Jump to content

Unmade

Forumowicze
  • Content Count

    18
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

0 Neutralna

About Unmade

  • Rank
    Hobbit

Sposób kontaktu

  • ICQ
    Array

Recent Profile Visitors

922 profile views
  1. Spróbuję na razie pisać kolejne komentarze, w ten sposób ktokolwiek byłby zainteresowany będzie wiedział że doszło doś nowego...? Jeśli ktoś to czyta - przepraszam za kroplówkowe tempo, ale jak napisałem na początku, człowiek się starzeje i zmienia. U mnie zmiana polega na tym że mam pracę i 8 miesięcznego syna który jest super kochany i super absorbujący a to jednak trzeba trochę pogrzebać w głowie... Wracając do tematu gier, a w szczególności tego co dało się ograć na stareńkim Maku - przespalem się trochę z tematem i przypomniały mi się jeszcze dwa absolutne hity. Jeszcze jeden mały side-note. Dużo piszę na temat cen i przepuszczania majątków na gry i mam w tym swój cel. W tamtych czasach się piraciło. Wszędzie, bez przerwy, na potęgę. W Warszawie funkcjonowało coś takiego jak wolumen, albo stadion dziesięciolecia. Wybierało się tam w weekend z rodzicielem i kupowało jakąś nowość za równowartość paczki fajek. To na koniec było zabawne, bo nigdy nie byłeś pewien czy na płycie będzie obiecany Dungeon keeper, pakiet office, pliki tekstowe po ukraińsku czy gejowskie porno. Mimo tego mocno zazdrościłem moim kolegom, posiadaczom PC (szczególnie tym z nagrywarką CD, hoho!). Nie funkcjonowało właściwie coś takiego jak "giełda na grzybowskiej" dla makowców. Masz jabłuszko (wtedy jeszcze kolorowe!) - płać i płacz. Cierpiałem, ale jak o tym myślę na dłuższą metę, przyczyniło się to do mojego skądinąd zdrowego stosunku do wykonanej pracy, za którą należy się płaca. A trzeba dodać, że gry były wtedy jak na warunki standardowej 4-osobowej rodziny w 36metrowym mieszkaniu drogie. Nawet bardzo, a jeśli przemnożyć nałożyć na to jeszcze filtr walutowy...cóż, trzeba było odpuszczać coś więcej niż kolorowe koraliki do szprych roweru. Wracając do gier i początków przygody z komputerową rozrywką. Pierwszym z tytułów które mi się jeszcze przypomniały było sim city classic (oraz mniej ograne 2000, którego miałem tylko demo). Co to była za gra! Polecam każdemu fanowi takich ekonomicznych strategii. Zobaczyć jak główny reprezentant gatunku city-builderów zaczynał i jak rozwijał się oryginalny pomysł. Główna podstawowa różnica - strefy przemysłowe, komercyjne i mieszkalne nie były oznaczane "plackami", były gotowymi kwartałami, tak jakby 3x3, podobnie jak w zasadzie każdy inny budynek funkcyjny. W efekcie trudno było zrobić miasto które wyglądało inaczej niż Barcelona, albo pierwsze z brzegu generyczne miasto Stanów Zjednoczonych. Z tą dodatkową zabawnością, że robienie dróg po skosie nie wchodziło w grę (kwadratowe kwartaliki musiały istotnie wpływać na to ograniczenie), więc kończyło się z mniej lub bardziej rozbudowaną kratownicą, całą w korkach i skażeniu. kolejną było bardzo mocne ograniczenie kontroli nad...czymkolwiek. Podstawowe funkcje z bardziej współczesnych gier tam nie istniały. Było w zasadzie ustawianie podatków dla kolejnych stref w wartościach procentowych i niemalże tyle. Jednym z exploitów, który samodzielnie z bratem "odkryliśmy" było manipulowanie podatkami w taki sposób, że przez 11 miesięcy w roku były na najniższym możliwym poziomie, a w grudniu wędrowały do maksa. Gra głupiała i podatki nie wywoływały żadnych efektów poza tym, że za miesiąc spływała gotówka na cały następny rok zabawy. Były też katastrofy, co jak się zdaje musiało być od początku w założeniu twórców czymś niezmiernie istotnym. Sam tego nigdy nie zrozumiem. Serio, budujesz skrupulatnie domek z kart przez 50 godzin, żeby go potem przewrócić? Niech nawet będzie-efektownie spalić? Pff.... Simcity 2000 ograłem dużo później skrupulatnie, demówka pozwalała tylko na ograniczoną interakcję z jednym na wpół gotowym miastem. Sprowadzało się to zresztą do- niespodzianka!- zabawy kilkoma dostępnymi katastrofami. Cities-skylines all the way! Teraz druga gra, która była absolutną, cudowną perełką. Mowa tutaj o idiotycznie przepłaconej Myth 2. Kojarzy ktoś jeszcze tą serię? Nie doczekała się współcześnie żadnego rebootu, w ogóle mało do niej miłości. I to pomimo naprawdę świetnego klimatu kampanii i czadowego multiplayera, który pozwalał obrzucać wroga szczątkami paraliżujących wightów. Cały czas mam na myśli część drugą, pierwsza była spoko, trzeciej nigdy nie skończyłem. Gra była sprzedawana (również w polskich sklepach) w wersji dwuformatowej, co było rzadkością stosowaną właściwie chyba jeszcze tylko przy grach blizzarda. Oznaczało ni mniej ni więcej, a że na płytce były pliki do instalacji tak na pececie jak na maku. Dwusystemowość płytki odkryłem dopiero jak dotarła, fakt że w polskim sklepie kosztowała taką samą cyferkę tylko z pln zamiast $ przy niej, trochę później. Frustracja była spora, nawet jak na ~12latka. Ogólne założenia dla nieświadomych - strategia, czy może raczej taktyk w czasie rzeczywistym. Klimat gdzieś między średniowieczem, japonią i dziwaczną fantastyką. W multiplayerze zabawa polegała na kompletowaniu armii ze z góry ustalonej puli punktów w prostej mechanice - masz 100, kupujesz 100 szmatławych thralli, albo 50 łuczników, albo mieszasz etc. Kampania składała się z bardzo silnie fabularyzowanych misji, w każdej dostawało się konkretny zestaw jednostek i trzeba było sobie poradzić. Większość nie była trudna, chociaż kilka dawniej popularnych misji typu "wytrwaj x minut naporu złoli" wspominam z mieszaniną rozrzewnienia i zgrozy. Była jedna taka szczególna w zimowym świecie, część zespołu wykopywała coś z lodu, a sterowalnymi jednostkami (grupą magów, krasnoludów i czego tam jeszcze) broniło się przed istnymi watahami wrogów. Myth 2 miał świetny klimat. Było trochę standardowych jednostek, trochę specyficznej magii w stylu chodzących pustych pancerzy - stygian knightów i trochę uczciwej magii i porządnych niezabijalnych koksów. Nie pamiętam czy któraś gra wcześniej wprowadzała koncepcję "bohaterów" jako jednej naprawdę silnej jednostki z olbrzymią ilością życia i unikalnymi zdolnościami. Główny drań, soulblighter, to było coś! Na to wszystko nakładała się brutalność z kawałkowaniem wszystkiego włącznie, specyficzny widok z bardzo płaskiego lotu ptaka i bardzo klimatyczne cutscenki w stylu Anime. no i muzyka z menu głównego! Uwielbiałem tą grę. Uwielbiałem w multiplayerze wybuchać jednym piorunem pół armii brata z użyciem "Fetcha", kopać łuczników w rozlatujące się po planszy drobinki drowami, a w szczególności podnosić wszelkiego rodzaju śmieci takimi małymi ghoulami i obrzucać nimi jego armię. No i trupie jednostki które mogły wyleźć z wody na nic niespodziewających się krasnoludów. Eh, fun times! Muszę tutaj dodać, że sporo z ogrywanych przeze mnie pozycji było na rynku od naprawdę dawna w momencie jak miałem z nimi pierwszy raz styczność. Kiedy ja grałem w the dig, albo full throttle, kumpel odpalał u siebie fifę 98/99, woo-hoo. Potem przyszły w krótkim odstępie czasowym dwa zdarzenia - pierwszym była przeprowadzka (w ramach której znalazł się budżet na prawdziwego PC) oraz dłuższa wizyta w warszawskim szpitalu przy ul.działdowskiej, do którego jeden z współpacjentów przywlókł swoje PSX, a na nim Phantom Menace, chyba Medal of Honor i kilka innych perełek. Ale to next time. Czas spać.
  2. Cześć wszystkim, Czytam Cd-Action od tak dawna, że przeszły mi już w międzyczasie przynajmniej dwa życia. Piszę to bez grama przesady, w międzyczasie zmieniłem z rodzicami mieszkanie na dom, skończyłem szkołę, nie skończyłem studiów, ożeniłem się, rozwiodłem, doczekałem grupki dzieci...a czasopismo trwa przy mnie niezmiennie. Zresztą towarzyszy mi tylko trochę krócej niż same gry komputerowe i tym mam ochotę się z Wami podzielić. Potraktujmy to wszyscy jak rodzaj spowiedzi i zapisu archiwalnego. Jak też wyglądało granie kiedyś i dziś, z perspektywy jednego, konkretnego człowieka - mnie. Miłej, mam nadzieje, lektury! Pierwszy numer CDA wybłagałem od rodzicielki w 4 klasie podstawówki. Było to o tyle zabawne, że w tamtym czasie nie miałem komputera, czy ściślej - miałem, ale był to Power Pc mackintosha, z zegarem 90mhz podkręcanym bodaj do 110. Pamiętam , że nie do końca jasne były dla mnie zagadnienia kompatybilności systemów. Dlatego kiedy już okazało się na pewno, że płytka z Dark Colony za żadne skarby nie ruszy, bo wyświetlające się pliki na płycie to stek bzdur który nie daje się nijak uruchomić, namówiłem młodszego brata na wywalenie całych oszczędności z komunii i ciułanych po drodze na software o nazwie "Virtual PC" z windowsem (chyba 98) w pakiecie. To to kosztowało takie pieniądze, że prawdopodobnie możnaby z powodzeniem kupić jakiś lightowy (może używany?) pecet, co zresztą usiłował nam wytłumaczyć ojciec, ale byliśmy,(ja byłem) strasznie zawzięci. Na marginesie, moi rodzice mieli troszkę wschodnią, azjatycką politykę wychowywania. Pomijając że zostawiali nas często samych sobie, co było raczej normą w latach 90tych, to uważali że nauką nie jest powiedzieć "nie wal głową w mur", a raczej "błagam cię, nie bierz pełnego rozpędu". I tak staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami windowsa na maku. Program był dosyć prostolinijnym emulatorem, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami takiego rozwiązania w tamtych czasach, w szczególności z katastrofalnym spadkiem wydajności podczas emulacji. Skutkiem tego Mac na którym i bez emulacji z trudem chodziła większość naszej biblioteczki gier, zaczął mulić tak przepotwornie, że wyzwaniem był sam boot systemu na który czekaliśmy po 20-30 minut. Finalnie okazało się, że ani dark colony, ani pozyskany jakoś niedługo później earthsiege 2 zupełnie nie chcą ruszyć, jedyne co szło uruchomić to systemowego sapera i pinballa. Zostaliśmy więc na kilka kolejnych lat z rosnącym z miesiąca na miesiąc stosem czasopism czytanych z wypiekami na twarzy i drugim stosem pudełek z płytkami, które wszystkie bez wyjątku czekały na odpalenie na czymś przyzwoitym. Co ciekawe, z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie w tej chwili powodu, nigdy nie kupowaliśmy Gamblera ani Secret Serwisu, mimo że w branżowych początkach wcale nie było oczywiste co jest lepsze, a np."na dzielni" popularnością cieszyły się właśnie bardziej te wymienione niż CDA. Wracając z off-topicu, mieliśmy z bratem w ogóle trochę pecha ze sprzętem do grania, chociaż w dosyć przewrotnym rozumieniu. Gdzieś w okolicach 1993-4 roku w ramach prezentu z "saksów" dostaliśmy od ojca konsolę. W sąsiedztwie wszyscy mieli wtedy albo jakąś odmianę atari, amigi na kasety z zielono-zielonym wyświetlaczem (fallout style), albo nieśmiertelnego pegasusa. A nas los pokarał Segą Mega drive 16-bit. Dzieciaki są strasznie głupie i poddają się presji otoczenia, modzie. Dzisiaj rozumiem, że mieliśmy sprzęt o klasę lepszy z takimiż grami, ale co z tego skoro kartridż 176-w-1 nie pasował i nie dało się rżnąć w Contrę albo czołgi/samoloty? Nie dało się pożyczyć od kumpla jakiejś piłkarki, czy innego super mario! Jasne, ograłem 2 pierwsze Soniki, kilka przygodówek, Dynamite Headdiego, Kevina samego w domu i co tam jeszcze dało się dorwać na giełdzie na grzybowskiej na wymianę. Ale co z tego? Nie potrafiłem jakoś dostrzec że te gry wyglądają sto razy lepiej, że mają lepszy design...to wszystko się nie liczyło. To było jak z paleniem papierosów w dorosłym życiu. Zdrowiej nie palić, ale omija cię połowa zdarzeń społecznych, cała ta radosna wymiana spostrzeżeń i plotek podczas przerwy na fajka. Nie było szansy pograć w to samo co znajomi, pogadać o tym samym, co znajomi, słowem - wykluczenie społeczne! Szczęśliwie (to były naprawdę dziwne czasy) lokalny klubik, taki typu dom kultury, miał rozklekotany bordowy tapczan z zamszykiem powycieranym do białego na każdym rogu. Przy owym tapczaniku stał rozpadający się od samego patrzenia telewizor kineskopowy, taki prawie kolorowy, na własnych nóżkach.. Do niego była permanentnie podłączona konsolka pegasus z kilkoma kartridżami ( w tym nieśmiertelne 100ileśtam w jednym, z de-facto może 15 grami w różnych wariacjach). Do grajmaszynki można było się przyssać na godzinę za jakąś dosyć symboliczną opłatą, którą uiszczało się z jakiegoś powodu szatniarzowi. To był jakiś sposób do nadrobienia towarzyskich braków i wyrównanie szans kiedy przyszło konkurować w coś z ludźmi którzy mieli grę u siebie na codzień. Patrząc z perspektywy czasu to w ogóle było zabawne. Wszyscy mieli pegasusy i wszyscy mieli te same gry, można było powiedzieć, że było to coś jak wychodzenie na piłkę na boisko. Każdy wiedział jak grać w czołgi, albo zdechł przynajmniej kilka razy usiłując złapać "S-kę" w Contrze. To czyniło z pegasusa jakiś rodzaj uniwersalnego języka dla graczy, coś czego dziś w dobie graczy mobilnych, konsolowych, pc-materacowych - tak łatwo już się nie osiągnie. To dawało taki specyficzny klimat zżycia tym, którzy mieli szansę w tym uczestniczyć. Sega Mega drive żyła długo i szczęśliwie, myślę że gdybym dorwał gdzieś kabel zasilający, dalej szło by ją uruchomić. Gorzej z padami które często padały ofiarą dziecięcej furii i nierzadko waliły o podłogę, np po wcześniejszej podwójnej pętli na kablu dla rozpędu. Gdzieś w momencie kiedy zaczęła się porządna podstawówka, taka z przedmiotami jak biologia i geografia, przyszedł do nas w , w ramach zasłużonej emerytury po pracy biurowej, wcześniej wspomniany Mac. To był, podobnie jak Mega Drive, zasadniczo lepszy jakościowo sprzęt niż pecety którymi dysponowali koledzy i cierpiał na tą samą zarazę - niekompatybilność. Nie było mowy o pożyczeniu "kompakta" z Hirołsami dwójką, settlersami czy innym populousem. Jednak wspominam go naprawdę dobrze, miał relatywnie duży monitor, porządną, klikającą klawiaturę (za jej sprawą do tej pory przepłacam za nie, wnerwiają mnie niemechaniczne), myszkę z jednym przyciskiem jak przystało na apple'a i kulką pod zakręcanym wieczkiem. Tę kulkę i rolki które ją toczyły trzeba było z namaszczeniem czyścić płynem do szyb raz na jakiś czas, w szczególności kiedy się przegrywało i potrzebny był jakiś racjonalny powód niepowodzenia. Nasz Power pc miał na pokładzie system MacOs chyba 9 (a może 7? w każdym razie czasy sprzed "X" ) i był strasznie trudny dla kogoś bez znajomości angielskiego. To i konieczność czytania solucji do przygodówek przyczyniło się finalnie do unikalnej znajomości tego języka w późniejszym życiu, ale wtedy to była zabawa w stylu wciskania co popadnie i obserwowania efektów. Jeszcze przed zupełnym niewypałem z emulatorem windowsa, kupowaliśmy z bratem czasopismo Publish i Macworld, do którego dołączali płytki z sharewarem i demówkami różnych gier (cudeńka jak Ultima III, albo Realmz 2.2.coś, czy nawet Diablo w wersji Spawn). Oprócz tego byliśmy niestrudzeni w wierceniu dziury w brzuchu, żeby rodzice wzięli wszystkie nasze (i własne) oszczędności kupili nam za nie COŚ na maka. Skutkiem tego był zakup celowy Warcrafta 2 o którym trochę więcej zaraz i kilka takich dziwacznych, dosyć przypadkowych paczek z grami. Wszystko to musiało być absolutnie rujnujące, bo rzeczy na maka były wtedy chyba w 100% płacone w dolarach. Te dziwaczne paczki to były takie pudła formatu mniej więcej 50x70, w których na oddzielnych gniazdach były płyty CD, wszystkie z takim samym wzorkiem, trochę przezroczystym a trochę w kolorze. Każde pudło miało swój kolor płytek i chyba zupełnie przypadkową, tzn.niezwiązaną w ramach pudełka, zawartość. Żółte były ze Space Madness, alphą centauri, Jump Raven czy Lunicus, pomarańczowe z Kings Quest VII i jakimiś niezbyt pociągającymi RPG, było pudło z grami Star Wars (wśród nich X-wing, dark forces i jakieś takie szynowce, Rebels?). Fioletowe (różowe?)miały m.in Leisure Suit Larry 6, co wspominam naprawdę dziwnie. Rozgryzaliśmy tą grę z włączonym angielskojęzycznym kompendium solucji i nie mogliśmy skumać po pierwsze co to za dziwny talerzyk na poduszce, a później dlaczego jakaś dziewczyna coś z nim robi przy dźwiękach naciąganego balonika. Zakładam że to musiało mnie jakoś ukształtować, żeby nie powiedzieć - skrzywić O Warcrafcie chciałem powiedzieć więcej z kilku powodów. Po pierwsze, miał genialne intro, które oglądałem poklatkowo i każdą klatkę znałem na pamięć. Komputer słabo sobie radził z tą animacją. Po drugie miała genialną fabułę i gameplay tak wciągający, że potrafiliśmy z bratem nie jeść i nie pić przez cały dzień, kiedy rodzice zostawiali nas w myśl ówczesnych zwyczajów, samych sobie. Kiedy już byli, mama zawsze w którymś momencie kazała "wyłączyć głos, bo ma już dość tego rzygania" (dźwięki wydawane przez umierające jednostki były specyficzne). Po trzecie i może ostatnie, cały mechanizm skirmishowy, który pozwalał, w kolejności ważności, rozgrywać różne mapy, wybierać kolor i rasę armii, puszczać "to już jest koniec" elektrycznych gitar na chwilę przed zwycięstwem. Może to ostatnie wymagało płyty z muzyką i oddzielnego odtwarzacza, ale wspomnienie jest żywe! Na razie muszę kończyć, nie pisałem wcześniej postów, więc jakoś dojdę do tego jak zapisywać/edytować/dodawać. Póki co wrzucam tyle ! Pozdrawiam, Unmade/TS
  3. Zgadzam się z powyższą wypowiedzią a propos skilla i tego kto zasługuje na jaki rating. jak tylko wbiłem 30 grałem solo i we 2 ranki 5 osobowe. rozegrałem ich w sumie około 300 (win+lost) co zaowocowało żałosnym ratingiem 1050 . Obrażony na świat i elo hell przez całe wakacje olałem ranki i grałem tylko i wyłącznie normale, gry z kumplami i ewentualnie 3v3 ranked. I wiecie co? teraz od 15 gier nie przegrałem ranka solo jak znowu przysiadłem. Po prostu brakowało mi wprawy, i teraz z perspektywy czasu mogę uczciwie powiedzieć że po prostu lamiłem jak ostatnia ciamajda Dodam też że NIESAMOWICIE pomogło mi oglądanie tegorocznego gamescom. Moim zdaniem 100 gier nie da tyle nauki i podpatrywania zarówno chwytów jak i generalnej mechaniki ( zmiana mentalności z "kill kill kill" na "farm my way to victory"). Wszystkim szczerze polecam, i życzcie mi żebym dogrindował chociaż 1200 przed końcem sezonu
×
×
  • Create New...