejętności walki, chciał pomagać Polsce.

    St. sierż. pchor. Marian Franciszek Fajfer ps. ?Pogończyk?
    Słowem wstępu
    Urodzony 16 lipca 1908 roku w Piotrkowie Trybunalskim, zmarł 12 listopada 1983 roku.
    "Pogończyk" (NN- już nie Marian Franciszek Fajfer) st. sierż. z cenz. (od 28 XI 1944 r. st. sierż. pchor.), od 15 XI 1944 r. w Brygadzie, w której służył w Oddziale Rozpoznawczym, a od 28 XI 1944 r. był p.o. szefem weterynaryjnym, od 2 I 1945 r. szefem weterynarii. Latem 1945 r. opuścił Brygadę. Do Polski powrócił w 1947 r. pomimo ostrzeżeń kolegów z AK i NSZ. Ujawnił się i od tamtego momentu właściwie do końca życia był represjonowany (kilka razy przebywał w więzieniu; w roku ?50 agenci SB przeszukiwali dom w poszukiwaniu broni i radia). Nigdzie nie pracował dłużej niż 2-3 lata. Cała rodzina przeprowadzała się co najmniej dwadzieścia razy.

    Brygada Świętokrzyska - oddział zbrojny części Narodowych Sił Zbrojnych (Narodowe Siły Zbrojne-Związek Jaszczurczy), która nie podporządkowała się rozkazowi scalenia z Armią Krajową, działający w okresie od połowy sierpnia 1944 do połowy sierpnia 1945. Utworzony decyzją Rady Politycznej NSZ-Zachód w dniu 10 sierpnia 1944. Liczyła od 822 żołnierzy (w grudniu 1944) do 1417 żołnierzy (5 maja 1945).
    W lipcu 1944 roku, wobec zbliżania się Armii Czerwonej do centralnej Polski, dowództwo NSZ?ONR zarządziło koncentrację oddziałów partyzanckich na Kielecczyźnie. 11 sierpnia 1944 roku z tych oddziałów sformowano Brygadę Świętokrzyską NSZ. Walczyła ona przez kilka miesięcy z hitlerowcami i partyzantką komunistyczną. W styczniu 1945 roku, gdy rozpoczęła się wielka ofensywa radziecka, Brygada podjęła marsz na Zachód wraz z wycofującymi się wojskami niemieckimi. Dzięki porozumieniu z Niemcami dotarła do zachodnich Czech, gdzie doczekała końca wojny. W sierpniu 1945 roku przeszła do Niemiec na tereny zajęte przez III Armię amerykańską gen. Pattona.
    Tymczasem po zajęciu ziem polskich przez Armię Czerwoną władze komunistyczne wydały bezwzględną walkę NSZ, które propaganda określała jako ?faszystów?, ?bandytów? i ?hitlerowskich kolaborantów?. Wobec nasilenia terroru w kwietniu 1945 roku NSZ?ONR przekształciły się w organizację kadrową. Została ona rozbita przez UB i NKWD między lipcem a listopadem 1945 roku. Na czele ocalałych struktur NSZ?ONR stanął ppłk Stanisław Kasznica ?Przepona?. Aresztowano go w lutym 1947 roku, po pokazowym procesie skazano na śmierć i stracono w marcu 1948 roku. Oznaczało to symboliczny koniec NSZ.

    Wpisy z książki ?Rozkazy dzienne Brygady Świętokrzyskiej NSZ? dot. Mariana Fajfra
    Rozkaz dzienny nr 102
    (?) 2) Przydziały
    Przydzielam: st. Sierż. z cenz. Pogończyka do OR Dyr.; kprl. pchor. Bora i strz. z cenz. Orła do 2/F. 1.
    ***
    Rozkaz dzienny nr 106
    (?) 2) Mianowania
    Mianuję dr Lorda lekarzem Filii 1; ST. Sierż. pchor. Pogończyka p.o. szefem wet[erynaryjnym] Firmy.
    (?) 4) Awanse
    L.p. Przydz[iał] org[anizacyjny] Pseudo Stopień obecny Awans na Starsz[eństwo]
    4 Pogończyk _?__?_ st. sierż. pchor. _?_
    ***
    Rozkaz dzienny nr 121.
    (?) 3) Przeniesienie.
    (?) Przenoszę p.o. szefa wet. Firmy st. sierż. pchor. Pogończyka z OR Dyr. do O. IV Dyr.
    (?) Przydział gospodarczy.
    Pod względem gospodarczym i zakwaterowania przydzielam p.o. szefa wet. i sanitariusza wet. do OR Firmy. Przy zakwaterowaniu OR D-ca OR będzie przydzielał p.o. szefowi wet. Stajnię dla chorych koni.
    (?) 11) Zmiany w stanach koni.
    Każda sprzedaż, zamiana i rekwizycja koni ma być dokonana decyzją D-cy Filii, a w Dyr. Komendanta Kwatery Głównej na wniosek p.o. szefa wet. i of. taborowego i uwidoczniona w ewidencji koni.
    12) Przydział koni.
    Przydzielam konia z rzędem Szelmę z OR p.o. szefowi wet[erynarii].
    ***
    Rozkaz dzienny nr 144.
    (?) 3) Odprawa.
    W dn. 6 bm. o godz. 10 w jadłodajni Dyrekcji zameldują się na odprawie u Komendanta Kwatery Głównej mjr. Jura: kpt. dr Żar, kpt. ks. Mróz, chor. Śmieszny, st. sierż. pchor. Pogończyk (?)
    ***
    Rozkaz dzienny nr 172.
    (?) 8. Pielęgnacja koni.
    Stwierdzam zły stan pielęgnacji koni. Większość koni ma wszy, skutkiem nie czyszczenia ich. Skaleczenia i choroby ich nie są meldowane lekarzowi wet. Niektóre konie nie są podkute na cztery nogi, nie mają wyciętych włosów w pęcinach, kopyta nie są czyszczone i smarowane tłuszczem. Polecam p.o. Kier. Filii i Kom[endantowi] Kwat[ery] Gł. Dokonywać codziennego przeglądu koni i meldować mi o wyniku aż do odwołania. St. sierż. pchor. Pogończyk przeprowadzi w każdej Filii wykład o pielęgnacji koni i środkach na odwszawienie.
    ***
    Rozkaz dzienny nr 185.
    (?) 5. Zorganizowanie izby chorych koni.
    P.o. szefowi san[itarno]-wet[erynaryjnemu] polecam zorganizować stajnie dla chorych koni z całej Firmy. Filia przysyłając chorego konia na leczenie odkomenderowuje na czas leczenia konia luzaka do opieki nad chorym koniem. Luzak na ten czas pozostaje w dyspozycji szefa san[itarno]-wet[erynaryjnego].
    ***
    Rozkaz dzienny nr 191
    (?) 3. Zwolnienia od zakwaterowania w rejonie kursu.
    Zezwalam na zakwaterowanie na kwaterze OR szeregowym, którzy mają przydzielone konie i p.o. of. tab. Firmy wachm. pchor. Grzeli. Zezwalam na kwaterowanie przy izbie chorych koni st. sierż. pchor. Pogończykowi ? p.o. szefowi san[itarno]-wet[erynaryjnemu] Firmy.
    ***
    Rozkaz dzienny nr 193.
    (?) 3. Przegląd broni.
    W dn. 26. bm. i 27 bm. polecam p.o. szefowi wet. dokonać przeglądu sanitaryjnego koni Firmy, sporządzić nowe ewidencje koni, sporządzić raport z przeglądu i z różnicy między nową a starą ewidencją koni. (?)
    ***
    Rozkaz dzienny nr 199.
    (?) 5. Przegląd koni w Dyrekcji.
    P.o. szef san[itarno]-wet[erynaryjny] dokona przeglądu koni Dyrekcji w dn. 31 bm. [w] godz. 8.00-12.00
    ***
    Rozkaz dzienny nr 202
    (?) 8. Zmiany w stanach koni.
    P.o. Kier. Filii, kwatermistrzom, of. tab. i kmdtowi Kw. Gł. przypominam § 11 rozkazu dz. Firmy nr 121 z dn. 13 XII 44 i polecam, aby każde przeniesienie konia w Kw. Gł. i Filiach było uwidocznione w rozkazach dziennych pododdziałów i ewidencjach koni oraz zgłoszone p.o. szefowi san. wet.
    ***
    Rozkaz dzienny nr 209
    (?) 4. Przeniesienia.
    Przenoszę kpt. Korczaka z kursu nr VI do Kw. Gł. Dyr. do dyspozycji Pana Dyrektora: st. sierż. pchor. Pogończyka z kursu nr III do Kw. Gł. Dyr.(?)
    ***
    Rozkaz dzienny nr 215.
    (?) 13. Zmiana przydziału koni.
    Klacz szpakowatą ?Szelmę? przydzielam kpt. Wilkowi, klacz gniadą ?Sarenkę? p.o. szefowi san. wet sierż. pchor. Pogończykowi.
    ***
    Rozkaz dzienny nr 238.
    (?) 5. Przygotowanie kuchni do transportu samochodowego.
    Szef tab. z p.o. szefem wet. i przy współudziale of. tab. sporządzą w jak najkrótszym czasie ewidencję koni wg czterech kategorii: 1. klacze-matki, rasowe, przedstawiające wartość z punktu widzenia hodowlanego. 2. klacze mniej wartościowe z wyżej wymienionych punktów, wartościowe z punktu widzenia użytkowego. 3. wałachy, wartościowe z punktu widzenia użytkowego. 4. klacze i wałachy o małej wartości hodowlanej i użytkowej. Ewidencje w 2 odpisach przedstawić natychmiast Szefowi Sztabu.
    ***
    Rozkaz dzienny nr 272.
    (?) 5. Urlopy.
    Udzielam urlopu sierż. pchor. Pogończykowi dla kontynuowania studiów.
    6. Zwolnienia.
    St. sierż. pchor. Pogończyka zwalniam ze stanowiska szefa san. wet. Gr. Kpr. z cenz. Falę zwalniam z funkcji kier[ownika] kursu oświatowego nr 1.
    ***
    Rozkaz dzienny nr 288.
    (?) 4. Powrót z urlopu.
    W dn. 7 bm. Powrócił z urlopu st. wachm. pchor. Pogończyk.
    5. Urlopy.
    Udzielam urlopu wypoczynkowego mjr. Jurowi na 10 dni. Ppor. Hubie i ppor. Wickowi z B. III udzielam urlopu 7 [dniow]ego wypoczynkowego, pchor. Pogończykowi urlopu okolicznościowego do dn. 15 bm. włącznie.
  19. konjel
    Miło mi poinformować, iż mój brat PRZEMEK występuje jako tancerz w XI edycji programu pt. ?Taniec z Gwiazdami? realizowanego przez telewizję TVN. Przemek tańczy z piosenkarką Oceaną , laureatką ?Słowika publiczności? na Festiwalu Piosenki w Sopocie w 2009 r.
    Przemek jest absolwentem University of the Arts w Londynie na kierunku tanecznym, jest czterokrotnym mistrzem świata w tańcu towarzyskim.
    Pragnę zachęcić do głosowania i z góry dziękujemy za sms-y na PRZEMKA i OCEANĘ.
    SMS o treści 12 pod numer 7326
    Krótkie portfolio Przemka: http://www.youtube.com/watch?v=g_x2u3vgC2o
    P.S.: Nie, to nie jest żart
  20. konjel
    Miło mi powiedzieć, że mój największy i najlepiej dopracowany jak dotąd przeze mnie PBF został ukończony! Ponad 6 miesięcy ciągłej pracy. Zbieranie informacji, obrazków, fotografii, wymyślanie pomysłów i w końcu się udało! Czymże jest PBF? Podaję za Wikipedią: "Play By Forum (PBF, gra przez forum, potocznie gra tekstowa lub gra forumowa) - gra fabularna rozgrywana na forum dyskusyjnym, w której gracze (od kilku do kilkuset) wcielają się w role fikcyjnych postaci. Rozgrywka toczy się w wymyślonym świecie opisywanym i tworzonym poprzez internetowe forum dyskusyjne."
    Słowem - nie musisz zgrywać grafików ze znajomymi jeżeli chcesz pograć w dobrego rolpleja, wystarczy dostęp do internetu i w dowolnym momencie możesz grać. Nie musisz pędzić, tu czas cię nie goni (no, oczywiście bez przesady, rok na odpowiedź czekać nikt nie będzie ). Oczywiście jeśli będą gracze.
    Ale, o co się właściwie rozchodzi? No więc jest to PBF w realiach znanych z gry S.T.A.L.K.E.R. Cień Czarnobyla, Czyste Niebo i Zew Prypeci. Akcja zaczyna się w 2010 roku kiedy Zona jest właściwie niezbyt skażona ludzką ręką (to słowo "skażona" jakoś źle w tym zdaniu wygląda ). Nie grałeś, nie słyszałeś, nie wiesz? Nie ma problemu! Całe tło historyczno-fabularne znajduje się w jednym z tematów pomocniczych. Czym są tematy pomocnicze? Wszystkie tematy w dziale Pomoc, których lektura jest wręcz niezbędna do prawidłowego grania. Zawierają opisy broni, frakcji, anomalii, zagrożeń i wiele innych wraz z obowiązującymi doń zasadami. Co do mechaniki - jest bardzo prosta, ogranicza się do kilku wartości, jedyne czego wymaga to odrobiny dobrej woli i znajomości matematyki na poziomie dodawania i odejmowania!
    Jest to mój 3 PBF. Wszelkie pozostałe były swego rodzaju eksperymentami. Dwa z nich były w realiach gry Gothic, jeden osadzony w świecie postapokaliptycznej Ameryki. Dodatkowo uczestniczyłem w dwóch seriach PBFa na forum Gothic Web Site oraz stworzyłem dwie edycje storytellingu Wiedźmin-RPG także na tym forum (ten projekt niestety padł z powodu braku chęci graczy). Nie musicie się więc martwić o me doświadczenie (które nadal się rozwija w tej kwestii).
    Katastrofą Czarnobylską interesuję się od ok. 2007 roku, mniej więcej od tego samego momentu zainteresowałem się grą S.T.A.L.K.E.R. i grałem w każdą wydaną część (Zew Prypeci tylko półgodzinny początek, ale po egzaminach zamierzam i jego przejść ). Więc nie musicie się martwić także o brak wiedzy, zarówno odnośnie wypadku jak i realiów growych. Jak zapewne wiecie (lub i nie ) jestem dość kreatywny, mam fantazję i, jak to określiła moja polonistka, niestandardowe myślenie, więc na nudę na pewno nie będziecie narzekać.
    Ale to właśnie WY możecie się o tym wszystkim przekonać! I to ja potrzebuję WAS! Niestrudzonych graczy, fanów, znajomych stalkerów i bezwzględnych towarzyszy, jesteście mi potrzebni!
    Rozpędzam się więc, aby wam nie nakłamać powiem po prostu, że jeśli chcecie pograć w dobrego rolpleja bez ustalania terminów, turlania kostkami, gdzie można spędzić długie chwile na głębokie i ciekawe opisy to ten PBF jest dla was!
    Przybywajcie!
    ***
    Czy wydarzenia potoczą się tak jak w kolejnych częściach gier? Czy Strielok dotrze do centrum Zony? Czy nastąpi wojna frakcji? Czy akcja "Tor Wodny" dojdzie do skutku? Możesz to zmienić. Tutaj nic cie nie ogranicza. Każdy gracz kształtuje historię Zony. Każdy może odkryć jej tajemnice. Czy jesteś gotów podjąć to wyzwanie... ?
    >> S.T.A.L.K.E.R.: PBF <<
  21. konjel
    Ostatnio przeglądałem sobie zespoły na lastfm z kategorii Power Metal i zwróciłem uwagę na jeden z nich, który wyróżniał się swą nazwą - ???????? czyli Epidemia po rosyjsku. Od razu checknąłem ową grupę, gdyż bardzo lubię ten język i chciałbym się go nauczyć. Po przesłuchaniu albumu z 2005 roku stwierdziłem, że jest super i zacząłem namiętnie słuchać owych piosenek (a dzięki temu, że język podobny do naszego i ciuteńkę z niego kojarzę to mogłem sobie przyjemnie zasłuchiwać znane, bardziej lub mniej, słowa). Zespół gra melodic fantasy power metal. Dla chętnych 3 ulubione piosenki:
    Wysadenik z loda (Jeździec z lodu [?])
    http://www.youtube.com/watch?v=zgBuAgdeL2o&fmt=18
    Zwon Moniet (Dzwon Monet)
    http://www.youtube.com/watch?v=RZrfZZsW5YA&fmt=18
    Znowa byt z taboj (Znów być z tobą)
    http://www.youtube.com/watch?v=cn9hwOmmrIw&fmt=18
  22. konjel
    Zadania domowe. Czemu służą? Pogłębianiu wiedzy przez uczniów w domowym zaciszu. Jaka jest najczęstsza forma zadań domowych? "Pierwsze, drugie, ósme i Sprawdź czy umiesz do domu...!". Czy takie zadanie jest satysfakcjonujące? Może dla nauczyciela. Wygląda na to, ze szkoła nie ma uczyć, a mówić czego masz się uczyć. Zadania domowe najczęściej są nudne i trudne (zwłaszcza dla osoby, która np. wróciła po dłuższej chorobie, wyjeździe i nie ogarnia materiału). Jednak nie musi tak być. Przykład? Proszę bardzo. Historia-II Wojna Światowa-Kampania Polska... oraz niejaki p. Jack. Nauczyciel historii. Pasjonata wojskowości, modelarz, czytelnik... Zadanie domowe? "Zróbcie to i to w ćwiczeniach."? Nie... Czy tak ciężko jest wymyślić dobre, mądre, satysfakcjonujące zadanie domowe, które pozwoli uczniowi na pogłębienie, utrwalenie i poszerzenie wiedzy, a nauczycielowi na dowiedzenie się niejednokrotnie czegoś z innego punktu widzenia? Czy tak ciężko wymyślić zadanie tak świetne w swej prostocie? Zadanie takie jak "Opisz wybraną bitwę Kampanii Polskiej"? Jak widać nie... A to efekt mojej trzygodzinnej pracy... Tak! To jest prawdziwe zadanie domowe!
    Obrona Wizny
    W poszukiwaniu informacji spędziłem kilka godzin na różnorakich stronach oraz forum historycznym http://forum.histmag.org. Wiele informacji było niekompletnych, opartych na fałszywych danych lub w innym stopniu nieprawdziwych. Starałem się odnaleźć jak najprawdziwsze dane dotyczące bitwy i sił, jednak przyszło mi to z ogromnym trudem. Pomimo dogłębnego przewertowania kilku stron i forów nie udało mi się odnaleźć dokładnych sił niemieckich, które walczyły z polskimi obrońcami. Po rozważeniu wszelkich za i przeciw określiłem, że polskie pozycje atakowało od kilku do kilkunastu tysięcy żołnierzy. Pośród natłoku kłócących się użytkowników ciężko wyłuskać konkretne informacje. Jako iż w znajomości Wehrmachtu jestem zielony podam jedynie to co wydawało się najbardziej zrozumiałe. Mam nadzieję, że poniższy tekst odda jak najlepiej realia Bitwy pod Wizną.
    Linia obrony
    Spodziewając się ataku ze strony Prus Wschodnich już wiosną 1939 roku na odcinku Narwi i Biebrzy rozpoczęto budowę umocnień obronnych. W ich skład wchodził ośrodek obrony ?Wizna?, w którym zbudowano 6 ciężkich i 6 średnich schronów bojowych zamykających prowadzącą przez Wiznę drogę z Łomży do Białegostoku i Zambrowa (Warszawy). System umocnień uzupełniono prowizorycznymi zaporami przeciwczołgowymi oraz stanowiskami dla piechoty. Budowy schronów nie udało się ukończyć do wybuchu wojny, więc były one w dużej mierze niezamaskowane, bez wentylacji i kilku kopuł pancernych co ograniczało możliwości obronne tego punktu. W sierpniu 1939 roku w schronach obsadzono 3 Kompanię Forteczną Batalionu ?Osowiec?, 8 Kompanię Strzelecką, 8 Kompanię 135 Pułku Piechoty, 136 Rezerwową Kompanię Saperów, dwa plutony pozycyjne artylerii 75mm i Pluton Pionierów. 3 Kompanią dowodził młody, niedoświadczony w boju oficer- kapitan Władysław Raginis, który 2 września objął formalne dowództwo nad całym odcinkiem obrony, który liczył wówczas ok. 720 żołnierzy, w tym 20 oficerów i 700 szeregowców (niektóre źródła podają, że żołnierzy mogło być niewiele ponad 500). Odcinek obrony rozciągał się prostopadle do rzeki Narew na długości ok. 9 km, posiadał 3 pozycje wysunięte na ok. 10 km w dół rzeki. Do obrony pozostawał obszar nieco większy niż 100 km?. Były to tereny bagienne, miały one być naturalną zaporą dla nieprzyjaciela, jednakże lato tego roku było wyjątkowo suche, więc obszar nie stwarzał spodziewanych utrudnień. Stan uzbrojenia polskiej obrony przedstawiał się następująco: 5 dział lekkich, 24 ciężkie karabiny maszynowe, 18 ręcznych karabinów maszynowych oraz 2 karabiny przeciwpancerne. Tak skromne uzbrojenie, brak naturalnych barier i wielka odległość najbliższych jednostek polskich (ok. 30 km) sprawiły, że obrona Wizny nie miała większych szans.

    Przebieg bitwy
    5 września w godzinach przedwieczornych pozycje obronne pod Wizną zostałe ostrzelane ogniem artylerii niemieckiej z rejonu Jedwabna. 6 września ostrzał był kontynuowany, cały odcinek pierwszej linii był ostrzelany. Pierwsze pododdziały niemieckiej 10 Dywizji Pancernej pojawiły się 7 września. Próbowały one przebić się w kierunku Brześcia. Polscy saperzy wysadzili most na Narwi zatrzymując natarcie, które wycofało się po silnym ostrzale z polskich pozycji. Następnego dnia siły 10 Dywizji wzmocnione zostały XIX Korpusem Armijnym Guderiana. W skład tych sił wchodziły 2 Dywizja Zmotoryzowana, 3 Dywizja Pancerna i Brygada Forteczna Lötzen. Siły niemieckie mogły liczyć do ok. 32.000 żołnierzy oraz ok. 200 czołgów. Załogi schronów na pierwszej linii wybiegały z umocnień szukając schronienia w lejach, gdyż poszycie okopów zapaliło się na skutek długotrwałej suszy, a nadto pył i piach wdzierały się do schronów podczas ostrzału artyleryjskiego (nie było w nich wentylacji). Już wtedy zginął woźnica dowożący skrycie żywność? pierwsza linia umocnień została odcięta.
    Od nocy do południa dnia następnego trwał ostrzał artylerii oraz ataki ze strony Luftwaffe. 9 września Guderian rzucił do walki czołgi. Maszyny blokowały schrony, uniemożliwiając skuteczny ostrzał polskim obrońcom, następnie do ataku ruszała piechota uzbrojona w granaty oraz miotacze ognia. Schrony, pozbawione możliwości obrony, padały jeden za drugim. Mimo tej sprytnej taktyki Niemcy odnieśli tego dnia wiele strat. Artyleria polska została odcięta wraz z 8 Kompanią. Pododcinek ?Giełczyn? padł. Most na Narwi został spalony, dwa działa, pluton pionierów, kompania saperów i nieco piechoty z północnego skrzydła wraz z rannym dowódcą porucznikiem Kiewliczem zdołały wycofać się w stronę Białegostoku. Porucznik Brykalski zginął, a Raginis został ranny w schronie dowodzenia ?Góra Strękowa? . Na odcinku południowym ?Kurpiki? natarcie niemieckie do godziny 17 dociera poza południową część umocnień, ciężki schron Maliszewo-Lynki ostrzeliwuje nacierającego wroga. Piechota 8 Kompanii rusza do kontruderzenia i mimo ciężkich strat dociera do schronu.
    9 września, tak kpt. Szmidt wspominał ostatnie chwile walki: ?Ok. godziny 15 straciłem pierwszy cekaem i zostałem tak oślepiony, że straciłem wzrok. Do godziny 18 nieprzyjaciel uszkodził wszystką broń maszynową w obiekcie, raniąc ciężko mnie i pięciu szeregowców. Stan rannych w jednej, zupełnie ciemnej izbie wśród stłoczonych dwudziestu sześciu ludzi stale się pogarszał, broni maszynowej już nie było. Zdecydowałem się poddać obiekt?.
    Rankiem 10 września załogi niektórych, otoczonych już, schronów nadal się bronią mimo, że Niemcy nacierają już na Brześć. Ok. godziny 10, kiedy ostatni schron z obrońcami był już na celu czołgów, do kapitana Raginisa przychodzi niemiecki parlamentariusz. Stawia on ultimatum, jeżeli obrońcy się nie poddadzą, z rozkazu generała Guderiana wszyscy jeńcy polscy spod Wizny zostaną rozstrzelani. Po godzinie kapitan poddaje załogę i nakazuje jej opuścić schron. Sam natomiast rozrywa się granatem wypełniając wcześniej złożoną przysięgę.

×
×
  • Utwórz nowe...