-
Zawartość
117 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Typ zawartości
Profile
Fora
Kalendarz
Blogi
Wszystko napisane przez konjel
-
Tekst może zawierać błędy, pisałem go późno w nocy, więc proszę na przymknięcie oka na bugi. Kim jestem? Jestem skromnym chłopakiem o być może nieco dziwnych zainteresowaniach. Nie staram się być na siłę oryginalny, jak to obserwuję z przestrachem w dzisiejszym społeczeństwie. Nie emanuję na siłę udziwnionym strojem, zachowaniem czy zdjęciami w Internecie. Owszem, nie lubię iść pod prąd, ale to, co widzę dziś w Polsce jest czymś zupełnie odmiennym ? robienie z siebie na siłę kogoś zupełnie innego, czego niegdy nie popierałem, nie popieram i popierać nie będę. I choć trudno w to uwierzyć, wielu ludzi tak się właśnie zachowuje. Społeczeństwo oryginalnych indywidualistów. Ludzi robiących WSZYSTKO na opak. Ludzi słuchających jedynej tru oryginalnej muzyki, wyzwalającej ciało i duszę. Ludzi, nie zwracających uwagi na ważne sprawy i kwestie. Myślenie jest dla głupich. Zamiast porozmawiać, poczytać, lub obejrzeć wzbogacający film, czy posłuchać DOBREJ muzyki (a w zasadzie, dowolnej, jaka przypasowuje indywidualnie), to lepiej ze znajomymi kupić browara i iść na Górki żeby się poopierdalać jeszcze mniej produktywnie niż by mogło się dać. Owszem, ja też lubię wypić sobie czasem, nie na okrągło, lubię spotykać się ze znajomymi, lecz tam zazwyczaj rozmowy są na poziomie. I od razu zaznaczam, dla każdego są inne priorytety ? jeden lubi gadać o muzyce, inny o polityce. Jednak ludzie zazwyczaj z góry odrzucają temat, który wydaje się przekombinowany lub nieistotny. Po co o tym rozmawiać? I tak nic to nie zmieni. A potem jeszcze najlepiej w bardzo polskim stylu narzekać na każdy aspekt życia. Bo oczywiście każdemu chce się narzekać, ale wziąć [beeep] w troki i wreszcie coś pozmieniać w tym kraju wymęczonym taką właśnie postawą NIE MA KOMU. Co mógłbyś zrobić dla kraju, by był lepszy? Dla KRAJU. Nie dla ogółu idiotycznego społeczeństwa. Demokracja to głos większości, z uwzględnieniem mniejszości (a jak wiemy, większość to debile). Kiedyś zadałem to pytanie mojemu znajomemu. Stwierdził on, że albo palnąć w łeb sobie, albo zasadzić bombę w Sejmie. Kiedy dopytywałem, czy nie ma innego pomysłu, powiedział, ze nie. Twórca, rysownik i gość z wielką fantazją. Później temat powoli zszedł na dużo poważniejsze tory i zacząłem się bać. Zacząłem się bać poglądów. Zmiany były wszędzie i czasem były drastyczne ? płk. Stauffenberg poświęcił życie, by pokazać światu, że nie wszyscy Niemcy to naziści. Czy było to tego warte? Te kilka tysięcy ludzi, których później skazano i wymordowano, za udział w przewrocie. Moim zdaniem tak. Nikt nie wybiera śmierci? Dobrowolnie? Oni to właśnie zrobili. Dopuszczali dozę niepewności, w której był taki właśnie scenariusz. Czy Hitler jest lepszy od Stauffenberga? Nie wiem, co to za pytanie, ale spróbuję odpowiedzieć. Każdy człowiek jest równy. Tylko ? czy Hitler był człowiekiem? Postawmy obok siebie te dwie postaci. Człowiek, który inicjuje mordy na innych ludziach, wywołuje wojnę, która zabiera 50 milionów ludzi. Człowiek, który nieszczy, morduje i toruje drogę dla swej chorej idei. A kim był Stauffenberg? Człowiek oddany krajowi, którego cierpienie widzi i chce temu zapobiec. I to to chodzi! Gdy słyszy się, ze Polacy to złodzieje, to co się robi? Wszystko, by nikt tak nie myślał, bo stereotypy to zło. I co on zrobił? Ratował Niemcy przed katastrofą moralną. Co się stało po zamachu wiemy. Co by się stało, gdyby zamachu nie było? Czy Hitler stracił by ducha, tak jak to się stało w rzeczywistości? Nie wiemy. Pułkownik (jak i cała reszta osób związanych z tym przewrotem) był obciążony potężną odpowiedzialnością. Nawet nie wyobrażam sobie, jaka to była presja. Dla III Rzeszy stał się zdrajcą, dla Niemiec był bohaterem. Tak, jak działacze polskiego podziemia detonujący ładunki w Niemczech. Dla hitlerowców byli terrorystami ? dla nas, Polaków, bohaterami. Tak, jak płk. Kukliński, który dla PRLu stał się największym zdrajcą, dla Polaków (i nie tylko) był bohaterem.I teraz ? czy odpowiedziałem na to pytanie? Czy Stauffenberg był lepszy od Hitlera. Był. Bo wszyscy ludzie są równi. A Hitler człowiekiem nie był. Był czymś? strasznym. Esencją wielkiego zła i wielkiej woli. Efektem ubocznym bólu narodu, który cierpiał okrutnie. Pewnie teraz ktoś zapyta ? no dobra, czyli można rozgrzeszyć żołnierzy II Rzeszy? Jak to pięknie w piosence Sabatonu ujęte ? Szaleńcy na smyczy, czy młodzi ludzie, którzy stracili drogę? Wizje Rzeszy mogły im się wydawać wtedy realne. Myślę, że to należy rozpatrywać indywidualnie. Na pewno wielu z nich zatraciło się bezpowrotnie w szpony tej strasznej ideologii. Jednak są i ci, którzy dokonali pewnego rachunku sumienia. Na pewno nie mnie sądzić o ich winie. I tu dochodzimy do pewnego wniosku ? ludzie nie mają autorytetów. Dziś kreują poglądy albo według swoich pseudooryginalnych idoli, gwiazd, populistycznych polityków? niegdyś autorytetów było wiele ? pisarze, poeci, malarze, filozofowie, generałowie, królowie, politycy? wymieniać można w bród. Zapytajcie losowego młodego człowieka na ulicy, kto jest jego autorytetem. Założę się o własne włosy, że 90% nie będzie wiedziało, co to autorytet, lub odpowie, zę żadnego nie ma. Czemu? Bo autorytetów nikt nie pokazuje. Są nie na rękę. Ale można wybierać w naszej bogatej przeszłości. I właśnie dla mnie osobistym autorytetem jest płk. Ryszard Kukliński i gen. August Emil Fieldorf. Autorytetem twórczym ? J.R.R. Tolkien. Ludzie nie chcą autorytetów. Nie potrzebują naśladownictwa ? przecież oni chcą być oryginalni! Długi (i zapewne nudny i bezowocny) wywód kończę. Wierzę w wiele rzeczy. O dziwo ? nie wierzę w istnienie jako takiego Boga (przez co rozumie się pierwszego poruszyciela, istoty zbawczej, mającej realny wkład w życie nasze i nasz świat itd.). Nie mam z tym żadnych problemów, większość osób z mojego środowiska jest tego samego? z braku lepszego określenia ?poglądu?. Wierzę natomiast w kilka kontrowersyjnych tzw. ?teorii spiskowych?. Wieczór z Maskonem ? mini konwent z prelekcjami, games roomem itp. itd. Tematyka ? rycerze. Prelekcja ? tajemnice templariuszy. Gościu (notabene wcześniej prezentujący prelekcję [dość ostrą jeśli chodzi o dyskusję] pt. Czego nie mówi nam NASA) rozwija temat pewnych nieznanych faktów nt. naszej historii i jaki wpływ mieli na to rzecze ni Templariusze. No mniejsza, dochodzimy do szalenie śmiesznego momentu, gdzie mówi, o świątyni pobudowanej przez Tempelków, która (co ponoć naukowo dowiedzione) ma przeskok w czasie o jedną sekundę (nie pamiętam w przód, czy w tył). Dwóch moich znajomych opanowuje śmiech. Po całym wieczorze rozprawiają, jakie to głupie i bez sensu, że takie coś jest gorsze od fanatyków religijnych. Na to Kamień (szef klubu, bardzo mądry człowiek) odrzeka niby do nich, niby do siebie, że właśnie zaprosił tego pana K., bo znany jest z tych kontrowersyjnych prelekcji. Ja dodaję, iż ludzie mają chorobliwą tendencję do odgórnego odrzucania takich teorii. Czy nie spotkaliście z czymś takim? ?A wiecie, ostatnio oglądałem ciekawy dokument o UFO?? ?HAHAHAHAHA! Ty w takie bzdury wierzysz?!? Małe porównanie: ?A wiecie, ostatnio oglądałem ciekawy dokument o istocie Boga i jego nie dającej się poddać nauce naturze?? ?HAHAHA! Ty wierzysz w Boga?!? Czyżby rasizm na tle wiary? Nie religijnej, lecz wiary poglądowej. Każdy wierzy w to, co chce i NIKT nie ma prawa go poniżać z tego powodu. Skończę chyba tutaj. Chciałem zmieścić dużo w dość małym rozmyślaniu, co nie do końca mi wyszło. Liczę na komentarze, może jakaś dyskusja? Kilka wątków postaram się niegdyś nieco rozwinąć. Ot, musiałem wyrzucić, co mi leży na wątrobie.
-
Myślę opornie o tym piątku Dwadzieścia pięć lat nazad I łzy mi się cisną i robię, co mogę By nie zapomniał świat I umarł pilot, co służył w Afganie Zginąć mógł setki razy tam Lecz zginąć od kuli nie było mu dane Zmarł od popromiennych ran I umarł żołnierz z wojsk rezerwowych Choć ukrytą wadę serca miał Nie umarł na zawał, umierał tygodnie Miał terminalny już stan I zginął górnik, był krzepki i młody Zawały przeżył już ze dwa Nie zmarł pod skałami, choć był na to gotów Połknął radioaktywny piach I umarł inżynier, co był w instytucie Na emeryturę iść miał Pomiary kazali mu jeszcze zrobić, potem będzie wolny już Odmierzył śmiertelną dawkę I umarł reporter, z jakiejś agencji Co miał aparat marki Nikon Reporter wojenny, na froncie się narażał Za blisko zrobić zdjęcie chciał I umarł czołgista, gdzieś z Uralu W dłoniach pocisk mu wybuchł kiedyś Za długo stał, na polu śmierci Pancerz nie dał rady tam Umarło miasto ? jedno i drugie Wsie wszystkie, drogi i domy Umarła lalka, zapodziana Umarło zdjęcie na półce Umarł też motocykl i umarło drzewo Drzewo młodej jabłonki I umarł śmigłowiec, co pilot nim latał I łzy do dziś rdzawe roni I umarł mundur starego żołnierza I czapka, co poprawiał na skroni I umarła łopata młodego górnika Pęknięta i stara już I umarł licznik inżyniera Kurzy się na półce tu I umarł czołg z imieniem Anuszka Które czołgista wypisał nań I umarła klisza reportera Jest biała, spalona do cna I ja też umieram, razem z nimi Lecz umrzeć nie dane mi jest Bo oni jechali do Czarnobyla Żebym ja mógł żyć Zostały dyplomy, zostały medale Pomniki i krzyże cmentarne Lecz nie ma już ludzi Bo wszyscy umarli A ja żyję ? Dla tych, którzy uratowali świat
-
Dziś znalazłem polską Czarnobyl wiki! Wielkie było moje zdziwienie, gdy ujrzałem >tą< stronę. Znalazłem tam odnośnik do utworu znanej mi grupy Asfalt (znanej z utworu Czernobylskaja Pyl). Utwór traktuje o poświeceniu, a skierowany jest do ludzi, którzy głównie 'bawią' się w Zonie, czy to przez gry komputerowe, fabularne czy ASG. I trzeba przyznać rację, jest to miejsce ogromnego poświęcenia, ziemia która wchłonęła mnóstwo krwi i potu. Kiedy myślę o tych wszystkich ludziach i ich bólu, nie mogę powstrzymać się od łez. Tak bardzo chciałbym, aby społeczeństwo wiedziało, że Czarnobyl to nie obiekt żartów i zabawy. To miejsce pełne bólu i rozpaczy. I to postaram się uświadomić na najbliższym Marszu czarnobylskim, który będzie startował pod słusznym tytułem ???, ??? ???????? ???? - Tym, którzy uratowali świat Żeby nie było niejasności - nie krytykuję wszystkich graczy. Grać w gry, których akcja dzieje się w takim miejscu trzeba z głową. Z pewną świadomością. To wszystko.
-
Cóż, ja mam z natury awersję do matmy CHOĆ wcale nie uważam, że jest głupia czy coś w tym stylu. Po prostu wku*wiające jest, że w szkole (a w LO to w ogóle) ludzie nie uczą się do życia, na przykładach z życia wziętych, tylko wyłącznie schematycznie do jednego testu. Choć i nauczycielom matmy też oddać muszę, że trudne mają zadanie (zwłaszcza z humanem często), ale jednak mogliby się postarać nieco i miast przekazywać jedynie wiedzę na maturę, zaciekawić uczniów, bo matma to rzecz cholernie ciekawa. Jak ostatnio stwierdził mój znajomy z polibudy we Wrocku - jest to uniwersalny język. Szkoda, że tak mało osób potrafi go nauczyć, a jeszcze mniej chce mieć z nim do czynienia. Pozdrawiam ścisłych! humanista I jak widać nie potrzeba żadnych wojen humaniści vs. ściśli. I tak już za dużo ich w naszym świecie.
-
Trzymam kciuki, ja też mam stracha przed matmą
-
Z kolei kilka innych mówi, że jest czytelny. I cóż mam poczynić, w którą stronę dążyć? I jest. Tylko co ma, do samej treści (o którą w zasadzie mi chodzi), forma, w jakiej tekst moim zdaniem być powinien, by odbiór był adekwatny do treści? Po prawdzie - kto chce przeczytać, ten przeczyta. A z poprawianiem błędów - chyba po to są tego typu serwisy i blogi, by ktoś obeznany wyszukał i w miarę możliwości podpowiedział, jak poprawić błędy (babole się wkradają - errare humenum est), więc Twoja uwaga nieco mija się z celem. Hm... pisałem już, że akapity są i to nie byle gdzie. Są w miejscach, w których powinny być. Kolega chyba nie czytał liberatury (a szkoda). Dobra, do rzeczy - akapity wstawiłem tam, gdzie jest wyraźny przeskok, odbiegnięcie od głównego wątku. Piszę takim, a nie innym rozmiarem czcionki w Wordzie, więc z mojej strony nie ma potrzeby, by rozdrabniać tekst jeszcze. Jak już wspomniałem, jeśli dołożę więcej akapitów, to stracą one swą pierwotną funkcję. Operuję tekstem tak, by czytelnik w miarę możliwości mógł wiedzieć, gdzie jest odskocznia. Ja tam zawsze liczyłem na jakość, a nie ilość. I jeśli w taki sposób pojmuje się powszechnie "zachodzenie daleko" to chyba już wolę "nie mieć szans na zaistnienie".
-
Z jakiegoż to powodu? I co w zasadzie rozumiesz przez 'zachodzenie daleko'. Jeśli 'zachodzenie daleko' oznacza dawanie tego, co każdy sobie zażyczy, to podziękuję ze takie 'zachodzenie'
-
A to z jakiej racji? Dlatego, że 'odbiorca' tak sobie wymyślił? Ja nie widzę nic śmiesznego we wklejaniu tekstu do Worda (ale ja jestem dziwny)... Po pierwsze, to tekst ustalam sobie na początek tak, by mi było wygodnie pisać. Poza tym (jeśli 'naprawdę' wymęczyć wzrok) widać, że akapity SĄ i to nie byle gdzie, tylko tam, gdzie są dygresje.
-
Budzik. Spojrzenie na zegarek ? czwarta trzydzieści. Wygramolenie się z barłogu. Haft na podłogę. Otarcie ust i ostrożne podniesienie się na nogi. Chwiejny spacer do toalety. Wypróżnienie się. Spuszczenie nieczystości. Przejrzenie się w pękniętym lustrze. Odwrócenie oczu z wyrzutem i przerażeniem. Zadanie sobie retorycznego pytania. Machnięcie ręką. Odkręcenie kranu i oblanie twarzy lodowatą wodą. Zakręcenie kranu. Niedbałe podcięcie przetłuszczonych włosów starymi nożyczkami i wrzucenie kosmyków do ustępu. Powrót do pokoju. Ubranie poplamionej koszuli roboczej i wysłużonych butów wojskowych oraz kurtki flektarn. Założenie plecaka. Ostrożne wyjście przed budynek. Zachłyśnięcie się świeżym powietrzem. Na progu, kolejny haft. ?Jak ja się tu, kurna, znalazłem?? Tak? to był kolejny dzień w Zonie. *** Rączka był abstynentem. Nie był członkiem żadnej sekty, nie wierzył w wiele rzeczy. Po prostu znał zgubne właściwości dużych ilości alkoholu i nie był przyzwyczajony w ogóle do jego spożywania. Zapamiętał dwie butelki mieszane z tanim sokiem, później urwał mu się film. Nie wiedział, czy pito z powodu jakiegoś święta, czyjegoś powrotu lub śmierci, czy też bez okazji. Ważne, że dziś czuł się okropnie (i podobnie wyglądał) co w jego mniemaniu było niedopuszczalne. Tym bardziej czuł się żałośnie, że dziś najdalej, gdzie się uda, to ognisko. Z drugiej strony, było za co pić. Ostatnio Rączka zarobił tyle, że stać go było już na lepszą broń i myślał o pójściu na północ. Słysząc opowieści o dobrych warunkach do zarobku i jeszcze lepszych na dostanie kulki w łeb, opowiadane nocą przy ognisku, czuł, że musi się wyrwać z Kordonu. Przyciągały go zarobek i odrobina adrenaliny. Dziś jednak był poddanym kaca. Pierwsze kroki skierował do ogniska. Całe szczęście, większość obozu nadal spała i wioska była cicha. Jednak i tak trawa rosła zbyt głośno i Rączka odchodził od zmysłów, próbując utrzymać równowagę. Było pusto, ci którzy się obudzili, albo jeszcze drzemali, albo próbowali zabić czas czytając, lub czyszcząc rynsztunek. Rączka siadł ciężko przy starej połówce beczki, w której tliły się kawałki taniego węgla. Trzaskając, iskry doprowadzały uszy stalkera do rozpaczy. Po dłuższym gapieniu się w kawałek opału, przekonał się do zjedzenia czegoś. Wyciągnął z plecaka zafoliowany pęczek kiełbas, urwał jedną i położył ją na nieco sczerniałej, aluminiowej tacce, którą oparł na krawędziach beczki. Tłuszcz strzelał bardzo głośno? Wyciągnął też manierkę i solidnie z niej pociągnął, oblewając sobie całą szyję. Odetchnął głośno i strzelił sobie lekkiego plaskacza. Trochę podziałało, otumanienie nieco zelżało. Ściągnął kiełbaskę z tacki i wgryzł się w nią, parząc wargi. Przeciągał żucie drobiowo - sojowej mieszanki, popijanej wodą. Skończył to skromne śniadanie i podniósłszy się ostrożnie, poszedł do bojlera uzupełnić manierkę. Po powrocie zobaczył już paru ludzi, dwóch siedziało przy ognisku z objawami kaca, reszta rozpoczynała warty przy wejściach do wioski. Pierwsze promienie słońca tworzyły jasne plamy na obdrapanych ścianach domków, raz po raz lekki wiatr wył żałośnie w dziurawych poddaszach. Rączka nie miał tymczasowo ochoty na rozmowy, więc udał się prosto do swojej kwatery. Rzucił plecak w kąt i położył się na kocu w pozycji embrionalnej. Miał dość, chciał obudzić się zdrów na ciele i umyśle następnego dnia. Zasnął szybko. We śnie hasał po pagórkach na Wysypisku i zbierał do worka pojawiające się znikąd artefakty. *** Ze snu wyrwały go uderzające w ścianę drzwi i ciężkie kroki. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, już rozległo się donośne, polskie: - Pobudka, pobudka, wstać! Czas koniom wody dać! - Ciszej? - zdołał żałośnie wyjąkać Rączka. Otworzył oczy i zobaczył nad sobą swojego kumpla Piasta. Średniego wzrostu, ubrany w wypłowiały płaszcz i oliwkowy mundur z niedbale przyszytymi dwoma ładownicami na magazynki do MP5 na pasie. Miał jasne włosy, zadbaną brodę i uśmiechnięte oczyska. Był świetnym kompanem, potrafił swym humorem wyciągnąć z każdego dołka. Jego głos zawsze był bardzo serdeczny, choć czasem potrafił wprowadzić w szał. Poznali się w czasie transportu do Strefy, on był byłym dziennikarzem z Polski, który, po śmierci żony, stracił sens życia. Wyruszył wiec w jego poszukiwaniu do Zony. Tu nieco się podbudował na wspólnych wypadach z Rączką, ale czasem można było dostrzec kątem oka, jak w środku nocy popłakuje nad zdjęciem ukochanej. - Och? Znowu zarzygałeś podłogę. ? stwierdził obojętnie Piast. - Stary, cośmy przedwczoraj chlali? ? zapytał śpiącym głosem Rączka i spróbował wstać. Nie powiodło się. Bolała go głowa. - No, trochę tego było. ? powiedział radośnie Piast. ? Odjechałem chyba po siódmej kolejce, ale pamiętam, że urządziłeś z kimś konkurs picia. A na dodatek ta cała wódka była moja! Ostatnie zdanie wypowiedział z niemiłym grymasem na twarzy. - Będziesz mi musiał za nią oddać. ? powiedział stanowczo. - Spadaj? - odrzekł cicho Rączka. Nie lubił być dłużny, choć czuł wstyd, że sam wypił tyle, że Piast przyszedł go męczyć o zwrot kosztów. - Proszę bardzo. Sam tego chciałeś. Piast wyciągnął z kieszeni harmonijkę i zaczął grać hymn Federacji Rosyjskiej, w rytm uderzeń swymi ciężkimi buciorami o klepisko. Trzeba przyznać, że umiejętność gry nadrabiał głośnością. Rączka zakrył rękoma uszy i po chwili miotania, poddał się: - Dobra, dobra! Dostaniesz swoją wódę! Harmonijka Piasta ucichła, jak za dotknięciem magicznej różdżki, a na twarzy jej właściciela zagościł szeroki uśmiech. Rączka, choć nie miał w zwyczaju nosić ze sobą wódki, dziś wyjątkowo miał dwie butelki, które wyciągnął z plecaka i wręczył Piastowi. Ten z radością odebrał należność i zaczął mówić: - No, to teraz pole? - Nu, chwatit. ? uciął stanowczym głosem Rączka. ? Paszoł won! Piast z chichotem czmychnął z budynku. Rączka legł na wznak na swoim barłogu. Dopiero teraz dostrzegł wyraźne promienie Słońca, przebijające się przez zabite deskami okno. Spojrzał na zegarek ? wpół do dwunastej. Westchnął żałośnie. Choć kac zdecydowanie minął, to pozostawił ból głowy. Rączka, po chwili leżenia na wznak, zmusił się do wstania. Siedział jeszcze przez jakiś czas na brzegu materaca, trzymając się rękoma za twarz. Starał się zdusić ból jątrzący się w jego skroniach. W końcu wstał i sięgnął po wysłużoną strzelbę. Następnie skierował się ostrożnie do wyjścia. Słońce oświetlało całą okolicę, powietrze było czyste i przyjemnie ciepłe. Słychać było krzątaninę przy ognisku, jakaś grupka robiła śniadanie. Ktoś machnął Rączce na przywitanie. O ścianę niegdysiejszego domu sołtysa stał oparty Wilk, paląc papierosa. Choć wydawać się mógł młody, pod świeżą szczeciną i jasną skórą krył się doświadczony stalker. Rączka poznał Wilka lepiej niż Sidorowicza. Wilk był szefem miejscowej szkółki dla nowicjuszy, uczył ich podstaw przetrwania, używania i konserwacji broni, zapewniał pracę i kontakty. Nie do końca było wiadomo, dlaczego to robił. Może chciał odpokutować stare winy, lub odnaleźć trochę spokoju. Jedyne, czego Rączka się dowiedział to, że Wilk chce się wydostać z Zony, ale z niewiadomych powodów nie może. Zazwyczaj błahe sprawy odsuwają go od odejścia ? jednym razem wypad, innym robota dla Sidorowicza, jeszcze kiedy indziej wizyta starego znajomego. Jednak znakomita większość świeżaków zawdzięczała mu, świadomie, czy nie, swe życie. Był on otwarty i skory do pomocy, a w Zonie był od bardzo dawna i poznał tereny blisko centrum. Rączka miał nadzieję, że znalazł mu obiecany kontakt na Wysypisku. Bardzo potrzebował pracy, nie lubił siedzieć bezczynnie. Skierował się do Sidorowicza, przeszedł kilka kroków za ogrodzenie, obok cmentarzyka, i wszedł przez właz, oświetlonymi schodami w dół. Stanął przed masywnymi drzwiami, które bez trudu otworzył. Wszedł do środka. Jak zwykle unosił się tu zapach jedzenia, Sidorowicz był niezłym smakoszem i zazwyczaj coś przegryzał. Po lewej stało kilka pionowych szafek, po prawej stara skrzynka, a całe pomieszczenie na pół rozdzielało coś na wzór kasy z osłoną z prętów zbrojeniowych. Za nią, na biurku, stała stara lampka i potężny laptop. Obok leżał poplamiony ?Playboy?, a obok niego stał barczysty kubek. Za biurkiem, na starym, skórzanym fotelu, siedział (nie mniej barczysty) Sidorowicz. Lekko wyłysiały, przykościsty facet z lekkim zezem zbieżnym. Ubrany był jak zwykle ? w białą, płócienną koszulę i szarą, nieco wypłowiałą, kamizelkę. Za pomocą laptopa i Internetu uprawiał biurokrację Strefy. Na dźwięk otwieranych drzwi, nawet nie podniósł oczu. Skinął tylko ręką i powiedział standardowe ?Momencik?. Rączka czekał posłusznie, aż handlarz skończy swoją robotę i raczy zwrócić uwagę na gościa. Czekanie utrudniał brak jakiegokolwiek krzesła. Większość wiedziała, że było to celowe. Sidorowicz bardzo szybko i nader sprawnie zmienił profesję, ze stalkera ? weterana i pioniera, stał się najbardziej znanym i cenionym w Strefie handlarzem. I to nie byle jakim handlarzem. Utrzymywał kontakty z zewnętrznym światem ? firmami, wielkimi koncernami, prywatnymi inwestorami, naukowcami, najemnikami, a nawet wojskowymi. Każdy klient musiał być obsłużony profesjonalnie, nieważne, czy pospolity turysta, czy światowej sławy badacz. Z tego też powodu każdy, kto dla niego pracował, był zobowiązany wykonać robotę szybko, rzeczowo i porządnie. Kto nie mógł się do tego dostosować, kończył dość marnie. I choć wielu nie lubiło, a nawet wprost nienawidziło Sidorowicza, to sporo mu zawdzięczali wszyscy w Zonie. On sprowadzał broń i amunicję, on dostarczał pracę i kontakty, on zapewniał informacje. Był szczwanym lisem, który skrzętnie wykorzystywał każdą okazję i każdą osobę, by zarobić. Żył jak bóg, zamknięty w swoim bunkrze, rządził. Po pewnym czasie stracił popularność, gdyż handlarzy przybyło, a ceny u niego nie spadały, lecz mimo to nadal cieszył się wielkim uznaniem. - Taak? ? w końcu odezwał się, przeciągając słowo w swoich popękanych, szerokich ustach. - Przyszedłem po zamówioną broń. ? powiedział spokojnie Rączka, choć na staniu i podziwianiu wiszących u sufitu kabli zeszło mu dobre pięć minut. - Ach tak! ? Sidorowicz uniósł palec wskazujący i wstał mozolnie z fotela. Podreptał na okafelkowane zaplecze i wrócił ze sporym, zawiniętym w gazety pakunkiem. Położył go na biurku i odwinął gazety. Leżał w nich AKM. Znany wygląd, nieco przetarte elementy drewniane, lakier starty z selektora, wytarty chwyt, zapach smaru i wojskowych koszar. - Wygląda na zużyty, ale bebechy ma w pełni funkcjonalne. ? zapobiegawczo rzucił handlarz. ? Rozłożony przez mojego technika i przestrzelany. Jeśli będziesz się nim opiekował, to posłuży ci długo. Możesz mieć czasem problem z amunicją, 7,62 to niezbyt popularne tutaj pestki, ale jeśli załatwisz paru wojskowych, albo dorwiesz handlarza w większej bazie, to powinno być w porządku. Rączka kiwnął głową po czym podniósł broń i przymierzył do ramienia. Pasowała idealnie. Bez żalu pożegnał się ze swoją dwururką, w zamian za pełny, 30-nabojowy magazynek do nowego nabytku, po czym dokupił jeszcze dwa takie same. - Wybierasz się na Wysypisko, ta? ? zagadnął Sidorowicz, gdy Rączka zakładał przygotowane wcześniej zawieszenie taktyczne. - Tak, nadszedł już czas. ? odpowiedział cicho Rączka. - W sumie to mam tam jedną robotę? Rączka zamarł. Wiedział, że praca od Sidorowicza jest zawsze dobrze płatna, ale musi być wykonana bezzwłocznie, a on chciał się nieco powłóczyć po nowym terenie. Jednocześnie Sidorowicz nieczęsto sam rzucał ofertami, a jeśli już, to były zazwyczaj bardzo atrakcyjne. Zanim Rączka zdążył pomyśleć, z jego ust wyrwało się: - Nie, dzięki. Sidorowicz uniósł brwi i wrócił do laptopa. Stalker przewiesił karabin przez ramię i wyszedł z bunkra. Kiedy zostawiał za sobą ostatni stopień, usłyszał znane ?Udanych łowów, stalkerze?. Na zewnątrz grzało Słońce, widoczność była świetna. Delikatne chmury, niczym unosząca się na szkle masa z bitej śmietany, tworzyły na jasnym niebie fantastyczne kształty. W wiosce trzaskało ognisko, słychać było rozmowy. Tak, pomyślał Rączka, to będzie dobry dzień. Skierował się w stronę Wilka, po drodze wymieniając parę słów ze znajomymi stalkerami ? nowicjuszami. Można było zauważyć, że ?starzy wyjadacze?, czyli ci, którzy byli w Strefie po prostu kilka tygodni dłużej, poniekąd odcinają się od nowych, nazywanych pogardliwie ?kotami?. I nie ma co się dziwić ? przeżyłeś w Zonie choćby jeden dzień, to już coś. Niewielu przybyszów z zewnętrznego świata przeżywało te kilka tygodni. Był to swoisty okres próbny, który tutaj, nieudany, kończył się śmiercią. Nie było się czemu dziwić, sporo ludzi było po prostu nieprzygotowanych, na nieznane niebezpieczeństwa. Można było doświadczyć tu wielkomiejskich bohaterów, którzy chcieli żyć, jak w amerykańskim filmie (a śpiwora, to chyba na oczy nie widzieli), hipisów w tych ich laczkach z dredami, miłujących ?przyrodę? i marihuanę, wykształciuchów ? naukowców, którzy w swoich delikatnych rączkach nie trzymali nic, prócz mikroskopu. I żadna z takich osób nie miała szans na przeżycie w Strefie. Przeżywali ludzie zahartowani, o silnej osobowości, z ciężkimi przeżyciami, gotowi na dalsze nieprzyjemności losu, w imię nieco lepszego życia ? tak, to był raj dla ludzi wyjętych spod prawa. Byli tu prości rabusie, czy też seryjni mordercy, ale poza tym także osoby po prostu odtrącone przez społeczeństwo. Ci wszyscy wydawali ostatnie pieniądze na ekwipunek i nielegalnymi drogami ruszali do Zony. Zarobek na artefaktach, przygoda, odwet na dawnym wrogu ? intencji i przyczyn tyle, ile przybyszów. - Witaj. ? Rączka podał rękę Wilkowi, który, ponownie palił papierosa (wydawałoby się, że dokładnie tego samego, co wcześniej). - Cześć. ? Wilk uścisnął mu dłoń i wskazał przewróconą skrzynię, by usiąść. ? Widzę, że kupiłeś w końcu porządną pukawkę. ? tu skinął głową na wystającą przy boku Rączki lufę kałasza. ? A więc ruszasz? - Tak, w końcu trzeba opuścić przedsionek i wejść do chałupy. ? odpowiedział z uśmiechem Rączka. Wilk uśmiechnął się krzywo, jakby chciał powiedzieć ?Uważaj, żebyś przy wchodzeniu nie wyrżnął się o próg?. - No tak? Znalazłem pracę, o którą pytałeś. ? nie czekając, Wilk zaczął mówić. ? Na Wysypisku jeden facet zajmuje się sprzedażą części od radiów, radiostacji, załatwia też anteny, wzmacniacze i inny radiowy chłam. Póki co potrzebuje po prostu pośrednika między sobą, a kopaczami rozsianymi po całym Wysypisku i poza jego granicami. Krótko mówiąc ? twoja robota polegałaby na chodzeniu od kopacza, do kopacza i pytaniu o części, oraz dostarczaniu ich do tego gościa. Chwilowo to jedyny mój kontakt na Wysypisku, więc bierzesz robotę, albo czekasz. - Pewnie, że biorę! Nie będę zwlekał. - W porządku. Bierzesz kogoś z sobą? - Tak, idę razem z Piastem. - Dobra, daj mi swoje PDA, to wbiję ci, co trzeba. Rączka przekazał Wilkowi swojego palmtopa i powiedział, że zwinie sprzęt i zaraz wraca. Był zadowolony, mimo, że praca wyglądała na monotonną, miał szansę poznać ludzi a także nieco Strefę. Pomknął najpierw do chatki, w której rezydował Piast. W obdrapanym z niebieskiej farby budynku z zapadniętym strychem zobaczył swojego towarzysza w otoczeniu kilku znajomych, była godzina na kawały. - ? i wtedy mówię ?W tym pudle był kotlet!?, a gościu na mnie patrzy, jak na wariata. ? Piast kończył jeden ze swych dowcipów w akompaniamencie śmiechów swoich kumpli. - Piast! - Co jest? - Robota jest, chodź! - No, koledzy. ? Piast wstał, otrzepał kolana i podszedł do ściany po swoją broń i plecak. ? Do zobaczenia, za jakiś czas. Dla mnie, koniec obijania. Odebrał od jednego z nich flaszkę na pożegnanie i wyszedł. Następnie zapytał towarzysza w czasie, gdy kierowali się do domku Rączki: - Jaka robota jest? - Będziemy pośredniczyć w zakupie sprzętu. - A honorarium? - W cholerę z honorarium! Ja chcę coś zobaczyć, z ludźmi porozmawiać! Zapłata gra drugą rolę. Piast spochmurniał nieco, ale już się nie odzywał. Rączka wziął ze swojego leża ekwipunek, obmył nieco twarz i wrócili do Wilka, który już czekał z oddaniem PDA. Odprowadzając ich na koniec wioski, nie omieszkał udzielić kilku rad, o które poprosili. - Pamiętajcie, że to teren Bandytów. Żyją z wyzysku kopaczy oraz ze złapanych podróżnych. Posyłają ich na najniebezpieczniejsze tereny, żeby zbierali złom i artefakty. Jeśli nie chcecie tak skończyć, musicie być twardzi. W razie potrzeby lepiej, żeby skończyło się strzelaniną, niż spokojnym założeniem worka na głowę. Niestety jedyne, w miarę bezpieczne miejsce, to posterunek Powinności, w drodze do Baru. Nie powiem, żebym ich specjalnie lubił, ale, jak mówią, ?wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem?. Pod względem mutantów nie jest zbyt niebezpiecznie, ot, czasem spotka się chmarę psów, albo parę snorków. Spodziewajcie się raczej lania od bandziorów. Jeśli chodzi o samo dotarcie tam, to aby uniknąć posterunku na północ stąd, można użyć starego tunelu na północnym-zachodzie, trasę masz już wgraną na GPS. Z Wysypiska warto przejść do Agropromu, po starych zabudowaniach wojskowych na pewno jest trochę sprzętu do opchnięcia. To chyba by było na tyle. Szerokiej drogi! Wilk uścisnął każdemu rękę i wrócił do wioski. Rączka i Piast odwrócili jeszcze wzrok, na placówkę wojskową, za którą rozpościerał się zewnętrzny świat. Ruszyli. Nie spieszyło im się zanadto, toteż szli powoli. Pogoda była dobra (co w Zonie naprawdę rzadko się zdarza), więc cieszyli się każdym przebłyskiem Słońca między drobnymi chmurami. Mimo to, drzewa szybko mijały im po bokach drogi i wkrótce minęli wiadukt, stację pojazdów i zabudowania ?windy?. Było spokojnie, gdzieniegdzie biegały ślepe psy, dziki i mięsacze pasły się w cieniu. Kordon dziś był bardzo spokojny. I w zasadzie nie ma w tym nic nadzwyczajnego, jako sektor będący najbliżej granicy Strefy, nie mógł się poszczycić ani groźnymi mutantami, ani wyjątkowymi artefaktami. Był jedynie furtką dla nowoprzybyłych. Mimo, że granic strzegła praktycznie cała rezerwa i część zmobilizowanych sił zbrojnych, a często wpadali z wizytą bracia Rosjanie, pod postacią Specnazu lub OMONu, to nadal, każdego miesiąca, rosła o tysiące liczba osób przedzierających się do wnętrza Strefy. Techniki stalkerów były przeróżne, najczęściej przewozili ich opłaceni kierowcy wojskowi w ciężarówkach, niektórzy płacili słone łapówki, by dostać przepustkę, a inni wybierali drogę przez zasieki, miny i ogień karabinów. Wojsko miało strzelać do wszystkiego, co chciało nielegalnie ze Strefy wyjść, lub do niej wejść. Nieliczne posterunki głębiej były zazwyczaj bardzo przekupne i póki obsadzeni tam żołnierze nie musieli ruszać się z bezpiecznych stanowisk, to przymykali oko na stalkerów. Podróżni właśnie zbliżali się do takiego posterunku, a raczej jego resztek. Pod zniszczonym wiaduktem kolejowym, na zaspach z drogowego placu budowy, stał zdezelowany jeep i pojazd opancerzony, zasłonięty siatką stos drewnianych skrzyń amunicyjnych (od dawna pustych), beczka na ognisko i kilka betonowych płyt. Niedawno stalkerzy przejęli to miejsce zwane nasypem kolejowym i trzymali tu stałą straż snajperską. Dwaj kompani skinęli trzem stalkerom, stojącym na metalowym rusztowaniu wiaduktu. Tamci odmachali im, a jeden z nich zawołał ?Pozdrowieni bracia stalkerzy!?. Zaraz za tym punktem wznosiło się stare gospodarstwo, przerobione na bazę stalkerów, gdzie rezydował ich nieformalny szef ? ojciec Walerian. Baza została obudowana metalowymi osłonami i drutem kolczastym, na dachach budynków pełniono wartę. Baza została wybudowana niedawno, ale szybko stała się czymś w rodzaju schroniska dla stalkerów. Każdy mógł znaleźć tam kęs jedzenia, łyk wódki, pomoc medyka, a miejscowy technik za parę rubli po znajomości mógł doprowadzić sprzęt do stanu używalności. Minęli bazę z lewej strony i szli teraz przez rzadki las, prowadzeni przez GPS na tunel. Kiedy znaleźli się na miejscu, zobaczyli opuszczone obozowisko ze starym namiotem i wypalonym do cna ogniskiem, a w krzakach kilka kroków dalej majaczyło okrągłe wejście do tunelu. Wędrowcy postanowili sprawdzić sprzęt. Zasiedli przy namiocie i powoli wykładali wszystko z plecaków. Piast odwinął ze szmaty swoją starą ?empepiątkę? i sprawdził przełącznik trybu ognia. Zgrzytał. - Cholera? Dwa razy smarowałem sukinsyna i dalej hałasuje. Rączka zgrywał w tym czasie przyrządy celownicze swojego AKMa. Poza tym posiadali przy sobie podstawowe przedmioty, takie jak bandaże, trochę chleba i paczkę sucharów, kilka kiełbas, drobne apteczki i paczkę tabletek (potocznie ?antirad?). Rączka zdołał niegdyś wykonać dla siebie chest rig ? samoróbkę. Piast trzymał u siebie, nieodłączne, dwie butelki wódki i woreczek śrub. Polak założył jeszcze stary płaszcz wojskowy i ?garnek? (jak pogardliwie określano jego hełm z lat osiemdziesiątych). Rączka przeczyścił wizjery swojej maski przeciwgazowej rosyjskiego pochodzenia i załadował broń. Spakowali się i weszli do tunelu. Nie wyglądał na całkowicie obudowany, gdyż gdzieniegdzie ze stropu zwisały korzenie, poza tym był do przejścia. Tyle, że ciasny i ciemny. Po kilku krokach musieli włączyć latarki. Powoli przemieszczali się na północ. Większość stalkerów zaczęło używać tego przejścia, gdy tylko je odkryto, gdyż posterunek na północy często przechodził w ręce bandytów, po tym, jak wybito znajdujących się tam żołnierzy. Wtedy było to jedyne, znane i bezpieczne przejście na północ, toteż wszyscy, chcący przejść musieli płacić wysokie sumy bandytom. Od kiedy jednak stalkerze urośli w siłę, zaczęli atakować posterunek, aż w końcu go zajęli i odblokowali drogę. Od tamtej pory o to miejsce, jak i wiele innych, toczą się potyczki. Wysypisko było istnym rajem dla złomiarzy. Po katastrofie z ?86 składowano tu część pojazdów, lecz najwięcej było sprzętów codziennego użytku, a także napromieniowanych materiałów wojskowych. Po latach promieniowanie zmalało na tyle, że ich wydobywanie stało się względnie bezpieczne, z drugiej strony Strefa sama kształtowała swoje wnętrze i większość z tych ?skarbów? była chroniona przez anomalie. Nie zrażało to dzielnych kopaczy, jak wkrótce nazwano część stalkerów, którzy zajmowali się odgrzebywaniem co wartościowszych przedmiotów. Dostawali za niektóre duże sumy, co nie spodobało się bandytom, którzy szybko większość z nich wyparli i zaprowadzili własny porządek. Od tamtej pory liczba wolnych kopaczy malała, a Wysypisko nieoficjalnie stało się terenem bandytów. Wyszli. Pod koniec tunel zaczął nieco schodzić w głąb, wobec czego wyjście było w połowie zakryte ziemią. Po wygrzebaniu się stamtąd, rozejrzeli się. Stali między kilkoma nieprzypadkowo ustawionymi kawałkami betonu, najwyraźniej niegdyś był to posterunek. Dalej, na wprost, znajdowało się otoczone drutem kolczastym składowisko pojazdów. Można było tam dostrzec stojące w równych rzędach, rdzewiejące dumy Związku Radzieckiego ? śmigłowce Mi-24, ze świtą pojazdów opancerzonych BTR-70, ciężarówek GAZ i wozów strażackich ZiŁ. Pomiędzy wrakami co jakiś czas strzelały pionowo w górę języki ognia ? spalacze. Obok wjazdu na składowisko szła asfaltowa droga, która wiła się między dwiema potężnymi górami złomu. Wystawały z nich maszty, anteny, ramienia dźwigów i rury. Jak okiem sięgnąć, widać było większe, lub mniejsze kopczyki gratów. Poza tym teren był płaski, gdzieniegdzie wyrastały jedynie karłowate drzewa i krzaki. Po prawej stronie, kilkaset metrów dalej, widać było mały zagajnik. Dość nieprzyjemnego widoku dopełniały ciemne chmury, wiszące nieruchomym, groźnym kloszem nad krajobrazem, zdawałoby się gotowe w każdej chwili do zalania ziemi deszczem. Nie było widać żywej duszy. Na betonowych blokach widoczne były wgłębienia i wyszczerbione krawędzie ? liczne oznaki ostrzału, a gdzieś pomiędzy rzadkimi źdźbłami trawy leżały łuski po pociskach różnych kalibrów. Cisza. - Ładny widok. ? powiedział z kwaśną miną, drapiąc się po skroni, Piast. Rączka sięgnął po PDA i prześledził dalszą trasę. Wodząc placem po interaktywnej mapie, omawiał drogę. Piast patrzył mu przez ramię. - Pójdziemy asfaltówką. Za przystankiem skręcimy na prawo i stamtąd będzie jakieś trzysta ? czterysta metrów prosto. ? Rączka schował PDA do kieszeni na piersi i wyciągnął rękę do Piasta. ? Zarzuć parę śrub. Piast pogmerał chwilę w plecaku i po chwili Rączka miał całą garść rdzewiejących śrub różnego rozmiaru i przeznaczenia w przeszłości. Powoli przeszli na drogę i przez kilka minut kierowali się wzdłuż jej prawej krawędzi. Po lewej stronie dostrzegli ceglany mur okalający duży budynek. Gdy podeszli bliżej, zobaczyli zamkniętą bramę z ociekającą rdzą, czerwoną gwiazdą pośrodku oraz zapadnięty, blaszany dach budowli. Po zewnętrznej stronie narożnika muru stała wieża obserwacyjna bez drabiny. Ten budynek i jego otoczenie zwane były Parowozownią, tam mieściła się siedziba bandytów i ich szefa ? Jogi. Po prawej zaś stronie wznosił się stary przystanek otoczony kilkoma zaporami z drewna, blachy i betonu. W jego środku widać było ślady ogniska. Skręcili w prawo. Teraz poruszali się między silosami i dużą górą odpadów. Na jej krawędzi migotały jasne, drobne wyładowania. Rączka przystanął i cisnął przed siebie kilka śrub. Bezpiecznie. Szli dalej. Wyszli na otwartą przestrzeń, po ich lewej stronie wznosiły się ruiny wysokiej budowli ? niczym magiczną siekierą ukrojony na pół, betonowy, czterokondygnacyjny budynek i ruiny jego drugiej połowy. - Patrz. ? Piast pacnął towarzysza w ramię. ? To kiedyś był Pchli Targ. - Co takiego? - No wiesz, handlarze i kopacze zrobili sobie tu miejscówkę. Bezpiecznie, bo blisko do posterunku Powinności. Aż pewnego razu, nocą, przyszli bandyci. Otoczyli ich i pozarzynali. - Skąd to wiesz? - A, słyszało się to i owo przy ognisku. Rączka uśmiechnął się krzywo. Ogniskowe opowieści były raczej mało wiarygodnym źródłem informacji.
-
No, nareszcie. Cóż mam do powiedzenia? Ano trochę się zebrało. Generalnie nie wiem, od czego zacząć, więc zacznę od początku. Na początku lipca przebywałem na Mazurach, gdzie wypoczywałem i zwiedzałem. A co zwiedzałem? Na wyróżnienie zasługuje Wilczy Szaniec. Wycieczka po nim była ciekawym doświadczeniem. Ujrzenie niemych świadków historii w postaci drzew i gruzów. Niezwykłe, że Niemcy byli w stanie niszczyć wszystko za sobą. Szczególnie monumentalny jest bunkier Hitlera, którego strop, wskutek wybuchu, przewrócił się na bok. Gdzieś na ścieżce spoczywa także fragment toalety Fuhrera. Jak słusznie powiedział Cyrankiewicz "Pola się odminuje i będą tam pracować rolnicy. Lasem zajmą się leśnicy. A bunkry? Niech leżą, nie będziemy z tym nic robi, kraj jest młody i biedny. W przyszłości miliony będą tu przyjeżdżać, żeby to zobaczyć." (nie podaję dokładnego cytatu, gdyż był jako tako podawany przez przewodnika). No i przede wszystkim ruiny baraku, w którym płk. Claus von Stauffenberg dokonał zamachu na Hitlera. Generalnie ten element był bardzo ciekawy - od dawna wiedziałem tylko tyle, że Wilczy Szaniec istniał i dokonano w nim zamachu. Nic więcej. A teraz wiedzę uzupełniłem. Następnie Dowództwo Wojsk Lądowych III Rzeszy w Mamerkach. Świetnie zachowane bunkry wraz z pomieszczeniami. To ciekawe uczucie, gdy idąc parę metrów przed siebie i skręcając kilkukrotnie nie słyszysz już nic z zewnątrz, a jedynie potęgowane przez echo własne kroki i czujesz chłód (ten rodzaj lepkiego chłodu połączonego w gliniastą wręcz ciemnością rozpraszaną opornie przez światło latarki). Polecam jedno, jak i drugie. Ceny biletów naprawdę nie są wygórowane, a warto zwiedzić te miejsca. Kolejnym obiektem zwiedzanym była Twierdza Boyen. Stary, pruski fort. Poza naprawdę ciekawą architekturą spotkałem się tam z współczesnymi budynkami (popadającymi już w ruinę). W tym momencie włączył się mój tryb postapo . Także polecam ten kompleks. Później wyjechałem na Podlasie, do babci. Kolejny raz mogłem porozmawiać z tamtejszymi ludźmi. Smutna prawda jest taka, że starzy umierają, młodzi wyjeżdżają do miast, a gospodarstwa niszczeją, lub są wydzierżawiane czy też zakupywane. I tak ten obraz naszej wsi słabnie na rzecz "nowoczesności". Szkoda... Wróciłem do domu. Tutaj przez pierwszy tydzień zajmowałem się nieróbstwem. Ot, grałem w Call of Duty 4. Ostatnio postanowiłem otworzyć moje stanowisko modelarskie. Zakupiłem model Mi-24W, który chodził za mną już od jakiegoś czasu. I choć do końca wakacji na pewno go nie skończę, to mam nadzieję, że w roku szkolnym znajdę czas na jego montowanie. Oczywiście jedna z kluczowych części musiała mi się zgubić (jedyny element wystający na zewnątrz z silnika, co gorsza - trzpień, na którym osadzany jest wirnik). No, ale coś się zmajstruje. Poza tym udało mi się przysiąść do Gothic'a i skończyć go. 14 godzin gry i 117 zapisów. Gothic nigdy się nie nudzi, to trzeba przyznać. Już zabrałem się za Gothic II W czasie mojego pobytu poza domem usiadłem także do opowiadania stalkerskiego. W następnym wpisie wstawiam moja dotychczasową pracę (na dalsze pisanie szukam weny, a słoneczna i mocno burzowo pogoda nie sprzyja [najlepsza jest taka typowo jesienna]).
-
Sława i chwała! Znowu nie mam kiedy pisać na blogu. Ale nie dziwota, skoro mam dwa zagrożenia w LO. Nic ostatnio w zasadzie nie napisałem, obecnie zajmuję się opracowywaniem systemu RPG w realiach z powieści "Metro 2033". Ostatnio chyba nic ciekawego nie czytałem, zabieram się z kolei do odświeżenia twórczości Tolkiena i ponownego czytania Lema. Mam nadzieję, że w wakacje odetchnę w końcu. Jeśli chodzi o Marsz czarnobylski, to był bardzo udany. Mimo małej ilości chętnych, cel osiągnęliśmy. Przysiągłem sobie, ze jeśli choćby jedna osoba się zainteresuje na moment katastrofą, która przydarzyła się 25 lat temu, to już będzie pełnoprawny sukces. Pojawili się operatorzy z TVNu, którzy zapewne mieli jak najlepsze intencje, ale wiadomo, jak to jest. Materiał został cofnięty. Mimo to, mamy trochę zdjątek (które można zobaczyć na moim koncie Facebook - http://www.facebook.com/konjel) i miłe wspomnienia. Za rok na pewno będzie powtórka, mam nadzieję, że w szerszym gronie. Hm... co ciekawego z gier... Mafia II na przykład. o ile fabuła i oprawa audiowizualna niesamowita, o tyle prowadzenie gracza za rękę jest irytujące, a zakończenie... Cóż, nie widziałem chyba tak arcyspierdzielonego zakończenia nigdy. Poza tym odświeżam sobie LOTRO (darmowe! yay). Znajdziecie mnie na Snowburn'ie jako Thoradvell, jakby ktoś chciał pograć razem, pocraftować, czy się potykać. Zastanawiałem się także ostatnio nad założeniem małego radia internetowego, ale na razie na myśleniu się skończyło. Póki co zbieram także pomysły u cytaty do mojego pierwszego, poważnego opowiadania satyrycznego "Sen Tadeusza, czyli Czwartek zaczyna się w środę". Jeśli chodzi o muzykę, to eksploruję po kolei albumy Within Temptation oraz Arii. Na koniec przepraszam, za uporczywe lenistwo, które na pewno zaniknie w czasie wakacji. A na pocieszenie: http://www.youtube.com/watch?v=WkgmMwaIOGs Tłumaczenie znajdziecie na www.arija.pl (polecam stronkę, jak i forum) Rasup gamat!
-
Niebezpieczna? Kosztowna? Nie wydaje mi się. Technologie odnawialne owszem, można stosować, ale to rozwiązanie jedynie lokalne. Jedna elektrownia atomowa o produkcji 1000 MWe to tyle, co 6000 km2 potrzebnych do przetworzenia biomasy, 100 km2 elektrowni wiatrowych i 50 słonecznych. Za kilkanaście, góra kilkaset lat, skończą się zasoby paliw kopalnych. Jeśli polska nie wybuduje do tego czasu elektrowni atomowej, zostaniemy na lodzie, w konieczności do płacenia za energię zza granicy. Wiesz, istnieją dużo starsze technologie o fundamentach nawet w starożytności, a dalej z nich korzystamy i mają się dobrze. A jak ktoś chce oceniać skuteczność czegoś po "nowości" no to przepraszam bardzo...
-
Z okazji 25 rocznicy katastrofy w Elektrowni Atomowej w Czarnobylu, chcemy uhonorować pamięć tych, którzy oddali swe życie, w walce z atomem, poprzez symboliczny marsz ulicami naszego miasta. Będziemy rozdawać ulotki, zawierające podstawowe informacje o katastrofie, lecz nie tylko. Oto nasze pozostałe tematy: - Fukushima, czyli po 25 latach kolejna katastrofa w energetyce nuklearnej - "S.T.A.L.K.E.R.", czyli Czarnobyl w kulturze - "To przewidziano dawno temu!", czyli apokaliptyczne wizje wymykającego się spod kontroli atomu w literaturze science-fiction Wszystkie z nich będą zawarte w rozdawanych ulotkach, poza tym każdy uczestnik, będzie mógł porozmawiać z ciekawskimi przechodniami (tu mała uwaga - co nieco proszę poczytać/obejrzeć/posłuchać, jeśli chodzi, o te tematy [w razie czego słać maila]). Niewykluczone, że wspólnymi siłami zaśpiewamy "Ghost Town" (Huns & Dr. Beeker) oraz "Stalker" (Jacek Kaczmarski) oczywiście nikt nie będzie zmuszany. Uwaga! Cała akcja jest traktowana bardzo poważnie. Co jest naszym celem? Zwrócić uwagę ludzi na katastrofę w Czarnobylu, na to, jak odbiła się ona w kulturze, jak w tej kulturze trwa, jak wyobrażano sobie takie katastrofy w literaturze science-fiction, a także jak można odnieść do siebie katastrofę Fukushimy i tą z '86 roku. Jeśli ktoś zamierza przyjść pośmiać się, powariować i robić z siebie głupka, to niech natychmiast zaniecha tej decyzji. Akcja nie ma służyć, do przedstawiania jakichkolwiek opinii, czy poglądów (zwłaszcza dotyczących budowy elektrowni atomowej w Polsce)! Czekamy, na was, towarzysze stalkerzy! P. S. Chętnych, do udziału, w akcji plakatowej proszę o informacje na e-mail. Pozdrawiam i zapraszam, Rączka. Czas: Poniedziałek 25.04.2011, start: godz. 13:24 - nieokreślona (zapewne około 16) Miejsce: Bydgoszcz (Przystanki: Stary Rynek, Gdańska, FocusPark; ulice: Plac Teatralny+Mostowa, Gdańska, Jagiellońska [zastrzegam sobie prawo do drobnej modyfikacji trasy]) Wymagania: dobrze by było, gdyby nie mieszały się w to osoby, poniżej 14 roku życia (ale przyjść popatrzeć i pogadać można), mile widziane rekwizyty z okresu (maski przeciwgazowe, płaszcze, kurtki wojskowe, hełmy, fartuchy, co wam przyjdzie do głowy), zabrać ze sobą coś do picia i na ząb, można przynieść aparat/kamerę Kontakt: marszczarnobylski@gmail.com / Gadu-Gadu: 5982501
-
Ja mam 20 lat, Ty masz 20 lat, przed nami siódme niebo...
wpis blogu skomentował konjel DexKanon w Stary bunkier
Stówa, brachu! I standardowo "żeby piwo było zimne, dziewki chętne, a topory ostre"! -
"Czerwona fala" Czerwona fala, o kolorze świeżej krwi, zalała bezkres pustyni Spłynęła wzgórzami, by poszerzyć granice By zdobyć, zwyciężyć By bladoczerwony łopot był widoczny Na ostatnim wzgórzu. Chwytają dzień, gdy nocni łowcy czają się wśród skał, nosiciele zielonych hełmów. A, gdy zapada ciemność i wiatr, dmąc porusza delikatnie pył w rozpadlinach, wychodzą na polowanie duchy. Z kałasznikowem przy sercu Wiernym nożem z białą gwiazdą na rękojeści Przekradając się między zdradliwymi motylami Zaczynają zabijać. Po cichu, we śnie Nożem po gardzieli, sunącym spokojnie, dzierżonym w spoconej dłoni partyzanta Jasny umysł i determinacja, są atrybutami ducha, A zwycięstwo zbliża się Z każdym karmazynowym gardłem W oczach bez życia dla ojczyzny W oddechu z pogardą dla sprawy, za którą giną Wysłannicy czerwonej gwiazdy "Czołg" Blaszana dusza Żelazne serce Żyły z rur, przewodów i baków Przewodzą życiodajne płyny: Benzyna, olej, prąd Wprawiają w ruch ciężkie nogi kolosa Gąsienicowe, z bliznami nitów Potwór z metalu Także głowa jego, jak dzwon Masywna i próżna Wyzierająca z niej paszcza Pozornie drobna W rzeczywistości śmiercionośna Głodna ostrych pocisków Trzytonowe przedsionki Budzą bestię do życia Z chrap unosi się kłąb czarnego wyziewu Jeszcze jeden haust ogromnych płuc I rusza opasłe cielsko Łaknące mordu I krwi sycącej odnóża
-
Jak przyobiecałem sobie, tak też uczyniłem. Twór powstały na lekcji j. polskiego: "Ostatni oddech" Mgła okrywa horyzont Mąż przy mężu czeka na rozkaz Jeszcze ostatni dowcip Cicha namiastka śmiechu w odpowiedzi Jeszcze ostatnie słowa niewypowiedzianej modlitwy Ktoś medalik z krzyżem podnosi do ust Jeszcze poprawka szczerbinki Strzepnięcie grudek ziemi z broni I w końcu - donośny gwizd Skok do przodu, gdy ciało rwie się do biegu A krtań wypuszcza z gardła krzyk Jeszcze jeden oddech Ostatni Następnie opowiadanka na j. polski (pierwsze mierne): Był 3 września 1939 roku. Słońce paliło niemiłosiernie. Blask odbijał się w rzędzie żelaznych hełmów. Żołnierze szli równo, twardym krokiem, stukając podkutymi butami o kamienną nawierzchnię ulicy Gdańskiej. Szli dumnie, jak na żołnierza polskiego przystało, mimo iż wycofywali się. Choć tego nie chcieli. Nie chcieli zostawić tego miasta bez obrony. Wiedzieli, że ludzie i tak podejmą walkę i w końcu przegrają, a oni nie będą przy tym, aby ich wspomóc. Dusili w sobie żałość, lecz dyskutować z rozkazami nie było im dane. Mogli jedynie mieć nadzieję, że uda się przeprowadzić kontruderzenie, że Francja zaatakuje Trzecią Rzeszę i wtedy powrócą. Tymczasem łapali oczyma każdy skrawek pięknego miasta, stare kamienice, kościoły, sklepy. Mimowolnie na twarzy strudzonego żołnierza pojawiał się uśmiech, gdy przemykały mu przed oczyma ręcznie rzeźbione drzwi kamienic, napisy na szyldach, eleganckie kawiarenki, czy dzwonnice kościołów. Widok ludzi, przystających na chwilę, wpatrujących się z uśmiechem i dumą, napawał ich umęczone dusze radością. Jednym z tych wielu dzielnych wojaków był szeregowy z 22 Pułku Piechoty 9 Dywizji przynależnej do Armii ?Pomorze? ? Jarosław Kurowski. Do pułku dołączył w ślad ojca, który walczył w nim jeszcze z bolszewikami w 1920 roku. Chociaż brał już udział w walkach na północnym-zachodzie Kujaw i Przedmościu Bydgoskim, jak większość był niedoświadczony. Nie zgrywał nigdy bohatera, był ostrożny. Gdy szli ulicami miasta mnie zaprzątywał sobie głowy kłopotami, nie myślał o przegranej. Skupiał się na marszu i obserwacji, Bydgoszcz miała w sobie coś co lubił w miastach. Nie potrafił tego określić, estetykę, ciekawość czy pewną tajemniczość, nie znajdywał słów, gdy chciał powiedzieć co go urzekało w obliczu miast. Kiedy jego pododdział mijał jakiś sklep, usłyszał ledwo słyszalny, charakterystyczny dźwięk. Słyszał go wiele razy, to niezapomniane szczęknięcie suwadła karabinu maszynowego. Kolejna cecha tego żołnierza, z której nie do końca zdawał sobie sprawę to był właśnie wyjątkowo dobry słuch. Natychmiast zapytał sam siebie w myślach - skąd tutaj? W środku miasta? Może mu się zdawało. Kilka myśli przemknęło przez jego głowę i stało się. Pierwsze strzały padły z tyłu, od strony Teatru. Krótka seria z cekaemu przecięła powietrze i uderzyła w bruk, na środku ulicy. Następnie ktoś ostrzelał ich z górnych pięter okalających ulicę kamienic. Tabor zatrzymano, żołnierze rozbiegli się w poszukiwaniu osłon, a cywile zaczęli panicznie uciekać. -Walą z lecznicy - ktoś krzyczał z jednej strony. -Nie, od Placu Teatralnego - ktoś odpowiedział z drugiej. Zapanował chaos, postronni mieszkańcy uciekali z krzykiem pośród padających pocisków i krzyków zdezorientowanych oficerów. Jarek nie czekał, poszedł w ślady innych, wpadł w bramę najbliższego budynku. Gdy kompani osadzili się na pozycjach rozpoczęła się odpowiedź ogniowa. Wtedy wszyscy usłyszeli krótki, urwany krzyk kobiety. Chwilę później krzyk innej osoby. Jarek wyjrzał ostrożnie i zobaczył to, czego najbardziej się obawiał. -Zabili? Zabili cywilów - powiedział do swego kolegi, Andrzeja. - Trzech ludzi zabili! -Trzeba coś zrobić - odparł Andrzej. Potrafił szybko podejmować dobre decyzje. Chwycił Jarka za ramię i pociągnął w głąb podwórza, kilku innych poszło z nimi. -Stąd można wyjść na? jak się tamta ulica nazywała - powiedział wskazując na przejście w prawo. -Jagiellońska. Tak, chodźmy! Żołnierze pobiegli w kierunku, z którego padły pierwsze strzały. Nawet stąd słyszeli strzelaninę na ulicy obok. Po kilku minutach wyszli na Jagiellońską. Mieli stąd dobrą widoczność. Ktoś strzelał z karabinu maszynowego z okna na trzecim piętrze, obok było kilka osób strzelających ze standardowych karabinów. -Chłopaki - zawołał Andrzej. - Zostańcie tu i walcie zaporowym na tych na górze. Ja z Jarkiem wejdziemy do środka i spróbujemy ich wykurzyć. Ognia! Kompani ostrzelali cel. Przeciwnik był zdziwiony tymi strzałami, gdyż ostrzał z jego strony na moment ustał. Andrzej i Jarek ruszyli biegiem do tego budynku. Wpadli przez drzwi i puścili się pędem po schodach. W ostatnim momencie uchylili się, gdy z drzwi wejściowych do mieszkania na trzecim piętrze ktoś wystrzelił w ich kierunku z pistoletu. Oddali kilka strzałów na ślepo, następnie Jarek podbiegł do uchylonych drzwi wejściowych do mieszkania i wrzucił do środka granat. Po chwili wybuch wyrzucił na zewnątrz chmurę pyłu. Usłyszeli jakiś jęk, wtedy weszli. Nie patrzyli w kogo celują, strzelali bez ostrzeżenia i bez wahania. Tak ich uczono, zabij lub bądź zabitym. Gdy ostatnia osoba w mieszkaniu padła martwa na podłogę, nadal dzierżąc w ręku taśmę z nabojami, zaczęli oględziny. Od razu zauważyli dziwną cechę wspólną ofiar, wszyscy zabici mieli swetry, ściągane u szyi. Lato było tak upalne, iż niemożliwym było, aby ktoś miejscowy tak się ubierał. Jarek pomachał z okna do kompanów na dole. -Tu czysto! Wchodźcie! -To musiała być zaplanowana akcja ? powiedział Andrzej. ? Zobacz tylko, MG, i te szwabskie strzeladła? Karki dziewięć-osiem, czy jak im tam? -Chyba już się uspokoiło ? odrzekł Jarek. Rzeczywiście, na Gdańskiej zrobiło się spokojniej. Nadal było słychać strzały dochodzące z budynków, żołnierze je oczyszczali. Jednak wyglądało an to, że oprócz cywilów zginęło również kilkunastu żołnierzy. Zeszli na dół, gdzie już czekali ich koledzy z oddziału. Był tam także kapitan Strzegomski. -Dobra robota chłopaki, chyba dostaniecie po awansie - Klepnął Andrzeja w ramię i zaśmiał się. Gdy mijali żołnierzy niosących ciała zabitych wszyscy zmartwieli. Dwoje mężczyzn, dwie kobiety i dziecko. Małe niewiniątko, które nie musiało ginąć. Poza tym kilkunastu kompanów z 22 i 62 Pułku. Tego było za wiele, Jarek uronił jedną, małą łzę. Przetarł ją rękawem po czym stanowczym głosem powiedział: -Pomścimy ich? Prawda, kapitanie? -Tak? Pomścimy? W milczeniu skierowali się w stronę taboru. Ktoś krzyknął z górnego piętra: -Kryć się! Strzelec! Nim cokolwiek zdążyli zrobić, padł strzał. Nastała cisza. Jarek zauważył, że leży na ulicy. Spróbował wstać, ale ostry ból w piersi przyszpilił go do gruntu. Pomacał ręką pierś i zobaczył, że jest na niej krew. Leżał w rosnącej, karmazynowej kałuży. Nie mógł w to uwierzyć. Nie chciał uwierzyć. Spróbował wstać jeszcze raz. Coś w nim pękło, poczuł przeszywający serce ból. Zacisnął pięści i szczęki. Powoli wypuścił powietrze i otworzył oczy. Zobaczył Andrzeja i kapitana. Obok klęczał medyk, rozpaczliwie próbujący zatamować krwawienie w jego boku. Dopiero teraz usłyszał cokolwiek. -Dostał w wątrobę, nie przeżyje dwóch minut! -Zamknij się! Pomóż mu! Cholera, musisz coś zrobić! Ktoś krzyczał, ktoś załamał ręce, ktoś płakał. Jarek nie wiedział co myśleć. Całe życie w sekundę uciekało mu przed oczami, jak w jakimś diabelskim kinie. Obrócił głowę. Zobaczył jak z kamienicy wytargowany jest kolejny dywersant w szarym swetrze. Jak kapitan przystępuje do niego z pistoletem w dłoni, bije go, coś krzyczy. -Zabiję! Zabiję skur*ysyna! -Nie. Nawet nie wiedział jak to powiedział. Samoistnie? Bez żadnego bodźca? Wysilił się jeszcze, aby powiedzieć: -Dajcie mi? łuskę pocisku, który? mnie trafił? Nie mógł wyrzec więcej. Stracił już czucie w kończynach. Oddychał bardzo ciężko. Przystąpił do niego Andrzej, ułożył mu w dłoni łuskę 7,92 milimetra. Jeszcze troszkę ciepłą, lecz stygnącą tak jak Jarek. -A więc to już śmierć, przyjacielu? - zdobył siłę na jeszcze te słowa i wypluł krew. -Nie? To jeszcze nie jest śmierć. Nagle po jego ciele rozlało się orzeźwiające zimno. Zanurzył się w długiej, ciemnej studni. Odetchnął z ulgą. Łuska upadła z brzękiem na bruk. -To dopiero jest śmierć? *** Ziemia obiecana Nad Strefą wstał mroźny, lecz wyjątkowo pogodny dzień. Podniósł się gwar w nielicznych obozach stalkerów, jedni wracali wymęczeni po nocnych polowaniach, inni zaś dopiero zaczynali pracę, a jeszcze inni, zwłaszcza koty, dalej spali ile wlezie. Poniósł się dźwięk rozmów, zapach pieczonej kiełbasy i taniej wódki. Nawet na bezdrożach tylko ślepe psy i dziki lub mięsacze od czasu do czasu wywoływały głuche kwiknięcia i poszczekiwanie. A niebo wyjątkowo nie czerniło się stadami wron i kruków, co więcej jakiś nieśmiały ptaszek umilił życie krótkim trelem. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że to będzie dobry dzień. I nawet Rączka przez mgnienie oka uwierzył w piękną pogodę, w spokojne lasy i wesołych ludzi, ale wnet opamiętał się i przypomniał sobie, że Strefa jest podstępna i mami piękną aurą, by uderzyć ze zdwojoną siłą. Tutaj, w tym zapomnianym przez Boga zakątku Świata, nie można było ufać oczom. Skądinąd, niektórzy je sobie wydłubywali, lecz ci albo wzięli to zbyt dosłownie, albo przebywali zbyt długo tam, gdzie nie powinni. Rączka, już z uporządkowanymi myślami, wstał powoli z prowizorycznego posłania, rozciągnął się trochę i obudził kuksańcem w bok swego towarzysza. Dex podskoczył, krzyknął i natychmiast wycelował swego shotgun?a w kamrata. Dopiero gdy oddech mu się uspokoił, a umysł zaczął normalnie pracować odłożył broń, roześmiał się i wstał. -Oj bracie, aleś mnie nastraszył ? powiedział otrzepując się z pyłu. ? A sen miałem zaiste jak z horroru? -Nie ty jeden ? odrzekł Rączka. Obaj wypili resztkę herbaty, która została im w termosie, zjedli nieco suszonego mięsa z dzika, sprawdzili broń, spakowali się i wyszli z rozpadającej się chaty, wyglądającej w środku jak Sodoma i Gomora, a służącej stalkerom jako miejsce noclegu i skierowali się do prowizorycznego baru. Bar miał dźwięczną nazwę ?Eden?, znajdował się blisko centrum wioski, a ulokowany był w starej stajni i choć od momentu, gdy przechowywano tu jakiekolwiek zwierzęta minęło sporo lat, nadal unosił się tu nieprzyjemny swąd. Jednak miejsce to zostało odpowiednio przygotowane do pełnienia obecnych funkcji, całe dokładnie wyczyszczono z wszelkich śladów zwierzęcej obecności, odbudowano fragmenty ściany cudem zdobytymi materiałami i wzmocniono sufit. Tymi, którzy położyli kamień węgielny pod to miejsce byli Piast oraz jego prawa ręka - Klinkier. Obaj znani Rączce i Dexowi. Piast był barmanem i, jak zawsze mówił, pracował w tym zawodzie odkąd pamiętał, a trzeba przyznać, szło mu całkiem dobrze. Klinkier natomiast był paserem, małomównym i tajemniczym, lecz sumiennym, uczciwym i odpowiedzialnym, a nadto bardzo skutecznym w swej robocie, ukuto nawet porzekadło ?Klinkier i po wodzie chodzić będzie, by towar dla klienta załatwić?. Jak łatwo się domyślić nie musieli szukać długo pomocników i najemników i tak utworzyli w tej małej wiosce, niemal w środku Zony nieźle prosperujący bar, magazinz dobrej jakości towarami, zakład techniczny, lazaret i skład żywności. Krzątało się tam całkiem niemało ludzi, toteż dotarcie do szynkwasu zajęło Rączce dłuższą chwilę, w czasie której Dex poszedł dokupić parę rzeczy. Gdy Rączka dobił się do lady, zobaczył kolejny popis butelkowej żonglerki Piasta. Barman miał przysiwione włosy, krótką bródkę i był wesoło uśmiechnięty, przypominał poczciwego staruszka, a był w istocie mistrzem barmanów, wiek miał Chrystusowy. Rączka zapukał knykciem w blat, by zwrócić uwagę popisującego się barmana, ten odstawił butelki na swoje miejsca, klasnął w dłonie i podskoczył do Rączki. -Hej, co tam, bratku? Wyspaliście się? ? powiedział wesoło, z wyraźnym, polskim akcentem, nietrudno było odgadnąć skąd wzięła się jego ksywa. -Niezbyt... ? odrzekł półgłosem Rączka. ? Zaraz ruszamy dalej, chciałem zaopatrzyć się w coś mocniejszego. -Aha, mam dla ciebie coś specjalnego. ? Powiedział Piast i zanurkował pod ladę, by po chwili wyciągnąć stamtąd kanciastą i ubrudzoną butelkę z obdrapaną etykietą z płynną zawartością koloru pomarańczowego. ? Prawdziwa whisky. Nie pytaj skąd mam, to długa historia. Trzymaj. Rączka zrobił wielkie oczy, a szczęka opadła mu niemal do samego blatu. -Ale? za co to? -No wiesz, wtedy? W Kordonie, kiedy goniła mnie pijawa? -Ale? Chryste, przecież każdy inny zrobiłby to samo co ja wtedy. ? Rączka przypomniał sobie tą straszną sytuację, gdy odwrócił uwagę mutanta, by ratować kolegę. Wydawało mu się, ze od tamtej pory minęły wieki. -O nie? Tu jest Zona, dobrze o tym wiesz. Tu judasze na każdym kroku, judasze i łowcy mamony. Masz i nie gadaj ? barman nonszalancko wcisnął w ręce rozmówcy butelkę i zbliżył się. ? Ja ci nigdy tego nie zapomnę, bratku. To był iście samarytański czyn, a takich rzeczy nie wolno zapominać. Zapadła chwila milczenia przerywana gwarem baru. Piast poklepał druha po ramieniu, pożegnał się szybko i wrócił do oczekujących klientów. Rączka schował trunek do plecaka i poszedł w kierunku sklepu po Dexa, sam musiał też uzupełnić zapasy. Nie zastał go w sklepie, więc uznał, że ten czeka na niego przed wejściem i sam przeszedł przez kotarę na zaplecze. Pomieszczenie było niewielkie, pozastawiane szafkami, półkami i skrzyniami z najróżniejszym towarem, od amunicji, poprzez maski przeciwgazowe, ubrania i troki na narzędziach specjalistycznych skończywszy. Pośród tego bałaganu, na rozwalonym fotelu siedział Klinkier. Na kolanach miał laptop i ochoczo stukał w klawiaturę, znowu szukał zapewne jakiegoś towaru. Dopiero po chwili zauważył Rączkę, nieco speszony wstał i przywitał się. -No witaj, witaj. Już uciekacie z Dexem? -Tak, przyszedłem uzupełnić amunicję. -Wiesz gdzie, co leży, pozwolisz, że wrócę do laptopa? Wybacz, ale mam mnóstwo zamówień, a łatwiej jest przejść przez ucho igielne niż znaleźć cokolwiek na tym odludziu. Rączka po chwili znalazł skrzynię z pociskami 5.56 milimetra, wziął na oko sto sztuk, zapłacił paserowi, pożegnał się życząc powodzenia i wyszedł. Skierował się jeszcze do lazaretu, gdyż przypomniał sobie, że nie ma już żadnych środków medycznych. Szybko znalazł się w osobnym pomieszczeniu hali, pokrytym odpadającymi gdzieniegdzie kafelkami. Na starym krześle siedział nieco przygarbiony mężczyzna w białym kitlu. Z twarzy wyglądał niczym z krzyża zdjęty, mimo mizernego wyglądu, gdy tylko zobaczył gościa wstał i z radością na twarzy uścisnął mu dłoń. -Hej Rączkowski, co tam u ciebie? -Niestety już się wynoszę, idziemy z Dexem na północ. -Uuu? no ładnie ? pokręcił z uznaniem medyk. ? A czego ci potrzeba? -W zasadzie wszystkiego, bandaży, środków znieczulających i opatrunkowych, spirytusu, a także jodu, wapnia? Wszystkiego po prostu. -Rozumiem. Zaczekaj chwilę. Medyk przetrząsnął dokładnie kilka przeszklonych szafek i po chwili położył na leżance sporą ilość różnych medykamentów we wszelkich saszetkach, ampułkach, buteleczkach, torebkach, butelkach i pudełeczkach. Cena za całość wyniosła dość dużo jak na portfel Rączki, ale nie miał wyboru, zdrowia i życia się nie kupi. Pożegnał się i udał się na zewnątrz, gdzie zauważył czekającego nań Dexa. -No, stary, możemy ruszać. Wrócili na chwilę do starej chaty, w której spali, by przepakować się, założyć oporządzenie i przygotować broń. Po kilku minutach byli gotowi do drogi. Wyszli tak, by nie zwracać na siebie uwagi. Skierowali się według mapy w stronę dawno obranego celu ? kompleksu przeciwlotniczego. Dzieliło ich od niego około pięć kilometrów, lecz w Strefie nawet taki odcinek warto było podzielić na dwa dni drogi. Dla tak wytrawnych stalkerów, dla których takie wyprawy były chlebem powszednim wiadome było, że bohaterowie nie żyją tu zbyt długo, a nocne eskapady kończyły się często w sposób zgoła nieprzewidziany. Toteż od razu wyznaczyli punkt na obozowisko, usytuowany na niewielkim wzgórzu, na polance, pośród skał. Gdy minęło południe wyruszyli. Jak zwykle posuwali się ostrożnie, zwłaszcza w lasach, gdzie zawsze mieli broń w gotowości do strzału. Musieli przejść wyschnięte koryto potoku, co zajęło im najwięcej czasu i dotarli do wyznaczonego celu, gdy zaczęło się ściemniać. Rozłożyli obozowisko tak wysoko jak się dało. Wysokie na trzy metry skały płaskie u szczytu były dla nich manną z nieba, gdyż w nocy można się było spodziewać wielu nieproszonych gości, od psów począwszy na chimerze skończywszy. Rozłożyli prowizoryczny namiot i rozpalili drobne ognisko. Co godzinę zmieniali warty, aż nagle, pośród wycia i odgłosów niespokojnej nocy odezwało się radio: -Uwaga, uwaga! Hiobowe wieści dla wszystkich stalkerów! Zbliża się emisja! Schronić się! Palec Boży, sądny dzień, jak zwał tak zwał. Emisja była niewyobrażalnym wprost zjawiskiem porównywalnym do potężnego wyładowania. Zona, niczym żywy organizm, broniła się, a emisje odpowiadały za jej układ odpornościowy, eliminowały wszystkich, którzy nie zdążyli się przed nimi ukryć. Nasi bohaterowie zerwali się natychmiast, podczas gdy Dex zwijał obóz, Rączka szukał odpowiedniego miejsca do ukrycia. Znalazł na mapie oznaczenie starego szybu wentylacyjnego z dodanym przez anonimowego, byłego posiadacza mapy dopiskiem ?Nie wchodzić!?. Nie mieli wyboru, to była ich jedyna osłona w promieniu kilku kilometrów, a przedzieranie się nocą przez las nie należało do najbezpieczniejszych. Po zwinięciu obozu zaczęli więc biec do schronienia. Po kilku minutach ziemia zaczęła drżeć, kłębiące się chmury zaczęły strzelać nienaturalnymi błyskawicami. Zobaczyli wtem betonowy tunel, wryty w urwisko, wysoki na dobre dziesięć metrów. Wokół były ustawione jakieś stare ciężarówki, kilka małych przybudówek, stare oznaczenia typu ?Przygotować dokumenty do kontroli? czy ?Nie przekraczaj barierek ? Teren zaminowany!?, lecz nie mieli czasu podziwiać tych wątpliwych uroków tego miejsca. Gdy powietrze zgęstniało i stało się czerwone jak krew, a ostrzegawcze komunikaty urwały się byli już w środku, z założonymi maskami przeciwgazowymi, chroniąc się za kontenerem. I stało się, potężny impuls wstrząsnął całą Strefą, a po jakimś czasie nastała śmiertelna cisza. Kiedy Rączka i Dex myśleli już, że już po wszystkim, jeden z filarów wylotu tunelu zawalił się, a wraz z nim strop oraz skały i ziemia. Ryk padającego kamienia zmieszał się z krzykiem stalkerów i jękiem miażdżonej stali. Kiedy opadł pył Rączka podniósł się powoli, pomacał całe ciało, jakby sprawdzając czy ma wszystko na miejscu, wstał i włączył latarkę. Zaraz zobaczył Dexa, który gramolił się między odłamkami. Dopadli do siebie. -Jesteś cały? Świetnie. Wokół panowały egipskie ciemności rozpraszane jedynie światłem ich latarek. Upewnili się, że tędy już nie wrócą i skierowali swe kroki w głąb tunelu, z bronią w rękach, bacznie się rozglądając. Mapa musiała być nieaktualna, gdyż tunel wyglądał bardziej na trasę dla ciężarówek w głąb jakiegoś kompleksu. -Kolejne opuszczone podziemia? ? skwitował ponuro Dex. ?-Znowu idziemy do jaskini lwa. ? odrzekł nie mniej ponuro Rączka. ? Coś czuję, że czeka nas gehenna. Dex nie odpowiedział. Ani na jotę nie wiedzieli co czeka ich dalej i jakie stworzenia tu czyhają, ale wiedzieli jedno ? musieli się stąd wydostać. Zanurzyli się w mrok tunelu. *** Było jeszcze jedno opowiadanko, które niestety, po wydrukowaniu, poszło do kosza. Aktualnie wpadłem na pomysł napisania krótkiego opowiadanka prześmiewczego w tematyce ("Środa zaczyna się w Czwartek"). Może coś mi wyjdzie bo idea podoba mi się, pierwszy raz od dłuższego czasu.
-
Historia KATolicyzmu I-"Caedite eos! Novit enim Dominus qui sunt eius."
wpis blogu skomentował konjel konjel w Blog imć Rączki
Nie jest to krytyka ani chrześcijaństwa, ani religii jako takiej. Oczywiście na pewną część społeczności chrześcijańskiej (nie chrześcijaństwo samo w sobie) pół słowa subtelnej krytyki nie można podnieść, ponieważ będzie się zaraz nazwanym "idącym, za głosem tłumu", ale cóż, tutaj już kwestia odpowiedniej interpretacji. Jest to krytyka tego, co z chrześcijaństwa zostało (w większości, nie całości), oraz postaw, jakie przewijały się przez wieki, osób "wierzących" Sam zauważyłem problem z rymami na początku, więc potraktowałem to bardziej jako zlepkę tego co przyszło mi na myśl, luźny tekst, poskładany tak, by dało się go jakoś przeczytać, niż jako rzeczywisty wiersz. Co do ostatniego akapitu, zgadzam się po całości. -
Noż żesz chłolera jasna! Tak, padłem ofiarą własnego lenistwa. Nie mogę się nadziwić jak sam w zasadzie puszczam czas wolny gdzie tylko sobie zażyczy. To takie frustrujące... Sam wiem, że robię źle, a i tak to olewam. Whatever, z Hel(l)u wracam w sobotę i wtedy nima bata, to nie! Wrzucę to, co wrzucić miałem dobry miesiąc temu. I chyba znowu zacznę tu pisać, bo szczerze mówiąc... Hm, może nie tyle co zapomniałem, co zeszło to na dalszy plan. Wiadomo - szkoła i inne pierdoły. Ale można już teraz co nieco przedłożyć. "Lux perpetua" - zmierzam ku końcowi w zawrotnym tempie i mogę jedynie mieć nadzieję, że po powrocie dam radę doczytać w końcu. Ogólne wrażenia płynące z Trylogii Husyckiej są baaardzo pozytywne. Na tyle, że coś niecoś się husytyzmem zainteresowałem. Przede wszystkim trylogia jest napisana bardzo typowym dla Sapka stylem, a jak rzekł mój nauczyciel WOSu "Wiedźmin to tylko 5% umiejętności Sapkowskiego..." i po tym czasie muszę mu przyznać rację. Każda część ma w sobie coś niesamowitego, więc nie sposób dla mnie wybrać faworyta, gdyż wszystkie muszą być razem, by mieć to coś, co sprawia, że nie idzie się od nich oderwać. Spora dawka humoru, niebanalne historie okraszone szczegółami z historii. Gdyby ktoś parę lat temu przedstawił mi Trylogię jako literaturę czysto historyczną to po przeczytaniu uwierzyłbym mu. Aż zdziwienie nachodzi człowieka, że główny wątek to historia wymyślona, a spora część to fantastyka. Tak... ale na recenzję raczej nie będę się porywał, gdyż wymagałoby to przypomnienia tego i owego, w zasadzie ze wszystkich tomów. Odnośnie "Projektu Stalin", książka jak najbardziej godna polecenia. Po części obrazuje Związek Radziecki lat '80, po części jest to niebanalna historia pewnego pisarza, a po części opowieść o czymś dużo głębszym. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Cóż tam jeszcze, aha! W książce Kołakowskiego spodziewałem się konfrontacji różnych teorii, ale w zasadzie otrzymałem objaśnienie co ciekawszych elementów związanych z teologią i filozofią. Bardzo wartościowa rzecz. Po co będę sięgał w najbliższej przyszłości? Zapewne sięgnę po "Cyberiadę" i chyba zainteresuję się Asimovem. Dobrze, póki co chyba tyle, do soboty zatem. Btw. W piekle zimno jest
-
Oj, ileż mnie tu nie było. Ostatni wpis był chyba niedługo po wakacjach, co? Ah, nieważne. Tyle chciałbym wam przekazać. Po pierwsze, w LO powodzi mi się dobrze, ważne, że ludzie w klasie są naprawdę w porządku, reszta jakoś idzie. Ostatnio wziąłem się za słuchanie nowych zespołów, a są to: -Van Canto (power metal wykonywany a capella, świetna sprawa) -Nightwish -Iron Maiden -???? (Aria; rosyjski power metal) Jeśli chodzi o pierwszy to po odsłuchaniu większosci utworów mam bardzo dobrą opinię o tym zespole. Dodatkowo dowiedziałem się niedawno, że w październiku Maxim Samosvat, wokalista grupy ???????? (Epidemia), odchodzi od grupy. Zasmuciła mnie ta wieść, gdyż nie wyobrażam sobie Epidemii bez jego głosu. Na szczęście zastępuje go człowiek zaufany, Eugeny Egorov, który tworzył m. in. w albumie "?????????? ????????: ???????? ?? ??? ???????". Jeśli chodzi o sprawy książkowe to zakupiłem nowy twór Adama Roberts'a "Projekt Stalin", niezwykle przedstawiona historia domniemanej inwazji obcych z '86 roku, która została spisana na długo wcześniej przez najwybitniejszych twórców radzieckiej fantastyki naukowej na polecenie samego Stalina. Historia (jak dla mnie) niebanalna i dość neistandardowa. Po za tym pożyczyłem książkę Kołakowskiego "Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania", ale nie zacząłem jej jeszcze czytać. Poza tym mam do przeczytania lekturę "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa. No i muszę w końcu wymęczyc do końca "Lux perpetua" Sapka. Więc na brak ciekawych książek do przeczytania nie mogę narzekać. Jeśli chodzi o twórczość pisaną to wiersze jakieś mi nawet wyszły, nie chce mi się ich o tej porze przepisywać, ale może jutro je wrzucę. Nie wiem jakie jeszcze informacje mógłbym zapodać. Jak coś mi wpadnie do głowy to dopiszę.
-
Historia KATolicyzmu I-"Caedite eos! Novit enim Dominus qui sunt eius."
wpis na blogu dodał konjel w Blog imć Rączki
"Dwa tysiące lat temu, Jakoś tak to było Dwunastu z Jezusem na Bliskim Wschodzie żyło I choć ludźmi byli dobrymi Z serca i duszy To tylko byli w dobrym miejscu o czasie Stworzyli oni postać mistyczną i wielką Która każdego człowieka obdarza miłością piękną Ponad wszystkim on jest król sam Bóg Jahwe on zwan Księgi spisali, jakoby przez niego I cierpieli wielce za odmienność swoją A najbardziej Jezus, który chyba zrozumiał Że zapanować już nad tym nie będzie umiał ?Boże mój! Boże mój! Czemuś mnie opuścił?!? A później było tylko gorzej? ?W imię Boga Najwyższego zabić was musimy Lub na naszą wiarę przejść przymusimy!? A wszystko dla pieniędzy, ziemi i sławy Lub też z czystej chęci krwawej zabawy Przeczyli sami sobie, święcie przekonani Że wraz ze swą wiarą, muszą być Świata władcami Nie zważali na miłość, honor i braterstwo O którym mówili jednym, a zabijali drugich Wcześniej ulżywszy sobie, zadawając ból Mordując i gwałcąc na masową skalę Przy aprobacie tłumów, który wiedział wcale I choć wielu powstało Prawdziwą wiarę głosić Ich Bóg rozkazał wszystkich roznosić Pod przymusem, pieniądzem lub zbrojną napaścią Zyskali dominację i władzę I już wtedy zatarły się słowa Jezu Chrysta- ?Liczy się, bracia, tylko miłość czysta? Mieli Boga na ziemi, w monecie i sławie Dalej oddając się plugawej zabawie I powstają ludzie, jak rośliny na pogorzelisku Lecz każdy kto ich obrazi dostaje po pysku Sprytna manipulacja i już tłum skanduje ?Ateiści to sataniści, masoni i ch*je!? Crimen Sollicitationis, przyjaźń z faszystami, Tajne dokumenty, Illuminaci, Zakrywanie śladów i kompromitacji Prawdziwy obraz tego co serwuje nam Watykan Tych ludzi nawet kijem nie tykam Czy ktoś usłyszy, pośród zgiełku i krzyków: ?Na stos! Na stos!?- milionów Kościelników Cichy krzyk opętanego, antychrysta i szatana Żyda, masona, judasza, esbeka Który jest głosem zwykłego człowieka?" -
Destination Tartak czyli jak Rączka został hardcorem
wpis blogu skomentował konjel konjel w Blog imć Rączki
Masz nóż ^^ -
Destination Tartak czyli jak Rączka został hardcorem
wpis blogu skomentował konjel konjel w Blog imć Rączki
>Kolimator< to tylko tycia próbka moich umiejętności używania zawiłych meandrów militarnej lingwistyki. Folia z czego, z okładki? Wiesz, taki grubas za taką cenę to nie dziwota Nawalaj do tego, skąd wyłażą te, jak to nieprofesjonalnie określiłeś, "kulki" (Synowie Apokalipsy, lub potocznie Ameby), a amunicji nie żałuj. Byś był na GG częściej to o PBFie by się pogadało -
Przy okazji wizyty na tym blogu zapowiedzieć chciałem rzeczy kilka. Po pierwsze, po mym powrocie z Hel(l)u (czyli za tydzień) postaram się wrzucić relację z marszu w lasach Ostromecka oraz na kilka dni przed wakacjami odpalić "wersję beta" PBFa (może nawet jakąś reklamę uda mi się walnąć). Od razu mówię, że nie przeczytałem w sumie nic z Tolkiena (ino Silmarillion zacząłem), a to z tegoż powodu iż czytałem Bożych Bojowników, Wspomnienia z Frontu Wschodniego Leona Degrelle'a, Stalingrad Antony'ego Beevor'a (tak zarypiste że skończyłem w tydzień, mimo iż ma 500 stron, naprawdę masa tekstu) oraz zajmowałem się najzwyczajniejszym opie*dalaniem na całego. A z okazji (lol) iż tema nasz reenactingowy się nieco uszczuplił zrobiłem małego adverta filmowego: http://www.youtube.com/watch?v=MxNNe5Clq0g
-
Marsz był zaplanowany przez 40 Royal Marines Commando ?Bravo Coy?, grupę rekonstrukcyjną z Bydgoszczy. W marszu udział wzięli także członkowie ?niemieckiej? Jäger Regiment 42 oraz jeden ?amerykaniec? z Delta Force Przyłęki. Trasa marszu była prosta jak w mordę strzelił, Dolina Śmierci w Fordonie do Tartaku w Osielsku i z powrotem. Jednak to tylko pozory. Podczas rozpoznania terenu, tydzień przed marszem, przekonałem się, że trasa momentami jest dość ciężka, czasem nużąca. Lecz Siriusowi (dowódca 40 RMC) udało się wytyczyć dobrą drogę. Nasz marsz (podczas którego pięknie rozwaliłem sobie pięty) został ukoronowany jakże zacnym stwierdzeniem mojego dzwonka SMSowego ?Jestem hardkorem!?. Rozpoczęcie marszu zostało zaplanowane na godzinę 21, w sile ok. 10 ludzi. Ważnym aspektem w moich przygotowaniach było pakowanie. Jak to zwykle bywa najwięcej wziąłem tego, czego nie potrzebowałem (na przedzie ze śpiworem, który zajmował najwięcej miejsca w plecaku, a nawet go nie ruszałem), ale jak to mówią ? mądry Polak po szkodzie. Naturalnie ubrałem mundur, kajdany na nogi znane jako Jungle Boots i inne pierdoły w kamuflażu, lub bez. Zbiórka nastąpiła w domu Siriusa, gdzie przyszło luda sześć osób, czyli nasz gość z Delty oraz brytofile. W pokoju zostaliśmy poczęstowani zimnym Pepsi, a atmosfera była utrzymana w klimacie Waffen SS (nie chcę nikogo narażać na wizytę Counter-Terrorists, więc szczegółów nie zdradzę). Odebrałem magi od Siriusa coby się dociążyć i ruszyliśmy do punktu zbiórki czyli na górki. W drodze zgarnęliśmy jeszcze jednego Niemca, a na samych górkach, w okolicy pomnika upamiętniającego ofiary hitleryzmu odkryliśmy nasze pukawki (pewnie zaraz dostanę w łeb, przecież to były przenajświętsze strzelacze ASGejowe!), każdy dokonał kosmetycznych poprawek i pajechali. W punkcie zbornym na rozległym wrzosowisku poprzecinanym piaszczystymi drogami zrobiliśmy małą przerwę w oczekiwaniu na resztę gości (niektóre fakty z tego popasu również są poufne). Nastąpiło uroczyste odpalenie lightstick?ów i gdy wszyscy byli gotowi dowódca ustalił szyk (zostałem ustawiony między scoutem i dow.), omówił trasę ze zwiadowcą i już w jak najbardziej poważnej atmosferze? Albo chociaż w dość poważnej atmosferze ruszyliśmy. Początkowa trasa szła przez wrzosowisko do skraju lasku, lecz (nie wiadomo jakim cudem) zboczyliśmy zbyt na południe, więc parę razy trzeba było skorygować kierunek marszu. Wróg był czujny, gdyż scout sporadycznie informował o ?Contact left!!?. Lecz na przybraniu bojowej postawy i oddaniu kilku strzałów ostrzegawczych w hasające na skraju zagajnika króliczki (dobra, teraz to już przesadziłem ) się skończyło. Niestety później stanęła przed nami ściana gęstego młodnika, w który wbiliśmy się z zamiarem wyjścia z drugiej strony. Niestety, na zamiarach się skończyło i całą grupą utknęliśmy w gęstwinie niskich, biczujących twarz i ciało, iglastych gałązek. Gdy wszyscy pojęli bezradność naszego położenia, ktoś dobrze skwitował naszą sytuację ?Dobra chłopaki, wracamy.?, ?Ale gdzie jest wyjście??. Jednak dzielny Gęsik (alias Pan Gęsikowski) zbudowany niczym Marcus Fenix utorował drogę powrotną, chwała mu za to! Później, gdy wyszliśmy na drogę leśną, było sprawnie, marsz przez ciemny las w akompaniamencie rozgardiaszu i zabawy latarkami gdzieś z tyłu (Niemcy). Następnie, gdy udaliśmy się asfaltówką w kierunku Osielsko/Zamczysko mogliśmy oglądać zdziwione twarze mijających nas kierowców, byliśmy jakoś dziwnie ubrani czy co? Dalszą trasą były łąki i polne drogi pomiędzy polami. Zejście z pewnej zarośniętej stromizny umilił nam nieco Turbo, który spróbował turlania (brawa za odwagę!). Następnym etapem było przejście przez pole, które w zamierzeniach mieliśmy ominąć. Mimo lata i dość ciepłej temperatury poletko było trochę mokre, a zboże wysokie, więc spodnie szybko mi zwilgotniały. Ciekawy był etap przy jakiejś, usytuowanej przy wspomnianym polu, willi, gdzie pojawienie się auta na drodze, którą całą szerokością zajmowaliśmy wywołało pospolite ruszenie w pole żyta, gdzie Sirius zgubił magazynek. Później wywalono taktyczną mapę z planem Tartaku (czyt.: karteczka z narysowanymi długopisem obwódkami i dwoma samoprzylepnymi, żółtymi papierkami o okrojonym opisie) na ziemię i przyszykowano latarki, kto miał ten miał. Moja mocna czołówka raczej się nie przydała, Turbo ofuknął mnie, że normalnie bym zaraz dostał heda i miał rację. Tak samo nieprzydatny okazał się kolimator na mojej eMce, którego plamka nocą, przez delikatne zaparowanie szybki rozmywała się po całej jej powierzchni i silnym światłem uniemożliwiała mi celowanie, dlatego od tej pory jak koli to tylko na dzień. Podzieliliśmy się na dwie grupy (brytofilska i niemiecko-amerykańska) i dokonaliśmy taktycznego ?czyszczenia? paru budynków. Później wszyscy udali się do garażu, aby oddać się odpoczynkowi, jedzeniu, piciu i, oczywiście, pogawędkom. A tematy były różne i, jak to w męskim gronie bywa, niektóre niezbyt cenzuralne. Powiem tylko, że poznałem ciekawe powiedzonko odnośnie ?Małego niedołężnego? oraz jak potocznie zwie się członków Obrony Przeciwlotniczej. No i było bardzo wesoło. Nad rankiem musieliśmy się rozdzielić i ruszyliśmy w drogę powrotną. I choć rosa nieco zamoczyła mi obuwie, to widoki na potężną i przepiękną mgłę były świetne. Warto podkreślić wartość Turbo w ostatniej fazie marszu, który puszczając alternatywną muzykę i rozprawiając o tematach, że tak się wyrażę, doczesnych i wiecznych, sprawiał, że ten marsz szedł jakoś lżej (chłopie idź do radia albo telewizji, masz świetny głos!). Początkowo prowadziliśmy my, ale na wrzosowiskach widać udzieliło się nam powiedzenie ?Pier**lę, nie robię? i zrobiliśmy małą przerwę (a ja zresztą przez większość powrotu byłem w roli tylnej straży, że tak powiem ), podczas której odkryłem, że człowiek może parować, a Turbo przymierzył osprey?a Siriusowego. Dalsza trasa, dalszy powolny chód i dotarliśmy do przystanku, gdzie pożegnaliśmy się z Turbo i Vito (a ja w oczach pewnych z Rączki stałem się Stópką ^^). Pod blokiem Siriusa czekał już mój ojciec, który uwiecznił nasze pozy zombi. No i w sumie to by było na tyle. Wzorem mojego kumpla Dexa postanowiłem spisać sobie wnioski z tejże przygody: -Prawdą jest, że każda zabrana rzecz następnego dnia waży dwa razy więcej -Osprey makes you sexy -Brytofile lubią gadać o Wehrmachcie -Niemcy lubią gadać. Ogólnie. Głośno. I lubią bawić się latarkami. -Latem noce są ciepłe, a trawa rano mokra -Na marsze trzeba zabierać lekkie żarcie, bo gdy nie jesz przez kilka i dalszych kilka godzin, to płatki śniadaniowe z Biedronki smakują jak wykwintny obiad z restauracji -W terenie małe rzeczy lubią się gubić -Latarki nie zakładać na łeb, a nocą kolimatora nie zabierać -Przez taką noc można się dowiedzieć wielu mniej lub bardziej ciekawych rzeczy o pewnych sprawach -Nutka ?Twoja Stara Zapie**ala? umila marsz No i to by było na tyle, zdjęcia soon (na zadupiu modem rzecz święta, ale brak 3G wkurza).
