Jump to content

Unmade

Forumowicze
  • Content Count

    39
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

0 Neutralna

About Unmade

  • Rank
    Goblin
  • Birthday 07/17/1987

Sposób kontaktu

  • Strona WWW
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array
  • Zainteresowania
    Array

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array

Recent Profile Visitors

1,095 profile views
  1. Zgodnie z zaleceniem na zielono - kończę temat tutaj. Całość postów przekleiłem do cdactionowego bloga i tam będę kontynuował wpisy. Zapraszam!
  2. Napisałem potężny post nt.piractwa. zostawiłem żeby się odleżał, żeby przeczytać jeszcze raz, uzupełnić itd. Wszystko to robiłem na telefonie i najwidoczniej pamięć podręczna Chrome mnie oszukała bo wszystko poza pierwszymi dwoma zdaniami szlag jasny trafił. Napiszę to jeszcze raz jak ochłonę z frustracji, tymczasem udało mi się odwiedzić dom rodzinny, a tam przegrzebać przez archiwum. Wrzucam zdjęcia żeby się pochwalić! Przyznam, że jestem tym mniej sentymentalnym. Młodszy zbierał zawsze wszystkie pudełka po grach(również kartonowe!), czasopisma i płytki ze wsząd więc jest 100% jego zasługą że to archiwum w ogóle istnieje. Ułożone są rocznikami, zaczynając od 2001
  3. O graniu sieciowym i multiplayerze trochę napiszę jeszcze później, jak pozbieram jakoś myśli. W ogóle mam takie poczucie spieszenia się do czegoś. Miewacie tak czasem z grami, że leci się na łeb na szyję po questach, mimo że gra jest super i możnaby się podelektować, że tak to nazwę. Miałem tak z mass effectami, super gry w których bardzo parłem do końca i potem byłem zawiedziony że to koniec. Nie cieszyłem się odpowiednio z procesu przechodzenia, nie wiem na co licząc. Mam troszkę podobnie tutaj, teraz. Muszę się strasznie pilnować, żeby oddać odpowiednio dużo myśli i czasu każdej rzeczy o której chciałbym napisać. Potrzebuję postronka, żeby nie rwać gdzieś w pole, nie pisać po łebkach żeby dobrnąć do jakiegoś bliżej nieokreślonego końca. I potem myślę, spieszę się do opisania WoW-a ? Początków LoLa? Tego że teraz mam czas na jedną grę rocznie, wcześniej pożerając 5 miesięcznie? To wszystko bez sensu, spróbuję utrzymać w miarę niespieszne tempo. W jego ramach mam taką refleksję, że mój gust growy z bratem, mimo podobnego wychowania growego i ogólnego dość szybko się rozjechał. Może nie na FIFA kontra Baldurs Gate, ale mieliśmy inne priorytety i inne podniety. On czekał z zapartym tchem na vampire masquerade bloodlines, albo Black and White, czy far cry pierwszy, które z początku mnie słabo grzały. Z drugiej strony ja czytałem każdy skrawek newsa o Morrowind. Pamiętam cdaction w którym była recenzja tej gry. Jednym z głównych screenów był dark elf w zbroi Kościanej z tatuażami na twarzy w takie kwadraciki. The Elder Scrolls 3, Morrowind. Nawet nie wiedziałem że były jakieś pierwsze dwie części, ale w sklepie czekałem w kolejce pierwszego dnia po premierze. Musiałem zobaczyć na żywo tą nieprawdopodobną wodę. Przekonać się że naprawdę można czarami ruszać każdy przedmiot, wszystko ukraść, latać i tworzyć własne zaklęcia. Gra zaczynała się od zejścia z łódki, na której i chwilę później ustalało się szczegóły postaci, która jak to w serii mogła być absolutnym dowolnym miszmaszem. Później była wycieczka pieszo do Balmory. W późniejszych przejściach immersję trafiał szlag, miałem obcykane do której wsi pobiec po łazika, w której jaskini jest łachmaniarz z jakimś sensownym przedmiotem, a przede wszystkim okradałem do gołego ten pierwszy budynek po lądowaniu. Jednak za pierwszym razem to było coś innego. Muzyka była niesamowita, zupełnie coś innego niż we wcześniejszych grach które ćwiczyłem, orkiestrowa, z wczuciem. Niesamowite krajobrazy, a na koniec błądzenia wyjścia zza rogu wprost na wysokiego łazika, przerośniętą pchłę która wydawała wielorybie wycia z siebie. Kurcze, to był zbudowany klimat, można było dostać gęsiej skórki. Później były obowiązkowe questy z czyszczeniem piwnicy że szczurów. I kurierskie. I uczenie się na pamięć połączeń między miastami różnymi środkami lokomocji. Gildia magów w pączkujących budynkach telvanni. Poukrywane wszędzie smaczki, ostatni krasnolud w jakiejś norze, teleportery, własny dom, żywe bóstwo Vivek... Ta gra była nieprzebrana. I strasznie nieintuicyjna Wdg dzisiejszych standardów. Jak grałem pierwszy raz, miałem niewspółmierne rozwinięta postać do głównego wątku fabularnego. To był skutek mojego przeoczenia z początku gry, kiedy w ruinach dwemerow trzeba było znaleźć jakąś kostkę. Przeoczyłem taras na początku lokacji gdzie ta kostka była i potem ubzdurałem sobie, że musi być dużo głębiej, w zupełnie niedostępnym miejscu. Odszukałem ją dopiero, jak udało mi się nabić tyle skilli, żeby opanować lewitację, wlecieć tam gdzie mi się wydawało i zweryfikować swoje poglądy- czytaj-przeszukać jeszcze raz od początku. System walki był okropnie toporny, a jednak niesamowicie kuszący mnogością opcji, tym że można było machać bronią na kilka sposobów i tworzyć własne czary niemal w stylu Dragonball-owej spirit bomb z epizodu z frezerem. Morrowind był pionierem w systrmie alchemii i zaklinania, ogólnego craftingu, który w późniejszych grach był standardem. Nigdy wcześniej o ile się nie mylę nie było w takiej skali zbierania rzeczy, łączenia materiałów, tworzenia eliksirów itd.w grze RPG która była pierwsza/trzecioosobowa. To było niesamowicie realne, wstrząsające wręcz. Najfajniejsze i w sumie frustrujące były questy a w szczególności znalezienie celu. W dzisiejszych czasach właściwie nie do pomyślenia jest niewskazywanie kierunku w którym trzeba iść za zadaniem. Wtedy było dokładnie odwrotnie, pamiętam że przy okazji premiery obliviona, kolejnej odsłony serii, był lament nad fast travelem, czyli docieraniem do celu bez fizycznego biegania (w Morrowind w cenie były eliksiry przyspieszające i cheaty, bo nalazic się trzeba było nawet jak się korzystało z sieci połączeń), oraz nad wskazywaniem celu zadania na mapie, czy wręcz strzałką. W TES3 był chyba czar który w jakiś sposób kierował w stronę celu pokazując taki mgławy szlaczek, ale poza tym informacja wyglądała -" idź jakieś 50metrow na lewo od jaskini xyz, zaraz za krzywym drzewem". I ty potem biegałeś jak wariat, szukając tego krzywego drzewa przez pół godziny bo coś ci umknęło. Fun! Nawet jakiś mem który się z tego nabija kursował niedawno po internecie. I zupełnie się nie dziwię, w połowie wypadków barierą nie było niezrozumienie zadania tylko trudność w dotarciu na miejsce i potem odszukanie tam odpowiedniej osoby, przedmiotu, dźwigni itd. Dwemerskie ruiny to było piekło i teraz myślę, że dla projektantów części poziomów powinno się znaleźć specjalne miejsce w piekle. Zresztą podobnie ma się historia z grzybowymi domami magów i tego jak bardzo były bugowate, ciężko było przejść korytarzem bez trafienia w niewidzialny narożnik, a latanie pionowymi korytarzami (nie-czarodzieje nie mieli tam czego szukać!)to była udręka. Pewną śmiesznostką była konsekwencją specyficznego i cwanego sposobu rozdawania punktów i levelowania. Używana umiejętność się rozwijała od...no, używania. Nie wystarczyło jednak machać mieczem, trzeba było jeszcze w coś nim trafiać. Łatwiej było z częścią magii, bo np zniszczenie czy przemiana wymagały po prostu rzucania czarów do skutku. Stąd często stałem przy łóżku w gildii magów i z punktu widzenia realnego obserwatora w świecie gry musiałem robić wrażenie maniaka. Wybrzdąkiwałem się z całej many spreparowanym specjalnie czarem własnego autorstwa który był marny i tani, a potem szedłem spać i tak do skutku. Inne umiejętności, takie jak przywoływanie stworów było gorsze, bo kosztowało dużo many, a powtórzeń potrzebowało podobnej ilości. Tutaj fajnie szło łączenie z enchantingiem, wskrzeszanie szkielecika, zaklinanie uwięzieniem duszy i ukatrupienie czarem albo innym ćwiczonym skillem. Wszystko rzecz jasna w jakimś miłym zacisznym miejscu, przy łóżku... Najzabawniejszym ze wszystkich był chyba skill acrobatics, który odpowiadał za obrażenia od upadku i być może wysokość skoku (ktoś może potwierdzić/zaprzeczyć?). Ponieważ graczowi ogólnie zależało na tym, żeby dostawać "duże" poziomy, które należały się za każde dowolne 10 skilli, to większość po pierwszym szoku i zachwycaniu się burzami piaskowymi i skorupiaków uni domami hlaalu, zaczynał naduszać "E" rytmicznie w każdym momencie jak się poruszał. Nie rozumiem czemu projektanci uznali że dobrze będzie pójść pod prąd i akurat tak zbindować skakanie. Myślę w każdym razie że widok kogoś permanentnie kicającego w drodze był dziwny i nabrał normalności lata później, przy okazji world of Warcraft pomijam(pomijam tu quake-owe bunny hopping), chociaż z zupełnie innych pobudek skoczków.
  4. Zanim jednak sprzęt skończył tak sromotnie w rękach rozgoryczonego chuderlaka z meszkiem pod nosem, służył przez lata, podobnie jak jego brat bliźniak. Nim jednak do tego przejdę, przypomniała mi się taka rzecz, która była znakiem początku XXI wieku. Otóż po granie w CSa i star/warcrafta, czy inne cuda robiło się pielgrzymki do pointnetu. To była taka w wąskich kręgach (szczególnie ursynowskich) kultowa kafejka internetowa. Oprócz pointnetu była jeszcze jedna moja ulubiona przy a.niepodleglosci, zaraz za odyńca. Obok była Telepizza która chyba dalej tam bytuje. W centrum handlowym Land na piętrze też była świątynia LAN-u ale tam uczęszczali starsi koledzy. Tacy w typie góry mięśni i zrywania się z krzesła z okrzykiem "kto mnie zajumał?!"po zebranym headshocie z desert eagla w counterstriku. Za dużo nerwów, za mało masy własnej. To były czasy gdzie nawrzucanie komuś na czacie mogło mieć realne konsekwencje, bo anonimowość sięgała tak daleko jak rozpracowanie przy którym kompie siedzi gość z danym nickiem. Pointnet miał dosyć przyjazną i zwartą grupę wagarowiczów. Pamiętam że granie kosztowało 4zl/godzinę. Chciałem napisac kilka słów o samym kafejkowaniu, bo dla dzisiejszego młodszego gracza to może być trochę egzotyczna koncepcja. Otóż wyglądało to tak - ciemne pomieszczenie, plakaty z gramj na ścianach, recepcja, a za nią obowiązkowo jakiś człowiek w bojówkach i czarnym tshircie z kasą fiskalną (choć nie zawsze) i komputerem -masterem (obowiązkowo). W niektórych znajdowała się tam też lodówka z napojami. Komputer recepcyjny był używany żeby zdjąć blokadę z komputera na określony czas. Sporo ludzi brało na kreskę albo błagało o jeszcze 15 minut. Z perspektywy czasu wyglądało trochę jak nora heroinistów. Resztę pomieszczenia zawsze wypełniały ciasno ustawione komputery, czasem z parawanami między monitorami. Obowiązkowy brak klimatyzacji i jakichś 12-20 młodzieńców... cóż, można sobie wyobrazić gęstą atmosferę i to nie tylko ze względu na emocje. Było kilka gier które były wszędzie i trochę takich które były nie zawsze. Można było liczyć na pakiet half life + team fortress + counter strike w sumie wszędzie. Zwykłe można też było pograć w StarCrafta. Potem już było różnie. W ursynowskim PNie był też np Warcraft 3 jak już wyszedł, również z dodatkiem, dużo się grało w protoplastów doty I podobne modyfikowane mapki. Na Mokotowie przy niepodległości był np dungeon siege I battlefield. W większości był też Quake 3, rzadziej unreal tournament. To nie był hazard. Myślę że łatwiej porównać to do kupowania małpki w sklepiku koło domu. Niby tylko 100tka wódki, ale jak kupujesz 5... Z kafejkami było podobnie. Trudno widzieć coś złego w pograniu sobie przez godzinę, szczególnie że ludzie nie mieli tak znowu komputerów w domu. Jednak jak ktoś, jak ja, siedział po 3-4 godziny i dłużej, przewalając na to pieniądze na obiad i urywając się z ostatnich 2 lekcji żeby w ogóle takie granie było możliwe... You get the picture, to brzmi zdecydowanie gorzej. Nie byłem zresztą osamotniony, w najgorszym momencie, gdzieś koło 2-3 gimnazjum urywalismy się całą klasą z hiszpańskiego który mieliśmy ostatni i ruszaliśmy przez miasto do najbliższej kafejki, konkurować i obsadzać razem bombowce, dzielić i rządzić. Z właścicielami kafejek byliśmy na ty, a połowę ludzi widywaliśmy równie często jak kolegów z klasy czy podwórka, nie znając się zupełnie poza. Najlepsze, że to jakoś nigdy nie wypłynęło, całe to granie i zarywanie wszystkiego. Miałem zawsze mnóstwo reperkusji przez granie, ale akurat te kafejki jakimś cudem się uchowały, mimo że nikt z nas się z tym nawet jakoś bardzo nie krył. Nieprawdopodobne zupełnie. To był dopiero multiplayer. A nie jakieś wysłuchiwanie o swojej matce na czacie w modern warfare.
  5. Pomyślałem że żeby zmienić trochę nastrój uderzę w bardziej coopowe nuty, bo generalny multiplay to było coś dosyć unikalnego w środowisku w tamtym czasie. W tym sensie, że mało kto dysponował dwoma w miarę aktualnymi komputerami, ustawionym localem między nimi i drugim w miarę kompetentnym graczem. Zanim przejdę do konkretów, chciałem napisać że zrobiłem sobie listę gier o których jeszcze nie pisałem, a chciałbym. Wyszło tego ze 30 pozycji, wszystko sprzed 2014-15 roku. Roku mi nie starczy, ale spróbujemy. Uznałem przy okazji, że chronologii będę się trzymał tylko z grubsza, żeby narracja się trzymała kupy, więc gry mogą być w "widełkach" mniej więcej 3letnich. So... Wspominałem o odgrywaniu diablo w wersji spawn. Dla nieobeznanych - Blizzard (chyba nie jedyny) miał ciekawy patent na sprzedaż i reklamę swoich gier. Wersje spawn na pewno pojawiły się przy okazji diablo i StarCrafta, nie kojarzę czy Warcraft 2 też taką miał. Clou pomysłu było takie, że to było demo, czyli kawałeczek gry który można było uruchomić i rozpoznać o co w ogóle chodzi. Różnicą względem klasycznego dema była możliwość grania po multi, również z pełnymi wersjami, przy zachowaniu jakiegoś stopnia ograniczeń demonstracyjnych. Ergo można było mieć pełnego StarCrafta i hostowqc gry, a znajomi z samym spawnem mogli dołączać. Wracając do diablo, dawniej sporo graliśmy w sprawna w biurze u ojca, na makach i zakochaliśmy się w serii, mimo że demko pozwalało tylko na wojownika i tylko na pierwsze 2 poziomy podziemia. Nauczyliśmy się kopiować przedmioty... To w ogóle byl nieprawdopodobny patent, należało kliknąć na przedmiot żeby go podnieść i w dokładnym momencie fizycznego podniesienia kliknąć na eliksirek na pasku. Wtedy eliksirek zamieniał się w przedmiot, a podniesiony i tak lądował w inventory.(??) Go figure. Wtedy gry to miały pomysł, trzeba było małpiej zręczności. Za to uzyskane tak pieniądze pozwalały nawet w domku kupić od wirta laske z najmocniejszym czarem w grze - apokalipsa. No więc doczekaliśmy się komputerów, sieci i wychodzącego gdzieś koło 2000 roku właśnie diablo 2, na temat którego pamiętam dosyć pochwalne recenzje. Grę wałkowaliśmy w multi do nieprzytomności, całe wakacje, ferie i każdy wolny moment. Najzabawniejsze że przyzwyczajeni do mechanizmów z jedynki, zupełnie nie zrozumieliśmy jak funkcjonuje system w nowej odsłonie i nie byliśmy tym zainteresowani. W efekcie graliśmy kolejno wszystkimi klasami, przechodząc grę do diablo i pokonując go, a potem następny roll. Do tej pory pamiętam największą masakrę, kiedy graliśmy dwoma amazonkami ( późniejszym odpowiednikiem jest demon hunter). Doszliśmy do 4 aktu czyli piekła, a tam na takich otoczonych lawą plackach spopielonej ziemi były różne mioty potworów. Szczególne dla nas były takie robaki co zostawiały jaja, z jaj wychodziły małe, finalnie rosły do większych i tak w kółko. Udało nam się w takim nieprzebranym tłumie umrzeć raz. Potem biegnąc po ciało drugi raz, w efekcie rozsypując wszystkie przedmioty i zawartość zwłok. Potem 2 godziny kupowaliśmy w sklepie jakiś gear amazoński, byle tylko mieć jak się przebijać przez potwory. Finalnie skończyliśmy bez złota i goli. Wydaje mi się że te amazonki to odpuściliśmy już na zawsze. Pojęliśmy koncepcję poziomów trudności, dalszej gry, krowiego poziomu i tego wszystkiego dopiero przy okazji dodatku pan zniszczenia i robienia zabójczyni (ja, zawsze!) I druida (brat był fanem). Śmieszny fakt przy okazji: komputer służył mi dobrych kilka lat ale skończył marnie przez diablo właśnie. Odkrywałem zabójczynią zamknięty battlenet (taki gdzie nie hulały żadne cheaty ani mody) i jechałem od początku nową postać. Trwało to cały dzień, gdzieś koło 34 poziomu komputer, który miał wtedy humory, zrestartował się. Diablo sejwowalo tylko przy wyjściach, więc szlag trafił cały dzień grania. Komputer dostał takiego kopa że wyleciał z kabli i spod stołu. Odratowałem tylko dysk. I jak tu mówić że gry nie wzbudzają agresji?
  6. Moim problemem z pisaniem tych tutaj memuarów jest taki, że są okresy o których potwornie chcę napisać, ale zupełnie wypadają z chronologii. Są dużo później, kilka już było, inne trudno mi umiejscowić w czasie... Postaram się to lepiej uporządkować, a tymczasem zwalczam w sobie pośpiech i chęć przelecenia po łebkach połowy historii, bo przecież nie o to chodzi:) Pamiętam, że ten pierwszy komputer który dostałem, prawdziwy pecet, miał pentiuma 3 na pokładzie i pamiętną (bardziej za markę) kartę Voodoo 5 5500. Później, z czasem robiłem nieustanne upgrade'y tego sprzętu, a dyski twarde o pojemności 16 (a może 32?) gb z komputerów mojego i brata chyba jeszcze gdzieś mam. To na nim ogrywałem te wymienione wcześniej zaległości. Fun fact- mój brat miał dokładnie identyczny komputer, a ojciec miał trzeci, trochę słabszy, którego nie wolno nam było używać do czegokolwiek. Pamiętam, że to były czasy absolutnej rewolucji hormonalnej. Był rok 2001 (chyba), ja siedziałem w I gimnazjum i zmieniło mi się wszystko, gust do gier, gust muzyczny, gust kulinarny... Zacząłem się interesować dziewczynami i nieakceptowalnie kompromitować się przed nimi. Miałem swoją skrytą miłość, co przy dosyć mało licznej klasie było tajemnicą Poliszynela. Ja w ogóle dosyć późno łapałem różne takie rzeczy. Dużo dowcipów kolegów z 5,6 klasy dochodziło do mnie dopiero wtedy i w zasadzie każdą rzecz, od wspomnianych żartów, przez zasady jakimi rządzi się spalony w piłce nożnej po życie uczuciowe właśnie docierały z potężnym lagiem, koło tej I gim. Co do samych podbojów, jak jakiś idiota obrałem sobie za cel najładniejszą (choć zdecydowanie nie najmądrzejszą, o czym przekonałem się...10 lat później) dziewczynę spośród 3 roczników które miałem w zasięgu. Nie dość, że jako niecierpiący słońca wampir wyglądałem jak wyglądałem, to do tego przy wrodzonej fajtłapowatości próbowałem sił na zajęciach z tańca grupowego, żeby się jej jakoś przypodobać. Efekt możecie sobie wyobrazić, do tej pory potrafię się na wspomnienie obudzić zlany zimnym potem. Sytuacji nie poprawił brat na którego w pewnych kwestiach zawsze mogłem liczyć. Otóż, jak to nieraz w rodzeństwie bywa, nie byliśmy wobec siebie przesadnie wstydliwi. To pozwoliło mu na niezwykle wnikliwą obserwację dotyczącą mojego dojrzewania, w szczególności włosów, które zaczęły pojawiać się gdzieniegdzie. Eh. Cała szkoła wiedziała. Wychowawczyni, dyrektorka, nauczycielka od matmy. Wszyscy kumple z klasy, dziewczyna z którą siedziałem w ławce. No i skryta miłość. W związku z tak potwornym blamażem, który zesłał na mnie armageddon ponurych myśli, uciekłem do moich świeżo poznanych i intensywnie eksplorowanych Hybrid Theory linkin parku i Toxicity od SOAD. Był mrok, było zło (prawie satanistyczny metal, jak wtedy myślałem), brakowało może żyletek albo odwagi do nich. Jak ulał pasowało do tego zatopić się w kilka cudownych światów, które miał do zaoferowania komputer. jedną z nich był pierwszy DEUS EX. To była gra, którą sprzedał mi podczas wakacji dobry przyjaciel z dzieciństwa, który przynajmniej ostatnio kiedy się widzieliśmy jako jeden z niewielu dalej był aktywnym graczem. W trakcie tych wakacji było dużo siedzenia po jakichś gankach, murkach i innych pomostach i niezwykle mądrego dyskutowania o grach, takich jak deus ex właśnie, choć na wokandzie znalazło się też tylko lizane wcześniej diablo, pierwszy Hitman 47, american mcgee's Alice, czy Clive Barker's Undying. Myślę że kilka słów o każdej z nich znajdzie tu drogę, ale zacznę od wiekopomnego RPG sci fi. Bo mam taki klimat, no i rzecz jest całkiem na czasie z racji Cyberpunka. Tak więc teoretyczne przygotowanie miałem dobre, kolega opowiedział mi sporo o mechanice, o możliwościach rozwoju postaci i realiach świata. Wiedziałem że jest przyszłość, są korporacje, implanty poprawiające różnego rodzaju zdolności i bronie, od cichych po bazooki (jak się wtedy mówiło na dowolną rakietnicę). Nie przygotował mnie za to na odmóżdżający ogrom możliwych do podjęcia decyzji i kierunków rozwoju scenariusza. Na to, że bez mała każdą jedną czynność mogę zrobić na więcej niż jeden sposób, każdy cel osiągnąć kilkoma skrajnie różnymi metodami. Wytłuc wszystkich w bazie? Jasne. Strzałkami? Rakietnicą? konwencjonalną bronią palną? A może olać temat, przekraść się, zhackować komputer, wyjść po angielsku i jechać dalej. Pierwszy większy twist fabularny, gdzie napotykało się brata którego można było albo wsypać albo zostawić był dla mnie porażający. Nie dlatego ,że wybór był jakoś moralnie trudny, ale dlatego że po przejściu w konkretny sposób i poradzeniu sobie z konsekwencjami z ciekawości wczytałem sejwa sprzed. Zrobiłem inaczej i.... okazało się że mam inną grę przed sobą. Inne questy, inne cele. ocb? Wait, isnt this illegal? Ogrywałem deus eksa dobrych kilka razy, z czego 2 na pewno dobrnąłem do jednego z zakończeń. Inne próbowałem później obejrzeć na youtubie, ale okazało się że przynajmniej w części wypadków trzeba było śledzić historię trochę dłużej żeby zakończenie było uczciwie zrozumiałe. To był absolutny majstersztyk, szczególnie biorąc pod uwagę nieprzyjazny sposób narracji. Widok z pierwszej osoby bardzo utrudnia tego typu zabiegi, bo wymusza wykreowanie dużo więcej dodatkowego contentu, niż dajmy na to widok z góry w klasycznych cRPG. Mniej możliwości recyklingu assetów, modeli, questów i tak dalej, po prostu większe wyzwanie. Gra nie była piękna, nawet w dniu premiery miała sporo gier, dla których nie była specjalnie konkurencyjna pod względem grafiki, co nie zmieniało faktu, że oprawa była konsekwentna i pozwalała się wczuć. W dodatku cała ta elektroniczna epopeja miała świetny soundtrack. Serio, muzyka dawała radę. Najgorsze że naprawdę podle się zestarzała. Robiłem kilka podejść żeby wrócić do niej w ostatnich 5 latach. Nie mogę. Zabijcie, po prostu nie mogę, przy całym moim szacunku dla twórców i tego jaki kawał dobrej roboty odwalili nie potrafię się zmusić żeby patrzeć na te kanciaki, wszystkie wyglądające jak ten typek w okularach z half life'a (pierwszego, żeby nie było). Dlatego odpalam sobie soundtrack. I myślę sobie, że miałem szczęście być w tym wieku w tamtym momencie, kiedy ta gra się pojawiła. Tak jak z kilkoma innymi tytułami, miałem szansę ją poznać bez spoilerów, bez naleciałości późniejszego "parówkowania" gier. Z wczuciem, z taką energią jaką mieli na myśli autorzy. Mogłem ją przeżyć i zapamiętać sobie ten klimat i te uczucia. Jeśli miałbym to do czegoś porównać, to do bycia kimś kto przeczytał całego władcę pierścieni, albo tolkiena przed tym jak wszystkie bez wyjątku kopie szlag trafił. Mogę opowiedzieć historię tak dokładnie jak się da, ale klimat jest nieopowiadalny.
  7. Mam poczucie, że ostatnim wpisem nie oddałem zupełnie siły przebicia jaką miał drugi fallout. Postanowiłem dopisać post poświęcony mu w całości, więc jeśli moje wynurzenia na temat tej części i reszty serii cię specjalnie nie interesują, olej, postaram się nie wędrować do off-topików. Wcześniej spróbowałem ją opisać w kilku zdaniach, ale to jest po prostu niemożliwe. Niesamowita jest ilość pracy jaką w tą grę włożono. Zdaję sobie sprawę, że nie była jedynym rpg-iem na rynku który mógł się pochwalić podobną złożonością, a jednak jest kilka rzeczy przez które to właśnie do niej, a nie np.do Baldurów wracam co jakiś czas. I to pomimo naprawdę trudno akceptowalnych mankamentów. Po pierwsze - osadzenie, czy też realia. Strasznie fajnie wykreowana rzeczywistość, w której układy scalone, czy inną bardziej złożoną elektronikę zastąpiono energią atomu i technologią taśmowo/świecową. Klimat i ogólny feel przeszłości jest taki, jak gdyby w jakichś latach 60-tych XX wieku wynaleziono kilka nowinek opartych na zasilaniu atomowym, a potem doszło do gwałtownej eskalacji zimnej wojny i w efekcie apokalipsy atomowej. Trochę żałuję, że faktyczne backstory dzieje się ze 100 lat później, bo trudno mi kupić skąd pozostała taka dziwaczna stylistyka. Jednak nie rozdrapując tego zbytnio - klimat jest absolutnie unikalny i bardzo pieczołowicie podtrzymywany. Widać to we wszystkich zachowanych "pre-war" przedmiotach, w świecowych/tranzystorowych komputerach i konwersacjach prowadzonych jak gdyby były wyświetlane na zielonym ekranie amigi, z takąż czcionką. Pip-boy tylko dodatkowo podkręca i stabilizuje wrażenie. Odrębną rzeczą jest specyficzne poczucie humoru, kryjące się we wszystkim, począwszy od ilustracji z vault boyem, a kończąc na ponurej genezie większości krypt. Te ostatnie zresztą są genialne, świetnie wymyślone i mam wrażenie że mogły w jakimś stopniu zainspirować, lub być inspirowane inicjatywą fanfikową http://scp-wiki.net.pl/ . To i ogólne kreacje wszystkich pobocznych postaci oraz questów, powodują że pamiętam większość z nich i to przynajmniej w jednym wariancie ich rozwiązania. Lore i zadania uczciwie zapadają w pamięć. Po wtóre: Mechanika i gore: Ta gra ma swoje mankamenty. Dla kogoś kto grał w baldury, icewinda, czy bardziej współczesne "kolumny z eternitu" sterowanie drużyną będzie wyzwaniem, zgryzotą, powodem do przekleństw a nierzadko przyczynkiem do nerwowego szukania klawisza szybkiego wczytywania. I gorączkowego rachunku sumienia, kiedy ostatnio wcisnąłem zapis. NPC są świetnie zaprojektowani jako żywe postaci i niewyobrażalnie fajansiarsko jeśli chodzi o walkę, chociaż trzeba powiedzieć, że to jest ogólny mankament AI. Wydawanie broni która w ogóle posiada tryb "burst" dowolnemu ze swoich podwładnych to jedna z pierwszych rzeczy jakich człowiek się uczy by nie robić. Pamiętam, jak po potwornie ciężkich przeprawach z Vikiem który zamieniał mnie w górę dymiących flaków przygarnąłem mutanta, Marcussa. z jakiegoś powodu byłem przekonany, że on walczy wręcz. Wyszedłem z miasta, napotkałem jakiś random encounter z modliszkami i zbladłem jak kreda, widząc że mutant, ruszając się przede mną, wygrzebuje zza pleców miniguna. I robi absolutne sito z dwóch robali, rozkawałkowując mnie przy okazji. "Sejwa" miałem jeszcze przed skończeniem serii questów które w ogóle pozwalały grubasa zrekrutować, więc miałem wtedy dłuższą przerwę w graniu. Jeszcze gorzej się skończyło, jak chciałem innym razem sprawdzić czy miotacz ognia jest "bezpieczną" bronią dla towarzyszy. Eh... W każdym razie, trzeba było strasznie uważać, bo mnóstwo rzeczy na ekranie zwiazanych z AI działo się dziwnie, trochę bez sensu i zawsze po obu stronach było mnóstwo "Friendly fire". Dodatkowo frustrujące było, że do późnych momentów w grze dużo broni było wstanie załatwić ciebie albo dowolnego npc w jedną turę, a samych asystentów w grze była skończona liczba, w dodatku każdy był unikalny. I jak najbardziej śmiertelny. Mechanika w rozumieniu statystyk, perków/traitów i innych bonusów jest moim zdaniem super, trochę przypomina dawne edycje Warhammera fantasy rpg, z rzucaniem kostkami k10/k100 , im wyższa statystyka, tym większa szansa na realizację prawidłowo czynności. Mnóstwo umiejętności z których zasadnicza większość miała swoją przydatność. Przez długi czas must-have'em były dla mnie skradanie się i kradzież, bo pozwalały wcześnie w grze nakraść towaru normalnie dostępnego bardzo późno (typu bozaar od karła/strażników w NCR). Póżniej zacząłem się bawić w minmaxowanie, walkę wręcz, robienie postaci które mają wszystkie statystyki SPECIAL na 10 lub blisko. Sam fakt, że gra była tak rozbudowana że pozwalała na podobne kombinacje kwalifikuje do orderu rpga dziesięciolecia. Gore. Flaki, krew, rozpuszczanie od plazmy. Porażanie elektrycznością, wysadzanie w powietrze, spalanie miotaczem na tańczącego człowieka pochodnię z fantastycznej czwórki. Na wszystko to można było liczyć jak w żadnej innej grze. I to strasznie rajcowało. Do tego stopnia, że przez 80% swoich podejść do tej gry miałem wybrany perk "bloody mess" który znacząco zwiększał szansę na brudny finał czyjegoś życia. To okropne, wiem. Fascynacja tym to coś fatalnego. Myślę że wtedy to było dosyć modne, później wychodziły różne Soldier of Fortune, w których brat kroił mi gębę nożem w pvp, były Carmageddony itd. Cóż, takie czasy. Dzisiaj społeczeństwo jest wydaje się bardziej wyczulone, a amerykańscy obywatele robiący ze szkół i galerii handlowych strzelnice niestety nie poprawiają sytuacji. W końcowym rozrachunku myślę że to nie jest coś, czego graczom brakuje i dobrze że zniknęło, ale, znowu, fallout dawał zawsze unikalną zabawę z gatunku kawałkowania. Schowanie komuś do kieszeni kiści dynamitu i patrzenie na "fajerwerki" to pokręcona, a jednak frajda. Ostatnią rzeczą która dla mnie odróżniała zawsze fallouta od dowolnej konkurencji - humor. Świat fallouta 1 i 2 jest światem ponurym, owszem. Jest światem bezwzględnym i niebezpiecznym, to też prawda. Nie sposób jednak nie zauważyć, że oprócz tego jest światem bardzo cynicznym i przedstawiającym wiele rzeczy w krzywym zwierciadle. Do tego odwołującym się dużo i zgrabnie do popkultury, do siebie samej i naśmiewająca się też z gatunku rpg jako takiego. Ze współczesnych produkcji kojarzę najbardziej chyba "bunkers and badasses", sesję rpg z dodatku do borderlands 2, gdzie podobnie fajnie udawało się żartować ze wszystkiego. Szczególnie zapadają w pamięć wszelkiego rodzaju losowe spotkania. Można trafić na króla Artura poszukującego Graala, można trafić na strażnika mostu zadającego 3 pytania z których jedno zawsze jest burzeniem czwartej ściany. W końcu można przenieść się w przeszłość, żeby uszkodzić sprzęt w jednej z krypt, co daje początek...falloutowi 1. Sprytnie, fajnie, z głową. Zawsze to lubiłem. Chciałbym po tej całej tyradzie dodać tylko, że dla chętnych zmierzyć się z tym cudem, można łatwo trafić w necie na mody, które poprawiają rozdzielczość do bardziej akceptowalnej na dzisiejsze standardy, oraz takie które robią swego rodzaju "director's cut", dodają elementy z różnych powodów usunięte z pudełkowej wersji gry. Nie grałem w wersję spolszczaną, uważam, że język angielsku jej służy, a tłumaczenia są chyba tylko amatorskie (?). Tytułem krótkiego podsumowania serii jako takiej - fallout 3 ma kilka dobrych momentów, ale dla mnie był pierwszą kometą na niebie zwiastującą upadek i dewaluację cudownej marki. Później po naprawdę fajnym new Vegas, które dawało bardzo "dwójkowy" feel zrobiono fallouta 4 i 76.... Czwórkę uważam za po prostu nieudaną, chociaż ją przeszedłem i potrafiłbym wymienić przynajmniej kilka fajnych pomysłów (paradoksalnie - "mountowane" power armory), a 76 nawet nie próbowałem tknąć. Uważam że dwójka jest i będzie najlepszą odsłoną, tak długo jak nie wrócą do sposobu narracji dającego większe możliwości fabularne, a mniej skupione na mechanikach rodem z gier akcji.
  8. Także tak. Podsumowując krótko, było sporo zabawy z Segą w domu, trochę z pegasusem i pecetami po kolegach i w innych dziwnych miejscach (przy okazji ograłem też battle toads osławione, poziom z jechaniem na jakichś super super skuterach -niemożliwy). Była radość pierwszych przygodówek i strategii w wersji English only na stareńkim Maku. W międzyczasie lata mijały i, jak wspomniałem, rosła kolekcja czasopism CDA i dodawanych do nich kompaktów. Sama polityka dodawania była wtedy okropnie zabawna, bo nie było jeszcze dvd, przez co bywało że były po 4 płytki na miesiąc. W dodatku nie jestem pewien czy nie mam jakichś zaburzeń wspomnień, ale chyba płytki były w uczciwych pudełkach na CD, potem przeszły w tekturkowe slotki. Rodzice w ramach powolnego, ale stałego rozwoju przez 10 lat budowali dom. Było to oczywiście z przerwami, inaczej powstawałby chyba po cegle. Nie, tutaj problem był inny i wynikał z zawodu obojga, są mianowicie architektami. Jako tacy nie mogli odpuścić i zbudować zupełnie standardowego domu. Bajery i wynalazki trwają, są trudne, kosztowne - you name it. Dziadek, z zawodu lekarz i człowiek ogólnie bardzo praktyczny łajał ich przy każdej okazji że przeprowadzili byśmy się już 5 razy gdyby nie "głupoty". Tak więc dom przez długi czas służył jako Poligon zabaw wszelkich. Jedną z najgłupszych na jakie wpadliśmy było wybranie charakterystycznego hamulca i rzucenia go w wysokie nad głowę chwasty z piętra- gołego stropu. Później jedno schodziło na dół i szukało go w haszczach, a drugie zostawało na górze naprowadzać krzykami oraz rzucając kolejne kamienie. To że żaden z nas nie wylądował w szpitalu było dziełem przypadku, lub niesamowitego szczęścia. Dożylismy końca budowy, czy może raczej stanu pozwalającego się wprowadzić, a było to jakoś latem 2000 roku. Doprecyzowanie jest konieczne bo w momencie wprowadzenia mieliśmy tylko podłogę w 2 sypialniach na piętrze i jedną skończoną łazienkę, reszta domu zupełnie surowa. W związku z tym przez kilka tygodni grana była pizza i inne podobne cuda, a dom wykańczał się, również przy naszym aktywnym udziale. Mam takie śmieszne wspomnienie z mojego pokoju, w którym na początku spaliśmy obaj z bratem, przyzwyczajeni do pewnej nierozłączności (z racji wcześniejszego wspólnego pokoju i łóżka piętrowego). Nie było jeszcze nawet pół mebla, a my spaliśmy na naszych starych materacach położonych po prostu na podłodze, ale udało nam się wycyganić tanią wieżę typu all in one (kaseciak, paleta na 3cd + antena do radia z cienkiego jak włos kabla w czarnej otulinie) i do niej 2 płyty cd. Jedną był hop-bęc z jakimiś ultra hiciorami lata, wśród których prawie na pewno było i'm blue, i "riddle" gigi d'agostino. Jako późniejszy zdeklarowany metalhead powinienem się wstydzić słuchania tego, ale było gorzej. Drugą płytą była chyba pierwsza Bomfunk Mc's, a na niej Kurna, nie ten, o ten ! O ile mniej więcej wszyscy wtedy słuchali tej piosenki i ją lubili (w mojej grupie wiekowej ofcourse) o tyle już znanie na pamięć całej reszty albumu było trochę przegięciem. Tak więc przez jakiś dłuższy czas pokój składał się z 2 materaców i lichawej Aiwy z lecącą w kółko boską playlistą. Żeby nie przedłużać - pojawiła się dotacja zewnętrzna. Dziadek jak się okazało miał dla wszystkich swoich wnucząt odłożony mały fundusz remontowy, który uruchomił na poczet przeprowadzki. Dzięki temu pokoje się umeblowały, a my z bratem doznaliśmy szokującego z początku rozdzielenia, które szybko osłodziły 2 komputery, a w szczególności możliwość eksplorowania sieci TCP/IP lub IPX. Czyli mówiąc po ludzku LAN-u. Zagadnieniu grania po sieci będę musiał poświęcić cały oddzielny wpis, bo to było dla nas w kontekście grania pvp tym, czym zamknięcie w jaskini dla Tony'ego Starka. Uwolniło wewnętrzne demony! Jednak to przyszło troszkę równolegle, ale jednak trochę później. Na pierwszy ogień poszło odpalenie i przetestowanie wszystkich gier które leżały i czekały na swoją kolej od bardzo, bardzo dawna. Szczególnie miło wspominam spośród dosyć długiej listy tych odgrzewańców Earth Siege'a 2. Przeżywałem kiedyś gdzieś w międzyczasie fascynację mechami (mocno podkręcaną dreadnaughtami z Warhammera 40k), jednak z braku dostępu i trochę braku świadomości kultu nigdy nie załapałem się dobrze na mech warriora. Ta gra miała w sobie mnóstwo fajnych rzeczy. Miała całkiem skomplikowane w sterowaniu mechy. Miała możliwość robienia własnych designów, dopasowywania ilości i rodzajów broni i dodatków wspomagających. Miała rodzaj ekonomii, polegający na tym że gromadziło się żelastwo z pokonanych w trakcie misji robotów, które później można było wykorzystać dosyć zero-jedynkowo do budowania własnych projektów. Zresztą, gra zakładała dowodzenie drużyną, więc można było wydawać rozkazy, przełączać się pomiędzy mechami etc. Tym co było super i dawało mi największą frajdę (z wyłączeniem wspomnianej ekonomii) była możliwość latania. Oprócz tradycyjnych dwunożnych czołgów obwieszonych plazmami, po trafieniu którymi nie zostawało z przeciwnika prawie nic (niestety dotyczyło to również waluty- metalu do dalszego użycia), od pewnego momentu były jeszcze dostęne regularne myśliwce. Te również można było wyposażać do woli a w dalszych misjach drużyna mogła być mieszana, lądowo - powietrzna. Matko, wypuszczenie ekipy na jakąś wrogą bazę, przełączanie się na samolocik żeby wyskautować i strącić co bardziej niebezpieczne mechy "dwururką" z plazmy, a potem robić daleki rekonesans...heh. To była super zabawa. I to mimo faktu, że w tamtym czasie wychodziło diablo 2, albo cudowny deus ex! Inną grą, która o mało nie kosztowała mnie zostania na następny rok w tej samej klasie, był fallout 2. Z jedynką miałem styczność wcześniej w podstawówce u kolegi z klasy, ale wtedy ciemna jaskinia za wyjściem z bunkra i tłuczenie jakichś szczurów nie wydawało mi się zbyt atrakcyjne. Turowa walka, mało naboi, pff... Do dwójki usiadłem, podobnie jak do mnóstwa innych gier w tamtym czasie, pozbawiony jakiejkolwiek świadomości historii świata gry, jej statusu kultowości, a przede wszystkim jakiejkolwiek znajomości mechaniki. Widziałem jakieś podejrzane futurystyczne screeny i intro, a potem byłem jakimś typem w gaciach z włócznią. Z perspektywy czasu myślę, że nie mogło stać się lepiej, bo odkrywałem ją, chłonąc wszystkimi zmysłami, nie wiedząc czego się spodziewać. Trafienie pierwszy raz do Klamath po skrupulatnym przejściu "tutoriala" było czymś unikalnym, na wspomnienie dostaję lekkiej gęsiej skórki. Bycie takim "clueless gamerem" miało wado-zaletę popełniania karygodnych błędów. Kiedy pierwszy raz trafiłem do "the den", byłem zachwycony możliwością zostania slaverem, co poza szybkim wzbogaceniem się, w dłuższej perspektywie zaowocowało wybiciem do nogi całego vault city, bo miałem trochę zaburzone pojęcie po czyjej stronie stanąć i tego, kto mnie obraża. Grę zaczynałem i kończyłem w różnych momentach kilka razy zanim udało mi się ją jakimś cudem przejść, omijając (jak się potem okazało, w czasie kiedy internet stał się popularniejszy a neostrada dostępna) mnóstwo treści. Świetnie wspominam rozwiązywanie problemu elektrowni w gecko city za którymś podejściem, kiedy jedynym sposobem jaki wydawał mi się słuszny było zdobycie wszelkich rad-x i radaway'ów jakie mi się udało napotkać luzem lub w sklepach i wbiec do reaktora, biorąc dawkę promieniowania po której postać powinna wyglądać jak te świecące jak żarówka ghoule. Cudowne wspomniena. Mam autentyczne poczucie, że ta gra w wielkiej mierze (z kilkoma innymi) ukształtowała moje poczucie humoru, charakter i gust rozrywkowy w obecnym dorosłym życiu.
  9. Chciałem przejść już do ciągu dalszego historii, ale po konsultacji z rodzeństwem wyszło, że ominąłbym niezwykle istotny kawałek historii, mianowicie - gry mobilne, czy raczej po dawniejszemu - wszelkiej maści kieszonsolki. Zaczęło się, jak często w moich początkach od strollowania przez ojca. Muszę tutaj dodać, że tata był wtedy trochę specyficzny jak na swoje czasy, bo na grach się znał, chociaż styczności z komputerami poza wczesnymi jabluszkami w zasadzie nie miał. Moment zwrotny poktorym porzucił ten rodzaj rozrywki bezpowrotnie, to było, jak twierdzi, po kilkukrotnym dojściu do świata wodnego (4 akt?) W pierwszym soniku. Powiedział że tam były z góry kolce, z boku kolce, z dołu potwory i jeszcze się dusisz i że to się zrobiło zupełnie jak w prawdziwym życiu i on takie coś pierdzieli. Myślę że dziś by się odnalazł lepiej, ale jest nieprzejednany. W każdym razie, kiedy byliśmy strasznie mało, pewnie coś koło 5,6 lat graliśmy w zwieranie jajek do koszyka itp, jakieś grywajki od ruskich z targu. Któregoś dnia ojciec wrócił z Wiednia, z pracy z prezentem w postaci żółtego gameboya MK1. Ten taki gruby, w standardzie szary z fioletowymi guzikami. Troll polegał na tym, że wręczył nam konsolę, patrzył jak rozpakowujemy, dał baterię a potem napawał się rozpaczą że w to jeszcze trzeba jakieś gry włożyć. Przez bitą godzinę (wydawało się jak pół dnia) utrzymywał że tylko tyle było i on nie wiedział. W końcu jak zmarkotnielismy zupełnie, wygrzebał jeszcze super Mario land i smerfy. Radość była wielka i to na lata, a kartridże jeszcze się gdzieś walają. Pierwsza z gier była dziwna. To było super Mario które prawie niczym nie przypominało tego do czego wszyscy się przyzwyczaili. Pamiętam, że w podobnym czasie w warszawskiej Panoramie, jednej z pierwszych galerii handlowych w dzisiejszym rozumieniu, w piwnicy koło fontanny był automat z wbudowanym snesem, a na nim super Mario snesowe, to z piórkiem które dawało pelerynkę do latania i ujeżdżalnym yoshim. No więc wariant na gameboyu wyglądał jak krzyżówka super uproszczonego tamtego z tym super Mario z pegasusów. Z drugiego był wzięty wygląd postaci i moce, z pierwszego krajobrazy (sort of) chociaż zprymitywizowane do granic rozpoznawalności. Jedna z pierwszych gier które przeszedłem, końcowy level był z lataniem samolocikiem(???) A potem było...new game +. A jak się znowu dało radę to było ++! Drugi starter który mieliśmy, smerfy, był trochę ładniejszy i sporo trudniejszy i szczerze powiedziawszy poza pancernikiem w logo twórców i muzyczka niewiele z tej gry pamiętam. Pamiętam natomiast wybłaganego przez brata Kirbiego. To było coś, latająca poducha, wraży [beeep] z młotkiem, pożeranie wszystkiego jak leci. Chciało się min-maxować tą grę! I muzykę dalej poznaję, jak się trafi jakiś cover np w smashu. Najśmieszniejsze, że sama kieszonsolka jest dalej sprawna chociaż jakby szybciej baterie pożera. W dodatku jeszcze w gimnazjum, kiedy koleżanką pożyczyła (oddała?) Pokemon yellow, okazało się że można przy takim niepodświetlonym, czarno-białym ekranie zarwać noc. To zresztą przypomina mi całą gamę dziwnych akcesoriów. O ile słuchawki były jak najbardziej zrozumiałe, o tyle worpgachne, ciężkie szkło powiększające z lampką było co najmniej osobliwe. Najdziwniejszym gadżetem i jednocześnie obiektem mojej zazdrości była kamerka do zdjęć wtryniana w miejsce na grę i drukareczka (taka w sumie jak do paragonów) do późniejszego "wyzwalania" kreacji. To było z racji rozdzielczości i czułości sprzętu a także specyficznej czarnobiałości kompletnie bezużyteczne. Ale lans był. Żeby zamknąć temat przed podróżą dalej w czasie, muszę jeszcze wrócić do kilku gier których co prawda nie miałem (no bo i jak na maku) ale stawałem na głowie żeby ograć gdzieś indziej. Była to np seria Heroes of might and magic, zaczynając od części 2. Spotykaliśmy się w podstawówce z kilkoma kolegami u jednego z nich na ogrywanie gorących pośladków. Menu główne przyprawiało mnie o wypieki na twarzy i chyba wszyscy byliśmy kompletnie uzależnieni od jakiejś nierzeczywistej matematyki "za hm....10 tur będziesz miał czarne smoki!". Nie sprawdzało się, ale zabawa dalej była taka, że urywałem się ze świetlicy szkolnej żeby pograć z nimi a potem na świetlicę wrócić zanim mama mnie "odbierze". Cudne czasy. Podobnym ich znakiem był nauczyciel wfu który wysyłał nas grupowo po świerszczyki do kiosku i popijał jakiś alkohol z puszki po redbullu albo isostarze. Strasznie się wściekał jak jakaś panna była wycięta nożyczkami, zupełnie nie wiem czego się spodziewał. W każdym razie parę razy wpadłem. Mama jednak wróciła wcześniej, albo ja się zasiedziałem, koniec końców ukrócili mi to. Później udało się takie spotkania z kolegą-posiadaczem hirołsów zalegalizować i skutkiem tego poznałem jeszcze kilka ciekawych gier. Jedna z nich to populous 2, którą potrafię odpalić nawet teraz (lub tego inspirującego się indyka którego nazwy za diabła nie mogę sobie przypomnieć), a drugiej nie pamiętam nawet nazwy ale polegała na wyścigach na ćwierć mili po tuningu fury. Straszna pixeloza a sam wyścig to było manipulowanie paskami klinowymi. Ale klimat był super. Zostały jeszcze trzecie hirołsy które przyszły później, jakoś w szóstej klasie. Inna szkoła, inni kumple i trochę inne zdrowie. Do tamtego czasu strasznie dużo chorowałem, często lądowałem w szpitalu i dłuższe pobyty poza domem były off-limits. Wtedy coś się zmieniło i zaczęły się spotkania na nocowanie. Niby na ogół służyły odrabianiu we trójkę/czwórkę lekcji, jak np nagranie pana Twardowskiego z podziałem na role. Jednak zwykle była to czysta frajda. Wypady na pizzę Domino's w wersji superpikantna ( jeszcze zanim sieć zniknęła z kraju by ostatnio wrócić z powrotem), picie nieodżałowanego różowego Frugo, zjeżdżanie na pseudo kolejce górskiej z górki szczesliwickiej...i granie w homm 3. Każdy miał ulubiony zamek, ja walczyłem fortecą, kumpel lochem, a drugi zamkiem. Kłótnie w sprawie wyższości jednego nad drugim nie miały końca, ale zawsze, zupełnie niesłusznie, uważaliśmy zgodnie trupy za szmelc. Graliśmy wojnę! Albo któryś inny scenariusz który pozwalał na wybór wszystkiego i zarywalismy tak noce, w pomieszczeniu na komputer tak mały że siedzieliśmy tam spoceni jak myszy nawet przy +15 na zewnątrz. Chociaż to mogły być też po prostu emocje.
  10. Unmade

    Old times!

    Przepraszam za kroplówkowe tempo, ale jak napisałem na początku, człowiek się starzeje i zmienia. U mnie zmiana polega na tym że mam pracę i 8 miesięcznego syna który jest super kochany i super absorbujący a to jednak trzeba trochę pogrzebać w głowie... Wracając do tematu gier, a w szczególności tego co dało się ograć na stareńkim Maku - przespalem się trochę z tematem i przypomniały mi się jeszcze dwa absolutne hity. Jeszcze jeden mały side-note. Dużo piszę na temat cen i przepuszczania majątków na gry i mam w tym swój cel. W tamtych czasach się piraciło. Wszędzie, bez przerwy, na potęgę. W Warszawie funkcjonowało coś takiego jak wolumen, albo stadion dziesięciolecia. Wybierało się tam w weekend z rodzicielem i kupowało jakąś nowość za równowartość paczki fajek. To na koniec było zabawne, bo nigdy nie byłeś pewien czy na płycie będzie obiecany Dungeon keeper, pakiet office, pliki tekstowe po ukraińsku czy gejowskie porno. Mimo tego mocno zazdrościłem moim kolegom, posiadaczom PC (szczególnie tym z nagrywarką CD, hoho!). Nie funkcjonowało właściwie coś takiego jak "giełda na grzybowskiej" dla makowców. Masz jabłuszko (wtedy jeszcze kolorowe!) - płać i płacz. Cierpiałem, ale jak o tym myślę na dłuższą metę, przyczyniło się to do mojego skądinąd zdrowego stosunku do wykonanej pracy, za którą należy się płaca. A trzeba dodać, że gry były wtedy jak na warunki standardowej 4-osobowej rodziny w 36metrowym mieszkaniu drogie. Nawet bardzo, a jeśli przemnożyć nałożyć na to jeszcze filtr walutowy...cóż, trzeba było odpuszczać coś więcej niż kolorowe koraliki do szprych roweru. Wracając do gier i początków przygody z komputerową rozrywką. Pierwszym z tytułów które mi się jeszcze przypomniały było sim city classic (oraz mniej ograne 2000, którego miałem tylko demo). Co to była za gra! Polecam każdemu fanowi takich ekonomicznych strategii. Zobaczyć jak główny reprezentant gatunku city-builderów zaczynał i jak rozwijał się oryginalny pomysł. Główna podstawowa różnica - strefy przemysłowe, komercyjne i mieszkalne nie były oznaczane "plackami", były gotowymi kwartałami, tak jakby 3x3, podobnie jak w zasadzie każdy inny budynek funkcyjny. W efekcie trudno było zrobić miasto które wyglądało inaczej niż Barcelona, albo pierwsze z brzegu generyczne miasto Stanów Zjednoczonych. Z tą dodatkową zabawnością, że robienie dróg po skosie nie wchodziło w grę (kwadratowe kwartaliki musiały istotnie wpływać na to ograniczenie), więc kończyło się z mniej lub bardziej rozbudowaną kratownicą, całą w korkach i skażeniu. kolejną było bardzo mocne ograniczenie kontroli nad...czymkolwiek. Podstawowe funkcje z bardziej współczesnych gier tam nie istniały. Było w zasadzie ustawianie podatków dla kolejnych stref w wartościach procentowych i niemalże tyle. Jednym z exploitów, który samodzielnie z bratem "odkryliśmy" było manipulowanie podatkami w taki sposób, że przez 11 miesięcy w roku były na najniższym możliwym poziomie, a w grudniu wędrowały do maksa. Gra głupiała i podatki nie wywoływały żadnych efektów poza tym, że za miesiąc spływała gotówka na cały następny rok zabawy. Były też katastrofy, co jak się zdaje musiało być od początku w założeniu twórców czymś niezmiernie istotnym. Sam tego nigdy nie zrozumiem. Serio, budujesz skrupulatnie domek z kart przez 50 godzin, żeby go potem przewrócić? Niech nawet będzie-efektownie spalić? Pff.... Simcity 2000 ograłem dużo później skrupulatnie, demówka pozwalała tylko na ograniczoną interakcję z jednym na wpół gotowym miastem. Sprowadzało się to zresztą do- niespodzianka!- zabawy kilkoma dostępnymi katastrofami. Cities-skylines all the way! Teraz druga gra, która była absolutną, cudowną perełką. Mowa tutaj o idiotycznie przepłaconej Myth 2. Kojarzy ktoś jeszcze tą serię? Nie doczekała się współcześnie żadnego rebootu, w ogóle mało do niej miłości. I to pomimo naprawdę świetnego klimatu kampanii i czadowego multiplayera, który pozwalał obrzucać wroga szczątkami paraliżujących wightów. Cały czas mam na myśli część drugą, pierwsza była spoko, trzeciej nigdy nie skończyłem. Gra była sprzedawana (również w polskich sklepach) w wersji dwuformatowej, co było rzadkością stosowaną właściwie chyba jeszcze tylko przy grach blizzarda. Oznaczało ni mniej ni więcej, a że na płytce były pliki do instalacji tak na pececie jak na maku. Dwusystemowość płytki odkryłem dopiero jak dotarła, fakt że w polskim sklepie kosztowała taką samą cyferkę tylko z pln zamiast $ przy niej, trochę później. Frustracja była spora, nawet jak na ~12latka. Ogólne założenia dla nieświadomych - strategia, czy może raczej taktyk w czasie rzeczywistym. Klimat gdzieś między średniowieczem, japonią i dziwaczną fantastyką. W multiplayerze zabawa polegała na kompletowaniu armii ze z góry ustalonej puli punktów w prostej mechanice - masz 100, kupujesz 100 szmatławych thralli, albo 50 łuczników, albo mieszasz etc. Kampania składała się z bardzo silnie fabularyzowanych misji, w każdej dostawało się konkretny zestaw jednostek i trzeba było sobie poradzić. Większość nie była trudna, chociaż kilka dawniej popularnych misji typu "wytrwaj x minut naporu złoli" wspominam z mieszaniną rozrzewnienia i zgrozy. Była jedna taka szczególna w zimowym świecie, część zespołu wykopywała coś z lodu, a sterowalnymi jednostkami (grupą magów, krasnoludów i czego tam jeszcze) broniło się przed istnymi watahami wrogów. Myth 2 miał świetny klimat. Było trochę standardowych jednostek, trochę specyficznej magii w stylu chodzących pustych pancerzy - stygian knightów i trochę uczciwej magii i porządnych niezabijalnych koksów. Nie pamiętam czy któraś gra wcześniej wprowadzała koncepcję "bohaterów" jako jednej naprawdę silnej jednostki z olbrzymią ilością życia i unikalnymi zdolnościami. Główny drań, soulblighter, to było coś! Na to wszystko nakładała się brutalność z kawałkowaniem wszystkiego włącznie, specyficzny widok z bardzo płaskiego lotu ptaka i bardzo klimatyczne cutscenki w stylu Anime. no i muzyka z menu głównego! Uwielbiałem tą grę. Uwielbiałem w multiplayerze wybuchać jednym piorunem pół armii brata z użyciem "Fetcha", kopać łuczników w rozlatujące się po planszy drobinki drowami, a w szczególności podnosić wszelkiego rodzaju śmieci takimi małymi ghoulami i obrzucać nimi jego armię. No i trupie jednostki które mogły wyleźć z wody na nic niespodziewających się krasnoludów. Eh, fun times! Muszę tutaj dodać, że sporo z ogrywanych przeze mnie pozycji było na rynku od naprawdę dawna w momencie jak miałem z nimi pierwszy raz styczność. Kiedy ja grałem w the dig, albo full throttle, kumpel odpalał u siebie fifę 98/99, woo-hoo. Potem przyszły w krótkim odstępie czasowym dwa zdarzenia - pierwszym była przeprowadzka (w ramach której znalazł się budżet na prawdziwego PC) oraz dłuższa wizyta w warszawskim szpitalu przy ul.działdowskiej, do którego jeden z współpacjentów przywlókł swoje PSX, a na nim Phantom Menace, chyba Medal of Honor i kilka innych perełek. Ale to next time. Czas spać.
  11. Cześć wszystkim, Czytam Cd-Action od tak dawna, że przeszły mi już w międzyczasie przynajmniej dwa życia. Piszę to bez grama przesady, w międzyczasie zmieniłem z rodzicami mieszkanie na dom, skończyłem szkołę, nie skończyłem studiów, ożeniłem się, rozwiodłem, doczekałem grupki dzieci...a czasopismo trwa przy mnie niezmiennie. Zresztą towarzyszy mi tylko trochę krócej niż same gry komputerowe i tym mam ochotę się z Wami podzielić. Potraktujmy to wszyscy jak rodzaj spowiedzi i zapisu archiwalnego. Jak też wyglądało granie kiedyś i dziś, z perspektywy jednego, konkretnego człowieka - mnie. Miłej, mam nadzieje, lektury! Pierwszy numer CDA wybłagałem od rodzicielki w 4 klasie podstawówki. Było to o tyle zabawne, że w tamtym czasie nie miałem komputera, czy ściślej - miałem, ale był to Power Pc mackintosha, z zegarem 90mhz podkręcanym bodaj do 110. Pamiętam , że nie do końca jasne były dla mnie zagadnienia kompatybilności systemów. Dlatego kiedy już okazało się na pewno, że płytka z Dark Colony za żadne skarby nie ruszy, bo wyświetlające się pliki na płycie to stek bzdur który nie daje się nijak uruchomić, namówiłem młodszego brata na wywalenie całych oszczędności z komunii i ciułanych po drodze na software o nazwie "Virtual PC" z windowsem (chyba 98) w pakiecie. To to kosztowało takie pieniądze, że prawdopodobnie możnaby z powodzeniem kupić jakiś lightowy (może używany?) pecet, co zresztą usiłował nam wytłumaczyć ojciec, ale byliśmy,(ja byłem) strasznie zawzięci. Na marginesie, moi rodzice mieli troszkę wschodnią, azjatycką politykę wychowywania. Pomijając że zostawiali nas często samych sobie, co było raczej normą w latach 90tych, to uważali że nauką nie jest powiedzieć "nie wal głową w mur", a raczej "błagam cię, nie bierz pełnego rozpędu". I tak staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami windowsa na maku. Program był dosyć prostolinijnym emulatorem, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami takiego rozwiązania w tamtych czasach, w szczególności z katastrofalnym spadkiem wydajności podczas emulacji. Skutkiem tego Mac na którym i bez emulacji z trudem chodziła większość naszej biblioteczki gier, zaczął mulić tak przepotwornie, że wyzwaniem był sam boot systemu na który czekaliśmy po 20-30 minut. Finalnie okazało się, że ani dark colony, ani pozyskany jakoś niedługo później earthsiege 2 zupełnie nie chcą ruszyć, jedyne co szło uruchomić to systemowego sapera i pinballa. Zostaliśmy więc na kilka kolejnych lat z rosnącym z miesiąca na miesiąc stosem czasopism czytanych z wypiekami na twarzy i drugim stosem pudełek z płytkami, które wszystkie bez wyjątku czekały na odpalenie na czymś przyzwoitym. Co ciekawe, z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie w tej chwili powodu, nigdy nie kupowaliśmy Gamblera ani Secret Serwisu, mimo że w branżowych początkach wcale nie było oczywiste co jest lepsze, a np."na dzielni" popularnością cieszyły się właśnie bardziej te wymienione niż CDA. Wracając z off-topicu, mieliśmy z bratem w ogóle trochę pecha ze sprzętem do grania, chociaż w dosyć przewrotnym rozumieniu. Gdzieś w okolicach 1993-4 roku w ramach prezentu z "saksów" dostaliśmy od ojca konsolę. W sąsiedztwie wszyscy mieli wtedy albo jakąś odmianę atari, amigi na kasety z zielono-zielonym wyświetlaczem (fallout style), albo nieśmiertelnego pegasusa. A nas los pokarał Segą Mega drive 16-bit. Dzieciaki są strasznie głupie i poddają się presji otoczenia, modzie. Dzisiaj rozumiem, że mieliśmy sprzęt o klasę lepszy z takimiż grami, ale co z tego skoro kartridż 176-w-1 nie pasował i nie dało się rżnąć w Contrę albo czołgi/samoloty? Nie dało się pożyczyć od kumpla jakiejś piłkarki, czy innego super mario! Jasne, ograłem 2 pierwsze Soniki, kilka przygodówek, Dynamite Headdiego, Kevina samego w domu i co tam jeszcze dało się dorwać na giełdzie na grzybowskiej na wymianę. Ale co z tego? Nie potrafiłem jakoś dostrzec że te gry wyglądają sto razy lepiej, że mają lepszy design...to wszystko się nie liczyło. To było jak z paleniem papierosów w dorosłym życiu. Zdrowiej nie palić, ale omija cię połowa zdarzeń społecznych, cała ta radosna wymiana spostrzeżeń i plotek podczas przerwy na fajka. Nie było szansy pograć w to samo co znajomi, pogadać o tym samym, co znajomi, słowem - wykluczenie społeczne! Szczęśliwie (to były naprawdę dziwne czasy) lokalny klubik, taki typu dom kultury, miał rozklekotany bordowy tapczan z zamszykiem powycieranym do białego na każdym rogu. Przy owym tapczaniku stał rozpadający się od samego patrzenia telewizor kineskopowy, taki prawie kolorowy, na własnych nóżkach.. Do niego była permanentnie podłączona konsolka pegasus z kilkoma kartridżami ( w tym nieśmiertelne 100ileśtam w jednym, z de-facto może 15 grami w różnych wariacjach). Do grajmaszynki można było się przyssać na godzinę za jakąś dosyć symboliczną opłatą, którą uiszczało się z jakiegoś powodu szatniarzowi. To był jakiś sposób do nadrobienia towarzyskich braków i wyrównanie szans kiedy przyszło konkurować w coś z ludźmi którzy mieli grę u siebie na codzień. Patrząc z perspektywy czasu to w ogóle było zabawne. Wszyscy mieli pegasusy i wszyscy mieli te same gry, można było powiedzieć, że było to coś jak wychodzenie na piłkę na boisko. Każdy wiedział jak grać w czołgi, albo zdechł przynajmniej kilka razy usiłując złapać "S-kę" w Contrze. To czyniło z pegasusa jakiś rodzaj uniwersalnego języka dla graczy, coś czego dziś w dobie graczy mobilnych, konsolowych, pc-materacowych - tak łatwo już się nie osiągnie. To dawało taki specyficzny klimat zżycia tym, którzy mieli szansę w tym uczestniczyć. Sega Mega drive żyła długo i szczęśliwie, myślę że gdybym dorwał gdzieś kabel zasilający, dalej szło by ją uruchomić. Gorzej z padami które często padały ofiarą dziecięcej furii i nierzadko waliły o podłogę, np po wcześniejszej podwójnej pętli na kablu dla rozpędu. Gdzieś w momencie kiedy zaczęła się porządna podstawówka, taka z przedmiotami jak biologia i geografia, przyszedł do nas w , w ramach zasłużonej emerytury po pracy biurowej, wcześniej wspomniany Mac. To był, podobnie jak Mega Drive, zasadniczo lepszy jakościowo sprzęt niż pecety którymi dysponowali koledzy i cierpiał na tą samą zarazę - niekompatybilność. Nie było mowy o pożyczeniu "kompakta" z Hirołsami dwójką, settlersami czy innym populousem. Jednak wspominam go naprawdę dobrze, miał relatywnie duży monitor, porządną, klikającą klawiaturę (za jej sprawą do tej pory przepłacam za nie, wnerwiają mnie niemechaniczne), myszkę z jednym przyciskiem jak przystało na apple'a i kulką pod zakręcanym wieczkiem. Tę kulkę i rolki które ją toczyły trzeba było z namaszczeniem czyścić płynem do szyb raz na jakiś czas, w szczególności kiedy się przegrywało i potrzebny był jakiś racjonalny powód niepowodzenia. Nasz Power pc miał na pokładzie system MacOs chyba 9 (a może 7? w każdym razie czasy sprzed "X" ) i był strasznie trudny dla kogoś bez znajomości angielskiego. To i konieczność czytania solucji do przygodówek przyczyniło się finalnie do unikalnej znajomości tego języka w późniejszym życiu, ale wtedy to była zabawa w stylu wciskania co popadnie i obserwowania efektów. Jeszcze przed zupełnym niewypałem z emulatorem windowsa, kupowaliśmy z bratem czasopismo Publish i Macworld, do którego dołączali płytki z sharewarem i demówkami różnych gier (cudeńka jak Ultima III, albo Realmz 2.2.coś, czy nawet Diablo w wersji Spawn). Oprócz tego byliśmy niestrudzeni w wierceniu dziury w brzuchu, żeby rodzice wzięli wszystkie nasze (i własne) oszczędności kupili nam za nie COŚ na maka. Skutkiem tego był zakup celowy Warcrafta 2 o którym trochę więcej zaraz i kilka takich dziwacznych, dosyć przypadkowych paczek z grami. Wszystko to musiało być absolutnie rujnujące, bo rzeczy na maka były wtedy chyba w 100% płacone w dolarach. Te dziwaczne paczki to były takie pudła formatu mniej więcej 50x70, w których na oddzielnych gniazdach były płyty CD, wszystkie z takim samym wzorkiem, trochę przezroczystym a trochę w kolorze. Każde pudło miało swój kolor płytek i chyba zupełnie przypadkową, tzn.niezwiązaną w ramach pudełka, zawartość. Żółte były ze Space Madness, alphą centauri, Jump Raven czy Lunicus, pomarańczowe z Kings Quest VII i jakimiś niezbyt pociągającymi RPG, było pudło z grami Star Wars (wśród nich X-wing, dark forces i jakieś takie szynowce, Rebels?). Fioletowe (różowe?)miały m.in Leisure Suit Larry 6, co wspominam naprawdę dziwnie. Rozgryzaliśmy tą grę z włączonym angielskojęzycznym kompendium solucji i nie mogliśmy skumać po pierwsze co to za dziwny talerzyk na poduszce, a później dlaczego jakaś dziewczyna coś z nim robi przy dźwiękach naciąganego balonika. Zakładam że to musiało mnie jakoś ukształtować, żeby nie powiedzieć - skrzywić O Warcrafcie chciałem powiedzieć więcej z kilku powodów. Po pierwsze, miał genialne intro, które oglądałem poklatkowo i każdą klatkę znałem na pamięć. Komputer słabo sobie radził z tą animacją. Po drugie miała genialną fabułę i gameplay tak wciągający, że potrafiliśmy z bratem nie jeść i nie pić przez cały dzień, kiedy rodzice zostawiali nas w myśl ówczesnych zwyczajów, samych sobie. Kiedy już byli, mama zawsze w którymś momencie kazała "wyłączyć głos, bo ma już dość tego rzygania" (dźwięki wydawane przez umierające jednostki były specyficzne). Po trzecie i może ostatnie, cały mechanizm skirmishowy, który pozwalał, w kolejności ważności, rozgrywać różne mapy, wybierać kolor i rasę armii, puszczać "to już jest koniec" elektrycznych gitar na chwilę przed zwycięstwem. Może to ostatnie wymagało płyty z muzyką i oddzielnego odtwarzacza, ale wspomnienie jest żywe! Na razie muszę kończyć, nie pisałem wcześniej postów, więc jakoś dojdę do tego jak zapisywać/edytować/dodawać. Póki co wrzucam tyle ! Pozdrawiam, Unmade/TS
  12. Napisałem potężny post nt.piractwa. zostawiłem żeby się odleżał, żeby przeczytać jeszcze raz, uzupełnić itd. Wszystko to robiłem na telefonie i najwidoczniej pamięć podręczna Chrome mnie oszukała bo wszystko poza pierwszymi dwoma zdaniami szlag jasny trafił. Napiszę to jeszcze raz jak ochłonę z frustracji, tymczasem udało mi się odwiedzić dom rodzinny, a tam przegrzebać przez archiwum. Wrzucam zdjęcia żeby się pochwalić! Przyznam, że jestem tym mniej sentymentalnym. Młodszy zbierał zawsze wszystkie pudełka po grach(również kartonowe!), czasopisma i płytki ze wsząd więc jest 100% jego zasługą że to archiwum w ogóle istnieje. Ułożone są rocznikami, zaczynając od 2001
  13. O graniu sieciowym i multiplayerze trochę napiszę jeszcze później, jak pozbieram jakoś myśli. W ogóle mam takie poczucie spieszenia się do czegoś. Miewacie tak czasem z grami, że leci się na łeb na szyję po questach, mimo że gra jest super i możnaby się podelektować, że tak to nazwę. Miałem tak z mass effectami, super gry w których bardzo parłem do końca i potem byłem zawiedziony że to koniec. Nie cieszyłem się odpowiednio z procesu przechodzenia, nie wiem na co licząc. Mam troszkę podobnie tutaj, teraz. Muszę się strasznie pilnować, żeby oddać odpowiednio dużo myśli i czasu każdej rzeczy o której chciałbym napisać. Potrzebuję postronka, żeby nie rwać gdzieś w pole, nie pisać po łebkach żeby dobrnąć do jakiegoś bliżej nieokreślonego końca. I potem myślę, spieszę się do opisania WoW-a ? Początków LoLa? Tego że teraz mam czas na jedną grę rocznie, wcześniej pożerając 5 miesięcznie? To wszystko bez sensu, spróbuję utrzymać w miarę niespieszne tempo. W jego ramach mam taką refleksję, że mój gust growy z bratem, mimo podobnego wychowania growego i ogólnego dość szybko się rozjechał. Może nie na FIFA kontra Baldurs Gate, ale mieliśmy inne priorytety i inne podniety. On czekał z zapartym tchem na vampire masquerade bloodlines, albo Black and White, czy far cry pierwszy, które z początku mnie słabo grzały. Z drugiej strony ja czytałem każdy skrawek newsa o Morrowind. Pamiętam cdaction w którym była recenzja tej gry. Jednym z głównych screenów był dark elf w zbroi Kościanej z tatuażami na twarzy w takie kwadraciki. The Elder Scrolls 3, Morrowind. Nawet nie wiedziałem że były jakieś pierwsze dwie części, ale w sklepie czekałem w kolejce pierwszego dnia po premierze. Musiałem zobaczyć na żywo tą nieprawdopodobną wodę. Przekonać się że naprawdę można czarami ruszać każdy przedmiot, wszystko ukraść, latać i tworzyć własne zaklęcia. Gra zaczynała się od zejścia z łódki, na której i chwilę później ustalało się szczegóły postaci, która jak to w serii mogła być absolutnym dowolnym miszmaszem. Później była wycieczka pieszo do Balmory. W późniejszych przejściach immersję trafiał szlag, miałem obcykane do której wsi pobiec po łazika, w której jaskini jest łachmaniarz z jakimś sensownym przedmiotem, a przede wszystkim okradałem do gołego ten pierwszy budynek po lądowaniu. Jednak za pierwszym razem to było coś innego. Muzyka była niesamowita, zupełnie coś innego niż we wcześniejszych grach które ćwiczyłem, orkiestrowa, z wczuciem. Niesamowite krajobrazy, a na koniec błądzenia wyjścia zza rogu wprost na wysokiego łazika, przerośniętą pchłę która wydawała wielorybie wycia z siebie. Kurcze, to był zbudowany klimat, można było dostać gęsiej skórki. Później były obowiązkowe questy z czyszczeniem piwnicy że szczurów. I kurierskie. I uczenie się na pamięć połączeń między miastami różnymi środkami lokomocji. Gildia magów w pączkujących budynkach telvanni. Poukrywane wszędzie smaczki, ostatni krasnolud w jakiejś norze, teleportery, własny dom, żywe bóstwo Vivek... Ta gra była nieprzebrana. I strasznie nieintuicyjna Wdg dzisiejszych standardów. Jak grałem pierwszy raz, miałem niewspółmierne rozwinięta postać do głównego wątku fabularnego. To był skutek mojego przeoczenia z początku gry, kiedy w ruinach dwemerow trzeba było znaleźć jakąś kostkę. Przeoczyłem taras na początku lokacji gdzie ta kostka była i potem ubzdurałem sobie, że musi być dużo głębiej, w zupełnie niedostępnym miejscu. Odszukałem ją dopiero, jak udało mi się nabić tyle skilli, żeby opanować lewitację, wlecieć tam gdzie mi się wydawało i zweryfikować swoje poglądy- czytaj-przeszukać jeszcze raz od początku. System walki był okropnie toporny, a jednak niesamowicie kuszący mnogością opcji, tym że można było machać bronią na kilka sposobów i tworzyć własne czary niemal w stylu Dragonball-owej spirit bomb z epizodu z frezerem. Morrowind był pionierem w systrmie alchemii i zaklinania, ogólnego craftingu, który w późniejszych grach był standardem. Nigdy wcześniej o ile się nie mylę nie było w takiej skali zbierania rzeczy, łączenia materiałów, tworzenia eliksirów itd.w grze RPG która była pierwsza/trzecioosobowa. To było niesamowicie realne, wstrząsające wręcz. Najfajniejsze i w sumie frustrujące były questy a w szczególności znalezienie celu. W dzisiejszych czasach właściwie nie do pomyślenia jest niewskazywanie kierunku w którym trzeba iść za zadaniem. Wtedy było dokładnie odwrotnie, pamiętam że przy okazji premiery obliviona, kolejnej odsłony serii, był lament nad fast travelem, czyli docieraniem do celu bez fizycznego biegania (w Morrowind w cenie były eliksiry przyspieszające i cheaty, bo nalazic się trzeba było nawet jak się korzystało z sieci połączeń), oraz nad wskazywaniem celu zadania na mapie, czy wręcz strzałką. W TES3 był chyba czar który w jakiś sposób kierował w stronę celu pokazując taki mgławy szlaczek, ale poza tym informacja wyglądała -" idź jakieś 50metrow na lewo od jaskini xyz, zaraz za krzywym drzewem". I ty potem biegałeś jak wariat, szukając tego krzywego drzewa przez pół godziny bo coś ci umknęło. Fun! Nawet jakiś mem który się z tego nabija kursował niedawno po internecie. I zupełnie się nie dziwię, w połowie wypadków barierą nie było niezrozumienie zadania tylko trudność w dotarciu na miejsce i potem odszukanie tam odpowiedniej osoby, przedmiotu, dźwigni itd. Dwemerskie ruiny to było piekło i teraz myślę, że dla projektantów części poziomów powinno się znaleźć specjalne miejsce w piekle. Zresztą podobnie ma się historia z grzybowymi domami magów i tego jak bardzo były bugowate, ciężko było przejść korytarzem bez trafienia w niewidzialny narożnik, a latanie pionowymi korytarzami (nie-czarodzieje nie mieli tam czego szukać!)to była udręka. Pewną śmiesznostką była konsekwencją specyficznego i cwanego sposobu rozdawania punktów i levelowania. Używana umiejętność się rozwijała od...no, używania. Nie wystarczyło jednak machać mieczem, trzeba było jeszcze w coś nim trafiać. Łatwiej było z częścią magii, bo np zniszczenie czy przemiana wymagały po prostu rzucania czarów do skutku. Stąd często stałem przy łóżku w gildii magów i z punktu widzenia realnego obserwatora w świecie gry musiałem robić wrażenie maniaka. Wybrzdąkiwałem się z całej many spreparowanym specjalnie czarem własnego autorstwa który był marny i tani, a potem szedłem spać i tak do skutku. Inne umiejętności, takie jak przywoływanie stworów było gorsze, bo kosztowało dużo many, a powtórzeń potrzebowało podobnej ilości. Tutaj fajnie szło łączenie z enchantingiem, wskrzeszanie szkielecika, zaklinanie uwięzieniem duszy i ukatrupienie czarem albo innym ćwiczonym skillem. Wszystko rzecz jasna w jakimś miłym zacisznym miejscu, przy łóżku... Najzabawniejszym ze wszystkich był chyba skill acrobatics, który odpowiadał za obrażenia od upadku i być może wysokość skoku (ktoś może potwierdzić/zaprzeczyć?). Ponieważ graczowi ogólnie zależało na tym, żeby dostawać "duże" poziomy, które należały się za każde dowolne 10 skilli, to większość po pierwszym szoku i zachwycaniu się burzami piaskowymi i skorupiaków uni domami hlaalu, zaczynał naduszać "E" rytmicznie w każdym momencie jak się poruszał. Nie rozumiem czemu projektanci uznali że dobrze będzie pójść pod prąd i akurat tak zbindować skakanie. Myślę w każdym razie że widok kogoś permanentnie kicającego w drodze był dziwny i nabrał normalności lata później, przy okazji world of Warcraft pomijam(pomijam tu quake-owe bunny hopping), chociaż z zupełnie innych pobudek skoczków.
  14. Zanim jednak sprzęt skończył tak sromotnie w rękach rozgoryczonego chuderlaka z meszkiem pod nosem, służył przez lata, podobnie jak jego brat bliźniak. Nim jednak do tego przejdę, przypomniała mi się taka rzecz, która była znakiem początku XXI wieku. Otóż po granie w CSa i star/warcrafta, czy inne cuda robiło się pielgrzymki do pointnetu. To była taka w wąskich kręgach (szczególnie ursynowskich) kultowa kafejka internetowa. Oprócz pointnetu była jeszcze jedna moja ulubiona przy a.niepodleglosci, zaraz za odyńca. Obok była Telepizza która chyba dalej tam bytuje. W centrum handlowym Land na piętrze też była świątynia LAN-u ale tam uczęszczali starsi koledzy. Tacy w typie góry mięśni i zrywania się z krzesła z okrzykiem "kto mnie zajumał?!"po zebranym headshocie z desert eagla w counterstriku. Za dużo nerwów, za mało masy własnej. To były czasy gdzie nawrzucanie komuś na czacie mogło mieć realne konsekwencje, bo anonimowość sięgała tak daleko jak rozpracowanie przy którym kompie siedzi gość z danym nickiem. Pointnet miał dosyć przyjazną i zwartą grupę wagarowiczów. Pamiętam że granie kosztowało 4zl/godzinę. Chciałem napisac kilka słów o samym kafejkowaniu, bo dla dzisiejszego młodszego gracza to może być trochę egzotyczna koncepcja. Otóż wyglądało to tak - ciemne pomieszczenie, plakaty z gramj na ścianach, recepcja, a za nią obowiązkowo jakiś człowiek w bojówkach i czarnym tshircie z kasą fiskalną (choć nie zawsze) i komputerem -masterem (obowiązkowo). W niektórych znajdowała się tam też lodówka z napojami. Komputer recepcyjny był używany żeby zdjąć blokadę z komputera na określony czas. Sporo ludzi brało na kreskę albo błagało o jeszcze 15 minut. Z perspektywy czasu wyglądało trochę jak nora heroinistów. Resztę pomieszczenia zawsze wypełniały ciasno ustawione komputery, czasem z parawanami między monitorami. Obowiązkowy brak klimatyzacji i jakichś 12-20 młodzieńców... cóż, można sobie wyobrazić gęstą atmosferę i to nie tylko ze względu na emocje. Było kilka gier które były wszędzie i trochę takich które były nie zawsze. Można było liczyć na pakiet half life + team fortress + counter strike w sumie wszędzie. Zwykłe można też było pograć w StarCrafta. Potem już było różnie. W ursynowskim PNie był też np Warcraft 3 jak już wyszedł, również z dodatkiem, dużo się grało w protoplastów doty I podobne modyfikowane mapki. Na Mokotowie przy niepodległości był np dungeon siege I battlefield. W większości był też Quake 3, rzadziej unreal tournament. To nie był hazard. Myślę że łatwiej porównać to do kupowania małpki w sklepiku koło domu. Niby tylko 100tka wódki, ale jak kupujesz 5... Z kafejkami było podobnie. Trudno widzieć coś złego w pograniu sobie przez godzinę, szczególnie że ludzie nie mieli tak znowu komputerów w domu. Jednak jak ktoś, jak ja, siedział po 3-4 godziny i dłużej, przewalając na to pieniądze na obiad i urywając się z ostatnich 2 lekcji żeby w ogóle takie granie było możliwe... You get the picture, to brzmi zdecydowanie gorzej. Nie byłem zresztą osamotniony, w najgorszym momencie, gdzieś koło 2-3 gimnazjum urywalismy się całą klasą z hiszpańskiego który mieliśmy ostatni i ruszaliśmy przez miasto do najbliższej kafejki, konkurować i obsadzać razem bombowce, dzielić i rządzić. Z właścicielami kafejek byliśmy na ty, a połowę ludzi widywaliśmy równie często jak kolegów z klasy czy podwórka, nie znając się zupełnie poza. Najlepsze, że to jakoś nigdy nie wypłynęło, całe to granie i zarywanie wszystkiego. Miałem zawsze mnóstwo reperkusji przez granie, ale akurat te kafejki jakimś cudem się uchowały, mimo że nikt z nas się z tym nawet jakoś bardzo nie krył. Nieprawdopodobne zupełnie. To był dopiero multiplayer. A nie jakieś wysłuchiwanie o swojej matce na czacie w modern warfare.
  15. Pomyślałem że żeby zmienić trochę nastrój uderzę w bardziej coopowe nuty, bo generalny multiplay to było coś dosyć unikalnego w środowisku w tamtym czasie. W tym sensie, że mało kto dysponował dwoma w miarę aktualnymi komputerami, ustawionym localem między nimi i drugim w miarę kompetentnym graczem. Zanim przejdę do konkretów, chciałem napisać że zrobiłem sobie listę gier o których jeszcze nie pisałem, a chciałbym. Wyszło tego ze 30 pozycji, wszystko sprzed 2014-15 roku. Roku mi nie starczy, ale spróbujemy. Uznałem przy okazji, że chronologii będę się trzymał tylko z grubsza, żeby narracja się trzymała kupy, więc gry mogą być w "widełkach" mniej więcej 3letnich. So... Wspominałem o odgrywaniu diablo w wersji spawn. Dla nieobeznanych - Blizzard (chyba nie jedyny) miał ciekawy patent na sprzedaż i reklamę swoich gier. Wersje spawn na pewno pojawiły się przy okazji diablo i StarCrafta, nie kojarzę czy Warcraft 2 też taką miał. Clou pomysłu było takie, że to było demo, czyli kawałeczek gry który można było uruchomić i rozpoznać o co w ogóle chodzi. Różnicą względem klasycznego dema była możliwość grania po multi, również z pełnymi wersjami, przy zachowaniu jakiegoś stopnia ograniczeń demonstracyjnych. Ergo można było mieć pełnego StarCrafta i hostowqc gry, a znajomi z samym spawnem mogli dołączać. Wracając do diablo, dawniej sporo graliśmy w sprawna w biurze u ojca, na makach i zakochaliśmy się w serii, mimo że demko pozwalało tylko na wojownika i tylko na pierwsze 2 poziomy podziemia. Nauczyliśmy się kopiować przedmioty... To w ogóle byl nieprawdopodobny patent, należało kliknąć na przedmiot żeby go podnieść i w dokładnym momencie fizycznego podniesienia kliknąć na eliksirek na pasku. Wtedy eliksirek zamieniał się w przedmiot, a podniesiony i tak lądował w inventory.(??) Go figure. Wtedy gry to miały pomysł, trzeba było małpiej zręczności. Za to uzyskane tak pieniądze pozwalały nawet w domku kupić od wirta laske z najmocniejszym czarem w grze - apokalipsa. No więc doczekaliśmy się komputerów, sieci i wychodzącego gdzieś koło 2000 roku właśnie diablo 2, na temat którego pamiętam dosyć pochwalne recenzje. Grę wałkowaliśmy w multi do nieprzytomności, całe wakacje, ferie i każdy wolny moment. Najzabawniejsze że przyzwyczajeni do mechanizmów z jedynki, zupełnie nie zrozumieliśmy jak funkcjonuje system w nowej odsłonie i nie byliśmy tym zainteresowani. W efekcie graliśmy kolejno wszystkimi klasami, przechodząc grę do diablo i pokonując go, a potem następny roll. Do tej pory pamiętam największą masakrę, kiedy graliśmy dwoma amazonkami ( późniejszym odpowiednikiem jest demon hunter). Doszliśmy do 4 aktu czyli piekła, a tam na takich otoczonych lawą plackach spopielonej ziemi były różne mioty potworów. Szczególne dla nas były takie robaki co zostawiały jaja, z jaj wychodziły małe, finalnie rosły do większych i tak w kółko. Udało nam się w takim nieprzebranym tłumie umrzeć raz. Potem biegnąc po ciało drugi raz, w efekcie rozsypując wszystkie przedmioty i zawartość zwłok. Potem 2 godziny kupowaliśmy w sklepie jakiś gear amazoński, byle tylko mieć jak się przebijać przez potwory. Finalnie skończyliśmy bez złota i goli. Wydaje mi się że te amazonki to odpuściliśmy już na zawsze. Pojęliśmy koncepcję poziomów trudności, dalszej gry, krowiego poziomu i tego wszystkiego dopiero przy okazji dodatku pan zniszczenia i robienia zabójczyni (ja, zawsze!) I druida (brat był fanem). Śmieszny fakt przy okazji: komputer służył mi dobrych kilka lat ale skończył marnie przez diablo właśnie. Odkrywałem zabójczynią zamknięty battlenet (taki gdzie nie hulały żadne cheaty ani mody) i jechałem od początku nową postać. Trwało to cały dzień, gdzieś koło 34 poziomu komputer, który miał wtedy humory, zrestartował się. Diablo sejwowalo tylko przy wyjściach, więc szlag trafił cały dzień grania. Komputer dostał takiego kopa że wyleciał z kabli i spod stołu. Odratowałem tylko dysk. I jak tu mówić że gry nie wzbudzają agresji?
×
×
  • Create New...