Skocz do zawartości

remiq

Forumowicze
  • Zawartość

    313
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wszystko napisane przez remiq

  1. Cóż... Proszę o spokojne przeczytanie tego posta i równie spokojne zainterpretowanie jego treści. Ja natomiast zrobię wszystko, co w mojej mocy aby był to post wyważony. Potwory >>> Po raz ostatni wracam do tej kwestii, bo z małej chmury duży deszcz. Moim zdaniem bez ogólnie rozumianych potworów misterna konstrukcja fabuły nie załamałby się, a ilość fanów nie uszczupliła by się. Uwierz mi na słowo - w sześciu opasłych tomach zmieściło się wiele treści. Mam wrażenie, że zrozumiałem, o co ci chodziło. Uważasz, że określone gatunki książek ustalają pewien kanon - np. akcja SF musi toczyć się w przyszłości. W pewnym stopniu zgodzę się z tym. Uznałeś na tej podstawie, że w książce fantasy muszą być potwory w ilościach hurtowych. O to chodziło? Dokopywanie >>> Pierwszy raz ktoś mi zarzucił, że mu dokopałem. Serio! Ja, malutki robaczek i taki niecny czyn? Nie, coś tu nie pasuje. Pies jest gdzie indziej pogrzebany. Dojdziemy i do tego. Jeszcze jedno - przyznałeś, że ocenianie HP po jednym tomie było głupie, a mnie to nie wystarczyło. Fajnie, ale ja nie mogłem przeczytać tamtego posta (odpowiedź na post Colidora), bo kiedy się pojawił, ja byłem zajęty pisaniem własnego posta. To co, będzie wybaczone, czy zostanę potępiony na wieki wieków? Twoje zainteresowanie literaturą >>> Masz tendencję, albo robisz to umyślnie, do wyolbrzymiania. Innymi słowy, robisz burzę w szklance wody. Napisałem, że przeczytałeś jeden tom, ale i tak dobrze, że cokolwiek przeczytałeś. Ty w krzyk oburzenia, że niby ja posądziłem cię o nie czytanie literatury. Chodziło mi o to, że znam ludzi, którzy krytykują Pottera, ale nie przeczytali żadnego tomu. Tak więc dobrze, że ty, krytyk, przeczytałeś cokolwiek Z POTTERA. W całym zamieszaniu widzę trochę swojej winy - jeszcze się nie nauczyłem, że nie wszyscy ludzie mają taki sam tok myślenia jak ja i muszę tłumaczyć co i po co piszę. Może przeczytałeś więcej ksiażek niż ja kiedykolwiek przeczytam, może masz w domu tyle woluminów, co Biblioteka Kongresu. Wszystko jest możliwe. Czy twoja duma jest nadal urażona? Teraz muszę skończyć tę rozmowę w czasie rzeczywistym. Jeżeli napiszesz posta, to ja odpowiem na niego dopieo jutro o tej samej porze. Mam nadzieję, że zakończymy ten Sajgon sztamą. P.S. Kiedy ja zaczynałem na tym forum, niektórzy doradzali mi kupno Nervosolu. Żartobliwa aluzja.
  2. Każdy twój kolejny post potwierdza moje przekonania o twojej skromnej osobie. Lecimy. Czy mam przez to rozumieć, że ty FAKTYCZNIE, jak to napisął Merib, za miernik jakości książki uznajesz ilość występujących w niej potworów? Ciekawe, czy tą samą zasadę stosujesz przy ocenianiu filmów - wtedy przyznałbyć "Wysypowi żywych trupów" Oscara. A tak na serio - przyznaj, że to, najdelikatnie ujmując, DZIWNE. Chyba sam wiesz, że recenzeci książek biorą pod uwagę wiele czynników. Ty sam przyznajesz, że wziąłeś pod uwagę dwa, w tym jeden bezsensowny, tak więc sam potwierdzasz, że twoja opinia jest niewiele warta. Wystawiłeś ciężki zarzut, na twoje nieszczęście, słabo poparty, bo jednym słowem, którego znaczenia nie do końca zrozumiałeś. Ocenianie długiego cyklu książek na podstawie jednej publikacji jest po prostu nie w porządku, niesprawiedliwe, tak jak ocenianie człowieka na podstawie jednej doby z jego życia. Sam to przyznałeś! To twoje dziwactwo - zauważasz swoje błędy, ale potem dalej idziesz w zaparte i mówisz, że wszystko jest cacy. Nie napisałem, że ty jesteś żałosny, ale twoja postawa. Byłoby w porządku, gdybyś napisał "Przeczytałem pierwszy tom, nie spodobał mi się (argumenty) i dlatego nie czytałem następnych", a nie "Harry Potter to badziew, ci, którzy to czytają nie mają gustu, a wiem to wszystko po przeczytaniu jednej książki" (i tak dobrze, że cokolwiek przeczytałeś). Widzisz, ludzie uczą się na błędach, a Rowling nie jest wyjątkiem i każda jej następna ksiażka jest lepsza. Nie licz więc na przeprosiny, bo co napisałem, to podtrzymuję - twoja postawa jest pożałowania godna. Mam powtórzyć?
  3. Temat ruszył z kopyta. Świetnie, ja też się dopiszę. Zacznę od tego, że porównywanie książek Rowling do twórczości Tolkiena jest... bez sensu. Wytłumaczę to łopatologicznie. Choć książki o Harrym Potterze znajdują fanów w każdym wieku, to Rowling pisała pierwszą część z myślą o dziatwie wkraczającej w wiek dojrzewania. A skoro grupa docelowa jest taka, a nie inna, to dostosowano do niej konstrukcję fabuły, dialogi, sposób opisywania wydarzeń, etc. Słowem, potterowski cykl to zupełnie inna klasa niż np. Tolkien, który pisał z myślą o dorosłych, tak więc i poziom jest bardziej... ekhm... wysublimowany. (Choć w swojej klasie Potter nie ma wielu, którzy byliby mu równi.) Równie dobrze można by zarzucać projektantom Forda Mondeo, że nie jest tak technicznie doskonały jak BMW serii 3. Starsi czytelnicy będą mogli czerpać przyjemność z czytania Pottera tylko, gdy przymkną oko na pewne, zamierzone przez autorkę, niedoskonałości. Przeczytałem ostatnio "Nowe przygody Mikołajka". Jest to zbiór osiemdziesięciu fajnych opowsiastek o francuskim berbeciu. Nie widzę powodów, żeby określać tę książkem mianem "badziew", bo nie ma takich dialogów jak w "Ulissesie". Mister magister Goodman pisał jakieś smęty o nieoryginalności. Ciekawe, czy gdybym posadził Goodmana przy komputerze z rozkazem "Napisać oryginalną książkę, bo zabiję!", to spłodziłby coś w dziesięciu procentach tak nowatorskiego jak Potter (naprawdę trzeba mieć wyobraźnię, aby wymyślić coś tak dziwacznego i jednocześnie sensownego jak Quiddich). Powiedz mi też chłopcze, z jakiej innej książki Rowling ściągnęła Dementorów, skoro jesteś takim znawcą mitologii i światowej literatury (ops, sorki, teraz sobie przypomniałem, że ty przeczytałeś tylko pierwszy tom i nie możesz wiedzeć, kim są Dementorzy - żałosne...). Przykro mi to mówić, ale forumowicze ulegli wieści gminnej o Benedykcie XVI, który miał być zwolennikiem umieszczenia książek o Harrym Potterze na szczycie "Indeksu ksiąg zakazanych". Owszem, jeszcze jako kardynał Joseph Ratzinger był negatywnie nastawiony do tych książęk, ale ostatecznie zmienił zdanie. Jeszcze jako prefekt Kongregacji ds. Nauki Wiary podziękował J.K. Rowling za jej pracę pisarską. Hm? A plotka, która mówi o rekomendowaniu przez Bendykta XVI książki "Harry Potter - dobry czy zły?" pojawiła się za sprawą wymownego listu autorstwa kardynała Ratzingera z... 7 marca 2003 roku. Hm?
  4. remiq

    Media

    Budować negatywny klimat? Nie sądzę, by ktokolwiek potrakował trzydziestosekundową reklamówkę jako reprezentaywne źródło wiedzy o polskim szkolnictwie. Nie sądzę też, że twórcy reklamówki (Mumio?) chcieli się zemścić na nauczycielach za traumę z dziedziństwa. Ja rozumiem, że ty uczyłeś się, kiedy jeszcze nie było telefonów komórkowych, ale chyba nie sądzisz, że nauczyciele nie rozmawiają lub esemsują na korytarzu podczas przerwy. Nie mów też, że nie wierzysz, że polscy nauczyciele to ludzie z benedyktyńską cierpliwością, którzy brzydzą się podnieść głos. A że przeraskawiony? Tak, bo na tym polega dowcip. Fatalna realizacja, czyli co? Bład gramatyczny "ponawydurniam" - to część dowcipu. Media i polityka >>> Co tu dużo mówić - postawa polityków PiS (i nie tylko) to zaszłość z początków IIIRP, kiedy politycy byli przekonani, że skoro odbudowują kraj, to media koniecznie muszą im "pomóc". Chyba niestety koniecznością jest wprowadzenie w Polsce amerykańskiej bezgranicznej wolności słowa (tzn. możesz powiesić na każdym, nawet prezdencie, dziesięć zdechłych psów i nie ponosisz za to konsekwencji). Ja sam nie jestem tego zwolennikiem, ale w tym kraju chyba nie da się wprowadzić złotego środka pomiędzy niezależnością mediów a ich etyką, bo jeszcze doszłoby do tego, że Andrew Lepper uczyłby dziennikarzy owej "etyki".
  5. Moim zdaniem to dobrze, że wycięto sceny z Mistrzostw Świata. Dlaczego? Po pierwsze, ten fragment książki nic kluczowego do ogólnej fabuły cyklu nie wnosi i z tej prostej przyczyny nie ma tej sceny w filmie (zaoszczędzono w ten sposób kilka minut). Po drugie, mecze Quiddicha były we wszystkich poprzednich filmach i dobrze, że reżyser dał nam od nich odpocząć, po w końcu wszyscy poczuliby przesyt. Nie ma sensu żałować wszystkich wyciętych scen, bo gdyby twórcy filmu poszli fanom na rękę i zrobili na serio wierną ekranizację książki, powstałoby cztero-godzinne monstrum. Jedyne, czego można mieć za złe scenarzyście, to brak powiedzianego wprost wyniku meczu. Ho, ho, to jakie są według ciebie kanony urody - dla mnie ta dziewoja była całkiem ładna. Z tym mogę się zgodzić, choć w przypadku V części będzie już 5. Już III była całkiem niezła - "Rzeczpospolita" napisała, że to "gotycki horror" i dała filmowi trzy gwiazdki (na trzy możliwe).
  6. remiq

    Książki

    W końcu, po kilku miesiącach udało mi się dostać do "Wideo z Jezusem" Andreasa Eschbacha. Jej lektura trwała tydzień i nie sądzę by był to tydzień stracony, choć i tak odczuwam pewien niedosyt. Pomysł na fabułę jest ciekawy, choć wcale nie oryginalny. Podczas wykopalisk w Izrealu zostaje odnaleziona rzecz, która zdecydowanie nie jest typowa dla grobów sprzed 2000 lat. Instrukcja kamery wideo SONY. Dość szybko okazuje się, że papier, na którym została wydrukowana ma 2000 lat, natomiast sama kamera, która została w niej opisana wejdzie na rynek za dopiero trzy lata. Rozpoczynają się poszukiwania samej kamery, na której pierwszy podróżnik w czasie zarejestrował wizerunek Jezusa Chrystusa. Poszukiwania zamieniają się w wyścig, którego stronami są: sponsor wykopalisk i magnat medialny John Kaun oraz znalazca instrukcji, młody awanturnik Stephen Foxx oraz, po pewnym czasie, Watykan. Fabuła ciekawa, zakończenia nikt nie jest w stanie przewidzieć, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że "Wideo z Jezusem" to książka przygodowa, w której nazwisko Stepehena Foxxa można by śmiało zastąpić Indianą Jonesem, podczas gdy książka aspiruje na tytuł krymianału z elementami fantasy (wskazuje na to kostrkcja fabuły - na początku mamy trzęsienie ziemi i z pozoru nie do rozwiązania zagadkę. Potem napięcie rośnie i po nitce do kłębka dochodzimy do rozwiązania, im bardziej skomplikowanego, tym lepiej). Dobre wrażenie psuje niskich lotów humor , nieciekawe dialogi, nieprzekonywujące charakterystyki postaci i wiele fragmentów, których po prostu lepiej żeby nie było. Widoczne są też zauroczenia twórczością Dana Browna (postawienie kleru w roli czarnego charkateru). Mimo wszystko "Wideo z Jezusem" mogę polecić wszystkim tym, którzy "Kod Leonarda da Vinci" uważali za najlepszą książkę pod słońcem. Ambitniejsi mogą przeczytać "I ujrzeli człowieka" Michaela Moorloca (z całą pewnością Eschbach na niej się wzorował...) oraz kontrowersyjne "Na żywo z Gologoty" Vidala Gore'a (...na niej też). Jeszcze raz czytam Co z tą Polską?" Lisa. Po wyborach i pierwszych miesiącach rządu PiSu to jeszcze lepsza książka.
  7. Stoi 5 domów, każdy w innym kolorze. W każdym osoba innej narodowości. Każda osoba ma swój ulubiony napój, pali inne papierosy i posiada określone zwierzę. INSTRUKCJE: Anglik mieszka w czerwonym domu. Szwed ma psa. Zielony dom, którego właściciel pije kawę, stoi z lewej strony białego. Palacz Pall Malli ma ptaka. Osoba w środkowym domu pije mleko. Właściciel żółtego domu pali Dunhille. Norweg mieszka w pierwszym domu. Palacz Marlboro mieszka obok tego, co ma kota. Właściciel konia mieszka obok palacza Dunhilli. Palacz Winfieldów pije piwo. Norweg mieszka obok niebieskiego domu. Niemiec pali Rothmansy. Sąsiad palacza Marlboro pije wodę. PYTANIE: Kto ma rybę? "NIE" donosi, że Markowi Borowskiemu do rozwiązania tej zagadki wystarczyło 10 minut. Moje rozwiązanie: Zgadłem?
  8. remiq

    Only English :)

    Nothing to worry about. My friend passed FCE last year. And you know what? This year, he got 1 from short reported speach test. Seriously - FCE is not difficult, unless you don't use your English often. You should read some books, newspapers, watch BBC Pirme or at least CNN. And having a pen-friend, which lives in England isn't a bad idea. That should do it.
  9. Satelita -> Jak grasz w SA, rób to uważnie czytając wszystkie instrukcje. Musisz rozkochać w sobie Millie (zostaje twoją dziewczyną automatycznie, po misji "Key to her hart"), krupierkę pracującą w Caligula's Casino by ta podarowała ci kartę magnetyczną do kasy we wspomnianym kasynie. Mieszka ona w Prickle Pine, w północnej części Las Venturas i jest w domu od 12 do 22. Na szczęście kartę otrzymasz dość szybko, bo po 35% znajomości, czyli jakichś pięciu randkach (food date). Musisz pamiętać, że Millie to dystyngowana dziewczyna i nie lubi fast-foodów. Przepada natomiast za pubami i restaruacjami w centrum Las Venturas. Po osiągnięciu 35% znajomości Millie zadzwoni do ciebie mówiąc, że karta czeka na ciebie w jej sypialni. To uruchomi misję rabowania kasyna. (Miłosierny jestem, że pomogłem piratowi, nie? ) Nazwalbym to jednak inaczej, niz milosierdziem... - CormaC
  10. P.S. Dzięki za info o "rakach" i przepraszam wszystkich zainteresowanych za pomyłki.
  11. Chciałbym wypowiedzieć się na temat jakości kampanii prezydenckiej. Sztab Tuska dał palmę na całej linii. Może z czystym sumieniem powiedzieć, że przegrał przez nieudolną kampanię. Sztab Kaczyńskiego prowadział genialną (tak, mówię to serio!) strategię - sam prowadził agresywną kampanię, a twierdził, że to "ci od Tuska" są agresywni. Przykład? Sprawa z Wehrmachtem, która przypomina akcję z filmem, na którym Kwaśniewski i jego świta parodiowali papieża sprzed 5 lat. Tę kasetę ujawnił sztab Krzaklewskiego. Można było się spodziewać, że przy tak religijnym polskim społeczeństwie, będzie to oznaczać mogiłę dla Kwaśniewskiego. Ale nie, Kwaśniewski po prostu narzekał, do jakich to świństw posunął się Krzaklewski... Ostatnio prezydent Kaczyński obraził się, że to Tusk wykorzystuje sprawę z dziadkiem do swojej kampanii. I dorzucił jeszcze swoje oskarżenia odnośnie sprawy z hospicjamii (naturalnie bezpodstawne, na zasadzie "gwałtu, rety, szukajmy haka na Tuska!" - ot, burza w szkalnce wody). Tusk był za grzeczny. Apogeum swojej anielskości (która była już po pewnym czasie mocno niestrawna) osiągnął przy ostatnim spocie telewizyjnym (jeśli ktoś chce go sobie przypomnieć - jest na www.tusk.pl, w dziale Media>Do pobrania), w którym, na tle biblioteki, opowiada przypowieść o Aleksandrze Wielkim. Bardzo to ładne i w ogóle, ale pamiętajmy, że większość Polaków nie wie (i nie musi wiedzieć), kim był Aleksander Wielki i w ogóle jaki jest sens tej opowiastki. W tym samym czasie Kaczyński "zabłysnął" głupią, ale przekonywującą propagandową reklamówką, w której sugerował, jakoby Sejm bez prezdenta z tej samej partii nie może sprawnie rządzić... Tusk był zbyt leniwy. Kaczyński latał po całej Polsce w swojej ceśnie na spotkania wyborcze. Ktoś w tuskowym sztabie pomyślał, że kandydatowi nie wypada pokazywać się na wiejskich, obciachowych wiecach (takich, gdzie gra orksiestra z OSP ) i pozostał przy uściskiwaniu dłoni takim osobistościom jak Wałęsa (który, niestety, nie jest lubiany przez dużą część Polaków). Błąd! Podobnie jak pogardzanie elektoratem z Samoobrony (bycie kandydatem młodzieży nie jest złe, dopóki pamięta się, że młodzież nie biegnie do urn tak chętnie jak "legiony moherowych beretów"). Na Kaczyńskiego było dużo haków, Tusk nie użył żadnego. Parada, afiszowanie się ze swoją wiarą, głupawe, rozpaczliwe komenatrze (Urban popierający Tuska)... No i KONSERWATYSM! Ludzie zaczęli kojarzyć liberalizm ze złem... To smutne.
  12. Chciałbym się ostatecznie wycofać z dyskusji odnośnie wydarzeń na obchodach rocznicy zakończenia II wojny światowej w Moskwie. Tak na pożegnanie (ej, nie cieszyć mi się tu! I'll be back... discussing another topic! ) poproszę wszystkich zainteresowanych (RoZy, Cardinal, none, arg i inni) o zastanowienie się nad następującą sytuacją. Przypuśćmy, że obchody zorganizowano nie w Moskwie, ale dajmy na to w Waszyngtonie. Z mównicy przemawia Bush, nie Putin. Słowo "Polska" w przemówieniu nie padło ani razu. I co? Jak sądzicie: Bush miałby do tego prawo? RoZy, powiedz, czy Stany Zjednoczone mogłby pominąć Polskę, bo nie jesteśmy potęgą gospodarczą? Zostawię was z tą myślą. Powodzenia. P.S. Co do wyborów... Zanoszą się bardzo nudne medialnie dwa tygodnie. Oczekujmy pana Kaczyńskiego narzekającego o agresywnej kampanii Tuska... przez całe 14 dni.
  13. Nie mylisz przypadkiem dwóch wątków dyskusji? Jak ja mam to rozumieć: Polski nie wymieniono na obchodach w Moskwie, bo mamy za małe PKB i za mało ludności i dlatego jesteśmy "mało znaczącym sąsiadem"? A może dlatego, bo Putin jest zły za np. zaangażowanie naszych władz w wydarzenia na Ukrainie pod koniec 2004? Bo jeżeli to drugie, to jestem skłonny się zgodzić. Tak, nie zgadza się to, że okeślenia "zadupiasta" możesz użyć wobec jakiejś wsi na wschodzie Białorusi. Gdyby twój poprzedni post wyglądał tak jak ten, nie byłoby sprawy. Pojął? Na przyszłość uważaj na słowa. A teraz idź i nie grzesz więcej.
  14. Czemu się nie odzywałem przez tak długi czas? No cóż, siła wyższa. Teraz chciałbym uporządkować dyskusję. none, twoja nawiększa słabość polega na tym, że wszystkie sprawy rozpatrujesz w "matematyczny" sposób. Przykład to twoja interpretacja Katynia. Prosiłem, byś rozwinął swoją myśl, bo przypuszczałem, że i tu weźmiesz stronę Władka Putina. Cóż, on twierdzi, że Katyń to nie ludobójstwo, bo w encyklopediach piszą czarno na białym, że ludobójstwo to wymordowanie 90 procent ludności narodu. 15 tysięcy zastrzelonych jeńców to chyba nawet nie jeden procent narodu polskiego (o ile dobrze pamiętam, 45 procent całej kadry oficerskiej), ale czy z tej przyczyny mamy uznać, że to nie ludobójstwo? Jak nie ludobójstwo, to jak to nazwiesz? Masowym rozstrzeliwaniem? A holocaust? Broń Boże nazwać to ludobóstwem - zginęło przecież pięć, sześć milionów Żydów, a to nie 90 procent ogółu... Moja rada dla ciebie - rozpatruj sprawy w sposób bardziej refleksyjny (że nie wspomnę o obiektywiźmie - w pewnym stopniu, oczywiście). To mówienie o przydługawej i śmiesznej litanii państw uczestniczących w II wojnie światowej - już myślałem, że zaraz zaargumentujesz to w sposób: "Putin mógłby się przeziębić czytając takie długie przemówienie na takim ziąbie". Moim zdaniem, nie byłoby to śmieszne. 1 września tego roku, na obchodach rocznicowych na Westerplatte przeczytano nazwy wszystkich dużych starć z Wehrmahtem. Nie widziałem w tym nic zabawnego, gdy pewien generał czytał to z kartki. Udział Polski w II wojnie światowej to kolejny przykład takiego chłodnego, logicznego myślenia. Twojego, none i arga. Ten ostatni zalał mnie nazwami bitew. Niepotrzebnie. Wiecie, nie kwestionuję tego, że i bez Polski II wojna zostałaby wygrana. Ale wasz sposób pojmowania historii to tak jakby odmówić uznania najlepszemu czołgiście II wojny światowej, Michaelowi Wittmanowi, mówiąc, że i bez niego Niemcy zdobyliby Francję w 1940 roku. To tylko przykład, przyznaję, że średnio trafny - Polacy bili się jeszcze waleczniej. Jeszcze jedno - arg, pamiętam cię z "Wojsko i militaria" i tam zrobiłeś na mnie dobre wrażenie. Ale teraz za "zadupiastą walkę pod Monte Cassino" mam wyjątkową ochotę cię... (no nie do kończę, bo moderatorzy się doczepią i będą mieli powody), bo to już nic więcej jak chamska ignorancja i struganie eksperta w temacie, o którym wie się niewiele. O rusofobi więcej się nie wypowiadam, gdyż powiedziałem wszystko, co mam do powiedzenia, a kolejne kontry none wydawały mi się coraz bardziej naiwne (choćby ów rosyjski generał), a poza tym powatarzał swoje argumenty, nie wysuwając nowych. Apropos Stefana Batorego - tak, to on walczył z Iwanem Groźnym, gdy ten zaatakował Inflanty by zapewnić Rosji dostęp do Bałtyku.
  15. Wspomniałeś o oskarżeniach wobec ZSRR. Moim zdaniem nie o nie chodzi, ale stosunek Federacji Rosyjskiej wobec tych oskarżeń, tudzież przeszłości. Poza tym zagrań nie fair wobec Polski z ostatniej dekady jest dużo, nawet bardzo. Chciałbym też zauważyć inną ciekawą rzecz - otóż jeżeli już dochodzi do starć Polska-Rosja, to możemy mówić raczej o starciach Warszawa-Moskwa. Jeżeli nawet istnieje ta mityczna rusofobia, o której mówisz, to jest ona obca szaremu Kowalskiemu, podobnie jak polofobia jakiemuś Iwanowiczowi. Takie quasi-nacjonalistyczne poglądy reprezentuje dość wąskie grono polityków polskich (przede wszystkim PiS z Lechem Kaczyńskim na czele) i nieco (tylko nieco!) szersze grono polityków rosyjskich. Zarówno w Polsce, jak i w Rosji obcy akcent nadal pomaga w życiu. Ech... Ja to nazywam "komleksem polskości". Polega on na myśleniu, że nasz kraj to paproszek na arenie światowej polityki, gospodarki, wojskowości etc. Moim zdaniem - zdecydowanie nie, ale to materiał na inną dyskusję. W każdym razie, "sprawy polskie" są dla Kremla istotne - wszak Putin rozpętał burzę w szklance wody po napadnięciu na dzieci rosyjskich dyplomatów. Nie mi to mów, ale rosyskiemu MSZ. Przecież to rzecznik tej instytucji wystąpił w państwowej telewizji. Mówiąc "dyplomacja" mam na myśli załatwiania spraw z wyczuciem (np. poprzez list wręczony ambasadorowi). Teraz przesadziłeś z wybielaniem kremlowskich wybryków. To tak jakby Bundestag nazwał jakąś berlińską ulicę imieniem Alberta Speera. No co? Według twojego toku myślenia, Francuzi i Brytyjczycy nie mogliby mieć o to pretensji, gdyż Speer był Niemcem i świetnym inżynierem. Chyba faktycznie się mylisz. Jeśli dobrze pamiętam, był to Stefan Batory. Rozwijając myśl, pan Kaczyński chyba faktycznie zbyt serio traktuje sprawy zagraniczne i chyba to on jest jednym z niewielu polskich rusofobów i w ogóle -fobów (zagroził też, że jeżeli Niemcy nie zaprzestaną domagania się o ziemie pozostawione w Polsce po 1945, on zarząda 5 bilionów dolarów za zniszczoną Warszawę w 1944). Czytałem też we "Wprost" o rajdzie rowerowym upamiętniającym zobycie Moskwy w 1612 zoraganizowanym przez organizację NASI. Tytuł artykułu - "NASI czy NAZI?". Żeby nie było więcej takich niedomówień - najlepiej by było, gdyby Putin wyczytał nazwy wszystkich krajów, które walczyły z Hitlerem. Od ZSRR, USA, Wielką Brytanię, przez Polskę i Francję, po Danię i Nową Zelandię. Kilka sekund czytania więcej, a unikniętoby takich nieprzyjemności. Nie chcę się bawić w małego Freuda i odgadywać, co miał na myśli Churchil. Mimo to, musisz przyznać, że wielu czołowych światowych historyków bezkrytycznie wierzyło w churchilowskie pamiętniki, w których owy pan z nieodłącznym cygarem pisał, że Polacy sami swoimi działaniami zgotowali sobie swój los (innymi słowy: zbyt tchórzyliśmy i dlatego był PRL, a nie III Rzeczpospolita). Komentarza z powodu braku czasu dokończyć nie mogę. None, ze swoim komentarzem tego posta wstrzymaj się do piątku.
  16. "Rusofobia" to słowo wymyślone zza Bugiem i tamteż chętnie stosowane. W moim mniemaniu, czegoś takiego w Polsce prawie nie ma. I bardzo dobrze, bo zgodzę się z tobą, że do Rosji trzeba podchodzić jak do jeża - ostrożnie i z sękatym kijem w dłoni. Nawet "osobniki przeczulone", czyli panowie z Samoobrony i LPR dość spokojnie komentują depesze z Moskwy, że nie wspomnę o obecnie już byłym rządzie i prawie byłym prezdencie, który z Putninem obchodził się jak z jakiem (przykładów jest bardzo wiele, np. udział Kwaśniewskiego w wspomnianych obchodach, za co pochwaliły go oficjalne rządowe gazety Federacji Rosyjskiej). Polityka zagraniczna Platformy Obywatelskiej wydaje się najbliższa ideału, co potwierdzają niemieccy i rosyjscy publicyści, którzy nieco obawiają się żywiołowego PiS-u. Krótko mówiąc - rusofobia właściwie nie istnieje, chyba, że ktoś uznaje za nią np. publikacje Pawła Reszki, rosyjskiego korespondenta "Rzeczpospolitej", który został pobity przez nieznanych sprawców. Obserwuje się za to coś co z niewielką przesadą można nazwać "polofobią". Wspomniane przez ciebie rondo Dudajewa - nie wiem, czy nadal ono funkcjonuje (nie mieszkam w Warszawie) ani kto wpadł na taki genialny inaczej pomysł (nie sądzę jednak, że było to coś w rodzaju "zrobię cioci na złość", czyli psucie Rosjanom krwi). Ot, głupi incydent. Spokojne wytłumaczenie, co nie gra, poproszenie o zmienienia nazwy ronda... Ale nie, my mówimy o Rosji, tutaj nie ma mowy o dyplomacji. W ramach akcji "ząb za ząb" Rosjanie nazwali moskiewską ulicę imieniem rosyjskiego generała, który za zaborów wysławił się powieszeniem 117 polskich powstańców. Jaruzelski? O nie już wystarczająco dużo napisałem. 1612? Cóż, o "czepianiu się" odnośnie tej sprawy nie słyszałem, choć... Polacy też nie bez dumy przyznają, że tylko nasze wojska przez dłuższy czas okupowały Moskwę. Po prostu chciałbym aby Kreml traktował nas tak samo, jak nasz rząd ich. Sprawiedliwie i z wyczuciem. Sprawa dyskusyjna. Moim zdaniem paliwo było (wówczas, w 1941 jeszcze tak), a Luftwaffe była w pełni sił. Faktem jest natomiast, że w czerwcu 1941, w dniu decydującego starcia Polacy zaliczyli najwięcej strąceń. Poza tym, wprowadzili do RAF-u nowoczesne techniki walki, które wcześniej były tak archaiczne, że wręcz samobójcze. Czyżby? Sam napisałeś, że "też mi powód do dumy" w swoim poprzednim poście. Poniosło cię? I zgodzę się, że nie każdy musi być z "naszych" dumny, a już na pewno nie Rosjanie. Ciekawe to, co mówisz... Ja nic nie wiem o polskim wywiadzie (a raczej akcjach o charakterze wywiadowczym, bo chyba o tym mówisz) działającym w okresie rozbiorów. Byłbym wdzięczny za tytuły książek na ten temat. Broń Boże, nie. Chciałem jedynie zobrazować, jaki były rozmiary tragedii... i ignorancji graniczącej z bezczelnością ze strony Putina. Co do liczb... Ja cytowałem za Wikipedią (miałem ją pod ręką). Inne źródła - trochę inne dane. ZSRR i Wielka Brytania? Chwała im za to. Jednak terytorium USA nie było zagrożone ani razu. Że nie wspomnę o tym, że zarówno obywatele Rosji, Wielkiej Brytani i Stanów mogli się poczuć dumni, że wymieniono ich z nazwy na obchodach w Moskwie. Polacy niestety nie. Teraz to ty nie zrozum mnie źle. Nie chodzi o decydującą rolę w II wojnie, ale o honor i bohaterską postawę, o rzeczy które prezydentowi-eks kagiebiście są chyba obce, skoro nie chce uchylić przed nimi czoła. Winstona Churchila bardzo szanuję, uważam go za największego polityka wszechczasów, ale zirytowało mnie jego powiedzonko, że "nie boi się, jak go potraktuje historia, bo sam ją napisze". Można napisać podręczniki do historii, ale prawdy się nie zmieni, bo to nie realia z orwellowskiego "Roku 1984". Interpretacja historii? Faktycznie może być różna, ale istnieje wystarczająco dużo polskich Faktów (przez duże "F") z II wojny światowej, które nie podlegają dyskusji. P.S. Napisałeś o "naszej interpretacji Katynia". Możesz rozwinąć swoją myśl?
  17. Nie mogę się zgodzić. Tak się składa, że ta "reszta" to między innymi Wielka, Imperialistyczna, Wspaniała Francja... Teraz powiedz - czy w Moskwie potraktowano nas sprawiedliwe? Czy TRAKTUJE się nas sprawiedliwie? Bo nie chodzi o nic specjalnego, po prostu o prawdę i sprawiedliwość. Jeśli chodzi o nasze znaczenie militarne... Zakładam, że jesteś za pan brat z takimi pojęciami jak Bitwa o Anglię, Dywizjony 302 i 303, Strzelcy Karpaccy, Tobruk, Narwik, Monte Cassino, Samodzielna Brygada Spadochornowa generała Sosabowskiego, Arnhem... Szczególnie tę pierwszą nazwę radzę wziąźć sobie do serduszka. Powiem krótko: gdyby nie polscy piloci, zwycięztwo nie byłoby tak jednoznaczne, może nawet w ogóle go by nie było. I co potem? Cóż, by to przewidzieć, nie potrzeba wybitnie analicznego umysłu. Tak więc - mów, co chcesz, ale ja będę dumny ze swoich rodaków. Na ostatek polski wywiad. Pamięta on czasy marszałka Piłsudskiego i od samego początku prezentował światowy poziom, zdolny do konkurowania z radzieckim, mimo iż tamten funkcjonował za cara, jednak osłabiły go stalinowskie czystki, które ominęły najwyższych oficerów, ale tępiły wszystkich innych. Danymi odnośnie funkcjonowania wywiadu II RP nie dysponuję, ale samo wywiezienie Enigmy poza terytorium Niemiec było niewątpliwym sukcesem, ot taka próbka umiejętności. Natomiast w okresie Zimnej Wojny, Polakom pozwolono (jako jedynemu narodowi w państwach Układu Warszawskiego!) na utworzenie własnej, w miarę niezależnej od Sowietów szkoły wywiadu. I dziś ABW i Informacja Wojskowa to służby "cud-miód", szkoda, że są tak opluwane przez media. Cały mój wywiad po to, by udowodnić, że tak ważnej kwestii nie da się rozstrzygnąć jednym zdaniem. Dla mnie - i każdego w miarę obeznanego w temacie Polaka - tak. Dla Putina udział Polski i Danii w II wojnie jest taki sam. Z całym szacunkiem dla Duńczyków, doceniam ich udział i ofiary, ale... My pierwsi krwawiliśmy w tej wojnie i to my ponieśliśmy największą ofiarę. Wiecie, ilu amerykańskich żołnierzy zginęło ogółem w II wojnie światowej? 300 tyś. Mniej niż jedna Warszawa. Natomiast w przypadku Polaków życie straciło prawie siedem milionów osób i pod tym względem zajmujemy niechlubne trzecie miejsce (za ZSRR i Chinami - prównajcie ludność tych trzech państw...). A to, że Polska nigdy nie podpisała kapitulacji? Że mieliśmy największą armię podziemną wszechczasów? Mi też to się nie podoba, ale wygląda na to, że faktycznie trzeba to powtarzać w nieskończoność. Ich wina. Polacy nigdy nie byli konformistami. Słusznie zresztą. Tak się składa, że prawdziwa historia pisze się sama. Chyba, że masz na myśli "szlachetne, braterskie i bezinteresowne udzielenie pomocy burżuazyjnej Polsce 17 września 1939 r."?
  18. Drążę temat M16 vs. kałach. Co do tego nużania broni w piasku - mogę tylko potwierdzić. Podobnie jest z upuszczeniem AK w błoto - pewien wojskowy powiedział mi, że może strzelać jeszcze do siedmiu razy po takiej kąpieli, w przeciwieństwie do karabinów amerykańskich, brytyjskich lub izraelskich. Celność i zasięg. Arsen - szwagier cię okłamał. Skuteczny ostrzał z AK można prowadzić do 1500 metrów, nie 150 (chodzi mi o strzelanie typu "shoot to kill", nie mówię o ogniu zaporowym). Ponadto, pewna anegdota mówi, że amerykańscy balistycy byli absolutnie pewni, że M16 jest pod każdym względem lepszy od AK... aż nie wybrali się do Wietnamu. Ci, którzy przeżyli, nauczyli się poprawnie wymawiać "kałasznikow". Zupełnie serio - AK to typowo rosyjski, wręcz sowiecki karabin. Prosty, toporny, ale solidny, tak jak T-34 (rozbijał w puch cuda niemieckiej myśli technicznej) i kamaz (już od kilku lat każe peugeotom i fordom wąchać spaliny na rajdzie Paryż-Dakar). Oglądałem też na kanale Planete (przy okazji - polecam) dokument o panu Kałasznikow i jego dziele. Bardzo ciekawy film. Dużo uwagi poświęcili specyfice amunicji 7.62 mm Układu Warszawskiego. Podobno jej zaletą jest to, że często ciężko rani, ale nie zabija. Spójrzcie na to z tej strony: gdy zostanie trafiony jeden żołnierz, potrzeba dwóch kolejnych by mu pomóc. I proszę - trzech wojaków wyłączonych z walki po jednej kuli. To naprawdę działa!
  19. Wyjątkowo trafne wydało mi się stwierdzenie z recenzji gry Delta Force: Blak Hawk Down w CDA. Desanty, odbijanie zakładników, sztrumy budynków, nocne operacje... I to wszystko w ramach misji stabilizacyjnej. Aż stach pomyśleć, co by było, gdyby pojechali tam na wojnę! Ja też strzelałem z Norconii (z lunetą) i nie byłem zadowolony. Niesolidne to, niecelne, dużo pustych strzałów... Osobiście składam pieniądze na czeską, stuningowaną Slavię z Allegro. Kilkaset zyli więcej niż na Norconię, ale to chyba jednak bardziej opłacalne. No i 25 J zamiast 17. :twisted: To chyba proste: Beryle, Tantale i Onyksy z zakładów "Łucznik" w Radomiu. No i oczywiście rozmaite kbk AK (używane jak świat długi i szeroki, a mało kto wie, że to polski wynalazek): kbk, czyli Karabin Bojowy Krótki, zwykły kałach. kbks, czyli kałasznikow ze składaną kolbą. Chętnie używany przez spadochrnoniarzy i radiotelegrafistów oraz... terrorystów. (No niestety, ale jednak.) kbksm, czyli kałasznikow ze składaną kolbą modernizowany. Modernizacja polegała na poprawieniu celności (przez dodanie "ściętej" pod kątem nakładki na lufę), zmniejszeniu wagi i poprawieniu wyglądu (nie był taki pękaty). kbkg, czyli kałasznikow ze... już wiecie, czym... plus granatnik! A to Polska właśnie. Chcecie wiedzieć więcej? Dodajcie stronę www.kalashnikov.guns.ru do Ulubionych. Aha - nie wiem, czy to polski projekt, ale czołgiści w armiach Układu Warszawskiego posiadali bardzo specyficzne odmiany AK, tzw. "raki". Podobno Izraelczycy go skopiowali i tak powstał UZI. Byłbym dozgodnie wdzięczny za więcej informacji na ten temat.
  20. remiq

    Książki

    Kilka postów temu toczyła się dyskusja na temat twórczości J. Hellera. Panowie! Trochę przesadziliście z tą krytyką. Owszem, "Ostatni rozdział" jako całokształt nie jest dobry (głównie przez quasi-autobiograficzne rozdziały przeplatane z właściwymi i akcja w czasach współczesnych), ale ma kilka bardzo smakowitych fragmentów, na przykład rozmowa Yossariana z prywatnym detektywem przez telefon na początku książki. Chyba tym razem Heller przesadził z absurdem (sikanie ciężką wodą... ), który w "Paragrafie 22" był przedstawiony uderzająco realistycznie. "Paragraf 23" natomiast pozytywnie mnie zaskoczył. Prawie wszystkie opowiadania można uznać za świetne (szczególnie podobała mi się przewrotna "Żona Loka"). Muszę jeszcze przeczytać inną powieść Hellera, "Gold jak złoto". Jej recenzje były bardzo pozytywne, więc może i WaFel powinien go przeczytać by powróciła mu wiara w tego autora?...
  21. Ja się zachlaszczę... Kilka razy pisałem, że nie ma książki historycznej autorstwa Wojciecha Jaruzelskiego (i inni nie zaprzeczali), a tu wczoraj wieczorem od niechcenia biorę do ręki Angorę z listą bestsellerów i cóż widzę? "Pod prąd", wydawnictwo Comandor, 215 stron... a autor to Wojciech Jaruzelski! Jakim cudem nie dowiedziałem się o niej wcześniej, toż to taka publikacja zasługuje na rozgłos. No nic, zdobędę, poczytam i może poczuję się do obowiązku wznowienia niedawno zakończonej dyskusji, może tym razem jednak w dziale "Historia dawna-i-nie-tak-dawna". Ze wstępu autora (to tak na dobry początek): Po co ta książka? 13 grudnia 2004 roku minęła kolejna, 23. rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Co rzucało się w oczy w informacjach, artykułach, audycjach, filmach? Selektywność w przedstawianiu faktów i okoliczności, tendencyjność, jednostronność ocen i komentarzy. Oskarżycielska, potępiająca tonacja. Tak jest od lat. Przy tym paradoksalnie - im dalej od ówczesnych wydarzeń, tym ostrość niektórych ocen i zachowań jest większa. Momentami osiąga wymiary histerii. Kojarzy się to zresztą z aktualnym zapotrzebowaniem politycznym niektórych kręgów na ożywianie i utrwalanie historycznych podziałów. Odczułem wewnętrzną potrzebę zabrania głosu, napisania tej książki. Część z tego, co powiem dalej przewijała się już w moich publikacjach. Wracam jednak do niektórych wątków, komentuję je oraz zasadniczo uzupełniam - przede wszystkim dlatego, że na ogół były one dotychczas ignorowane, nie brane pod uwagę - przysłowiowy "groch o ścianę". Potwierdza to właśnie rocznicowy bilans informacyjno-propagandowy. Pójdę więc "pod prąd". Teraz nie mam wyboru, muszę to przeczytać! Aha - wspomniany przeze mnie tekst o "Solidarności" to praca konkursowa, po jego rozstrzygnięciu może zamieszczę go w Action Magu. P.S. Zmieniono stronę www.cimoszewicz.pl! Jest program wyborczy! Panie admin, teraz to musztarda po obiedzie...
  22. Kilka spraw do uporządkowania. Dziwnie się dzieje w państwie Polskim. W pamięci mam jeszcze słowa Ludwika Dorna z PiS, który nazwał Cimoszewicza "polticzną laleczką barbie". Była też okładka "Newsweeka" z wizerunkami Cimoszewicza i Kaczyńskiego oraz podpisem "Choleryk kontra arogant. Kampania na chraktery". Dziś wchodzę na stronę www.lechkaczynski.pl i w wyszukwiarce wpisuję hasło "Włodzimierz Cimoszewicz". Otrzymuję 26 wyników, w tym wywiad z "Gazety Wyborczej" z Lechem Kaczyńskim, który dotyczy głównie osoby pana Cimoszewicza. Tego ostatniego nazywa "zagrożeniem dla Polski". Jeszcze strona www.cimoszewicz.pl i program wyborczy, a raczej jego brak. Teraz www.tusk.pl. Inny świat. Zgodnie z brzmieniem adreseu strony - Tusk, PO i już. A teraz piszecie, że brzydzi was jego podjeście do polityki i brudna kampania. Moim zdaniem takowej nie było, ale pomijam to. Dlczego nikt nie czepia się Lecha Kaczyńskiego i Ludwika Dorna, którzy wobec Cimoszewicza naprawdę prowadzili negatywną kampanię (zresztą vice versa)? Może i jestem "ultraprawicowcem", ale krytycznym i mnie również żałosna wydała się ta "laleczka", bo ani to celne, ani śmieszne. Aha - wywiad z Nałęczem przeprowadzony przez Kolendę-Zalewską. Pan profesor historii pogrążał się z każdą minutą. Ostatecznie oświaczył, że Donald Tusk powienien bronić Cimoszewicza przed oskarżeniami PiSu (Kolenda-Zalewska w tym momencie się załamała). To by było zabawne - Tusk za swoje pieniądze organizuje konferencję prasową, robi oburzoną minę i broni konkurenta. Słuszne wydało mi się zdanie Tuska na jego konferencji po oświadczeniu Cimoszewicza, "że niczego żałuje, ale też nie cieszy się, bo gdy był młody, też nie cieszył się, gdy ktoś złamał nogę na boisku. Że Cimoszewicz opuścił wyborców? Bo opóścił. To decyzja tchórzowska na zasadzie "róbta co chceta, mnie to nie obchodzi". Mówi, że nie widzi godnego kandydata na stanowisko prezdenta, ale swój elektorat i partię zostawił na lodzie. Nie ma się co oszukiwać, tak było. P.S. Chciałbym formalnie zaznaczyć, że więcej moich głosów do dyskusji o generale Jaruzelskim nie będzie. Chciałbym też pdziękować Devil Sinowi i RoZemu za ich posty, które stały się materiałem do mojego tekstu na temat "Narodziny NSZZ >>Solidarność<< - początek zmian politycznych, społecznych i mentalnych w Polsce XX w.". Dzięki!
  23. Sytuacja sprzed trzech minut... KUMPEL: Ej, słyszałeś wiadomość dnia? JA: Nie, co się stało? KUMPEL: Cimoszewicz wycofał swoją kandydaturę. JA: Pewnie dlatego, że "nie mógł dłużej znosić opluwania swojej rodziny i siebie", tak? KUMPEL: Skąd wiedziałeś?! Teraz poważnie. Nie uronię łezki nad decyzją pana Cimoszewicza, choć nie skaczę też z radości pod sufit. Ot, po prostu nie lubię tego go, zarówno jako polityka i kandydata na prezdenta jak i zwykłego człowieka. Nie satysfakcjonuje mnie też uzasadnienie tej decyzji. Brzmi jak "jesteście wszyscy be! Zabielam glabki i idę do domu!". Niestety, stety - polityka to zawód dla ludzi dorosłych, którzy są świadomi, że coś takiego jak kandydantura na urząd prezdenta zachęca opinię publiczną i dzienniakrzy do "lustracji" danej osoby. Obejrzyjcie film "Barwy kampani" z Johnem Travoltą, a przekonacie się, jak to się robi w Ameryce. Tak uparte szukanie haka na polityka to coś normalnego. Jeżeli dziś kadydat nie będzie potrafił odeprzeć zarzutów dotyczących jego osoby, to czy możemy mieć pewność, że coś takiego nie powtórzy się, gdy ten będzie prezdentem, a naród będzie oskażany. Wygląda na to, że Cimoszewicz chłodno skalkulował co może stracić, czego naród może się o nim jeszcze dowiedzieć. Pomijam już fakt, że pan marszałek na pewno nie jest osobą świętą. Osoba-prawnik pomija się w wypałenianiu druczku? Kilka razy? Oczywiście, że errare humanum est, ale umiejętność wypełniania formularzy zdobywa się w szóstej klasie szkoły podstawowej. No i jeszcze jedno: pan Cimoszewicz chciał być głową państwa, do którego wrócić jego córce ani się śni... Jeszcze jedno: Devil, zauważ, że Tusk NIGDY (w żadnym wywiadzie, w żadnej audycji, w żadnym spocie, w żadnym komentarzu) nie robił Cimoszewiczowi zarzutów, nawet gdy się o to prosiło. Jego obchodzi własna kampania i wyborcy, koniec kropka. Raz tylko powiedział, że Nałęcz dużo stracił w jego oczach i ubolewa z tego powodu (Nałęcz był jego profesorem). P.S. Jaki był program wyborczy Cimoszewicza? Nigdy o nim nie słyszałem, ciekawe.
  24. Wiesz, ludzie po prostu lubią kontrowersyjne książki. Przykładów nie trzeba szukać daleko - "Alfabet Urbana". Z całą pewnością taka publikacja nie zostałaby dobrze przyjęta, ale jednak przyjęta. Jażeli ktoś was oskarżyłby o zdradę ojczyzny, to nie bronilibyście się wysuwając argumenty...? No, chyba że takich po prostu nie argumentów nie ma. Co do IPN - wydaje mi się, że jest jedną z tych polskich instytucji, w których opinia publiczna dostrzega same błędy i porażki. Np. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego to organizacja prezentująca światowy poziom, ale mówi się o niej tylko jak o marionetce w rękach rządu. Nawet gdy niedawno wydalono z Polski pewnego bliskowschodniego lekarza, wszyscy byli oburzeni dopóki nie okazało się, że ten sympatyzuje z poglądami terrorystów (np. twierdził, że 11 września był bardziej sprawiedliwy od inwazji na Irak). Wracając do IPN - dobrze, że istnieje, a Leon Kieres był bardzo dobrym jej szefem. No to nie wiem, jak was przekonać. Co będzie potwierdzone? W najbliższym czasie wybieram się do piotrkowskiego Archiwum Państwowego by tam poszukać informacji odnośnie Jaruzelskiego jako wojskowego komendanta tegoż miasta w 1946 r. Może to was przekona. Może i masz rację, ale Jaruzelski wtedy nie prezentował twojego poglądu. Autentycznie nie był niczego pewien, grał w - nomen omen - rosyjską ruletkę. Chruszczow popełnił błąd potępiając Stalina. W ten sposób nie mógł przeprowadzić czystek w politbiurze (w którym nie miał prawie żadnych sojuszników), ani raz na zawsze rozprawić się z podziemną opozycją skutecznymi staliowskimi metodami. Poza tym, większość gałęzi przemysłu była skorumpowana do cna, więc KGB aresztowała wszystkich jak leci. Pomijam już fakt, że prawdziwie marsistowskiego komunizmu po prostu nie da się zbudować. Można tylko eksperymentować z łączeniem elementów socjaldemokracji z kapitalizmem, tak jak zrobiono to z sukcesem w państwach skandynawskich, szczególnie Szwecji lub Finlandii, w których odsetek ludzi ubogich jest dziesięciokrotnie (sic!) mniejszy niż w USA. Mam nadzieję, że RoZy się jeszcze odezwie. Pisząc, że mój poprzedni post był miejscami mocny, miałem na myśli to, że puściły mnie nerwy po nieco kuriozalnych jego wypowiedziach (że między Bogiem, a prawdą to "Solidarność" też jest winna śmierci górników w "Wujku"). Sorry, mam nadzieję że RoZy się nie obraził.
  25. Dobrze, poszukam, choć ułatwiłbyś mi zadanie podając tytuły. Swoją drogą, gdybym był na miejscu generała Jaruzelskiego, mimo wszystko napisałbym książę, w której przedstawiłbym swoją wersję wydarzeń. Na pewno Jaruzelski znalazłby wydawcę, ale o żadnej książce ani widu, ani słychu, a tu ze wszystkich stron sypią się na jego osobę zarzuty. Ale to taka dygresja. (Przeczyłem swojego posta jeszcze raz i stwierdzam, że w wielu momentach jest dość mocy... Ale niech zostanie.) Rozumiem, że ten Polsat i TVN to apropo czego...? Jak to ty mówisz: LOL. To subtelna sytuacja, której nie do końca zrozumiałeś. Nie chodziło o to, że Jaruzelski bał się, że wojsko sobie nie poradzi podczas stanu wojennego, bo było za słabo wyposarzone lub wyszkolone. O nie - ówczesne WP było bardzo dobrą armią, o niebo lepszą od ich węgierskich lub czechosłowackich towarzyszy broni. I o to chodziło. Jaruzelski nie wiedzał, czy przypadkiem wojskowi nie pójdą za Solidarnością w krytycznym momencie. Niestety, wyciełem tę kwestię ze stengoramu, ale towarzysz Ustinow w pewnej chwili zauważył, że wojsko zasadnicze w Polsce aktualnie przechodzi do cywila po cywilne ubrania i bierze dwumiesięczną cywilną pracę, ale to właśnie wtedy większość z nich ulega solidarnościowej agitacji. Przypominam - rezerwa liczyła 300 tyś. ludzi, a i wojsko zawodowe mogło ulec kontrrewolucyjnym ideom, bo przecież nawet do koszar pewne informacje przeciekają. Gdyby ziścił się scenariusz butnej armii, Jaruzelski i reszta pezetpeerowców byłaby w nie lada opałach. Nie byłoby żadnej wojny domowej. Wojsko, policja, cywile - wszyscy kontra garnitury z nomenklatury partyjnej... A ja myślę, że Chruszczow był ostatnim mohikwaninem, ostanim premierem Związku Radzieckiego, który na serio myślał o zbudowaniu komunizmu jak glob długi i szeroki. Teraz RoZy - twoich wątpliwości na temat prawdziwości powyższych danych nie skomentuję, już o tym pisałem. Co do tajności spotkania w Brześciu - za mało wiem. Pamiętam, że politbiuro dyskutowało czy trzymać fakt tego rendez-vous w tajemnicy, ale wszyscy dość zogodnie przyznali, że o spotkaniu stanowczo należy zapomnieć. Nie wybuchłaby, to byłby byłyskawiczny zamach stanu, takie poderżnięcie gardła władzy. Poza tym, Sowieci liczyli się z takim scenariuszem wydarzeń, myśleli jak zabezpieczyć ich drogi tranzytowe do NRD przez Polskę, kazali umacniać radzieckie bazy wojskowe na terenie Polski... Politbiuro potrafiło robić szacunek strat i zysków. Zostawić polską kontrrewolucję w spokoju to utracić socjalistycznie bratni kraj i źródło wielu surowców oraz liczne bazy wojskowe. Zrobić o wiele krawszą powtórkę z Czechosłowacji to narazić się na gromy ze strony Zachodu, w tym blokadę ekonomiczną i gospodarczą (a ZSRR mimo, iż miało źródła prawie wszystkich surowców, to i tak musieli co roku np. kupować pszeniczkę od Kanady). Czyli - tracimy jedno, czy wszystko? Prosty wybór, którego mimo wszystko lepiej uniknąć - dlatego tak naciskano na Kanię i Jaruzelskiego, by się nie cofali. Telewizja polska zrobiła wywiad z pewnym czerwonoarmistą (oficerem). Powiedział on, że o żadnej inwazji nie mogło być mowy. Po pierwsze, nie ja mam na myśli, ale dziennikarz "Newsweeka", który napisał ten artykuł (czytajcie moje posty uważnie, proszę!). Ale tak, mordował. Pomagał NKWD lokalizować i chwytać AK-owców (między innymi tych, którzy dowodzili powstaniem w Warszwie '44), a potem zsyłać na pewną śmierć na Sybirze. Ci, którzy nie godzili się z takim losem, stawiali zbrojny opór... i oczywiście ginęli. Jaruzelski robił to ze stuprocentową premedytacją - wiedział, kim są ci ludzie. Przepraszam, kim byli... Litości, on był wtedy ministrem obrony narodowej! To mimo wszystko trochę więcej niż żołnierz (ja słowo "żołnierz" przeważnie rozumiem jako szeregowiec)! Aha - twoje porównania do PO są deczko nietrafione. Myślałem, że tego z Nowym Orleanem nic nie przebije, ale jednak. Rozumując komunistycznym tokiem myślenia, władze Warszwy powinni rozpędzić Paradę Równości nie policyjnymi oddziałami prewnecji i armatkami wodymi, ale T-72 lub Ambrasami z podwarszawkskiej bazy pancernej w Sulejówku. Bo takie zagrożenie... Nie wierzę, podkreślam NIE WIERZĘ, by tamci czołgiści pojechali nad Wybrzeże sami z siebie. A opozycja i Polacy nie byli naiwni, ale zdesperowani. Ciężko zrozumieć? Nie rozpatruj tej sprawy w kateogriach "Solidarność powinna, nie powinna". ZGINĘLI LUDZIE i to niezaprzeczalny fakt. Myślę też, że umarli oni prędzej z winy Jaruzelskiego niż Wałęsy, Michnika lub innego ówczesnego czołowego działacza "Solidarności". - Panie marszałku! - Słucham was, kapitanie... - Kilku cywilów, dwie kobiety i trójka małych dzieci, nie chce wpuścić naszych żołnierzy do budynku! - Ach tak, rozumiem... No cóż, weźcie kilku mocnych chłopa, postawcie pod murem i rozstrzelajcie. - Ależ panie marszałku...! - Jakiś problem, kapitanie? Wykonać rozkaz, natychmiast. - Tak jest! ...I co, czyż to nie są brednie? Wojna to raczej niebezpieczna zabawa, w której ludzie nie umierają na otłuszczenie serca. Były ofiary w latach dwudziestych, były w latach osiemdziesiątych, ale to nie czyni obu starć podobnymi. Aha - jeżeli Jaruzelski tak jak Piłsudski wygra bitwę ocalając Polskę, Europę i Świat od widma komunizmu... Wybaczę mu wszystko! Mylisz się, opozycja miała w swoich szeregach odpowiednich ludzi. Zresztą, wystarczyłoby zdjąć władzę, a Zachód pośpieszyłby ze swoimi konstytucjonistami i doradcami. Nie przekonasz mnie - stan wojenny nie zmienił w Polsce nic, może tylko zmniejszył populację narodu o kilkudziesięciu ludzi... A co by było, gdyby w piekarni też nie mieli chleba, bo mąki nie dowieźli?
×
×
  • Utwórz nowe...