-
Zawartość
571 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Typ zawartości
Profile
Fora
Kalendarz
Blogi
Wszystko napisane przez pandrodor
-
Zwłaszcza jak się spojży jeszcze na twarz tego instruktora... :twisted: Poza tym, A.L., perspektywa trochę szwankuje też na pozostałych rysuneczkach... Glowka >>> O, jaki miły obrazek!^^ Słooodkie... Ale kilka niedoróbek technicznych jest.
-
Najprościej: przejście poza kopalnie (to, które uruchamia wczytywanie świata zewnętrznego [GD]) jest za blisko miejsca, gdzie stoją strażnicy. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale Gorn często atakuje Bezimiennego za to, że ten podniósł rękę na strażnika, który przecież do niego strzelał... Dlatego napisałem, że jest wpadka (fakt, jak sam czytam to, co napisałem, nie wiadomo, o co chodzi). Ale wiem, że się czepiam.^^ Mnie natomiast bardziej pasuje ten z jedynki. W dwójce faktycznie jest uporządkowany, ale czasem ciężko przejść z jednego końca do drugiego. Np. mam pełno orkowych toporów i nacelowaną jedną z lepszych (a więc i wyżej usytułowanych) broni do walki w zwarciu. W odległości jakichś 30 metrów (na oko) ode mnie robi się bardzo niewesoło. Ja zaś potrzebuję pilnie wypić jakąkolwiek miksturę przywracającą zdrowie. W G1 zmieniam kategorie (jakieś 3x w prawo i w dół), natomiast w G2 muszę jechać kilka(naście?) pozycji w dół (do mikstur, przebijając się przez wszystkie bronie) i zanim znajdę się przy miskturach jest po mnie. Swoją drogą ekwipunek w G2 jest stworzony w bardzo podobny sposób do tego z Morka, tylko myszy się nie używa, więc nie wiem, jak fani tego ostatniego mogą nań narzekać... Zwykle coś około 200 kg, więc dokładnie tyle, ile przeciętny człowiek jest w stanie udźwignąć i rozpocząć sprint.^^ Swoją drogą, w Morku jest tak, że minimalne przeładowanie powoduje całkowitą blokadę postaci. Ale wystarczy wyrzucić kartkę papieru i już można swobodnie biegać... Tja, nie ma to jak realizm.
-
Też tak grałem. Iteż wiem, co to znaczy. Ale jakoś nigdy nie narzekałem, że "jaaak to się głuuugo ładuuuje". Przeszedłem grę (pierwszy raz) na konfigu Pentium 4 1,5 GHz, GeForce 2 MX 400, 256 RAM SDR. Chodziło płynnie na średnich detalach w 800x600, zwalniało tylko w mieście. Jedynym problemem, jaki miałem były opary wulkaniczne przy ognistym smoku. IMO największa zaleta. Po prostu wygodne. Jeśli nie dajesz się zabić, nie musisz patrzeć na czas ładowania. Ładujesz raz i grasz.
-
:shock: Aż się zdziwiłem i musiałem to sprawdzić. Z zegarkiem w ręku - 22 sekundy w klasztorze z NK (czyli powiedziałbym teren w miarę śreni jeśli idzie o liczbę NPC-ów i spory pod względem obszaru (tzw. newworld jest największą krainą, nieprawdaż?), w GD i Jkd zapewne nieco krócej, na wyspie najwyżej parę sekund. A to tak wiele? W NWN po przejściu niędzy dwoma planszami już czas jest dłuższy. Jakby co to mam 512 RAMu, czyli wcale nie taka oszałamiająca ilość, jak na dzisiejsze czasy. Dobra (średnio dobra?) karta graficzna ma już 256, więc to już przeraźliwie mało. Swoją drogą, jeśli grasz, jak należy, nie kozakujesz i jesteś raczej dobrym szermierzem (Ty, nie postać, jej wystarczy 60% i jedziesz) możesz sobie długo poradzić bez wczytywanie (w GD wyrżnąłem wszystkich orków przed zamkiem (mówię o podstawce) w rozdziale II i wczytywałem może z 5-10 razy (pewnie i tak przesadzam), czyli w najgorszym przypadku całe 220 sekundy, liczmy 4 minuty. Przy takiej ilości zagrożenia i jeszcze większej liczbie doświadczenia, powiedziałbym, że raczej niewiele.
-
Na to niestety będę nadal spoglądał pesymistycznie. Po prostu zawsze tak było, że Polacy uchodzili w świecie za dzielnych i pomocnych wojaków, ale wymiernych korzyści z tego niet. Już choćby II wojna światowa. Inni sprzymierzeńcy, mówisz? Jakoś obecna sytuacja utwierdza mnie w przekonaniu, że Amerykanie nie będą lepsi. Już sam fakt, że nie chcą nas do siebie wpuszczać świadczy o ich nastawieniu. Oczywiście mogą mieć swoje powody typu "zaraz się do nas chmarami zlecą i chleb od ust będą odbierać naszemu społeczeństwu". Ale taki argument jest, jak by nie było, bezsensowny. UE potrafiła załatwić to zagrożenie i jak widać ludzie raczej siedzą na swoich miejscach. (ew. jakieś inne powody, ale to coś w rodzaju pokazania, że jeszcze nam nie ufają [choć faktycznie dali nam strefę w Iraku, ale przypomina mi to boudowanie domu od góry, poza tym oni na tym nic nie stracili, niejako zagospodarowali cudzym podwórkiem (mam nadzieję, że napisałem to w miarę zrozumiale)]). I poza wszystkim trzeba uważać, żeby nie podskoczyć ZA wysoko. Bo upadek może być bolesny... A nie mamy (jeszcze?) wizerunku państwa, które "sobie poradzi". Ale nie można całych swoich sił pakować właśnie w ten proces. Bo może w przyszłości dojść do takiej sytuacji, że Polska jakoś tam w tym świecie stoi, pozostałe kraje nas w miarę szanują (w sensie: liczą się z nami, chcą robić interesy itd.), ale nie możemy im nic zaoferować. Chociaż część z tych naszych krajowych "nieszczęść" bardziej nadaje się już do wątku "Historia". Bo wiele zakładów sprzedano za "czapkę śliwek" (po tym całym szumnym wyzwoleniu spod władzy komunistycznej), z czego teraz pełno afer. Może ja się nie znam, może patrząc na to wszystko poskładane w jedną całość faktycznie lepiej jest pchać się w nieznane, bo tam może być koryto (ależ to ja bezpośredni jestem ). Ale osobiście widzę w tym zjawisku wiele dziur. Choćby bezrobocie. Czy nie jest korzystniej próbować je zmniejszyć? Nawet jeśli gospodarczo przyniesie to mniej korzyści (albo i nie przyniesie ich wcale), spowoduje, że ludzie zaczną ufać w rozwój naszej bidnej polskiej ojczyzny. Tylko do tego potrzeba ludzi (m. in. w rządzie), którzy nie będą pakować sobie do kieszeni, lecz pomyślą o reszcie (o swojej przyszłości myśleć/martwić się nie muszą). Na dobrą sprawę ja nie znajduję lekarstwa na obecną sytuację. Ale kto wie, może masz rację i jest nim faktycznie działanie takie, jak ma miejsce teraz... Obyś miał rację... P.S. Ten post (i ogólnie mój pogląd) może wydać się marudzeniem wielkiego pesymisty. Pesymisty - tak, marudzenie - nie. (a w życiu codziennym jestem taki optymistyczny...)
-
Polska celem >>> To nie musi koniecznie być Warszawa. Fakt - stolica i w ogóle, ale poza tym, że jest trochę większa i szumnie nazywa się stolicą, nie ma tam nic specjalnego. Pałac kultury? Odpada. Metro? Jest tak małe, że Al-Kaida pewnie nawet o nim nie wie. Pociągi? Zbyt wielkie ryzyko, że danego dnia kolej będzie strajkować.^^ Poza tym pociągi ostatnimi czasy jeżdżą niemal puste... (choć nie wiem, jak to wygląda na południu) I ogólnie nasza "tolerancyjność" już odstrasza rozmaitych obcokrajowców... O, jeden komiks mi się przypomniał na tą okazję. Macie: http://www.kokoart.net/index.php?comic=4 http://www.kokoart.net/index.php?comic=5 http://www.kokoart.net/index.php?comic=7 Po kolei trzy paski łączą się w całość. A wracając jeszcze do tej strefy okupacyjnej... Fakt, mamy swoją. I Al-Kaidzie zapewne się to nie podoba. A Polska jest bardzo biednym krajem, więc może się tak zdarzyć, że będą chcieli odsunąć najsłabszego. Ale jak do tej pory pokazują, że chcą to rozwalić "odgórnie" (czyli nie szczypać się ze słabeuszami, kótrzy nie mają pieniędzy i jeżdżą podróbką Hummera, zwaną szumnie Honker, tylko cisnąć Amerykanów i ogólnie zachód). BTW Polacy coraz częściej wcinają się do cudzych spraw. A to do Iraku, do Rosji, do Ukrainy... I myślicie, że tego nie pochwalam? No to macie rację. Bo zwyczajnie mi się to nie podoba. Takie ciągnięcie stu srok za ogon. A może by tak najpierw zrobić porządek na własnym podwórku? (oho, już zaczynam marudzić... ale co mogę innego zrobić?) Może by się tak zastanowić, gdzie wcięło np. nasz przemysł motoryzacyjny? Chcemy pomagać innym? W porządku. Ale jak możemy pomóc komuś, skoro sami mamy stan opłakany? Niechcący zboczyłem z tematu, ale w sumie to też aktualności...
-
Dziennik >>> W Gth dużo lepszy. W Morka gram dopiero od 5 dni, ale to nie ma znaczenia. A skoro już mi się nie podoba, nie chcę myśleć, co będzie później... A w Gth znajdziesz wszystko. Nie tylko o zadaniech, ale też informacje ogólne. BTW skoro w dodatkach do Mora dziennik jest lepszy, czemu nie wypuszczono jakiejś łatki, która mogła to poprawić w podstawce? Nieproporcjonalność >>> Najbardziej jest to widoczne chyba w Neverwinterze. Domek na trzy pola, a wnętrze ho-ho... Ale to zupełnie inny model rozgrywki... W Morku są nawet w miarę równe (wnętrze i zewnętrze). A Gothic z oczywistych względów przoduje. Jedynie dogrania między krainami (a i tak fajnie zrobione - statek, teleport, długa przełęcz... tylko w G1 była jedna wpadka: wolna kopalnia, na którą trzeba było napaść (odbić) - nie dało się uciec za róg i podleczyć).
-
A jednak znalazłbym parę wad. Brak możliwości trorzenia postaci od począktu, jak w większości RPG'ów można nawet pominąć, ale nie ukrywam, że chciałbym dla odmiany zagrać też babką^^. Ale te wspomniane już przeze mnie zwierzaki, które przybywają tylko przy zmianie rozdziału czy trochę za mały teren dają się nieco we znaki. Bo jedno miasto i w ogóle. A poza tym liniowość, jakby nie patrzeć. Z jednej strony fajne, ale może ja bym nie chciał dołączyć się do żadnej gildii? A może ja wcale nie mam ochoty zabijać smoków? Czy wreszcie może ja bym jednak chciał być tym złym? (tak dla odmiany) NK stworzyła małą namiastkę nieliniowości (możesz iść najpierw do GD, albo do Jkd, możesz użyć Szpon, albo go zniszczyć, ale to jednak nie to. Wedle zapowiedzi, G3 ma być dokładnie tym, o co mi chodzi. Zaś Morrowind niemal spełnia te wymagania. Ale właściwie nie ma zakończenia, a jak tu powiedzieć, że przeszło się grę, kiedy ona trwa nadal, zaś za mną TYLKO główny wątek? A koniec powinien wreszcie nastąpić. W grach niestety czasem występuje za szybko (jak w Gothicu, gra zajmuje za mało czasu), czasem za późno (hmm Neverwinter?). Tak, zwłaszcza gdy gra się pierwszy raz... Te cieniostwory...^^ Ale Morek też ma cosik do zaoferowania. Np. Deadryczne ruiny... :twisted:
-
Need for speed >>> Jechałem jakieś 160-170 km/h Renault Fuego (było spoooro zapasu), 150 km/h Mitsubishi L300 :twisted: (to taka furgonetka, gdyby ktoś nie wiedział) i 150 km/h Nissanem Sunny '83. A mój ojciec wycisnął kiedyś z Malucha licznikowe ponad 140 km/h (z góry, rzecz jasna). A mieliśmy też Opla Kadetta D i jak się jechało jakieś 120 km/h, licznik pokazywał... 200.^^ Rekord rowerowy to 58 km/h (muszę się wybrać na taką jedną górę i to poprawić). Prowadziłem też wirtualne Suzuki Escudo Pikes Peak Version... ponad 400 km/h. (900 KM [albo i więcej] na niecałe 900 kg masy :twisted: ) Khra, khra, ja zawsze mam łzy w oczach jadąc ponad 55...^^ BTW jechałem też kiedyć >50 na baaardzo wyboistej drodze. Gdybym miał sztuczną szczękę, pewnie bym ją był zgubił (albo zjadł)^^. Otóż to! A to potwierdza regułę, że rowery są bezpieczniejsze w prowadzeniu, niż niejeden samochód (np. Syrena...).^^ Manewrowanie >>> Ostatnio jeździłem z ojcem naszym Peżocikiem. Jeżdżę coraz szybciej i szybciej... No i 70 km/h w zakręt na polnej, niezwykle dziurawej i niezwykle sypkiej drodze. Ale to właściwie nie zrobiło większego wrażenia na tym autku. Ot tył lekko zaczął wyjeżdżać, ale wszystko pod kontrolą. BTW jak BARDZO, BARDZO dobrze pójdzie to MOŻE, MOŻE będę się rozbijał Subaru Legacy '96. Zawsze lubiłem te auta, więc może teraz... Ale nie zapeszajmy...
-
Wczoraj sprawiłem sobie Morka, jak byłem w supermarkecie. Jeno dwie dyszki - stratny na pewno nie będę. Wczoraj zrobiłem sobie taką postać na próbę, żeby zobaczyć, co i jak da się zrobić. Dopiero dzisiaj rozpocząłem właściwą rozgrywkę. Po ok. 5-6h gry mam 4 poziom, czyli chyba ani nisko, ani wysoko (jak na pierwszy raz ). Co mi się podoba: Automatyczne szkolenie umiejętności, których sie używa. Bardzo wygodna i realistyczna sprawa. A już ideałem byłoby skrzyżowanie tego typu rozwoju z tym z Gothica. Tzn. umiejętności dodatkowe (tarcza, ciężki pancerz, długie ostrze, etc.) uczone automatycznie, tak, jak to jest w Morku, zaś po podstawowe trzebaby chodzić do nauczycieli (jak w Gothicu) z punktami nauki, bez możliwości rozwijania ich w łóżku/na pustkowiu po zdobyciu poziomu. Dobrze, że potwory poruszają się po mapie, a nie stoją w konkretnych miejscach, jak w Gth. Można iść w jedną stronę i wszystko wyrżnąć, a jak się będzie wracało, droga znów będzie najeżona niebezpieczeństwami. Rozległy świat. Wprawdzie wynika z tego pewien problem (wszędzie daleko), ale chyba o to chodzi, żeby świat był duży. A jak się doliczy przewoźników/teleportatorów, to już nie jest tak strasznie. Co mi się nie podoba: Gra została stworzona bardziej pod widok FPP, niż TPP (w tym ostatnim ciężko nacelować na przedmiot/znak/schowek. A ja tego widoku nie lubię. Za to w TPP schodzenie między przepaściami jest bezpieczniejsze. Więc konieczne jest przełączanie. Dla mnie minus. Skakanie. Katastrofa. Równie dobrze mogłoby go w ogóle nie być. Postać ma trudności z przeskoczeniem choćby drobnego kamienia. Raczej bezużyteczne. Ten element w Gothicu był zrobiony o niebo lepiej. Przede wszystkim można było podejść np. do muru i nań wskoczyć (postać używała też rąk). A tu... Walka. A dokładnie to niektóre jej elementy. Przede wszystkim brak jakiejkolwiek przejżystości w poczynaniach naszej postaci. Wyjaśnię To na przykładzie: Gothic: Wciskamy lewy przycisk myszy i uzyskujemy kontrolę nad mieczem. Możemy robić, co tylko dusza zapragnie, a jak chcemy, zawsze możemy np. odskoczyć w tył. Brakuje tylko pchnięcia, ale to tylko jede rodzaj ataku, który przy wykorzystaniu engine'u Gothica na wiele by się nie zdał. Morrowind: Wciskam LMB i chcę zapanować nad mieczem. Ale co to? JUż szykuje się uderzenie. A więc muszę najpierw wcisnąć W/S/A/D, a dopiero potem użyć myszy. Ale to powoduje, że postać się porusza. A ja chcę stać w miejscu. Blokować też nie mogę. W Gth walka zależała w dużej mierze ode mnie. A w Mrw mam teki wybór, że mogę pchnąć, uderzyć lub wykonać cięcie (ale zawsze z tej samej strony, nie mogę machać na boki). Po prostu czuję, jakbym nie kierował ostrzem, tylko postacią, a ona sama ustawia miecz wedle kierunku, w którym się porusza. Gdybym miał wybrać lepszą grę: Gth i Mrw, postawiłbym na tę pierwszą. Może mówię tak tylko dlatego, że gram dopiero od dwóch dni, więc to kwestja przyzwyczajenia... Ale nie pamiętam, żebym narzekał na cokolwiek w Gth, gdy dopiero go napocząłem. I myślę, że ideałem byłaby krzyżówka obu tych tytułów. Bo akurat konieczność długich spacerów (na razie) mi nie przeszkadza. Zdobywanie poziomów też w normie. Ale pogramy - zobaczymy. A, jeszcze jedna rzecz mi się w Mrw podoba (nie chce mi się już zmieniać napisanego juiż takstu...). Kompletowanie zbroi. Bardzo dużo kombinacji, nie trzeba od razu kupować całości i wiele innych drobiazgów (nie chcesz hełmu, bo wolisz widzieć głowę? proszę bardzo...). I małe pytanko: czy uciekanie przed potworami/bandytami ma jakikolwiek sens (mówię tu o otwartej przestrzeni, bez możliwości ukrycia się np. w jakimś domu/jaskini/kopalni etc. celem podładowania sił)? Bo bardzo długo uciekałem przed jakąć bandą, a oni i tak mnie dorwali...
-
Dion >>> To znaczy, że redakcja nie macza w tym palców, słowem nie robi NIC przy tym zjeździe? Trochę (albo bardzo trochę) źle to napisałem (bo wychodzi na to, że kłamię w żywe oczy). Mea culpa... Myślałem, że redakcja ma jakiś wkład w to przedsięwzięcie... SAIRAM >>> Nie ma to jak wypowiadać się na tematy, o których ma się blade pojęcie, nie? (ja na to mówię "wcinać się") Bo i stats rośnie i można komuś dopiec (pobożne życzenie ). A pytanie skierowałem nie do Ciebie, lecz do tej grupy organizującej, więc daruj sobie te "komentarze". A wracając do tematu: czyli to jest impreza organizowana wyłącznie przez forumowiczów dla forumowiczów, tak? Redakcja nie ma tu nic do gadania? Bo skoro to zlot oficjalny i było, nie było, dosyć szumny, myślałem, że (współ-)organizują go wyższe sfery...
-
W lini prostej pewnie nie będzie 600, ale linia kolejowa przebiega różnymi dziwnymi drogami. Dlatego liczę 700 km. Mam mały problem z przekonaniem starszyzny plemiennej. Bo "nie wiadomo, kto to organizuje". Dałoby się załatwić jakieś potwierdzenie, żeby nie było, że nie wiadomo kto, co i jak? Bo na dźwięk słów "redakcja CDA" jest reakcja mniej więcej taka: "A ja tych ludzi nie znam..." itp. itd.
-
Gdybym miał przyjechać na 2-3 dni, nie kalkuluje mi się na pociąg. To jest jakieś 700 km w jedną stronę. Czyli w przeliczeniu tego na pieniądze to będzie bardzo dużo, a w przeliczeniu na Komandosy, niewyobrażalna ilość.^^ A ja myślałem, że to się nazywa "na gapę". :twisted: BTW, macie duże walizki? Bo ja nie potrzebuję bardzo komfortowych warunków...^^
-
Właśnie przychodzi mi bodaj pierwszy raz wypowiedzieć się w tym temacie. Prawdę mówiąc wcale się nie spodziewałem zaproszenia. W sumie na pocztę wszedłem tylko to sprawdzić, ale bez większej nadziei. A jednak o mnie pamiętają!^^ Niestety nie mogę na razie powiedzieć, czy dam radę. Bo nie ukrywam, że bardzo bym chciał, ale są dwa niepewne punkty. Po pierwsze i najważniejsze, nie wiem, jak z kasą. Bo pociąc, nocleg i te, no, eee, inne atrakcje może nieco kosztować. Jak na razie mam jakieś 150 zł, co zbyt dużą sumą nie jest. Po drugie pozwoleństwo od rodziców. Może być trochę problem, ale zdecydowanie mniejszy, niż kasa. Bo pieniędzy nie stworzę, zaś przekonanie to rzecz niematerialna.^^
-
Jackoi >>> W folderze głównym powinien być folder "MP3 Player" lub coś w tym stylu. Tak w każdym razie było w (dwóch) poprzednich odsłonach. Pvt:Dam!an >>> Szczerze wątpię. Nawet jeśli się odpali, nie nastawiałbym się na w miarę bezstresowe granie. Czyli odpowiedź brzmi "nie".
-
Też sporo grałem w Mortala 3. Zawsze wszystkich wykańczałem Shivą (czy jak to się pisze?), tą Goropodobną.^^ Nie ma to jak iść na łatwiznę. :] Zaś ostatni "boss", kurczę jak on się wabił... (Shao-Khan?) został przez mojego kumpla ochrzczony mianem "dziad z młotkiem".^^ Sporo było też Mortala 1. Potrafiłem zrobić prawie wszystkie fatality, z bratem (8 lat starszy!) wygrywałem spokojnie, z kuzynem już trudniej (13 lat starszy). A ja miałem wtedy magiczny wiek 7-9 lat.^^ Takie gry źle wpływają na psychikę.^^ No, najwyżej ŹLE... Automaty & salony gier >>> Ostatni to nawet nie widziałem, ale o nim słyszałem od kuzyna, jakieś 3 lata temu. A jak już w takim miejscu przebywałem, rozbijałem się jakimś samochodem, ew. motocyklem. Nie znam nazw tych wszystkich gier, wtedy mało mnie to obchodziło, ale rozpoznałbym je bez problemu.
-
Osioł >>> Mimo że czeka mnmie jutro sprawdzian z chemii, od którego zależy czy będę miał 4 czy 3 (na 4 muszę mieć sprawdzian na 5), stokroć wolę się zabrać się za ten kwadrat, niż za naukę... Jeśli nie zabraknie mi cierpliwości ani kawy w termosiku, możesz się jutro spodziewać wyniku. (ale rym ) Kiedy rada >>> 17 czerca. Zaiste wielka to debata. BTW ciekawe nad czym oni tam będą właściwie debatować, skoro i tek wszystko jest już z góry ustalone? To ci dopiero nieroby! Ale nich dyskutują, ja tam nie mam nic przeciwko. Wycieczka >>> w poniedziałek Pand jedzie na trójmiasto. W końcu jakiś projekt, który doszedł do skutku. Tylko co to za atrakcja dla człowieka, który ma do tego tego 60 km, czyli rzut beretem, jakby nie patrzeć? Zaiste dziwne ta moja klasa. A patrząc na oceny mogę śmiało ułożyć nową zasadę: przeciętny uczeń idzie do klasy o takim profilu, jaki najbardziej go nie interesuje... Swoją drogą, dostałem dzisiaj z PO czwórkę za darmochę. Tzn. z zeszytu, ale IMO za ten zeszyt więcej, niż naciągane 3 nie powinienem dostać. shadowcat >>> Nie znam tej nauczycielki, ale lepiej się jakoś zabezpieczyć, bo teraz prawie na pewno będzie chciała was ud*pić. Tacy już są ci nauczyciele, którzy pomylili drzwi na uczelni, kiedy zaczynali studia, ale byli za głupi, żeby to zauważyć. :twisted: I ja się pytam: po co takie coś "uczy". To się nadaje pod bydlęcy ogon. (na zgnojenie!)
-
A propos "upragnionych wakacji": Co dzisiaj jest? Poniedziałek. A jakie dwie lekcje są tego dnia? Dwa niemieckie. Myślę, że nasza pani germanistka cosik chyba z deczka lekko kapkę przesadza już w tym momencie. Nie słuchałem jej do końca, ale oto, czego się dowiedziałem: otóż ona ma zamiar zadać nam na wakacje. Wprawdzie nie będą to typowy zadania. Będzie to coś gorszego. Mamy nauczyć się 303 słów w trzech formach, czyli razem 909 słówek. Eee, leję na to. Trzeba coś zadziałeć, żeby przejść do drugiej grupy, która ma rozszerzony angielski. Tym sposobem będę miał (miejmy nadzieję) dobre oceny z obu tych przedmiotów. Mógłby tylko być problem z samym przejściem. Bo już widzę te teksty, że przecież sobie nie poradzę, nigdy dotąd nie miałem angielskiego itd. itp. A skąd oni takie rzeczy wiedzą? Już mnie rok temu zniechęcili takim gadanie, bo chciałem iść do językowej. (ale dobrze, że nie poszedłem, bo bym miał najgorszych nauczycieli ) To postanowiłem sobie dać spokój z angielskim w szkole. Ale jednak niemiecki skutecznie mnie zachęca do zmiany taktyki. Swoją drogą jest jedno ułatwienie, które mogłoby mi pomóc przenieść się do ang. Bo ich nauczycielka jest żoną mojego nauczyciela od angielskiego, ze szkoły językowej. Hehe, fajnie by taka rozmowa wyglądała. "To jak mi pani nie wierzy, niech się pani spyta męża, on wie lepiej" Poza tym muszę jeszcze z historii odrobić. A mam zadane w trzy... bardzo dużo. No, może nie tak bardzo, ale jak robisz coś, czym się nie interesujesz, to strasznie się to dłuży... Do tego musimy zrobić parę zadań z zakresu rozszerzonego. To jaki my w końcu jesteśmy profil? Bo ja humanistycznego nie brałem...
-
Nuclear >>> Pewnie, że nie opłaca się być najlepszym uczniem. IMO dobrze jest wiedzieć swoje, ale nie walczyć o ocany (tak, jak ja). Swoją drogą, przedwczoraj z kumplami przed angielskim gadaliśmy o czymś takim. Pójdzie taki nieuk (albo leń czy kto tam inny, wszystko jedno) do typowej budowlanki, na pospolitego robola, ale będzie się przy tym uczył języka. I sobie wyjedzie i żyje, jak panisko (zakładając, że obierze zawód poszukiwany w danym kraju/rejonie). Autentyczny przypadek: gość, murarz chyba, pojechał do GB i remontował kolesiowi dom. A tamten nie dość, że mu zapłacił, dał mu za darmochę swój samochód (bodajże Vauxhalla Astrę). Niby żadna rewelacja, ale zapłatę też dostał niemałą. Zachowanie i wybryki >>> A czy pisałem już, że u mnie w 1 gim jedna dziewczyna rypnęła wychowawczyni z plaskacza i właściwie nie poniosła za to konsekwencji? Tzn. coś tam niby dostała (karę), ale była tak niewielka, że nawet nie pamiętam, co to było... Podi >>> Ech, nie zazdroszczę... W każdym razie nastaw się na to, że np. w liceum oceny raczej pójdą nieco (nawet sporo) w dół. Niestety...
-
Hej, ja też na angielski jeżdżę rowerkiem. Na piechote zajmuje to 15-20 min, a rowerem raptem 2-3. To się opłaca jak nie wiem. Do tego 4 km w każdy wtorek i czwartek piechotą nie chodzi. Ba, czasem (jak jest ładna pogoda) to nawet sobie na około do domku wracam i wtedy wychodzi jakieś 11 km. Tak, szczególnie Pandi... Pandi nie ma kasy, ot co. Ale kiedyś sobie kupię... (może nawet za 600 zł? ) Jak wygląda u was sprawa wycieczek rowerowych? (już spieszę z wyjaśnieniami) Bo ja np. próbowałem zorganizować trochę luda, żeby się wybrać gdzieś dalej, ale coś widzi mi się, że całe to weźmie w łeb. Ten tu nie ma na czym jechać, tamtemu się nie chce, jeszcze inny mówi, że nie wytrzyma... Ech... Pozostają samotne wojaże... Znaczy, nie zdołał cię powstrzymać? Jazda >>> Prawie wcale nie jeździłem w tym tygodniu... Ale to się zmieni!
-
O t kolejny szkolny poniedziałek za nami. A ja nie jubię poniedziałków. Już same dwa niemieckie to i tak o trzy za dużo. Dziś miała miejsce całkiem nieprzyjemna sytuacja, na myśl o której już mi się odechciewa tego przedmiotu (włączając w to myślenie o nim), ale po prostu nie mogę tego nie skomentować. Wprowadzenie: nasza germanistka, jak już pisałem, ma taki (nie)ciekawy zwyczaj, że takie pierdółki, jak słówka czy inne badziewia lubi nam organizować na okienkach, przed/po lekcjach, lub nawet czasem musimy się zwalniać z mniej ważnych przedmiotów (ale to tylko "delikatnie" zaznaczone, że gdyby była taka możliwość). Mówiąc "zaliczać" nie mam na myśli popraw, tylko pierwszy termin takiej... kartkówki. Wątek główny: otóż tak się szczęśliwie złożyło, że osoby zagrożone z historii dostały szansę na podciągnięcie się nieco z ocenami. Ale jak to zwykle bywa, szczęście nie trwało długo. Bo osoby te miały poprawiać historię na (zgrozo!) języku niemieckim. Pozwolenia nie dostały, zostały natomiast twardo sprowadzone na grunt odpowiednią miną i tonem wypowiedzi "niestety, ale nie" psorki. Więc osoby te poszły poprawiać bae jej zgody. Zaś to, co działo się w klasie, gdy facia odkryła, że kogoś tu chyba jednak brakuje, to już nawet nie wiem, jak nazwać. Takie lamenty, monologi typu "jak można" i wielkie oburzenie to taki mały skrót tej sytuacji. Puenta: "w cudzym oku drzazgę widzicie, lecz w swym belki nie dostrzegacie". A poza wszystkim była to PIERWSZA, JEDYNA i OSTATNIA szansa. Bo na historii jest tak, że nie można ocen poprawiać. To, że germanistka sama robi tak samo, tylko na znacznie większą skalę i nawet gorzej to przecież pikuś. No i co o tym sądzicie? Przecież to jest jakieś chore. O szukaniu problemów na siłę już nie będę nawet wspominał. No, nie wiem co się to na tym świecie wyrabia... P.S. Akurat ja nie poprawiałem, więc możecie tą relację uznać za w miarę wiarygodną. Sprawdzian z kapciologii >>> też mam niedługo, a dokładnie to w środę. Jakiż piękny prezent na dzień dziecka... Sztuka/kultura/WOK/inne nazwy tego badziejstwa >>> ...a właściwie to nie do końca, bo WOK jednak co nieco się różni od sztuki, ale to prawie to samo. Też będę miał z tego [...] 3. Jak ze wszystkich "prostych" przedmiotów, np. PO. Z angielskiego 4 (wybitnie dziadoska i niezadowalająca ocena, nie ukazująca rzeczywistej wiedzy, ale tak po prawdzie mam to gdzieś).
-
A ja dziś miałem - jak to niektórzy mawiają - grylla. Ale burżujska rodzinka zostawiła mi tylko jedną kiełbaskę. Toteż zjadłem ją odpowiednio - z sosem ketchupowo-majonezowym. Ząb - zupa zębowa, dąb - du... eee... zupa dębowa >>> Rosół Amino (duuużo makaronu) do jedzenia, albo barszczyk/rosołek z torebki do picia. A z "chińskich" pikantna doprawiona odpowiednią ilością pieprzu i ostrej papryki. (nazywają się pikantne, a pikantne wcale nie są [mówię o tych czerwonych Wofon czy Wifon]) Skład czekolady >>> Czekolada składa się w 100% z czekolady. A tak serio to u mnie nie ma, ale pomysł świetny. Już ja dopilnuję, żeby był [w moim pokoju...].
-
Jak tu się ten topic szybko rozkręcił... Otóż to! wszystko się da. Np. moja obecna korba pochodzi od innego mojego roweru. I jak nie chciała z poprzednika zejść, to się ją potraktowało palnikiem. I zlazła (prawie nienaruszona - gdyby nie używać młotka, byłaby jak nowa). Tak, w motorach na tym się właśnie trzymają te wszystkie owiewki. A rowerkach nie uznaję czegoś takiego. Najgłupsze wypadki >>> Hmm... Raz rozjechałem jakiegoś bachora, któremu podobało się blokowanie ulicy. Myślał, że mnie zatrzyma. Naiwniak. :twisted: (BTW to jeszcze nic, mój brat rozjechał kiedyś rowerzystę [nawet to widziałem]) A taki, w którym ucierpiałem? Nie pamiętam takiego... Za to mój kumpel miał kiedyś fajoską kraksę (to też widziałem). Chciał zjechać po takiej dość stromej skarpie, ale nie zauważył, że tam właściwie... nie ma skarpy. Były tylko takie palowe "murki" (podtrzymywały ziemię, żeby się nie osunęła), a całość miała bydowę schodkową. No i zrobił tam salto (prawie!). Przednie koło zleciało na dół, a tylne wyprzedziło resztę górą. Świetnie to wyglądało.
-
Okularki >>> Posiadam. Dioptryczność ujemna. Co wymienić >>> Chciałbym wymienić sporo. Właściwie to cały rower. Ale na razie kruszcu niet. Nie mam już siły. Taki żar dawno się z nieba nie lał. Pocę się jak szczur. Zrobiłem dzisiaj 35 km i więcej nie zrobię. Ew. wsiądę jeszcze na trenażer (ale tylko wsiądę ). Do tego łapa dalej napiernicza. A, jeszcze co do wypadków: udało się wam kiedyś wpaść (jadąc rowerem) na pastucha elektrycznego? Bo nie przedwczoraj to spotkało (jakoś zapomniałem o tym napisać). Dobrze, że nie był pod napięciem...
-
IMO to, że w mieście skacze, to wina procka. Ja mam Barthona 2500+, Radeona 9200 i 512 RAMu i na średnich trochę przerywa (przede wszystkim w mieście). Zmień procek i powinno śmigać .

